Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
TespolTespol
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

ITERACJA - Powieść SF w odcinkach. Tom 1, 26 odcinków.

yego666 25 Mar 2020 17:30 5283 74
  • #1
    yego666
    Level 32  
    ITERACJA - Powieść SF w odcinkach.


    ITERACJA - Powieść SF w odcinkach. Tom 1, 26 odcinków.

    Życzymy wszystkim zdrowia a czytelnikom dodatkowo przyjemnej lektury :)
    ================================================

    Nota od autorów:

    Copyright MMXX by Mariola Szelczyńska i Mariusz Polański, Wszystkie prawa zastrzeżone.

    Treść książki "Iteracja" wyżej wspomnianych autorów nie może być kopiowana ani powielana w jakiejkolwiek postaci bez zgody autorów.

    Wszelkie podobieństwo postaci i sytuacji występujących w książce do rzeczywistych osób lub zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

    Intencją autorów jest dostarczenie czytelnikom rozrywki a nie kształtowanie ich światopoglądu w jakimkolwiek aspekcie.


    Dodałem copyright. [ArturAVS]

    Za zgodą Autorów pozwoliłem sobie umieścić przedmowę.[ArturAVS]

    Grafika tytułowa jest mojego autorstwa. [ArturAVS]

    Przedmowa

    Czy powiązanie mitologii z religią ma sens? Czy Anioły istnieją/istniały naprawdę, i czy arka przymierza to tylko mit czy prawda?
    Trudne pytania, i jeszcze trudniejsze odpowiedzi. Tezy zaprezentowane w powieści dają do myślenia. Być może rasa Aniołów,
    czy też innych istot pozaziemskich od wieków manipuluje ludzkością. Czy technologiczna doskonałość, i sprawność ukrytych
    funkcji mózgu ludzkiego może być odbierana jako "boskie działania? Tezy postawione w powieści miejscami zaskakują, ale kto wie
    gdzie leży prawda. Autorzy sprytnie powiązali różne fakty i mity oraz zdarzenia z przeszłości, i jest w tym być może część prawdy.
    Daje to czytelnikowi do myślenia... A jeśli tak było naprawdę? Pozostawiam do oceny czytelnikom.

    Mariola i Mariusz, świetna robota!
    ArturAVS
  • TespolTespol
  • #2
    And!
    Admin of Design group
    Super że na elektroda.pl panuje różnorodność, ściśle techniczne tematy, luźne tematy, a nawet twórczość w postaci powieści osób korzystających z elektroda.pl.

    Mam tylko jedną uwagę, czy poza PDF możesz umieszczać także wklejony tekst do postu?
    Mi np. łatwiej się czyta na zakładce przeglądarki mobilnej, a komuś innemu pewnie bardziej będzie odpowiadał PDF.
  • #3
    ArturAVS
    Moderator of HydePark/Cars
    yego666 wrote:
    Treść książki nie może być kopiowana ani powielana w jakiejkolwiek postaci bez zgody autorów.

    Czy mogę przekonwertować na mobi, lub epub?
    Biorę się za lekturę Mariusz :D
  • #5
    ArturAVS
    Moderator of HydePark/Cars
    Skonwertowałem, przeczytałem, i chcę jeszcze!
    W załączniku pliki w formacie mobi, spakowane bo inaczej nie chciało forum przyjąć. Dodawane będą sukcesywnie, w miarę "dosyłania" kolejnych odcinków.

    ========== Odcinek 1===============
    KONTRABANDA

    Mag był wyraźnie zadowolony. Dostawy wreszcie docierają na czas i można się skupić na właściwych zadaniach. Ostatnie trudności z zaopatrzeniem w surowce bardzo poważnie utrudniły dotrzymanie terminów a czasu wiele nie zostało. Załogi okrętów będą musiały mieć jeszcze czas na zapoznanie się z nowym sprzętem i technologią. To nie jest jakiś kombajn albo fazolot by się tym nie przejmować.
    - Ulf, - Mag zawołał swojego adiutanta.
    - W czym problem? - Wysapał olbrzym o nordyckich rysach i jasnej karnacji.
    - Czy ładunek Anodium dotarł już z Cristal do kompleksu przetwórczego?
    - Właśnie jest rozładowywany. Za kilka godzin produkcja powinna znów ruszyć.
    - Czemu się to wszystko tak wlecze? - Mag mruczał niezadowolony odpowiedzią Ulfa. - Zwykle to szybciej idzie.
    - Materiał nie był całkiem stabilny ze względu na podwyższoną czystość, więc trzeba było poddać go procesowi przemiany pośredniej przed transferem. Inaczej zdestabilizowałby tunel transferowy jak wtedy, gdy nawiązaliśmy pierwszy kontakt.
    Niewiele wtedy brakowało, by był to ostatni kontakt dla całego Continuum. Tunele czasoprzestrzenne są z natury niestabilne a jeśli do tego są nieprzyczynowe, stabilizacja ich jest prawdziwym koszmarem. Nigdy nie ma dość ujemnej energii, by je utrzymać w jednym miejscu. Początkowo stosowano efekt Casimira do uzyskiwania ujemnej energii, ale po opanowaniu przemian fazowych sytuacja się poprawiła. Generatory biorą energię wprost ze zmian stanu próżni. Niestety tunele nieprzyczynowe potrzebują mnóstwa takiej energii. Jak dotąd nikt nie wpadł na pomysł jak przyspieszyć „rekultywację energetyczną” zużytej próżni. Bez horyzontu zdarzeń trwa to sto lat na rząd wielkości a z horyzontem tylko rok, ale trzeba pilnować, by horyzont nie zmienił fazy, bo wtedy cały obszar zapada się i jest już na zawsze stracony. Fale grawitacyjne towarzyszące zapaści są bardzo niebezpieczne zwłaszcza, jeśli się jest bliżej niż o kilo parsek od zapadającego się obszaru.
    - Dobrze zrobiliście, - Mag przyznał po długiej chwili. - Nie chciałbym być stawianym w jednym rzędzie z kapitanem Josephem Hazelwoodem.
    - Z kim? - Olbrzym zrobił taką minę jakby nie dosłyszał.
    - Cholera! Wiem, że masz rożne talenty, ale nie wiedziałem, że telepatia jest jednym z nich, - Mag był wyraźnie zaskoczony, że Ulf czyta mu w myślach.
    - Telepatia? - Ulf się zdziwił. - O czym Ty mówisz, Szefie? Trudno nie słyszeć jak głośno się porównujesz z jakimś kapitanem.
    - Chyba już miesza mi się Real z Mentalem, - Mag odparł wyraźnie zakłopotany. - C2H5OH wyraźnie mi nie służy. Muszę pić więcej mleka.
    - Ja jadam wyłącznie mięso i piję wodę i nie mam problemów ze swoją głową. A co z tym kapitanem? - Ulf nalegał.
    - To stara historia jeszcze z czasów Średniowiecza. Wielkimi okrętami przewożono wtedy ogromne ilości paliw kopalnych po morzach i oceanach na Ziemi. Jeden z nich, - Exxon Valdez, - dowodzony przez Hazelwooda..., Eee, nieważne. - Mag uciął dociekania adiutanta. - Ciekawski Nordyk, psia krew, - dodał pod nosem.
    Mag dopił wystygłą już kawę i z wyraźnym trudem podniósł się z krzesła wyrzekając pod nosem na swój los.
    - Za stary jestem na te wszystkie kłopoty. Czas mi na emeryturę albo kolejną regenerację, - Mag był dziś wyraźnie nie w sosie. - I pomyśleć, że ludzie kiedyś mieli ograniczony czas życia.
    - Cóż można dokonać przez marne osiemdziesiąt czy nawet sto lat? Sam mam trzysta i dobrze się trzymam a po regeneracji będę znów jak nowy. Teraz nie ma na to czasu, ale gdy już ustabilizujemy ten cholerny grajdół, polecę na regenerację na cały rok gdzieś w okolice Gwiazdy Polarnej, - Mag rozmarzył się nad swoją przyszłością. - Trzeba tylko dożyć tych czasów a przyszłość nie zapowiada się najlepiej.
    - Ulf, weź prowiant na tydzień. Jedziemy na inspekcję, - Mag cieszył się na myśl o wyjeździe z bazy gdyż będzie miał czas wpaść do Samiry na parę godzin.
    Dawno u niej nie był. Ostatnio wybrali się na polowanie nad Wielki Wodospad Wschodni. Spędzili tam trzy dni z dala od ludzi i cywilizacji, - sielanka. Wprawdzie, błękitne słońce nie opalało tak jak ziemskie, ale też miało swój urok. Szczególnie wieczorem horyzont jarzył się wszystkimi odcieniami granatu i fioletu nadając tajemniczy wygląd chmurom, drzewom i wodzie. Dzień trwa tu prawie siedemdziesiąt standardowych godzin, więc i wieczory są długie. Tym razem niestety nie będzie miał aż tyle czasu, bo zostało jeszcze sporo do zrobienia.
    - Wszystko jest gotowe od wczoraj, - Ulf odpowiedział. - Fazolot też już naprawiony, więc możemy ruszać.
    Podniósł z ziemi ciężką torbę wyładowaną sprzętem i wyszedł przed barak. Fazolot unosił się trzy stopy nad powierzchnią gruntu. Cichy świst powietrza przepływającego przez strefę zerowej grawitacji pod pojazdem nieprzyjemnie drażnił słuch. Nordyk załadował torbę do luku bagażowego i wskoczył na tylne siedzenie kabrioletu. Pojazd miał sześć stop szerokości i z dwadzieścia stóp długości. Z przodu były dwa siedzenia a z tyłu obrotowy fotel z działkami jonowymi. Fazolot wyposażony był wprawdzie w pole ochronne, ale podczas lotu w atmosferze widoczność była bardzo ograniczona przez cząstki powietrza wzbudzane w polu, stąd lepiej było go nie używać bez absolutnej konieczności. Układy śledzenia i tak wykrywały wszelkie zagrożenia w promieniu pół mili od pojazdu, więc było dość czasu na reakcję. Jedyny problem stanowiły Świstogony. Były tak szybkie, że nawet system śledzenia z trudem wyłapywał je w promieniu stu stóp od wehikułu. Pomimo olbrzymiej postury Ulf miał refleks godny pozazdroszczenia. Nie raz ocalił ich przed morderczymi atakami Świstogonów. Gdyby nie one, życie byłoby prawie bezstresowe. Tylko dostępność Trifortium powstrzymywała ich przed przeniesieniem bazy w rejony wolne od tych stworzeń. Na szczęście kombajny były niewrażliwe na ataki Świstogonów. Przy ślimaczym tempie z jakimi się poruszały można było bezkarnie używać pola ochronnego.
    Mag wyszedł wreszcie z baraku niosąc jeszcze dwie torby ze sprzętem. Wrzucił je niedbale do luku bagażowego i z kieszeni skórzanej kurtki wyciągnął sporych rozmiarów Cohibę. Chwilę ją miętosił w palcach, by z lubością wciągnąć w nozdrza aromat pobudzonego tytoniu.
    - Na Ziemi to jest nielegalne. Absurd! - Mag splunął na ziemię z dezaprobatą. - Co oni tam mają z życia? - Spytał z pogardą w głosie. - I to my mamy ratować im tyłki?
    - Czasem zastanawiam się nad sensem tego, co robimy, - ciągnął niezrażony brakiem reakcji Ulfa.
    Powoli odgryzł koniuszek cygara i podpalił je staromodną zapałką również Made in Cuba. Dobra tego typu były trudne do zdobycia zwłaszcza z dala od Ziemi. Mag musiał mieć dobrą ofertę, by zapewnić sobie regularne dostawy, ale w tej kwestii Samira była prawdziwym skarbem. Towar, który wytwarzała był na Ziemi praktycznie nieosiągalny za żadną cenę. Pewnego razu będąc na Kubie, - oczywiście nielegalnie, - poczęstował dwóch niebieskich Kubańczyków trunkiem robionym przez Samirę. Następnego dnia, gdy odzyskali już normalną percepcję usiłowali go zamordować, by zdobyć resztki napoju, który jeszcze pozostał w butelce. Na szczęście byli strasznymi partaczami i nie radzili sobie z bronią. Mag powiązał ich jak barany i od słowa do słowa ubili interes, dzięki któremu teraz mógł się delektować kubańskim cygarem i kilkoma innymi rzeczami umilającymi nudne życie z dala od Ziemi. Kiedyś Mag próbował wypytać Samirę o sekret jej trunku, ale poza mętnym opisem jakiegoś egzotycznego zwierzaka i jego odrażających wydzielin potowych stanowiących najważniejszy składnik niewiele się dowiedział. Jedyne, na co mógł liczyć to skrzynka trunku raz na jakiś czas. Szczęście, że trafił na Samirę, bo lubił fajne rzeczy a kobiety w szczególności. Samira miała około dwudziestu lat, gdy przeszmuglował ją na Zaxor. Na Ziemi była ścigana za morderstwo, które owszem popełniła, ale zupełnie słusznie. Gdyby ona nie zadźgała tego parszywca Mag zrobiłby to z przyjemnością. Nikt porządny nie ściga po mieście kobiety, która mu odmówiła wymachując przy tym maczetą i grożąc śmiercią. Dopadł ją przed knajpą, z której Mag właśnie wychodził i widział całe zajście. Tłusty niebieski a właściwie brudno-niebieski typek w obszarpanej koszuli nie miał właściwie szans z młodą dziewczyną umiejącą się posługiwać nożem. W ciągu dziesięciu sekund rozpłatała mu gardło i wypatroszyła jak wieprza. Spaślak padł na ziemię i kopiąc piach wykrwawił się na śmierć. Dziewczyna była zielona ze zdenerwowania i bardzo przestraszona. Mag nie czekał na dalszy rozwój sytuacji tylko złapał ją za rękę i pociągnął w ciemny zaułek pięćdziesiąt kroków od knajpy. Dziewczyna była tak zszokowana sytuacją, że nawet nie oponowała. Z oddali słyszał wycie robotów reanimacyjnych uwijających się przy świeżych zwłokach. Po minucie roboty śledcze zaczęły metodycznie przeczesywać okolicę. Wykryły Sygnaturę dziewczyny i podążały teraz za nią. To była kwestia minuty albo dwóch, nim by ją ujęły. Mag lubił kobiety umiejące o siebie zadbać, więc nie namyślał się długo tym bardziej, że dziewczyna mu się nawet podobała. Wyjął z kieszeni deflektor Sygnatury i zawiesił dziewczynie na szyi. Ruszyli dalej pospiesznie. Roboty śledcze trzykrotnie ich minęły, ale żaden się nimi nie zainteresował. Dziewczyna nie zadawała pytań. To dobrze, bo nie było wtedy czasu na odpowiedzi. W ten sposób Samira trafiła na Zaxor pod skrzydła Maga. Nigdy nie żałował swojej decyzji a i Samira nie zgłaszała pretensji.
    Gdy cygaro spaliło się do połowy Mag zdecydował, że czas ruszać. Wskoczył do fazolotu aż nim zakołysało na boki. Ulf ocknął się z drzemki, w którą zapadł czekając na szefa. Nie spieszyło mu się nigdzie, bo na Zaxor nikt nie ściga się z czasem. Kto łamie tę zasadę jest głupcem. Od spieszenia się są roboty, których jest wszędzie pełno i tylko czyhają na jakieś zajęcie, by nie trafić na przemiał za opieszałość lub brak gotowości. W sytuacji permanentnego braku kadr robotyzacja była jedyną opcją tym bardziej, że w obecnych czasach trudno było znaleźć cokolwiek tańszego od robota.
    Komputer pokładowy zamruczał przyjaźnie rozpoznając twarz kierowcy. Mag przełączył na sterowanie ręczne i powoli pojazd nabrał prędkości. Mijali kombajny pracowicie „koszące” Trifortium. Całe ich stado uwijało się jak okiem sięgnąć. Wszystko po to, by ukryć istnienie Zaxor i tego, co się tu dzieje przed wścibskimi oczami nieproszonych skanerów Sygnatur i śladów fazowych. Trzysta pięćdziesiąt lat temu, gdy testowano teorię Wu Shin w praktyce, Zaxor krążąca wokół błękitnej gwiazdy Magnum została wybrana do terraformowania, gdyż warunki na planecie były prawie idealne do kolonizacji i niewiele trzeba było zachodu, by planeta ożyła. Po stu latach, gdy planeta była już zdatna do zasiedlenia, na Ziemi wybuchła Wojna Ras. Na długi czas po niej zapomniano o szczytnych planach podboju kosmosu. Zresztą populacja na Ziemi została zdziesiątkowana i nie było już potrzeby zasiedlania innych planet. Wszelkie rozpoczęte wcześniej operacje zostały zamknięte a plany zaginęły w pomroce dziejów. Układ Magnum a zatem i Zaxor zostały zapomniane, i niech tak już pozostanie na zawsze.
    Fazolot cicho mknął skrajem gęstego boru złożonego z dębów, buków, i grabów, lub ich bliskich modów genetycznych. Kombajny pozostały z tyłu kontynuując swoje niekończące się żniwa. W oddali na horyzoncie, majaczyły trzy wieże pierwszego z ośrodków, które Mag zamierzał odwiedzić. Jako że dzień był jeszcze młody nie napotkali po drodze żadnych Świstogonów. Stwory wolą polować o zmierzchu, gdy widoczność jest gorsza.
    INSPEKCJA

    Po kolejnej godzinie podróży Fazolot dotarł do kompleksu przemysłowego. Trzy wieże widoczne z daleka wyglądały jeszcze bardziej imponująco, gdy stało się w ich cieniu. Były to konstrukcje z błyszczącego materiału połączone siecią kratownic i dźwigarów unoszących ogromne elementy urządzeń, które były tu wytwarzane. Nieco dalej rozłożyły się konstrukcje w kształcie kopuł i silosów. Miedzy nimi wiły się tysiące błyszczących rur i przewodów łączące poszczególne obiekty jak sieć naczyń krwionośnych rozprowadzających życiodajny tlen do wszystkich komórek ogromnego organizmu. Kompleks do złudzenia przypominał średniowieczne zakłady petrochemiczne, w których kiedyś produkowano paliwa napędzające ówczesne pojazdy.
    Mag lustrował obiekt z nieukrywaną dumą. Była tu cząstka niego samego, gdyż to właśnie on nadzorował każdy etap powstawania kompleksu. Nie był to zresztą jedyny taki kompleks na planecie. Sześć pozostałych było rozrzuconych po całym kontynencie dla zminimalizowania kosztów czasowych związanych z logistyką i dostępem do zasobów.
    Mag zeskoczył z pojazdu i rozejrzał się wokoło. Roboty przenoszące różne materiały przemykały szybko między budowlami. Błękitne słońce stało wysoko na niebie oświetlając metaliczne budowle, które rzucały wokół migotliwe refleksy odbitego światła. Zbliżało się południe i temperatura powietrza wzrosła do dwudziestu trzech stopni. Było ciepło i przyjemnie. Słaby wiatr poruszał wysokimi na kilka stóp trawami porastającymi cały obszar wokół kompleksu. Główna brama znajdowała się w odległości około ćwierci mili. Mag ruszył w jej kierunku. Posterunek wartownika przy bramie był pusty. Nigdy nie było tu strażnika a budka stała na wypadek niespodziewanej zamieci, by było się gdzie skryć przed ostrymi jak brzytwa źdźbłami traw miotanymi wiatrem o prędkości dwustu węzłów. Burze na Zaxor to nie zabawa, dlatego na orbicie krążyły satelity prognozujące pogodę na podstawie obserwacji i matematycznych modeli pogodowych. Mag zawsze miał najświeższe dane pogodowe, gdy wybierał się w teren. Bez nich wyprawa mogła się źle skończyć.
    Mała furtka przy posterunku strażnika otworzyła się cicho pozwalając Magowi wejść na teren kompleksu. Mag powoli przeszedł przez furtkę i przyciskiem na ścianie budki otworzył bramę główną, by Ulf mógł wprowadzić Fazolot.
    Ulf zatrzymał wehikuł obok Maga, który sprawnie wskoczył na przedni fotel. Pojazd skierował się do najniższego z budynków znajdującego się na odległym krańcu kompleksu za wielkimi kopułami i silosami. Gdy Fazolot dotarł do budynku fragment frontowej ściany uchylił się wpuszczając go do wnętrza. Było to słabo oświetlone pomieszczenie, w którym nie było żadnych sprzętów za wyjątkiem matowo-szarej prostokątnej platformy.
    Ulf ustawił pojazd dokładnie nad platformą. Przez chwilę nic się nie działo jakby wszystko zamarło w oczekiwaniu. Po chwili jednak ze wszystkich stron wyłoniły się cieniutkie, długie anteny jarzące się bladymi ognikami na ich końcach. W pomieszczeniu zrobiło się prawie całkiem ciemno. Nagle mrok rozjaśniły bezgłośne błyskawice przeskakujące między antenami wokół fazolotu. Burza trwała przez parę sekund, po czym fazolot wraz z pasażerami rozwiał się w powietrzu. Pomieszczenie przybrało poprzedni wystrój, czyli było znów zupełnie puste.
    - Ulf, - Mag odezwał się pierwszy przecierając oczy.
    Ulf również przecierał oczy, by odzyskać ostrość widzenia po spektaklu z błyskawicami.
    - Fajne, ale chyba nigdy nie przywyknę do tego, - Ulf poskarżył się cicho.
    Pojazd stał na podeście z metalu skrzącego się tajemniczym, bladym blaskiem. Jakby wewnątrz tańczyły ognie radioaktywnej burzy. Obaj wyszli z pojazdu i skierowali się w stronę jasno oświetlonego przejścia. Korytarz za przejściem prowadził do obszernej sali, w której znajdowało się centrum kontrolne kompleksu. Byli tu już wiele razy, więc znali doskonale wszystkie urządzenia. Ostatnio Mag pozostawił tu paczkę zapałek na stole pod ścianą, która była wielkim ekranem przestrzennym pokazującym kompleks w miniaturze. Zapałki wciąż leżały w tym samym miejscu. Nic w tym dziwnego, gdyż kompleks był całkowicie autonomiczny i nie było tu żywego ducha. Zapałki były, zatem bezpieczne. Nie było potrzeby tracić czasu w tym bezludnym miejscu, więc Mag z Ulfem szybko uwinęli się z podłączeniem aparatury, którą ze sobą przywieźli.
    Mag wreszcie mógł podłączyć się do systemu i dokonać niezbędnych korekt oraz ustalić harmonogram dalszych działań. Założył hełm i wygodnie rozsiadł się w fotelu operatora. Włączył obwody głównego toru i zamknął oczy. Ulf obserwował na przestrzennym ekranie to samo, co Mag widział poprzez łącza Mentalu. Śledził przez jakiś czas zbliżenia i przekroje różnych konstrukcji i urządzeń, zestawienia, kolorowe słupki, i wykresy obrazujące sytuację w rożnych strefach kompleksu. Ujęcia zmieniały się z coraz większą częstotliwością, by w końcu zlać się w masę nakładających się obrazów, na których nie można już było rozróżnić detali. Ulf zamknął oczy i po chwili znużony pokazem zasnął.
    Mag w tym czasie sprawdził konwertery fazowe Plancka przetwarzające Anodium w Transmutal. Samo Anodium nie jest niczym nadzwyczajnym z fizycznego punktu widzenia, - Mag konsolidował swoją wiedzę teoretyczną. - Zawiera właściwie jedynie znane z klasycznej literatury transuranowce jednak połączone ze sobą w odpowiednich proporcjach tworzą dość ciekawe struktury krystaliczne powodujące, że pierwiastki o sub-mikrosekundowym okresie połowicznego rozpadu są stabilne i nie chcą się redukować do niższych energii. Kiedyś ten fenomen zadziwiał fizyków na Zaxor, ale poznawszy podstawy teoretyczne takiej konfiguracji należało stwierdzić, że nic nadprzyrodzonego się tu nie działo. Ziemska nauka z ich skostniałymi strukturami kadrowymi i sformalizowanymi procedurami proliferacji wiedzy nie odkryje zjawiska konwersji sub-Planckowskich jeszcze przez stulecia a może i tysiące lat. Wolność wymiany idei i wyników badań jest podstawą postępu naukowego, co jest truizmem jednak na Ziemi taka wolność nie istnieje. W sumie trudno się dziwić, gdyż mając u siebie Piątą Kolumnę Aniołów nie mogą sobie pozwolić na swobodny obieg wyników badań naukowych. Mimo dekad „polowań na czarownice” wciąż nie udało im się wyeliminować wszystkich stronników wroga. Same Anioły nie mają wstępu na Ziemię i są łatwe do zidentyfikowania po Sygnaturze jednak sekta „Servo Servorum” jest niezwykle dobrze zakonspirowana, i wciąż piastuje niektóre ważne stanowiska w Gildii. Trudno się dziwić, że Anioły bronią wszelkimi sposobami swoich „źródeł życia”. Karaluchy postępują tak samo. Od czasu odkrycia i likwidacji „hodowli” ludzi na Purgatus, Morfy nie mają swojego własnego źródła ludzkiego DNA, więc imają się wszelkich sposobów, by je pozyskiwać. Obrzydliwe, ale z punktu widzenia pasożyta absolutnie konieczne.
    Z zamyślenia wyrwał Maga status kilku sekcji superkonduktywnych toroidów głównego pierścienia akceleratora zasilającego deflektory sub-Planckowskie. Wymagały szybkiej naprawy lub nawet wymiany. Jednak nie obejdzie się bez opóźnień. Automatom serwisowym zajmie to trochę czasu. Będą musiały przekierować wiązki na tor zapasowy, rozszczelnić wadliwe sekcje i je wymienić. Potem testy przez kilka godzin..., w sumie pół dnia przestoju produkcji. Na tyle jeszcze mógł się zgodzić. Dobrze, że pierścień nie wymagał całkowitego zatrzymania. To by była katastrofa. Tydzień produkcji z głowy. Mag wydał stosowne dyspozycje do natychmiastowej realizacji. Teraz tylko sprawdzenie stanu bieżącej produkcji i będzie po inspekcji. Zażądał danych z rejestru wyjściowego. Szeregi słupków i wykresów przetoczyły się przez jego świadomość w błyskawicznym tempie. Nie był nowicjuszem, więc szybki rzut oka wystarczył, by oszacować stan realizacji założonych celów produkcyjnych. Dotąd wyprodukowano pięćdziesiąt dwie jednostki klasy Jumbo. Trzy kolejne jednostki klasy Alef były właśnie wyposażane na orbicie w polaryzatory fazowe, uzbrojenie i testowe systemy napędu SubZero najnowszej generacji. Ulf ze swoją grupą nie będzie miał wiele czasu na testy, bo wszystkie następne jednostki klasy Alef muszą przejść pozytywnie atesty Continuum. To będzie przełomowa chwila. Wreszcie będzie można odwiedzić Cristal. Mag już od wielu lat miał w głowie plan „wycieczki” na Cristal, ale dopiero teraz ten plan będzie mógł się wreszcie ziścić. Długie lata prac badawczych i wysiłku wielu naukowców zostaną uwieńczone pierwszym kontaktem z prawdziwie Obcą cywilizacją.
    Jeśli teoria Iteracji jest słuszna, - a wszystko na to wskazuje, - to ludzkość będzie dłużnikiem Dengów po wsze czasy. Jeśli jednak okaże się mimo wszystko błędna to wkrótce nie będzie już nikogo, kogo by cokolwiek mogło obchodzić. Na pierwszą ze wspomnianych okoliczności Mag miał w zanadrzu pewną niespodziankę dla Dengów, ale na razie wiedziało o tym tylko kilku naukowców pracujących przy projekcie „Terminus”, w tym oczywiście też Samira. Najpierw jednak jednostki klasy Alef muszą zostać przekwalifikowane do klasy Continuum, by w ogóle móc myśleć o wdrożeniu odkryć dokonanych w ramach projektu „Terminus”. Na drugą z możliwości, - jeśli zaistnieje, - nie pomogą żadne odkrycia ani niespodzianki. Mag miał jednak przeświadczenie, że teoria Iteracji jest słuszna, gdyż ostatnie odkrycia astrofizyków zdawały się ją potwierdzać ilościowo. Na potwierdzenie jakościowe raczej nie ma co liczyć przed momentem Wielkiej Stabilizacji.
    Łącze Mentalu chyba się przegrzewało, bo Maga zaczęła boleć głowa.
    - Sprawdzę jeszcze tylko resztę danych i po robocie, - pomyślał rzeczowo.
    Oczywiście tak jak zwykle wszystkie kompleksy miały ten sam problem, - dostawy Anodium. Na to niestety Mag nie miał wpływu gdyż Cristal i tak zwiększyła dostawy o trzydzieści procent przez ostatnie cztery lata.
    Mag wydał rozporządzenia dotyczące gromadzenia i przetwarzania Trifortium. Należało pilnie poszukać innych pól, z których będzie można czerpać minerał, gdy pole numer trzy zostanie wyeksploatowane. Już obecnie uzysk spadł o dziesięć procent, co zwiastuje rychłe wyczerpanie złoża. Zgromadzone dotąd zapasy były spore, ale będzie trzeba dużo więcej, gdy wojna wybuchnie toteż nie szczędzono środków, by zwiększyć uzysk Trifortium. Zaxor jest jedynym miejscem gdzie Trifortium występuje w ilościach pozwalających na jego przemysłowe przetwarzanie. Minerał ma tę właściwość, że nie da się go wykryć żadnymi znanymi metodami. Ani spektrometria ani skanowanie podprogowe nie wykrywają go na odległość większą niż rzut beretem w skalach astronomicznych. Ze wszystkich znanych miejsc tylko na Zaxor występują odpowiednie warunki powstawania minerału w dużej obfitości. Poza doskonałymi właściwościami kosmetycznymi, z których Samira często korzysta, Trifortium doskonale zaciera Sygnatury wszelkich obiektów, które weszły z nim w bezpośredni kontakt. Dzięki temu Mag mógł ukryć Sygnaturę Samiry, gdy była ścigana po zabójstwie tego spasłego parszywca. Jest jeszcze jedno zastosowanie minerału, ale jest absolutną tajemnicą i wie o tym tylko Mag i jeszcze jedna osoba. Już jeden mikrogram oczyszczonego Trifortium neutralizuje działanie Eludium na ludzki mózg.
    Mag był już zmęczony sesją.
    - Wszystkie sprawy idą dobrym torem, więc jeśli nie nastąpi jakaś katastrofa powinniśmy dać sobie ze wszystkim radę, - pomyślał Mag i przerwał kanał mentalny, którym był podłączony do systemu.
    Powoli wracał do rzeczywistości, którą dotkliwie zakłócało głośne chrapanie Ulfa.
    - Jak on to robi, że śpi, kiedy chce?! - Mag zawsze go podziwiał za doskonałe opanowanie i umiejętność oddzielania pracy od innych spraw.

    ========== Odcinek 2 ===============
    Nigdy nie widział nawet cienia zdenerwowania u swojego adiutanta. Piec lat temu, gdy testowali nowe jednostki Jumbo w układzie Gallusa, Ulf uratował ich od niechybnej, jak się wtedy wydawało, śmierci. Wszyscy na pokładzie, nie wyłączając Maga, stracili już wszelką nadzieję. W pobliżu drugiej planety wewnętrznej zawiodły sondy zerowe, w wyniku czego okręt stracił źródło zasilania fazowego. Nie powinno się to nigdy zdarzyć, gdyż układy mają konfigurację klastrów wielokrotnie parowanych, zdolnych do auto-partycjonowania i dynamicznej rekonfiguracji w wypadku awarii któregokolwiek elementu a jednak, bez wyraźnej przyczyny wszystkie klastry jednocześnie zawiodły. Nie dysponując mocą potrzebną do wyrwania się z żelaznego uścisku tamtejszego Słońca - czerwonego nadolbrzyma o rozmiarach orbity Jowisza - byli skazani na wieczne dryfowanie wokół gwiazdy. Nie było żadnej nadziei na ratunek, bo komunikatory tachionowe również nie działały bez zasilania. W dodatku zbliżali się do pasa asteroid krążących z zawrotną prędkością wokół swojej czerwonej gwiazdy. Sytuacja wydawała się beznadziejna i po wielokrotnych próbach znalezienia przyczyny awarii wszyscy stracili chęć do jakiegokolwiek działania. Po tygodniu nieregenerowane zapasy tlenu zaczęły się kończyć, jedzenie również zaczęło trącić stęchlizną a woda straciła swój naturalny, źródlany smak. Ulf jak zwykle uśmiechnięty przechadzał się po pokładzie przekonując ludzi do podjęcia kolejnej próby wyjścia z impasu. W efekcie usłyszał kilka inwektyw i został odesłany do diabła. Ten chłop ma niespożyte zasoby optymizmu jakby nie docierała do niego powaga sytuacji. Działały tylko urządzenia zasilane bateriami słonecznymi. Taka ilość energii nie wystarczyłaby do zasilania komputerów pokładowych. Wtedy Ulf wpadł na idiotyczny - jak się wtedy zdawało - i zupełnie bezprecedensowy pomysł. Jakaś część jego mózgu powiązała wszystkie fakty i wysnuła wniosek, który umknął wszystkim pozostałym członkom załogi. Jak się okazało z późniejszej analizy, było to jasne jak słońce, tylko trzeba było do tego „wiedzy tajemnej”, której w tamtym czasie nikt poza Ulfem nie posiadał. Działanie sond zerowych mogło zostać zakłócone tylko przez bardzo silne źródło promieniowania Theta, czyli to, które odpowiada za Sygnatury w całym Uniwersum. Jakiś czas przed zdarzeniem Ulf pracował nad konfiguracja inwertera Sygnatury w laboratorium kompleksu trzeciego. Do wytworzenia odpowiedniego pola Ulf miał bombardować próbkę oczyszczonego Trifortium wiązką skoncentrowanego promieniowania Theta. Włączył wszystkie komory rezonansowe pierścienia przyśpieszającego i po ustabilizowaniu przebiegów wyładował całą wiązkę promieni Theta w próbkę minerału. W tym samym momencie nastąpił niespodziewany skok mocy dostarczanej z sond zerowych, zupełnie jakby połknęły tonę Eludium. Przez kilka sekund moc dostarczana przez sondy wzrosła o osiem rzędów wielkości. Nikt wtedy nie przejął się za bardzo anomalią uznając, że była to jedynie fluktuacja poziomu energii próżni fałszywej, co teoretycznie nie jest wykluczone jednak Ulfa to nie przekonało i dobrze zapamiętał całe zdarzenie. Jak później Ulf wyjaśniał, przypomniał sobie w krytycznym momencie cały eksperyment i założył, że skoro nadmiar promieniowania Theta oddziałujący na Trifortium zwiększa wydajność sond zerowych to całkowity brak residuum tego promieniowania w otoczeniu sond może je całkowicie zablokować. Zupełnie inną kwestią było, jaki obiekt mógł usunąć to residuum w układzie Gallusa. Na pokładzie okrętu znajdowała się spora ilość Trifortium, gdyż naukowcy mieli jeszcze przeprowadzić pewne eksperymenty naukowe po zakończeniu testów sprawności jednostki. W porozumieniu z szefem naukowym wyprawy postanowiono sprawdzić słuszność domysłów Ulfa. Gdyby się potwierdziły, nauka zyskałaby coś więcej niż tylko ocalenie kilkuset ludzi. Wartość naukowa jego spostrzeżenia była nie do przecenienia. Z dużymi oporami wszyscy zabrali się więc, do realizacji pomysłu Ulfa, gdyż minerał był bardzo cenny, ale nie było sensownych kontrpropozycji, więc Ulf wygrał walkowerem. Starannie zaplanowano eksperyment i parę godzin później ręcznie, poprzez luk do wystrzeliwania ładunków kinetycznych zaczęto pozbywać się Trifortium. Komputery nie działały, więc wszystko odbywało się ręcznie. Luk był pracowicie rozhermetyzowywany, ładowany porcjami minerału, hermetyzowany i ładunek wylatywał w próżnię. Chcieli w ten sposób określić zależność promieniowania i mocy dostarczanej przez sondy w funkcji ilości minerału na pokładzie. Po dwóch dniach wytężonej pracy na zmiany zaczęli już tracić nadzieję na sukces, ale właśnie wtedy sondy ożyły. Najpierw ruszyła klimatyzacja i systemy podtrzymywania życia. W miarę pozbywania się dalszych porcji minerału odzyskiwali komputery pokładowe, zasilanie systemów obronnych a w końcu odzyskali całą moc potrzebna do zasilania głównego napędu okrętu. Radości nie było końca. Wartość naukowa eksperymentu okazała się zaiste przełomowa a Ulf, cóż, pozostał sobą mimo całego splendoru wybawiciela, który niespodziewanie na niego spłynął. Jedyne, co Ulfowi pozostało po tym zdarzeniu to honorowe nadanie nazwy nowoodkrytemu zjawisku. Odtąd jest ono znane, jako „Efekt Ulfa”. Wprawdzie chwilowo tylko nauka na Zaxor zna ten efekt, ale nie umniejsza to jego doniosłości ani o drobinę.
    - Ulf! - Mag zdecydował, że olbrzym już dość się naodpoczywał.
    - Czy któryś Alef jest już gotowy? - Ulf z wysiłkiem otworzył jedno oko. - Czas byłby na testy, bo nie zdążymy z konwersją jednostek.
    - Będziesz miał aż trzy do sprawdzenia. Są właśnie uzbrajane w różne gadżety. Aż Ci zazdroszczę zabawy.
    - Nie będzie tak zabawnie, jeśli się okaże, że nasza przestrzeń nie jest w stanie utrzymać okrętu o takich parametrach, - Po otwarciu drugiego oka Ulfowi wróciło widzenie stereoskopowe. - Nie do końca mam zaufanie do opracowań Dengów. Przestrzeń nieprzemienna rządzi się zupełnie innymi prawami niż klasyczny trójwymiar.
    - Więcej zaufania, Ulf. Jak dotąd nie było zastrzeżeń poza..., sam wiesz. Nie ma co siać grozy. To mogła być też nasza wina, bo nie dotrzymaliśmy procedur testowych i chcieliśmy zaoszczędzić na czasie. Na szczęście skończyło się na solidnej kąpieli i odsmradzaniu kajut. - Mag uśmiechnął się na samo wspomnienie zdarzenia.
    - Musimy ruszać, bo zmierzch zastanie nas w otwartym terenie.
    - A nie możemy poczekać tu do świtu? - Ulf spytał w nadziei, że ominie go nocna warta.
    - Nakazałem wykonanie drobnych prac remontowych przy głównym pierścieniu akceleratora, więc lepiej, by nas tu nie było gdyby coś poszło nie tak. Nie chciałbyś pewnie oberwać wiązką Transmutalu. Bezpieczny dystans to sześćdziesiąt mil, więc nie marudź, bo mamy jeszcze kawał drogi przed sobą.
    - Nie wiedziałem, że coś będzie reperowane. Ruszajmy, zatem, - Ulf niechętnie wstał z wygodnego siedzenia i zabrał się do rozłączania przewodów i pakowania sprzętu z powrotem do toreb.
    Mag tymczasem sporządził raport z inspekcji i dołączył do niego rejestr holo. Po kwadransie obaj byli gotowi. Roboty zajęły się transportem ciężkich toreb do fazolotu i ich załadunkiem. Na powierzchnię wrócili dokładnie w ten sam sposób, w jaki się tu dostali.
    Szybko opuścili teren kompleksu, gdyż słońce powoli zaczęło chylić się ku zachodowi. Horyzont nabierał ciemnych odcieni, co zwiastowało pogodną noc. Do zachodu słońca pozostało jeszcze sześć godzin. Powinni zdążyć dotrzeć do miejsca, gdzie zwykle obozowali. Fazolot cicho przemierzał równinę pokrytą kępami drzew. Trawy kołysały się spokojnie pod dotykiem lekkiego wiatru wiejącego od północy. Właściwie północ mogła być z każdej strony, gdyż nikt już nie korzystał z magnetycznych metod określania stron świata. Zwyczajowo jednak przyjęto układ zgodny z ziemskim, choć był archaiczny i nie przystawał do szybkozmiennego pola magnetycznego otaczającego Zaxor. Jądro planety składało się z kilku przeciwbieżnie wirujących warstw, co generowało pole magnetyczne o wysokiej częstotliwości. Dzięki temu na Zaxor nie było żadnych elektrowni ani sieci dystrybucji energii elektrycznej. Wystarczyło postawić prostą cewkę i już można było coś upitrasić na kuchence elektrycznej lub zasilać generatory grawitacyjne fazolotu. Energia za darmo dzięki uprzejmości natury. Był też minus. Nigdy nie udało się rozwinąć bezprzewodowej sieci telekomunikacyjnej, bo żadne algorytmy filtrowania nie radziły sobie z zakłóceniami generowanymi przez pole magnetyczne Zaxor. Jedynie łączność światłowodowa wchodziła w grę. Wszystkie ośrodki były połączone ze sobą właśnie taką siecią, natomiast łączność z obiektami na orbicie odbywała się przy pomocy wiązek promieni laserowych. Łączność poza Zaxor nie mogła się odbywać w zakresie zwykłych fal radiowych ze względu na politykę chronienia lokalizacji planety. Wszystko to bardzo utrudniało życie, ale z punktu widzenia Celu było konieczne.
    ARTEFAKT

    - Czy Ty nigdy nie dorośniesz? Pospiesz się, nie mamy czasu, - Mei rzuciła przez zaciśnięte zęby.
    - Wytrzymaj jeszcze chwilę, - Khan odparł swoim spokojnym, cichym głosem. - W końcu nie co dzień coś takiego nam się trafia. Chciałem tylko sprawdzić, czy to żyje.
    - Trykając to scyzorykiem? - Mei nie kryła rozbawienia.
    Ramię robota powoli cofało się odsłaniając Artefakt. Okruchy skał osypały się na skalne klepisko, na którym się znajdowali.
    - Hm..., wygląda na jakąś starą, dużą, błyszczącą skrzynię. Tylko, co ona robi w takim miejscu? Nie ma na niej zupełnie śladów świadczących o jej wieku. Mei przetarła jeden z boków znaleziska, by umożliwić spektrometrowi wykonanie pomiarów. Przetarty przedmiot lśnił dziwnym, niespotykanym na Ziemi odcieniem. Mei odsunęła się na bok by spektrometr miał dostatecznie duże pole pomiaru.
    Spektrometr cicho mruknął obwieszczając zakończenie pomiaru. Mei i Khan jednocześnie spojrzeli na odczyty wyświetlone przez urządzenie.
    - Aaale to przecież niemożliwe. Nie ma czegoś takiego, czego spektrometr nie zna.
    - Wojna wojną, ale żeby nie było środków na sprawne urządzenia badawcze?! - Mei, skalibruj ten złom jeszcze raz. Może pokaże coś bardziej normalnego albo lepiej pokaż mu swój pierścionek zaręczynowy. Nie będzie wielkiej straty, jeśli go zniszczy, - Khan zachichotał szyderczo.
    - Ja mam przynajmniej życie prywatne a Ty żyjesz tylko robotą, - Mei odgryzła się natychmiast.
    - Mei, jesteś wredna. Ale to nic nowego, - Khan się zaśmiał.
    Spektrometr znów ożył i pokazał swoje odkrycie na wyświetlaczu.
    - A to skurwiel! - Syknęła Mei. - Nawet na porządny pierścionek żałował.
    - Mówiłem, - Khan tryumfował, - rzuć go póki czas. Ja jestem zawsze pod ręką. Bylibyśmy doskonałą parą. Zawsze razem...
    - I zawsze w pracy! - Dodała Mei bez entuzjazmu.
    - Skoro, więc nasz spektrometr prawidłowo działa to mamy problem, - Khan skonstatował rezolutnie. - Ziemska nauka nie zna takiego czegoś. Pierwszy raz widzę coś, czego w zasadzie nie ma i być nie powinno. Ciekawe czy Anioły znają taki pierwiastek.
    - Może je spytamy? - Khan zaproponował ściszonym głosem. - Powinny zaraz tu być.
    - Zdecydowanie odradzam, - Mei raczej nie podzielała entuzjazmu Khana. - Ostatnio nie wyglądały na zainteresowane rozmową. Poza tym ustawiłam barierę temporalną. Jesteśmy poza czasem, więc raczej nie mamy co liczyć na ich światłe towarzystwo. Wprawdzie potrafią czynić „cuda”, ale nie słyszałam by władały czasem. Od nas technologii też nie mogły uzyskać, bo w detalach zna ją ponoć tylko Estymator i jeszcze kilku ludzi. Estymator wykluczam z grona podejrzanych, bo musieliby się do niego dobrać, by coś ukraść a co do pozostałych, to pewnie nikt ich nie zna i nie wiadomo gdzie są. Więc jesteśmy bezpieczni.
    - O.K. - Khan uśmiechnął się tajemniczo. - Pakujmy to coś i zmiatajmy zanim się okaże, że się mylisz. Zapakuj też te śmieszne, złote, anielskie skrzydła leżące na skrzyni. Mogą być częścią tego ustrojstwa.
    - Tak jest Tuan, - Mei odwzajemniła służbowy ton Khana.
    Cenny artefakt trzeba było delikatnie zabezpieczyć, by nic go nie uszkodziło. To wyjątkowo cenne znalezisko. Naukowcy na Ziemi będą mieli co robić przez wiele lat. Nie wiadomo właściwie nic o tym artefakcie. Został odkryty w bardzo tajemniczych okolicznościach. Gdyby nie kobieca intuicja Mei i czujność Khana nikt by się nie zainteresował słabym śladem fazowym bez konkretnego umocowania wektora przyczynowego.
    Roboty poustawiały odpowiednie pojemniki i pakowały do nich drobniejsze detale leżące w sąsiedztwie skrzyni. Pojemniki zostały wypełnione specjalną pianką usztywniającą. Po godzinie wszystkie znaleziska zostały zabezpieczone i ustawione w ciasnym kręgu wyznaczonym na podłożu jaskini.
    - Mei, sprawdź Estymator, bo nie zawsze robi to, czego się od niego oczekuje. Już raz wpakował nas w tarapaty. Wolałbym nie lądować kolejny raz na Antarktydzie bez specjalnego wyposażenia. Było wtedy gorąco. Pamiętasz Mei jak stamtąd wialiśmy, by sobie nie odmrozić zadków?
    - A co mam nie pamiętać? - Odparła. - Algorytmy Estymatora nie są logiczne tylko stochastyczne, więc nic dziwnego, że jego decyzje bywają dalekie od intuicji.
    - Niestety, - Khan westchnął zrezygnowany. - Trudno mu zarzucić głupotę. Czasem wolałbym jednak osobiście dokonywać obliczeń.
    - Ciekawe gdzie byśmy w takim przypadku lądowali? - Mei zachichotała. - Bardziej wolę niepewność losu wynikającą z nieludzkiej natury Estymatora niż Twojej, Khan, - dodała złośliwie.
    - Przestań paplać i właź do kręgu, - Khan Przerwał potok jej złośliwości. - Zaczynam odliczanie. Czasoprzestrzeń zwinie się za osiem sekund. Gotowa do skoku?
    - Muszę na stronę, - Mei pisnęła cicho i zniknęła.
    UZI

    Mag palił resztkę swojej Cohiby rozkoszując się widokiem zbliżających się gór. Wyglądały potężnie i groźnie zwłaszcza w świetle zachodzącego słońca. Wysokie szczyty pokryte były śniegiem zupełnie jak na Ziemi tyle, że śnieg na Zaxor miał barwę błękitną z oczywistego powodu. Był nawet ładniejszy od białego śniegu, bo występował w wielu odcieniach zależnie od kąta padania promieni słonecznych. Czasem, gdy było zimno śnieg przybierał barwę purpurową lub zielonkawą. Atmosfera zawierała związki filtrujące kolor niebieski, co w efekcie kolorowało śnieg na czerwono lub czasem na zielono.
    Biosfera Zaxor nie była zbyt bogata w różne okazy, ale za to dobrze zbilansowana. Uczeni włożyli sporo wysiłku, by zapewnić kolonistom dobre warunki. Robili to wprawdzie ponad trzysta lat temu niemniej, należało docenić ich kunszt i dalekowzroczność. Jedyną zagadką, która nurtowała wszystkich było pochodzenie Świstogonów. Żadne dokumenty erekcyjne dotyczące Zaxor niestety nie przetrwały, więc mnożyły się na ten temat najdziwaczniejsze teorie. Świstogon nie mógł być produktem naturalnej ewolucji na Zaxor, bo przez kilkaset lat jedynie najprostsze formy życia zdążą sobie poewoluować trochę, ale nie coś tak złożonego jak Świ...
    - Mag, uważaj! - Krzyknął Ulf składając się jednocześnie do strzału. Działko podążało posłusznie za wzrokiem Ulfa śledzącym zbliżające się stwory. - Chyba jest ich więcej niż zwykle w tej okolicy. Zgaś cygaro. Włączę barierę, bo jest ich za dużo. Nie nadążam ich liczyć. Ogarek cygara wystrzelony z palców Maga poszybował wysoko nad pojazd. Gdy znalazł się nad głową Ulfa jeden ze Świstogonów przejął go zgrabnie i zniknął równie szybko jak się pojawił.
    - Cóż za zwinność, - Mag aż gwizdnął z podziwu. - Nie wiedziałem, że dzielę z tymi zadziwiającymi stworami miłość do kubańskich cygar. Stworzenie potrafiące docenić taki rarytet zasługuje niewątpliwie na szacunek.
    Ulf włączył osłony. W tej samej chwili na głowę Maga coś spadło. Mag podskoczył sądząc, że Świstogon zdążył wpaść do pojazdu zanim osłony się uaktywniły. Poczuł na głowie piekący ból. Cygaro, którym chwilę wcześniej poczęstował Świstogony wróciło do niego i właśnie zostało zgaszone na jego głowie.
    - Przesadziłem z tym szacunkiem. Te stwory jednak nie palą cygar..., - Mag strząsnął resztki cygara z głowy. Zachowanie zwierzaka podsunęło mu jednak pomysł.
    Świstogony ujrzawszy fluoryzującą kopułę pola ochronnego wokół pojazdu rozproszyły się i pozostał tylko jeden z jasną plamą na piersi, - ten sam, który porwał cygaro. Teraz krążył nad fazolotem ciekawie przyglądając się jego pasażerom.
    Mag sięgnął do bocznej kieszeni spodni, z której po chwili wydobył niewielką paczkę suchego prowiantu, który zawsze ze sobą nosili na wszelki wypadek. Rozpakował zawartość z folii ochronnej. Suchar gwałtownie zaczął pęcznieć chłonąc wilgoć z otoczenia. Po chwili podwoił swoją objętość. Mag starannie odłamał spory kawałek „ciastka”.
    - Wyłącz barierę Ulf, - Mag rzucił za siebie.
    - Ale stwory jeszcze nie poszły sobie, - olbrzym cicho zaprotestował.
    - Właśnie o to chodzi. Został tylko jeden. Chcę coś sprawdzić.
    Bariera zniknęła w jednej chwili. Bez niej było widać dużo lepiej stwora krążącego nad pojazdem. Mag mocno cisnął w górę odłamany kawałek suchara. Obaj obserwowali z zainteresowaniem jak Świstogon błyskawicznie przyspieszył, by w chwilę później związać swój los z kawałkiem pożywienia podarowanym przez Maga.
    - Widziałeś, widziałeś? Cóż za sprawność i gracja, - Ulf zachwycał się pokazem.
    W chwilę później ich nowy znajomy znów pojawił się wysoko nad pojazdem. Mknąc w górze z łatwością nadążał za fazolotem, który pędził przynajmniej sto mil na godzinę. Mag nie zastanawiając się wyrzucił pozostałą część suchara w górę, by pozbyć się natręta zanim dotrą do obozu. I tym razem stwór nie dał najmniejszych szans smacznemu kąskowi. Przejął go zanim suchar zdążył dotknąć ziemi. Mag z rozmysłem rzucił suchar w bok a nie w górę jak poprzednio. Stwór zadziwiał go coraz bardziej.
    W oddali zamajaczył kształt drewnianej chaty myśliwskiej, którą ktoś postawił przed wielu laty w otoczeniu malowniczych gór wznoszących się na horyzoncie. Powoli podpłynęli w pobliże chaty i wyłączyli silniki. Pojazd wysunął teleskopowe wsporniki i osiadł na nich powoli. Panowie opuścili pojazd i skierowali się do chaty. Zawiasy w drzwiach zaskrzypiały głośno burząc ciszę panującą wokół.
    - Nareszcie zjemy coś gorącego, - Ulf ucieszył się otwierając drzwiczki sporej zamrażarki stojącej w kącie chaty. - Nastawię wodę. Napijesz się kawy czy czegoś mocniejszego? - Spytał Maga, który już zdążył się rozgościć. Mały, uniwersalny robocik ożywił się na ich widok.
    - Przygotuję posiłek. To, co zawsze? - Robocik spytał usłużnie podchodząc do Ulfa.
    Ulf stał zaskoczony i gapił się na ich gospodarza.
    - Mag! Skąd ten koleś tu się wziął? Ostatnio sam musiałem pitrasić befsztyki, - olbrzym wciąż się nie ruszał jakby bał się spłoszyć to małe stworzenie.
    - To Uzi. Samira sprowadziła go ze sobą, gdy ostatnio byliśmy tu na polowaniu. Nie miała ochoty zajmować się prozaicznymi czynnościami, więc wymanciła go od woźnego z Ośrodka. Oni mają tam całe stada nowszych modeli, więc nie musiała się nawet bardzo starać. Zresztą wiesz, jaka potrafi być przekonywająca, gdy czegoś chce, - Mag zaśmiał się pod nosem na wspomnienie swojej muzy.
    - Tak Uzi. Prosimy o dwa steki z frytkami i jarzynami a do tego po kufelku.
    Robocik zamrugał swoimi wielkimi, ciemnymi oczkami i ruszył w kierunku lodówki, by zająć się przygotowaniem posiłków. Zatrzymał się tuż przy nodze Ulfa, który wciąż stał koło lodówki. Postał tak dwie sekundy i... kopnął olbrzyma w kostkę. Ulf podskoczył zaskoczony nie spodziewając się ataku.
    - Klapnij sobie Duży i nie przeszkadzaj człowiekowi w pracy, - Uzi wycedził powoli.
    Mag pokładał się ze śmiechu słysząc jak Uzi ustawia Ulfa.
    - To Samira tak go wychowała. Ja nie miałem z tym nic wspólnego, - Mag tłumaczył się urażonemu towarzyszowi. Chyba ma za dużo czasu w Ośrodku, że takie żarty się jej trzymają.
    Ulf wreszcie odzyskał mowę i ze zdziwieniem powtórzył, - Człowiekowi? Wolne żarty!
    - Nie marudź już. Siadaj i patrz, - Mag wskazał ruchem głowy okno, przez które było widać podjazd i zaparkowany fazolot.
    Nordyk spojrzał we wskazanym kierunku i skulił się, by nie rzucać się w oczy. Z maski fazolotu przyglądał im się Świstogon, - ten sam, którego Mag wcześniej nakarmił.
    - Myślałem, że go zgubiliśmy jakieś dziesięć mil temu, - Ulf cicho szepnął. - Ciekawe, czego ten stwór chce. Nie będziemy mogli otworzyć okien na noc nie mówiąc o piwie na werandzie. Niepotrzebnie go karmiłeś. Teraz się od nas nie odczepi aż do następnego kompleksu.
    Faktycznie dziwnie się zachowywał ten osobnik. Zwykle przez kilka godzin przed wieczorem polują a potem znikają. Nikt dotąd nie widział ich po zmroku. Mag wstał i zgasił światło, by lepiej widzieć fazolot zaanektowany przez nieproszonego gościa. Świstogon niezrażony nadal przyglądał się oknu jakby widział w podczerwieni. Poprawił się na masce pojazdu i cicho gwizdnął. Mag nigdy nie słyszał dźwięków, jakie Świstogony wydają, więc był przekonany, że są nieme.
    - Nie sądź książki po okładce, - mruknął pod nosem. - Uzi, przynieś dwa surowe steki, proszę.
    Robocik sprawnie wydobył dwa spore steki z zamrażarki i umieścił je w ultra podgrzewaczu. Po chwili były rozmrożone, ale wciąż surowe. Wyjął je i podał Magowi na talerzu.
    - Dzięki mały. Świetnie się spisałeś, - Mag nie zawsze się zachowywał, ale lubił tego małego kolesia, więc nie widział nic niewłaściwego w podziękowaniu robotowi. W końcu ma się za człowieka.
    - Tylko nie mały, - Uzi pisnął urażony. - Proszę bez protekcjonalizmu.
    - Mag uśmiechnął się do nadąsanego blaszaka i puścił oko. Uzi odwzajemnił oko i wrócił do przerwanej czynności wyraźnie z siebie zadowolony.
    Mag wstał z krzesła i wziąwszy talerz z surowymi stekami podszedł do drzwi. Powoli je uchylił. Świstogon siedział spokojnie na swoim miejscu. Nie drgnął nawet na dźwięk skrzypiących drzwi. Ciekawe, że nikomu nie udało się nigdy zbadać żadnego zabitego Świstogona. Zawsze są przynajmniej trzy. Jeśli któremuś z nich coś się stanie, pozostałe natychmiast zabierają jego ciało i znikają. Bardzo tajemnicze stworzenia. Słońce już zaszło i na zewnątrz zapadł zmrok. Oczy stwora jarzyły się delikatnym błękitnym blaskiem jakby zawierały kobalt albo coś podobnego. Potężny, zakrzywiony dziób miał z dziesięć cali długości. Potężne, ostre jak brzytwa szpony obejmowały rurę gniazda działka plazmowego, na którym stwór przysiadł.
    Świstogon i człowiek. Tego jeszcze nie było na Zaxor, - Mag pomyślał.
    Przyglądali się sobie z nieukrywaną ciekawością i przez ponad minutę żaden nawet nie mrugnął powieką. Mag powoli postąpił krok w kierunku fazolotu. Ulf stał tuż za nim trzymając w ręku pistolet laserowy na wypadek, gdyby stwór zaatakował. Stwór jednak siedział spokojnie obserwując rozwój sytuacji.
    Nic się nie działo, więc Mag postąpił jeszcze kilka kroków do przodu. Uznał, że dalej nie zaryzykuje. Głupio byłoby narazić całe przedsięwzięcie na fiasko z powodu jakiegoś dziwnego stwora. Ostrożnie postawił talerz na ganku i cofnął się do domu powoli zamykając za sobą drzwi.
    Ulf włączył podgląd otoczenia domu i rejestrował każdy ruch ich cichego wielbiciela, który niezmiennie siedział na zdobycznym pojeździe. Ulf chciał właśnie aktywować systemy defensywne domu, gdy Mag go powstrzymał.
    - Mam inne plany względem naszego gościa, - Mag powiedział tajemniczo. - Uzi postoi do rana na straży a rano zobaczymy, co dalej.
    Przez dłuższy czas stwór nie ruszał się ze swojego miejsca, więc mężczyźni zabrali się do uzupełniania nadwątlonych ciężka pracą sił. Ulf jak zwykle nie zadowolił się przekąską w postaci jednego obiadu. Poprosił gospodarza o kolejny stek i furę frytek. Po obiedzie z przyjemnością obaj opróżnili chyba po galonie piwa i dyskutując o zajściach minionego dnia poszli spać.
  • #6
    yego666
    Level 32  
    ========== Odcinek 3 ===============

    ŚWISTOGON
    Uzi obudził gości głośnym trzaskaniem garnkami. Mag miał wrażenie, że robocik robi to specjalnie by ich wkurzyć, ale wytłumaczył sobie, że to absurdalne przypuszczenie. Brzask właśnie się rozpoczynał po długiej, trwającej osiemnaście godzin nocy. Uzi przygotowywał śniadanie. Jajecznicę z dodatkami. Świeżo upieczony chleb pachniał w całym domu i pewnie daleko poza nim. Stół zajmujący centralną część jadalni połączonej z kuchnią i spiżarnią był już nakryty a jajka i boczek przyjemnie skwierczały na patelni. Obaj grzecznie wstali i podążyli do jadalni. Poranne ablucje mogą zaczekać. Łóżka schowały się w ścianach i po chwili nie było po nich śladu. Uzi włączył lampę na suficie, gdyż było jeszcze dość ciemno. Podał śniadanie, które zniknęło błyskawicznie w atmosferze ożywionego milczenia zaspanych biesiadników. Po śniadaniu wędrowcy dokonali wreszcie ablucji, o których raczej rozmyślnie zapomnieli ubiegłego wieczoru.
    - Co się odwlecze..., - Mag pomyślał wycierając mokrą twarz.
    Obaj wrócili do jadalni, by wypić mocną kawę przed dalszą podróżą. Uzi krzątał się po pomieszczeniu uprzątając resztki po śniadaniu. Wiele tego nie było, ale robocik się nie spieszył. Metodycznie wrzucał zebrane naczynia i niedojedzone resztki do spalarki jonowej, która huczała przyjemnie niskimi basami szalejących wewnątrz ogników.
    - Świstogon, - Mag poderwał się z krzesła i pobiegł do drzwi. Uchylił je ostrożnie i wyjrzał na podjazd. Fazolot był tam gdzie powinien, ale zwierzaka już nie było. Trochę był rozczarowany, ale cóż on właściwie sobie wyobrażał? Że pochwycą żywego Świstogona? To by dopiero była sensacja. Niestety nie będzie wywiadów i kamer ani eseju w lokalnym wydaniu hologazety o bohaterze, który pojmał potwora, - Mag był trochę zawiedziony, ale nie bardzo. Schylił się, by wziąć talerz, który wraz z poczęstunkiem wystawił wieczorem na ganek. Był pewien, że mięso zniknie i właśnie tak się stało. Spojrzał na talerz i szczęka mu opadła. Nie wierzył własnym oczom. Na talerzu znajdowała się folia od suchara, który wczoraj podarował ptakowi. Folia była przyciśnięta sporym kamykiem, by jej wiatr nie porwał. Mag był pewien, że folię wyrzucił ponad dwadzieścia mil stąd. Nawet widział, gdy zwinięta w kulkę upadła na ziemię. Teraz była wprawdzie trochę zmięta, ale ktoś ją rozprostował. Wrócił do wnętrza i niezwłocznie sprawdził datę produkcji na folii. Zapas sprzed tygodnia. Zgadza się. To była jego wczorajsza racja suchego prowiantu! Szybkim ruchem schował folię do kieszeni, by Ulf, który właśnie wracał z toalety nie dociekał tego, w co Mag nie chciał uwierzyć. Pokazał Ulfowi pusty talerz, co w zupełności zaspokoiło ciekawość olbrzyma.
    Na zewnątrz było już jaśniej, więc powinni ruszyć w dalszą drogę. Następny kompleks znajdował się w górach i nie był łatwym celem. Będą musieli się troszkę powspinać, bo dla fazolotu nie ma tam łatwej ścieżki podejścia. Ulf raz próbował, ale skończyło się na uszkodzeniu maszyny i przymusowym biwaku w górach. Nie było w tym nic strasznego, gdyż na Zaxor nie było dużych drapieżników, których należałoby się obawiać. Największy z nich miał wielkość dużego kota i miał ściśle określoną dietę, w której Ulf - na szczęście dla myśliwego - nie figurował. Flora i fauna Zaxor zostały starannie zaprojektowane, by tworzyć pełny łańcuch troficzny. Wszystkie stworzenia były bliskimi krewnymi ich ziemskich wzorców. Zostały jedynie dostosowane do lokalnych warunków, by mogły funkcjonować w równowadze z całą resztą ekosystemu. Wciąż nie skatalogowano wszystkich gatunków, gdyż ludzi było niewielu a innych wyzwań aż nadto. Z tego, co było znane to jedynym drapieżcą bez wyraźnego „celu” był Świstogon. Nie wiedziano o nim praktycznie nic. Jego naczelną cechą było szczególne upodobanie do atakowania ludzi. Ponoć w początkowym okresie zasiedlania Zaxor wielu osadników padło ofiarą tych stworów. Krążyły straszne opowieści o okrucieństwie i krwiożerczym charakterze Świstogonów, ale żadnych udokumentowanych przypadków nie było.
    Mag skopiował dane z monitoringu domku, by je później zbadać. Może dowie się z nich, co się stało z kotletami. Teraz jednak musieli już ruszyć w dalszą drogę. Podziękowali gospodarzowi za gościnę i wsiedli do pojazdu. Mag miał wrażenie, że Uzi posmutniał, gdy dotarło do niego, że zostanie znów sam przez dłuższy czas, ale to raczej niemożliwe...
    - Uzi, - Mag zwrócił się do robota. - Zabezpiecz miejsce po naszym wyjeździe i..., zawahał się przez moment, - uważaj na siebie. - Poklepał gospodarza po ramieniu i uruchomił fazolot.
    Powoli ruszyli ponad wysokimi trawami w kierunku gór. Mag odwrócił się, by jeszcze raz spojrzeć na chatkę. Gdyby nie był przypięty pasami do fotela, niewątpliwie by z niego spadł ujrzawszy jak Uzi stawia na ganku talerz z górą surowych kotletów, jednak nie podzielił się swoją obserwacją z Ulfem, gdyż niewątpliwie uznałby Maga za myślącego inaczej. Mag pomyślał, że ma przywidzenia.
    CENTRUM KONTROLI CONTINUUM
    Senna atmosfera popołudniowej sjesty udzieliła się wszystkim w hali Kontroli Continuum.
    Rzadko działo się cokolwiek w ogóle a nieprzewidziane prawie nigdy. Ściany i sufit wyłożone ekranami kontrolnymi emanowały łagodnym światłem. W odległym kącie hali majaczyły kształty ogromnych Generatorów Tachionowych.
    Środek hali wyznaczał niebieski krąg platformy ekspedycyjnej, która była jak zawsze pusta, gotowa do przyjęcia nagłych zrzutów. Okalały ją różnokolorowe światełka sygnalizacyjne leniwie pulsujące delikatnym światłem. Terminale kontrolne znajdowały się na platformie unoszącej się w powietrzu metr nad posadzką.
    Zrzuty nie były zbyt częste, więc personel nie narzekał na nadmiar obowiązków. Ostatni miał miejsce tydzień temu, gdy przerzucano sprzęt do jakiejś odległej galaktyki. Ośrodek miał charakter militarny, więc regularnie odbywały się testy i sprawdziany gotowości.
    Wydział Operacji Specjalnych nigdy nie powiadamiał z góry o swoich zamiarach, więc ćwiczenia były zawsze miłą odmianą od codziennej rutyny. Wydział nie podawał także szczegółów swoich misji ze względów bezpieczeństwa. O ile Estymator nie wymagał szczególnych zabezpieczeń o tyle terminale systemów informacyjnych były szczególnie narażone na inwigilację ze strony Aniołów, więc lepiej było nie mówić za wiele.
    Generatory tachionowe mruczały usypiająco na jałowym biegu.
    Zawsze przed zrzutem uaktywniają się dwa lub najwyżej trzy z nich, by utworzyć neutralną strefę czasową dla transferowanych obiektów. Strefa zabezpieczała zarówno ośrodek, jak i ładunek na wypadek gdyby się okazał niebezpieczny z jakiegoś powodu. Łatwo było w takim środowisku unieszkodliwić nawet eksplodującą bombę wodorową.
    Nie było żadnych zapowiedzi ani ostrzeżeń, gdy niespodziewanie wszystkie siedem generatorów zawyło wściekle wchodząc od razu na najwyższe obroty. Światełka wokoło platformy ekspedycyjnej nagle ożyły różnokolorowymi wzorami, które zmieniały się w oszałamiającym tempie.
    - Co u diabła! - Wrzasnął dyżurny Dekurion nie wierząc własnym oczom.
    Jeszcze nigdy nie odpalono więcej niż cztery generatory jednocześnie a co dopiero siedem. Takie pole mogłoby utrzymać wielką czarną dziurę o masie nawet kilku miliardów Słońc. Oficer dyżurny rzucił się do terminali lewitujących na platformie kontrolnej. Gorączkowo przełączał różne wykresy i zestawienia chcąc ustalić, co się dzieje.
    - Spokojnie. Żaden nieproszony gość nie przeniknie przez osłony grawitacyjne, jeśli są podniesione, - Berg powiedział pewnym głosem. – Podać stan osłon! - Dodał po chwili.
    - Pięćdziesiąt procent i słabną, - Zameldował Kontroler Pola. - Coś wielkiego napiera na nas z rosnącą siłą.
    - Jak to możliwe przy nieograniczonych zasobach energetycznych przetwornic pola grawitacyjnego? - Berg zastanawiał się głośno. Znał te urządzenia na wylot, gdyż brał udział w projektowaniu większości urządzeń znajdujących się w Hali. Nie znał jedynie dokładnie działania sond zerowych, które bezpośrednio przetwarzały energię uzyskiwaną ze zmian stanów fazowych próżni. Pewnie tu ktoś zaoszczędził na redundancji.
    - Odwrócić polaryzację osłon. Natychmiast! - Berg rozkazał głośno.
    Oficer dyżurny natychmiast wykonał polecenie. Światła w hali przygasły na dłuższą chwilę. Generatory tachionowe jeszcze głośniej zawyły i równie nagle jak odpaliły teraz ucichły.
    Na platformie ekspedycyjnej zwolna zmaterializowało się kilka obiektów. Można je było już rozpoznać bez większego wysiłku.
    Khan rozejrzał się powoli po Hali. Był tam gdzie się spodziewał. Tym razem obyło się bez niespodzianek. Berg, piastujący stanowisko Prefekta, podbiegł do Khana podekscytowany.
    - Co to miało być?! - Berg usiłował uzyskać informację od Khana. - Z jakich otchłani piekielnych skaczesz człowieku?! Mało co nam maszyny nie powyskakiwały z fundamentów. Co ty tam masz? Czarną dziurę czy co? Zawsze lubiłeś efektowne wejścia. Kiedyś mnie wykończysz.
    - Po kolei, Berg. Co się stało? Widzę, że wszystko wygląda jak zwykle.
    - Teraz już tak, - wysapał Berg, - ale tuż przed skokiem wszystkie generatory odpaliły jednocześnie a pole G siadło o połowę. Parę zwykłych rupieci nie zrobiłoby takiego zamieszania.
    - Nie mam dokładnej analizy tego, co przywieźliśmy, ale musi to być coś cennego, bo naukowcom bardzo na nim zależało, - odparł Khan. - Nawet nie wiem dokładnie, co takiego jest w środku.
    - A co Cię tak podniosło, Berg? Stary wróbel jak Ty powinien być bardziej odporny na stres, - Khan dodał z nutą kpiny w głosie.
    - Podniosło? - Żachnął się Berg. - Wszystkie generatory się uaktywniły jednocześnie. Wiesz, co to znaczy? Gdzieś tu jest czarna dziura albo i coś gorszego.
    - Drużyna zabezpieczenia, izolować artefakt, natychmiast, - Berg rozkazał energicznie.
    Technicy podtoczyli mobilny generator i ostrożnie umieścili wszystkie nowe obiekty w polu ochronnym. Generator powoli uniósł przedmioty otoczone polem w powietrze i skierował się ku wielkim pancernym wrotom hangaru. Po dłuższej chwili trofea Khana znikły za grubymi murami, gdzie z pewnością będą bezpieczne.
    Berg odetchnął z ulgą. - Gdyby to zaczęło nam tu wyprawiać jakieś cuda to mielibyśmy niezły kłopot. Później trzeba to odesłać do Dobsa. Ośrodek Archeologii Pozaziemskiej musi to zidentyfikować i skatalogować.
    - A gdzie Mei? - Berg rozglądał się wokoło. - Przecież razem byliście na misji. Chyba nic złego się nie stało?
    Khan zerwał się na równe nogi. Faktycznie, Mei nie było na platformie, mimo że razem opuszczali układ Gallusa.
    - Cholera, - Zaklął pod nosem i podbiegł do najbliższej konsoli Estymatora.
    - Dawaj logi z ostatniego kwadransa, - rzucił krótko.
    Wpatrywał się niespokojnie przez chwilę w wykresy i słupki liczb przemykające przed nim po holoekranie. Musiał się skoncentrować, by wyłowić wszystkie istotne informacje z niekończącego się strumienia danych.
    - Suma mas się zgadza, wyjściowy i docelowy stan kwantowy też, parametry rozproszenia pola transferu też w normie. Mei przecież waży dobre pięćdziesiąt kilogramów, więc to nie atom czy dwa, które mogą brakować przy transferze!
    Khan sprawdził też odczyty pól skalarnych. Spadły poniżej połowy mocy tak jak Berg mówił! Ale to chyba nie jest dziwne wziąwszy pod uwagę rodzaj towaru. Mei raczej tego nie spowodowała. Gdyby jej brakowało pole by raczej wzrosło...
    - Khan, Khan! - Z tyłu Hali dobiegło rozpaczliwe wołanie. - Powiedz im niech mnie przepuszczą! - Wołanie Mei z trudem przedarło się przez zgiełk panujący w Hali.
    - Mei! Gdzieś Ty się podziewała?
    Przedostawszy się przez ochronę Mei podeszła szybko do obu zdziwionych kolegów. Poza tym, że była zdezorientowana i zła, nic jej raczej nie było.
    - Wy tu gadu gadu a mnie zrzuciło w... damskiej toalecie. Potraficie to logicznie wyjaśnić?
    - Hm, - Khan głośno się zastanawiał. - Może nie załatwiłaś babskich potrzeb przed transferem i Estymator postanowił Ci ułatwić powrót?
    Obaj panowie zarechotali rozbawieni.
    - Kabotyni! Myślał by kto, że Estymator ma poczucie humoru albo przynajmniej współczucia, - odgryzła się urażona Mei. - Głupia maszyna a Wy nie lepsi od niej!
    - Słyszałem, - wtrącił Berg, - że kiedyś jednego z wracających z misji rzuciło prosto do stołówki. Musiał być chyba głodny jak wilk.
    - To przecież był Max, - pomyślał Khan. - Razem wracaliśmy wtedy z misji, z N5128. Faktycznie, przed teleportacją wspomniał, że zjadłby konia z kopytami. Szkoda, że później zaginął w jakiejś akcji. Dziwne, że Estymator realizuje takie zamówienia. Będę musiał sobie zażyczyć zrzutu prosto do sypialni Dalii następnym razem. - Bezwiednie uśmiechnął się do swoich myśli.
    - Niech technicy zbadają tę sprawę a raport do mnie do szóstej wieczorem, - rozkazał Berg i zarządził dekontaminację hali, jak to przewiduje regulamin zrzutów.
    - Cieszę się, że jesteś cała, bo już się wybierałem z powrotem z ekspedycja ratunkową, - Khan skłamał i łypnął lubieżnie na wciąż zakłopotaną Mei. Z trudem ukrywał, że Mei mu się bardzo podobała.
    - A skorzystałaś chociaż z uprzejmości Estymatora Fazowego?
    - A niech to, - Mei wreszcie otrzeźwiała. - Muszę na stronę. I śpiesznie oddaliła się tam, skąd przed chwilą przyszła.
    - Oh te kobiety. Nigdy nie umieją skorzystać z nadarzającej się okazji..., - Khan raczej myślał o tym, że Mei konsekwentnie unikała jego zalotów.
    Gdyby nie zależność służbowa mógłby poważniej myśleć o związku z Nią. Odpowiadała mu w każdym calu. Inteligentna, bystra, odważna i niezwykle atrakcyjna. Do sił specjalnych nie biorą zresztą byle kogo. Komunikator pisnął cicho sygnalizując Khanowi nadejście nowej wiadomości.
    - Jutro ciężki dzień. Centrali nigdy nie wystarcza obiektywny rejestr. Raport osobisty, to już niemal reguła po moich misjach. Pewnie cenią mój dowcip, - skonstatował z przekąsem, bo przecież Estymator posiada zapis wszystkich możliwych perspektyw do wglądu. - A może coś znów sknociłem i będę musiał się tłumaczyć przed tą bandą gryzipiórków, którzy nigdy nie wyściubili nosa nawet poza Ziemię? Wszyscy inni latają gdzie się da. Dla przyjemności, w interesach, lub pozwiedzać odległe zakątki naszego zaścianka. Od czasu odkrycia transferów fazowych przez Wu Shina każdy może sobie podróżować w czasie i przestrzeni, wedle upodobania, nie narażając się na paradoksy dziadka ani babci. Stary Einstein miał dobrą intuicję, ale nie myślał wielowymiarowo. W czasach Średniowiecza nikt nie słyszał o tachionach, polach skalarnych i wymiarach niepierwotnych, więc siłą rzeczy i teoria była niepełna. Teoria strun to już zupełne nieporozumienie. Ponad trzysta lat badań i wysiłku najwybitniejszych umysłów, Wu Shin wyrzucił na śmietnik swoim odkryciem. Tysiące złamanych karier naukowych, dziesiątki samobójstw. Innych teorii tamtego okresu już chyba nikt nie pamięta. Szkoda, że...
    - Idziemy? - Łagodny głos Mei wyrwał Khana z zadumy nad niedolą biednych, ciągle głodnych sławy i pieniędzy uczonych.
    - Oczywiście, - odparł udając zniecierpliwienie. - Jedziemy moim wozem czy skoczymy na świetne sajgonki z powidłami z Mithei? Ja stawiam.
    - Przecież wiesz, że skoki w strefie są zakazane ze względu na Detektory Form, omyłkowo mogłyby Cię wziąć za istotę inteligentną, - Mei zaśmiała się szyderczo i ruszyli na parking.
    GÓRY
    Mag skupił się na obserwacji terenu, który stawał się coraz bardziej nierówny. W górach nie musieli się obawiać Świstogonów, gdyż z jakiegoś powodu, stwory te występowały jedynie na równinnych terenach. Ulf, odprężony rozkoszował się wielogodzinnym nieróbstwem, gdyż nie musiał skanować nieba w poszukiwaniu zagrożenia. Drzewa liściaste ustąpiły miejsca swoim iglastym braciom. Zbocza gór pokryte były gęstym, nieprzerwanym lasem, z którego co jakiś czas dochodziły głośne porykiwania zwierząt, nawoływania ptaków szukających miejsc na założenie gniazd oraz szum strumieni toczących krystalicznie czystą wodę z lodowców topniejących w wyższych partiach gór. Powietrze przesycone było żywiczną wonią lasów nietkniętych ludzką ręką od początku świata. Tak musiała pachnieć stara Ziemia nim ludzka chciwość jej nie zniszczyła, - Mag skonstatował z żalem.
    Od czasu wojny z robotami było już lepiej na Ziemi. Właściwie trudno było jednoznacznie rozstrzygnąć, co było gorsze: Ludzka cywilizacja pasożytująca na zasobach swojej planety czy Anioły pasożytujące na ludzkości? To był łańcuch troficzny służący wszystkim oprócz samej Ziemi. Gildia rozprawiła się z rabunkową gospodarką, ale powrót do stanu równowagi zajmie jeszcze wiele setek lat. W tym czasie dużo może się zdarzyć. Wojna z Morfami wisi na włosku i lada chwila dojdzie do decydującej rozgrywki. Cóż za dziwny traf, że na przestrzeni miliardów lat właśnie w czasie, gdy dochodzi do decydującego starcia cywilizacji, zjawiają się Dengowie ze swoją zadziwiająca wiedzą i technologią.
    Skaner czołowy zabrzęczał cicho sygnalizując przeszkodę. Pojazd zatrzymał się gwałtownie. Ulf zeskoczył z pojazdu na kamieniste zbocze góry, po którym pięli się już od jakiegoś czasu. Kilka stóp przed pojazdem ziała przepaść głęboka na pół mili. Strome zbocze przepaści ukazywało cały przekrój geologiczny planety. Nie rosły na nim żadne trawy ani inna roślinność, tak jakby teren osunął się tu całkiem niedawno. Zaxor jest stosunkowo młodą planetą, więc tego typu zdarzenia nie są rzadkością. Niecałe dwa miliardy lat temu cały układ dopiero się uformował, więc procesy tektoniczne jeszcze się nie uspokoiły i często powierzchnia zmieniała się niemalże z dnia na dzień. Na szczęście osiedla i kompleksy produkcyjne stały na litej skale, więc raczej nic im nie groziło w przewidywalnym czasie, choć taki pogląd nie był do końca uprawniony a co gorsza osłabiał czujność.
    - Mag, tu jest przepaść.
    - Widzę przecież. Mag zeskoczył z pojazdu i rozejrzał się wokoło. Nawet fazolot mógł mieć problem gdyby nagle trafił na taką nieciągłość podłoża. - Rozglądnę się tutaj troszkę a Ty bądź tak miły i zrób coś do jedzenia, bo już zapomniałem, co dziś było na śniadanie.
    - Jasne Szefie, - Ulf ucieszył się z takiego obrotu spraw. Często biwakował w dziczy, więc zdobycie czegoś do okraszenia sucharów nie stanowiło dla niego problemu.
    - Pójdę po prowiant. Powinienem wrócić za pół godziny.
    - Może zdobędziesz też jakieś dobre ziele na herbatę. Znasz się chyba na tutejszej florze?
    - Oczywiście. Coś się znajdzie, ale krzaków cukrowych raczej tu nie widziałem.
    - Nie szkodzi. Zwykle pijam gorzką herbatę, więc nawet nie szukaj, chyba żebyś trafił na cukier w kostkach, - Mag zaśmiał się ze swojego dowcipu.
    Ulf zagłębił się w gęstą roślinność porastającą łagodne zbocze i po chwili zniknął zupełnie wśród drzew. Był w swoim żywiole.
    Mag sięgnął po spektro-lunetę i przez dłuższą chwilę lustrował odsłonięte zbocze osuwiska. Spektrometr wyświetlał na bieżąco skład chemiczny tego, na co właśnie Mag patrzył. Nic ciekawego. Typowy dla martwej planety układ warstw. Przed terraformowaniem, prawie cztery wieki temu Zaxor był martwy jak kamień. Większą część jego powierzchni pokrywał ocean wody. Atmosfera zawierała azot, dwutlenek węgla i inne typowe gazy. Żadnego tlenu czy związków organicznych. Nic, zatem ciekawego nie można się było spodziewać poza paroma zwyczajnymi pierwiastkami i typowymi minerałami. Choć z drugiej strony pobieżny skan płaszcza planety ujawnił duże ilości metali ciężkich. Miedź, ołów, mangan, żelazo, nikiel i parę innych pierwiastków wykorzystywano na szeroka skalę, ale złotem i platyną raczej nikt się nie interesował, bo łatwo można było je uzyskać sztucznie z ołowiu bez żmudnego kopania i przetwarzania. Mag znudzony przeskanował jeszcze spory kawałek zbocza po lewej stronie i odłożył swoje „długie oko”. Sięgnął po nóż traperski, by postrugać jakąś gałązkę w oczekiwaniu na powrót Ulfa, gdy dotarł do niego znajomy gwizd. Chwilę trwało zanim skojarzył skąd zna ten dźwięk. Podniósł ostrożnie głowę i spojrzał w kierunku, z którego dobiegł go gwizd. W górze, wysoko na niebie krążyła niewielka sylwetka Świstogona. Mag sięgnął po lunetę i skierował ją na ptaka. W locie Świstogon prezentował się znacznie okazalej niż na masce pojazdu. Rozpostarte, czarne skrzydła były szersze od fazolotu. Ogon długi na trzy stopy mienił się wszystkimi odcieniami niebieskiego, od seledynu po ciemny granat.
    - Piękne stworzenie, - pomyślał Mag.
    Przez lunetę dostrzegł białą plamkę na potężnej czarnej piersi ptaka.
    - Co On tu robi? Przecież Świstogony nie występują w górzystym terenie.
    Ten osobnik jednak całkiem wyraźnie występował, drwiąc sobie z utartego poglądu na swój temat.
    - Czy one wszystkie mają taką plamkę na piersi? - Mag usiłował sobie przypomnieć wygląd innych Świstogonów, które dotąd widział. - Raczej nie, - zdecydował.
    To był Jego Świstogon. Z całą pewnością ten sam, który wczoraj zjawił się po poczęstunek. Jak jednak ich wyśledził? Przecież od dobrych kilku godzin posuwali się po zakrytym terenie. Trzeba mieć nie byle jakie zmysły by cokolwiek w takich warunkach wyśledzić. Podziw Maga dla „Jego” Świstogona rósł z dnia na dzień.
    - Co, jednak ten ptak tutaj robi z dala od swojego stada? Poczekamy, zobaczymy.
    Świstogon najpierw nieznacznie a w chwilę później już wyraźnie obniżył lot. Na wszelki wypadek Mag sprawdził czy jego broń jest tam gdzie powinna. Odłożył lunetę i usiadł na skale, tuż przy krawędzi urwiska wciąż bacznie obserwując niespodziewanego przybysza. Sięgnął do kieszeni i wydobył folię, którą otrzymał, jako zapłatę za poczęstunek. Przypatrywał się opakowaniu sucharów przez chwilę przypominając sobie gdzie je wyrzucił. W zamyśleniu upuścił swój podarunek, który opadł tuż przed nosem spektro-lunety. Mag usilnie kompilował w głowie wszystkie fakty od czasu spotkania Świstogona i nagle go olśniło. Ptak chciał mu coś przekazać lub zwrócić na coś uwagę, ale na co?
    - Szkoda, że nie wpadłem na to w chatce Uziego. Uzi, zresztą również zachował się dziwnie dokarmiając stwora kotletami. Czyżby zawiązali we dwóch spisek? - Mag roześmiał się głośno z absurdalności własnego pomysłu.
    - Mag, - Ulf wyłonił się zza kępy drzew.
    W rękach trzymał dwa spore gryzonie wielkości dużego bobra, parę gałązek i trochę ziół.
    - Widziałeś? - Spytał wskazując Świstogona, który właśnie wylądował na skraju przepaści po przeciwnej stronie i gapił się na nich ciekawie swoimi dużymi wyrazistymi oczami.
    - Obserwuję go już od dobrego kwadransu. Chyba nas polubił, - Mag zaśmiał się niepewnie.
    Na widok Ulfa niosącego małe co nieco zapomniał o upuszczonym opakowaniu.
    - Jak przyrządzimy te bobro-szopy? W mikrofali czy tradycyjnie na ognisku? - Ulf oblizał się łakomie kładąc swoje trofea na masce pojazdu. Wiedział, że nie mają mikrofali ze sobą a działko jonowe ustawione nawet na minimum i tak w sekundę odparowałoby ich obiad zamiast go przypiec.
    - Poszukam opału a Ty opraw zwierzaki ze skóry i wypatrosz. Wsadzimy je na rożen. Będzie dziczyzna, - Mag również oblizał się łakomie na myśl o jedzeniu, bo już słychać było marsz żałobny z jego brzucha.
    Pochłonięty myślą o pieczystym zupełnie zapomniał o parze oczu śledzących każdy jego ruch. Wstał i ruszył w kierunku zarośli. Po minucie wrócił niosąc pełne naręcze gałęzi i patyków na ognisko.
    - Nietrudno tu o suche drewno. Jeśli nikt nie będzie zbierał spadów to za sto lat będzie tu gruba warstwa próchnicy. Musimy częściej tu przyjeżdżać na piknik.
    Ułożył suche gałęzie w zgrabny stos a nad nim zamocował zaimprowizowany ze znalezionych patyków rożen.
    - Wodę musimy wziąć z fazolotu, bo strumyk zabrało nam urwisko, - Ulf wskazał na całkiem spory strumyk spływający z przeciwległego krańca urwiska w dół. - Szkoda, bo górska woda nie ma sobie równych.
    Ulf kończył oprawiać bobro-szopy. Sięgnął do schowka obok siedzenia kierowcy, by wydobyć sól, jednak nie wszystko zawsze łatwo przychodzi. Zakłopotany wyjął dwa identyczne słoiczki zawierające biały proszek.
    - Mag, czy wiesz, która to sól?
    - Oczywiście, - odparł Mag. - Ta biała.
    - Ale tu są dwa identyczne pojemniki. Czy oba zawierają sól?
    - Jak to dwa? Skąd je wziąłeś?
    - No, ze schowka kierowcy, - Ulf odparł.
    - No to mamy kłopot. A co tam w ogóle robiła sól?
    - Ostatnio wrzuciłem ją tam na wszelki wypadek.
    Mag spojrzał na oba pojemniki, które zakłopotany Ulf trzymał w swoich wielkich łapach. Rzeczywiście były identyczne.
    - Samira prosiła o trochę Trifortium, więc wsypałem odrobinkę do słoiczka i wrzuciłem do schowka, - Mag przyznał z zakłopotaniem. - Nie wiedziałem, że jest tam też Twój pojemnik. Jak by tu sprawdzić, który pojemnik zawiera sól? - Zastanawiał się głośno, gdy jego wzrok padł na spektro-lunetę, przez którą obserwował ptaka.
    - No jasne, - uradowany Mag sięgnął po przyrząd. - Oto mamy rozwiązanie.
    Nastawił spektrometr na detekcję Trifortium i skierował go na przeciwległą ścianę wąwozu, by wyzerować wskazania. Przyrząd przez chwilę łapał ostrość i kalibrował wskazania biorąc za cel biały pas biegnący poziomo wzdłuż prawego krańca osuwiska. Mag przez chwilę obserwował wskazania spektrometru po czym usiadł jakby mu ktoś nogi podciął.
    Ulf wciąż trzymał dwa słoiczki i czekał aż zostaną zidentyfikowane przez spektrometr, jednak Mag nie kwapił się z diagnozą.
    - Szefie, co z tą solą będzie?
    Mag powoli odwrócił się do oczekującego na badanie Ulfa. Z trudem łapał powietrze.
    - Trifortium, - wyszeptał Mag.
    - Ale który słoik, lewy czy prawy? - Ulf nalegał zdziwiony, że Mag nawet nie sprawdził słoiczków z białym proszkiem.
    - Tam, - Mag wskazał palcem na przeciwległą ścianę osuwiska. - Cała góra Trifortium. Wiesz, co to znaczy? Przez sto lat byśmy tyle nie zebrali, co tu jest zgromadzone.
    Ulf podszedł powoli do Maga i przyjrzał mu się uważnie. Nie stwierdziwszy poważnego urazu czaszki przejął spektrometr z rąk wciąż niezaprzytomnego kolegi i skierował go tam gdzie Mag spoglądał przed chwilą.
    - To nie jest Trifortium, - powiedział z naciskiem. - To świństwo zawiera dodatkowo wodór, którego w Trifortium brak. To jest... Quadrium.
    Mag wreszcie oprzytomniał i gorączkowo wyrwał lunetę z rąk Ulfa. Wpatrywał się w przeciwległy stok jakby chciał się przecisnąć przez przyrząd i dotknąć go ręką.
    - Próbowaliśmy wiele razy na różne sposoby związać minerał z wodorem, ale zawsze się rozpadał po kilku sekundach, - Mag nie mógł uwierzyć własnym oczom. - Ten w słoiczku miał być do kolejnej próby.
    - Zmiana planu, - Mag zdecydowanym ruchem odłożył spektroskop na ziemię. - Jedziemy do Centrum Geologii i Surowców. Oni się tym zajmą.
    - Cholera, że też zawsze jest coś pilniejszego do zrobienia. Przez te priorytety nawet nie możemy się skomunikować z nikim, - Mag narzekał głośno. Kilka głupich satelitów rozwiązałoby problem, ale nie. Nie ma czasu na takie rzeczy. - Sam też byłem przeciwny projektowi globalnej sieci komunikacji satelitarnej! - Zaklął siarczyście jeszcze parę razy, po czym usiadł na swojej skale, by się zastanowić.
    Ulf doskonale zdawał sobie sprawę, do czego służy Quadrium i podzielał podniecenie Maga jednak jego pragmatyczny umysł potrafił doskonale oddzielić to, co ważne od rzeczy mniej istotnych.
    Wziął spektrometr z ziemi i po chwili ogłosił tryumfalnie, - To jest sól, - pokazując słoiczek, który trzymał w lewej dłoni.
    Ognisko huczało wesoło a Bobro-Szopy rozsiewały nieprzyzwoicie smakowity zapach ze swojego rożna, obiecując wyśmienity posiłek. Magowi powoli wracał humor obserwując Ulfa, który pracowicie obracał pieczyste nad ogniskiem.
    - Pachnie wspaniale, - zauważył Mag z wrodzoną bystrością.
    Powoli sięgnął za pazuchę i wydobył pękatą piersiówkę wykonaną z transluminium. Przezroczyste ścianki piersiówki ukazywały złotawy płyn kołyszący się lekko wewnątrz pojemnika.
    - Będzie czym czcić nasze odkrycie. Dawno nie mieliśmy takiej okazji, - Ulf ucieszył się szczerze sięgając po piersiówkę. Pociągnął solidny łyk i oddał cenny płyn właścicielowi. Mag również pociągnął spory łyk i odstawił butelkę.
  • TespolTespol
  • #9
    ArturAVS
    Moderator of HydePark/Cars
    khoam wrote:
    To podsyca apetyt ;)

    Po pierwszym odcinku nabrałem, a ponieważ skończyłem dziś "Głosy z otchłani" Mroza, to z chęcią bym w weekend poczytał Mariusza i jego małżonkę.
  • #10
    khoam
    Level 39  
    @ArturAVS Czekam, aż się ukażą wszystkie odcinki w pdf-ach. Potem to wydrukuję i przeczytam hurtem. Przeczytałem tylko pierwszą część, więc spokojnie czekam na całość :)
  • #11
    ArturAVS
    Moderator of HydePark/Cars
    khoam wrote:
    Potem to wydrukuję i przeczytam hurtem

    Szkoda papieru. Ja swoją papierową bibliotekę podarowałem miejskiej wypożyczalni (kilkanaście tyś pozycji o różnej tematyce), z braku miejsca. Poza tym nie dam rady jedną ręką trzymać książki i przewracać stron. Dlatego przeszedłem na wydania elektroniczne.
  • #12
    yego666
    Level 32  
    ========== Odcinek 4 ===============

    Jedzenie już było gotowe i grzechem byłoby kazać mu czekać, toteż Ulf rozdzielił pierwszego zwierzaka na dwie równe porcje. Mag spojrzał na krawędź przeciwległej ściany zapadliska i podniósł do góry swój talerz pełen dymiącego mięsa. Wstał i powoli podszedł do skały, na której uprzednio siedział. Podzielił swoją porcję na pół i jedną z części położył na nowy talerz, który ostentacyjnie postawił na skale. Świstogon przyglądał się temu spektaklowi z zainteresowaniem, co okazał stając na swoich szponiastych nogach. Dzień zbliżał się do południa i robiło się ciepło. Wiał delikatny wiatr poruszając nieznacznie połyskującymi piórami wielkiego ptaka.
    - Pewnie też zgłodniałeś po tylu milach podroży. Smacznego, - Mag łagodnie przemówił do swojego wielbiciela, po czym wrócił do ogniska znajdującego się dwadzieścia kroków od skały.
    Ulf patrzył na całe przedstawienie z niejaką rezerwą, choć sam nigdy bez potrzeby nie skrzywdziłby żadnego stworzenia. Jeśli musiał zabić tak jak dwa nieszczęsne Bobro-Szopy, robił to szybko, by nie cierpiały. Rozumiał Maga doskonale. Nie miał wielu przyjaciół wśród ludzi, za to potrafił okazać serce nawet robotowi.
    Mężczyźni jedli ze smakiem pociągając z piersiówki co jakiś czas. Nie trzeba było nic mówić. Uczta była iście królewska. Gdy oba talerze były już puste, Ulf nagle sięgnął po broń i zamarł w oczekiwaniu. Mag nie musiał się ruszać z miejsca. Ufał w pełni umiejętnościom swojego adiutanta. Spojrzał jednak w kierunku gdzie zostawił poczęstunek dla Świstogona. Stwór łagodnie wylądował na skale obok talerza. Nie wydał przy tym żadnego dźwięku. Mag delikatnym gestem nakazał Ulfowi, by usiadł i schował broń. Zadziwiła go odwaga, z jaką Stwór się zbliżył mimo postawy olbrzyma. Świstogon z wolna przykucnął i spojrzał na Maga. Był bliżej niż wczoraj przed chatką myśliwską, więc teraz jego oczy wydawały się dużo większe. Mag i Świstogon mierzyli się wzrokiem przez jakiś czas. Stwór chyba zrozumiał, że żaden z nich nie spuści wzroku pierwszy, więc jakby się umówili, obaj jednocześnie to uczynili okazując sobie wzajemnie szacunek.
    Świstogon chwycił mięso w szpony i spokojnie, małymi kawałkami pożarł zaoferowany mu posiłek. Nie spieszył się przy tym i nie lustrował postaci siedzących przy ognisku jakby chciał pokazać, że im ufa. Zjadłszy ostatni kęs odsunął się od talerza na niewielką odległość. Mężczyźni obserwowali zwierzę z zachwytem. Było pełne gracji i godności a jednocześnie biła od niego dzika siła i pewność siebie. Drugi z upolowanych Bobro-Szopów zdążył się apetycznie przyrumienić nad ogniem i nie pozwalał o sobie zapomnieć roztaczając apetyczny aromat dziczyzny. Pewnie nawet Świstogon by się oblizał, gdyby potrafił. Ulf powoli wstał i sięgnął po pieczyste. Mimo młodego wieku cechowała go rozwaga i doskonałe wyczucie chwili. Tak jak wcześniej, podzielił mięso, ale tym razem nie na dwie, lecz na trzy równe porcje. Mag nałożył jedną z porcji na swój talerz i ostrożnie ruszył z nią w kierunku dostojnego gościa. Nie było to łatwe, gdyż słyszał wiele opowieści o okrucieństwie i krwiożerczej naturze Świstogonów. Oczywiście zawsze były to historie z trzeciej ręki, ale nawet pomimo tego robiły wrażenie. Gdy Mag zbliżył się na odległość trzech kroków, stwór wydał krotki przenikliwy gwizd. Mężczyzna zatrzymał się, lecz nie patrzył ptakowi w oczy. Z dzikimi zwierzętami nigdy do końca nie wiadomo. Niejeden stracił życie źle oceniając sytuację i swoją pozycję. Mag nie chciał być jednym z nich. Czuł na sobie wzrok ptaka gotowego do natychmiastowej reakcji gdyby poczuł się niepewnie. Poczekał jeszcze chwilę i niespiesznie podszedł do talerza opróżnionego przez Świstogona. Ostrożnie po niego sięgnął wolną ręką a na jego miejsce postawił swój, pełen pachnących przysmaków. Mag wiedział, że ryzykował jak głupiec, ale nie mógł się powstrzymać. Odwrócił się plecami do gościa i pewnym krokiem ruszył w kierunku ogniska. Czuł na plecach palący wzrok Stwora, ale opanował chęć odwrócenia się. Wrócił do ogniska i spokojnie nałożył swoją porcję mięsa na talerz, który właśnie zdobył i usiadłszy ponownie przy ognisku zaczął jeść bez pośpiechu nie zwracając uwagi na ptaka. Świstogon i Ulf również przystąpili do uczty w ciszy i bez pośpiechu czując wielką ulgę po minionych chwilach napięcia.
    Mag zastanawiał się cały czas nad sytuacją. Bez wątpienia z jakiegoś powodu Stwór upodobał ich sobie i podążał za nimi krok w krok. Jeszcze nigdy nie zgłoszono podobnego przypadku fraternizacji Świstogona z człowiekiem. Trudno w tej chwili dociec przyczyny takiego zachowania ptaka uznawanego za największego wroga człowieka na tej planecie. Uczta dobiegała końca, więc Ulf powiesił garnek z wodą nad ogniskiem. Z ziół, które zebrał będzie doskonała herbata.
    Świstogon skończywszy ucztę przyglądał się swoim gospodarzom jeszcze przez dłuższą chwilę, po czym zagwizdał przeciągle jakby chciał wyrazić wdzięczność za gościnę i dał nura ze skały w dół głębokiego wąwozu. Po długiej chwili wyłonił się z drugiej strony i łagodnie wylądował obok strumyka spływającego ze zbocza. Zanurzył w nim dziób i długo pił wodę połyskującą w południowych promieniach słońca. Skończywszy wzbił się w powietrze i szybko zniknął z pola widzenia.
    Mężczyźni jeszcze przez chwilę wypatrywali czy nie pojawi się ponownie gdzieś w pobliżu, jednak ptak miał chyba inne plany, gdyż już się więcej nie pokazał.
    Herbata zrobiona przez Ulfa doskonale komplementowała smak mięsa i gasiła pragnienie po słonym posiłku. Była lekko słodkawa i niezwykle aromatyczna. Mag wlał sporą porcję napoju do termosu i schował go na później.
    - Zbieramy się. Musimy zebrać próbkę minerału do analizy, - zdecydował Mag. - Czy oznaczyłeś już to miejsce?
    - Oczywiście, - Ulf odparł gorliwie.
    Zgasiwszy resztki ogniska spakowali wszystkie drobiazgi. Byli najedzeni i należała im się południowa drzemka, jednak nie dziś. Musieli jeszcze pobrać próbki a potem długa droga do Ośrodka w Oho.
    Przygotowali sondę geologiczną i Ulf ostrożnie nią manewrując pobrał spory kęs materiału ze złoża na przeciwległej ścianie. Sonda wróciła i z cichym świstem silników osiadła na trawie. Olbrzym z zadziwiająca zręcznością wydobył pojemnik z próbką i schował go do hermetycznej chłodziarki do piwa, z której wcześniej usunął cztery spore butelki złocistego napoju.
    - Będzie ciepłe, ale miejmy nadzieję, że nasza ofiara się opłaci, - rzekł Ulf z nieukrywanym żalem.
    Ruszyli niezwłocznie stromymi zboczami w kierunku wysokich szczytów na zachodzie. Autopilot doskonale sobie radził w trudnym terenie, więc mieli czas na odpoczynek i omówienie nowej sytuacji.
    Słońce powoli zniżało się świecąc im prosto w oczy. Powoli zbliżali się do Oho od południowej strony. Miasteczko było ukryte między górami w trudno dostępnym terenie. Liczyło trzy tysiące mieszkańców. Większość była zatrudniona w dwóch ośrodkach badawczych, pracujących na potrzeby projektu „Terminus”. Na zielonych zboczach wzgórz otaczających miasteczko pasły się spokojnie wielkie stada owiec i krów dozorowane przez agroroboty unoszące się dyskretnie w ich pobliżu.
    Fazolot wleciał pomiędzy rzędy budynków ustawionych wzdłuż głównej ulicy miasteczka. Centrum było usytuowane tuż przy północnej bramie, więc musieli przebyć całe miasto, by do niego dotrzeć. Mijali ludzi niespiesznie zdążających do swoich domów. Po kilku minutach skręcili w boczną aleję obsadzoną starymi drzewami po obu stronach. Nie było tu żadnych zabudowań. Na końcu alei dostrzegli jasno błyszczący dach Ośrodka przypominający obserwatorium astronomiczne. Po paru chwilach byli już przy głównym wejściu do okazałego budynku Centrum Geologii i Surowców. Zaparkowali swój zakurzony fazolot naprzeciwko wejścia pośród innych lśniących pojazdów miejscowej elity naukowej.
    - Weź próbkę Ulf. Najpierw odwiedzimy MC Zielińskiego. On zorganizuje ekipę, - Mag wysiadł z pojazdu i skierował się do wejścia. Za nim podążył Ulf trzymając ich cenną zdobycz zamkniętą w chłodziarce do piwa.
    Szeroki na dwadzieścia kroków hall Centrum przypominał pasaż w galerii handlowej. Mag podszedł do komunikatora wiszącego na słupie podpierającym wysoki strop. Wcisnął kilka przycisków i po chwili na ekranie ukazała się szczupła twarz mężczyzny o ostrych, rzymskich rysach. Zamienili kilka słów, po czym Mag ruszył do windy na końcu długiego pasażu. Ulf posłusznie podążył w tym samym kierunku. Nie raz bywali tu z racji pełnionych funkcji, więc znali Centrum jak własną kieszeń. Winda po chwili oznajmiła cichym dzwonkiem swoje przybycie. Drzwi rozsunęły się powoli i z windy wyszły dwie młode kobiety prowadzące ożywioną dyskusję.
    - Cześć Mag, cześć Nord, - zgrabna blondynka o dużych niebieskich oczach zatrzymała się rozpoznając przybyszów. - Co Was sprowadza w nasze strony? Niedawno tu przecież byliście. Czyżby się coś ważnego szykowało?
    - Witaj Rose, - Mag odwzajemnił uśmiech. - Mamy tu parę spraw. Właśnie jedziemy do Zielińskiego.
    - Wiesz, że naszego MC przenieśli do lochów?
    - Aż tak nabroił? - Zaśmiał się Mag.
    - Awansował na wyższy stołek, - Rose oświeciła ich ochoczo. - Zasłużył na swój los. Całe dnie spędza w Centrum. Nawet żona go opuściła, bo całymi dniami nie było go w domu. Biedaczek, teraz nie ma mu kto opowiadać bajek na dobranoc, - Rose zaśmiała się szyderczo. - Nasze Ciacho jest znów do wzięcia.
    - Chyba nie skorzystamy, - Ulf włączył się do rozmowy. - Nie jest w moim typie a co Ty myślisz Mag?
    - Ja zamierzam go wykorzystać i porzucić jak jego żona, - Mag odparł uśmiechając się zagadkowo. - Gdzie go teraz znajdziemy?
    - Jeśli jest w Centrum to tylko w swojej mieszalni pasz, - Rose odparła wskazując na odległe skrzydło budynku. - Nord, zajrzysz do Piranii, gdy skończycie?
    - Nie wiem ile czasu nam to zajmie, ale raczej nie sądzę bym dziś dał radę.
    - Mag jak sądzisz? - Ulf spojrzał na towarzysza z nadzieją.
    - Przykro mi Rose, ale jak tylko załatwimy sprawy będziemy pędzili do kompleksu numer trzy.
    - Szkoda, - blondynka zmartwiła się szczerze, patrząc pożądliwie na Ulfa. - Miałam nadzieję na odrobinę światowego towarzystwa. Będę musiała, zatem spędzić ten wieczór sama - jak zwykle.
    - Nie martw się, któregoś dnia spotka Cię nagroda za wytrwałość, - Mag starał się pocieszyć dziewczynę.
    - Tak tylko gadasz a latka lecą. Nord, jakbyś się jednak namyślił to wieczorem będę w Piranii.
    - Wybacz Rose, ale troszkę się spieszymy. Musimy się pilnie spotkać z MC.
    - Rozumiem Mag. Lepiej pojedźcie do skrzydła „C” ruchomym pasażem. Będzie szybciej niż windą. Na końcu zjedziecie na poziom „T7” i dalej do laboratoriów. Wiecie gdzie to jest, nie? - Rose zalotnie kręciła palcem wskazującym loczek z kosmyka swoich długich włosów nie przestając patrzeć na Ulfa.
    - Dzięki. Teraz już się nie zgubimy, - Mag pożegnał się krótko i pociągnął Ulfa za łokieć.
    - Do zobaczenia Rose, - Olbrzym z wyraźną ulgą oddalił się za Magiem.
    - Nord? - Mag rzucił szyderczo. - Ty to masz wyobraźnię.
    - Dzięki Mag. To stara historia. Ona szuka męża a ze mnie byłby kiepski towarzysz. Lubię wolność i swobodę, sam wiesz. Siedzenie w domu by mnie zabiło w miesiąc. Masz u mnie kolejkę, - Ulf był autentycznie wdzięczny.
    Po paru minutach dotarli we wskazane miejsce. Drzwi otwarły się automatycznie ukazując wnętrze niewielkiego pomieszczenia zagraconego najróżniejszym sprzętem naukowym. Jakiś laser mrugał leniwie na stole zastawionym pryzmatami, polaryzatorami i wieloma innymi różnokolorowymi urządzeniami, których żaden z nich nie potrafił nazwać. Na ścianach wisiały wydruki z niekończącymi się kolumnami liczb i różnokolorowymi wykresami. Przed wielkim ekranem holo w odległym końcu pomieszczenia siedział mężczyzna, z którym Mag rozmawiał wcześniej przez komunikator.
    - Mag, Ulf, - mężczyzna ucieszył się wstając energicznie zza swojego ekranu. - Jedziecie z daleka, więc może jesteście spragnieni?
    MC zawsze miał coś dobrego na zapleczu i chętnie dzielił się swoimi osiągnięciami w dziedzinie gorzelnictwa.
    - Chętnie, bo gdy zobaczysz, co mamy nie będziesz już pamiętał o gościnności.
    Gospodarz wyjął trzy menzurki sporych rozmiarów i napełnił je rubinowym płynem po brzegi.
    - Chodźmy do mojego biura, bo tu nie ma warunków do socjalizowania się, - gospodarz zaproponował wskazując drzwi.
    Przenieśli się do przestronnego, jasno oświetlonego gabinetu, który bardziej pasował do rangi właściciela niż graciarnia, w której go znaleźli. Siedli w wygodnych fotelach i przez chwilę milczeli sącząc rubinowy płyn ze swoich menzurek.
    - Doskonałe, - Ulf pochwalił z nieukrywanym podziwem. - Jak zwykle nie zdradzisz receptury?
    - Tajemnica handlowa. Wiesz jak to jest w półświatku, - MC wyjaśnił tajemniczo. - Dostaniecie skrzyneczkę na odchodnym. Nigdy nie zapominam o przyjaciołach.
    Mag sięgnął po chłodziarkę i otworzył ją powoli.
    - Masz tu spektrometr, MC?
    - Sądzisz, że szewc chodzi bez butów? Oczywiście, że mam, - MC sięgnął pod biurko i wyciągnął niewielki przyrząd. - Pokaż ten skarb. Zobaczymy czy wart jest zainteresowania.
    Mag podał pojemnik z próbką. MC otworzył go sceptycznie przyglądając się jego zawartości a następnie umieścił niewielki kawałek białej substancji w spektrometrze. Czekali dobrą chwilę zanim spektrometr ożył i zaczął podawać skład próbki.
    FAŁSZYWA MOC
    - Hm..., - MC zmarszczył brwi przyglądając się wynikom podawanym przez spektrometr. - Interesujące i przydatne niewątpliwie. Wciąż poszukujemy takich złóż i na pewno nam się przydadzą. Macie oznaczone miejsce znaleziska?
    - Oczywiście, - Mag odparł niepewnie. - Nic więcej nie powiesz? MC, chyba nie zdajesz sobie sprawy ze znaczenia tego złoża!
    - Mag, - MC zirytował się nieco. - Rozumiem, że lubisz robić wrażenie, ale tlenek tytanu nie jest aż taką rzadkością.
    - Tlenek tytanu? Co Ty opowiadasz? Czytać nie umiesz czy co? - Mag rozsierdził się lekceważeniem, z jakim MC podszedł do zagadnienia. - To żaden tlenek tytanu tylko... - Mag rzucił okiem na ekran spektrometru i zaniemówił.
    Jak to się mogło stać, że pobrali niewłaściwą próbkę? Przecież ich spektrometr wskazywał na złoże Quadrium. Mag nic nie rozumiał. Może las emitował jakieś halucynogenne związki w pobliżu wąwozu? Mag usiłował uładzić myśli.
    - MC, odkryliśmy złoże czystego Quadrium w wąwozie, który mijaliśmy w drodze do kompleksu numer dwa. Sprawdziliśmy spektrometrem, - Mag na dowód pokazał swoją spektro-lunete i log wykonanych analiz. - Sam widzisz, że to powinno być Quadrium a nie jakiś tam tlenek tytanu. Daj tę próbkę to sprawdzimy naszym przyrządem.
    MC zaintrygowany podał Magowi próbkę. Odkrycie Quadrium to nie powód do żartów. Mag z pewnością nie dworowałby sobie w tak głupi sposób. Coś musiało być na rzeczy.
    Spektrometr Maga pisnął po chwili pokazując spokojnie skład próbki, na którą Mag go nakierował.
    - Tlenek tytanu, - Mag odczytał cicho i wyłączył spektrometr. - Nie rozumiem. Quadrium nie zawiera ani tytanu ani tlenu, więc taka przemiana nie wchodziła w rachubę.
    Ulf również wyglądał na zdezorientowanego, co nieczęsto mu się zdarzało. Rzeczywiście po pobraniu próbki nie sprawdzili jej dla pewności. W swoim podnieceniu mogli pobrać próbkę z niewłaściwej warstwy. Może błędnie założyli, że skoro Trifortium jest koloru białego to Quadrium również.
    - Nie wysiedzimy tu nowej próbki, - podjął Mag doszedłszy do siebie. - Musimy, zatem wrócić po właściwą i sprawdzić ją dziesięć razy dla pewności.
    Opróżnił swoją menzurkę z resztki trunku i wstał wieszając spektrometr na ramieniu. Ulf również szybko rozprawił się z zawartością swojej menzurki i wstał gotów do drogi. Trochę żałował, że nie zostaną na noc, bo miał już ułożony plan na cały wieczór. Pożegnał się z nim jednak szybko, bo przecież nie puści Maga samego na nocną wyprawę. Mag był dobry, ale Ulf jednak bardziej ufał swoim umiejętnościom survivalowym.
    - Do rana wrócimy z próbką, MC. Wyśpij się, bo czeka Cię ciężki dzień, - Mag zbierał się do wyjścia.
    - To w takim razie pójdę do domu i skorzystam z dobrodziejstw nocy póki mam okazję.
    MC zdawał sobie doskonale sprawę, że Mag wróci z właściwą próbka jak obiecał, więc wolał wypocząć przed jutrzejszym dniem. Z samego rana zwoła zespół i zacznie się zabawa na całego. Wiedział, czego można się spodziewać po Quadrium, ale dotąd istniało tylko w teorii. Rzeczywista próbka oznaczała tygodnie badań właściwości i różnych zastosowań. Lepiej, więc wypocząć.
    - Wyjdę z wami a po drodze weźmiemy kombajn geologiczny. Będzie Wam łatwiej z jego pomocą pobrać właściwą próbkę. Ma wszystko, co potrzeba i nawet zintegrowany spektrometr.
    Ruszyli długim korytarzem, by po kilkudziesięciu krokach dotrzeć do dużej hali, w której był zgromadzony chyba cały sprzęt należący do Centrum. MC podszedł do niepozornie wyglądającego urządzenia i je włączył. Urządzenie mrugnęło różnokolorowymi światełkami kontrolek i uniosło się w powietrze na wysokość pasa. MC otworzył klapkę znajdującą się na bocznej ściance urządzenia. Mała klawiatura modułu sterującego natychmiast wysunęła się wprost pod palce naukowca, który wprowadziwszy kilka tajemniczych poleceń zamknął klapkę i dał sygnał, że jest gotów.
    - Uruchomiłem moduł komunikacji głosowej, więc nie będziecie potrzebowali instrukcji obsługi.
    Ruszyli do wyjścia a robot poszybował posłusznie ich śladem poświstując cicho generatorem napędu anty-G.
    - Cześć MC, - młody jegomość o śniadej cerze i pokaźnych wąsach przywitał się uprzejmie. - Prowadzicie jakieś wykopaliska w pobliżu, że bierzecie robota?
    - Nie, Barak, - odparł MC. - Mag i Ulf znaleźli pokłady Quadrium i jadą po próbki. Będą jutro z rana jak dobrze pójdzie.
    - TO Quadrium? - Barak spytał podnieconym głosem. - Przecież nikomu się nie udało go dotąd uzyskać, więc skąd w naturze miałby się wziąć? A gdzie są te złoża, gdzieś w okolicy? Może mógłbym Wam pomoc w wydobyciu? Mam spore doświadczenie. Mogę się przydać.
    - Barak, będziesz potrzebny tu na miejscu. Twój projekt jest wciąż niezamknięty, - Zieliński napomniał ostro podwładnego. - Za tydzień chcę widzieć wyniki i wnioski. Nie rozpraszaj się, więc, tylko weź się za swoją robotę.
    - Dobrze szefie, - Barak spojrzał ze słabo ukrywaną zawiścią w oczach na swojego pryncypała i odszedł nie pożegnawszy się nawet.
    - Młody, ambitny, żądny sukcesu, ale niestety brak mu talentu. Skończy pewnie, jako wykładowca na tutejszej uczelni, - MC krótko podsumował swojego podwładnego.
    Podwładny chyba usłyszał, co o nim mówią, bo się zatrzymał na moment, po czym ruszył dalej nie oglądając się.
    Na zewnątrz słońce powoli chyliło się już ku zachodowi. Wieża „obserwatorium” rzucała długi cień na podjazd i parking, gdzie stał ich fazolot. Parking prawie całkiem już opustoszał. Ludzie skończyli pracę i wracali do domów lub szli do pobliskiego pubu ze znajomymi na szklaneczkę czegoś mocniejszego. Nie każdy miał możliwość samodzielnej produkcji własnego alkoholu, choć nie było to zabronione. Ingerencja władz ograniczała się zresztą jedynie do spraw ważnych. Obywatel miał pełną swobodę decydowania o sobie i swoim wolnym czasie. Nie to, co na Ziemi, gdzie wszystko było w jakiś sposób nadzorowane przez władze. Ale sytuacja na Ziemi była zasadniczo odmienna od tutejszej. Na Zaxor nie było piątej kolumny i być nie mogło.
    MC pożegnał gości życząc im szczęśliwej podróży i podążył w kierunku zaparkowanego nieco dalej jaskrawoczerwonego roweru.
    - Ekscentryk, - Mag skonstatował już nieco spokojniej.
    MC szybko oddalał się na swoim cudacznym wehikule, by po chwili zniknąć im z oczu w cieniu drzew przy alei prowadzącej do Centrum.
    Robot cicho lewitował przy fazolocie. Ulf otworzył luk i umieścił w nim urządzenie. Mogli ruszać.
    Mag podszedł do pojazdu i wskoczył na przednie siedzenie. Ulf jak zwykle zajął miejsce z tyłu. Uruchomiony pojazd wciągnął teleskopowe podpory i łagodnie uniósł się w powietrze. Mag sięgnął do schowka przed siedzeniem pasażera, by wziąć z niego cygaro i znieruchomiał. Patrzył jak zahipnotyzowany na przedmiot leżący na fotelu pasażera. Ostrożnie ujął go w dłoń i przybliżył do oczu. Trzymał w ręku opakowanie od suchara, którym nakarmił Świstogona. Opakowanie nie było jednak rozprostowane jak poprzednio. Tym razem było owinięte wokół sporej grudki wilgotnej substancji.
    - Pewnie nie było w pobliżu kamienia, - skonstatował w myślach usiłując dociec skąd opakowanie znalazło się w fazolocie. Przypomniał sobie, że upuścił je na ziemię, gdy Świstogon pojawił się przy wąwozie. Mag rozejrzał się po niebie w nadziei ujrzenia znajomej sylwetki ptaka, ale nigdzie go nie było. Zadziwiające jak ich wyśledził tak daleko od wąwozu. Zaiste niesamowite stworzenie. Mag żałował, że nie usiłował się zaprzyjaźnić ze Świstogonem, gdy miał okazję, ale jak widać stworzenie było mądrzejsze od niego. Mag wysypał ziemię z opakowania na parking obok fazolotu i włączywszy światła ruszył z impetem do przodu. Pokazał Ulfowi puste opakowanie, by wiedział, że mają „opiekuna” na długą drogę. Ulf nie zdążył jeszcze skompilować znaczenia opakowania, które Mag mu właśnie pokazał, gdy pojazd nagle się zatrzymał a Mag wyskoczył z niego jak oparzony.
    - Ulf, dawaj robota, szybko, - Mag podbiegł do miejsca, z którego właśnie wyruszyli i przykucnął.
    - Ten napój Ci zaszkodził, Mag, - Ulf dociekał przyczyny niezrozumiałego zachowania kompana. - Nie należy tyle pić na pusty żołądek ważąc tyle, co duży kurczak.
    Mag nie był wiele niższy od Ulfa, ale mimo to wyglądał przy nim jak junior.
    Mag zignorował uwagę towarzysza i z naciskiem ponowił swoją prośbę. Robot w chwilę później opuścił luk bagażowy i podpłynął do kucającego mężczyzny. Mag wskazał kupkę brudnej ziemi, którą przed chwilą wysypał z opakowania po sucharze. Robot wysunął cienką trąbkę i powoli wciągnął przez nią próbkę do swojego wnętrza.
    - Analiza! - Mag przynaglił opieszałego robota. - Długo mam czekać na wyniki?
    Robot po paru długich chwilach przedstawił wreszcie wyniki swoich badań. Obaj wędrowcy rzucili się do spektrometru.
    - Ziemia, najzwyklejsza ziemia, - Mag wyglądał jakby ktoś spuścił z niego powietrze. - Czego ja się właściwie spodziewałem? Że ptak będzie mądrzejszy od nas?
    Po chwili wahania Ulf zapakował usłużnego robota do pojazdu i ruszyli w drogę. Minęli alejkę i wypadli na opustoszałe już ulice miasteczka. Słońce chowało się już za horyzontem i wkrótce zapadła noc. Silne reflektory fazolotu oświetlały drogę przed nimi. Na tle rozgwieżdżonego nieba odcinały się zarysy gór, które mieli pokonać już po raz drugi tego dnia. Mag strofował się w myślach za swoją lekkomyślność. Mogli już sobie teraz odpoczywać w wygodnej kwaterze gdyby był uważniejszy i pobrał właściwą próbkę. Cóż, teraz trzeba zapłacić za brak czujności. Ulf nie miewał takich wątpliwości. Jego fatalizm kazał mu przyjmować rzeczywistość taką, jaką była. Nawet nie był zły na siebie za to, czym Mag się obwiniał. O winie można mówić, gdy zrobiło się coś z rozmysłem.
    Fazolot cicho połykał kolejne mile dzielące ich od celu wyprawy. Po godzinie podróży Mag uświadomił sobie, że jest piekielnie głodny. Nie jedli od czasu opuszczenia wąwozu, czyli od jakichś osiemnastu godzin. Uczciwy człowiek powinien jeść przynajmniej sześć razy dziennie. Dzień trwa tutaj siedemdziesiąt godzin, więc i tak nie jest to za często.
    - Ulf, czy słyszysz to, co ja?
    Ulf nastawił uszy sondując otoczenie, ale nie złowił żadnych podejrzanych odgłosów.
    - Niestety. Chyba głód przytępił mi zmysły, bo jestem głuchy jak pień, - odparł olbrzym.
    - Sądziłem przez chwilę, że moje kiszki tak głośno domagają się zasilania, że słychać je w całej okolicy. Może zatrzymamy się na chwilę i spokojnie coś przekąsimy? Mamy jeszcze Twój napar w termosie. Po ciemku nie da się raczej nic smacznego złapać, więc pozostają nam suchary, - niezbyt smaczne, ale skoro nawet ptak je zjadł bez szemrania..., - Magowi wracał dobry humor.
    Przez kwadrans szukali miejsca odpowiedniego do postoju. Zatrzymali się w końcu na skrawku płaskiego terenu między drzewami. Wysokie drzewa osłaniały polankę przed chłodnym wieczornym wiatrem.
    Rozłożyli podgrzewacz polowy i zawiesili nad nim kociołek, do którego trafił napar przygotowany w południe. Przyjemny korzenny zapach unosił się wokół. Drzewa cicho szeleściły pod muśnięciami wiatru. Niebo usiane było tysiącami różnokolorowych gwiazd okalających wielkie, jasne centrum galaktyki. Kiedyś ludzie mogli sobie jedynie oglądać niebo pełne gwiazd. Teraz posiadamy je wszystkie i dowolnie możemy podróżować do każdej z nich. Kwestią czasu jest, kiedy będziemy je przestawiać na niebie jak klocki wedle własnego upodobania lub potrzeb.
    Napój już bulgotał w kociołku. Ulf dorzucił do niego kilka dziwnie wyglądających gałązek, które znalazł w pobliżu.
    - Będzie trochę słodszy, - stwierdził z nieukrywanym zadowoleniem. - Wolałbym ognisko i pieczeń, ale w nocy trudno o jakąś zdobycz.
    - Też bym przekąsił coś konkretniejszego, - dodał Mag rozmarzonym głosem. - Jutro będziemy ucztować, gdy MC będzie się uwijał w laboratorium ze swoim zespołem jajogłowych.
    Wypili po kubku gorącego napoju, który przyjemnie rozgrzewał od wewnątrz dając poczucie ciepła. Mag rozpakował suchara, gdy nagle na skraju polanki, nie dalej niż dwadzieścia kroków od nich coś ciężko gruchnęło o ziemię. Obaj zerwali się na równe nogi i dobyli swych miotaczy laserowych. Mag wiedział, że był to atawistyczny odruch, gdyż na planecie poza Świstogonami nie było żadnych groźnych stworzeń a Świstogony w tych rejonach nie występują. Nie był jednak do końca pewien swojej tezy w świetle zdarzeń minionego dnia. Powoli podszedł do fazolotu i obrócił go tak, by jego światła oświetlały przeciwległy skraj polany. W świetle mocnych reflektorów dostrzegli jasnoszary kształt czegoś, co przed chwilą tam upadło. Podeszli ostrożnie do tajemniczego obiektu.
    - Przypomina dzika, ale jest troszkę mniejszy, - po chwili Ulf ocenił znalezisko. - Popatrz, ma rozcięte gardło. Jeszcze krew z niego leci.
    Obaj czujnie rozejrzeli się wokoło. Nie było widać nic poza wysokimi drzewami na tle gwiaździstego nieba. Uważnie obejrzeli nieżywe stworzenie. Poza czystym cięciem na podgardlu nie znaleźli innych ran świadczących o walce, jaką zwierzak niewątpliwie musiał przed chwilą stoczyć. Ale, z kim lub czym? Jeszcze raz Mag przeczesał wzrokiem otaczający ich las. Światła fazolotu raziły teraz nieprzyjemnie oczy. Podszedł do pojazdu i wprawnym ruchem przyciemnił je. Obrócił się, by zlustrować niewidoczny wcześniej fragment lasu i zamarł w pół kroku. Na działku jonowym dostrzegł ciemną sylwetkę sporych rozmiarów. Oczy powoli przyzwyczajały się do półmroku, który ich otoczył po ściemnieniu świateł pojazdu. Ulf spokojnie oglądał martwe stworzenie nieświadom zagrożenia. Przez długą chwilę Mag wpatrywał się w postać siedzącą na fazolocie. Powoli docierało do niego to, co oczy widziały. Świstogon przyglądał się mężczyźnie równie uważnie i nie zamierzał się bać jego zaskoczonego wyrazu twarzy. Mag rozpoznał wreszcie znajomą sylwetkę ich nowego towarzysza i z wolna cofnął się o dwa kroki. Wiedział, że stwór rozszarpałby mu gardło zanim zdążyłby wymierzyć w niego swoją broń.
    - Ulf, - zawołał cicho, by zwrócić uwagę towarzysza. - Mamy towarzystwo.
    Ulf oderwał się od martwego zwierzaka i spojrzał na Maga. Kątem oka dostrzegł też postać Świstogona na działku jonowym.
    - Zatem już wiemy, komu dziękować za dzisiejszą kolację, - zauważył nie przejąwszy się szczególnie obecnością Stwora. - Podejrzewałem go od dłuższej chwili, - zaśmiał się szczerze i złapał truchło za skórę na karku. - Gdyby chciał nas zjeść, już dawno by to zrobił. Myślę, że nie potrafi rozniecać ognia a ma ochotę na ciepły posiłek, - Ulf zauważył ciągnąc za sobą trofeum w kierunku środka polanki. - Teraz tylko trzeba nam opału na ognisko.
    Świstogon i Mag wciąż mierzyli się wzrokiem.
    Właściwie to Ulf ma całkowitą rację. Cóż mogło powstrzymać ptaka przed zabiciem ich choćby teraz. Mag widział, co zrobił ze sporym zwierzakiem parę chwil wcześniej. Obrócił się powoli i podszedł do Ulfa. - Masz rację. Ten stwór jest nadzwyczaj towarzyski. Nie zawiedźmy jego oczekiwań. Bez wątpienia jest tego wart. Opraw naszą kolację a ja przyniosę trochę drewna.
    Pół godziny później mięso piekło się już nad wesoło huczącym ogniskiem roztaczając wspaniałą woń dziczyzny. Obaj byli już bardzo głodni i z niecierpliwością czekali aż ich kolacja będzie gotowa. Świstogon zeskoczył na ziemię i zbliżył się na swoich szponiastych łapach do płonących drew. Było to dla niego nowe doświadczenie, gdyż zapewne nigdy wcześniej nie korzystał z dobrodziejstw żywego ognia. Płomienie roztaczały aurę tajemniczości ogrzewając zmarzniętych biesiadników siedzących wokół.
    - Jak go nazwiemy? - Ulf przerwał ciszę.
    Biała plamka lśniła jasnym blaskiem na czarnej piersi ptaka jak order. Stwór siedział spokojnie z uchylonym lekko potężnym dziobem. Co chwilę mrugał lustrując na przemian pieczeń, Maga i Ulfa.
    - Wziąwszy pod uwagę jego niepohamowany apetyt powinien się nazywać Żarłok, - Mag zwrócił się do Świstogona ciekaw jego opinii.
    Świstogon jakby czuł, że do niego mowa. Poruszył się nieznacznie i wydał cichy gwizd.
    - No to załatwione, - Ulf się ucieszył, bo kochał zwierzęta a ten okaz intrygował go szczególnie. - Będzie okazja poznać się bliżej, Żarłoku, - dodał po chwili wyraźnie zadowolony.
    Pieczeń już dochodziła skwiercząc apetycznie omiatana czerwonymi płomieniami. Mag przyniósł z fazolotu aluminiowe talerze i sól. Głód wzmagany wspaniałym aromatem dziczyzny niemiłosiernie dawał się we znaki.
    - Nie liczyłem na tak owocną wyprawę, - ostatnio jadłem dziczyznę prawie dwadzieścia lat temu, gdy przywiozłem Samirę na Zaxor. Już prawie zapomniałem jak smakuje.
    - Dziczyzna czy Samira? - Ulf oblizał się lubieżnie. - Jedno i drugie jest warte grzechu.
    - Nie gadaj tylko dziel mięso, - Mag pogroził Ulfowi pięścią. - Nie mamy całej nocy na biesiadę.
    Ulf chętnie czynił honory Pani domu. Każdy z talerzy był do pełna napakowany najsmaczniejszymi kawałkami pieczystego.
    - Szkoda, że nie zabraliśmy paru bochenków chleba z chatki Uziego, - Ulf powiedział z żalem. - Pasowałby doskonale do pieczeni.
    Ulf wstał z pełnym talerzem i powoli podszedł do Żarłoka. Ostrożnie postawił przed ptakiem jego porcję jedzenia patrząc mu w oczy. Nie wiedział czego w nich szuka, ale nie dostrzegł groźby, którą wcześniej widział przy chatce myśliwskiej. Teraz ptak był po prostu głodny i nie szukał zwady.
    Mięso szybko znikało z talerzy. Niepodsycane ognisko zaczęło powoli przygasać. Wszyscy nie wyłączając Żarłoka najedli się do granic możliwości. Podróżnicy niechętnie zabrali się do porządków. Czas był ruszać, jeśli chcieli zdążyć wrócić do rana. Na rożnie pozostało jeszcze tyle mięsa, że wystarczyłoby na dwie takie kolacje jak dziś. Spakowali resztę pieczeni do termopojemników i załadowali je do pojazdu. Będzie na później, gdy znów zgłodnieją. Żarłok obserwował ich krzątaninę z zainteresowaniem. Nie zamierzał ich jednak opuszczać.
  • #13
    ArturAVS
    Moderator of HydePark/Cars
    Po konsultacjach, zostały sformułowane zasady publikacji materiałów; https://www.elektroda.pl/rtvforum/viewtopic.php?p=18568081#18568081

    Oswajanie Świstogona przypomina mi "cywilizowanie" treecat'a w "Piękna przyjaźń" Davida Webera (Uniwersum Honor Harrington).
  • #14
    yego666
    Level 32  
    ArturAVS wrote:

    Oswajanie Świstogona przypomina mi "cywilizowanie" treecat'a w "Piękna przyjaźń" Davida Webera (Uniwersum Honor Harrington).

    Niestety nie mogę się odnieść do tej oceny, gdyż skończyłem czytanie literatury SF w 1990. Brak czasu na przyjemności :(
  • #15
    yego666
    Level 32  
    ========== Odcinek 5 ===============

    Ulf z trudem wgramolił się na swoje siedzenie strzelca.
    - Jedzenie na noc to nie jest dobry pomysł, - skonstatował żartobliwie.
    - Zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości, ale niejedzenie to jeszcze gorszy pomysł, - odparł Mag gramoląc się na miejsce z przodu pojazdu.
    Żarłok pozostawiony sam na placu boju rozejrzał się niepewnie. Chwycił w swój potężny dziób talerz, który przeoczyli zbierając śmieci i spojrzał na Maga, który był ciekaw, co Świstogon zrobi. Nie obawiał się go, więc każdy wybór dokonany przez nowego towarzysza będzie właściwy.
    Włączył czołowe światła fazolotu sygnalizując zamiar odjazdu. Żarłok niezdarnie zbliżył się do pojazdu i z potężnym zamachem wskoczył na wcześniej zajmowane miejsce na działku plazmowym tuż za głową Ulfa. Nikt z nich nie miał nic przeciwko takiemu rozwiązaniu. Potężne szpony zacisnęły się na metalowej lufie miotacza dając ptakowi doskonały chwyt. Żarłok wypuścił z dzioba talerz, który z głośnym brzękiem odbił się od głowy Ulfa i wylądował na ziemi. Fazolot ruszył w dalszą drogę ku odległemu wąwozowi.
    Noc mijała spokojnie. Gwiazdy zmieniały się jak w kalejdoskopie. Jedne znikały, inne pojawiały się na ich miejsce. Czasem przemknęła spadająca gwiazda kończąc swoją epicką wędrówkę w ognistym spektaklu.
    Powoli zbliżała się północ. Teren zaczął się powoli obniżać zostawiając wysokie szczyty za podróżnikami. Jeszcze kawałek i dotrą do wąwozu. Fazolot zwolnił do prędkości piechura i po stu krokach zatrzymał się. Byli na miejscu tyle, że po przeciwnej stronie wąwozu niż wcześniej. W światłach pojazdu nie widzieli przeciwległej ściany, z której obserwowali złoże Quadrium. Żarłok wydawał się spać na swoim działku i nie obchodziło go to, co robili jego kompani. Ulf tymczasem wyprowadził robota geologicznego z ładowni i uruchomił jego zaawansowane funkcje. Skalibrował spektrometr i wprowadził parametry poszukiwanego złoża. Odłączył ekran panelu sterującego, by widzieć to, co robot będzie widział poszukując minerału.
    - Możemy zaczynać, - zakomunikował głośno. Strumień, w którym Świstogon gasił pragnienie w południe, teraz, w ciszy nocy, zdawał się grzmieć jak wodospad.
    Mag nie pił od ostatniego posiłku i bardzo doskwierało mu pragnienie. Napełnił więc bidon wodą ze strumienia i pociągnął kilka solidnych łyków. Podał bidon Ulfowi, który poszedł ochoczo w jego ślady osuszając pojemnik paroma solidnymi łykami. Mag ponownie napełnił pojemnik i go zakręcił. Będzie zapas na drogę powrotną. Mieli wprawdzie wodę, ale nie taką krystalicznie czystą.
    - Zaczynaj, - Mag dał znak by Ulf rozpoczął poszukiwania.
    Robot uniósł się i zawisł nad przepaścią. Wystawił swój spektrometr tak, by łatwo mógł identyfikować skład mijanych złóż. Ulf zwolna opuścił robota poza krawędź wąwozu, zręcznie manewrując rękawicą sterującą. Robot powoli mijał różnokolorowe warstwy geologiczne sygnalizując wszystkie napotkane związki chemiczne, pierwiastki i minerały. Mijały długie minuty a poszukiwanego złoża ani śladu. Maszyna zeszła już prawie do samego dołu wąwozu.
    - Mag, w jakiej okolicy przedtem zidentyfikowałeś to złoże?
    - Gdzieś na przecięciu wodospadziku i białej poziomej warstwy. Dlatego sądziłem, że właśnie ta biała substancja to Quadrium. Sprawdź w tej okolicy kilka warstw powyżej i poniżej białej. Gdzieś musi być nasz skarb.
    Ulf skierował robota we wskazanym kierunku i czekał, uważnie obserwując wskazania na ekranie zdalnego sterowania. Trochę w górę, trochę w dół, troszkę dalej i jeszcze trochę w bok.
    - Nic. Kamień w wodę. Nigdzie ani śladu, - Ulf zagapił się trochę i niechcący skierował robota prosto pod wodospadzik, z którego wcześniej pili wodę. Robot był jednak wodoodporny i nie mogło mu to zaszkodzić. To w końcu sprzęt do pracy w terenie.
    Robot zawarczał ostrzegawczo sygnalizując wykrycie poszukiwanego minerału.
    - Jest! - Ulf wrzasnął tak głośno, że aż Żarłok otworzył jedno oko, by sprawdzić, co się dzieje. - Nareszcie mamy Quadrium.
    Robot był cały pochlapany wodą. Ulf wyprowadził go na powierzchnię, by przetrzeć sensory spektrometru i sprawdzić czy nic nie uszkodziło ich „maszyny górniczej”. Robot nadal popiskiwał sygnalizując obecność Quadrium, mimo iż jego spektrometr oglądał właśnie wielką twarz Ulfa gapiącą się na robota.
    Ulf zastanawiał się czy robot nie jest uszkodzony, ale poza wodą nic nie spadło na urządzenie. Suchą szmatką przecierał wszystkie okienka i wzierniki na obudowie. W końcu robot umilkł dając odpocząć ich uszom od pisku swojego sygnalizatora.
    - No nareszcie cicho, - Ulf odetchnął z ulgą. - Czyli nie popsuliśmy zabawki Zielińskiego.
    Mag jednak był innego zdania. Sięgnął po butelkę wody i wylał ją bezceremonialnie na osuszonego robota. Ulf już otworzył usta by wyrazić swój protest, gdy sygnalizator znów rozpoczął swoje popiskiwania wwiercając się w uszy wysokimi tonami.
    - Długo moglibyśmy szukać, - oświadczył cicho Mag.
    Po paru minutach mieli już pewność. Quadrium znajdowało się w wodzie strumyka.
    - Szukamy, zatem złoża, które może być wszędzie. Poszukiwania mogą zająć tygodnie albo i dłużej. Stężenie w wodzie jest niewielkie i sięga najwyżej jednej części na milion, - Mag był wyraźnie rozczarowany.
    - Można by czerpać wodę i ją odparowywać. Wprawdzie to tylko kilka litrów na sekundę, ale i tak otrzymamy gram czystego Quadrium z każdego metra sześciennego wody.
    - To dobre do badań a my potrzebujemy sporo tego do deflektorów i innych urządzeń. Nie mamy pojęcia o rzeczywistych właściwościach tego minerału, ale sądząc po Trifortium wciąż trzeba będzie tego kilka ton. Musimy znaleźć złoże.
    Obaj spojrzeli z powątpiewaniem na strumyk niknący powyżej w ciemnościach nocy.
    - Po ciemku nie damy rady, - Podjął Mag. - Musimy zaczekać aż będzie jasno. Zarządzam nocny biwak.
    Obaj mężczyźni wzięli wszelkie pojemniki, jakie znaleźli w swoich zasobach i sukcesywnie napełniali je wodą ze źródełka. Wydajność strumyka nie była duża toteż czynność ta zabrała im ponad godzinę. W nagrodę mieli około stu litrów wspaniałej źródlanej wody. W międzyczasie Żarłok się obudził i również skorzystał z wody w źródełku. Pił długo i wyraźnie delektował się jej nadzwyczajnymi walorami smakowymi. Ugasiwszy pragnienie zgarnął trochę liści i gałązek na kupkę, i zrobił sobie na niej posłanie. Wtulił dziób pod skrzydło i zasnął snem sprawiedliwego.
    Panowie byli wyczerpani brakiem snu i pracą, jaką właśnie wykonali. Ułożyli śpiwory na ugniecionej trawie i udali się na spoczynek.
    Pierwsze promienie słońca święcące im w twarze nie pozwoliły na wylegiwanie się. Obaj wstali i po krótkiej toalecie w wodach źródełka przypomnieli sobie o zapasach z poprzedniego kempingu. Mag chciał zgolić swoją trzydniową brodę, która nadawała jego twarzy nieco dziki wygląd, ale nie było czasu na takie detale, więc zrezygnował z tej odrobiny luksusu, której zwykle sobie nie odmawiał.
    Wszyscy troje posilili się jeszcze ciepłym pieczystym i popili wodą źródlaną.
    - Jeśli nie szkodzi Świstogonowi to nam też nie powinna, - ogłosił Ulf pijąc wodę z garnuszka. - Zimna jest najlepsza.
    - Przekonamy się na własnej skórze, ale chwilowo nie mamy innej wody. Mogliśmy wszystkiej nie wylewać w nocy, ale kto o tym wtedy mógł pomyśleć. Poszukajmy źródła naszego czarodziejskiego potoku.
    Wspinali się powoli podążając za biegiem strumienia. Stok nie był bardzo stromy, więc szło im dość łatwo, mimo iż nie mieli specjalnego sprzętu do wspinaczki. Mogli użyć robota do tej pracy, ale prędzej czy później strumień gdzieś zniknie i wtedy robot nie na wiele się zda. Wspięli się już o ponad dwieście stóp nad poziom obozu, gdy źródełko zaczęło się rozmywać i niknąć wśród kamieni.
    - No to mamy koniec wycieczki, - ogłosił Mag. - Bez specjalistycznego sprzętu nic nie znajdziemy.
    Stok ciągnął się jeszcze dalej w górę. Nie przyglądali się górze z daleka, ale mogli mieć jeszcze z pół mili do szczytu. Kilka stóp nad nimi była szeroka półka skalna, na której Żarłok tarmosił jakiegoś nieszczęsnego gryzonia, który nie zdążył umknąć do nory przed jego śmiercionośnym dziobem. Połknął go w całości, mimo iż godzinę wcześniej wciągnął solidne śniadanie. Alpiniści dołączyli do ptaka i bez żenady rozłożyli się na półce nie pytając o zgodę. Żarłok nie protestował, jednak przesunął się w tył i gwałtownym ruchem pochwycił w dziób kolejnego nieszczęsnego futrzaka, który nieopatrznie wystawił nos z obszernego wejścia do jakiejś kryjówki.
    - Patrz, - Ulf wskazywał na kryjówkę futrzaka, którego Świstogon właśnie konsumował ze smakiem. - Ciekawe, co jest dalej. Sprawdzę czy da się tam wejść.
    Wstał z miejsca i wziąwszy latarkę oraz kawałek patyka do obrony podszedł do kryjówki gryzoni. Żarłok nie był zadowolony z takiego obrotu spraw, ale tylko cicho gwizdnął na znak dezaprobaty dla takiego bezczeszczenia jego terenów łowieckich. Odsunął się jednak rozumiejąc, że inni też chcą coś dobrego zjeść.
    Wylot jamy był tak obszerny, że Ulf mógł swobodnie wpełznąć po pas do środka i rozejrzeć się. Zapalił latarkę i aż mu dech zaparło. Gapiła się na niego para niebieskich oczu osadzona w twarzy przypominającej mu kogoś znajomego. Odruchowo zgasił latarkę i czekał w gotowości na cios. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Nie słyszał nic poza własnym oddechem i szumem, typowym dla dużych muszli. Wycofał się ostrożnie z wejścia i usiadł intensywnie myśląc. Mag obserwował towarzysza uważnie.
    - Diabła tam zobaczyłeś, czy co?
    - Sam zobacz, - Ulf już wiedział, co zobaczył, ale nie chciał psuć zabawy Magowi. - Masz, - podał mu latarkę, którą trzymał w ręku.
    Mag ostrożnie wpełzł do środka i tak jak jego towarzysz zapalił ją gwałtownie, by zaskoczyć ewentualnego przeciwnika. Wyskoczył z jaskini jak oparzony. Skąd w takiej okolicy dzicy mieszkańcy? Nikt nie donosił o niczym takim...
    Nagle obaj ryknęli śmiechem aż Świstogon się cofnął. Gdy już się uspokoili Mag wstał i metodycznie zaczął badać ścianę skalną. Na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniała, ale bliższe badanie ujawniało subtelne poziome linie, jakie nie mogły być dziełem naturalnych procesów. Wyjął czekan, który wziął na wyprawę w góry i tępym końcem zaczął opukiwać każdy cal ściany. Ulf szybko dołączył i obaj metodycznie posuwali się wzdłuż ściany. Półka okazała się dużo dłuższa niż pierwotnie zakładali. Posuwając się powoli w lewo wzdłuż ściany Mag dotarł do dwóch dziwnych zagłębień znajdujących się na wysokości jego kolan. Uważnie je zbadał i nie stwierdziwszy zagrożenia powoli przykucnął i wsunął ramiona jednocześnie w oba zagłębienia. Po chwili w ścianie skalnej ukazała się pionowa szczelina, która powoli się rozwarła całkowicie ukazując wejście do ciemnego hallu połyskującego łagodnie w promieniach porannego słońca. Żarłok zza pleców Ulfa ciekawie przyglądał się tajemniczemu wejściu gotów schować się w razie zagrożenia.
    Mag włączył latarkę i skierował ją do wnętrza. Jego oczom ukazał się długi hall o gładkich ścianach połyskujących ciepłym, metalicznym blaskiem.
    - Ulf, zostań na zewnątrz i gdybym nie wrócił za kwadrans otwórz ponownie wejście, jeśli się zamknie za mną. Nie wiem czy da się je otworzyć od środka.
    - Uważaj, bo nie wiadomo czyje to jest. Wygląda wprawdzie na dawno nieużywane, ale nigdy nie wiadomo, jacy gospodarze to zostawili i w jakim celu.
    - Za kwadrans, gdy wrócę pomyślimy, co dalej, - Mag zagłębił się w korytarz. Gdy tylko minął wejście, wnętrze rozjarzyło się łagodnym białym światłem. Drzwi za nim zatrzasnęły się w ułamku sekundy jakby chciały go zamknąć w pułapce.
    OBCY
    Mag ostrożnie podążał korytarzem przed siebie. Po dziesięciu krokach ściana rozstąpiła się przed nim ukazując przestronne pomieszczenie z sufitem wysoko ponad głową mężczyzny. Rozglądnął się ostrożnie wokół. Część ścian pokryta była dziwnymi inskrypcjami w nieznanym języku. Tuż obok znajdowały się błyszczące tafle przypominające ekrany, ale nic nie wyświetlały. Pomieszczenie było sterylnie czyste jakby przed chwilą roboty sprzątające zakończyły pracę. Środek sali zajmowało podium z wysoko umieszczoną poprzeczną poręczą niewiadomego przeznaczenia. Przed nią był jakby podest z jakimiś urządzeniami i tablica z rzędami pól w rożnych kolorach. Mag z trudem mógł dojrzeć to, co było na pulpicie, gdyż był po prostu za niski. Z trudem wdrapał się na poprzeczkę i dopiero zobaczył salę z właściwej perspektywy. Wokół niego ukazały się obrazy zapełniające ścienne wyświetlacze różnymi wykresami, słupkami i tańczącymi liniami w rożnych kolorach. Mag zszedł z podwyższenia i spektakl natychmiast zniknął. Późnej będzie czas na dokładne badanie tego zjawiska. Obszedł salę naokoło przyglądając się każdemu detalowi jej wystroju. Poręcze prowadzące do wyjścia w przeciwległym końcu sali były tak wysoko, że musiał stanąć na palcach, by do nich dosięgnąć. Na razie nic z tego nie rozumiał, jednak czas mijał nieubłaganie i trzeba było zawrócić do wejścia. Pomieszczenie najwyraźniej nie chciało go więzić, gdyż dotarł do wejścia bez problemów. Nie dostrzegł żadnych zagłębień służących do otwarcia drzwi, więc spokojnie poczekał aż same się otworzą za sprawą sił zewnętrznych. Drzwi rozwarły się na całą szerokość tak jak uzgodnili. Mag wyszedł na półkę skalną i usiadł. Ulf z Żarłokiem czekali niecierpliwie na sprawozdanie.
    Po dłuższej chwili zastanowienia Mag spojrzał na kompanów i powiedział.
    - Nie wiem, kto to zbudował ani w jakim celu. Wewnątrz są symbole w nieznanym języku oraz urządzenia, których przeznaczenia nawet nie usiłuję się domyślić. Trzeba to zobaczyć na własne oczy. Ale najpierw musimy się dowiedzieć jak otwierać tę puszkę od wewnątrz. Stanie przed drzwiami nic nie daje. Sprawdziłem. Ulf, może Tobie się uda coś wymyślić? Pakuj się do środka. Za trzy minuty otwieramy z zewnątrz.
    Ulf spojrzał krytycznie na wejście. Postąpił dwa kroki i upewnił się.
    - Trzy minuty.
    Mag skinął głową uspokajająco. Olbrzym, którego postura pasowała bardziej do przestronnego wejścia powoli przekroczył granicę obcego obiektu. Tak jak poprzednio wrota zatrzasnęły się w ułamku sekundy. Mag spoglądał na swój zegarek odliczając trzy minuty sekunda po sekundzie. Nagle, gdy doszedł do stu sekund wejście otwarło się powoli ukazując rozpromienioną twarz Ulfa.
    Mag i Żarłok byli wyraźnie zaskoczeni widząc towarzysza po tak krótkim czasie.
    - Wystarczy dotknąć wrót obiema rekami i lekko pchnąć, - przybysz wyjaśnił tryumfalnie.
    - Świetnie Ulf. Wiemy już, zatem jak działa wejście. Jak na początek nieźle, ale nie możemy spędzić tu całego dnia. Nie jestem pewien, co okaże się dla nas ważniejsze, ale najlepiej zakończyć to, co zaczęliśmy. Do budowli w skale wrócimy, gdy uporamy się z naszym najważniejszym zadaniem.
    - Nie wydaje Ci się, że złoże Quadrium może mieć coś wspólnego z tym Czymś? Może To siedzi na złożu z jakiegoś powodu? Rozpocząłbym poszukiwania od tej nory, przy której nasz Żarłok się posilał.
    - Czytasz mi chyba w myślach. Już drugi raz przyłapałem Cię na zabawie w telepatę, - zaśmiał się Mag.
    Ulf starannie oznaczył miejsce, w którym się znajdowali. Powoli wrócili na kraniec półki gdzie widniała pieczara z „obcymi” w środku. W plecakach mieli saperki, więc ich dobyli i zaczęli poszerzać wejście do pieczary. Okazało się, że dość łatwo ziemia oblepiająca błyszczące poszycie, na które trafili ustępowała pod ciosami saperek. W godzinę odsłonili wielki kawał błyszczącej ściany. Posuwali się w kierunku źródełka, które nikło wśród kamieni kilka kroków niżej. Błyszcząca ściana nagle kończyła się na poziomie półki skalnej, na której stali. Niżej była skała i ich sprzęt na nic się zdał.
    - Pójdę po naszego wiernego robota, - Ulf zaoferował ocierając czoło z potu. - Może jego świder sobie z tym poradzi.
    - Dobrze. Przyglądnę się w tym czasie dokładniej okolicznym skałom. Może znów coś odkryję, - Mag zaśmiał się tajemniczo.
    Ulf odłożył narzędzie pracy i sprawnie zszedł w dół po robota geologicznego. Mag zbadał okolicę gdzie źródełko znikało, ale nic szczególnego nie odkrył. Najlepiej będzie użyć słabych ładunków kruszących do obluzowania skał. Robot pewnie ma coś takiego w swoim arsenale.
    Po dobrym kwadransie zza drzew poniżej półki wyłonił się najpierw Żarłok a następnie robot, który dzielnie parł w górę unosząc Świstogona siedzącego dumnie na jego pokrywie. Gdy robot opadł na półkę obok Maga, Świstogon dumnie gwizdnął po swojemu i zeskoczył z niego z gracją. W chwilę później ukazał się Ulf gramolący się z wysiłkiem pod górę. Usiadł na półce skalnej i przez dłuższą chwilę odpoczywał. Mag nie zwykł się spieszyć, więc wszyscy delektowali się przez kolejne kilka minut rześkim górskim powietrzem.
    Mag uruchomił panel kontrolny i przejrzał dostępne środki. Jest materiał pirotechniczny w płynie. Ruszył w kierunku źródełka a robot posłusznie poszybował za nim. Kilkoma prostymi poleceniami wytłumaczył robotowi, czego chce dokonać. Konstruktorzy widocznie wyposażyli robota nie tylko w świdry i łopatki, ale także w całkiem zaawansowaną inteligencję, bo ten niezwłocznie przystąpił do pomiarów otoczenia. Pobrał próbki skał za pomocą małego świdra i dokonał tajemniczych obliczeń. Następnie zasygnalizował, by wszyscy się cofnęli na bezpieczna odległość i w starannie zaplanowanych miejscach wstrzyknął ściśle odmierzone porcje materiału wybuchowego. Sam również oddalił się na kilkanaście kroków i odpalił podłożone ładunki. Głośny grzmot detonacji przetoczył się przez okolicę. Pył i odłamki skał poszybowały w dół zbocza. Pył opadał odsłaniając grubą na kilkanaście stóp warstwę szarej, metalicznej substancji, przez którą przesączała się woda tworząc poniżej wąski strumyczek płynący poprzednim korytem w dół zbocza. Robot wrócił na miejsce naprzeciw odsłoniętego pokładu szarej substancji i pisnął tryumfalnie na znak, że znalazł poszukiwany minerał.
    PRAWDZIWA MOC
    - Trudno oszacować ile tego jest, ale nawet skromnie licząc wystarczy na wiele lat, - Ulf patrzył na pobrane próbki z nieukrywanym zachwytem. MC już pewnie się niepokoi. Mieliśmy wrócić rano a tu już prawie południe.
    - Odkrywanie jest czasochłonne i bardzo męczące, - dodał Mag protekcjonalnym tonem. - Skoro już mamy minerał to chyba wylejemy tę wodę. Będzie lżej w drodze powrotnej.
    - Nie! - Ulf zaprotestował. - Trochę się namęczyliśmy przy jej zbieraniu. Szkoda się jej pozbywać. Może jeszcze się przydać na przykład do podlewania roślin. Kto wie, jakie właściwości w niej drzemią? - Ulf ostentacyjnie napełnił swój kubek wodą, która wypływała wprost spod złoża i opróżnił go kilkoma łykami.
    - Masz rację. Trzeba to sprawdzić. Znam nawet kogoś, kto się bardzo ucieszy z takiego prezentu. Samira ma ogród z mnóstwem różnych roślin. Sądząc po tutejszej florze coś na rzeczy może być.
    Żarłok poparł ich zdanie pijąc ze źródełka z wyraźną przyjemnością.
    - Zachowujemy się jak głupcy. To, że Świstogon pije tą wodę nie może być dowodem jej nieszkodliwości. Nic na ten temat nie wiemy a pijemy bez zastanowienia. Ty nawet więcej wypiłeś ode mnie. Na razie nic nam nie jest, ale dzień jest długi. Skaner nie wykrył w niej żadnych szkodliwych związków ani żyjątek, ale nie wiemy jak działa Quadrium na nasz organizm.
    - Masz rację. Uwierzyliśmy bezkrytycznie ptakowi, o którym nic nie wiemy. Dopiero zaczynamy go poznawać. Kto wie, jakie niespodzianki dla nas ma pod skrzydłami?
    Załadowali sporą porcję próbek minerału do zasobników robota i odesłali go w dół do fazolotu. Zebrawszy narzędzia podążyli ostrożnie za nim. Na dole posilili się resztką pieczystego, gdyż ciężka praca nadwątliła ich siły. Właściwie to poza obietnicą daną Zielińskiemu nic nie obligowało ich do natychmiastowego powrotu do Oho. MC znany był z tego, że zawsze wszędzie się spóźniał, więc czuli się poniekąd usprawiedliwieni pozostając w górach.
    - Czekaliśmy na Quadrium od początku istnienia świata, więc nic się nie stanie, jeśli świat poczeka jeszcze kilka godzin. Mam wielką chęć wrócić do budowli na górze i ją troszkę poeksplorować. Może uda się nam znaleźć związek między nią a Quadrium, bo daję sobie rękę uciąć, że takowy istnieje. Nie wierzę w przypadki zwłaszcza w takich kwestiach.
    - Przyznam, że również mam taki zamiar, ale musimy się zabezpieczyć na wypadek, gdyby coś nam się stało, - Mag myślał trzeźwo jak zwykle.
    Zaprogramował fazolot na automatyczny powrót do Centrum Geologii i Surowców, gdyby nie wrócili za półtorej doby. Mag opisał dokładnie sytuację i znaleziska w logu pokładowym. MC będzie wiedział, co zrobić. Będzie też mógł ewentualnie wysłać jakąś ekspedycję ratunkową. Załadowali trofea do fazolotu. Sprzęt obozowy, broń i śpiwory pozostawili na trawie na wypadek, gdyby im przyszło tu koczować przez dłuższy czas.
    Podczas, gdy mężczyźni zajęci byli ważnymi sprawami Świstogon postanowił uzupełnić swoje zapasy energii i wyruszył na polowanie. Zanim skończyli ich towarzysz zjawił się niosąc w dziobie sporej wielkości zwierzę, którego dotąd nie widzieli, ale wyglądało na jadalne. Po krótkich negocjacjach Żarłok oddał swój łup Ulfowi, który zapakował go w hermetyczną folię, by się nie popsuł do ich powrotu. Świstogon gwizdnął dwa razy z dezaprobatą, ale widocznie najadł się do syta, gdyż dłużej już nie oponował.
    - Przy nim nie zginiemy z głodu, - Ulf pochwalił Świstogona. - To urodzony myśliwy. Nawet ja nie miałbym z nim szans na łowach.
    - No to mamy posiłek na później. Możemy, zatem ruszać, - Mag zarzucił sobie plecak na ramię i ruszył w górę.
  • #16
    yego666
    Level 32  
    ============== Odcinek 6 ================

    Pozostali poszli w jego ślady, by po kilkunastu minutach stanąć przed wrotami prowadzącymi w nieznane. Nie doceniali chyba powagi chwili, gdyż jeszcze do nich w pełni nie dotarło, co właściwie odkryli. Od czasu kontaktu z Dengami pojęcie obcej cywilizacji przestało być fikcją, więc odkrycie kolejnej nie czyniło im większej różnicy. Wprawdzie o Dengach nie wiedzieli za wiele, ale wiedzieli że są i mają przyjazne zamiary. To właśnie Dengowie spowodowali, że na Zaxor ustanowiono najpilniej chronioną strefą przemysłową. Od nich pochodziły plany pierwszych urządzeń, które stworzyły wszystkie inne urządzenia i kompleksy przemysłowe. Cristal działała całkowicie otwarcie wobec Grupy Kontaktowej. Oprócz planów przekazano ludziom całą teorię fizyczną w oparciu, o którą miały działać fabryki. Co do samej teorii Iteracji to wciąż istniały obszary gdzie nie udało się jej potwierdzić, ale sama teoria była wystarczająco jasna, by oprzeć na niej wszystkie późniejsze działania. Nikt nigdy nie widział żadnego Denga, ale to nic nie zmieniało w kwestii prawdziwości teorii Iteracji. Mag miał nadzieję, że z pomocą Quadrium uda się zrealizować projekt „Terminus”. Trifortium było gromadzone w tak wolnym tempie, że nadzieja na zakończenie projektów była niewielka. Musiałoby minąć jeszcze pięćdziesiąt lat zanim zgromadzono by zasoby minerału wystarczające do realizacji całego projektu. Stopień niepewności oszacowania ile czasu im zostało był niezadowalający, więc katastrofa mogła nastąpić równie dobrze jutro jak i za milion lat. Tego nikt, nie wyłączając Dengów nie wiedział. Nie było, zatem czasu do stracenia, ale też i nadmierny pośpiech był niewskazany.
    - Wchodzimy razem. Będzie sporo do obejrzenia. Sam zobaczysz. Pilnuj Żarłoka, żeby nie nabroił, bo pewnie też zechce z nami wejść. Piekielnie ciekawska z niego bestia.
    Tak jak Mag przewidział Żarłok podążył za nimi. Wszystko przebiegało tak jak poprzednio. Nic ich nie napadło ani nie wpadli do żadnej ukrytej pułapki. Wokół panowała idealna cisza. Mag opowiedział o swoim doświadczeniu z konsolą podczas poprzedniej wizyty. Tym razem nie planowali dogłębnych badań. Mieli jedynie rejestrować wszystko, co zdołają zobaczyć. Zaopatrzyli się w holorejestratory, które nałożyli na czoła obok latarek. Ich skrzydlaty towarzysz rozglądał się zaciekawiony wielością swoich odbić w lustrzanych ścianach. Delikatnie dziobem próbował je złapać i otrząsał się sfrustrowany za każdym razem, gdy mu się to nie udawało. Żarłok dostrzegł wreszcie wspaniałe miejsce, gdzie mógł wygodnie posiedzieć.
    Jednym silnym skokiem przeniósł się na konsolę z różnokolorowymi polami a z niej na poprzeczkę znajdującą się naprzeciwko konsoli. Wyraźnie zadowolony z siebie rozejrzał się wokoło ciekawie i przeciągle gwizdnął tak jakby nawoływał kogoś z oddali. Dopiero usłyszawszy gwizd Żarłoka, Ulf zauważył gdzie się wdrapał i zawołał głośno na ptaka, który niezwłocznie zeskoczył na posadzkę jakby zawstydzony swoją niesubordynacją i podreptał dalej. Obejrzawszy dokładnie zawartość pierwszej sali, Ulf podszedł do miejsca, w którym spodziewali się znaleźć kolejne wyjście. Przykucnął i dotknął ściany na wysokości swoich kolan. Drzwi otworzyły się z cichym syknięciem ukazując obszerny korytarz, na którego końcu znajdowała się następna sala, ale drzwi do niej były już otwarte lub nawet wcale ich tam nie było. Wstał i ostrożnie przekroczył otwarte drzwi. Gdy tylko znalazł się po drugiej stronie drzwi zamknęły się za nim w ułamku sekundy. Obrócił się odruchowo i spostrzegł, że wcale drzwi się za nim nie zamknęły. Nadal widział Żarłoka ciekawie oglądającego poprzeczny pręt naprzeciwko konsoli oraz Maga, który zbliżał się do drzwi.
    - Chodź, tam jest kolejna sala, - Ulf rzekł głośno, lecz Mag zdawał się go nie słyszeć. Machnął do Maga ręką wskazując kierunek, lecz ten jakby tego wcale nie widział. Stał przed drzwiami i wołał.
    - Ulf, gdzie się podziałeś?
    - Tu, przed Twoim nosem.
    Mag zdawał się nie słyszeć. Ulf przykucnął i ostrożnie wyciągnął ręce przed siebie. W miejscu gdzie przedtem były drzwi a teraz ich nie było wyczuł twardą powierzchnię. Nacisnął delikatnie i usłyszał cichy syk jak poprzednio.
    - Ulf, gdzie Ty się podziewałeś? - Mag się ucieszył widząc towarzysza.
    - Zamieńmy się miejscami to sam zobaczysz.
    Tak też zrobili i drzwi znów się zamknęły z cichym sykiem. Po chwili drzwi znów się otwarły.
    - Transluminium asymetryczne. Jak lustro weneckie. Fajne, - ucieszył się Mag. - Do tego działa na dźwięki tak samo jak na światło. Muszę sobie takie obstalować u cieśli, - zaśmiał się rubasznie.
    Po bliższym badaniu okazało się, że półkolistym ruchem ręki można było włączać i wyłączać lustro weneckie wedle życzenia. Jasne było, że tu nie wszystko jest tym, na co wygląda. Musieli zdwoić czujność, bo nie wiadomo, jakie jeszcze niespodzianki napotkają. Ta była na szczęście niegroźna, ale trzeba bardziej uważać.
    Wciąż nie mogli odgadnąć przeznaczenia ich odkrycia. Wyglądało na centrum kontrolne albo wejście do jakiegoś większego kompleksu niewiadomego przeznaczenia, ale kto to zbudował i kiedy? Dopiero od paru setek lat planeta posiada atmosferę i biosferę, więc jaki byłby cel budowania czegoś takiego na pustej planecie?
    - Quadrium, - obaj zgadli jednocześnie. - No, ale gdzie są w takim razie budowniczy?
    - Musimy zbadać pozostałe pomieszczenia, - Mag ruszył przodem.
    Po kilku krokach dotarli do drzwi, których nie było widać, - takich samych jak poprzednie. Wprawnie je otworzyli i znaleźli się w jeszcze większej sali posiadającej dodatkowe trzy poziomy zupełnie jak balkony w teatrze tyle, że bez siedzeń dla widzów. Wszystkie poziomy były otoczone szerokimi poręczami obitymi jakimś połyskliwym materiałem. Każdy balkon miał poręcze w innym kolorze. Najniższe były czarne, wyżej białe i najwyżej purpurowe. Środek sali zajmowała jakby gondola również otoczona poręczami. Pokryte były miękkim materiałem w kolorze zielonym. Ten kolor najwyraźniej przypadł Żarłokowi do gustu, bo jednym machnięciem skrzydeł wzbił się na wysokość pierwszego balkonu i łagodnie wylądował na poręczy gondoli, która przybrała purpurowy kolor, tak jak światła pod nią. Rozejrzał się uważnie wokoło lustrując otoczenie. Wydał z siebie gwizd tryumfu najwyraźniej bardzo z siebie dumny. W tym momencie niespodziewanie gondola oderwała się od podłoża i łagodnie wzniosła się na wysokość pierwszego poziomu balkonów. Nie było widać żadnych prowadnic ani podpór skąd płynął wniosek, że miała napęd albo antygrawitacyjny albo elektromagnetyczny. Świstogon był zaskoczony takim obrotem sprawy i czym prędzej wskoczył z gondoli na najwyższy, trzeci poziom balkonów siadając z gracją na purpurowej poręczy. Gondola ruszyła w górę aż dotarła na ten sam poziom. Dopiero teraz dostrzegli, że obicia poręczy gondoli oraz światła pod gondolą przybierały taki sam kolor, co poręcze na mijanych poziomach. Dwaj odkrywcy na Zielonym Poziomie, jak go roboczo nazwali, szukali schodów lub innych urządzeń pozwalających dotrzeć na wyższe poziomy bez pomocy skrzydeł, ale na próżno. Ulf jednak dostrzegł kolejne drzwi. Mag wyciągnął z górnej kieszeni kurtki wszystkopis i podszedł do drzwi, którymi tu weszli. Namalował dużą literę „A” i dumnie się odsunął podziwiając swoje dzieło jednak litera po chwili zaczęła blaknąć, by następnie całkowicie zniknąć pozostawiając drzwi w idealnej czystości.
    - Co to za materiał? - Mag głośno narzekał. - Nie ma materii, której wszystkopis nie dałby rady.
    - Najwyraźniej tu jest, - odparł Ulf upuszczając na podłogę jakiś papierek wydobyty z kieszeni.
    Po paru sekundach papierek zaczął również znikać sprawiając wrażenie jakby wsiąkał w podłogę. Nie znikła jednak ani latarka ani zegarek ani nawet wszystkopis.
    - To zjada tylko śmieci, - Ulf zakończył testy i zawyrokował stanowczo. - Nie wiemy, co jeszcze ten materiał potrafi, więc może zawróćmy póki pamiętamy drogę powrotną.
    - Jeszcze tylko te drzwi i zawrócimy, - zadecydował Mag.
    Podszedł do drzwi, lecz zamiast je otworzyć włączył ich wenecką funkcję. Drzwi natychmiast stały się przezroczyste. Oczom Maga ukazała się ogromna hala pełna wielkich agregatów mrugających różnokolorowymi kontrolkami. Ku jego zaskoczeniu panowała zupełna cisza jakby wszystko było wyłączone.
    - Sami nie podołamy. To jest za wielkie. Musimy sprowadzić naszych jajogłowych. Oni to szybko rozgryzą. Mają sprzęt i dużo pomysłów. Ja mam dość na dziś, - Mag oznajmił zrezygnowanym głosem. - Wychodzimy. Nic tu po nas. I tak mamy więcej niż chcieliśmy.
    Świstogon obserwował ich siedząc wciąż na swojej purpurowej balustradzie i ani myślał się ruszyć. Widząc jednak, że towarzysze zbliżają się do drzwi posłusznie sfrunął na podłogę i niechętnie poczłapał ich śladem oglądając się tęsknie za swoją ulubioną balustradą. Na odchodnym gwizdnął tęsknie po swojemu, co najwyraźniej spowodowało, że gondola zjechała na najniższy poziom i zastygła w bezruchu. Zdarzenie to nie uszło uwadze Maga. Dochodząc do pierwszej sali przez moment wydawało mu się, że widzi przez weneckie drzwi jakąś postać siedzącą na poprzeczce przed konsolą. Gdy otworzył drzwi postać zniknęła jakby jej tam nigdy nie było. Mag pomyślał, że ma halucynacje i widzi siebie sprzed kilku godzin. Wydarzenia ostatniego dnia musiały naruszyć jego percepcję a Deja vu zdarza się czasami każdemu.
    Gdy wyszli na powietrze słońce zbliżało się już do połowy swojej wędrówki po niebie. Sporo czasu zabrała im eksploracja dziwnej podziemnej budowli. Czas było wracać do fazolotu zanim odleci pozostawiając ich w lesie na pastwę dzikich stworzeń. Ostrożnie zeszli nad skraj zapadliska. Schowali sprzęt do ładowni pojazdu. Strumyk wrócił widocznie do swojego starego koryta mimo wybuchów, jakie miały miejsce u jego źródła. Mag wychylił się poza brzeg urwiska, by obejrzeć wąwóz. Był bardzo głęboki i z trudem można było dojrzeć jego dno. Bystre oczy Maga dostrzegły jednak pas zieleni w miejscu, gdzie strumyk spadał na dół. Potwierdzało to jego domysły o dobroczynnym wpływie Quadrium na organizmy żywe. Trochę go uspokoiło to spostrzeżenie, gdyż sami pili wodę ze źródełka i nie wiedział, czego się można spodziewać.
    Wszyscy troje usadowili się na swoich miejscach i fazolot ruszył przed siebie. Południowe słońce grzało ich przyjemnie swoimi niebieskimi promieniami. Po jakimś czasie Ulf stwierdził, że chce mu się pić. Mag również od jakiegoś czasu czuł pragnienie, więc zatrzymali pojazd i napili się wody z bidonu napełnionego wodą źródlaną. Żarłok pił z głębokiego talerza, gdyż nie umiał wsadzić dzioba do bidonu. Gdy już zaspokoili pragnienie i załatwili inne pilne potrzeby ruszyli w dalszą drogę. Mag zastanawiał się, jakie wrażenie zrobi na ludziach ich nowy towarzysz. Znał doskonale mentalność ludzi i wiedział, że choć mądrzejsi niż tysiąc lat temu, podlegają prawom psychologii tak jak każdy prosty człowiek. Napędzani bezrozumnymi fobiami narosłymi wokół błędnych stereotypów mogą stać się niebezpieczni i nie pomogą żadne tłumaczenia. Zły jest zły i koniec. Technologicznie człowiek niewątpliwie się bardzo rozwinął, ale mentalnie był wciąż na poziomie neandertalczyka. Z drugiej strony obawiał się również reakcji Świstogona na innych ludzi. Znał tylko jego i Ulfa, więc mógł być agresywny wobec wszystkich innych. Nie możemy ryzykować. Najpierw oswoimy Żarłoka z kilkoma innymi osobami a później zobaczymy, co dalej. Skonsultował swój pogląd z Ulfem i wspólnie doszli do wniosku, że najbezpieczniej będzie zostawić ich towarzysza w górach w pobliżu Oho. Zabiorą go wracając od Zielińskiego. Przed ostatnim wzgórzem dzielącym ich od Oho zatrzymali się w pobliżu strumyka spływającego z góry. Zsiedli na ziemię rozprostowując kości. Mag wyjął z ładowni swój plecak i pokazał go Świstogonowi. Następnie oddalił się z plecakiem i położył go w dobrze osłoniętym miejscu. Zwierzak uważnie przyglądał się występowi Maga, który usilnie go zachęcał, by usiadł na plecaku. W końcu jakby rozumiejąc intencję Żarłok przycupnął obok plecaka. Mag się ucieszył i podsunął ptakowi zwierzaka, którego upolował rano. Świstogon najwyraźniej był przekupny i chyba pojął, czego się od niego oczekuje, gdyż nie próbował nawet lecieć za fazolotem, gdy jego towarzysze oddalali się w kierunku miasta. Mag widział jak jego pupil patrzy za nimi i zrobiło mu się żal, że musi go opuścić. Wróci najszybciej jak się da. Miał nadzieję, że Świstogon wciąż będzie w tym samym miejscu.
    W niecały kwadrans dotarli do Centrum Geologii. Rozładowali robota geologicznego i udali się boczną rampą wprost do laboratorium w „lochach”. MC czekał na nich zniecierpliwiony, ale szczęśliwy, że w końcu się zjawili.
    - Nareszcie jesteście. Zespól badawczy czeka tylko na sygnał. Ponad dobę Was nie było. Już miałem wysyłać ekipę ratunkową po Was. Macie minerał?
    - Ponad dobę? Nie przesadzasz? - Ulf popchnął lekko robota w kierunku naukowca. - Jest cały Twój. Juki ma pełne minerału. To bardzo mądry robocik. Nieoceniony przy efektach pirotechnicznych.
    - Teraz Wasza kolej, - dodał Mag z uśmiechem. - Mieliśmy trochę problemów z pozyskaniem próbek, ale z pomocą Twojego pupila w końcu się udało. Sam ocenisz ich wartość.
    Naukowiec był zbyt podekscytowany perspektywą dotknięcia Quadrium własnymi rękoma, by zachować formy towarzyskie wobec zdrożonych gości. Palił się, by rozpocząć badania i każda chwila zwłoki wydawała mu się wiecznością. Obaj znali go od tej strony, więc tylko nieśmiało upomnieli się o obiecaną skrzyneczkę purpurowej nalewki. MC był tak zachwycony Quadrium, że oddał im cały swój zapas, który z trudem mogli donieść do fazolotu. Gdy wynosili prezenty od MC, w końcu korytarza mignęła im znana już postać śniadego gościa z wielkimi wąsami. Postać przez chwilę im się przyglądała, po czym zniknęła za najbliższym zakrętem.
    - W sumie to pewnie z sześć skrzynek przedniego trunku, - Mag szybko przeliczył wartość swojej części na cygara i inne dobra, bez których życie nie miałoby smaku.
    W podnieceniu MC nawet nie spytał o miejsce pochodzenia minerału. Dawało im to dodatkowych kilka dni na samodzielne badanie podziemnej budowli. Zanim MC otrząśnie się z amoku, w jaki wpadł na widok minerału, będą już daleko stąd.
    - Chętnie skorzystałbym z miejscowych przyjemności. Pub, łaźnia i parę innych drobiazgów. Przyłączysz się Mag?
    - Chyba tym razem sobie podaruję, - odparł Mag z wahaniem. - Ktoś czeka na mnie za miastem. - Nie chcę się okazać kłamcą. Obiecałem Żarłokowi, że wrócę przed zachodem słońca. Uzupełnię tylko zapasy i noc spędzę w górach. Rano wrócę po Ciebie.
    - Nie trzeba. Pożyczę rano transporter od Zielińskiego i przy okazji zasięgnę języka. Ciekaw jestem pierwszych wyników badań minerału. Czekajcie na mnie trzy godziny po wschodzie słońca.
    - Dobrze Ulf. Tylko ani słowa o…, - sam wiesz, czym.
    - Rozumiem. Nie pisnę ani słowa. W końcu, nie co dzień się odkrywa siedzibę kosmitów.
    Przy głównej ulicy Ulf wysiadł z fazolotu i udał się do pobliskiego pubu. Mag znalazł skład aprowizacyjny, w którym zafasował potrzebne zapasy, po czym bez zwłoki ruszył w góry. Miał specjalny prezent dla Żarłoka. Był bardzo ciekaw czy mu się spodoba. Po kwadransie dotarł do miejsca, gdzie rozstali się ze Świstogonem. Niestety po ptaku nie było już śladu. Również jego plecak zniknął. Jednak głupio zrobiliśmy zostawiając ptaka samemu sobie. To tylko zwierzak i pewnie nie rozumiał, dlaczego go zostawiliśmy. Może jeszcze się później zjawi jak to już się zdarzało wcześniej. Z nikłą nadzieją na odzyskanie towarzysza Mag rozłożył śpiwór pod tym samym drzewem, pod którym zostawił Świstogona i plecak. Po upolowanym zwierzaku oczywiście też nie było śladu. Pewnie go zjadł i odleciał w swoją stronę. Mag obszedł teren wokoło w poszukiwaniu plecaka. Trudno sobie wyobrazić Świstogona lecącego z plecakiem na szyi. Uśmiechnął się do swojej wizji, ale plecaka nie odnalazł. Wyłączył fazolot i wszystkie światła. W zapadającym zmierzchu jeszcze było dość widno, ale nie miał ochoty na jedzenie. Położył się na wznak na śpiworze i spojrzał w niebo poprzez korony drzew. Z drzewa, pod którym leżał bezczelnie gapiła się na niego para znajomych oczu. Mag zerwał się z miejsca i zagwizdał. Żarłok dał susa w dół i lądując o mało go nie przewrócił. W szponach trzymał plecak. Mag z radości poklepał ptaka po grzbiecie. Chyba mu się to spodobało, bo gwizdnął przeciągle dwa razy i otarł się o nogi Maga znów o mało go nie przewracając. Obaj bardzo cieszyli się ze spotkania. Mag znalazł w pobliżu sporo opadłych gałęzi, z których ułożył zgrabny kopczyk i zapalił. Wesoły ogień tańczył na jego nieogolonej twarzy. Zwierzak nie bał się ognia, co trochę dziwiło Maga, ale uznał, że on tak ma. Nadszedł wreszcie czas na podarki. Mag wstał i poszedł do fazolotu. Z luku bagażowego wyciągnął spory podłużny pakunek, który położył przed Żarłokiem. Świstogon uważnie się przyglądał, gdy Mag rozpakowywał prezent. Trochę się obawiał czy ptak będzie chciał jeść po posiłku z upolowanego zwierzaka, którego mu zostawił na pożegnanie jednak jego obawy okazały się bezpodstawne. Gdy powietrze wypełnił wspaniały zapach wędzonej ryby Żarłok prawie zarył dziobem w rozpakowany prezent, który tak wspaniale pachniał. Nie znał tego aromatu, ale było to coś, co się kocha od pierwszego razu. Świstogon mimo głodu, który czuł, nie rzucił się na jedzenie. Podreptał w pobliskie zarośla na swych szponiastych łapach i z mozołem zaczął ciągnąć coś w kierunku ogniska. Mag wstał, by pomóc zwierzakowi w jego nierównej walce, jednak został osadzony na miejscu krótkim świstem, który jasno mówił „Dam sobie radę bez Twojej pomocy!”. Mag usiadł na swoim miejscu i po paru długich chwilach Świstogon dotargał nietkniętego zwierzaka, którego mu zostawili, wprost przed oblicze Maga. Mężczyzna gwizdnął dwa razy naśladując dźwięki wydawane przez Świstogona. W odpowiedzi usłyszał jeden długi gwizd. Podstawy wzajemnego zrozumienia zostały ustalone.
    Mag sprawnie oprawił zwierzaka i umieścił nad ogniskiem, podczas gdy Żarłok z wyraźną lubością zajmował się pałaszowaniem swojego prezentu. Od czasu do czasu jeden z nich odzywał się pogwizdując na różne sposoby a drugi usiłował odpowiedzieć inteligentnie na zaczepkę. Po sutym posiłku Mag napoił swojego kompana i siebie źródlaną wodą, której mieli ogromny zapas. Ognisko przyjemnie strzelało iskrami w niebo a gdy któraś spadała Żarłok łapał ją dziobem i pogwizdywał z zadowolenia. Mag przypomniał sobie o nalewce, którą otrzymali od MC. Sięgnął po jedną z butelek, które załadowali do swojego pojazdu. Odkorkował ją i dał Świstogonowi do powąchania. Zwierzak wciągnął w nozdrza łagodny zapach alkoholu, ale raczej nie przypadł mu do gustu gdyż trącił butelkę dziobem i zajął się łapaniem iskier.
    - Trudno, - powiedział Mag i zakorkował butelkę. - Sam nie będę przecież pił. Jeszcze nie wiesz, co dobre, ale wszystko przed Tobą. Schował butelkę z nieukrywanym żalem i ułożył się do snu.
    Żarłok znudziwszy się łapaniem iskierek z dogasającego ogniska poszedł w jego ślady.
    Było ciemno, gdy Maga obudziło niejasne poczucie zagrożenia. Świstogon siedział przy jego głowie wpatrując się intensywnie w mrok nocy. Sądząc po gwiazdach była północ albo niewiele przed lub po północy. Mężczyzna wstał i obszedł okoliczne zarośla w poszukiwaniu źródła swojego przeczucia. Nigdy dotąd nie zdarzyło mu się czuć niebezpieczeństwa z taką intensywnością. Właściwie to nigdy w ogóle nie miewał przeczuć. Nie znalazłszy jednak przyczyny swojego niepokoju wrócił do śpiwora. Żarłok wciąż patrzył w kierunku miasta jakby stamtąd miało nadejść przeczuwane niebezpieczeństwo.
    Magowi prawie udało się zasnąć, gdy w mroku nocy zamajaczył punkcik światła mknący w ich kierunku z dużą prędkością. Świstogon, który wciąż czuwał gwizdnął cicho. Mag już trochę gadał w jego języku, więc szybko pojął przekaz. Usiadł i obserwował jak mały punkcik rósł w miarę zbliżania się do ich obozu. Ogień już prawie zgasł, ale parę suchych gałązek szybko przywróciło go do życia. Obaj czekali dobrze ukryci za gęstymi krzewami. Po pięciu minutach niewielki pojazd zatrzymał się przy ognisku.
    - Ulf, - Mag ucieszył się widząc kompana.
    Świstogon również zbliżył się do przybysza w podskokach, gdyż tak było mu łatwiej poruszać się po ziemi na swoich szponiastych łapach. Otrzymał w nagrodę przyjazne klepnięcie po dziobie.
    - Siedziałem w pubie w najlepsze degustując lokalne trunki, gdy poczułem dziwne mrowienie z tyłu głowy. Jakby ktoś mnie łaskotał. Pomyślałem, że to Rose pozwala sobie na taką poufałość, ale nie widziałem jej przez cały wieczór. Albo była w pracy albo pocieszyła się już jakąś niewinną ofiarą. Ignorowałem to uczucie przez kilka minut, ale nie dawało mi spokoju. Niepokój był jakby kierunkowy i nasunęły mi się obrazy z Centrum Geologii. Pub jest niedaleko, więc widziałem Centrum jak na dłoni. Nic się nie działo. Pomyślałem więc o Was i pożyczyłem od znajomego ten pojazd. Obiecałem mu, że oddam z samego rana. I tak muszę zajrzeć do Centrum, zasięgnąć języka.
    - My też nie śpimy już od prawie godziny. Nie wiem, co obudziło Żarłoka, ale ja wciąż czuję bardzo niejasno, że coś wisi w powietrzu. Dziwny zbieg okoliczności, nie sądzisz?
    Ulf podrapał się w tył głowy, gdzie wciąż czuł mrowienie, które nie chciało ustąpić.
    - Zostało nam troszkę pieczeni, więc może się poczęstujesz?
    - Nie odmówię, bo w Piranii podają tak kiepskie żarcie, że skusiłem się jedynie na koreczki serowe. Takie malutkie nic. Chętnie skorzystam z zaproszenia.
    Mag był najedzony, ale Ulf i Żarłok ze smakiem pałaszowali jeszcze ciepłe resztki z kolacji. Obaj się najedli do syta i oczy zaczęły im się kleić, jednak wszyscy trzej wciąż czuli, że coś ma się jeszcze zdarzyć. Świstogon wciąż spoglądał zmęczonymi oczami w kierunku miasta. W pewnej chwili zaczął wydawać serie krótkich jakby ostrzegawczych gwizdów i wstał ze swojego posłania z liści i gałęzi. Mag nie wiedział czy udzielił mu się nastrój ptaka czy sam też poczuł zagrożenie. Ulf już stał i patrzył na miasto położone w oddali jakby wyczuwając nadchodzące niebezpieczeństwo.
    Najpierw zobaczyli jasny błysk rozświetlający góry przed nimi a następnie łunę światła bijącą od strony miasta. Nad miastem tworzyła się ogromna kula światła, która wsysała wszystko, co znajdowało się pod nią. Wszyscy troje patrzyli na widowisko w milczeniu jak zahipnotyzowani nie wiedząc jak zareagować. Pierwszy otrząsnął się Mag.
    - Co to do cholery jest?! - Nie potrafił powiedzieć nic mądrzejszego, więc zamilkł gapiąc się na ciemniejącą kulę światła.
    Kula stawała się coraz ciemniejsza i tylko brzegi świeciły jaskrawym, białym światłem. Pod kulą był widoczny ciemny lej z ziemi, który wirując znikał w jej wnętrzu wciągany niewidzialną siłą. Pół minuty po wybuchu do uszu trzech obserwatorów dotarł niski pomruk a następnie gwałtowny grzmot spowodowany wybuchem. Zaczął wiać silny wiatr kołysząc gwałtownie koronami wysokich drzew. Wnętrze kuli rozbłysło tysiącem błyskawic przecinających ją we wszystkich kierunkach. Ponad kulą gwałtownie rosły chmury rozświetlane od spodu blaskiem bijącym z jej wnętrza. Z każdą sekundą robiły się coraz większe, by w końcu przybrać rozmiary całego miasta. Pioruny biły nieustannie już nie tylko wewnątrz kuli, ale także z chmury do ziemi nadając widowisku upiorny wygląd. Nagle kula światła zaczęła się kurczyć by po kilku sekundach zapaść się w nicość.
    Nastały ciemności. Zwolna wzrok obserwatorów przyzwyczajał się do ciemności i dostrzegli blask czerwonego ognia trawiącego obszar, gdzie jeszcze przed minutą było duże miasto. Chmura podświetlana łunami setek pożarów szalejących pod nią nabrała upiornego purpurowego blasku. Wiatr się wzmagał, ale teraz zmienił kierunek. Wiał od strony miasta niosąc duszący dym pożarów trawiących resztki zabudowań pozostałych po katastrofie. Podróżnicy usiedli przy ognisku, ale jakoś nastrój do rozmowy się nie pojawiał. Wszyscy byli pogrążeni we własnych myślach.
    - Byłem tam jeszcze godzinę temu, - zagadnął Ulf. - Wypędziło mnie z miasta to dziwne przeczucie... Gdyby nie ono już bym przeszedł do historii. Przeczucie było tak silne, że nie dało się go zignorować.
    - Żarłok był zaniepokojony już na ponad godzinę przed katastrofa. Mnie to dotknęło pół godziny później, ale było znacznie słabsze i mniej określone niż u Was. Świstogon cały czas gapił się w kierunku miasta, ale nie potrafiłem ustalić, czemu. Teraz już wiem.
    - Trzeba wrócić do miasta i poszukać ocalałych, - Ulf miał nadzieję, że ktoś ocalał.
    Mag wyjął lornetkę polową i spojrzał na pogorzelisko. Wszędzie, jak okiem sięgnąć szalały pożary i unosił się ciemny, gęsty dym. Daleko poza granicami miasta nie pozostało nic prócz spalonej ziemi. Licznik neutronów zaczął ćwierkać ostrzegając przed rosnącym promieniowaniem. Wiatr roznosił szczątki, które teraz zaczęły do nich docierać.
    - Nic tam po nas. Promieniowanie jest zbyt silne, by się tam pchać. Zabije nas w dziesięć minut. Mądrzej zrobimy, jeśli stąd się wyniesiemy zanim zaczniemy świecić. Tam już nie ma, komu pomagać.
    Ulf rozumiał Maga. Mogłoby się wydawać, że jest bez serca, ale Ulf znał towarzysza. W krytycznych sytuacjach był do bólu logiczny i konsekwentny. Żadne uczucia czy fałszywie pojęte ludzkie odruchy nie były w stanie zmienić raz podjętej decyzji. Liczyły się tylko fakty i chłodna kalkulacja szans. Taki był Mag i Ulf czasem mu zazdrościł tej zimnej, spokojnej rozwagi.
    Żarłok zaczął wykazywać oznaki niepokoju z powodu coraz bardziej duszącego powietrza, które wiatr nawiewał w ich stronę. Spakowali, więc pospiesznie sprzęty do fazolotu. Ulf ustawił swój pojazd w tryb pasywny, by podążał za fazolotem i ruszyli w kierunku prowadzącym ich jak najdalej od miasta. Wydostali się wreszcie ze strefy zagrożenia i ćwierkanie licznika neutronów ustało. Świstogon siedzący dotąd na lufie działka jonowego zręcznie przeskoczył do pojazdu, którym Ulf przyjechał gdzie miał cały wygodny fotel pasażera tylko dla siebie. Ułożył się wygodnie i zasnął.
    - Zastanawiałem się, co łączy naszą trójkę, - Mag cicho zwrócił się do usiłującego zasnąć Ulfa. - Nigdy wcześniej żaden z nas nie miewał przeczuć a zwłaszcza tego rodzaju i o takiej intensywności jak dzisiaj. Czasem podejrzewam Cię o telepatię, ale tylko w żartach. Od czasu, gdy Żarłok nam towarzyszy dzieją się rzeczy, które się wcześniej nie zdarzały. Quadrium, baza obcych, te przeczucia, no i nieszczęsne Oho, którego już nie ma. Wspólnym punktem wydaje się przeczucie. Ty i ja możemy ocenić ich jakość i natężenie, ale nie wiemy jak to Żarłok odczuwa. Czy widzi obrazy tego, co ma się zdarzyć czy tylko ma mgliste przeczucie przyszłości? Z pewnością czuł, że coś ma się wydarzyć prędzej niż Ty i ja, więc może mieć wyostrzoną percepcję.
    -Mag, wydaje mi się, że znam jeszcze kogoś z podobną przypadłością.
    - Nikt taki mi nie przychodzi na myśl.
    - Każdy, kogo znam poza jedną osobą czasem ulega drobnym wypadkom takim jak upadek, poślizgnięcie się, kolizja z drzwiami, czy choćby zacięcie się w palec przy krojeniu chleba. Przykłady można mnożyć w nieskończoność.
    - Daj spokój Ulf. Jestem zbyt zmęczony na zgadywanki.
    - Czy znasz jakiekolwiek zdarzenie losowe, które dotknęło Samirę od czasu, gdy jest na Zaxor?
    Po dłuższej chwili namysłu Mag pokręcił przecząco głową.
    - No to jest nas czworo, - Ulf tryumfował. - Co jednak powoduje, że zyskaliśmy taką wrażliwość?
    Pędzili już od ponad dwóch godzin. Ominęli Oho szerokim łukiem i podążali na północ do bliźniaczego ośrodka badawczego w miejscowości Thevion leżącego czterysta mil na zachód od Oho. Pierwotnie planowali dokonać inspekcji podążając łatwiejszym szlakiem południowym a dopiero na końcu zawadzić o Thevion, ale wiele się zmieniło od przedwczoraj. Gdyby nie zapadlisko i odkrycie Quadrium, Oho zapewne spałoby bezpiecznie tej nocy a oni byliby teraz gdzieś w Kompleksie Południowym sprawdzając produkcję uzbrojenia dla jednostek Alef. Żaden z nich nie miał wątpliwości, czemu Oho spotkał taki los. Może w Thevion będą mogli bliżej określić, co się wydarzyło w Oho. Te dwa ośrodki ściśle współpracowały ze sobą i przeprowadzały różne eksperymenty wspólnie lub jeden ośrodek dublował drugi podczas szczególnie trudnych badań. Niewykluczone, że tym razem również tak było i przynajmniej część danych znalazła się w zasobach ośrodka w Thevion zanim wydarzenia przybrały fatalny obrót. Jeśli nie wydarzy się już nic więcej powinni dotrzeć do celu podróży przed świtem. Fazolot kołysał delikatnie pokonując kolejne zbocza. Mag z przyzwyczajenia, co jakiś czas sprawdzał wskaźniki i kontrolki na desce rozdzielczej. Spojrzał na swój zegarek na ręku, by sprawdzić czas. Coś go jednak zastanowiło. Myślał nad czymś przez dłuższa chwilę. Jeszcze raz spojrzał na wskazania czasomierza fazolotu i na swój chronometr.
    - Ulf, jaką mamy dzisiaj datę? - Spytał na wpół śpiącego towarzysza.
    - Siedemnastego. Pośpij zamiast zadawać pytania. Mieliśmy ciężki dzień a jutro pewnie będzie jeszcze gorzej, - Ulf ziewnął przeciągle na potwierdzenie prawdziwości swoich słów.
    - Ktoś musiał przestawić datę w fazolocie. Wskazuje osiemnastego zamiast siedemnastego.
    - Jak to przestawił? - Oburzył się Ulf. - Tego nie da się przestawić. - To jest zegar atomowy. Nie wiem, co go synchronizuje, ale ponoć jest zawsze idealnie dokładny. Nie zdarzyło się by pokazywał błędny czas. Albo pokazuje dobrze albo wcale, kiedy jest zepsuty.
    - No to ten jest trochę zepsuty, bo pokazuje niewłaściwą datę.
    - Skoro tak mówisz, - Ulf zgodził się byle móc choć trochę wreszcie pospać.
    Mag łagodnie zatrzymał wehikuł. Pojazd Ulfa, w którym obecnie spał Żarłok również się zatrzymał. Mag wyszedł z fazolotu i podszedł cicho do drugiego pojazdu. Świstogon spał smacznie z dziobem schowanym pod skrzydło. Mag spojrzał ostrożnie na deskę rozdzielczą. Wrócił do fazolotu i przez dłuższą chwilę milczał. Sięgnął do schowka, z którego wydobył holorejestrator. Włączył go i po chwili w powietrzu przed jego twarzą ukazał się obraz tego, co ostatnio urządzenie zarejestrowało. U dołu ekranu widoczny był znacznik czasu. Mag wyłączył urządzenie i umieścił w schowku. Zgasił światła pojazdu i spokojnie zasnął.
  • #17
    yego666
    Level 32  
    ============== Odcinek 7 ================

    GABRIEL
    Cichy szmer wyrwał Khana ze snu. Właściwie już sam się budził, bo Słońce już wstawało, ale chciał jeszcze chwilę poleżeć. Jego wyostrzone zmysły wyczuły czyjąś obecność przed drzwiami wejściowymi. Ktoś tam stał, ale Khan nie wyczuł złych intencji u swojego niespodziewanego gościa.
    - Trifortium ma swoje zalety. - Wyczuwał to, co ma się stać z dużym wyprzedzeniem.
    Mógł sobie zainstalować dzwonek, ale nie lubił tych wszystkich urządzeń niby ułatwiających życie, ale zwykle innym, nie właścicielowi. Nie miał też wszczepionego komunikatora, tylko korzystał z zewnętrznego prawie już nieużywanego przez kogokolwiek urządzenia. Mógł je zawsze wyłączyć i udawać, że go nie ma, co często czynił doprowadzając tym swoich przełożonych do wściekłości. Zawsze jednak mógł zostać namierzony przy użyciu skanera Sygnatur gdziekolwiek by był w obrębie znanych czterdziestu pięciu miliardów lat świetlnych od Ziemi. Bezpieczeństwo zawsze stoi w sprzeczności z prywatnością zwłaszcza, gdy się jest na wysokim stanowisku.
    Zwlókł się powoli z hamaka i cicho podszedł do drzwi. W tym czasie jego piżama przeistoczyła się w szeroką pelerynę Gildii Protektorów. Wiedział, że budzi respekt w takim okryciu.
    Nie miał wizjera ani domofonu, bo czegóż miałby się bać będąc tym, kim był?!
    Powolnym ruchem otworzył drzwi. Dwóch rosłych tajniaków w klasycznych czarnych garniturach czekało cierpliwie aż się całkiem otworzą. Mimo, że byli znacznie postawniejsi od Khana, choć i on był słusznej postury, cofnęli się z nieudawanym respektem.
    Skaner pisnął dwa razy informując o potwierdzonej identyfikacji gości.
    Czegóż oni mogą chcieć tak wcześnie? Pomyślał Khan i spytał wylewnie - Czego?
    Właściwie nawet nie musiał pytać, bo po minach jego gości widać było, że nie wiedzą nic poza tym dokąd go mają zawieźć.
    Czarna służbowa limuzyna czekała przed drzwiami. Gdy wszyscy wsiedli, ruszyła z cichym pomrukiem silnika fazowego wchodzącego na wysokie obroty. Sprawa musiała być naprawdę ważna, bo wbrew przepisom pędzili ponad trzysta na godzinę w strefie a to raczej nielegalne. Szybko minęli dzielnicę mieszkalną i lądowisko dla fazolotów. Mijali pola, na których uprawiano naturalną pszenicę, łubin i inne rośliny potrzebne przemysłowi. Hodowcy zapewne również zaopatrywali się tu w naturalne produkty dla swoich zwierząt. Po kilku chwilach pojazd zatrzymał się bez najmniejszego szarpnięcia. Zawieszenie grawitacyjne ma swoje zalety.
    Khan wysiadł z wozu i nawykowo zbadał otoczenie.
    - Tu jeszcze nie byłem, - pomyślał. - Ciekawe, co mnie tu sprowadza.
    Poranne promienie Słońca oświetlały okolicę pod ostrym kątem tak, że cienie były bardzo wydłużone.
    - Proszę za mną Tuan, - odezwał się jeden z jego towarzyszy i ruszył przed siebie w kierunku niepozornej budki strażniczej, pomalowanej w skośne czerwono białe pasy.
    Obiekt skryty był prawie w całości pod ziemią. Nad powierzchnię wystawała jedynie mała budka ze strażnikiem i windą. Dalej rozciągała się wielka połać ziemi obsiana roślinnością, ogrodzona zwykłym, miejscami rdzewiejącym drucianym płotem jakby to było pastwisko albo farma.
    Przybysze weszli do windy, która na nich już czekała. Jeden z gości machnął plakietką przed nosem czujnika i ruszyli w dół. Albo się bardzo wlekli albo zmierzali do wnętrza Ziemi sądząc po długości podróży. W końcu winda zatrzymała się z cichym jękiem amortyzatorów antygrawitacyjnych. Drzwi windy otwarły się automatycznie. Khan postąpił parę kroków i zatrzymał się. Jego kompani pozostali w windzie, która właśnie ruszała w górę. Skądś znał to pomieszczenie, ale pamięć jakoś nie chciała z nim współpracować. Trzeba koniecznie wpaść po powrocie do znajomego genetykologa, by jakimiś egzorcyzmami wypędził tego Niemca, co kradnie wspomnienia dobrym ludziom.
    - Muszę się skupić, - pomyślał Khan otrząsając się z resztek senności, której nie zostawił w swojej kwaterze.
    Wysoki mężczyzna w mundurze Legionu zbliżał się do Khana szybkim krokiem.
    - To przecież Jakobs, niepoprawny miłośnik słabej lurowatej kawy. Pamiętam jak wszyscy z roku chodzili na piwo do pobliskiego pubu a Jakobs nieodmiennie raczył się rozpuszczalną kawą bez promili. Jakoś nigdy nie tęskniłem za tym lizusowatym sztywniakiem, - Khanowi przemknęło przez głowę na widok mężczyzny.
    Jakobs podszedł do Khana i skłonił się z szacunkiem na powitanie.
    - Witaj Tuan, - rzekł uprzejmie.
    - Diabła bym się prędzej spodziewał, - odparł Khan nieznacznie odwzajemniając ukłon. - Jak ten kujon trafił do takiego miejsca?
    Jakobs uśmiechnął się nieznacznie i mruknął coś pod nosem niezrozumiale a potem ruszył nie oglądając się na Khana. Ten również ruszył we wskazanym kierunku.
    - Nieprzypadkiem tu jesteś Tuan. Pewnie sam byś przybył, gdybym wcześniej nie musiał Cię wezwać.
    - Nie wiem, jakiego mnie pamiętasz ze szkoły, - Khan warknął ostrzegawczo, - ale na pewno idiotą nie byłem, więc oszczędź mi tych dyrdymałów i oświeć mnie komu przeszkadzał mój sen. Bo raczej nie sądzę byś Ty tu był głównym bacą.
    - Wybacz poufałość, Tuan, ale sądziłem, - Jakobs zmiarkował, że nie gada z równym sobie. - W końcu dawno się nie widzieliśmy. No, ale do rzeczy.
    Właśnie doszli do ciężkich pancernych drzwi, które ustąpiły pod autorytetem plakietki Jakobsa. Weszli do dużej hali, która przypominała bunkier. Ściany wyłożone zbrojonymi płytami ceramitu w kolorze ceglastym, sufit wysoko sklepiony w kształcie kopuły i twarda podłoga zapewne również z ceramitu tyle, że czarnego koloru. Wokół pomieszczenia rozmieszczone były deflektory czasoprzestrzeni i generatory fazowe. Środek hali zajmowała skrząca się rożnymi odcieniami chityny sferyczna bariera pola ochronnego. Bariera podświetlała pomieszczenie swoim dyskretnym, tajemniczym blaskiem, stwarzając atmosferę nadprzyrodzonej mocy.
    - Bariera w środku budynku? - Khan stanął i spojrzał na Jakobsa pytająco. - Co wy tu trzymacie?
    Jego błękitna twarz wyrażała zaciekawienie.
    - Oto i diabeł, którego się słusznie spodziewałeś, Tuan, - Jakobs wskazał ruchem głowy granatowy obiekt w kształcie walca spoczywający nieruchomo pośrodku bariery ochronnej. Przez chwilę Khan sondował obiekt, po czym cofnął się o dwa kroki.
    - Wiesz, co oni potrafią? - Spytał retorycznie. - Lepiej, by ta bariera była solidna. Morfy potrafią nie tylko zmieniać formę, ale także teleportować się oraz doskonale posługiwać telekinezą.
    - Znam ryzyko. To wzmocniona bariera. Nie da się przez nią nic zrobić. Pole tachionowe nie przenika do środka, więc „cuda” nie działają, - głos Jakobsa był o kilka tonów niższy, jakby bariera była ustawiona przynajmniej na sto G. - Trzysta G powstrzyma nawet takiego Aniołka jak ten tu okaz, - ciągnął Jakobs.
    - Pojmaliśmy go przypadkiem podczas próby inwigilacji naszego napędu fazowego. Biedak utknął w polu zerowym i mogliśmy go związać jak barana. Inteligencja z pewnością nie jest ich mocną stroną.
    Obiekt nagle się poruszył. Stał się całkiem biały, by zwolna przeistoczyć się w postać człowieka ze skrzydłami tyle, że miał ze dwa metry wzrostu. Nad głową lśniła obręcz skrząca się złocistymi refleksami. Spojrzał na nowoprzybyłych swymi gorejącymi ślepiami i bez ostrzeżenia runął w ich kierunku. Khan i Jakobs cofnęli się odruchowo, choć doskonale wiedzieli, co się stanie. Istota odbiła się od bariery jak piłka od ściany i runęła na podłogę z głośnym hukiem. Gdyby nie bariera poczuliby swąd pieczonych skrzydełek. Stwór oddychał z trudem. Obręcz nad jego głową jakby trochę przygasła. Kolizja z barierą powaliłaby z łatwością dinozaura a co dopiero takiego mikruska.
    - Nie potrafią korzystać z energii zerowej, dlatego szybko się wyczerpują, - Jakobs podszedł do konsoli i włączył przycisk interkomu.
    - Wstawaj złośliwy furiacie. Wiem, że stać Cię na więcej a siły zachowaj na później. Przyprowadziłem kogoś, z kim zechcesz zapewne pogadać. Właśnie wrócił z układu Gallusa.
    Stwór z trudem uniósł się na kolana i spojrzał na mężczyzn. Jego gorejące oczy jakby trochę ściemniały i miały mniej upiorny wygląd.
    - Konsul Khan, - Stwór wycedził głębokim dudniącym głosem. Patrzył chwilę świdrując przybyłych swoimi wielkimi oczyskami. Khan spokojnie przyglądał się stworowi zza bariery ochronnej.
    - Masz szczęście, - sapnął Stwór, - że stoisz po tamtej stronie bariery, bo bym Cię rozszarpał za to, co zrobiłeś w układzie Myog.
    - Nie pochlebiaj sobie za bardzo, - Khan rzucił wyzywająco. - Wtedy to Wy zmusiliście nas do użycia deflektorów fazowych. Doskonale o tym wiesz, więc oszczędź mi swojej taniej propagandy. Nie ma tu wiernych, którzy by wysłuchiwali twoich bredni na kolanach. Za barierą jesteś nie dla mojego a dla swojego bezpieczeństwa. Z tego, co pamiętam, to Ty ostatnio uciekałeś a nie ja, więc skąd ta pewność, że dałbyś radę mnie rozszarpać? Zamknij się teraz i daj pomyśleć. - Khan warknął ostrzegawczo w kierunku Anioła.
    Stwór stanął z trudem na nogi i rozwinął swoje okazałe skrzydła.
    - Nie zastraszysz mnie, - Stwór zaśmiał się szyderczo. - Byłem tu w czasach, gdy Twoja rasa skakała jeszcze po drzewach. Cóż możesz mi zrobić swoim słabym umysłem, Człowieku?!
    - Zapominasz gdzie jesteś, - Khan cicho zwrócił się do pyskatego stwora. - Twoja rasa jest już historią a Twój los jest mi zupełnie obojętny. Zachowam jedno z Twoich piór na pamiątkę. Będzie to Twoja ostatnia szansa na wieczne życie. Gdyby nie wasza buta i rewizjonistyczne przywództwo, sprawy miałyby się zupełnie inaczej. Mieliście szansę na odbudowę własnej cywilizacji, ale nie mogliście się pogodzić ze zmianą ról. Żądza zemsty nie wyszła Wam na zdrowie. Teraz jednak mógłbyś dla odmiany zrobić, choć raz, coś dobrego dla swoich pobratymców, którzy jeszcze pozostali przy życiu. Moglibyśmy...
    - Masz bujną wyobraźnię Khan. Nikt z Tobą nie będzie nawet rozmawiał, że o współpracy już nie wspomnę, - Anioł przerwał Khanowi już całkiem spokojnym tonem. Wracała mu pewność siebie. - Zupełnie nie znasz mojej rasy. Twoi przodkowie padali przed nami na twarze i drżeli z trwogi, by nie wzbudzić naszego gniewu. Tobie też przydałoby się trochę pokory.
    - Czasy Waszej świetności już minęły, - Khan odparł spokojnie. - Średniowiecze już nie wróci. Nie odzyskacie władzy nad ciemnymi umysłami zabobonnych ludzi. Zrozum, wszystko kiedyś się kończy i tylko od Was zależy czy przetrwacie czy też znikniecie bezpowrotnie z kart historii w niesławie. Jeśli nie nastąpi zwrot, wasz koniec będzie szybki i bolesny. Nie macie już nic, czego moglibyśmy się obawiać. Nie boimy się już od wielu setek lat. Siłą nic nie wskóracie. Bezwarunkowa kapitulacja jest Waszą jedyną szansą.
    - To się jeszcze okaże człowieku małej wiary, - ożywił się Stwór. - Raz odwlekliśmy Armagedon, ale tym razem już się nie zawahamy. Legiony Niebieskie zetrą Waszą nędzną cywilizację na proch.
    Khan spoważniał.
    - Marzysz na jawie. Wojna Robotów już się nie powtórzy a Was jest zaledwie garstka i nie macie już nic. Miałeś szansę, której nie powinieneś był się spodziewać a i ją zmarnowałeś. Jesteście zaślepieni i niereformowalni. Zasługujecie na zapomnienie za to coście uczynili.
    - Jakobs, - Khan rzucił przez ramię, - Opuść barierę grawitacyjną.
    - Odmawiam, - Jakobs pisnął przerażony. - Stwór ucieknie a mnie powieszą za zdradę i jeszcze nas pozabija na odchodnym.
    Khan uniósł rękę w kierunku konsoli sterującej. Jakobs dopiero teraz spostrzegł Lancę Tachionową w ręku Khana. Khan powoli opuścił rękę na przycisk blokady pola. Kopuła bariery ochronnej zaczęła zanikać powoli od dołu, by nagle całkowicie zgasnąć nie pozostawiając śladu po skrzących się ścianach. Jakobs patrzył na to, co się działo okrągłymi ze strachu oczyma.
    - Nie możesz, - Jakobs jęknął cicho.
    Pole zniknęło już zupełnie. Anioł wydawał się równie zaskoczony, co Jakobs, ale chyba szybciej myślał. Zwinął skrzydła błyskawicznie i zniknął. Oczy Jakobsa zaokrągliły się ze strachu. Jego obawy się spełniły a Khan chyba zupełnie zwariował.
    Khan doskonale jednak wiedział, co robi. Przez barierę nie mógł sondować mózgu Morfa. Blokada pola działa w dwie strony. Przez kilka sekund nie działo się zupełnie nic. Jakobs nie zdążył jeszcze zamknąć otwartych z przerażenia ust, gdy pod sklepieniem hali pojawił się połyskujący punkt. Przez chwilę trwał bez ruchu, po czym szybko przeistoczył się w znajomą postać zbiegłego Anioła. Khan trzymał go w żelaznym uścisku swojej woli. Walcząc z grawitacją Morf desperacko machał skrzydłami przemieniając się w różne postaci, którymi zapewne kiedyś był. Jakobs nie mógł uwierzyć własnym oczom. Jego więzień wrócił, ale bynajmniej nie z własnej woli. Po kilku długich chwilach heroicznych zmagań z Khanem Stwór wrócił do postaci białego anioła i wyczerpany runął na podłogę z łoskotem. Jakobs usłyszał głuchy chrzęst łamanych kości. Chyba wszystkie były pogruchotane od impetu, z jakim Anioł uderzył w ceramitową posadzkę.
    Khan zamknął oczy i przez chwilę wyglądał jakby zasnął. Przyswajał błyskawicznie tysiące lat historii rasy Morfów ulatujące z głowy zdychającego w męczarniach Stwora. Morf poruszył się konwulsyjnie a następnie zacisnął powieki z wyrazem rozpaczy na swej gładkiej twarzy. Stwór skurczył się i stracił cały blask majestatu, który od niego dotąd emanował.
    Khan stał bez ruchu jeszcze przez chwilę, po czym otworzył oczy i podszedł powoli do Morfa. Gdyby Jakobs nie był zajęty walką ze swoim strachem dostrzegłby, że Khan w nieuchwytny sposób postarzał się o wiele lat. Na jego twarzy nie gościł wyraz tryumfu tylko bezwzględnej siły zdolnej unicestwić każdego, kto stanąłby mu na drodze. Bezceremonialnie złapał skrzydło bezwładnego Morfa i wyrwał najokazalsze pióro. Odwrócił się i nie zaszczycając Jakobsa spojrzeniem wyszedł przez drzwi, którymi wcześniej wszedł do hali. Anioł przestał oddychać. Skurczył się i zapadł w sobie. W chwilę później wydał ostatnie tchnienie.
    Jakobs nic z tego nie rozumiał. Jak mogło do tego dojść?! Co tu właściwie przed chwilą zaszło? Przecież odpowiada za najcenniejszego więźnia ludzkości. Chciał ruszyć za Khanem, ale nie mógł. Był jak sparaliżowany.
    Khan już wiedział, co ma zrobić. Anioł dał mu dość wskazówek, by zaorać pół wszechświata, ale ostatecznie ważne było tylko jedno miejsce, - Mictlan. Ostatni bastion istot mieniących się boskimi. Teraz nareszcie wiedział jak je odszukać.
    - W układzie Myog rozbiliśmy główne siły Niebian, ale dowództwo ukrywało się gdzie indziej. Dziwne istoty, - pomyślał. - Przez wiele tysiącleci zwodziły ludzkość tylko po to by żerować na ich DNA. Anioły nie mogły się same mnożyć, gdyż utrąciły cechy płciowe. Przez wiele pokoleń prowadziły eksperymenty nad klonowaniem, ale ostatecznie je zarzuciły i stały się „padlinożercami” ludzkiego DNA. Ich DNA było tak dalece zmodyfikowane, że poza czynieniem „cudów” nie nadawało się już do niczego innego. Można by powiedzieć, że Anioły są istotami dalece wyspecjalizowanymi, stąd nie były zdolne do cofnięcia zmian genetycznych, które same u siebie wprowadziły. Taak, mogły wiele. To, co ludzkość osiągnęła dzięki rozwojowi technologii i nauk przyrodniczych Anioły miały w genach za darmo. Mogły się teleportować na niewielkie odległości, regenerować uszkodzenia ciała i przemieszczać przedmioty siłą woli. Telepatia również leżała w ich zasięgu, ale tylko niewielu z niej mogło korzystać.
    Z pewnością Gabriel mógł, o czym Khan się właśnie przekonał. Wolał umrzeć niż zdradzić swego Pana i jego tajemnice. Niestety umarł na próżno. Khan wyssał jego mózg jak cytrynę stając się powiernikiem wszystkich tajemnic Rasy Panów. Jadąc windą w górę Khan rozmyślał nad tym, czego się właśnie dowiedział.
    Istoty Wszechmogące powinny przygotować się na najgorsze. Zasłużyły na swój los a to, co jeszcze szykowały dla ludzkości nawet Khana napawało skrajną odrazą.
    Słońce stało już wysoko na niebie oświetlając odległą panoramę miasta. Niestety nie było czasu zachwycać się pięknymi widokami. Khan wbił się bezceremonialnie do samochodu, którym przyjechał.
    - Do Kwatery Głównej, - rzucił kierowcy tonem nieznoszącym sprzeciwu.
    Limuzyna zerwała się z miejsca i pomknęła przed siebie. Khan musiał sprawdzić mnóstwo danych, które ostatnio zgromadził na misji jak też od Gabriela. Reszta dnia minęła mu pracowicie na rutynowych spotkaniach i kurtuazyjnych holokonferencjach. Nie cierpiał polityki i polityków, gdyż uważał ich za hipokrytów bez skrupułów i honoru. Gdy nastąpi czas zmian ich ostateczny koniec będzie nieunikniony.
    Po południu Khan wrócił do swojej kwatery na zasłużony odpoczynek.
    - Po ciężkim dniu należy mi się odrobina odpoczynku, - pomyślał Khan układając się wygodnie w hamaku.
    THEVION
    Mag niechętnie otworzył oczy. Żarłok siedział na sąsiednim fotelu i skubał dziobem rękaw jego kurtki. Widząc, że Mag się obudził Świstogon gwizdnął przyjaźnie i zeskoczył na ziemię porośniętą bujną trawą, sponad której widać było tylko jego głowę. Mag leniwie wysiadł z pojazdu i podszedł do uradowanego ptaka, który dumnie pilnował dwóch sporych bobro-szopów leżących nieruchomo u jego szponiastych stóp.
    - Ty chyba zawsze jesteś głodny. Ja zresztą też. Co do Ulfa to wiemy, że żadna ilość jedzenia nie jest mu straszna.
    Świstogon zagadnięty przyjaznym tonem odpowiedział głośnym, długim gwizdem i rozpostarł swoje imponujące skrzydła na całą szerokość. Teraz dopiero Mag uświadomił sobie, jak wielki ptak został ich przyjacielem.
    - Wolę Ci nie wchodzić w drogę a w każdym razie nie przed śniadaniem.
    Mag niespiesznie nazbierał gałązek i suchych liści zalegających wokół, po czym na skrawku nieporośniętej trawą ziemi ułożył z nich dość niezgrabny stos. Nad nim ustawił rożen zrobiony z kilku grubszych konarów. Oprawianie upolowanych stworzeń nie szło mu dzisiaj nadzwyczajnie, ale nie chciał jeszcze budzić Ulfa.
    - Niech sobie jeszcze pośpi chwilę, - pomyślał wielkodusznie.
    Mag potrzebował troszkę czasu, by się zastanowić w spokoju nad tym wszystkim, co się zdarzyło. Świstogon niecierpliwie podskakiwał i chodził wokół ogniska w nadziei, że przyspieszy choć trochę przygotowanie pieczystego, które tak lubi.
    Ogień wesoło huczał ogrzewając zmarzniętych obozowiczów. Poranek był chłodny, więc obaj przysunęli się blisko do ognia. Drewno równo płonęło omiatając gorącymi płomieniami oprawione stworzenia ponad nim. Mag nalał Żarłokowi wody z zapasów i sam również się napił. Miał świadomość, że źle czyni pijąc wodę o niezbadanych właściwościach, ale w pobliżu nie było żadnego innego źródła czystej wody. Po godzinie pieczyste było już gotowe i suto ociekało wytopionym tłuszczem. Każda spadająca kropla podsycała płomienie ku radości Świstogona, który wydawał się czerpać radość ze wszystkiego, co go otaczało. Mag zazdrościł mu beztroski i prostoty postrzegania otoczenia. Ten ptak był naprawdę wolny. Aromat, jaki się roztaczał wokół pieczeni obudził w końcu Ulfa, który wyskoczył zdziwiony z fazolotu i o mało nie wylądował w ognisku.
    - Mag, czemu nie jedziemy? Nie mamy przecież czasu na uczty, - gorączkował się jeszcze niecałkiem przytomny Ulf. - Musimy jak najprędzej dotrzeć do Thevion. Nie żebym odmówił dziczyzny, ale...
    - Nie denerwuj się, - Mag odparł spokojnie. - Mamy cały czas świata, więc się odpręż i rozkoszuj zwierzyną upolowaną przez naszego dobroczyńcę. Mag przyjaźnie poklepał ptaka po karku. Żarłok aż przymknął oczy z lubości i ponownie rozłożył skrzydła przeciągając się w cieple płomieni.
    Ulf aż gwizdnął z podziwu widząc ten pokaz ptasiego majestatu. Świstogon przez chwilę się zastanawiał nad czymś, po czym dokładnie powtórzył gwizd, jakim Ulf wyraził swój podziw dla jego okazałej postury.
    - Mam przeczucie, że jeszcze nie raz nas zaskoczy. Wracając jednak do tego, co powiedziałeś...
    - Pamiętasz, jak w nocy pytałem Cię o datę? Wyobraź sobie, że nasz... - Mag wytłumaczył Ulfowi naturę swojego odkrycia i streścił mu teorię, nad którą od rana rozmyślał.
    - A co jeśli jednak okaże się fałszywa? - Ulf nie był jednak przekonany.
    - Jedyne, co ryzykujemy to jeden dzień zwłoki, co w obecnym stanie rzeczy nie ma już wielkiego znaczenia, jednak, jeśli się uda możemy nie tylko ocalić Oho... Wyobraź sobie zakres zastosowań.
    - Mag, wydaje mi się, że skoro dzień czy dwa nie czynią nam absolutnie żadnej różnicy dobrze byłoby sprawdzić jednak, co wiedzą w Thevion. Może do czegoś nam się przyda ta wiedza.
    - Racja Ulf. Nie pomyślałem o tym. Do Thevion wiedzie prosta droga, więc powinniśmy tam dotrzeć około południa, jeśli popędzimy nasze rumaki.
    Czas już był spożyć dziczyznę, gdyż skwiercząc nad ogniem uparcie dopominała się uwagi zgromadzonych. Świstogon również zaczął się niecierpliwić. Podzielili, więc mięso na trzy nierówne części i spożyli je w ciszy. Żarłok, mimo iż otrzymał największą porcję, zjadł ją pierwszy i domagał się ostentacyjnie dokładki. Pustym już talerzem postukiwał o pobliski kamień czyniąc tym tyle hałasu, że Ulf pospiesznie wstał i odebrał talerz niesfornemu zwierzakowi. Nałożył mu sporą dokładkę i postawił talerz tuż przed dziobem głodomora. Mimo, że dokładka była raczej spora, szybko podzieliła los głównego dania.
    Słońce wspinało się powoli po niebie, ale poranek był jeszcze młody. Wypoczęci i najedzeni mogli ruszyć w dalszą drogę. Zebrali, więc talerze i schowali pozostałe po uczcie mięso na później. Rozsiadłszy się wygodnie w pojazdach ruszyli w drogę do Thevion.
    Góry się już kończyły i przed podróżnikami rozpościerał się krajobraz rozległej wyżyny pokrytej z rzadka niewysokimi wzgórzami o łagodnych stokach. Od Thevion dzieliło ich trochę więcej niż trzysta mil. Fazolot przyspieszył i pędzili teraz na północ, prosto do miasta rozrywek.
    Po trzech godzinach niczym niezakłóconej podróży dotarli do południowych granic miasta. Mag wprowadził pojazd na stok wzgórza leżącego pięć mil przed miastem. Nie mogli zabrać Żarłoka ze sobą, więc Mag wyciągnął swój plecak i położył wśród krzewów tak, że był niewidoczny nawet z bliska. Świstogon wyraźnie zmarkotniał, ale podreptał do plecaka wiedząc, co to oznacza. Ulf rozpakował prawie całego Bobro-Szopa, który został im ze śniadania i położył na folii aluminiowej przed ptakiem. Najwyraźniej poprawiło to humor Świstogonowi, bo radośnie gwizdnął, gdy się oddalali w kierunku miasta. Mag pomachał na pożegnanie i zniknęli za wzniesieniem.
    Thevion było dużym - jak na lokalne standardy - miastem. Miało nawet własny teatr i filharmonię nie mówiąc o kilkunastu pubach, które były czynne nawet w nocy. Szerokie bulwary tworzyły wielkomiejską atmosferę. Wzdłuż nich stały niewysokie domy mieszkalne. Partery niektórych z nich pełniły funkcje sklepów oferując najróżniejsze towary widoczne w oknach wystaw. Ludzie powoli snuli się po ulicach nie zwracając uwagi na przepływający fazolot. Większość poruszała się pieszo, tylko gdzieniegdzie były zaparkowane pojazdy przypominające motocykle bez kół. Minęli też dwa czy trzy rowery, które od ponad tysiąclecia cieszyły się niesłabnącym powodzeniem wśród miłośników staroci.
    Fazolot skręcił w boczną uliczkę prowadzącą pod górę. Potem jeszcze raz skręcili i wjechali w tunel wykuty w zboczu niewysokiego wzniesienia. Na końcu tunelu zamiast wylotu znajdowała się brama wjazdowa Ośrodka Badawczego. Brama była otwarta na oścież, więc wjechali dalej aż dotarli do podziemnego parkingu. Zaparkowali fazolot na jednym z wielu wolnych miejsc i udali się do windy. Musieli zjechać kilka kondygnacji w dół, by dostać się do głównego hallu. Wysiedli z windy i znaleźli się w dość dużym pomieszczeniu przypominającym średniowieczny meczet lub katedrę. Ściany były wykonane z jakiegoś rodzaju piaskowca. Podłoga była wyłożona płytami z podobnego materiału tylko pokrytego glazurą. Wszystko sprawiało wrażenie czystego i zadbanego. Przez hall przechodzili ludzie w rozmaitych kierunkach. Byli różnokolorowi, ale jeden kolor był wśród nich prawie zupełnie nieobecny. Tylko jeden człowiek, który ich minął miał skórę koloru niebieskiego.
    - Ziemniak, - Ulf patrzył za nim przez chwilę dopóki jego wzroku nie przyciągnęła zgrabna kobieta o ciemnej karnacji. Biały fartuch podkreślał jej śniadą cerę i zgrabną figurę. Pewnie miała ze sto lat, ale nieźle się prezentowała.
    - Tu Zaxor do Ulfa, - Mag trąbił rozbawiony wprost do ucha kolegi. - Poziom laboratoriów. Tam musi być jakaś cywilizacja. Rusz się wielkoludzie. Mamy ważne sprawy do załatwienia.
  • #18
    yego666
    Level 32  
    ============== Odcinek 8 ================

    Zjechali jeszcze niżej i poszli prostym korytarzem w jedynym możliwym kierunku. Po stu krokach dotarli do laboratoriów. Przez przeszklone drzwi widać było wnętrze sterowni bloku akceleratorów. Dziesiątki ekranów ukazywały najrozmaitsze informacje, które obserwowało z uwagą wiele par oczu. Mag otworzył powoli drzwi i weszli do środka. Nikt z obecnych nie zwrócił na wchodzących najmniejszej uwagi.
    - Dzień dobry, - Mag powitał wszystkich uprzejmie.
    - Witaj Mag, witaj Ulf, - młoda, elegancka kobieta wstała od biurka i podeszła do przybyszów. - Valeria jest u siebie i pewnie chętnie Was przyjmie, - kobieta uśmiechnęła się tajemniczo i poprowadziła gości do gabinetu szefowej przez całe pomieszczenie sterowni.
    Weszli do gabinetu gdzie tyłem do wejścia siedziała postać drobnej kobiety. Gabinet był skromnie urządzony. Na ścianie widniał gustownie wykonany gobelin przedstawiający scenę z bitwy w układzie Myog. Dwa okręty klasy Rex strzelające do wielkiego okrętu z namalowanym na burtach wielkim okiem w romboidalnej oprawie. Scena umieszczona była na tle jądra galaktyki i otaczających ją pierścieni gwiazd.
    Kobieta o niezatartych jeszcze śladach orientalnej urody odwróciła się w fotelu i zdziwionym wzrokiem omiotła gości.
    - Mag, Ulf, witam. Co Was sprowadza w nasze niskie progi? - Zapytała szczerze zdziwiona. - Ostatnio rozmawiałam o Was z MC wczoraj wieczorem. Twierdził, że jesteście w Oho. Cóż więc sprawiło, że w nocy przejechaliście taki szmat drogi z Oho do Thevion?
    - To Wy tu nic nie wiecie? Żadne wieści z Oho do Was nie dotarły? - Mag powiedział ze zdziwieniem w głosie.
    - A i owszem. MC wspominał, że otrzymał od Was próbki jakiegoś rzadkiego minerału i że poszliście do miasta się odświeżyć po jakiejś wyprawie. Był bardzo podekscytowany i prosił, byśmy zestawili telekonferencję z jego zespołem, bo chcieli omówić eksperymenty, które zamierzali wykonać po oczyszczeniu minerału. Niestety, jakaś stacja przekaźnikowa chyba została uszkodzona, bo od tego czasu nie mamy kontaktu z Oho. Bardzo jestem ciekawa, co mu podarowaliście.
    Mag się zorientował, że nikt jeszcze nie wie o katastrofie w Oho. Zaxor nie ma żadnego globalnego systemu informacyjnego, który mógłby wykryć takie zdarzenie i przekazać wiadomość. Uzmysłowiło mu to wady założeń przyjętych wiele lat temu, gdy planowano infrastrukturę planety. Czy był, zatem sens wtajemniczać kogokolwiek w zdarzenia, które... Jeszcze będzie na to czas.
    - Valerio, chciałem Cię prosić o wypożyczenie kilku urządzeń, które przydałyby się nam do pewnego przedsięwzięcia.
    - Niech zgadnę, - Valeria uśmiechnęła się ze zrozumieniem. - Czy na liście tych urządzeń znajduje się pewien niebieski astrofizyk?
    - Organizujemy mała wyprawę, która może okazać się dość interesująca i rzeczywiście przydałaby nam się fachowa pomoc.
    - To chyba dość pilna wyprawa skoro w nocy jechaliście z Oho. Dobrze, zgadzam się, ale nie za darmo.
    Mag sięgnął do plecaka Ulfa i wydobył z niego podłużne zawiniątko w kształcie walca. Postawił je ostrożnie na biurku Valerii.
    - Tylko ostrożnie, bo jest w fazie beta testów i może być niestabilne, - uśmiechnął się porozumiewawczo.
    - Jeszcze żadna łapówka od Ciebie nie okazała się wystarczająco silna by mnie pokonać, - Valeria odwinęła ostrożnie zawiniątko i przez dłuższą chwilę podziwiała piękny purpurowy kolor trunku znajdującego się w butelce. - Powiadomię...
    - Nie, nie trzeba, - wiemy gdzie szukać zapasów. - Dzięki Valerio. Na Ciebie zawsze można liczyć. Oddamy wszystko w idealnym stanie jak zawsze.
    - Mojego astrofizyka również? - Valeria uśmiechnęła się znacząco. - Będzie mi wkrótce potrzebny.
    Ulf był nieco zaskoczony obrotem spraw, ale znał już Maga bardzo długo i wiedział, że wszystko u niego ma zawsze jakiś cel. Czasem bardzo nieoczywisty, ale dobrze przemyślany. Nie odzywał się więc, tylko czasem skinieniem głowy nieznacznie przytakiwał.
    - Pozdrowienia dla Górala, - Mag ukłonił się dworsko i wyszedł zabierając Ulfa ze sobą.
    - Kto to jest Góral? - Ulf spytał zaciekawiony.
    - To jej pies, - Mag oświecił towarzysza. - Valeria lubi zwierzęta.
    - Myślałem, że to jej mąż, - Ulf odparł. - Całkiem fajna z niej babka.
    - Niestety woli kobiety od mężczyzn, - Mag odparł z żalem w głosie. - Nie mamy u niej szans.
    Przed gabinetem Valerii natknęli się ponownie na miłą dziewczynę, która ich przywitała przy wejściu.
    - Czy wpadniesz wieczorem do Samiry? - Mag zwrócił się do dziewczyny. - Będzie mała imprezka.
    - Dziękuje za zaproszenie. Mam nadzieję, że nie będę przeszkadzać, - Emi się uśmiechnęła i spojrzawszy na Ulfa skinęła głową.
    - Zatem do zobaczenia, Emi, - Ulf rzucił wyraźnie zadowolony i niezdarnie puścił oko do kobiety.
    Kobieta odwzajemniła oko i śledziła ich wzrokiem dopóki nie wyszli z laboratorium.
    Opuściwszy laboratorium pojechali windą do działu teoretyków. Wzdłuż korytarza ciągnęły się rzędy pokoi. W niektórych siedziało po kilka osób, w innych pojedynczy naukowcy zajęci swoimi badaniami lub gapieniem się przed siebie z mądrymi minami. W końcu dotarli do gabinetu, w którym kilka osób prowadziło ożywioną dyskusję przy wielkim holoekranie, na którym widniały jakieś obiekty kosmiczne otoczone rzędami zmieniających się liczb i różnokolorowymi wykresami. Mag wsunął głowę przez lekko uchylone drzwi i słuchał przez chwilę, o czym naukowcy dyskutują.
    - Cylinder Tiplera złożony z kilku rotujących współosiowo czarnych dziur musi posiadać dwa bieguny, po jednym z każdej strony. Jeden dodatni, drugi ujemny..., - dowodził niski jegomość.
    - Polaryzacja stref chronodystorsji na biegunach może określać kierunek nachylenia osi stożków świata..., - inny usiłował przekonać pozostałych do swojej tezy.
    - Efekty chronodynamiczne będą krótkotrwałe, jeśli nie ustabilizujemy spinów czarnych dziur wystarczająco dużą energią ujemną w płaszczyźnie ich wspólnej osi obrotu, - elegancka czarnooka kobieta z długimi włosami zaplecionymi w warkocz pokazywała na obiekty ułożone w jednej linii na holoekranie.
    Mag nie wytrzymał już dłużej i wszedł do pokoju pełnego dyskutantów. Kobieta o regularnych rysach niebieskiej twarzy zastanawiała się przez chwilę czy zna tego faceta, który przeszkadza im w omawianiu planów podboju kosmosu, ale szybko pod gęstą czarną brodą rozpoznała znajome rysy rzymskiej twarzy swojego wybawcy.
    - Mag! - Podbiegła do niego i uściskała go serdecznie. - Co tu robisz? Miałeś przyjechać dopiero za tydzień po inspekcji.
    Samira zorientowała się, że nie wszyscy w pokoju znają Maga.
    - Przepraszam, - powiedziała speszona. - To jest nasz Capo di Tutti Capi, czyli Mag.
    Następnie przedstawiła Magowi każdego z obecnych. Dopełniwszy obowiązków towarzyskich wyszli na korytarz.
    - Ulf! Jakże się cieszę. Spotkałeś już Emi? Zaproszę ją do nas na wieczór.
    - Pozwoliłem sobie już to zrobić, Samiro, - Mag przyznał ze skruszoną miną. - Na dziś jesteś już wolna. Valeria się zgodziła, więc możesz już się stąd urwać.
    - Świetnie się składa, bo mam w domu sporo do zrobienia i przyda mi się pomoc, - powiedziała Samira. - Tu i tak nie mam już dziś nic ciekawego do roboty.
    - Jeszcze wstąpimy do składu sprzętu. Chcielibyśmy wziąć parę drobiazgów, - Ulf podsunął cicho.
    - Wezmę tylko swoje rzeczy i pójdziemy, - uradowana z takiego obrotu spraw Samira pobiegła do swojego gabinetu, by po chwili wrócić bez białego fartucha i z gustowną czarną torebką na ramieniu.
    - Nie masz jeszcze dość tego koloru? - Mag spytał Samirę wskazując na torebkę.
    Samira dotknęła guziczka na rączce torebki i powoli kolor czarny znikł ukazując całą zawartość torebki. Był tam grzebień, scyzoryk, latarka, metalowy pojemniczek, kawałek sznurka i jeszcze tysiąc innych rzeczy niewątpliwie niezbędnych każdej kobiecie.
    - Tak już lepiej, - roześmiał się Mag lustrując uważnie zawartość torebki. - Nie jestem jednak pewien, czy wszystkim się ten kolor spodoba.
    Samira była zadowolona ze zmiany, co było widać po wyrazie jej twarzy. Spojrzała jednak dla pewności na torebkę i wyraz samozadowolenia na jej twarzy natychmiast ustąpił miejsca zakłopotaniu. Szybko ponownie dotknęła regulatora i torebka straciła swój wyjątkowy kolor na rzecz pospolitej czerwieni.
    - Już nie tak fajnie, ale może być. Lepsze to niż poprzedni, - Mag z Ulfem wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
    W składzie sprzętu pobrali potrzebne im urządzenia i sprzęt. Platforma, na której umieścili swoje sprawunki podążała za nimi posłusznie na parking, gdzie załadowali wszystko do fazolotu. Śmieci i resztki posiłków zostały usunięte w międzyczasie przez roboty czyszczące, które także doprowadziły ich pojazd do normalnego stanu. Wprawdzie nie wyglądał jak nowy, ale przynajmniej był czysty i już nie lepił się od błota i kurzu, który do niego przylgnął przez ostatnie dwa dni.
    - Wsiadaj Samiro. Pojedziemy jeszcze po kogoś i potem już prosto do domu, - Mag wyjaśnił krótko.
    - Skoro macie jeszcze kogoś przywieźć ze sobą to lepiej po drodze do domu uzupełnię zapasy.
    - O taak, - Ulf pochwalił pomysł Samiry. - To jest bardzo dobra myśl. - Uśmiechnął się do Maga porozumiewawczo.
    - Wezmę, zatem mój „pożeracz przestrzeni” i załatwię po drodze wszystko, co trzeba, - Samira obróciła się na pięcie i tyle ją widzieli.
    - Nie jestem pewien czy to, co Samira przywiezie do domu wystarczy dla naszego przyjaciela, - Mag pokręcił głową z powątpiewaniem.
    Obaj ryknęli śmiechem aż echo poniosło po garażu.
    - Wstąpmy również po małe co nieco żeby nie było faux pas, - Ulf zgodził się z rozumowaniem szefa.
    NIEJADEK
    Ulf i Mag, jadąc po Świstogona wstąpili do sklepu na obrzeżach miasta i uzupełnili zapasy do rozsądnego poziomu. Planowali kilkudniowy wyjazd w teren, więc lepiej być odpowiednio przygotowanym.
    Świstogon już czekał na nich i z radości wskoczył na siedzenie pasażera zanim zdążyli się zatrzymać. Był zdziwiony, że tym razem nie ma dla niego prezentu, więc obszedł pojazd dookoła sprawdzając czy jego towarzysze czegoś przed nim nie ukrywają. Niestety nie znalazł nic, co mógłby uznać za podarek, więc smutny wrócił na miejsce obok plecaka i gwizdnął cicho. Ulf sięgnął do swojego plecaka i wyjął sporych rozmiarów pakunek. Rozwinął go i podszedł do smutnego zwierzaka. Poklepał go po dziobie i położył prezent na trawie. Żarłok natychmiast pojął, że nie został jednak podle zdradzony i z wdzięcznością zajął się penetrowaniem zawartości pakunku. Odkrył sporych rozmiarów połeć wędzonej szynki i ze smakiem go spałaszował na miejscu. Teraz mógł się zrewanżować. Zza pobliskiego drzewa wytargał z niejakim trudem jeszcze ciepłe ciało sporej wielkości dzika i z duma obwieścił, że też ma podarek.
    - Samira się ucieszy, bo przepada za pieczoną dziczyzną, - Mag pogłaskał Żarłoka i schował upolowane zwierzę do luku bagażowego. - Nie. Teraz nie będziemy jedli. Dopiero za pół godziny, gdy dotrzemy do domu Samiry, - powiedział do Świstogona, który najwidoczniej miał ochotę na pieczeń i wcale mu się nie podobało, że jego prezent został schowany.
    Ruszyli niespiesznie wokół miasta, by po godzinie dotrzeć do posesji ogrodzonej wysokim płotem z drzew i krzewów. Wjechali na trawiasty podjazd i zaparkowali przed szeroką frontową werandą, przez którą wchodziło się do domu. Jak się spodziewali gospodyni jeszcze nie wróciła.
    Wyładowali zbiorniki pełne źródlanej wody wprost pod drzwi szopy na tyłach posesji. Gospodyni później zdecyduje, co z nią zrobić. Dobry obyczaj nakazywał nie rządzić się w nieswoim domu, więc wszyscy rozsiedli się na werandzie i czekali. Po kilku minutach Żarłok zaczął się wiercić niespokojnie i przeniósł się z poręczy, na której siedział na gęstsze drzewo rosnące tuż przy domu, by z niego obserwować okolicę. Mag i Ulf jednocześnie poczuli, że coś się zaraz wydarzy. Wrażenie takie jak przed katastrofą w Oho. Zaniepokoiło ich to, ale Świstogon siedział już spokojnie, więc również postanowili poczekać na rozwój wydarzeń.
    Nagle wprost z nieba z niebywałą prędkością i strasznym rykiem coś zaczęło na nich spadać. Ulf sięgnął po broń i czekał w gotowości. Mag zrobił to samo i obaj patrzyli jak sporych rozmiarów sferocykl z impetem i strasznym hukiem spadł jak kamień tuż przed werandą. Spodziewali się wybuchu, więc osłonili twarze. Gdy hałas ucichł ostrożnie spojrzeli na podjazd, gdzie z wyrazem satysfakcji na swoim „pożeraczu przestrzeni” siedziała okrakiem Samira z rozwianymi włosami opadającymi na ramiona.
    - Coście się tak pochowali? Kobiety się przestraszyliście? - Samira zstąpiła z pojazdu na ziemię i podeszła bliżej.
    Było im trochę głupio, bo wciąż trzymali broń w dłoniach i z niezbyt mądrymi minami gapili się na zjawę z nieba.
    - Lubisz mocne wejścia, Sami, - Mag rzucił z niekłamanym podziwem tak dla pojazdu jak i dla jego właścicielki. - Gdzie robią takie piekielne machiny? Też bym taką chciał. Podróż przez kontynent zabrałaby ledwie parę godzin.
    - Przerobiłam moduł anty-G i wymieniłam cewki EM na sondy zerowe. Rozwija cztery i pół macha z włączonymi osłonami. Bez osłon nie wiem, bo nie sprawdzałam, ale sądzę, że w wersji cabrio lepiej nie próbować. Sterownik napędu też musiałam przerobić, bo oryginalny reagował poprawnie do trzystu mil na godzinę. Przy takim manewrze jak ten przed chwilą, nie dałby rady wyhamować na czas.
    - Jestem pod wrażeniem, - Ulf przyznał z podziwem. - Przydałby nam się taki pojazd, zwłaszcza ostatnio.
    - Nie widzę problemu. Mam wszystkie potrzebne podzespoły w warsztacie. Możecie przerobić swoje pojazdy nawet dzisiaj, ale sądzę, że to może poczekać do jutra, gdyż wszyscy mamy sporo do nadrobienia.
    W tym momencie z drzewa jak grom spadł w kierunku Samiry Świstogon z rozwartym dziobem, z którego wydobywał się przeciągły dźwięk jak gwizd maszyny parowej. Stwór wylądował na krawędzi owiewki sferocykla i gwizdał głośno machając skrzydłami.
    - Niejadek? - Samira podbiegła do Świstogona przytulając go mocno. - Co Ty tu robisz? Taki kawał drogi od chatki sam przebyłeś!
    - Nie bójcie się. On nic Wam nie zrobi, - Dziewczyna zasłoniła sobą Świstogona chroniąc swoich gości przed potencjalnym atakiem.
    Nic takiego jednak nie nastąpiło. Ku jej ogromnemu zdziwieniu mężczyźni pokładali się ze śmiechu na werandzie. Nic z tego nie rozumiała. Powinna była wyczuć niebezpieczeństwo z wyprzedzeniem, ale tym razem wyczucie ją zawiodło.
    - Czy stało się coś, o czym nie wiem?! - Krzyknęła poirytowana przekrzykując ich histeryczny śmiech.
    Minęła dobra minuta nim mężczyźni się trochę uspokoili, ale gdy tylko spojrzeli na Żarłoka przymilającego się do Samiry wybuchali śmiechem na nowo. Gdy już nie mieli więcej sił, usiedli na deskach werandy i tylko patrzyli z rozbawieniem. Dziewczyna miała już tego dość i wyraźnie nadąsana zażądała stanowczo wyjaśnień, jednak mimo szczerych chęci żaden z nich nie był w stanie wydobyć z siebie ani słowa.
    - Niejadek! A to ci dopiero, - Mag wskazał palcem na Żarłoka i ponownie wybuchnął śmiechem.
    Panowie od dawna podejrzewali, że Świstogon miał coś wspólnego z Uzim i Samirą, bo zbyt łatwo do nich się przykolegował. Dzikie zwierzęta potrzebują dużo więcej czasu, by dojść do takiej poufałości. Nie zdziwiła ich, więc za bardzo ich zażyłość. Spodziewali się czegoś w tym guście, ale żaden z nich nie przypuszczał, że czeka ich aż taka niespodzianka.
    Po jakimś czasie wszyscy już się uspokoili i opowiedzieli historie ich znajomości z Niejadkiem, znanym także pod kryptonimem „Żarłok”. Śmiechu było przy tym, co niemiara, tylko Świstogon zdawał się być obojętny na opowiadane historie. Ożywił się dopiero, gdy Ulf wydobył z fazolotu spory kawał wędzonej ryby, którą wcześniej zdobyli dla niego w sklepie. Jak się spodziewali ryba starczyła Żarłokowi na pięć minut, ale wyraźnie poprawiła mu humor. Przechadzał się wokoło werandy poznając dom swojej Pani.
    - Gdzież moje maniery! - Samira wstała i zaprosiła gości do domu, jednak wszyscy woleli pozostać na werandzie, gdzie słońce przyjemnie grzało a wiatr delikatnie poruszał koronami drzew.
    Powoli zbliżało się południe. Wszyscy chętnie zgodzili się spożyć posiłek przed domem. Samira wydała stosowne polecenia większej wersji Uziego. Robot sprawnie zajął się przygotowaniami i w kwadrans później wykwintne dania zaczęły pojawiać się na stole. Początkowo Samira nie wiedziała czy Żarłok będzie jeszcze coś jadł, ale śmiech jej gości pozbawił ją złudzeń. Żarłok siedząc na oparciu krzesła spożywał kolejną porcję zaoferowanej mu strawy.
    - Gdzie on to wszystko mieści? - Ulf zastanawiał się głośno. - Je trzy razy tyle, co ja i jakoś nie musi chodzić na siłownię. Musi mieć niesamowicie szybką przemianę materii.
    - Gdy go poznałam nie chciał prawie nic jeść. Znikał jednak często na długie godziny. Uznałam, że nie potrzebuje dużo pokarmu i stąd został Niejadkiem. Pewnie dożywiał się po kryjomu.
    Czas im mijał na opowiadaniu przebiegu wszystkich zdarzeń, które miały miejsce od ich ostatniego spotkania. Nie zauważyli nawet, że słońce chyli się ku zachodowi. Samirę szczególnie zainteresowała baza obcych spoczywająca na złożach Quadrium. Mag musiał opowiedzieć jeszcze raz każdy szczegół ich wyprawy do wnętrza bazy. Pokazał również holorejestr zawierający relację z pierwszej ręki. Samirę uderzyła scena, gdy Żarłok siedzi przy konsoli, - jak ją nazwali. Przeglądnęła kilkakrotnie zapis holo, ale nie wydawała się usatysfakcjonowana. Teoria Maga była zbyt nieprawdopodobna, choć poparta kilkoma poszlakami jak choćby niespójność datowania wydarzeń.
    - Trzeba to koniecznie sprawdzić naukowymi metodami. Jeśli się potwierdzi to będzie dopiero odkrycie. Sprzęt, który wzięliście z Ośrodka bardzo nam się przyda.
    Zaplanowali wyprawę badawczą na następny dzień. Samira dołożyła jeszcze parę urządzeń do tych, które już mieli.
    - Rano przerobimy fazolot i w godzinę będziemy przy osuwisku. Już się nie mogę doczekać jutra, - Samira cieszyła się jakby wygrała główną nagrodę na loterii.
    Przed dom cicho podtoczył się sferocykl. Zauważyli go dopiero, gdy Emi wyłączyła napęd i zsiadła z pojazdu na ziemię. Żarłok śpiący dotąd na posłaniu urządzonym mu z miękkiego materaca obudził się i wskoczył na poręcz okalająca werandę.
    Ulf podbiegł uradowany do Emi i ją przywitał serdecznie.
    - Jaki śliczny ptak, - Emi zwróciła uwagę na Świstogona uważnie lustrującego ją swoimi dużymi oczami. - Kiedyś widziałam podobnego w jakiejś starej książce. To chyba była Harpia Olbrzymia, ale miała dużo mniejszy dziób i w ogóle była o połowę mniejsza. Skąd go macie? - Zapytała ciekawie podchodząc do Świstogona.
    - Może później Was sobie przedstawię, - Ulf stanął na jej drodze. Nie był pewien, co Żarłok zrobi w takiej sytuacji, wolał więc nie ryzykować.
    Żarłok najwidoczniej wyznawał słabszą wersje starej zasady, że „przyjaciel mojego przyjaciela nie jest moim wrogiem”, bo zachowując czujność wrócił na swoje posłanie obłaskawiony chrupiącym stekiem, który pozostał po ich niedawnej uczcie.
    Wszyscy przywitali Emi i przystąpili do skromnego wieczornego poczęstunku zakrapianego trunkiem od MC i lokalnym przysmakiem przywiezionym przez Emi dla Pani domu. Emi była niezwykle towarzyską osóbką i stanowiła bogate źródło zarówno zabawnych dykteryjek jak i poważnych informacji na tematy daleko wykraczające poza jej obowiązki służbowe. Emi doskonale zdawała sobie sprawę z funkcji, jaką pełni Mag i Ulf, stąd nie miała oporów przed ujawnianiem posiadanych informacji. Nie zawsze mówiła skąd je otrzymała, ale zwykle można było zaufać ich prawdziwości.
    Słońce stało już nisko nad horyzontem zwiastując pogodną noc.
    - Mieliśmy dość męczący dzień. Chętnie bym już trochę odpoczął, - Ulf zwrócił się do Emi.
    - Oddam Wam towarzysza rano, - Emi podjęła ton Ulfa.
    - Tylko nie zaśpijcie, proszę, - napomniała ich żartobliwie Samira. - Rano wyruszamy. Ulf będzie nam bardzo potrzebny.
    - Nie martw się. Oddam go nieuszkodzonego, - Emi zaśmiała się znacząco. - Dobrej nocy i owocnej wyprawy.
    Ulf pomógł towarzyszce stanąć na nogi po zakrapianej kolacji i pożegnawszy się z gospodarzami i Żarłokiem ruszyli ku swoim pojazdom. Po chwili zniknęli za bramą wjazdową zostawiając gospodarzom zmywanie brudnych naczyń.
    Mag przeniósł posłanie Żarłoka do pokoju na pierwszym piętrze. Żarłok zażądał wymownie, by okno było otwarte i ułożył się do snu. Gospodarze poczynili niezbędne przygotowania do wyprawy, po czym również udali się do sypialni.
  • #20
    yego666
    Level 32  
    Update postu #1, gdzie dokladam nowe pdf-y czeka na akceptacje moderatora.
    Powinien sie pojawic za jakis czas.
    Nie mam na to wplywu.
    Zawsze dokladam jednoczesnie tekst i pdf.
  • #24
    khoam
    Level 39  
    @ArturAVS Żwikiewicz to taki trochę stracony, ale naprawdę duży talent pisarski jeżeli chodzi o SF. Od lat 90 nic nie publikował. Życie skopało go dość mocno. Mam jego książkę "Delirium w Tharsys".
  • #26
    yego666
    Level 32  
    ============== Odcinek 9 ================

    PROCA
    Niejasne poczucie zagrożenia wyrwało Khana ze snu. Nie próbował zasnąć na siłę, bo nic by to nie dało, ale skupił się na dziwnym odczuciu, które go obudziło. Zwykle potrafił określić źródło swoich przeczuć, ale tym razem było inaczej. Szukał punktu zaczepienia, czegoś, co już znał, ale nic takiego nie istniało. Próbował zignorować to nieznane uczucie, ale na próżno. Zwlókł się leniwie z hamaka, ale nikt nie czekał pod drzwiami. Przeskanował szybko najbliższe otoczenie i znów nic. Ani śladu, brak jakiejkolwiek wskazówki. Wrócił więc do swojego tu i teraz. Musiał zająć się pilnymi sprawami a tu kolejna zagadka. Wiedział, że sprawy pozostawione własnemu biegowi staną się trudniejsze o ile nie zabójcze. Nie chodziło o Anioły, bo one unikały obecnie ludzi jak ognia. Znał doskonale Sygnaturę Aniołów i nie pomyliłby jej z tym nowym, nieokreślonym sygnałem. Może jakaś katastrofa? Kometa? Wybuch supernowej w pobliżu? Nie, raczej nic z tych rzeczy. To były problemy, z którymi ludzkość już od dawna sobie doskonale radziła. Chodziło o coś znacznie poważniejszego. Tylko co?
    Rozmyślając tak nawet nie spostrzegł, gdy Słońce zaczęło ciekawie zaglądać do jego okien. W końcu jednak je dostrzegł i kłaniając się nisko przywitał szczerym uśmiechem. Kochał tę gwiazdę za to, że była złocista, że dawała ciepło i że była jak krewny, dla którego warto oddać życie. W całym znanym wszechświecie jest tyle gwiazd podobnych do Słońca, ale żadna z nich nigdy nie wyniańczyła życia. To niepowtarzalne zjawisko zdarzyło się tylko tu, na skromnej planecie krążącej wokół przeciętnej gwiazdy i nigdzie indziej nie licząc Aniołów oczywiście, ale to inna bajka. Nikt nie wiedział skąd się wzięły, choć istniały przypuszczenia, że ludzie i Anioły musiały posiadać wspólnego przodka w zamierzchłej przeszłości. Nikt tego nie wiedział na pewno, ale podobieństwo w budowie DNA było uderzające. Nie jest możliwe by natura stworzyła taki wzorzec więcej niż jeden raz. Pozostawało tylko dociec czy to my je, czy one nas „zasiały”. Wnosząc ze znanej historii, to One nas stworzyły, choć nikt nie chciał tego autorytatywnie przyznać. W końcu w wielu stworzonych przez siebie religiach na Ziemi zwały się Stwórcami, więc może coś na rzeczy jednak było. W czasach, gdy na Ziemi panował upiorny Hadeik, czyli jakieś cztery miliardy lat temu Anioły były już dojrzałą rasą, więc raczej to nie my byliśmy ich przodkami. Z wiedzy Gabriela wynikało, że dość niedawno dopiero wpadły na nasz trop. Od wielu milionów lat przeczesywały niezmierzone przestrzenie Wszechświata w poszukiwaniu życia aż dotarły do Drogi Mlecznej. Nie posiadały technologii skanowania podprogowego i detektorów Form, więc każdą gwiazdę musiały obejrzeć osobiście. Wyobrażam sobie jak wielu naukowców było zaangażowanych w te poszukiwania.
    Dziwne, że tak stara cywilizacja była w tak nikłym stopniu techniczna. Jedyne, co miały, to dość prymitywne komputery oparte na przestarzałej technologii półprzewodnikowej i słabo zaawansowaną technologię kosmiczną. Jakby rozwój ich cywilizacji został zamrożony w pewnym momencie.
    Od czasu zakończenia Średniowiecza ludzie osiągnęli więcej w dziedzinie techniki niż Anioły przez kilka miliardów lat. Jak to możliwe? Muszę zerknąć do archiwów Estymatora. Może wie coś istotnego na ten temat. Dawno u Niego nie byłem z wizytą towarzyską. Estymator zna tylko ogólniki zdobyte od pojmanych osobników tej rasy. Żaden z nich nie żył wystarczająco długo, by znać całą historię rasy. Najstarszy pojmany miał około dwóch milionów lat, ale wcale na tyle nie wyglądał. Swój wygląd zawdzięczał ciągłym implantom świeżego DNA pozyskanego od porwanych ludzi.
    Komunikator wyrwał Khana z zamyślenia. Sięgnął po niego. Natarczywy sygnał wwiercał się w uszy nieprzyjemnie. Wreszcie włączył komunikator. Na wyświetlaczu pojawiła się nieznana mu twarz.
    - Kierownik Ośrodka Archeologii Pozaziemskiej doktor Frank Dobs, - obcy przedstawił się z szacunkiem i niezwłocznie przeszedł do rzeczy.
    - Mam złe wieści, Tuan. Artefakt, który nam wczoraj dostarczono zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Nasze czujniki zarejestrowały jednak jego ślad fazowy. Niestety ślad kończy się w dość nieoczekiwanym miejscu. Gildia specjalizuje się w takich sprawach, więc Pan powinien dowiedzieć się o tym, co zaszło w pierwszej kolejności.
    - Czy poinformowaliście jeszcze kogoś o sytuacji? - Khan warknął. - A gdzie były zabezpieczenia? Spały, czy co?
    - Ale..., - Dobs spuścił oczy, - przecież Artefakt nie posiadał statusu TP.
    - Każdy artefakt dostarczony do Was automatycznie dostaje TP na trzy doby. Natychmiast zabezpieczcie całość swoich zasobów aż do odwołania, - Khan był wściekły. - Tyle wysiłku na marne. - Nawet nie zdążył zbadać porządnie Artefaktu. Czym w ogóle jest Artefakt skoro wszystkim na nim zależy?
    Od powrotu z układu Gallusa minęło niewiele czasu a już tyle dziwnych zdarzeń miało miejsce. Dawno nie było takiego ruchu w interesie. Coś się niewątpliwie szykuje. Wiedza Gabriela wydaje się to potwierdzać.
    - Nie ufam temu Dobsowi, - Khan pomyślał. - Wygląda na ofiarę, ale oczy ma bystre..., zbyt bystre jak na pośledniego doktorka. Zajmę się nim później, gdy będziemy wyjaśniać jak doszło do zniknięcia cennego znaleziska.
    Procedura jest jednoznaczna. Wszystko, co trafia do zasobów archeologów z wypraw ma status „Tajne/Poufne” do odwołania. Kto u diabła mógł to zmienić? Czyżby czyjaś krecia robota?
    - Dobs. Nie wiemy czy chodzi tylko o jeden czy więcej artefaktów. Jak Wam jeszcze coś zniknie to Wy również znikniecie. Jasne? - Khan uwielbiał czarny humor. Dobs chyba nie, bo nie odwzajemnił dziwnego uśmiechu, który na moment zagościł na twarzy jego rozmówcy.
    - Tak jest, Tuan! - Dobs odparł zmieszanym głosem, lecz cały czas czujnie obserwował swojego rozmówcę. Nie sprawiał wrażenia jakby się bał. Obraz nie zgadzał się z głosem.
    - Może jestem przewrażliwiony i wszędzie wietrzę podstęp, - pomyślał Khan i wyłączył komunikator.
    Ledwie, co zdobyliśmy Artefakt, ktoś go wykrada fałszując dokumenty przekazania. Gabriel posiadał wyobrażenie Artefaktu, ale nic więcej ponad świadomość jego obecności w historii Aniołów. Coś musi wiązać Anioły z Artefaktem, ale nie wiadomo, co. Gdybym wiedział, czym jest i co skrywa w swoim wnętrzu ten dziwny obiekt, pewnie jasne by się stało, kto i czemu chciał go mieć. Muszę poddać analizie wiedzę Gabriela. Może Estymator posiada więcej informacji, pomyślał Khan z nadzieją. Czas, zatem rozpocząć poszukiwania. Khan przestroił piżamę i spiesznie wyszedł z domu.
    - Do Centrum Kontroli Continuum, - Rzucił do robota kierującego gondolą.
    Gondola mknęła spokojnie poprzez jeszcze niezatłoczone zaułki miasta. Roboty sprzątające pośpiesznie uprzątały pozostałości po obchodach rocznicy zwycięstwa w układzie Myog. Confetti, resztki petard wystrzelonych na wiwat, skrawki popalonych plakatów z podobiznami Aniołów i Diabłów,...
    - Co, jak co, ale świętować lubimy. Dobrze, że chociaż troszkę się rozerwaliśmy wieczorem z Mei, - Khan pomyślał. - Dziewczyna zasłużyła na trochę przyjemności za ciężką pracę. Oficerem nie zostaje się w Gildii bez przyczyny. Pewnie dostanie jakąś blaszkę za odkrycie Artefaktu. Aha, przecież Artefakt wyparował. Prawie zapomniałem.
    W międzyczasie gondola dotarła już w pobliże Centrum. Zbliżała się do terminalu głównego, gdy Khan zauważył ruch. Berg czekał na zewnątrz przestępując niecierpliwie z nogi na nogę. Khan wyskoczył z gondoli i podszedł do Berga.
    - Wiesz już o Artefakcie? - Rzucił krótko.
    - To chyba nasz najmniejszy problem w tej chwili, - Odparł Berg. Jego twarz była prawie zielona.
    Jak widać Berg oparł się unifikacji rasowej. Ale niektórzy tak mają, że w stresie ich skóra traci zwykłą błękitną barwę. Można to skorygować, ale powszechnie uznano, że taka anomalia nie narusza zasad. Najważniejsze, że od czasu wprowadzenia unifikacji nie ma już konfliktów rasowych.
    - To znaczy? - Khan się zaniepokoił.
    - Od kilku godzin nie możemy uspokoić generatorów tachionowych. Nic nie można przyjąć ani wyekspediować. Coś blokuje pole zerowe. Dobrze, że osłony grawitacyjne mają niezależne sterowanie, bo byłoby kiepsko. Nie mielibyśmy żadnego zabezpieczenia.
    - Skanowaliście wymiary niepierwotne? Khan spytał bez entuzjazmu. Pochłonięty był myślą, że może istnieć związek między zniknięciem Artefaktu a problemami w Centrum.
    - Żadnych zmian nie zaobserwowaliśmy, - Berg odparł zdziwiony. - Czemu pytasz? Czyżbyś sugerował czyjeś celowe działania?
    Panowie skierowali się do pomieszczeń centrali zarządzania. Khan usiadł przy holoekranie i zażądał danych od Estymatora. Czekał dobrą minutę zanim dane pojawiły się na ekranie. Berg obserwował ekran z rosnącym niepokojem.
    - Spójrz, - Berg cicho rzekł do Khana. - Chyba właśnie tego szukamy.
    W górnym prawym rogu mrugały cztery małe punkciki obwiedzione czerwoną linią. Estymator zawsze wiedział, co jest istotne. Opis przy obwódce mówił wszystko. Khan powiększył ten wycinek ekranu. Cztery czarne dziury ustawione w jednej linii. Ktoś wyraźnie sobie ustawia pasjans z czarnych dziur. Najbliższa z nich znajduje się jakieś trzydzieści megaparseków stąd a pozostałe niewiele dalej.
    - Po co komu czarne dziury ustawione w jednej linii? - Khan nie był pewien, co to może oznaczać.
    Nie wyglądało to raczej na naturalny fenomen. Dwie czarne dziury blisko siebie już są niepokojące a co dopiero cztery i to w liniowym układzie przestrzennym. Kiedyś próbowano manipulować czarnymi dziurami, ale od kiedy odkryto sposób pozyskiwania niemal nieograniczonych ilości energii ze zmiany poziomów energetycznych próżni zarzucono zabawy z czarnymi dziurami o takich rozmiarach. Były trudne do okiełznania. Co innego w mikroskali. W polu fazowym można było bezpiecznie ustawiać je nawet w konfiguracje oktalne.
    - Połącz mnie z Centrum Obserwacyjnym, - Khan zażądał nachylając się do holoekranu. Po chwili na ekranie pojawiła się kudłata głowa profesora Szyszkina.
    - Khan, wielkie nieba. Dawno Cię nie widziałem. Może wpadniesz na szklaneczkę czegoś mocniejszego? - Profesor wyraźnie się ucieszył, że stary przyjaciel się odezwał.
    - Też się cieszę, Jose, że Cię widzę, - odparł Khan. - Jakoś ostatnio nie mam za wiele czasu na pielęgnację swoich kontaktów towarzyskich. Taka robota.
    Khan doskonale wiedział, że profesor Szyszkin uwielbia konwenanse i zgrabne formy toteż nigdy nie przechodził do sedna bez stosownej dozy frazesów powitalnych. Obaj zresztą świetnie się rozumieli i bawiła ich wymiana nic nieznaczących grzeczności. Profesor był człowiekiem o dość rzadkich upodobaniach. Grywał w szachy w wolnych chwilach, chadzał na piesze wycieczki w góry bez fazolotów i co najśmieszniejsze, nosił staromodne binokle na nosie. Genetyka już dawno poradziła sobie ze wszystkimi wadami, ale profesor zdawał się ignorować te dokonania twierdząc, że chce być naturalny w stu procentach. Oczywiście to tylko takie hipsterskie widzimisię, bo nikt już nie był całkiem naturalny. Wszelkie wady a nawet niedoskonałości wyglądu korygowano już przy planowaniu potomka. Nie mogło, więc być mowy o konieczności dokonywania późniejszych poprawek takiej czy innej niedoskonałości.
    - Czym mogę Ci służyć, Khan? - Profesor spytał nasyciwszy się widokiem dawno niewidzianego przyjaciela.
    - Mamy tu mały problem i chciałbym Cię prosić, byś zerknął na dane z okolic M3851. Wygląda jakby w kosmosie ktoś ustawiał sobie kręgle z czarnych dziur mierzące swoją osią prawie dokładnie w Układ Słoneczny. Zaraz Ci podeślę dane z Estymatora. Ciekaw jestem, po co komu taki sznurek paciorków.
    - Znam temat. Ponad trzydzieści lat temu oznaczyliśmy już tę grupę, - profesor odparł ściszając głos. - Od kilku godzin rejestrujemy fluktuacje pola zerowego. Estymator twierdzi, że w czasach, gdy jeszcze nie potrafiliśmy manipulować polem zerowym opracowano teorię umożliwiającą taką sztuczkę za pomocą czarnych dziur. Jeśli się ustawi kilka czarnych dziur pod sznurek to utworzą coś w rodzaju Cylindra Tiplera, na którego osi wystąpią silne anomalie pola temporalnego i grawitacyjnego oczywiście. Nikt nigdy nie sprawdził tej teorii w praktyce gdyż po odkryciu dokonanym przez Wu Shina nie było to już nikomu potrzebne. Dobrze, że podstawy teoretyczne nie zostały nigdy upublicznione, bo gdyby wpadły w niepowołane ręce mielibyśmy wojnę, jakiej świat nie widział.
    - Masz rację, - odparł Khan. - Jednak chyba tajemnica w tej kwestii przestała obowiązywać dawno temu gdyż właśnie ktoś chce nam strzelić gola z takiej właśnie procy. Oś tego układu mierzy prawie prosto w Układ Słoneczny a pole zerowe jest silnie zakłócane nie pozwalając na żadne transfery.
    - To może być konsekwencja działania procy, ale są też inne możliwe wytłumaczenia. Zaraz poddamy analizie tę anomalię, - odparł Szyszkin i wydał pośpiesznie kilka poleceń komuś poza polem widzenia kamery.
    - Dziękuję Ci Jose. Jeśli będziesz miał coś nowego bezzwłocznie daj mi znać przez przekaźnik Gildii. Nawet w środku nocy. Sprawa staje się poważna.
    Khan rozłączył się i spojrzał na analizę serwowaną przez Estymator. Animacja obejmowała czas od tygodnia do chwili obecnej. Widać było doskonale trzy czarne dziury przemieszczające się z połową prędkości światła do obecnego położenia. Maksimum natężenia fluktuacji nastąpi już wkrótce.
    - Mam nadzieję, - Khan pomyślał, - że Jose przekaże mi oszacowanie źródła i mocy tych fluktuacji w maksimum zanim zrobią nam jakąś krzywdę.
    - Słyszałeś Berg, - Khan zawiesił głos. - Wkrótce będzie tu gorąco. Czy mamy jakiś zapas mocy generatorów?
    - Na Bermudach jest identyczne Centrum, z którym możemy się synchronizować w razie potrzeby. Jak dotąd nie było takiej potrzeby. Jedynie testy były przeprowadzane jakiś czas temu. Najpierw muszę poznać oszacowania profesora Szyszkina. Potem zastanowimy się nad rekonfiguracją naszego potencjału, - Berg był wyraźnie zdenerwowany a zielony odcień wciąż nie znikał z jego pociągłej twarzy.
    Trudno się dziwić. To przecież w zasadzie cywil bez specjalnego treningu autogennego. Prefektem został tylko dlatego, że cywilowi nie można było powierzyć funkcji kierowania Centrum a Berg znał się na tym jak nikt. Khan wstał od ekranu.
    - Monitorujcie sytuację a ja muszę się jeszcze zająć jedną kwestią, - Khan spojrzał na Berga badawczo.
    - Kto ekspediował Artefakt do Dobsa? Nie otrzymałem jeszcze raportu z tego zrzutu. Pogoń, kogo trzeba Berg. Analiza może ujawnić jakieś istotne szczegóły. Niech wyślą kopię raportu także do Szyszkina. Mają tam sprzęt i ludzi a Szyszkin to najlepszy specjalista od stanów zerowych.
    - Przepraszam Khan, - Berg się sumitował niezdarnie. - Zdarzyło się tyle, że raport wyleciał mi z głowy. Od dawna nie zmrużyłem oka. A Artefakt osobiście zabezpieczyłem i odesłałem do Dobsa zaraz po Waszym odejściu. Zobacz, tu mam potwierdzenie. Berg zaprezentował holo stosownego potwierdzenia. Wysłałem to z najwyższym priorytetem P1.
    - Czy Dobs otrzymał to potwierdzenie wraz z Artefaktem? - Khan spytał kopiując pospiesznie kwit.
    - Tak. Musi mieć drugą płytkę holo z identycznym potwierdzeniem, - Berg przytaknął z przekonaniem. - Taka jest procedura.
    - Raport, Berg. Z pełną analizą stochastyczną. Nie zapomnij tym razem, - Khan przypomniał zdawkowo. - Zabezpiecz Centrum i wzmocnij pole ochronne. Nie wiemy, co jeszcze ta proca potrafi.
    Khan skinął głową na pożegnanie i wyszedł.
    WYPRAWA
    W nocy pogoda się popsuła i za sprawą chmur, które wiatr przywiał z południa padał deszcz i było raczej nieprzyjemnie. Mag wstał pierwszy i zszedł na dół do kuchni, gdzie zaskoczył go Świstogon usiłujący odkręcić sobie kran z wodą. Mag przywitał się z dwulicowym przyjacielem i nalał mu pełną miskę wody. Najwyraźniej nie była to woda źródlana, bo Żarłok spróbowawszy jej parsknął z dezaprobatą.
    - No dobrze. Też wolę to, co smaczniejsze, - Mag wyszedł z domu by wrócić po chwili ze sporym pojemnikiem wody źródlanej dla wybrednego ptaka. Opróżnił miskę i wlał w nią wodę z pojemnika.
    Świstogon przysiadł się do miski i większość wody znikła w jego dziobie zanim Mag zdążył umyć zęby i twarz.
    - Ciekawe, co jadłeś w nocy, że Cię tak suszy.
    Ptak cicho gwizdnął i wskoczył na oparcie krzesła przy stole usłyszawszy o jedzeniu. Samira również już wstała i dołączyła do towarzystwa w kuchni. Po porannych ablucjach zasiedli do śniadania.
    - Zostawimy coś Ulfowi? - Mag spytał z troską w głosie.
    - Nie sądzę, by Emi pozwoliła mu odejść bez posiłku. To nie w jej stylu. Jest do przesady gościnna zwłaszcza dla kogoś takiego jak nasz przyjaciel, - Samira uspokoiła sumienie Maga.
    Wszyscy troje spożywali śniadanie w milczeniu. Jajecznica na bekonie z grzankami smakowała wyśmienicie. Po trzeciej dokładce nawet Żarłok już nie narzekał. Ku zdziwieniu Maga, na wielkim talerzu, z którego jadł Świstogon pozostał spory kawałek niedojedzonej jajecznicy. Mag podsunął mu talerz pod dziób sądząc, że ptak nie dostrzegł jedzenia jednak ten odwrócił się ostentacyjnie na znak, że już więcej nie da rady zjeść. Był to pierwszy odnotowany przypadek, gdy Żarłok najadł się do syta.
    Wkrótce po skończonym posiłku Ulf pojawił się w drzwiach wejściowych. Wyglądał na wypoczętego, jednak, gdy poczuł zapach jajecznicy oblizał usta znacząco. Samira pojęła aluzję i kazała robotowi przygotować dodatkową porcję jajecznicy.
    Ulf jadł delektując się smakiem doskonale przyrządzonego posiłku. Żarłok przyglądał się obżarstwu Ulfa z dezaprobatą w oczach. Gdy już wszyscy się najedli, Mag wprowadził fazolot do warsztatu, gdzie miał zostać dokonany lifting jego napędu. Samira przygotowała wieczorem wszystkie potrzebne podzespoły i we trójkę przystąpili do dzieła. Nie obyło się bez problemów, ale koniec końców z pomocą palnika plazmowego i spawarki wszystko zostało zainstalowane zgodnie z planem.
    Ulf zauważył, że nikt z nich nie miał nawet najmniejszego zadrapania czy choćby otarcia, co zwykle jest nieuniknione przy pracy w warsztacie. Pozostali przyznali mu rację. Teoria jakby się potwierdzała. Mag wypchnął ulepszony pojazd na zewnątrz. Usiadł na siedzeniu kierowcy i włączył wszystkie obwody fazolotu. Ulf i Samira obserwowali go z pewnej odległości. Żarłok zajmował się męczeniem jakiegoś chwastu, który nie ustąpił mu drogi na czas.
    Napęd cicho buczał przywodząc na myśl dźwięki wydawane przez dawne silniki zasilane płynnymi paliwami kopalnymi. Mag rozejrzał się wokoło i delikatnie wcisnął pedał przyśpieszenia. Ku jego rozczarowaniu nie poczuł żadnego przyspieszenia i nawet pomyślał, że coś musieli źle zainstalować. Obrócił się do tyłu by się pożalić, lecz zamiast domu, przy którym powinien się znajdować, dostrzegł miasto oddalające się w zawrotnym tempie. Potrząsnął głową z niedowierzaniem i zdjął nogę z pedału przyspieszenia.
    - To lepsze niż bajki na dobranoc, - pomyślał i zawrócił pojazd w kierunku miasta, które majaczyło w oddali.
    Zaledwie dotykając pedałów, by znów nie wystrzelić jak rakieta dotarł do domu Samiry, gdzie go oczekiwano z niepokojem. Wylądował już całkiem gładko.
    - Trzeba wprowadzić poprawkę na dynamikę przyśpieszania. O mało nie wyleciałem w kosmos. To może być niebezpieczne. Dobrze, że żadnych drzew nie miałem po drodze.
    - Nie można tak zrobić, bo krzywa dynamiki przyśpieszania jest ściśle skorelowana z charakterystyką niwelatora przeciążeń w kokpicie. Jeśli je rozstroimy to przy gwałtownym przyśpieszaniu urwie Ci głowę. Musisz przywyknąć do takiego ustawienia. Po jednym dniu nie będziesz już narzekał, - Samira przekonywała niezadowolonego Maga. - Standardowo nawet nie montują niwelatora, bo do dwustu mil na godzinę i tak efekt jest marny a te pojazdy szybciej się nie przemieszczają. Dodatkowo masz teraz układ dynamicznego unikania kolizji w pełnym zakresie prędkości! Zadowolony?
    - Ulf, czy chcesz sprawdzić to cudo?
    Ulf chciał. Zniknął im z oczu tak samo szybko jak Mag, jednak wracając wylądował już z fasonem.
    - Jest doskonały Samiro. Nic nie trzeba regulować. Po prostu świetnie się prowadzi, - Ulf był naprawdę zachwycony.
    Samira była dumna ze swoich udoskonaleń. Posiadała rzadki talent genialnego inżyniera i wynalazcy jednocześnie.
    Zapakowali resztę niezbędnego wyposażenia do ich „superfazolotu”. Samira ustawiła swój sferocykl w tryb pasywny, by podążał za prowadzącym pojazdem, co przy prędkościach naddźwiękowych nie było prostym zadaniem.
    W sferocyklu oczywiście miejsce zajął Żarłok i nie chciał nawet słyszeć o innych opcjach. Reszta zajęła miejsca w fazolocie. Mag czasowo przekazał stery Samirze, która znacznie sprawniej radziła sobie z nowym napędem.
    - Nie zabij nas Sami. Mamy ważną misję do wypełnienia, - Mag nieśmiało zaapelował do sumienia dziewczyny.
    - Jeśli przy czterech Macha coś pójdzie nie tak, to nawet nie będziesz wiedział, że zginąłeś, - usłyszał pocieszającą odpowiedź.
    Pojazdy sterowane ręką doświadczonego pilota powoli wzniosły się ponad dach domostwa. Powoli ruszyli na południe w kierunku gór. Przyśpieszali łagodnie i jednocześnie wznosili się coraz wyżej. Gdy osiągnęli trzysta mil na godzinę osłony same się włączyły, chroniąc pasażerów przed nadmiernym pędem powietrza i hałasem.
    - Zastanawialiście się, co mogło spowodować katastrofę w Oho? - Samira spytała retorycznie. - Ja trochę nad tym myślałam, ale oczywiście nie mam nic na poparcie swoich domysłów. Sądzę, że Quadrium może wykazywać efekt masy krytycznej ujawniający się w obecności promieniowania Theta. Pamiętacie zapewne eksperyment w układzie Gallusa?
    - Tam mieliśmy jedynie Trifortium, czyli jak przypuszczamy słabe popłuczyny tego, co może Quadrium, ale nie znamy właściwości Quadrium prawie wcale, - przypomniał Ulf. - Wiemy, że zarówno Trifortium, jak Quadrium w podobny sposób, choć z różną mocą wpływają na percepcję i czas reakcji.
    - Weźmy choćby Żarłoka, - wtrącił Mag. - Najszybciej z nas wyczuł niebezpieczeństwo koło Oho. Jego talenty myśliwskie i szybkość reakcji również daleko wykraczają poza mierzalną skalę dla stworzeń jego klasy. On najdłużej z nas korzystał ze źródła wody zawierającej minerał. My piliśmy tę wodę tylko kilka razy a już efekty dają się zauważyć. Ty wprawdzie nie piłaś wody z Quadrium, ale od wielu lat korzystasz ze swoich „kosmetyków” na bazie Trifortium a efekty wszyscy znamy.
    - Jeszcze jedno, - dodał Mag po chwili namysłu. - Wszystko to mamy dzięki znikomemu kontaktowi z minerałem. Jakie zatem moce mogą drzemać w jego skoncentrowanej postaci?
    - Baza Obcych jest wybudowana na wielkich pokładach Quadrium, co zapewne nie jest tylko zbiegiem okoliczności, - dodał Ulf. - Moc zaklęta w minerale może nas jeszcze zaskoczyć, tak jak tych z Oho. Daliśmy Zielińskiemu sporo tej szarej substancji, ale nie wiemy, co z nią robił. Przecież nawet nie zrobili konferencji z naukowcami z Thevion, gdy ich wessało do świetlistej kuli.
    - Należy, zatem założyć, że katastrofa nastąpiła raczej przypadkiem niż na skutek jakiegoś eksperymentu. Nie mieli przecież dość czasu by przygotować jakiekolwiek testy od czasu otrzymania minerału do katastrofy. Robię w tym fachu od osiemnastu lat i wiem, że cykl przygotowania nawet najprostszych testów tego typu to długie tygodnie planowania, konsultacji i prób „na sucho”. Zanim się dopuści testy, trzeba zgody wszystkich gremiów naukowych zainteresowanych wynikami.
    - Mamy, zatem jeszcze jeden powód, by uruchomić machinę czasu w bazie obcych.
    - Może translatory semantyczne pomogą nam zrozumieć znaczenie tego, co „konsola” pokazuje. Macie przecież nagranie ze zdarzenia, gdy Żarłok siadł przed konsola. Może uda się odszukać odbicie tego, co wtedy było na wyświetlaczach. Działając na ślepo możemy zaprzepaścić szansę na uratowanie Oho. Szkoda, że nie wpadłam na to w domu. Mam tam dostęp do mocy obliczeniowych Ośrodka.
    - Wziąłem z Ośrodka przelicznik tensorowy. Jego moc powinna wystarczyć do analizy, - Mag wtrącił z nadzieją w głosie.
    - I dopiero teraz mówisz? - Samira się rozpromieniła. - Z taką mocą możemy nawet pokusić się o translację informacji wizualnych on-line na podstawie dokonanej analizy semantycznej, o ile nam się uda coś wydobyć z zapisów holorejestratorów. Jeśli nie, będziemy musieli improwizować.
    Dolatywali już do pasma gór. Szczyty sięgały wysoko ponad obecny pułap lotu, więc Samira poderwała maszyny, by mieć lepszy widok na okolicę. Znajdowali się ponad dwie mile nad poziomem oceanu. Widoczność poprzez osłony była słaba, więc Mag poprosił, by Samira zmniejszyła prędkość. Gdy lecieli już całkiem wolno osłony zostały wyłączone i mogli się przyjrzeć okolicy z góry.
    - To nie to samo, co z orbity, - powiedział Ulf. - Widzę drzewa i rzeki oraz wszystkie detale ukształtowania powierzchni zamiast szarej, nudnej płaszczyzny. Jeszcze mamy około stu mil do naszej bazy. Zaznaczyłem na mapie w konsoli nawigacyjnej.
    - Sprytnie to sobie obmyśliłeś, - powiedziała Samira. - Stara konsola jest teraz gdzieś w warsztacie. - Nie mogłeś wcześniej powiedzieć!? Jesteśmy skazani na poszukiwania optyczne.
    - Mam też tradycyjną mapę, na którą naniosłem koordynaty na wszelki wypadek, - Ulf tryumfował wydobywając mapę z plecaka.
    Mag wprowadził koordynaty podane przez Ulfa i nowa konsola nawigacyjna skierowała ich na właściwy kurs. Mijali ostre wierzchołki gór, niestępione jeszcze przez erozję. Cały teren był pokryty gęstymi lasami za wyjątkiem niektórych szczytów, które były pozbawione zieleni. Mimo, że automat prowadził ich do celu Mag i Ulf wytężali wzrok wypatrując znajomego zapadliska. Z tej perspektywy trudno im było rozpoznać okolicę, gdyż byli na wysokości pół mili nad ziemią.
    Fazolot powoli zbliżał się do ziemi ukazując coraz drobniejsze detale. Widać już było pojedyncze drzewa. Wkrótce zobaczyli głęboką rozpadlinę nieporośnięta roślinnością.
    - No to już tu, lądujemy, - zawołał Ulf.
    - Jeszcze nie tu. Koordynaty podane przez Ciebie prowadzą do innego punktu. Jeszcze parę mil, więc lepiej poczekajmy, - Samira uspokoiła Olbrzyma. - Jak widać jest więcej rozpadlin w okolicy. To młode góry, więc procesy geologiczne mogą wciąż rzeźbić teren.
    Rzeczywiście, wokół góry było wiele miejsc, w których były zapadliska nieporośnięte jeszcze roślinnością, co świadczyło o tym, że powstały dopiero niedawno. Minęli kolejnych kilka miejsc dość podobnych do ich osuwiska, by w końcu dotrzeć do tego właściwego. Początkowo chcieli wylądować tam, gdzie poprzednio, ale Mag wypatrzył dużo lepsze miejsce w pobliżu półki prowadzącej do wejścia. Samira posadziła oba pojazdy i wyłączyła napęd. Pojazdy osiadły na swoich teleskopowych podporach.
    - Jeszcze daleko do południa, - zauważył Mag. - Twój napęd zaoszczędził nam mnóstwo czasu, Sami, - dodał po chwili z uznaniem.
    - Nie marnujmy go zatem, - Samira wyskoczyła z pojazdu na ziemię porośniętą wysoką trawą. - Najpierw pokażcie mi Quadrium. Weźmiemy parę próbek i wykonamy wstępne testy. Teraz mamy jedyną okazję.
    Żarłok wyskoczył ze swojego sferocykla i nie oglądając się na innych podfrunął do źródełka, by się napić. Gdy zaspokoił pragnienie gwizdnął głośno by wskazać pozostałym drogę. Źródełko leniwie toczyło swoje wody żłobiąc płytkie koryto, którym spływało w dół zbocza.
    Wszyscy troje zajęli się rozładowywaniem sprzętu, który zabrali na wyprawę. Polanka była w połowie zastawiona rożnymi dziwnymi urządzeniami. Skonfigurowanie wszystkich urządzeń zajęło im czas prawie do południa. Samira przetestowała każde z urządzeń z osobna oraz ich współpracę. „Centrum Dowodzenia” było gotowe do rozpoczęcia działań. Wszyscy, za wyjątkiem Żarłoka zupełnie zapomnieli o najważniejszym punkcie w rozkładzie dnia.
    Świstogon dumnie siedział na skraju polany przypominając donośnym gwizdaniem, że nie samą pracą człowiek żyje. Obok niego leżało ciało upolowanego dzika, który musiał być bardzo ciężki, gdyż ptak nie miał ochoty ciągnąć go już ani kroku dalej.
    - Co my byśmy bez Ciebie zrobili! Zarobilibyśmy się na śmierć, - Samira zagadnęła Żarłoka. - Żebyś Ty jeszcze umiał ognisko zrobić.
    - Nie za wiele żądasz od biednego ptaka? Już i tak się bardzo postarał, - Mag podszedł do Żarłoka i podrapał go po karku. Zwierzak aż otworzył dziób z zadowolenia.
    Panowie zajęli się zbieraniem opału i urządzaniem ogniska a pani w tym czasie pod czujnym okiem Świstogona oprawiła nieszczęsną ofiarę. Dzik był zaiste spory i musiała się nieco nabiedzić, by go wypatroszyć. Gdy ognisko było już gotowe, nadziali dziczyznę na rożen i zmęczeni usiedli wokół, by odpocząć racząc się piwem lub wodą źródlaną zależnie od upodobania. Południowe słońce jasno świeciło i ogrzewało zmęczonych podróżników. Świstogon rozpostarł szeroko skrzydła i chłonął ciepło słońca i ogniska. Sielska atmosfera sprzyjała wypoczynkowi, więc przed posiłkiem poszli jedynie po małe próbki Quadrium na pobliski stok góry.
    Jedzenie smakowało wszystkim wyśmienicie i nikomu nie chciało się wracać do pracy po sutym posiłku. Siedząc przy ognisku snuli dywagacje o możliwych właściwościach minerału i potencjalnych zastosowaniach technicznych.
  • #27
    yego666
    Level 32  
    ============== Odcinek 10 ================

    DWA CZASY
    Może wyjaśni się coś, gdy poddadzą Quadrium testom, ale zanim to nastąpi trzeba się koniecznie dowiedzieć, co poszło nie tak w Oho u MC Zielińskiego. Istniał tylko jeden sposób, który mieli nadzieję odkryć wewnątrz bazy obcych. Kimkolwiek byli Obcy dysponowali techniką i zapewne wiedzą wyprzedzającą naukę na Ziemi a nawet na Zaxor o wiele lat. Pseudo-manipulacje czasem są dostępne nauce, ale tylko, jako pewien ersatz. Uczeni dawno stwierdzili, że w ramach znanych praw fizyki nie da się uniknąć paradoksów skąd wysnuli wniosek, że nie da się podróżować w czasie. Wykonano wiele prób i eksperymentów mających obrócić stożki świata tak, by można się cofnąć w czasie, ale nigdy się to nie udawało. Przy krytycznym nachyleniu stożka zawsze następowały zakłócenia czasoprzestrzeni uniemożliwiające dalszy obrót stożka, ergo cofniecie się w czasie. Utwierdziło to fizyków w ich wnioskach o niemożności dokonywania nieciągłych skoków w przeszłość ani w przyszłość.
    Zarówno na Ziemi jak i na Zaxor można było uzyskać przemieszczenie w czasie, ale tylko, jako efekt statystycznej analizy fal prawdopodobieństwa obiektów uczestniczących w transferze wstecz lub podobnej analizy fal prawdopodobieństwa obiektów objętych zjawiskiem przyczynowości wstecznej. Tak więc, nie było to rzeczywiste przemieszczenie w czasie a jedynie projekcja pewnej możliwej rzeczywistości wynikająca z analizy statystycznej. Mogło to pomóc, ale w sytuacji, gdy nie można było podać żadnych sensownych założeń wstępnych do analizy zjawiska w Oho wynik był z góry przesądzony.
    - Południe już minęło. Lepiej się zabierajmy za robotę, bo nie wiemy ile czasu to zajmie. Póki nie potrafimy śmigać w czasie wedle uznania, lepiej go szanujmy, - Mag obwieścił koniec lenistwa i wszyscy z oporami zabrali się za robotę.
    - Zsynchronizujmy wszystkie chronometry. Te naręczne również, - Samira sprawdziła zgodność wskazań czasomierzy i usatysfakcjonowana zarzuciła plecak z ekwipunkiem na plecy.
    - Jest jeden problem, - Ulf wstrzymał resztę towarzystwa. - Zakładając, że uda nam się rzeczywiście cofnąć w czasie, wychodząc z bazy obcych nie zastaniemy tu żadnej z rzeczy, które zostawiliśmy na zewnątrz, w szczególności środków transportu a to byłaby katastrofa. Wiemy, że chronopole, czymkolwiek ono jest, działa jedynie w obrębie pierwszej sali, no może w obrębie całej bazy, ale tego nie wiemy.
    - Ulf ma rację. Zostalibyśmy bez transportu i sprzętu, - Mag poparł Ulfa. - Dodatkowo przy chronoskoku wstecz pozostawianie chronometru na zewnątrz nic nam nie da. I tak go tam nie będzie w przeszłości. Co więcej, nie mamy metody wskazania czasu, w którym się znajdziemy w przeszłości.
    - Pakujemy wszystko do pojazdów i zabieramy ze sobą do środka, - Samira zdecydowała trochę zawstydzona tym, że nie pomyślała o tak prostej konsekwencji podróży w czasie. - A czas, w którym wylądujemy poznamy ze wskazań astrokompasu. Również wzięłam ze sobą parę użytecznych przyrządów. Zostawmy jeden chronometr na zewnątrz by wiedzieć dokładnie, kiedy wrócimy do właściwego czasu.
    To, co z takim mozołem rozstawiali wcześniej musieli teraz ponownie spakować do fazolotu. Zajęło im to ponad pół godziny. W końcu byli gotowi wejść do bazy obcych.
    - Już nie mogę się doczekać, by obejrzeć to, co jest wewnątrz. Mam nadzieję, że warto było marnować czas, by tu przyjechać. Wy już tam byliście a ja jeszcze nie.
    - Nie marnujmy, zatem czasu, bo dość go już straciliśmy. Wprawdzie nie spieszy się nam, ale wolałbym mieć to już za sobą i wiedzieć to, czego nie wiem. Jeszcze musimy zbadać minerał, gdy już będziemy wiedzieli, co się stało w Oho, - Ulf przynaglał pozostałych.
    Powoli weszli przez główne wejście. Fazolot i sferocykl podążały ich śladem. Samira przyglądała się wszystkim detalom z zachwytem, ale i uwagą właściwą naukowcom. Miała poczucie misji, co wyostrzyło jej zmysły. Holorejestratory zapisywały każdy obraz, który pojawiał się w zasięgu ich obiektywów. Również czujniki wszelkiego rodzaju promieniowania umieszczone na fazolocie rejestrowały wszelkie odchyłki od normy. Po kilku krokach drzwi do sterowni otwarły się pod dotknięciem Maga. Weszli do pomieszczenia, w którym jak przypuszczali, zostali wysłani o jedną dobę w przyszłość. Wszyscy uważnie się przyglądali każdemu detalowi, który dostrzegli. Jedynie Żarłok spokojnie przechadzał się po pomieszczeniu jakby je już doskonale znał. Samira chłonęła każdy detal świeżym spojrzeniem. Zainteresowały ją inskrypcje w nieznanym języku znajdujące się między błyszczącymi taflami przypominającymi ekrany wielkich monitorów.
    - Czy to na tych ekranach pojawiły się znaki i wykresy, gdy siedziałeś naprzeciwko konsoli, jak przypuszczam? - Samira wskazała na podest z tablicą i rzędami różnokolorowych pól.
    - Tak. Ale nie wiem czy były widoczne tylko z miejsca, na którym siedziałem czy widać też je było z innych miejsc w sali.
    - Gdy Żarłok siedział przed konsolą nie widziałem nic na ekranach, co zresztą widać na zapisie holo. Stąd nie wiem, co Żarłok wtedy widział i czy w ogóle coś się wtedy wyświetlało, - Ulf dodał cicho.
    - Bądźmy systematyczni i zacznijmy od zbadania tych inskrypcji, - Samira sięgnęła do fazolotu po niewielkie urządzenie i ustawiła je na trójnogu kierując jego sensory na ścianę pokrytą inskrypcjami.
    Translator zaczął wodzić swoimi obiektywami po ścianie. Na holoekranie widzieli to, na co akurat jego obiektywy były nakierowane. Kolumny cyfr i symboli przemykały dołem holoekranu. Po kilku minutach oczekiwania w napięciu translator zasygnalizował, że nie ma dostatecznie dużo danych do interpretacji.
    Samira skierowała urządzenie na inną ścianę i w przeciągu pół godziny translator zgromadził pełny obraz wszystkich inskrypcji. Jego kwantowe obwody semantyczne najwidoczniej poznajdowały właściwe konteksty i odniesienia, gdyż na holoekranie ukazał się labirynt przypominający mapę czegoś. Wszyscy troje zgromadzili się przy translatorze i dyskutowali nad znaczeniem wyświetlanych obrazów.
    - Przypomina to przestrzenną mapę jakiegoś budynku, - Mag pierwszy zaryzykował przypuszczenie.
    - Odsunę trochę perspektywę. Może będzie lepiej widać, - Samira wprawnym ruchem przeskalowała obraz. - Teraz jakby lepiej, ale co to za obiekt?
    - Logicznie biorąc, to należałoby się spodziewać mapy muzeum zaraz przy wejściu, by goście mogli zaplanować trasę zwiedzania, więc..., - Ulf usiłował wyszukać znane już sale, ale nie widział żadnej zbieżności.
    - Oczywiście, - Samira szybko pomanipulowała wyświetlanym obrazem obracając go do góry nogami. - Teraz wszystko jasne. - Ulf jesteś genialny.
    Mieli przed oczami plan bazy obcych jednak napis głosił „GNIAZDO” a nie „ Baza Obcych”. Widać było to najlepsze przybliżenie, jakie translator znalazł. Oglądali wyświetlany obraz ze wszystkich stron. Przybliżenia ujawniały dalsze szczegóły obiektu. Baza lub „GNIAZDO” składało się z trzech rozległych kondygnacji połączonych kilkoma pionowymi szybami. Każda kondygnacja składała się z szeregu pomieszczeń o rożnych rozmiarach. Dodatkowo, poniżej i powyżej trzech rozległych kondygnacji znajdowały się dwie mniejsze oznaczone, jako „SKŁAD” oraz „NAPĘD”. Kondygnacje miały podobny układ korytarzy i pomieszczeń jednak były przesunięte względem siebie o pewien kąt. Zapewne po to, by wyższe pomieszczenia na sąsiadujących poziomach nie zachodziły na siebie wzajemnie. Obecnie znajdowali się na najniższej z dużych kondygnacji nazwanej przez translator „DWA CZASY”. Sala, w której właśnie przebywali nosiła nazwę „KOMNATA POTOMNYCH” a bliźniacza sala po drugiej stronie poziomu nosiła nazwę „KOMNATA PRZODKOW”. Pomiędzy tymi komnatami znajdowała się wielka sala, w której znajdowały się trzy poziomy i pionowa winda, którą Żarłok ostatnio usiłował zmusić do uległości. Sala ta została nazwana „ RADA”. Pomieszczenie, które sąsiadowało z tą salą nosiło nazwę „KOMNATA PRZEBRAŃ”. Najwyraźniej poprzednio niesłusznie uznali to pomieszczenie za maszynownię.
    Wszyscy poszukiwali wskazówek dotyczących funkcji poszczególnych sal i obiektów znajdujących się w nich. Zbliżenia poszczególnych komnat ujawniały nowe informacje opisujące poszczególne obiekty. Samira, jako jedyna zwróciła uwagę na poręcze, które znajdowały się w ich sali.
    - Nie wydają się być przeznaczone dla ludzi zwłaszcza naszej postury. Dużo wygodniej siedziałoby się na nich stworzeniom takim jak Świstogony.
    - Ale Świstogony są przecież niższe od ludzi, - Mag zaoponował.
    - Może i są niższe, ale ludzie nie fruwają, - Ulf zauważył po chwili zastanowienia. - Nie wiem czy myślicie to, co ja myślę, ale gdy widziałem Żarłoka na siedzeniu przed konsolą wydało mi się, że jest jakby zrobiona dla niego.
    Wszyscy jednocześnie spojrzeli na ptaka, który najspokojniej w świecie dobierał się do zapasów jedzenia w otwartym luku fazolotu. Wybuchnęli śmiechem, gdyż powaga ich rozważań nie przystawała jakoś do rzeczywistości.
    - Do konsoli jeszcze wrócimy, gdy spenetrujemy inne części Gniazda. Przez salę Rady dotrzemy do Komnaty Przodków. Tam jeszcze nie byliśmy. Z mapą będzie nam dużo łatwiej, - Mag spojrzał na Samirę z podziwem. - Dobrze, że Cię mamy, - dodał po chwili.
    Ulf pomógł Żarłokowi wydobyć obiekt jego pożądania z fazolotu. Rozpakował spory kawałek mięsa, którym Świstogon zajął się bez zbędnych ceregieli. Po posiłku zwierzak jakby się ożywił i nawet zagwizdał melodię zasłyszaną od Ulfa wprawiając tym Samirę w zachwyt.
    - Nasz przyjaciel jest bardzo tajemniczy i umie rzeczy, o które nikt go nie podejrzewa. Troszkę mnie to niepokoi, - przyznała Samira. - Ale najważniejsze, że się najadł.
    Jej uwagę przykuło zjawisko, o którym panowie zapomnieli jej opowiedzieć. Opakowanie od jedzenia zaczęło znikać, wsiąkając w podłogę.
    - Niesamowite, - wykrzyknęła, - inteligentna materia. Słyszałam rożne teorie na ten temat, ale nie widziałam nigdy nic podobnego.
    - Tu jest więcej ciekawych zabawek. Sama zobaczysz, - Mag podszedł do drzwi i półkolistym ruchem sprawił, że stały się przezroczyste. - Nie znam wszystkich sztuczek, ale lepiej z tym uważać, bo w naukowym zapale jeszcze uwolnimy jakieś pradawne demony.
    - Racja, - podjęła Samira, - od tej chwili każdy ruch konsultujemy z pozostałymi. To dotyczy Ciebie również, Żarłoku, - zaśmiała się serdecznie głaszcząc zwierzaka po szyi.
    Ruszyli dalej do kolejnych pomieszczeń. W sali Rady niestety nie było żadnych inskrypcji na ścianach jednak Żarłok przypomniał sobie widocznie swoje harce, gdy tu poprzednio był i w mgnieniu oka znalazł się na purpurowej balustradzie najwyższego poziomu. Gondola tym razem nie zareagowała. Pozostała na poziomie podłogi a jedynie światła pod nią przybrały zielony kolor. Żarłok przez chwilę siedział podziwiając widok z nowej perspektywy. Ludzie wydawali się teraz tacy mali. Świstogon gwizdnął, by zwrócić ich uwagę lecz to gondola, która właśnie ruszyła w górę aż do poziomu, gdzie siedział ptak przyciągnęła uwagę ludzi. Balustrada okalająca gondolę i światła pod nią zmieniały się przyjmując kolory mijanych poziomów. Niewiele się namyślając Żarłok zręcznie przeskoczył na balustradę gondoli. Pokręcił się chwilę niepewnie i gwizdnął ponownie domagając się pomocy od przyjaciół. Gondola tym razem ruszyła w dół ze swoim pasażerem. Bystre oczy Ulfa dostrzegły, że tym razem balustrada i światła pod gondolą pozostały purpurowe, mimo iż poprzednio zmieniały się zgodnie z kolorystyką poręczy mijanych poziomów. Nie był pewien czy to istotne, ale podzielił się z reszta swoim spostrzeżeniem. Tyle tu ciekawych rzeczy wokół, że łatwo przeoczyć jakieś światełka, które zmieniają się w trudnych do odgadnięcia sekwencjach. Dobrze, że wszystko jest rejestrowane cały czas. Później będzie można się nad tym głębiej zastanowić. Żarłok wreszcie zeskoczył z gondoli i wszystkie światła oraz obicia balustrad na powrót stały się zielone.
    - Faktycznie sala wygląda jak miejsce obrad jakiejś rady składającej się z osobników o rożnym stopniu ważności. Może ich rangi są odróżniane kolorami? - Mag uważnie patrzył na gondolę starając się ocenić jej wytrzymałość.
    Widocznie gondola spełniła kryterium oceny, bo Mag wszedł do niej poprzez przerwę między balustradami, ale nic się nie stało. Gondola nadal tkwiła w miejscu.
    - Ulf, czy możesz gwizdnąć? - Mag poprosił kompana. - Zobaczymy jak to działa.
    - Powariowaliście chyba, - Samira była zła. - Nie możemy robić żadnych głupich rzeczy bez planu. Skąd wiesz, że gondola Cię nie wyrzuci z najwyższego poziomu? To, że Żarłok może sobie pojeździć wcale nie znaczy, że my możemy. Musimy działać z rozmysłem a nie na gorąco. - Wyłaź z tej gondoli Mag, - rozkazała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
    Mag niechętnie przyznał jej rację i wyszedł z gondoli z miną skarconego uczniaka. Znalazłszy w kieszeni niewielki kamyk, który musiał tam być od czasu ostatniego prania cisnął nim ze złością o ścianę. Spodziewał się głośnego metalicznego brzęku a tymczasem w ścianie nagle pojawił się niewielki otwór, w który kamyk wleciał nie czyniąc żadnego hałasu. Otwór zamknął się natychmiast za rzuconym przedmiotem.
    - Faktycznie inteligentna materia, - Mag pomyślał z podziwem.
    Obejrzawszy dokładnie wszystkie dostępne zakamarki skierowali się do Komnaty Przodków. Z sali Rady prowadziło tam tylko jedno wejście, przed którym właśnie stali. Ulf wykonał czarodziejski ruch, ale drzwi ani drgnęły. Powinny ustąpić jak wszystkie poprzednie, ale nie chciały. Nie reagowały również na półkoliste ruchy powodujące przejrzystość. Coś było nie tak z tym przejściem.
    - Może jest zepsute, albo jest chronione hasłem dostępu lub zupełnie innym gestem niż pozostałe przejścia? - Ulf głośno snuł przypuszczenia.
    - Raczej wątpię. Przed chwilą, gdy nie patrzyliście, tytułem eksperymentu rzuciłem kamykiem w to przejście, - Mag opowiedział ze skruchą w głosie, co widział. - Sądzę, że to efekt przejściowy i za parę chwil drzwi wrócą do normy. Poczekajmy chwilę.
    Jednak ani po jednej chwili ani po dziesięciu wejście nie chciało z nimi współpracować.
    - Możemy tak tutaj czekać do wieczora, - Samira rzuciła wyraźnie zła na Maga za jego postępek. - Przez Ciebie wejście się na nas obraziło, - rzuciła już nie całkiem serio. - Obejrzyjmy pozostałe pomieszczenia w zamian.
    - Proponuję halę agregatów, którą poprzednio widzieliśmy jedynie przez drzwi. Teraz to jest... Komnata Przebrań. Ciekawe, jakie przebrania są tutaj w modzie. Może będą mieli mój rozmiar. Zawsze u krawca mam problem ze swoim wzrostem. Nigdy nie miał nic gotowego dla mnie, - Ulf narzekał na swój los.
    - Zobaczymy skąd taka nazwa. Nie liczyłabym jednak na modne ciuchy.
    Drzwi do Komnaty Przebrań ustąpiły bezszelestnie, ukazując przestronną halę obstawioną naokoło różnymi agregatami. Niektóre wyglądały jak wielkie szafy połyskujące srebrzystymi okuciami, inne zaś przypominały komory hibernacyjne z dwudziestego drugiego wieku, jeszcze inne przywodziły na myśl kabiny zamrażarek z podwójnymi drzwiami i korpusami w kształcie wielkich radiatorów w kolorze brązowo-rudym. Wszędzie mrugały różnokolorowe kontrolki a wyświetlacze pokazywały napisy podobne do tych, które widzieli w pierwszej sali.
    Samira patrzyła szeroko otwartymi oczami na cuda techniki stojące przed nią i zastanawiała się, do czego poszczególne urządzenia służą. Z samego patrzenia niestety nikt z nich nie był w stanie odgadnąć ich funkcji, więc Mag sięgnął po sprawdzony w boju translator i nakierował go na pierwsze z brzegu urządzenie. Translator zamruczał z wysiłku, by po chwili pokazać cyfrę jeden.
    - Co to ma znaczyć!? - Mag się oburzył. - W jakieś rebusy się z nami bawią jakby nie mogli napisać „przebieralnia”, albo „toaleta” na przykład. Co znaczy „jeden”?
    Przeniósł translator do jedynego urządzenia, które odróżniało się od pozostałych. Miało przezroczystą frontową ścianę i było widać jego wnętrze pokryte maleńkimi dyszami. Urządzenie było szersze od fazolotu i bardzo głębokie. Wszyscy by się w nim zmieścili i wciąż by zostało sporo miejsca. Ustawił translator i czekał. Urządzenie ożyło. Szeregi symboli przemykały przez jego ekran jakby chciało, by patrzący wykonał jakąś konkretną czynność. Translator cierpliwie poczekał aż informacja zacznie się powtarzać i dopiero wtedy podał na holoekranie jej znaczenie.
    Ulf przybliżył się do translatora i głośno przeczytał.
    - Dotknij zielonego pola by przywdziać powłokę ochronną, dotknij niebieskiego pola by zdjąć powłokę ochronną, jeśli generator pola „???” działa prawidłowo, powinien wyświetlać cyfrę jeden.
    - Co to jest „???”, - Mag się zezłościł. - Same zagadki. Ale teraz przynajmniej wiemy, który to generator pola „???” a która przebieralnia! - Dodał po chwili z sarkazmem w głosie.
    - Mag, Ty marudo, - Samirę rozbawił sarkazm skierowany do translatora. - Gdyby umiał nazwać dany obiekt to by go nazwał a w tym przypadku widać brak jest skojarzenia. To może być dowolne ze znanych nam pól lub jakieś zupełnie inne, którego nie znamy.
    - Czyli tu mamy przebieralnię, ale dziś w ofercie są tylko powłoki ochronne, - Ulf dworował sobie z mody kosmitów. Sprawdźmy dla pewności, co mówią pozostałe urządzenia.
    Translator pracowicie skanował wszelkie znaki i inskrypcje, ale poza różnymi liczbami i cyframi nie dało się z nich wyczytać żadnych wskazówek. Wyglądało na to, że tylko jedno urządzenie dawało jakąś możliwość działania. Nie wiadomo było jednak nic o charakterze powłoki ochronnej i jej przeznaczeniu.
    Sporo czasu już strawili badając różne zakątki Gniazda a należało zdecydować, co dalej robić.
    - Zanim cokolwiek postanowimy, ja muszę do toalety. Nie widziałam nigdzie na planie napisu „Toaleta”, więc będę musiała wyjść z Gniazda. Czy podzielacie mój punkt widzenia?
    Wszyscy zgodnie wrócili na polankę przed Gniazdem, gdzie się niezwłocznie rozstali. Panie udały się na prawo, panowie na lewo a Żarłok nie wiedząc, dokąd się udać pozostał przy plecaku Maga. Po dziesięciu minutach wszyscy spotkali się przy fazolocie ku wielkiej radości Świstogona, który dziobem podszczypywał ich nogawki nachalnie dopraszając się głasków. Otrzymawszy wreszcie należne hołdy zagwizdał znaną mu melodię i był gotów jeść.
    Słońce stało jeszcze wysoko na niebie, więc mogli sobie pozwolić na chwilę odpoczynku. Ciągłe wytężanie uwagi najwyraźniej przyśpieszyło procesy metaboliczne i wszyscy byli już głodni. Nie mogli liczyć na świeże mięso, więc sięgnęli po zapasy zabrane z Thevion. Przygotowali je szybko na podgrzewaczu i każdy otrzymał porcję odpowiednio do zasług. Żarłok dostał też dokładkę, gdy już się rozprawił z daniem głównym. Napoje energetyzujące dodały im chęci do pracy. Zaraz po posiłku postanowili przeanalizować wszystko, czego się dowiedzieli przy eksploracji Gniazda. Przejrzeli zapisy holo, ale nic nowego z nich nie wyczytali. Nie pozostało im nic innego poza kontynuacją poszukiwań wewnątrz gniazda.
    Przejście do Komnaty Przodków wciąż nie chciało się otworzyć, więc wrócili do Komnaty Przebrań w nadziei na dodatkowe odkrycia. Mag sięgnął do fazolotu i wydobył spory kawałek surowego mięsa. Żarłok już przy nim stał gotów służyć pomocą, gdyby zaszła taka potrzeba.
    - Nie przyjacielu, to nie jest do jedzenia a przynajmniej nie teraz, - Mag wytłumaczył zwierzakowi, że mięso ma służyć do próby w komorze przebieralni. Jak to było napisane?.. „Dotknij zielonego pola by przywdziać powłokę ochronną, dotknij niebieskiego pola by zdjąć powłokę ochronną”.
    Mag przycisnął zielone pole po lewej stronie przezroczystych drzwi. Przez chwilę nic się nie działo, ale potem światła w całej hali przygasły i drzwi do „przebieralni” się otworzyły. Translator obserwował nowe symbole na wyświetlaczu urządzenia i podawał ich znaczenie: „wejdź do komory”.
    - Im więcej tłumaczy tym jest lepszy i szybszy, - Samira pouczyła wszystkich obecnych. - A teraz wkładaj już ten kotlet.
    Mag posłusznie położył kotlet na podłodze wewnątrz urządzenia. Wszyscy odsunęli się na dwa kroki by lepiej widzieć to, co się zaraz stanie. Po krótkiej chwili drzwi się zamknęły a z dysz została rozpylona delikatna mgiełka substancji, która pokryła kotlet. Następnie kotlet uniósł się na cal w górę i od spodu również został spryskany tajemniczą substancją. Jeszcze przez kilka sekund kotlet unosił się ponad podłogą, po czym osiadł na niej łagodnie. Włączyło się światło i drzwi od komory otworzyły się cicho.
    Ulf założył gumową rękawiczkę i złapał kotlet chcąc go wyjąć z komory, lecz kotlet wyślizgnął mu się z palców i powoli opadł na podłogę ślizgając się po niej aż się zatrzymał przy ścianie sąsiedniego urządzenia.
    - Ależ niesamowicie śliski i lekki ten kotlet. Ucieka z ręki przy najlżejszym nacisku, - Ulf był zły na swoją niezdarność.
    Założył druga rękawiczkę i podjął powoli kotlet obiema dłońmi. Ostrożnie przeniósł go do pojemnika spektrometru i delikatnie położył na dnie. Samira włączyła spektrometr i czekali w napięciu. Wyświetlacz pozostał jednak ciemny.
    - No, co się stało!? Zepsuł się czy co? - Mag nie rozumiał, czemu wyświetlacz spektrometru nie pokazywał zupełnie nic. - Samiro, wrzuć do pojemnika coś niepokrytego tą substancją. Zobaczymy czy urządzenie w ogóle działa.
    Samira sięgnęła do kieszeni i wydobyła kawałeczek białej kredy, której używała czasem do bazgrania po tablicy, gdy coś objaśniała na polowych sesjach astrofizyków. Wrzuciła ją do pojemnika a spektrometr natychmiast odwdzięczył się podając jej skład chemiczny: wapń, węgiel i tlen.
    - Działa. A więc powłoka izoluje materię od zewnętrznych oddziaływań fizycznych, - Mag podjął przerwane rozważania. - Sprawdźmy, zatem czy da się to przebić lub rozerwać.
    Zapominając o ostrożności sięgnął gołą ręką do pojemnika i złapał kotlet. Ten jednak wystrzelił w powietrze. Sporo się natrudzili zanim złapali niesforny kawałek mięsa. Był śliski w dotyku, ale nie pozostawiał żadnych śladów. Innych wrażeń dotykowych również nie wywoływał. Wspólnymi siłami unieruchomili kotlet i Ulf przyłożył do niego czubek swojego niezwykle ostrego noża myśliwskiego. Przy próbie nacisku nóż ześlizgiwał się jednak po powłoce. Kilka prób z bardziej wyrafinowanymi narzędziami również spełzło na niczym. Powłoka była odporna na wszelkie próby przerwania jej ciągłości. Ulf w złości uderzył z góry w kotlet i boleśnie się przekonał, że również takie próby naruszenia zawartości powłoki kończą się niepowodzeniem. Powłoka usztywniła się chroniąc swoją zawartość, ale nie rękę Ulfa, która teraz była nieco obolała.
    - Super materiał tylko czy pozwala oddychać chronionemu ciału? Jeśli to człowiek lub zwierzę to mogłoby się udusić, - Samira zastanawiała się głośno. - Jak sprawdzić czy przepuszcza powietrze? - Jakieś pomysły, panowie?
    Nikt jednak nie miał pomysłu, więc sprawdzili również działanie niebieskiego przycisku. Tak jak powłoka się pojawiła tak zniknęła bez śladu. Kotlet wciąż wyglądał jak nowy.
    - Co daje taka powłoka obiektowi wewnątrz niej? Przed czym go chroni? - Samira musiała poznać odpowiedzi na te pytania. - Mam pomysł.
    Wzięła kotlet i ponownie umieściła go w urządzeniu. Po kilku sekundach kotlet ponownie zyskał niezniszczalną powłokę. Samira uwięziła śliski kotlet w pojemniku odłączonym od spektrometru.
    - Co chcesz zrobić z tym kotletem? - Mag spytał podejrzliwie. - Nie chcesz go chyba zjeść?
    - Skądże. Chodźcie za mną. Chcę coś sprawdzić.
    Wszyscy wyszli z powrotem do sali Rady. Samira podeszła do wejścia, które nie chciało się otworzyć. Gdy przyłożyła do niego kotlet w nowym ubranku drzwi rozwarły się ukazując wnętrze tajemniczej Komnaty Przodków. Wszyscy czworo stali u wejścia i gapili się na połyskujące pełną gamą kolorów tęczy współśrodkowe kręgi obracające się tak szybko, że wydawało się, iż są to sfery wirujące wokół wspólnego środka. Pomieszczenie byłoby zupełnie ciemne gdyby nie blask rzucany przez obręcze. Ciemności nie pozwalały dojrzeć przeciwległej ściany ani sufitu. Podłoga również tonęła w mroku zaraz za linią wejścia. Ulf włączył latarkę i poświecił w głąb komnaty by oświetlić ciemne, niewidoczne zakamarki. Ku zaskoczeniu wszystkich, promień latarki zamiast pobiec prosto ominął centralną sferę i zaczął wirować wokół niej wędrując wokół okręgów coraz szybciej, by w końcu przybrać niemalże materialny kształt przesłaniając widok za sobą. Wszyscy patrzyli na ten pokaz jak zauroczeni podziwiając zmienne kształty wiązki światła. Ulf nagle wyłączył latarkę, ale sfera światła nie ustąpiła. Nadal krążyła a nawet zgęstniała do tego stopnia, że całkiem przesłoniła obręcze. Kula światła jakby przybierała na intensywności w niektórych miejscach a w innych zanikała. Wokół krążących pierścieni utworzyły się świetlne promienie wychodzące z centrum. Ich wirowanie ustało po kilku sekundach. Promienie zaczęły się zaginać tworząc pętle przypominające protuberancje słoneczne. Miejscami się rozrywały, by za chwilę się połączyć w inne konfiguracje. Wreszcie całe światło, które Ulf uwolnił z latarki skoncentrowało się wewnątrz wirujących sfer tworząc jasne centrum zmieniające kolory w zawrotnym tempie.
    - Nigdy nie widziałem czegoś takiego, - Mag powiedział szeptem, by nie spłoszyć ulotnego zjawiska. - Co to może być?
    - Przypomina mi to wyobrażenia przestrzeni nadwymiarowych, ale światło, które się utrzymuje sugeruje jakąś manipulację w wymiarze czasowym, - podjęła Samira. - Jakby spektakl odbywał się w przestrzeni nieprzemiennej albo..., nie, to niemożliwe by istniał dodatkowy wymiar czasowy. Każdy, kto postulował taką możliwość wycofywał się z niej nie mogąc znaleźć sensownej interpretacji fizycznej a zachowanie światła w tym przypadku idealnie oddawałoby sens takiej możliwości.
    - Chcesz powiedzieć, że mamy nie jeden a dwa wymiary czasowe? - Ulf zapytał z zainteresowaniem. - To by mogło znaczyć, że nie ruszając się z miejsca możnaby pod pewnymi warunkami wędrować nie tylko w czasie, ale i w przestrzeni. Wyjaśniałoby to odwieczną zagadkę gdzie znajduje się cząstka, która zwiększyła lub zredukowała swoją energię. Także splątanie kwantowe znalazłoby swoje wyjaśnienie. Wreszcie możnaby...
    - Obalić zasadę nieoznaczoności Heisenberga raz na zawsze, - podjął Mag z zapałem. - Cząstka, na przykład elektron w chwili wzbudzenia znika z jednej orbity wokół jądra, by natychmiast pojawić się na innej nie przechodząc przez przestrzeń pomiędzy tymi orbitami.
    - A do równania falowego Schroedingera możnaby dodać człon dający konkretną lokalizację cząstki w takiej przestrzeni zamiast prawdopodobieństwa. - Samira wzięła notatnik i zaczęła coś pisać po ekranie.
    Po chwili pokazała towarzyszom efekt swojego przebłysku geniuszu. Obaj patrzyli przez chwilę analizując dość prosty wzór, który wszyscy znali a pod nim jego poprawioną wersję.
    - Czy to możliwe? - Ulf spytał z powątpiewaniem. - Ktoś już by na to wpadł wcześniej chyba, że..., Wu Shin opracowując teorię Transferów Fazowych posłużył się wymiarami niepierwotnymi, które w pewnym sensie udają drugi wymiar czasowy. Teoria działa w większości przypadków, ale na błędnym założeniu. W ten sposób nauka nie musiała już dalej poszukiwać skoro miała działające rozwiązanie.
    - Mechanika kwantowa z czasów schyłku Średniowiecza trafnie ujmowała większość zjawisk, ale brak jej było dodatkowego wymiaru czasu, który wszystko konkretyzuje i zamiast prawdopodobieństw mamy twarde odpowiedzi dotyczące każdej z cząstek a nie ich statystycznego roju, - Mag również znał te zagadnienia, choć z perspektywy teorii Dengów, która była w zasadzie zgodna z ziemską teorią Wu Shin.
    - Mamy poważny problem, - Samira przerwała te dywagacje. - Niezależnie od teorii musimy ustalić jak tego użyć do naszych celów. Wykonajmy parę pomiarów, by nie skończyć, jako chmura fotonów.
    Gdy odsunęli się od wejścia piękny widok natychmiast zniknął za nieprzezroczystymi wrotami. Pod czujnym okiem Samiry wydobyli mnóstwo urządzeń z fazolotu i ustawili je naprzeciwko wejścia. Główny przyrząd stojący pośrodku służył do pomiaru wartości PI a tuż obok miernik wartości Stałej Struktury Subtelnej.
    - Zaraz się przekonamy, co nas czeka w tej piekielnej komnacie.
  • #28
    yego666
    Level 32  
    ============== Odcinek 11 ================

    Ponownie użyli kotleta w charakterze wytrycha. Aparaty pomiarowe rozpoczęły pomiary krzywizny przestrzeni, wartości stałej Plancka, prędkości światła i jeszcze setki innych parametrów fizycznych rzeczywistości za przejściem. Każdy z nich wskazywał jakieś wartości, ale najbardziej interesująco wyglądały pomiary wartości PI, które zmieniały się cyklicznie pomiędzy dwa i cztery. Stała Plancka i prędkość światła zupełnie wariowały i nie dało się ich zmierzyć z zadowalającym poziomem ufności. Dane były gromadzone przez ponad godzinę. W tym czasie stworzyli matematyczny model symulujący postulowany model z dwoma wymiarami czasowymi. Teraz wystarczyło jedynie powstawiać uzyskane dane i sprawdzić jak się zachowuje modelowana przestrzeń. Gdy zebrali już wystarczającą ilość danych do modelu zamknęli przejście a wyniki pomiarów przesłali do kwantowego mózgu translatora semantycznego. Translator łakomie połykał kolejne porcje danych, które korelował wzajemnie przyjmując domniemaną dodatkową oś czasu do indeksowania danych. Po dwóch godzinach intensywnych obliczeń Translator był gotów zaprezentować wyniki symulacji. Wszyscy zgromadzili się wokół holoekranu Translatora i śledzili zmieniające się obrazy z rosnącą ciekawością. Urządzenie musiało się sporo nabiedzić by stworzyć tak szczegółową symulację, jednak wyniki pasowały idealnie do założeń nowej teorii SMU, czyli Samira-Mag-Ulf.
    - Wu Shin właśnie odchodzi w niesławie, jako twórca teorii użytecznej acz nieprawdziwej, - Samira była bardzo dumna z ich odkrycia. - Oczywiście właściciele Gniazda odkryli to pierwsi, ale wobec ich nieobecności..., sami rozumiecie, to jest coś wielkiego. Wyobrażacie sobie korzyści naukowe i techniczne? Od wielu stuleci fizyka nie uczyniła tak gwałtownego skoku jakościowego.
    - Jeszcze musimy ustalić, jaką funkcję pełni ubranko naszego kotleta, - dodał Ulf zatroskanym tonem. - To może nie być takie proste jak sformułowanie nowej teorii.
    - Faktycznie. Praktyczna strona wykorzystania naszego odkrycia jest jakby niekompletna. Musimy nad tym chwilę popracować, choć nie bardzo w tej chwili wiem jak się do tego zabrać, - Mag zastanawiał się głośno nad dalszym tokiem postępowania. Musimy zdobyć jakieś dane dotyczące tego „ubranka”. Inaczej nie posuniemy się ani o krok.
    - A może pozwolimy naszemu kotletowi na podróż w tej dziwnej przestrzeni i poobserwujemy go naszymi czujnikami, - zaproponował Ulf. - Na razie nikt nie ma lepszego pomysłu jak sądzę.
    - To całkiem rozsądna propozycja. Jestem za, - Samira odniosła się z entuzjazmem do pomysłu. - Oprócz kotleta nie mamy nic do stracenia a jeszcze tego nie próbowaliśmy.
    Po skonfigurowaniu urządzeń pomiarowych na śledzenie kotleta, wysłali go w nieznane. Drugi kotlet z identycznym skafandrem posłużył im, jako klucz do przejścia. Skanery i czujniki śledziły obiekt przez całą jego podróż, która nie była zbyt długa. Kotlet obleciał dwa razy wirujące obręcze, po czym rozciągnął się tworząc płaską membranę. Zwinął się w dziwny poskręcany kształt, by wracając do przejścia stać się znów zwyczajnym schaboszczakiem. Wyleciał przez przejście prosto w ręce Samiry, która niezdarnie starała się go utrzymać, jednak bez powodzenia. Kotlet wylądował na podłodze tuż obok Żarłoka, który jednym kłapnięciem dzioba pochwycił go i połknął, lecz kotlet nie poddał się łatwo i zamiast trafić do jego żołądka wyskoczył z dzioba lądując znów na podłodze. Mag zręcznym rzutem nakrył kotlet pojemnikiem od spektrometru kończąc jego epicką podróż w nieznane. Żarłok był wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu sprawy i głośno gwiżdżąc domagał się swojej nagrody. Otrzymał świeży kotlet i pożarł go niezwłocznie mszcząc się za swoją porażkę.
    - Niewiele danych będzie z tak krótkiej sesji, - Ulf zauważył rezolutnie.
    - Powinno wystarczyć, - odparła Samira. - Pomiary są wykonywane wielotorowo, więc powinniśmy uzyskać rozdzielczość na poziomie czasu Plancka, co przez pięć sekund powinno dać całkiem sporo danych. - Wrzućmy te dane do analizatora stochastycznego. Zobaczymy czy odnajdzie w tym jakiś sens.
    Podłączyli urządzenia i przesłali dane z ważniejszych urządzeń do analizatora. Dobre dziesięć minut trwało zanim na holoekranie ujrzeli opracowane wyniki analiz.
    - Niezwykłe! - Wyszeptał Mag. - Przecież ta powłoka działa jak translator tensora metrycznego naszej czasoprzestrzeni na geometrię przestrzeni SMU. - Inteligentna materia. Musi to mieć zaimplementowane w przestrzeni podprogowej. Inaczej nie mogłaby tego dokonać.
    - Zabezpiecza w ten sposób obiekt wewnątrz przed dezintegracją w przestrzeni o innej geometrii lub o innych prawach fizycznych, - Samira podsumowała z entuzjazmem. - Spójrzcie, ładunek elektronu jest inny, wartość PI jest zupełnie zwariowana, nie mówiąc już o prędkości światła. Ogromna wartość Stałej Plancka dopuszcza tunelowanie kwantowe obiektów o rozmiarach słonia. W takiej fizyce można za pomocą minimalnych energii manipulować ogromnymi obiektami zarówno w czasie jak i przestrzeni.
    - Czyli tylko obserwatorowi spoza przestrzeni wydaje się, że kotlet się spłaszczył, podczas gdy w tamtej przestrzeni zachował doskonałą integralność dzięki ochronnej powłoce, - Ulf podsumował odkrycie. - Ale jest jeden problem.
    Wszyscy spojrzeli na Ulfa pytająco. On jednak intensywnie rozważał, co ma powiedzieć. Po paru długich chwilach wreszcie się odezwał.
    - Jeśli w obrębie normalnej przestrzeni została stworzona przestrzeń o innych prawach fizyki i odmiennych wartościach podstawowych stałych, to w naszej przestrzeni musi znajdować się PRAMATRYCA PRAW FIZYKI, z której obie przestrzenie są generowane. Ta PRAMATRYCA musi być zakotwiczona na osi jedynego wspólnego, niezależnego wymiaru, którym jest dodatkowy - z naszego punktu widzenia - wymiar czasu.
    - Nie widzę potrzeby istnienia takiego tworu, - Mag zaoponował. - Jakieś urządzenia w Gnieździe wyznaczają parametry nowej czasoprzestrzeni i ją podtrzymują. Więcej nie trzeba do zapewnienia stabilności.
    - Pozwolę sobie nie zgodzić się z wywodem mojego szanownego przedmówcy, - wtrąciła Samira. - Uważam, że Ulf może mieć rację, gdyż niezależnie czy jest to urządzenie czy nie, taka struktura musi istnieć albowiem w przeciwnym przypadku parametry dowolnej przestrzeni - o ile w ogóle jakakolwiek by istniała - zmieniałyby się w zupełnie niekontrolowany sposób. Urządzenia mają to do siebie, że muszą być przez kogoś lub coś stworzone, więc nie są bytem pierwotnym w Platońskim rozumieniu Demiurga stąd sądzę, że wystarczy okruch takiej substancji, by ustabilizować każdą przestrzeń osnutą wokół osi niezależnego czasu. To działa jak kratki na kartce papieru. Wyznacza wielkość symboli, czyli nakłada ograniczenia na fizykę. Wu Shin twierdził, że taka matryca mieści się poniżej topologicznie odbitej przestrzeni subplanckowskiej, czyli jest immanentną cechą przestrzeni jednak nie wiedział nic o dodatkowej osi czasu, która upraszcza całe zagadnienie.
    - A skąd miałaby się wziąć taka PRAMATRYCA? - Mag nie dawał za wygraną. - Nicość nie mogła wygenerować czegoś z niczego pod nieobecność energii. Fluktuacje kwantowe występują jedynie w obecności energii, więc w Nicości nie mogło zaistnieć zjawisko nienależące do jej domeny. Mamy, zatem wciąż problem skąd się wzięło Coś.
    - Spójrz na to z innej strony Mag, - Ulf wyraźnie się ożywił. - Jeśli jedynym realnym bytem w Pranicości jest nasz nowoodkryty czas i do tego nie biegnie w żadną stronę to posiada zerową energię ergo nie ma go, ale jednocześnie umożliwia zaistnienie czegokolwiek. Cząstki zmieniając swój stan energetyczny przeskakują na „chwilę” do takiego stanu, gdzie w zasadzie ich nie ma a tak naprawdę to są tam „przechowywane” do czasu wysłania ich na nową orbitę z nowym stanem wzbudzenia. To może być nasz Demiurg czy też PRAMATRYCA. W naszej przestrzeni musiałaby istnieć, ale w zasadzie byłaby niewykrywalna dopóki nie spojrzelibyśmy na naszą przestrzeń „z zewnątrz”. W takim widoku cała nasza przestrzeń, jak i każda inna istniejąca w Nicości przestrzeń objawiałaby się, jako kulka pramaterii.
    - Ha! - Mag wykrzyknął tryumfalnie. - Pamiętacie nasze kontakty z Dengami? Oni również, oprócz wymiarów niepierwotnych postulowali istnienie takiej Pramatrycy, dzięki której mogą się z nami porozumieć poprzez nieokreślone przestwory Nicości. W ich równaniach jednak nigdy nie znalazłem odniesienia do dodatkowej osi czasu natomiast charakter wymiarów niepierwotnych był tak dobrany, by w istocie symulować tę oś czasu umożliwiając kontakt poprzez Nicość.
    - Zatem właśnie złapaliśmy Nicość za rogi, - Samira aż podskoczyła z podniecenia. - Nie dość, że możemy zrealizować projekty bezpośredniego kontaktu z Dengami to jeszcze nie będziemy musieli prowadzić translacji czasów pomiędzy Zaxor i Cristal, gdyż wreszcie mamy wspólną oś odniesienia. Musimy dogłębnie przeanalizować wszystkie konsekwencje wynikające z naszego odkrycia. Jestem pewna, że zyskamy zupełnie inną perspektywę na teorię Iteracji i wcale nie jestem przekonana czy projekt Terminus spełni pokładane w nim nadzieje na ocalenie Wszechświata przed przewidywaną zapaścią fazową.
    Ożywiona dyskusja trwała jeszcze przez długi czas. Żarłok nie doczekawszy się uwagi zasnął znudzony na miękkim siedzeniu fazolotu. Na zewnątrz Gniazda noc dawno już zapadła otulając mrokiem całą okolicę. W końcu troje odkrywców poczuło, że ich ludzka natura domaga się posiłku i wypoczynku, więc niechętnie zdecydowali się na wyjście na zewnątrz, by w blasku gwiazd pokrzepić nadwątlone siły. Gwiazdy mrugały przyjaźnie zwiastując pogodną noc. Centrum galaktyki było widoczne jak na dłoni oświetlając polanę słabym blaskiem odległych gwiazd. Odmiennie niż Droga Mleczna posiadająca trzy spiralne ramiona zawierające gwiazdy, galaktyka Arkan, której układ Zaxor był częścią, posiadała strukturę dysku akrecyjnego pozostałego po formowaniu się centrum w niedalekiej przeszłości. Gwiazdy, które nie weszły w skład centrum skupiły się w kilku współśrodkowych okręgach otaczających jądro galaktyki tworząc niepowtarzalny widok. Arkan był za daleko od Ziemi by móc go z niej dojrzeć. Miało to swoje zalety, - było mało prawdopodobne by na Ziemi ktokolwiek sobie przypomniał o Zaxor.
    Panowie zebrali trochę gałęzi i suchych patyków zalegających na polanie i ułożyli z nich zgrabny stos. Samira wraz z Żarłokiem zajęli się nadziewaniem zapasów na rożen. Wokół widocznie nie było żadnych zwierząt, bo Świstogon nawet się nie ruszył, by upolować cokolwiek na kolację. Ognisko płonęło wesoło grzejąc przyjemnie biesiadników i ich kolację na rożnie. W międzyczasie Ulf przyniósł spory pojemnik napełniony źródlaną wodą zawierającą Quadrium. Wszyscy chętnie skorzystali z okazji, by zaspokoić pragnienie świeżą wodą.
    - Smakuje dużo lepiej niż woda z mojej przydomowej studni. Czuć w niej nutkę czegoś egzotycznego, jakby korzennego, - Samira piła delektując się egzotyczną wodą. - Jeszcze nigdy nie piłam takiej wody. - Ciekawe, jakie właściwości nadaje jej Quadrium. Po powrocie do Thevion będzie mnóstwo roboty. Aż nie chce mi się o tym myśleć. Nikt przez rok nie zmruży oka.
    Jedząc smaczne mięso dyskutowali nad różnorodnymi efektami, jakie minerał mógłby powodować. Nikt z nich nie wiedział jednak nic na pewno, ale miło było się odprężyć przy niezobowiązującej wymianie zdań.
    - Teraz, gdy już znamy plan Gniazda moglibyśmy zbadać rozciągłość złoża minerału pod obiektem. Może istnieje jakiś związek między minerałem a działaniem Gniazda.
    - Już się nad tym zastanawialiśmy Samiro, ale mamy pilniejszą sprawę do załatwienia, - Mag przypomniał o doraźnym celu wyprawy. - Cała reszta może poczekać. Musimy wiedzieć, co się stało w Oho. W przeciwnym razie znów ktoś może ucierpieć.
    Po jedzeniu wszyscy stali się mniej skorzy do dyskusji. Ognisko przygasło dając mniej światła. Żarłok ułożył się na swoim posłaniu do snu i wtulił dziób pod skrzydło. Wszyscy postanowili odpocząć po wyczerpującym dniu. Rozłożyli śpiwory na trawie i z wolna zapadli w sen.
    Obudziły ich wielkie krople deszczu kapiące na nich z drzew, pod którymi spali. Słońce jeszcze nie wstało, ale świt był już blisko sądząc po turkusowej poświacie tańczącej na wschodnim horyzoncie. Tam chmury jeszcze nie dotarły. Gęsta, ciemna kołdra nasuwała się na świat od zachodu. Zerwał się wiatr niosący niewielkie gałązki, liście i pył. Musieli założyć maski na twarze, by móc pozbierać sprzęt i skryć się w Gnieździe.
    W środku było ciepło i przytulnie. Udali się do Komnaty Rady. Tam urządzili tymczasowy obóz. Samira zajęła się sprzężeniem Translatora z goglami, by móc na bieżąco widzieć wszystko, co translator zinterpretuje. Był to ważny krok ułatwiający poznawanie otoczenia. Po godzinie trzy pary gogli były skonfigurowane. Indywidualne holorejestratory na bieżąco przekazywały dane do translatora, który po obróbce wysyłał obrazy do gogli. Testy wypadły pomyślnie. Każdy niemal natychmiast otrzymywał przetłumaczony obraz wszystkiego, co nadawało się do interpretacji w jego polu widzenia.
    - Doskonała robota Sami, - Mag pochwalił dziewczynę, która właśnie dostrajała swój model matematyczny przestrzeni SMU.
    Ulf spojrzał na Samirę, by jej podziękować i stanął zaskoczony w miejscu.
    - Sami, co ci się stało? - Zapytał zdumiony. - Mag spójrz na Samirę.
    Mag spojrzał na Ulfa, który stał zaskoczony a następnie na Samirę, która zdawała się nie wiedzieć, co od niej chcą.
    - Co się tak gapicie jakbyście mnie nigdy nie widzieli? - Dziewczyna podniosła głowę znad Translatora, poirytowana tym nagłym zainteresowaniem jej osobą.
    Mag podszedł do niej powoli i ująwszy ją za ramię podprowadził do lśniącego wejścia Komnaty Przodków, które było zamknięte. Drzwi zamykające komnatę odbijały ich postacie w doskonałej lustrzanej powierzchni.
    - Przeszkadzacie mi w pracy, - Samira wycedziła ze złością.
    W tym momencie dziewczyna zrozumiała, o co chodziło jej towarzyszom. Z lustrzanej powierzchni spoglądała na nią nieogolona twarz Maga z wybałuszonymi oczami i jakaś obco wyglądająca dziewczyna. Cofnęła się o krok i skonsternowana dotknęła swojej twarzy.
    - Nie jestem już niebieska. Ale dlaczego właśnie tu się to zdarzyło?
    - Mnie się podoba, - Ulf przyglądał się nowej twarzy Samiry z podziwem. - Ale jak to możliwe? Myślałem, że zmiany genetyczne są trwałe a tu masz..., kobieta kameleon, - zachichotał pod nosem.
    - Już się przyzwyczaiłem do twojej szpetoty a tu taka zmiana. Już mi się przejadł ten niebieski, - Mag się ucieszył. - Powiedz jak to zrobiłaś?
    - No, więc..., nie mam pojęcia, - Samira oglądała swoje dłonie i stopy, które też już nie były niebieskie, za to policzki nabrały barwy różowej. - Zupełnie jak u Was, - po chwili wahania dodała. Ale Wy tak macie od zawsze a ja nie. Ciekawe czy to efekt przejściowy.
    - Już wiem, od czego tak Ci się porobiło, - Ulf rzekł tajemniczo. Wieczorem pierwszy raz piłaś wodę ze źródełka. Nie żałowałaś sobie dziewczyno. Mam nadzieję, że Ci nie zaszkodzi.
    - Nie wiem jak Wy, - Mag wtrącił, - ale ja od czasu, gdy piję tę wodę czuję przypływ energii i zwiększoną ostrość postrzegania. Wzrok, słuch, węch i inne, bardziej nieokreślone wrażenie obejmowania otoczenia szerszym spojrzeniem. Jeśli Wy czujecie to samo to obarczyłbym za to odpowiedzialnością Quadrium nawet w tak znikomej dawce.
    - Jest jeszcze coś, - zauważył Ulf. - Od jakiegoś czasu jem za dwóch a coraz mniej chce mi się..., no wiecie, co mam na myśli. Tak jakby cała energia była zużywana na te dodatkowe funkcje.
    - Też tak mam od jakiegoś czasu, - Mag potwierdził. - Czy widzieliście, by Żarłok cokolwiek wydalał? Je i pije za trzech i nic nie zostaje. Za to jest niesamowicie szybki i bystry. On pije tę wodę najdłużej z nas.
    Jakby na potwierdzenie Żarłok przysiadł się do swojej miski z wodą, by ją opróżnić w parę chwil. Zadowolony zagwizdał uruchamiając tym światła gondoli.
    - Podoba mi się mój nowy kolor, - Samira była wyraźnie zadowolona z przemiany. - Mam nadzieję, że to nie jest efekt przejściowy. - Stosowałam krem z dodatkiem Trifortium, co spowodowało, że od prawie dwudziestu lat się praktycznie nie zmieniłam. Tak jakby czas stanął w miejscu. Jeśli działanie Quadrium jest takie jak twierdzicie to może to być „Aqua Vitae”. Koniec z kuracjami odmładzającymi. Przemysł farmaceutyczny pójdzie wreszcie z torbami. Przez setki lat żerowali na ludzkim nieszczęściu i głupocie a teraz ich wykończymy jednym ruchem.
    - Na razie mamy inne sprawy niż porachunki z lobby farmaceutycznym. To może jeszcze zaczekać. Coś jednak musimy przedsięwziąć, by nie stać tu w miejscu z kotletem, na którym eksperymentujemy, - Mag zmienił ton na poważniejszy. Z tymi goglami możemy szybko spenetrować kilka nowych komnat. Najbliżej mamy jeszcze jedną komnatę, której nie zwiedzaliśmy a może być bardziej istotna od pozostałych. Na schemacie mamy ją oznaczoną, jako ARCHIWUM. Co Wy na to?
    - Może trafimy na jakieś ważne informacje. Z tymi goglami możemy już się nie bać nowych wyzwań, - Samira była zdecydowanie za pomysłem Maga.
    Ulf również nie miał nic przeciwko nowej wyprawie. Tylko Żarłok nie wydawał się zainteresowany. Smacznie spał i nie zamierzał się udzielać póki nie nadejdzie jego pora a na to się na razie nie zanosiło. Podeszli do ostatnich wrót, które bez protestu stanęły przed nimi otworem ukazując przestronne, słabo oświetlone pomieszczenie. Troje ciekawskich odkrywców przekroczyło wrota w nadziei na jakiś rodzaj oświecenia. Tym razem nie zabierali ze sobą sprzętu ani pojazdów, gdyż nie spodziewali się niespodzianek. Już wiedzieli, że Gniazdo nie poluje na nich i nie usiłuje ich zniszczyć, więc poczuli się trochę jak w domu. Żadne z nich nie wyczuwało jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Archiwum było rodzajem labiryntu składającego się z wielu sekcji połączonych wzajemnie jak chodnik biegnący wokół pomieszczenia.
    Ruszyli przed siebie mając nadzieję na mnóstwo odkryć i wiedzy wykraczającej daleko poza ich wyobrażenia. Przeszedłszy kilka kroków musieli się jednak zatrzymać. Drogę zagradzał ekran przedstawiający kolizję napierających na siebie z ogromną prędkością galaktyk, przedstawioną w przyspieszonym tempie. Jasno święcące jądra galaktyk rozpadały się na ich oczach przenikając się wzajemnie i rozciągając w niemym tańcu zagłady. Miliony małych kropeczek będących zapewne gwiazdami rozbiegały się we wszystkie strony, by po chwili jak welon zawrócić w kierunku centralnych rejonów katastrofy. Co chwilę zderzające się gwiazdy wybuchały w malowniczych pióropuszach ognia i święcących szczątków po katastrofie. W końcu po wszystkich galaktykach pozostały jedynie szczątki ich pierwotnej świetności. Nowopowstałe jądro powoli zapadało się w sobie wsysane niewyobrażalną siłą grawitacji czarnych dziur stanowiących po kolizji jeden gigantyczny obiekt skupiający masę całego wszechświata. Gwiazdy, które przed chwilą umknęły tej sile i odbiegały w dal kosmosu zmieniały kierunek nie mogąc nawet z tak daleka przeciwstawić się gigantycznej władzy czarnej dziury. W końcu pozostała tylko opasła kula niemająca żadnego koloru oraz jedna wielka gwiazda, która nie została jeszcze przez nią pożarta. Chwilę trwało zmaganie tytanów, ale wynik był przesądzony. Gwiazda ciągnięta w kierunku horyzontu zdarzeń potwora poddała się i przyspieszając zderzyła centralnie ze swoim przeznaczeniem.
    - Pięknie pokazane, - pomyślał Ulf, - ale znamy to zjawisko doskonale. Tak wygląda domniemany kolaps wszechświata zamkniętego. Nie rozumiem, po co nam to pokazują? Nihil Novi Sub Sole.
    Gdy pędząca gwiazda zetknęła się z horyzontem zdarzeń niespodziewanie nastąpił błyskawiczny kolaps i monstrualnych rozmiarów czarna dziura znikła w ułamku sekundy. Niebo pozbawione gwiazd i galaktyk było zupełnie ciemne. Po gigantycznych galaktykach nie pozostał nawet jeden okruch materii. Obraz otaczał ich ze wszystkich stron tak, że mogli niemal dotknąć pustki, która tańczyła przed ich zdziwionymi oczami.
    - To tak wygląda ten proces w rzeczywistości, - pomyślał Ulf. - Kto by przypuszczał, że cała przestrzeń zniknie bez śladu w mgnieniu oka.
    - Gdy centralny obszar kolapsu osiągnie gęstość energii zerowej przestrzeni, która go utrzymuje, energie się znoszą i tak jak w przypadku par cząstek wirtualnych „pożyczka” energetyczna zostaje spłacona a cząstki znikają jakby nigdy nie istniały, - Samira dodała.
    - Słyszycie moje myśli? - Ulf się zaniepokoił.
    - Jak widać obowiązuje tu cisza i nikt poza lektorem nie ma prawa głosu, więc dozwala się jedynie na kontakty telepatyczne, - Mag był zafascynowany swoją nowa umiejętnością. - Już dawno Cię podejrzewałem Ulf o używanie telepatii, - zaśmiał się tryumfalnie. - Ciekawe czy to działa tylko tutaj czy poza Archiwum również.
    - A skąd byśmy wiedzieli, jaką masę ma czarna dziura? - Zauważyła Samira. - Przecież panuje tu idealna cisza a jednak informacje docierają do nas. Fascynujące zjawisko.
    W międzyczasie obraz zbliżył się do miejsca, gdzie wszechświat właśnie zakończył swój żywot i ukazała się niewielka kula odbijająca światło otaczających ją odległych światów. Niewidzialny lektor sączył informacje wprost do ich umysłów.
    - Gdy obiekt przekracza masę krytyczną gęstość energii nie tylko rozrywa tkankę czasoprzestrzeni i tworzy osobliwość, ale również degeneruje tło Nicości, w której ta czasoprzestrzeń jest osadzona. Powstały w ten sposób obiekt istnieje we wszystkich przestrzeniach znajdujących się w Nicości jednocześnie, gdyż nie tylko zawiera pierwiastek czasu zerowego, ale jest też jego jedynym źródłem. Taki obiekt uprawomocnia swoją obecnością wszelkie fluktuacyjne światy, które bez jego istnienia nie mogłyby nigdy powstać a także mogłyby się zapaść w nicość w każdym momencie, gdyby już istniały. Wszystkie światy fluktuacyjne, jakie istnieją w Nicości posiadają geometrię nieprzemienną i one są stabilizowane przez Praprzyczynę. Ten świat jest jednak inny i nigdy nie powinien był powstać, gdyż posiada czasoprzestrzeń o charakterze przemiennym, co łamie podstawowe zasady kreacji enklaw. Na nieszczęście dla wszystkich innych światów nieprzemiennych Praprzyczyna trafiła w Waszą przestrzeń, z której stabilizująca natura Praprzyczyny ich nie obejmuje a jako że znajduje się w przestrzeni przemiennej stabilizuje jedynie Wasz Wszechświat, podczas gdy pozostałe nadal mogą się zapaść w nicość w dowolnym momencie.
    - A więc teoria SMU jest prawdziwa, - Mag nie krył zadowolenia.
    - Praprzyczyna jest jedynym powodem, dla którego Gniazdo znalazło się w Waszym Wszechświecie, - Głos kontynuował swą opowieść w ich głowach. - Po kolapsie Praświata, który powstał w Nicości jako fluktuacja, pozostała Praprzyczyna, która była pierwszym i jedynym bytem niezależnym generującym oś czasu zerowego w pustej dotąd Nicości”. Przez eony umożliwiała powstawanie i istnienie wszystkich enklaw w bezmiarze Nicości. Pośród niezliczonych fluktuacji tworzących nowe enklawy nastąpiła jedna statystycznie nieprawdopodobna fluktuacja, która powołała do istnienia Waszą enklawę. Gdy tylko powstała natychmiast wciągnęła Praprzyczynę. Moi Twórcy potrafili transferować obiekty między przestrzeniami o odmiennych geometriach, stąd mogę istnieć w Waszym Świecie, jednak nie władaliśmy energią zerową, dzięki której moglibyśmy wypchnąć Praprzyczynę w neutralne obszary Nicości stabilizując ją w ten sposób. Obecnie jedynie nikłe echo osi Uniwersalnego Czasu pobrzmiewa w Nicości. Nie jest ono jednak dość silne by zapewniać stabilność. Fluktuacje tego echa powodują fundamentalną niepewność praw fizyki i powolny dryft wartości podstawowych. Za jakiś czas nawet to echo zaniknie izolując enklawy w oceanie Nicości na zawsze. Nicość nie jest przyczynowa, gdyż nie istnieje sama w sobie. To niezrozumiałe powstanie Praprzyczyny zmieniło Nicość w byt quasi-przyczynowy, w arenę, na której rozgrywają się losy wszystkiego, co kiedykolwiek, gdziekolwiek istniało. Dlatego określenie „zawsze” nie oddaje dobrze trwania w czymś, czego nie ma, ale innego określenia nie sposób pojąć podlegając działaniu czasu.
    Głos ilustrował swoją opowieść zmieniającymi się obrazami, które ukazywały mnogość różnych światów w obrębie Nicości, jednak zaznaczył, iż to, co widzą jest tylko pewnym wyobrażeniem przestrzennym, gdyż nie znalazł lepszego sposobu na pokazanie wielu bytów zajmujących tę samą przestrzeń jednocześnie stąd rozsiał je po całym ekranie. Wszystkie te światy były przez chwilę połączone promieniami energii wychodzącymi z Praprzyczyny, jednak w chwilę później promienie zwinęły się i stworzyły pętle obejmujące tylko jeden obiekt. Pozostałe obiekty reprezentujące całe światy, po kolei się zapadały, by nic po sobie nie pozostawić. Wraz z nimi ginęły zapewne również niezliczone zamieszkujące je cywilizacje.
    - Pozostało niewiele czasu na ustabilizowanie Nicości zanim stanie się domeną tylko jednego świata - Waszego - Głos kontynuował swoją opowieść. - Jak powszechnie wiadomo, przestrzeń nieprzemienna zawsze istnieje w najniższym możliwym, niezerowym stanie energetycznym swojego tła, w którym jest osadzona stąd nie ma możliwości korzystania z ogromnych zasobów przemian fazowych próżni, którą posiada Wasz przemienny świat. Przemienne światy mogą powstać tylko w przestrzeni znajdującej się we wzbudzonym stanie energetycznym stąd można bezkarnie czerpać energię z przemian fazowych próżni. Dopóki poziom tej energii nie spadnie do zera jej zasoby będą się odtwarzały kosztem degeneracji mizernych zasobów we wszechświatach nieprzemiennych. W pewnym sensie ten świat jest najpełniejszy jeśli chodzi o dostępność energii i możliwości jej pozyskiwania, więc dysponując odpowiednią technologią możnaby „wypchnąć” Praprzyczynę poza jego obszar zapewniając stabilność i nieprzebrane zasoby energii reszcie enklaw.
    - Jeśli jest prawdą to, co słyszeliśmy, - pomyślała Samira, - to Dengowie nie byli z nami całkiem szczerzy. Gdybyśmy działali zgodnie z ich wytycznymi, które postulują właśnie „wypchnięcie” Praprzyczyny poza naszą przestrzeń oni byliby bezpieczni a my byśmy marnie skończyli. Ich opowieść jednak utrzymuje, że Degenerator Pierwotny, - jak nazywają Praprzyczynę stanowi główne zagrożenie dla integralności naszego świata. Obserwacje astrofizyczne, które interpretowaliśmy na poparcie Ich teorii można równie dobrze zinterpretować przeciwnie a skutek będzie wtedy diametralnie różny. W takim układzie należałoby rozstrzygnąć w jakiś sposób czy Dengowie działają w dobrej czy złej wierze. Zauważcie, że to my zapewniamy całą energię do utrzymania tuneli transferowych z Cristal. Ze strony Dengów otrzymujemy jedynie Anodium. Zapytajmy Głosu, kim jest i co ma na poparcie swoich wywodów. Pismo, jakie tu mają sugeruje, że nie są powinowatymi Dengów i mogą nawet nie wiedzieć o ich istnieniu. Również teoria nieco się różni, więc te cywilizacje muszą być niezależne.
    - Obawiam się Samiro, że to, co słyszymy to tylko prezentacja z przekazem jednostronnym, więc odpowiedzi będziemy musieli sami poszukać, - Mag spostrzegł, że Głos zupełnie nie reaguje na to, co myślą, - sporo się i tak dowiedzieliśmy jak na jedną krótką sesję. Proponuję posunąć się kawałek dalej. Może nasi gospodarze coś innego nam jeszcze zaprezentują.
    Obrazy wyświetlane przed ich oczami powoli zbladły, by po chwili rozwiać się zupełnie w powietrzu. Postąpili kilka kroków do przodu i ponownie usłyszeli Głos przemawiający w ich głowach.
    - W mnogości wszechświatów, które powstają i giną w bezmiarze Nicości istniał świat Kuuru. Piękny i bogaty w zasoby naturalne. Gdzie nie spojrzeć zadziwiał różnorodnością i obfitością materii. Roiło się w nim od najróżniejszych obiektów kosmicznych, które sprzyjały przemianom. Po nieskończenie długim czasie w Kuuru zakiełkował Intelekt w bezpostaciowej formie. Z czasem opanował całą dostępną przestrzeń jednak badając ją odkrył, że świat ma granice, poza które nie może się rozprzestrzeniać.
    Przed oczami widzów rozpostarł się ponury krajobraz pełen nieznanych obiektów krążących wokół siebie po dziwacznych orbitach, które nie byłyby możliwe w zwykłej przemiennej przestrzeni. Obiekty przeskakiwały z jednej orbity na inną w zupełnie nieprzewidywalnym rytmie. Jedne obiekty były ogromne, inne małe, ale żadne z nich nie przypominały czegokolwiek znanego, takiego jak słońce czy planety lub komety. Obiekty rozpadały się i łączyły w innych konfiguracjach tworząc dziwne wzory niespotykane w „zwyczajnym” świecie. Część z obiektów była podłużna, część kanciasta a jeszcze inne miały kształt..., właściwie nie posiadały kształtu. Emanowały fioletową poświatą jakby przed chwilą nastąpiła eksplozja jądrowa. Fiolet przechodził w głęboki granat połyskujący miejscami pasmami srebra i tytanu.
    - Wasz świat składa się głównie z lekkich pierwiastków, które powstają w wybuchach ogromnych gwiazd i fuzjach ciężkich obiektów kosmicznych, - Głos kontynuował. - Na Kuuru prawa fizyki są inne, więc materia również jest inna i rządzą nią inne prawa. Dominują tam pierwiastki, o których nigdy nie słyszeliście, posiadające zadziwiające właściwości. Ich transfer do Waszej przestrzeni jest możliwy jedynie, gdy dokona się translacji tensorów przestrzennych dając w efekcie niezwykle ciężkie jądra, jakie nie mogłyby powstać w naturalny sposób w Waszym świecie. Jedyny wspólny element łączący nasze światy to niezależna oś czasu. Świat Kuuru istniał przez eony w doskonałej harmonii stając się idealnym miejscem dla Intelektu. Intelekt jednak łaknął więcej wiedzy. Badając wszechświat i prawa nim rządzące Intelekt odkrył w końcu straszliwą prawdę. Poszukując rozwiązania zbudował flotę ogromnych statków, które miały poszukiwać Praprzyczyny w innych światach. Statki badawcze wyruszyły poprzez bezmiar Nicości do najodleglejszych światów wiedzione słabnącym echem osi Uniwersalnego Czasu. Niedługo potem Kuuru wraz z Intelektem zapadł się w niebyt pozostawiając ocalałe statki ich własnemu losowi, - gdziekolwiek były.
    Obrazy zmieniały się przed oczami trójki zszokowanych widzów ukazując wielobarwną mgłę, która zaczęła spowijać różne obiekty, by w końcu ukazać flotyllę ogromnych nieregularnych brył o identycznych kształtach i rozmiarach.
    - Pamiętajcie, że obrazy, które oglądacie wyglądają zupełnie inaczej w przestrzeni nieprzemiennej, - ciągnął Głos. - Kuuru był pięknym i bogatym światem, jednak po zniknięciu Praprzyczyny zaczął ulegać powolnej erozji, by w końcu się zapaść całkowicie i zniknąć w niezmierzonej pustce Nicości. Niezrozumiałym zrządzeniem losu właśnie ten świat, - jedyny znany z przemienną geometrią, stał się wyłącznym właścicielem i beneficjentem Praprzyczyny, która go chroni i stabilizuje. Jest pewna niepotwierdzona teoria, która mówi, że Praprzyczyna znajdzie przystań w świecie o takiej geometrii, z jakiej sama powstała, ale to tylko teoria.
    Obrazy krążące wokół nich zbladły i po chwili pozostała tylko jedna mała kropka światła przed ich oczami. Przez moment jeszcze trwała w bezruchu, po czym zgasła. Głos również zamilkł.
  • #29
    yego666
    Level 32  
    ============== Odcinek 12 ================

    - Muszę się nad tym zastanowić, - pomyślała Samira.
    - Ja również potrzebuję chwili do namysłu, - Mag dodał.
    Ulf skierował się ku wyjściu, gdzie Żarłok czekał na nich z niepokojem drepcząc na swych szponiastych łapach. Gdy wejście się otworzyło wypuszczając troje zwiedzających z Archiwum, Świstogon zagwizdał z radości jedyną melodię, jaką znał. Tę, której nauczył się od Ulfa. Otrzymał od wszystkich dowody sympatii a Samira serdecznie objęła jego szyję. Zwierzak był bardzo szczęśliwy widząc towarzystwo w komplecie. Ulf spojrzał na chronometr i aż sapnął ze zdziwienia.
    - Aż tyle czasu nas nie było? No nie dziwię Ci się Żarłoku, że się stęskniłeś. Mnie również zaczęło już Cię brakować. No i jestem piekielnie głodny. W tym kinie czas się jakby kurczy. Miałem wrażenie, że minęło jakieś pół godziny.
    - Masz niezbity dowód na istnienie wielu osi czasu, - Mag wyjaśnił śmiejąc się ze swojego błyskotliwego żartu. - Ale tak poważnie to też już zgłodniałem i muszę wyjść na zewnątrz. Może pogoda się poprawiła i będzie można odpocząć, i pogadać poza Gniazdem.
    Sprzęt naukowy pozostawili porozstawiany wokoło, by później znów nie tracić czasu na jego instalowanie. Fazolot z zaopatrzeniem i sprzętem biwakowym zabrali ze sobą na zewnątrz. Po paru minutach byli już na polance. Pogoda już się poprawiła, choć nie było za ciepło. Słońce stało wysoko na niebie i spoglądało na nich z zainteresowaniem jakby wiedziało o ich problemach. Drzewa szumiały cicho pod lekkim dotykiem wiatru. W powietrzu unosił się lekko gorzkawy zapach kwitnących nieopodal roślin. Piękne kwiaty zdobiły kępki jakiegoś drzewo-krzewu rosnącego w cieniu drzew okalających polanę. Wokół nich uwijały się najzwyklejsze trzmiele gromadząc nektar i pyłek do swoich woreczków wokół pękatych brzuszków. Jeden z nich zapędził się aż pod dziób Świstogona i bezceremonialnie próbował na nim usiąść. Żarłok, choć pewnie nie był zbyt wielkim miłośnikiem owadów przyglądał się maleńkiemu stworzonku z zainteresowaniem. Po chwili jednak trzmiel odleciał uznawszy zapewne, że Żarłok jest niejadalny. Wszyscy ochoczo zabrali się do przygotowywania obiadu, gdyż od wczorajszego wieczoru nic nie jedli. Mag obszedł okoliczne zarośla w poszukiwaniu gałązek i zeschłych liści na ognisko. Nie mieli wprawdzie dziczyzny, ale kotlety z rożna również są smaczne. Samira wydobyła sporą ich ilość z przepastnego luku bagażowego fazolotu i ułożyła je na trawie. Ulf najwidoczniej zasmakował w dziczyźnie od czasu spotkania Żarłoka, bo oznajmił wszystkim, że idzie na polowanie. Wziął swój nóż myśliwski i zniknął za pobliskimi drzewami. Świstogon rozejrzał się wokoło i stwierdziwszy, że chwilowo nie ma zajęcia odpowiedniego dla jego pozycji społecznej również ruszył w las tyle, że nie piechotą jak Ulf. Mag ułożył ze znalezionych gałęzi zgrabny stos, nad którym ustawił rożen na spodziewane frykasy. Gdy stos był gotowy wziął przezroczysty pojemnik i ruszył z nim po źródlaną wodę. Po dziesięciu minutach wrócił z pełnym pojemnikiem, który postawił przy kotletach. Minął dobry kwadrans zanim pojawił się Ulf niosąc trzy stworzenia podobne do zajęcy i jednego Bobro-Szopa. Upolowane zwierzęta ułożył równo koło fazolotu i usiadł na trawie, by chwilę odpocząć. Za nim pojawił się Świstogon zręcznie lądując przy upolowanej dziczyźnie.
    - Żarłok jest wart trzech psów myśliwskich, - Ulf oznajmił patrząc na Świstogona dumnie pilnującego zdobyczy. - Nic bym nie złapał na tym stoku, gdyby Żarłok mi nie napędził zdobyczy pod sam nos. Sam jego widok powoduje, że zwierzyna ucieka w ślepym przerażeniu. Z nim nie zginiemy z głodu.
    Żarłok był chyba świadom swoich zasług, gdyż pilnie łowił słowa Ulfa jakby je rozumiał. Po kilku minutach wszyscy zabrali się za oprawianie jeszcze ciepłych zwierząt i nadziewaniem ich na rożen. Nie wszystkie się zmieściły, więc Samira zapakowała starannie dwa zające i wraz z wcześniej wydobytymi kotletami schowała je do zamrażarki w fazolocie. Ten akt sabotażu najwidoczniej nie spodobał się Żarłokowi, gdyż głośno zaprotestował gwiżdżąc po swojemu. Jego protesty jednak nie zdały się na nic, bo zapasy zniknęły w zamrażarce a Świstogon dostał kilka głasków na pocieszenie. Najwyraźniej obrażony usiadł obok Ulfa i obojętnie obserwował przygotowania do posiłku. Ognisko dawało przyjemne ciepło i dodawało wszystkim animuszu. Żarłok napił się źródlanej wody ze swojej miski i najwyraźniej humor mu wrócił, gdyż zaczął się bawić łapiąc dziobem iskierki ulatujące w górę z ogniska. Zapach pieczonego mięsa działał wszystkim na wyobraźnię stąd z upływem czasu coraz częściej sprawdzali jego przydatność do spożycia. Czas mijał a mięso piekło się baaardzo powoli. Po godzinie obracania na rożnie zdecydowali, że już wystarczy i przystąpili do uczty. Pierwszy kawał najlepszego mięsa trafił do najbardziej zasłużonego w polowaniu Żarłoka. Mimo iż był głodny, - jak zwykle, zaczekał aż wszyscy otrzymają swoje porcje i dopiero, gdy Mag wziął pierwszy kęs, sam rozpoczął ucztę. Przez dłuższy czas słychać było jedynie zadowolone pomruki biesiadników posilających się przy wesoło płonącym ognisku. Skończywszy posiłek Samira sięgnęła po wodę źródlaną i z wyraźną przyjemnością opróżniła swój kubek.
    - Świetnie smakuje do pieczeni. Tylko skąd ją weźmiemy, gdy stąd już odjedziemy? - Wyraźnie się zmartwiła.
    - Coś wymyślimy. Nie martw się Sami, - Mag uspokoił ją szybko. - Zabierzemy trochę Quadrium na Twój wyłączny użytek.
    - Wyraźnie służy Ci na cerę, - Ulf dorzucił spoglądając porozumiewawczo na dziewczynę.
    - Jest smaczna i tyle, - Samira udawała, że nie pojęła aluzji. - To bardzo zdrowa woda.
    - Też tak sądzę, - Mag przyszedł dziewczynie z odsieczą. - Ciekawe, czy działa też na porost włosów. - Dodał głaszcząc się po gładko ogolonej głowie.
    Obaj z Ulfem zaśmiali się jednocześnie.
    - Lepiej zastanówmy się nad tym, co usłyszeliśmy w Archiwum, - Samira usiłowała sprytnie zmienić temat.
    Panowie nie chcąc urazić dziewczyny skwapliwie się zgodzili z jej propozycją, nikt jednak nie kwapił się by rozpocząć dyskusję. Żarłok jak zwykle ocierając się dziobem o nogę Samiry upomniał się o dokładkę, która zwyczajowo była dużo większa niż główne danie. Doceniony za zasługi na polu łowiectwa z apetytem zajął się poczęstunkiem. Ucztowali jeszcze długo i nikomu już się nigdzie nie spieszyło. Trawa była miękka a drzewa przyjemnie szumiały, więc wszyscy zapadli w południową drzemkę ogrzewani wciąż żywo palącym się ogniskiem.
    Spali już prawie trzy godziny, gdy nagle zbudził ich odgłos gromu przetaczający się przez góry. Burze się zdarzały czasem w tych okolicach, więc nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie brak jakichkolwiek chmur. Grzmot powtórzył się po minucie i tym razem był dużo głośniejszy. Ulf zauważył, że odgłos gromu dobiegał z kierunku, gdzie jeszcze niedawno było Oho.
    Żarłok niezadowolony, że nie dają mu spać otworzył jedno oko, po czym znów zapadł w sen. Podróżnicy mieli sporo spraw do omówienia, więc nie mogli sobie pozwolić na podobny komfort.
    - Na razie nie udało się nam ustalić jak się cofać w czasie, więc główny cel badań nie został zrealizowany, - Mag podsumował ich dokonania, - jednak uzyskaliśmy wiedzę o potencjalnie kardynalnym znaczeniu dla naszego Być albo nie Być.
    - Nie potrafimy jednak rozstrzygnąć kwestii prawdziwości dwóch przeciwstawnych interpretacji tego samego zjawiska, - wtrąciła Samira. - Na domiar złego nie mamy odpowiednich przyrządów, by to poddać weryfikacji. Moim zdaniem nie powinniśmy zajmować w tej kwestii stanowiska póki nie uzyskamy dowodów empirycznych lub falsyfikowalnej, kompletnej teorii o sprawdzalnych przewidywaniach. Pójście w którąkolwiek stronę może dla nas oznaczać zagładę.
    - Zrekapitulujmy, zatem, - Ulf przejął inicjatywę. - Dengów spotkaliśmy kilkadziesiąt lat temu. Okoliczności, w jakich to nastąpiło były, co najmniej niecodzienne. Pamiętam to jak dziś. Odbywaliśmy daleki zwiad naukowy na rubieżach znanej przestrzeni. Mieliśmy dwa okręty klasy Rex z pełnym wyposażeniem jeszcze z czasów exodusu przed Wielką Unifikacją Ras na Ziemi. Wracając na Zaxor wykonaliśmy jeden długi skok poprzez całą przestrzeń jednak ktoś coś źle policzył i w efekcie wyszliśmy ze skoku o kilka milionów parseków za wcześnie. Przyrządy podały, że była to galaktyka N3109. Znajdowaliśmy się na samym jej krańcu. Okazało się, że główny komputer miał uszkodzony moduł nawigacyjny. Usiłowaliśmy się skontaktować z drugim okrętem, ale on prawidłowo skoczył od razu do domu. Zaczęliśmy poszukiwać jakiejś planety, by zdobyć surowce do naprawy modułu. Automaty naprawcze działały prawidłowo, ale na pokładzie nie było surowców, których mogłyby użyć do rekonstrukcji. Wisieliśmy tam już dwa dni, gdy systemy uzbrojenia wykryły zagrożenie. Nie mając sprawnej nawigacji mogliśmy polegać jedynie na napędzie konwencjonalnym. Schowaliśmy się za jakimś niewielkim księżycem planety o rozmiarach Jowisza i czekaliśmy w gotowości. Mieliśmy szczęście, bo zza tej planety wyłonił się wielki statek transportowy. Statek ewidentnie dryfował i nie odpowiadał na żadne wezwania.
    - Nigdy nie słyszałam tej historii, - Samira wtrąciła z zainteresowaniem w głosie. - To musiało mieć miejsce na długo przed moim przybyciem na Zaxor.
    - Jesteś jednym z naszych najnowszych „nabytków”, - Mag stwierdził z uśmiechem. - Po Tobie przybyło jeszcze tylko kilkanaście osób.
    - A Ty Mag, gdzie wtedy byłeś? - Spytała Samira. - Nie brałeś udziału w tej misji, prawda?
    - Nie pamiętam dokładnie, ale gdy przywlekli ten statek na orbitę wokół Zaxor to już nikt przez kilka lat nie zaznał spokoju i wypoczynku. Statek należał, rzecz jasna do Morfów lub do Aniołów, jeśli wolisz. Wszyscy na pokładzie umarli z głodu na skutek awarii głównego zasilania. Statek był napędzany antymaterią oczywiście, więc awaria głównego pierścienia akceleratora pozbawiła ich zasilania. Na statku znaleźliśmy ciała ponad trzystu Aniołów. Niektóre były poobjadane aż do kości. Zjedliby się chyba do ostatniego, gdyby im nie zabrakło powietrza. Ci, którzy nie zostali zjedzeni po prostu się podusili. Przeglądając logi ich komputerów odkryliśmy, że wieźli transport kilku tysięcy ludzi do hodowli na którejś z planet ich układu gwiezdnego. Dokładne przeszukanie statku ujawniło nieliczne ludzkie kości w jednej z ładowni. Pewnie nie zdążyli się ich pozbyć po uczcie. Niejedno widziałem, ale na ten widok coś się we mnie zmieniło i..., nieważne. Na pokładzie znaleźliśmy coś dużo ważniejszego niż wszystkie Anioły razem wzięte. Były to plany nieznanego nam wówczas urządzenia. Nigdy nie udało nam się ustalić, w jaki sposób Morfy weszły w jego posiadanie. To właśnie Zieliński ze swoim zespołem zbudował urządzenie według tych planów. W tamtych czasach na Zaxor dominowało rolnictwo i handel płodami. Jedynie w Oho zebrała się grupka naukowców z różnych dziedzin i oddawała się studiowaniu zawiłych zagadnień ontologicznych, eschatologicznych lub jakichś innych. Efekty ich prac zawsze dobrze smakowały i miały niezłą moc. - Mag uśmiechnął się do siebie na wspomnienie tych rarytasów. - Szkoda starego MC.
    - To urządzenie, które okazało się być komunikatorem zerowym zostało uruchomione w trzechsetne urodziny Zielińskiego, jeśli się nie mylę, - Ulf kontynuował opowieść. - Była wtedy wielka impreza w baraku naukowym. Wszyscy się popili i nikt nie zauważył, że urządzenie wydaje dziwne piski i syczenie. Dopiero w dwa dni później któryś z ludzi Zielińskiego odkrył te dziwne dźwięki. Translatory semantyczne i inne urządzenia naukowe szybko uporały się z tym przekazem i tak oto rozpoczęła się era kontaktów między Enklawami, bo tak Dengowie nazywają różne wszechświaty rozrzucone w Nicości. Najpierw ustalono kwestie językowe, pojęciowe i inne podstawowe parametry komunikacji. Następnie otrzymaliśmy kompletny - jak się wówczas wydawało - zestaw praw fizyki znany nam wówczas tylko w pewnym stopniu. Teoria Iteracji i transfery międzyenklawowe były dla nas zupełną nowością. MC Zieliński był w siódmym niebie. Teoria przestrzeni nieprzemiennych, która dotąd była tylko ciekawostką matematyczną stała się bardzo ważną dziedziną nauki. Potem, gdy zgodziliśmy się z głównymi założeniami teorii Iteracji Dengowie dostarczyli nam plany małego urządzenia, które Zieliński wraz ze swoimi kolegami złożył w swoim baraku w niecały rok. Resztę historii znacie. Wszystko, co teraz jest na Zaxor pochodzi od tego pierwszego urządzenia. Oczywiście wdrożyliśmy swoje własne programy, jako dodatkowe elementy i tak powstało Oho, Thevion i reszta naszych miast i ośrodków naukowych.
    - Wszystko, co się od tamtej pory zdarzyło na Zaxor było konsekwencją tej dziwnej historii, - dodał Mag. - Dengowie nigdy nic nie wymuszali tylko zawsze stawiali na swoim siłą argumentów naukowych. Byli na wyższym etapie rozwoju technicznego niż my, więc nie mieli z tym większych trudności. Nigdy też nie złapaliśmy ich na jakiejkolwiek próbie „sprzedania” nam nieprawdy czy też na manipulacji. Z drugiej jednak strony nie posiadamy dość kadr naukowych, by sprawdzić każdy detal techniczny lub teoretyczny. Pracujemy nad tym, ale przy ograniczonych zasobach ludzkich nie na wszystko jest czas. Jak wiecie Ziemia ma swoje kłopoty, więc trudno byłoby ufać komukolwiek stamtąd. To wymaga czasu a jego właśnie nie mamy.
    - Teraz doszły nam nowe elementy do układanki, którą uważaliśmy za skończoną, - wtrąciła Samira. - Nie mamy żadnego powodu ufać bardziej Głosowi z Gniazda niż Dengom poza jednym. Głos podał pełniejszą wersję rzeczywistości. Musiałabym sprawdzić równania nowej teorii, by wydać jakąkolwiek opinię, co do jej wartości. To, że brzmi dobrze i likwiduje stochastyczną naturę rzeczywistości na najniższym poziomie przemawia za nią, ale do uznania teorii trzeba czegoś więcej niż tylko przekonanie. Ofiarami takiego podejścia padły tysiące naukowców. Najbardziej znany casus dotyczy jednej z największych teorii Średniowiecza. Tysiące fizyków uwierzyły bez jakiegokolwiek dowodu a jedynie ze względu na pozorną elegancję w tak zwaną Teorię Strun. Sami wiecie jak żałosne okazały się rezultaty, jakie uzyskali.
    - Masz rację, - Mag podjął po chwili. - Jest jednak coś, co znacząco różni Dengów od Gniazda. Statek z Kuuru mamy pod ręką i możemy z nim robić, co chcemy. Jak dotąd nie wyrządził nam krzywdy i wszędzie mamy wstęp. Możemy wszystkiego dotknąć i zbadać. Od Dengów nic takiego nie mamy. Wszystko jest na wiarę, czyli tak jak z tymi od Teorii Strun ze Średniowiecza. Sprawdzamy rzeczy w zasadzie oczywiste, które nie budzą wątpliwości, ale dowodu ostatecznego nie ma lub Dengowie nie chcą go pokazać. Stąd pytanie czy coś ukrywają? Jeśli zaś powodem takiej sytuacji jest ich niewiedza to nie raz w historii ludzkości niewiedza okazywała się bardziej zabójcza od najpotężniejszej broni. W dobrej wierze popełniano straszne czyny prowadzące ludzkość na skraj zagłady. Wystarczy sobie przypomnieć wojny religijne lub Wojnę Ras.
    - Mam przeczucie, że to, co zdarzyło się w Oho jest kluczem do naszej zagadki, - Ulf powiedział z wahaniem. - Nie mam żadnego dowodu, ale póki się nie dowiemy, co się tam stało nie będziemy wiedzieli czy to ma czy nie ma znaczenia dla rozwiązania problemu.
    - Zgadzam się, gdyż również mi coś mówi, że jest to ważny trop, - Samira zgodziła się z Ulfem.
    Mag kiwnął potakująco głową, co miało znaczyć, iż się zgadza z towarzyszami.
    - Trafiamy na cenne artefakty obcego Intelektu, ale nic nam nie mówią na temat, który jest teraz najważniejszy. Proponuję jeszcze jedną wycieczkę do Archiwum a jeśli tam się nie dowiemy jak uruchomić wehikuł czasu będziemy musieli zacząć eksperymentować.
    Powoli zebrali sprzęty porozkładane wokół dogasającego ogniska i zapakowali je do fazolotu. Żarłok przesiadł się na siedzenie Ulfa i dał się wieźć do Gniazda.
    Wszyscy troje weszli ponownie do pomieszczenia Archiwum. Minęli pierwsze i drugie stanowisko, gdzie kolejno uruchamiały się prezentacje, które już wcześniej oglądnęli. Świadczyło to, iż intencją budowniczego tej sali było uporządkowane przekazanie wiedzy zwiedzającym. Trzecie stanowisko uruchomiło widowisko opowiadające o historii Kuuru, kolejne opowiadało o artystycznych talentach Intelektu. Zatrzymali się dopiero przy stanowisku prezentującym urządzenia, które znali z KOMNATY PRZEBRAŃ. Dowiedzieli się, że urządzenia tam się znajdujące służą realizacji różnych funkcji kabiny przebieralni. Prawidłowo odgadli funkcje przycisków na ściance przebieralni jednak celu przebierania się nie odgadli.
    - Każdy obiekt podlega degeneracji w czasie, - wyjaśnił Głos, - stąd konieczność dokonywania okresowej lub incydentalnej regeneracji. Do tego celu służy właśnie KOMNATA PRZODKOW. Regeneracji dokonuje poprzez reorganizację cząstek obiektu według schematu obecnego w jego Śladzie Fazowym na najniższym poziomie organizacji materii. Regeneracji poddają się wszelkie obiekty z dowolnej przestrzeni za wyjątkiem Praprzyczyny, która jest niezniszczalna i niezmienna.
    - Ciekawe, czy człowieka również można tak zregenerować, - pomyślała Samira. - Bardzo to użyteczne i ciekawe, ale znów pudło. Ani słowa o czasie.
    - Inną funkcją, jaką spełnia KOMNATA PRZODKÓW jest manipulacja obiektami w lokalnej czasoprzestrzeni, - Głos kontynuował swój wykład. Wszystkie obiekty znajdujące się w stożku zmian ulegają przesunięciu po osi czasu lokalnego zgodnie lub przeciwnie do jego biegu. Obiekty podlegające zmianie muszą być chronione podwójnym przebraniem, by uniknąć niejednoznaczności przy przekraczaniu barier niezgodnych geometrii. Takie niejednoznaczności translacji topologicznych występują na granicy przestrzeni nieprzemiennych i przemiennych. W przeciwnym kierunku taki efekt nie występuje z oczywistych względów.
    - A jak się tym steruje? - Zapytał Mag w myślach. - Mam nadzieję, że coś na ten temat również będzie.
    - Praprzyczyna definiuje i stabilizuje każdą przestrzeń stąd sama nie podlega translacji topologicznej. Stanowi moduł każdej przestrzeni, - Głos nadal nie milkł podając słuchaczom informacje. - Zakres przesunięcia w czasie zależy jedynie od woli operatora kontrolującego proces z KOMNATY POTOMNYCH lub PRZODKÓW. Transfer w czasie obejmuje wszystkie obiekty znajdujące się w tych komnatach. Po upływie wyznaczonego czasu na osi lokalnej połączenie z obiektem zostaje przerwane i pozostaje on w wybranym czasie. Do tego momentu możliwy jest powrót do czasu Zero, czyli do chwili realizacji transferu. Istnieją jednak pewne zagro...
    - No to już wiemy, co chcieliśmy wiedzieć, - Mag rzucił tryumfalnie i skierował się do wyjścia. - No chodźcie. Resztę zobaczymy w praktyce.
    Wyszli z Archiwum odczuwając wielką ulgę. Popołudniowa sesja była bardziej męcząca od porannej. Nie nawykli do kontaktu telepatycznego, więc wszystkim szumiało w głowach.
    - Dobrze, że to takie proste, - pomyślał Ulf. - Nie znoszę przekomplikowanych rzeczy.
    - Ja także, - Samira odparła również w myślach. - Często zawodzą i są trudne w obsłudze.
    - Czy Wy mówicie czy tylko myślicie? - Mag głośno się odezwał. - Słyszę Wasze myśli tak jak w Archiwum. Czyżby pobyt tam odblokował jakieś kanały w naszych głowach?
    - Najwidoczniej! - Pomyślała Samira. - Taka sprawność może się przydać.
    - A może by tak coś zjeść zanim przystąpimy do działania? - Wszyscy usłyszeli tę myśl i rozejrzeli się wokoło by sprawdzić, kto to pomyślał, jednak każdy robił niewinną minę.
    - Znów jesteś głodny Ulf? Będziesz musiał na siłowni spędzić co najmniej tydzień, gdy się to skończy, - Mag zaśmiał się udając zatroskanie.
    - Ale, ale to nie ja, - Ulf głośno zaoponował. - Nic akurat nie myślałem.
    Wszyscy jednocześnie spojrzeli na najwyższą balustradę, gdzie na purpurowej poręczy siedział spokojnie Żarłok przyglądając się całej trójce z zainteresowaniem.
    - Co się tak patrzycie? Zjadłbym coś pieczonego i napił się wody, czy to takie dziwne? Dobrze robi na telepatię, - niski, ciężki głos dudnił wszystkim w głowach.
    - Żarłok..., - Samira zaniemówiła z wrażenia, gdy rzeczywistość dotarła wreszcie do jej świadomości.
    - Tertius, dla ścisłości, ale Żarłok też brzmi fajnie, - Świstogon sprostował. - No to jesteśmy już po prezentacji. Pewnie macie jakieś pytania, ale najpierw naprawdę bym coś zjadł, jeśli nie macie nic przeciwko temu.
    Mag i Ulf widzieli już w życiu tyle dziwnych rzeczy, że z wrażenia odebrało im mowę jedynie na kilka minut.
    - To, kto jest za małym ogniskiem? - Żarłok nie dawał za wygraną, choć w tym towarzystwie poza Samirą nikt chwilowo nie wykazywał oznak inteligencji. Panowie gapili się jak zamroczeni.
    Ptak rozpostarł skrzydła prezentując się w całej okazałości a następnie przeskoczył na poręcz gondoli, która ruszyła majestatycznie w dół ku podłodze. Z gondoli przeskoczył na tylne siedzenie fazolotu i z godnością zasiadł na nim jak na tronie.
    Panowie odzyskali mowę i zaczęli intensywnie łączyć wszystkie fakty dotyczące Świstogona.
    - Trzeba być zupełnym ślepcem, żeby nie dostrzec Twojej prawdziwej natury. Prezentowałeś ją otwarcie a my widzieliśmy tylko ptaka-dziwaka, który gustował w dziczyźnie i towarzystwie ludzi.
    - Nie obwiniaj się Ulf, - Tertius pocieszał kompana. - Mimo wszystko starałem się trochę kamuflować, by Was lepiej poznać. Czy możemy już wyjść na powietrze z tej puszki?
    Szybko pozbierali potrzebne rzeczy i wszyscy czworo wydostali się z Gniazda wprost pod ciepłe promienie popołudniowego słońca. Na zewnątrz było dużo cieplej niż w południe, więc zdjęli wierzchnie okrycia i bez zbędnych ceregieli przystąpili do szykowania uczty. W rekordowym czasie ognisko było gotowe a wcześniej schowane trofea myśliwskie zostały szybko zatknięte na rożnie. Ogień wesoło huczał oświetlając twarze biesiadników czerwonym i żółtym blaskiem płomieni. Pieczyste skwierczało rozsiewając wokoło aromat dziczyzny. Każdy miał milion pytań, ale nikt nie śmiał zacząć przed końcem uczty. Mięso i chleb zostały podzielone sprawiedliwie między biesiadników. Każdy otrzymał również porcję źródlanej wody. Teraz, gdy wszyscy już wiedzieli, kim jest Żarłok, nie wypadało mu zachowywać się jak dotąd. Spożywał posiłek spokojnie i bez pośpiechu jedynie od czasu do czasu podrzucał, co ładniejszy kąsek w powietrze, by go następnie zręcznie złapać dziobem. Bawiła go cała ta sytuacja, ale to obowiązkowa część „obwąchiwania się”. Nie ma na to rady. Wszystko wróci do normy, gdy już się przyzwyczają do jego nowej roli. Uczta wreszcie dobiegła końca. Wszyscy najedli się do syta i nastroje też się nieco rozluźniły.
  • #30
    yego666
    Level 32  
    Przepraszam wszystkich za opóźnienie publikacji nowego odcinka.
    Pewnie jego numer kolejny miał coś z tym wspólnego :)

    ============== Odcinek 13 ================

    - Opowiem Wam troszkę o sobie, - Żarłok miał nadzieję, że ośmieli towarzystwo i po kilku zdaniach zacznie się rozmowa. - Opowiem oczywiście telepatycznie, bo moje możliwości wokalne nie pozwalają na swobodne wysławianie się w Waszym języku. Telepatia ma to do siebie, że zamiast posługiwać się słowami używa symboli stanowiących jakby wewnętrzne reprezentacje pojęć i stanów emocjonalnych pozwalając na swobodną komunikację pomimo różnic językowych.
    Wszyscy ułożyli się wygodnie na trawie przy ognisku udzielając głosu skrzydlatemu mówcy.
    - Każde z Was posiadało kiedyś atawistyczną umiejętność posługiwania się telepatią, lecz nauka języka mówionego zakłóciła wrażliwość na sygnały telepatyczne, - Żarłok kontynuował swój wywód. - Spożywanie wody z niewielką domieszka Quadrium wzmocniło te naturalne predyspozycje dając Wam możliwość posługiwania się przekazem bezpośrednim. Nie znam się na tyle na biologii istot humanoidalnych, lecz nie jest wykluczone, że większa dawka mogłaby uruchomić jeszcze jakieś inne ukryte mechanizmy. Samira na przykład pozbyła się tego niebieskiego koloru, który skutecznie ukrywał pełnię blasku jej urody. W naturalnych barwach jest Ci zdecydowanie lepiej. Ja pijam tę wodę od ponad stu lat i mimo, iż nie posiadałem żadnej nadnaturalnej zdolności poza telepatią obecnie posługuję się sprawnie wieloma różnymi umiejętnościami nieomal z pogranicza magii. Sami będziecie musieli sprawdzić, jakie dodatkowe zdolności posiadacie. Ale nie o tym chciałem mówić.
    - Zacznę, zatem od początku, - Tertius jakby posmutniał, co odczuli, jako uczucie smutku towarzyszące jego przekazowi. - Kuuru, według lokalnej rachuby czasu zakończyło swoje istnienie około stu lat temu ginąc w Wielkim Kolapsie, który w mgnieniu oka zdegenerował całą przestrzeń do zerowego poziomu energetycznego. Wiecie, co to znaczy, bo posiadacie podobną technologię. Takiej przemiany fazowej nie przetrwa nic, co nie jest Praprzyczyną lub nie posiada odpowiedniej ochrony. Dużo wcześniej jednak Intelekt, który wypełniał Enklawę Kuuru, w swojej wielkiej mądrości postanowił zachować cząstkę siebie dla potomnych. W tym celu samemu będąc bytem czysto energetycznym stworzył materialną reprezentację siebie w postaci statków Raaq i rasy Poszukiwaczy, którzy mieli szukać Praprzyczyny w odległych enklawach, by ją sprowadzić do Kuuru. Intelekt wiedział, że Praprzyczyna utknęła w enklawie z przemienną geometrią, gdyż moc stabilizacji zaczęła znacząco się zmniejszać w nieprzemiennej Enklawie Kuuru powodując przeróżne anomalie, które z czasem doprowadziły do Wielkiego Kolapsu. Intelekt przekazał całą swoją wiedzę w ręce Poszukiwaczy. Jednym z nich byłem ja. Każdy dowódca statku otrzymał armię, którą mógł rozporządzać wedle uznania. Statki Raaq są w istocie transwymiarowymi jednostkami badawczymi stworzonymi z pierwiastka, którego bliskim, choć nie dokładnym odpowiednikiem na Zaxor jest Transmutal uzyskiwany z Anodium. Transmutal pośród wielu swoich zalet posiada też i taką, że nie zmienia struktury przy przejściach między enklawami o różnych geometriach. W praktyce oznacza to tyle, że obiekt zbudowany z Transmutalu powinien przetrwać zarówno Wielki Wybuch jak i Wielki Kolaps. Problemem jest natomiast kwestia przetrwania pasażerów w takich warunkach. Zawsze sądziliśmy, że tylko obecność Praprzyczyny gwarantuje niezmienność praw fizyki wewnątrz obiektu z Transmutalu, jednak jak się później okazało sam obiekt podtrzymuje wewnątrz siebie wszelkie prawa fizyki chroniąc tym samym swoją zawartość. Pozwoliło to na podróże poprzez Nicość. Każda konstrukcja z tego materiału ma także słabe punkty. Nie ma materiałów doskonałych w pełnym tego słowa znaczeniu. Oczywiście sam Transmutal nic by nie dał bez wiedzy na temat nawigacji po osi czasu w Nicości. Podczas, gdy wtórna oś czasu może podążać w przód lub w tył, oś pierwotna jest niezmienna zawsze i wszędzie umożliwiając zachowanie kierunku. Zupełnie jak igła kompasu. Ciekawostką jest, iż tempo upływu wtórnego czasu w rożnych enklawach może się znacznie różnić zależnie od lokalnej wartości Stałej Struktury Subtelnej. Jeśli na przykład w Waszej enklawie mija sto lat to w Enklawie Kuuru mija zaledwie rok lub tysiąc lat. Chcę przez to powiedzieć, że tempo zachodzenia zjawisk podstawowych nie jest uniwersalne we wszystkich enklawach.
    - Czyli konstrukcja z Transmutalu jest zupełnie niewrażliwa na zmiany lokalnych praw fizyki, - Samira usiłowała usystematyzować swoją wiedzę.
    - W zasadzie tak, - Żarłok odparł, - z tym, że pasażer takiej konstrukcji będzie narażony na te zmiany, gdy tylko opuści obszar chroniony przez konstrukcję lub konstrukcja utraci ciągłość i odmienne warunki znajdą drogę do jej wnętrza. Intelekt wiedząc o takim efekcie stworzył pierwiastek, który możnaby nazwać I-Transmutal, gdyż zachowuje się inteligentnie zapewniając ochronę w każdych warunkach. Działa to tak, że Transmutal izoluje obiekty w swoim zasięgu, podczas gdy I-Transmutal dokonuje ciągłej transformacji chronionego obiektu, by zachować jego integralność w nowych warunkach. Widzieliście to obserwując kotlet w KOMNACIE PRZODKÓW. Zmienił kształt i inne cechy, ale mimo to zachował integralność z punktu widzenia nowych warunków. Dla Was przestał być kotletem, ale pozostał nim w nowym otoczeniu, po czym powrócił do swojej oryginalnej postaci nie tracąc ani na moment swoich cech pierwotnych. Statki Raaq są właśnie takie.
    - Nie chcę być banalny, ale jaki jest sens Waszego istnienia skoro Enklawa Kuuru już nie istnieje? - Ulf się zainteresował. - Istniejecie w naszej enklawie już od stu lat usiłując przetrwać i znaleźć sobie jakieś miejsce do życia, gdyż w tej sytuacji nie macie raczej otwartej opcji powrotu. Co zamierzacie robić, bo przecież sam fakt nawiązania z nami kontaktu świadczy o tym, iż posiadacie jakiś plan. Pytanie czy jest to plan A czy B.
    - Podejrzliwość jest cechą istot inteligentnych, więc nie dziwię się, że posiadasz obawy tak jak Wy wszyscy, - Żarłok przybrał nieco żartobliwy ton, jednak mówił całkiem serio. - Istoty inteligentne takie jak Wy czy ja łatwo obdarzają zaufaniem istoty, które uznają za niegroźne i spodziewają się wzajemności z drugiej strony. Czyż nie tak było, gdy się spotkaliśmy, Mag? Inaczej ma się jednak sytuacja, gdy role się odwracają. Wtedy trudno jest o zaufanie bez dowodu. Czyż nie tak jest teraz, Ulf? Jedynie wspólny interes może w takiej sytuacji stanowić podstawę współdziałania. Teraz to już nie jesteście tylko Wy troje i jeden Żarłok a cywilizacja ludzi, i cywilizacja Kuuru. Czyż nie, Samiro? Wszystko się zmienia zależnie od kontekstu. Stosujemy moralny relatywizm, szukamy dziury w całym i nic nie przyjmujemy na wiarę. Ponadto macie świadomość, że obserwujemy Was od stu lat i zapewne dużo o Was wiemy, podczas gdy Wy wiecie o nas tylko tyle ile Wam powiedziałem i pokazałem w Gnieździe. Wziąwszy pod uwagę skomplikowaną sytuację, w jakiej znajduje się Wasza cywilizacja, wcale się nie dziwię Waszemu brakowi zaufania. Tyle razy w historii nadużyto go w podstępny sposób, każąc wierzyć bez okazania dowodów, w prawdy służące tylko garstce wybranych kosztem całej reszty „tych, co nie widzieli a uwierzyli”, że nietrudno zrozumieć waszą wrodzoną nieufność. Chwilowo to nie jest sprzyjająca sytuacja, gdyż mamy ważne kwestie do rozwiązania, jednak długofalowo nieufność sprzyja przetrwaniu. Rasa Poszukiwaczy została stworzona bez balastu historycznych i religijnych uprzędzeń. Nikt nie musiał też baczyć na bezrozumne tradycje, bo takich nigdy nie było, więc nie było też ograniczeń typowych dla rasy ludzkiej. Nigdy takie zjawiska u nas nie miały miejsca, więc uczyliśmy się na Waszych błędach i w rezultacie potrafimy Was zrozumieć. Wiecie już, kim jesteśmy, lecz interesuje was zapewne również, czym jesteśmy. Jak już wcześniej wspomniałem zostaliśmy „stworzeni” przez Intelekt. To znaczy, że nie ewoluujemy w sensie biologicznym, gdyż nie jesteśmy istotami biologicznymi. Każdy Poszukiwacz to autonomiczna jednostka operacyjna wyposażona w wiedzę i wszelkie możliwości, jakie posiadał Intelekt za wyjątkiem nieskończenie wielkiej inteligencji. W małym ciele da się wiele zmieścić, ale nie nieskończenie sprawną jednostkę przetwarzającą informacje. Posiadamy wbudowane łącza tachionowe, co daje nam dostęp do dużo większych zasobów Gniazda z dowolnego miejsca i czasu. W Waszych testach IQ wraz z Gniazdem osiągamy wyniki na poziomie stu milionów. Wasze najsprawniejsze maszyny liczące wraz z mocami Estymatora osiągają około stu tysięcy. Dzielą nas, więc tylko trzy rzędy wielkości w systemie dziesiętnym. Żarłok zrobił pauzę by zaczerpnąć kilka łyków wody źródlanej.
    - Cóż, zatem możemy dla Was zrobić skoro posiadacie tak gigantyczną przewagę nad nami? Do czego możemy Wam się przydać? - Mag spytał nie licząc na odpowiedź, która by go mogła usatysfakcjonować.
    Świstogon miał całkowita rację, co do kwestii zaufania i wiary. Zmiana perspektywy we wzajemnych relacjach zmieniła zupełnie stosunek do ptaka, którym Żarłok był jeszcze rano. Ta istota, choć nie starała się zrobić na nich wrażenia przewartościowała ich stosunek do działań podjętych na Zaxor od czasu nawiązania kontaktów z cywilizacją Deng. Nie wiedzieli o Dengach więcej niż o Kuuru zanim Żarłok nie zmienił ich perspektywy. Uwierzyli, choć nie widzieli. Ludzkość ma pewne paradygmaty wbudowane w geny i trudno nawet dostrzec, kiedy przejmują one władzę nad rozumem.
    - Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka można mieć wątpliwości, - Tertius napiwszy się wody kontynuował. - Zważcie jednak, że tak jak wspomnieliście, nie mamy już swojej Enklawy, by cokolwiek dla niej uczynić. Światy nieprzemienne nie są zdolne do tworzenia życia per se. Byty takie jak Intelekt z Kuuru pojawiają się niezwykle rzadko w innych enklawach i z reguły nie są przyjazne. Intelekt nie był wyjątkiem, lecz miał świadomość nieuchronnego końca a to spowodowało w nim zmianę, o której nie wspominałem jeszcze. Gdy prawa naszej fizyki zaczęły się chwiać Intelekt zdał sobie sprawę z bezcelowości swoich wysiłków. Cokolwiek Poszukiwacze by osiągnęli, nie miałoby już wpływu na los Kuuru, który był przesądzony. Intelekt badał wszelkie możliwości w poszukiwaniu choćby cienia szansy na ocalenie, jednak nie znalazł nic. Nawet gdyby udało się wydobyć Praprzyczynę z Waszej enklawy i tak dla Kuuru nie miałoby to wartości, gdyż bytu pierwotnego w nieprzyczynowej Nicości nie da się cofnąć do przeszłości. Z jego perspektywy nic takiego nie istnieje gdyż on sam stanowi punkt odniesienia, względem którego odmierza się eony i sekundy. Przyczyna nie musi poprzedzać skutku a dobro i zło to jedno i to samo, - pojęcia bez definicji. Manipulacje na osi czasu możliwe są jedynie w przestrzeniach przyczynowych, gdzie istnieje poprawnie określona strzałka czasu lokalnego, czyli entropia. Pomimo, iż Intelekt nie znalazł nadziei na ocalenie, resztkami dostępnej energii dokończył swoją misję, jednak zmienił cel w ostatniej chwili. Misja ma wszelkimi sposobami chronić przestrzeń, w której odnajdzie Praprzyczynę. Według wszelkich danych to właśnie tu, w tej enklawie znajduje się poszukiwany artefakt. Gniazdo jest jedynym statkiem, który dotarł aż tutaj ze swoją armią stu dwudziestu ośmiu Poszukiwaczy. Mamy jasno określony cel, jednak okoliczności, w jakich przyszło nam go realizować nie pozostawiają nam wyboru. Musimy współdziałać z jedyną rasą zamieszkującą tę enklawę. Rasa ta posiada jednak swoich własnych wrogów zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych.
    - A jeśli to Dengowie są tymi dobrymi, - cokolwiek to znaczy? - Samira wreszcie się odezwała. - Skąd wiemy, że oni są źli? To tylko Twoje słowo przeciwko ich słowu.
    - Właśnie do tego zmierzałem, - Świstogon poprawił się na swoim siedzeniu i kontynuował. - Rozważmy następujący scenariusz. Od zarania dziejów borykaliście się z władzą rasy Aniołów lub Morfów jak ich niektórzy nazywają. Pasożytowali na Was, by zapewnić dobrobyt i przetrwanie swojej zdegenerowanej rasie. Tworząc różne systemy religijne zmuszali kolejne narody do uległości wobec wymyślonych bogów. Powstawały wielkie ośrodki religijne szerzące ich ideologię zabobonu za pomocą przemocy w imię wiary. Baal, Thor, Zeus, Re, Quetzalcoatl, wymieniać możnaby jeszcze długo. Cała Starożytność i Średniowiecze naznaczone są piętnem ich działalności usiłującej wszelkimi sposobami powstrzymać rozwój intelektualny, techniczny i społeczny Waszej rasy. Ostatnia wojna religijna zakończyła Średniowiecze pod koniec dwudziestego trzeciego stulecia nowej ery. Dopiero niecałe sto lat temu nauczyliście się rozpoznawać wrogą rasę po Sygnaturach. Tych, których udało się zidentyfikować odesłano do układu Wong, by tam sobie siedzieli. Spokój jednak nie trwał długo, gdyż czterdzieści lat temu, - zwróćcie uwagę na tę datę, - w układzie Wong Anioły wydały Wam bitwę. Przegrały ją, gdyż nie posiadały technologii militarnych ani kosmicznych. Od tego czasu byt ich cywilizacji zależał głównie od zakonspirowanych „hodowli” uprowadzonych z Ziemi ludzi, którzy służyli Aniołom za dawców DNA.
    Żarłok poczuł się troszkę zmęczony, gdyż od godziny opowiadał ludziom ich własną historię, którą najpewniej znali doskonale, jednak nie wyciągnęli z niej właściwych wniosków.
    - I jakimś bardzo dziwnym trafem trzydzieści pięć lat temu trafiamy na barkę transportową pełną martwych Aniołów oraz plany urządzenia do komunikacji z Dengami, - ciągnął Mag. - Byliśmy tak zafascynowani tym znaleziskiem, że nie przyszło nam do głowy, iż Anioły wraz z Dengami uknuły na nas zasadzkę, w którą wleźliśmy bez zastanowienia.
    - Wydawało nam się logiczne, że wykorzystanie takiej sposobności leży w interesie nas wszystkich w ogólności a Zaxor w szczególności. Powstał przemysł, służba zdrowia, doskonałe szkolnictwo i Zaxor zaczął kwitnąć, - dodał Ulf. - Nikt się nie zastanawiał nad kwestią związku Dengów z Aniołami. W tamtym czasie byliśmy przekonani, że po bitwie w układzie Myog Anioły już się nie podniosą, więc czujność nas opuściła. Skupiliśmy się na dużo większym zagrożeniu wynikającym z teorii Iteracji.
    - Pytanie, zatem brzmi: Jaki jest związek między Dengami i Aniołami i w jaki sposób Zaxor jest w to zamieszany? - Samira zastanawiała się w myślach. - Jak dowieść istnienia takiego związku?
    - Myślę, że właśnie to chciałem Wam przekazać, - podjął Żarłok. - Dowód istnienia takiego związku możemy mieć w zasięgu ręki.
    - Co masz na myśli, - Mag się poważnie zainteresował. Jako Capo di Tutti Capi był odpowiedzialny za bezpieczeństwo Zaxor i jego obywateli. Dotychczas nie miał wiele do roboty, bo nic się nie działo. Jedyne znaczące zdarzenie poza rutynowymi kontrolami produkcji i stanu urządzeń miało miejsce w Oho prawie trzy dni temu.
    - Cofnijmy się o trzy dni i obejrzyjmy okolice Oho przed katastrofą, - Tertius zaproponował spokojnym tonem. - Jestem prawie pewien, że katastrofa nie miała charakteru naturalnego. Czułem wyraźnie Sygnaturę Morfów, ale gdy staliśmy patrząc na Oho, nie skojarzyłem tego odczucia z niczym znanym. Może odkryjemy coś, co naprowadzi nas na właściwy ślad. Proponuję byśmy się udali w okolice Oho do chwili, gdy jesteście u Zielińskiego z Quadrium. To powinno nam dać czas na spenetrowanie okolicy wokół Oho.
    - Jeśli ktoś z otoczenia MC jest konfidentem Aniołów to miał dość czasu, by ich powiadomić, że zjawimy się z czymś wyjątkowym. Przez ten czas mogli uknuć jakiś paskudny plan. Oni są do tego zdolni. Nie raz dopuszczali się ludobójstwa i krucjat w imię swoich partykularnych interesów pod sztandarami rożnych bogów, - Ulf już sobie ułożył cały plan działania. - Zapewne nie wiedzieli, że opuścimy Oho przed nastaniem nocy, więc teraz są przekonani, że zlikwidowali cały ośrodek dowodzenia flotą wyprodukowanych okrętów wraz z Szefem wszystkich Szefów. Mag, nie żyjesz. Może to osłabi teraz czujność sprawców tej zbrodni.
    - Wniosek stąd jest taki, że albo planują przejęcie naszych okrętów w najbliższym czasie i nie chcą byśmy im w tym przeszkadzali, albo wystraszyli się, że odkryjemy coś związanego z Quadrium i wykorzystamy przeciwko nim, - Samira miała nadzieję, że jej przypuszczenia się nie potwierdzą, bo w każdym przypadku oznaczałoby to nieuchronną wojnę. - Może istnieje jakieś inne logiczne wyjaśnienie?
    - Żarłok, wiemy przecież, że Trifortium, które jest obecne w górnych warstwach atmosfery za naszą sprawą oczywiście, blokuje Sygnatury, więc w jaki sposób mogłeś czuć ślad Aniołów? - Ulf spytał podejrzliwie.
    - Ulf, - Świstogon odparł niezrażony. - Bądź tak miły i weź jakiś malutki kawałek pieczeni, i rzuć go tak daleko jak tylko potrafisz. Im dalej tym lepiej. Zaraz Wam coś pokażę.
    Ulf posłusznie ujął w dłoń niewielki kawałek mięsa i pokazawszy wszystkim cisnął go w dół zbocza. Zrobiwszy to usiadł kierując swoją twarz z pytającym wyrazem ku Świstogonowi.
    - Zaczekajcie na mnie chwilę. Zaraz wracam, - mówiąc to ptak wzbił się nagle w powietrze i błyskawicznie zniknął.
    Po pięciu sekundach pojawił się z przeciwnej strony i wylądował z gracja na miejscu, które przed chwilą opuścił. Rzucił w kierunku Ulfa coś, co trzymał w dziobie. Ulf odruchowo złapał rzucony w jego stronę przedmiot, by po chwili otworzyć zaciśniętą dłoń. Był w niej ten sam kawałek mięsa, który cisnął w dół zbocza.
    - Wyczuwam Sygnaturę z dużo większą precyzją niż Wasze najdoskonalsze urządzenia. Trifortium mi nie przeszkadza, - Żarłok rzekł z wyraźną satysfakcją w głosie. - Mówiłem, że nauczyłem się paru fajnych sztuczek, czyż nie? Na pocieszenie dodam, że w istotach organicznych pewna dawka Quadrium również wyzwala niespotykane zdolności, ale chyba to również już mówiłem, prawda Samiro?
    - Mam nadzieję, że nie zacznie mi rosnąć broda, bo już się sporo tego Quadrium opiłam, - Samira zaśmiała się niepewnie. - Powiedz mi, czemu spożywasz posiłki skoro jesteś... niebiologiczny.
    - To proste. Wy nosicie rozmaite ozdoby wykonane z różnych metali. W żaden sposób nie wiąże się to z waszą biologiczną naturą a jednak to robicie. Czemu? Bo sprawia Wam to przyjemność. Ja dodatkowo czerpię z jedzenia energię wiązań chemicznych oraz inne formy energii subatomowych, którymi uzupełniam swoje zapasy energetyczne. Nigdy nie wiadomo jak długo przyjdzie mi funkcjonować bez doładowania, więc wolę uzupełniać zapasy, gdy tylko jest ku temu okazja. Przetwarzanie celulozy też dostarcza mi energii, ale pieczeń z dzika jest zdecydowanie smaczniejsza, - Żarłok oblizał się na myśl o jedzeniu rozbawiając tym wszystkich, gdyż niedawno skończyli spożywać suty posiłek.
    Powoli dystans, jaki powstał między nowym wcieleniem Żarłoka a ludźmi zaczął się zmniejszać. Żarłok był wciąż tym samym rubasznym stworzeniem, które znali wcześniej. Dodatkowo kontakt telepatyczny i przekazywane tą drogą emocje oraz uczucia oddziaływały dużo silniej niż prosta werbalna komunikacja i obserwacja wzrokowa. To zupełnie inna klasa doznań. Słońce chyliło się ku zachodowi i trzeba było coś postanowić. Bezczynne siedzenie nie rozwiąże problemów, które zaczęły się piętrzyć przed trójką ludzi i jednym Poszukiwaczem.
    - Pozostaje jeszcze kwestia Quadrium, - Żarłok przypomniał wszystkim o niedokończonym temacie. - Znacie już niektóre właściwości tego wspaniałego minerału, ale zapewniam Was, że są to tylko marne dodatki do rzeczywistej mocy, jaką to cudo skrywa.
    - Coś Wam pokażę. Mag, czy byłbyś uprzejmy wyjąc słoiczek z minerałem? - Tertius poprosił cicho.
    Mag wstał i podszedł do fazolotu. Ze schowka wyjął słoiczek zawierający próbkę minerału, którą schował dla Samiry. Podszedł do Świstogona i podał mu słoiczek.
    - Mnie on nie jest potrzebny. Usiądź i weź odrobinkę na język.
    Mag posłusznie wziął niewielką szczyptę i posmakował jej. Lekko gorzkawy smak rozpłynął się po całym języku.
    - Teraz wyobraź sobie, że Ulf unosi się w powietrzu kilka cali nad ziemią.
    Mag przymknął powieki by się skupić, gdyż myślał, że wyobrażenie będzie w ten sposób bardziej realne.
    Wszyscy z napięciem spoglądali na Maga, jednak to Ulf miał się unieść. Przez chwilę nic się nie działo, jednak Ulf odczuł jakby znacząco zmalała grawitacja trzymająca go przy ziemi.
    - Mag, musisz ujrzeć w wyobraźni unoszącego się Ulfa.
    W tej samej chwili Ulf uniósł się w powietrze o dobre dwie stopy nad ziemię. Zamachał rękami usiłując złapać się czegoś, ale mu się to nie udało. Wisiał w powietrzu jakby nic nie ważył a przecież nie był piórkiem, zwłaszcza po podwieczorku.
    - Już możesz mnie opuścić, Mag, - Ulf jęknął żałośnie. - Nie jestem ptakiem.
    Mag otworzył oczy, by zobaczyć jak Ulf bezradnie macha rękami wisząc w powietrzu. Wyglądał zabawnie. Następnie Mag posłał Samirę jeszcze wyżej. Pisnęła zaskoczona, ale nie mogła nic zrobić. Mag napawał się swoją nową mocą przez chwilę, po czym łagodnie opuścił swoich towarzyszy na trawę.
    - Jesteś niepoważny. Mogłeś nam coś zrobić, - Samira była czerwona ze złości. - Teraz ja Ci dam polatać. Daj ten minerał. Wstała, by odebrać Magowi słoiczek, ale on uniósł się błyskawicznie w górę i zatoczył szeroki łuk wokół polany.
    - Doskonale! - Zawołał lądując łagodnie na trawie. - Co jeszcze można z tym zrobić?
    - To nie jest zabawka, - Samira nakrzyczała na wyraźnie rozochoconego Maga. - Możesz komuś zrobić krzywdę.
    - Jak długo będzie trwał ten efekt? - Mag spytał Żarłoka.
    - Już się go nie pozbędziesz. Ale to dopiero początek. Wyobraź sobie, że siedzisz w kokpicie fazolotu.
    Mag w mgnieniu oka zdematerializował się. Przez chwilę nigdzie nie było go widać. Wszyscy popatrzyli po sobie z niejakim zaskoczeniem, gdy nagle Mag pojawił się w kokpicie fazolotu trzymając w ręku butelkę purpurowego płynu.
    - Postanowiłem po drodze wpaść do Ciebie Sami po jakiś dobry trunek, - oznajmił tryumfalnie unosząc butelkę w górę.
    Wszyscy się roześmiali na takie dictum a Mag wraz z butelką przeniósł się błyskawicznie na swoje stare miejsce.
    - Musicie wiedzieć, że jesteście sami odpowiedzialni za skutki swoich decyzji, co oznacza, że jeśli zechcecie wylądować na powierzchni Słońca to właśnie tam wylądujecie i tam też zginiecie. Wszystkie umiejętności tego rodzaju wymagają samodyscypliny, by nie wpakować się w tarapaty. Jeśli zażyczycie sobie wylądować w nieistniejącym miejscu to nic się nie stanie i pozostaniecie tam, gdzie byliście.
    Samira i Ulf postanowili również posiąść niezwykłe umiejętności i kolejno zażyli małe porcje Quadrium. Wygłupom i zabawie nie było końca. Nawet Żarłok przyłączył się do zabawy w ganianego w powietrzu. W końcu wszyscy zmęczeni, ale zadowoleni spoczęli na swoich miejscach.
    - Na jaką odległość działają te wszystkie tele...? - Samira, jako kobieta wykazywała wyższy stopień ciekawości niż jej towarzysze, których zadowalał sam fakt, że to działa.
    - O ile równoważna dawka Trifortium pozwala na zasięg mniej więcej planetarny, o tyle, Quadrium nie nakłada ograniczeń związanych z przestrzenią. Daje natomiast pewną unikalną zdolność, której nie radzę testować bez gruntownego przemyślenia celu i potencjalnych skutków, bo może się to bardzo źle zakończyć. Osobiście użyłem tej mocy tylko dwa razy w ciągu stu lat pobytu na Zaxor. Więc jeszcze raz podkreślam, to nie jest zabawka tylko straszliwa broń. Quadrium daje ogromne możliwości, ale nie powiem Wam o nich, bo do rana nic nie postanowimy w kwestii Oho. Teleportacja, lewitacja i telekineza przydadzą się nam na tej wyprawie, więc dobrze, że trochę potrenowaliście swoje nowe umiejętności. Sugeruję, byśmy się udali na zasłużony odpoczynek, by rano być wypoczętym i gotowym do wyprawy w czasie. Czy ktoś zgłasza sprzeciw?
    - Sugeruję, byśmy przed snem opróżnili butelkę, którą otrzymaliśmy od MC Zielińskiego w prezencie za Quadrium, gdyż nie wiemy, co nas jutro tam czeka, - Mag łakomie spojrzał na butelkę. - Żarłok, czy Ty pijasz alkohol?
    - Jeśli nie będzie Ci żal odrobinki trunku dla ptaka, to nie odmówię. Nie będę wprawdzie pijany jak Ty, ale może przyśni mi się coś miłego.
    Butelka nie była zbyt duża jak na cztery osoby, więc rozprawili się z nią w pół godziny. Wszyscy byli najedzeni i raczej zadowoleni, więc rozłożyli śpiwory i się w nich pochowali. Świstogon również otrzymał śpiwór, który sobie zaniósł do fazolotu, owinął się nim szczelnie i zasnął smacznie z dziobem pod skrzydłem, jak to miał w zwyczaju. Niebo wypełniło się pierścieniami gwiazd otaczającymi jasne jądro galaktyki. Noc była pogodna i spokojna.