Póki naukowcy nie opracują nowej technologii magazynowania energii, jesteśmy skazani na akumulatory litowo-jonowe. W znacznym stopniu to właśnie one przyczyniają się do utrzymywania wysokiego poziomu emisji dwutlenku węgla i negatywnego wpływu na globalne ocieplenie.
To skutek technologii ich produkcji oraz utylizacji. Do ich wytworzenia potrzeba kobaltu, litu i niklu. Złoża tych pierwiastków znajdują się w głównej mierze w krajach trzeciego świata – Boliwia, Demokratyczna Republika Konga i Zambia, gdzie europejskie normy wydobycia i troski o środowisko są tematem marginalnym.
Ogromne zapylenie, toksyczne opary, zatrucie rzek i zanieczyszczenie powietrza dotykają póki co lokalne społeczności, ale po latach problem może przenieść się na resztę globu. Dodatkowy kłopot stanowi nieprzestrzeganie praw człowieka oraz przypadki pracy niewolniczej.
10 kilogramów kobaltu. Tyle potrzeba do wyprodukowania jednej baterii umieszczanej w samochodzie elektrycznym. To tysiąc razy więcej niż w akumulatorach montowanych w smartfonach. Warto też wspomnieć, że litowo-jonowe magazyny energii już teraz pochłaniają 40 procent światowego wydobycia pierwiastka odkrytego w 1735 roku przez Georga Brandta.
Jeżeli rządowe plany masowej elektryfikacji floty pojazdów w Europie, Ameryce Północnej, Chinach, Japonii oraz Indiach zostaną zrealizowane, świat stanie przed koniecznością sięgnięcia po zasoby znajdujące się pod dnem morskim.
Problem zaczynają dostrzegać producenci. W lipcu ubiegłego roku Związek Przemysłu Niemieckiego wydał komunikat przedstawiający katastrofalną dla gospodarki wizję - „bez dostatecznych dostaw grafitu, kobaltu, litu i magnezu, w Niemczech nie będzie przemysłu”.
Wynika to z globalnego wzrostu zapotrzebowania na te pierwiastki, których występowanie w przyrodzie jest ograniczone. Wyjściem z patowej sytuacji ma być zabezpieczenie długoterminowych kontraktów na dostawy niezbędnych surowców do produkcji samochodów elektrycznych.
Wzrost podaży samochodów elektrycznych to też problem z utylizacją starych akumulatorów. Według ostrożnych szacunków już za 7 lat świat stanie przed wyzwaniem przetworzenia 11 milionów ton zużytych baterii. Dziś recykling jednego kilograma wyeksploatowanego akumulatora wiąże się z kosztem jednego euro.
Premier Morawiecki zapowiedział, że w 2025 roku po polskich drogach będzie jeździć milion samochodów elektrycznych. Ma w tym pomóc niedawno przyjęta ustawia dotycząca elektromobilności.
To ogromne wyzwanie dla krajowej sieci energetycznej, która będzie musiała wytrzymać dodatkowe obciążenie. Hipotetyczny problem dotyczy nie tylko Polski, lecz również pozostałych państw stawiających na ekologiczne pojazdy. Czarne scenariusze pisane przez sceptyków zakładają, że lokalnie będą mogły występować przeciążenia prowadzące do awarii typu „blackout”.
Całość artykułu: Ciemna strona samochodów elektrycznych. Czy auta, na które stawia nasz rząd, na pewno są ekologiczne?
To skutek technologii ich produkcji oraz utylizacji. Do ich wytworzenia potrzeba kobaltu, litu i niklu. Złoża tych pierwiastków znajdują się w głównej mierze w krajach trzeciego świata – Boliwia, Demokratyczna Republika Konga i Zambia, gdzie europejskie normy wydobycia i troski o środowisko są tematem marginalnym.
Ogromne zapylenie, toksyczne opary, zatrucie rzek i zanieczyszczenie powietrza dotykają póki co lokalne społeczności, ale po latach problem może przenieść się na resztę globu. Dodatkowy kłopot stanowi nieprzestrzeganie praw człowieka oraz przypadki pracy niewolniczej.
10 kilogramów kobaltu. Tyle potrzeba do wyprodukowania jednej baterii umieszczanej w samochodzie elektrycznym. To tysiąc razy więcej niż w akumulatorach montowanych w smartfonach. Warto też wspomnieć, że litowo-jonowe magazyny energii już teraz pochłaniają 40 procent światowego wydobycia pierwiastka odkrytego w 1735 roku przez Georga Brandta.
Jeżeli rządowe plany masowej elektryfikacji floty pojazdów w Europie, Ameryce Północnej, Chinach, Japonii oraz Indiach zostaną zrealizowane, świat stanie przed koniecznością sięgnięcia po zasoby znajdujące się pod dnem morskim.
Problem zaczynają dostrzegać producenci. W lipcu ubiegłego roku Związek Przemysłu Niemieckiego wydał komunikat przedstawiający katastrofalną dla gospodarki wizję - „bez dostatecznych dostaw grafitu, kobaltu, litu i magnezu, w Niemczech nie będzie przemysłu”.
Wynika to z globalnego wzrostu zapotrzebowania na te pierwiastki, których występowanie w przyrodzie jest ograniczone. Wyjściem z patowej sytuacji ma być zabezpieczenie długoterminowych kontraktów na dostawy niezbędnych surowców do produkcji samochodów elektrycznych.
Wzrost podaży samochodów elektrycznych to też problem z utylizacją starych akumulatorów. Według ostrożnych szacunków już za 7 lat świat stanie przed wyzwaniem przetworzenia 11 milionów ton zużytych baterii. Dziś recykling jednego kilograma wyeksploatowanego akumulatora wiąże się z kosztem jednego euro.
Premier Morawiecki zapowiedział, że w 2025 roku po polskich drogach będzie jeździć milion samochodów elektrycznych. Ma w tym pomóc niedawno przyjęta ustawia dotycząca elektromobilności.
To ogromne wyzwanie dla krajowej sieci energetycznej, która będzie musiała wytrzymać dodatkowe obciążenie. Hipotetyczny problem dotyczy nie tylko Polski, lecz również pozostałych państw stawiających na ekologiczne pojazdy. Czarne scenariusze pisane przez sceptyków zakładają, że lokalnie będą mogły występować przeciążenia prowadzące do awarii typu „blackout”.
Całość artykułu: Ciemna strona samochodów elektrycznych. Czy auta, na które stawia nasz rząd, na pewno są ekologiczne?