I co mi zrobicie? Historia pewnego (zespołowego) projektu.
Dręczy mnie to już kilka dni. Ale zacznijmy od początku.
Minęły cztery lata od czasu zamknięcia projektu „AQ570”. To miał być przełom. Nowa jakość, ponad 2x większa wydajność, 3x większa dokładność, a do tego wszystko przemyślane i sprawdzone, aby nigdy więcej serwis nie musiał się wstydzić za konstruktorów. Duży projekt, w którym ponad 500 ludzi walczyło o lepsze jutro. Ale klienci wycofali się z zamówień i cały projekt trafił na półkę. Część ludzi zwolniono, część została przechodząc do innych projektów. Taka piękna katastrofa.
Minęły 2 lata od czasu zamknięcia projektu „ST3085”. To też miał być przełom. Wykorzystano wszystko co tylko było możliwe z „AQ570”. Tym razem bez wielkiej pompy, bez wielkich oczekiwań – ot, kolejna generacja maszyn, które są kluczowe w produkcji. Wszystkie moduły precyzyjnie określone, zaprojektowane z dbałością o szczegóły, dokumentacja przygotowana porządnie, sprawdzona i zaakceptowana przez dostawców.
Pierwszy prototyp został dokładnie przebadany i okazało się, że jest zgodny ze specyfikacją. Dobra robota wykonana przez ~300 ludzi. Dlatego część ludzi zwolniono, a część została przechodząc do innych projektów.
Dlaczego?
Ponieważ żaden z dotychczasowych klientów nie jest zainteresowany zakupem maszyn z linii "ST3085". Nikt nie potrzebuje takiej dokładności czy wydajności.
Minęły 3 miesiące od czasu uruchomienia projektu "ST6830". Tym razem decyzję oparto na wynikach szczegółowych rozmów z klientami. Wiemy czego chcą i dokładnie to dostarczymy. Wszystko było prawie gotowe, ponieważ wykorzystaliśmy wcześniejszy system - "ST3085". Potrzebny był tylko dobry, zgrany zespół do wprowadzenia poprawek, zamknięcia testów i dokumentacji. Najlepiej ten, który to opracował.
Niestety oni nie wrócą, ponieważ zwolniliśmy większość z nich za dobrze wykonaną pracę. Ktoś zaproponował, aby dopuścić świeżej krwi zatrudniając inżynierów uciekających z kraju podlegającego dynamicznym zmianom politycznym. Wiecie, taki azjatycki kraj na południu Europy, który ma dużo ludzi, dużo inżynierów i dobrze rozwinięty przemysł. Przyjechali i przywieźli swoją kulturę. Trochę inną od naszej. I pojawił się problem...
Niechętnie z nami współpracują, niechętnie dzielą się informacjami. Każdy z nich jest specjalistą w swojej dziedzinie i jest dumny z tego powodu. Nawet nie rozmawiają ze sobą. Każdy z nich pracuje sam nad tematem. Dopiero jak minie termin, informują o opóźnieniach. Nikt nie wie na jakim etapie realizacji są ich zadania.
Trzy tygodnie temu nie wytrzymałem i zapytałem dlaczego wcale nie informują o problemach, o zagrożeniach, o tym co robią.
Na nic zdały się tłumaczenia, że przecież jesteśmy zespołem, możemy i powinniśmy sobie pomagać, a podstawą jest efektywna i spójna komunikacja. Wtedy zaczęli szeptać w swoim języku i w końcu jeden z nich wypalił:
Ja wiem jak to zrobić i nikt mi nie będzie mówił co i jak! Jak skończę, to powiem! I co mi zrobicie?!
Nic mu nie zrobiliśmy – nawet wizy nie przedłużyliśmy. Jest wolnym człowiekiem.
Czy trafiliście na podobne sytuacje, jakie jest Wasze zdanie w poniższych tematach?
Czy my potrafimy pracować w zespołach, potrafimy ze sobą rozmawiać, ufać w swoje umiejętności i wspólnie rozwiązywać problemy, wykorzystując posiadaną wiedzę z różnych dziedzin?
A może jesteśmy indywidualistami, którzy specjalizują się w wąskiej dziedzinie i preferują pracę w pojedynkę i nie lubimy "oddawać" naszej wiedzy?
Czy to kwestia wychowania, doświadczeń, poziomu bezpieczeństwa, dumy?
Co sprawia, że zmieniamy swoje nastawienie, otwieramy się lub zamykamy na współpracę?
Jakie jest Wasze spojrzenie oraz doświadczenia w kwestii pracy zespołowej?
edit 2019.06.15 - Usunięto link do innego tematu.
Dręczy mnie to już kilka dni. Ale zacznijmy od początku.
Minęły cztery lata od czasu zamknięcia projektu „AQ570”. To miał być przełom. Nowa jakość, ponad 2x większa wydajność, 3x większa dokładność, a do tego wszystko przemyślane i sprawdzone, aby nigdy więcej serwis nie musiał się wstydzić za konstruktorów. Duży projekt, w którym ponad 500 ludzi walczyło o lepsze jutro. Ale klienci wycofali się z zamówień i cały projekt trafił na półkę. Część ludzi zwolniono, część została przechodząc do innych projektów. Taka piękna katastrofa.
Minęły 2 lata od czasu zamknięcia projektu „ST3085”. To też miał być przełom. Wykorzystano wszystko co tylko było możliwe z „AQ570”. Tym razem bez wielkiej pompy, bez wielkich oczekiwań – ot, kolejna generacja maszyn, które są kluczowe w produkcji. Wszystkie moduły precyzyjnie określone, zaprojektowane z dbałością o szczegóły, dokumentacja przygotowana porządnie, sprawdzona i zaakceptowana przez dostawców.
Pierwszy prototyp został dokładnie przebadany i okazało się, że jest zgodny ze specyfikacją. Dobra robota wykonana przez ~300 ludzi. Dlatego część ludzi zwolniono, a część została przechodząc do innych projektów.
Dlaczego?
Ponieważ żaden z dotychczasowych klientów nie jest zainteresowany zakupem maszyn z linii "ST3085". Nikt nie potrzebuje takiej dokładności czy wydajności.
Minęły 3 miesiące od czasu uruchomienia projektu "ST6830". Tym razem decyzję oparto na wynikach szczegółowych rozmów z klientami. Wiemy czego chcą i dokładnie to dostarczymy. Wszystko było prawie gotowe, ponieważ wykorzystaliśmy wcześniejszy system - "ST3085". Potrzebny był tylko dobry, zgrany zespół do wprowadzenia poprawek, zamknięcia testów i dokumentacji. Najlepiej ten, który to opracował.
Niestety oni nie wrócą, ponieważ zwolniliśmy większość z nich za dobrze wykonaną pracę. Ktoś zaproponował, aby dopuścić świeżej krwi zatrudniając inżynierów uciekających z kraju podlegającego dynamicznym zmianom politycznym. Wiecie, taki azjatycki kraj na południu Europy, który ma dużo ludzi, dużo inżynierów i dobrze rozwinięty przemysł. Przyjechali i przywieźli swoją kulturę. Trochę inną od naszej. I pojawił się problem...
Niechętnie z nami współpracują, niechętnie dzielą się informacjami. Każdy z nich jest specjalistą w swojej dziedzinie i jest dumny z tego powodu. Nawet nie rozmawiają ze sobą. Każdy z nich pracuje sam nad tematem. Dopiero jak minie termin, informują o opóźnieniach. Nikt nie wie na jakim etapie realizacji są ich zadania.
Trzy tygodnie temu nie wytrzymałem i zapytałem dlaczego wcale nie informują o problemach, o zagrożeniach, o tym co robią.
Na nic zdały się tłumaczenia, że przecież jesteśmy zespołem, możemy i powinniśmy sobie pomagać, a podstawą jest efektywna i spójna komunikacja. Wtedy zaczęli szeptać w swoim języku i w końcu jeden z nich wypalił:
Ja wiem jak to zrobić i nikt mi nie będzie mówił co i jak! Jak skończę, to powiem! I co mi zrobicie?!
Nic mu nie zrobiliśmy – nawet wizy nie przedłużyliśmy. Jest wolnym człowiekiem.
Czy trafiliście na podobne sytuacje, jakie jest Wasze zdanie w poniższych tematach?
Czy my potrafimy pracować w zespołach, potrafimy ze sobą rozmawiać, ufać w swoje umiejętności i wspólnie rozwiązywać problemy, wykorzystując posiadaną wiedzę z różnych dziedzin?
A może jesteśmy indywidualistami, którzy specjalizują się w wąskiej dziedzinie i preferują pracę w pojedynkę i nie lubimy "oddawać" naszej wiedzy?
Czy to kwestia wychowania, doświadczeń, poziomu bezpieczeństwa, dumy?
Co sprawia, że zmieniamy swoje nastawienie, otwieramy się lub zamykamy na współpracę?
Jakie jest Wasze spojrzenie oraz doświadczenia w kwestii pracy zespołowej?
edit 2019.06.15 - Usunięto link do innego tematu.
