Podłaczenie odwrotnie kondenstatorów, kilka pomyłek przy montowaniu rezystorów, odwrotne podłacznie zasilania, rozładowanie kondensatorów z lampy o dłoń, kilka poparzeń od lutownicy, zasilenie układu scalonego centralki alarmowej 12v kabelek mi sie omsknał,
gdy poprawiałem instalacje elektryczną na działce po "fachowcu" złaczyłem cobie kabelki Faza + Masa + uziemienie (zeby znaleźć łatwiej obwód poprzez pomiar czy jest zwarcie) gdy obwód znalazłem zapomniałem o tym właczyłem bezpieczniki żeby mieć swiatło oczywiście bez tego obwodu bo miałem przy nim pracować ale co chwile wyrzucało mi różnicówke nie mogłem znaleźć przyczyny myślałęm ze to radio itd. dopiero wracając po raz 4 do skrzynki bezpiecznikowej zauważyłem ze mam mase zwarta z uziemieniem po zdjeciu kostki ustało, jeszcze innym razem łącząc mase do oświetlenia kilka razy dotknąłem sie stalowej konstrukcji hali która byla uziemiona. efekt włosy stojące na wszystkie strony + wyrzucona różnicówka
Gdy byłem mały to włożyłem gwoździe do gniazdka i ponoć "zobaczyłęm" prąd (potem mówiłem ze prąd jest biały)
Po 6 klasie podstawówki zdetonowałem detonator (jak ustaliła policja) znaleziony przy drodze (z ciekawości podłączyłem do bateri od pilota) efekt 2 miesiace w szpitalu, kilka operacji itp itd nie polecam
Silniczek z zabawki taki na 1,5V stałego wsadzony do gniazdka (oczywiście zachowałem środki bezpieczeńtwa- kabelki trzymała siostra :) ). Miałem może z 6 lat.
Zrobiłem dokładnie tak samo, i miałem także około 6lat, tylko nie mam siostry, a kabelki trzymałem sam:D
Silniczek z zabawki taki na 1,5V stałego wsadzony do gniazdka (oczywiście zachowałem środki bezpieczeńtwa- kabelki trzymała siostra :) ). Miałem może z 6 lat.
Zrobiłem dokładnie tak samo, i miałem także około 6lat, tylko nie mam siostry, a kabelki trzymałem sam:D
To chyba juz klasyka, w przedszkolu też się "chwyciłem" tego pomysłu.
Co do gniazdka sieciowego to przypominam sobie jak przez mgłę, że bawiąc się na dywanie lubiałem włożyć drut taki dziewiarski do gniazdka. Zwykle nic ciekawego się nie działo, dopóki nie przyszedł mi genialny pomysł włożenia 2 drutów. Po tym manewrze wyskoczyłem do 2 pokoju i do końca dnia matula miała ze mną spokój.
Przekaźnik programowalny EASY na 24V całkiem miło zniósł podanie nań 230V... Na 3cm podskoczył :) :) :)
Wybuchające kondensatory, tudzież ładowanie baterii wprost z gniazdka 230V to już klasyka :) Ahh te młodzieńcze czasy :)
Najbardziej jednak w oku kręci mi się łezka, gdy przypomnę sobie jeden układ z książki "Elektronika łatwiejsza niż przypuszczasz" D. Nuhrmanna. W założeniu miało toto migać sobie dwiema diodkami. Po złożeniu oczywiście nie migało, ale jakaż była moja radość, gdy zamiast diodki podłączyłem głośniczek i usłyszałem stację radiową :) To był mój PIERWSZY PIERWSZY projekt elektroniczny w życiu (z użyciem elementów półprzewodnikowych). Miałem wtedy z 7 może 8 latek :) Do dziś mi się ten "mrygoodbiornik" kołacze gdzieś po głowie :)
Jednak najbardziej bezcenne były słowa mamy, wypowiedziane do taty, gdy miałem jakieś 5 lat i w pokoju zamontowałem najprawdziwszy system alarmowy złożony z mnóstwa zaróweczek, kabelków, płaskiej baterii 4,5V i jakiegoś gotowego układu syreny: "Zbyszek, chyba mamy problem... :) ".
Z perspektywy czasu widzę, że chyba zawsze byłem "jakiś inny". Gdy 4-5cio letni koledzy cieszyli się z resoraków, ja byłem najszczęśliwszym dzieckiem na świecie, gdy otrzymywałem od taty nowiuteńką baterię 4,5V :)
A ja wkręciłem żarówkę 24 V do lampy na 230 , dobrze że żarówka nie wybuchła
Haha! :D Jak miałem chyba z 9 lat, to zrobiłem podobnie - żarówa samochodowa na 12V czy 24V, taka chyba z 4 żarnikami... tak patrzę, myślę "duża, grube druciki, na 4,5V ledwo się żarzy... hm, wiem! Wepnę pod ~230V!". Rozejrzałem się, nikogo w domu, jakaś ucięta wtyczka z moich zasobów. Podłączyłem pod najgrubszy żarnik i do gniazdka :D.
Wybuchła... coś nade mną czuwało, bo żaden kawałek nawet mnie nie drasnął.
Innym znów razem (miałem z 7 lat) naprawiałem słynne lampki choinkowe, odcinając i łącząc sprawne. Nie wziąłem pod uwagę, że jak jest ich za mało to coś może pójść nie tak... było ich bodajże 24 z zestawu około 100 :P. Efekt - przez chwilę mocno zaświeciły, potem po prostu zgasły.
Hm... podanie 9V na wtórne w jakimś transformatorze i dotknięcie pierwotnego też przyjemne nie było.
W wieku mniej więcej 2-3 lat pewnej nocy, gdy rodzina spała postanowiłem sprawdzić jak to jest trzymając skręcone druty od wtyczki włożyć ją do kontaktu...
W ostatniej chwili, dosłownie w filmowym stylu moją rękę odciągnęła mama, która jak twierdzi została obudzona przez "Kogoś". Oczywiście całą historię znam wyłącznie z relacji.
Pamiętam jak w wieku około 4-5 lat dostałem od rodziny (ciocia, wujek i dzieci) ATARI. Tak mi się spodobało, że rozebrałem je praktycznie od razu, rzecz jasna nie umiejąc złożyć :P.
Tak, zawsze wszystko rozbierałem i psułem.
Kiedyś, za czasów ogromnej fascynacji zasilaniem bateryjnym, udało mi się dokonać cudu (jak na swój wiek, około 7-9 lat) - stworzyłem z wielu ogniw o wartości 1,5V, 9V oraz 4,5V jedną dużą, dającą (teoretycznie) 24V baterię, i to bez użycia lutownicy :D potrafiła żarzyć żarówkę 100W.
Po podpięciu do ów ogniwa diody LED w kolorze czerwonym (które to wtedy były na wagę złota - wymieniałem się z bratem za najcenniejsze z moich zasobów) ta zmieniła kolor najpierw na żółty, by potem jeszcze troszkę się rozjaśnić i eksplodować.
Jeszcze coś... ładowanie baterii do Sony Ericssona k300i, za pomocą samych przewodów, bo siadło ładowanie w telefonie. Rzecz jasna używałem ładowarki. Problem w tym, że zwykle ładowałem mniej niż 2-3h i było zacnie, ale raz zostawiłem tak na około 5h... spuchła jak cholera, ale używałem jej nadal :D. O ładowałem w ten sam sposób.
Całkiem niedawno, bo 2 lata temu, składałem sobie wzmacniacz na TDA1554Q (-> w chwili pisania nadal działa) miałem problemy z uruchomieniem. Zasilany był(jest) ze starego zasilacza AT, ale do rzeczy.
Przy składaniu uwzględniłem środek bezpieczeństwa - bezpiecznik przed VCC kostki. Na początek włożyłem tam chyba 5A, odpalam, a tu JEBUT! Bezpiecznik szlag trafił... to szukam, szukam... nie widzę zwarć, wszystko dobrze, to jeszcze raz, tym razem większy bezpiecznik, chyba 10A (230V, kostka zasilania z 12V...). To samo. Kolejny, 15A. Znów!
Już mocno wku**iony przyglądam się to schematowi, to mojej konstrukcji... myślę, a co mi tam, połączę se masę zasilania z masą sygnału. Efekt ? Zadziałało, działa do dziś. Dziwne zjawisko. Być może to przez brak uziemienia w gniazdku.
Sporo by tego jeszcze było, ale i tak Was nie zdołam przebić, jak tu niektórym kondensatory w twarz eksplodowały :D.
Quote:
Z perspektywy czasu widzę, że chyba zawsze byłem "jakiś inny". Gdy 4-5cio letni koledzy cieszyli się z resoraków, ja byłem najszczęśliwszym dzieckiem na świecie, gdy otrzymywałem od taty nowiuteńką baterię 4,5V
Nie jesteś sam, też tak miałem. Jak widać znaczna część elektrodowiczów tak miała ;).
Z perspektywy czasu widzę, że chyba zawsze byłem "jakiś inny". Gdy 4-5cio letni koledzy cieszyli się z resoraków, ja byłem najszczęśliwszym dzieckiem na świecie, gdy otrzymywałem od taty nowiuteńką baterię 4,5V
Nie jesteś sam, też tak miałem. Jak widać znaczna część elektrodowiczów tak miała ;).[/quote]
Też tak miałem, tak fajnie piekła w język, i tak fajnie świeciła żaróweczka na niej, ale zazwyczaj dosyć krótko (w tym momencie stworzyłem pierwszą w moim życiu ładowarkę -ciepły grzejnik).
Z perspektywy czasu widzę, że chyba zawsze byłem "jakiś inny". Gdy 4-5cio letni koledzy cieszyli się z resoraków, ja byłem najszczęśliwszym dzieckiem na świecie, gdy otrzymywałem od taty nowiuteńką baterię 4,5V
Quote:
Nie jesteś sam, też tak miałem. Jak widać znaczna część elektrodowiczów tak miała ;)
Też tak miałem, tak fajnie piekła w język, i tak fajnie świeciła żaróweczka na niej, ale zazwyczaj dosyć krótko (w tym momencie stworzyłem pierwszą w moim życiu ładowarkę -ciepły grzejnik).
Były to za pewne płaskie baterie CENTRY w dość obskurnym wydaniu ;) były w każdym kiosku na wystawie bo najpopularniejszym przenośnym źródłem światła były latarki na płaskie baterie. (z kolorowymi szybkami)
Ja niestety na stanie nie miałem nigdy CENTRY... nowe jakieś, typu Panasonic czy coś to tak. Zdychały jak muchy ;). Ale wspomnienia jak zwykle doobreee.
Coś mi się przypomniało jeszcze, w sumie nie wpadka, raczej dwa ciekawe eksperymenty.
Dorwałem książkę do fizyki mojej siostry, taką z 7 czy z 8 klasy, było tam o elektromagnesie. Był też schemat tegoż urządzenia. A ja jako 7-8 letni ludzik dosłownie go zinterpretowałem - nawinąłem z 8-10 zwojów zwykłego drutu (takiego obranego z izolacji, skręconego :D) i się dziwię czemu nie działa...
Dopiero kiedyś, po około tygodniu, przez przypadek chyba, nawinąłem drut emaliowany, jakież było zdziwienie, jakież zadowolenie kiedy całość zadziałała.
Innym razem, zainspirowany grzałką z elektrycznego czajnika postanowiłem zbudować wersję na baterię.
I znów wspomniany drut obrany z izolacji, nawinąłem go na długopis, zdjąłem, wziąłem baterie 4,5V, podłączyłem. "Grzałkę" do szklanki z wodą, postawiłem i zająłem się czymś innym. Po około 30 minutach (:D) wyjąłem, wziąłem łyka... myślałem, że zwrócę. Nabrała tak ohydnego, metalicznego smaku... i nie była chyba ani trochę cieplejsza. Za to bateria owszem.
Oj działo się za malucha...
Za może 8-10 latka, raz poniosło mnie sprawdzać akumulatorem samochodowym ledy, patrze jeden się zapalił ale na chwilę i zgasł, biorę następny (w końcu powinna normalnie świecić!:-D) i znowu zgasł i tak popaliłem z 10 sztuk kiedy tata oznajmił mi że nie można "tych małych lampek podłączać do dużej baterii".
Druga historia, jak u marti_944
Raz gdzieś walała się po domu oprawka z żarówką pod 12V, do kontrolki jakiejś bodajże, a co tam wepnę do gniazdka w końcu powinna działać?:D Korki wywaliło, po łapach się od rodziców dostało mi się że tak nie wolno.
Z innej beczki:
Kiedyś, kiedyś jak to się do elektroniki od początku wchodziło, zacząłem sobie lutować na płytkach uniwersalnych PDU-21, takie małe do migających diod itp. Polutowałem układ pod 3 migające diody po kolei, patrze nie działa, sprawdziłem luty - były ok.
Smutny i zły, w końcu cały wieczór roboty uciekł, a tu nie działa, wyrzuciłem płytkę.
Tak kilka płytek później, rzuciłem okiem pod lampę i dopiero ogarnąłem się że ta płytka ma połączone ścieżki. Teraz sprawdzam zawsze na czym lutuje:)
Ja niestety na stanie nie miałem nigdy CENTRY... nowe jakieś, typu Panasonic czy coś to tak. Zdychały jak muchy ;). Ale wspomnienia jak zwykle doobreee.
.
Właśnie to chyba nie były "Centra" a raczej też panasonic albo GP.
To pewnie różowych paluszków centry też nie pamiętacie , a wylewały się z godzinę po wyładowaniu ;) . takie wynalazki jak testery baterii i żarówek (czy też czasami nie centry)... były w każdym lepszym sklepie - widocznie była taka jakość produkcji. Ładowanie baterii na grzejniku było dobre ale wylewały się jeszcze szybciej po czymś takim.
Skoro już tak o bateriach...
Wpadka :twisted: dobrze że na oczy widzę.... ładowanie baterii zegarkowej zasilaczem od chińczyków (3-12) było ustawione 12 , bateria strzeliła jak petarda za 50gr, dekielek przywalił mi w czoło i miałem czarny ślad od grafitu :lol: (zabolało jak dobry kamień - było by po oku....)
To pewnie różowych paluszków centry też nie pamiętacie , a wylewały się z godzinę po wyładowaniu
Mam jeden, mogę kiedyś wstawić zdjęcie :D Od lat '70 lub '80 tkwił w mierniku V640. Dopiero ja w 2010 go wyjąłem i zastąpiłem nowym. Co ciekawe, wylał się, ale nie spowodował żadnych szkód. Jak się takie dzisiejsze ogniwo wylewa, to zazwyczaj powoduje zniszczenie styków lub ścieżek.
GP mam nawet na stanie. Panasonic z jabłkiem - właśnie takie :D. Warta miały chyba żółte elementy... ale nie pamiętam dokładnie.
Quote:
Druga historia, jak u marti_944
Raz gdzieś walała się po domu oprawka z żarówką pod 12V, do kontrolki jakiejś bodajże, a co tam wepnę do gniazdka w końcu powinna działać?:D Korki wywaliło, po łapach się od rodziców dostało mi się że tak nie wolno.
To i tak dobrze, że Ci korki wywaliło :P. U mnie to był stary dom, stara instalacja, więc żarówa wesoło się roz... wybuchła, w drobny mak. Jakiś czas później (około godzinę), kiedy to mama wróciła do domu (było to około 15-16) podobno nadal miałem przerażoną minę.
BTW: widzę, że wszyscy ładowaliśmy baterie ciepełkiem :D. Ładowałem tak głównie ogniwa 9V i te małe zegarkowe. Ale właśnie... dlaczego one się w ogóle "ładowały" od ciepła ?
Quote:
Mam jeden, mogę kiedyś wstawić zdjęcie :D Od lat '70 lub '80 tkwił w mierniku V640. Dopiero ja w 2010 go wyjąłem i zastąpiłem nowym. Co ciekawe, wylał się, ale nie spowodował żadnych szkód. Jak się takie dzisiejsze ogniwo wylewa, to zazwyczaj powoduje zniszczenie styków lub ścieżek.
To właśnie tymi 4,5V bateriami ładowało się baterie zegarkowe, wystarczyło dotknąć na kilka sekund i zegarek chodził przez kolejne pół roku albo i lepiej :)
Mam jeden, mogę kiedyś wstawić zdjęcie :D Od lat '70 lub '80 tkwił w mierniku V640. Dopiero ja w 2010 go wyjąłem i zastąpiłem nowym. Co ciekawe, wylał się, ale nie spowodował żadnych szkód. Jak się takie dzisiejsze ogniwo wylewa, to zazwyczaj powoduje zniszczenie styków lub ścieżek.
p.s. Gizmoń, miałem podobną przygodę pod koniec 2011 roku. Znajomy podarował mi V-640, a w nim komplet paluszkowych Centr :) Oczywiście "troszkę" wylanych.
Czytałem to właśnie (BTW: tzok to jeden z naszych userów zdaje się ;)). Dochodzę do wniosku, że te multimetry przy dzisiejszych (takich do 70zł) wyglądają wewnątrz jak oryginalne Pegazusy przy modelu BS-500AS.
BTW: widzę, że wszyscy ładowaliśmy baterie ciepełkiem . Ładowałem tak głównie ogniwa 9V i te małe zegarkowe. Ale właśnie... dlaczego one się w ogóle "ładowały" od ciepła ?
Zagadka na miarę XXI wieku :) Temperatura przyspiesza reakcje chemiczne, zatem osłabione już ogniwo ożywa na chwilę. Po ostygnięciu układ wraca do stanu sprzed ogrzania, a w zasadzie jeszcze niższego poziomu energii, gdyż jej część odebraliśmy w sposób wymuszony podniesioną temperaturą.
Odwrotną sytuacją jest równie powszechny sposób przechowywania żywności. Wiadomo, że w lodówce "poleży" dłużej. Dlatego warto nieużywane ogniwa magazynować właśnie w tym miejscu. Spowalniamy w ten sposób samorozładowywanie ogniw.
Pozdrawiam.
BTW: widzę, że wszyscy ładowaliśmy baterie ciepełkiem . Ładowałem tak głównie ogniwa 9V i te małe zegarkowe. Ale właśnie... dlaczego one się w ogóle "ładowały" od ciepła ?
Zagadka na miarę XXI wieku :) Temperatura przyspiesza reakcje chemiczne, zatem osłabione już ogniwo ożywa na chwilę. Po ostygnięciu układ wraca do stanu sprzed ogrzania, a w zasadzie jeszcze niższego poziomu energii, gdyż jej część odebraliśmy w sposób wymuszony podniesioną temperaturą.
Odwrotną sytuacją jest równie powszechny sposób przechowywania żywności. Wiadomo, że w lodówce "poleży" dłużej. Dlatego warto nieużywane ogniwa magazynować właśnie w tym miejscu. Spowalniamy w ten sposób samorozładowywanie ogniw.
Pozdrawiam.
Jedna z zagadek mojego życia rozwiązana. Dziękuję Ci :D.
Co do baterii w lodówce - niektórzy używając laptopów w domu wyjmują akumulatory z nich i trzymają je właśnie w lodówce... nawet PCFormat polecał takie rozwiązanie. Bodajże w numerze 1/2008. A może to był Komputer Świat.
Ta sama zasada-spowalniamy reakcje odpowiedzialne za starzenie się ogniwa. Oczywiście przegięcie w 2 stronę też nie jest wskazane. Pewne materiały zostały przewidziane na określone zakresy temperatur. Przekroczenie ich wiąże się z utratą parametrów, co może doprowadzić do uszkodzenia.
Rozwaliłem głośnik mając 8 lat, bo jak wpiąłem równolegle baterie i dałem sygnał to nie wzmacniało... (przynajmniej fajnie latał...)
Do dziś nie wiem czemu, ale spaliłem 4 sztuki TDA7056a... Nagle mnie oświeciło że mam zwarcie na płytce...
Na chwilę odwiesiłem lutownicę na lampie nad biórkiem, bo nie było miejsca... Ześlizgnęła się centralnie na kanał z kablami... Nagle zaczęło pachnieć spaloną gumą a potem... cimno :D
Ostatnio zadymiłem (z kolegą) pół szkoły, robiliśmy wulkan na pokazy chemiczne. Po wyjściu nauczyciela wpadłem na genialny pomysł wsypania mieszaniny saletry z cukrem oraz chloranu potasu z siarką (oj dużo jej wsypałem :D ). Ładnie się paliło, tylko na koniec pozostał ten dym... Nawet jest filmik na YouTube
Wpadka 1:
Swego czasu na jakies zajęcia na studiach budowałem alarm samochodowy. Wyjście było na
IRF540. Układ sobie testowałem zasilany z trafa 400VA 12V :). Pech chciał że położyłem PCB na kombinerkach. Blacha od TO-220 przeleciała z 1.5m i wbiła się (!) w grzbiet encyklopedii PCN. Dobrze że nie w moją głowę.
Wpadka 2:
autor - mój kobry kolega. Swego czasu miał na pieńku z TP i "pożyczał" WiFi od bliżej nieznanego sąsiada. A że nie miał dongla pod USB tylko kartę pci to komp musiał stać na parapecie żeby łapało sygnał. Pech chciał, że CD-ROM był tylko włożony, a nie przykręcony. 5 kondygnacji później/niżej CD-ROM przestał działać :)
Wpadka 3:
Trafo 500VA. podwójne wtórne z zamiarem połączenia równolegle. Problem: brak oznaczeń na uzwojeniach wtórnych. Rozwiązanie - oscyloskop żeby sprawdzić w którą stronę będą w fazie.
Główna przeszkoda: wspólna masa obu kanałów w oscyloskopie.
Efekt: namacalny i wyczuwalny organoleptycznie dowód, że sonda chinskiego oscyloskopu nie jest w stanie przetrwać ~60A puszczonych przez ekran.
Wpadka 4:
Zakupiłem sobie wiertarkę stołową (chińszczyzna z Leroy'a) ale na imadło poskąpiłem. Wierciłem jakiś detal w sklejce 18mm i został mi do zrobienia tylko największy otwór 38mm. Zamontowałem wiertło płaskie i heja. A że było późno to już mi się nie chciało zmieniać przełożenia w wiertarce.
Efekt: wiertło zadzieżgnęło się w sklejce, wyrwało mi ją z rąk i po zrobieniu 360* przywaliło kantem ten sklejki w kciuk. Palec rozwalony, złamana blaszka paznokcia. mniej wesoło by było jakbym dostał wiertłem. Nastepnego dnia była wycieczka po imadło :)
Wpadka 5:
montowałem coś kiedyś w nocy (jakiś zasilacz). Podłączyłem wstępnie do sieci - bangla. Wyciagnąłem wtyczkę i poszedłem spać. Rano wstałem, zrobiłem sobie kawę i do roboty. Odkręciłem kabel sieciowy od kostki śrubokrętem bez rączki (znaczy samym ostrzem) i rzuciłem gdzies w głąb biurka. Efekt: efekty audiowizualne i wycieczka do piwnicy w celu załączenia bezpiecznika. Wychodzi na to, że wieczorem wyciągnąłem z gniazdka kabel od głośników do kompa, zamiast tego od mojegu zasilacza. Jakims cudem mnie nie poraziło
Mając 6lat dorwałem pęsetę w ręce i pomyślałem że jest podobna do wtyczki 230v ... 30 mieszkań było bez prądu (2 klatki schodowe) . Rok później podłączanie światła w piwnicy przy zapalonym świetle chwyciłem przewód płaskoszczypami :D bez okładzin.... Ale to tylko zjeżone włosy i strach ciemniej piwnicy .
Płytka stykowa, oj aż wstyd się przyznać jaka wpadka.
Podłączam kande do płytki stykowej z mega8. Programator z zasilaniem z usb. Dawaj wgrywać wsad, a tu ani widu ani słuchu, zero kontaktu. Miernik w rękę, 1V na wyjściu, coś nie halo. Przyszło co do czego któryś drucik na płytce był zwarty do masy. Dzięki Bogu zasilacz w piecu wytrzymał trwające nieco dłużej zwarcie.
Zamówiłem części kurierem. Nie mogłem sam odebrać, więc zobowiązałem kumpla. Dnia odbioru dzwoni kurier w celu potwierdzenia adresu. Wszystko OK. Chwilę potem dzwonił jeszcze raz, nie wiem po co, nie mogłem odebrać. W wolnej chwili wyszedłem, oddzwoniłem. Ktoś odebrał, ale nic nie mówi. Powiedziałem "słucham", on odparł "nie mów słucham, bo Cię wy****am".
Nieźle się musiał facet zażenować. Mam nadzieję, że szef nie słyszał :P. Potem przekazał kumplowi, że mnie "przeprasza za telefon".