Elektroda.pl
Elektroda.pl
X
Proszę, dodaj wyjątek www.elektroda.pl do Adblock.
Dzięki temu, że oglądasz reklamy, wspierasz portal i użytkowników.

Polski Bill Gates żyje w biedzie

MES Mariusz 30 Maj 2008 19:22 23470 55
  • Wklejam artykuł - ciekawostkę:


    "Jacek Karpiński, twórca pierwszego polskiego minikomputera, protoplasty peceta, żyje w biedzie i zapomnieniu.

    Pałac Kultury i Nauki. Muzeum Techniki. Cmentarzysko dawnych zaskoczeń. Na drugim piętrze, wśród przedmiotów dziwnych i z wyglądu nudnych, stoją trzy niepozorne maszyny. Na nich tajemnicze symbole: AAH, KAR-65. Jest też pudełko z pokrętłem i mnóstwem białych przełączników. Pod nimi tabliczka: K-202. Szkolne wycieczki przemykają obok, bo też mało kto zna zaskakującą historię tych niepozornych przedmiotów. Zwłaszcza ostatniego. I człowieka, który je stworzył. Historię przewrotną i tragiczną, która mogła się wydarzyć tylko w Polsce. Wiele lat temu.

    Mały Jacek

    Wojna. Batalion Zośka. Ten sam, w którym walczył Kamil Baczyński. Mały Jacek wspomina, jak to na dyżurze, z nudów, wspólnie układali głupie wierszyki o byle czym, jedną zwrotkę Kamil, jedną on. Dla zabicia czasu. Powstanie. Pierwszy dzień. Mały Jacek jedzie z bronią z Dolnego Mokotowa na plac Zawiszy. Pech. Strzelanina. Na rogu Chałubińskiego i Koszykowej niemieckie kaemy wytłukły prawie cały oddział. On dostał kulę w kręgosłup. Ot, i cała powstańcza historia. Trzy dni później zginął Kamil. A Mały Jacek zaczynał naukę chodzenia. Dzisiaj porusza się bez laski, chociaż niemiecka kula wciąż tkwi w kościach. Przeszłość nieraz jeszcze da o sobie znać.

    Skończyła się wojna, zaczął komunizm.

    — W czerwcu1945 r. zdałem maturę. Potem Politechnika Warszawska. I fascynacje maszynami. Wtedy cudem techniki był amerykański komputer ENIAC. Jeden z pierwszych. Tak wielki, że zbudowano dla niego specjalną halę, a obok elektrownię, która go zasilała — wspomina Jacek Karpiński, ps. Mały Jacek.

    Do niedawna uważano, że był to pierwszy komputer na świecie. Ważył prawie 30 ton, zajmował 140 mkw. i składał się z ponad 18 tys. lamp elektronowych. Po wojnie, gdy odtajniono niektóre dokumenty brytyjskiego wywiadu, okazało się, że Brytyjczycy z ośrodka kryptograficznego w Bletchley Park ubiegli Amerykanów o dwa lata. W 1941 r. zbudowali pierwszy sprawnie działający komputer na świecie o nazwie Colossus.

    — Po studiach z nakazu pracy robiłem nadajniki radiowe dla ambasad, które dzięki nim komunikowały się z Polską. Spore, dwukilowatowe — mówi Karpiński.

    Kiedy odpracował studia, przeniósł się do PAN, gdzie wreszcie rozwinął skrzydła. I stworzył swoją pierwszą „mądrą” maszynę. Do przepowiadania pogody.

    — AAH była pierwszą na świecie maszyną, która pomagała tworzyć długoterminowe prognozy pogody. Po wprowadzeniu danych z obserwacji Słońca na ekranie pojawiał się wynik. W sumie to był taki wielki procesor o wymiarach dwa metry na półtora. Maszyna pracowała dwa lata. Ale pewnego dnia spadła ze schodów — wspomina Karpiński.

    Po prostu podczas przenoszenia tragarze nie utrzymali komputera wielkości szafy i przyrząd runął z wysokości dwóch pięter. Na oczach jego twórcy. Przykre. Karpiński wykonał jeszcze kilka innych maszyn, jak na owe czasy rewolucyjnych. Chociażby pierwszy na świecie analogowy komputer do działań różniczkowych AKAT-1. Albo perceptron. Maszyna, która sama potrafiła rozpoznawać otoczenie i uczyć się. Miała kamerę i system do analizy obrazu pokazywanego jej np. trójkąta. Bez problemu wskazywała jego cechy charakterystyczne i identyfikowała jego kształt.





    — Perceptron nie miał jakiegoś konkretnego zastosowania. To była raczej sztuka dla sztuki, zabawa. Podstawą działania była sieć neuronowa, składająca się z 2 tys. tranzystorów. Poza podobnym urządzeniem w Stanach Zjednoczonych nikt na świecie czegoś takiego nie zbudował — twierdzi Karpiński.

    Bo na sztuczną inteligencję było jeszcze za wcześnie. W 1964 r. FSO produkowała syrenki. Po ulicach jeździły wołgi i warszawy. Niewielu obywateli i towarzyszy wiedziało, co znaczy słowo komputer. Co też nieraz im Karpiński wytykał.

    Maszyna KAR-65

    Co musi czuć człowiek, który w szarej rzeczywistości siermiężnego komunizmu wybiega myślami lata do przodu i konstruuje urządzenia wyprzedzające swoją epokę? Dumę? Jakież frukty musiał dostawać od władzy za taką robotę? Jakże musiał być hołubiony? Wiodło mu się niezgorzej?

    — Nie te czasy. Bycie inteligentnym bardziej szkodziło, niż pomagało. Owszem, pozwalano tworzyć maszyny, ale gdy powstawały, zaczynały się kłopoty. Wpierw był szum, potem maszyna zamiast do ludzi trafiała do piwnicy pod klucz, i cisza. A już nie daj Boże, żeby gazety napisały. Cenzura zabraniała. Bo jak naukowcy, to tylko radzieccy. I jak naukowe osiągnięcia, to tylko radzieckich naukowców. Polacy to kopanie węgla i ziemniaków. Prasa, owszem, pisała, że mamy pierwsze miejsce na świecie, ale w uprawie ziemniaka. O technicznych osiągnięciach cisza — mówi Karpiński.

    A nasz bohater, ku utrapieniu komunistów, co skończył jakąś maszynę, zaraz zaczynał następną, równie zmyślną. Po wynalezieniu perceptronu ówczesny kierownik Pracowni Sztucznej Inteligencji w Instytucie Automatyki PAN odmówił mu pieniędzy na dalsze konstrukcje. Miarka się przebrała.

    — Ubek i kawał durnia. Podstawiał mi nogę, kiedy tylko mógł, więc z opanowanej przez komunistów PAN przeniosłem się na Uniwersytet Warszawski, do Instytutu Fizyki Doświadczalnej, pod skrzydła profesora Pniewskiego, wspaniałego człowieka. Mogłem dalej robić swoje — mówi Karpiński.

    Pniewski miał problem. Z ośrodka CERN w Szwajcarii (Europejski Ośrodek Badań Jądrowych, ten sam, w którym w 1989 r. Tim Berners-Lee wymyślił i stworzył sieć WWW) otrzymywał tony danych, których nie potrafił analizować. Bo nie miał na czym. Karpiński zbudował mu kilka urządzeń, w tym komputer do analizy danych KAR-65.

    — Był znacznie szybszy i tańszy od ówczesnej Odry. Wykonywał 100 tys. operacji na sekundę i kosztował jakieś 6 mln złotych. Odra była wolniejsza, za to kosztowała 200 mln złotych — wspomina Karpiński.

    Zbudował jeden taki komputer, który pracował jeszcze w latach osiemdziesiątych. Mógł więcej, ale:

    — Wokół mnie zagęszczała się atmosfera. Byłem wrogiem ludu. Co chwila Pniewski dostawał anonimy, że jestem hochsztaplerem, że nigdy nic nie zbudowałem. On mi je czytał i pytał: Jacek, ale ty mi zrobisz ten komputer, prawda? — opowiada Karpiński.

    Wrogiem ludu? Jakim sposobem? Przecież robił rzeczy wyjątkowe za pieniądze i ku chwale PRL-u.

    — Ktoś się dokopał w moim życiorysie, że walczyłem w AK. Do tego doszła zwykła ludzka zawiść, że ja potrafię, że mnie się udaje, a innym nie. To wystarczyło. Poza tym komuniści hołubili robotników i chłopów, a nie intelektualistów — mówi Karpiński.

    Dlatego następne KAR-65 nie powstały. Karpiński zaczął jednak pracować nad czymś zupełnie innym, rewolucyjnym. Czymś, co wyprzedzało swoje czasy o wiele lat i mogło zapewnić mu życie w luksusach, ale stało się największym jego utrapieniem. To coś nazywało się K-202.

    Miłe złego początki

    Był rok 1969. Karpińskiemu marzyło się, żeby cały komputer dało się wsadzić do pudełka po butach. Marzenie jak na owe czasy księżycowe. K-65 był wielki jak dwie szafy. Odra potrzebowała osobnego pokoju. Kto wtedy słyszał o miniaturyzacji? I to nie tylko w Polsce. Ale Karpiński się uparł.

    — Poszedłem z pomysłem minikomputera do znajomego pułkownika z Zegrza. Mało nie spadł z krzesła, gdy mu go przedstawiłem. Powiedział: rób, wojsko kupi każdą ilość. Zamówienie z armii otwierało wszystkie drzwi. Jedyną firmą w PRL-u, która mogła wyprodukować taki komputer, były zakłady Zjednoczenia Mera. Dyrektor Huk zainteresował się pomysłem. Zwołał komisję do jego oceny — mówi Karpiński.

    Po kilku tygodniach komisja uradziła: tego nie da się zrobić, bo nie ma i nie będzie takiej technologii, która pozwoliłaby dwie szafy wcisnąć do pudełka po butach. Bo jakby była, to Amerykanie dawno by już coś takiego zbudowali. A nie zbudowali.

    — W Merze poradzili mi, żebym poszukał naiwnych gdzie indziej. Projekt minikomputera pokazałem znajomemu Anglikowi. To był handlowiec, więc miał znajomości. Pokazał go specom z branży komputerowej. Olśniło ich. Uznali to za najlepszą konstrukcję logiczną, jaką widzieli, i od razu padła propozycja produkcji w Anglii pod angielską nazwą — mówi konstruktor.

    No, właśnie, byłoby jak niegdyś z Enigmą. Karpiński, na swoje nieszczęście, chciał tego uniknąć i postawił warunek: produkcja w Polsce za pieniądze angielskie. Przeszło.

    — Wróciłem do Mery z opinią Anglików. A tu wciąż mur. Nie da się — wspomina Karpiński.

    Pomógł przyjaciel, Stefan Bratkowski. Zapukał do kilku drzwi. Otworzył ówczesny minister nauki Jerzy Łukasiewicz, późniejszy spec od propagandy w KC, który zmusił Zjednoczenie Mera do produkcji komputera. Powstała polsko-angielska spółka. My — miejsce i ludzi, Anglicy — pieniądze i zachodnie komponenty.

    — Partia się zgodziła, więc produkcja ruszyła. Mera podpisała umowę z firmami Data-Loob i MB metals i tak powstał Zakład Mikrokomputerów. Zostałem jego kierownikiem. Zaraz też zaczęły się pielgrzymki różnych partyjnych aparatczyków i wsadzanie do mojego zespołu znajomych, a to dyrektora, a to księgowej. Zapach dewiz kusił. Połowa z nich to ubecy. Na szczęście, zespół techniczny miałem swój — mówi Karpiński.

    Z Karpińskim pracowali, m.in.: Ewa Jezierska, Andrzej Ziemkiewicz, Zbysław Szwaj, Teresa Pajkowska, Krzysztof Jarosławski. Młodzi entuzjaści. Ruszyło z kopyta. W małym domku, nieopodal zakładów Mery w podwarszawskich Włochach. Zakłady stoją do dzisiaj (na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Hynka). Domek też.

    Gierek pomoże

    K-202 był małym modularnym komputerem o uniwersalnym zastosowaniu. Jego sercem były 16-bitowe układy scalone. Komputer wzorem współczesnych miał pamięć stałą i operacyjną, które można było rozszerzać, oraz własny system operacyjny — SOK (System Operacyjny Karpińskiego). Dzięki zastosowaniu przez Karpińskiego adresowania stronicowego, komputer dysponował zawrotną jak na owe czasy pamięcią 8 MB (pierwsze amerykańskie minikomputery miały zaledwie 64 kB pamięci), wykonując milion operacji na sekundę, szybciej niż pierwsze komputery osobiste IBM PC, które pokazały się 10 lat później.

    — K-202 był ewenementem w Europie, a może i na świecie. Bodajże pierwszy mikrokomputer na świecie. Początek ery minimalizacji w komputerach, w wyniku której powstały pecety — mówi Zbysław Szwaj. W zespole Karpińskiego zajmował się mechaniczną stroną K-202, wszystkimi układami mechanicznymi, był również projektantem stylistycznym komputera.

    Protoplasta peceta?

    — Absolutnie. K-202 zaprojektowałem w 1969 r., a pierwszy pecet IBM powstał w 1982 r., a i tak mu do pięt nie dorastał — dodaje Karpiński.

    Pracowali po 10-15 godzin na dobę.

    — Byliśmy zgranym zespołem młodych studentów, zapaleńców. Karpiński był dyktatorem w kwestii rozwiązań konstrukcyjnych, często pytał nas o opinie, ale i tak robił po swojemu. Pasjonowała nas ta robota. Często spaliśmy w zakładzie. Razem spędzaliśmy wolny czas. Zarabialiśmy tyle, co wszyscy, grosze. Karpiński miał wiele patentów, z których dostawał pieniądze, więc często nam dawał na jedzenie albo ubranie. Ale i tak żaden z nas nigdy nie powtarzał, że: „za pięć trzecia bierz kapotę, s... na szefa i robotę, tak dożyjesz starczej renty nawet w d…ę niekopnięty” — wspomina Zbysław Szwaj, który dzisiaj, wraz z synem, prowadzi w Mielcu własną firmę Leopard.

    W rok powstał gotowy model, rok później prototyp. W 1971 r. minikomputer po raz pierwszy wyszedł poza mury pracowni. Na Targach Poznańskich, do stoiska, na którym stał niepozorny K-202, podszedł Edward Gierek z Piotrem Jaroszewiczem. Za nimi świta wszystkich ministrów. Krawaty. Zachwyty.

    — W pewnej chwili Gierek pyta mnie, czy będziemy w stanie go produkować na masową skalę? Ja mu na to, że tak. A dacie radę? Ja mu na to: a pomożecie? Wyczuł żart, ale odparł: pomożemy. Pamiętam, że obok było stoisko Elwro, które produkowało Odrę, ale tam I sekretarz nawet nie zajrzał. To był dla nich straszliwy policzek — wspomina Karpiński.

    Gierek pomógł. O K-202 zaczęła pisać polska prasa. I zagraniczna. Do pracowni Karpińskiego zaczęli zjeżdżać naukowcy zza żelaznej kurtyny. I dziwili się, jakim cudem w kraju, gdzie pralki są na talony, a po banany ustawiają się kolejki, powstał tak szybki minikomputer. Radzieccy naukowcy, którzy dopiero co skopiowali IBM 360, też przyjeżdżali. I dziwili się.

    — Ławronow (główny konstruktor komputera RIAD, wiernej kopii IBM) nie mógł się nadziwić, że to, co u niego zajmuje całą ścianę, u mnie mieści się w walizce. Gdy wylałem na K-202 herbatę, po czym zrzuciłem go ze stołu, oczy zrobiły mu się jak denka od butelki. Komputer wciąż działał — wspomina Karpiński.

    Tajemnica trwałości drzemała w stykach. Wszystkie złocone.

    Z pierwszej produkcji 15 egzemplarzy poszło do Anglii, reszta rozeszła się w Polsce. Kilka kupił Franciszek Szlachcic do MSW, kilka trafiło do MSZ, Marynarki Wojennej („służył” na ścigaczu, jako komputer sterujący ogniem). Jeden pracował w Hucie im. Lenina, drugi w FSO, inny pojechał nawet do Szwajcarii, do CERN-u.

    — Przygotowywaliśmy właśnie kolejną partię, tym razem 200 sztuk, gdy pojawiły się schody. A to problem z tym, a to z tamtym — mówi Karpiński.

    Nie wiedział wtedy, że w KC zapadł wyrok. Na niego i na K-202.

    Wyrok

    — Karpiński to człowiek na wskroś uczciwy, patriota, wielki naukowiec. I zupełne beztalencie ekonomiczne. No i ta jego arogancja wobec ówczesnej władzy. Często powtarzał, że przeżył okupację, więc komunę też przeżyje. I wcale się z tym nie krył — twierdzi Szwaj.

    Arogancja? Wobec ręki, która go karmiła?

    — Kiedyś wizytowała nas partyjna wierchuszka. Jednemu z partyjniaków wypalił wprost, że jego wiedza wystarczyłaby co najwyżej do budowy nocników — wspomina Szwaj.

    Ekonomicznie nieporadny naukowiec, do tego arogant wobec władzy. Musiało się skończyć tragicznie. Ale było coś jeszcze. Zawiść. Elwro, gdzie produkowano Odrę, nie zapomniało incydentu z Targów Poznańskich. Dyrekcja poskarżyła się ówczesnemu premierowi Piotrowi Jaroszewiczowi, że Karpiński chce ich zniszczyć.

    — W Elwro 6 tysięcy ludzi robiło wolniejszą, droższą i wielką Odrę, podczas gdy ja z 200 ludźmi o wiele lepszy minikomputer. Nasz wkład dewizowy wynosił 1800 dolarów, ich — 30 tys. dolarów. Oni nie mieli zamówień, my po targach mieliśmy na prawie 3 tysiące sztuk. Wiadomo było, że nasz sukces ich zje, więc zamiast współpracować, walczyli o swoje tyłki — mówi Karpiński.

    Skutecznie. Po kilku miesiącach Karpiński dostał wymówienie. Strażnicy wyprowadzili go z zakładu, którym kierował. 200 niedokończonych minikomputerów zostało zniszczonych. To był koniec K-202. I koniec inżyniera Karpińskiego. Wilczy bilet w nauce i odebrany paszport. W urzędzie paszportowym widniała adnotacja premiera Jaroszewicza — „Nie wydawać do odwołania. Powód: sabotażysta i dywersant gospodarczy”. Nagle, niemal z dnia na dzień, został wrogiem ludu.

    — Kiedyś spotkałem na Marszałkowskiej znajomego. Powiedział, że pierwszy raz w życiu widzi dywersanta i sabotażystę, który w PRL-u chodzi sobie wolno po stolicy — wspomina Karpiński.

    Wesoły epizodzik. Ale losy konstruktora wesołe nie były. Mógł robić wszystko, pod warunkiem że nie będą to komputery. Czyli nic. Minister przemysłu maszynowego Tadeusz Wrzaszczyk chciał go zagonić na „front” konteneryzacji kraju. Wyszedł z gabinetu, trzaskając drzwiami ze złości. Machnął ręką na przeszłość. Skończył kurs rolniczy. Wydzierżawił starą chałupę na Mazurach. We wsi zapadłej. I 30 ha nieużytków. Wstawił okna, podciągnął kabel z prądem, zbudował kominek. Dało się mieszkać. On, konstruktor maszyn matematycznych, i ona, żona Ewa, magister matematyki i informatyki. On karmił świnie i kury, ona doiła jedyną krowę. Taki był układ. Raz w tygodniu jeździł jeszcze na Politechnikę Warszawską dać wykład studentom budownictwa, dla pieniędzy. Przy okazji sprzedać jajka. I tak do 1980 r., gdy do pobliskiego PGR-u przyjechali dziennikarze. Dyrektor wspomniał im coś o oryginale z pobliskiej wioski, co przychodzi po paszę dla kur i bajdurzy o komputerach. Pojechali z ciekawości. Wrócili z Kroniką Filmową. Bo wśród świń znaleźli „słynnego budowniczego komputerów”. Do kamery Karpiński wypalił, że woli prawdziwe świnie od ludzi. Poszło w Polskę. Później Aleksander Bocheński napisał artykuł: „Konstruktorzy do świń!”.

    Doradca Balcerowicza

    Dalsze losy inżyniera Karpińskiego są mniej sensacyjne, choć niejeden palnąłby sobie w łeb. Karpiński wyjechał do Szwajcarii, do swojego przyjaciela Stefana Kudelskiego (tego od magnetofonów). Trzy dni później wybuchł w Polsce stan wojenny. Otworzył firmę Karpiński Computer Systems. Zrobił robota sterowanego głosem. Już miał rozpocząć produkcję. Nie zdążył. Zbankrutował. Potem wymyślił Pen-Readera, skaner do wczytywania tekstu. W 1990 r. wrócił do Polski z zamiarem jego produkcji. Nie starczyło pieniędzy. Wyprodukował 500 sztuk, zanim BRE Bank położył rękę na produkcji i jego domu w Aninie. Kredyt okazał się zabójczy. 120 procent odsetek. Karnych. Kolejny pomysł — kasa dla handlarzy targowych i małych sklepów. Jak twierdzi, tak małej (20/16 cm) nie zbudowano wtedy nigdzie na świecie. Miał już umowę z Libellą. Nie wypaliła. Podpisał drugą, z Apatorem. Produkcja miała ruszyć lada dzień. Brakowało jedynie zamówionych w Warszawie płyt głównych. Przyszły, ale:

    — Wszystkie spieprzone, co do jednej. Całe 3 tysiące. Potem wyszło, dlaczego. Ten sam kooperant robił płyty dla konkurencji, która miała siedzibę w tym samym budynku, co on — mówi Karpiński.

    Dwa lata był doradcą ds. informatyki ministra Leszka Balcerowicza i Andrzeja Olechowskiego.

    — Na trzy czwarte etatu, żeby móc robić swoje komputery, a nie tylko papierki — wspomina Karpiński

    Dzisiaj ma 81 lat. Mieszka w wynajętej, skromnej kawalerce we Wrocławiu. Nie żyje w luksusie, jak sądził pewien Szwajcar, któremu Karpiński opowiedział o swoich wynalazkach. Część emerytury zabiera bank za niespłacony kredyt. Karpiński ledwo się porusza. Niemiecka kula. Ale na pytanie, kim jest, odpowiada dziarsko: programistą. I z wysiłkiem sięga na półkę po najnowszy wynalazek, niewielki przedmiot mieszczący się w dłoni — skaner dla księgowych, który rzędy cyfr z ksiąg handlowych zamienia na kolumny w Excelu, automatycznie wychwytując i korygując ewentualne błędy w obliczeniach.

    — To dzieło moje i syna Daniela, który niedawno założył firmę informatyczną. Na razie sprzedajemy skaner w Szwajcarii. W Polsce wciąż szukamy kogoś, kto by go sprzedawał — mówi Karpiński.

    Czyżby historia się powtarzała? Karpiński już się nie przejmuje.

    — Mam własny sposób na kłopoty: gdy nic nie mogę zrobić, po prostu je olewam — mówi konstruktor.
    Jego dawny współpracownik Zbysław Szwaj też ma na swoim koncie wiele konstrukcji i wynalazków, począwszy od spektrometru, aparatu do diagnozowania tarczycy, a skończywszy na radiometrycznym znaczniku planktonu. Ale skończył z tym. Dzisiaj produkuje sportowego Leoparda z 405-konnym silnikiem Corvetty. Ręczna robota. Za 150 tys. dolarów od sztuki."

    Źródło: http://marekwojciechowski.bblog.pl/wpis,polski;bill;gates;zyje;w;biedzie,11811.html


    Fajne! Ranking DIY
  • #2 30 Maj 2008 22:59
    daduszeryf
    Poziom 28  

    Witam.Pamiętam artykuł w Młodym Techniku O tym komputerze że będziemy największym producentem komputerów na świecie.Widziałem fotki komputera Pana Karpińskiego i ruskiej odry to jak to wielkością można porównać dzisiejszy komputer do szafy ubraniowej (dużej).Tak jak komuna zniszczyła tego człowieka to tylko płakać.Powinni zapewnić Temu wielkiemu człowiekowi za krzywdy z powodu komuny Polska teraz powinna wypłacić odszkodowanie.Bardzo dobrze znam tą sprawę zawsze znajomym o tym opowiadam.Tych komuchów co brali w tym udział to bym postawił pod mur.O tym CZŁOWIEKU powinien koś zrobić jakiś program żeby wszyscy się dowiedzieli.

  • #3 30 Maj 2008 23:31
    macio8888
    Poziom 22  

    Taa..i jeszcze BRE Bank zabiera mu do dzis odsetki za kredyt..płakać sie chce...

  • #4 31 Maj 2008 00:07
    JOLLY
    Poziom 15  

    Komuna niejedno nam zniszczyła, czytałem o Panu Karpińskim parę razy, adresowanie stronicowe w tamtych czasach, szok, po prostu geniusz. I wszystko na marne, a kto wie jakie komputery by dzisiaj rządziły.

  • #6 02 Cze 2008 13:40
    sq3evp
    Poziom 21  

    Dlaczego można odnieść wrażenie czytając to tego typu sprawach, że Polacy żyją nie we własnym kraju i jeżeli ktoś jest zbyt inteligentny to po nim :(

  • #7 02 Cze 2008 16:36
    Jan Nojszewski
    Poziom 18  

    Witam. Można jeszcze dodać że inż. Karpiński współpracował z nieżyjącym już Konradem Kosińskim moim szefem i nauczycielem. Znam tę sprawę z opowiadań Konrada Kosińskiego (pracowaliśmy na Odrze 1305). Do wynalazków Pana Karpińskiego chcieli się "podpiąć" decydenci i to oni głównie umilali mu życie.

  • #8 03 Cze 2008 11:24
    marek_Łódź
    Poziom 36  

    Taka jest różnica między Polską i cywilizowanym światem. W Stanach Karpiński spijałby drinki na jakiejś wyspie na Pacyfiku, obserwując jak mu rośnie stan na ośmio, czy dziewięciocyfrowym koncie.

    Koledze MES Mariusz specjalne podziękowania za przypomnienie człowieka, który największą czcionką zapisał się w historii polskiej techniki.

    Co do przyczyn niepowodzenia, to z pewnością było ich wiele. Niezależnie od opisanych w powyższym tekscie, ZSRR w ramach RWPG sterował produkcją realizując "socjalistyczny podział" zadań. W ramach tego podziału np. Bułgarzy produkowali dyski, Polacy drukarki mozaikowe, a Rosjanie jednostki centralne. Ani sklonowany ICL1900 (ODRA1300), ani tym bardziej K-202 nie przystawały do tego systemu, gdzie królowały maszyny RIAD tzw jednolitego systemu, będące rosyjskimi klonami linii IBM-360.

    wikipedia napisał:
    The later production was halted as it was not in line with the ES EVM (Unified System of Electronic Computers in the Soviet Union)


    wikipedia napisał:
    Mera 400 - wzorowany na komputerze K-202 polski minikomputer. Produkowany w latach 1976-1987 w Zakładach Systemów Minikomputerowych MERA, ul. Łopuszańska 117/123, Warszawa.
    System operacyjny CROOK opracowany dla K-202 był również wykorzystywany w MERACH-400.

    Ciekawe czy gdzieś jest dostępna dokumentacja K-202 (schematy+soft)

    http://brain.fuw.edu.pl/~durka/var/K202/k202-3.png

    W okresie gdy został stworzony K-202 firma DEC (głównie ona) stworzyła spory rynek minikomputerów opanowany przez PDP-8 i PDP-11 (przodek VAXa). Był taki moment, gdy polskie komputery mogły tworzyć konkurencję na tym rynku tak jak magnetofony polskiego inżyniera Kudelskiego stworzyły i wypełniły sporą niszę w tej branży. Mogłyby, gdyby nie uwarunkowania polityczne.

  • #9 03 Cze 2008 12:28
    Ooz
    Poziom 12  

    Też jak przeczytałem te 8MB to mi klapa opadła, historia niesamowita, ciekawe że na studiach ani slowa o tym nie slyszalem...

  • #10 03 Cze 2008 12:38
    marek_Łódź
    Poziom 36  

    Ooz napisał:
    Też jak przeczytałem te 8MB to mi klapa opadła, historia niesamowita, ciekawe że na studiach ani slowa o tym nie slyszalem...


    Mówimy o przestrzeni adresowej, a nie o pamięci. Samo zasilenie 8MB w tamtej technologii wymagałoby pewnie zastosowania dodatkowego sporego zasilacza ;)

    Pierwsza płyta IBM jaką miałem w ręku miała zainstalowane 64KB RAM bez możliwości rozszerzenia, ale mówimy tu o komputerach innej klasy. W stosowanej nomenklaturze K-202 zalicza się do minikomputerów, a pecet jest mikrokomputerem (decydująca jest technologia w jakiej realizowany jest procesor). O ile pamiętam to sowieckie klony PDP-11 zwane SM-4 też miały sporą przestrzeń adresową. Tyle że były wielkości sporej szafy, a pamięci ferrytowe w szufladach miały to do siebie, że przed uruchomieniem trzeba było kopnąć, żeby poprawić styki.

    Szkoda, że na studiach technicznych tak mało czasu poświęca się historii techniki, która często jest bardzo pouczająca. Na szczęście jest internet ;)

  • #12 03 Cze 2008 22:03
    dydelf
    Poziom 12  

    Pamiętam te czasy. Ledwo zatrudniłem się po studiach w robocie, wysłali mnie na targi do Poznania. Tam zobaczyłem K-202. Potem pamiętam jego wykłady w Instytucie Łączności w Miedzeszynie. Tam też, gdy wszyscy notable zachwycali się Tewą i produkowanymi tam układami scalonymi powiedział: Tam nie da się produkować nic bardziej skomplikowanego niż proste bramki, bo fabryki układów scalonych buduje się na pustyni, a nie w środku miasta. I rzeczywiście. Pamiętam naciski szefa, żeby budować na polskich elementach (miał być produkowany klon 8080 i pamięć EPROM). Moje kolejne telefony do Tewy i ich zapewnienia, że już za miesiąc...
    W końcu poszedłem na wódkę z jednym z ich konstruktorów i wypaplał, że są takie drgania, że maski przesuwają się o grubość ścieżki i cały wypiek idzie do śmieci. No i musiałem stosować radzieckie EPROMY, w których wprowadzono dodatkowy parametr "programowalność" określający ile procent komórek da się zaprogramować. Kolega napisał nawet program na słynnym mikrokomputerze "Meritum", (skoro nie dano pracować Karpińskiemu ktoś skopiował amerykańską staroć TRS-80) który sprawdzał jakie komórki dają się zaprogramować i w zależności od tego modyfikował program. Stare dzieje.
    pozdrawiam,
    Andrzej

  • #13 03 Cze 2008 22:41
    Xaveri
    Poziom 17  

    Bardzo ciekawy tekst, ale w Warszawie nie ma takiego skrzyżowania - "Zakłady stoją do dzisiaj (na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Hynka)". Jest za to skrzyżowanie Alei Jerozolimskich i Łopuszańskiej. Przystanek autobusowy "Zajezdnia Kleszczowa" - dawniej "Zakład komputerów" :).

  • #14 04 Cze 2008 00:03
    redart
    Poziom 23  

    Słyszałem kiedyś o K-202, pracowałem przez 9 lat na egzemplarzu Odry, ale tej całej historii nie znałem. NAGRA Kudelskiego funkcjonuje do dziś (i to jak!), niestety Karpiński nie miał tyle szczęścia - wielka szkoda. Dzięki upowszechnieniu rozwiązań i myśli takiej konstrukcji w tamtych latach, nasze domowe blaszaki byłyby zapewne w zupełnie innym miejscu na osi czasu.
    Komentarz w jednym z linków wskazanych przez marek_Łódź :

    Cytat:
    ...Przy okazji informuję, że jestem posiadaczem egzemplarza K-202. ( R.Z. )

    Prawdziwy biały kruk: 1 z 30 sztuk...

  • #15 04 Cze 2008 10:22
    marek_Łódź
    Poziom 36  

    dydelf napisał:
    Kolega napisał nawet program na słynnym mikrokomputerze "Meritum", (skoro nie dano pracować Karpińskiemu ktoś skopiował amerykańską staroć TRS-80) który sprawdzał jakie komórki dają się zaprogramować i w zależności od tego modyfikował program. Stare dzieje.
    pozdrawiam, Andrzej
    "Meritum" było robione w Zabrzu na enerdowskim klonie Z80 zwanym bodajże U808. Kiedyś z kolegą napisaliśmy w tamtejszym BASICu monitor-debuger, asembler i linker umożliwiające uruchamianie programów w kodzie wewnętrznym. Przy okazji okazało się, że procesor po uzyskaniu odpowiedniej temperatury przestawał wykonywać jeden z rozkazów (zdaje się wymiana pary rejestrów), a dotyczyło to wszystkich egzemplarzy MERITUM, które mieliśmy. Pewnie mały bug podesłany enerdowcom w ramach kradzionej technologii. A może mikrofilmy się porysowały na granicy ;) . Oczywiście BASIC działał bezproblemowo.

    kortyleski napisał:
    Polska, coraz bardziej odechciewa mi się żyć w tym piep**** kraju. Nie ma szans dla ludzi z polotem
    Nie ma, ale inżynierów z polotem też coraz mniej. Za to kupa specjalistów od zarządzania.

    dydelf napisał:
    No i musiałem stosować radzieckie EPROMY, w których wprowadzono dodatkowy parametr "programowalność" określający ile procent komórek da się zaprogramować.
    Ku pamięci warto wspomnieć, że sowieckie kości miały piny w rastrze metrycznym z odległością nóżek 2,5 mm zamiast 100mils. W związku z powyższym przy wsadzaniu dłuższych kości w calowe podstawki trzeba było rozginać nogi scalaka.

  • #16 04 Cze 2008 17:14
    spc
    Poziom 1  

    Witam, to mój pierwszy post na Elektrodzie. Tak trochę dzisiaj poszukałem i według Wikipedii stronicowanie pamięci było trochę wcześniej wynalezione -> http://pl.wikipedia.org/wiki/ATLAS_(komputer).

    Dodane:

    Na Wikipedii informacje odnośnie K-202 są delikatnie mówiąc niespójne. http://pl.wikipedia.org/wiki/K-202. Napisali że K-202 był pierwszy w historii jeżeli chodzi o stronicowanie, a pod hasłem ATLAS jest to samo...

  • #17 04 Cze 2008 19:45
    rejestr007
    Poziom 17  

    Najbardziej mi się podoba „tego nie da się zrobić”. Dobrze pamiętam taki tekst z mojej pracy w Zakładach Wytwórczych Magnetofonów pod koniec lat 80 - tych. Często padał z ust głównego konstruktorach na cotygodniowych naradach. To była najczęstsza odpowiedź na pomysły, jakie ludzie zgłaszali! Zawsze nie mogłem się nadziwić, że ten facet zamiast szukać drogi jak to zrobić wynajdywał dziesiątki przeszkód żeby tego NIE zrobić! Kto go posadził na tym stołku? No cóż takie były czasy i tacy są ludzie! Do kompletu był jeszcze dyrektor naczelny, który świetne kolorowe projekty naszej plastyczki kwitował jednym zdaniem. Może to być każdy kolor byle był to czarny! A w modę wtedy wchodziły jaskrawo kolorowe obudowy....

  • #18 04 Cze 2008 21:08
    Paweł Es.
    Pomocny dla użytkowników

    JOLLY napisał:
    A ja zaciekawiłem się tematem i znalazłem coś takiego:
    http://www.jakubiak.eu/2008/04/jacek-karpiski-prawda-czy-fasz.html

    Jednak przyczepiają się do pewnej rzeczy o adresowaniu, mianowicie, że komputer posiadał 8MB pamięci, to w tamtych czasach niemożliwe, ale możliwe, że mógł zaadresować taką ilość ,tak myślę.


    To chodziło o adresowanie. Pamięć K202 była stronicowana (coś podobnego stosowały programy rozszerzające pamięć w PC-cie, podstawiając w odpowiednie okienko obszaru pamięci poniżej adresu 1MB segmenty z adresów powyżej)

    1 stronica to było 64k (65536) słów 16 bitowych (czyli w sumie 128kB)
    i były 64 stronice czyli sumarycznie można było uzyskać:

    64*64k * 2B=8MB (zorganizowane jako 4M * 16bitów)

    a obsada rzeczywista zależała od zasobności kieszeni.

    Sam procesor miał własne 16k słów pamięci RAM.

    Jak czytam specyfikację systemu, to było to na te czasy bardzo nowatorskie rozwiązanie i ŻAL D... ŚCISKA, ŻE TO ZMARNOWANO.

    Z resztą niezbyt wiele się zmieniło ... teraz marnuje się polską myśl techniczną pod płaszczykiem ekonomii (Chińczyk zrobi taniej, nie ważne, że się zaraz coś rozpadnie) a politycy tracą czas na wyciąganie trupa z szafy, kurzu spod dywanu i okładają się po głowach teczkami :(
    Świat niestety nie poczeka, a nawet przyspieszy, bo po co im taki balas(t) a my doczekamy momentu gdy żona do męża powie:

    - Kochanie z powodów ekonomicznych nie stać nas na dziecko twojej roboty i zatrudniłam Chińczyka, który zrobi to za garstkę ryżu ...

  • #19 04 Cze 2008 21:38
    dydelf
    Poziom 12  

    Meritum było opracowane w jakiejś małej firemce, a potem rzeczywiście produkowane w Zabrzu. Jak na czasy mikrokomputerów typu Spectrum miało rewelacyjną klawiaturę (całe było umieszczone w solidnej klawiaturze od monitora ekranowego z Zabrza). Nasze Meritumy miały oryginalne Z-80. Programy napisane dla TRS-80 chodziły na nim bez kłopotu. Też pamiętam radziecki raster i wyginanie nóżek ichniej wersji 8055. A był jeszcze jakiś polski mikrokomputer (Liza? Lidia?) chyba zrobiony jak Atari na Mostek 6502.
    pozdrawiam,
    Andrzej

  • #20 05 Cze 2008 00:17
    Ukaniu
    Poziom 10  

    Z tego co ja słyszałem od ludzi mających wiedzę ze żródeł u Kudelskiego wynika, że ten cżłowiek faktycznie doskonały naukowiec miał jedną wadę - nie umiał pracować w zespole. Czasy odkrywców samotników się wtedy kończyły no i jego ciekawa historia też.
    Te informacje wydają sobie być prawdziwe bo trudno aby taki człowiek z taką wiedzą nie zagrzał miejsca ani w PRL ani na zachodzie gdyby był mniej konfliktowy dziś to nazwisko znaczyło by więcej, tak myślę.

  • #21 05 Cze 2008 10:39
    marek_Łódź
    Poziom 36  

    Ukaniu napisał:
    Z tego co ja słyszałem od ludzi mających wiedzę ze żródeł u Kudelskiego
    Karpińskiego?

    Ukaniu napisał:
    Czasy odkrywców samotników się wtedy kończyły no i jego ciekawa historia też.
    Zależnie od złożoności problemu inżynierowie rozwiązują je sami lub w zespołach. Z tego co piszą współpracownicy Karpińskiego nie było tak źle z tym zespołem. Natomiast miał problemy w dogadaniu się z przełożonymi. I tak miał farta, że trafił na Stefana Bratkowskiego, bo pewnie inaczej byśmy o nim wcale nie usłyszeli.

  • #22 07 Cze 2008 14:29
    qrdel
    Poziom 28  

    Miałem to szczęście że w paru miejscach trafiłem zarówno na K-202 jak i na ludzi z zespołu współpracującego z Karpińskim.
    Nigdy nie słyszałem o jego konfliktowości, a zawsze podkreślano żal po zmarnowaniu okazji wykorzystania tego konkretnego urzadzenia, a szerzej z powodu uniemozliwienia pracy tak zdolnemu i wartościowemu człowiekowi.
    Raz chyba fragment danych z którymi pracowałem przemknął przez K-202.
    Obecnie, od paru lat kolejne wersje moich PC-tów ozdabiam oryginalną tabliczką "KtK SYSTEM K-202".
    Gwoli wyjaśnienia, nie rozwaliłem w tym celu pomnikowego dzieła, tabliczka pochodzi z niekompletnego interfejsu wydobytego spod podłogi przy przeprowadzce Instytutu.
    Obudowa interfejsu dzielnie służyła potem mojej babci jako pancerne radio (żadna plastikowa nie wytrzymywała warunków eksploatacji).
    Polski Bill Gates żyje w biedzie

  • #23 07 Cze 2008 15:18
    benchmarek
    Poziom 22  

    Świetna historia, chyle czoła dla p. Karpińskiego.

    JOLLY napisał:
    A ja zaciekawiłem się tematem i znalazłem coś takiego:
    http://www.jakubiak.eu/2008/04/jacek-karpiski-prawda-czy-fasz.html

    Jednak przyczepiają się do pewnej rzeczy o adresowaniu, mianowicie, że komputer posiadał 8MB pamięci, to w tamtych czasach niemożliwe, ale możliwe, że mógł zaadresować taką ilość ,tak myślę.



    Co do adresowania stronicowego to można zaadresować nieograniczona ilość pamięci, wystarczy kilka multiplekserów do przełączania stron zresztą jak słusznie zawuażył kolega Paweł Es.to np może być 64k x 64 str. lub 16k x256 (myślę że w tamtych czasach taka była organizacja) stron moze byc wiecej wystarczy dać wiecej linii adresowych lub multipleksery do ich przełaczania. Dostęp do dotakowych stron odbywa sie na zasadzie stronicowania pamieci tj. wylaczania jednej strony np z 16k pamieci i w ten obszar adresowy podstawienia innej strony, prosta zasada na ktorej opiera sie kazde rozszerzenie pamieci, zreszta stosowana do dzis w pecetach. Takie rozwiazanie pozwala na zaadresowanie wiekszej liczby pamieci niz cpu fizycznie moze zaadresowac np 16bitowa szyna danych pozwala zaadresowac 64Kbajty pamieci.

  • #24 09 Cze 2008 15:47
    ictorn
    Poziom 20  

    Witam
    Panowie co by tu nie pisać, nie będzie rozgłosu ani szerszej wiedzy dla potomnych. Moja decyzja była jedna, napisałem do programu TVN "UWAGA", z linkiem do artykułu. Jeśli się zdecydują i zrobią program, to może zajmą się tym jakieś odpowiednie osoby lub premier, poseł i umorzą p. Karpińskiemu ten dług. A może by uwiecznić tego człowieka w książkach.

  • #25 10 Cze 2008 17:25
    Marcinelektroda
    Poziom 1  

    Tak to jest już w Polsce, że wybitni ludzie trafiają ciągle na problemy i zawiść innych.

  • #26 10 Cze 2008 17:53
    pgoral
    Poziom 25  

    Xaveri napisał:
    Bardzo ciekawy tekst, ale w Warszawie nie ma takiego skrzyżowania - "Zakłady stoją do dzisiaj (na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Hynka)". Jest za to skrzyżowanie Alei Jerozolimskich i Łopuszańskiej. Przystanek autobusowy "Zajezdnia Kleszczowa" - dawniej "Zakład komputerów" :).


    Precyzyjnie pisząc powinno się napisać, że stoją na skrzyżowaniu Al. Jerozolimskich i Łopuszańskiej. Jako, że od Al. Krakowskiej ulica Hynka zmienia się w Łopuszańską. Ale tak czy inaczej "na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Hynka" to jednoznacznie wiadomo gdzie to jest.


    Swoją drogą pokłony i czapki z głów przed Tym wielkim konstruktorem.

  • #27 11 Cze 2008 10:24
    xmikolajx
    Poziom 11  

    Pełen szacunek!

    Szkoda tylko, że w naszym pięknym kraju niewiele się zmieniło, nadal nie szanuje się człowieka, obywatela.
    Dlatego młodzi zdolni Polacy wyjeżdżają, pracują i konstruują za granicą, gdzie ich ciężka praca jest godziwie wynagrodzona.

    Pozdrawiam

  • #28 13 Cze 2008 00:54
    Paweł Es.
    Pomocny dla użytkowników

    Polska chyba szczyci się wzajemnym wdeptywaniem wyróżniających się jednostek:

    Historia dawniejsza, metalurga Jana Czochralskiego, który w 1916 wynalazł metodę produkcji monokryształów ...

    http://www.ptwk.org.pl/pol/documents/wyklety_odkrywca.pdf


    i po co on wracał do tej Polski ? By mu zatruto stare lata ?

  • #29 13 Cze 2008 02:10
    Quarz
    Poziom 43  

    Paweł Es. napisał:
    [ ... ]
    i po co on wracał do tej Polski ? By mu zatruto stare lata ?
    Nie zrozumie tego ten, kto nie był "za "Wielką Wodą", czy wyjechał z Polski będącej pod zaborami - często za chlebem - a potem wracał już do Polski wolnej... :idea:
    Ja nie "wracałem", ale znam to z opowiadań moich dziadków (rodziców mojego, żyjącego jeszcze, ojca) którzy wróci w 1923 roku z USA (wyjechali tam - osobno nie znając się - jeszcze przed wybuchem I W. Ś.) na wezwanie - apel - Józefa Piłsudzkiego: "Polacy wracajcie do Wolnego Kraju", choć wcale nie było Im tam źle...
    Znam też nie tylko "oficjalne" dzieje Jana Czochralskiego - z racji osobistej znajomości z Jego sąsiadami z Kcyni i "długich rozmów" nimi oraz z Jego potomkami (lata '50 ub. w.) - a więc od czasów, kiedy jeszcze 'nie można było o tym wspominać'... ale nie tylko, jeździłem z moim dziadkiem do kcyńskiego zakładu Czochralskiego po towar - sól szybkopeklującą i lak butelkowy - do dziadkowego Domu Towarów Kolonialnych... :D
    Napiszę więc krótko: to co było "siłą sprawczą" tych powrotów, to polski patriotyzm.
    Choć moja babcia nigdy mojemu dziadkowi (zmarł od Niej wcześniej) nie wybaczyła decyzji powrotu do Polski, szczególnie zaś po II W. Ś., kiedy komuna, choć nie tylko, zabrała Im wiele, ale pisanie tu o tym to byłby już zupełny OffTopic... :D

  • #30 30 Cze 2008 03:20
    daxeno
    Poziom 11  

    Gdy czytałem historie Pana Karpińskiego ,to aż w gardle ściska ...
    Niestety , ale to jest Polska i raczej wiele sie tu nie zmieni. Jak nie państwo , to banki człowieka wykończą. Sam mając obecnie lat 20 doznałem również niemiłych doświadzczeń co do wynalażczożci w polsce. Zobaczymy co dalej ... życie przede mną.