Przebieg to sprawa czysto kosmetyczna, przynajmniej jeśli chodzi o ten wyświetlany na zegarach. Można tam wpisać dowolną wartość, choć przeważnie wpisuje się 175k km, bo przecież po przejechaniu 200k km każde auto natychmiast staje się szrotem. To mit z czasów Polonezów, Wartburgów i Fiatów 126p, który ciągle pokutuje w narodzie.
Warto też uzmysłowić sobie dwie sprawy - Niemiec, ów przysłowiowy pobożny dziadek-lekarz, nie jest idiotą i nie sprzeda dobrego auta z niskim rzeczywistym przebiegiem za połowę ceny rynkowej. Druga - handlarze, którzy sprowadzają samochody, nie pracują dla Owsiaka. Im chodzi o zysk, a najlepszy osiąga się reanimując padła, którymi wzgardził nawet Turek z podberlińskiego złomowiska. Paliwo do lawety nie zwróci się nigdy, jeśli zaczną sprowadzać prawdziwe "igiełki", bo za te trzeba zapłacić więcej, niż da im ktokolwiek w kraju.
To zaś prowadzi do wniosku, do którego doszli już starożytni Fenicjanie - kupując tanio kupisz szajs, za dobry towar trzeba zatem wyłożyć odpowiednią kwotę.