Elektroda.pl
Elektroda.pl
X
TermopastyTermopasty
Proszę, dodaj wyjątek dla www.elektroda.pl do Adblock.
Dzięki temu, że oglądasz reklamy, wspierasz portal i użytkowników.

ITERACJA - Powieść SF w odcinkach. Tom 1, 26 odcinków.

yego666 09 Kwi 2020 15:25 4023 64
  • #31
    yego666
    Specjalista PLD
    ============== Odcinek 14 ================

    MAXIMUS
    -Dokąd Pan sobie życzy? - Gondola przywitała go miłym kobiecym głosem.
    - Do Instytutu Melioracji, - Khan rzucił niedbale i zagłębił się w medytacji.
    - Instytut Melioracji! - Po dłuższym czasie Gondola oznajmiła tryumfalnie przybycie do celu podróży.
    Khan ocknął się ze stanu przyjemnego odprężenia.
    - Nie oddychał Pan przez całą drogę, - głos gondoli emanował troską. - Czy mogę w czymś pomoc?
    Khan uśmiechnął się z rozbawieniem.
    - Nie. Wszystko w porządku, - Khan opuścił gondolę i resztę drogi przebył pieszo. Pięć minut kontaktu z naturą to rzadka okazja, by się zrelaksować. Tym bardziej, że następna doba nie zapowiadała się najspokojniej.
    Wszedł do hallu skromnego budynku Instytutu. Wystawa sprzętu rolniczego sprzed kilku wieków emanowała magicznym wspomnieniem skoszonych łanów zboża. Złociste snopki ustawiono równo w rzędach przed wielkim kombajnem.
    Khan minął snopki i wąskim przejściem przecisnął się za kombajn. Lustrzane drzwi rozsunęły się z cichym westchnieniem, gdy okazał swoją plakietkę perkatemu nochalowi skanera. Wszedł do windy i wybrał właściwy poziom. Winda ruszyła najpierw pionowo w dół, by po chwili zmienić kierunek na poziomy. Przez oszklone ściany windy Khan obserwował mijane hale.
    - Ciekawe, gdzie znajdował się szyb, którym wszystkie te maszyny bojowe tu trafiały, - Khan zastanawiał się chwilę przypominając sobie plany obiektu.
    Konsultował zabezpieczenia, gdy rozpoczynali kopać kilometrowy szyb w głąb ziemi jakieś czterdzieści lat temu.
    - Było to zaraz po pierwszym starciu z Morfami, - Khan przypominał sobie dawne czasy. - Jasne się wtedy stało, że „bracia w rozumie” nigdy nie będą przyjaciółmi i że sankcje nałożone na nich nie odniosły zamierzonego skutku. Wtedy zaczęto ukrywać obiekty o znaczeniu strategicznym. Od czasów Starożytności niewiele się zmieniło. Tylko maszyny były nieco bardziej wyszukane i troszkę bardziej śmiercionośne.
    - Weźmy taki miotacz Zero, - Khan obserwował nadal otoczenie i mijane maszyny bojowe. - Zasilanie standardowe, rozmiar małej lokomotywy, energia wiązki około czterystu TJ w impulsie. Można tym przypiec ogon niejednemu Niebieskiemu. Obok, skromny Tempotron. Lepiej być po właściwej stronie jego promienników, gdy działa. Można wylądować w czasach przed stworzeniem Wszechświata. Wszystkie te urządzenia nigdy by nie powstały, gdybyśmy byli sami w kosmosie.
    Winda zatrzymała się naprzeciw wąskiego korytarza. Khan wysiadł i udał się przed siebie. Po stu metrach skręcił w lewo. Gdzieś tu była toaleta. Pamiętał, że podczas inspekcji wiele lat temu był tu i zwiedzał większość pomieszczeń.
    - Ooo! - Uśmiechnął się tryumfalnie.
    Drzwi toalety usłużnie usunęły się przed nim. Khan odświeżył się pod prysznicem jonowym i wbił się sprawnie w skafander, który czekał na niego złożony w równą kostkę. Skafander posłusznie przeistoczył się w czarne Paludamentum Konsula Gildii. Khan wyszedł na korytarz. Przeszedł jeszcze dziesięć kroków i zatrzymał się przed lustrzanymi wrotami zdobionymi herbem Gildii, - ogromnym, trzygłowym smokiem z rozpostartymi skrzydłami. Bestia zionęła ogniem a w pazurach potężnych łap trzymała dwie skrzyżowane Lance Tachionowe. Tors Smoka zdobił złoty Aureus, - symbol najwyższej władzy. Khan uniósł dłoń i wrota rozsunęły się na boki ukazując wnętrze sali audiencyjnej Mistrza Gildii noszącego tytuł Protektor Maximus. Ściany odbijały i powiększały wszystko, co znajdowało się w przestronnym wnętrzu komnaty. Pośrodku przy wielkim podłużnym stole zrobionym z gładko obrobionego granitu siedziało już trzech mężczyzn pochłoniętych studiowaniem mapy holograficznej przedstawiającej układ Wong, tymczasowe miejsce zsyłki Aniołów, które przeżyły bitwę w układzie Myog. Mężczyźni mieli osłonięte twarze, co oznaczało, że nie należy dochodzić ich tożsamości w obecności Mistrza Gildii.
    - Mam nadzieję Khan, że pański raport jest kompletny, - zagadnął postawny mężczyzna odziany w czerwone Paludamentum odwracając się do nowoprzybyłego.
    Mężczyzna odsłonił twarz okazując Khanowi pełne zaufanie. Khan znał czcigodnego Protektora Maximusa od wielu lat. W Loży zasiadał po jego prawicy. Starannie przystrzyżona broda i wąsy dodawały mu powagi. Pozostali dwaj panowie również odwrócili się w stronę przybysza, lecz nie odsłonili twarzy. Nie miało to większego znaczenia, gdyż Khan doskonale wiedział, kim są i co tu robią.
    - Miałem dość czasu na analizę sytuacji i możliwych strategii, Maximus, - Odparł Khan kłaniając się Mistrzowi z należnym szacunkiem.
    - Usiądź, proszę, - Maximus wskazał wolne miejsce. - Miałeś sporo zajęć dzisiejszego dnia, jak słyszałem. Khan przytaknął siadając na wskazanym miejscu.
    - Nie wierzę w zbiegi okoliczności stąd uważam, że za tymi dziwnymi zjawiskami stoją Morfy, - Khan powiedział z namysłem. - Jak wiecie Gabriel stracił życie, ale wszystko, czego się od niego dowiedziałem wskazuje na Morfy. Mówię „wskazuje”, gdyż pewne elementy nie pasują do ich profilu. Przemieszczanie czarnych dziur zaobserwowaliśmy pierwszy raz około trzydziestu lat temu. Były wtedy bardzo odległe od siebie i poruszały się bardzo wolno, więc jak Panowie zapewne pamiętacie nie uznaliśmy by stanowiły zagrożenie. Ich ruch wyglądał na chaotyczny stąd nie przywiązywaliśmy większej wagi do tej obserwacji. Istnieje jednak pewien problem. Z tego, co nam wiadomo to Niebianie są raczej dość ograniczeni, jeśli chodzi o pojmowanie natury wszechświata. To rasa pasożytów zainteresowana techniką tylko w takim stopniu, w jakim umożliwia im ona przeżycie. Skąd, zatem posiadają technologię umożliwiającą przemieszczanie dużych mas z prędkościami relatywistycznymi? Jak dotąd wykazali się jedynie flotą słabo uzbrojonych i niezbyt szybkich statków kosmicznych napędzanych antymaterią. Zupełnie nie mają pojęcia o fizyce stanu podstawowego. Dla nich świat ma tylko trzy wymiary! Pozwoliłem sobie wysłać dwie grupy zwiadowcze. Jedną do układu Wong a drugą na N3109 odległą od nas o niecałe trzy megaparseki. Zdobyłem namiary bazowego układu Morfów. To ciemna gwiazda na krańcach ich galaktyki. Gabriel nazywał to miejsce Niebem. Mnie ono bardziej przypomina piekło, ale to pewnie rzecz gustu. Może dowiemy się więcej, gdy zwiad wróci.
    - Jest jeszcze coś, - Khan ciągnął dalej. - Artefakt, który przetransportowaliśmy z drugiego krańca Wszechświata nie powinien w ogóle istnieć. Był zrobiony z nieznanego stopu pierwiastków, których nie ma w znanym nam układzie okresowym. - Khan zrobił efekciarską pauzę w nadziei na jakiś komentarz. Nic takiego jednak nie nastąpiło, więc ciągnął dalej. - Co do zawartości Artefaktu to możemy jedynie przypuszczać, gdyż zniknął zanim został dokładnie zbadany. Mamy ślad fazowy Artefaktu prowadzący do układu czterech czarnych dziur, ale tam ślad się urywa. Nawet, jeśli założyć, że Artefakt zniknął pod horyzontem zdarzeń którejś z nich to i tak ślad powinien wciąż się utrzymywać, chyba, że ktoś usunął Artefakt z naszej czasoprzestrzeni.
    - A tak, tak, - Protektor Maximus ocknął się z zamyślenia. - Również nie wierzę w zbiegi okoliczności, stąd poleciłem by wzmocnić ochronę Estymatora Fazowego oraz głównych ośrodków naukowych będących w naszym zasięgu. Skoro nie wiemy, czym wróg dysponuje musimy być przygotowani na wszystko.
    - Wszyscy ponosimy odpowiedzialność za to, co się dzieje a ja w szczególności, - Maximus ożywił się mówiąc te słowa. - Wywiad, jak wiecie znajduje się pod moja osobistą pieczą stąd muszę z pełną odpowiedzialnością przyznać, że nie doceniliśmy wroga i należy to niezwłocznie naprawić. Osobiście dopilnuję, by winni zaniedbań w tej kwestii ponieśli odpowiedzialność. Nie możemy sobie pozwolić na żadne błędy i zaniedbania. Głupota i krótkowzroczność naszych władców doprowadziły kiedyś nieomal do zagłady rasy ludzkiej. Nie możemy pozwolić, by Morfy wciąż nas zaskakiwały. Widziałem holo Artefaktu, dodał mężczyzna powoli. Mam pewną teorię, co do tego, czym jest i jakie może posiadać znaczenie. Pojawił się już w przeszłości w naszej historii jakieś trzy tysiące lat temu. A Tobie Khan z niczym się Artefakt nie kojarzy?
    - No jasne! - Khana w tym momencie olśniło. - Podskoczył na krześle jak oparzony. - Że też wcześniej nie wpadłem na to. To musiały być Morfy. Poza nimi nie ma przecież innej formy życia w całym Wszechświecie. Nad czym się tu zastanawiać. To sprawka Aniołów i basta. Nie ma wątpliwości. Co takiego znajduje się w Artefakcie, że poświęcili jednego z najwyższych dostojników, by go zdobyć?
    - Diabelski gambit, - Trybiki w głowie Khana wciąż nie pracowały jak trzeba. - Coś tu jednak nie gra. - Pomyślał o technologii Aniołów i wydało mu się mało prawdopodobne, by mogły znać więcej pierwiastków niż ludzie, nie mówiąc już o czarnych dziurach. - C h y b a ż e ... Zwiad to musi wyjaśnić. Światło z ich gwiazdy nie posiada żadnych zagadkowych linii widma. Koniecznie trzeba zdobyć próbki wiatru ich słońca i gleby ze wszystkich planet, i księżyców ich układu. Jak Gabriel go nazwał?.. Chyba Mictlan. Chciałbym wiedzieć, czy to coś znaczy. Muszę przeszukać najstarsze pokłady pamięci Estymatora. Nawet on sam nie wie, że je ma.
    Khan uświadomił sobie, że nie ma czasu do stracenia. Jego wizyta u Mistrza Gildii dobiegła końca.
    - Przepraszam Panów, ale pilnie muszę się skomunikować ze zwiadem, - Khan wstał ze swojego miejsca i skierował się ku wyjściu. Odwrócił się i skłonił obecnym na pożegnanie, po czym ruszył do wyjścia. Gwałtowność ruchów Khana zaskoczyła nieszczęsne wrota, które nie zdążyły się uchylić przed majestatem nosa Konsula.
    - Cholera! - Khan jęknął i złapał się za nos. Głupio mu było przed Maximusem, ale nie dał poznać po sobie, że wrota pokonały go z taką łatwością.
    Do wyjścia dotarł tą samą drogą, którą tu przybył. Wyszedłszy na zewnątrz odetchnął świeżym powietrzem z wyraźną ulgą. Dobrze, że Protektor Maximus nie spytał o jego nocne przeczucie. Mógłby nabrać podejrzeń, że Khan nie panuje nad sytuacją a to zagrażałoby planom Khana.
    SPISEK
    Pierwszy obudził się Ulf. Zawsze długo spał, ale tym razem już nie mógł się doczekać poranka. Wszyscy jeszcze smacznie spali, więc postanowił zrobić im niespodziankę. Cichutko wymknął się z obozu. Gdy był już za drzewami wytężył swoje zmysły. Przez chwilę nic nie odbierał, ale powoli zaczęły docierać do niego różne odczucia. Czuł obecność rożnych zwierząt w niewielkiej odległości. Bardziej go jednak zdziwiło, że odczuwa również obecność drzew i innych roślin. Dotąd nie zdawał sobie świadomie sprawy, że są to żyjące stworzenia. Kochał przyrodę i nigdy nie korzystał z jej dobrodziejstw ponad konieczność. Burczenie w brzuchu przypomniało mu o priorytetach. Zlokalizował ślady kilku Bobro-Szopów, dużego dzika i kilku mniejszych. To pewnie mama z małymi idą szukać żeru, tak jak on. Po chwili zastanowienia sięgnął swoimi zmysłami trochę dalej i wyczuł obecność dzikich gęsi, które uwielbiał pieczone na rożnie. Ciekaw był jak wygląda świat z perspektywy gęsi, więc wyobraził sobie, że jest gęsią, którą właśnie zlokalizował. W chwilę później ujrzał w głowie obraz gór porośniętych drzewami i krzewami. Gęś skręcała w kierunku szerokiej rozpadliny. Ulf ujrzał jej oczami wysoki szczyt z niezbyt stromymi zboczami. Pośród drzew powyżej rozpadliny ujrzał jakby postać człowieka. Kto tu może być oprócz nas? Może Anioły wysłały szpiegów lub zabójców? Ale by była pyszna zabawa z nimi. Ulf wytężył wzrok zmuszając gęś by uczyniła to samo. Obraz powoli się przybliżał i stawał się ostrzejszy. Rozczarowany Ulf podniósł rękę do góry i szeroko nią zamachał. Postać na zboczu góry uczyniła dokładnie to samo.
    - A już miałem nadzieję na jakąś akcję, - pomyślał zawiedziony i myślami skierował gęś w swoją stronę. Gdy była nad nim, pozbawił ją przytomności a następnie skręcił jej kark. Dokładnie tak samo upolował jeszcze dwie spore gęsi i przeniósł je siłą woli do obozu. Teraz już wiedział jak Żarłok sobie radził z pięciokrotnie większym od siebie dzikiem. Łatwizna!
    Wracając do obozu zbierał suche gałęzie na ognisko już w tradycyjny sposób. Gdy doszedł do polany wszyscy byli już na nogach. Składali śpiwory i robili porządek po wieczornych zabawach.
    - Witaj Ulf, - Żarłok przywitał go przyjaźnie. - Widzę, że robisz dobry użytek z nowych umiejętności, - uśmiechnął się do tłustych gąsek leżących równo w rzędzie.
    Ulf przywitał Świstogona przyjaźnie klepiąc go po karku. Ptak odwdzięczył się znaną melodią, której go Ulf nauczył.
    - A Wy śpiochy jazda nad potok oczka i ząbki przemyć. Ja tu już od świtu haruję a Wy śpicie, - Wielkolud zaśmiał się dobrodusznie witając przyjaciół.
    Mag mruknął coś pod nosem niezrozumiale a Samira zdobyła się na ledwie słyszalne powitanie „Cześć. Trochę ciszej, jeśli łaska”.
    Ulf własnoręcznie ułożył przyniesione patyki w stosik i czekał aż ktoś zechce przygotować gęsi do części oficjalnej, ale na próżno. Sam musiał się uporać z tym zadaniem. W kwadrans oprawione gęsi znalazły się na rożnie. Krzesanie ognia siłą woli nie było łatwe, ale w końcu się udało. Ognisko płonęło równym płomieniem opiekając gąski ze wszystkich stron. Siedząc wygodnie przy ognisku Żarłok obracał rożen siłą woli, obserwując jak skórka przybiera złocisty kolor w blasku ognia. Gdyby nie światło pochodzące z ogniska nawet złoto mieniłoby się błękitem wszechobecnym na Zaxor. Na szczęście ogień zachował tradycyjne wartości i cieszył oczy żywymi kolorami. Towarzystwo powoli dochodziło do siebie po ciężkich doświadczeniach wczorajszego wieczoru.
    - Tobie to dobrze, Ulf, bo ważysz dwa razy więcej niż ja, - Samira usprawiedliwiła się sprytnie w swoim mniemaniu, - albo tylko udawałeś, że pijesz a wylewałeś za kołnierz.
    - Ulf nie ma kołnierza za to ma głowę bizona. Żadna ilość alkoholu nigdy go nie pokonała, - Mag nie wytrzymał i zaśmiał się głośno.
    Gąski przyjemnie skwierczały nad ogniskiem roztaczając wokół woń dziczyzny. Tłuszcz skapywał podsycając ognisko, które co raz wystrzeliwało snopy iskier w powietrze. Samira przygotowała chleb i wodę źródlaną oraz talerze. Sztućców nikt nie potrzebował a nawet jeśli, to ze względu na Żarłoka nikt nie zamierzał ich używać. Gąski potrzebują trochę czasu by się dobrze upiec, więc wszyscy cierpliwie przyglądali się mozolnej drodze ptaków na talerze.
    Ulf opowiedział w międzyczasie swoje poranne doświadczenia myśliwskie, gdyż lubił dzielić się swoją wiedzą z innymi. Nigdy nie wiadomo, kiedy się to komuś przyda.
    - Żarłoku, - Ulf zagadnął. - Wiemy jak działa teleportacja, której używamy na Zaxor i na Ziemi, ale to czysta technika. Robi się to tworząc tunele łączące odległe obszary przestrzeni, by przepchnąć przez nie samą materię a nie informację o jej strukturze. Trzeba do tego urządzeń i sporo energii. My natomiast robimy to bez jakiegokolwiek wspomagania techniką. Zechciej nas oświecić, na jakiej zasadzie to działa.
    Rożen przestał się na chwilę obracać, gdy Żarłok zbierał myśli. Po chwili jednak znów ruszył a w głowach biesiadników odezwał się niski głos Świstogona.
    - Chodzi tu o zjawisko splątania kwantowego znane już za czasów Średniowiecza. Wtedy jednak nie znano natury tego zjawiska i błędnie sądzono, że nie da się go użyć do nieprzyczynowego przekazu informacji. Wasza nauka wciąż do końca nie zgłębiła natury tego oddziaływania. Nic dziwnego, skoro pojęcie czasu zerowego nie jest jej znane. Splątanie polega na przekazaniu informacji z jednego obiektu do innego i określeniu ich wspólnego stanu, na przykład spinu. Następnie obiekty się rozdziela w przestrzeni. Przy próbie zbadania stanu kwantowego jednego z tych obiektów, drugi natychmiast przyjmuje wartość komplementarną. Tak to działa w mikroskali. Prawda jest jednak taka, że każdy obiekt i duży, i mały, i wielki jak słońce ma swoją matrycę splątania w domenie czasu zerowego. Wystarczy, zatem sięgnąć do niej i przesunąć obiekt w docelowe miejsce lub czas. Obiekt ulega rekreacji w docelowym miejscu a degeneracji u źródła. Dzieje się to natychmiast, gdyż czas zerowy nie wnosi własnych opóźnień do procesu. Wszystkie zjawiska typu tele- korzystają z tej własności.
    - To by znaczyło, że zjawiska tele- powinny oddziaływać również poprzez lokalny czas, dając możliwość porozumiewania się lub przemieszczania obiektów nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Czy mam rację? - Samira miała nadzieję, że Żarłok udzieli odpowiedzi potwierdzającej jej domysły.
    - Właśnie to chciałem Wam przekazać wieczorem przestrzegając przed nierozważnym używaniem takich zdolności. Postępując nierozważnie, bez zrozumienia konsekwencji można doprowadzić do katastrofy lub jakiegoś paradoksu w najlepszym przypadku. Może to być najstraszliwsza broń, jeśli się jej odpowiednio użyje. Można na przykład doprowadzić do kolizji gwiazd, jeśli we właściwym czasie umieści się niewielki obiekt na drodze jednej z nich tak, by nieznacznie zmienił trajektorię jej ruchu. Przez miliony lat ta drobna zmiana spowoduje takie odchylenie od oryginalnego toru, że gwiazda wejdzie na kurs kolizyjny z inną gwiazdą. Wystarczy sobie wyobrazić efekt, jaki chcemy osiągnąć a intuicja podpowie nam gdzie i co należy zrobić, by go osiągnąć. Tak to działa w praktyce, więc bądźcie bardzo ostrożni.
    Nagle koło ręki Maga, którą podpierał się o ziemię pojawił się metrowej wysokości krzew różany obsypany pięknie pachnącymi kwiatami. Wszyscy zwrócili natychmiast uwagę na krzew, który pojawił się znikąd.
    - Przed chwilą wprowadziłem drobniutką poprawkę do toru lotu maleńkiego nasionka, które dwa lata temu upadło dziesięć kroków dalej. Dalszych konsekwencji nie ma, gdyż ograniczyłem propagację przyczynową tej zmiany dla celów demonstracyjnych. Za minutę krzew powróci na swoje stare miejsce i będzie tak, jakby tej zmiany nigdy nie było. Teraz, mam nadzieję, wszyscy rozumiecie, jak ten mechanizm działa.
    Po minucie, tak jak Żarłok przewidział, krzew zmienił miejsce pobytu i wszystko wróciło do normy. Nikt się przez ten czas nie poruszył.
    - To jest mocne! - Mag nie krył podziwu. - Nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby Quadrium wpadło w niepowołane ręce. Tym bardziej należy sprawdzić, co się stało z próbką minerału, którą dostarczyliśmy Zielińskiemu.
    Gąski wciąż tkwiły na rożnie czekając aż ktoś się nimi zainteresuje. Były już doskonale upieczone i pachniały smakowicie. Samira pełniła dziś funkcję Pani domu, więc do niej należał sprawiedliwy podział dziczyzny. Pierwsza porcja wylądowała oczywiście na talerzu Żarłoka, który wdzięcznie zamachał skrzydłami i gwizdnął dwa razy. Reszta biesiadników otrzymała swoje porcje w następnej kolejności. Wszyscy zajęli się chrupaniem wspaniale przypieczonych skrzydełek, piersi i udek, popijając źródlaną wodą od czasu do czasu.
    - Gdyby nie to, że nie jestem biologiczny, - Żarłok przerwał milczenie, - czułbym się jak kanibal.
    Rozbawił wszystkich tym stwierdzeniem rozluźniając atmosferę minionych rozważań naukowych.
    - Jedzenie to sztuka a nie nauka i należy je celebrować z radością, i całkowitym oddaniem, - dodał, ostentacyjnie połykając spory kęs złocistej piersi.
    Jedzenia ubywało powoli a po trzeciej dokładce pozostały już tylko kości. Ulf z żalem skonstatował, że o jedną gąskę za mało upolował. Nie było już czasu na poprawki, gdyż musieli się zająć pilniejszymi sprawami.
    - Żarłoku, - Mag zagaił połykając ostatni kawałek swojej gąski. - A jak to się stało, że przeskoczyliśmy o jeden dzień do przodu przed katastrofą w Oho? Domyślam się, że w KOMNACIE POTOMNYCH przesunąłeś nas w czasie o jeden dzień do przodu. Tylko nie wiem, po co to zrobiłeś.
    - Rzeczywiście, - Żarłok westchnął cicho. - Masz rację, że wymaga to kilku zdań wyjaśnienia. Przesunięcie rzeczywiście nastąpiło, ale nie w KOMNACIE POTOMNYCH tylko w KOMNACIE RADY, zresztą miejsce nie miało znaczenia, bo mogłem to zrobić nawet na polanie przed gniazdem, ale na zewnątrz byście trochę zmarzli. To nie Gniazdo przenosi w czasie, tylko każdy sam to robi świadomie lub nie, ale bez udziału techniki. Tylko troszkę Wam w tym pomogłem ten jeden raz. Czułem, że coś się wydarzy w Oho, więc musiałem zwrócić waszą uwagę na to, że Gniazdo daje możliwość podróży w czasie. Przypuszczałem, że w końcu któryś z Was zauważy niespójne wskazania chronometrów i nie pomyliłem się. Nie mogłem się jeszcze wtedy ujawnić, gdyż w świetle katastrofy uznalibyście mnie niechybnie za wroga rujnując mój misterny plan. W każdym razie takie niebezpieczeństwo brałem pod uwagę. Musiałem skierować Wasze zainteresowanie ku Gniazdu. Przez ten dzień, gdy byliście „zamrożeni”, spokojnie przygotowałem prezentacje, które obejrzeliście potem w Archiwum i rozesłałem patrole po całej planecie, i okolicach, by zasięgnąć języka. Sporo się dzięki temu dowiedziałem, ale o tym potem. Teraz musimy się ubrać stosownie do okazji i jazda do Oho.
    - To znaczy jak się ubrać? - Samira się zainteresowała.
    - Nie wiemy, co nas tam czeka, więc dla uniknięcia ran, napromieniowania, spalenia żywcem, dezintegracji, zgniecenia, zadeptania, czy innego niebezpieczeństwa ubierzemy się w odzież ochronną w Przebieralni. To nie boli i nawet nic nie poczujecie poza chwilowym niezbyt miłym smakiem czosnku zmieszanego z pieprzem, ale to szybko minie. Musimy jeszcze ustalić czas i miejsce docelowe. Proponuję bramę północną, około stu kroków przed nią wiedzie ścieżka. Jest tam spory głaz, na którym wyryto nazwę miasta. Tam się spotkamy dokładnie o zachodzie słońca. Wszyscy znacie to miejsce, więc nie powinno być problemu. A teraz zapraszam do Przebieralni. Jeszcze jedno, kotlet nie miał woli, więc jego „ubranko” było śliskie. My możemy świadomie kontrolować przyczepność zewnętrznej warstwy i swój własny ciężar, by nie latać bezwładnie po okolicy.
    Podczas, gdy Żarłok udzielał im instrukcji, zdążyli dojść do Przebieralni.
    - Wchodzimy pojedynczo, czy wszyscy razem? - Ulf spytał Poszukiwacza.
    - Możemy wszyscy razem. Będzie nam raźniej.
    Podeszli do kabiny z przezroczystymi drzwiami, które właśnie się otwierały zapraszając gości do wejścia. Żarłok uruchomił kabinę siłą woli, bo skrzydłem by nie dosięgnął do zielonego przycisku. Nieufnie weszli do kabiny, która cicho zamknęła się za nimi. Z dysz trysnęły strumienie jakiejś substancji oblepiając ich mlecznobiałą mgłą. Po chwili mgła opadła i drzwi kabiny się otworzyły. Żarłok wyskoczył na zewnątrz z takim impetem, że odbił się najpierw od urządzeń po przeciwnej stronie Przebieralni, by następnie poszybować pod sufit. W chwilę później łagodnie opadł na podłogę pewnie stawiając swoje szpony na lśniącej posadzce. Spojrzał na towarzyszy, którzy wciąż jeszcze tkwili w kabinie i machnął do nich skrzydłem zapraszając do wyjścia. Pierwszy ostrożnie wyszedł Ulf i zaraz się wyłożył jak długi. Minę miał niewyraźną, ale widać przypomniał sobie instruktaż, gdyż po chwili wstał niepewnie i już bez trudności dołączył do Żarłoka. Mag i Samira postąpili dokładnie tak samo jak Ulf i po chwili wszyscy zdążali do wyjścia.
    - Faktycznie czuję czosnek z pieprzem, - Oświadczyła Samira krzywiąc się ostentacyjnie.
    - Zaraz przejdzie i będzie Ci całkiem wygodnie, - Świstogon oznajmił tonem znawcy.
    Rzeczywiście przeszło. Zupełnie nie czuło się nowego ubrania. Nie krępowało ruchów i nie przeszkadzało w oddychaniu. Choć poranek na zewnątrz nie należał do ciepłych, skafandry zapewniały doskonały komfort termiczny. Ulf wydobył swój nóż myśliwski z kabury przy pasie i przeciął gałązkę, którą wyciągnął z ogniska. Stwierdziwszy, że jego broń wciąż działa schował ją z powrotem zadowolony.
    - Czyli cofamy się do siedemnastego..., nie, osiemnastego miała miejsce katastrofa, - Mag przypomniał wszystkim.
    Spojrzeli na siebie i po kolei zniknęli z polany.
    Wszyscy zmaterializowali się niemal jednocześnie przy głazie, o którym wcześniej mówił Żarłok. Mag spojrzał na swój chronometr. Osiemnasty, wszystko się zgadza. Obejrzeli się za siebie. Sto kroków od nich stała kamienna brama, którą zbudowali pierwsi osadnicy ponad sto lat wcześniej a za nią doskonale znane wszystkim zabudowania Centrum Geologii i Surowców.
    - Od teraz porozumiewamy się tylko telepatycznie. Musimy zachować maksimum ostrożności, - zaproponował Mag.
    Wszyscy się zgodzili w myślach i ustalili, że spotykają się tutaj najpóźniej dwie godziny po tym, gdy Mag wyruszy w góry na spotkanie z Żarłokiem.
    - Rozdzielimy się i każdy będzie meldował, gdy zobaczy coś podejrzanego. Ulf obserwuje bramę i okolicę, Samira z Żarłokiem będą obserwować Centrum od strony wejścia zachodniego a ja pokręcę się przy głównym podjeździe i może wskoczę do budynku. Bądźcie ostrożni.
    Zwiadowcy rozproszyli się w mgnieniu oka korzystając z nowo nabytych talentów. Po dwudziestu minutach Mag doniósł, że widzi siebie i Ulfa wynoszących podarki od Zielińskiego.
    - Ktoś przygląda się nam ciekawie zza filarów przy głównym wejściu, - Mag zameldował. - Zobaczę, kto jest taki ciekawski.
    Mag przeniósł się błyskawicznie w miejsce, z którego mógł zidentyfikować podglądacza.
    - Ulf, to Twoja wielbicielka Rose patrzy jak jej się wymykasz. Chyba miała na Ciebie sporą chrapkę, - Mag zaśmiał się w duchu. - Poobserwuję jeszcze trochę i wskoczę do Centrum zobaczyć, co się tam dzieje.
    - Jak to możliwe? - Ulf się zdziwił. - Przecież miała być w pubie Pirania. Sama mnie tam zapraszała, pamiętasz?
    - Faktycznie, przypominam sobie rozmowę przy windzie. Mówiła, że wychodzi już z Centrum. Popatrzę na nią jeszcze chwilę, może musiała zostać z powodów służbowych. Trochę się przybliżę i powęszę.
    - Właśnie widzę jak oddalamy się w kierunku miasta, - Mag donosił o sytuacji w jego sektorze. - A co u Was?
    - Jakiś śniady gość z wąsami przeszedł właśnie ze sporym pakunkiem pod pachą. Wyglądał jakby się skradał i się bardzo spieszył, - Żarłok przekazał swoje obserwacje reszcie szpiegów. - Powinien się zaraz pojawić w zasięgu wzroku Maga. Skoczę kawałek dalej, może się dowiem skąd się wziął.
    - Też już go widzę. Rzeczywiście niesie coś ciężkiego. Zmierza w kierunku wejścia i rozgląda się nerwowo, tak jak mówił Żarłok.
    - Ulf, chyba masz rogi, - Mag się roześmiał. - Twoja Rose podeszła do niego. Rozmawiają o czymś dość nerwowo. Wydaje mi się, że już widziałem tego człowieka. Ulf, pamiętasz tego śniadego naukowca z wąsami, który chciał nam pomóc w poszukiwaniu Quadrium? Jak on miał na imię?
    - Barak, - Ulf miał pamięć do imion i twarzy.
    - Chyba to właśnie on. Właśnie idą bokiem do małego wejścia do laboratoriów. Ciekawe, co oni tam mają w tej paczce. Powinnaś ich zaraz zobaczyć Sami. Miej ich na oku. Od początku ten Barak mi się nie podobał. Poobserwuję jeszcze okolicę podjazdu i dołączę do Ciebie niedługo, Samiro.
    - Przejmuję podejrzaną parę, - odezwała się Samira. - Idą w moim kierunku. Weszli do budynku. Ktoś z wózkiem na nich czekał, ale nie widzę jego twarzy. Podskoczę bliżej. Nie, nie znam tego człowieka. Kobiety i wąsatego zresztą też nigdy wcześniej nie widziałam. Pójdę za nimi tak daleko, jak się da.
    - Widzę dziwny pojazd zaparkowany o jakieś ćwierć mili od miejsca, gdzie zobaczyłem tego Baraka, - Żarłok był podekscytowany. - To raczej nie jest zwykły fazolot. Posiada hermetyczny kokpit, ryglowany właz i trzy dysze silników fuzyjnych. Wiecie, takich na antymaterię. Jakby to był mały transportowiec międzyplanetarny. Będę go obserwował, tylko coś przyniosę.
    - To może być właśnie to, czego szukamy, - rzekł Ulf. - Mag, może przejmij nasze ptaszki w podziemiach a Samira wzmocni obserwację tam gdzie był Żarłok.
    - Słyszałaś Samiro? - Mag wykonał skok do podziemi i prawie zderzył się z Samirą. - Idź, popatrz sobie na gwiazdy tam, gdzie był Żarłok. Ja przejmę tych tu konspiratorów. Miej też na oku główne wejście.
    Samira znalazła się na zewnątrz w mgnieniu oka i rozejrzała się uważnie, ale nic ciekawego nie dostrzegła.
    Mag obserwował trójkę ludzi wiozących tajemniczy pakunek na niewielkim wózku. Milczeli przez całą drogę. W końcu Barak się odezwał do trzeciego nieznajomego mężczyzny.
    - Udało Ci się wziąć próbkę?
    - Niestety nie. Kręci się wokół niej z dwudziestu ludzi Zielińskiego. Dziś nie damy rady. Może rano, gdy pójdą spać.
    - Rano już nie będzie tu nic do wzięcia, - odparł ze złością Barak. - Rose też się nie popisała. Miałaś tylko wydobyć z tego nordyka lokalizację złoża i nawet go nie potrafiłaś poderwać. Jesteście do niczego. Na szczęście zdobyłem odrobinę Trifortium. To powinno wystarczyć byśmy nie skończyli, jako dawcy DNA. Morfy nie znają tego minerału, to się im wmówi, że to właśnie jest Quadrium. Tylko, żebyście się nie wygadali. Jak dobrze pójdzie, jutro będziemy się wygrzewali na jakiejś cieplej plaży z pełnymi kontami w banku.
    Rozmawiając, dotarli do końca korytarza prowadzącego do sekcji akceleratorów. Otworzyli drzwi do niewielkiego pomieszczenia ze środkami czyszczącymi i zostawili tam paczkę. Następnie skierowali się z powrotem ku wyjściu. Mag ledwo zdążył uskoczyć za ich plecy. Na szczęście go nie dostrzegli.
    Mag na bieżąco informował towarzyszy o wszystkim, co widział i słyszał.
    - Żarłoku, czy coś nowego zaobserwowałeś? - Spytał Mag podążając za trójką konspiratorów.
    - Właśnie przyczepiłem pluskwę do statku, którego pilnuję. Może dowiemy się, dokąd poleci.
    - U mnie spokój, - Zameldował Ulf. - Mamy jeszcze około pół godziny do katastrofy.
    - Trójka podejrzanych właśnie zabrała z gabinetu Baraka jakieś urządzenia i torby podróżne. Kierują się ku wyjściu. Mam przeczucie, że się gdzieś wybierają. Zaraz powinnaś ich zobaczyć Sami. Pilnuj ich i staraj się podsłuchać ich rozmowy. Ja zobaczę, co jest w paczce, którą pozostawili w podziemiach.
    Po minucie, Samira dostrzegła trójkę ludzi wychodzących z budynku. Byli bardzo ostrożni i rozglądali się na wszystkie strony, jednak mijając Samirę nawet jej nie dostrzegli, choć stała tuż za drzewem. Kierowali się na północną bramę.
    - Ulf, wydaje mi się, że podążają w Twoim kierunku. Bądź czujny.
    - To jest magnetyczny pojemnik z antymaterią i zamkiem czasowym, - Mag oznajmił pozostałym. - Otworzy się za siedemnaście minut.
    - Trójka złoczyńców właśnie mnie minęła, - zameldował Ulf. - Idę za nimi.
    Mijając Ulfa trójka ludzi jakby się trochę rozluźniła i nie rozglądali się już wokół.
    - Ten statek na orbicie wygląda na nową jednostkę bojową. Nie sądziłem, że Morfy mają taki sprzęt. Widziałem kiedyś ich stare statki transportowe, ale to zupełnie coś nowego, - Barak opisał dokładnie, co widział i jak duży był statek, o którym mówił.
    - Wydaje się, że opisuje jednostkę podobną do naszych okrętów klasy Jumbo, - Ulf na bieżąco informował. - Tylko skąd Morfy miałyby taki sprzęt?
    - Pewnie od Dengów, - Żarłok podpowiedział. - Śledź ich dalej. Pewnie skręcą w moim kierunku, gdy się upewnią, że nikt za nimi nie idzie. Bądź ostrożny i nie wystrasz ich.
    Mag zastanawiał się, co zrobić w tej sytuacji. Czasu na ewakuację nie ma prawie wcale. Może zabrać ze sobą tylko Zielińskiego? No tak, ale co z resztą? Miasto liczy trzy tysiące mieszkańców. Za mało czasu mamy by przeprowadzić jakąkolwiek akcję ratunkową. Podszedł do drzwi laboratorium, gdzie stado naukowców kłębiło się wokół robota geologicznego z ładunkiem Quadrium. Byli całkowicie pochłonięci swoimi dysputami. Nagle jeden po drugim zaczęli znikać. Słychać było tylko cichy odgłos implozji powietrza wypełniającego gwałtownie pustą przestrzeń powstałą po znikających naukowcach. Ci, którzy jeszcze nie zniknęli krzyczeli w panice, lecz w chwilę potem i oni podzielili los nieszczęsnych towarzyszy. Mag stał i patrzył na robota, który jako jedyny pozostał w pomieszczeniu. Niewiele myśląc mocno kopnął drzwi i wszedł do pustej sali. Włączył robota i nakazał mu podążać za sobą. Szybkim krokiem skierował się ku wyjściu.
    - Wszyscy naukowcy zostali porwani, - Mag był zdenerwowany, bo zupełnie nie spodziewał się takiego obrotu spraw. - Zabieram Quadrium by nie wpadło w łapy Morfów.
    Ulf potwierdził przypuszczenia Żarłoka. Zbiedzy skręcili w kierunku, gdzie Żarłok zlokalizował obcy statek. Po pięciu minutach weszli na jego pokład a drzwi automatycznie zamknęły się za nimi. Statek delikatnie wzniósł się ponad drzewa i powoli odpłynął w górę niesiony ogniem anihilacji wydobywającym się z dysz jego silników.
    Mag w tym czasie wydostał się z podziemi i wraz z robotem teleportował się do miejsca, gdzie Ulf i Żarłok obserwowali start statku konspiratorów. W chwilę później dołączyła Samira.
    - Zaraz nastąpi wybuch. Nie pomożemy tym biedakom z miasta, więc lepiej zadbajmy o siebie, - Mag zarządził zbiórkę przy Gnieździe za cztery dni.
    Gdy już wszyscy zniknęli, Oho rozpaliło się żarem potężnego wybuchu i wyparowało w błysku ognia anihilacji. Dwóch ludzi i Świstogon obserwowało tę katastrofę z niezbyt odległych gór.
  • TermopastyTermopasty
  • #32
    yego666
    Specjalista PLD
    ============== Odcinek 15 ================

    ESTYMATOR
    Khan wsiadł szybko do gondoli i wyłączył automat. Ręcznie wprowadził koordynaty celu swojej podróży i ruszył. Standardowe gondole nie posiadają współrzędnych obiektów o statusie „Ściśle Tajne”. Włączył komunikator tachionowy i przekazał Dekurionom obu grup zwiadowczych nowe rozkazy. Przez całą noc gondola sunęła nad oceanem aż ukazał się znajomy zarys lądu. Nowa Zelandia, - piękna kraina rzadkich zwierząt i gościnnych ludzi, którzy nigdy się nie spieszą.
    - Jak oni to robią? - Khan pomyślał z zazdrością. Kiedyś, gdy był tu na wakacjach uczył się pradawnego tańca Haka. To było chyba ze sto lat temu. Gondola łagodnie osiadła pośród drzew. Khan wysiadł i rozprostował zdrętwiałe nogi. Włączył maskowanie Gondoli i ruszył przed siebie. Przeszedł ponad sto metrów przez stary las, który zapewne niejedno widział. Stopniowo spomiędzy drzew wyłoniła się samotna skała wystająca na ponad trzydzieści metrów ponad ziemię. Była ceglastego koloru i przypominała Ayers Rock w miniaturze. Podszedł do ledwo widocznej pionowej rysy i wyciągnął lewą rękę. Delikatnie dotknął skały na wysokości oczu. W skale ukazała się szczelina na tyle szeroka, by mógł się przez nią bokiem przecisnąć. Tylko trzech ludzi na Ziemi wiedziało, co się tu znajduje. Szczelina zamknęła się za nim bezgłośnie. Ciemną jaskinię rozjaśniła łuna małych światełek. Były ich miliony a każde dawało tylko kilka fotonów światła. Mieniły się różnymi kolorami na ścianach, podłodze i suficie.
    - Pięknie to urządziłeś, - Khan aż gwizdnął z podziwem. - Ostatnio nie było tu tak kolorowo. Widać nie masz co robić. Jedno nas łączy. Obaj nie mamy dzwonka u drzwi. Khan roześmiał się i usiadł na kamiennej ławeczce.
    - Rozgość się, proszę. Sługi mają dziś wychodne, więc sam musisz sobie usłużyć. Trunki są tam gdzie ostatnio. Nieczęsto do mnie wpadasz, - poskarżył się Głos z odległego końca jaskini. - Gadanie przez łącza tachionowe to nie to samo.
    Khan sięgnął po szklaneczkę i nalał sobie sporą porcję bursztynowego płynu z karafki.
    - Przednia Whisky, - Pochwalił, pociągnąwszy spory łyk. - Skąd Ty masz takie rzeczy? Jak na zwyczajny Estymator jesteś wyjątkowo obrotny. Sześćdziesięcioletnia Szkocka... Palce lizać.
    - Zwyczajny? - Estymator żachnął się urażony. - Wypraszam sobie. Jednak po cichu Estymator mruknął z zadowolenia.
    - Ma się przyjaciół tu i tam. Wiem, po co przyszedłeś. Odpręż się i zaczniemy seans.
    Cichy pomruk wzmógł się nieznacznie działając na ośrodek słuchu Khana. Zapadał się coraz głębiej aż dotarł na samo dno swojej podświadomości. Teraz Estymator mógł z całą pewnością stwierdzić, że to Khan we własnej osobie. Obecna technika pozwalała doskonale skopiować dowolną strukturę fizyczną, ale Sygnatury nie dało się podrobić. Nawet on nie wiedział, jak możnaby to zrobić. Odkąd pamięta badał wszystko, co go otaczało i gromadził każdy bit wiedzy. Jako byt wszechobecny widział zawsze wszystko i nic nie zapominał. Istniały zapewne ograniczenia jego postrzegania, o których nie wiedział, ale na razie nie martwiło go to za bardzo. Z rzeczy dostępnych jego percepcji nie widział tylko tego, czego nie chciał widzieć. Każdy ma jakieś tajemnice.
    - Wyłącz sensory wewnętrzne, - poprosił Khan. - Wiesz, co muszę zrobić.
    - Dla Ciebie wszystko. Baw się, zatem, - rzekł Estymator niezrażony. Był świadom, że są sobie nawzajem potrzebni, więc nie obawiał się.
    - W międzyczasie załaduję Ci potrzebne dane a ty sprawdź obwody zasilania zerowego. Nie żebym się skarżył, ale wolę mieć pewność, że mam zabezpieczenie w razie problemów.
    - He, he, - Zaśmiał się Khan szyderczo. - Masz sondy w każdym zakątku wszechświata i przy każdej okazji dokładam Ci nowe tam, gdzie jeszcze nie byłem. To niezłe zabezpieczenie. Jesteś praktycznie wszechobecny, wszechwiedzący i wszechzasilany. Liczyłeś kiedyś wszystkie swoje terminale zasilające? Nawet podoczepiałeś się do osobliwości czarnych dziur. Taki to pożyje. Nawet czarna dziura Ci nie straszna, co?
    - Może i niestraszna, ale jest coś, co mnie zaniepokoiło. Odczułem obecność jakiejś nieznanej Sygnatury. Od czasu Przebudzenia nie czułem nic podobnego. Anioły czy też Morfy, jak ich nazywacie, to ostatnie nowe Sygnatury, jakie poznałem. Od kiedy Rada Konstruktorów mnie zaprogramowała, czyli od ponad stu lat nic nowego nie zdarzyło się w tej materii aż tu nagle jakieś pół doby temu, bęc. Mamy przyjacielu zagadkę. Nieznany pierwiastek, nieznana Sygnatura. Ciekawe, co jeszcze nowego się nam przydarzy.
    - Paplasz i paplasz. Towarzystwa Ci brak czy co? - Khan burknął udając irytację. - Nie mogę się skupić. Jeszcze chwila i będzie po wszystkim. No, możesz już włączyć sensory.
    - Co wiesz o tym nieznanym pierwiastku, z którego jest zrobiony Artefakt? - Khan kontynuował rozmowę.
    - Zbadałem go, gdy był ukryty na tej małej suchej planecie w układzie Gallusa. Kawał drogi stąd. To prawie przeciwległy kraniec znanego Wszechświata. Nawet ja musiałem się wysilić, by sięgnąć aż tam, - poskarżył się Estymator. - Jak to tam trafiło nie wiem. Musiało tam być jeszcze przed Moją Erą.
    - Użalasz się nad sobą jak baba, - Parsknął Khan. - Lepiej powiedz, co to za ptica.
    - Liczba protonów: 223, Liczba neutronów: 443. Konstrukcja subatomowa, oparta na zimnych pentakwarkach czwartej generacji. Wiązania silne oparte na adhezonach. Gluony to przy tym słabe recepturki. Nawet energia Wielkiego Wybuchu nie zdestabilizuje takiej struktury. Tego się nawet najbardziej zwinięta czasoprzestrzeń boi. A Ty chciałeś to pokonać scyzorykiem. To się nazywa niezachwiana wiara w siebie, - Estymator zachichotał rubasznie. - Chciałbym wiedzieć, kto potrafi robić takie fajne rzeczy.
    - No dobrze, to jak rozumiem było pudło a co w środku? - Khan nalegał na dalsze wyjaśnienia.
    - Tego to nawet ja nie rozumiem, - po krótkim namyśle Estymator przyznał zakłopotany. Miałem odczucie, że to jest jakieś „śliskie”. Wymykało się każdej próbie penetracji polem tachionowym. Próbowałem zbadać energię tego czegoś, ale bez rezultatu. Jakby taka własność nie istniała dla tego obiektu. Zupełnie jak Wasza Gildia, istnieje, ale jakoby jej nie było.
    - Jeszcze tylko jedno pytanie, - Khan wątpił czy Estymator będzie wiedział, ale spytać nie zawadzi. - Co oznacza słowo Mictlan w dowolnym ze znanych Ci języków?
    - Hm, znam ich całe mnóstwo, ale to raczej nic współczesnego. Poczekaj chwilę. Zerknę do archiwów tysiąclecia. To chwilę potrwa, bo dostęp do wiedzy Średniowiecza odbywa się po łączach przyczynowych. Internet to było strasznie powolne i prymitywne narzędzie. Nie wiem jak Średniowieczni sobie z tym radzili, - Estymator zamruczał nisko i tonem pełnym zachwytu wycedził: w języku Azteków oznaczało to P I E K Ł O lub miejsce umarłych. Czy zadowala Cię moja odpowiedź?
    - Właściwie nie miałem żadnych oczekiwań, ale to, co zaproponowałeś wpisuje się doskonale w profil naszych przyjaciół z Nieba, - Khan zarechotał posępnie.
    - Świetnie Khan. Oddam Ci, zatem świadomość a Ty zrewanżujesz się tym, co masz dla mnie za pazuchą.
    - Chwilę! - Khan zaoponował stanowczo. - A o Sygnaturze nic mi nie powiesz? Przecież obaj ją czuliśmy. Przeprowadziłeś jakieś analizy stochastyczne? Cokolwiek udało Ci się ustalić?
    - Jedyne, co zauważyłem to brak jakichkolwiek znanych cech. Jakby Sygnatura przeszła pranie w wodzie królewskiej. Zupełnie, jakby nie pochodziła z tego świata. Wiesz, o czym mówię. Czułeś to samo, prawda Khan? Kiedyś popularna była pewna teoria odnosząca się do Nicości. Niestety, nie można było jej wówczas zweryfikować, więc pozostała jedynie teorią. Obecnie skłaniam się ku niektórym przewidywaniom w niej zawartym, choć wciąż są one raczej niesprawdzalne. Jeśli założyć, że Nicość istnieje to jest ona z definicji odmienna od próżni. W próżni można zmierzyć odległość za pomocą linijki. Próżnia ma określoną geometrię. Nicość takiej cechy nie posiada, więc mówienie o odległości w Nicości nie ma zupełnie sensu. Podobnie jest z upływem czasu w Nicości. Załóżmy na chwilę Khan, że w jakiś sposób udaje Ci się przeskoczyć z naszej czasoprzestrzeni do Nicości. Jak myślisz, co się z Tobą dzieje?
    - Moje prawa fizyki definiują przestrzeń, którą zająłem, - Odparł Khan, - ale nie mam powrotu do swojej czasoprzestrzeni, gdyż Nicość, choćby infinitezymalnie mała, - koncepcyjnie, rzecz jasna, - nie posiada metryki, więc nie znajdę wystarczająco długiego patyka, by sięgnąć poprzez Nicość. Każdy będzie za krótki. To samo dotyczy dowolnego sygnału przyczynowego. Nie ma medium, przez które sygnał mógłby się w Nicości propagować. Nawet gdyby jakimś cudem mógł się propagować to i tak nie dotarłby donikąd, gdyż wobec braku definicji odległości jego droga nie miałaby końca. Znam tę teorię, ale co ona ma wspólnego z Sygnaturą?
    - Otóż ma! - Ucieszył się Estymator. - Jak wiesz Sygnatura nie ma charakteru przyczynowego, stąd jest możliwe, że bardzo osłabiona, - jak echo w lesie, - mogłaby przenikać przez Nicość w pewnych warunkach. Wtedy odbieralibyśmy ją, jako Sygnaturę „bez włosów”, czyli cech szczególnych.
    - No to wreszcie mamy punkt zaczepienia! - Ucieszył się Khan. - Tylko, co nam po tym skoro nie potrafimy dotrzeć do źródła takiej Sygnatury?
    - Nie tak prędko, przyjacielu, - Przystopował go chłodny głos Estymatora. - Nicość i Cość są jak mrok i światło. Jeśli masz Nicość to nie może istnieć w niej cokolwiek. Jeśli cokolwiek zajmie miejsce w Nicości to automatycznie przestanie ona istnieć. Nicość to nie ser szwajcarski, składający się z dziur poprzetykanych gdzie-niegdzie kawałkami sera. Chyba, że teoria jest niekompletna lub wręcz błędna. Jeśli istniałby czynnik przenikający Nicość, mógłby Stanowic Nić Ariadny dla kogoś, kto mieszkałby w innym miejscu Nicości. Wtedy te dwa stany, być może mogłyby współistnieć obok siebie. Być może nasza Sygnatura da się jakoś inaczej wyjaśnić. Może następne pojawienie się będzie bardziej charakterystyczne. Bądź czujny Khan. To może być bardzo ważne. Jakby się dobrze zastanowić to może się okazać, że w samej osobliwości czarnej dziury można stworzyć cały nowy wszechświat. Osobliwość to nieciągłość struktury czasu i przestrzeni, ergo Nicość. Nie ma tam ani czasu ani przestrzeni a zatem i metryki. Transformacja topologiczna punktowego kształtu osobliwości może nam dać rozległą panoramę, z której perspektywy wszystko, co znajduje się poza nią jest punktem. Stąd, jeśli przestrzeń wokół horyzontu zdarzeń poruszałaby się prędzej niż światło w kierunku czarnej dziury, horyzont zdarzeń możnaby wraz ze wszystkim, co znalazło się w jego obrębie przepchnąć przez osobliwość i uzyskać nowy obiekt w Nicości. Pozostaje tylko ustalić, jak duża energia ujemna potrzebna jest do takiego manewru. To tylko jedna z wielu teorii, jakie powstały pod koniec Średniowiecza. Grupa Szyszkina zajmowała się tym zagadnieniem jakiś czas temu. Porozmawiaj z nim to wyjaśni Ci szczegóły. A teraz pobudka, dość się już leniłeś.
    Khan z wolna powracał do świata. Podróże w przestrzeń fazową zawszą go rozstrajały.
    - Tracę poczucie czasu podczas transferów, - Khan pożalił się rozcierając powieki. - Aha, mam tu dla ciebie małą łapówkę. To, co lubisz. Ale, jak Ty to pijesz? Ee, nieważne. To Twój problem. Khan postawił ponaddwustuletnią omszałą butelkę szampana tam, skąd wcześniej wziął Whisky.
    Świetliki na suficie zmieniły wzór, układając się obecnie w kształt symbolu Yin-Yang.
    - Czasem popadasz w patos, - Khan skrytykował pokaz Estymatora.
    - Następnym razem pokażę Ci żółty ser szwajcarski z dziurami, skoro nie łapiesz odniesienia, - Estymator powoli zmienił światła tak, by wskazały Khanowi drogę do wyjścia.
    - Dziękuje, - rzekł na pożegnanie.
    - Niezłą chałupę tu masz. Rada nie żałowała środków na Twoje wygody, - Khan powoli wstał i rozejrzał się po jaskini.
    - Jeszcze nie raz Cię zaskoczę. A teraz już idź, bo masz niewiele czasu a go marnujesz, - rzekł Estymator przynaglającym tonem.
    - Nigdy nie byłeś na wakacjach? - Khan zapytał zirytowanym tonem?
    - Cały czas jestem na wakacjach, - Estymator odparł obojętnie, - z mojej perspektywy rzeczywistość zmienia się w żółwim tempie, więc mam mnóstwo czasu na wypoczynek.
    - Takiemu to dobrze, - rzekł Khan z nieukrywaną zazdrością. - Odwiedzę Cię znowu, gdy się trochę sytuacja uspokoi. Sporo się dzieje ostatnio, więc uważnie się rozglądaj, bo nie raz będę potrzebował Twojej światłej pomocy. Khan zarzucił paludamentum na ramiona i skłoniwszy się podążył ku szczelinie w skale, przez którą tu wszedł. Khan był bardzo zmęczony. W obecności Estymatora nie mógł sobie pozwolić na chwilę nieuwagi. Estymator nie powinien wiedzieć tego, że Khan wie o niektórych rzeczach. Jeśliby Anioły lub kto inny się dobrał do zasobów Estymatora, przewaga ludzkości mogłaby się okazać iluzoryczna. Servo Servorum jest tak dobrze zakonspirowane, że nie można ufać nikomu na Ziemi. Na szczęście sprawy zmierzają szybko ku końcowi.
    WRÓG
    Wszyscy stawili się w komplecie u wejścia do Gniazda. Mag sprowadził także robota geologicznego, który właśnie usiłował ustalić, gdzie się znajduje. Po chwili biedny robot osiadł na trawie i wykonał pełną reinicjalizację nie mogąc sobie poradzić z nagłą zmianą położenia w przestrzeni i czasie.
    - Ale z nas głupcy. Wyruszyliśmy do Oho bez żadnego planu ratunkowego, choć wiedzieliśmy, że wszyscy zginą, - Mag był bardzo poirytowany. - Przecież mogliśmy się tam zjawić dużo wcześniej i ostrzec mieszkańców.
    - Nie sądzę, - odparł Ulf. - Ten, kto zaplanował tę katastrofę domyśliłby się od razu, co się stało i zmodyfikowałby swój plan a tak jest pewien, że wszystko przebiegło po jego myśli.
    - Wtedy o tym nie pomyślałem, ale przecież mogłem ładunek antymaterii przeteleportować gdzieś na pustynię, - Mag zżymał się na swoją głupotę. - Drugiej szansy na powrót do Oho już nie będziemy mieli, bo już jesteśmy tam obecni w kilku miejscach jednocześnie. I jeszcze na dodatek udało im się uprowadzić najlepszych naukowców z Oho.
    - Nie sądzę, żeby to Morfy ich uprowadziły, - Żarłok wtrącił cicho. - Pozwoliłem sobie w wiadomym momencie zmobilizować swoich współplemieńców, których jak wiecie, jest oprócz mnie jeszcze stu dwudziestu siedmiu, by przed wybuchem teleportowali wszystkie żywe istoty z Oho w bezpieczne miejsce na południu kontynentu. Powinni tam teraz być. Nie jest to banda kretynów, więc będą wiedzieli, dokąd się dalej udać, tym bardziej, że zostawiliśmy ich w okolicy, gdzie jest woda. Są teraz na płaskowyżu Soto, około stu mil na północny zachód od Thevion. Wybrałem taką odległość, by zapewnić nam czas na wykonanie misji. Powinni właśnie znajdować się w pobliżu miasta. Wędrowali wzdłuż Rzeki Snów. Cały czas ich monitoruję. Są zdezorientowani i nie wiedzą, co się stało, ale lepiej niech tak na razie pozostanie, bo nie będą nam przeszkadzać. Jeśli zajdzie potrzeba, wszystko im wyjaśnicie.
    - I nic nam nie powiedziałeś? - żachnęła się Samira. - Dlaczego? Mogliśmy pomóc.
    - Nie było takiej potrzeby. Poszukiwacze są wprawniejsi w takich działaniach, więc doskonale sobie poradzili. Chciałem byście się skupili na wytropieniu sprawców. Wszystko poszło gładko i wiemy, kto za tym stoi.
    - Nie całkiem, - Ulf się wtrącił. - Znamy trójkę ludzi, którzy podłożyli antymaterię pod Centrum i wiemy, że odlecieli statkiem międzyplanetarnym. I w zasadzie to wszystko, co nam się udało ustalić. Nadal nie wiemy, kto za tym stoi.
    - Wręcz przeciwnie, - odparł Żarłok. - Gdy byliście zajęci śledzeniem spiskowców, przymocowałem inteligentną pluskwę do ich statku i poleciłem, by ją śledzono. Jeden z Poszukiwaczy podąża jej tropem. W Archiwum mamy zapis wszystkiego, co zwiadowca widział i słyszał od tamtego czasu. Trzeba będzie to koniecznie przejrzeć. Możemy jeszcze zerknąć do wędrowców z Oho, jeśli chcecie. Powinni już być blisko Thevion. Niewątpliwie mieszkańcy zajmą się nimi, gdy tylko dotrą do miasta. Thevion ma spory ośrodek sportowy, w którym będą mogli umieścić uchodźców.
    - Chciałabym jednak ich zobaczyć, jeśli nie macie nic przeciwko.
    - Skocze z Tobą Sami a Ty Ulf?
    - Ja też jestem ciekaw, jak wygląda wędrówka trzech tysięcy ludzi i zwierząt, więc też się wybiorę z Wami.
    - Żarłoku, czy zechcesz wskazać drogę? - Samira poprosiła Poszukiwacza.
    - Oczywiście. Skaczcie po moim śladzie. Tak będzie najszybciej, - powiedział Żarłok i zniknął im z oczu.
    Pozostali niezwłocznie podążyli za nim. Zmaterializowali się około pół mili ponad szeroką rzeką, wijącą się wśród łagodnych pagórków porośniętych drzewami. Rozejrzeli się wokoło. W odległości kilku mil dostrzegli zarysy zabudowań Thevion. Pod nimi nie było żadnych ludzi. Powoli przesuwali się wzdłuż rzeki wypatrując kolumny ludzi zdążających ku miastu. Po kilku minutach poszukiwań dostrzegli pierwszych wędrowców. Szli wolno długą kolumną ciągnącą się na przestrzeni około mili.
    - W tym tempie dotrą do miasta pod wieczór, - Samira osądziła. - Wyglądają na zmęczonych, ale lepsze to niż śmierć w Oho.
    - Nie martw się Samiro, - rzekł Żarłok. - Mają dyskretną ochronę na wypadek nieprzewidzianych trudności. Pięciu Poszukiwaczy dogląda ich dyskretnie cały czas.
    Czwórka obserwatorów przeleciała wzdłuż całej kolumny, by sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Upewniwszy się, że nikt nie wymaga szczególnej troski wrócili do Gniazda.
    W Przebieralni pozbyli się sprawnie swoich kombinezonów ochronnych i wyszli na świeże powietrze. Dzień dopiero się zaczął a wszyscy mieli wrażenie, że nie było ich tu przez wiele godzin. Ognisko po porannym posiłku jeszcze całkiem nie dogasło.
    - Trzeba przywyknąć do takich sytuacji, - odezwał się Żarłok. - Nie było nas tu zaledwie kilka sekund, ale w innym czasie spędziliśmy kilka godzin, stąd to wrażenie. Ale zgadzam się w pełni, że należy nam się solidny posiłek. Tym razem ja zajmę się aprowizacją. Uczcimy nasz pierwszy wspólny sukces specjalnym daniem.
    - Pomożemy Ci, - zaoferował Ulf, który zasmakował w nowej metodzie polowania.
    - To zbierzcie drewno. Trzeba będzie go więcej niż zwykle. Zwierzak będzie trochę większy.
    Powiedziawszy to, Żarłok zniknął.
    Panowie popatrzyli po sobie zdziwieni, ale posłusznie poszli nazbierać drewna na ognisko. Samira przyniosła świeżej wody ze źródełka i przygotowała zastawę. W kwadrans wszystko było przygotowane do spodziewanej uczty. Trójka strudzonych wędrowców rozciągnęła zmęczone kości na trawie i czekała na przybycie Świstogona.
    - Ciekawe, czy w Thevion i Maruk działają podobne siatki szpiegowskie jak w Oho, - Mag rozważał w myślach.
    - Byliśmy pewni, - odparł Ulf, - że tylko na Ziemi jest piąta kolumna w postaci Servo Servorum, ale widać mamy podobny problem, co w połączeniu z sojuszem Aniołów i Dengów daje nam dość niebezpieczną sytuację. Wyprodukowaliśmy ponad pięćdziesiąt jednostek klasy Jumbo i Alef, które mogą teraz paść łupem naszych wrogów, o ile już ich nie opanowali.
    - Zniszczyli jedyny ośrodek komunikacji z Dengami jaki mieliśmy. Myślę, że zrobili to celowo, byśmy myśleli, że Dengowie nie mieli z tym nic wspólnego, - Mag rozważał zaistniałą sytuację. - Sądzę, że liczą, iż skupimy się na odbudowie Oho uznając, że nastąpiła jakaś katastrofa naturalna... Właśnie ciekawe jak teraz wygląda Oho.
    Mag tknięty nagłym przeczuciem wykonał skok do miejsca skąd wraz z Żarłokiem i Ulfem oglądali katastrofę. Jakież było jego zdziwienie, gdy w miejscu spodziewanych zgliszcz ujrzał ogromny krater pełen płonącej lawy, która wylewała się na całą okolicę grzebiąc wszelkie ślady po katastrofie. Mag przyglądał się ogromnemu kraterowi jeszcze przez chwilę, po czym wrócił do towarzyszy przy ognisku.
    - Pamiętacie dwa odgłosy gromu, które zbudziły nas wczoraj w południe? Wygląda jakby jakiś spory meteoryt lub kometa uderzyła w Oho. Wszystkie zgliszcza zostały zniszczone przez impakt i stopione skały wokół krateru postimpaktowego. Do tego jeszcze mnóstwo stopionego materiału skalnego. Cóż za przemyślny plan, - Mag myślał. - Są przekonani, że nie pozostał ani jeden świadek. Twoja Rose pewnie przekazała, że w chwili katastrofy byliśmy w mieście. Mają czystą sytuację. Nikt nie wie, co się stało, więc przyjmą, że Oho zostało trafione jakimś kosmicznym kamieniem.
    - Muszą mieć jakiś długofalowy plan, skoro chcą nas zająć odbudową Oho przez dłuższy czas, - wtrąciła Samira. - Bez Oho nie mamy dostępu do naszej floty na orbicie, bo tylko w Centrum były teleportery. Liczą, że będziemy przez ten czas kontynuować budowę okrętów.
    - Nie przeliczą się, bo nawet zwiększymy wydajność, - niespodziewanie odezwał się Żarłok. - Ale nowe jednostki będą troszkę lepsze, - zaśmiał się szyderczo.
    - Jak milo, że już jesteś. Właśnie omawialiśmy sytuację, - Mag się ucieszył na powrót przyjaciela. - Jak Twoje polowanie?
    - Sam zobacz, - Żarłok wskazał z duma na swoją zdobycz leżąca kilka kroków dalej. - Jak Wam się podoba?
    - Do kroćset, - Ulf aż się poderwał z miejsca by się przyjrzeć zdobyczy. - Czy to jest..., Jeleń?
    - I to prosto ze szkockich lasów na Ziemi, - Świstogon przytaknął. - Piękne rogi, prawda?
    - Nigdy nie widziałam prawdziwego jelenia, mimo że mieszkałam na Ziemi. Będzie sporo roboty z oprawieniem go. To spora sztuka. Jak dałeś radę go tu przywlec przez siedemdziesiąt megaparseków pustej przestrzeni dzielącej Zaxor od Ziemi?
    - Wielkość ładunku i dystans nie są przeszkodą, więc jedynym problemem, jaki miałem, było znalezienie wystarczająco dorodnej sztuki, godnej naszego stołu.
    Przystąpili do dzieła i w pół godziny zwierz znalazł się na sporym rożnie. Ogień już się palił, więc mogli oddać się lenistwu, co też chętnie uczynili.
    - Wracając do naszych okrętów, sądzę, że są bezpieczne. Nikt poza Ulfem, mną i jeszcze jedną osobą, której ufamy nie zna sposobu zabezpieczenia, które wmontowaliśmy w kilku miejscach na każdej jednostce. Dengom również nie przekazaliśmy żadnych informacji na ten temat. Próba obejścia tych zabezpieczeń w nieautoryzowany sposób spowoduje zniszczenie systemów zasilających i sterujących. Okręty będą ślepe, głuche i niezdatne do użytku.
    - Moim zdaniem wiele lat temu Dengowie dogadali się z Aniołami a Zaxor wykorzystali, jako swoje centrum zbrojeniowe, - Samira usiłowała przedstawić całościowy obraz sytuacji. - Co do tego nie mamy raczej wątpliwości. Zagadką pozostaje, co Anioły będą z tego miały i co Dengowie otrzymają od Aniołów, czego nie otrzymaliby od ludzi.
    - I tego musimy się koniecznie dowiedzieć, - Ulf zgodził się z tak postawionym pytaniem. - W świetle ostatnich wydarzeń nie wiemy, komu możemy ufać na Zaxor, więc lepiej nie ryzykować wtajemniczając kogokolwiek z lokalnej społeczności.
    - Mamy też ograniczony dostęp do informacji z Ziemi a tam też sporo mogło się zdarzyć przez ten czas. Ostatnio byłem tam z „misją handlową” ponad dwa tygodnie temu. I tak musiałbym się tam wybrać, bo kończą mi się cygara i inne produkty ziemskiego pochodzenia.
    - To dobry pomysł by zasięgnąć języka. Tu żyjemy w pewnej izolacji. Przydałoby się mieć stały kanał łączności z Ziemią, - Żarłok zgodził się z rozumowaniem Maga. - Tylko czy mamy kogokolwiek na Ziemi, kto mógłby nas wesprzeć?
    - O to się nie martw. Oficjalne kanały informacyjne na Ziemi nie przekazują prawdziwych informacji ze względu na wewnętrzne zagrożenie działalnością tamtejszej filii Servo Servorum, ale mamy potencjalnie dostęp do tych informacji, których się nie podaje do wiadomości publicznej. Trzeba tylko odświeżyć stare kontakty, - Mag oświadczył. - Zajmę się tym, gdy tylko rozprawimy się z naszym największym wrogiem na Zaxor.
    - Ależ to może potrwać bardzo długo zanim go w ogóle znajdziemy, - zirytowała się Samira. - Wtedy może być już za późno na jakiekolwiek działania.
    - Mylisz się moja miła, - Mag odparł z zagadkowym uśmiechem. - Bardzo dobrze znamy tego wroga, choć nie będzie łatwo go pokonać...
    Wszyscy ze zdziwieniem patrzyli na Maga zastanawiając się, czy aby Quadrium jednak nie szkodzi na mózg? Mag powoli wyciągnął rękę przed siebie i oskarżycielskim palcem wskazał winowajcę.
    Nastąpiła chwila konsternacji. Czyżby któreś z nich było zdrajcą? Jak to możliwe!? Wszyscy spojrzeli w kierunku wskazywanym przez wyprostowany paluch dłoni Maga. Nie było już żadnej wątpliwości. To był... Piekący się nad ogniskiem jeleń.
    Żarłok spadł z patyka, na którym siedział, Ulf trzymał się za brzuch a Samira nie mogła złapać oddechu ze śmiechu. Przez dwie minuty nie mogli się opanować. Pierwszy raz widzieli jak śmieją się Świstogony, - zabawny widok zaiste.
    Pomimo, iż uczta trwała do samego południa, nie udało im się pokonać wroga. Ponad połowa królewskiego zwierzaka wciąż naigrawała się z nich ze swojego miejsca nad ogniskiem.
    - Będziemy musieli mu wydać jeszcze jedną bitwę. Może wtedy go wreszcie pokonamy, - Ulf podsumował ich wysiłki.
    - Włóżcie swoje gogle, to pójdziemy obejrzeć log śledzenia naszej pluskwy, którą przyczepiłem do pojazdu w Oho, - Żarłok ruszył do Gniazda.
    Po chwili wszyscy czworo weszli do Archiwum. Poszukiwacz wskoczył na balustradę pośrodku pomieszczenia. Po chwili przed ich oczami ukazał się obraz.
    - To zapis tego, co Poszukiwacz śledzący obiekt widział, - Żarłok objaśnił to, co ekran właśnie pokazywał.
    Pojazd powoli wznosił się z powierzchni Zaxor na orbitę. Gdy się znalazł poza atmosferą zmienił kierunek lotu i przyspieszył stając się małą kropką na ekranie. Obserwator najwidoczniej przeskoczył w pobliże statku, bo znów zajmował większość pola widzenia. Przez jakiś czas mknął w przestrzeni kosmicznej odbijając jedynie światło błękitnej gwiazdy centralnej układu. Po paru chwilach na ekranie ukazał się mały punkcik, który szybko rósł aż stał się dobrze widoczny. Wszyscy widzowie rozpoznali w nim okręt bojowy klasy Jumbo. Ten jednak na jednej z burt miał namalowane wielkie oko umieszczone w rombie. Nie było wątpliwości. To był okręt Aniołów. Mały stateczek powoli zbliżył się do okrętu od spodu, gdzie znajdował się luk hangaru. Wielkie wrota rozwarły się powoli i stateczek wpłynął do środka. Wrota zamknęły się bezgłośnie. Na drugim planie ekranu znajdowała się mapa układu słonecznego Zaxor z migającym jaskrawoczerwonym punktem wskazującym położenie śledzonej pluskwy. Punkcik ruszył powoli z miejsca w kierunku krańca układu oddalając się od gwiazdy centralnej. Gdy osiągnął orbitę ostatniej z planet układu nagle zniknął. Zniknął również obraz przekazywany przez Poszukiwacza.
    - Okręt wykonał skok przez tunel czasoprzestrzenny, - Żarłok spokojnie objaśnił. - Poszukiwacz podążył w ślad za pluskwą.
    Mapa zmieniła skalę i obecnie pokazywała obszar obejmujący wiele galaktyk. Jedna z nich była oznaczona symbolem „Z” a inna symbolem „M”. Jeszcze inna, w pobliżu, której znalazła się czerwona kropka była oznaczona symbolem „A”.
    - Użyłem symboli Waszego alfabetu dla prostoty. Jak się domyślacie Z to Zaxor, M to Droga Mleczna i A to Anioły. W Waszej nomenklaturze ich galaktyka jest oznaczona, jako N3109. Znajduje się o około sześćdziesięciu siedmiu milionów parseków od nas i trzech milionów parseków od Drogi Mlecznej.
    Okręt wszedł na orbitę jednej z planet układu czerwonego karła.
    - Obserwacje nie wykazały żadnych ruchów okrętu. Nasz Poszukiwacz nie wykrył w najbliższym sąsiedztwie innych jednostek wroga, - Żarłok objaśnił widok na ekranie. - Okręt do tej chwili pozostaje na obranej orbicie. Gdy coś się zmieni obserwator natychmiast nas powiadomi.
    - To mówi samo za siebie, - podjął Mag. - Otrzymali skądś jednostkę Jumbo i zechcą jej zapewne użyć do opanowania naszych pozostałych okrętów, gdy przyjdzie czas. Tylko skąd mogli tę jednostkę zdobyć?
    - Chyba wiem, co to za jednostka, - Ulf wtrącił się w rozważania Maga. - Pamiętasz zapewne testy pierwszych jednostek około trzydziestu lat temu? Dwóm z nich zdarzył się wypadek. Zawiodły systemy nawigacji i jednostki zostały wciągnięte w horyzont zdarzeń czarnej dziury, której nie powinno było być w rejonie ich działania. Po tym zdarzeniu zmieniliśmy układ czujników na głównym kiosku wszystkich nowobudowanych okrętów, by szybciej mogły wykrywać silnie zakrzywianą przestrzeń. Żarłoku, czy byłbyś tak miły...
    Obraz cofnął się do miejsca, gdzie sylwetka okrętu była najlepiej widoczna. Obraz okrętu przybliżył się na tyle, że na głównym kiosku można było rozpoznać zamazany napis „FG-2-T”.
    - Widzicie to nasz okręt „Flota Galaktyczna - 2 - Test” z niezmodyfikowanym mostkiem, - Mag nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. - Ale przecież on wpadł w czarną dziurę!
    - Widać, nie wpadł. Sądzę, że Dengowie znając plan testów zastawili pułapkę byśmy sądzili, że okręty przepadły, podczas, gdy w rzeczywistości trafiły w ręce Morfów. Muszą, zatem mieć i drugi okręt, - Ulf szybko wyciągał wnioski. - Trzeba koniecznie wyśledzić ten drugi okręt. Może znajduje się gdzieś w okolicach Ziemi...
    - To są prawdopodobnie jedyne okręty znajdujące się w rękach Aniołów, zdolne do wykonywania dalekich skoków poprzez czasoprzestrzeń, - Samira wtrąciła się do dyskusji. - Czemu jednak Dengowie nie urządzili fabryki u Aniołów, tylko uknuli spisek byśmy to my im produkowali całą technikę?
    - Nie mam pewności, - odparł Żarłok, - ale wydaje mi się, że rasa Morfów jest za mało uzdolniona technicznie, by się podjąć takiego zadania. Ziemia nie wchodziła w grę, bo od razu by się połapali w podstępie, więc pozostał Zaxor, który oględnie mówiąc, nie miał wiele sympatii dla Ziemi, stąd cały proceder mógł pozostać tajemnicą przez wiele lat. I tak też się stało.
    - W zasadzie masz rację, - Mag zgodził się z rozumowaniem Żarłoka. - Byliśmy zbyt zajęci weryfikowaniem Teorii Iteracji i wyznaczaniem jakichś nieistotnych parametrów przejściowych, żeby przejrzeć ich chytry plan. Wszystko wyglądało na bardzo naturalny zbieg różnych okoliczności. Jakkolwiek dziwne były niektóre zdarzenia, nie wzbudziły naszych podejrzeń, choć powinny były.
    - Pozostaje jednak wciąż pytanie, czemu dogadali się z Aniołami a nie z nami, ale chyba już wiem, - Samira dodała i zamilkła.
    - Oświeć nas, zatem, bo nie mamy pojęcia, czemu tak się stało, - Ulf poprosił cicho.
    - Anioły muszą wiedzieć, gdzie się znajduje, lub wręcz są w posiadaniu...
    - Praprzyczyny? - Żarłok rzucił nie mogąc się doczekać odpowiedzi. - To oczywiste. Mogliśmy na to od razu wpaść. Inaczej Anioły nie byłyby żadnym graczem w tej rozgrywce.
    - Dokładnie tak, - Samira potwierdziła z emfazą. - Muszą wiedzieć, gdzie jest Praprzyczyna i może właśnie drugi z okrętów ma z tym coś wspólnego. Nie sądzę, żeby byli aż tak głupi, by ją trzymać u siebie.
    Obraz zniknął i wszyscy opuścili pomieszczenie Archiwum. Mieli twardy orzech do zgryzienia i nie wiedzieli jak się do tego zabrać. Nietęgie miny świadczyły o powadze sytuacji.
    - Zabiorę Was do pomieszczeń Głębokiego Skanu Przestrzeni, - zarządził Żarłok i skierował się ku gondoli w centrum pomieszczenia. - Wchodźcie, proszę. To jedyna droga na górne poziomy.
    Wszyscy posłusznie weszli do gondoli. Była dość obszerna, by pomieścić dziesięć osób. Żarłok wskoczył na poręcz, która przybrała najpierw barwę purpurową a następnie niebieską, po czym ruszyła powoli w górę. W suficie nad gondola otwarła się okrągła przesłona, przez którą gondola opuściła poziom, na którym dotąd przebywali. Gdy znaleźli się na wyższym poziomie przesłona zasunęła się bezszelestnie a gondola osiadła na podłodze.
    - Wysiadamy, - Żarłok zarządził. - Teraz wejdźcie na ruchomy pierścień podłogi. Zabierze nas do właściwego pomieszczenia.
    Wszyscy posłusznie stanęli na czymś, co przypominało ruchomy chodnik poruszający się powoli wokół pomieszczenia. Chodnik przyspieszył i zaczął coraz szybciej okrążać gondolę. Podróżni nie odczuwali siły odśrodkowej a jedynie lekki ruch powietrza. Po chwili wokół gondoli zmaterializowała się ściana z błyszczącego materiału a ściana po zewnętrznej stronie wirującego chodnika stała się przezroczysta i znaleźli się w pomieszczeniu, przypominającym obserwatorium astronomiczne. Chodnik stopniowo zwalniał, by w końcu się zatrzymać. Wszyscy postąpili do przodu za gospodarzem, który dał znak, by szli za nim. Doszli do konsoli obstawionej ekranami i różnobarwnymi ekranami. Gospodarz zasiadł na poprzecznej poręczy naprzeciwko największego z ekranów. Pozostali stanęli za nim.
    Wszystkie ekrany jednocześnie ożyły otaczając ich dziesiątkami najrozmaitszych krzywych i falujących powierzchni o nieznanym przeznaczeniu. Główny ekran ukazywał przestrzeń upstrzoną niezliczoną ilością punkcików. Wszyscy usłyszeli znajomy głos Żarłoka w swoich głowach.
    - Ekran przedstawia Nicość ze wszystkimi enklawami. Wśród nich znajduje się Wasza enklawa.
    Obraz zaczął się przybliżać aż w końcu pokazywał tylko jedną z kropek, która zajmowała cały ekran. Miała nieregularny kształt i sprawiała wrażenie, że się rozszerza w szaleńczym tempie. Obraz się ustabilizował i znów usłyszeli głos Żarłoka.
    - Skupcie się teraz i wyobraźcie sobie wszystkie detale dotyczące okrętu numer jeden, czyli tego, którego szukamy. Jeśli system będzie w stanie skorelować obraz złożony z waszych wyobrażeń z jakimkolwiek obiektem w Waszej przestrzeni, pokaże jego lokalizację.
    Wszyscy skupili się na detalach dotyczących poszukiwanego okrętu i oczekiwali w napięciu. Po chwili na ekranie rozjaśnił się jaskrawy punkt, lecz nie znajdował się w obrębie enklawy.
    - Co to oznacza? - Spytała Samira. - Czy okręt jest poza naszą przestrzenia?
    - Zdaje się, że tak, - odparł Poszukiwacz. - Ktoś miał pecha, że utknął w takim miejscu. Stamtąd nie ma powrotu do żadnej enklawy. Przeskanuję go, czy nie zawiera Praprzyczyny. To może chwilę potrwać. Analiza jest dość skomplikowana, ale będziemy wiedzieli, co się znajduje na tym okręcie.
    Ekran przesunął widok, tak że kropka przedstawiająca okręt była w centrum. Kropka zaczęła zmieniać kolory a wykresy i płaszczyzny na pozostałych ekranach bardzo się ożywiły. Wyginały się i skakały w szalonym tańcu, zmieniając nieustannie kształty. Wreszcie się uspokoiły a kropka stała się zielona.
    - Okręt nie zawiera Praprzyczyny. Jego energia jest bliska zeru. Gdy spadnie do zera, Nicość go wchłonie, czyli okręt przestanie istnieć, - gospodarz wyjaśnił znaczenie wyświetlanych obrazów. - Ten okręt nie stanowi już zagrożenia. Anioły mają tylko jeden okręt, który wyśledziliśmy wcześniej. Skoro już tu jesteśmy, pokażę Wam ile z pozostałych enklaw zawiera jakiekolwiek formy świadomości.
    Ekran znów się oddalił i pokazał ogromną ilość białych kropek. Kilka z nich poczerwieniało.
    - Te czerwone zawierają formy inteligencji. Enklawa Dengów świeci na żółto. Oznacza to, iż ich fizyka zaczyna ulegać degeneracji. Pozostało im niewiele czasu. W waszej rachubie czasu może to zająć od kilku dni do kilku miesięcy.
    - A czy nie moglibyśmy zlokalizować Praprzyczyny? - Ulf spytał z nadzieją.
    - Moglibyśmy, gdyby ktokolwiek z Was kiedykolwiek ją widział lub znajdował się blisko niej...
    - Nie ma wśród nas nikogo z takimi kwalifikacjami, - Mag przyznał zrezygnowany. - Nie znam nikogo, kto mógłby nam pomóc.
    - I tak sporo ustaliliśmy, więc na dzisiaj wystarczy tego poszukiwania. Jestem zmęczony. To bardzo wyczerpująca czynność, - Poskarżył się Żarłok i zstąpił ze swojego siedzenia na podłogę.
    Ekrany zgasły. Droga powrotna przebiegła dokładnie tak, jak się spodziewali. Po pięciu minutach znaleźli się na zewnątrz.
    Słońce stało jeszcze wysoko na niebie. Szukanie zaginionego okrętu zajęło im sporo czasu. Wszyscy zdecydowanie potrzebowali odpoczynku. Żarłok poprosił, by Samira nalała mu wody, po czym łapczywie wypił całą zawartość miski. Wszyscy położyli się wyczerpani na trawie i długą chwilę nikt ani nie powiedział, ani nawet nie pomyślał nic, co było raczej nietypowe w tym towarzystwie.
    Po dziesięciu minutach Ulf okazał się największym głodomorem. Wstał i poszedł po drewno by podsycić tlące się jeszcze słabym płomieniem poranne ognisko.
    Wszystkim zrobiło się raźniej, gdy świeże drewno zajęło się płomieniami. Pozostawiona na rożnie połówka jelenia znów zaczęła przyjemnie skwierczeć i ociekać wytapiającym się tłuszczem. Po półgodzinnym pieczeniu dziczyzna znów znalazła się na talerzach ciesząc podniebienia biesiadników. Nie było już wątpliwości, kto w tej bitwie okaże się zwycięzcą a kto pokonanym.
    - Widzieliście, co się stało z okrętem Aniołów? - Żarłok spytał zebranych. - Najprawdopodobniej utknęli tam w drodze do enklawy Dengów. Nie mam pojęcia, w jakim celu się tam wybierali, ale nie trafili do celu. Albo źle wyliczyli trajektorię skoku i trafili w Nicość, co łatwo zrozumieć pod nieobecność zerowej osi czasu generowanej przez Praprzyczynę, albo, - co bardziej prawdopodobne, technika zawiodła. Nie znam tych konstrukcji na tyle dobrze, by autorytatywnie to stwierdzić, ale poziom energetyczny struktury okrętu mógł być niewłaściwy, lub został naruszony.
    - Po utracie dwóch pierwszych okrętów przeprowadziliśmy wnikliwe badania, - Mag dodał, - które ujawniły liczne niedociągnięcia w procesie konwersji Anodium, oraz wysoką zawodność niedublowanych sond zerowych, pobierających energię z przemian fazowych próżni. W późniejszych modelach wszystkie te problemy zostały wyeliminowane.
    - No właśnie! - Ulfa olśniło. - Przecież ani Anioły ani Dengowie nie dysponowali techniką przemian fazowych. Myślę, że z tego powodu wciągnęli nas w swój spisek. Potrzebowali tej technologii a my mogliśmy im ją dać.
    - Wracając jednak do okrętu, - Żarłok kontynuował swoją myśl, - Istnieje sposób zabezpieczenia się przed utknięciem w Nicości. Nicość ma to do siebie, że posiadając zerowy poziom energii tła nie jest w stanie dostarczyć ani jednego erga energii do układów zasilania statku. Opracowaliśmy dwie metody radzenia sobie z taką sytuacją. Pierwsza polega na naładowaniu „akumulatorów” i wykorzystaniu ich energii w sytuacji awaryjnej. Ma ona jednak tę wadę, że nie da się przewidzieć z góry, jak wiele energii będzie potrzebne w krytycznej sytuacji. Druga metoda polega na wykorzystaniu właściwości Quadrium.
    - A więc to nie tylko kosmetyk, - ucieszyła się Samira. - Wiedziałam, że masz jeszcze coś w zanadrzu.
    - Tak, w rzeczy samej. Prowadziliśmy badania przez wiele lat. Zaowocowały one technologią pozyskiwania energii próżni poprzez właściwości wzmacniające transfer energii przez Quadrium. Posiadając odpowiedni zapas minerału w reaktorach pobudza się go wiązką promieni Theta. Pod ich wpływem następuje transfer energii przemian fazowych poprzez matrycę splątań. W ten sposób nawet w Nicości można używać napędu zerowego.
    - To jest rozszerzona wersja efektu Ulfa dla Quadrium i matryc splątań, ale zasada jest ta sama, - ucieszyła się Samira. - Ulf, będziesz sławny.
    Ulf nie czuł się komfortowo na świeczniku, więc tylko chrząknął z zakłopotaniem i poprawił na swoim siedzisku.
    - W każdym razie Quadrium jest kluczowym elementem podróży między enklawami w warunkach nieobecności Praprzyczyny. Bez minerału i promienia czasu szanse powodzenia skoku przez Nicość są praktycznie żadne.
    - To z tego powodu Rose i Barak chcieli ukraść próbki Quadrium, - Maga dopiero teraz olśniło. - Niszcząc Oho i nas, Anioły uniemożliwiłyby nam podróże do enklawy Dengów. Teraz już wszystko jasne. Spekulacje i obliczenia dla takich wypraw w oparciu o Trifortium nie miały najmniejszych szans powodzenia. Czyli projekt odwiedzenia enklawy Dengów od początku były skazane na fiasko. Dengowie posługując się teorią Wymiarów Niepierwotnych, nie mają pojęcia o skali trudności przy podróżach przez Nicość. Ich plany podboju naszej enklawy nigdy się nie udadzą, o ile takie mają.
    - Ale, jak w takim razie Poszukiwaczom udało się przebyć Nicość? - Samira spytała niepewnie. - Przecież Kuuru nie dysponowało Quadrium, ani wystarczającymi zasobami energii. Sam powiedziałeś, że enklawa Kuuru funkcjonowała w przestrzeni o minimalnym poziomie energii zerowej.
    - To prawda, że nie mieliśmy takich zasobów, które by nam umożliwiły podróże poprzez nicość, jednak destabilizacja praw fizyki spowodowała przejściowe oscylacje poziomu energii próżni w ostatnich tygodniach przed zagładą Enklawy. Właśnie z tych fluktuacji skorzystaliśmy, by pokonać bezkresne przestrzenie Nicości. Ponadto doskonale wiedzieliśmy, dokąd zmierzamy i czego szukamy. Mieliśmy wiedzę, która umożliwiła nam precyzyjną nawigację w Nicości. Wydaje się, że Dengowie nie posiedli takiej wiedzy, więc jest mało prawdopodobne, by się tu nagle zjawili, choć destabilizacja ich enklawy już się rozpoczęła. Obawiam się, że możemy się wkrótce spodziewać jakichś nagłych akcji ze strony Aniołów, które są przekonane, - tak jak i Wy byliście jeszcze niedawno, o konieczności pozbycia się Praprzyczyny z Waszej przestrzeni.
    - Najgorsze jest jednak to, że my również mamy poniekąd związane ręce. Mamy szpiegów w naszych szeregach. Nie tylko na Ziemi, ale i na Zaxor. Nie możemy, tak jak dotąd sądziliśmy, ufać naszym załogom w pełni, - Ulf zauważył ze smutkiem w głosie. - Zastanawiam się, co ludzi skłania do współpracy z tymi pasożytami. Od tysiącleci składali obietnice bez pokrycia i wciąż znajdują się ludzie skłonni im zaufać. Któryś z uczonych Średniowiecza trafnie stwierdził, że „Tylko Wszechświat i głupota ludzka nie mają granic, z tym, że co do granic Wszechświata nie ma takiej pewności”.
    - Wszyscy osadnicy dostali zastrzyki z Trifortium, by zneutralizować działanie Eludium, którym Anioły uzależniały swoich konfidentów. Ze znanych substancji tylko Trifortium ma właściwości neutralizujące działanie narkotyków. Wykryliśmy wtedy ponad dwa tysiące tajnych konfidentów wśród osadników. Warto by powtórzyć tę akcję. Gdzieś powinny się znajdować archiwa z tamtej operacji. Ciekawe czy Rose i ten Barak to recydywiści czy nowy narybek, - Mag się zastanawiał, jak rozwiązać ten problem.
    Ulf usiadł wygodnie i zamknął oczy. Nikt nic nie mówił, zastanawiając się, jak rozwiązać ten dylemat w krótkim czasie. Mag podniósł lewa rękę i podrapał się po brodzie, po czym wstał i podszedł do zasobnika z wodą źródlaną. Napełnił nią kubek aż zaczęła się przelewać. Mag odstawił kubek i wrócił na swoje miejsce.
    Ulf otworzył oczy i tryumfalnie ogłosił, że ma rozwiązanie.
    - Mag czy czułeś coś nadzwyczajnego przez ostatnią minutę? Coś, co Ci kazało się podrapać albo nalać sobie wody? - Ulf spytał z nadzieją w głosie.
    - Nie, po prostu chciało mi się pić.
    - To, czemu się nie napiłeś tylko odstawiłeś kubek?
    - A coś Ty nagle stał się taki troskliwy? - Zainteresował się Mag.
    Ulf opowiedział wszystkim historie o tym, jak podczas polowania przejął kontrolę nad gęsią. Nagle stało się jasne dla wszystkich, czemu Ulf stwierdził, iż znalazł rozwiązanie.
    - Czy sądzisz, że nikt się nie zorientuje? - Spytała Samira.
    - A czy Mag się zorientował, mimo iż nie jest przeciętnym człowiekiem? Tylko, gdy się jest świadomym takiej możliwości, da się przeciwdziałać przejęciu świadomości. Maga wziąłem przez zaskoczenie, ale teraz usiłowałem Samirę zmusić do przetarcia oczu i nie udało mi się.
    - Czułam, że ktoś chce mi coś narzucić i się sprzeciwiłam. Nie zdążyłam namierzyć winowajcy, ale również nie mam jeszcze wprawy.
    - Jest to jakaś myśl, - wtrącił Żarłok. - Można tak inwigilować umysły wszystkich członków załóg, ale to dość wyczerpujące i czasochłonne. - Jest jeszcze jedna możliwość, w zasadzie stanowiąca jedynie rozwinięcie pomysłu Ulfa. Świstogon celowo zawiesił głos obserwując, jak wszyscy nagle zaczęli się rozglądać wokoło w poczuciu nieznanego zagrożenia. - Teraz widzicie, jak łatwo zaszczepić jakąś myśl w cudzym umyśle.
    Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdyż zagrożenie okazało się tylko próbnym alarmem zaszczepionym w ich głowach przez Żarłoka.
    - Zatem, gdyby tak wszystkim wszczepić myśl, że jakaś Spec Służba posiada detektor wykrywający nieprawomyślnych i że można uniknąć wykrycia jedynie poprzez ucieczkę w określone miejsce, to możnaby wszystkich konfidentów wyłapać za jednym zamachem, - Samira mówiła z dzikim błyskiem w oku.
    - Zdajesz sobie sprawę, że to, co proponujesz jest niemoralne? - Mag spytał z krzywym uśmieszkiem.
    - I kto to mówi!? - Samira się roześmiała. - Zawsze twierdziłeś, że moralnością zasłaniają się tylko ci, którzy albo mają coś na sumieniu, albo nie są zdolni do podejmowania trudnych decyzji. Niestety zgadzam się z tą tezą. W obecnej sytuacji nie mamy innego wyjścia. Nie stać nas na finezję. Anioły nigdy nie kierowały się moralnością gnębiąc rodzaj ludzki na przestrzeni wielu mileniów swojej „Boskiej” władzy, czemu więc mamy okazywać im litość? Tylko słabych stać na litość. Wroga trzeba zabić na śmierć a nie tylko trochę. Ziemia wygnała Anioły do układu Wong a po czterdziestu latach w układzie Myog znów musiała z nimi walczyć. Taka jest cena litości i fałszywie pojętej moralności.
    - To kwestie moralne mamy przedyskutowane. Ktoś jest przeciw? - Ulf zapytał dla zasady. - Nie widzę sprzeciwów. Pozostaje nam dopracować detale i do dzieła.
    - Doskonale, tylko co zrobimy z tymi, których złapiemy? - Samira głośno się zastanawiała. - Nie wiemy czy są ich dziesiątki, setki, czy tysiące. Dziesięciu można po krótkim przesłuchaniu posłać od razu do piachu. Setki lub tysiące, to już inna historia. Mamy Straż Obywatelską, ale nie wiemy, ilu z nich jest konfidentami.
    - Trzeba, zatem zachować odpowiednią kolejność działań. Straż zmobilizujemy dopiero, gdy konfidenci się wyniosą z miast, - Mag zdecydował. - Pozostaną tylko ci lojalni.
    Dopracowywanie detali zajęło sporo czasu, gdyż trzeba było „nastraszyć” mieszkańców ponad trzydziestu osad. W sumie około czterdziestu tysięcy ludzi. Największym ośrodkiem na Zaxor jest Thevion, więc tam należałoby zacząć. Spora część pracowników naukowych mogła być w to zamieszana z racji wykonywanych funkcji i dostępu do wyników badań. Na Ziemi przed dziewięćdziesięciu laty również przeprowadzono czystkę wyłapując wszystkie Anioły ukrywające się pod ludzką postacią, tyle że wtedy wykorzystano Sygnatury do wyizolowania wszystkich osobników. Część z nich walczyła, ale musieli ulec doskonale wyszkolonym siłom Gildii Protektorów. Polało się wtedy mnóstwo krwi, ale cel osiągnięto. Obecnie nie ma na Ziemi ani jednego Anioła, jedynie ich konfidenci z Servo Servorum, niestety, w niewiadomej sile.
  • #33
    yego666
    Specjalista PLD
    ============== Odcinek 16 ================

    UCHODŹCY

    - Wieczór się zbliża, więc pewnie Zieliński ze swoją garstką wiernych już się zbliża do Thevion, - Samira przerwała rozważania Maga. - Będzie chyba już można zacząć akcję „straszenia”...
    - Nie jestem pewien, czy jest to do końca logiczne, - Ulf wtrącił z wahaniem, - ale wydaje mi się, że uchodźców z Oho możemy uznać za sprawdzonych. Trójka zdrajców uciekła z miasta przed jego zniszczeniem, więc reszta raczej jest czysta.
    - Należałoby się zgodzić z Twoim rozumowaniem, - Samira odparła, - jednak mamy do czynienia ze stosunkowo małą grupką. Chciałabym sprawdzić skuteczność naszej strategii zanim weźmiemy się za większe skupiska ludzi. Jest jeszcze coś, o czym nie pomyśleliśmy. Jeśli w Thevion działa SS, czyli Servo Servorum, to po przybyciu uchodźców natychmiast ktoś doniesie Aniołom o fiasku ich operacji w Oho a tego nie chcemy.
    - Trzeba natychmiast ich zatrzymać zanim dotrą do miasta, - Mag poparł Samirę. - Tylko, jak to zrobić nie budząc niczyjej podejrzliwości? Żarłoku, czy Twoi pobratymcy mogliby się pojawić pomiędzy Thevion a wędrowcami zatrzymując ich na noc? Znany jest strach przed Świstogonami, więc to powinno zadziałać...
    - Zapewne zadziała, lecz w tamtych okolicach nie było nigdy Świstogonów. Jeden, może czasem dwa, ale tym razem trzeba by z dziesięciu, by powstrzymać ich marsz, - Z powątpiewaniem odparł Żarłok. - Mam inny pomysł. Wmówmy im, że są strasznie zmęczeni i muszą się zatrzymać na noc.
    - To świetny pomysł, - Samira się zapaliła. - Czy mogę spróbować swojej siły perswazji? - Powiodła proszącym wzrokiem po wszystkich obecnych.
    - Nie widzę sprzeciwów, skąd wnoszę, że możemy zaczynać, póki nie jest za późno.
    Po kolei znikali z polany, by się pojawić nad rzeką Soto, która wiła się w dole niebieską wstęgą odbijając promienie zachodzącego słońca. Po kilku chwilach lotu z biegiem rzeki dostrzegli pierwszych wędrowców. Wyglądali na wyczerpanych kilkudniową wędrówką. Od Thevion dzieliło ich jeszcze około dziesięciu mil. Niewielkie wzniesienie przesłaniało im widok na miasto, więc nie mogli dokładnie wiedzieć, jak daleką drogę mają jeszcze przed sobą.
    Samira czuła ciężar odpowiedzialności, jaki na niej spoczął, więc skupiła się i objęła umysłem wszystkich wędrowców. Nie słyszała tego, co myślą a jedynie czuła ich obecność. Było to dziwne uczucie, jakby stado mrówek chodziło po skórze.
    - Jestem bardzo zmęczony! Muszę koniecznie się zatrzymać. Nogi mnie bolą i chcę mi się spać, - Samira czarowała tłum, który wił się ćwierć mili pod nią.
    Powtórzyła kilka razy swoje zaklęcia dla pewności, ale ku jej zdziwieniu nikt się nie zatrzymywał. Spojrzała niepewnie na Świstogona. Ten jednak był całkowicie spokojny dodając jej otuchy. Po minucie czoło kolumny zaczęło zwalniać. Pozostali wędrowcy dobijali do prowadzących i również się zatrzymywali. Gdy cała grupa dobiła do czołówki, ludzie zaczęli siadać, lub kłaść się na trawie. Podkładali sobie pod głowy, co kto miał i zapadali w sen. Po kwadransie wszyscy już spali.
    - Czemu moje sugestie tak długo nie działały? - Zapytała zaniepokojona Samira?
    - Są dwa powody, - odparł Żarłok. - Nie masz jeszcze wprawy, więc większość Twojej energii ulegała rozproszeniu a dodatkowo wędrowcy odpoczywali już dwie godziny wcześniej, więc nie byli zmęczeni i trzeba było czasu, by sugestia zrobiła swoje. Ale jak na pierwszy raz znakomicie Ci poszło.
    - Skoro tu jesteśmy, to może byśmy „postraszyli” mieszkańców? - Ulf rzucił pomysł.
    - A może lepiej byłoby zacząć od Maruk? - Mag zaproponował. - Cztery tysiące ludzi to nie to, co dwadzieścia. Będziemy mieli wstępne oszacowanie, jaki odsetek sprzyja wrogowi.
    - To chyba dobry pomysł, by zacząć od mniejszej grupy, - Samira zgodziła się skwapliwie. - Skala zjawiska nie jest nam znana. W Oho był to mniej więcej jeden na tysiąc, ale czy jest to wartość reprezentatywna dla pozostałych osiedli? A jeśli będą to tysiące, co wtedy? Nie poradzimy sobie z takim tłumem.
    - Myślę, że mam pomysł, co zrobić ze złapanymi konfidentami, - Żarłok wreszcie się odezwał. - Na Wyżynie Tybetańskiej na Ziemi wciąż jest ośrodek, w którym internowano złapane Anioły. Obecnie używa go Gildia do przetrzymywania szczególnie niebezpiecznych przestępców. Można by im podrzucić nasz łup. Kiedy ich już wyłapiemy, to się ich przeszmugluje na Ziemie i problem z głowy.
    - Gildia wie, co z takimi robić, - ucieszył się Mag. - Oni nie są tak łagodni jak my. Dobrze, jeśli tylko poprzetrącają im kulasy a nie karki.
    - Pomysł jest dobry, lecz jeśli będą ich tysiące, to zajmie masę czasu, - zmartwił się Ulf.
    - Pamiętasz, mówiłem Ci, że wielkość ładunku nie ma znaczenia. Wystarczy ich zebrać na małej przestrzeni, i jednym ruchem przeflancować do obozu Gildii.
    - To tak się da? - Mag się wyraźnie ucieszył. - Myślałem, że można tylko pojedynczo. Będę musiał się udać na Ziemię pogadać z paroma ludźmi. Będą wiedzieli, co zrobić, by nam pomoc. Najpierw jednak musimy się dowiedzieć, o jakiej liczbie ludzi mówimy.
    - Cały czas chodzi mi po głowie, że nawet niewielkie ilości Trifortium obecne w atmosferze Zaxor powinny neutralizować uzależnienie od Eludium, - Ulf podrapał się pogłowie. - Jeśli mimo to mamy tu SS działające na rzecz Aniołów, to oznacza tylko jedno. Coś innego musi motywować konfidentów. Jeśli jest to ich własny wybór mimo braku przymusu wywołanego działaniem narkotyku, to osobiście im poskręcam karki.
    - Zapewne jest tak, jak przypuszczasz, Ulf, lecz zanim ich zdekapitujesz trzeba będzie z nimi „pogadać”. Myślę, że to będzie dla nich sto razy gorsze, gdy nasi przyjaciele z Gildii zadadzą im swoje pytania. - Mag uśmiechnął się z wyrazem zadowolenia. Lećmy zatem do Maruk.
    Maruk było niewielką osadą zbudowaną na planie trójkąta. Wierzchołki pokrywały się z trzema wzgórzami tworzącymi prawie idealny trójkąt równoboczny. Centralny punkt miasta stanowił duży plac, na którym mieszkańcy zbierali się z ważnych przyczyn, takich jak, wybór mera miasta, czy przedstawienie teatralne. Wokół placu znajdowały się budynki mieszkalne i sklepy. Miasto było oddalone o kilka mil od złóż kilku ważnych minerałów potrzebnych do produkcji w kompleksach numer cztery i trzy. Do tego miało doskonale prosperujące farmy dostarczające wielu produktów rolnych reszcie planety. Robotyzacja sprawiała, że większość z trzech tysięcy mieszkańców mogła zająć się badaniami naukowymi w tutejszym Instytucie Biochemii i Genetyki.
    Latarnie uliczne powoli zaczęły się zapalać ukazując sieć symetrycznych ulic prowadzących od placu ku obrzeżom miasta. Ulice rozgałęziały się łącząc główne arterie mniejszymi poprzecznymi. Wyglądało to jak gigantyczna sieć pajęcza. Ludzie snuli się po ulicach szukając sobie miejsca na wieczorny wypoczynek.
    - Teraz na mnie kolej, - Mag powiedział z wahaniem. - Jakbym coś nie tak robił, poprawcie mnie. Tym razem musi się udać od razu.
    Mag objął miasto swoją świadomością. Mógł skierować swoją uwagę na gospodynię przygotowującą kolację dla zaproszonych gości, lub na parę zakochanych wymieniającą namiętnie oddechy w parku, lub na kogokolwiek chciał. Musiał jednak powściągnąć swoją ciekawość i skupić się na wszystkich jednocześnie, namierzając każdego z osobna.
    - Trudna sztuczka jak na początek, - pomyślał, - ale skoro Samirze dobrze poszło, to, czemu mnie miałoby się nie powieść? Tylko, co ja mam im właściwie wmawiać?
    - Na zachód od miasta jest stare wyrobisko po odkrywce sprzed kilkudziesięciu lat. Tam możesz skierować zdrajców. To zaledwie kilka mil za miastem, - Samira podpowiedziała Magowi. - Niech wezmą ze sobą latarki. Łatwiej będzie ich dostrzec w ciemności.
    Mag znał wielu mieszkańców Maruk i miał nadzieję, że wśród zdrajców nie znajdzie się żaden z nich.
    - Lista ze wszystkimi nazwiskami konfidentów wpadła w ręce służb bezpieczeństwa, - Mag zaczął sączyć uczucie niepokoju w głowy mieszkańców miasteczka. - Będą wyłapywać w nocy tych, których nazwiska znajdują się na liście. Złapanych będą torturować i mordować. Bezpieczne schronienie znajduje się w starym wyrobisku.
    Powtórzył dla pewności, ale nie liczył na natychmiastowy efekt. Słońce właśnie zaszło i zrobiło się ciemno. Wszyscy czekali w napięciu na rozwój wypadków, jednak przez godzinę nic się nie zdarzyło. Postanowili poczekać jeszcze pół godziny. Czas płynął bardzo powoli i zaczęło im się nudzić, nie mówiąc o chłodzie, który zaczął im doskwierać. Minęło jeszcze pięć minut, gdy na drodze wiodącej do starego wyrobiska dostrzegli nikłe światełko. Ktoś w pośpiechu opuścił miasto i zmierzał we wskazanym kierunku oświetlając sobie drogę światłem latarki. Wszyscy ciekawie przeskoczyli w pobliże uciekiniera, by mu się przyjrzeć.

    ZDRAJCY

    Niestety człowiek miał kaptur nasunięty na głowę i nie było widać jego twarzy. Zakapturzona postać rozglądała się nerwowo wypatrując niebezpieczeństwa. Zszedłszy z drogi na skraj lasu, ukradkiem przemknęła między drzewami obserwując drogę. Nagle zatrzymała się i zaczęła nasłuchiwać. Rozejrzała się i dostrzegła światełko podążające jej śladem. Schowała się za drzewem i czujnie obserwowała. Po dwóch minutach właściciel drugiego światełka zbliżył się do pierwszego człowieka. Jego twarz nie była osłonięta. Starszy mężczyzna szedł szybkim krokiem nie oglądając się za siebie. Ukrywająca się postać wyszła powoli z ukrycia i zawołała cicho.
    - Frank.
    Mężczyzna zatrzymał się gotów do ucieczki.
    - To ja Mike.
    - Dzięki Bogu! Już się wystraszyłem, że mnie ktoś namierzył, - Frank wyraźnie odetchnął z ulgą. - Zaczekamy tu na Barbarę i Cygana. Widziałem ich, gdy opuszczałem miasto. Powinni zaraz tu być. Wziąłeś ze sobą komunikator? Ja swój zostawiłem w skrytce w piwnicy.
    - Mam komunikator. Zaraz się połączę z Archaniołem Nagelem. Może on będzie wiedział, co się dzieje. Wśród nas jest zdrajca..., - Mike zawiesił głos. Domyślasz się, kto?
    - Nie mam pojęcia, ale ktoś musiał nas wydać. Sami nigdy by nie wpadli na nasz ślad. Od wielu lat pewnie szukają aż im się ktoś podłożył. Ciekawe, czym go skusili. Biedak musiał stracić wiarę. Niech mu Pan wybaczy!
    - To raczej oni nas mogą złapać, - Mike zauważył rzeczowo. - Musimy dotrzeć do wyrobiska. Przez trzydzieści lat, jak kieruję organizacją, nie było najmniejszego przecieku. Niewielu nas jest, ale trzymamy cały Zaxor za gardło. Jedno słowo i Bóg zrówna wszystko z ziemią, tak jak Oho.
    - Nie bardzo rozumiem, czemu spacyfikowali Oho, - Frank spytał kolegi. - Tam siatka liczyła tylko trzy osoby. Dzięki nim wiedzieliśmy, co się dzieje w Thevion i pozostałych instytutach.
    - Barak dał mi znać kilka dni temu, że operacja wkracza w decydującą fazę, - Mike mówił ściszonym głosem. - Anioły chciały odciąć Dengów od komunikacji z Zaxor, bo obawiały się, że ten nadęty Mag coś wywinie. Ponoć znalazł minerał. Pomyśl, co by się stało gdyby go, z Dengami zaczęli używać. Całe Niebo byłoby w niebezpieczeństwie. Anioły nie miałyby już żadnych szans.
    - TEN Minerał? - Frank aż gwizdnął. - Nie gadaj. To on istnieje?
    - Tak. Barak mówił, że zdobyli próbkę białego proszku, więc nasi będą mogli wykorzystać jego moc a wtedy..., - Mike aż się uśmiechnął na myśl o tym, co miało się stać. - Greg, Iwan i Tomcio mieli zlikwidować Maga i tego nordyckiego wielkoluda, ale Rose twierdzi, że obaj byli w Oho, gdy je puścili z dymem. To upraszcza trochę sprawę.
    Dwa nowe światełka pojawiły się w oddali. Frank i Mike schowali się za drzewami na skraju lasu i czekali. Po pięciu minutach światełka się przybliżyły na tyle, że można było rozpoznać twarze ich właścicieli. Pierwsze światełko niosła szczupła kobieta o ostrych rysach a za nią szedł mężczyzna o jasnej cerze.
    - Cygan, Barbara. To my, Frank i Mike. Chodźcie tu do nas. Niebezpiecznie tak iść środkiem drogi.
    - Na szczęście to tylko Wy, - kobieta z trudem mówiła. - Ledwo, co uciekliśmy z miasta. Tajniacy chyba deptali nam po piętach. Baliśmy się, że Was złapali. Dzięki Bogu Wszechmogącemu, że jesteście cali. Cygan patrzył całą drogę, czy nas ktoś nie śledzi. Wydaje się, że tu jesteśmy bezpieczni.
    - Chodźmy do wyrobiska. Mike ma komunikator. Gdy nawiążemy łączność wyjaśni się, co mamy dalej robić.
    Cała czwórka ostrożnie ruszyła w kierunku odległego wyrobiska. Zmierzch utrudniał obserwację, więc parami szli brzegiem lasu po obu stronach drogi.
    - Wygląda, że Morfy zaczęły grać również przeciw Dengom, - Mag skonstatował. - Dobrze, że nie wiedzą, że żyjemy. Ja znam tylko Mika i Barbarę. Pozostałych dwóch w życiu nie widziałem.
    - Ja również nie wiem, co to za jedni, - potwierdził Ulf. - Martwi mnie, że „trzymają cały, Zaxor za gardło”. Jako zarządzający tamą na Rzece Snów przed Maruk, Mike mógł wymyślić coś, co może zagrażać miastu. Wołałbym wiedzieć, co to takiego.
    - Zauważyliście, z jaką czcią wypowiadali te swoje mantry o Panu, Wszechmogącym i innych? - Samira spytała. - Żywcem wyjęte z filmów propagandowych ze Średniowiecza. Jakby faktycznie wierzyli w to, co mówią. Obawiam się, że mamy tu do czynienia z niedobitkami starych religii. Anioły musiały im wyprać mózgi, bo już nikt o zdrowych zmysłach nie dałby się nabrać na ich sztuczki z bogami, pomazańcami i mesjaszami.
    - Ale przyznać trzeba, że inwencję Anioły mają niepoślednią, - Ulf się wtrącił. Tylu bogów stworzyć i całe mitologie starożytne i nowożytne dokumentujące ich fikcyjne tożsamości i dokonania. Mnie najbardziej podobał się Wiracocha. Niezwykle barwna postać w świecie antycznym. Potem wzięli się za Egipt, Grecję, Rzym i nowożytną Europę. Tyle zachodu tylko w jednym celu. Aż trudno uwierzyć, że znaleźli tylu naiwnych w Średniowieczu.
    - Nie możemy dopuścić, by się porozumieli z tym... Archaniołem Nagelem, jak go Mike nazwał, - Chłodnym głosem Żarłok sprowadził ich dyskusję do poziomu tu i teraz. - Jak proponujecie postąpić w obecnej sytuacji?
    - Oczywiście, - przytaknęła Samira. - Trzeba im zabrać komunikator, by nie mogli się porozumieć z nikim, albo lepiej, postaram się wmówić Mike’owi, by go gdzieś upuścił.
    - Chyba nie trzeba się z nimi bawić w subtelności, - Zaproponował Mag. - Przenosimy ich do wyrobiska i ogłuszamy. Zwiążemy ich i będziemy tak długo torturować aż sami wszystko wyśpiewają błagając o śmierć.
    - Zgadzam się z przedmówcą i zamawiam sobie godność Tomaso de Torquemady, - Ulf zaśmiał się rubasznie. - Weźmy się jednak lepiej do roboty zanim nasi podopieczni narozrabiają i zaczną pytać, czemu właściwie uciekali. Na razie strach jeszcze ich pogania, ale wkrótce zaczną trzeźwiej myśleć.
    Ulf z wprawą pozbawił świadomości całą czwórkę i przeteleportował ich do glinianej niecki wypełnionej zimną wodą w odległym zakątku wyrobiska zabierając im po drodze komunikatory, które znalazł u dwojga szpiegów. Wpadając do wody cała czwórka szybko odzyskała przytomność. Krzycząc ze strachu usiłowali wspiąć się po śliskich brzegach niecki, ale niezmiennie osuwali się z nich w dół pociągając za sobą towarzyszy.
    Ulf zaszczepił w ich umysłach strach i przerażenie, że zawiedli swoich Panów i będą się musieli wytłumaczyć. Po pięciu minutach rozpaczliwych prób wydostania się z wody wszyscy opadli z sił i tylko trzęśli się z zimna, i strachu.
    - Zawiedliście zaufanie, którym Was obdarzyliśmy! - Ulf zawołał gromkim głosem unosząc się nad krawędzią niecki. - Cały Wielki Plan jest przez Was zagrożony. Niewierni wpadli na Wasz trop. Odcięliśmy Piekło Dengów od tego Świata, ale Szatan wszędzie się panoszy! Wy głupcy. Skończycie w kotle ze smołą i jadowitymi wężami. Co zrobiliście, by wspomóc nasz Plan?
    - Ty mów! - Ulf wyciągając rękę wskazał na Mike’a.
    - Panie! Panie! -Mężczyzna jęczał usiłując utrzymać się w wodzie sięgającej mu do piersi. - Nie wiem, kto nas wydał, ale klnę się na wszystkie świętości, że Plan nie jest zagrożony. W każdej chwili możemy zniszczyć wszystko, co się znajduje na tej przeklętej planecie. Na pustyni rozmieściliśmy ładunki antymaterii wycelowane we wszystkie osady i kompleksy. Hasło „Armagedon” uruchomi je natychmiast po wpisaniu z mojego terminala na tamie. Tylko mnie tam zabierz Panie. Frank i Barbara rozpracowali hasła, które strzegą dostępu do okrętów na orbicie. Możecie je przejąć w każdej chwili. Ci głupcy myśleli, że okręty są zabezpieczone, ale my znamy wszystkie hasła.
    - Tak Panie! - Frank jęczał na wpół klęcząc i dygocząc jak osika. Hasło to „Carthago Delenda Est”. Wszystkie okręty są gotowe na Wasze przybycie.
    - A co z głównodowodzącym tej planety? - Ulf grzmiał groźnym tonem znad krawędzi niecki. - Gdzie on jest?
    - Nie żyje Panie, - Cygan się odezwał drżącym głosem. - Zginął wraz z całą wiedzą i tym wielkoludem w Oho. Nasi bracia z Oho powinni to potwierdzić.
    - Potwierdzili! - Zagrzmiał Ulf. - Zostali wynagrodzeni za swoją lojalność. Gdzie są arsenały antymaterii?
    - U stop Góry Potępionych są jaskinie. W ich wnętrzu znajdują się wyrzutnie, Panie, - wyjąkał Cygan. - W sumie jest czterdzieści osiem głowic. Sam doglądałem ich instalacji. Wszyscy robotnicy biorący udział w przedsięwzięciu potem zostali zgładzeni. Tylko my wiemy, gdzie to jest.
    - A ile jest okrętów na orbicie? - Ulf bawił się coraz lepiej widząc, jak zdrajcy kostnieją z zimna i strachu.
    - Panie, są pięćdziesiąt dwa okręty w pełni wyposażone zdolne do przyjęcia załóg, - Mike wystękał z trudem łapiąc oddech. - Pełną dokumentację otrzymaliście już rok temu. Można ich użyć na Chwałę Pana choćby zaraz.
    - Co jeszcze przygotowaliście leniwe psy!? Gadać, bo Was prosto do piekła odeślę, - Ulf nie dawał spokoju nieszczęśnikom.
    - Panie, - cichym głosem odezwała się kobieta dotąd modląca się w ciszy. - U źródeł wszystkich rzek zainstalowałam zasobniki z wirusami, które od Was otrzymaliśmy. Możemy je uwolnić w każdej chwili, by wytruć całe plugawe plemię niewiernych na tej przeklętej planecie. Razem trzydzieści cztery kapsuły, po jednej przy każdej większej rzeczce.
    Z jej ust sączył się jad jak z zębów żmii. Oczy błyszczały świętym ogniem odrazy do wrogów a głos grzmiał teraz żądzą zemsty za niewypowiedziane krzywdy. Wyglądała groteskowo, ale i groźnie w swym zaciekłym fanatyzmie.
    - Hasło jest to samo „Armagedon”, - kobieta dodała po chwili wahania. - Muszę je wprowadzić z terminalu w moim biurze. Staramy się, Panie zasłużyć na Waszą łaskę. Nie odtrącaj nas proszę, - kobieta rozpłakała się zawodząc gromkim głosem z głębi jej przerażonego serca.
    - Ile sług jeszcze mamy na tej planecie? - Ulf ryknął najpotężniejszym głosem, na jaki był w stanie się zdobyć. - Prędko, bo muszę ich ukarać lub nagrodzić wedle zasług jeszcze tej nocy. Jutro może już nie być Świata!
    Jeszcze bardziej przerażeni wydali wszystkich „braci” i „siostry” by Pan ich osądził. Błagali o litość i łaskę dla siebie, ale nadzieja w nich gasła z każdym słowem.
    - Dość tego Ulf. Już wszystko wiemy. Nie bądź taki jak oni, - Samira ujęła się za nieszczęśnikami. - Zabij ich i już. Powiedzieli wszystko, co wiedzieli. Więcej z nich nie wydobędziesz.
    - Nie Sami, - Wtrącił się Mag. - Oni muszą odpokutować za to, co zamierzali uczynić. Śmierć byłaby zbyt łagodną karą dla tych zwyrodniałych fanatyków. Gildia na Ziemi się nimi zaopiekuje.
    - Niech będzie po Twojemu. Mnie ich los nie interesuje, - Samira rzekła obojętnie.
    Mag sprawnie przeteleportował całą czwórkę do tajnego ośrodka penitencjarnego w Tar i wrócił po dziesięciu minutach do towarzyszy. Razem wrócili do Gniazda na zasłużoną wieczerzę.
    - Pozostała nam do zgarnięcia jeszcze piątka członków tego elitarnego klubu degeneratów i ludobujców, - Żarłok wreszcie zabrał głos. - Nie sądziłem, że fanatyzm religijny może być aż tak skrajnie niebezpieczny. Co innego czytać czy oglądać holo a co innego samemu tego doświadczyć. Przyznam, że nie rozumiałem podłoża konfliktu ludzi i Aniołów aż do dziś.
    - My zdążyliśmy się przyzwyczaić przez wiele wieków, - Ulf rzekł smutno. - A najsmutniejsze jest to, że wciąż niektórzy ludzie są skłonni dawać wiarę nie żądając dowodów.
    - Jak oni weszli w posiadanie kodów aktywacji okrętów? - Mag podrapał się w głowę. - Znają je tylko najbardziej zaufani!
  • #34
    CMS
    Administator HydePark
    Wygląda na to, że chętnie czytacie. A plusików jakoś nie widzę.
  • #35
    yego666
    Specjalista PLD
    ============== Odcinek 17 ================

    BAZA FLOTY

    Gondola czekała tam gdzie ją Khan pozostawił. Na wypadek, gdyby Morfy miały jeszcze jakichś niewykrytych szpiegów Khan włączył deflektory Sygnatury i pomknął do bazy w Jaur. Anioły utrzymywały, że Sygnatura jest wieczna i żyje własnym życiem, nawet po śmierci gospodarza, ale dawno już obalono ten nieuprawniony pogląd. Sygnatura istoty żywej rozprasza się wraz ze śmiercią biologiczną komórek jego ciała i nie pozostaje po niej nic poza typowym szumem entropii. W Średniowieczu nazywano to duszą i był to ważny element ówczesnych wierzeń i zabobonów. Nauka w tamtych czasach dopiero zaczynała się rodzić, więc Anioły nie miały trudności z utrzymywaniem odwiecznego mitu o Stwórcy, duszy, Piekle i Niebie. Jeszcze jakiś „cud” raz na jakiś czas i mogły być spokojne o swoją „trzodę”. Cóż za czasy. Dobrze, że w końcu wiedza wyparła zabobon. Bardzo długo to trwało i kosztowało miliony ludzkich ofiar. Rozwój cywilizacji został opóźniony o kilka tysięcy lat w imię partykularnych interesów starszej rasy pasożytującej na swoich młodszych braciach.
    Komunikator zawarczał przerywając rozważania Khana.
    - Co się stało? - Spytał Khan włączając komunikator.
    - Tuan, wykryliśmy ruchy floty Morfów w rejonie Saturna, - Pospiesznie zameldował szczupły oficer w mundurze Legata Floty Galaktycznej. Od czasów bitwy w układzie Myog nie obserwowaliśmy takiego zgrupowania ich okrętów wojennych.
    - Okrętów wojennych, - podjął sarkastycznie Khan. - Niebianie nigdy nie mieli prawdziwej floty. Od czasów wygnania z Ziemi, czyli jakieś osiemdziesiąt lat temu, gdy osiedli na piątej planecie układu Wong znanej, jako Kepler 7439.05, czyli Purgatus, mieli tylko sto dwadzieścia jednostek transportowych napędzanych antymaterią, które Rada wspaniałomyślnie im ofiarowała. Mogli wtedy zostać zmuszeni do teleportacji w tamte rejony, ale pewnie, co dziesiąty dałby radę tak daleko doskoczyć. Przeciętnie zdolni są do pokonywania dużo mniejszych odległości niż trzy parseki.
    - Ale, - oficer zniżył głos, - naliczyliśmy już ponad trzydzieści jednostek zbliżonych do klasy Rex.
    - Od kiedy te jednostki tam są? - Spytał zaniepokojony Khan.
    - Od godziny rejestrujemy jednostki Morfów pojawiające się na orbicie Saturna, - odparł oficer. - Z każdą chwilą jest ich coraz więcej. Niestety byłeś Tuan niedostępny przez ostatnią godzinę.
    A więc od czasu Myog Morfy nie próżnowały. Khan pomyślał zaniepokojony. Popełniamy te same błędy, co nasi przodkowie. Powinniśmy byli bacznie inwigilować układ Wong zamiast ufać, że wróg odpłaci nam dobrocią. Przez tysiące lat Morfy ukrywały się na niedostępnej wyżynie tybetańskiej sterując rozwojem ziemskich cywilizacji. Miały nieograniczony dostęp do ludzkiego DNA, tak potrzebnego im do życia. Dopiero odkrycie Sygnatur pozwoliło je zidentyfikować i w efekcie odseparować od źródła ich wiecznej młodości. Spędzono je w jedno miejsce niedaleko Lassy i otoczono polem. Razem było ich około dziewięciu tysięcy. Rada musiała działać w najgłębszej tajemnicy, gdyż Anioły piastowały najwyższe urzędy w wielu potężnych państwach.
    - Czy analizy Sztabu są już dostępne? - Spytał Khan.
    - Jeszcze nie, Tuan, - odparł oficer. - Stratedzy wciąż nad tym pracują. Obecnie ściągamy nasze jednostki z rożnych zakątków wszechświata.
    - Dobrze. Proszę wysłać zwiad na Purgatus, - Rzekł Khan. - Może dowiemy się, jaką siłą bojową nieprzyjaciel dysponuje.
    - Dysponujemy danymi zwiadowczymi z Purgatus sprzed dwóch godzin, - Oficer dodał pospiesznie. - Cały układ jest pusty. Żadnych jednostek floty nie zaobserwowano w jego rejonie. Również kolonia została opuszczona przez wszystkie Morfy. Wszelkie zabudowania, fabryki i inne obiekty zostały zdezintegrowane. Powód jest nam nieznany. Odtwarzamy obecnie ślady fazowe jednostek, które grupują się na orbicie Saturna.
    - A czy zwiad dostarczył próbki materii z układów Morfów? - Spytał Khan.
    - Tak Tuan. Próbki przekazano do Instytutu. Grupa profesora Szyszkina zajmuje się nimi. Wyniki powinny być lada chwila.
    - Dobrze. Informować o każdym nowym ruchu nieprzyjaciela, - Khan rzucił i przerwał połączenie.
    Gondola cicho mknęła ponad falami oceanu. Do Jaur pozostały jeszcze dwie godziny lotu. Ile może się zdarzyć przez ten czas... Khan próbował sobie wyobrazić skalę operacji Morfów. Pewnie te trzydzieści jednostek to nie wszystko, ale gdzie oni produkowali nowe okręty? W układzie Wong nigdy nie trafiono na ślady przemysłu kosmicznego. W promieniu stu parseków nie ma innych zdatnych do wykorzystania planet za wyjątkiem Ziemi. Do N3109 zwanego Mictlan mają trzy megaparseki, więc stamtąd na pomoc raczej nie mogli liczyć. Skąd mają technologię transferu fazowego, by przerzucić takie siły choćby na trzy parseki. Gdyby podróżowali w wymiarach pierwotnych, wykrylibyśmy to natychmiast. Co z tym wszystkim ma wspólnego proca z czarnych dziur?... Może coś się wyjaśni, gdy rozpracują ślady fazowe. Natychmiast trzeba rozlokować jednostki naszej floty w sferycznym układzie delta, by mogły utworzyć pole fazowe. Mamy ponad tysiąc krążowników klasy Rex i trzy razy tyle mniejszych jednostek operacyjnych. Krążowniki mają zainstalowane generatory pola i deflektory tachionowe. Do skutecznej ochrony planet wewnętrznych wystarczy połowa tej siły, tak przynajmniej było zakładając niewielkie siły Morfów. Teraz nic nie jest już pewne. Nie wiemy, czym te diabły dysponują. Cóż za karygodne podejście służb wywiadowczych. Czy oni nigdy nie czytali Sun Tzu? Lata pokoju źle wpływają na słabe umysły wojskowych. Zaledwie niewielka część z nich należy do Gildii. Ale czymż stałaby się Gildia, gdyby jej członkowie mieli militarny poziom IQ, jak większość tych nawykłych do bezmyślnego wykonywania rozkazów kretynów. To właśnie oni są prawdziwym zagrożeniem dla ludzkości. Genetyka swoje a oni swoje. Można być skrajnie inteligentnym, ale na głupotę nie ma leków.
    Na przekaźniku holo zamrugała znajoma twarz Szyszkina.
    - Pobudka Khan, - Profesor gwałtownie wyrwał Khana z zamyślenia. - Zagadki mnożą nam się jak karaluchy. Jedna prowadzi do drugiej a ta do kolejnej. Mam nadzieję, że odpocząłeś u Estymatora. Ostatnio byłem w tamtej okolicy na wakacjach. Zostawiłem tam baryłkę przedniej Whisky. Nie wiem, co Estymator z tym robi, ale jest taki szczęśliwy, gdy otrzymuje prezenty, że nikt nie śmie o nich zapominać. W pewnym sensie to tylko maszyna, ale definicja życia jest bardzo szeroka...
    - Witaj Jose. Właśnie się zastanawiałem, - podjął Khan, - czy ze śladów fazowych będziesz w stanie coś wywnioskować.
    - A i owszem, choć nie było łatwo, - Odparł profesor zagadkowym tonem. - Technicznie to dość łatwe dysponując niewielkim zbiorem obiektów. Dla trzydziestu jest to już dużo trudniejsze, ale mamy najwyższe priorytety dostępu do mocy obliczeniowych, więc zajęło to zaledwie dwie godziny.
    - Nie trzymaj mnie w niepewności, Jose, - Przerwał Khan. - Skąd Anioły sprowadzają ten arsenał?
    - Wszystkie jednostki wydaja się mieć początek w układzie czterech czarnych dziur, o których już wiesz, ale...
    - Tak jak myślałem, - Khan wtrącił. - Tylko, że one są odległe od nas o prawie sto milionów lat świetlnych. Przecież Morfy nie potrafią teleportować obiektów na takie odległości.
    - Daj skończyć. Wnioski później, - Szyszkin ciągnął dalej. - Wszystkie obiekty pozostawiają ślad skoku w trzech wymiarach pierwotnych. Jeśli w wymiarze zerowym, czyli czasowym nie ma takiego śladu, to jest to klasyczny skok, ergo teleportacja. Nasze ślady jednak są inne.
    - Inne, czyli jakie? - Khan przerwał niecierpliwie. - Przyczynowo-fazowe? Przecież to niemożliwe z definicji!
    - Nie, nic z tych rzeczy, - Profesor zaprzeczył energicznie i poprawił okulary na nosie. - Rzecz jest niezwykle zagadkowa, bo ślad istnieje tylko w dwóch wymiarach pierwotnych. Tak, jakby trzeciej składowej w ogóle nie teleportowano. Dlatego było nam trudno złożyć te ślady w całość. Stąd nie wiemy, co się właściwie stało i za sprawą, jakich sił. Jedno wszak jest pewne. Na pokładzie żadnej z obserwowanych jednostek Detektory Form nie dały pozytywnych odczytów.
    - Czyli, że to są jednostki bezzałogowe? Drony? - Khan nie krył zaskoczenia. - To jeszcze dziwniejsze, niż przypuszczałem. Zakładając, że Morfy mogą posługiwać się telepatią na dystansie nieprzekraczającym trzech parseków, powinniśmy szybko znaleźć ich dowództwo zawiadujące zdalnie tą armadą.
    - Jose, czy Detektory Form wykryły coś żyjącego, poza ludźmi oczywiście, w takim obszarze? - Khan zapytał z rosnącym niepokojem. - Gdzieś te diabły przecież muszą mieć centrum dowodzenia. Wyniosły się cichaczem z układu Wong i nikt nie wie gdzie się podziały!
    Szyszkin odchrząknął zakłopotany.
    - Nasze detektory wykryły fluktuacje Form w układzie Wong, ale one nie prowadzą dokądkolwiek. Wygląda, że ktoś się teleportował, ale utknął gdzieś pomiędzy stacja początkową a końcową. Z taką informacją nie możemy ustalić, dokąd prowadzą te fluktuacje. Nie miałem do czynienia z taką anomalią poza zerwaniem wymiaru niepierwotnego podczas transferu. A to zawsze prowadzi do niekompletnego przekazu i niedeterministycznej trajektorii teleportowanego obiektu. Innymi słowy taki obiekt zostaje rozsmarowany po całej osi czasowej, czyli ulega dezintegracji z naszego punktu widzenia.
    - Coś podobnego! - Wykrzyknął Khan. - Czyli dostaliśmy statki bez kierowców, którzy się pogubili w czasie. Wystarczy, zatem przejąć kontrolę nad tymi obiektami i oszczędzimy na budżecie wojskowym przez dekadę. Rada postawi nam pomnik.
    - Zbyt piękne. Nie ma darmowych obiadków! - Podjął dalej Khan poważnym tonem. - Nawet Anioły nie są tak głupie, żeby pchać się w tak ryzykowne zagranie. W ich wspaniałomyślne samobójstwo też nie wierzę. To nie w ich stylu. Dwa Legiony boskich wojowników rozpłynęły się bez śladu.
    - Otrzymaliśmy próbki od Dekurii Zwiadu, które posłałeś na przeszpiegi, - Przerwał Khanowi Szyszkin. - Żadna z nich jednak nie zawiera najmniejszego śladu substancji, o której Estymator Ci wspominał. Żadnego dziwnego pierwiastka ani związku nie wykryliśmy w tych próbkach. Przeprowadziliśmy natomiast symulacje, które wykluczają istnienie takiego dziwnego pierwiastka w normalnych warunkach. Musiałby się składać z kwarków i bozonów nieobecnych w naszym modelu materii. Ale właściwości miałby zaiste nieprzeciętne. Mógłby powstać na przykład z kolapsu masy rzędu całego Wszechświata w Nicości. Ale musiałby się składać w równych częściach z dodatniej i ujemnej energii. Inaczej byłby niestabilny i rozpadłby się na czyste promieniowanie zaraz po powstaniu.
    - No to związek Artefaktu z Morfami jest raczej wykluczony, - Rzucił krótko Khan. - Po pierwsze nie istnieje mechanizm, którego Morfy mogły użyć, by ukryć Artefakt na Krańcu znanego Wszechświata, po drugie, w ogóle nie istnieje technologia umożliwiająca wytworzenie takiego materiału. Pomijam już tu kwestię zawartości skrzyni, bo nawet Estymator nie był w stanie zbadać tego obiektu.
    - Jakie jeszcze mamy zagadki Jose? - Khan spytał zniechęcony. Czego się nie tkniemy od wczoraj dostajemy po łapach. Już zaczynam się w tym gubić.
    - Jose, pilnujcie śladów z Wong. Może jeszcze się coś wyjaśni, - Poprosił Khan zamierzając się rozłączyć. Czy możemy w laboratoriach Centrum Kontroli Continuum przeprowadzić eksperymenty dotyczące transferów w zredukowanej liczbie wymiarów? Mam niejasne przeczucie, że ktoś odkrył coś, czego my nie wiemy, i oby to nie były Anioły. Wydajemy astronomiczne kwoty na rozwój różnych dziedzin i gdzie są wyniki?
    - Z pewnością będzie można przeprowadzić badania, - pospiesznie wtrącił profesor, ale to nie jest kwestia godzin czy dni. To program na całe lata badań. Nie liczyłbym na rozwiązanie problemu w krótkim czasie.
    - Rada natychmiast przyzna wszelkie priorytety, zasoby i fundusze. Nie mam, co do tego najmniejszych wątpliwości, - Khan zapewnił z naciskiem. - To nie są jakieś nowe odtwarzacze holo czy jakieś infantylne gry hipersensoryczne dla ciemnoty, tylko nasze być albo nie być.
    - Jose, liczę na Ciebie. Pamiętaj, o każdej porze dnia i nocy. Używaj wyłącznie łączy Gildii. Są bezpieczne, - Khan skinął głową i rozłączył kanał komunikacyjny.
    Poczuł się nieswojo na myśl, że pierwszy raz od kilku stuleci ludzkość nie może się czuć bezpieczna. Są siły we Wszechświecie, które nie pozwalają spokojnie kontentować się spokojem chwili obecnej. Bywało już tak wcześniej wielokrotnie. Cała historia ludzkości to wyścig zbrojeń. Teraz, kiedy już się wydawało, że się zakończył, znów odzywają się siły ciemności.
    - Najbardziej niepokoi mnie zniknięcie Aniołów i pojawienie się ich okrętów. To nie może być przypadek, - pomyślał.
    Khan nie lubił zagadek i unikał ich wszelkimi sposobami. Dotąd pokładał nadzieję w nauce, ale jak się okazało, nie wszystko da się objąć od razu. W Średniowieczu też wielokrotnie ogłaszano, że już wszystko jest znane a potem następowały wojny. A to o kolor skóry, o religie, o kurczące się zasoby, nie mówiąc o wojnie z robotami. Ta ostatnia była chyba najstraszniejsza. Dziewięćdziesiąt pięć procent populacji ludzkiej zginęło w imię chciwości wielkich korporacji zwanej przewrotnie postępem. Od tamtego czasu już nikt maszynom nie daje sztucznej inteligencji. Cała branża przeszła pod kontrolę Rady. Roboty wyręczają ludzi we wszystkich głupich czynnościach, od obierania ziemniaków po produkcję statków kosmicznych, ale żaden robot nie ma prawa do podjęcia jakiejkolwiek decyzji niewynikającej wprost z jego programu działania. Ogromny nacisk został położony na zabezpieczenia, by nigdy taka wojna już się nie powtórzyła. Ocalałe siedemset milionów ludzi stworzyło jednolity system społeczno gospodarczy zarządzany przez Wielką Radę. Trzeba przyznać, że bez wydatnego wkładu Aniołów cała ludzkość padłaby ofiarą morderczej logiki maszyn, choć wtedy jeszcze nikt nie wiedział, komu zawdzięcza ocalenie.
    Wojna z maszynami była pod pewnymi względami również zbawienna dla ludzkości. Khan musiał to przyznać w głębi swojego chłodnego, cynicznego umysłu. Narastający problem przeludnienia został rozwiązany, problem skonfliktowanych frakcji religijnych został rozwiązany, inne pochodne problemy dotyczące energetyki, zanieczyszczenia i niesprawiedliwego podziału dóbr, również zostały w końcu rozwiązane. Czasem Khan zadawał sobie pytanie, na ile Anioły kierowały się swoim własnym interesem a na ile współczuciem dla swoich braci w rozumie, ale późniejszy bieg wydarzeń dał niestety jednoznaczną odpowiedź na takie wątpliwości.
    Gondola dotarła już do lądu i podwyższyła pułap, by nie manewrować między bujną roślinnością półwyspu Indu. Jaur leży na Dachu Świata, więc jeszcze kwadrans lotu był przed Khanem. Rzadko tu bywał, gdyż zwykle teleportował się na Okręt Flagowy z najbliższego Centrum Transferów. Ziemia dysponowała dwudziestoma ogólnodostępnymi centrami i pięcioma tajnymi, klasy Jaur. Czas szybko mijał i pod gondolą teren zaczął się wznosić sygnalizując zbliżające się góry. Konsola gondoli ożywiła się nawiązując kontakt z Jaur. Khan obserwował piękne krajobrazy tej części świata. Przez kilka stuleci ziemia zdążyła odpocząć od rabunkowej gospodarki przerośniętej populacji niszczącej matkę Ziemię bez zastanowienia. Przyroda odzyskała dawną bujność i różnorodność form. Wielkie aglomeracje liczące dziesiątki milionów ludzi odeszły w zapomnienie. Po takich miastach jak Delhi, Pekin, Tokio, Moskwa czy Nowy Jork obecnie dumnie przechadzały się słonie, lwy i inne zwierzęta, którym zostały zwrócone zagrabione przez ludzkość tereny. Nie było potrzeby utrzymywać wielkich aglomeracji dla garstki ocalałych z wojen ludzi. Wszyscy mieszkali w mniejszych skupiskach zwykle związanych geograficznie z ich miejscem pracy. Wielkie miasta a szczególnie centra przemysłu i handlu zostały zrównane z ziemią zaraz na początku konfliktu z maszynami. Nawet nie było, co odbudowywać, bo prawie nic nie pozostało. Ludzkość nabawiła się alergii do wielkich skupisk od tamtych czasów. Wiele się zmieniło we wszystkich dziedzinach życia i gospodarki. Rada wprowadziła restrykcje i drakońskie kary na odradzające się korporacje za rabunkową gospodarkę pozostałymi zasobami. Ostatnim gwoździem do trumny wielkich korporacji stało się dość nieoczekiwanie wycofanie pieniędzy z użytku. Rozwinięta sieć nadzoru przepływu środków była w stanie filtrować wszelkie powiązania biznesu z półświatkiem i politykami. W krótkim czasie zbankrutowały właściwie wszystkie banki a po nich wielkie koncerny. Uzmysłowiło to wszystkim skalę korupcji i bezprawia, którego dopuszczali się najbogatsi dla osiągnięcia zysku i władzy. Nie znaczy to, że nie ma już bogatych i mniej zamożnych. Zmienił się model gospodarowania, gdyż zmieniły się realia oraz cele.
    Gondola powoli przedzierała się między poszarpanymi szczytami górskimi znaczącymi granice Wyżyny Tybetańskiej. Aż trudno sobie wyobrazić skalę zniszczeń dokonanych tu w czasie Wojny Ras. Najwyższy szczyt na Ziemi Czomolungma został zredukowany przez wybuch bomby wodorowej o mocy 50 megaton do obecnych siedmiu tysięcy metrów. Taka była cena przekonania o wyższości jednej rasy nad innymi. I to nie maszyny zrobiły to ludziom, tylko sami ludzie owładnięci wiarą we własną wyższość nad innymi.
    Na horyzoncie majaczyło Słońce znikające na zachodzie.
    Czy jutro znów rozświetli tę piękną krainę o poranku? Zrobię wszystko, by tak się stało, - Pomyślał Khan podziwiając piękny widok pod gondolą.
    Gondola łagodnie zniżyła się i zatrzymała nad ziemią. Dokładnie pod nią powoli rozchylały się potężne grodzie maskujące wlot do wielkiego hangaru Bazy Floty Galaktycznej. Pod gondolą rozpościerała się głęboka przepaść obudowana masywnymi konstrukcjami ze stali i betonu. Surowe piękno tej konstrukcji przywodziło na myśl wielkie piramidy znane Khanowi ze starych fotografii. Niestety podzieliły one los Mount Everestu dając świadectwo skrajnej głupoty i chciwości przywódców politycznych i religijnych.
    Gondola powoli zagłębiała się w czeluści Bazy, by po chwili osiąść miękko przy rękawie doku reprezentacyjnego.
    Khan powoli opuścił gondolę. Oficer w granatowym mundurze Floty przywitał go niskim ukłonem.
    - Wszystko już przygotowane, Tuan, - oficer wskazał drogę, którą niezwłocznie ruszyli do Wielkiej Sali Odpraw. Kroki tłumił gruby niebieski chodnik ze sprężystego materiału. Małe roboty techniczne przemykały bezszelestnie wzdłuż ścian. Wejście do Sali Odpraw strzeżone było przez czterech żołnierzy uzbrojonych w promienniki w kształcie długich harpunów. Lśniące stalowe wrota Sali Odpraw rozwarły się wolno jakby podkreślając rangę przybyłego gościa.
    Khan przestąpił próg sali i znalazł się w pomieszczeniu oświetlonym jasnym światłem padającym ze wszystkich kierunków. Środek pomieszczenia zajmował wielki szklany stół, wokół którego równo stali dowódcy Legionów i Kohort wchodzących w skład Floty.
    Szczyt stołu znajdował się po przeciwnej stronie sali, więc Khan musiał okrążyć wielki stół, by do niego dotrzeć. Wszyscy oficerowie wpatrzeni byli w czarną pelerynę okrywającą barki Khana.
    Dotarłszy do szczytu stołu Khan wyprostował się i powiódł powoli wzrokiem po wszystkich zgromadzonych. Większość z nich znał osobiście. Dwóch z nich było członkami Gildii, ale kilku Centurionów zasługiwało również na ten zaszczyt, choć go jeszcze nie dostąpili. Młodzi, zdolni i szybko podejmujący trudne decyzje, nierzadko dość ryzykowne.
    Będę musiał zdecydować o rekomendacjach, gdy już będziemy mieli tę kampanię za sobą. Khan pomyślał i nie spiesząc się podniósł ze stołu Aureus - symbol objęcia dowództwa.
    Ave! Pozdrowił zebranych donośnym głosem.
    Ave! W sali niosło się głośne pozdrowienie zgromadzonych dowódców.
    Khan spojrzał na Aureus. Widniała na nim podobizna największego wodza w dziejach. Nie darzył Go szacunkiem ani uwielbieniem, jako człowieka, ale szanował jego dokonania.
    Cisnął monetą wysoko pod sam sufit Wielkiej Sali. Oczy wszystkich dowódców powędrowały za monetą jakby miała wyznaczyć ich los. Obyczaj każe, by rzut monetą decydował. W świecie o ściśle deterministycznej naturze był to wyraz hołdu dla zmienności i nieprzewidywalności losu.
    Khan złapał monetę w lewą dłoń I przez chwilę jej nie otwierał. Wiedział, że jego oczom ukaże się rewers monety z dzbanem, toporem oraz laską. To był dobry wybór losu, na który wszyscy oczekiwali w napięciu. Po długiej chwili Khan otworzył zaciśniętą dłoń i okazał zgromadzonym monetę.
    - Tym razem nie będzie łatwych zwycięstw, - Khan zwrócił się do zebranych donośnym niskim głosem. Aureus ukazał nam Marsowe oblicze. Wszyscy wiecie, z jakim wrogiem się mierzymy. Już raz go pokonaliśmy, ale owoce żadnego zwycięstwa nie starczają na długo. Żadna władza nie jest absolutna. Znów musimy walczyć o nasze prawo do istnienia. Jeszcze nie dysponujemy pełnym rozpoznaniem ani siły, ani zamiarów wroga. Bądźcie przygotowani na każdą ewentualność. Rozkazy czekają na Was na okrętach. Zostaną aktywowane moim osobistym kodem, gdy nadejdzie czas. Kody przekazane przez Sztab zachowują ważność do chwili aktywacji rozkazów moim kodem. Komunikacja wyłącznie poprzez łącza nieprzyczynowe. Złamanie rozkazów, jak zawsze w warunkach wojennych, będzie karane przez Sąd Polowy, któremu będę przewodniczył osobiście.
    - „Audaces fortuna iuvat”, - Khan skończył zwyczajowym pozdrowieniem.
    Wszyscy odwzajemnili pozdrowienie uderzając się w pierś prawą pięścią aż echo poniosło dudnienie po sali.
    Zgromadzeni rozchodzili się pospiesznie. Po chwili tylko Konsul pozostał przy wielkim stole. Schował Aureus z należną czcią do płaskiego przezroczystego pojemnika, który zawiesił na grubym łańcuchu na szyi. Od tej chwili jest to symbol jego władzy i odpowiedzialności za losy kampanii.
    - Czy wszyscy dowódcy są już na swoich okrętach? - Khan spytał oficera, z którym tu przyszedł.
    - Tak Tuan, - Oficer potwierdził po chwili. Wszyscy zostali przeteleportowani na swoje okręty. Naliczyłem ich osiemnastu. Tylko Okręt Flagowy oczekuje na Pańskie przybycie.

    SYGNET

    Khan ruszył do kapsuły teleportacyjnej. Za nim szedł oficer. Minęli rząd transportowych kapsuł i dotarli do kapsuł desantowych. Skinąwszy oficerowi na pożegnanie Khan wszedł już jedną nogą do kapsuły i niespodziewanie się cofnął. Oficer o mało nie został przewrócony przez cofającego się Khana.
    - Czy coś się stało, Tuan? - Oficer spytał zaskoczony.
    - Właśnie chcę to ustalić, - Khan odparł cicho. - Proszę się odsunąć i stanąć za filarem. To ważne.
    Kiedy oficer schował się za wskazanym filarem, Khan włożył swój sygnet Gildii oraz symulator personalny do kapsuły. Zasunął drzwi i na panelu ustawił parametry transferu. Khan idąc w ślady oficera również skrył się za filarem. Symulator wcisnął zielony przycisk i zawartość kapsuły zniknęła, by po krótkiej chwili pojawić się z powrotem.
    Dziwne, pomyślał Khan. Czułem tę samą dziwną Sygnaturę, co w nocy. Likwidacja głównodowodzącego dałaby Aniołom znaczną przewagę zaskoczenia.
    - Chyba jednak jestem przewrażliwiony, bo nic się nie stało, - wytłumaczył się oficerowi spoglądającemu podejrzliwie zza swojego filaru.
    Khan schował symulator i nałożył sygnet na palec, z którego go wcześniej zdjął. Uspokojony wszedł do kapsuły... I ponownie z niej wyskoczył. Jego umysł dopiero teraz przekompilował wszystko, co zarejestrował. Khan uważnie przyjrzał się sygnetowi, który przed chwilą odzyskał. Oficer równie uważnie przyglądał się naczelnemu dowódcy floty i nie mógł zrozumieć, jak ktoś ze skłonnościami do paranoi, mógł dojść do tak wysokiego stanowiska.
    - Natychmiast zabezpieczyć teren, - Khan rzucił ostro do oficera. - Dekuria techniczna ma się tu natychmiast zgłosić ze sprzętem diagnostycznym.
    Oficerowi oczy urosły do rozmiarów Aureusa wiszącego Khanowi na szyi.
    Zdołał jedynie wystękać „Tak jest, Tuan”. Przez komunikator wydał stosowne rozkazy i spoglądał ukradkiem na Konsula zastanawiając się, co powiedzieć, by nie wyjść na kompletnego durnia. Na wszelki wypadek jednak zachował milczenie czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
    - Kto miał dostęp do kapsuł desantowych w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin? - Khan spytał oficera.
    - Teren jest strzeżony cały czas, Tuan. Zapis monitoringu i stanu urządzeń dostępny jest z mojego terminalu, - odparł oficer bez zwłoki.
    Dekuria Techniczna w uszczuplonym składzie siedmiu żołnierzy i Dekuriona właśnie przybyła ze sprzętem.
    - Dekurion, - tylko tyle zdążył powiedzieć dowódca Dekurii, zanim Khan przerwał mu bezceremonialnie.
    - Nie mamy czasu na grzeczności. Sprawdźcie funkcjonowanie kapsuły numer sześć, - rozkazał Khan. I porównajcie wyniki z pozostałymi kapsułami.
    - Czego mamy szukać, Tuan? - Zapytał Dekurion.
    - Najdrobniejszych odchyleń od stanu idealnego. W szczególności sprawdźcie transformację zwrotną na wszystkich osiach przestrzennych.
    - Rozkaz! - Dekurion wrzasnął aż wszystkim zadzwoniło w uszach, po czym wrócił do swoich ludzi, którzy niezwłocznie zabrali się do pracy.
    - Chodźmy, - Khan zwrócił się do oficera, który stał opodal w gotowości.
    - Dokąd, Tuan? - Oficer spytał z wahaniem.
    - Do Waszego terminalu oczywiście. Albo nie..., - Khan zastanawiał się przez chwilę. Nie miał jeszcze czasu zebrać myśli a pilnie potrzebował jakiegoś tropu.
    Roboty techniczne uwijały się rozstawiając sprzęt diagnostyczny przed kapsułami. Technicy uwijali się jak w ukropie. Nikt za żadne skarby świata nie chciał zasłużyć na gniew Konsula.
    - Chodźmy, - Khan zwrócił się ponownie do oficera.
    - Do mojego terminalu? - Oficer spytał rezolutnie.
    - Nie, - Khan ubawiony odparł Oficerowi. - Do jakiegoś cichego zakątka zadumy z dobrym łączem Gildii.
    Oficer nie był pewien, co powinien zrobić, ale zdrowiej niewątpliwie było potraktować słowa Konsula dosłownie. Wskazał więc kierunek i ruszył, sprawdzając ukradkiem, czy Dostojny Gość podąża za nim.
    Po minucie dotarli do patio z oszklonym dachem, przez który migotały gwiazdy wczesnego wieczoru. Niebo wyglądało spokojnie i nic nie zapowiadało wielkich wydarzeń, które miały nastąpić.
    Khan zajął miejsce przy ekranie holograficznym i poprosił oficera o filiżankę mocnej czarnej kawy parzonej po turecku. Był zmęczony wydarzeniami minionego dnia i potrzebował chwili relaksu. Zielone rośliny otaczające go dawały poczucie swobody i odprężały.
    - Pańska kawa, Tuan, - Cichy głos wyrwał Khana z otępienia. Robot sprawnie postawił niewielką filiżankę czarnej kawy na stoliku obok ekranu.
    Khan wracał powoli do rzeczywistości. Potrzebował pilnie kontaktu z Szyszkinem, ale raczej profesor już spał po ciężkim dniu. Włączył ekran i zażądał połączenia z Centrum Obserwacyjnym. Po dłuższej chwili pojawiła się przed nim znajoma twarz Szyszkina.
    - Khan, - profesor zagadnął paternalnym tonem. - Nie powinieneś już spać? Jest późno a Ty bawiłeś się w śledczego cały dzień.
    - Właśnie chciałem Cię spytać o to samo, - odparł Khan mile zaskoczony pojawieniem się przyjaciela. - Cały dzień czymś się bawisz i jeszcze masz energię na wieczorne dysputy. Pozazdrościć witalności.
    - Czym mogę Ci służyć? - Profesor zapytał podejrzliwie. - Zwykle nie dzwonisz w błahych sprawach, więc pewnie masz coś ważnego dla mnie, jak sądzę.
    - Nie mylisz się Jose, ale co do ważności to nie mam pewności. To się dopiero okaże. Wydarzyło się coś, co może w moim rozumieniu wiązać razem niekompletny ślad okrętów wokół Saturna z zagadkowym zniknięciem Aniołów.
    Khan pokrótce opisał profesorowi zajście przy kapsule desantowej. W miarę rozwoju historii twarz profesora stawała się coraz poważniejsza. Gdy Khan doszedł wreszcie do swojego odkrycia Szyszkin aż podskoczył z podniecenia.
    - Człowieku! - Szyszkin aż się zazielenił z podniecenia. - Nie masz pojęcia, na co trafiłeś. To może być warte wszystkich nagród naukowych razem wziętych! Profesorowi oczy skrzyły się jak dwie supernowe. Jeśli nie padłeś ofiara halucynacji lub holomorgany, to mamy prostą drogę do złapania Aniołów, gdziekolwiek się schowały. Oby nie było za późno, bo te bestie niewątpliwie coś knują.
    - Jeśli to, co mi mówisz jest prawdą i jeśli prawdą jest, że ślad fazowy statków z Saturna jest z naszego punktu widzenia niekompletny, to wreszcie wszystkie dziwne zdarzenia zaczynają układać się w logiczną całość, - Szyszkin dodał po chwili zastanowienia.
    - To oczywiste, inaczej nie zawracałbym Ci głowy. Prześlę Ci skan sub-molekularny sygnetu, - Khan zaoferował profesorowi sądząc, że tego właśnie trzeba, by potwierdzić niewypowiedzianą hipotezę.
    - Oficer, - Khan głośno zwrócił się w kierunku wejścia do patio.
    Po dwóch sekundach stanął w nich znajomy oficer trzymając filiżankę kawy, którą właśnie pił.
    Przełknął łyk, który właśnie zaczerpnął z filiżanki i zameldował się regulaminowo.
    - Gdzie macie skaner sub-molekularny? - Khan spytał oficera.
    Oficer bezradnie rozłożył ręce i z zatrwożoną miną wyjąkał, że nie posiadają takiego urządzenia, gdyż Baza nie ma statusu instytutu badawczego.
    - Cholera! - Khan zaklął w przypływie bezsilnej złości. - No tak. Czegóż ja właściwie żądam.
    - Khan, Khan! - Szyszkin usiłował zwrócić uwagę przyjaciela.
    Wreszcie po chwili Khan zauważył rozpaczliwe wysiłki profesora.
    - Widzisz, nie ma tu nawet prostego skanera sub-molekularnego. Historyczne odkrycie musi zaczekać!
    - Khan, - Szyszkin wreszcie mógł coś powiedzieć. - Skaner i tak na nic by się nie przydał. Musimy mieć oryginał. Skaner nie jest w stanie zeskanować śladu fazowego a sądzę, że to właśnie on jest kluczem do naszej układanki. Musisz tu przylecieć jak najszybciej. Już gromadzę zespól do koniecznych analiz. Sami najlepsi teoretycy i analitycy. Pospadają z krzeseł, gdy im powiem, nad czym będziemy dziś pracować.
    - Czy Wy nigdy nie śpicie, Jose? - Khan spytał sennym głosem. - Bo ja jestem już bardzo zmęczony tymi zagadkami. Właśnie wypiłem kawę i wciąż chce mi się spać.
    - Ja miewam koszmary, więc wolę nie spać za długo, - profesor zaśmiał się rubasznie i zrobił straszną, - w swoim mniemaniu, - minę.
    Khan roześmiał się również udając bardzo przerażonego.
    - No to już rozumiem, co Cię trzyma na nogach, - Khan dodał po chwili. - Bardzo mnie stresuje a zarazem odpręża rozmowa z Tobą, Jose.
    - Jest pewien problem Jose, z moim sygnetem. Jak wiesz sygnuję nim rozkazy. Muszę udać się na mój okręt flagowy a bez sygnetu moja obecność nikomu nie jest tam potrzebna. Skontaktuję się z Tobą, gdy znajdę na to sposób, - Khan zniżył głos tak, by Oficer nie słyszał tego, co powiedział do profesora.
    - Na razie muszę kończyć, - Khan głośno powiedział do holoekranu. - Udaję się na okręt flagowy.
    - Dziękuję Jose, - ciągnął Khan, - że poświęciłeś mi tyle swojego cennego czasu.
    Szyszkin znał Khana wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że właśnie toczy się jakaś rozgrywka. Jeszcze nie wiedział, o co dokładnie chodzi, ale podjął ton Khana i dodał, - również Ci dziękuję i życzę zwycięstwa.
    Połączenie zostało przerwane.
    - Toaleta? - Khan zwrócił się do oficera.
    - Proszę za mną, Tuan, - oficer wskazał kierunek i ruszył przed siebie.
    Khan dopił kawę i ruszył za oficerem. Toaleta znajdowała się w sąsiednim korytarzu. Wszedł do toalety pozostawiając oficera na zewnątrz. Ostrożnie wyjął z wewnętrznej kieszeni małą fiolkę i wysypał z niej na dłoń niewielką porcję białego proszku. Przybliżył dłoń do twarzy i powoli wciągnął biały proszek nosem. Zamknął oczy gdyż po zażyciu proszku oczy stawały się przez chwilę bardzo wrażliwe na światło. Odczekał minutę aż proszek zacznie działać. Spojrzał w lustro i wytarł resztki białego proszku z czubka nosa. Nie byłoby dobrze, gdyby ktoś widział, co zrobił. Odczekał jeszcze chwilę, po czym wyszedł na korytarz.
    - Wasze kapsuły nie gwarantują bezpieczeństwa. Czy macie jakiś wahadłowiec zwiadowczy w pogotowiu? - Khan zwrócił się do oficera. - Polecę nim na orbitę. To będzie bezpieczniejsze.
    - W hangarze desantowym posiadamy trzy jednostki w pełnej gotowości, ale dostęp do nich wymaga autoryzacji, Tuan.
    - Domyślam się, że nie każdy ma do nich dostęp. Prowadźcie.
    Oficer ruszył korytarzem przed siebie. Khan podążał za nim omijając małe roboty kręcące się po korytarzu za swoimi sprawami. Po trzystu metrach dotarli do ciężkich, stalowych wrót. Oficer otworzył je z widocznym wysiłkiem i przytrzymując jedno skrzydło przepuścił gościa. Weszli do wielkiego hangaru podzielonego na kilka poziomów. Znajdowali się na najniższym z nich. Oficer poprowadził do drucianej klatki służącej za windę. Obaj weszli do klatki i pomknęli w górę, by po chwili zatrzymać się na właściwym poziomie. Na tym poziomie znajdowały się rampy startowe, przy których stało pięć jednostek zwiadowczych. Przy pomoście prowadzącym do ramp oficer wstukał odpowiedni kod, który pozwolił im przejść przez stalową furtę, broniącą dostępu do statków kosmicznych. Musieli pokonać połowę obwodu hangaru, by dojść do właściwej rampy. Drzwi do kabiny wahadłowca były zamknięte.
    - Proszę odblokować dostęp swoim identyfikatorem, Tuan, - oficer zwrócił się do gościa.
    Khan podszedł do drzwiczek i przyłożył swój identyfikator. Po chwili drzwi uchyliły się zapraszając do wejścia na pokład.
    - Jesteście wolni. Możecie zająć się swoimi sprawami, - Khan odprawił oficera ruchem ręki, po czym wszedł do wahadłowca.
    Oficer skinął głową i cofnął się na bezpieczna odległość. Khan zajął miejsce za sterami i kilkoma wprawnymi ruchami włączył wszystkie systemy pojazdu. Lampki i ekrany ożyły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pilot wprowadził koordynaty celu, po czym drzwi do kabiny zamknęły się z sykiem. Sklepienie kopuły rozsunęło się nieznacznie, robiąc pojazdowi dość miejsca, by mógł bezpiecznie przez nie przelecieć. Wahadłowiec oderwał się od rampy i ruszył w górę. Po kilku chwilach minął szczelinę w sklepieniu i pomknął ku niebu. Pojazd wkrótce znalazł się na odległej orbicie Ziemi. Khan wprowadził nowe koordynaty do systemu nawigacyjnego i wcisnął przycisk akceptacji. Komputer przez chwilę przeliczał parametry, po czym pojazd ruszył w drogę.
  • #36
    yego666
    Specjalista PLD
    ============== Odcinek 18 ================

    FLOTA

    - Nie ma czasu do stracenia, - Mag automatycznie przejął rolę dowódcy. - Samiro, może uda Ci się unieszkodliwić ładunki antymaterii. Wystarczy, że chwilowo odłączysz je od sterowania. Mogą nam się jeszcze przydać. Czy chciałbyś Żarłoku towarzyszyć Samirze?
    - Oczywiście, z przyjemnością. Mam nawet pomysł jak je unieszkodliwić. Wezmę tylko coś z Gniazda. Przyda się do rozbrajania ładunków.
    - Ulf i ja udamy się na orbitę zabezpieczyć okręty. Nie mogą tam czekać na przejęcie przez wroga.
    Żarłok wleciał do Gniazda, które posłusznie otworzyło wejście bez dotykania zagłębień. Pozostali udali się do Przebieralni, by przywdziać odzież ochronną. Po kilku minutach wymienili uprzejmości przed wejściem i ruszyli w wyznaczonych kierunkach.
    Samira pierwsza zmaterializowała się po wschodniej stronie Góry Potępionych, gdzie miały znajdować się jaskinie. Za nią pojawił się Świstogon trzymający w dziobie małe pudełko z migającymi kontrolkami. Rozglądali się chwilę z wysokości pół mili nad poziomem pooranego licznymi zapadliskami terenu. Żarłok włączył swoje urządzenie i poprosił Samirę by je obsługiwała.
    - Mnie nie jest wygodnie bez rąk, więc może Ty potrzymasz skaner. Zaraz powinien wskazać lokalizację spontanicznie rekombinujących cząstek antymaterii.
    Rzeczywiście po kilku chwilach urządzenie wskazało kierunek, w którym należało się udać. W zboczu góry znajdowało się wejście do jaskini zagrodzone wielką, eliptyczną klapą pomalowaną tak, by nie rzucać się w oczy. Chwilę trwało nim Żarłok wyważył pokrywę. Odskoczyła z głuchym łoskotem, roztrzaskując się o skały poniżej. Otwór jaskini był ciemny i nieregularny. Samira włączyła latarkę, którą miała założoną na czoło i ruszyli w głąb jaskini. Na gładkiej podłodze zamontowane były szyny. Ściany poszerzały się w miarę oddalania się od wejścia. Po trzydziestu krokach korytarz przeszedł w obszerną jaskinię. Środek jaskini zajęty był przez sześć rzędów pochylni, na których spoczywały podłużne obiekty w kształcie cygara. Każdy miał długość około siedmiu stóp i mienił się złotymi refleksami odbitego światła latarki. Każdy obiekt miał na boku namalowane oko oprawne w romb, - herb Aniołów. Nie ulegało wątpliwości, że wyposażenie jaskiń nie zostało wyprodukowane na Zaxor. Oboje zajęli się niezwłocznie rozpoznaniem sposobu, w jaki ładunki miały zostać odpalone. Szybko okazało się, że odpalanie miało nastąpić po dotarciu sygnału poprzez światłowód dochodzący do skrzynki rozdzielczej, łączącej wszystkie cygarowate obiekty. Świstogon chciał odłączyć główny światłowód, który podawał sygnał, lecz Samira go powstrzymała.
    - Prawdopodobnie, co jakiś czas światłowód podaje tak zwany sygnał kontrolny. Jeśli go zabraknie, ładunki zostaną automatycznie odpalone. Lepiej nie rozłączajmy tego światłowodu na razie. Otwórzmy lepiej skrzynkę sterującą. Może w środku będzie coś, co nam pomoże rozbroić te urządzenia.
    Ostrożnie podnieśli wieko skrzynki, wewnątrz której roiło się od rożnych mikroobwodów, pryzmatów i luster rozdzielających pierwotną wiązkę na poszczególne urządzenia wykonawcze. Oboje studiowali uważnie skomplikowaną strukturę przecinających się promieni światła. Wreszcie schemat stał się jasny i zrozumiały.
    - To jest wszystko tylko dla efektu wizualnego, żeby zmylić kogoś, kto chciałby tu coś popsuć. Zauważ Samiro, że sygnał z głównego światłowodu po kilku niepotrzebnych rozgałęzieniach rozdziela się na wiele wiązek w końcowym pryzmacie. Oznacza to, że nie ma żadnego chytrego zabezpieczenia. Wystarczy odciąć wiązkę i sygnał już nie dotrze do cygarowatych ładunków.
    - Chyba masz rację, bo nie widzę, żadnej dodatkowej ścieżki, którą możnaby poprowadzić inny sygnał zabezpieczający. Myślę, że możemy odłączyć główny światłowód, ale najpierw zapętlimy wewnętrzne ścieżki na wypadek, gdyby urządzenia miały sprzężenia zwrotne.
    Samira ostrożnie zmieniła ustawienie pryzmatu wejściowego, po czym odłączyła światłowód. Oboje odetchnęli z ulgą widząc, że nie spowodowali wybuchu. Samira podniosła z ziemi pokrywę skrzynki sterującej, by ją umieścić z powrotem na skrzynce i w tym momencie światło z jej latarki musnęło pryzmaty wyjściowe. Na chwilę oboje zamarli oczekując na wybuch, ale tylko jedno z cygar drgnęło nieznacznie. Samira ostrożnie dokończyła zakładanie pokrywy. Zakończywszy najtrudniejszą część zadania przyjrzeli się dokładnie urządzeniom, które właśnie unieszkodliwili. Każde cygaro miało panel kontrolny a na nim wyświetlacz pokazujący jakieś parametry.
    - Wydaje mi się, że jedno z tych wskazań odlicza czas wstecz, - Żarłok zauważył. - Zerknij sama.
    - Wygląda, jakby odliczały czas do odpalenia. Niedobrze. Każde cygaro wskazuje trochę inny czas. Wszystkie pokazują ponad dziesięć dni, tylko nie wiemy w czyjej rachubie. Jeśli jest to czas Aniołów z układu Wong to ich doba mierzy szesnaście godzin, czyli pozostałyby dwa dni z okładem według czasu Zaxor.
    - Może dobrze byłoby przenieść te ładunki gdzieś z dala od uczęszczanych miejsc w kosmosie? Tam mogłyby sobie wybuchać do woli.
    W tym momencie w jaskini zjawili się Ulf i Mag. Miny mieli niewyraźne.
    - Coś się stało? - Samira ich przywitała. - Macie jakieś markotne miny.
    - Nie możemy się doliczyć trzydziestu okrętów, - Zdenerwowany Mag wysapał z trudem. - Chyba Anioły nam je zdążyły zwędzić. Na reszcie pozmienialiśmy zabezpieczenia, więc tych już nie ruszą, ale gdzie się podziała ponad połowa naszej floty... Nie mam pojęcia.
    - Zajmijcie się rozbrojeniem ładunków wirusów rozmieszczonych u źródeł rzek a ja sprawdzę w Gnieździe, gdzie są nasze okręty, - Żarłok zaoferował pomoc. - Wiem, czego szukać, więc nie powinno być z tym problemu.
    Żarłok zniknął pozostawiając trójkę ludzi w jaskini. Nie mogąc się zdecydować, co zrobić z antymaterią, zabezpieczyli wejście do groty i udali się na poszukiwanie ukrytych ładunków, śmiercionośnych wirusów. Mag przezornie wyciągnął od pojmanych fanatyków informację o dokładnej lokalizacji zasobników z wirusami, więc w ciągu pół godziny w jaskini na zboczu Góry Potępionych zgromadzili wszystkie siedem błyszczących cylindrów. Zastanawiali się, co z nimi zrobić, gdy u wejścia do groty pojawił się Świstogon. Wszyscy zwrócili ku niemu oczy z wyrazem nadziei.
    - Odkryłem liniowy układ czterech czarnych dziur w odległości trzydziestu pięciu megaparseków stąd. Ten układ zlokalizowany jest niemal w połowie drogi między nami a Ziemią.
    - Niech zgadnę, - Samira się ożywiła. - Okręty zniknęły gdzieś na osi tego układu?
    - Tak. Dwa dni temu Wasze okręty przeskoczyły o kilka parseków stąd, prosto w ognisko oddziaływania czarnych dziur. Dokonałem obliczeń na podstawie mas, rotacji i wzajemnego usytuowania tych obiektów. Cokolwiek wleci z tej strony, jego Ślad wskaże, że wpadł do czarnej dziury a gdy po jakimś czasie pojawi się z drugiej strony, będzie „ciągnął” niekompletny Ślad uniemożliwiający namierzenie jego pochodzenia. Doskonałe wymazanie historii. Czas przejścia przez taki układ zależy od kąta wejścia obiektu w ognisko i może się wahać, od kilku minut do wielu milionów lat. Po wejściu w ognisko, obiekt znika z naszej czasoprzestrzeni do czasu pojawienia się z drugiej strony. Obawiam się, że drugie ognisko znajduje się gdzieś w pobliżu Ziemi. Nie miałem czasu na dokładne wyznaczenie jego położenia. Można się jednak spodziewać ich pojawienia w niedługim czasie, gdyż wchodziły w ognisko niemal stycznie do osi.
    - To mi wygląda na próbę inwazji na Ziemie, - Ulf podrapał się po głowie. - Musimy komuś dać znać.
    - Mam pomysł, - Samira się ucieszyła. - Możemy wysłać nasze ładunki antymaterii prosto w planetoidę Ceres krążącą w pasie asteroid w Układzie Słonecznym. Tam byśmy je zdetonowali. Ziemskie służby na pewno zauważyłyby eksplozję i może powiązały z Aniołami. Mogłoby to ich ostrzec przed niespodziewanym atakiem.
    - Całkiem pomysłowe, ale wydaje mi się, że zmarnowalibyśmy całkiem sporo dobrego materiału wybuchowego, - rzekł Mag. - Wyobraźmy sobie, że trzydzieści okrętów atakuje Ziemię. Ziemia posiada wiele jednostek klasy Rex, ale to żaden przeciwnik dla naszych okrętów. Każdy Jumbo ma kadłub z Transmutalu i nic mu nie zrobią lasery, torpedy czy inne ziemskie wynalazki. Jedyny sposób, by ich pokonać, to albo wyteleportować ich w Nicość, albo...
    - Jasne. Zgadzam się z Magiem, - Ulf cicho powiedział. - Mam duże doświadczenie w rozbrajaniu różnych ładunków, więc najlepiej, gdy wszystkie ładunki, które tu są, unieszkodliwię, by nie chciały same wybuchnąć. Zabierzemy je w odpowiedniej chwili w okolice Ziemi i użyjemy tak jak sugerujesz. Szkoda pozbywać się takich fajnych zabawek.
    - Pomogę Ci, - Mag poparł Ulfa, - ale będziemy potrzebowali komór zerowych, jakby coś poszło nie tak. Skoczę do Bazy przy polu numer trzy. Tam mamy rozmaity sprzęt. Zaraz będę z powrotem. Zerknę przy okazji, jak się mają nasze pracowite kombajny. W międzyczasie, może ktoś zechciałby pomyśleć o kolacji, - Mag zerknął znacząco na Samirę, - Żarłok w tym czasie mógłby sprawdzić, czy nic nie wyszło z czarnych dziur. Czy wszyscy się zgadzają z takim podziałem zadań?
    - Właściwie to nie, - Samira wyraźnie była niezadowolona. - Baba do garów a reszta się świetnie bawi? O nie! Nie ma powodu byśmy koczowali przy wejściu do Gniazda. W każdej chwili możemy tam się przenieść, jeśli trzeba. Proponuję, byśmy założyli bazę w chatce Uziego. Jest tam dużo miejsca i doskonały gospodarz, który zadba o wszystkie nasze doraźne potrzeby. Czy ktoś się nie zgadza?
    Żarłokowi aż oczy zabłysły, gdyż bardzo lubił małego Uziego. To wprawdzie robot, ale z charakterem. Zupełnie jak Świstogony, - też były w pewnym sensie sztucznymi tworami.
    - Nie ma, co się spierać. Niech tak będzie, jak chce Samira, - Mag chętnie się zgodził, tym bardziej, że w chatce będzie miał więcej prywatności z Samirą. Jest piwniczka gotowa na przyjęcie gości. - Trzeba będzie zadbać o trunki i dziczyznę, ale to już się załatwi w wolnej chwili. Przenieście, zatem sprzęt z Gniazda do chatki a ja skoczę do Bazy po komory. Zalecam większą ostrożność, bo jak wiecie, ktoś chce naszej zguby. Po kolacji zajmiemy się resztą fanatyków spod znaku Servo Servorum.

    WIZYTA

    Po kolei wszyscy zniknęli, by oddać się realizacji wyznaczonych celów. Mag przeskoczył w pobliże Bazy wybierając miejsce, gdzie był osłonięty kombajnem i miał dobry widok na całą okolicę. Od razu rzucił mu się w oczy dziwny pojazd stojący na teleskopowych łapach o jakieś sto kroków od ich baraku. Drzwi baraku były otwarte na oścież.
    - Aha, chwała ostrożnym, - pomyślał z dumą. - Ciekawe, kogo przysłali, by mnie załatwił. Poczekam jeszcze chwilę, może wyjdzie z baraku.
    Chwila minęła, potem druga, ale nikt nie wyszedł. Mag przemieścił się pod blaszaną ścianę baraku blisko drzwi i nasłuchiwał. Ciężkie kroki dudniły po blaszanej podłodze.
    - Ktoś bardzo nieostrożny mi się trafił. Zaraz sobie potańcujemy.
    Kroki tymczasem przybliżyły się do wyjścia, w którym pojawił się wysoki mężczyzna o rzymskich rysach odziany w czarną pelerynę.
    - Khan, niech Cię diabli, - Mag nie krył radości. - Dawno się nie widzieliśmy.
    - Czułem Cię już od pięciu minut, Mag, - Khan uściskał przybysza serdecznie. - Mógłbyś się częściej myć, bo cuchniesz, jak wół piżmowy. Coś Cię Samira chyba zaniedbuje. Będę musiał dać jej klapsa. Siadaj i opowiadaj, co się zdarzyło od naszego ostatniego spotkania.
    - Z chęcią, ale mam coś niesłychanie pilnego do załatwienia. Potem będziemy mieli więcej czasu na gadanie. Zaczekaj chwilę. Muszę wydobyć komory zerowe. Są gdzieś w szopie. Zaraz wracam, nie odchodź za daleko.
    Po pięciu minutach Mag wyszedł z szopy dźwigając dwa spore pakunki.
    - Czy to Twój pojazd? - Zapytał Khana. - Niezbyt okazały jak na Twoją rangę. Czy możemy z niego skorzystać?
    - Oczywiście, - Khan zgodził się nieco zdziwiony. - A gdzie jest Twój pojazd?
    - To długa historia, - Mag wniósł pakunki do pojazdu i skinął na Khana. - Możemy ruszać. Po drodze opowiem Ci parę ciekawych rzeczy.
    - A dokąd się udajemy? - Khan zapytał cicho.
    - Do chatki na prerii. Tam już wszyscy są. Możemy ruszać. Odpal tę maszynę, zobaczymy, co potrafi.
    Khan włączył silniki i maszyna powoli wzniosła się nad ziemię niesiona niewidzialną siłą antygrawitacji. Mag wskazał kierunek południowo-zachodni. Pojazd błyskawicznie nabrał pędu, mknąc w ciemności ponad rozległą równiną.
    - Zaobserwowaliśmy trzydzieści okrętów klasy Jumbo w okolicach Saturna. Umówiliśmy się, że nie robicie żadnych ruchów flotą bez uzgodnienia ze mną, - Khan powiedział akcentując każde słowo.
    - To już się pojawiły! Nie mamy wiele czasu, - Mag nie był zaskoczony. - Widzisz to małe światełko w dole? Wyląduj w jego pobliżu. To chatka na prerii.
    Khan wprawnie posadził pojazd w odległości trzydziestu kroków od budynku. Przed budynkiem stały trzy pojazdy różnej wielkości. Uzi powoli wytoczył się przed chatkę by wyładować zapasy jedzenia z fazolotu, gdy dostrzegł dwóch mężczyzn opuszczających dziwny pojazd, który właśnie wylądował z boku budynku.
    - Mamy gościa na kolacji? - Spytał bez zdziwienia.
    - I na nocleg także, - Mag odpowiedział uprzejmie ciekawskiemu robocikowi. - Bądź tak miły Uzi i przygotuj dodatkowe miejsce do spania.
    Mag wprowadził gościa do chatki. Przy stole siedziała Samira pijąc herbatę. Khan podszedł cicho i zakrył jej oczy dłońmi.
    - Mag nie wygłupiaj się, - Samira usiłowała się oswobodzić bez powodzenia.
    - Zgadnij, kto? - Khan poprosił cicho.
    - Mag, daj spokój. Nie mamy czasu na zabawy.
    Khan pozwolił Samirze wyswobodzić się z jego rąk i cofnął się o dwa kroki.
    Samira zamachnęła się ścierka, którą trzymała w ręku i zatrzymała się w pół kroku.
    - Khan, - aż podskoczyła z radości. Trudno Cię odróżnić od tego troglodyty.
    Samira uściskała Khana serdecznie i posadziła przy stole.
    - Pewnie prosto z Ziemi tu przyleciałeś. Musisz być głodny i zmęczony, - Samira bardzo lubiła Khana.
    - Tak. Bardzo się cieszę, że Cię widzę. A gdzie się podziała Twoja piękna niebieska skóra? Czyżbyś poddała się zabiegowi dekompozycji genetycznej?
    - To długa historia. Wszystkiego się dowiesz przy kolacji, gdy tylko chłopcy uwiną się z robotą. Ja się Tobą na razie zajmę a Mag pomoże Ulfowi. Żarłok jest jeszcze w Gnieździe i namierza okręty. Powinien wrócić lada chwila.
    - To ja skoczę do Ulfa i niedługo wrócimy z czymś smacznym na kolację, - Mag wyszedł i wziąwszy komory zerowe z pojazdu Khana udał się do jaskini.
    Gdy Mag przybył do jaskini Ulf kończył rozbrajać ostatnie z cygar.
    - No jesteś nareszcie. Czekałem i czekałem i jak widzisz właśnie skończyłem, - Ulf dumnie wskazał na rozbrojone ładunki. - Teraz są już niegroźne, ale możemy ich w każdej chwili użyć, jeśli będzie trzeba. Komory nie będą potrzebne. Właśnie opatentowałem nową metodę rozbrajania. Telepatyczne sprzężenie z elektroniką sterującą. Szybko i bezpiecznie. To co, możemy to zabrać do chatki?
    W kilka minut później wszystkie wyrzutnie z ładunkami wylądowały w szopie za chatką Uziego. Ulf upolował wielkiego dzika, podczas gdy Mag gromadził drewno na ognisko. Swoje zdobycze złożyli za chatką w miejscu, osłoniętym od wiatru, który lekko wiał od zachodu. Mag ułożył drewno w stos i ustawił rożen nad nim. Razem z Ulfem oprawili dzika i ruszyli do chaty. Mag nie powiedział Ulfowi o przybyciu gościa z Ziemi.
    Wchodząc do chaty Ulf jak zwykle musiał uważać, by nie zawadzić o futrynę drzwi. Gdy się wyprostował stanął i uśmiech zagościł na jego twarzy.
    - A kogo my tu mamy? A Ty nic mi nie powiedziałeś, że przyjechał Twój bliźniak? - Ulf serdecznie uściskał Khana. Nie widzieli się już kawał czasu. - Nic się nie zmieniłeś. Gdyby Mag się ogolił nie rozróżniłbym Was.
    Wszyscy wyszli za dom by pogawędzić i usłyszeć wieści z dalekiej Ziemi. Zasiedli wokół ogniska, które Mag uroczyście zapalił ostatnią zapałką z paczki „Made in Cuba”.
    Nagle Khan poderwał się na równe nogi i sięgnął po swój miotacz. Z tyłu za Ulfem właśnie zmaterializował się Żarłok. Nieświadom zmian, jakie zaszły przez ostatnią godzinę poczłapał na swoich szponiastych łapach w kierunku ogniska. Nagle przystanął i wydał cichy gwizd. Mag zerwał się na równe nogi i zasłonił przyjaciela, by przypadkiem nie stała mu się żadna krzywda.
    Samira wyjaśniła Khanowi w kilku zdaniach, co ten Stwór tu robi i że nie stanowi zagrożenia. Khanowi było głupio, że tak potraktował przyjaciela rodziny. Przeprosił za swoje zachowanie i zaufawszy swoim gospodarzom podszedł do spokojnego Żarłoka, i uścisnął mu skrzydło obiema rekami. Żarłok nie okazał lęku i nawet był zadowolony, że budzi taki lęk wśród niewtajemniczonych.
    - Trudno mi będzie porozumiewać się z Khanem, gdyż on, w porównaniu z Wami, dość słabo posługuje się telepatią, - Żarłok przekazał kompanom swoje obawy. - Jak sądzę zażywał jedynie Trifortium a to niestety słaby ersatz. Czy moglibyśmy poczęstować naszego gościa odrobiną Quadrium? Przy okazji będzie znów trochę zabawy.
    Gdy rozmawiali telepatycznie, Khan czuł ich myśli, ale jakby za ścianą. Nie mógł odbierać treści przekazu ani uczuć w nim zawartych. Zaczął się niespokojnie kręcić, nie mogąc uczestniczyć w „rozmowie”. Doskonale komunikował się z Aniołami, ale nie z ludźmi, czy Świstogonami. Tego w akademii nie uczyli.
    - Khan, później wszystko Ci wytłumaczymy i opowiemy, co tu zaszło ze wszystkimi detalami. Teraz jednak odpręż się, gdyż nic Ci nie grozi, - Mag uspokoił brata, czując w jak niezręcznej sytuacji go postawili.
    - Czy wiesz, co to jest Quadrium? - Spytała Samira.
    - Mag wspominał kiedyś o tajemniczej substancji, której nikomu na Zaxor nie udało się uzyskać, - Khan odrzekł niepewnie. - A może już się udało?
    - Nie, nie udało się, ale natrafiliśmy na bogate pokłady tego minerału, - odparł Ulf. - Dzięki niemu rozwiążemy problem podróży przez Nicość i parę pomniejszych problemów przy okazji. Trifortium to słabiutka namiastka.
    Samira wyciągnęła słoiczek zawierający próbkę Quadrium i nabrała małą szczyptę na koniec łyżeczki.
    - To jest ten minerał. Zażyję odrobinkę a następnie Ty zrobisz to samo, dobrze?
    Khan spojrzał w oczy Maga błagalnie, ale zobaczył w nich zachętę. Ufał bratu i wiedział, że nie zrobiłby nic, co mogłoby narazić go na niebezpieczeństwo, więc skinął głową na znak, że się zgadza.
    Samira powoli włożyła łyżeczkę do ust i po chwili wyjęła ją już bez szarego proszku na końcu.
    - Teraz Ty, - rzekła podając słoiczek i łyżeczkę Khanowi.
    Khan przyjrzał się dokładnie zawartości słoiczka i go powąchał. Zapach nie budził żadnych obaw. Jego wewnętrzny mechanizm obronny również nie reagował, więc uznał, że nie warto robić gospodarzom afrontu. Nabrał szczyptę na łyżeczkę i szybko połknął. Minerał miał nieco gorzki smak, ale nie był niesmaczny. Oddał następnie słoiczek Samirze i czekał na efekt.
    - I co, czujesz coś Khan? - Mag zapytał w myślach.
    - Na razie nic nadzwyczajnego nie czuję. Na mnie to chyba nie działa, - oznajmił głośno Khan. - Albo postanowiliście sobie urządzić żarty z łatwowiernego ziemianina. Nieładnie.
    W tym momencie Khan zdał sobie sprawę, że Mag nie wydał żadnego dźwięku pytając go o efekt działania Quadrium.
    - Na jaką odległość to działa? - Praktyczny umyśl Khana szybko dał sobie radę z podnieceniem spowodowanym opanowaniem nowej sztuczki. - Dalej niż kilka kilometrów? Przepraszam, Wy tu używacie jednostek Imperialnych. Ile mil zasięgu ma to połączenie?
    - Nie ma ograniczeń, co do odległości, ale zasięg kończy się przy granicach enklawy, - odparł Żarłok.
    - Enklawy? - Zapytał zdziwiony Khan. - A jakie enklawy tu macie?
    - Zaczniemy całą historię ab ovo, byś miał pełny obraz sytuacji, - Żarłok zdecydował. - Mag może zaczniesz?
    Po kolei wszyscy opowiadali historie ostatnich kilku dni. W kilku miejscach nieco różnili się w zeznaniach, ale w końcu dochodzili do wspólnego punktu widzenia. Czasem Khan dopowiadał niektóre fragmenty, które w jego mniemaniu dopełniały obraz mieszkańców Zaxor o ziemskie wątki. Opowiedział im o artefakcie, który zniknął i o trzydziestu okrętach klasy Jumbo na orbicie Saturna, oraz o tym, że ma podejrzenia, co do lojalności niektórych wysokich funkcjonariuszy Gildii. Gdy z dzika zostały już tylko kości a kolejne butelki rubinowego trunku zniknęły bez śladu, doszli do wniosku, że Dengowie mieli prawdopodobnie dobrą wolę, ale nie rozróżniali Aniołów od ludzi i że Anioły chciały wziąć wszystko dla siebie. Kluczem do rozwiązania całej sytuacji okazał się Artefakt.
    - Ty widziałeś go, jako jedyny z nas, więc na podstawie Twoich myśli będziemy w stanie zlokalizować miejsce, gdzie jest ukryty, - podsumował Żarłok nieco bełkotliwym tonem. - A myślałem, że alkohol na mnie nie działa. Czego to człowiek się o sobie dowiaduje?..
    Wszyscy wybuchli śmiechem aż się poniosło po okolicy.
    - Artefakt pojawiał się w historii pod nazwą Arka Przymierza i miał służyć do komunikacji z Bogiem, - Khan oświecił towarzyszy. - Morfy używały go, jako przedmiotu kultu, choć same nie wiedziały, co zawiera. Prawdopodobnie dopiero Dengowie naprowadzili je na właściwy trop. Wtedy też Arka pojawiła się zapewne w układzie Gallusa. Anioły chciały ukryć Praprzyczynę w najdalszym możliwym zakątku wszechświata, by nikt oprócz nich nie miał do niej dostępu. Zrobiły to przy użyciu jednego z ukradzionych Wam okrętów z pierwszej serii. Teraz jest jasne skąd Artefakt się tam znalazł.
    - Anioły wierzą, zgodnie z nauką Dengów, że pozbywając się Praprzyczyny z naszej czasoprzestrzeni, uczynią ją stabilną, więc wszystkie ich działania mają właśnie to na celu. Zemsta na ludzkości to tylko dodatkowy element układanki, - Samira podsumowała ich wiedzę o artefakcie. - Wpadli w pułapkę, którą zastawiali na ludzi przez tysiące lat. Mistrz został pokonany w swojej własnej grze. Uwierzyli w fikcję, która każe im robić coś, co ich może unicestwić. Cóż za ironia losu! Szkoda, że wraz z nimi jedziemy na jednym wózku i chroniąc siebie, niechcący ochronimy również ich.
    - Wracając do meritum, - Khan przerwał Samirze, - myślę, że Twój pomysł z ładunkami antymaterii jest niezły i może się sprawdzić w bitwie z Aniołami. Chętnie z niego skorzystam, jeśli wolno.
    - Ziemska Flota nawet w sile tysiąca jednostek nie jest żadnym przeciwnikiem dla floty Aniołów w jej obecnym kształcie, - Ulf dodał z troską w głosie. Jedynym sposobem pokonania ich jest, albo użycie antymaterii, albo Quadrium dla wzmocnienia działania naszych deflektorów. Musimy natychmiast obsadzić nasze jednostki załogami. Trenowali na symulatorach, ale te jednostki sporo wybaczają. Będziemy musieli „ręcznie” przeteleportować załogi na okręty, bo teleportery w Oho już nie istnieją.
    - Na każdym okręcie trzeba będzie umieścić jakąś ilość Quadrium w zasięgu generatorów Theta, - Mag kontynuował wywód towarzysza, który musiał się napić. - Nie wiemy, jaka ilość jest właściwa.
    - Wiemy, wiemy, - Żarłok zabrał głos. - Wystarcza sześćdziesiąt cztery gramy, by podnieść zasoby energii uzyskiwane z przemian fazowych próżni o sześć rzędów wielkości. Przeprowadzaliśmy eksperymenty na Quadrium. Podwojenie tej ilości podniesie wartość energii o kolejny rząd wielkości. Do wyekspediowania okrętu klasy Jumbo w Nicość potrzeba około jednej uncji, więc każdy okręt będzie miał spory zapas.
    - Pozostaje jeszcze kwestia sprawdzenia lojalności szczytów władzy Gildii, - Khan miał zatroskaną minę. - Oni grają we własną grę i nie wiem nawet, kto jest, przeciw komu. Zawsze się brzydziłem politykami i ich dworskimi intrygami. To poniżające, by człowiek robił z siebie bydlę dla osiągnięcia niegodnych celów.
    - Gdybym Cię nie znał bracie, - Mag się ożywił nieco. - Pomyślałbym sobie „ I kto to mówi?”.
  • #37
    yego666
    Specjalista PLD
    ============== Odcinek 19 ================

    DRUGA MŁODOŚĆ

    - Żarłoku, - Khan zagadnął niespodziewanie. - Czy znasz jakiś sposób, żeby nie być zmęczonym po całym dniu ciężkiej pracy i wieczorze pełnym niespodziewanych wrażeń? Mamy tyle do zrobienia, że chyba bez czarów się nie obejdzie.
    - Chyba mam coś na taką dolegliwość..., - Żarłok przez chwilę się namyślał. - Wszystkim nam się przyda odrobina relaksu. Spotkamy się przy Gnieździe. Zadbajcie by Khan również tam trafił. On nigdy jeszcze tam nie był, więc mógłby się zgubić, zwłaszcza w tym stanie.
    Samira i Ulf zajęli się teleportacją brata Maga a Mag pilnował tyłu kolumny. W chwilę później wszyscy pojawili się przy wejściu do Gniazda. Nikt oprócz Khana nie widział już w tym nic nadzwyczajnego, stąd weszli do środka jak do siebie. Khan rozglądał się z wielkim zainteresowaniem. Co innego słyszeć opowiadanie a co innego zobaczyć i dotknąć. Weszli do Komnaty Rady, z której jest dostęp do wszystkich innych części Gniazda.
    - Najpierw skafandry, - gospodarz poprowadził wycieczkę do przebieralni, gdzie wszyscy otrzymali nowe odzienie ochronne.
    Khan oczywiście wymagał pomocy, gdyż nie mógł opanować braku tarcia i znikomego ciążenia w nowym odzieniu. Ulf go podtrzymywał dzielnie, służąc za wieszak. Wszyscy świetnie się bawili kosztem nowicjusza. W końcu Khan załapał, na czym rzecz polega i stanął na własnych nogach. Teraz już mogli się udać w kierunku KOMNATY PRZODKÓW. Mimo, iż już oglądali wspaniałą iluminację i efekty specjalne, wszyscy patrzyli z zachwytem na to, co się w środku działo.
    - Będziemy pojedynczo wchodzić. Nic nie róbcie, nie myślcie i nie starajcie się pomagać. Komnata zrobi, co trzeba i wrócicie do wyjścia odświeżeni, - zapewnił ich Żarłok. Wejdę pierwszy i zademonstruję jak to działa. Patrzcie uważnie. I wskoczył wprost do centralnej centryfugi.
    Geometria nie pozwoliła mu jednak dotrzeć do środka. Ptak popłynął majestatycznie wokoło komnaty, następnie okrążył centrum w osi pionowej. Khan obserwował jak ciało Żarłoka najpierw się rozpłaszczyło, by zwinąć się w niemożliwie splątany geometrycznie kształt. Przez chwilę wirowało w tej postaci wokół własnej osi, by w końcu przybrać znajomy kształt Świstogona i wrócić do wejścia komnaty. Świstogon otrząsnął się jakby po prysznicu, po czym wskazał dziobem na Samirę.
    - Panie mają pierwszeństwo. Widzisz, nic mi nie jest. To tylko tak źle wygląda z tego punktu widzenia. Z tamtego my tutaj będziemy wyglądali zabawnie.
    Co innego patrzeć a co innego samemu pchać rękę do wrzątku, no, ale raz kozie śmierć. Samira wskoczyła tak jak przedtem Żarłok. Zrazu nic się nie działo dopóki oczy nie przywykły do migoczących, jasnych świateł, przemykających we wszystkich kierunkach. Różnobarwne wstęgi światła przenikały się w szalonym tańcu, tracąc, lub zyskując na intensywności. Na skraju pola widzenia Samiry pojawiły się dziwne kształty. Były geometryczne, ale tak jakby zyskiwały dodatkowe wymiary, wokół których się owijały. Pierścienie płynnego światła wirowały wokół tych kształtów zacieśniając się coraz bardziej aż zanikły zupełnie. Iskierki pozostałe po nich tworzyły wzory jakby galaktyk, ale zamiast wirować pulsowały rytmicznie. Wreszcie Samira dostrzegła postaci swoich towarzyszy, którzy wyglądali jakby przybliżali się do niej z nieskończoności. Gdy osiągnęły normalną wielkość, dziewczyna poczuła twardy grunt pod stopami i spostrzegła, że stoi przed komnatą. Czuła, że coś się zmieniło, ale przez chwilę nie mogła ogarnąć tej zmiany.
    - To, to było wspaniałe. Musicie to koniecznie sami zobaczyć. Czuje się jakbym znów miała dwadzieścia lat, - Samira była zachwycona.
    Panowie przyglądali się temu spektaklowi z nieukrywanym podziwem.
    - Faktycznie, wyglądasz jak osiemnastka. Zeszczuplałaś nawet jakby, - Mag nie krył zachwytu. - Muszę sam spróbować. Może nie będę się musiał golić, - powiedział z nadzieją w głosie, po czym wskoczył w nieznane.
    Wiry i krzywe czasoprzestrzenne przenicowały Maga na wszystkie strony, by po chwili zwrócić go w jednym kawałku. Czuł się jak młody bóg, ale broda mu nie zniknęła, co go trochę zmartwiło. Następny zabiegowi rewitalizacji poddał się Khan. Również on wyglądał jakby połowę życia spędził w kurortach i SPA, leniąc się całymi dniami. Ulf ostatni wszedł do komnaty. Jego wielkość zapewne spowodowała, że był rewitalizowany dwa razy dłużej od pozostałych, ale efekt był oszałamiający. Po wyjściu wyglądał jak sam Thor z antycznych obrazów i tak też się czuł.
    - Niesamowita technologia, - Khan przyznał z niekłamanym podziwem. - Czy mogę prosić o schemat? Zrobię sobie takie urządzenie w domu. Kiedyś majsterkowałem trochę...
    Odmłodzeni i wypoczęci, bez najmniejszego śladu po przejściach poprzedniego dnia wrócili do chatki Uziego. Ognisko już dogasało, więc weszli do pokoju gościnnego, by przy gorącej kawie omówić plan działania.
    Uzi przycupnął obok Żarłoka, z którym łączyła go długa zażyłość. A.I. była zakazana na Ziemi, ale na Zaxor wciąż pokaźna liczba inteligentnych robotów, które nie stanowiły zagrożenia, cieszyła się swobodą i szacunkiem właścicieli. Jednym z nich był Uzi. Kiedy tylko mógł, towarzyszył Samirze w jej wyprawach badawczych lub krajoznawczych. Dzięki wbudowanej sztucznej inteligencji pracowało się z nim o niebo łatwiej niż z nieinteligentnymi odpowiednikami lub nawet ludźmi. Któregoś razu, gdy nikogo nie było w chatce, Żarłok zabrał Uziego do Gniazda i poddał renowacji, tak jak dzisiaj ludzi. Uzi, mimo iż dobiegał już wieku emerytalnego, miał się dzięki temu znakomicie i nie groziło mu złomowanie. Żarłok był również bardzo zadowolony, gdyż polubił tego małego rubasznego robocika o zawadiackiej naturze. Sam był przykładem, że inteligencja nie musi mieszkać jedynie w ludzkim ciele, stąd blaszana powłoka w niczym nie umniejszała zalet osobowości Uziego w jego oczach.
    PRZYGOTOWANIA

    - Ulf zajmie się przygotowaniem i teleportacją załóg na okręty znajdujące się na orbicie, - Mag zdecydował po krótkim namyśle. - Jesteś na bieżąco ze wszystkimi zagadnieniami z tym związanymi, więc nie powinno Ci to zająć dużo czasu. Załogi są w pogotowiu, więc kilka godzin im wystarczy na zebranie sprzętu i przygotowanie prowiantu. Gdy będą już gotowi, poprosimy Cię Żarłoku o pomoc w ich teleportacji. Nie powinni wiedzieć, jakimi mocami się posługujemy, stąd myślę, że trzeba wymyślić jakiś fortel, by się nie zorientowali w sytuacji. Będziecie wiedzieć, co zrobić z tym problemem. W międzyczasie, gdy załogi będą się przygotowywały, Ulf wyłapie pozostałych ”wiernych” członków SS i zapakuje ich tam, gdzie wysłałem trójkę z Maruk. Dla bezpieczeństwa sugeruję, by wszyscy mieli ubiory ochronne. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy.
    - A co z Quadrium? - Spytał Ulf.
    - Uratowałem z Oho robota, który ma jego spory zapas. Samira podzieli minerał na porcje po dwie uncje. W sumie dwadzieścia pięć porcji. Dwadzieścia dwie dla jednostek klasy Jumbo i trzy dla Alef. Samiro, czy zdążysz to zrobić w trzy godziny? - Mag spytał dziewczynę.
    - Oczywiście. Wezmę z Instytutu odpowiednie pojemniki i wraz z Uzim podzielimy to szybciutko. To zajmie około dwóch godzin.
    - Khan i ja zajmiemy się transportem antymaterii w okolice Ziemi, by była pod ręką w razie potrzeby. Rozpatrzymy się też w sytuacji wokół Saturna i może wyłowimy paru wyznawców z Servo Servorum zakotwiczonych w Gildii. Jeszcze nie wiem, jak to zrobimy, ale coś wymyślimy. Poszukiwaniem Arki Przymierza zajmiemy się z Żarłokiem, gdy już wszystko będzie gotowe, czyli koło północy, jak sądzę. Czy wszyscy wiedzą, co robić?
    Nikt się nie odezwał, więc Mag życzył im powodzenia. Po kolei wszyscy poznikali, by wykonać powierzone im zadania. W chatce pozostał jedynie Uzi. Mag pogłaskał go po lśniącym kadłubie i jemu również życzył powodzenia. Robocik wykonał bączka z zadowolenia i zabrał się za porządki.
    - Znakomicie, Khan. My też możemy, zatem brać się do roboty. Mamy chyba najtrudniejszy kawałek chleba.
    - Dość dziwną kompanię stanowicie z tym Świstogonem, - Khan powiedział po namyśle. - Jest jeszcze jedna kwestia. Anioły znają lokalizację Zaxor i co gorsza, nie będzie im on do niczego potrzebny skoro ukradły wszystko, co mogły. Gdybym był ich wodzem, nakazałbym zniszczenie wszystkiego, co żyje na tej planecie, by nic nie wpadło w ręce ziemian.
    - Też nad tym rozmyślałem, - Mag rzekł cicho. - Znaleźliśmy ładunki antymaterii, które miały zniszczyć miasta i osady, oraz wirusy, które miały być może dokończyć dzieła, gdyby ktoś ocalał. Sądzę, zatem, że nie chcą zniszczyć samej planety a tylko jej florę i faunę z ludźmi włącznie. Wymyśliłem nawet jak upozorować zagładę życia na Zaxor.
    - Szkoda byłoby takiej pięknej planety i jej mieszkańców. Większość to zacni ludzie. Tylko niektórzy zasługują na marny koniec.
    - Też tak sądzę, dlatego wymyśliłem plan. Złapaliśmy już trójkę zdrajców z SS a do północy wyłapiemy resztę tej hołoty. Sądzę, że do rana Anioły nie ruszą jeszcze z ofensywą, więc będziemy mieli czas „popracować” nad nimi przez kilka godzin. Tym, którzy mieli komunikatory przy sobie wypierzemy mózgi i zaszczepimy wspomnienie wybuchu oraz totalnej zagłady wszystkiego, co jest na Zaxor. Musimy się tylko dowiedzieć, jak zamierzają się stąd wydostać. Gdy Anioły ich będą wypytywały, zeznają, co widzieli. Mam nadzieję, że do tego czasu zostanie wydany rozkaz odpalenia antymaterii i wirusów.
    - Może masz rację, jednak podejrzewam, że mają trochę inne plany wobec Was. Byłem z tajną misją na ich macierzystym globie. To mała planeta, którą zwą Mictlan. Leży o jakieś trzy megaparseki od Ziemi, w galaktyce N3109. Mały skalisty glob z niewielką ilością wody. Przez eony eksploatacji Anioły doprowadziły środowisko do całkowitej ruiny. Wyeksploatowali wszelkie złoża surowców a ich słońce powoli zaczyna wykazywać oznaki niestabilności, typowe dla fazy przejścia do stadium czerwonego olbrzyma. Po dziesięciu miliardach lat kończy się wodór i gwiazda zacznie spalać hel. Tego ich planeta nie przetrwa. Sądzę, że po spodziewanym zwycięstwie nad ziemianami zakończonym całkowitym zniszczeniem Ziemi zechcą zagarnąć Zaxor a z mieszkańców uczynić swoich niewolników i źródło DNA. Pamiętasz założenia unifikacji rasowej, po której wszyscy ziemianie stali się niebiescy? Otóż, modyfikacja genetyczna zawierała jeszcze jeden niewidoczny element, czyniący z niebieskich ludzi kamikadze.
    - Kamikadze? - Mag zrobił duże oczy. - To znaczy?
    - Nie w tym sensie. DNA pobrane z niebieskiego ziemianina i wstrzyknięte Aniołowi powodowało jego szybkie starzenie, i w konsekwencji śmierć. Anioły przez jakiś czas po unifikacji rasowej porywały ludzi z Ziemi i trzymały ich w obozach. Po jakimś czasie, populacja Aniołów spadła o połowę. W sumie na Mictlan i na planecie Purgatus w układzie Wong, pozostało ich około czterech i pół tysiąca. Mieszkańcy Zaxor, w ogromnej większości posiadają niezmodyfikowane DNA a więc stanowią ostatnie źródło życia dla Aniołów. Myślę, zatem, że zarówno ładunki antymaterii jak i wirusów musiały służyć jakiemuś innemu celowi niż eksterminacja mieszkańców planety. Nikt nie badał tych wirusów, jak sądzę.
    - O tym nie pomyśleliśmy, że wirusy nie miały zabijać. Ale cóż innego mogłyby powodować? Ten Mike był przekonany, że wirusy mają nieść zagładę. Może i im Anioły nie mówiły całej prawdy. Jest to całkiem prawdopodobne, zważywszy na ich historycznie udokumentowane metody działania na Ziemi. „Populus Vult Decipi, Ergo Decipatur”. To ponoć rzymska maksyma, ale coś mi się zdaje, że ktoś wpadł na to dużo wcześniej od Rzymian. Teraz już się tego nie dowiemy, bo nie mamy czasu na zbadanie tych wirusów, ale nie sposób się z Tobą nie zgodzić, co do planu Aniołów dotyczącego Zaxor. Sami są za głupi i nigdy nie rozwinęli technologii, umożliwiającej im terraformowanie planet dla swojego przyszłego użytku. W pewnym momencie nawet dostrzegli korzyści wynikające z tego, iż na Ziemi, mimo ich usilnych starań wyrosła silna cywilizacja techniczna. Sądzę, że przewidywane korzyści wykorzystania technologii ziemskich do swoich potrzeb spowodowały, że w wojnie z robotami Anioły otwarcie stanęły po stronie ziemian. Niestety ich niepohamowany pęd do władzy i DNA spowodował późniejszą wojnę religijną, co zupełnie przekreśliło ich niemałe zasługi.
    - Samiro, co sądzisz o takiej możliwości? - Mag wiedział, że dziewczyna, mimo iż była daleko, słuchała pilnie ich dyskusji.
    - Nie doceniacie kobiet Panowie i słabo kojarzycie fakty. Skoro musiałam się udać do swojego Instytutu, zabrałam próbki wirusa i oddałam do naszego laboratorium biomedycznego w Thevion. Koło północy mam sprawdzić, co im się udało uzyskać. Musiałam trochę nakłamać skąd wzięłam te próbki, ale wzięli je od razu do laboratorium, jako bardzo pilne.
    - Mea culpa, - Mag złożył samokrytykę. - Co my byśmy bez Ciebie zrobili? Nie zapomnij, proszę sprawdzić rezultatów. To może być bardzo ważne. A przy okazji, może ich namówisz na stworzenie czegoś w rodzaju antidotum na wypadek, gdyby Anioły miały więcej tego świństwa.
    - Nie za wiele wymagasz Mag? I tak robią, co mogą. Nie martwcie się. Gdy zmapują DNA tego wirusa, to synteza szczepionki zajmie komputerom nie więcej niż godzinę.
    - Dzięki Samiro, - Khan się wtrącił. - Jesteś nieoceniona. Muszę jeszcze tylko przekonać o tym Maga.
    - Zawieszamy, zatem dywagacje nad wirusem, do czasu uzyskania wyników, - Mag zreasumował ich dyskusję. Skupmy się, zatem na tym, co obecnie jest najpilniejsze.
    - Jeszcze tylko wpadnę na chwilę do laboratorium i będę wracała do Was dzielić Quadrium.
    - My się udajemy w okolice Ziemi z antymaterią i wirusami, - Mag przypomniał. - Powodzenia Samiro.
    KSIĘŻYC

    Mag i Khan poszli za chatkę, gdzie leżał niedawno zdobyty arsenał środków bojowych Aniołów. Głowice z antymaterią ułożyli w zgrabny stos przedzielając warstwy deskami znalezionymi w szopie. Wszystkie czterdzieści osiem głowic zabezpieczyli stalowymi taśmami, które Mag szybko przytargał z Bazy. Wyrzutnie postanowili zostawić tam, gdzie stała, gdyż był to jedynie stalowy stelaż podtrzymujący głowice. Ładunki z wirusami zabezpieczyli w specjalnych pojemnikach, z zagęszczonego ołowiu, dla ochrony przed promieniowaniem.
    - Na skraju Mare Tranquillitatis mamy znakomicie zakonspirowaną bazę księżycową, której obsadę stanowią jedynie roboty, więc byłoby to doskonałe miejsce na nasz sprzęt, - Khan zaproponował przyglądając się sporej pryzmie śmiercionośnych ładunków. - Nikt nie będzie się tym interesował. Z racji stanowiska mam tam nieograniczony dostęp a nawet, jeśli nie, to teraz i tak mogę się dostać, dokąd tylko zechcę. Doskonała umiejętność. Dzięki braciszku.
    - Zabieraj wirusy i skacz pierwszy. Ja skoczę z głowicami po twoim Śladzie. Tylko nie wpakuj nas w jakieś tarapaty.
    - Nie martw się. Znam tę bazę jak własną kieszeń. Zaraz po wylądowaniu będę musiał zdezaktywować systemy obrony wewnętrznej, żeby nas nie ostrzelały.
    - Możesz to zrobić zdalnie. Ulf tak rozbroił głowice, więc i Ty możesz. Po co się narażać na kulkę, czy jakiś laserowy strzał. Wprawdzie ubrania ochronne są odporne na takie rzeczy, ale moglibyśmy nieopatrznie uruchomić jakiś alarm i ktoś nieproszony zacząłby się niepotrzebnie interesować. Na razie tego nie chcemy, czyż nie? Wyobraź sobie konsolę sterującą w bazie. Dalej już będziesz wiedział, co robić.
    Khan skupił się by sobie wyobrazić konsolę sterującą, ale zamiast tego, otoczyły go dziwne obiekty o dziwacznych kształtach rodem z opowieści SF. Po chwili dostrzegł szeregi liczb wędrujące poprzez sprzęgi kwantowe. Elektrony w bramkach logicznych zmieniały spiny spotykając się z innymi elektronami, by wychodząc skierować się do innych części obwodu. Był w programie sterującym. Fantastyczne, że matryca splątań umożliwia taką perspektywę. Operował z poziomu matrycy zagrzebanej daleko poniżej poziomu Plancka, więc mógł śledzić przebiegi w czasie rzeczywistym. Jego indywidualny czas dostosowywał się do tempa przepływu obserwowanych danych. Mógł wędrować po całym układzie śledząc wszystkie zmienne i procesy. Zorientowawszy się w swoim położeniu, Khan sięgnął wprost do jądra systemu, nakazując mu zmianę parametrów śledzenia związanych z jego tożsamością. Wywłaszczył procesy odpowiedzialne za przekazywanie alarmów do innych jednostek operacyjnych.
    - Możemy skakać. Wszystko gotowe, - Rzekł Khan i zniknął wraz ze swoim ładunkiem.
    Mag niezwłocznie podążył jego śladem. Znaleźli się w wielkiej jaskini skąpo oświetlonej lampami zwisającymi smutno ze sklepienia ponad nimi.
    - Niezła kryjówka, Khan. Dużo takich miejsc masz w zapasie?
    - Tajemnica. Lepiej żebyś nie wiedział, bo jak Cię zaczną torturować, to dłużej pożyjesz, - Khan zaśmiał się tubalnie. - To są schrony jeszcze z czasów wojny z robotami. Od tamtego czasu nic się tu nie działo. Gildia utrzymuje parę takich miejsc, na wszelki wypadek. Podobne miejsce mamy we wnętrzu planetoidy Ceres, ale tam stacjonuje Manipuł Goliat do zadań specjalnych. W sumie prawie stu dziewięćdziesięciu ludzi.
    - Cholera! - Wyrwało się Magowi. - A my chcieliśmy tę całą antymaterię wpakować właśnie w Ceres, by zwrócić Wasza uwagę na Saturna. Ładnie byśmy urządzili tych biednych legionistów. Dobrze, że wyszło inaczej.
    - Faktycznie, narobilibyście zamieszania, co niemiara, ale i tak sądzę, że poszłoby to na rachunek Aniołów, - Khan rozgrzeszył brata. - Rozłóżmy te głowice na stelażach pod ścianą. Łatwiej będzie je stąd wybierać, gdy nadejdzie czas. Wirusy proponuję ułożyć na tym długim stole obok.
    Nie chcieli korzystać z pomocy robotów, by nie wywołać jakiegoś cichego alarmu, stąd rozpakowanie i ułożenie arsenału zajęło im więcej czasu niż pakowanie. W końcu jednak ukończyli przygotowania. Żaden z nich nawet się nie spocił, mimo iż dźwigali spore ciężary. Mag z ciekawości zerknął na plakietkę znamionową jednej z głowic. Odnalazł linijkę „ Waga - 350 Kilogramów”. Podzielił się swoim odkryciem z Khanem.
    - Ciekawe, jakie jeszcze fajne funkcje mają nasze ubranka, - Khan był pełen podziwu dla tej technologii. - Muszę spytać Żarłoka, na jakiej zasadzie to działa. Przydałoby się być niewidzialnym. To by była świetna funkcja. Nie sądzisz?
    Mag rozejrzał się wokół, ale nigdzie nie widział Khana. Słyszał go jeszcze przed chwilą, jak narzekał na brak funkcji niewidzialności...
    - Khan, stań się widzialny, - poprosił.
    - To znaczy, że wystarczy pomyśleć i już? Doskonała zabawka. Szkoda, że trzeba ją, co jakiś czas zdejmować.
    - To nie kombinezon tym razem, - Mag sprostował. - To Quadrium. Ubranko jest przezroczyste, więc nie przeszkadza w niewidzialności.
    - Nieważne. Najważniejsze, że działa i nam się teraz bardzo przyda. Nastaw sobie tę niewidzialność i skacz za mną.
    W chwilę później znaleźli się w obszernej sali, którą Mag pamiętał jak przez mgłę. Dawno temu Khan przyprowadził go tutaj, by pokazać jak wygląda siedziba Protektor Maximusa. Ściany o lustrzanym połysku były ozdobione herbami Gildii. Przy podłużnym granitowym stole siedział mężczyzna w czerwonej pelerynie.
    - Chyba nic tu po nas. Sam nic nam nie powie, - zauważył Mag.
    - Masz rację, liczyłem, że będzie jeszcze kilku wyższych funkcjonariuszy. Wtedy moglibyśmy coś usłyszeć, - pomyślał Khan.
    - Spójrz, czy ten facet ma zwyczaj gadać do siebie? To raczej nie jest normalne nawet na Ziemi, prawda?
    Khan przysunął się bliżej do mężczyzny by lepiej słyszeć, co mówi.
    -..., In nomine Patris..., - Mężczyzna szeptał tak cicho, że ledwie mogli usłyszeć jego słowa.
    Mężczyzna rozejrzał się po sali jakby wyczuł ich obecność, jednak nie widząc nikogo rozluźnił się i usiadł wygodnie. Przez następne kilka minut patrzył tylko w sufit nieobecnym wzrokiem.
    Mag postanowił spenetrować pamięć mężczyzny i delikatnie zaczął nasłuchiwać jego wewnętrznego rytmu, by nie wzbudzić w nim podejrzliwości. Ostrożnie nakierował jego myśli na Anioły. Powoli zaczęły się pojawiać zamglone obrazy obcych istot. Mag przekazywał te obrazy bezpośrednio do Khana. Jakieś sceny z mistycznych obrzędów w cieniu ogromnego niby ołtarza, nad którym górowała rzeźba podwójnej helisy DNA obwiedziona złotymi okręgami. Wielka postać przed ołtarzem wypowiadała jakieś zaklęcia w niezrozumiałym języku. W końcu obraz ukazał dziesięciu mężczyzn klęczących w jednym rzędzie przed wielką postacią kapłana. Mag nie widział nigdy wcześniej tych twarzy, ale Khan rozpoznał je natychmiast. Kapłan, sądząc po zachowaniu, skierował się ku klęczącym i każdemu najpierw dał dłoń do ucałowania a następnie położył na języku jakiś biały krążek. Każdy z klęczących mężczyzn otrzymał nóż, którym naciął sobie nadgarstek a kapłan podstawiał złoty puchar, do którego skapywała krew. Gdy wszyscy już upuścili sobie krwi do pucharu, Anioł uniósł kielich na wysokość swoich oczu i powoli wypił krew zebraną od klęczących mężczyzn. Wytarł usta szarfą, która zwieszała mu się z szyi aż do pasa a następnie odwrócił się twarzą do mężczyzn. Jego oczy pałały ogniem, który był niemal materialny. Twarz kapłana wyrażała ekstazę i grozę zarazem. Wspomnienia, które oglądali pełne były uczuć oddania i przerażenia, mieszających się nieustannie tak, że trudno było je oddzielić od siebie.
    Seans przerwał mężczyzna, który wszedł do sali głównym wejściem, tym samym, które niedawno wygrało bitwę z nosem Khana. Mag ostrożnie wycofał się z pamięci mężczyzny i odsunął się od niego by się nie zderzyć z przybyszem.
    - Konsul Khan jeszcze nie przybył na okręt flagowy, - Mężczyzna powiedział cicho. Prawdopodobnie wciąż jest w Jaur. Nie wypytywałem tamtejszych służb, by nie budzić podejrzeń. Gdy tylko znajdzie się na okręcie i użyje sygnetu, dokona się najważniejsza przemiana w dziejach ludzkości.
    Odgłos podkutych butów oficera, który właśnie wszedł do sali zwrócił natychmiast uwagę rozmawiających mężczyzn. Odwrócili się ku oficerowi, który przywitał się zwyczajowym ukłonem.
    - Trzydzieści jednostek wroga zmienia pozycje. Obecnie rozlokowują się na orbicie Neptuna, - Zameldował oficer. Tworzą szyk sferycznego wielokąta foremnego. Nigdy nie widziałem takiej formacji w żadnym podręczniku taktyki.
    - Dziękuje, - Protektor Maximus odprawił oficera niedbałym machnięciem ręki.
    Oficer ukłoniwszy się ponownie, opuścił salę.
    - Kiedy ten krnąbrny Khan wreszcie zacznie działać w sposób przewidywalny. Nigdy nie robi tego, czego się po nim spodziewamy. Jakby posiadał jakiś szósty zmysł, - Maximus był zirytowany. - Musimy przez niego czekać i udawać, że coś robimy, by nie wzbudzić w nim podejrzeń. Jego sygnet musi odblokować nasze zasobniki. W ostatecznym rozrachunku, jeśli coś się nie uda, na niego spadnie wina. Niedobrze, że większa część wysokich oficerów Gildii mu sprzyja. Widzą w nim wielkiego wodza po bitwie w układzie Myog. Źle to wtedy rozegraliśmy. Byliśmy zupełnie nieprzygotowani na jego nieobliczalny manewr. Gdyby nie on, już dawno na Ziemi zapanowałby porządek Boży. Jeśli Khan nie stawi się na okręcie flagowym do jutrzejszego wieczoru, zwołasz naradę Wybranych i zdecydujemy, co dalej robić. Nie możemy czekać w nieskończoność, - Maximus uderzył pięścią w stół aż echo poniosło po sali. - Zostaw mnie samego. Muszę zebrać myśli. Brat Frank nie będzie zadowolony z takiego obrotu spraw.
    Mężczyzna skłonił się nisko i pospiesznie opuścił salę.
    - Chyba już dość wiemy, Mag. Możemy wrócić na Zaxor sprawdzić jak idą przygotowania.
    - Jeszcze tylko wskoczę w jedno miejsce i będziemy mogli wracać. Skocz po moim śladzie, to się nie zgubisz.
    Mag zmaterializował się w ciemnym pomieszczeniu. Zaraz za nim pojawił się Khan.
    - Co to za nora? Cuchnie tu jak w wędzarni, - Khan aż zakaszlał. - Nic nie widzę. Zapalę latarkę.
    - Lepiej nie. To humidor. Należy do mafii kubańskiej. Wezmę tylko kilka paczek cygar i znikamy. Mój zapas już się skończył dwa dni temu, - mówiąc to Mag napychał sobie kieszenie pudełkami największych cygar, jakie mógł znaleźć po omacku.
    Po dwóch minutach wyglądał jak miś obżarty łososiami. Wszędzie był pękaty.
    - Skaczemy do chatki Uziego na trzy... Trzy.
    Obaj jednocześnie wylądowali z tyłu chatki.
    - Zazdroszczę Wam tego widoku. Galaktyka na nocnym niebie wygląda bajecznie. Z Ziemi widzimy tylko rozmazany pas zamglonych gwiazd. Vanitas vanitatur … . Nie to, co tutaj. Po prostu bajka. Czasem się dziwię, jak można było wpaść na to, że to, co widać z Ziemi, jest galaktyką.
    - Choć do środka, poeto.
    W chacie przy stole siedziała Samira i Ulf. Żarłok z Uzim w kącie grali chyba w „zgadnij, co mi się śni”. Wszyscy jednak się ożywili, gdy bracia weszli do środka.
    Gdy ujrzeli Maga obładowanego różnymi pudłami parsknęli jednocześnie śmiechem. Wyglądał jak baryłka. Mag powoli pozbył się swojego łupu bardzo z siebie zadowolony.
    - Uzi, czy dostaniemy coś zimnego do picia? - Mag poprosił cicho. - Strasznie tam u Was na Ziemi sucho.
    - Zwykle bywam bardziej gościnny, gdy kogoś zapraszam na Ziemie. Wybacz, proszę, - Khan sumitował się udając zawstydzenie. - Następnym razem postawię Ci szampana.
    Uzi podał przybyłym po szklance zielonkawego, musującego napoju. Obaj wypili go duszkiem i podziękowali uczynnemu robotowi. Uzi zabrał szklanki i wstawił je do zmywarki.
    - Ulf, czy zechcesz nam powiedzieć, co Ci się udało załatwić? - Mag zagadnął.
    - Załogi są już zaokrętowane. Poszukiwacze pomogli mi sprawnie przenieść wszystkie załogi. Urządziliśmy namiot teleportacyjny na dziedzińcu koszar. Każda załoga wchodziła do środka a Żarłok ze swoimi ziomkami teleportowali ją we właściwe miejsce. Trwało to prawie godzinę, ale w końcu cały sprzęt i ludzie, plus aprowizacja znalazły się, gdzie trzeba. Nikt się nie połapał, że namiot był tylko atrapą komory teleportacyjnej. W tej chwili powinni właśnie ćwiczyć różne taktyki i szyki bojowe. Co do zdrajców, to wyłapaliśmy prawie wszystkich z listy i umieściliśmy z pozostałymi. Odebrałem im jeszcze jeden komunikator. Tylko jeden zdrajca sprawił trochę kłopotu. Był tak spanikowany, że gnał na oślep prawie całą milę. Nie reagował na żadne próby manipulacji telepatycznej. Zamknął się jak puszka sardynek i nic do niego nie docierało. Dobiegł w końcu na krawędź przepaści i chciał biec dalej, ale wtedy go złapałem. Niestety nie przeżył.
    - Jak to „Nie przeżył”? - Mag się zdziwił.
    - No, bo go złapałem trochę nieszczęśliwie. Tak się miotał, że jedynym, za co mogłem go złapać była głowa. Głowa ocalała, ale kark nie wytrzymał, gdy zawisło na nim całe jego, dość spore ciało. Spadło z głuchym łoskotem w przepaść, jak worek kartofli.
    - Trudno. Zawsze są jakieś straty. Biedak chyba miał szczęście, że tak skończył. Reszta wpadnie w łapy Gildii a to zapewniam Was szczególny przywilej, - Khan uśmiechnął się zagadkowo. - Od czasu izolacji Aniołów nabraliśmy trochę wprawy w traktowaniu naszych... gości. Jak dotąd nikt jeszcze nie narzekał na naszą gościnność.
    - A którykolwiek z ... gości przeżył? - Mag zapytał z powątpiewaniem. - Nasi nowi goście to szczególny rodzaj. Nieprzekupni, niereformowalni i niemyślący. Po prostu fanatycy religijni. Nie zostali zwerbowani podstępem poprzez zażycie Eludium, tylko sami, z własnej nieprzymuszonej woli uwierzyli bez cienia dowodu.
    - Widziałeś obrzęd, jakiemu byli poddani najwyżsi z Gildii, - Khan się zasępił. - To mi nie wyglądało na radosną ceremonię. Musieli im jakoś wyprać mózgi lub coś na nich mają. Nie po raz pierwszy ścisłe dowództwo Gildii pójdzie pod nóź. Był precedens, gdy Mistrz poleciał za przekręty i zdradę. Wtedy jeszcze byłem chłopcem na posyłki i niewiele wiedziałem o całej sprawie. Na szczęście archiwa Gildii są wieczne. Sam nie wiem jeszcze jak rozegrać sprawę, by Anioły nic nie wyczuły. Wy macie zaledwie trzech z komunikatorami, więc nie będzie problemu z przetrąceniem im kręgosłupa, by tańczyli tak, jak zechcemy.
    - Zaraz się nimi zajmę. Dokładnie wiem, kto miał komunikator, więc oddzielę ich od reszty i potresuję troszkę, - Ulf aż kipiał energią po odmłodzeniu. - Resztę można chyba odesłać na Ziemie do kazamatów Gildii. Raczej nie będą nam potrzebni.
    - Na razie jeszcze nie możemy ich odesłać, póki nie uporamy się z prominentami w Gildii, - Khan sceptycznie odniósł się do pomysłu Ulfa. - Zrobiłoby się zamieszanie a tutaj są na razie pod kontrolą.
    - Ulfie, - Mag odezwał się uroczyście. – Czyń, zatem swoją powinność.
    Nie trzeba było mu tego dwa razy powtarzać. Odgryzł kawałek jakiegoś mięsiwa leżącego na stole i zniknął.
    - Czy już coś wiadomo o tym wirusie, Samiro? - Mag wreszcie zwrócił się do dziewczyny.
    - Wiadomo jak działa wirus, ale z antidotum może być gorzej. Laboratorium nakarmiło komputery danymi, ale struktura wirusa jest tak skomplikowana, że obliczenia wciąż trwają a wynik jest niepewny. Wirus atakuje tak zwaną przednią wyspę mózgu, która odpowiada za podatność na oszustwo. To bardzo stara część mózgu pochodząca jeszcze od gadów, więc działa zupełnie autonomicznie i rozpoznaje symptomy typowe dla oszustwa. Mówi wprost, że „coś tu nie gra”, czyli generuje sygnał ostrzegający przed oszustwem. Wirus atakuje tę część mózgu i sygnał ostrzegawczy nie pojawia się nawet u światłych osobników. Zainfekowanego łatwo zbałamucić opowieściami o niebie, piekle, dobru i złu. Łatwo z kogoś takiego zrobić fanatyka religijnego. Jeśliby to zadziałało, mielibyśmy na Zaxor jeden wielki obóz fundamentalistów religijnych. Anioły przeszły daleką drogę od Eludium do „religijnych wirusów”. Trudniejsze do wykrycia i do zwalczenia także.
    - A czy antidotum odwróci nastawienie fundamentalistyczne? - Spytał Khan z nadzieją w głosie. - W końcu to nie wina zainfekowanego, że nie działa normalnie jak człowiek rozumny. Dobrze byłoby dać im szansę, jeśli jest w ogóle taka opcja.
    - Obawiam się Khan, że takiej opcji nie ma, - odparła Samira. - Jeśli przywrócisz sprawność przedniej wyspy mózgu, to jej działaniem będą objęte nowe doświadczenia a nie te, które już zostały „zaaprobowane” w czasie choroby. Tak więc, tylko kompletna reedukacja z praniem mózgu może pomóc.
    - Jeśli zaczniemy się bawić w rozsądzanie zagadnień ontologicznych to utoniemy w dylematach moralno-etycznych a nie mamy na to czasu, - Mag trzeźwo zauważył. - Ja mogę żyć ze świadomością, że zgładziłem kilku, nie całkiem winnych, dla dobra ogółu. Decyzje raz podjęte na podstawie jakichś przesłanek są święte tak długo, póki przesłanki się nie zmieniają. Później zastępują je kolejne świętości i tak dalej. Czasem nowe świętości stoją w sprzeczności ze starymi, ale na to nie ma rady.
    - Zgódźmy się, zatem, - rzekł Khan, - że pranie mózgu będzie po torturach. Nie pozwolę, by zdrajcy nie ponieśli kary. Swoją drogą, wśród tych dziesięciu najwyższych funkcjonariuszy, których widzieliśmy we wspomnieniach Maximusa, byli trzej wyżsi rangą ode mnie a reszta to niższe szarże w hierarchii Gildii. Dlaczego mnie nie wciągnęli do towarzystwa? Czyżby uważali mnie za „użytecznego idiotę”?
    - Myślę, że niekoniecznie tak jest, - Samira wtrąciła się do rozmowy. - Ty i Mag jesteście bliźniakami a więc praktycznie, sto procent waszego pierwotnego DNA jest takie samo. Dzielicie zarówno podatności jak i odporności na różne czynniki. Pamiętam dziesięć lat temu przybyło trzech niebieskich ludzi z Ziemi. Nie byli rekomendowani przez Ciebie, ale okazali się bardzo użyteczni. Jeden z nich przywlókł wirus jakiejś paskudnej choroby, która w zasadzie już nie istnieje. Upośledzała ona właśnie funkcje płata czołowego mózgu. Wszyscy, którzy mieli kontakt z tym człowiekiem zostali zarażeni i trzeba było im podać odpowiednie antyciała, by ich wyleczyć. Jedynym, który nie zapadł na tę chorobę był Mag. Nigdy nie skarżył się na żadne dolegliwości związane z tą chorobą. Nie zaobserwowałam także, by zaczął w cokolwiek wierzyć. Wniosek nasuwa się sam.
    - Niech i tak będzie, - rzekł Khan. - Ale, czy to czasem nie prowadzi nas do wniosku, że Ziemia będzie celem ataku biologicznego? Anioły wcale nie chcą zniszczyć Ziemian, tylko ich ogłupić, żeby chodzili na ich postronku jak barany. Tak jak za czasów Średniowiecza.
    - Przyznać trzeba, że jeśli masz rację, - wtrącił Mag, - to Niccolo Machiavelli, to niegroźny intrygant przy Aniołach. Rekapitulując naszą wiedzę, skłaniam się do wniosku, iż miażdżąca przewaga Aniołów, które ukradły nasze okręty z Zaxor raczej nie ma służyć inwazji na Ziemię a stanowi jedynie element mistyfikacji mającej odwrócić naszą uwagę od tego, co faktycznie planują. Jeśli z pomocą Gildii na Ziemi zostanie uwolniony wirus, to jeszcze nie oznacza, że wszyscy staną się fanatykami. Do tego potrzebna będzie jeszcze indoktrynacja religijna zainfekowanych a to jest program na dłuższy czas, nie na jeden dzień.
    - Musimy się jakoś dowiedzieć czy mamy rację czy nie, - dodała Samira.
    - Chyba już wiemy. Nie trzeba nic sprawdzać. Maximus powiedział, że mój sygnet ma odblokować zasobniki. Teraz jest już jasne, co knują. Musimy wymyślić taki plan, który do ostatniej chwili będzie po myśli Aniołów, jednak zniweczy ich zamierzenia w ostatniej chwili.
    Ulf pojawił się nagle przy drzwiach wejściowych do chatki.
    - Mam ciekawe informacje. Wyciągnąłem je od Mike’a. Według nich Anioły opuściły wszystkie swoje siedliska i udały się do „strefy przejściowej”. To jest miejsce, z którego mogą sterować układem czarnych dziur. Wszystkie działania wokół Ziemi i na Zaxor, to tylko kamuflaż dla prawdziwej operacji odesłania Arki Przymierza do Stwórcy.
    - A gdzie ten Stwórca jest według Mike’a? - Khan spytał zaciekawiony. - Poza tym Wszechświatem?
    - Gdzieś między Światami jest obszar, gdzie Stwórca rezyduje i oczekuje na zwrot swojej zaginionej własności. Ten, kto mu ją zwróci zyska prawdziwą nieśmiertelność. Mike wierzy, że sługi Aniołów również zyskają nieśmiertelność za wierność i poświęcenie. Taką obietnicę uzyskali ponoć od swoich Panów.
    - Wciąż ta sama bajka, - wtrąciła Samira. - Jak w Średniowieczu, tylko wtedy nie musieli się uciekać do jakichś wirusów. Ludzie byli tak ciemni, że ich to przekonywało a jeśli nie, to Święta Inkwizycja i palenie na stosie skutecznie przekonywały, że nie warto być nieprzekonanym.
    - Chcą, zatem wyekspediować Arkę do Nicości za pomocą czarnych dziur, - Khan podjął, - a wszelkie inne działania to tylko sztafaż, żeby nas czymś zająć. Muszą, więc wiedzieć, gdzie się znajduje Arka Przymierza. I pomyśleć, że miałem ją w rękach kilka dni temu. Teraz jest jasne, że ktoś z Gildii umożliwił jej kradzież z Ośrodka Archeologii Pozaziemskiej. Dobs jakoś dziwnie się tłumaczył, gdy z nim rozmawiałem o zniknięciu Artefaktu. Jakby kogoś osłaniał. Ciekawe, czy też jest funkcjonariuszem SS. Może wie coś więcej o obecnym miejscu pobytu Arki... Nie, jest za nisko w hierarchii, o ile w ogóle w niej jest. To ślepy trop.
    - Ponadto, - Ulf wreszcie uzyskał prawo głosu, - ustawiłem wszystkich tak, że gdy Anioły będą się z nimi komunikowały, nastąpi „przekierowanie” myśli do mnie. Będę mógł wpływać na to, co mówią. Muszę tylko ich monitorować co jakiś czas. Trójkę, która posiadała komunikatory oddzieliłem od reszty i osadziłem w pojedynczych celach, by nie mogli się ze sobą komunikować.
    - Doskonale Ulf, - Mag był zadowolony z dotychczasowych działań. - Czy u naszych załóg na orbicie wszystko w porządku?
    - Jeszcze nie miałem czasu sprawdzić, - Ulf się usprawiedliwił. - Miałem dużo innych zajęć. Zaraz doglądnę naszej trzódki.
    Ulf sięgnął po kolejny kawałek mięsa leżący na stole, ruchem ręki pozdrowił Żarłoka i Uziego, i zniknął.
    - Ulf jest chyba najpracowitszym człowiekiem w tej części kosmosu. Wszystko ma pod kontrolą i nigdy nie zawodzi. Wykonał kawał dobrej roboty ze zdrajcami, - Mag był wdzięczny losowi za takiego adiutanta. - Żarłoku, czy mógłbyś spróbować zlokalizować wirusy na Ziemi? Pewnie jest ich tam więcej niż na Zaxor. Samira ma próbkę, to może da się wyodrębnić Ślad i z jego pomocą odszukać broń biologiczną Aniołów.
    - Khan, udamy się na Ziemię i zneutralizujemy zarażone szczyty władzy. Pomyśl nad obsadą wakujących stanowisk, bo trochę ich przybędzie.
    - Przepytamy od razu odizolowanych. Może jeszcze czegoś się dowiemy, - Khan uśmiechnął się tajemniczo.
  • #38
    yego666
    Specjalista PLD
    ============== Odcinek 20 ================

    ZMIANA

    Yaah nerwowo spoglądał na ogromny ekran pokrywający ściany i sklepienie Centrum Sterowania.
    - Nie cierpię, gdy w ostatniej chwili trzeba zmieniać plany, - pomyślał. - „Kazał Pan, musiał Sam”. Na nikim nie można polegać. Gdybym ich wszystkich nie trzymał za mordy, dawno by się pozagryzali. Skaczą sobie do gardeł przy lada okazji, gorzej niż Śmiertelni.
    - Kto odpowiada za flotę? - Ryknął na cały głos aż wszyscy obecni skulili się ze strachu. - Łeb mu ukręcę za skrajną niekompetencję i zaniedbania.
    Powoli, gnąc się w ukłonach do tronu zbliżył się Zeyoos, - rosły barczysty, typ przywódcy. Zgięty w pół nie wyglądał groźnie. Przed tronem padł na twarz i nie śmiał spojrzeć na swojego władcę.
    - Panie, - odezwał się drżącym głosem, - jestem winien. Ukaż mnie za nadmierną ufność w naukę Śmiertelnych. To ich wina, że systemy uzbrojenia działają jak obłąkane. Doglądałem osobiście szkolenia załóg i studiowałem plany okrętów, jednak wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Śmiertelni nawet na mękach klną się, że o niczym nie wiedzieli. Żaden z nich nie jest w stanie wyeliminować błędu.
    - Zamknij się skamlący psie! - Yaah rozkazał gromkim głosem. - Dobrze, że mam kogoś na Twoje miejsce. On nigdy mnie nie zawiódł. Ile Ty masz lat, że działasz jak bezrozumny gówniarz, dwadzieścia czy dwadzieścia tysięcy? Nie mogę tolerować takich nieudaczników jak Ty.
    W dłoni Yaaha lśnił złoty trójząb. Małe błyskawice przeskakiwały pomiędzy jego ostrymi jak brzytwy zębami. Zeyoos obserwował z coraz większym przerażeniem jak błyskawice rosły. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza. Yaah nie marnuje energii na gniew, jeśli nie ma zamiaru go na kimś wyładować.
    Władca jeszcze chwilę rozkoszował się przerażeniem panującym w Centrum, by nagle wymierzyć trójząb w leżącego na podłodze nieszczęśnika. Błyskawice przybrały na sile jonizując powietrze wokół. W Centrum czuć było zapach ozonu, - nieomylny znak gniewu Władcy.
    - Zawiodłeś mnie już raz. Klęska z układu Myog nie może się powtórzyć, - Yaah ryknął i z furią wbił trójząb w kark leżącego nieszczęśnika.
    Chrzęst łamanych kręgów szyjnych rozniósł się po pomieszczeniu. Zeyoos zawył z bólu i złapał trójząb oburącz wyrywając go ze swojego karku. Krew trysnęła na podłogę i twarze mimowolnych świadków jego agonii. Yaah pociągnął trójząb do siebie wytrącając Zeyoosa z równowagi, by błyskawicznym ciosem rozpłatać mu gardło zanim ciało ofiary dotknęło podłogi. Zeyoos wił się w agonii usiłując złapać ostatni oddech. Z trójzębu wystrzeliły różnokolorowe błyskawice dosięgając jego skulonego ciała. Swąd palonej skóry i piór rozchodził się szybko. Wentylatory pracowały z pełną mocą wymieniając nieustannie powietrze w Centrum. Yaah zamknął oczy w niemej ekstazie. Wysysał siły witalne z konającego. Jego twarz nabrzmiała siłą i emanowała nadprzyrodzonym blaskiem. Po chwili ciało na podłodze stanęło w płomieniach. Błyskawice wraz z ogniem spopieliły zwłoki doszczętnie. Po dumnym niegdyś dowódcy, budzącym strach wśród podwładnych pozostała jedynie kupka popiołu. Nikt nie śmiał zakłócić misterium gniewu żadnym dźwiękiem. Wszyscy patrzyli w osłupieniu, jak wielkość zamienia się w proch.
    - „Sic Transit Gloria Mundi”, - Yaah rzucił z pogardą w kierunku dogasającej kupki prochu. - Usunąć stąd to ścierwo. Nie chcę go już widzieć, - Yaah rozkazał, wskazując kupkę popiołu u swoich stóp. - Wezwać Ferrusa. Natychmiast! - Zagrzmiał na straż wciąż niemogącą oderwać oczu od miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą był ich zwierzchnik.
    Powoli zgromadzeni otrząsnęli się z osłupienia i w milczeniu powrócili do swoich zajęć. Piękna Anielica zbliżyła się do Władcy i patrząc mu w oczy zmiotła śmieci spod jego stóp. Yaah uśmiechnął się łaskawie i skinął swoją wielką głową ozdobioną koroną wysadzaną szlachetnymi kamieniami. Dziewka wiedziała, co to znaczy i delikatny uśmiech rozświetlił jej twarz, czyniąc ją, jeszcze bardziej ponętną. Oddaliła się powoli spoglądając przez ramię w kierunku swojego Pana.
    Ferrus odziany w powłóczystą togę, zdobną w ogniste motywy, powoli zbliżył się do tronu.
    - Wzywałeś mnie Panie? - Spytał niskim, ciepłym głosem.
    - Ty nigdy nie zawodzisz Ferrusie. Żeby wszyscy tacy byli, to wciąż nasza rasa władałaby Ziemią i Śmiertelnymi, zamiast tułać się po wrogim kosmosie. Jak wiesz ukochany Zeyoos właśnie nas opuścił, by się udać do Nieba, - Yaah ryknął gromkim śmiechem aż lżejsze przedmioty pospadały na podłogę. - Lubię dobre żarty.
    Wszyscy w Centrum, za wyjątkiem Ferrusa, śmiali się z dowcipu aż władca nie nakazał milczenia gestem zniecierpliwienia.
    - Wstrętne lizusy. Gdybym nie dzielił z nimi genów, zmiótłbym ich wszystkich w niebyt, - Yaah nie krył nienawiści do swoich pobratymców. - Spójrz Ferrusie, co się stało z dumną rasą Bogów. Uległa degrengoladzie. Dekadencja minionych tysiącleci i całkowite nieróbstwo, zamieniły ich w nędzne namiastki ich wspaniałych przodków. Myśleli, że będą zasiadać na Olimpie po wsze czasy. Tylko my dwaj pozostaliśmy ze starej gwardii, by niańczyć te przerośnięte dzieci. Co za upadek. Teraz musimy zapewnić im przetrwanie, bo sami nie potrafią opanować nawet tabliczki mnożenia. Męczy mnie to ciągłe bycie Bogiem. Kiedyś zamienialiśmy się rolami, pamiętasz? W Grecji bywałem Dionizosem, albo Hermesem a Ty Hadesem, albo Resheph, albo też Szatanem. Z tymi tu, nie da się już tak bawić.
    - W układzie Myog straciliśmy prawie całą starszyznę, - dodał Ferrus. - Nawet nieśmiertelność ma swoje granice. Chyba o tym zapomnieliśmy i ponieśliśmy straszliwą klęskę. Nasza ostatnia szansa to te cztery czarne dziury. Nie możemy tego spaprać. Jeśli nam się powiedzie, ustabilizujemy cały Wszechświat i odzyskamy władzę nad rasą Śmiertelnych. Osobiście nadzorowałem prace nad wirusem i rozlokowaniem zasobników na Ziemi i Zaxor.
    - W tym cała nadzieja, że dobrze wykonałeś swoje zadanie. Sprawdź teraz, co się da zrobić z wadą uzbrojenia na naszych okrętach w Układzie Słonecznym. Może uda Ci się przywrócić ich sprawność, choć nie bardzo na to liczę. Być może Śmiertelni wraz z Dengami przewidzieli nasz ruch i błędy konstrukcyjne są zamierzone... Wolałbym jednak wierzyć, że to przypadek. Czas pokaże. Rozejrzyj się trochę, Ferrusie a ja mam jeszcze kilka pilnych spraw do załatwienia.
    Ferrus skłonił się nieznacznie i wolnym krokiem opuścił centrum.
    - Tak wiem, co masz do załatwienia, - myślał Ferrus. - Widziałem ją, gdy wychodziła. Gust masz niezgorszy, mimo podeszłego wieku. Też bym chętnie załatwił z nią parę spraw. Baw się póki żyjesz. Gdy już Cię pozbawię tego brzemienia, chętnie się zajmę Twoimi „zabawkami”. I pomyśleć, że Śmiertelni myślą, że jesteśmy bezpłciowi. Cóż za niedorzeczność! Nie móc płodzić potomków, to nie to samo, co nie posiadać płci.
    - Ja, w odróżnieniu od Ciebie drogi Yaah, cenię i Śmiertelnych i naszych. Każdy ma swoje miejsce i powinien je znać. To za Twoich rządów rasa Aniołów tak się stoczyła, więc czemu obarczasz innych odpowiedzialnością, za swoje własne błędy? Nadęty megaloman. Twój koniec jest już bliski. Skoro czekałem na to ponad dziesięć tysięcy lat, jeszcze kilka dni nie zrobi mi różnicy, - Ferrus zaśmiał się przewrotnie w duchu. - O wirusie wiesz, ale nie wiesz, co wymyśliłem przy okazji. Będziesz bardzo zdziwiony, słowo.
    Ferrus udał się niezwłocznie do części technicznej, gdzie trzydzieści najlepszych załóg czekało w gotowości na sygnał do objęcia okrętów. Na razie tylko kilkuosobowe załogi zostały oddelegowane do sprawdzenia stanu technicznego zdobytych jednostek. Dengowie sprawili się zapewne dobrze, ale Śmiertelni coś pokręcili, że uzbrojenie źle działa. Z tym sobie raczej nie poradzimy bez pomocy. Niestety, nie ma kogo spytać o radę. Ekrany pokazywały parametry pola transferu w ognisku liniowego układu czarnych dziur. Rotacja i wektory przemieszczeń były w normie. Setka gwiazd neutronowych krążyła po eliptycznych trajektoriach, stabilizując odchylenia wywołane fluktuacjami pola grawitacyjnego. Ich materia nieustannie wsysana przez czarne dziury świeciła wszystkimi kolorami prawdziwej tęczy. Anioły widziały promieniowanie od głębokiej podczerwieni poprzez całe spektrum światła widzialnego aż po promienie X i gamma. Ich doznania wizualne były o wiele bogatsze od ludzkich.
    - Maximus to genialny astrofizyk, - Ferrus przyznał w duchu. - Tak to wymyślił, że wystarczy malutki holownik, by w ciągu kilku godzin zmienić trajektorie wszystkich czarnych dziur w układzie. Z łatwością wystrzelimy tym Arkę poza granice Nicości i nigdy już nic nie zakłóci stabilności Wszechświata, naszego Wszechświata. Cały wielki kosmos bez Dengów i innych niekomutatywnych ras, i tylko trzy normalne wymiary dla nas na wyłączność. Czas przestanie się liczyć, skoro nie będzie miał końca. Gdyby tak udało się dogadać ze Śmiertelnymi. Świat jest tak wielki, że miejsca wystarczyłoby dla wszystkich. Zamiast ich zwalczać i niewolić, moglibyśmy współpracować i żyć wiecznie. Rządy Yaah’a doprowadziły do tego, że Śmiertelni nas nienawidzą. Żyliśmy ich kosztem przez tysiące lat i pozwalaliśmy im się wzajemnie mordować i krzywdzić w imię idei i bogów, których dla nich wymyślaliśmy, nierzadko dla rozrywki. Trudno się dziwić, że kiedy nas prześcignęli w rozwoju, odkryli podstęp i chcieli się uwolnić. Sam też tak bym zareagował. Wtrąciłbym wszystkich ciemiężców prosto do piekła, które zresztą sam dla Śmiertelnych wymyśliłem kilka tysięcy lat temu. Yaah zawsze był pyszny i nie mógł znieść myśli, że nasi gorsi bracia nas przerośli. Jedyne, na co było go stać, to bezmyślna furia, tak jak w stosunku do Zeyoosa. Mamy przez niego tylko kłopoty. Swoją głupotą doprowadzi do zagłady całej rasy Aniołów. Właściwie to już doprowadził. Te niewydarzone stworzenia, które się tu kręcą nie są nawet zdolne do telepatii, że o teleportacji już nie wspomnę. Czystki po klęsce, Myog pozbawiły nas resztek „starej” rasy. Jeszcze tylko Hera, Aurora, Aashlokh, Yaah i parę setek pomniejszych Aniołów pozostało przy życiu. Reszta, to nowe klony bez historii, umiejętności ani jakiejkolwiek wartości. Od czasu klęski Myog produkcja szła pełną parą, ale są jeszcze gorsi niż poprzedni miot. Szkodliwe mutacje powodują, że co dziesiąty nadaje się do życia. Gdybyśmy zawarli układ ze Śmiertelnymi, sytuacja zmieniłaby się diametralnie. Ich genetyka mogłaby przywrócić nam płodność i szlachetność, którą się szczyciliśmy jeszcze w czasach, gdy byłem mały.
    - Główny! - Ferrus zawołał donośnym głosem. - Gdzie znajduje się jednostka desantowa Eol-2?
    Młody oficer podbiegł i skłonił się nisko.
    - W hangarze numer pięć, Panie. Wymieniają wadliwe deflektory głównego strumienia ciągu. Będzie gotowa za godzinę.
    - Powiadomcie mnie, gdy będzie sprawna, - Ferrus nakazał głównemu oficerowi.
    - Centrum to ogromna konstrukcja, w której jest wszystko, czego potrzeba do życia i przeprowadzenia najważniejszej misji w dziejach Świata, - pomyślał Ferrus. - Historyczny moment wymaga jednak właściwej oprawy. Niewłaściwe towarzystwo może zepsuć całą przyjemność.
    Jadąc kolejnymi windami i ruchomymi chodnikami rozmyślał o tym, co ma nastąpić już wkrótce. Po dziesięciu minutach dotarł do strefy mieszkalnej. Skierował się wprost do dzielnicy wyższych szarż. Apartament Hery znajdował się zaraz za zakrętem. Ferrus popchnął delikatnie drzwi, które poddały się bez sprzeciwu. Wolno przekroczył próg i wszedł do obszernego salonu. Pod ścianą stała szafa i toaletka z trójskrzydłowym zwierciadłem. Środek zajmował stół, na którym stał wazon. Niestety kwiatów w nim nie było ze zrozumiałych względów. Ferrus skierował się do saloniku, w którym świeciło się światło. Na szerokim łożu leżała Anielica nosząca ślady dawno minionej urody. W powietrzu unosił się swąd jakiegoś ziela i alkoholu. Usiadł na brzegu łoża i poklepał leżącą po twarzy.
    - Nie czas spać, kiedy ważne rzeczy się dzieją, - rzekł cicho.
    - Odejdź, jeśli nie masz butelki Ambrozji. Za butelkę nawet zatańczę nago, - Anielica zaciągnęła sznaps barytonem.
    Ferrus klepnął ją po twarzy wierzchem dłoni trochę mocniej niż za pierwszym razem.
    - Jak śmiesz psie! - Anielica usiadła i powiodła po pokoju nieprzytomnym wzrokiem. - Aaa, to ty Lucek. Co Cię sprowadza do takiej nędznej istoty?
    - Yaah właśnie się wybiera do Aurory z wizytą. Musisz jej dać cykutę. To nasza ostatnia szansa na zgładzenie hegemona. Ogarnij się. Wyglądasz, jak po suto zakrapianej orgii.
    - Marzenie ściętej głowy. A kto by chciał taką starą babę, jak ja. Chyba tylko do straszenia niegrzecznych bachorów. Od kiedy popadłam w niełaskę, nawet na dobre towarzystwo nie mogę liczyć.
    - Ja właśnie w tej sprawie. Jeśli się pospieszymy, będziesz miała znów tłumy wielbicieli i ukochane orgie. A teraz wstawaj, bo resztę życia spędzisz samotnie z butelką w ręku.
    Słowa Ferrusa chyba wreszcie dotarły, bo Anielica skupiła na nim swój rozchwiany wzrok i przesunęła się na brzeg łoża.
    - Aurora, powiadasz... Winna mi jest przysługę. Kiedyś, gdy była Afrodytą na Olimpie, ten wstrętny Zeyoos dybał na jej wdzięki. Nie mogła się od niego opędzić. Wyratowałam biedaczkę z opresji, podając Zeyoosowi ziele na przeczyszczenie. Biedak przez trzy dni siedział w domku z serduszkiem. Potem o niej chyba zapomniał, bo zajął się jakąś Śmiertelniczką. Yaah to też nie jest wymarzony kochanek. Słyszałam to i owo na temat jego... No wiesz. Żałosne, - Hera zaśmiała się z pogardą. I w dodatku brak mu elementarnej ogłady. Zobaczę, co da się zrobić.
    Szybko wstała i zataczając się podążyła do toalety. Po pięciu minutach wyszła zupełnie odmieniona. Piękna, atrakcyjna i czarująca. Oczy jej błyszczały a włosy lśniły szczerym złotem. Nawet odór alkoholu gdzieś zniknął.
    - Jestem oczarowany, - rzekł Ferrus z nieukrywanym podziwem.
    - Grecy znali się na ziołach. Mam jeszcze słoiczek ich mikstury odmładzającej z czasów Homera. Dawaj tę cykutę. Nie ma czasu do stracenia.
    Ferrus wyjął z wewnętrznej kieszeni togi dwie fiolki. Białą i niebieską.
    - Ta biała to cykuta. Wystarczy kilka kropel na dzban wina i powali nawet słonia. Tę niebieską niech Aurora sama wypije. To antidotum. Nawet, jeśli wypije potem wiadro cykuty, to jej nie zaszkodzi. A teraz idź i nie pomyl mikstur.
    - Za kogo ty mnie masz diable jeden. Nie jestem aż taka stara, żeby mi się kolory myliły. Niebieska to cykuta...
    - Biała! - Ferrus wrzasnął za wychodzącą Herą. - Chyba mi rogi odpadną, jeśli czegoś nie pomyli. Ale sobie zabójczynię znalazłem!
    Poszedł szybkim krokiem za Anielicą. Pod togą ściskał trzonek topora plazmowego, który wziął ze sobą na wypadek kłopotów. Po kilku minutach Anielica zniknęła za drzwiami obskurnej kwatery. Ferrus skrył się za szerokim filarem po przeciwnej stronie pasażu. Czas mu się dłużył niemiłosiernie. Nagle w oddali spostrzegł dobrze mu znaną postać. Yaah szedł dziarskim krokiem po nową zdobycz. W ręku trzymał swój nieodłączny trójząb. W drugiej ręce niósł sporą butlę jakiegoś wina. Kwiaty nie były w jego stylu. Na szczęście w tym samym momencie Hera ukazała się w drzwiach kwatery. Szybko dołączyła do Ferrusa i razem patrzyli zza filaru, co się stanie. Yaah pewnym krokiem zbliżał się do drzwi, z których wyszła Hera. Zatrzymał się przed nimi. Splunął na rękę i przylizał swoje zmierzwione włosy. Następnie bez pukania pchnął drzwi i wszedł do kwatery.
    - Dałaś? - Ferrus zapytał szeptem.
    - Tak, ale postawiła warunek. Aurora chce zostać władczynią Zaxor. Dziewczyna z aspiracjami.
    - Dałaś jej tę posadę?
    - A co miałam zrobić?!
    Czekali prawie kwadrans za filarem. O tej porze niewielu przechodniów kręciło się po pasażu. Nagle drzwi się otwarły i wytoczył się z nich Yaah trzymając się za gardło. Przekrwione oczy były dwa razy większe niż normalnie.
    - Ty parszywa dziwko! - Wrzasnął ochrypłym głosem. - Otruć mnie chciała suka wredna! Ja Ci pokażę, kark Ci skręcę!
    Ferrus mocniej ścisnął swój topór w dłoni i powoli wyszedł zza filaru, za którym się dotąd ukrywał. Postąpił dwa kroki w kierunku wrzeszczącego Yaaha. Kilku ludzi zatrzymało się rozpoznając miotającą się postać, by czym prędzej czmychnąć jak najdalej od tego nieobliczalnego psychopaty. W niektórych otworach okiennych ukazały się twarze gapiów ciekawych dalszego rozwoju wypadków. Yaah zauważył Ferrusa i postąpił krok w jego kierunku. Zatrzymał się i rozejrzał się wokoło. Ferrus wyciągnął swój topór plazmowy spod togi i natychmiast go włączył. Z górnej części ozdobnego trzonka buchnęły strumienie plazmy formując szerokie, podwójne ostrze. Mężczyźni byli tej samej postury. Stali przez chwilę i mierzyli się wzrokiem.
    - To twoja sprawka, zdrajco. Powinienem był Ciebie zabić a nie Zeyoosa. Gdzie mój trójząb?!
    W otwartych drzwiach ukazała się filigranowa postać Aurory. Twarz miała zakrwawioną a włosy potargane. Wyglądała jakby właśnie wpadła pod stado bawołów. Ferrusowi zrobiło się żal nieszczęsnej istoty. Yaah ruszył w jej kierunku z ustami wykrzywionymi piekącym bólem. Dziewczyna jednak nie cofnęła się ani o krok. Wręcz przeciwnie, postąpiła naprzód. Nagle zza pleców dobyła trójząb należący do Yaaha. Na jej twarzy pojawił się wyraz furii. Zamachnęła się trójzębem z całej siły i uderzyła. Twarz niedoszłego kochanka zalała się krwią. Anielica wyglądała, jakby w nią wstąpił demon zniszczenia. Okrążyła broczącego krwią olbrzyma, który nic nie widział poprzez krew zalewającą mu oczy. Potężny cios trójzębu dosięgnął jego odsłoniętego karku. Na jego szczęście trójząb trafił na szeroki złoty łańcuch, który nosił na szyi. Yaah błyskawicznie się obrócił i złapał za trzonek trójzębu wyrywając go z rąk przeciwniczki. Anielica nie była przygotowana na to. Impet, z jakim wściekły Yaah odebrał jej oręż odrzucił ją o dziesięć kroków w tył. Otrząsnąwszy się z krwi zalewającej mu oczy dostrzegł Ferrusa. Bez chwili wahania ruszył w jego kierunku, wściekle wywijając trójzębem. Topór plazmowy wydawał cichy pomruk i mrugał niczym płomień świecy. Ferrus również ruszył w kierunku wroga. Trójząb ciął ze świstem powietrze, tuż za jego uchem. Topór wykonał pełny zamach i z potężnym jęknięciem uderzył w trzonek trójzębu. Przeciwnicy okrążali się powoli, szukając dogodnego miejsca do zadania ciosu. Pierwszy uderzył Yaah mierząc w szyję, jednak przeciwnik uchylił się i przyklęknął, jednocześnie biorąc szeroki zamach, by zadać Władcy cios. Topór ciął na wysokości żeber, wchodząc pomiędzy nie, jak w masło. Krew z rozerwanej tętnicy bryznęła na posadzkę. Yaah zatoczył się wprost na filar, za którym wciąż kryła się Hera. Ferrus nie czekając aż przeciwnik odzyska równowagę zamierzył się toporem ponownie i wykonawszy pełny obrót wokół własnej osi odrąbał Yaahowi prawą rękę, w której trzymał swój trójząb. Hegemon odwrócił się twarzą do napastnika unosząc w górę kikut odciętej ręki, jakby chciał zadać cios trójzębem, jednak przedramię wraz z orężem już nie było mu posłuszne, gdyż właśnie dotknęło posadzki z dala od dotychczasowego właściciela. Kolejny cios, spadł z zupełnie niespodziewanej strony. Hera wyszła zza swojego filaru i z całej siły wbiła obcas swojego buta w lewe oko władcy Aniołów tak głęboko, że z pewnością uszkodził mózg. Dysząc z wściekłości Hera zdjęła drugi but, jednak nie zdążyła zadać ostatecznego ciosu, gdyż Ferrus ją odsunął brutalnie chroniąc przed ciosem szerokiego noża, który Yaah wydobył zza pasa jedyną ręką, która mu pozostała. Prawie kosztowało go to życie, gdyż nóż musnął jego szyję. Cienka strużka krwi popłynęła z rany. Ferrus machinalnie odstąpił od przeciwnika. Wzniósł topór, by zadać ostateczny cios, lecz w tej samej chwili Aurora wbiła trójząb prosto w serce Yaaha. Były władca Aniołów osunął się bezwładnie na posadzkę. Krew wypływała ze wszystkich ran tyrana. Po chwili zacharczał wydając ostatnie tchnienie i odszedł w zaświaty. Ferrus otarł krew sączącą się z rany i podszedł do Aurory, która wciąż patrzyła na swoje dzieło nie wierząc, że tyran wreszcie nie żyje. Pozwolił jej napawać się tym widokiem, tym bardziej, że to właśnie ona zadała pierwszy i ostatni cios. Podziwiał szczerze odwagę i determinację tej wątłej istoty. Hera wyjęła haftowaną chusteczkę i otarła zakrwawioną twarz Aurory, i poprowadziła ją do ławeczki pod ścianą jednego z domostw. Obie usiadły i milczały. Anioły nie miały irytującego zwyczaju płakania z byle powodu, więc milczenie wydawało się właściwą formą uczczenia zwycięstwa. Powoli wokół zaczął gromadzić się tłum gapiów. Z niedowierzaniem pokazywali palcami nieżywego Yaaha, - zmorę wszystkich Aniołów. Nie było chyba nikogo, kto by go żałował. Wszystkim zalazł za skórę przez wiele tysięcy lat swoich rządów.
    Gapie, którzy widzieli całe zajście od początku, teraz opowiadali wydarzenia z najdrobniejszymi detalami. Co jakiś czas padały okrzyki grozy lub podziwu. Ferrus wyszarpnął trójząb z piersi martwego władcy. Odwracał się w kierunku tłumu gapiów, gdy kątem oka dostrzegł, że niemożliwe właśnie się działo na oczach wszystkich. Nieżywy dotąd władca poderwał się nagle z podłogi, na której dotąd leżał jak worek kartofli. Wyrwał zakrwawiony but Hery ze swojego oczodołu i postąpił krok w kierunku Ferrusa zamierzając się jedyną bronią, jaką miał do dyspozycji. Ferrus nie zdążył się uchylić przed ciosem buta i poczuł jak obcas wbija się głęboko w jego bark. Tracąc świadomość, zdążył jeszcze wymierzyć trójzębem potężny cios, który pozbawił władcę głowy. Wielki czerep upadł na podłogę i powoli potoczył się wprost pod nogi Aurory. Aurora spojrzała na przerażająco wykrzywione usta, zastygłe w ostatnim wyrazie bezsilnej furii. Z odrazą podniosła jednak głowę za pozlepiane krwią włosy do góry, pokazując tłumowi, że sprawiedliwość właśnie się dokonała. Tłum, który przed chwilą zamarł z grozy, zawył z radości i ruszył w kierunku trójki bohaterów. Ferrus upadł na posadzkę i stracił świadomość.

    ZDRAJCY

    Mag z Khanem zmaterializowali się w hallu apartamentu drugiego zastępcy Konsula Floty. W odróżnieniu od szefa, niektórzy jego podwładni lubili przepych i wygody. Werner do nich należał i nie krył się ze swoją zamożnością. Nikt nigdy nie złapał go na malwersacjach finansowych, ale było zagadką, skąd skromny funkcjonariusz Gildii miał na to wszystko środki. Apanaże prokonsula nie były wielkie, choć przewyższały dochody przeciętnego mieszkańca Ziemi. Ściany hallu wyłożone były obrazami sławnych artystów Średniowiecza. Mag rozpoznał Van Gogha, Rubensa, Memlinga i paru pomniejszych artystów. Był tam również jakiś bohomaz pędzla Picassa. Nie wiadomo, co przedstawiał, ale wszystkie snoby twierdziły zgodnie, że jest piękny i bardzo poruszający. Dalej po obu stronach wejścia do salonu stały dwie zbroje średniowiecznych rycerzy ozdobione złotymi krzyżami wielkości przedramienia. Khan wyczuł obecność dwóch osób w apartamencie. Obaj zdecydowali, że niewidzialność przyda im się w tej chwili. Może uda się usłyszeć coś interesującego.
    - Mag, - pomyślał Khan. - Jak właściwie działa niewidzialność? Przecież nawet najdoskonalszy kamuflaż zdradzi Twoją obecność, jeśli stoisz przed czyimś nosem. Na brzegach powłok kamuflujących zawsze występuje zjawisko dyspersji światła i obiekt, mimo iż niewidoczny, otoczony jest delikatną tęczą. Maximus nie dostrzegł nas, mimo, iż staliśmy tuż przy nim.
    - Żarłok mi to wytłumaczył. To bardzo proste. Jeśli przeskoczysz w czasie do przeszłości choćby o milisekundę, będziesz widział i słyszał wszystko takim, jakim było jedną tysiączną część sekundy wcześniej. Obserwowany nie będzie Cię widział, gdyż w jego rzeczywistości pojawisz się dopiero za milisekundę, ale on również przesunie się o taki sam kwant czasu do przodu, więc wyścig nigdy się nie zakończy. Zawsze będziesz o krok za nim. Jeśli obaj cofniemy się o dokładnie taki sam odcinek czasu, to będziemy się widzieć nawzajem, ale tylko wtedy, gdy będzie to dokładnie takie samo opóźnienie. W praktyce, jeśli przeskakujemy w czasie niezależnie, nigdy się nie będziemy widzieć, chyba, że jeden przenosi w czasie siebie i tego drugiego, tak jak to zrobiłem przed chwilą. Wtedy zachowujemy synchronizację i nie pukniemy się głowami. Czas w odróżnieniu od energii nie jest skwantowany, stąd synchronizacja musi być absolutnie precyzyjna.
    - Myślałem, że to jakiś odmienny mechanizm. Nigdy bym nie przypuścił, że tak się realizuje niewidzialność.
    Skradając się wzdłuż ściany, Khan nie zauważył kryształowego wazonu, który stał przy ścianie i zahaczył o niego rękawem. Kątem oka ujrzał jak wazon powoli zsuwa się na podłogę i z hukiem rozbija na drobne kawałeczki, uderzając całym swoim ciężarem o podłogę. Skulił się odruchowo spodziewając się, że mężczyźni natychmiast go zobaczą, lecz ku jego zdziwieniu nic takiego nie nastąpiło. Mag roześmiał się głośno, widząc przerażenie brata.
    - Spokojnie, - rzekł. - Rozbity wazon będzie ścigał ich teraźniejszość, ale nigdy jej nie dogoni. Możesz hałasować ile tylko chcesz. I tak Cię nie usłyszą.
    Khan rozejrzał się niepewnie, ale sens wywodu najwidoczniej do niego dotarł, gdyż rozluźnił się i nie kryjąc się, wyszedł spod ściany na środek hallu. Po chwili bracia weszli do wielkiego salonu. Ściany były obite kurdybanami i matami przedstawiającymi różne sceny batalistyczne i motywy roślinne. Z sufitu zwisał ogromny żyrandol z kryształowymi wisiorami. Z pomieszczenia obok dobiegały dźwięki przyciszonej rozmowy. Nie troszcząc się już o zachowanie dyskrecji, bracia stanęli w progu pomieszczenia i słuchali. Werner siedział w fotelu ze szklaneczką Whisky w dłoni, podczas gdy jego rozmówca wyglądał przez okno z widokiem na odległy las. Mężczyzna był odwrócony do nich plecami.
    - Ciekaw jestem jak wygląda Niebo..., - Powiedział mężczyzna. - To musi być wspaniałe miejsce.
    - Z pewnością rożni się od Ziemi, - Werner się roześmiał. - Nie ma tam nienawiści ani nieustannych walk o władzę i wpływy. Jest jeden dobry, wszechmocny władca, który zapewnia wszystkim szczęście i sprawiedliwie nagradza lub karze wiernych za ich uczynki popełnione za życia. Czy sądzisz, że mogłoby być inaczej, Eryku?
    - Nie, ale zastanawia mnie, czemu teraz mamy komunikatory, przez które możemy rozmawiać z Aniołami. Technologicznie te urządzenia nie odbiegają od naszego poziomu wiedzy. Czy Niebo nie ma innych sposobów komunikowania się z wiernymi, na przykład przez objawienia, wizje czy jeszcze coś innego? Historia mówi, że kiedyś istniała taka forma komunikacji z niebiosami. Jeden naród w historii otrzymał nawet w darze specjalne narzędzie do rozmów ze swoim Panem. Mówię o Arce Przymierza.
    - To całkiem proste, przyjacielu. Wyobraź sobie reakcję ludzi, na przykład w Średniowieczu, gdyby otrzymali komunikatory dalece przewyższające ich wiedzę techniczną. Albo nie wiedzieliby jak używać takich urządzeń, albo też byliby przerażeni. Niebo w swojej wszechmądrości dostosowuje swoje sposoby oddziaływania do poziomu, na jakim mogą się porozumieć z wiernymi. Nie ma w tym nic dziwnego. A jeśli chodzi o Arkę, to obdarowani mieli jej strzec na polecenie Niebios. Jej funkcja jest zupełnie inna niż Ci się wydaje.
    - A skąd wiesz? - Eryk spytał zaciekawiony. - Przecież ona zaginęła kilka tysięcy lat temu i nikt nie wie, co się z nią stało.
    - W zasadzie masz rację, jednak i w tej kwestii nastąpił przełom. Za sprawą Niebios zostało nam ujawnione miejsce, gdzie Arka przebywała. I właśnie za sprawą Aniołów, to niewierny Konsul Khan odzyskał ją dla naszej sprawy.
    - Czyli, że mamy ten Święty Artefakt w swoim posiadaniu? - Eryk zapytał podniecony. - Gdzie on się znajduje? Czym właściwie jest? Czemu został nam powierzony?...
    Khan i Mag przysłuchiwali się rozmowie z rosnącym zainteresowaniem.
    - Po kolei. Nie wszystko na raz, - odrzekł Werner. - Obecnie Mistrz Wielkiej Kapituły, - Frank, sprawuje pieczę nad bezcennym artefaktem. Arka nie jest rodzajem radia do jakichkolwiek rozmów, tylko zawiera coś, co uczyni nasz Wszechświat wiecznym. Znasz zapewne teorię o Wielkim Wybuchu, ekspansji i ostatecznym kolapsie, który ma nastąpić za jakiś niewyobrażalnie długi czas. Póki życie ludzi było ograniczone przez wiek biologiczny, jakieś parę miliardów lat nie stanowiły dla nich sensownego odniesienia w rozważaniach dotyczących trwania we wszechświecie, który i tak opuszczą po krótkim życiu. Obecnie, gdy nasze życie przestało podlegać temu ograniczeniu, mamy wszelkie powody troszczyć się o los naszego domu, w którym żyjemy dzisiaj i będziemy również żyć za miliardy lat. Zmieniła się natomiast nasza perspektywa postrzegania doczesności, w związku z czym, jesteśmy żywo zainteresowani tym, by nasz Wszechświat był wieczny, o ile to możliwe. Szatan nieustannie knuje podstępnie, jak zniszczyć rodzaj ludzki i za jego sprawą Wszechświat na etapie tworzenia został skażony piętnem śmierci w ostatecznym kolapsie. Arka stworzona na polecenie Najwyższego zawiera czynnik, który zmieni ten stan rzeczy i zniweczy podły plan Szatana zapewniając nam wieczną stabilność. Ja jestem jedynie drugim z dwunastu Wysłanników Mistrza, więc również nie wiem wszystkiego, ale plotka szerząca się wśród Braci niesie, że Arka znajduje się w Ośrodku Archeologii Pozaziemskiej. Jeśli tak jest, to nikt nie będzie jej szukał w miejscu, z którego rzekomo zniknęła. Ty, jako Jedenasty nie posiadasz całościowego obrazu, ale wierz mi, że po zwycięstwie naszej sprawy będziemy pławić się w chwale i dostatku, o jakim Ci się nie śniło. Wierni zostaną nagrodzeni.
    - U Dobsa? - Oczy Khana powiększyły się ze zdziwienia. - No tak! Teraz wszystko jasne. Dobs zameldował o zniknięciu Artefaktu a tylko on miał dostęp do zabezpieczeń. Nie kazałem wtedy wdrożyć śledztwa w tej sprawie, bo inne rzeczy były pilniejsze. Jak widać spisek sięga głębiej niż się spodziewałem. Ale żeby Dobs był Wielkim Mistrzem? Czemu nie Protektor Maximus, - Mistrz Gildii?
    - Wygląda na to, że na Ziemi działają dwie struktury o niepokrywającej się hierarchii, - podjął Mag. - Każda ma swoją własną strukturę władzy. Wielka Kapituła wydaje się, zatem nadrzędną względem Rady Gildii. Trochę to skomplikowane i zagadkowe.
    - Teraz przynajmniej wiemy, gdzie jest Arka i kto tym wszystkim trzęsie, - przerwał Khan. - Oprócz Mistrza jest ich dwunastu. Dziesięciu już znam, ciekawe, kim są pozostali dwaj.
    - Co z tymi tutaj zrobimy? - Spytał Mag. - Nie wydaje się, by mogli samodzielnie cokolwiek przedsięwziąć bez polecenia Mistrza.
    - Możemy ich na razie zostawić w spokoju. Najważniejszy jest Dobs. To on kreci tą rebelią. Nie wiemy na pewno, kiedy mają pozbyć się Praprzyczyny, więc dobrze byłoby ją przejąć i ukryć.
    - Ciekawe, czy Żarłokowi udało się zlokalizować wirusy na Ziemi. Te na Ziemi nie muszą być wcale takie same jak te na Zaxor. Lepiej być ostrożnym, bo jak widać każdy wie coś innego, zależnie od miejsca w hierarchii a i tak nie mamy pewności czy plan Aniołów nie jest jeszcze inny. To przebiegłe bestie. Tyle tysięcy lat praktyki w zwodzeniu wiernych uczyniło z nich mistrzów suspensu.
    - Mamy już ponad sześćdziesiąt zasobników, - w głowach braci odezwał się głos Żarłoka. - Jeszcze trochę pozostało. Odkryliśmy też wielki magazyn z cysterną pełną tego świństwa. Pewnie stamtąd to rozprowadzali. Magazyn mieści się w starej części bazy w Jaur! Ulf zabierając cysternę musiał wysadzić kilka pomieszczeń pozorując wypadek. Czy nikt Khanowi nie donosił o zajściu?
    - Raczej nie. Świetna robota, - Khan pochwalił wysiłki Żarłoka. - Znajdźcie wszystkie wirusy. Nie wiemy, kiedy mają zostać odpalone. Ta historyjka o sygnecie nie musi być prawdziwa. Tu każdy wie, co innego, więc trudno osądzić, kto mówi prawdę. Namierzyliśmy szefa tej rebelii i być może miejsce, gdzie przechowują Arkę.
    - Ulf ma jakiś problem na orbicie, więc teraz sami będziemy odławiać pojemniki z wirusami, - powiedział Żarłok. - Mam dobre miejsce, gdzie możemy ukryć Arkę, gdy ją już znajdziecie.
    - Udamy się teraz do Ośrodka Archeologii Pozaziemskiej. Przetrząśniemy go od góry do dołu, - Khan odparł. - Damy znać, gdy coś znajdziemy.
  • #39
    yego666
    Specjalista PLD
    ============== Odcinek 21 ================

    PODWÓJNA GRA

    Bracia przeteleportowali się do podziemi Ośrodka Archeologii Pozaziemskiej, gdzie spodziewali się znaleźć Arkę. Korytarz, w którym się zmaterializowali znajdował się na najniższej kondygnacji Ośrodka. Khan był tu tylko raz przed wielu laty. Blade światło sączyło się ze starodawnych listew świetlnych biegnących wzdłuż ścian. Na końcu korytarza były ciężkie pancerne drzwi, zamykane na zwykły mechaniczny zamek. Masywne ściany przypominały starodawne bunkry, których wciąż jeszcze sporo pozostało na Ziemi po licznych konfliktach mających miejsce w przeszłości. Bez problemu przeniknęli przez drzwi i znaleźli się w ciemnym pomieszczeniu przypominającym loch. Czuć było zapach stęchlizny. Poza kilkoma skrzyniami zawierającymi nieoznakowane pojemniki różnych rozmiarów nie było tu nic, co by przypominało Artefakt.
    - To jedyne pomieszczenie, które przyszło mi do głowy, - rzekł Khan. - Może są tu jakieś tajne pomieszczenia, o których nie wiem. W końcu nie muszę wiedzieć wszystkiego, - usprawiedliwił się.
    Wrócili na korytarz by się zastanowić, co dalej robić.
    - A gdzie możemy znaleźć Dobsa? - Spytał Mag. - On na pewno wie, gdzie jest Arka.
    Khan przez chwilę się zastanawiał, co zrobić, gdy do jego świadomości dotarło przeczucie zagrożenia. Ignorował je, gdy się odezwało po raz pierwszy w jego podświadomości, lecz teraz stało się dużo silniejsze. Mag pchnął go w stronę ściany i w ułamek sekundy później powietrze przeszył promień światła mijając głowę Khana o milimetry. Wybuch za ich plecami wyrwał pancerne drzwi wraz z całą futryną. Odłamki betonu posypały się wokoło. Pył uniemożliwiał dojrzenie czegokolwiek. Mag upadł na betonową posadzkę obok Khana. Khan poderwał się błyskawicznie na równe nogi, jednocześnie sięgając po swoją lancę tachionową. W ułamku sekundy znalazł się przed dwoma uzbrojonymi w miotacze laserowe żołnierzami. Jeden z nich właśnie podnosił swój miotacz, by oddać strzał w kierunku zbliżającego się napastnika, gdy płonące ostrze lancy dosięgło jego gardła. Jeszcze nie zdążył się osunąć na posadzkę, gdy Khan obracając lancę wokół swojego pasa ciął drugiego żołnierza przez środek czaszki. Hełm rozpadł się na dwie części odsłaniając zwęglone wnętrze czaszki nieszczęśnika. Zanim Mag podbiegł, ciała obu napastników uderzyły o ziemię.
    - Czemu nas zaatakowali bez ostrzeżenia? - Mag spytał krztusząc się dymem po wybuchu.
    - Nie ma takiej procedury w Gildii. Najpierw się wzywa do poddania a następnie używa minimalnej mocy promienia by obezwładnić wroga, - odparł Khan. - Muszą tu mieć coś ważnego do ukrycia, skoro tak traktują gości. Możemy się spodziewać dalszych niespodzianek. Nie znam na tyle tego terenu, żeby ryzykować wteleportowanie się w ścianę, więc musimy posłużyć się tradycyjnymi metodami. Chodźmy poszukać Dobsa. To powinno nam zaoszczędzić szukania Artefaktu po omacku.
    Mag zabrał jednemu z martwych żołnierzy maczetę plazmową, tak na wszelki wypadek. Atak przywołał wspomnienia z czasów Wojny Ras. Był wtedy oficerem dowodzącym niewielkim oddziałem dywersyjnym. Od tamtych czasów śmierć z przyczyn innych niż naturalne była rzadkością. Jakaś część jego podświadomości podpowiadała mu, że to dopiero początek krwawych zajść. Mogli się teleportować oczywiście na wyższe poziomy, ale to nie byłoby honorowe. Żaden z nich nie rozważał takiej ewentualności. Obaj byli urodzonymi wojownikami z czasowym odroczeniem. Khan również poczuł dreszcz wspomnień wydarzeń z dawnych lat, gdy przed chwilą położył trupem dwóch napastników.
    - Dwa do zera, - Khan stwierdził lakonicznie.
    - Byłoby dwa do zera dla nich, gdybym Cię nie pchnął. Bardziej ufaj przeczuciom.
    - Nie wymądrzaj się, - Khan się obruszył. - Jesteś starszy zaledwie o dziesięć minut i chcesz mnie pouczać? Faktycznie zgapiłem się trochę, nie da się ukryć. Będę ostrożniejszy starszy braciszku, ale Ty też miej oczy otwarte.
    Ruszyli korytarzem w kierunku wylotu na drugim końcu. Rozglądali się uważnie na wszystkie strony. Korytarz doprowadził ich do pionowego szybu ogromnej średnicy. Szyb ciągnął się do góry i w dół tak daleko, że nie można było dojrzeć jego wylotów. Był opleciony siecią rozmaitych rur i przewodów biegnących spiralnie po jego ścianach. Stalowa balustrada prowadziła wokoło szybu. Po drugiej stronie znajdowały się szyny windy, lecz samej windy nie było widać.
    - Niewykluczone, że ktoś już o nas wie. Zabici mieli komunikatory, więc chyba, ktoś ich tu wysłał, - Khan rzucił krótko. - Niestety uległy zniszczeniu od lancy. Broń plazmowa jest bardziej przyjazna środowisku, - zaśmiał się z własnej konstatacji.
    - Jedziemy w górę czy w dół?
    - Nie wiem, - odparł Khan. - Ostatnio, gdy tu byłem, szyb miał trzy metry średnicy i kończył się na tym poziomie. Sporo się zmieniło od tamtego czasu, jak widzę. W górę mamy jakieś pięćset metrów. Co do przeciwnego kierunku, nie mam pojęcia, dokąd prowadzi, ale skoro już tu jesteśmy, zobaczmy, co jest poniżej. Na pewno nie wydłubali tej studni w poszukiwaniu wody.
    Mag oderwał niewielki kawałek skały ze ściany szybu i rzucił go w dół, by sprawdzić głębokość szybu. Kamień zdążył opaść o kilka metrów, gdy powietrze rozświetlił promień lasera, który natychmiast odparował spadający okruch.
    - A już chciałem sobie polewitować w dół, - Mag aż otrząsnął się na myśl o tym, co by się stało. - Musimy wymyślić inny sposób. Może jednak pojedziemy windą?
    - Raczej odradzam. Gdy tylko spostrzegą, że nią jedziemy, strącą nas jak kaczki a lasery zrobią resztę. Chodźmy na drugą stronę, to Ci pokażę. Oni tutaj grają ostro. Widać stawka jest wysoka.
    Ostrożnie posuwając się po wąskiej balustradzie opasującej szyb, dotarli do szyn, po których powinna kursować winda. Panel kontrolny był przymocowany na ścianie za szynami. Khan przycisnął czerwony przycisk przywołania. Parę metrów dalej znajdował się tunel prowadzący w głąb skał. Obaj weszli tam i obserwowali szyb. Uwagę Maga przykuł maleńki punkcik, który co jakiś czas błyskał ledwo widocznym, czerwonym światłem. Zbliżył oko do punkciku i przyjrzał mu się dokładnie.
    Wyjął z kabury swój nóż i ostrożnie wydłubał ze ściany to coś. Mocno szarpnął urywając kabelek, który łączył urządzenie ze ścianą.
    - Spójrz, Khan. Stąd wiedzą, że tu jesteśmy. Muszą tu mieć tego całe mnóstwo.
    - Widać sposób uprawiania archeologii bardzo się zmienił ostatnimi czasy. - Odrzekł Khan. - Przypomnimy im, czym powinni się zajmować.
    W minutę obaj mieli dwie pełne garści kamer wydłubanych ze ścian.
    - Teraz wiedzą dokładnie, gdzie jesteśmy. Musimy niepostrzeżenie zmienić miejsce pobytu, gdy winda będzie już w pobliżu. Proponuję korytarz, w którym znajdują się nasi dwaj nieżywi znajomi.
    Khan rzucił garść zdobytych kamer do szybu przed sobą. Wszystkie spłonęły kilka metrów niżej, tak jak się spodziewał. Drugą garść rzucił tuż za krawędzią balustrady. Tym razem jednak kamery spadały w dół aż pęd powietrza nie odchylił ich ku środkowi tunelu, gdzie natychmiast podzieliły los swoich poprzedniczek.
    - Podfruńmy w górę o kilkadziesiąt metrów i znajdźmy dobrą kryjówkę z widokiem na windę, - Mag zaproponował, wskazując niewielką balustradkę po przeciwnej stronie szybu o kilka kondygnacji wyżej. Przeskoczymy tam, tuż zanim winda tu dojedzie.
    Czekali jeszcze trzy minuty, zanim w polu widzenia ukazała się klatka windy szybko sunąca w dół. Gdy winda zaczęła hamować odczekali jeszcze moment i przeskoczyli na upatrzoną platformę powyżej. Zdążyli się odwrócić, by ujrzeć jak winda wybuchła z taką siłą, że spory fragment skalnej ściany rozsypał się, pozostawiając kilkumetrową wyrwę, gdzie był korytarz, z którego właśnie uciekli. Niektóre fragmenty skał dolatywały aż do ich platformy, inne spadały w dół, spalając się kolejno w laserowych rozbłyskach.
    - Zaraz zjawi się desant i sprawdzi teren. Takie są procedury w sytuacjach tego typu. Lepiej się schowajmy w tym korytarzyku za nami. Na szczęście nie widziałem tu żadnych kamer. Zrobimy chłopcom małą niespodziankę, - Khan zaśmiał się szyderczo. - Odechce im się wychodzić z domu nie pytając mamusi o zgodę.
    Obaj zniknęli, by po dwudziestu sekundach pojawić się tuż przy ścianie szybu pięćdziesiąt metrów nad miejscem eksplozji windy. Wprawnie umieścili dziesięć górniczych ładunków wybuchowych w szczelinach między skałami i przeskoczyli na swoją dawną pozycję po przeciwnej stronie. Po parunastu sekundach, spostrzegli około dziesięciu żołnierzy spadających na pasach antygrawitacyjnych prosto w dół z ogromną prędkością. Minęli ich, by w chwilę później zawisnąć naprzeciw wyrwy po windzie. Nie rozglądając się otworzyli ogień z miotaczy laserowych. Tunel, w którym były ukryte kamery rozjarzył się do czerwoności od energii skoncentrowanego ognia. Nikt nie przeżyłby takiego piekła. Mag nie bez przyjemności nacisnął przycisk zdalnego detonatora. Potężny wybuch rozerwał ścianę nad głowami dziesięciu zbirów. Dziesiątki ton skał posypały się na ich głowy. Rozpaczliwie usiłując uniknąć spadających odłamków wpadali bezładnie na siebie. W ogólnej panice nikt nie wiedział, co robić. Bracia z niekłamaną radością obserwowali, jak kolejno ich oprawcy dociążeni skałami spadającymi z góry na ich głowy pikowali w dół, gdzie działka laserowe rozpylały ich na atomy. Po dziesięciu sekundach Khan spostrzegł dwóch żołdaków, którym w jakiś sposób udało się uniknąć lawiny skał.
    - Proponuję pojedynek, - odezwał się Mag. - Ja biorę tego w białym hełmie, Ty tego w czarnym.
    - O co walczymy?
    - Kto ostatni spadnie, oczywiście.
    - Odrobina rozrywki na pewno im nie zaszkodzi, - Khan stwierdził z szelmowskim uśmieszkiem przejmując kontrolę nad umysłem swojego żołnierza.
    Żołnierz Khana wykonał salto i błyskawicznie znalazł się za plecami podopiecznego Maga, który zdążył się uchylić przed salwą z miotacza uskakując w bok i jednocześnie oddając strzał w ścianę nad głową wroga. Znów posypały się skały, ale Khan zręcznie sterował swoim zawodnikiem unikając wszystkich głazów. Znalazł się wreszcie na dobrej pozycji i znów wygarnął do kolegi trafiając go w nogę, która została odcięta cienkim promieniem lasera i odpadła od reszty jego ciała. Biały nie pozostał mu dłużny i wbrew regułom rzucił ciężkim nożem wojskowym trafiając swojego przeciwnika w wątrobę. Nóż wbił się aż po rękojeść niewątpliwie zadając trafionemu ogromny ból, jednak nie było czasu się mazgaić. Czarny hełm zebrał się w sobie i nurkując pod kolegą przeciął go w pół salwą z miotacza. Biały nie miał już żadnych szans, lecz resztką sił nacisnął spust swojego miotacza, który trafił oddalającego się czarnego prosto między łopatki. W jego torsie ziała teraz dziura wielkości arbuza.
    - Nie, to było naprawdę podstępne, - rzucił Khan. - Twój już przecież nie żył. - Oszukujesz!
    - Gdyby nie żył, nie mógłby nacisnąć spustu. To chyba oczywiste.
    Patrzyli jak oba ciała spadały w dół. Najpierw czarny padł łupem laserów a zaraz potem biały. Mag tryumfował.
    - Wisisz mi pudełko cygar, Khan, - Mag przypomniał o wygranym zakładzie ciesząc się jak dziecko.
    - Słowo się rzekło..., Tylko załatwmy to po cośmy tu przyszli.
    - Wydaje mi się, że jeśli tu pozostaniemy dłużej, przyślą nam więcej żołnierzy do towarzystwa. Jeśli cofniemy się odrobinkę w czasie, lasery nie zauważą nas, bo będziemy w ich polu ostrzału zanim skanery nas wykryją. Patrz na ten kamień. Cofnę go w czasie o ćwierć sekundy i rzucę w dół. My też musimy się cofnąć
    Mag chwycił kawałek skały w dłoń i rzucił go w dół. Kamień spadał coraz niżej a lasery milczały, gdy przemykał przed ich czujnikami. Bracia poszli w ślady kamienia i bezpiecznie podążyli w dół szybu.
    - Czy to jest szyb bez dna? Już chyba z kilometr przelecieliśmy i nadal końca nie widać, - Mag narzekał. - Gdzieś przecież musi być dno.
    W dole daleko pod sobą dostrzegli światełka. Lecieli jeszcze około pół kilometra w dół. Doleciawszy prawie do dna wyhamowali powoli i ostrożnie osiedli na skalnym podłożu. Wokoło były rozstawione silne lampy oświetlające jasno cały teren. Bracia rozglądali się ciekawie po całym placu. Mnóstwo robotów i ludzi kręciło się nosząc różne małe, wielkie i średniej wielkości przedmioty, i elementy konstrukcyjne.
    - Coś wielkiego się tu buduje. Ciekawe, co ten Dobs wymyślił, - Khan powiedział zaniepokojonym głosem.
    - Spójrz tam, - Mag wskazał na sporej wielkości przejście, do którego kierowali się wszyscy ludzie i roboty. - Sądzę, że warto tam zajrzeć.
    Powoli ruszyli przed siebie rozglądając się wokoło. Po ścianach biegły grube, jak ramię atlety, kable energetyczne, izolowane rury z ciekłym helem i mnóstwo innych cieńszych i grubszych przewodów. Korytarz ciągnął się ponad sto metrów. Gdy dotarli do końca otwarła się przed nimi pieczara o średnicy ponad dwustu metrów i takiej samej wysokości. Większość jaskini zajmowało urządzenie złożone z pięciu olbrzymich toroidów osadzonych na wspólnej osi. Całość spoczywała na stożkowym postumencie zrobionym z ażurowej metalowej plątaniny szyn i podpór. Nad toroidami znajdowały się trzy wysięgniki w kształcie pałąków, połączone na szczycie kolistym chodnikiem. Wewnątrz przestrzeni utworzonej przez toroidy znajdowała się platforma zawieszona w powietrzu. Obaj wznieśli się w powietrze, by lepiej obejrzeć to dziwne urządzenie. Na toroidach i górnym chodniku kręciło się mnóstwo ludzi wykonujących różne prace. Jedni coś dokręcali, inni spawali, jeszcze inni chodzili z miernikami i sprawdzali coś w rożnych punktach konstrukcji. Jeszcze wyżej, po chodniku na szczycie kręcili się ludzie w białych kitlach. Nagle Khan zatrzymał się w miejscu.
    - To Dobs. Pamiętam go z rozmowy, gdy mi zameldował o zniknięciu Artefaktu.
    Dobs stał na chodniku z jakimiś planami w rękach i pokazywał coś mężczyźnie stojącemu tyłem. Mężczyzna żywo gestykulował, najwidoczniej nie zgadzając się z rozmówcą.
    - Przybliżmy się do nich. Dowiemy się może, co tu konstruują.
    Szybko wznieśli się wyżej. Gdy już znaleźli się na tyle blisko, że mogli słyszeć rozmowę, Khan zastopował jak wryty i nie mógł z siebie wydobyć ani słowa.
    - Co Ci się stało? - Mag nalegał. - Diabła zobaczyłeś, czy co?
    Po długiej chwili Khan odzyskał mowę i wskazał na mężczyznę, który wcześniej był odwrócony plecami.
    - Szyszkin, - wycedził cicho przez zęby.
    - Ten naukowiec, o którym wspominałeś?
    - Tak. Miałem do niego zaufanie a on mnie tak zawiódł, - Khan wyglądał na przybitego. - Nikomu już nie można ufać. Pewnie karmił mnie jakimiś mało istotnymi, lub trefnymi informacjami. Że też się nie zorientowałem.
    - Posłuchajmy o czym rozmawiają, - przerwał mu Mag. - Może to coś ważnego.
    Przez kilka minut przysłuchiwali się rozmowie Dobsa i Szyszkina. Od czasu do czasu ktoś im przerywał pytając o opinię w jakichś kwestiach technicznych. W sumie bracia nie dowiedzieli się nic konkretnego. Postanowili poszukać obiektu ich zainteresowania. W dole oprócz wejścia, którym tu się dostali było małe wyjście zagrodzone kratą. U wejścia stali dwaj uzbrojeni strażnicy. Za kratą ciągnął się słabo oświetlony korytarz. Bracia jednym skokiem znaleźli się za kratą i podążyli w głąb korytarza. Minęli kilka pomieszczeń odgrodzonych od korytarza przeszklonymi drzwiami. Były w nich różne urządzenia niewiadomego przeznaczenia. Co jakiś czas krata otwierała się i wchodzili robotnicy, by pobrawszy z pomieszczeń to, po co przyszli, wyjść z powrotem do pieczary. Korytarz biegł w głąb skał na ponad pięćdziesiąt metrów. Na końcu znajdowały się ciężkie drzwi zabezpieczone dodatkowo kratą.
    - Chyba tu znajduje się coś ciekawego, - odezwał się Mag. - Nie chowa się paczki chipsów w czymś takim. Może poczekamy aż ktoś tu przyjdzie?
    - A nie możemy wskoczyć do środka? - Spytał Khan.
    - To mogłoby się źle skończyć. Nie znamy układu tego pomieszczenia, więc moglibyśmy się zintegrować z jakąś przeszkodą. Rozsądniej będzie poczekać na zewnątrz aż ktoś przyjdzie i nam otworzy drzwi.
    - Skoro tak mówisz..., - Odparł Khan. - Możemy tu jednak długo czekać. Nie lepiej byłoby poprosić strażników, by nam otworzyli? Widzę, że jeden z nich ma klucze. Na moje oko pasują do zamków w tych drzwiach.
    - Dobrze, ale będziemy musieli ich ogłuszyć, by nie wszczęli potem alarmu.
    - Niekoniecznie. Można ich otumanić na trochę i wtedy kazać im otworzyć a następnie zamknąć za nami drzwi. Gdy już będziemy wiedzieli jak pomieszczenie wygląda, będziemy mogli wrócić tu, kiedy zechcemy.
    - No tak. Masz rację, - przyznał Mag. - No to zaczynamy.
    Strażnik rozejrzał się wokół siebie a następnie sięgnął po klucze wiszące na karabińczyku u jego pasa. Drugi strażnik stał wpatrując się w głąb korytarza niewidzącymi oczami. Wyglądał na zamyślonego. Strażnik z kluczami podszedł do kraty i otworzył zamek jednym z kluczy. Krata zaskrzypiała cicho, gdy ją otwierał. Innym kluczem otworzył ciężkie drzwi umożliwiając wejście do środka. Mag i Khan szybko skorzystali z uprzejmości strażnika i wślizgnęli się do pomieszczenia. Gdy byli już w środku strażnik spokojnie zaryglował drzwi a następnie kratę, po czym stanął na swoim poprzednim stanowisku.
    - Tak to się u nas robi, - Khan stwierdził zadowolony ze swego pomysłu. - Czujesz dziwne mrowienie z tyłu głowy?
    - Czuję już, od kiedy weszliśmy do tego korytarza. Czy to Praprzyczyna? Miałeś już wcześniej z nią kontakt.
    - Tak, ale wtedy nie wyczuwałem tak delikatnych Śladów. Chociaż, to nie całkiem prawda. Czułem to samo kilka dni temu, gdy byłem w swojej kwaterze. Wtedy jednak nie potrafiłem tego zidentyfikować. W układzie Gallusa również to czułem, ale myślałem, że mnie po prostu trochę boli głowa. Estymator plótł coś o Nicości i jeśli coś przejdzie przez nią to Sygnatura może być łysa, nie, nie, może nie mieć włosów. Tak też odczuwam teraz tę Sygnaturę.
    - Czyli gdzieś tu musi być Arka Przymierza. Rozpatrzmy się trochę po tym bunkrze.
    Pomieszczenie miało zaledwie kilka metrów kwadratowych powierzchni. Ściany pokrywały płyty z metalu. Mag stuknął w ścianę, ale żadnej odpowiedzi się nie doczekał.
    - To chyba ołów, albo coś podobnego.
    W pomieszczeniu znajdowało się kilka skrzyń o podobnych rozmiarach. Khan wybrał jedną, która miała według niego właściwy rozmiar. Nożem podważył drewniane wieko i jego oczom ukazał się Artefakt.
    - Jest tutaj! Spójrz Mag, - zawołał podniecony. - To ta sama, którą przywieźliśmy z Mei z układu Gallusa. - Poznaję po anielskich skrzydełkach na wieku.
    Mag podszedł bliżej i przyjrzał się skrzyni. Lśniła złotym blaskiem. Wieko było gładkie jak lustro. Mag wyjął nóż i przeciągnął czubkiem po metalu. Ani śladu zarysowania. Powtórzył tę czynność używając większej siły, ale skutek był taki sam.
    - Tylko diament ma taką właściwość, ale to mi na diament nie wygląda. Słyszałem o żółtych, różowych, i białych, ale o złotych nie.
    Przyjrzawszy się skrzyni postanowili dowiedzieć się, co znajduje się we środku. Podnieśli ostrożnie wieko, które ważyło chyba z pół tony i położyli je na skrzyni obok. Z otwartej skrzyni wydobywało się blade światło, jakby w środku była latarka. Nie wiedzieli, czego się spodziewać, więc bardzo ostrożnie zajrzeli przez krawędź skrzyni. W środku znajdował się sferyczny przedmiot o średnicy około pół metra, wiszący w powietrzu bez jakiegokolwiek podparcia. Przedmiot emanował ciepłym światłem na wszystkie strony. Wydawał przy tym cichutkie buczenie o bardzo niskiej częstotliwości. Nie posiadał żadnych cech pozwalających stwierdzić, z czego był zrobiony. Obaj stali bez ruchu obserwując Praprzyczynę. Po długiej chwili zauroczenia Mag pierwszy oderwał wzrok od obiektu.
    - Musimy ją stąd zabrać zanim ci szaleńcy zrobią z nią coś głupiego. Załóżmy wieko i zabierajmy się stąd.
    - Żarłoku, znaleźliśmy Praprzyczynę, - Khan pomyślał. - Mówiłeś, że wiesz, gdzie możemy ją ukryć.
    Khan czekał chwilę na odpowiedź, ale nie słyszał w głowie żadnej odpowiedzi. Zaniepokojony powiedział Magowi o problemie. Kolejno próbowali skomunikować się z Samirą i Ulfem.
    - Może coś im się stało, - pomyślał zaniepokojony Mag. - Zobaczmy, czy u nich wszystko w porządku.
    - Mag, czy słyszysz, co myślę? - Spytał głośno Khan.
    - Słyszę to, co mówisz, ale myśli nie słyszę, - odparł Mag. - Całe szczęście, bo już myślałem, że im się coś stało.
    Próby teleportacji oraz telekinezy również spełzły na niczym.
    - Obecność Praprzyczyny musi blokować kontakt z matrycą splątań, - Zawyrokował Khan. - Wpakowaliśmy się w pułapkę. Żarłok nic nie mówił o takiej możliwości.
    - Może sam nie wiedział. Przecież nigdy nie widział Praprzyczyny na własne oczy.
    - Racja. Skąd miał wiedzieć, - Khan zgodził się z przypuszczeniem brata. - Musimy coś wymyślić zanim nas tu odkryją.
    - Może schowamy się do tych skrzyń pod ścianą? Zobaczmy, co w nich jest. Nie..., to bez sensu. Nie mamy żadnej gwarancji, że ktoś tu przyjdzie w rozsądnym czasie i weźmie te skrzynie.
    - Naróbmy hałasu, to natychmiast ktoś się zjawi i nas wypuści. Gdy będziemy już na zewnątrz damy sobie radę.
    Zaczęli walić w drzwi i głośno wołać do strażników. Po chwili usłyszeli zgrzyt klucza w zamku. Odsunęli się na bok z zamiarem wyskoczenia z pomieszczenia, gdy tylko drzwi się otworzą. Powoli drzwi się otworzyły i stanęło w nich dwóch rosłych żołnierzy. Bracia skoczyli na nich, lecz w tej samej chwili uwięźli w siatce wystrzelonej przez jednego z żołdaków. Usiłowali się wyplątać z siatki, ale tylko jeszcze bardziej w niej grzęźli. W końcu przestali się ruszać, by nie pogarszać sprawy. Usiedli opierając się plecami o skrzynie z Artefaktem i czekali. Po kilku minutach w drzwiach stanął Dobs, jakiś nieznany Khanowi człowiek i Szyszkin. Wszyscy przyglądali im się z ciekawością.
    - Jak oni się tu dostali?! - Dobs warknął na strażników. - Co to za jedni?
    Strażnik włączył silne światło u sufitu pomieszczenia. Dobs wyciągnął promiennik laserowy i wycelował w więźniów.
    - Zdjąć z nich siatkę, - rozkazał żołnierzom. - Nie można nawet zobaczyć przez to, kto nas zaszczycił.
    Żołnierz o posturze cyklopa bezceremonialnie wytrząsnął więźniów z siatki jak kartofle i odsunął się na bok. Wszyscy uważnie przyjrzeli się mężczyznom zbierającym się po upadku na twarda posadzkę.
    - Niech mnie diabli to Kh... - Szyszkin aż zatkał sobie usta dłonią. - Każ żołnierzom wyjść, Frank, - szepnął Dobsowi do ucha.
    - Warta, zostawcie nas samych, i zamknijcie drzwi wychodząc. Wykonać! - Dobs rozkazał ostro żołnierzom.
    Ci niewiele myśląc wycofali się na korytarz i zamknęli drzwi za sobą. Dobs wciąż trzymał promiennik wymierzony w więźniów.
    - Możesz schować broń Frank, - Szyszkin powiedział ściszonym głosem. - Ci goście nie będą sprawiać kłopotów.
    Dobs schował broń, lecz bacznie spoglądał na dwóch mężczyzn.
    - Kim oni są? Znasz ich Jose? - Dobs spytał Szyszkina.
    - To przecież Konsul Khan, nie poznajesz? Tego brodatego Pana nie znam.
    Dobs spojrzał uważniej na Khana. Po chwili jego twarz się wygładziła.
    - Teraz sobie przypominam. To Panu składałem raport o zniknięciu Artefaktu a teraz przyłapał mnie Pan na kłamstwie a ja z kolei złapałem Pana. Mamy trochę dziwną sytuację. Czy mogę spytać, w jaki sposób znalazł się Pan ze swoim towarzyszem w tym miejscu?
    - Może po kolei wyjaśnijmy wszystkie kwestie. My również mamy parę pytań, na które chcielibyśmy uzyskać odpowiedzi choćby z racji stanowiska, jakie piastujemy, - Khan przejął inicjatywę i zaczął naciskać. - Przede wszystkim chcę wiedzieć, co to za ośrodek i dlaczego nie jest zarejestrowany w oficjalnych ani tajnych zestawieniach Gildii. Jako zwierzchnik Floty nie posiadam informacji o Waszej działalności a to jest nie do pomyślenia. Grozi za to sąd polowy a wiecie, jakimi wyrokami zwykle się kończy.
    Khan wątpił, czy uzyska jakiekolwiek wyjaśnienia od swoich wrogów, jednak nie miał w tej chwili nic do stracenia. Wiedział już, kim są dwie brakujące osoby z listy dwunastu Wysłanników. Nie spodziewał się, jednak, że jednym z nich będzie Szyszkin. Na razie nie mógł się zdradzić, że wie o spisku, więc pominął ten wątek.
    Dobs się zawahał, lecz Szyszkin przyszedł mu z pomocą.
    - Widzisz Khan, czasy są niepewne i dzieją się dziwne rzeczy, stąd najpierw musimy się upewnić, z kim mamy do czynienia. Znam Cię od bardzo dawna i mógłbym zaświadczyć o Twoim światopoglądzie, jednak w świetle sytuacji przeciwnej, gdzie Ty posiadałeś podobne przekonanie co do mnie i prawdopodobnie się zawiodłeś, zmuszony jestem poprosić Cię o weryfikację.
    - Rozumiem, ale czy jeśli ja przejdę twój test, Ty poddasz się mojemu?
    - To zależy, co test pokaże, - odparł Szyszkin. - Ale do rzeczy, gdyż mamy masę pracy a czasu mało. Wolski, daj fiolkę z serum.
    Trzeci mężczyzna posłusznie wysupłał zza pazuchy małą fiolkę zawierającą fioletowy płyn i podał Szyszkinowi.
    - Podaj mi lewą dłoń Khan, - poprosił Szyszkin wyjmując mały nóż zza pasa. - Nie poczujesz nawet.
    Szyszkin odkorkował fiolkę i podał Khanowi nóź.
    - Potrzebuje jedną kroplę Twojej krwi. Zrób sobie nacięcie na palcu a kropelkę do fiolki.
    Khan nieznacznie naciął sobie opuszek palca i przycisnął. Kropla krwi spłynęła do fiolki. Szyszkin zakorkował ją i potrząsnął energicznie. Po chwili zawartość fiolki stała się całkiem niebieska. Przez chwilę Szyszkin przyglądał się fiolce, po czym rozpromienił się i podał Khanowi dłoń.
    - Wiedziałem, że jesteś po naszej stronie. Musimy być ostrożni, gdyż nasi wrogowie są bardzo przebiegli. Nie możemy sobie pozwolić na jakikolwiek błąd.
    Khan nic z tego nie rozumiał, gdyż był pewny, że jego organizm nigdy nie został zakażony wirusem „wiary”. Czemu Szyszkin uznał, że mogło być inaczej? Ciekawe, czy Maga też zechcą sprawdzić.
    - Teraz, Twój towarzysz...
    - Mag, - Khan pomógł Szyszkinowi.
    - Dziękuję. Proszę zatem, by pan Mag również użyczył nam kropli swojej krwi.
    Ku jeszcze większemu zdziwieniu obu braci wynik badania krwi Maga był identyczny. Czyżby obaj byli zarażeni i nic o tym nie wiedzieli? Żaden z nich nie rozumiał już, o co tu chodzi, ale w takiej sytuacji lepiej słuchać niż mówić.
    - Zechcesz teraz poddać się mojemu testowi Jose, - Khan spytał. - Nie będzie tak krwawy jak Twój, ale musimy wyjść z tego pomieszczenia.
    - Nie mam najmniejszego zamiaru..., - Szyszkin zrobił pauzę, - sprawiać Ci zawodu.
    Dobs otworzył drzwi i cała piątka wyszła powoli na korytarz.
    - Rozumiesz coś z tego? Bo ja ni w ząb, - Mag poskarżył się bratu w myślach.
    - Ja również, ale teraz przynajmniej nasze wszystkie tele-moce wróciły. To już coś. Poza tym wydaje się, że za sprawą owego testu biorą nas za swoich. Może Quadrium nas zmieniło?
    - Sądzę, że chodzi o coś innego. Poszukaj w głowie tego Szyszkina. Może coś się dowiesz. Będę nasłuchiwał.
    Khan nie trącił czasu. Gdy tylko znaleźli się na korytarzu zanurkował prosto do pokładów pamięci Szyszkina. Po dwóch sekundach odłączył się.
    - Odebrałeś wszystko? - Pomyślał Khan.
    - Odebrałem. Przekaz czysty jak kryształ, - odparł Mag. - Teraz czas na Dobsa i Wolskiego. Ja im trochę pogrzebię w głowach.
    Po pięciu sekundach obaj mieli już pełny obraz sytuacji, jednak Khan nie mógł sobie odmówić przyjemności wykonania swojego kabotyńskiego testu.
    - Nie jesteście zarażeni, to oczywiste a co z tym Twoim testem? - Szyszkin zatrzymał się i spytał z wyczekiwaniem w głosie.
    Khan stanął naprzeciwko Szyszkina i wykonał gest pozdrowienia, jaki podpatrzył u zdrajców na Zaxor.
    Szyszkin przez chwilę patrzył się na Khana, po czym wybuchnął śmiechem. Gdy się już trochę uspokoił poinstruował przyjaciela.
    - Wszystko pokręciłeś Khan. Po pierwsze nie lewą a prawą ręką a poza tym nie z prawej na lewą stronę tylko odwrotnie. Każdy zdrajca z Servo Servorum od razu rozpoznałby kiepskiego prowokatora. Radzę jednak nie chwalić się tą umiejętnością, gdyż ogromna większość tutaj to fanatycy z SS. Później Wam wyjaśnię, czemu. Mam nadzieję, że zdałem Twój test...
    - Musimy koniecznie porozmawiać Jose. Zaczyna już być niebezpiecznie, więc trzeba działać. Masz tu gdzieś kanciapę gdzie możemy spokojnie usiąść i napić się czegoś?
    - Oczywiście Khan, właśnie tam zmierzamy. Jeszcze tylko kilka kroków.
    Zatrzymali się przed oszklonymi drzwiami, które Szyszkin otworzył zwykłym starodawnym kluczem. Wszyscy weszli do środka zamykając za sobą drzwi. Wolski zasunął ciężkie żaluzje na drzwiach. Szyszkin wskazał krzesła przy niewielkim stoliku. Robot podał kawę i ciastka.
    - Jak widzicie, budujemy tu Rozdzielacz. Urządzenie ma ogromne rozmiary. Sami nie dalibyśmy rady go skonstruować, - Jose zaczął opowiadać. - Po klęsce w układzie Myog Anioły rozpoczęły cichą akcję dywersyjną pośród najwyższych funkcjonariuszy Gildii. Przypadkiem poznałem Franka na jakimś zjeździe naukowym. Był wtedy całkiem normalny, jednak któregoś razu, gdy się spotkaliśmy zaczął się skarżyć na uporczywy ból głowy. Znałem kilku specjalistów z Instytutu Genetyki. Poprosiłem jednego z nich, obecnego tu doktora Wolskiego o diagnozę. Okazało się, że Frank przypadkiem został zarażony wirusem „wiary”, gdy gościł u Wernera, - członka Rady Gildii. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, skąd taki wirus się wziął, lecz doktor Wolski opracował szczepionkę. Wyleczyła ból głowy Franka. Jakiś czas po tym zdarzeniu Frank zaobserwował dziwne afiliacje u Wernera. Zaczął się interesować okultyzmem, by w końcu stać się gorliwym wyznawcą. Skłoniło nas to do wnikliwych badań i odkryliśmy źródło wirusa oraz jego działanie. Wtedy Frank wpadł na szatański pomysł. Nie byliśmy w stanie zbadać wszystkich, których podejrzewaliśmy o podobne afiliacje. Przybywało ich w szybkim tempie. Frank zaczął się „udzielać” w środowisku i szybko stał się Wielkim Mistrzem. Skoro nie mogliśmy skutecznie zidentyfikować wszystkich zarażonych postanowiliśmy nimi kierować i wykorzystać do swoich celów. Potem przyszła kolej na doktora Wolskiego, czyli Erwina i na końcu mnie. Z pomocą Franka zyskaliśmy kontakt z Aniołami i awansowaliśmy na szczyt hierarchii. Reszta władz Gildii musiała się podporządkować. Robią, co im każemy. Z tego właśnie powodu nic nie wiedziałeś o naszej działalności i prawdziwej misji Ośrodka Archeo oraz kilku innych.
    - Czemu nie wciągnięto mnie do spisku tylko trzymano mnie z dala od wszystkiego co istotne? - Spytał Khan. - Mogłeś mi zaufać w imię starej przyjaźni.
    - Nie byliśmy pewni, czy nie byłeś jakimś nowym rodzajem ubezpieczenia dla Aniołów. Nie było na Ciebie żadnego haka a wirus nie chciał się Ciebie imać, stąd byłeś podejrzany. Każdy zawsze czegoś chce i kolokwialnie mówiąc nie jest czysty, ale Ty byłeś inny. Nie mogliśmy ryzykować. Za dużo nas kosztowało zbudowanie takiego kamuflażu, więc zostawiliśmy Cię w spokoju z dala od naszych spraw. Kontrolowani przez nas członkowie Rady skutecznie kierowali Cię do innych zadań.
    - O ile zdążyłem się zorientować Gildia podlega Wielkiej Kapitule, w której skład wchodzi dziesięciu członków Rady Gildii oraz Was trzech. Czy ktoś z pozostałych dziesięciu jest również wyleczony jak Frank?
    - Nie. To zabici fanatycy. Pewnych rzeczy nie da się odwrócić, gdy już się zalęgną w głowie. - Jose kontynuował. - Byliśmy bardzo ciekawi, czemu Ciebie wirus nie atakował. Anioły zaraziły prawie całą Radę Gildii, tylko Ty się nie przyłączyłeś. Czy masz na to wyjaśnienie?
    - Razem z moim bratem bliźniakiem, obecnym tu Magiem, jesteśmy z jakiegoś powodu uodpornieni na ten wirus.
    - Sukcesywnie wirus atakował coraz niższe warstwy społeczne. Do tej pory doliczyliśmy się kilku tysięcy zarażonych. Na szczęście kontakt z Aniołami odbywa się tylko za naszym pośrednictwem. Dzięki temu opracowany przez nas Rozdzielacz mógł zostać skonstruowany jedynie siłami zarażonych. Wszyscy poza nami w tym szybie to zarażeni, więc lepiej uważajcie, co mówicie.
    - To mnie uspokoiłeś, - wtrącił Mag, - bo już zaczynałem żałować tych biednych żołnierzy, których na nas napuściliście. Przyznać trzeba, że zabezpieczenia w szybie są trudne do ominięcia, ale mają kilka istotnych luk.
    - Trudno w dzisiejszych czasach o dobrą kadrę inżynierska. Ludzie wolą się bawić i grać w gry holo, zamiast się uczyć. To niestety choroba wszystkich rozwiniętych społeczeństw. Już ludzie powoli zapominają, jak to jest walczyć o przetrwanie do następnego poranka i stają się chciwi i leniwi. A gdzie lenistwo tam i wiedza podupada, stąd Anioły mają łatwiejsze zadanie. Łatwiej zbałamucić imbecyla niż profesora, choć silnej reguły i tu nie ma.
    - Wspomniałeś o Rozdzielaczu, który widzieliśmy w pieczarze, - zagadnął Khan. - Ma on jakiś związek z Arką Przymierza, lecz nie bardzo wiem, co chcecie zrobić.
    - Ponad trzydzieści lat temu Estymator namierzył dziwny ślad prowadzący do układu Gallusa. Ktoś umieścił tam wtedy coś, co zainteresowało Estymatora, - Frank zabrał głos. - Jose dowiedziawszy się o tym podjął badania wraz z zespołem B.
    - Zespołem B? Pierwsze słyszę, - Khan nie krył zdziwienia.
    - Tak nazywamy te zespoły, które składają się z niezarażonych i działają w tajnych ośrodkach. W oficjalnych ośrodkach nadal uprawia się jawną naukę, która nie prowadzi donikąd, - Frank ciągnął dalej swój wywód. - Zespól B po żmudnych badaniach stworzył podstawy nowej fizyki i astrofizyki. Okazało się, bowiem, że nasze wyobrażenia o podstawach są zupełnie błędne. Niektóre teorie dawały poprawne przewidywania, ale tylko w ograniczonym zakresie stosowalności. Zupełnie jak stara Teoria Względności. W zasadzie działała, ale tylko dla przeciętnych wartości energii i pól. W ekstremach dawała nieskończoności, czyli bzdurne wyniki. W świetle jej przewidywań nie można było przekroczyć prędkości światła, co jest oczywistą nieprawdą. Tak było i z teorią Wu Shin. Była poprawna, jeśli chodzi o wyniki, ale nie zawsze. Odkryliśmy, że nasz Świat jest bardziej złożony niż komukolwiek się zdawało. Pomysł z trzema wymiarami pierwotnymi i dowolną liczbą przestrzennych wymiarów niepierwotnych działał, ale czasem prowadził do wyników niezgodnych z doświadczeniem. To naprowadziło nas na ślad właściwego rozwiązania.
    - To Wu Shin nie miał racji? - Spytał Mag puszczając porozumiewawczo oko do Khana. - Myślałem, że przemiany fazowe stanu próżni są nienaruszalnym kanonem.
    - Są, - przerwał Jose. - Tylko wzory się zmieniły. Obecnie w oparciu o nową teorię możemy penetrować obszary leżące poza naszą czasoprzestrzenią, czyli w tak zwanej Nicości. To obszar, gdzie powstają niezliczone światy, w tym i nasz. Opowiadałem Ci kiedyś o tym. Estymator chyba również coś wspominał, ale bez wgłębiania się w mechanizm fizyczny. Przez długi czas była to niefalsyfikowalna teoria, lecz dzięki nowym odkryciom zyskaliśmy niedawno dostęp do tych obszarów. Pamiętasz swój pierścień, gdy chciałeś się teleportować na okręt flagowy? Chciałem Cię wtedy ściągnąć do nas pod pozorem badań naukowych.
    - Pamiętam, - odrzekł Khan. - Miałem się do Ciebie udać, ale jeszcze kilka innych spraw wymagało mojej uwagi. Musiałem odwiedzić brata, którego dawno nie widziałem.
    - Mag nie jest podobny do Ciebie, Tuan, ani nawet nie jest niebieski, - Zauważył doktor Wolski.
    - Dajmy sobie spokój z tą śmieszną tytułomanią. To jest dobre do utrzymania hierarchii, ale skoro takowa jest już jedynie fikcją, to i zewnętrzne formy nie mają sensu. - Khan zauważył.
    Khan nie miał zamiaru ujawniać na razie wszystkich swoich sekretów, więc zręcznie ominął niewygodne pytanie. Mag również nie zamierzał mówić za wiele. Żaden z nich nie wiedział, jakie jest drugie dno tej łamigłówki.
    - Jose, opowiedz o Rozdzielaczu. Jaki ma związek z Artefaktem, -Khan nalegał, - Nie wygląda na zwykły generator pola, jakiegokolwiek znanego rodzaju.
    - Jak wiesz posługiwaliśmy się dotąd wieloma różnymi urządzeniami, które bądź zmieniały fazę przestrzeni, bądź manipulowały czasoprzestrzenią tworząc tunele i przejścia w odległych miejscach przestrzeni. Mamy też komunikację opierającą się na tachionach, detektory podprogowe i wreszcie Ślady i Sygnatury, które zostawia za sobą każdy, lub prawie każdy obiekt. Wszystkie te wynalazki działały, ale na zupełnie innej zasadzie niż sądziliśmy. To zupełnie jak z chemią. Działała, ale nikt nie zdawał sobie sprawy z fizycznych podstaw jej działania. Dopiero odkrycie elektromagnetyzmu utorowało drogę do ich poznania. Otóż nowy model, który unifikuje bądź wręcz likwiduje różne oddziaływania zakłada istnienie więcej niż jednej osi czasowej. Przy takim założeniu zyskujemy wyjaśnienie efektu splątania i możemy go używać w deterministyczny sposób, unikając dziwności postulowanych kiedyś przez mechanikę kwantową. Również mechanizm pozyskiwania energii z przemian fazowych próżni fałszywej uzyskał wreszcie solidną podstawę teoretyczną. Dodając dodatkowe wymiary czasowe obraz świata upraszcza się radykalnie. Nie odkryliśmy jeszcze zbyt wiele, gdyż mamy bardzo ograniczone zasoby ludzkie, ale to, co już zweryfikowaliśmy potwierdza teorię. Kolejne przewidywania teorii będziemy testować w dalszej kolejności. Na przykład to, co uważaliśmy za Sygnaturę wydaje się być pewnym dziwnym tworem, który nazwaliśmy siatką splątań. Jej transmutacje w podstawowym wymiarze czasowym interpretujemy, jako Ślady. Nie wiemy na razie, do czego takie siatki splątań mogą służyć, ale powoli dojdziemy i do tego. Skoro cierpliwie wysłuchaliście wykładu o podstawach, zrozumiecie, jaki jest związek między Artefaktem i Rozdzielaczem.
    Jose zrobił przerwę, by się napić kawy i skorzystać z toalety. Inni również chętnie skorzystali ze sposobności do zrelaksowania się przez chwilę. Po paru minutach wszyscy wrócili na swoje miejsca i Jose mógł kontynuować.
    W międzyczasie Mag poinformował przyjaciół na Zaxor o rozwoju sytuacji. Samira była bardzo zainteresowana wszystkim, co opowiadał, ale najbardziej ją interesowała nowa teoria wszystkiego.
    Khan nachylił się do ucha Jose i coś mu powiedział. Jose skinął głową i kontynuował swój wykład.
    - Artefakt składa się ze skrzyni i jej zawartości, czyli tej dziwnej kuli, którą widzieliście.
    Khan wstał cichutko z miejsca i stanął przy drzwiach. Gdy Jose zaczął opowiadać o kuli, Khan mocnym szarpnięciem otworzył drzwi. Po drugiej stronie stał pochylony człowiek w szarym garniturze wyraźnie zaskoczony nagłym zniknięciem drzwi. Szybko się wyprostował i niewinnie powiedział.
    - Panie, chciałbym spytać, czy dostawy sond zerowych nie będą opóźnione.
    Khan bezceremonialnie złapał delikwenta za kołnierz i wciągnął do pomieszczenia. Na korytarzu nie było nikogo więcej. Szybko wgryzł się w mózg niespodziewanego gościa i przeszukał jego pamięć. Było tam wszystko, o czym dotąd rozmawiali, jak również sporo sekwencji rozmów z Maximusem. Facet był konfidentem donoszącym Maximusowi o tym, co dzieje się w podziemiach.
    - Czemu podsłuchiwałeś naszą rozmowę? - Khan zapytał ostro jednocześnie zasiewając wizję strasznych tortur i cierpień w umyśle nieszczęśnika.
    - Ja, ja na rozkaz Wielkiego Maximusa. Kazał mi dowiedzieć się wszystkiego, co się da o Waszym Triumwiracie. Podejrzewa Was o zdradę i chce Was uwięzić, - mężczyzna trząsł się jak galareta pod razami, jakich Khan nie szczędził jego biednemu umysłowi. - Nie zabijajcie mnie. Będę milczał.
    - Jasne, że będziesz milczał, - Khan potwierdził słowa podsłuchiwacza. - Kto jeszcze oprócz Maximusa kazał Ci węszyć?
    - Jeszcze dwóch wysokich Wysłanników. Nazwisk nie znam.
    Khan szybko wyciągnął ich wizerunek z głowy szpiega. Opisał ich na głos i spytał czy to Ci.
    - Tak Panie. To właśnie Ci Wysłannicy chcieli wiedzieć o Waszych poczynaniach.
    - Od dawna Maximus kazał Ci donosić? - Khan nalegał wciąż mocno trzymając nieszczęśnika za kołnierz.
    - Od ponad miesiąca.
    Mężczyzna błyskawicznym ruchem sięgnął lewą ręką do kieszeni i połknął coś małego, co z niej wydobył. W chwilę potem już nie żył. Strużka krwi popłynęła z kącika jego ust.
    - Tego się nie spodziewałem. Szkoda, że nam umknął. Miałem do niego jeszcze kilka pytań.
    Wszyscy w pokoju byli poruszeni tym, co właśnie usłyszeli.
    - Jeszcze tylko tego nam brakowało, - Powiedział Frank. - Wiedziałem, że prędzej czy później ktoś zapragnie władzy. Razem z Wernerem i Sarusem chcieli się dorwać do władzy. Mielibyśmy tu niezły bigos. Nie byliśmy świadomi, że to już tak daleko zaszło. Dobrze Khan, że byłeś tak czujny. Przez miesiąc nas już podsłuchiwał a my o tym nic nie wiedzieliśmy. Ciekawe ilu ludzi Maximus ma za sobą.
    - Tego właśnie chciałem się dowiedzieć, ale nie zdążyłem, - Khan wyznał ze skruchą. - Frank, czy macie kontrolę nad ośrodkiem internowania Gildii w Tybecie?
    - Oczywiście, - Dobs odparł po chwili. - Nasi zaufani ludzie pilnują tam kilku takich, którzy nie chcieli się podporządkować. To stara gwardia z czasów ostatniej wojny. Możemy tam zamknąć Maximusa i jego świtę, ale jeśli to on nas pierwszy zamknie to nie wiem, co będzie dalej z tym projektem.
    - Nie martw się Frank, - rzekł Khan. - Ja również mam swoich zaufanych ludzi, którzy będą wiedzieli, co zrobić.
    - Wiem. Większość wysokich oficerów Gildii poszłaby za Tobą w ogień. To również jest zagadka, która nie pozwoliła Cię wciągnąć w nasze plany.
    - Zostańcie tu Panowie, - Khan rzekł rozkazującym tonem. - Mag i ja postaramy się rozwiązać ten problem. Wasza praca jest najważniejsza. Jak można się dostać na górę? Zdaje się, że winda jest trochę zepsuta...
    - Już ją roboty naprawiły, - odparł Jose. - Możecie nią jechać bez obaw.
    - Mam pomysł, - wtrącił się Mag. - Powiadomcie powierzchnię, że wyjeżdżacie. Jeśli Maximus chce Was aresztować, to może będzie czekał na górze ze swoimi ludźmi. Jak sądzę, nieczęsto wyjeżdżacie na powierzchnię, więc miałby rzadką okazję na wyeliminowanie Was.
    - Świetny pomysł, - Khan się ucieszył mając perspektywę spacyfikowania paru wrogów. - Zrób Jose jak Mag sugeruje. Może się sprawa szybko wyjaśni i nie będziemy musieli się fatygować do Maximusa.
    - Dobrze, - rzekł Frank, - ale wyślę z Wami pluton zbrojnych na wszelki wypadek.
    - Nie zgadzam się, - Khan zaoponował. - Dwóch ludzi wzbudzi mniejsze zainteresowanie niż pluton wojska. Sami sobie damy radę.
    Jose włączył komunikator i krótko poinstruował obsługę, by przygotowano Gondolę, gdyż będą jechać we trzech do Centrum Obserwacyjnego.
    - Możecie ruszać, - Zaproponował Dobs. - Włóżcie peleryny z kapturami, by Was nie rozpoznano.
    - To rozsądna propozycja, - przyznał Mag. - Nie pogardzę też miotaczem laserowym.
    Wolski na chwilę wyszedł i powrócił niosąc trzy czarne peleryny oraz trzy miotacze, jak Mag sobie życzył. Khan wziął swoją lancę i narzucił pelerynę na ramiona. Mag również się ubrał i schował swój topór plazmowy za pas.
    - Odprowadź nas Jose do windy. Jakby jeszcze ktoś donosił, to będzie widział trzech. A potem czekajcie i nie pokazujcie się dopóki nie wrócimy, - poprosił Khan. - To nie potrwa długo.
    We trzech ruszyli niezwłocznie korytarzem do wielkiej jaskini. Budowla imponowała swoim rozmachem i złożonością. Ludzie kręcili się ciągle we wszystkich kierunkach przenosząc i instalując różne elementy konstrukcji. Wyszedłszy z jaskini podążyli wprost do szybu windy. Gdy doszli do celu kabina windy właśnie zjeżdżała z góry. Magowi przemknęło przez myśl, żeby się schować na wszelki wypadek, ale zaraz odrzucił ten pomysł. Maximus na pewno chciałby przesłuchać swoich więźniów. Poczekali aż winda się zatrzyma, po czym wsiedli do kabiny. Winda ruszyła cicho w górę.
    - Ciekawe, czy ktoś będzie na nas czekał na górze, - powiedział Khan.
    - Co zrobimy z ludźmi Maximusa jeśli się pojawią? - Mag miał nadzieję na jakąś rozróbę.
    - To co zwykle. Nie mamy czasu na zabawę. Przeglądnąłem głowę Szyszkina. To co robią ma dla mnie sens. Teorię posunęli dużo dalej niż Intelekt z Kuuru. Z praktyką trochę gorzej. Bez Quadrium nie wyprodukują dość energii, by rozszczepić Praprzyczynę. Ich obliczenia są błędne, gdyż zakładają niższą masę Praprzyczyny, niż faktycznie może mieć. Jeśli im się nie uda rozszczepienie, to nie dość, że nie ustabilizują wszystkich enklaw a wręcz je zdestabilizują i w ciągu kilku godzin wszystkie enklawy z naszą włącznie znikną na zawsze. Energia wszystkich enklaw zsumowana z energią Praprzyczyny dokładnie się wyzerują i odwieczny cykl iteracji zostanie przerwany z powodu braku choćby najmniejszego kwantu energii. Bez energii nie ma fluktuacji Nicości a zatem byłby to koniec wszystkiego i na zawsze. Drugi raz już się coś takiego nie zdarzy, żeby z niczego powstało coś. Prawdopodobieństwo powtórzenia nieprawdopodobnego zdarzenia jest ZEROWE z dokładnością do dowolnego miejsca po przecinku.
    Winda minęła miejsce, w którym stoczyli ostatnią bitwę. Ogromna dziura wciąż ziała w ścianie szybu.
    - Będziemy musieli powiedzieć o tym Szyszkinowi, - Mag podjął temat. - Z jego tłumaczenia nie zrozumiałem, co właściwie Artefakt ma w sobie, że chcą go rozszczepić.
    - Z obliczeń wynika, że Artefakt jest źródłem nie jednej a dwóch osi czasu neutralnego. W obecnej postaci osie są splątane a wypadkowa słabo stabilizuje zarówno tę jak i inne enklawy. W postaci splątanej wpływ jednej osi jest zakłócany przez tę drugą, dlatego żadna z nich nie daje stabilnego odniesienia i następują ciągłe iteracje z przejściami przez zero. Czyli wszechświaty powstają i ulęgają kolapsowi, po czym cykl startuje od nowa. Wszelkie formy życia czy świadomości oczywiście giną wraz z enklawą, w której egzystowały. Tylko szczęśliwemu trafowi zawdzięczamy, że Artefakt znalazł się w naszej enklawie. Równie dobrze mógł trafić gdzieś, gdzie by nikt nie wiedział, co z nim zrobić. Jeśli uda się rozszczepić Artefakt, to część z naszą osią pozostanie u nas a ta druga poleci w Nicość stabilizując enklawy nieprzemienne. Trzeba pomóc Szyszkinowi. Na razie nic nie mówmy o tym Żarłokowi, żeby... No wiesz.
    - Jasne. Dowie się we właściwym czasie, jeśli się wszystko uda. Jeśli się nie uda, to wypijemy po strzemiennym i znikniemy, - Mag roześmiał się nieszczerze.
    - Brakuje nam trzeciego. Jose anonsował trzech pasażerów. - Khan zauważył.
    - To nie problem, - odparł Mag. - Ulf czy chciałbyś się troszkę rozerwać? Kroi nam się tu mała imprezka.
    - Zawsze, - Ulf z wdzięcznością przyjął zaproszenie. - Zawsze to jakaś odmiana. Mam coś zabrać ze sobą?
    - Tylko jakiś nóż i co tam Ci przyjdzie do głowy. Jednak bez szaleństw, - Mag się roześmiał. - Skacz na mój namiar.
    Moment później byli już w komplecie. Winda dojeżdżała powoli do powierzchni. Jasne światło wypełniało wylot szybu. Jeszcze chwila i winda zatrzymała się z cichym jęknięciem. Bracia rozejrzeli się wokoło. Tylko jeden strażnik siedział w budce przy wejściu. Nawet nie zareagował na ich pojawienie się.
    - Dziwne, - pomyślał Khan. - Powinien wstać i zasalutować. Mamy chyba towarzystwo braciszku. Zobaczmy, czego chcą. Tylko najpierw dajmy im szansę na wyłożenie swojego punktu widzenia. Bez zbędnej przemocy, proszę.
    Mag otworzył drzwi windy i wyszedł. Za nim wyszedł Ulf rozglądając się ciekawie. Khan wyszedł z windy zdecydowanym krokiem, jakby się nie spodziewał zasadzki.
  • TermopastyTermopasty
  • #40
    yego666
    Specjalista PLD
    ============== Odcinek 22 ================

    SATANAS EX MACHINA

    Ferrus powoli odzyskiwał świadomość. Jasne światło świeciło mu prosto w twarz. Zacisnął mocno powieki i uniósł rękę, by zasłonić oczy. Ostry ból przeszył go od stóp do głów. Nawykły do ran nawet nie jęknął, tylko zacisnął zęby. Ostrożnie opuścił rękę i otworzył oczy. Światło nie było już tak natarczywe. Spojrzał w bok i ujrzał twarz Hery. Rozmawiała z kimś, kogo nie widział. Nie słyszał słów, tylko widział ruch warg.
    - Obudził się! - Głos Hery dotarł wreszcie do jego uszu. - Jak się masz Lucek?
    - Jak Ty się zwracasz do naszego nowego władcy?! - Aurora była oburzona.
    - A jak mam mówić, skoro jeszcze nawet nie przybrał nowego imienia?! Nie bądź śmieszna. Znam go od zawsze i nagle mam udawać, że tak nie jest? Jesteś jeszcze młoda Auroro i nie wiesz, ile razem z Luckiem przeszliśmy.
    - Dziewczyny, o czym Wy gadacie? - Ferrus wreszcie się odezwał. - Jakie nowe imię?
    - Nie gniewaj się Lu... Panie, - Hera odparła. - Jesteś teraz władcą wszystkich Aniołów. Intronizacja nastąpi, gdy tylko wrócisz do zdrowia.
    - A Yaah? Przecież mnie powalił Twoim butem. Ale wstyd! - Ferrus zamknął oczy usiłując sobie przypomnieć wydarzenia sprzed, - właściwie, ile już czasu tu leżę?
    - Tylko dwa dni, Panie, - odparła Aurora uroczym, śpiewnym głosem. - Zabiłeś Yaaha zanim straciłeś świadomość.
    - Naprawdę? - Ferrus był szczerze zaskoczony. - To znaczy, że jesteśmy wolni od władzy tyrana.
    - Dzięki Tobie i Twojemu męstwu, - dodała Aurora.
    - O ile pamiętam, to obie miałyście swój udział w tym zwycięstwie. Ty Hero walczyłaś butem a Ty Auroro trójzębem, i szczerze przyznam, że byłaś doskonała. Nie widziałem, by jakakolwiek Anielica tak walczyła. Bez Ciebie byłoby chyba już po nas. Dajcie mi trochę odpocząć, bo czuję, że mi wraca gorączka.
    Ferrus zamknął oczy i udawał, że zasypia. Jego towarzyszki po cichu się oddaliły zostawiając go samego.
    - Władca, też mi coś. Nie zabiłem go, by stać się zakładnikiem władzy, - pomyślał. - Muszę coś wymyślić zanim będzie za późno. Nie mam zamiaru marnować reszty życia na błazeństwa i politykę. Trzeba nasze problemy rozwiązać raz na zawsze. Chyba plan, jaki miałem przed zabiciem Yaaha wciąż może zostać zrealizowany. Muszę tylko...
    Ferrus zasnął przytłoczony ogromem problemów do rozwiązania.
    - Jak to sobie wyobrażasz? - Spytała Aurora. - Nie widzę się na tym stanowisku. Nie znam się na polityce i nie chcę się nią zajmować.
    - Nie mów, że ci się Lucek nie podoba. Jest jedynym, który wart jest tu uwagi, - powiedziała Hera. - Porównaj go sobie z tymi nieopierzonymi gówniarzami, no i jest jeszcze Aashlokh. Amant z niego żaden, ale za to jest bogaty.
    - Ty myślisz tylko o władzy, moja droga. Mnie to nie interesuje. Może ty zasiądziesz u boku Ferrusa?
    - Co to, to nie. Kawał życia na Olimpie strawiłam na udawaniu kogoś, kim nigdy nie byłam. Zrobili ze mnie podłą wiedźmę, której się wszyscy bali a przecież, taka nie jestem. Nie chcę obowiązków, tylko spokoju. Spójrz na Lucka. Jest uczciwy, przystojny i dowcipny i generalnie nie ma skłonności do zła lub przemocy a co musiał robić przez kilka tysiącleci? Straszył dzieci i dorosłych, i robił mnóstwo niefajnych rzeczy, bo Yaah tak mu kazał, by „interes się kręcił”. I co z tego mamy? Zostały nas tylko cztery tysiące, z czego większość to gówniarze. Co gorsza, Lucek też nie chce rządzić. Ma już chyba dość tej łatki, którą zyskał w ostatniej robocie. Jemu także należy się wypoczynek i odrobina spokoju. Musimy wymyślić coś, co raz na zawsze uwolni nas od podłego żywota, jaki pędziłyśmy dotąd.
    - Chodźmy do mnie, - zaproponowała Aurora. - Pogadamy, wypijemy i coś wymyślimy. Ashlokh na razie pilnuje spraw publicznych, więc jeszcze świat się nie zawali. Jako zastępca sprawdza się doskonale, tylko straszny z niego... No wiesz…, Dupek.
    - Może lepiej pójdziemy do mnie, - zaproponowała Hera. Koło Twojej kwatery chyba robi się powoli miejsce jakiegoś kultu.
    Obie gawędząc udały się do apartamentów Hery, gdzie popijając różne trunki przyniesione przez rozentuzjazmowanych obywateli dyskutowały przez wiele godzin. W końcu zalane w trupa usnęły na wygodnym łożu okrutnej władczyni Olimpu.
    Ferrus obudził się w znacznie lepszym nastroju niż poprzednio. Głęboka rana już się prawie zagoiła. Anioły nigdy nie posiadały służby zdrowia. Ich geny dawały sobie radę, jeśli tylko głowa trzymała się reszty ciała. Czasem trwało to kilkanaście dni, ale kto miał dość energii, ten się regenerował. Rozejrzał się wokoło. Na szczęście wszyscy sobie poszli. Ostrożnie poruszył ręką. Nic nie poczuł. Druga również nie powodowała bólu. Powoli usiadł na łóżku.
    - Chyba już całkiem ze mną dobrze, - pomyślał. - Ciekawe, ile czasu minęło. Nie zdziwiłbym się, gdyby już wybrali nowego władcę.
    Właściwie, to nie istniała żadna procedura wyłaniania władcy w społeczności Aniołów. Od wielu tysięcy lat nic się nie zmieniło. Yaah rządził tak długo, że wszyscy zdążyli zapomnieć, jak doszedł do władzy. Jakieś trzydzieści tysięcy lat temu, gdy statki Aniołów przybyły na Ziemię, władzę sprawował Chronos. Był mądrym i sprawiedliwym władcą, choć rasa Aniołów podupadła ze względu na częste mutacje i problemy z powielaniem starego wzorca DNA. Ulegało ono mutacjom na skutek silnego promieniowania kosmicznego i słabych zabezpieczeń przed twardym promieniowaniem Gamma. Przez niezliczone eony Anioły poszukiwały swojego Dopełnienia, o którym wspominały przekazy z Zaświata odnalezione bardzo dawno temu na Mictlan w Arce Przymierza. Praojcowie rasy zdecydowali, że należy odnaleźć Dopełnienie i się z nim połączyć, by rasa stała się pełną. Nikt nie wiedział, skąd się przekaz ani nawet sama Arka wzięły, ale nikt nigdy nie podważył ich autentyczności. Nikt też nie śmiał polemizować z podziałem puli genowej, z jakim powstały obie rasy. Anioły posiadły nieśmiertelność i zdolności regeneracji oraz wszelkie talenty artystyczne. Kiedyś mogły też porozumiewać się bez słów i podróżować bez pojazdów. Z czasem jednak, moc rasy podupadła i kwestia szukania Dopełnienia stała się paląca. Ograniczone zdolności rozumienia rzeczywistości nie pozwalały jednak na prawdziwy rozwój nauki. Z tego powodu żaden Anioł nigdy nie uzyskałby nawet stopnia doktorskiego na jakiejkolwiek uczelni ziemskiej oprócz akademii teologicznych oczywiście. Nic nie pomogły programy edukacyjne i komputery. Istniała nieprzekraczalna bariera inteligencji ograniczająca wszystkie Anioły. Z wielkim trudem i kosztem wielu ofiar wdrożono program budowy floty kosmicznej mającej na celu eksplorację kosmosu w celu poszukiwania Dopełnienia. Ponad sześćdziesiąt milionów lat temu rozesłano misje we wszystkich kierunkach świata. Jedna jedyna misja okazała się owocna. W odległości dziesięciu milionów lat świetlnych od Mictlan w niepozornej galaktyce spiralnej natrafiono na ślady życia organicznego. Misja prowadzona przez wiekowego Chronosa osiadła na błękitnej planecie, krążącej na trzeciej orbicie od żółtej gwiazdy ponad trzydzieści tysięcy lat temu. Mądry Chronos wybrał niedostępną wyżynę w górach na siedzibę Aniołów. Obfitość zwierzyny i roślinności przyprawiała o zawrót głowy. Istniało też wiele ras ludzkich o bliźniaczo podobnym zestawie genów do anielskich. Chronos uznał, że jest to nasze Dopełnienie. Próbowaliśmy się połączyć z przedstawicielami tego gatunku na różne sposoby, ale powstawały z takich związków jedynie pokraczne stwory o przerośniętych głowach, lub gigantycznej sile i odporności, ale nigdy z żadnego związku nie powstał osobnik doskonały. Nadzieje na restytucję wszechpotężnej rasy Super-Aniołów zdawały się płonne. Anioły powoli zaczęły traktować Ziemię jak nowy dom. Wyprawa na Mictlan trwałaby dwadzieścia milionów lat, więc nikt nie kwapił się z powrotem na macierzystą planetę. Przez kilka tysięcy lat wiele Aniołów znalazło sobie zajęcie i zabawę występując, jako bóstwa różnych plemion na Ziemi. W zamian otrzymywały część łupów myśliwskich lub unikalne wyroby rękodzieła artystycznego. Nie robiąc absolutnie nic, żyli w uwielbieniu i nieróbstwie. Największą grupę wyznawców zyskał syn Chronosa - Yaah. Na północnych krańcach wielkiego lądu nazwanego później Afryką objął posadę boga różnych plemion tam zamieszkujących. Miliony ludzi oddawały cześć jemu i innym Aniołom udającym bogów życia, śmierci, urodzaju, zagłady i wielu innym. Wymyślono różnych mesjaszów i pomazańców, męczenników i herosów, by zabawa trwała. Kilkanaście tysięcy lat temu Chronos stwierdziwszy, że należy się podzielić odkryciem ze wszystkimi Aniołami zarządził powrót wszystkich na Mictlan. Wielu przedstawicieli ziemskiej populacji ludzi odłowiono i umieszczono w krio kapsułach. W dniu wyznaczonym przez Chronosa wszyscy mieli wyruszyć z powrotem do domu. Niestety Yaah wraz z grupką popleczników, wykorzystując świąteczny nastrój władcy, podstępnie zgładził go w nikczemny sposób. Nie była to walka, tylko pułapka. Gdyby Yaah stanął do otwartej walki z Chronosem, straciłby głowę zanim zdążyłby dobyć broni. Jednak Yaah był podły i nie stanął do walki. Zrobiły to za niego jadowite węże i skorpiony, które podrzucił do łoża Chronosa. Gdy władca udał się na spoczynek na nieco chwiejnych nogach, jadowite stworzenia pozbawiły go szybko przytomności. Do rana wyzdrowiałby zapewne, gdyby nieprzytomnemu ojcu Yaah nie odrąbał głowy. Niewielu wiedziało o tej podłej zdradzie. Yaah utrzymywał, że pokonał ojca w otwartej walce. Jednak kilka Aniołów, w tym także Ferrus widziało całe zajście. Nie było sensu rozgłaszać prawdziwej wersji, gdyż wiadomo, czym to groziło. Kilka nierozważnych Aniołów próbowało, ale skończyło się to publicznymi dekapitacjami dla przykładu. Od tego czasu zapanował terror i bezprawie a jedynym prawem był kaprys Yaaha. Każdy mógł z ludźmi robić, co chciał, byle za zgodą Yaaha. Tak sprawy miały się do czasu odkrycia przez ludzi Transferów Fazowych, które pozwoliły na natychmiastowe podróże na dowolne odległości w przestrzeni. Niektóre Anioły przypomniały sobie wtedy o dawno zapomnianej ojczyźnie - Mictlan. Mając wielkie wpływy w kołach rządzących nietrudno było o odpowiedni statek przestrzenny, który zawiózł wieści do odległej Ojczyzny. Statek powrócił jednak z niedobrymi nowinami. Rasa Aniołów na Mictlan podupadła w międzyczasie już tak dalece, że pozostały jedynie niedobitki niezdolne do jakichkolwiek działań. Anioły na Ziemi odkryły, że DNA Śmiertelnych wspomaga regenerację u Aniołów i korzystały z tego dobrodziejstwa przez wiele tysiącleci. Natychmiast po powrocie misji z Mictlan wysłano wielu Śmiertelnych w celu uratowania ginącej odległej rasy. Niestety, nawet ich DNA nie było już w stanie pomóc większości. Wszystko, co pozostało w ojczyźnie, to kilka tysięcy Aniołów o wątpliwej przydatności, cokolwiek by to miało znaczyć. Yaah, w geście swoiście pojmowanego „miłosierdzia”, kazał ich wszystkich zgładzić, po czym ogłosił się Władcą wszystkich Aniołów we Wszechświecie. Jego szaleństwa od tego czasu nie hamowało już nic aż do przedwczoraj. Nikt nie wiedział, co się teraz stanie i jaki los czeka rasę Aniołów, zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń na Ziemi. Dużo złego Anioły uczyniły ludzkości, ale może wciąż istnieje, choć cień szansy na nowe rozdanie. Tego nikt nie wiedział. Najbliższa przyszłość pokaże.
    Pogrążony w niewesołych rozważaniach Ferrus nie zauważył, kiedy do jego komnaty wszedł Aashlokh.
    - Ferrusie, miło Cię widzieć w dobrej formie. Wszyscy bardzo się martwiliśmy Twoim zdrowiem. Po ostatnich wydarzeniach krążyły różne pogłoski. Tymczasowo objąłem przewodnictwo, gdyż zaczęły się rozruchy i niepokoje. Trzeba było położyć temu kres. Wyłowiłem prowodyra i uwięziłem dopóki prawowity władca nie zdecyduje o jego losie.
    - Witaj Dick, - Ferrus szczerze się ucieszył. - Miło mi, że postanowiłeś mnie odwiedzić.
    Aashlokh nie był może zbyt lotny, ale był lojalny i nie pragnął władzy dla siebie. Zadowalała go spokojna egzystencja i możliwość zajmowania się swoimi sprawami. Nigdy nie był członkiem żadnego ugrupowania Bogów panoszących się po Ziemi w dawnych czasach, co wielu miało mu za złe.
    - Jak się zapewne domyślasz jesteś jedynym kandydatem na stołek po Yaahu. Rozmawiałem ze Starszyzną. Nie widzą nikogo innego na tym stanowisku. Wszyscy znają i doceniają Twoje kreatywne podejście do różnych zagadnień, stąd też nadzieja, że podołasz wyzwaniom trudnej sytuacji, jaką na nas sprowadziły bezrozumne działania Yaaha.
    - Zastanawiałem się właśnie nad tym, - odparł Ferrus, - i jestem skłonny się zgodzić, jednak pod pewnymi warunkami. Czy jesteś władny rozmawiać w imieniu całej Starszyzny?
    - Oczywiście, - odparł Dick. - Nie przychodziłbym z pustymi rękami do Ciebie, mam pełne zaufanie Starszych. Nie wykazali się zbytnią operatywnością za rządów Yaaha, więc koniecznie chcą poprawić swój image.
    - I będą mi wchodzić w tyłek, gdy tylko się schylę, jak to dotąd robili? Żądam czegoś więcej. Słuchaj uważnie Dick, bo idą zmiany. Kto ich nie pojmie, zginie.
    - Zabrzmiało to jak groźba, - Aashlokh wystraszył się nie na żarty. - Ty poważnie?
    - Śmiertelnie. Bez tego nie ma dla nas przyszłości. Ale zaczniemy od rzeczy najprostszej. Żądam dostępu do najtajniejszych informacji i upoważnienia do podejmowania wszelkich działań w imieniu całej rasy Aniołów. Nie będę tolerował sabotażu, kunktatorstwa, kolesiostwa ani korupcji. Każdy, kto dopuści się któregoś z tych przestępstw, skończy w zimnym kosmosie..., bez biletu powrotnego!
    - Starszyzna zbiera się dzisiaj, by omówić zaistniałą sytuację i podjąć uchwałę...
    - Przestań Dick. Jak się zbiorą to nie po to, by pieprzyć bez sensu, bo jak jest każdy widzi. Nie mieli nic do powiedzenia przez tysiąclecia, więc niech lepiej słuchają zamiast wygłaszać swoje mądrości wątpliwej próby. Jak dotąd nie zrobili nic poza ustalaniem świąt i imprez ku czci Yaaha. Teraz ktoś odwalił za nich brudną robotę i już czują się ważni. Tylko u ludzi jest tak, że jedni się narażają lub giną w imię wyższych celów a inni, najczęściej skrajni tchórze, czerpią korzyści z ich ofiary. Tu tak nie będzie. Wszyscy równo poniesiemy ciężar odpowiedzialności za nasze uczynki i albo przetrwamy, albo zginiemy. Wszyscy! Rozumiesz? Zarządzam zebranie tych śmierdzieli na wieczór w Sali Rady. Możesz powtórzyć im wszystko, co tu usłyszałeś. Każde... Słowo, - Ferrus wycedził przez zaciśnięte zęby.
    Aashlokh pojął, że byłby ostatnim głupcem, gdyby sprzeciwił się Ferrusowi. Jego nominacja jest pewna i nawet nie trzeba uchwały Starszyzny, by stała się faktem. Ma w tej chwili wszystkich za sobą, więc może zrobić, co tylko przyjdzie mu do głowy.
    - Chyba się coś zmieniło, - pomyślał, - ale raczej na gorsze, przynajmniej dla członków Rady. - Powiadomię Starszyznę, - powiedział głośno i ukłoniwszy się nisko wyszedł.
    W drzwiach minął się z Aurorą, która właśnie przyszła. Miała nieco zapuchnięte oczy, ale wziąwszy pod uwagę, co przeszła, trudno się dziwić.
    - Witaj Auroro, - Ferrus nie krył radości. - Tylko dzięki Tobie nasz plan się powiódł. Wątpię, bym pokonał Yaaha, gdybyś mu nie podała trucizny.
    - Jaa, ja właśnie chciałam Ci coś powiedzieć, - wyjąkała Aurora. - Podałam Yaahowi puchar z winem i trucizną, jednak ten burak oskarżył mnie o skąpstwo i zaczął pić wino prosto z dzbana. Nie jestem zamożna, więc i wino nie było przedniej, jakości. Zalatywało odrobinę stęchlizną i było cierpkie. Gdy skończył pić, poczuł zapewne tę cierpkość w gardle a że trzęsłam się ze strachu, uznał, że wino tak smakuje, gdyż jest zatrute. Resztę historii już znasz. Nawet nie powąchał zatrutego wina. Nie mam, zatem żadnego udziału w Twojej chwale.
    Ferrus zastanawiał się przez chwilę, po czym się rozpromienił.
    - Wręcz przeciwnie, gdyż pokonaliśmy go w uczciwej walce a nie podstępem. Miałem pewne skrupuły, ale je rozwiałaś. Jeśli zaś chodzi o Twój wkład, to bez Ciebie leżałbym teraz gdzieś bez głowy razem z Tobą i Herą. Na szczęście stary drań uznał, że czas odejść i zrobił nam miejsce na tronie.
    - Nam? - Aurora spytała zdziwionym głosem. - Cała chwała jest Twoja i nie zamierzam...
    - Spokojnie, - Ferrus uciszył ją unosząc dłoń do góry. - Nie mam zamiaru nigdzie zasiadać a tym bardziej pakować kogokolwiek innego w to bagno. Ciebie w szczególności. Plan jest zupełnie inny. Słuchaj...
    Ferrus wyłożył swoje zamierzenia coraz bardziej zaskoczonej Anielicy. Gdy skończył mówić ściszonym głosem Aurora uśmiechnęła się nieznacznie.
    - Dokładnie to samo uradziłyśmy wczoraj z Herą, tylko proponujemy inny podział ról. Co do reszty zgadzamy się z Tobą w zupełności. Trzeba działać natychmiast. Ty musisz się udać do apartamentów Yaaha, by zabezpieczyć wszystkie tajne dokumenty i kontakty. Bez nich jesteśmy bezsilni. Część gwardii Yaaha siedzi już pod kluczem. Większa połowa jego pretorian się zbuntowała i zamknęła opornych zaraz, gdy wieści poszły w świat. Na ich korzyść niech świadczy, że wieści były bardzo niepewne. To oni przybyli zaraz po bitwie, by zapewnić nam ochronę i wsparcie w razie kłopotów. Czekają teraz przed Twoim apartamentem aż wyjdziesz. Ja tylko wskazałam im drogę i zapewniłam o Twojej przychylności.
    - Świetnie się spisałaś Auroro, - Ferrus był pod wrażeniem jej operatywności. - Niektórzy są tak skromni, że nie zdają sobie nawet sprawy ze swoich zasług.
    Chciał jej powiedzieć, że połówki zawsze są równe, ale nie miał serca psuć jej dobrego samopoczucia. Zdecydowanie nie zasłużyła na to. Pogładził jej rękę i wstał z łóżka. Ubrał swój ciemny strój i hełm z okazałymi rogami. Spojrzał w lustro i po chwili zdjął nakrycie głowy.
    - Czas już skończyć z tą bufonadą, - rzucił hełm w kąt komnaty z taką siłą, że jeden z rogów odpadł a drugi ułamał się w połowie. - Od dziś niech goła głowa świadczy o czystym sercu. - Sam się uśmiechnął słysząc te pierdoły, które sam wygłaszał, ale jako hasło dla ciemnego pospólstwa brzmiało dobrze.
    Aurora również się uśmiechnęła, ale doskonale teraz znała zamiary Ferrusa i zamierzała go wesprzeć, zwłaszcza, że jej notowania skoczyły pod niebo po bitwie. Wszyscy o niej mówili i podziwiali, tak za męstwo, jak i za urodę. Byłoby nierozsądnie popaść z nią w konflikt, nawet niewielki. Społeczeństwo nawykłe do strachu nieprędko podnosi się z klęczek. Na to trzeba czasu, ale na razie ta cecha sprzyjała ich planom.
    Ferrus wyszedł przed drzwi frontowe swoich apartamentów. Oprócz trzydziestu gwardzistów w pełnym rynsztunku zgromadziło się również sporo gapiów.
    - Niech żyje Najwyższy...
    - Dość! - Ponad głośnym okrzykiem głos Ferrusa zabrzmiał jak grom. - Na chwałę będziemy musieli zasłużyć uczynkami, nie okrzykami.
    Natychmiast wokół zalęgła cisza. Nikt już się nie usiłował podlizywać Wodzowi. Dowódca gwardii zameldował gotowość plutonu i czekał na rozkazy.
    - Za mną! - Ferrus rzucił krótko i ruszył w kierunku pokładu Władcy.
    Yaah miał prawie cały pokład do swojej dyspozycji. Mieściły się tam jego apartamenty, główna sterownia, czyli tak zwany mostek, tajna kancelaria, serwerownie, koszary gwardii przybocznej, oraz oczywiście więzienie dla niepokornych. Tych ostatnich właściwie nie było, gdyż Yaah szybko pozbywał się wrogów. Mały oddział szybko podążał krok w krok za dowódcą. Ferrus wybierał drogę tak, by wszyscy widzieli jego przemarsz. Prowadził pochylniami pomiędzy sąsiednimi poziomami, by nie zmuszać oddziału do używania wind. W końcu dotarli na właściwy poziom. Opuszczając ostatnią pochylnię Ferrus zauważył spory oddział żołnierzy uzbrojonych po zęby. Oddział ustawiony był w poczwórny szereg zaokrąglony na końcach, tak by zagrodzić drogę chcącym dostać się na ten poziom. Ferrus podniósł rękę zatrzymując swoich gwardzistów. Przed szereg wysunął się sędziwy jegomość w ciężkim bojowym hełmie na głowie. W ręku trzymał miotacz jonowy i dzidę plazmową. Przy pasie zwisał klasyczny, ciężki bojowy miecz.
    - W imieniu Rady Starszych zatrzymać się, - Mężczyzna rozkazał. - Kto i w jakim celu prowadzi oddział?
    - Ferrus, głównodowodzący stacji. Do kwatery Yaaha.
    - Nie masz upoważnienia, by wejść na ten poziom. Rada nie udzieliła również zgody na przemarsz oddziału gwardii, - Mężczyzna stanął w rozkroku i uderzył dzidą w posadzkę. - Złóżcie natychmiast broń. Ferrusie jesteś aresztowany w imieniu Rady Starszych, która objęła rządy nad całością stacji i wszelkimi podległymi terytoriami.
    Ferrus nawet się bardzo nie zdziwił takim dictum. Coś mu mówiło, że łatwo nie będzie, tym bardziej, że Aashlokh zapewne powtórzył Radzie wszystko, co usłyszał niedawno.
    - Youdo, Rada Tchórzy nie ma żadnego prawa wydawać mi rozkazów. Zejdź mi z drogi i zabierz swój oddział, jeśli chcesz uniknąć rozlewu krwi.
    Na poparcie swych słów dobył topora plazmowego, lecz nie włączył go jeszcze. Wszyscy wiedzieli, jak groźny jest taki oręż, zwłaszcza w ręku Ferrusa. Cztery szeregi cofnęły się o pół kroku. Ferrus cieszył się zasłużenie złą reputacją, jeśli chodzi o metody walki. Ostatnia walka także nie pozostawiała złudzeń, co do jego metod. Jego topór nie czynił rozróżnień między dużymi i małymi, odważnymi i tchórzami, bogatymi i biednymi. Był w stu procentach egalitarny. Wszyscy o tym wiedzieli, dlatego tylko ostatni głupiec chciałby z nim zwady. Ferrus liczył właśnie na taki efekt psychologiczny, jednak jego prestiż nie podziałał na dowódcę, gdyż w odróżnieniu od swoich żołnierzy, nie cofnął się.
    - Youdo, nie jesteś głupcem, ale niepotrzebnie występujesz w obronie interesów tchórzy i zdrajców, którzy chcą zachować swoje ciepłe posadki, nawet za cenę życia wielu żołnierzy. Jesteś członkiem Rady, ale nie musisz nadstawiać za nich karku, - Ferrus przemówił cichym głosem. - Jeśli nie odwołasz swoich chłopców, tylko Ty zginiesz. Ich oszczędzimy, bo nie mają wyboru, jaki masz Ty. Moi gwardziści mają duże doświadczenie bojowe, podczas gdy Twoi to naprędce zwołana banda gówniarzy. Rozgromimy ich zanim doliczysz do stu.
    Słowa Ferrusa najwidoczniej zrobiły wrażenie na żołnierzach Youdy, gdyż zaczęli się nerwowo rozglądać i patrzeć na siebie nawzajem szukając wsparcia u kolegów z szeregu. Widząc to gwardziści Ferrusa postąpili krok naprzód z głośnym przytupem wzmocnionym przez metalową rampę pod ich stopami. Pierwszy uciekł żołnierz z trzeciego szeregu. Zrzucił swój hełm i nie oglądając się za siebie biegiem pognał ku najbliższemu korytarzowi. Potem zapanował zupełny chaos w szeregach. Wszyscy jednocześnie rzucili się do ucieczki tratując tych, którzy stali na ich drodze. Youda pozostał sam. Nie mając wsparcia odsunął się o dwa kroki w bok robiąc przejście Ferrusowi, który postąpił krok naprzód i spojrzał na Youde. Żal mu było starego żołnierza, więc klepnął go po ramieniu, dając mu w ten sposób znak, że nie ma wrogich zamiarów. Ruszył przed siebie a jego gwardziści za nim. W tym momencie zza jednej z kolumn padł strzał z miotacza laserowego. Jeden z gwardzistów osunął się na podłogę. Reszta natychmiast się rozproszyła kryjąc się za filarami i wysokimi donicami z wielkimi roślinami tropikalnymi zdobiącymi pokład Władcy. Powietrze drżało od kolejnych wystrzałów. Ferrus uskoczył w bok lądując w przejściu pomiędzy ścianą a rzędem filarów. Gwardziści odpowiadali na strzały przeciwników kryjących się za filarami i wielką ławą znajdującą się pośrodku hallu. Dwóch z nich znalazło się po przeciwnej stronie do pozycji Ferrusa. Ruszyli naprzód ściągając na siebie uwagę obrońców. Ferrus wykorzystał ten moment i błyskawicznie dobiegł do filaru, zza którego padł pierwszy strzał. Moment później na środek hallu potoczyły się dwie głowy odcięte jednym zamachem jego topora. Toczące się głowy odciągnęły uwagę obrońców od reszty gwardzistów, którzy natychmiast pobiegli w głąb hallu ścinając kolejne głowy. Jeden z obrońców wybiegł na środek hallu. Krew tryskała z obu jego przedramion, pozbawionych rąk. Strasznie krzyczał ściągając na siebie uwagę innych obrońców. Ferrus w zamieszaniu dopadł kolejnych trzech obrońców kryjących się za filarem na wysokości ławy. Zamachnął się toporem i odciął głowę pierwszemu z nich. Następny nie miał tyle szczęścia, gdyż topór rozplątał jego tors od ramienia aż po pas. Obrońca patrzył na Ferrusa zdziwionym wzrokiem jakby pytając, „ Za co?”. Stał Ferrusowi na drodze do ostatniego z trzech żołnierzy, więc ten go kopnął tak mocno, że obaj nieszczęśnicy wylecieli jak kukły na środek hallu tracąc równowagę. Nie zdążyli jeszcze dotknąć posadzki, gdy dosięgły ich włócznie gwardzistów, którzy ścigając obrońców po całym hallu systematycznie redukowali ich liczbę w kolejnych pojedynkach. Ferrus wskoczył na ławę a z niej wykonał salto w tył lądując za dwoma zaskoczonymi żołnierzami, którzy strzelali z miotaczy, kryjąc się tchórzliwie. Jeden z nich zdążył się obrócić i podnieść miotacz na wysokość pasa, jednak Ferrus błyskawicznie jedną ręka podbił lufę miotacza w górę i od spodu wymierzył w kolbę kopniaka. Lufa wbiła się w podgardle żołnierza i wyszła przez czubek jego głowy. Drugi z żołnierzy okazał się być członkiem Rady. Ferrus przyłożył mu do gardła swój długi, ostry jak brzytwa nóź. Drugą ręką zdarł mu okazały hełm z głowy.
    - Acidus, - Wycedził przez zęby. - Zawsze byłeś tchórzem i drobną szują. Świat będzie lepszy bez Ciebie.
    Oczy mężczyzny wyrażały błaganie o litość, którą Ferrus właśnie mu okazał. Nóż gładkim cieciem oddzielił głowę od reszty ciała. Krew trysnęła z otwartych tętnic, ochlapując ławę i filary. Gdy ciało upadło, szybko zaczęła się tworzyć spora plama krwi na podłodze.
    - Nie brać jeńców. Dobić rannych! - Rozkazał swoim gwardzistom, którzy błyskawicznie rozprawili się z pozostałymi przy życiu obrońcami Rady.
    - Czterdziestu siedmiu zabitych wrogów, dwóch rannych gwardzistów. - Zameldował dowódca wycierając z krwi ciężki miecz bojowy.
    Gwardziści szybko zebrali się przy dowódcy, który również był cały zachlapany krwią tak jak oni. Popatrzyli na siebie i ryknęli gromkim śmiechem siejąc strach w sercach tych, którzy jeszcze mieli zamiar stanąć na ich drodze.
    - Zaopatrzyć rannych i odprowadzić do kwater. Reszta za mną.
    Dowódca wyznaczył czterech żołnierzy do pomocy rannym, po czym wydał rozkaz do wymarszu. Ferrus nie spodziewał się więcej niespodzianek, gdyż Rada nie byłaby w stanie w tak krótkim czasie zmobilizować większych sił.
    - Zaczekaj Ferrusie, - Youda zawołał z drugiego końca hallu. Żołnierz powoli podszedł do Ferrusa. - Musisz najpierw zneutralizować Radę, gdyż tak długo, jak tego nie zrobisz będą Ci szkodzić. Twoje słowa przekazane przez Aashlokha nie pozostawiły nam wyboru. Przez wiele lat Rada współpracowała z Yaahem w zamian za drobne przywileje, stąd obecnie posiada wiedzę, która może Ci się okazać bardzo pomocna w realizacji Twoich planów. Znam Cię nie od dziś i wiem, że nie chcesz władzy ani splendorów. Zależy Ci na czymś więcej. Ze wszystkich, których znam, Ty jeden zawsze byłeś inny. Nie kierowałeś się korzyścią osobistą, tylko dobrem ogółu, na ile było to możliwe.
    - Zapewne masz rację. Byłeś jedynym, który otwarcie stanął ze mną twarzą w twarz. Honorowy wróg zasługuje na szacunek. Gdzie zebrała się Rada?
    - W tej chwili oczekują raportu o Twojej śmierci lub uwięzieniu w kwaterze Patalacha, Seniora Rady.
  • #41
    yego666
    Specjalista PLD
    Jutro nie będzie kolejnego odcinka, za co bardzo przepraszam. Będę daleko od komputera. Kolejny, 24-ty odcinek we wtorek.

    ============== Odcinek 23 ================

    - Rozdzielimy się na dwie grupy. Jedna pod moim dowództwem pójdzie korytarzem północnym, druga natomiast odetnie drogę ucieczki od południa. Musimy wziąć wszystkich żywcem. Nie chcę żadnych trupów. Ty Youdo będziesz moim osobistym więźniem. Możesz liczyć na sprawiedliwe traktowanie. Udaj się do swojej kwatery i czekaj na moje wezwanie. Będziesz mi potrzebny wkrótce.
    Youda skłonił się i odszedł. Oddział rozdzielił się sprawnie na dwie grupy i ruszył ku kwaterze Patalacha. Po drodze nie napotkali żadnego oporu. Obie grupy stanęły niemal jednocześnie u wejścia do okazałej kwatery Seniora Rady. Oba skrzydła wejścia ozdobione były wizerunkami oka zamkniętego w romboidalnym obramowaniu. Ferrus i dowódca gwardzistów jednocześnie naparli na oba skrzydła drzwi, które po chwili oporu wypadły z zawiasów z hukiem i wpadły do pomieszczenia. Grupa siedzących w pomieszczeniu Aniołów zerwała się od stołu na równe nogi. Wszyscy ubrani byli w galowe togi ze złoceniami na kołnierzach i rękawach. Na stole stały złote puchary napełnione winem. Gwardziści weszli do pomieszczenia i otoczyli grupkę dziewięciu członków Rady.
    - Skuć ich! - Rozkazał Ferrus.
    -Nie masz prawa, morderco, - odezwał się najstarszy z Rady, Patalach.
    Zaraz pożałował swoich słów, gdyż Ferrus wymierzył mu pięścią potężny cios w szczękę posyłając go na podłogę. Przydepnął ciężkim butem jego tors i spojrzał mu prosto w oczy.
    - Jak śmiesz w ogóle się odzywać tchórzliwy psie. Posyłasz niewinnych, by ginęli w imię Twoich partykularnych interesów a Ty raczysz się winem za ich zdrowie, - Ferrus ryknął z wściekłością. - Zakneblować tego krzykacza brudną skarpetą. - Rozkazał najbliżej stojącemu gwardziście, który ochoczo zdjął obie skarpety i wepchnął je głęboko do gardła szarpiącemu się starcowi.
    Oczy prawie wyszły mu z orbit na taką niesłychaną zniewagę. Reszta nie chcąc podzielić jego losu potulnie dała się skuć jak stado baranów.
    - Liczyłem na Waszą współpracę, ale Wy wybraliście swoje małe śmierdzące interesy chcąc zachować stanowiska i wspiąć się na moich plecach. Zapłacicie za swój brak wizji, ścierwa.
    Strach pojawił się w oczach skutych więźniów.
    - Przeżyje tylko jeden, który wykaże się największym rozsądkiem, - Ferrus kontynuował. - Reszta zakończy żywot nim doba minie.
    - Nie możesz, podły uzurpatorze, - wrzasnął jeden z więźniów.
    Ferrus spojrzał na kolejnego gwardzistę, który nie wyglądał na czyścioszka. Bohaterski krzykacz skończył swój występ z brudnymi skarpetami gwardzisty w ustach.
    - Jakby któryś miał jeszcze coś do powiedzenia, to od teraz kneblować pantalonami.
    Gwardziści znów ryknęli salwą śmiechu aż echo poniosło po całym poziomie.
    - Jesteście mocni w gębie póki macie poparcie takich jak Wy sami. Zobaczymy, kto z Was dotrwa do jutra.
    Ferrus dał znak do wymarszu. Ruszył na czele kolumny w kierunku głównego pokładu, gdzie znajdował się areszt. Po drodze grupki gapiów przyglądały się ze strachem widowisku, które nawet za panowania, Yaaha byłoby nie do pomyślenia. Któż śmiałby uwięzić całą Radę? Nikt z żyjących nie pamiętał takiego wydarzenia. Zwykle to Rada wydawała wyroki aż tu nagle los się odwrócił. Nikt nie wiedział, co o tym myśleć, gdyż sytuacja nie miała precedensu. Na wszelki wypadek żaden z gapiów nic nie mówił, w milczeniu obserwując jedynie przemarsz więźniów. Po kwadransie kolumna dotarła do poziomu głównego, gdzie gwardziści sprawnie pozamykali więźniów w celach. Rozkuto wszystkich, za wyjątkiem dwóch ze skarpetami w ustach. Tych pozostawiono skutych i zakneblowanych, by nie zachęcać innych do występów wokalnych.
    - Żadnych posiłków ani wody do odwołania. Nocnik do każdej celi i zgasić światła. - Ferrus rozkazał kategorycznie dowódcy ancla. - Rozmowy karać kneblem.
    Rozstawiwszy gwardzistów na najbardziej zagrożonych stanowiskach, Ferrus udał się do tajnej kancelarii, gdzie miał nadzieję szybko uzupełnić swoją wiedzę o detale, których nie znał.
    Aurora wraz z Herą udały się do studia wewnętrznej telewizji, gdzie retransmitowano wybrane kanały Ziemskich rozgłośni oraz tworzono własny kanał informacyjny. Szef rozgłośni był dobrym znajomym Hery, więc chętnie udostępnił studio, by przygotowały swój występ. Dziewczyny zabrały się ostro do pracy. Po dwóch godzinach miały już zasadniczą część programu ukończoną. Brakowało im tylko występu Ferrusa, ale to musiało zaczekać do jego przybycia.
    Gdy Ferrus wreszcie wyszedł z tajnej kancelarii, nic nie powiedział tylko skinął na dowódcę gwardzistów. Poszli w ustronne miejsce, gdzie nikt nie mógł ich podsłuchać.
    - Zmieniłem kody zabezpieczające wszystkich obiektów na Stacji. Nikt, nic już nie odpali ani nie zmieni bez naszej zgody, - Powiedział Ferrus szeptem. - Weź sześciu najbardziej zaufanych gwardzistów i udaj się na pokład techniczny. Przejmijcie sterownię stosu grawitacyjnego. W siłowni znajdują się ładunki antymaterii, które Yaah chciał odpalić po ucieczce z siedmioma Anielicami na pokładzie jednostki FG-2-T.
    - A w jakim celu chciał je odpalić, skoro to nasza stacja? - Dowódca spytał naiwnie.
    - Żeby zniszczyć rasę Aniołów. Chciał sam stworzyć nową, doskonałą rasę klonując samego siebie. Na pokładzie okrętu FG-2-T znajduje się wszystko, czego potrzebował. Jeszcze kilka dni i byłoby po nas.
    Dowódca podrapał się w głowę. Trudno mu było pojąć bezmiar szaleństwa, które doprowadzało do takiej megalomanii. W końcu Yaah był zwyczajnym Aniołem, jak wszyscy. Miał jedynie nieograniczoną władzę, która go zdeprawowała do tego stopnia, iż miał się za lepszego od pozostałych. Nie mieści się to w głowie normalnego Anioła.
    Dowódca skinął głową i poszedł do swoich podwładnych. Po chwili jedna grupka gwardzistów ruszyła w kierunku wyjścia na pokład techniczny a druga do siłowni. Ferrus skierował się do rozgłośni telewizyjnej, gdzie miał wygłosić orędzie.
    - Lucek, - Hera zerwała się z leżanki. - Dobrze, że wreszcie jesteś. Zmontowałyśmy materiał z taśm monitoringu. Mocna historia z tego będzie. Zaczyna się widokiem na naszą flotę i stos grawitacyjny a potem już tylko... Straszne rzeczy. Sam zobaczysz.
    - Za ile czasu możemy wejść na antenę? - Ferrus spytał. - Nikt nie wie, co się dzieje. Musimy wszystkim wyjaśnić sytuację i nasze zamiary. Bez tego zaczną się rozruchy i maruderstwo. Puszczajcie, co macie a ja w tym czasie przygotuję parę słów od siebie.
    - Wejdziemy dokładnie za siedem minut, - powiedziała Aurora wyciągając zza pleców małe pudełeczko. - To prezent dla pierwszego prawego Anioła od czasów Chronosa. - Wręczyła pudełeczko Ferrusowi.
    Ferrus spojrzał na prezent z ciekawością a następnie powoli otworzył wieczko pudełeczka. Przez chwilę przyglądał się jego zawartości, po czym uściskał zaskoczoną Aurorę.
    - To jest..., Ten klucz to największa tajemnica, jaką Yaah ukrywał przed wszystkimi, - rzekł Ferrus powoli. - Jak go zdobyłaś Auroro?
    - Ukradłam go Yaahowi, gdy się do mnie usiłował dobierać. Miał go na szyi, ale był tak napalony, że nawet nie spostrzegł, gdy mu go skroiłam. A dalszy ciąg już znasz.
    - No to mamy wszystkie elementy układanki. A już myślałem, że Śmiertelni je mają. Pozostaje, zatem tylko ustalić, gdzie się znajduje Prawdziwa Arka.
    - Co mają Śmiertelni? - Spytała Aurora, zdziwiona tak żywiołową reakcją.
    - Dziewczyny, słuchajcie uważnie. Najstarsza przypowieść Aniołów, o jakiej słyszałem, została prawie zapomniana. Od zarania dziejów, czyli przez pięć miliardów lat istnienia naszej rasy krąży przypowieść, która opisuje koniec wszechświata. Mówi ona, że z upływem czasu, wszechświat będzie rozszerzał się coraz szybciej. Śmiertelni nazywają siłę, która to powoduje - „ciemną energią”. Ich nauka nie wyjaśnia jednak jej natury, choć potwierdza fakt przyspieszania ekspansji. Nasza przypowieść jednak idzie dalej i wyjaśnia nam przyczynę. W Nicości istnieją od zawsze trzy Elementy stabilizujące wszelkie istnienie. Materialne i niematerialne, żywe i nieożywione, inteligentne i nieinteligentne byty mogą istnieć dzięki równowadze pomiędzy tymi trzema Elementami. Póki znajdują się w Nicości zapewniają stałość i spójność praw fizycznych rządzących wszystkimi domenami, zwanymi także czasem enklawami. Gdyby tak było, przestrzeń naszego i każdego innego wszechświata pozostawałaby stabilna, i w dużych skalach niezmienna, czyli mielibyśmy niezmienny układ na zawsze. Jednak na skutek jakiegoś dziwnego przypadkowego czynnika dwa z trzech Elementów znalazły się w naszym wszechświecie. Jeden z nich udało się praprzodkom złapać i umieścić w znanym miejscu, drugi natomiast zawędrował tak daleko, że żadna znana technika nie jest go w stanie namierzyć i uwięzić. Kiedyś, jeszcze zanim przybyliśmy na Ziemię istniała tam ponoć krańcowo zaawansowana technologicznie cywilizacja, która posiadała odpowiednią technikę zdolną do uwięzienia Arki a nawet stworzenia lub jej zniszczenia, jednak wszelki ślad po niej zaginął i nie dysponujemy żadnymi informacjami dotyczącymi ich związku z drugim z Elementów. Starożytni nazywali ich Atlantami, albo jakoś podobnie. Na krańcach naszego wszechświata istnieje siła, która wsysa przestrzeń i materię, tak, że nasz wszechświat staje się coraz chudszy i rzadszy. Patrząc z naszego punktu widzenia postrzegamy przyspieszone rozbieganie się materii i przestrzeni ku horyzontowi, jednak, jeśli udamy się do samego horyzontu, wtedy dojrzymy, że to on jest małą dziurką we wszechświecie, która wsysa wszystko, co znajduje się dookoła niej. Uczeni zwą to transformacją topologiczną. Ta mała dziurka okazuje się być terminalną czarną dziurą, która nas coraz szybciej wciąga aż nie zostanie z nas nic. I właśnie ta dziurka powstała w stabilnym wszechświecie, gdy jeden z Elementów znalazł się w jego obszarze. Element jest tak potężny, że zdestabilizował horyzont zdarzeń otaczający nasz wszechświat i stworzył przejście, przez które nasza własność wycieka w Nicość, by osiągnąwszy krytyczną gęstość wybuchnąć, tworząc wszechświat potomny na gruzach naszego. Każdy z trzech Elementów jest złożony z innej substancji. Bezkarnie w naszej przestrzeni może czasowo przebywać tylko kompatybilny Element. Jeśli będzie on niekompatybilny, to efektem będzie destabilizacja i ostateczne zniszczenie. I właśnie teraz mamy taką sytuację. Jeden kompatybilny Element znajduje się gdzieś w tym wszechświecie, najprawdopodobniej na Ziemi a drugi stworzył osobliwość, czyli czarną dziurę, która nas wysysa, ale nie mamy pewności, co do tego, gdzie się znalazł po stworzeniu osobliwości. Trzeci Element znajduje się w Nicości i nie mamy do niego dostępu. Jeśli gęstość naszego wszechświata spadnie poniżej wartości granicznej, przestrzeń zacznie się rwać, jak zbyt mocno napięta tkanina i nastąpi ostateczny kolaps, który w ciągu bardzo krótkiego czasu zniszczy wszystko, co znamy. Każdy z Elementów składa się z dwóch osi wyznaczających jego położenie względem pozostałych Elementów i dwóch osi czasowych właściwych dla kompatybilnych wszechświatów. To właśnie nadmiar lub niedobór osi czasowych powoduje niestabilności w odpowiednich enklawach. Jeśli Elementy znajdują się w Nicości, odpowiednie osie czasu przenikają tylko do właściwych światów a pozostałe są blokowane na krańcowych horyzontach zdarzeń. W ten sposób każdy dostaje, co mu potrzebne. Jeśli jednak Element znajdzie się wewnątrz którejś enklawy czy wszechświata, jego osie czasu nie będą przenikały na zewnątrz powodując kłopoty i niestabilności we wszystkich innych enklawach. Stąd dla zachowania absolutnej równowagi i stabilności musimy wysłać wszystkie Elementy w objęcia Nicości. Te trzy Elementy w sumie stanowią energetyczne ZERO, więc nie naruszają neutralnego charakteru Nicości, dzięki czemu może w niej istnieć nieskończenie wiele enklaw. Mając klucz mamy kartę przetargową w negocjacjach ze Śmiertelnymi, którzy nota bene, już w tej chwili nie są Śmiertelnymi, gdyż mogą żyć nawet dłużej niż my. Zawsze twierdziłem, że nauka to potęga, ale nikt mnie nie słuchał, - Ferrus zakończył swoją opowieść z emfazą.
    Anielice słuchały i nie śmiały nawet nabrać tchu.
    - Skomplikowane to trochę, ale chyba złapałam, o co chodzi, - pochwaliła się Hera, - Musimy dogadać się teraz ze Śmiertelnymi i klucz nam pomoże, tylko, co właściwie ten klucz ma zrobić? - Spytała niepewnie.
    - A skąd mamy wiedzieć, że ten moment zerwania osnowy naszej czasoprzestrzeni się zbliża? - Spytała Aurora marszcząc zabawnie czoło. - Przecież nie mamy odpowiedniej aparatury pomiarowej.
    - To również jest zawarte w przypowieści, - Dodał Ferrus
    Nagle cała stacja zakołysała się, jakby tańczyła na falach. Wszyscy mieli wrażenie, że ściany i przedmioty wokół nich skurczyły się, by powrócić w chwilę później do normalnych rozmiarów. Trzy cykle jeden za drugim zatrzęsły stacją kosmiczną. Ferrus zerwał się na równe nogi. Anielice skuliły się z przerażenia.
    - Właśnie mówię o tych potężnych falach grawitacyjnych, które są sygnałem początku końca. Musimy się spieszyć zanim nadejdzie kolejna, silniejsza seria. Ostatnia będzie najsilniejsza i rozerwie czas i przestrzeń na małe kawałeczki. Tych fal nie ogranicza prędkość światła. Pędzą z prędkością wyznaczoną przez fluktuacje wywołane interferencją oddziaływań dwóch Elementów.
    - Cholera, - wrzasnął Ferrus. - Jeszcze nam w tej chwili do szczęścia przewrotu pałacowego brakowało. Nie mam zamiaru niańczyć tych niedorobionych obywateli rasy anielskiej. Musicie sobie same dać radę z tą audycja dla dzieci. Lecę natychmiast na Ziemię. Nie ma czasu do stracenia.
    Ferrus złapał swój topór i wybiegł ze studia jakby mu się ogon palił. Kiedyś się z niego śmiali, że ma ogon jak szczur. Podczas, gdy wszystkie Anioły miały białe pióra na ogonie, o ile w ogóle miały ogony a on miał tylko pokaźny czarny pędzel z włosia na końcu długiego ogona porośniętego futrem. Z czasem jednak zaczęli się go bać i już nikt nie śmiał z niego szydzić. Czasem ten ogon mu przeszkadzał, ale częściej dawał poczucie odmienności, jakby był czymś więcej niż Aniołem. Na brak zainteresowania u Anielic też nie mógł narzekać. Widać im się ogon podobał w myśl maksymy „Variatio Delectat”. W kilka minut dotarł na poziom techniczny. Złapał pierwszy komunikator dalekiego zasięgu, jaki wpadł mu w ręce. Sprawdził czy działa i schował go do kieszeni.
    - Główny! - Ferrus przywołał oficera dyżurnego. - Czy wymieniono już deflektory w jednostce desantowej Eol-2?
    - Dwa dni temu zakończono naprawę, Panie, - Zameldował oficer. - Jednostka została zarezerwowana do Waszego wyłącznego użytku. W pełni sprawna i zatankowana antymaterią czeka przy stanowisku piątym.
    W pomieszczeniu, w którym wcześniej były załogi okrętów, obecnie nie było nikogo. Zdziwiło to Ferrusa, gdyż zdążył już przywyknąć do ich widoku.
    - Główny, - spytał. - Gdzie się podziali nasi dzielni kosmiczni herosi?
    - Z rozkazu Seniora Rady, - Patalacha, kilka godzin temu zostali zaokrętowani na jednostkę, FG-2-T i w tej chwili powinni być już na naszych jednostkach w okolicach Układu Słonecznego.
    - Szlag by to trafił. Wszystko się wali a ten jeszcze bruździ. Zaraz się z nim rozprawię ostatecznie.
    Coś zapiszczało na konsoli nadzoru floty. Główny oficer włączył tryb ogólny, by nie nosić komunikatora.
    - Główny Oficer słucham, - Rzekł do konsoli.
    - Zwolnijcie zaczepy jednostki Eol-2, natychmiast! - Znajomy głos zapalił alarm w głowie Ferrusa.
    Główny oficer chciał wykonać polecenie, lecz Ferrus doskoczył do niego i złapał za rękę, którą już miał zdalnie rozłączyć zaczepy cumujące. Polecił mu spytać, kto znajduje się na pokładzie.
    - Kto znajduje się na pokładzie jednostki? - Główny posłusznie zapytał.
    - Oficjalna inspekcja Rady z misją kontroli Ogniska liniowego układu czarnych dziur, - Padła odpowiedź.
    - Proszę podać skład osobowy załogi. - Główny pytał dalej zgodnie z kolejnym rozkazem Ferrusa.
    - Nie poznajesz durniu?! - Ktoś wrzasnął zniecierpliwiony dociekliwością oficera. - Głównodowodzący Lucius Ferrus z oficerem Gwardii. Odblokować natychmiast cumy. - Zabrzmiał wściekły głos z konsoli.
    Oficer spojrzał pytająco na Ferrusa nie wiedząc, co ma dalej zrobić. Ferrus udzielił mu krótkiego instruktażu i wraz z gwardzistami pobiegł do stanowiska piątego na pokładzie startowym, gdzie jednostka Eol-2 była przycumowana. Po trzech minutach byli przy luku pasażerskim jednostki. Ferrus jednym szarpnięciem otworzył go, lecz wnętrze jednostki okazało się puste.
    - Gdzie oni się podziali!? - Myślał gorączkowo. - Przecież nie wyparowali.
    Chwilę myślał i przypomniał sobie coś. Kiedyś na jakimś suto zakrapianym przyjęciu Patalach demonstrował swoje umiejętności telekinezy i teleportacji. Był jednym z niewielu, którzy to jeszcze potrafili. Na stacji obowiązywał surowy zakaz używania teleportacji ze względów bezpieczeństwa. Widocznie właśnie przestał obowiązywać. Zakaz ten był tak silny, że nawet w areszcie nie instalowano osłon zabezpieczających przed taką ewentualnością. A więc Patalach i nie wiadomo, kto jeszcze, skaczą sobie po stacji jak żaby po łące.
    - Gdzie ja miałem rozum, - Ferrus wyrzucał sobie w myślach. - Ze też nie pomyślałem o tym i o FG-2-T także. Niezły ze mnie dowódca, nie ma, co. Co teraz robić? Eol-2 nie zawiezie mnie na Ziemię. To by trwało sto milionów lat z połową prędkości światła. Taka była maksymalna prędkość jednostek napędzanych antymaterią. Na taką odległość również się nie przeteleportuję. Mój najdłuższy skok to trzydzieści trzy lata świetlne. Skakałbym przez tydzień, by pokonać dystans do Ziemi.
    Polecił gwardzistom pilnować poziomu technicznego a sam przeteleportował się wprost do aresztu. Tak jak się spodziewał, cela Patalacha była pusta. Reszta potulnie siedziała w swoich celach. Mało to pocieszające. Patalach na pewno ma swoich stronników na stacji i trudno będzie go złapać. Gwardziści strzegący aresztu byli zaskoczeni zniknięciem więźnia, ale nic nie mogli zrobić. Ferrus myślał chwilę jak zaradzić dalszym ucieczkom i wymyślił. Nakazał natychmiast zaaplikować wszystkim więźniom końskie dawki środków nasennych i tak, co sześć godzin aż do odwołania. Nakazał też wzmóc czujność na ataki z zewnątrz. Wątpił wprawdzie, czy Patalach będzie się fatygował po któregokolwiek z pozostałych, ale nie warto było ryzykować.
    W studio telewizyjnym Hera i Aurora zdążyły już wyemitować materiały historyczne z długiego okresu rządów Yaaha. Były tam wspomnienia o dobrym Chronosie i czasach świetności rasy oraz o okrucieństwach, jakich Yaah dopuszczał się na własnym narodzie. Właśnie szedł materiał o ostatnich wydarzeniach, gdy w studio zmaterializował się Ferrus. Nikt się nie spodziewał jego nagłego pojawienia się, stąd niektórzy zareagowali krzykiem. Dawno już nie widziano teleportacji na żywo.
    - Muszę coś ogłosić, - Ferrus krótko stwierdził i zażądał przełączenia go na wszystkie kanały, tak by każdy musiał zobaczyć jego wystąpienie.
    W minutę przygotowano cały sprzęt i wręczono Ferrusowi mikrofon. Reżyser dokonał wstępnej oceny aparycji i posłał wizażystę, by poprawił kilka detali. Ten jednak wrócił po chwili jak niepyszny, trzymając się za nadszarpnięte ucho. Na trzy transmisja ruszyła. Twarz nowego władcy pojawiła się na wszystkich ekranach.
    - Nie będę Was karmił pierdołami i gładkimi słówkami, - Ferrus zaczął najdelikatniej jak potrafił. - Jak już wiecie z plotek od dziś sprawuję najwyższą władzę. Moment jest szczególny. Tyran odszedł z piętnem hańby a ja nie zamierzam stosować jego metod. Wszyscy znaleźliśmy się w trudnej sytuacji na skutek podłych knowań całej poprzedniej ekipy stanowiącej trzon władzy. Yaah jak i Rada chcieli zniszczyć cały naród w imię swoich partykularnych interesów, nie bacząc na koszty. Kto chce dowodów może je zobaczyć w tajnym archiwum, które niniejszym udostępniam do wglądu wszystkim bez wyjątków, by mogli sobie sami wyrobić zdanie w kwestiach, o których będę mówił.
    Wystąpienie trwało pół godziny i zawierało wszystko, co najważniejsze. Na koniec Ferrus wyznaczył wysoką nagrodę za pomoc w schwytaniu Patalacha i jego popleczników. Miał nadzieję, że fale grawitacyjne, które odczuli niedawno jeszcze bardziej wzmogą ducha współpracy i donosicielstwa.
    Po zakończonym występie usiadł w fotelu i rozejrzał się po studio. Wszystkie oczy śledziły go ze strachem, ale i z zainteresowaniem.
    - No to jesteś Władcą, - rzekła Hera z kpiną w głosie. - Lucek Pierwszy, Ha ha ha. Ale Ci się trafiło. Od pierwszego dnia wpadłeś w bagno zastawione przez poprzednika. To się nazywa Diabelski Fart.
    - Przestań kpić. Wcale mi nie do śmiechu. Chciałem wyruszyć na Ziemię, ale ukradli mi jedyny środek transportu. Z tego miejsca nie powstrzymam zagłady... Chociaż...
    Sięgnął ręką do kieszeni i wyciągnął komunikator, który wcześniej tam schował. Oglądał go przez chwilę, po czym bez słowa zniknął. Pojawił się w swojej kwaterze, gdzie przechowywał materiały dotyczące akcji rozprzestrzeniania wirusa na Ziemi i Zaxor. Odszukał komunikator z namiarami na lokalnych konfidentów i przywódców komórek Servo Servorum. Na szczęście nikt inny nie miał wglądu do tych informacji, gdyż Yaah nie interesował się szczegółami. Żądał tylko rezultatów a w tym przypadku nie miał najmniejszych powodów do podejrzeń. W rejestrze sprawdził, kto na Ziemi sprawuje kontrolę nad całością działań i włączył komunikator wybierając właściwe połączenie. Po chwili na małym ekraniku pojawiła się znajoma twarz Maximusa. Ferrus szanował go na swój sposób za rozległą wiedzę i talenty naukowe. To dzięki jego ekipie mógł powstać projekt liniowego stosu grawitacyjnego i plan ekspedycji Elementu w Nicość. Teraz jednak musiał użyć Maximusa, by skontaktować się z Naczelnym Dowódcą Floty.
    - Witaj Panie, - zaczął Maximus. - Czy Najwyższy jest zadowolony z naszej służby?
    - O taak, w pełni. Polecił mi powierzyć Ci zadanie nadzwyczajnej wagi i delikatności. Ja ze swej strony dodam, że zadanie jest niezwykle pilne i trzeba działać natychmiast. Otóż szykujemy ostateczny cios, który zakończy się naszym całkowitym zwycięstwem nad niewiernymi. Plan wymaga jednak, by wciągnąć w zasadzkę całą ziemską flotę. W tym celu uknuliśmy podstęp, który pomożesz nam zrealizować.
    - Mów Panie. Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, - wtrącił Maximus z poważną miną.
    - Nie przerywaj! - Warknął Ferrus zirytowany służalczością tego osobnika. - Odnajdziesz i skontaktujesz ze mną osobiście Dowódcę Ziemskiej Floty Galaktycznej. Spodziewam się rezultatów w ciągu godziny. Zdemontujcie też wszystkie zasobniki z bronią biologiczną i antymaterią. Plan ich użycia uległ zmianie. Musimy dysponować maksymalnie dużymi zasobami zgromadzonymi w jednym miejscu. Najlepiej zgromadźcie to w magazynach, które dotąd wykorzystywaliście w tym celu. To chyba w bazie, w Jaur. Czekam na rezultaty, Maximusie.
    Nie czekając na odpowiedź Ferrus przerwał połączenie. Następnie próbował się połączyć z agenturą na Zaxor, ale coś blokowało przekaz, więc postanowił spróbować później. Nie tracąc czasu udał się do siłowni. Zastał tam swoich Gwardzistów oglądających uważnie jakieś urządzenie. Jeden z nich usiłował podważyć wieko sporej skrzyni, na której bocznej ściance mrugały różnokolorowe kontrolki.
    - Sądzimy, że to jest ładunek antymaterii, Panie, - Zameldował najwyższy stopniem Gwardzista. - Innych obiektów nieznanego przeznaczenia nie znaleźliśmy. Niestety obiekt jest podłączony do sieci zasilającej oraz teleinformatycznej stacji. Nie wiemy, co się stanie, gdy go odłączymy.
    Ferrus przyjrzał się uważnie skrzyni. Biegły od niej przewody do skrzynki przyłączeniowej na ścianie.
    - Nie wygląda to za dobrze. Zapewne odpalane jest poprzez sieć lub drogą radiową. Tak długo jak Patalach jest na wolności będzie nam to zagrażało. Zabezpieczcie teren, by nikt tego nie dotykał i wracajcie do aresztu. Są nowe zadania, - Ferrus odwrócił się na pięcie i zniknął.
  • #42
    yego666
    Specjalista PLD
    ============== Odcinek 24 ================

    KONTAKT

    Podeszli powoli do budki wartownika. Ulf zapukał delikatnie w szybę. Spodziewali się, że wartownik jest martwy, więc odskoczyli zaskoczeni, gdy podniósł głowę i rozejrzał się wokoło. Natychmiast wybiegł z budki, gdy ich zobaczył. Chciał unieść broń, lecz Ulf pokręcił przecząco głową wskazując na swój pistolet laserowy wymierzony wprost w pierś strażnika. Mag szybko wyłączył jego świadomość i usadził go na właściwym miejscu w budce. Ostrożnie minęli budkę, rozglądając się czujnie na wszystkie strony. Spodziewali się ataku w każdej chwili. Zamiast ataku poczuli delikatne drżenie ziemi. Powoli narastało i stało się na tyle mocne, że trudno było utrzymać równowagę.
    - Trzęsienie ziemi? Tutaj? - Khan się zdziwił. - To przecież tereny na środku płyty kontynentalnej.
    - To nie jest trzęsienie ziemi. Spójrz na budynek naprzeciwko. Jakby falował kurcząc się i rozciągając nieznacznie, - Mag zauważył. - Nic się nie sypie, ani nie przewraca. Bardziej mi to wygląda na jakąś anomalię grawitacyjną lub zaburzenie geometrii czasoprzestrzeni, jeśli oczywiście wykluczyć zbiorową halucynację.
    - Nigdy nie doświadczyłem niczego podobnego, - Stwierdził Ulf. - Skąd nagle coś takiego. Bomba grawitacyjna działa gwałtownie a nie tak łagodnie.
    - Żarłoku, czy wystąpiły na Zaxor jakieś anomalie czasoprzestrzenne? - Mag zapytał w myślach.
    - Przed kwadransem mieliśmy krótką serię zaburzeń. Troszkę tu zatrzęsło. Właśnie ustalamy, co mogło być przyczyną, - Znajomy głos Żarłoka zabrzmiał w ich głowach. - Obawiam się jednak, że to nic dobrego. Trochę inaczej to pamiętam, ale w sumie podobne zjawiska występowały w Kuuru, gdy zaczęła się destabilizacja. Były to kolejne echa fali terminalnej. Jeśli mam rację, to nie uwzględniając różnic wynikających z charakteru geometrii czasoprzestrzeni tej enklawy, mogę zaryzykować stwierdzenie, że zostało nam niewiele czasu. Kilka tygodni w najlepszym wypadku. Ale mogę się oczywiście mylić. Jeśli były to tylko fajerwerki na cześć Świętego Mikołaja, to na razie nic nam nie grozi.
    - Dzięki Żarłoku, - Odparł Mag. - Powiadom nas, gdy coś ustalicie.
    - Jeśli to echa fali terminalnej, to możemy się spodziewać intensyfikacji działań Servo Servorum. Anioły zechcą zapewne wyczyścić sobie przedpole zanim przystąpią do realizacji swojej wersji Wielkiej Stabilizacji. Sądzą, że mają kontrolę nad Arką, - Khan rozważał możliwości w myślach. - Gdy odkryją prawdę, mogą stać się nieobliczalni. Mają naszą flotę i nie zawahają się jej użyć, jeśli od tego będzie zależało ich przetrwanie.
    - Panowie, Żarłok zapomniał jeszcze wspomnieć o pewnym drobiazgu, - w ich głowach zadźwięczał głos Samiry. - Tuż przed zarejestrowaniem fali terminalnej Żarłok wykrył masowe skoki naszych okrętów uprowadzonych przez Anioły. Już ich nie ma w Układzie Słonecznym...
    - A gdzie są? - Spytał zaniepokojony Ulf. - Wróciły na Zaxor?
    - Bynajmniej, - Odparła Samira. - Nie potrafimy ich zlokalizować w znanej przestrzeni. Teoretycznie mogły przeskoczyć przez ich procę grawitacyjną. Zależnie od kąta wejścia mogą w niej pozostać od sekund do wielu lat. Sęk w tym, że fala terminalna mogła spowodować zaburzenia w trajektorii ich skoków. Mogli gdzieś utknąć w zupełnie dziwnym miejscu i czasie. Tego nie potrafimy na razie ustalić. Będziemy próbowali, ale Żarłok twierdzi, że mogło ich rzucić nawet o wiele miliardów lat w przyszłość lub w przeszłość a nawet poza naszą enklawę.
    - No to flotę mamy z głowy, przynajmniej na razie, - Khan się ucieszył z dobrych wieści. - Gdyby nie fala terminalna, moglibyśmy się wybrać na wakacje do ciepłych krajów. Wciąż mamy jeszcze na pieńku z wierchuszką Gildii. Przynajmniej to załatwmy zanim staną się nerwowi.
    Wszyscy trzej skoczyli wprost pod zdobione wielkim herbem wrota Sali Audiencyjnej Gildii. Dla bezpieczeństwa stali się niewidzialni. Przeskoczyli na drugą stronę drzwi. Ulf rozglądał się zaciekawiony, gdyż nigdy wcześniej tu nie był. Przy stole nad jakimiś planami sporządzonymi na dużej płachcie papieru Maximus udzielał instrukcji dwóm swoim zastępcom. Ci posłusznie słuchali w milczeniu.
    - Teraz musimy zgromadzić cały nasz arsenał w magazynach w Jaur. Roześlijcie braci tak szybko jak się da. Do jutra wszystko ma być gotowe. Wychodząc przyślijcie do mnie Szefa wywiadu.
    Maximus pożegnał ich tajnym pozdrowieniem sekty. Goście Maximusa odwzajemnili pozdrowienie i naciągnąwszy kaptury na głowy opuścili salę. W chwilę po ich odejściu zameldował się szef wywiadu. Khan go znał dobrze. Spotykali się regularnie, by omawiać różne plany i strategie. Miał o nim dobre zdanie.
    - Gdzie się znajduje Dowódca Floty? - Maximus spytał podwładnego. - Nikt nie potrafi wskazać miejsca jego pobytu. Jakby się zapadł pod Ziemię.
    - Sprawdziliśmy już wszystkie miejsca, gdzie ostatnio go widziano, ale bez rezultatu. Oficer operacyjny z Jaur twierdzi, że Dowódca opuścił bazę na pokładzie wahadłowca zwiadowczego. Pokazywał nawet log z autoryzacją Dowódcy.
    - To niedopuszczalne, żeby Naczelny Dowódca znikał bez śladu, nie powiadamiając nikogo, - Maximus się pieklił. - Muszę z nim natychmiast rozmawiać. Od tego bardzo wiele zależy. Oddelegować wszystkich wolnych funkcjonariuszy do poszukiwań. Odmaszerować!
    Oficer skłonił się i szybkim krokiem opuścił salę.
    - Wy pozostańcie tutaj w ukryciu a ja wejdę do sali, jakby nigdy nic. Zobaczymy, o co tak pilnie Maximusowi chodzi, - Khan przekazał swoją lancę Magowi i zniknął.
    W chwilę potem drzwi rozwarły się na całą szerokość wpuszczając Khana do środka. Khan nieznacznie się skłonił zaskoczonemu Maximusowi, który przez chwilę stał z niezbyt mądrym wyrazem twarzy.
    - Witam Tuan, - Khan zaczął. - Dowiedziałem się, że mnie pilnie poszukujesz i niezwłocznie przybyłem.
    Maximus odzyskał już normalny wyraz twarzy i nawet zdobył się na blady uśmiech. Nie mógł przecież dać poznać po sobie, ile zależy od tego spotkania. Mógł zresztą kazać uwięzić Khana, zabrać mu sygnet i przejąć dowództwo nad flotą. Nie, jednak tego zrobić nie mógł. Sygnet dowódcy monitoruje wszystkie funkcje życiowe nosiciela i pasuje tylko do jego wzorca genetycznego. Trzeba, zatem politycznie podejść do sprawy.
    - Witaj Khan, - zaczął spokojnym głosem. - Szukałem Cię z dwóch powodów, choć w tej chwili istotny jest tylko jeden. Zacznę ab ovo, abyś mógł zrozumieć moje stanowisko bez emocjonalnego zaangażowania.
    Maximus opowiadał historię swojej wiary i pierwsze kontakty z Aniołami po bitwie w układzie Myog. Nie starał się tłumaczyć ani wybielać, nie pomijał żadnych szczegółów dotyczących wirusa ani antymaterii, choć były one już Khanowi znane, lecz Maximus o tym nie wiedział. Wspomniał o Arce i planach jej wyekspediowania w Nicość. Nie mówił jedynie o Zaxor, o którym nawet on mógł nie wiedzieć. W czasie, gdy Maximus starał się zyskać przychylność Khana, ten przeszukał jego najświeższe wspomnienia i dotarł do rozmowy z kimś o imieniu Ferrus.
    - Anioły albo szykują jakiś podstęp, albo znalazły się z jakiegoś powodu w sytuacji krytycznej, w związku z czym nasza pomoc może im być nieodzowna, - Khan przekazał całą wiedzę swoim towarzyszom.
    - Ja bym im nie ufał. Jeden jedyny raz udzieliły pomocy Ziemianom, ale to głównie we własnym interesie, - Mag powiedział nieufnie, - jak na moje wyczucie szykują jakiś podstęp, tylko, do czego jesteś im Ty potrzebny?
    - Nie zaszkodzi posłuchać, co ten Ferrus będzie miał do powiedzenia. Może, coś się wyjaśni, - wtrąciła Samira. - Może uda się wyśledzić go po sygnale.
    - Macie rację, - podjął Khan. - Będę udawał, że nic nie wiem. Pozwolę Maximusowi skończyć i zobaczymy, co dalej. Na razie nic nam nie grozi. Dobrze, że mamy skafandry ochronne od Żarłoka.
    Maximus powoli dochodził do sedna sprawy.
    - Rasa Aniołów dysponuje potężną flotą okrętów wojennych, które obecnie znajdują się na orbicie Neptuna i są gotowe w każdej chwili zaatakować, - Maximus powiedział z nutą dumy w głosie. - Wiara to podstawowa potrzeba i prawo człowieka. Gdybyś wiedział to, co ja wiem, nie wahałbyś się ani chwili. Wiedziesz życie pozbawione sensu i nadziei, którą mają wszyscy, którzy uwierzyli. O tym jednak każdy musi się przekonać osobiście, tak jak ja i wielu innych braci. Nie wiem, o czym będziesz rozmawiał i nie będzie mnie przy tym, ale pamiętaj, że los rasy ludzkiej może zależeć od Ciebie.
    - Opowiadasz wstrząsające historie Maximusie, - Khan wreszcie zabrał głos. - Czy zdajesz sobie sprawę ile cierpień zadała ludzkości ta Twoja Rasa Aniołów? To nie są biedne stworzenia pragnące miłości i dobra wszystkich, tylko zorganizowana mafia Niebieska, bez sumienia i skrupułów. Dziwi mnie bardzo Twój stosunek do ich kolejnych kłamstw. Sądziłem, że człowieka o Twojej wiedzy i inteligencji nie można zwieść pięknymi słówkami. Sądzę, że coś ukrywasz przede mną, tylko nie wiem, co chcesz osiągnąć. Flotę mamy dużo potężniejszą niż te marne kilkadziesiąt jednostek na krańcach Układu Słonecznego, więc gdzie jest prawdziwe zagrożenie, które może nas zmusić do uległości? Już raz wygraliśmy wojnę z Aniołami a ich funkcjonariuszy naziemnych wytępiliśmy prawie do nogi. Jak jednak widać ten koszmar znów wraca. W mojej ocenie Ty i inni, którzy pomagają Aniołom jesteście zdrajcami.
    - Miarkuj się, - Maximus rzucił podniesionym głosem. - Zawsze mogę Cię kazać zamknąć. W odosobnieniu szybko skruszejesz. Po rozmowie z Ferrusem zdecyduję, co z Tobą zrobić. To, że przyszedłeś tu dobrowolnie nie daje Ci prawa do dobrowolnego odejścia. Teraz połączę Cię z Ferrusem i zostawię Cię tu, by nikt nie zakłócił przekazu.
    Maximus wyjął komunikator z kieszeni i położył na stole.
    Samira i Żarłok byli tak ciekawi tego, co ma się wydarzyć, że szybko dołączyli do pozostałej trójki na Ziemi i z napiętą uwagą czekali na dalszy bieg wypadków.
    - Nie zawiedź mnie chłopcze, - rzekł Maximus z niemal ojcowską troską w głosie. - Nasz los może być w Twoich rękach. Rzadko kto dostępuje zaszczytu rozmawiania bezpośrednio z Wysłannikiem Niebios.
    - Czemu zatem ten wysłannik nie zjawi się tu osobiście, tylko używa komunikatora i to naszej konstrukcji? - Rzekł Khan. - Czyżby się obawiał o swoje bezpieczeństwo? Tutaj, pod Twoim protektoratem? Drogi Maximusie, wierzę w Twoje słowa o zdradzie i podstępach, których się dopuściliście, jednak nie wierzę, że Ziemia jest w niebezpieczeństwie. Raz jeszcze powtórzę. Albo nie wiesz wszystkiego, albo tylko nie mówisz mi wszystkiego. Ale to nie Twoja wina żeś maluczki rozumem, - Khan testował na ile jego rozmowa z Ferrusem jest ważna dla Maximusa.
    Maximus chciał się unieść, jednak coś go powstrzymało przed wybuchem i tylko dobrotliwie się uśmiechnął. Najwyraźniej czuł się panem sytuacji. W innych okolicznościach wybuchnąłby z całą mocą i Khan miałby kłopoty, co utwierdziło wszystkich, co do wagi, jaką Maximus przykłada do rozmowy, która ma nastąpić.
    - Gdzie w tej chwili znajduje się Ferrus? - Zapytał Khan. - Na którymś z okrętów na krańcach Układu Słonecznego, w układzie Wong czy może, w Mictlan?
    - Tego niestety nie mogę Ci powiedzieć, gdyż naraziłbym Ferrusa na niebezpieczeństwo, - Maximus odpowiedział wymijająco. - Nie musisz tego wiedzieć.
    Khan już od pięciu minut wiedział, gdzie znajduje się obecna baza Aniołów. Za namową towarzyszy, którym najwyraźniej już się nudziło, postanowił zmienić troszkę reguły gry.
    - Skoro tak niewiele chcesz mi powiedzieć a prosisz o tak wiele, nie pozostaje mi nic innego niż Cię opuścić i zmieść te Anielskie pomioty z naszego nieba raz na zawsze. Potem wrócę i zajmę się zdrajcami.
    Maximus roześmiał się rozbawiony buńczucznym wystąpieniem Khana. Nacisnął przycisk znajdujący się pod blatem stołu i z wielu rożnych ukrytych w ścianach drzwi wysypało się dwunastu uzbrojonych żołnierzy. Stanęli w rozkroku i wymierzyli swoje włócznie jonowe w Khana.
    - To najwierniejsi słudzy naszej sprawy. Nie zdążysz się poruszyć a będą już przy Tobie, - Maximus powiódł z dumą wzrokiem po swoich pretorianach. - Nie radzę Ci nawet próbować.
    Khan jednak postanowił sprawdzić ile są warci ochroniarze Maximusa. Wiedział, że nawet bez jego nowych umiejętności nie są w stanie mu dorównać. Błyskawicznie kucając wykonał półobrót ciągnąc ciężkie krzesło za oparcie. Krzesło posłusznie podążyło za jego ręką nabierając pędu. Khan zapomniał, że skafander od Żarłoka daje ogromną siłę, więc zdziwił się widząc jak krzesło, które właśnie wypuścił z dłoni poleciało jak pocisk z dużą prędkością przez całą wielką salę trafiając najdalszego z żołnierzy prosto w tors. Nie zatrzymało się jednak na nim, tylko porwało go ze sobą i wbiło się wraz z nieszczęśnikiem w zbrojoną ścianę komnaty wgniatając ją przy tym dość znacznie. Reszta ochroniarzy nie zdążyła się nawet poruszyć o centymetr, gdy Khan złapał kolejne krzesło podnosząc się z podłogi. Wykonał półobrót wraz z krzesłem i je puścił. Krzesło odbiło się od sufitu i wylądowało na głowie kolejnego boskiego wojownika, wgniatając go niemal w posadzkę. Khan postawił stopę na kancie stołu i się mocno wybił wykonując salto do tyłu. Wylądował tuż przed żołnierzem znajdującym się za plecami Maximusa. Złapał jego lancę za koniec i uniósł żołnierza w górę jak piórko wyrzucając jego ciało po łuku w górę. Chwilę potem niedoszły lotnik spadł z impetem na posadzkę pod przeciwległą ścianą. Jego kości chyba nie wytrzymały upadku, gdyż spod ozdobnego napierśnika popłynęła kałuża krwi. Khan się obrócił i znalazł się tuż za plecami Maximusa, który ze zdumieniem obserwował całe zajście. Żołnierze spostrzegłszy, że ich wódz jest zagrożony ruszyli w jego kierunku nastawiając groźnie swoją broń. Khan mógł w tym czasie zrobić, co tylko by zechciał z Maximusem, lecz nie miał jeszcze dość krwi. Chciał, by Maximus się bał. Zostało już tylko dziewięciu a jeszcze się nawet dobrze nie rozgrzał. Jego towarzysze obserwowali całe zajście z podziwem wymieniając uwagi na temat stylu walki, obrażeń i dalszej taktyki. Najwyraźniej ich to również bawiło. Żarłok przyglądał się Khanowi z ogromnym zainteresowaniem, gdyż nie przypuszczał, że ludzie mogą być aż tak groźni. Dotychczas traktował ich jak niezdarne stworzenia, z którymi mógłby zrobić wszystko, co by zechciał. Teraz musiał przyznać, że się mylił, przynajmniej, co do niektórych. Khan znalazł się w tym czasie blisko pierwszego z nacierających i wymierzył mu zdobytą lancą tak potężny cios, że jego głowa pękła i cała zawartość wylądowała pod nogami Maximusa. Kolejny nieszczęśnik nie zdążył się uchylić przed uderzeniem tępym końcem lancy, która przeszła na wylot przez jego pierś wychodząc z drugiej strony. Khan przytrzymał lancę i uderzył ją pośrodku długości z taką siłą, że pękła na pół. Obróciwszy się wokół własnej osi wbił zaostrzoną połówkę, którą trzymał w dłoni prosto w oko następnego żołnierza. Końcówka lancy wyszła z drugiej strony głowy. Nie miał żadnej broni, więc zszedł z linii ciosu i postąpił dwa kroki w kierunku pretorianina, który zamierzył się lancą w jego pierś. Uniknąwszy ostrza znalazł się tuż przy głowie atakującego. Uchwycił ją mocno w obie dłonie i ukręcił jak główkę kapusty. Pięciu pozostałych śmiałków biegło w jego kierunku z głośnymi okrzykami bojowymi. Najbliższy był o ponad trzy metry od niego, więc oburącz złapał kolejne krzesło i z zamachem wbił jego dwie nogi w bok napastnika, który wraz z nowym nabytkiem odbił się od ściany i upadł martwy przed Khanem. Nie było za wiele czasu by się zastanawiać, gdyż kolejnych dwóch śmiałków już nadbiegało. Khan nastąpił na oparcie krzesła, którym przed chwilą atakował i wybił się w powietrze wykonując pełne salto. Wylądował okrakiem na szyi pierwszego z nadbiegających. Zachowawszy moment obrotowy skulił się i trzymając głowę wroga między nogami wykonał fikołek, pociągając nieszczęśnika za sobą. Kark odważnego żołnierza nie wytrzymał tego manewru i z głośnym trzaskiem pękł, jednak reszta bezwładnego ciała poleciała dalej, zwalając następnego żołnierza z nóg. Upadając do tyłu nadział się na lancę kolegi, który biegł tuż za nim. Lanca przeszła przez niego na wylot. Przerażony żołnierz nie miał już broni, ani nie miał też dokąd uciec. Khan wstał z podłogi i jednym rzutem oka ocenił sytuację. Na polu bitwy pozostało już tylko dwóch żywych przeciwników. Khan wyciągnął obie ręce przed siebie i uchwycił bezbronnego obrońcę Maximusa za napierśnik. Szarpnął trochę za mocno, gdyż mocowania z trzaskiem puściły i napierśnik odłączył się od właściciela. Upuścił go na posadzkę i niewiele myśląc minął nieszczęśnika wyrywając lancę z leżącego pod jego nogami kolegi. Śmiertelny cios dosięgnął gardła dwunastego napastnika w chwili, gdy składał się do uderzenia. Lanca przeszyła jego tchawicę i kark, po czym wbiła się w zbrojoną ścianę sali unieruchamiając zabitego w pozycji stojącej. Ocalały jedenasty zawodnik doznał chyba szoku widząc, że wszyscy jego koledzy polegli i wybiegł na korytarz krzycząc coś niezrozumiale. Khan obrócił się powoli w stronę Maximusa. Spojrzał mu prosto w oczy i ujrzał w nich przerażenie. Mistrz Gildii bał się o swoje nędzne życie, jak zwykły człowiek. Był złamany i poniżony. Wyglądał jakby w ciągu niecałej minuty postarzał się o sto lat. Cały szacunek, jaki Khan żywił do Wielkiego Mistrza, prysł jak bańka mydlana. Nie czuł do Maximusa nic poza zwyczajną pogardą. Był dla niego nikim.
    - Jakaż jest Twoja Wiara, skoro bez mrugnięcia okiem posyłasz dwunastu „maluczkich braci” na pewną śmierć?! - Spytał starca, nie oczekując odpowiedzi.
    Maximus wyglądał na złamanego i niezdolnego do jakiegokolwiek ruchu, jednak nie zamierzał pogrzebać swojej przyszłości. Przegrać bitwę to jedno, ale wojna dopiero się zaczyna.
    - Przez długi czas usiłowałem w życiu dociekać prawdy metodami naukowymi, lecz, jak sam widzisz nauka nie daje odpowiedzi. Za każdym razem, gdy dowiadujemy się czegoś nowego o naszej rzeczywistości, okazuje się, że lista niewiadomych się wydłuża zamiast skracać. W ten sposób nigdy nie odpowiemy na wszystkie pytania. Poznajemy odpowiedzi na mało istotne kwestie, podczas gdy te najważniejsze pytania o cel i sens nawet nie są stawiane przez naukę a przecież to właśnie tego najbardziej chcemy się dowiedzieć, czyż nie? - Maximus powoli odzyskiwał pewność siebie. - Cóż znaczy tych paru żołdaków w kontekście pytań o prawdy ostateczne, których i Ty i ja poszukujemy?
    - Mnie do tego nie mieszaj, - Khan wycedził powoli. - Szukasz Prawdy jak powiadasz, lecz jedyne, co robisz, to narzucanie swojego rozczarowania nauką innym. Nauka nie oferuje tak łatwej drogi do rozwiązania najtrudniejszych zagadek jak wiara, która ma ogromną łatwość podsuwania fałszywych rozwiązań w imię partykularnych interesów takich degeneratów jak Ty. Pod pozorem wiary w kogoś lub coś realizujesz własny sen o wielkości, nie licząc się z „maluczkimi”. To dla Ciebie tylko mięso armatnie. Zadajesz niewłaściwe pytania w nadziei otrzymania odpowiedzi, jednak jesteś jak dziecko, które się boi burzy i każde zapewnienie matki przyjmiesz za prawdziwe, jeśli uspokoi Twój lęk o własną skórę. Masz poczucie wyższości nad tymi, którzy nie podzielają Twojej ślepej wiary a jesteś jedynie żałosnym głupcem, który przyjmie każde wyjaśnienie, które będzie pasowało do Twojego wyobrażenia o swojej nadzwyczajnej roli w świecie. Wolę swoją niedoskonałą i żmudną drogę dochodzenia do prawdy, choć nie daje ona poczucia bezpieczeństwa i często prowadzi w niewłaściwym kierunku. Nie mogę też udać się pod opiekuńcze skrzydła istoty wszechmogącej, gdy mam wątpliwości i brak mi siły by iść dalej. Mogę jednak polegać na sobie, czego Ty niestety, nie potrafisz. Twoje Anioły to nie pośrednicy między śmiertelnymi a wiecznymi a jedynie takie same istoty, jak Ty czy ja, tyle, że one nie uciekają się do czegoś tak tchórzliwego, jak wiara. One nie wierzą w nic poza tym, co służy ich interesom i przetrwaniu, i nie wahają się manipulować takimi głupcami jak Ty, by wsparli ich sprawę. Po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że mam więcej wspólnego z Aniołami niż Ty, który z nimi jesteś za pan brat. Mimo, iż obaj wysyłamy tysiące na pewną śmierć, to moje pobudki są czyste, w odróżnieniu od Twoich. Po co ja właściwie to wszystko mówię, skoro do Ciebie i tak nic z tego nie trafia. Jesteś zaślepiony swoją wiarą w coś, czego nigdy nie widziałeś i nie zobaczysz, choćbyś nawet żył wiecznie. Jeśli ten Twój Ferrus jest tak mądry, że potrafi manipulować takimi jak Ty, to może znajdziemy wspólny język. Włączaj komunikator i wynoś się precz. Później się Tobą zajmę.
    - Ulf, - Khan poprosił w myślach. - Odizolujcie go, gdy wyjdzie, by nic nie kombinował.
    - Wsadzę go do toalety, bo chyba starzec potrzebuje zmienić pieluchę, - Zaśmiał się Ulf.
    Maximus wziął komunikator ze stołu i drżącymi palcami wcisnął jakiś przycisk. Wyciągnął rękę przed siebie i wręczył Khanowi komunikator.
    - Wynoś się, - Khan warknął złowrogo.
    Maximus powoli oddalił się, omijając obojętnie ciała martwych żołnierzy leżące na podłodze i wyszedł z sali na korytarz, gdzie Ulf się nim zajął. Przeniósł go do więzienia na Zaxor i zamknął w osobnej celi.
    Pozostali wrócili do czasu rzeczywistego i zgromadzili się wokół Khana, by lepiej słyszeć rozmowę. Komunikator ożył pokazując na przestrzennym ekranie twarz zwyczajnego, dojrzałego mężczyzny o twardych rysach wyrażających pewność siebie. Przez chwilę Khan usiłował skojarzyć tę twarz z twarzami tych Aniołów, które znał w dawnych czasach, jednak nie był w stanie zidentyfikować swojego rozmówcy. Z drugiej strony Ferrus również z zainteresowaniem studiował znajomą twarz Pierwszego Konsula. Twarz Khana była mu doskonale znana jeszcze z czasów, gdy Anioły rezydowały na Ziemi. Już wtedy Konsul Khan był dobrze znany każdemu mieszkańcowi planety.
    - Szczerze mówiąc nie wierzyłem, że zechcesz rozmawiać z przedstawicielem rasy, od której Śmiert..., Ziemianie doznali tak wielu krzywd, - Ferrus rozpoczął swoim twardym głosem. - Pragnę podziękować Konsulowi za spełnienie mojej prośby i zapewnić o szacunku dla Urzędu, który sprawuje. Nazywam się Lucius Ferrus Mallicius, w skrócie Ferrus. Piastuję urząd analogiczny do Twojego, Szlachetny Konsulu.
    Khan dopiero teraz skojarzył, kim był ów Lucius Ferrus. Nie spotkali się nigdy, gdyż część Aniołów o starszym rodowodzie nie przeszła przez obóz internowania, ratując skórę samodzielną ucieczką w kosmos. Ferrus musiał być jednym z nich. Sposób, w jaki się wypowiadał sugerował potęgę i władzę, jaką zapewne dzierżył.
    - Jestem zaskoczony, wyborem takiego środka komunikacji, - Odparł Khan. - Istnieją wszak kanały dyplomatyczne, które dają różne możliwości, nawet, jeśli nasze państwa nie utrzymują przyjaznych stosunków.
    Khan mógł podejrzewać jakiś podstęp, którego scenariusz już dawno został ułożony, jednak nie wyczuwał żadnego zagrożenia. Odprężył się i postanowił wysłuchać swojego interlokutora.
    - Użyłbym kanałów dyplomatycznych, gdyby czas na to pozwalał, jednak obecne okoliczności nie dają mi takiej swobody, stąd ta niecywilizowana forma, nad którą szczerze boleję. Szlachetny Konsulu, - Ferrus rozpoczął swój wywód. - Jak wiesz zapewne doskonale, naród Aniołów nie postępował nigdy uczciwie wobec swoich ziemskich braci.
    Czujność Khana wzrosła momentalnie, gdyż Anioły nigdy nie używały takich sformułowań, które rzucałyby cień na ich wizerunek. Coś ważnego musiało być na rzeczy, skoro ktoś tak ważny sili się na aż takie figury retoryczne. Jak pamięcią sięgał, Anioły zawsze były butne i nieznoszące sprzeciwu. Nawet w niewoli nie umiały się miarkować, co często doprowadzało do drastycznych sytuacji. Co ten Anioł chce ugrać, że aż tak dyplomatycznie się wyraża? Sposób rozpoczęcia rozmowy sugeruje, że Ferrus albo potrzebuje czegoś nadzwyczajnego, albo chce odwrócić uwagę Khana od swoich prawdziwych zamiarów. W każdym przypadku należy zachować czujność.
    - Nigdy też losy naszych ras nie zależały od siebie w sposób znaczący, - poza zależnościami znanymi z czasów wspólnej przeszłości oczywiście, - Ferrus kontynuował. - Trudno zaprzeczyć naszej hańbiącej afiliacji do rodzaju ludzkiego, nad którą również ogromnie boleję. W nieoczekiwany jednak sposób okoliczności dały mi sposobność naprawienia wszystkich krzywd, jakich ludzkość doznała od mojego gatunku.
    Wywód Ferrusa brzmiał coraz bardziej intrygująco. Nie było powodu, dla którego Anioły miałyby wyrównywać jakiekolwiek krzywdy, gdyż Status Quo żadnej z ras nie zależało od drugiej, chyba, że coś się zmieniło po stronie Aniołów. Ferrus zasugerował również, że losy ludzi i Aniołów w jakiś sposób mogą od siebie zależeć. Czyżby miało to związek z falami grawitacyjnymi, które niedawno odczuli, lub nawet z Artefaktem? Należało koniecznie dowiedzieć się, w co Anioły grają, zanim przyjdzie czas na wiążące wypowiedzi.
    - Żarłoku, - pomyślał Khan. - Czy potrafisz wykryć źródło sygnału?
    - Już to zrobiłem, - Żarłok odparł telepatycznie. - Sygnał pochodzi ze stacji przekaźnikowej w okolicy układu czarnych dziur.
    - Czy będziesz w stanie się tam teleportować?
    - Myślę, że tak, choć czarne dziury mogą zakłócać przekaz. Zaczekaj chwilę, to sprawdzę tę możliwość.
    - Teraz jednak wiele zależy od tego, czy zechcecie dać wiarę moim słowom. To, co powiem wyda się dziwne lub wręcz nieprawdopodobne, jednak istnieją dowody na poparcie moich słów, - Ferrus dodał po chwili. - Zacznę może jednak od początku. Nie orientujecie się w organizacji ani strukturze mojego narodu, stąd trudno będzie Wam docenić doniosłość informacji, którą chcę Wam przekazać. Odwołam się, zatem do wydarzeń historycznych, które znane są wszystkim. Ostatnie dwanaście tysięcy lat historii ludzi kręciło się wokół tak zwanych wierzeń, których, jak dobrze wiemy byliśmy autorami. Ocenę moralną zostawmy na razie nierozstrzygniętą, gdyż nie o to w tej chwili chodzi. Dość, że nie ma zbrodni, jakiej ludzie nie dopuścili się w imię bogów w przeszłości. Można się dziwić jak to możliwe, by bardziej rozwinięta rasa dopuściła do tego. Nie da się wybielić naszego haniebnego postępowania ani wytłumaczyć go w kategoriach innych niż partykularny interes. Takie były fakty i nikt im nie może zaprzeczyć. Trudno również jednoznacznie wskazać winnego. Z waszego punktu widzenia wszyscy są winni, lecz z naszego już nie jest to takie oczywiste. Przez wiele tysiącleci narodem Aniołów żelazną ręką władał okrutny Yaah. Wiem, że Wasze podania mówią, iż był dobry i miłosierny, jednak to tylko pozór, jaki stworzył w swoim ”teatrzyku cieni”, by osiągnąć swoje cele. My, czyli jego poddani nie mieliśmy żadnej możliwości przeciwstawienia się takiej polityce. Jesteśmy a raczej do wczoraj byliśmy zniewoleni zarówno fizycznie jak i mentalnie przez tego potwora. On był głównym sprawcą zagłady rasy Aniołów. Jego szalone rządy przyniosły śmierć i cierpienie nie tylko ludziom, ale i Aniołom. Nie mam wiele czasu by przekazać całą historię, jednak ostatnie dni przyniosły nieoczekiwaną zmianę. Niespodziewanie okrutny Yaah odszedł, pozostawiając po sobie sprawy, które niezałatwione do końca w krótkim czasie, zagrożą istnieniu nie tylko rasy Aniołów, ale i ludzi również.
    - Byłem tam przed chwilą, - Khan usłyszał głos Żarłoka w swojej głowie. - To ogromna stacja kosmiczna w sąsiedztwie układu czarnych dziur. Chyba cała rasa Aniołów tam zamieszkała. Grawitacyjny wpływ układu kolapsarów maskuje ich obecność, stąd nie mogliśmy ich wyśledzić z Gniazda. Ferrus znajduje się w studio telewizyjnym wraz z kilkoma innymi osobami. Zauważyłem niezwykłe poruszenie wywołane jakimś zdarzeniem sprzed kilku dni. Sądzę, że nastąpiły jakieś znaczące zmiany w kręgach władzy. Byłem przy okazji na pokładzie siłowni stacji, gdyż wyczułem poważne zagrożenie. Znalazłem potężny ładunek antymaterii i unieszkodliwiłem go. Minutę temu miał wybuchnąć. Komputer sterujący bombą przestawiłem tak by wyświetlał słowa „Ładunek jest już bezpieczny. Konsul Khan”. W tej chwili ładunek jest już niegroźny. Niestety musiałem też czasowo unieszkodliwić dwóch wartowników stojących przy ładunku. Nie wiem czy mieli pilnować, by wybuchł czy wręcz przeciwnie. Na wszelki wypadek pozbawiłem ich świadomości. Za kilka godzin wrócą do zdrowia. Może Ci się przyda ta informacja.
    - Doskonale, - Khan podziękował w myślach. - Zobaczymy, co dalej powie nasz rozmówca.
    - Nie byłby to pierwszy raz, gdy ludziom grozi coś wskutek Waszych niezałatwionych „spraw”, czyż nie? - Khan odezwał się do Ferrusa.
    - Z przykrością muszę potwierdzić, - odparł Ferrus, - lecz tym razem nie jest to sprawa godząca intencjonalnie w Was. To zagrożenie dotyczy nas wszystkich w jednakowym stopniu i nie jest efektem naszych działań. Czy mówi Ci cokolwiek termin Stos Grawitacyjny?
    - Nie jest mi obce to pojęcie, cóż jednak ma wspólnego z zagrożeniem, o którym wspomniałeś? - Zainteresował się Khan. - Odkryliśmy pewne formacje obiektów astronomicznych mogące spełniać taką właśnie funkcję.
    - Otóż to, - podjął Ferrus. - Jesteśmy w posiadaniu jednego z takich obiektów. By dowieść naszych szczerych intencji pragnę podać namiary tego obiektu byście mogli zweryfikować prawdziwość moich słów. Układ czterech czarnych dziur o masach odpowiadających stu masom Waszego Słońca, każda znajduje się w odległości około trzydziestu pięciu milionów parseków od Układu Słonecznego. Tam też znajduje się nasze Centrum Operacyjne. Liczę, iż zweryfikujecie te dane wkrótce. Jest to ważne, gdyż oś tego stosu grawitacyjnego wymierzona jest obecnie w Wasz układ planetarny. Nie zagraża Wam to w żadnym stopniu, gdyż ognisko grawitacyjne stosu jest usytuowane poza granicami Waszego układu. Naukowcy mogą to łatwo sprawdzić. Z przyczyn, o których nie mam czasu mówić, znaleźliśmy się w sytuacji, gdzie nieodpowiedzialne czynniki w naszym Centrum Operacyjnym chcą przejąć władzę a co za tym idzie kontrolę nad Stosem Grawitacyjnym i uniemożliwić działania zmierzające do zapobieżenia katastrofie. Nie posiadają niestety wiedzy dotyczącej zagrożenia, stąd nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji i potencjalnych skutków swoich działań. Nie jest to pierwszy raz w historii, gdy partykularne interesy biorą górę nad rozsądkiem.
    - Trudno się nie zgodzić z Twoją ostatnią tezą, lecz Wasze wewnętrzne sprawy nie interesują nas, - Khan wszedł w słowo swojemu rozmówcy. - Dość już mieliśmy Waszych wyczynów w tej materii na Ziemi. Jednakowoż wspomniałeś o zagrożeniu dla obu naszych ras. Co konkretnie masz na myśli?
    - Do tego właśnie zmierzałem i niestety nasze wewnętrzne rozgrywki mają z tym wiele wspólnego. Co więcej, może się okazać, że nie będę w stanie zrealizować planu ratunkowego właśnie z tego powodu. Dlatego też zdecydowałem się nawiązać kontakt właśnie z Tobą. Nie ukrywam, że skorzystałem z informacji, jakie na Twój temat zgromadził nasz wywiad. Twoje akta zawierają wiele cennych informacji, co jednak najważniejsze dla mnie, to, że nie kładą cienia wątpliwości ani na Twojej uczciwość, ani na obiektywizmie. Twoje stanowisko również nie jest bez znaczenia w obecnej sytuacji. Czy już zweryfikowaliście prawdziwość informacji, którą Ci przekazałem?
    - Tak, - odparł Khan. - Obserwujemy Wasz układ Stosu Grawitacyjnego od wielu lat. Wiemy również o Waszym Centrum Operacyjnym. Wasze działania nie uszły naszej uwadze.
    - Szczerze wątpię, iż wiedzieliście o Centrum, ale to nieistotne w tej chwili, - Ferrus kontynuował.
    - Wręcz przeciwnie, - Przerwał Khan. - Sądzę, że ważne jest byśmy spróbowali zaufać sobie wzajemnie skoro oczekujesz - jak domniemywam, pomocy w jakiejś formie. Jeszcze nie określiłeś, o co konkretnie chodzi, jednak nietrudno wyciągnąć wnioski z Twoich słów. Chcę byś wiedział, iż wiemy więcej niż możesz przypuszczać, dlatego też proponuję byś sprawdził ładunek antymaterii umieszczony w siłowni Waszego Centrum.
    Ferrus wydawał się zaskoczony nieco słowami swojego rozmówcy. Polecił komuś poza zasięgiem komunikatora, by sprawdził prawdziwość słów Konsula. Skąd jednak Ziemianie mogli wiedzieć o Centrum a tym bardziej o ładunku antymaterii, który on sam odkrył dopiero niedawno.
    - To zapewne Maximus przekazał informację o Centrum, gdyż sam je projektował, - pomyślał, Ferrus, - jednak nie mógł wiedzieć o antymaterii. Ziemianie muszą mieć konfidentów wśród nas.
    Ta myśl wstrząsnęła Ferrusem, gdyż w najśmielszych snach nie podejrzewał, iż ktokolwiek byłby skłonny do takiej zdrady a jednak. Jego pewność siebie i swojej pozycji przetargowej uległa poważnemu zachwianiu. Posłaniec właśnie wrócił z siłowni i podał Ferrusowi karteczkę, na której było coś napisane. Po chwili niezręcznego milczenia Ferrus znów się odezwał.
    - Zdaje się, że wiesz dużo więcej niż skłonny byłbyś przyznać, Konsulu. W dodatku jestem Twoim dłużnikiem za rozbrojenie ładunku. Gdyby nie Twoje działania , nasza rozmowa zakończyłaby się już jakiś czas temu. Prowadzi mnie to do konkluzji, iż tracimy czas na gładkie słówka, podczas gdy jest poważnie zagrożona nasza wspólna egzystencja. Odczuliście zapewne wstrząs grawitacyjny w ciągu minionej godziny. Zapewniam, iż nie pochodził z naszego Stosu Grawitacyjnego. Taka skala zjawisk wymaga czegoś nieporównanie większego niż skromne cztery czarne dziury.
    - Zastanawialiśmy się nad pochodzeniem tego fenomenu, jednak z chęcią wysłuchamy Twojego wyjaśnienia, - rzekł Khan z rosnącym zainteresowaniem.
    - Wreszcie zaczyna się rozmowa o konkretach, które mogą być ważne, - pomyślał. - To może mieć coś wspólnego z Artefaktem a więc i z teorią Iteracji. Ciekawe, czy Anioły wiedzą to, co Dengowie odkryli, czy chodzi o coś innego. Jakby nie patrzeć sprawa staje się pilna, jeśli nawet nie paląca. Musimy przejąć inicjatywę, bo ta gaduła będzie nas tu trzymać do końca świata. Czy zgadzacie się, byśmy się przenieśli do Centrum Operacyjnego Aniołów i tam dokończyli rozmowę?
    - Chyba oszczędzimy sporo czasu na takiej zmianie, - pomyślała Samira, - jednak, jeśli mamy rozmawiać o końcu świata, to wolałabym, by Szyszkin był tam z nami. To, co usłyszymy może się jakoś wiązać z jego Rozdzielaczem, więc lepiej, by to usłyszał osobiście.
    - Masz rację Samiro, - Ulf poparł ją bez wahania. - Profesor może nam się przydać. Skoczę po Niego do podziemia.
    - Nie Ulf, - Mag się sprzeciwił. - Ciebie Szyszkin nie zna, więc lepiej będzie, jeśli ja tam się udam. Wy zadbajcie o jakiś godziwy oręż, byśmy nie byli bezbronni w razie czego. Ulf, wiesz, co lubię najbardziej. Bądź tak miły i skocz na Zaxor do domku Uziego. Wiesz gdzie trzymam to maleństwo. Weź też kilka szperaczy dla Samiry i Żarłoka. Nie zaszkodzi mieć mały arsenał w zapasie.
    - No to ja w takim razie udam się do Gniazda sprawdzić jak się ma stan tkanki czasoprzestrzennej, - pomyślał Żarłok, - jednak najpierw wskażę Wam drogę do Centrum Operacyjnego Aniołów.
    Ulf niezwłocznie udał się na Zaxor po zaopatrzenie a Mag wrócił do podziemia, by zabrać Szyszkina. Samira również na chwilę się ulotniła w bliżej nieokreślonym celu.
    - Jak Ci zapewne wiadomo za sprawą Twojego wywiadu, poprzedni władca Aniołów zastawił pułapki, by spacyfikować rodzaj ludzki na Ziemi i na Zaxor, - Ferrus kontynuował swoją opowieść. - Nigdy nie byłem zwolennikiem takich metod, choć oskarżano mnie już o różne podłe czyny, których nie popełniłem. Stąd po objęciu zwierzchnictwa nad wszelkimi działaniami zainicjowanymi przez Yaaha poleciłem natychmiast zdemontować te urządzenia i zgromadzić je w jednym miejscu. Mam zupełnie odmienną wizję świata niż mój poprzednik. W kosmosie jest wystarczająco dużo miejsca dla obu ras, więc nie ma powodu, by się zwalczać. Działania Yaaha były podyktowane nienawiścią do wszystkich, którzy nie byli jego bezpośrednimi krewnymi, stąd jego radykalne podejście do wielu kwestii. Ale o tym, kiedy indziej opowiem, o ile w ogóle nastąpi to „kiedy indziej”. Obecnie chciałbym Cię spytać Szanowny Konsulu, czy pamiętasz przedmiot, który przetransportowałeś na Ziemię z układu Gallusa?
    - Tak, przypominam sobie, - odparł Khan. - A cóż w nim takiego szczególnego, że powinienem pamiętać?
    - Nie ubliżaj swojej inteligencji, proszę. Doskonale zapewne się orientujesz, jakimi właściwościami charakteryzuje się ów przedmiot. To właśnie on jest istotny w mojej historii, którą chcę pokrótce przedstawić. Jest jeszcze jeden mały detal, bez którego nie powiodą się jakiekolwiek działania z użyciem Arki.
    - Zanim przejdziesz do dalszego ciągu, chciałbym zaproponować pewne udogodnienie, które przyspieszy i uprości wymianę informacji. Czy byłbyś skłonny przyjąć skromna delegację kilku osób w Centrum?
    - Nie mamy tyle czasu by przygotowywać oficjalne wizyty...
    - To będzie robocze spotkanie o nieoficjalnym charakterze. Czy jesteś w stanie zapewnić bezpieczne miejsce? Zakładam, że sytuacja w Centrum nie jest do końca stabilna, więc lepiej byś go nie opuszczał.
    - Myślę, że to się da załatwić, - Ferrus się ucieszył, gdyż sprawy szły po jego myśli. - Kiedy mogę się spodziewać Waszej delegacji i w jakim składzie?
    - Będzie nas pięciu ludzi i jeden..., Nie-człowiek. Powinniśmy się zjawić w ciągu pół godziny.
    - Aż tak szybko? - Ferrus był zaskoczony tempem przyjętym przez Khana. - Jakiej jednostki mamy się spodziewać?
    - Klasy Rex oczywiście. Czy dla własnego bezpieczeństwa możemy posiadać uzbrojenie osobiste? Mam nadzieję, że rozumiesz nasze motywy w zaistniałej sytuacji.
    - Zgadzam się, choć nie jest to konieczne, gdyż będzie nas chroniło dwudziestu wyborowych Gwardzistów. Polecę przygotować dok na Wasze przybycie. Będę Was oczekiwał osobiście. Zabierzcie, proszę komunikator na wszelki wypadek.
    - Zatem do zobaczenia, - Khan oficjalnie się skłonił.
    Ferrus uczynił podobnie i przerwał połączenie.
    - Mam nadzieję, Żarłoku, że zechcesz wziąć udział w spotkaniu, - Khan spytał z nadzieją w głosie. - Posiadasz zarówno wiedzę jak i zdolności, jakich nie posiadamy wszyscy razem wzięci. Byłoby wielką stratą, gdybyś nie zechciał lecieć z nami.
    - Ależ oczywiście. Z radością skorzystam z zaproszenia, tym bardziej, że stanowię jakby neutralny element w stosunku do obu Waszych ras.
    - Doskonale, - Khan się ucieszył. - Zaczekamy na pozostałych i możemy ruszać. Wydam tylko rozkaz, by przysłano po nas transporter orbitalny, który nas zabierze na okręt.
  • #44
    yego666
    Specjalista PLD
    Są w poście #4.
    Jeden post ma ograniczenie do 21 załączników, stąd konieczność takiego podziału.

    Przepraszam za niewygodę :)
  • #46
    khoam
    Poziom 38  
    yego666 napisał:
    Są w poście #4.

    Dziękuję. Pobrałem. Dlaczego za te pliki nie pobierasz punktów ?!
  • #47
    yego666
    Specjalista PLD
    Bo pewnie nikt by nie chciał "płacić" za kota w worku ( autorzy nieznani, jakość też ), a poza tym na razie nie ma na Elce fantów za punkty, więc nie miałbym ich na co wydać :)

    A tak poważnie, to pierwszy tom jest całkowicie darmowy dla wszystkich, by zostali w domach i czytali zamiast się kręcić po okolicy i łapać/rozsiewać wirusy.
    Mamy nadzieję że w ten sposób uchroniliśmy kogoś przed chorobą.
  • #48
    khoam
    Poziom 38  
    yego666 napisał:
    Bo pewnie nikt by nie chciał "płacić" za kota w worku ( autorzy nieznani, jakość też )

    To ja dobrowolnie przekaże "datek" za te 24 odcinki i za tego kota :)
  • #49
    yego666
    Specjalista PLD
    Szczerze mówiąc- jeśli można o to prosić - wolelibyśmy od każdego czytelnika usłyszeć opinię lub recenzję przeczytanej książki, gdyż jako autorzy, ciekawi jesteśmy odbioru tego co stworzyliśmy.

    A punkty przydadzą Ci się pewnie gdy się fanty już na Elce pojawią.

    Dzięki i pozdrawiamy wszystkich życząc zdrowia :)
  • #51
    khoam
    Poziom 38  
    ArturAVS napisał:
    Datki do zakupów w sklepiku się nie zaliczają.

    Ale można "zużyć" punkty na wiele innych zaszczytnych celów :)

    ArturAVS napisał:
    bo forum ogranicza

    ;)
  • #52
    yego666
    Specjalista PLD
    [quote="khoam"]
    yego666 napisał:

    To ja dobrowolnie przekaże "datek" za te 24 odcinki i za tego kota :)
    Dziękuję serdecznie za darowiznę od Ciebie.
    Pozwolę sobie potraktować ten gest jako wyraz zadowolenia z lektury, chyba że to jest tak jak z tym kucharzem: "Pyszne było ala już więcej tego nie gotuj!". 😃
  • #53
    khoam
    Poziom 38  
    yego666 napisał:
    "Pyszne było ala już więcej tego nie gotuj!".

    Jeszcze w menu dwa odcinki? Liczę na zaskakujący deser ;)
  • #54
    yego666
    Specjalista PLD
    ============== Odcinek 25 ================

    PORWANIE

    Ulf właśnie się pojawił obładowany różnymi narzędziami rodem ze Średniowiecza. Położył na stole pas z przytroczonymi szperaczami oraz grubą na cal włócznię ze zgrubieniem na końcu i pośrodku jej długości.
    - To dla Samiry, - rzekł wskazując na pas ze szperaczami. - Dla Maga jest jego ulubiona brzytwa próżniowa a sobie przyniosłem grzechotkę ciśnieniową i parę innych drobiazgów. - Ulf pogładził ciężki miecz ultradźwiękowy. - Mam nadzieję, że nie fatygowałem się na darmo.
    - Chodźcie tu do mnie szybko, - usłyszeli w głowach głos Maga. - Grupka zakapturzonych kolesiów porwała Szyszkina i resztę. Zabrali też Arkę. Chciałem ich obezwładnić, ale obłożyli więźniów jakimś świństwem i opletli różnymi kablami, więc bałem się, że to zdetonują, gdy ich zaatakuję. W kilku będzie nam łatwiej.
    Samira pojawiła się nagle z plecakiem w lewej ręce i maczetą plazmową w drugiej.
    - Coś się wreszcie dzieje a już myślałam, że ten facet z Nieba nas tu zanudzi swoją łzawą historyjką.
    - Nie martw się, w dzisiejszych czasach nie umiera się z nudów. Nie przy mnie w każdym razie, - pocieszył ją Khan. - Sądzę, że Ulf nie targał tego całego sprzętu na próżno. Bierzcie swoje zabawki i ruszamy do Maga.
    Po chwili na stole nie zostało już nic ze sporego arsenału, jaki tam Ulf zgromadził. Żarłok ze zrozumiałych względów nie posiadał żadnego, widocznego uzbrojenia osobistego, choć nikt nie był tego do końca pewien. W chwilę później cała czwórka znalazła się w korytarzu prowadzącym do pieczary, w której konstruowano Rozdzielacz. Wyglądali dość osobliwie. Trójka ludzi z bronią i Świstogon. Na Ziemi nikt nigdy nie widział podobnego stwora, więc Żarłok stał się niewidzialny, by nie budzić niepotrzebnej sensacji. Rozejrzeli się wokoło, ale Maga nie było w zasięgu wzroku.
    - Gdzie jesteś Mag, - Samira spytała w myślach. - Jesteśmy już w podziemiach i Cię szukamy.
    - To dobrze. Śledzę porywaczy. Jest ich siedmiu. Czterech niesie skrzynię z Arką a pozostali trzej pilnują więźniów. Jestem w korytarzu technicznym odchodzącym z głównego szybu przy windzie. Szukajcie torów kolejki podziemnej i podążajcie w głąb. Widzę coś w rodzaju rampy lub peronu kolejki i skład kilku wagonów. Być może załadują się na niego. Będę Was informował a teraz już ruszajcie.
    Wszyscy stali się niewidzialni jak Żarłok i ruszyli w kierunku wskazanym przez Maga. Trochę niezręcznie było im się przeciskać przez tłum kręcących się wszędzie ludzi i robotów. Trzeba było uważać, by nie wpaść na nikogo. Mimo trudności dość szybko dotarli do korytarza z torami. Dość daleko od wejścia jarzyło się niewielkie światełko. Ruszyli ku niemu szybkim krokiem. Żarłok niestety nie mógł rozwinąć skrzydeł w ciasnym korytarzu, więc co kilka metrów teleportował się w przód, zrównując się z pozostałymi. Powoli przybliżali się do światełka.
    - Mag, czy nie mógłbyś obezwładnić porywaczy odbierając im świadomość? - Khan zasugerował bratu. - Nie mamy czasu, by się z nimi bawić w berka.
    - Nie mogę, gdyż trzymają w rekach detonatory. Gdy je zwolnią, któryś z naszych może wylecieć w powietrze. Nie jestem pewien jak to połączyli. To tylko kabelki elektryczne. Żadnej elektroniki, więc nie dam rady tego rozbroić tak, by się nie połapali.
    - To może na tej stacyjce, do której się zbliżacie zrobisz jakąś mała dywersję? - Zaproponowała Samira. - Przewróć wagonik, albo zwal coś ciężkiego na tory, albo lepiej, przenieś fragment torów trochę dalej. Wymyśl coś.
    - Spokojnie! - Odparł Mag. - Nie chcę naszym zrobić krzywdy. Zaraz coś wymyślę.
    - Wyprzedź ich i daj znać, gdy będziesz na stacji. Doskoczymy wtedy do Ciebie po Twoim Śladzie. Tylko żeby było tam dość miejsca dla wszystkich.
    - Dobrze. Dość ciasno tu jest a porywacze idą całą szerokością korytarza. Zaraz będę widział stację, to skoczę naprzód. Uważajcie pod nogi. Właśnie zaczęli upuszczać za sobą jakieś niewielkie miny. Chyba nie zamierzają już tędy wracać.
    Tropiciele posuwali się szybko za uciekającymi. Światełko wydawało się przybliżać.
    - Porywacze są już prawie na stacji, ale jest ciemno i nie widzę wyraźnie terenu, by móc skoczyć, - Mag był wyraźnie zły, że nie może sobie poradzić z bandą oprychów. - To nie jest stacja, tylko korytarz się rozwidla. Nie wiem jak oni to robią, że idą całkiem po ciemku. Chyba sobie świecą podczerwienią, albo inną długością fali. Na oczach mieli gogle, gdy ich widziałem przy wejściu do tunelu.
    - To czyje jest światełko, do którego się zbliżamy? - Żarłok się zaniepokoił. - Mag, czy masz jakieś światełko na sobie?
    - Nie. Nic takiego nie mam. Poruszam się po omacku trochę idąc a trochę lewitując.
    - No ładnie! - Rzucił zirytowany Khan. - Czy był tam jeszcze jakiś tunel obok tego, którym poszli porywacze?
    - Raczej nie, choć pewności nie mam. Starałem się nie rzucać w oczy, więc niewiele mogłem zaobserwować. Ale tunel, do którego wszedłem był oznaczony czymś na kształt krzyża.
    Ulf skoczył do wejścia tunelu, by rozpatrzeć się w sytuacji.
    - Tu są dwa wejścia do tuneli, ale to oznaczone niby krzyżem jest teraz zasłonięte jakimiś drzwiami, dlatego go nie widzieliśmy. Mag, czy masz może przy sobie komunikator, który zabraliśmy konfidentom na Zaxor? Żarłok potrafi namierzać takie rzeczy.
    - Zaraz sprawdzę swoje kieszenie, - Mag przetrząsnął je dokładnie i tryumfalnie ogłosił ze znalazł. Po chwili jednak jego entuzjazm osłabł, gdy stwierdził, że bateria jest rozładowana i urządzenie nie działa. - Idę dalej za porywaczami. Może coś wymyślę w międzyczasie.
    Reszta nie bardzo wiedziała, co zrobić w tej sytuacji. Uradzili więc, że będą szli dalej w kierunku światełka spodziewając się odkryć coś nowego a w najgorszym przypadku zdobyć namiar jakiegoś nowego, ustronnego miejsca do teleportacji. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda. Ruszyli szybkim krokiem przed siebie. Po dziesięciu minutach dotarli do światełka. Okazało się ono niewielką latarnią oświetlającą krzyżujące się korytarze.
    - Może tym korytarzem dojdziemy do Maga? - Rzuciła Samira z nadzieją w głosie. - Czasem takie ścieżki się łączą. Nie wiem tylko, czy powinniśmy iść w lewą, czy prawą stronę. Ulf, po której stronie naszego korytarza znajduje się zasłonięty korytarz, którym poszedł Mag?
    - Po lewej, - odparł Ulf zza pleców Samiry. - Powinniśmy iść w lewo. Może rzeczywiście gdzieś się schodzą razem te korytarze.
    - Niewykluczone, ale czasem też są to ślepe zaułki, - dodał Khan.
    - Myślę, że powinniśmy iść prosto, - Żarłok wtrącił się do rozmowy. - Widzę w oddali delikatną poświatę ultrafioletową. Tam może coś być. Może właśnie tam zbiegają się te korytarze.
    - Po co ktoś miałby budować dwa podziemne tunele zmierzające od wspólnego początku do tego samego celu? - Samira spytała rzeczowo.
    - Wbrew pozorom ma to sens, - Khan wytłumaczył. - Jeśli droga wiedzie do ważnego celu, warto przewidzieć alternatywną ścieżkę dojścia na wypadek przejęcia jednej z dróg przez nieprzyjaciela. Obecnie drążenie tuneli nie jest trudne. Bierze się świder grawitacyjny i się po prostu posuwa naprzód w tempie piechura. Świder prasuje niepotrzebne skały tworząc bardzo wytrzymałe ściany tunelu. Sami sprawdźcie, jakie te ściany są gładkie. Nie to, co w ręcznie drążonych przejściach. Popieram pomysł Żarłoka. Może ta poświata dokądś nas zaprowadzi. Po drodze wymyślimy jakiś plan odbicia porwanych.
    Ruszyli szybko, by ewentualnie wyprzedzić przeciwnika, jeśliby zmierzał w tym samym kierunku. Ledwo widoczna poświata zmieniła się wkrótce w jasno oświetlone wyjście z tunelu. Podeszli ostrożnie do krawędzi, by nie wpaść w zasadzkę, którą ktoś mógł tu ustawić. Nic takiego jednak ich nie spotkało. Spoglądali na wydrążoną w skałach jaskinię w kształcie kopuły o średnicy około trzydziestu metrów. Dla bezpieczeństwa przesunęli się w czasie w tył o milisekundę, dzięki czemu byli niewidzialni dla kogokolwiek, kto by się znajdował w pomieszczeniu. Dwóch uzbrojonych osobników krążyło po jaskini jakby oczekiwali czyjegoś przybycia. Z jaskini odchodziły trzy tunele.
    - Mag, czy wyjaśniło się coś u Ciebie? - Ulf spytał w myślach. - My dotarliśmy do jaskini na końcu tunelu.
    - Nie. Chwilowo porywacze odpoczywają. Chyba nie bardzo im się spieszy. Więźniowie są chyba nieprzytomni, bo nie mam z nimi żadnego kontaktu telepatycznego, albo są za blisko Arki, która blokuje przekaz.
    - Pilnuj ich i daj znać, gdy się coś zdarzy. My się tu rozejrzymy trochę, - Khan odpowiedział bratu.
    - Co to za urządzenie? - Spytała Samira pokazując na sporej wielkości kabinę na środku jaskini. - Przypomina pierwsze modele teleporterów sprzed trzystu lat.
    - To jest teleporter Samiro, - Ulf potwierdził. - Zanim wprowadzono monopol na teleportery, każdy mógł sobie taki kupić i skakać do woli. Potem je skonfiskowano i zniszczono, ale nie wszystkie jak widać.
    - No to już chyba wiemy, co chcą zrobić z porwanymi i Arką, tylko nie wiemy, dokąd chcą ich wysłać, - Pomyślał Khan. - Warto by przeskanować tych tu wartowników. Może mają w głowach coś jeszcze poza modlitwami.
    Żarłok szybko obszukał pierwszego ze strażników. Dowiedział się, że czekają na swoich „braci”, których mają wyekspediować do Xualap. Strażnik nie wiedział jednak, gdzie znajduje się to miejsce i niewiele go to obchodziło, gdyż jedyne, o czym marzył to porcja Eludium, które koledzy mieli mu przynieść. Khan nie znalazł nic wartościowego w głowie drugiego strażnika za wyjątkiem kodu uruchamiającego teleporter i imion jego kolegów-porywaczy. Obaj strażnicy niecierpliwili się, że tak długo nie nadchodzą. W końcu z jednego z korytarzy dobiegły ciche odgłosy rozmowy. Zapewne porywacze poczuli się bezpieczniejsi i pozwolili sobie na rozmowy.
    Khan i Żarłok przejęli świadomość swoich podopiecznych i czekali na pojawienie się ich kolegów. Samira schowała się w korytarzu, by nie paść ofiarą przypadkowego wystrzału a Ulf zajął się dywersją. Poinformowali Maga o wszystkim, co się udało ustalić. Mag potwierdził, iż zbliżali się do jasno oświetlonego wyjścia. Po minucie w wylocie korytarza pojawiła się grupka złoczyńców. Przywitali się zdawkowo ze strażnikami i rozłożyli sprzęt pod ścianą. Następnie zdjęli kaptury zakrywające im twarze. Ciała trzech porwanych spoczywały na platformie antygrawitacyjnej.
    - Rozwiążcie ich i doprowadźcie do stanu umożliwiającego teleportację. Nieprzytomnych nie wolno przesyłać, bo im się miesza w głowach, - rzucił rozkazująco gość z pokaźną czarną brodą. - Tylko ostrożnie z ładunkami. Tu już nie będą potrzebne.
    Dwóch młodych mężczyzn powoli zdjęło ładunki z porwanych i umieściło je w specjalnym pojemniku, gdzie w chwilę później również trafiły detonatory. Porwani byli wciąż nieprzytomni.
    - Sierżancie, gdzie jest Xualap? - Khan zaryzykował pytanie. - Wysyłamy tam różne rzeczy a nawet nie wiemy, gdzie to się znajduje.
    - Nie Twój interes, - warknął dowódca, - Sam bym chciał wiedzieć, ale Czcigodny Patalach nie dzieli się informacjami z byle kim. Pewnie czeka już na przesyłkę. Głowy nam urwie jak coś pójdzie nie tak. Ocućcie wreszcie tych jajogłowych. Nie mogą spać w nieskończoność. Musimy ich odesłać najszybciej jak to możliwe.
    Trzech więźniów dostało zastrzyki cucące i powoli zaczęło odzyskiwać świadomość. Zmęczeni porywacze zrobili sobie kawę i czekali aż będzie można rozpocząć wysyłkę. Arka była opatulona jakąś szarą szmatą i wciąż spoczywała na platformie transportowej.
    Ulf, wraz z Samirą i Magiem, który właśnie do nich dołączył, przenicowali pamięć wszystkich rzezimieszków. Jedynie dowódca posiadał jakąś wiedzę dotyczącą lokalizacji Xualap. Według tej wiedzy jest to miejsce w pobliżu jakiegoś stosu, który ma cztery dziury i jest gdzieś w kosmosie. Tam też znajduje się siedziba szefa rzezimieszków - Patalacha. Wnosząc z tytułu, jakim go obdarzyli, nie był to człowiek. Komunikowali się za pomocą komunikatora, nigdy osobiście.
    - Jak widać Anioły też nie prowadzą jednolitej polityki. Każdy ważniak ma swoją własną siatkę konfidentów. Chyba cierpią na kryzys zaufania, tak jak Ziemianie, - Zauważył Żarłok. - Taka sytuacja może nam sprzyjać, ale też nie daje pewności czy rozmawiamy z szefem. Koniecznie musimy się dowiedzieć, kim jest Patalach.
    - Spójrzcie, - rzekł zaniepokojony Ulf. - Szmata przykrywająca Arkę zaczyna dymić. Zaraz pewnie się zapali. Ciekawe, co jest tego przyczyną.
    Porywacze również zauważyli dym i w panice ruszyli do gaśnic. Spryskali cały artefakt grubą warstwą piany, ale szmata zamiast zgasnąć zaczęła płonąć żywym ogniem. Wystraszeni pseudo-strażacy odsunęli się w najodleglejszy zakątek jaskini obserwując rozwój sytuacji. Po kilku minutach płomień zgasł a spalona szmata opadła na posadzkę odsłaniając złotawy pojemnik Arki. Pojemnik nie lśnił już bladym złotym odcieniem. Teraz nabrał wewnętrznego blasku, jakby rozświetlało go coś od środka.
    - Musimy zneutralizować tych oprychów, bo zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Lepiej nie mieć ich na głowie, - Khan pomyślał.
    - Chyba Arka zakłóca naszą komunikację, bo ledwie Cię słyszę. Zaraz pewnie nas zobaczą, - Mag odparł.
    Arka roztaczała coraz intensywniejszy blask. Władza nad dwoma strażnikami przestawała działać. Ze zdziwieniem przecierali oczy widząc, że ich koledzy już dotarli do jaskini. Trzeba było szybko działać, by nie dopuścić do poważnych komplikacji.
    Żarłok w ułamku sekundy stał się widoczny i w tym samym momencie runął prosto do gardła dowódcy. Zaskoczony brodacz zdążył się zasłonić rękami. Kłapnięcie potężnego dzioba odcięło rękę dowódcy tuż powyżej łokcia. Krew trysnęła z rany ochlapując wszystkich wokoło. Dowódca zawył z bólu. Khan wydobył swoją lancę protonową i wystrzelił w kierunku jednego ze strażników, który padł na ziemię ugodzony w plecy. Ulf zdążył w tym czasie dopaść dwóch zbirów stojących z tyłu i wymierzył im potężny cios swoim mieczem. Jednego przeciął na pół na wysokości klatki piersiowej a drugi stracił rękę, która teraz zwisała żałośnie na pasku skóry. Żarłok nie dał szansy dowódcy, który stracił rękę i zatopił swoje ostre szpony w jego twarzy rozcinając ją na kilka kawałków. Zgruchotana czaszka rozpadła się także na kilka części, ukazując swoją zawartość. Martwy brodacz osunął się na ziemię obficie brocząc krwią. Pozostali porywacze zdążyli już dopaść swych lanc i miotaczy. Mag niewiele myśląc sięgnął po swoją brzytwę próżniową, którą z impetem wbił w ziemię. Wszyscy oprócz złoczyńców wiedzieli jak działa to urządzenie, więc przywarli twarzami do ziemi. Moment później brzytwa osiągnęła punkt krytyczny i odpaliła. Cichy syk przetoczył się przez jaskinię zasysając wszystko, co znalazło się na wysokości metra nad ziemią. Trzech oprychów biegnących w kierunku Maga zostało przeciętych na pół na wysokości pasa. Oddzielone torsy osunęły się na ziemię. Nierozumiejący, co się stało zabici in spe mrugali zdziwionymi oczami jeszcze przez chwilę, po czym zamarli w bezruchu. Dwóch ocalałych porywaczy zdążyło się podnieść zaraz po tym ataku i pędem ruszyli przed siebie znikając w ciemnościach korytarza, którym tu przybyli. Samira spokojnie odpięła od pasa jeden ze szperaczy i podrzuciła go w górę. Szperacz obrócił się dwa razy wokół własnej osi skanując przestrzeń i nabierając pędu ruszył w kierunku korytarza za zbiegami. W chwilę później silna eksplozja rozdarła powietrze rozpylając ciała uciekinierów na atomy.
    - Wypchnijmy szybko platformę z Arką do korytarza, którym tu przybyliśmy, - Khan krzyknął do Ulfa.
    Obaj doskoczyli do rozjarzonego Artefaktu i chwytając platformę, na której spoczywał, pospiesznie wypchnęli go z jaskini. Pchali go jeszcze ponad pięćdziesiąt metrów zanim blask zaczął słabnąć. Pozostawili Arkę chwilowo tam, gdzie już nie świeciła i wrócili do jaskini.
    - W trzecim korytarzu również jest coś, co bardzo mocno świeciło, ale przestało, gdy wypchnęliście Arkę, - Samira doniosła podniecona odkryciem. - Musimy sprawdzić, co tam jest.
    Dobs i Wolski odzyskiwali powoli świadomość. Rozglądali się po pomieszczeniu zdezorientowani a miny mieli nietęgie. Szyszkin dopiero zaczynał się budzić z odrętwienia. Otworzył oczy i natychmiast je zamknął.
    - Cóż za dziwne sny ostatnio miewam, - stwierdził z przekonaniem. - Zawsze, gdy mi się śnisz Khan, są też trupy..., Dużo trupów. Chyba rzeczywiście za dużo pracuję.
    - Jose wstawaj, to nie sen, - Khan brzmiał poważnie. - Mamy tu coś ciekawego. Coś powinieneś o tym wiedzieć.
    Trójka porwanych szybko wracała do formy. Po kilku minutach przypomnieli sobie, że gdy siedzieli w swoim pomieszczeniu, ktoś wrzucił przez drzwi mocno dymiący przedmiot. Na tym pamięć się kończyła. Mag opowiedział im resztę historii aż do chwili obecnej.
    - Ale przecież oficjalnie realizowaliśmy scenariusz nakreślony przez Anioły, więc czemu chciały nam podprowadzić Arkę? - Dziwił się Wolski.
    - Pewnie szpiedzy donieśli im, że robimy coś innego na boku, - Dobs wysnuł przypuszczenie. - Anioły nie znały naszych nowych ustaleń, niepokoiły się więc, o realizację operacji i postanowiły zgarnąć nas razem z Arką.
    - To się trzyma kupy, - osądził Żarłok.
    Dopiero teraz trzech mężczyzn dostrzegło wielkie ptaszysko czające się w cieniu. Z oczywistych względów nie odbierali tego, co Żarłok sobie myślał, więc zareagowali strachem. Cofnęli się natychmiast pod ścianę i bacznie obserwowali nieznane zwierzę z wielkim dziobem i szponami ociekającymi krwią.
    - Co, co to jest Khan? - Szyszkin wystękał.
    Żarłok wyglądał groźnie i nikogo nie dziwił strach, jaki wzbudził, tym bardziej, że ostentacyjnie rozpostarł skrzydła na całą ich długość. Wyglądał niezwykle imponująco i groźnie w takiej pozie.
    - Żarłok, nie strasz mi naukowców, bo będę musiał im dać świeże pieluchy, - Mag skarcił żartobliwie przyjaciela.
    - Chciałem się tylko troszkę zabawić, - Żarłok odparł niewinnie i złożył skrzydła.
    Khan przedstawił naukowcom całe towarzystwo poświęcając najwięcej uwagi Żarłokowi, który był jakby nieco odmienny od reszty. Następnie streścił wydarzenia ostatniej godziny kończąc na poświacie z trzeciego korytarza.
    - Zbierajmy się. Mamy spotkanie z Ferrusem a jeszcze nie zabezpieczyliśmy Arki i nie wiemy, co jest źródłem tajemniczej poświaty, - Samira przypomniała wszystkim, że nie mają czasu na towarzyskie pogawędki.
    - Jose, zaczekajcie tutaj a my spenetrujemy trzeci korytarz, - Khan powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu. - Jeszcze będziecie mieli swoje pięć minut.
    Wszyscy pięcioro skierowali się do podejrzanego wejścia i po chwili zniknęli w ciemnościach. Po dziesięciu krokach natknęli się jednak na litą skałę.
    - Od kiedy skały świecą? - Samira wyraziła swoje zdziwienie. - Coś, co pobudziło Arkę musi tkwić w tej skale. Musimy koniecznie sprawdzić, co to takiego.
    Khan poprosił wszystkich, by się cofnęli do jaskini. Sam stanął przy wejściu do chodnika i uruchomił swoją lancę protonową. Snop materii pędzącej niemal z prędkością światła uderzył w skałę rozgrzewając ją do białości. Po chwili skała zaczęła się topić ściekając w dół jak lawa z wulkanu. Po minucie przez skałę zaczęła prześwitywać blada poświata. Khan wzmocnił strumień protonów i mała szparka szybko powiększyła się do rozmiarów człowieka. Lanca pracowała całą mocą, wypełniając korytarz coraz szerszym strumieniem stopionych skał. W końcu przejście było tak szerokie jak sam korytarz, z którego buchał nieznośny żar roztopionych skał. Coś w oddali połyskiwało, ale z tej odległości nie było dokładnie widać.
    - Jak my się tam teraz dostaniemy? - Samira spytała. - Minie tydzień zanim to ostygnie.
    - Nie martw się, - odparł Żarłok rubasznie. - Zaraz znikniemy brzydką lawę.
    I faktycznie w jednej chwili cała płynna zawartość korytarza zniknęła pozostawiając jedynie dym i smród stopionych skał.
    - Chyba nikt tu nie zaglądał od paru tysięcy lat, - Zauważył Mag. - Coś cennego musi tam być skoro ktoś zadał sobie tyle trudu, by to ukryć.
    Ulf zapalił latarkę. W odległości około trzydziestu kroków od wypalonej ściany coś silnie odbijało światło latarki. Ostrożnie zbliżyli się do prostopadłościennej skrzyni z opalonym środkiem, przez który prześwitywała tafla wypolerowanego metalu. Mag z Ulfem podważyli wieko skrzyni swoimi nożami. Było mocno przybite długimi drewnianymi kołkami, ale w końcu puściło pod naporem narzędzi. Bok skrzyni odpadł bez problemów, gdyż był mocno nadpalony. Oczom zebranych ukazała się identyczna skrzynia, w jakiej znajdowała się Arka, tyle, że ta błyszczała zimnym platynowym blaskiem a nie złotym jak ta pierwsza. Mag i Ulf ze sporym trudem unieśli ciężkie wieko zamykające skrzynię. Delikatna poświata oświetliła sufit. Khan i Żarłok przysunęli się bliżej, by się przyjrzeć zawartości skrzyni i odebrało im mowę. W środku znajdował się sferyczny przedmiot o średnicy około pół metra wiszący w powietrzu bez jakiegokolwiek podparcia. Przedmiot emanował zimnym światłem na wszystkie strony. Wydawał przy tym cichutkie buczenie o bardzo niskiej częstotliwości. Nie posiadał żadnych cech pozwalających stwierdzić, z czego był zrobiony.
    - Co jest do cholery!? - Khan zaklął zirytowany i zaskoczony. - To mamy już dwie Arki zamiast jednej? Mnożą się jak króliki. Tylko patrzeć jak znajdzie się jeszcze trzecia. Co to ma znaczyć?
    - Jose, chodźcie tutaj szybko, - Khan zawołał głośno. - Musicie coś zobaczyć i wytłumaczyć...
    Po chwili przybiegli trzej wezwani naukowcy. Khan zrobił im miejsce, by mogli się przyjrzeć zawartości skrzyni. Patrzyli się długą chwilę z niedowierzaniem. Wreszcie Szyszkin odsunął się i pokręcił głową.
    - To niemożliwe, by istniała więcej niż jedna Arka. To rujnuje całą teorię, którą wypracowywaliśmy przez tyle lat. Nasze urządzenie to złom! Tyle lat pracy na marne. Wszystko trzeba zaczynać od początku. Dwie Arki w jednym Świecie. Stąd ta poświata. Obie Arki muszą „wyczuwać” się wzajemnie.
    Szyszkin był załamany nowym odkryciem.
    - Świat się wali a my mamy nowe zagadki. Co mamy zrobić, by ustabilizować naszą czasoprzestrzeń? Teraz już nikt tego nie wie, - Szyszkin wciąż narzekał.
    - Mamy umówione spotkanie, - przypomniał Mag. - Jose, jesteś również zaproszony. Anioły zdają się posiadać jakąś dodatkową wiedzę, ale nie potrafią z niej skorzystać, więc skontaktowały się z nami. Eee, chyba to trochę naciągane, ale coś na rzeczy musi być.
    Skrzynia została nakryta wiekiem i wszyscy wrócili do jaskini. Khan sprawnie odłączył kabinę teleportacyjną, by nikt nie mógł z niej skorzystać w żadną stronę.
    - Wydaje się, że obie Arki są bezpieczne i nie oddziałują za silnie na siebie w obecnej lokalizacji, - Powiedział Khan. - Wychodząc stąd zawalimy oba korytarze, by nikt się tu nie dostał podczas naszej nieobecności. Samiro, czy dobrze zgaduję, że w plecaku masz jakieś materiały wybuchowe dużej mocy?
    - Nie mylisz się. Zabrałam ich troszkę na wszelki wypadek. Mam też parę innych użytecznych drobiazgów.
    - Jesteś nadzwyczajna. Zazdroszczę Magowi dobrego gustu. Nie dość, że mądra, to jeszcze piękna. Rzadka kombinacja zaiste. Daj nam kilka ładunków, proszę.
    - Mag umieść ładunek o jakieś pięćdziesiąt metrów, przepraszam, jardów oczywiście, od wlotu prawego korytarza i nastaw detonację na pięć minut, - Khan się poprawił pamiętając o nawykach brata. Ja zrobię to samo w drugim korytarzu. Potem zmyjemy się stąd.
    - Ale przecież nie zdążymy się stąd ewakuować w tym czasie, - Szyszkin zaoponował.
    - Nie martw się Jose. Mamy kieszonkowy teleporter, który nas przeniesie w bezpieczne miejsce, - Khan sięgnął do kieszeni w spodniach Maga i wyciągnął z niej mały, błyszczący przedmiot. - Technika idzie w przód i robimy coraz mniejsze urządzenia.
    Khan podał przedmiot Szyszkinowi, który z zainteresowaniem studiował go przez dłuższą chwilę.
    - ZIPPO, - odczytał napis na denku urządzenia. - Nigdy nie słyszałem o takiej firmie.
    - Nic nie szkodzi, - odparł Khan dusząc się ze śmiechu. - Najważniejsze, że działa.
    Mag odwrócił się nie mogąc powstrzymać się od śmiechu, jednak nadludzkim wysiłkiem zrobił poważną minę i kiwnął głową na potwierdzenie słów brata.
    W kilka minut zabezpieczyli wszystko w jaskini i rozłożyli ładunki w wyznaczonych miejscach.
    Khan zebrał wszystkich na skrawku podłogi niezaśmieconym trupami porywaczy i kazał się złapać za ręce. Następnie wziął urządzenie od Szyszkina i uniósł je nad głowę w wyprostowanej ręce. Kciukiem otworzył wieczko, które odskakując szczeknęło charakterystycznie i wszyscy przenieśli się do pomieszczenia, w którym niedawno rozmawiali.
    - Faktycznie działa doskonale. Muszę takie zamówić do osobistego użytku. Oszczędzę sporo czasu na dojazdach do pracy, - Szyszkin stwierdził poważnie, gdy tylko otworzył oczy.
    - Proszę byście dopilnowali wszystkiego tu na dole a my udamy się z wizytą do przyjaciół, - Khan zwrócił się do Dobsa i Wolskiego. - To nie powinno nam zająć wiele czasu.
    Wszyscy zainteresowani znów stanęli w kręgu i za sprawą teleportera marki ZIPPO zniknęli, by w chwilę później zmaterializować się na powierzchni, gdzie już czekał na nich transporter orbitalny. Wsiedli do niego i statek natychmiast oderwał się od ziemi wzlatując pionowo w górę ku gwiazdom.
    Nie zdążyli się nawet wygodnie rozsiąść, gdy komputer pokładowy zameldował o rychłym dokowaniu do okrętu dyspozycyjnego o nazwie Nomad. Khan zrezygnował z lotu Okrętem Flagowym ze względu na nieoficjalny charakter spotkania. Transporter łagodnie przycumował do Nomada.
  • #55
    yego666
    Specjalista PLD
    ============== Odcinek 26, ostatni ================

    DALIA

    Przy wejściu na pokład czekała delegacja złożona z trzech wysokich oficerów Gildii, z których jednym była kobieta w randze komandora.
    - Witamy na pokładzie Konsulu, - kobieta wystąpiła o krok w kierunku gości. - Okręt gotowy do misji, Tuan.
    Jako najwyższa stopniem na pokładzie kobieta miała obowiązek pełnienia honorów gospodyni. Młoda, zgrabna o kasztanowych włosach. Khan znał ją z czasów, gdy była słuchaczką jego wykładów w Akademii. Była zdolna, dzięki czemu szybko awansowała. Dopiero, gdy otrzymała własny okręt z polecenia Khana, wstąpiła w szeregi Gildii. Przynależność do Gildii niekiedy ułatwiała awans, ale w tym przypadku nie mogło być o tym mowy. Khan cenił sobie taką postawę na równi ze zdolnościami i uczciwością. Pani Komandor przedstawiła swoich oficerów, z których jeden był kapitanem a drugi piastował stanowisko pierwszego oficera. Khan również przedstawił swoich towarzyszy zaczynając od Samiry. Następny był oczywiście Żarłok, który został przedstawiony, jako Tertius z prastarej rasy Poszukiwaczy pochodzącej z Enklawy Kuuru. Nikt z załogi oczywiście nie słyszał nigdy o takiej enklawie ani rasie, jednak wszyscy znali zamiłowanie Konsula do niespodzianek i żartów ciężkiego kalibru, stąd Żarłok otrzymał stosowną porcję ukłonów i zapewnień, iż wszyscy są zaszczyceni jego obecnością na pokładzie. Gdy oficjalne przywitanie dobiegło końca, Khan poprosił, by mogli się odświeżyć. Zaiste wyglądali zabawnie w zakrwawionych i upapranych błotem ubraniach i z raczej rzadko spotykanym orężem w dłoniach. Banda piratów z Karaibów nie wyglądała zapewne groźniej i zabawniej zarazem. Pani Komandor poprosiła Pierwszego, by zechciał wskazać gościom drogę a sama udała się wraz z kapitanem na mostek, by dopilnować przygotowań do skoku poprzez niezmierzone otchłanie kosmosu. Dzięki rekonesansowi Żarłoka dysponowali dokładnymi namiarami celu i mogli niezwłocznie przystąpić do działania. Po kilku minutach dotarli do kajut przeznaczonych dla gości najwyższej rangi. Pierwszy Oficer oddalił się doprowadziwszy delegację do ich kajut.
    - Doprowadźcie się do porządku byście nie straszyli załogi, - Khan poprosił. - Za dziesięć minut spotykamy się tutaj.
    Natychmiast rozeszli się do swoich kajut, gdzie zabrali się do ablucji i uporządkowania swojego wyglądu. Żarłok poszedł razem z Samirą, która obiecała mu pomoc przy korzystaniu z nieznanych urządzeń przeznaczonych do użytkowania głównie przez ludzi. Żarłokowi najbardziej przypadł do gustu klasyczny prysznic z ciepłą wodą. Nastawiał się i kręcił pod strumieniem bieżącej wody, jakby nigdy nie widział takiego wynalazku. Samira obserwowała go z rozbawieniem, lecz po pięciu minutach poprosiła, by się pospieszył, gdyż jest głodna i nie chce się spóźnić na poczęstunek w messie Pani Komandor.
    - Też jestem bardzo głodny, - Żarłok jeszcze bardziej się ożywił na wieść o jedzeniu. - Może przyniosę jelenia albo dzika, to nam przyrządzą? - Spytał z nadzieją w głosie.
    - Obawiam się, że nie będzie na to czasu, ale sądzę, że będziesz zadowolony z tutejszej kuchni.
    Gdy wszyscy już byli czyści i odświeżeni, wyszli na korytarz, gdzie Pierwszy Oficer czekał na nich przechadzając się w koło. Zobaczywszy, iż goście już są gotowi poprosił, by udali się za nim. Wkrótce dotarli do przestronnego apartamentu komandorskiego, gdzie zasiedli przy dużym stole z przezroczystym blatem. Dla przedstawiciela prastarej rasy Poszukiwaczy przygotowano specjalne siedzenie zaopatrzone w szeroki poprzeczny drążek na wysokości tafli stołu. Żarłok chcąc wskoczyć na wyznaczone mu miejsce rozpostarł skrzydła i jednym zamachem uniósł się w powietrze lądując precyzyjnie na drążku. Pani Komandor nie kryła zachwytu patrząc na ten pokaz siły i gracji.
    - Czy wszyscy przedstawiciele rasy Poszukiwaczy są tak dostojni, Tuan Tertius? - Zapytała przyglądając się z podziwem jego okazałej posturze.
    Żarłok skinął głową i poprosił Khana, by zechciał przetłumaczyć jego słowa.
    - Nie jestem wyjątkiem w tym względzie, jednak wyjątkowe jest to, iż jako pierwszy przedstawiciel mojej rasy dostąpiłem zaszczytu ucztowania w towarzystwie tak pięknej przedstawicielki rasy Ziemian.
    Wszystkim aż mowę odebrało na takie wyszukane wyrazy uprzejmości padające z ust Żarłoka, którego znali z zupełnie innej, bardziej normalnej strony. Samira poczuła nawet lekką zazdrość, ale nie dała tego po sobie poznać. Pani komandor skłoniła się dziękując za tak miłe słowa, po czym gestem dłoni dała znać stewardowi, by wniesiono posiłek. Do messy wjechały cztery wózki uginające się pod ciężarem półmisków pełnych mięs, pieczywa, przystawek i wszelkich innych smakołyków, które nie tylko Żarłok widział pierwszy raz w życiu. Oficer odpowiedzialny za etykietę musiał się nieźle nagłówkować, by wymyślić sposób, w jaki należało podać poczęstunek gościowi o tak nietypowych cechach. Przyznać trzeba, że wywiązał się doskonale z tak dziwnego zadania. Żarłok otrzymał poczęstunek w naczyniach o podwyższonych brzegach i obciążonych od spodu plastrami błyszczącego metalu, by stabilnie stały nawet jeśliby ktoś je potrącił. Puchar z napojem zaopatrzono w słomkę ze wzmocnionym ustnikiem, by nie rozsypała się pod naciskiem potężnego dzioba dostojnego gościa. Samira objaśniała Żarłokowi przeznaczenie poszczególnych narzędzi, których dotąd nie widział i sugerowała sposób spożywania kolejnych porcji posiłku, by ustrzec blamażu. Poczęstunek zakończył toast wzniesiony czerwonym winem na cześć gospodyni. Wszyscy zapomnieli o czekającej ich misji wypoczywając przy wyśmienitym deserze lodowym i miłej pogawędce. Mag już od kilku minut kręcił się niespokojnie aż w końcu nie wytrzymał.
    - Czy byłoby wielkim nietaktem, gdybym zapalił cygaro? - Spytał Khana w myślach. - Tylko tego mi brakuje do szczęścia.
    Raczenie się mocnymi alkoholami oraz palenie tytoniu było na Ziemi zabronione poza wyłączonym obszarem Kuby, która nie dała sobie narzucić żadnych ograniczeń i głupich pomysłów Rządu Światowego. Khan zastanawiał się przez chwilę nad tą kwestią, gdy nagle przypomniał sobie, jak któregoś dnia po zajęciach w Akademii opuścił budynek wydziału Nawigacji tylnym wyjściem. Za niewielkim murkiem dostrzegł czyjś rękaw. Cicho podszedł bliżej, by sprawdzić, co za tajemnica każe komuś kryć się w takim miejscu. Znienacka wyszedł zza murku i zobaczył czwórkę kadetów pociągających na zmianę jakieś liche cygaro w rozmiarze Churchil. Gdy go zobaczyli wszyscy zbledli i gorączkowo usiłowali zadeptać niesforne cygaro, które jak na złość coraz bardziej dymiło zamiast zgasnąć. Zanotował nazwiska wszystkich konspiratorów z zamiarem wydalenia ich z uczelni, jednak wydarzenia, które właśnie rozgrywały się w układzie Myog spowodowały, że ta sprawa zupełnie przestała być ważna. Khan jednak zapamiętał, że jednym z czterech złoczyńców była obecna tu gospodyni.
    - Szanowna Pani Komandor, - zaczął Khan. - Jesteśmy niezmiernie zobowiązani za okazaną nam gościnę i poczęstunek. Ambasador Ziem Zewnętrznych, - jak wcześniej Khan przedstawił Maga, - pragnąłby zgodnie ze zwyczajem swojego narodu zakończyć posiłek rytualnym wypaleniem cygara na cześć pięknej gospodyni. Czy etykieta zezwala na czasowe uchylenie zakazu palenia tytoniu w takich okolicznościach?
    - W zasadzie obowiązuje nas ziemskie prawo, jednak obecnie znajdujemy się w przestrzeni nieobjętej ziemską jurysdykcją, w związku z czym nie widzę przeszkód, by uchylić zakaz na czas pobytu znakomitego gościa na pokładzie.
    Mag sięgnął do wewnętrznej kieszeni kamizelki skąd wydobył nienapoczętą paczkę cygar, którą położył na stole przed sobą. Khan sięgnął po paczkę i przez chwilę studiował napisy umieszczone na kolorowej etykiecie.
    - Cohiba Esplendidos, Pan Ambasador ma doskonały gust. Szczerze przyznam, że bardzo dawno temu zdarzało mi się sięgać czasem po takie specjały, jednak zakaz, jaki ustanowiono skazał mnie, jako mieszkankę Ziemi na abstynencję tak tytoniową, jak i alkoholową a przecież w niewielkich ilościach te używki nie wywołują skutków ubocznych i możnaby zaryzykować stwierdzenie, że nie wszystkie nakazy i zakazy są jednakowo zasadne, - Pani Komandor zawiesiła głos. - Konsul Khan zapewne potwierdzi moje słowa...
    - W rzeczy samej, używki spożywane z umiarem mogą jedynie wzbogacić nasze doznania i nie prowadzą do wypaczenia charakteru, na co mamy wiele dowodów, - Khan spojrzał znacząco na Panią Komandor i zauważył lekki rumieniec na jej błękitnej twarzy. Wiedział, że ona również pamiętała zajście sprzed wielu lat.
    Wprawnie pozbawił cedrowe pudełko celofanu i powoli je otworzył. Rząd równo poukładanych cygar z żółtą banderolą przywodził na myśl słoneczne plaże na wyspie wolności. Miły aromat rozchodził się po messie.
    - Ponoć właśnie te cygara zwykł palić największy przywódca narodu kubańskiego w schyłkowym okresie Średniowiecza. Bronił wolności przed zakusami jednego z wielkich, agresywnych sąsiadów, który już zresztą i tak nie istnieje, w odróżnieniu od Niezależnej Republiki Kuby, - Khan przesunął otwarte pudełko po blacie stołu tak, by się znalazło w zasięgu ręki Pani Komandor. - Pan Ambasador będzie zaszczycony, jeśli zechce mu Pani towarzyszyć.
    Kobieta wahała się przez dłuższą chwilę, lecz to w końcu jej przełożony udzielał dyspensy, więc niegrzecznie byłoby odmówić. Sięgnęła do pudelka i ostrożnie wyjęła jedno z cygar. Koniec cygara był już równo przycięty, więc nie trzeba było używać żadnych dodatkowych narzędzi. Zgodnie z obyczajem Mag wyjął z kieszeni sporej wielkości pudełko z zapałkami i uprzejmie przesunął w kierunku Pani Domu. Gdy pudełko mijało Szyszkina, ten podniósł je na chwilę ze stołu i obejrzał ze wszystkich stron a następnie położył na blacie. Przesuwając je dalej do Pani Komandor powiedział tylko jedno słowo: „ZIPPO” i tajemniczo się uśmiechnął. Kobieta wprawnie zapaliła zapałkę i przyłożyła ogień do cygara. Pociągnęła kilka razy aż się porządnie rozjarzyło. Przymknęła oczy przypominając sobie smak młodości. Dym uniósł się w powietrze, napełniając całe pomieszczenie delikatnym aromatem tlących się liści tytoniowych. Pudełko z cygarami wróciło do Maga, który każdemu po kolei zaoferował cygaro, jednak jedynym, który nie odmówił był Khan. Popełniłby zresztą niewybaczalne faux pas wobec gospodyni, którą sam namawiał do grzechu. We troje raczyli się cygarami, podczas gdy pozostali opychali się kolejnymi frykasami wnoszonymi na stół. Niezobowiązująca rozmowa umilała wszystkim czas spędzony przy stole. Od ponad godziny biesiadowali i opowiadali różne historyjki, gdy do messy wszedł oficer nawigacyjny i zameldował, iż znajdują się już u celu podroży i nawiązali kontakt z obsługą stacji kosmicznej.
    - Jak długo trwał nasz skok? - Khan zapytał oficera. - W czasie galaktycznym rzecz jasna.
    - Szesnaście milisekund, Tuan, - odparł oficer i się skłonił, - i dziewięćdziesiąt dwie minuty czasu pokładowego.
    - Jesteśmy, zatem spóźnieni o jakiś kwadrans przez tych porywaczy, - Ulf podsumował szybko. - Ale to nie nam się na szczęście spieszy.
    Khan podziękował za gościnę w imieniu wszystkich i wskazał drzwi.
    - Czas na nas, Pani Komandor. Proszę zaczekać aż wrócimy, chyba, że bezpieczeństwo okrętu będzie zagrożone.
    Wyjął z kieszeni komunikator i przycisnął przycisk włącznika. Po chwili na ekraniku ukazała się znajoma twarz Luciusa Ferrusa.
    - Zapraszam na pokład Centrum. Przy wejściu czeka eskorta złożona z siedemnastu Gwardzistów łącznie ze mną, - Ferrus skłonił się nieznacznie.
    Khan odwzajemnił ukłon i wyłączył komunikator. Wyszedłszy z messy na korytarz odzyskali swoją broń, której strzegło dwóch uzbrojonych wartowników. Jeden element ich wyposażenia zwrócił szczególną uwagę Khana.
    - Czy mógłbym dostać ochraniacz barkowy? - Spytał oficera pilnującego strażników.
    - Ależ oczywiście, Tuan, - oficer odparł pospiesznie.
    Jeden ze strażników został przez niego poinstruowany i biegiem ruszył w kierunku najbliższej windy. Dwie minuty później Khan zakładał na swoje ramiona ochronne naramienniki, które zdolne były pochłonąć energię ciosu mieczem plazmowym lub nawet maczetą.
    - Po co Ci taka ochrona, - Żarłok spytał przyglądając się Khanowi z zainteresowaniem. - Masz przecież skafander z Gniazda. On stanowi dużo lepsze zabezpieczenie.
    - Pomyślałem, że być może zechciałbyś zyskać troszkę wzrostu, by zrobić na Aniołach większe wrażenie, - odparł Khan. - Jeśli Cię to nie urazi, oferuję Ci miejsce na moim ramieniu.
    Żarłok zastanawiał się przez chwilę, po czym poderwał się w powietrze i osiadł na ramieniu Khana. Delikatnie zacisnął swoje ostre szpony na naramienniku. Wszyscy aż oniemieli z wrażenia, gdy zaprezentował swoje rozłożone skrzydła siedząc wysoko nad podłogą. Taka pozycja zdecydowanie dodawała powagi im obu. Żarłok gwizdnął dwa razy, by wyrazić swoją aprobatę. To był naprawdę świetny pomysł. Teraz wreszcie czuł się równy ludziom.
    Powoli ruszyli w kierunku przejścia dokującego. Towarzyszyła im Pani Komandor oraz czterech strażników. Przy przejściu stał pluton uzbrojonych żołnierzy gotowych do obrony gości, gdyby zaistniała taka konieczność. Zobaczywszy Konsula ze straszliwą bestią na ramieniu cofnęli się o kilka kroków robiąc przejście. Khan wraz z towarzyszami dotarł wreszcie do śluzy, która na dany znak została otwarta ukazując długi korytarz łączący okręt z Centrum Operacyjnym Aniołów. Piątka ludzi i Świstogon po raz pierwszy mieli postawić stopy na terytorium należącym do wrogiej rasy Aniołów. Była to doniosła chwila i nie należało się spieszyć. Na czele kroczył Khan z Żarłokiem na ramieniu. Wyglądał jak Bóg z najstarszych zachowanych rycin sumeryjskich. Tuż za nim kroczył Ulf i Mag z bronią gotową do bitwy. Za nimi szła Samira i profesor Szyszkin. Wszyscy poza profesorem mieli na sobie skafandry ochronne, więc wspólnie uradzili, że gdyby coś się działo, profesora będą chronić w pierwszej kolejności. Krok za krokiem doszli do śluzy należącej do Centrum Operacyjnego. Tuż przed nią Khan się zatrzymał i obrzucił krótkim spojrzeniem swoich towarzyszy. Następnie podniósł lancę protonową, którą trzymał w lewej dłoni i zastukał dwa razy w zamknięte wrota.
  • #56
    Maly
    Poziom 29  
    Witam
    No i przerobione, czekam na więcej, na początku trochę było ciężko, dużo fizyki, ale można się przyzwyczaić, teraz fajnie się czyta bo wątki zaczynają się łączyć.

    Może komentarze wydzielić w innym wątku.

    Pozdrawiam

    To przepraszam, nie zauważyłem, proszę przenieść.
  • #58
    yego666
    Specjalista PLD
    Szanowne Koleżanki i Koledzy,

    przez prawie miesiąc mieliście sposobność zapoznania się z pierwszym tomem powieści Iteracja.

    Przez ten czas opublikowaliśmy 26 odcinków.

    Mamy nadzieję, że powieść Was odprężyła i odciągnęła od codziennych trosk i wirusów szukających nowych ofiar.

    Wspólnie z Kolegą ArturAVS przygotowaliśmy dla Was cały pierwszy tom w formie pliku .pdf i .mobi, jednak by otrzymać te pliki prosimy o kontakt na PW.
    Każdy kto otrzyma te pliki będzie proszony o zamieszczenie swojej recenzji przeczytanej powieści.
    Oczywiście zachęcamy każdego Czytelnika do zamieszczenia recenzji lub innej formy wyrażenia swojego zachwytu lub dezaprobaty dla powieści.

    Jeśli znajdzie się wystarczająco dużo recenzji, ogłosimy ankietę na wybór tej jednej, która będzie oficjalną recenzją książki.

    Dodano po 4 [godziny] 25 [minuty]:

    Kolega ArturAVS stworzył okładkę dla Tomu 1.

    Zobaczcie, proszę jak się Wam podoba.

    Link

    Muszę przyznać, że odpowiada ona całkowicie wyobrażeniu autorów książki.

    Dzięki Arturze ☺
  • #59
    And!
    Admin grupy Projektowanie
    Mi okładka podoba się, może w tym dziale przy każdym poście z opowiadaniem powinna być miniatura okładki (jeżeli istnieje okładka dla opowiadania/powieści). Pytanie tylko czy technicznie da się to jakoś prosto zrealizować (coś jak przy newsach na stronie głównej).