Zeżarłem dziś pół bombonierki, taki ze mnie łakomczuszek, a zresztą to sobie będe żałował?
Przepyszne wiśnie w likierze, takie cusik:
http://www.e-commerce.pl/Vobro-Wisnie-w-likierze,28976.html Mam rozterkę-jako że z zasady nie grzmocę żadnych sznapsów co mam kliknąć?
Zeżarłem dziś pół bombonierki, taki ze mnie łakomczuszek, a zresztą to sobie będe żałował?
Przepyszne wiśnie w likierze, takie cusik:
http://www.e-commerce.pl/Vobro-Wisnie-w-likierze,28976.html Mam rozterkę-jako że z zasady nie grzmocę żadnych sznapsów co mam kliknąć?
Nazwanie mnie abstynentem to tak jakby porównac Fiata 126P do ciężarówki. :D
Swoje w swoim życiu wypiłem zarówno w liceum jak i na studiach, teraz znaczące ograniczenie z racji założenia rodziny (bardzo skuteczny ogranicznik, aczkolwiek nie zawsze w przyjemny sposób :) ) jak i zwyczajnego braku czasu.
Chociaż nie powiem, że przy jakiejś okazji nie wypiję piwka, czy szklaneczki whisky. ;)
Natomiast każdy nie pijący lub pijący mało zgodzi się na pewno ze mną, że nie ma nic piękniejszego niż poranek po imprezie kiedy wstajemy jak nowo narodzeni, a w około same zgonalia. :) :) :)
Pracowałem parę lat w kraju o 100% prohibicji. Wszyscy pili. Najwięcej policja, która robiła naloty na tych, co "pędzili". Jak ktoś z pędzących nie miał zapasu płynu dla policji, to go wsadzali do aresztu, skąd można go było wykupić za parę flaszek.
A ci, co nie pili, ginęli tragicznie, wysadzając się w powietrze (nie mogli wytrzymać zbyt długo w tej straszliwej trzeźwości).
Nie popadajny w skrajności, wszystko jest dla ludzi, a to już każdy z nas sam decyduje jak wykorzysta oferowane mu możliwości (czyt. dostęp do alkoholu), chociaż jest to smutne jak patrzy się na polskie ulice i tych którzy przez alkohol zmarnowali swoje życie.
Lubię wypić - osuszam kilka/kilkanaście butelczyn miesięcznie :), ale pijanego nikt mnie jeszcze nie widział, chyba tylko domownicy przy specjalnych okazjach :).
zimny8 !
W czasach, gdy Żywcem rządzili Habsburgowie (Żywiec był ich własnością przez prawie100 lat!), w mieście często mówiono (po austriacku):
"Kaltes Bier und heisse Weiber
sind die besten Zeitvertreiber!"
Ja to nie rozumiem skąd ten stereotyp, że Polacy to naród alkoholików. To bzdura kompletna. Zarówno zachodzie jak i wschodzie Europy wypija się więcej alko. Także kolejny stereotyp, że Polacy chleją nie wiadomo ile.
Może i nie żłopiemy na potęgę ale przynajmniej trudniej nas tym zabić.
Zdolny wielki naród, są rzeczy w Polsce o którym się fizjologom na świecie nie śniło - mój wuj swojej ślubnej i innym wmówił, że może sam w swoim organizmie C2H5OH wytwarzać?, co fakt to fakt, alkoholu nie kupuje wcale :).
:arrow: q456852 Takie statystyki są do niczego - w wielu krajach spożywa się alkohol codziennie, np. wino do obiadu. W ten sposób statystyki rosną, ale z pijaństwem nie ma to nic wspólnego.
W Polsce (i nie tylko) to jest zwykłe pijaństwo. Tu się nie pije do obiadu, tu się pije po to, żeby pić :)
Polacy to taki fajny naród - jak coś się nie uda, jest smutno, to się pije ze smutku, żeby zapomnieć. Zaś jak coś się uda, to się pije z radości - oblewa.
Czyli wiecznie na bani :D
Ferdek Kiepski kiedyś zbudował maszynę do skraplania duchów (duch po łac. "spiritus"). I działało nieźle... ;)
A co do statystyk... to może i mało, ale rekordy i tak bijemy. Coś ostatnio słyszałem o gościu z 12 promilami. A rekord światowy też dzierżą Polacy - prawie 15 promili. Delikwent był ofiarą wypadku samochodowego, zmarł wskutek urazów po wypadku, nie przez "siwuchę". ;)
A rekordzista przekroczył tę liczbę, prawie 16 promili ale zmarł z przepicia. Rekord z pięknego miasta Elbląg.
Takie ilości biorą się z tankowania dzień w dzień. Pijany się nie czujesz, ale w organizmie stężenie wzrasta, bo nie nadąża spalać. Dlatego potem mamy kolesi ze stężeniem 10 promili, którzy chodzą i gadają normalnie. Sam kiedyś wydmuchałem (na domowym alkomacie, żeby nie było) trochę ponad 4 po kilkudniowej imprezie, a kaca leczyłem przez 5 dni.
Kiedyś, w liceum, człowiek był młody i głupi, piło się niemal codziennie.
Teraz, jako student, mam przepał rzędu jednej puszki browara na miesiąc. W takim stopniu odwykłem od alkoholu, że w niedzielę, kiedy rodzinka postawiła przy obiedzie jakieś dobre i mocne wino, po szklaneczce wątroba zwinęła mi się w trąbkę.
Powiedzcie Wy mnie: gdzie tu sens, gdzie logika? :D