Jednym z największych problemów każdego szpitala jest wydanie pacjentom odpowiednich ilości leków. Czasami zdarza się, że pacjent przyjmie za dużo lub za mało tabletek, co może mieć negatywny wpływ na stan zdrowia. Winę można zrzucić na obsługę, która się tym zajmuje, ale każdy jest tylko człowiekiem. Aby zapobiec takim sytuacjom, w Uniwersytecie Kalifornijskim zbudowano robota zajmującego się wydawaniem medykamentów. Urządzenie potrafi rozdawać leki przyjmowane doustnie oraz w postaci zastrzyków.
Praca w centrum medycznym Uniwersytetu Kalifornijskiego stała się dużo efektywniejsza i łatwiejsza. Lekarz wystawia recepty na komputerze, które trafiają do robota podającego lekarstwa. Każdy przygotowany zestaw trafia do plastikowego woreczka, który odbiera pielęgniarka. Przez najbliższy rok, pielęgniarki będą miały za zadanie sprawdzać, czy robot nie popełnił błędu, ale do tej pory jeszcze się nie przytrafiła taka sytuacja. Wszystkie 350 000 dawek wydanych przez robota było bezbłędne.
Straszne... Zastanawiam się czy lekarstwa mają leczyć, czy po prostu "się je zażywa"? Ale straszne jest to, że jak człowiek gdy idzie do szpitala, to wpada w machinę procedur, a do tego jeszcze robot wydający lekarstwa...
Nie jest tak tragicznie, z opisu wynika, że ostatecznie pacjent dostaje leki z ręki pielęgniarki, a nie maszyny. Ale to byłoby już naprawdę straszne :/
Nie wiem cóż to za nowość. Takie zautomatyzowane magazyny pracują od wielu lat w różnych dziedzinach. Są w Polsce apteki, w których leki wydawane są przez automat z zaplecza. Farmaceutka wprowadza zamówienie i przynosi przygotowane produkty. W mniejszej skali są pojedyńcze szafy z drobnymi lekami (małe opakowania) i po wprowadzeniu interesujących pozycji, szafa "wydaje" leki.
Taa.. Przez rok się nie pomyli.
Ale jak się jednak zdarzy, np. za dwa lata, to już będzie problem, bo pielęgniarka, przyzwyczajona do nieomylnego robota, poda lek bez zastanowienia.
Jestem przeciwny, bo szpital, leczenie, wydawanie leków (TEŻ!) powinno być z dala od jakiejkolwiek rutyny.
krzychusss, personel pracujący w przyszpitalnej aptece też nie jest nieomylny, śmiem twierdzić że nawet bardziej omylny od robota. Może im się zdarzyć wydać niewłaściwe leki, tak jak robotowi. Wcześniej odbywało się to na zasadzie: pielęgniarka idzie z receptą (wypisaną ręcznie) do apteki, wręcza receptę. Aptekarze odczytują to, co nabazgrał lekarz i wydają odpowiednie leki. Teraz procedura jest podobna, tyle że nie ma etapu przynoszenia recepty, gdyż całość idzie po kablu do robota, który zastąpił panie aptekarki. Mniej problemów z odczytaniem recepty, błędem ludzkim przy wydawaniu leków i przyspieszona obsługa.
Po okresie próbnym robot będzie nadal kontrolowany na podstawie przeprowadzanych inwentaryzacji. Jeśli jakichś tabletek brakuje, albo jakichś jest za mało to oznacza, że robocik się pomylił i znów trzeba go kontrolować. Taka inwentaryzacja odbywać się będzie pewnie co miesiąc albo i częściej. Nie ma co narzekać na robota
Za niedługo schorowany pacjent nie będzie się mógł popatrzyć na pielęgniarkę... A jedynie na kilka układów scalonych, które donoszą mu lekarstwa. I jak tu czerpać radość z życia w ostatnich chwilach... Ah...