Elektroda.pl
Elektroda.pl
X
Asaj - Inteligentny DomAsaj - Inteligentny Dom
Proszę, dodaj wyjątek dla www.elektroda.pl do Adblock.
Dzięki temu, że oglądasz reklamy, wspierasz portal i użytkowników.

ITERACJA - Powieść SF w odcinkach.

yego666 25 Mar 2020 17:30 828 16
  • #1
    yego666
    Specjalista PLD
    Szanowne Koleżanki i Koledzy,

    oddaję w Wasze ręce książkę, którą napisałem wraz z moją Żoną w czasach gdy nie było nam do śmiechu.
    Napisaliśmy ją dla siebie i dla rozproszenia "mroku", który nas wtedy otaczał.
    Mam nadzieję że w obecnej trudnej sytuacji książka pozwoli Wam oderwać się choć na chwilę od codziennych trosk i problemów.
    Nie jest to książka naukowa tylko SF, proszę więc nie traktować jej poważnie i nie oceniać jej pod kątem poprawności naukowej.

    Co kilka dni bedziemy publikowac kolejne odcinki ksiazki.

    Życzymy przyjemnej lektury,

    Autorzy



    Zastrzeżenia:
    © MMXX by Mariola Szelczyńska i Mariusz Polański, Wszystkie prawa zastrzeżone.
    Treść książki nie może być kopiowana ani powielana w jakiejkolwiek postaci bez zgody autorów.
    UWAGA! Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń opisanych w książce jest przypadkowe. Przedstawione postaci są fikcyjne.

    Dodałem wyróżnienie. [ArturAvs]
  • Asaj - Inteligentny DomAsaj - Inteligentny Dom
  • #2
    And!
    Admin grupy Projektowanie
    Super że na elektroda.pl panuje różnorodność, ściśle techniczne tematy, luźne tematy, a nawet twórczość w postaci powieści osób korzystających z elektroda.pl.

    Mam tylko jedną uwagę, czy poza PDF możesz umieszczać także wklejony tekst do postu?
    Mi np. łatwiej się czyta na zakładce przeglądarki mobilnej, a komuś innemu pewnie bardziej będzie odpowiadał PDF.
  • Asaj - Inteligentny DomAsaj - Inteligentny Dom
  • #4
    yego666
    Specjalista PLD
    Jeśli uznasz, że książka warta jest Twojego wysiłku, to sądzę, że inni czytelnicy docenią Twój trud. :)

    Kolejne odcinki będę jednak dołączał do pierwszego postu w formie .pdf.
  • #5
    ArturAVS
    Moderator HydePark/Samochody
    Skonwertowałem, przeczytałem, i chcę jeszcze!
    W załączniku pliki w formacie mobi, spakowane bo inaczej nie chciało forum przyjąć. Dodawane będą sukcesywnie, w miarę "dosyłania" kolejnych odcinków.
  • #6
    yego666
    Specjalista PLD
    Zapraszamy wszystkich zainteresowanych do przeczytania drugiego odcinka powieści Science Fiction o tytule Iteracja.
    Pliki w formacie .pdf dostępne są w poście #1, a dzięki uprzejmości Kolegi ArturAVS pliki w formacie mobi można znaleść w poście #5.

    Miłej lektury.

    Dodano po 6 [godziny] 16 [minuty]:

    =========== Odcinek1 ============

    KONTRABANDA
    Mag był wyraźnie zadowolony. Dostawy wreszcie docierają na czas i można się skupić na właściwych zadaniach. Ostatnie trudności z zaopatrzeniem w surowce bardzo poważnie utrudniły dotrzymanie terminów a czasu wiele nie zostało. Załogi okrętów będą musiały mieć jeszcze czas na zapoznanie się z nowym sprzętem i technologią. To nie jest jakiś kombajn albo fazolot by się tym nie przejmować.
    - Ulf, - Mag zawołał swojego adiutanta.
    - W czym problem? - Wysapał olbrzym o nordyckich rysach i jasnej karnacji.
    - Czy ładunek Anodium dotarł już z Cristal do kompleksu przetwórczego?
    - Właśnie jest rozładowywany. Za kilka godzin produkcja powinna znów ruszyć.
    - Czemu się to wszystko tak wlecze? - Mag mruczał niezadowolony odpowiedzią Ulfa. - Zwykle to szybciej idzie.
    - Materiał nie był całkiem stabilny ze względu na podwyższoną czystość, więc trzeba było poddać go procesowi przemiany pośredniej przed transferem. Inaczej zdestabilizowałby tunel transferowy jak wtedy, gdy nawiązaliśmy pierwszy kontakt.
    Niewiele wtedy brakowało, by był to ostatni kontakt dla całego Continuum. Tunele czasoprzestrzenne są z natury niestabilne a jeśli do tego są nieprzyczynowe, stabilizacja ich jest prawdziwym koszmarem. Nigdy nie ma dość ujemnej energii, by je utrzymać w jednym miejscu. Początkowo stosowano efekt Casimira do uzyskiwania ujemnej energii, ale po opanowaniu przemian fazowych sytuacja się poprawiła. Generatory biorą energię wprost ze zmian stanu próżni. Niestety tunele nieprzyczynowe potrzebują mnóstwa takiej energii. Jak dotąd nikt nie wpadł na pomysł jak przyspieszyć „rekultywację energetyczną” zużytej próżni. Bez horyzontu zdarzeń trwa to sto lat na rząd wielkości a z horyzontem tylko rok, ale trzeba pilnować, by horyzont nie zmienił fazy, bo wtedy cały obszar zapada się i jest już na zawsze stracony. Fale grawitacyjne towarzyszące zapaści są bardzo niebezpieczne zwłaszcza, jeśli się jest bliżej niż o kilo parsek od zapadającego się obszaru.
    - Dobrze zrobiliście, - Mag przyznał po długiej chwili. - Nie chciałbym być stawianym w jednym rzędzie z kapitanem Josephem Hazelwoodem.
    - Z kim? - Olbrzym zrobił taką minę jakby nie dosłyszał.
    - Cholera! Wiem, że masz rożne talenty, ale nie wiedziałem, że telepatia jest jednym z nich, - Mag był wyraźnie zaskoczony, że Ulf czyta mu w myślach.
    - Telepatia? - Ulf się zdziwił. - O czym Ty mówisz, Szefie? Trudno nie słyszeć jak głośno się porównujesz z jakimś kapitanem.
    - Chyba już miesza mi się Real z Mentalem, - Mag odparł wyraźnie zakłopotany. - C2H5OH wyraźnie mi nie służy. Muszę pić więcej mleka.
    - Ja jadam wyłącznie mięso i piję wodę i nie mam problemów ze swoją głową. A co z tym kapitanem? - Ulf nalegał.
    - To stara historia jeszcze z czasów Średniowiecza. Wielkimi okrętami przewożono wtedy ogromne ilości paliw kopalnych po morzach i oceanach na Ziemi. Jeden z nich, - Exxon Valdez, - dowodzony przez Hazelwooda..., Eee, nieważne. - Mag uciął dociekania adiutanta. - Ciekawski Nordyk, psia krew, - dodał pod nosem.
    Mag dopił wystygłą już kawę i z wyraźnym trudem podniósł się z krzesła wyrzekając pod nosem na swój los.
    - Za stary jestem na te wszystkie kłopoty. Czas mi na emeryturę albo kolejną regenerację, - Mag był dziś wyraźnie nie w sosie. - I pomyśleć, że ludzie kiedyś mieli ograniczony czas życia.
    - Cóż można dokonać przez marne osiemdziesiąt czy nawet sto lat? Sam mam trzysta i dobrze się trzymam a po regeneracji będę znów jak nowy. Teraz nie ma na to czasu, ale gdy już ustabilizujemy ten cholerny grajdół, polecę na regenerację na cały rok gdzieś w okolice Gwiazdy Polarnej, - Mag rozmarzył się nad swoją przyszłością. - Trzeba tylko dożyć tych czasów a przyszłość nie zapowiada się najlepiej.
    - Ulf, weź prowiant na tydzień. Jedziemy na inspekcję, - Mag cieszył się na myśl o wyjeździe z bazy gdyż będzie miał czas wpaść do Samiry na parę godzin.
    Dawno u niej nie był. Ostatnio wybrali się na polowanie nad Wielki Wodospad Wschodni. Spędzili tam trzy dni z dala od ludzi i cywilizacji, - sielanka. Wprawdzie, błękitne słońce nie opalało tak jak ziemskie, ale też miało swój urok. Szczególnie wieczorem horyzont jarzył się wszystkimi odcieniami granatu i fioletu nadając tajemniczy wygląd chmurom, drzewom i wodzie. Dzień trwa tu prawie siedemdziesiąt standardowych godzin, więc i wieczory są długie. Tym razem niestety nie będzie miał aż tyle czasu, bo zostało jeszcze sporo do zrobienia.
    - Wszystko jest gotowe od wczoraj, - Ulf odpowiedział. - Fazolot też już naprawiony, więc możemy ruszać.
    Podniósł z ziemi ciężką torbę wyładowaną sprzętem i wyszedł przed barak. Fazolot unosił się trzy stopy nad powierzchnią gruntu. Cichy świst powietrza przepływającego przez strefę zerowej grawitacji pod pojazdem nieprzyjemnie drażnił słuch. Nordyk załadował torbę do luku bagażowego i wskoczył na tylne siedzenie kabrioletu. Pojazd miał sześć stop szerokości i z dwadzieścia stóp długości. Z przodu były dwa siedzenia a z tyłu obrotowy fotel z działkami jonowymi. Fazolot wyposażony był wprawdzie w pole ochronne, ale podczas lotu w atmosferze widoczność była bardzo ograniczona przez cząstki powietrza wzbudzane w polu, stąd lepiej było go nie używać bez absolutnej konieczności. Układy śledzenia i tak wykrywały wszelkie zagrożenia w promieniu pół mili od pojazdu, więc było dość czasu na reakcję. Jedyny problem stanowiły Świstogony. Były tak szybkie, że nawet system śledzenia z trudem wyłapywał je w promieniu stu stóp od wehikułu. Pomimo olbrzymiej postury Ulf miał refleks godny pozazdroszczenia. Nie raz ocalił ich przed morderczymi atakami Świstogonów. Gdyby nie one, życie byłoby prawie bezstresowe. Tylko dostępność Trifortium powstrzymywała ich przed przeniesieniem bazy w rejony wolne od tych stworzeń. Na szczęście kombajny były niewrażliwe na ataki Świstogonów. Przy ślimaczym tempie z jakimi się poruszały można było bezkarnie używać pola ochronnego.
    Mag wyszedł wreszcie z baraku niosąc jeszcze dwie torby ze sprzętem. Wrzucił je niedbale do luku bagażowego i z kieszeni skórzanej kurtki wyciągnął sporych rozmiarów Cohibę. Chwilę ją miętosił w palcach, by z lubością wciągnąć w nozdrza aromat pobudzonego tytoniu.
    - Na Ziemi to jest nielegalne. Absurd! - Mag splunął na ziemię z dezaprobatą. - Co oni tam mają z życia? - Spytał z pogardą w głosie. - I to my mamy ratować im tyłki?
    - Czasem zastanawiam się nad sensem tego, co robimy, - ciągnął niezrażony brakiem reakcji Ulfa.
    Powoli odgryzł koniuszek cygara i podpalił je staromodną zapałką również Made in Cuba. Dobra tego typu były trudne do zdobycia zwłaszcza z dala od Ziemi. Mag musiał mieć dobrą ofertę, by zapewnić sobie regularne dostawy, ale w tej kwestii Samira była prawdziwym skarbem. Towar, który wytwarzała był na Ziemi praktycznie nieosiągalny za żadną cenę. Pewnego razu będąc na Kubie, - oczywiście nielegalnie, - poczęstował dwóch niebieskich Kubańczyków trunkiem robionym przez Samirę. Następnego dnia, gdy odzyskali już normalną percepcję usiłowali go zamordować, by zdobyć resztki napoju, który jeszcze pozostał w butelce. Na szczęście byli strasznymi partaczami i nie radzili sobie z bronią. Mag powiązał ich jak barany i od słowa do słowa ubili interes, dzięki któremu teraz mógł się delektować kubańskim cygarem i kilkoma innymi rzeczami umilającymi nudne życie z dala od Ziemi. Kiedyś Mag próbował wypytać Samirę o sekret jej trunku, ale poza mętnym opisem jakiegoś egzotycznego zwierzaka i jego odrażających wydzielin potowych stanowiących najważniejszy składnik niewiele się dowiedział. Jedyne, na co mógł liczyć to skrzynka trunku raz na jakiś czas. Szczęście, że trafił na Samirę, bo lubił fajne rzeczy a kobiety w szczególności. Samira miała około dwudziestu lat, gdy przeszmuglował ją na Zaxor. Na Ziemi była ścigana za morderstwo, które owszem popełniła, ale zupełnie słusznie. Gdyby ona nie zadźgała tego parszywca Mag zrobiłby to z przyjemnością. Nikt porządny nie ściga po mieście kobiety, która mu odmówiła wymachując przy tym maczetą i grożąc śmiercią. Dopadł ją przed knajpą, z której Mag właśnie wychodził i widział całe zajście. Tłusty niebieski a właściwie brudno-niebieski typek w obszarpanej koszuli nie miał właściwie szans z młodą dziewczyną umiejącą się posługiwać nożem. W ciągu dziesięciu sekund rozpłatała mu gardło i wypatroszyła jak wieprza. Spaślak padł na ziemię i kopiąc piach wykrwawił się na śmierć. Dziewczyna była zielona ze zdenerwowania i bardzo przestraszona. Mag nie czekał na dalszy rozwój sytuacji tylko złapał ją za rękę i pociągnął w ciemny zaułek pięćdziesiąt kroków od knajpy. Dziewczyna była tak zszokowana sytuacją, że nawet nie oponowała. Z oddali słyszał wycie robotów reanimacyjnych uwijających się przy świeżych zwłokach. Po minucie roboty śledcze zaczęły metodycznie przeczesywać okolicę. Wykryły Sygnaturę dziewczyny i podążały teraz za nią. To była kwestia minuty albo dwóch, nim by ją ujęły. Mag lubił kobiety umiejące o siebie zadbać, więc nie namyślał się długo tym bardziej, że dziewczyna mu się nawet podobała. Wyjął z kieszeni deflektor Sygnatury i zawiesił dziewczynie na szyi. Ruszyli dalej pospiesznie. Roboty śledcze trzykrotnie ich minęły, ale żaden się nimi nie zainteresował. Dziewczyna nie zadawała pytań. To dobrze, bo nie było wtedy czasu na odpowiedzi. W ten sposób Samira trafiła na Zaxor pod skrzydła Maga. Nigdy nie żałował swojej decyzji a i Samira nie zgłaszała pretensji.
    Gdy cygaro spaliło się do połowy Mag zdecydował, że czas ruszać. Wskoczył do fazolotu aż nim zakołysało na boki. Ulf ocknął się z drzemki, w którą zapadł czekając na szefa. Nie spieszyło mu się nigdzie, bo na Zaxor nikt nie ściga się z czasem. Kto łamie tę zasadę jest głupcem. Od spieszenia się są roboty, których jest wszędzie pełno i tylko czyhają na jakieś zajęcie, by nie trafić na przemiał za opieszałość lub brak gotowości. W sytuacji permanentnego braku kadr robotyzacja była jedyną opcją tym bardziej, że w obecnych czasach trudno było znaleźć cokolwiek tańszego od robota.
    Komputer pokładowy zamruczał przyjaźnie rozpoznając twarz kierowcy. Mag przełączył na sterowanie ręczne i powoli pojazd nabrał prędkości. Mijali kombajny pracowicie „koszące” Trifortium. Całe ich stado uwijało się jak okiem sięgnąć. Wszystko po to, by ukryć istnienie Zaxor i tego, co się tu dzieje przed wścibskimi oczami nieproszonych skanerów Sygnatur i śladów fazowych. Trzysta pięćdziesiąt lat temu, gdy testowano teorię Wu Shin w praktyce, Zaxor krążąca wokół błękitnej gwiazdy Magnum została wybrana do terraformowania, gdyż warunki na planecie były prawie idealne do kolonizacji i niewiele trzeba było zachodu, by planeta ożyła. Po stu latach, gdy planeta była już zdatna do zasiedlenia, na Ziemi wybuchła Wojna Ras. Na długi czas po niej zapomniano o szczytnych planach podboju kosmosu. Zresztą populacja na Ziemi została zdziesiątkowana i nie było już potrzeby zasiedlania innych planet. Wszelkie rozpoczęte wcześniej operacje zostały zamknięte a plany zaginęły w pomroce dziejów. Układ Magnum a zatem i Zaxor zostały zapomniane, i niech tak już pozostanie na zawsze.
    Fazolot cicho mknął skrajem gęstego boru złożonego z dębów, buków, i grabów, lub ich bliskich modów genetycznych. Kombajny pozostały z tyłu kontynuując swoje niekończące się żniwa. W oddali na horyzoncie, majaczyły trzy wieże pierwszego z ośrodków, które Mag zamierzał odwiedzić. Jako że dzień był jeszcze młody nie napotkali po drodze żadnych Świstogonów. Stwory wolą polować o zmierzchu, gdy widoczność jest gorsza.
    INSPEKCJA
    Po kolejnej godzinie podróży Fazolot dotarł do kompleksu przemysłowego. Trzy wieże widoczne z daleka wyglądały jeszcze bardziej imponująco, gdy stało się w ich cieniu. Były to konstrukcje z błyszczącego materiału połączone siecią kratownic i dźwigarów unoszących ogromne elementy urządzeń, które były tu wytwarzane. Nieco dalej rozłożyły się konstrukcje w kształcie kopuł i silosów. Miedzy nimi wiły się tysiące błyszczących rur i przewodów łączące poszczególne obiekty jak sieć naczyń krwionośnych rozprowadzających życiodajny tlen do wszystkich komórek ogromnego organizmu. Kompleks do złudzenia przypominał średniowieczne zakłady petrochemiczne, w których kiedyś produkowano paliwa napędzające ówczesne pojazdy.
    Mag lustrował obiekt z nieukrywaną dumą. Była tu cząstka niego samego, gdyż to właśnie on nadzorował każdy etap powstawania kompleksu. Nie był to zresztą jedyny taki kompleks na planecie. Sześć pozostałych było rozrzuconych po całym kontynencie dla zminimalizowania kosztów czasowych związanych z logistyką i dostępem do zasobów.
    Mag zeskoczył z pojazdu i rozejrzał się wokoło. Roboty przenoszące różne materiały przemykały szybko między budowlami. Błękitne słońce stało wysoko na niebie oświetlając metaliczne budowle, które rzucały wokół migotliwe refleksy odbitego światła. Zbliżało się południe i temperatura powietrza wzrosła do dwudziestu trzech stopni. Było ciepło i przyjemnie. Słaby wiatr poruszał wysokimi na kilka stóp trawami porastającymi cały obszar wokół kompleksu. Główna brama znajdowała się w odległości około ćwierci mili. Mag ruszył w jej kierunku. Posterunek wartownika przy bramie był pusty. Nigdy nie było tu strażnika a budka stała na wypadek niespodziewanej zamieci, by było się gdzie skryć przed ostrymi jak brzytwa źdźbłami traw miotanymi wiatrem o prędkości dwustu węzłów. Burze na Zaxor to nie zabawa, dlatego na orbicie krążyły satelity prognozujące pogodę na podstawie obserwacji i matematycznych modeli pogodowych. Mag zawsze miał najświeższe dane pogodowe, gdy wybierał się w teren. Bez nich wyprawa mogła się źle skończyć.
    Mała furtka przy posterunku strażnika otworzyła się cicho pozwalając Magowi wejść na teren kompleksu. Mag powoli przeszedł przez furtkę i przyciskiem na ścianie budki otworzył bramę główną, by Ulf mógł wprowadzić Fazolot.
    Ulf zatrzymał wehikuł obok Maga, który sprawnie wskoczył na przedni fotel. Pojazd skierował się do najniższego z budynków znajdującego się na odległym krańcu kompleksu za wielkimi kopułami i silosami. Gdy Fazolot dotarł do budynku fragment frontowej ściany uchylił się wpuszczając go do wnętrza. Było to słabo oświetlone pomieszczenie, w którym nie było żadnych sprzętów za wyjątkiem matowo-szarej prostokątnej platformy.
    Ulf ustawił pojazd dokładnie nad platformą. Przez chwilę nic się nie działo jakby wszystko zamarło w oczekiwaniu. Po chwili jednak ze wszystkich stron wyłoniły się cieniutkie, długie anteny jarzące się bladymi ognikami na ich końcach. W pomieszczeniu zrobiło się prawie całkiem ciemno. Nagle mrok rozjaśniły bezgłośne błyskawice przeskakujące między antenami wokół fazolotu. Burza trwała przez parę sekund, po czym fazolot wraz z pasażerami rozwiał się w powietrzu. Pomieszczenie przybrało poprzedni wystrój, czyli było znów zupełnie puste.
    - Ulf, - Mag odezwał się pierwszy przecierając oczy.
    Ulf również przecierał oczy, by odzyskać ostrość widzenia po spektaklu z błyskawicami.
    - Fajne, ale chyba nigdy nie przywyknę do tego, - Ulf poskarżył się cicho.
    Pojazd stał na podeście z metalu skrzącego się tajemniczym, bladym blaskiem. Jakby wewnątrz tańczyły ognie radioaktywnej burzy. Obaj wyszli z pojazdu i skierowali się w stronę jasno oświetlonego przejścia. Korytarz za przejściem prowadził do obszernej sali, w której znajdowało się centrum kontrolne kompleksu. Byli tu już wiele razy, więc znali doskonale wszystkie urządzenia. Ostatnio Mag pozostawił tu paczkę zapałek na stole pod ścianą, która była wielkim ekranem przestrzennym pokazującym kompleks w miniaturze. Zapałki wciąż leżały w tym samym miejscu. Nic w tym dziwnego, gdyż kompleks był całkowicie autonomiczny i nie było tu żywego ducha. Zapałki były, zatem bezpieczne. Nie było potrzeby tracić czasu w tym bezludnym miejscu, więc Mag z Ulfem szybko uwinęli się z podłączeniem aparatury, którą ze sobą przywieźli.
    Mag wreszcie mógł podłączyć się do systemu i dokonać niezbędnych korekt oraz ustalić harmonogram dalszych działań. Założył hełm i wygodnie rozsiadł się w fotelu operatora. Włączył obwody głównego toru i zamknął oczy. Ulf obserwował na przestrzennym ekranie to samo, co Mag widział poprzez łącza Mentalu. Śledził przez jakiś czas zbliżenia i przekroje różnych konstrukcji i urządzeń, zestawienia, kolorowe słupki, i wykresy obrazujące sytuację w rożnych strefach kompleksu. Ujęcia zmieniały się z coraz większą częstotliwością, by w końcu zlać się w masę nakładających się obrazów, na których nie można już było rozróżnić detali. Ulf zamknął oczy i po chwili znużony pokazem zasnął.
    Mag w tym czasie sprawdził konwertery fazowe Plancka przetwarzające Anodium w Transmutal. Samo Anodium nie jest niczym nadzwyczajnym z fizycznego punktu widzenia, - Mag konsolidował swoją wiedzę teoretyczną. - Zawiera właściwie jedynie znane z klasycznej literatury transuranowce jednak połączone ze sobą w odpowiednich proporcjach tworzą dość ciekawe struktury krystaliczne powodujące, że pierwiastki o sub-mikrosekundowym okresie połowicznego rozpadu są stabilne i nie chcą się redukować do niższych energii. Kiedyś ten fenomen zadziwiał fizyków na Zaxor, ale poznawszy podstawy teoretyczne takiej konfiguracji należało stwierdzić, że nic nadprzyrodzonego się tu nie działo. Ziemska nauka z ich skostniałymi strukturami kadrowymi i sformalizowanymi procedurami proliferacji wiedzy nie odkryje zjawiska konwersji sub-Planckowskich jeszcze przez stulecia a może i tysiące lat. Wolność wymiany idei i wyników badań jest podstawą postępu naukowego, co jest truizmem jednak na Ziemi taka wolność nie istnieje. W sumie trudno się dziwić, gdyż mając u siebie Piątą Kolumnę Aniołów nie mogą sobie pozwolić na swobodny obieg wyników badań naukowych. Mimo dekad „polowań na czarownice” wciąż nie udało im się wyeliminować wszystkich stronników wroga. Same Anioły nie mają wstępu na Ziemię i są łatwe do zidentyfikowania po Sygnaturze jednak sekta „Servo Servorum” jest niezwykle dobrze zakonspirowana, i wciąż piastuje niektóre ważne stanowiska w Gildii. Trudno się dziwić, że Anioły bronią wszelkimi sposobami swoich „źródeł życia”. Karaluchy postępują tak samo. Od czasu odkrycia i likwidacji „hodowli” ludzi na Purgatus, Morfy nie mają swojego własnego źródła ludzkiego DNA, więc imają się wszelkich sposobów, by je pozyskiwać. Obrzydliwe, ale z punktu widzenia pasożyta absolutnie konieczne.
    Z zamyślenia wyrwał Maga status kilku sekcji superkonduktywnych toroidów głównego pierścienia akceleratora zasilającego deflektory sub-Planckowskie. Wymagały szybkiej naprawy lub nawet wymiany. Jednak nie obejdzie się bez opóźnień. Automatom serwisowym zajmie to trochę czasu. Będą musiały przekierować wiązki na tor zapasowy, rozszczelnić wadliwe sekcje i je wymienić. Potem testy przez kilka godzin..., w sumie pół dnia przestoju produkcji. Na tyle jeszcze mógł się zgodzić. Dobrze, że pierścień nie wymagał całkowitego zatrzymania. To by była katastrofa. Tydzień produkcji z głowy. Mag wydał stosowne dyspozycje do natychmiastowej realizacji. Teraz tylko sprawdzenie stanu bieżącej produkcji i będzie po inspekcji. Zażądał danych z rejestru wyjściowego. Szeregi słupków i wykresów przetoczyły się przez jego świadomość w błyskawicznym tempie. Nie był nowicjuszem, więc szybki rzut oka wystarczył, by oszacować stan realizacji założonych celów produkcyjnych. Dotąd wyprodukowano pięćdziesiąt dwie jednostki klasy Jumbo. Trzy kolejne jednostki klasy Alef były właśnie wyposażane na orbicie w polaryzatory fazowe, uzbrojenie i testowe systemy napędu SubZero najnowszej generacji. Ulf ze swoją grupą nie będzie miał wiele czasu na testy, bo wszystkie następne jednostki klasy Alef muszą przejść pozytywnie atesty Continuum. To będzie przełomowa chwila. Wreszcie będzie można odwiedzić Cristal. Mag już od wielu lat miał w głowie plan „wycieczki” na Cristal, ale dopiero teraz ten plan będzie mógł się wreszcie ziścić. Długie lata prac badawczych i wysiłku wielu naukowców zostaną uwieńczone pierwszym kontaktem z prawdziwie Obcą cywilizacją.
    Jeśli teoria Iteracji jest słuszna, - a wszystko na to wskazuje, - to ludzkość będzie dłużnikiem Dengów po wsze czasy. Jeśli jednak okaże się mimo wszystko błędna to wkrótce nie będzie już nikogo, kogo by cokolwiek mogło obchodzić. Na pierwszą ze wspomnianych okoliczności Mag miał w zanadrzu pewną niespodziankę dla Dengów, ale na razie wiedziało o tym tylko kilku naukowców pracujących przy projekcie „Terminus”, w tym oczywiście też Samira. Najpierw jednak jednostki klasy Alef muszą zostać przekwalifikowane do klasy Continuum, by w ogóle móc myśleć o wdrożeniu odkryć dokonanych w ramach projektu „Terminus”. Na drugą z możliwości, - jeśli zaistnieje, - nie pomogą żadne odkrycia ani niespodzianki. Mag miał jednak przeświadczenie, że teoria Iteracji jest słuszna, gdyż ostatnie odkrycia astrofizyków zdawały się ją potwierdzać ilościowo. Na potwierdzenie jakościowe raczej nie ma co liczyć przed momentem Wielkiej Stabilizacji.
    Łącze Mentalu chyba się przegrzewało, bo Maga zaczęła boleć głowa.
    - Sprawdzę jeszcze tylko resztę danych i po robocie, - pomyślał rzeczowo.
    Oczywiście tak jak zwykle wszystkie kompleksy miały ten sam problem, - dostawy Anodium. Na to niestety Mag nie miał wpływu gdyż Cristal i tak zwiększyła dostawy o trzydzieści procent przez ostatnie cztery lata.
    Mag wydał rozporządzenia dotyczące gromadzenia i przetwarzania Trifortium. Należało pilnie poszukać innych pól, z których będzie można czerpać minerał, gdy pole numer trzy zostanie wyeksploatowane. Już obecnie uzysk spadł o dziesięć procent, co zwiastuje rychłe wyczerpanie złoża. Zgromadzone dotąd zapasy były spore, ale będzie trzeba dużo więcej, gdy wojna wybuchnie toteż nie szczędzono środków, by zwiększyć uzysk Trifortium. Zaxor jest jedynym miejscem gdzie Trifortium występuje w ilościach pozwalających na jego przemysłowe przetwarzanie. Minerał ma tę właściwość, że nie da się go wykryć żadnymi znanymi metodami. Ani spektrometria ani skanowanie podprogowe nie wykrywają go na odległość większą niż rzut beretem w skalach astronomicznych. Ze wszystkich znanych miejsc tylko na Zaxor występują odpowiednie warunki powstawania minerału w dużej obfitości. Poza doskonałymi właściwościami kosmetycznymi, z których Samira często korzysta, Trifortium doskonale zaciera Sygnatury wszelkich obiektów, które weszły z nim w bezpośredni kontakt. Dzięki temu Mag mógł ukryć Sygnaturę Samiry, gdy była ścigana po zabójstwie tego spasłego parszywca. Jest jeszcze jedno zastosowanie minerału, ale jest absolutną tajemnicą i wie o tym tylko Mag i jeszcze jedna osoba. Już jeden mikrogram oczyszczonego Trifortium neutralizuje działanie Eludium na ludzki mózg.
    Mag był już zmęczony sesją.
    - Wszystkie sprawy idą dobrym torem, więc jeśli nie nastąpi jakaś katastrofa powinniśmy dać sobie ze wszystkim radę, - pomyślał Mag i przerwał kanał mentalny, którym był podłączony do systemu.
    Powoli wracał do rzeczywistości, którą dotkliwie zakłócało głośne chrapanie Ulfa.
    - Jak on to robi, że śpi, kiedy chce?! - Mag zawsze go podziwiał za doskonałe opanowanie i umiejętność oddzielania pracy od innych spraw.

    Dodano po 1 [minuty]:

    ============ Odcinek 2 ==========

    Nigdy nie widział nawet cienia zdenerwowania u swojego adiutanta. Piec lat temu, gdy testowali nowe jednostki Jumbo w układzie Gallusa, Ulf uratował ich od niechybnej, jak się wtedy wydawało, śmierci. Wszyscy na pokładzie, nie wyłączając Maga, stracili już wszelką nadzieję. W pobliżu drugiej planety wewnętrznej zawiodły sondy zerowe, w wyniku czego okręt stracił źródło zasilania fazowego. Nie powinno się to nigdy zdarzyć, gdyż układy mają konfigurację klastrów wielokrotnie parowanych, zdolnych do auto-partycjonowania i dynamicznej rekonfiguracji w wypadku awarii któregokolwiek elementu a jednak, bez wyraźnej przyczyny wszystkie klastry jednocześnie zawiodły. Nie dysponując mocą potrzebną do wyrwania się z żelaznego uścisku tamtejszego Słońca - czerwonego nadolbrzyma o rozmiarach orbity Jowisza - byli skazani na wieczne dryfowanie wokół gwiazdy. Nie było żadnej nadziei na ratunek, bo komunikatory tachionowe również nie działały bez zasilania. W dodatku zbliżali się do pasa asteroid krążących z zawrotną prędkością wokół swojej czerwonej gwiazdy. Sytuacja wydawała się beznadziejna i po wielokrotnych próbach znalezienia przyczyny awarii wszyscy stracili chęć do jakiegokolwiek działania. Po tygodniu nieregenerowane zapasy tlenu zaczęły się kończyć, jedzenie również zaczęło trącić stęchlizną a woda straciła swój naturalny, źródlany smak. Ulf jak zwykle uśmiechnięty przechadzał się po pokładzie przekonując ludzi do podjęcia kolejnej próby wyjścia z impasu. W efekcie usłyszał kilka inwektyw i został odesłany do diabła. Ten chłop ma niespożyte zasoby optymizmu jakby nie docierała do niego powaga sytuacji. Działały tylko urządzenia zasilane bateriami słonecznymi. Taka ilość energii nie wystarczyłaby do zasilania komputerów pokładowych. Wtedy Ulf wpadł na idiotyczny - jak się wtedy zdawało - i zupełnie bezprecedensowy pomysł. Jakaś część jego mózgu powiązała wszystkie fakty i wysnuła wniosek, który umknął wszystkim pozostałym członkom załogi. Jak się okazało z późniejszej analizy, było to jasne jak słońce, tylko trzeba było do tego „wiedzy tajemnej”, której w tamtym czasie nikt poza Ulfem nie posiadał. Działanie sond zerowych mogło zostać zakłócone tylko przez bardzo silne źródło promieniowania Theta, czyli to, które odpowiada za Sygnatury w całym Uniwersum. Jakiś czas przed zdarzeniem Ulf pracował nad konfiguracja inwertera Sygnatury w laboratorium kompleksu trzeciego. Do wytworzenia odpowiedniego pola Ulf miał bombardować próbkę oczyszczonego Trifortium wiązką skoncentrowanego promieniowania Theta. Włączył wszystkie komory rezonansowe pierścienia przyśpieszającego i po ustabilizowaniu przebiegów wyładował całą wiązkę promieni Theta w próbkę minerału. W tym samym momencie nastąpił niespodziewany skok mocy dostarczanej z sond zerowych, zupełnie jakby połknęły tonę Eludium. Przez kilka sekund moc dostarczana przez sondy wzrosła o osiem rzędów wielkości. Nikt wtedy nie przejął się za bardzo anomalią uznając, że była to jedynie fluktuacja poziomu energii próżni fałszywej, co teoretycznie nie jest wykluczone jednak Ulfa to nie przekonało i dobrze zapamiętał całe zdarzenie. Jak później Ulf wyjaśniał, przypomniał sobie w krytycznym momencie cały eksperyment i założył, że skoro nadmiar promieniowania Theta oddziałujący na Trifortium zwiększa wydajność sond zerowych to całkowity brak residuum tego promieniowania w otoczeniu sond może je całkowicie zablokować. Zupełnie inną kwestią było, jaki obiekt mógł usunąć to residuum w układzie Gallusa. Na pokładzie okrętu znajdowała się spora ilość Trifortium, gdyż naukowcy mieli jeszcze przeprowadzić pewne eksperymenty naukowe po zakończeniu testów sprawności jednostki. W porozumieniu z szefem naukowym wyprawy postanowiono sprawdzić słuszność domysłów Ulfa. Gdyby się potwierdziły, nauka zyskałaby coś więcej niż tylko ocalenie kilkuset ludzi. Wartość naukowa jego spostrzeżenia była nie do przecenienia. Z dużymi oporami wszyscy zabrali się więc, do realizacji pomysłu Ulfa, gdyż minerał był bardzo cenny, ale nie było sensownych kontrpropozycji, więc Ulf wygrał walkowerem. Starannie zaplanowano eksperyment i parę godzin później ręcznie, poprzez luk do wystrzeliwania ładunków kinetycznych zaczęto pozbywać się Trifortium. Komputery nie działały, więc wszystko odbywało się ręcznie. Luk był pracowicie rozhermetyzowywany, ładowany porcjami minerału, hermetyzowany i ładunek wylatywał w próżnię. Chcieli w ten sposób określić zależność promieniowania i mocy dostarczanej przez sondy w funkcji ilości minerału na pokładzie. Po dwóch dniach wytężonej pracy na zmiany zaczęli już tracić nadzieję na sukces, ale właśnie wtedy sondy ożyły. Najpierw ruszyła klimatyzacja i systemy podtrzymywania życia. W miarę pozbywania się dalszych porcji minerału odzyskiwali komputery pokładowe, zasilanie systemów obronnych a w końcu odzyskali całą moc potrzebna do zasilania głównego napędu okrętu. Radości nie było końca. Wartość naukowa eksperymentu okazała się zaiste przełomowa a Ulf, cóż, pozostał sobą mimo całego splendoru wybawiciela, który niespodziewanie na niego spłynął. Jedyne, co Ulfowi pozostało po tym zdarzeniu to honorowe nadanie nazwy nowoodkrytemu zjawisku. Odtąd jest ono znane, jako „Efekt Ulfa”. Wprawdzie chwilowo tylko nauka na Zaxor zna ten efekt, ale nie umniejsza to jego doniosłości ani o drobinę.
    - Ulf! - Mag zdecydował, że olbrzym już dość się naodpoczywał.
    - Czy któryś Alef jest już gotowy? - Ulf z wysiłkiem otworzył jedno oko. - Czas byłby na testy, bo nie zdążymy z konwersją jednostek.
    - Będziesz miał aż trzy do sprawdzenia. Są właśnie uzbrajane w różne gadżety. Aż Ci zazdroszczę zabawy.
    - Nie będzie tak zabawnie, jeśli się okaże, że nasza przestrzeń nie jest w stanie utrzymać okrętu o takich parametrach, - Po otwarciu drugiego oka Ulfowi wróciło widzenie stereoskopowe. - Nie do końca mam zaufanie do opracowań Dengów. Przestrzeń nieprzemienna rządzi się zupełnie innymi prawami niż klasyczny trójwymiar.
    - Więcej zaufania, Ulf. Jak dotąd nie było zastrzeżeń poza..., sam wiesz. Nie ma co siać grozy. To mogła być też nasza wina, bo nie dotrzymaliśmy procedur testowych i chcieliśmy zaoszczędzić na czasie. Na szczęście skończyło się na solidnej kąpieli i odsmradzaniu kajut. - Mag uśmiechnął się na samo wspomnienie zdarzenia.
    - Musimy ruszać, bo zmierzch zastanie nas w otwartym terenie.
    - A nie możemy poczekać tu do świtu? - Ulf spytał w nadziei, że ominie go nocna warta.
    - Nakazałem wykonanie drobnych prac remontowych przy głównym pierścieniu akceleratora, więc lepiej, by nas tu nie było gdyby coś poszło nie tak. Nie chciałbyś pewnie oberwać wiązką Transmutalu. Bezpieczny dystans to sześćdziesiąt mil, więc nie marudź, bo mamy jeszcze kawał drogi przed sobą.
    - Nie wiedziałem, że coś będzie reperowane. Ruszajmy, zatem, - Ulf niechętnie wstał z wygodnego siedzenia i zabrał się do rozłączania przewodów i pakowania sprzętu z powrotem do toreb.
    Mag tymczasem sporządził raport z inspekcji i dołączył do niego rejestr holo. Po kwadransie obaj byli gotowi. Roboty zajęły się transportem ciężkich toreb do fazolotu i ich załadunkiem. Na powierzchnię wrócili dokładnie w ten sam sposób, w jaki się tu dostali.
    Szybko opuścili teren kompleksu, gdyż słońce powoli zaczęło chylić się ku zachodowi. Horyzont nabierał ciemnych odcieni, co zwiastowało pogodną noc. Do zachodu słońca pozostało jeszcze sześć godzin. Powinni zdążyć dotrzeć do miejsca, gdzie zwykle obozowali. Fazolot cicho przemierzał równinę pokrytą kępami drzew. Trawy kołysały się spokojnie pod dotykiem lekkiego wiatru wiejącego od północy. Właściwie północ mogła być z każdej strony, gdyż nikt już nie korzystał z magnetycznych metod określania stron świata. Zwyczajowo jednak przyjęto układ zgodny z ziemskim, choć był archaiczny i nie przystawał do szybkozmiennego pola magnetycznego otaczającego Zaxor. Jądro planety składało się z kilku przeciwbieżnie wirujących warstw, co generowało pole magnetyczne o wysokiej częstotliwości. Dzięki temu na Zaxor nie było żadnych elektrowni ani sieci dystrybucji energii elektrycznej. Wystarczyło postawić prostą cewkę i już można było coś upitrasić na kuchence elektrycznej lub zasilać generatory grawitacyjne fazolotu. Energia za darmo dzięki uprzejmości natury. Był też minus. Nigdy nie udało się rozwinąć bezprzewodowej sieci telekomunikacyjnej, bo żadne algorytmy filtrowania nie radziły sobie z zakłóceniami generowanymi przez pole magnetyczne Zaxor. Jedynie łączność światłowodowa wchodziła w grę. Wszystkie ośrodki były połączone ze sobą właśnie taką siecią, natomiast łączność z obiektami na orbicie odbywała się przy pomocy wiązek promieni laserowych. Łączność poza Zaxor nie mogła się odbywać w zakresie zwykłych fal radiowych ze względu na politykę chronienia lokalizacji planety. Wszystko to bardzo utrudniało życie, ale z punktu widzenia Celu było konieczne.
    ARTEFAKT
    - Czy Ty nigdy nie dorośniesz? Pospiesz się, nie mamy czasu, - Mei rzuciła przez zaciśnięte zęby.
    - Wytrzymaj jeszcze chwilę, - Khan odparł swoim spokojnym, cichym głosem. - W końcu nie co dzień coś takiego nam się trafia. Chciałem tylko sprawdzić, czy to żyje.
    - Trykając to scyzorykiem? - Mei nie kryła rozbawienia.
    Ramię robota powoli cofało się odsłaniając Artefakt. Okruchy skał osypały się na skalne klepisko, na którym się znajdowali.
    - Hm..., wygląda na jakąś starą, dużą, błyszczącą skrzynię. Tylko, co ona robi w takim miejscu? Nie ma na niej zupełnie śladów świadczących o jej wieku. Mei przetarła jeden z boków znaleziska, by umożliwić spektrometrowi wykonanie pomiarów. Przetarty przedmiot lśnił dziwnym, niespotykanym na Ziemi odcieniem. Mei odsunęła się na bok by spektrometr miał dostatecznie duże pole pomiaru.
    Spektrometr cicho mruknął obwieszczając zakończenie pomiaru. Mei i Khan jednocześnie spojrzeli na odczyty wyświetlone przez urządzenie.
    - Aaale to przecież niemożliwe. Nie ma czegoś takiego, czego spektrometr nie zna.
    - Wojna wojną, ale żeby nie było środków na sprawne urządzenia badawcze?! - Mei, skalibruj ten złom jeszcze raz. Może pokaże coś bardziej normalnego albo lepiej pokaż mu swój pierścionek zaręczynowy. Nie będzie wielkiej straty, jeśli go zniszczy, - Khan zachichotał szyderczo.
    - Ja mam przynajmniej życie prywatne a Ty żyjesz tylko robotą, - Mei odgryzła się natychmiast.
    - Mei, jesteś wredna. Ale to nic nowego, - Khan się zaśmiał.
    Spektrometr znów ożył i pokazał swoje odkrycie na wyświetlaczu.
    - A to skurwiel! - Syknęła Mei. - Nawet na porządny pierścionek żałował.
    - Mówiłem, - Khan tryumfował, - rzuć go póki czas. Ja jestem zawsze pod ręką. Bylibyśmy doskonałą parą. Zawsze razem...
    - I zawsze w pracy! - Dodała Mei bez entuzjazmu.
    - Skoro, więc nasz spektrometr prawidłowo działa to mamy problem, - Khan skonstatował rezolutnie. - Ziemska nauka nie zna takiego czegoś. Pierwszy raz widzę coś, czego w zasadzie nie ma i być nie powinno. Ciekawe czy Anioły znają taki pierwiastek.
    - Może je spytamy? - Khan zaproponował ściszonym głosem. - Powinny zaraz tu być.
    - Zdecydowanie odradzam, - Mei raczej nie podzielała entuzjazmu Khana. - Ostatnio nie wyglądały na zainteresowane rozmową. Poza tym ustawiłam barierę temporalną. Jesteśmy poza czasem, więc raczej nie mamy co liczyć na ich światłe towarzystwo. Wprawdzie potrafią czynić „cuda”, ale nie słyszałam by władały czasem. Od nas technologii też nie mogły uzyskać, bo w detalach zna ją ponoć tylko Estymator i jeszcze kilku ludzi. Estymator wykluczam z grona podejrzanych, bo musieliby się do niego dobrać, by coś ukraść a co do pozostałych, to pewnie nikt ich nie zna i nie wiadomo gdzie są. Więc jesteśmy bezpieczni.
    - O.K. - Khan uśmiechnął się tajemniczo. - Pakujmy to coś i zmiatajmy zanim się okaże, że się mylisz. Zapakuj też te śmieszne, złote, anielskie skrzydła leżące na skrzyni. Mogą być częścią tego ustrojstwa.
    - Tak jest Tuan, - Mei odwzajemniła służbowy ton Khana.
    Cenny artefakt trzeba było delikatnie zabezpieczyć, by nic go nie uszkodziło. To wyjątkowo cenne znalezisko. Naukowcy na Ziemi będą mieli co robić przez wiele lat. Nie wiadomo właściwie nic o tym artefakcie. Został odkryty w bardzo tajemniczych okolicznościach. Gdyby nie kobieca intuicja Mei i czujność Khana nikt by się nie zainteresował słabym śladem fazowym bez konkretnego umocowania wektora przyczynowego.
    Roboty poustawiały odpowiednie pojemniki i pakowały do nich drobniejsze detale leżące w sąsiedztwie skrzyni. Pojemniki zostały wypełnione specjalną pianką usztywniającą. Po godzinie wszystkie znaleziska zostały zabezpieczone i ustawione w ciasnym kręgu wyznaczonym na podłożu jaskini.
    - Mei, sprawdź Estymator, bo nie zawsze robi to, czego się od niego oczekuje. Już raz wpakował nas w tarapaty. Wolałbym nie lądować kolejny raz na Antarktydzie bez specjalnego wyposażenia. Było wtedy gorąco. Pamiętasz Mei jak stamtąd wialiśmy, by sobie nie odmrozić zadków?
    - A co mam nie pamiętać? - Odparła. - Algorytmy Estymatora nie są logiczne tylko stochastyczne, więc nic dziwnego, że jego decyzje bywają dalekie od intuicji.
    - Niestety, - Khan westchnął zrezygnowany. - Trudno mu zarzucić głupotę. Czasem wolałbym jednak osobiście dokonywać obliczeń.
    - Ciekawe gdzie byśmy w takim przypadku lądowali? - Mei zachichotała. - Bardziej wolę niepewność losu wynikającą z nieludzkiej natury Estymatora niż Twojej, Khan, - dodała złośliwie.
    - Przestań paplać i właź do kręgu, - Khan Przerwał potok jej złośliwości. - Zaczynam odliczanie. Czasoprzestrzeń zwinie się za osiem sekund. Gotowa do skoku?
    - Muszę na stronę, - Mei pisnęła cicho i zniknęła.
    UZI
    Mag palił resztkę swojej Cohiby rozkoszując się widokiem zbliżających się gór. Wyglądały potężnie i groźnie zwłaszcza w świetle zachodzącego słońca. Wysokie szczyty pokryte były śniegiem zupełnie jak na Ziemi tyle, że śnieg na Zaxor miał barwę błękitną z oczywistego powodu. Był nawet ładniejszy od białego śniegu, bo występował w wielu odcieniach zależnie od kąta padania promieni słonecznych. Czasem, gdy było zimno śnieg przybierał barwę purpurową lub zielonkawą. Atmosfera zawierała związki filtrujące kolor niebieski, co w efekcie kolorowało śnieg na czerwono lub czasem na zielono.
    Biosfera Zaxor nie była zbyt bogata w różne okazy, ale za to dobrze zbilansowana. Uczeni włożyli sporo wysiłku, by zapewnić kolonistom dobre warunki. Robili to wprawdzie ponad trzysta lat temu niemniej, należało docenić ich kunszt i dalekowzroczność. Jedyną zagadką, która nurtowała wszystkich było pochodzenie Świstogonów. Żadne dokumenty erekcyjne dotyczące Zaxor niestety nie przetrwały, więc mnożyły się na ten temat najdziwaczniejsze teorie. Świstogon nie mógł być produktem naturalnej ewolucji na Zaxor, bo przez kilkaset lat jedynie najprostsze formy życia zdążą sobie poewoluować trochę, ale nie coś tak złożonego jak Świ...
    - Mag, uważaj! - Krzyknął Ulf składając się jednocześnie do strzału. Działko podążało posłusznie za wzrokiem Ulfa śledzącym zbliżające się stwory. - Chyba jest ich więcej niż zwykle w tej okolicy. Zgaś cygaro. Włączę barierę, bo jest ich za dużo. Nie nadążam ich liczyć. Ogarek cygara wystrzelony z palców Maga poszybował wysoko nad pojazd. Gdy znalazł się nad głową Ulfa jeden ze Świstogonów przejął go zgrabnie i zniknął równie szybko jak się pojawił.
    - Cóż za zwinność, - Mag aż gwizdnął z podziwu. - Nie wiedziałem, że dzielę z tymi zadziwiającymi stworami miłość do kubańskich cygar. Stworzenie potrafiące docenić taki rarytet zasługuje niewątpliwie na szacunek.
    Ulf włączył osłony. W tej samej chwili na głowę Maga coś spadło. Mag podskoczył sądząc, że Świstogon zdążył wpaść do pojazdu zanim osłony się uaktywniły. Poczuł na głowie piekący ból. Cygaro, którym chwilę wcześniej poczęstował Świstogony wróciło do niego i właśnie zostało zgaszone na jego głowie.
    - Przesadziłem z tym szacunkiem. Te stwory jednak nie palą cygar..., - Mag strząsnął resztki cygara z głowy. Zachowanie zwierzaka podsunęło mu jednak pomysł.
    Świstogony ujrzawszy fluoryzującą kopułę pola ochronnego wokół pojazdu rozproszyły się i pozostał tylko jeden z jasną plamą na piersi, - ten sam, który porwał cygaro. Teraz krążył nad fazolotem ciekawie przyglądając się jego pasażerom.
    Mag sięgnął do bocznej kieszeni spodni, z której po chwili wydobył niewielką paczkę suchego prowiantu, który zawsze ze sobą nosili na wszelki wypadek. Rozpakował zawartość z folii ochronnej. Suchar gwałtownie zaczął pęcznieć chłonąc wilgoć z otoczenia. Po chwili podwoił swoją objętość. Mag starannie odłamał spory kawałek „ciastka”.
    - Wyłącz barierę Ulf, - Mag rzucił za siebie.
    - Ale stwory jeszcze nie poszły sobie, - olbrzym cicho zaprotestował.
    - Właśnie o to chodzi. Został tylko jeden. Chcę coś sprawdzić.
    Bariera zniknęła w jednej chwili. Bez niej było widać dużo lepiej stwora krążącego nad pojazdem. Mag mocno cisnął w górę odłamany kawałek suchara. Obaj obserwowali z zainteresowaniem jak Świstogon błyskawicznie przyspieszył, by w chwilę później związać swój los z kawałkiem pożywienia podarowanym przez Maga.
    - Widziałeś, widziałeś? Cóż za sprawność i gracja, - Ulf zachwycał się pokazem.
    W chwilę później ich nowy znajomy znów pojawił się wysoko nad pojazdem. Mknąc w górze z łatwością nadążał za fazolotem, który pędził przynajmniej sto mil na godzinę. Mag nie zastanawiając się wyrzucił pozostałą część suchara w górę, by pozbyć się natręta zanim dotrą do obozu. I tym razem stwór nie dał najmniejszych szans smacznemu kąskowi. Przejął go zanim suchar zdążył dotknąć ziemi. Mag z rozmysłem rzucił suchar w bok a nie w górę jak poprzednio. Stwór zadziwiał go coraz bardziej.
    W oddali zamajaczył kształt drewnianej chaty myśliwskiej, którą ktoś postawił przed wielu laty w otoczeniu malowniczych gór wznoszących się na horyzoncie. Powoli podpłynęli w pobliże chaty i wyłączyli silniki. Pojazd wysunął teleskopowe wsporniki i osiadł na nich powoli. Panowie opuścili pojazd i skierowali się do chaty. Zawiasy w drzwiach zaskrzypiały głośno burząc ciszę panującą wokół.
    - Nareszcie zjemy coś gorącego, - Ulf ucieszył się otwierając drzwiczki sporej zamrażarki stojącej w kącie chaty. - Nastawię wodę. Napijesz się kawy czy czegoś mocniejszego? - Spytał Maga, który już zdążył się rozgościć. Mały, uniwersalny robocik ożywił się na ich widok.
    - Przygotuję posiłek. To, co zawsze? - Robocik spytał usłużnie podchodząc do Ulfa.
    Ulf stał zaskoczony i gapił się na ich gospodarza.
    - Mag! Skąd ten koleś tu się wziął? Ostatnio sam musiałem pitrasić befsztyki, - olbrzym wciąż się nie ruszał jakby bał się spłoszyć to małe stworzenie.
    - To Uzi. Samira sprowadziła go ze sobą, gdy ostatnio byliśmy tu na polowaniu. Nie miała ochoty zajmować się prozaicznymi czynnościami, więc wymanciła go od woźnego z Ośrodka. Oni mają tam całe stada nowszych modeli, więc nie musiała się nawet bardzo starać. Zresztą wiesz, jaka potrafi być przekonywająca, gdy czegoś chce, - Mag zaśmiał się pod nosem na wspomnienie swojej muzy.
    - Tak Uzi. Prosimy o dwa steki z frytkami i jarzynami a do tego po kufelku.
    Robocik zamrugał swoimi wielkimi, ciemnymi oczkami i ruszył w kierunku lodówki, by zająć się przygotowaniem posiłków. Zatrzymał się tuż przy nodze Ulfa, który wciąż stał koło lodówki. Postał tak dwie sekundy i... kopnął olbrzyma w kostkę. Ulf podskoczył zaskoczony nie spodziewając się ataku.
    - Klapnij sobie Duży i nie przeszkadzaj człowiekowi w pracy, - Uzi wycedził powoli.
    Mag pokładał się ze śmiechu słysząc jak Uzi ustawia Ulfa.
    - To Samira tak go wychowała. Ja nie miałem z tym nic wspólnego, - Mag tłumaczył się urażonemu towarzyszowi. Chyba ma za dużo czasu w Ośrodku, że takie żarty się jej trzymają.
    Ulf wreszcie odzyskał mowę i ze zdziwieniem powtórzył, - Człowiekowi? Wolne żarty!
    - Nie marudź już. Siadaj i patrz, - Mag wskazał ruchem głowy okno, przez które było widać podjazd i zaparkowany fazolot.
    Nordyk spojrzał we wskazanym kierunku i skulił się, by nie rzucać się w oczy. Z maski fazolotu przyglądał im się Świstogon, - ten sam, którego Mag wcześniej nakarmił.
    - Myślałem, że go zgubiliśmy jakieś dziesięć mil temu, - Ulf cicho szepnął. - Ciekawe, czego ten stwór chce. Nie będziemy mogli otworzyć okien na noc nie mówiąc o piwie na werandzie. Niepotrzebnie go karmiłeś. Teraz się od nas nie odczepi aż do następnego kompleksu.
    Faktycznie dziwnie się zachowywał ten osobnik. Zwykle przez kilka godzin przed wieczorem polują a potem znikają. Nikt dotąd nie widział ich po zmroku. Mag wstał i zgasił światło, by lepiej widzieć fazolot zaanektowany przez nieproszonego gościa. Świstogon niezrażony nadal przyglądał się oknu jakby widział w podczerwieni. Poprawił się na masce pojazdu i cicho gwizdnął. Mag nigdy nie słyszał dźwięków, jakie Świstogony wydają, więc był przekonany, że są nieme.
    - Nie sądź książki po okładce, - mruknął pod nosem. - Uzi, przynieś dwa surowe steki, proszę.
    Robocik sprawnie wydobył dwa spore steki z zamrażarki i umieścił je w ultra podgrzewaczu. Po chwili były rozmrożone, ale wciąż surowe. Wyjął je i podał Magowi na talerzu.
    - Dzięki mały. Świetnie się spisałeś, - Mag nie zawsze się zachowywał, ale lubił tego małego kolesia, więc nie widział nic niewłaściwego w podziękowaniu robotowi. W końcu ma się za człowieka.
    - Tylko nie mały, - Uzi pisnął urażony. - Proszę bez protekcjonalizmu.
    - Mag uśmiechnął się do nadąsanego blaszaka i puścił oko. Uzi odwzajemnił oko i wrócił do przerwanej czynności wyraźnie z siebie zadowolony.
    Mag wstał z krzesła i wziąwszy talerz z surowymi stekami podszedł do drzwi. Powoli je uchylił. Świstogon siedział spokojnie na swoim miejscu. Nie drgnął nawet na dźwięk skrzypiących drzwi. Ciekawe, że nikomu nie udało się nigdy zbadać żadnego zabitego Świstogona. Zawsze są przynajmniej trzy. Jeśli któremuś z nich coś się stanie, pozostałe natychmiast zabierają jego ciało i znikają. Bardzo tajemnicze stworzenia. Słońce już zaszło i na zewnątrz zapadł zmrok. Oczy stwora jarzyły się delikatnym błękitnym blaskiem jakby zawierały kobalt albo coś podobnego. Potężny, zakrzywiony dziób miał z dziesięć cali długości. Potężne, ostre jak brzytwa szpony obejmowały rurę gniazda działka plazmowego, na którym stwór przysiadł.
    Świstogon i człowiek. Tego jeszcze nie było na Zaxor, - Mag pomyślał.
    Przyglądali się sobie z nieukrywaną ciekawością i przez ponad minutę żaden nawet nie mrugnął powieką. Mag powoli postąpił krok w kierunku fazolotu. Ulf stał tuż za nim trzymając w ręku pistolet laserowy na wypadek, gdyby stwór zaatakował. Stwór jednak siedział spokojnie obserwując rozwój sytuacji.
    Nic się nie działo, więc Mag postąpił jeszcze kilka kroków do przodu. Uznał, że dalej nie zaryzykuje. Głupio byłoby narazić całe przedsięwzięcie na fiasko z powodu jakiegoś dziwnego stwora. Ostrożnie postawił talerz na ganku i cofnął się do domu powoli zamykając za sobą drzwi.
    Ulf włączył podgląd otoczenia domu i rejestrował każdy ruch ich cichego wielbiciela, który niezmiennie siedział na zdobycznym pojeździe. Ulf chciał właśnie aktywować systemy defensywne domu, gdy Mag go powstrzymał.
    - Mam inne plany względem naszego gościa, - Mag powiedział tajemniczo. - Uzi postoi do rana na straży a rano zobaczymy, co dalej.
    Przez dłuższy czas stwór nie ruszał się ze swojego miejsca, więc mężczyźni zabrali się do uzupełniania nadwątlonych ciężka pracą sił. Ulf jak zwykle nie zadowolił się przekąską w postaci jednego obiadu. Poprosił gospodarza o kolejny stek i furę frytek. Po obiedzie z przyjemnością obaj opróżnili chyba po galonie piwa i dyskutując o zajściach minionego dnia poszli spać.
  • #7
    yego666
    Specjalista PLD
    ========== Odcinek 3 ===============

    ŚWISTOGON
    Uzi obudził gości głośnym trzaskaniem garnkami. Mag miał wrażenie, że robocik robi to specjalnie by ich wkurzyć, ale wytłumaczył sobie, że to absurdalne przypuszczenie. Brzask właśnie się rozpoczynał po długiej, trwającej osiemnaście godzin nocy. Uzi przygotowywał śniadanie. Jajecznicę z dodatkami. Świeżo upieczony chleb pachniał w całym domu i pewnie daleko poza nim. Stół zajmujący centralną część jadalni połączonej z kuchnią i spiżarnią był już nakryty a jajka i boczek przyjemnie skwierczały na patelni. Obaj grzecznie wstali i podążyli do jadalni. Poranne ablucje mogą zaczekać. Łóżka schowały się w ścianach i po chwili nie było po nich śladu. Uzi włączył lampę na suficie, gdyż było jeszcze dość ciemno. Podał śniadanie, które zniknęło błyskawicznie w atmosferze ożywionego milczenia zaspanych biesiadników. Po śniadaniu wędrowcy dokonali wreszcie ablucji, o których raczej rozmyślnie zapomnieli ubiegłego wieczoru.
    - Co się odwlecze..., - Mag pomyślał wycierając mokrą twarz.
    Obaj wrócili do jadalni, by wypić mocną kawę przed dalszą podróżą. Uzi krzątał się po pomieszczeniu uprzątając resztki po śniadaniu. Wiele tego nie było, ale robocik się nie spieszył. Metodycznie wrzucał zebrane naczynia i niedojedzone resztki do spalarki jonowej, która huczała przyjemnie niskimi basami szalejących wewnątrz ogników.
    - Świstogon, - Mag poderwał się z krzesła i pobiegł do drzwi. Uchylił je ostrożnie i wyjrzał na podjazd. Fazolot był tam gdzie powinien, ale zwierzaka już nie było. Trochę był rozczarowany, ale cóż on właściwie sobie wyobrażał? Że pochwycą żywego Świstogona? To by dopiero była sensacja. Niestety nie będzie wywiadów i kamer ani eseju w lokalnym wydaniu hologazety o bohaterze, który pojmał potwora, - Mag był trochę zawiedziony, ale nie bardzo. Schylił się, by wziąć talerz, który wraz z poczęstunkiem wystawił wieczorem na ganek. Był pewien, że mięso zniknie i właśnie tak się stało. Spojrzał na talerz i szczęka mu opadła. Nie wierzył własnym oczom. Na talerzu znajdowała się folia od suchara, który wczoraj podarował ptakowi. Folia była przyciśnięta sporym kamykiem, by jej wiatr nie porwał. Mag był pewien, że folię wyrzucił ponad dwadzieścia mil stąd. Nawet widział, gdy zwinięta w kulkę upadła na ziemię. Teraz była wprawdzie trochę zmięta, ale ktoś ją rozprostował. Wrócił do wnętrza i niezwłocznie sprawdził datę produkcji na folii. Zapas sprzed tygodnia. Zgadza się. To była jego wczorajsza racja suchego prowiantu! Szybkim ruchem schował folię do kieszeni, by Ulf, który właśnie wracał z toalety nie dociekał tego, w co Mag nie chciał uwierzyć. Pokazał Ulfowi pusty talerz, co w zupełności zaspokoiło ciekawość olbrzyma.
    Na zewnątrz było już jaśniej, więc powinni ruszyć w dalszą drogę. Następny kompleks znajdował się w górach i nie był łatwym celem. Będą musieli się troszkę powspinać, bo dla fazolotu nie ma tam łatwej ścieżki podejścia. Ulf raz próbował, ale skończyło się na uszkodzeniu maszyny i przymusowym biwaku w górach. Nie było w tym nic strasznego, gdyż na Zaxor nie było dużych drapieżników, których należałoby się obawiać. Największy z nich miał wielkość dużego kota i miał ściśle określoną dietę, w której Ulf - na szczęście dla myśliwego - nie figurował. Flora i fauna Zaxor zostały starannie zaprojektowane, by tworzyć pełny łańcuch troficzny. Wszystkie stworzenia były bliskimi krewnymi ich ziemskich wzorców. Zostały jedynie dostosowane do lokalnych warunków, by mogły funkcjonować w równowadze z całą resztą ekosystemu. Wciąż nie skatalogowano wszystkich gatunków, gdyż ludzi było niewielu a innych wyzwań aż nadto. Z tego, co było znane to jedynym drapieżcą bez wyraźnego „celu” był Świstogon. Nie wiedziano o nim praktycznie nic. Jego naczelną cechą było szczególne upodobanie do atakowania ludzi. Ponoć w początkowym okresie zasiedlania Zaxor wielu osadników padło ofiarą tych stworów. Krążyły straszne opowieści o okrucieństwie i krwiożerczym charakterze Świstogonów, ale żadnych udokumentowanych przypadków nie było.
    Mag skopiował dane z monitoringu domku, by je później zbadać. Może dowie się z nich, co się stało z kotletami. Teraz jednak musieli już ruszyć w dalszą drogę. Podziękowali gospodarzowi za gościnę i wsiedli do pojazdu. Mag miał wrażenie, że Uzi posmutniał, gdy dotarło do niego, że zostanie znów sam przez dłuższy czas, ale to raczej niemożliwe...
    - Uzi, - Mag zwrócił się do robota. - Zabezpiecz miejsce po naszym wyjeździe i..., zawahał się przez moment, - uważaj na siebie. - Poklepał gospodarza po ramieniu i uruchomił fazolot.
    Powoli ruszyli ponad wysokimi trawami w kierunku gór. Mag odwrócił się, by jeszcze raz spojrzeć na chatkę. Gdyby nie był przypięty pasami do fotela, niewątpliwie by z niego spadł ujrzawszy jak Uzi stawia na ganku talerz z górą surowych kotletów, jednak nie podzielił się swoją obserwacją z Ulfem, gdyż niewątpliwie uznałby Maga za myślącego inaczej. Mag pomyślał, że ma przywidzenia.
    CENTRUM KONTROLI CONTINUUM
    Senna atmosfera popołudniowej sjesty udzieliła się wszystkim w hali Kontroli Continuum.
    Rzadko działo się cokolwiek w ogóle a nieprzewidziane prawie nigdy. Ściany i sufit wyłożone ekranami kontrolnymi emanowały łagodnym światłem. W odległym kącie hali majaczyły kształty ogromnych Generatorów Tachionowych.
    Środek hali wyznaczał niebieski krąg platformy ekspedycyjnej, która była jak zawsze pusta, gotowa do przyjęcia nagłych zrzutów. Okalały ją różnokolorowe światełka sygnalizacyjne leniwie pulsujące delikatnym światłem. Terminale kontrolne znajdowały się na platformie unoszącej się w powietrzu metr nad posadzką.
    Zrzuty nie były zbyt częste, więc personel nie narzekał na nadmiar obowiązków. Ostatni miał miejsce tydzień temu, gdy przerzucano sprzęt do jakiejś odległej galaktyki. Ośrodek miał charakter militarny, więc regularnie odbywały się testy i sprawdziany gotowości.
    Wydział Operacji Specjalnych nigdy nie powiadamiał z góry o swoich zamiarach, więc ćwiczenia były zawsze miłą odmianą od codziennej rutyny. Wydział nie podawał także szczegółów swoich misji ze względów bezpieczeństwa. O ile Estymator nie wymagał szczególnych zabezpieczeń o tyle terminale systemów informacyjnych były szczególnie narażone na inwigilację ze strony Aniołów, więc lepiej było nie mówić za wiele.
    Generatory tachionowe mruczały usypiająco na jałowym biegu.
    Zawsze przed zrzutem uaktywniają się dwa lub najwyżej trzy z nich, by utworzyć neutralną strefę czasową dla transferowanych obiektów. Strefa zabezpieczała zarówno ośrodek, jak i ładunek na wypadek gdyby się okazał niebezpieczny z jakiegoś powodu. Łatwo było w takim środowisku unieszkodliwić nawet eksplodującą bombę wodorową.
    Nie było żadnych zapowiedzi ani ostrzeżeń, gdy niespodziewanie wszystkie siedem generatorów zawyło wściekle wchodząc od razu na najwyższe obroty. Światełka wokoło platformy ekspedycyjnej nagle ożyły różnokolorowymi wzorami, które zmieniały się w oszałamiającym tempie.
    - Co u diabła! - Wrzasnął dyżurny Dekurion nie wierząc własnym oczom.
    Jeszcze nigdy nie odpalono więcej niż cztery generatory jednocześnie a co dopiero siedem. Takie pole mogłoby utrzymać wielką czarną dziurę o masie nawet kilku miliardów Słońc. Oficer dyżurny rzucił się do terminali lewitujących na platformie kontrolnej. Gorączkowo przełączał różne wykresy i zestawienia chcąc ustalić, co się dzieje.
    - Spokojnie. Żaden nieproszony gość nie przeniknie przez osłony grawitacyjne, jeśli są podniesione, - Berg powiedział pewnym głosem. – Podać stan osłon! - Dodał po chwili.
    - Pięćdziesiąt procent i słabną, - Zameldował Kontroler Pola. - Coś wielkiego napiera na nas z rosnącą siłą.
    - Jak to możliwe przy nieograniczonych zasobach energetycznych przetwornic pola grawitacyjnego? - Berg zastanawiał się głośno. Znał te urządzenia na wylot, gdyż brał udział w projektowaniu większości urządzeń znajdujących się w Hali. Nie znał jedynie dokładnie działania sond zerowych, które bezpośrednio przetwarzały energię uzyskiwaną ze zmian stanów fazowych próżni. Pewnie tu ktoś zaoszczędził na redundancji.
    - Odwrócić polaryzację osłon. Natychmiast! - Berg rozkazał głośno.
    Oficer dyżurny natychmiast wykonał polecenie. Światła w hali przygasły na dłuższą chwilę. Generatory tachionowe jeszcze głośniej zawyły i równie nagle jak odpaliły teraz ucichły.
    Na platformie ekspedycyjnej zwolna zmaterializowało się kilka obiektów. Można je było już rozpoznać bez większego wysiłku.
    Khan rozejrzał się powoli po Hali. Był tam gdzie się spodziewał. Tym razem obyło się bez niespodzianek. Berg, piastujący stanowisko Prefekta, podbiegł do Khana podekscytowany.
    - Co to miało być?! - Berg usiłował uzyskać informację od Khana. - Z jakich otchłani piekielnych skaczesz człowieku?! Mało co nam maszyny nie powyskakiwały z fundamentów. Co ty tam masz? Czarną dziurę czy co? Zawsze lubiłeś efektowne wejścia. Kiedyś mnie wykończysz.
    - Po kolei, Berg. Co się stało? Widzę, że wszystko wygląda jak zwykle.
    - Teraz już tak, - wysapał Berg, - ale tuż przed skokiem wszystkie generatory odpaliły jednocześnie a pole G siadło o połowę. Parę zwykłych rupieci nie zrobiłoby takiego zamieszania.
    - Nie mam dokładnej analizy tego, co przywieźliśmy, ale musi to być coś cennego, bo naukowcom bardzo na nim zależało, - odparł Khan. - Nawet nie wiem dokładnie, co takiego jest w środku.
    - A co Cię tak podniosło, Berg? Stary wróbel jak Ty powinien być bardziej odporny na stres, - Khan dodał z nutą kpiny w głosie.
    - Podniosło? - Żachnął się Berg. - Wszystkie generatory się uaktywniły jednocześnie. Wiesz, co to znaczy? Gdzieś tu jest czarna dziura albo i coś gorszego.
    - Drużyna zabezpieczenia, izolować artefakt, natychmiast, - Berg rozkazał energicznie.
    Technicy podtoczyli mobilny generator i ostrożnie umieścili wszystkie nowe obiekty w polu ochronnym. Generator powoli uniósł przedmioty otoczone polem w powietrze i skierował się ku wielkim pancernym wrotom hangaru. Po dłuższej chwili trofea Khana znikły za grubymi murami, gdzie z pewnością będą bezpieczne.
    Berg odetchnął z ulgą. - Gdyby to zaczęło nam tu wyprawiać jakieś cuda to mielibyśmy niezły kłopot. Później trzeba to odesłać do Dobsa. Ośrodek Archeologii Pozaziemskiej musi to zidentyfikować i skatalogować.
    - A gdzie Mei? - Berg rozglądał się wokoło. - Przecież razem byliście na misji. Chyba nic złego się nie stało?
    Khan zerwał się na równe nogi. Faktycznie, Mei nie było na platformie, mimo że razem opuszczali układ Gallusa.
    - Cholera, - Zaklął pod nosem i podbiegł do najbliższej konsoli Estymatora.
    - Dawaj logi z ostatniego kwadransa, - rzucił krótko.
    Wpatrywał się niespokojnie przez chwilę w wykresy i słupki liczb przemykające przed nim po holoekranie. Musiał się skoncentrować, by wyłowić wszystkie istotne informacje z niekończącego się strumienia danych.
    - Suma mas się zgadza, wyjściowy i docelowy stan kwantowy też, parametry rozproszenia pola transferu też w normie. Mei przecież waży dobre pięćdziesiąt kilogramów, więc to nie atom czy dwa, które mogą brakować przy transferze!
    Khan sprawdził też odczyty pól skalarnych. Spadły poniżej połowy mocy tak jak Berg mówił! Ale to chyba nie jest dziwne wziąwszy pod uwagę rodzaj towaru. Mei raczej tego nie spowodowała. Gdyby jej brakowało pole by raczej wzrosło...
    - Khan, Khan! - Z tyłu Hali dobiegło rozpaczliwe wołanie. - Powiedz im niech mnie przepuszczą! - Wołanie Mei z trudem przedarło się przez zgiełk panujący w Hali.
    - Mei! Gdzieś Ty się podziewała?
    Przedostawszy się przez ochronę Mei podeszła szybko do obu zdziwionych kolegów. Poza tym, że była zdezorientowana i zła, nic jej raczej nie było.
    - Wy tu gadu gadu a mnie zrzuciło w... damskiej toalecie. Potraficie to logicznie wyjaśnić?
    - Hm, - Khan głośno się zastanawiał. - Może nie załatwiłaś babskich potrzeb przed transferem i Estymator postanowił Ci ułatwić powrót?
    Obaj panowie zarechotali rozbawieni.
    - Kabotyni! Myślał by kto, że Estymator ma poczucie humoru albo przynajmniej współczucia, - odgryzła się urażona Mei. - Głupia maszyna a Wy nie lepsi od niej!
    - Słyszałem, - wtrącił Berg, - że kiedyś jednego z wracających z misji rzuciło prosto do stołówki. Musiał być chyba głodny jak wilk.
    - To przecież był Max, - pomyślał Khan. - Razem wracaliśmy wtedy z misji, z N5128. Faktycznie, przed teleportacją wspomniał, że zjadłby konia z kopytami. Szkoda, że później zaginął w jakiejś akcji. Dziwne, że Estymator realizuje takie zamówienia. Będę musiał sobie zażyczyć zrzutu prosto do sypialni Dalii następnym razem. - Bezwiednie uśmiechnął się do swoich myśli.
    - Niech technicy zbadają tę sprawę a raport do mnie do szóstej wieczorem, - rozkazał Berg i zarządził dekontaminację hali, jak to przewiduje regulamin zrzutów.
    - Cieszę się, że jesteś cała, bo już się wybierałem z powrotem z ekspedycja ratunkową, - Khan skłamał i łypnął lubieżnie na wciąż zakłopotaną Mei. Z trudem ukrywał, że Mei mu się bardzo podobała.
    - A skorzystałaś chociaż z uprzejmości Estymatora Fazowego?
    - A niech to, - Mei wreszcie otrzeźwiała. - Muszę na stronę. I śpiesznie oddaliła się tam, skąd przed chwilą przyszła.
    - Oh te kobiety. Nigdy nie umieją skorzystać z nadarzającej się okazji..., - Khan raczej myślał o tym, że Mei konsekwentnie unikała jego zalotów.
    Gdyby nie zależność służbowa mógłby poważniej myśleć o związku z Nią. Odpowiadała mu w każdym calu. Inteligentna, bystra, odważna i niezwykle atrakcyjna. Do sił specjalnych nie biorą zresztą byle kogo. Komunikator pisnął cicho sygnalizując Khanowi nadejście nowej wiadomości.
    - Jutro ciężki dzień. Centrali nigdy nie wystarcza obiektywny rejestr. Raport osobisty, to już niemal reguła po moich misjach. Pewnie cenią mój dowcip, - skonstatował z przekąsem, bo przecież Estymator posiada zapis wszystkich możliwych perspektyw do wglądu. - A może coś znów sknociłem i będę musiał się tłumaczyć przed tą bandą gryzipiórków, którzy nigdy nie wyściubili nosa nawet poza Ziemię? Wszyscy inni latają gdzie się da. Dla przyjemności, w interesach, lub pozwiedzać odległe zakątki naszego zaścianka. Od czasu odkrycia transferów fazowych przez Wu Shina każdy może sobie podróżować w czasie i przestrzeni, wedle upodobania, nie narażając się na paradoksy dziadka ani babci. Stary Einstein miał dobrą intuicję, ale nie myślał wielowymiarowo. W czasach Średniowiecza nikt nie słyszał o tachionach, polach skalarnych i wymiarach niepierwotnych, więc siłą rzeczy i teoria była niepełna. Teoria strun to już zupełne nieporozumienie. Ponad trzysta lat badań i wysiłku najwybitniejszych umysłów, Wu Shin wyrzucił na śmietnik swoim odkryciem. Tysiące złamanych karier naukowych, dziesiątki samobójstw. Innych teorii tamtego okresu już chyba nikt nie pamięta. Szkoda, że...
    - Idziemy? - Łagodny głos Mei wyrwał Khana z zadumy nad niedolą biednych, ciągle głodnych sławy i pieniędzy uczonych.
    - Oczywiście, - odparł udając zniecierpliwienie. - Jedziemy moim wozem czy skoczymy na świetne sajgonki z powidłami z Mithei? Ja stawiam.
    - Przecież wiesz, że skoki w strefie są zakazane ze względu na Detektory Form, omyłkowo mogłyby Cię wziąć za istotę inteligentną, - Mei zaśmiała się szyderczo i ruszyli na parking.
    GÓRY
    Mag skupił się na obserwacji terenu, który stawał się coraz bardziej nierówny. W górach nie musieli się obawiać Świstogonów, gdyż z jakiegoś powodu, stwory te występowały jedynie na równinnych terenach. Ulf, odprężony rozkoszował się wielogodzinnym nieróbstwem, gdyż nie musiał skanować nieba w poszukiwaniu zagrożenia. Drzewa liściaste ustąpiły miejsca swoim iglastym braciom. Zbocza gór pokryte były gęstym, nieprzerwanym lasem, z którego co jakiś czas dochodziły głośne porykiwania zwierząt, nawoływania ptaków szukających miejsc na założenie gniazd oraz szum strumieni toczących krystalicznie czystą wodę z lodowców topniejących w wyższych partiach gór. Powietrze przesycone było żywiczną wonią lasów nietkniętych ludzką ręką od początku świata. Tak musiała pachnieć stara Ziemia nim ludzka chciwość jej nie zniszczyła, - Mag skonstatował z żalem.
    Od czasu wojny z robotami było już lepiej na Ziemi. Właściwie trudno było jednoznacznie rozstrzygnąć, co było gorsze: Ludzka cywilizacja pasożytująca na zasobach swojej planety czy Anioły pasożytujące na ludzkości? To był łańcuch troficzny służący wszystkim oprócz samej Ziemi. Gildia rozprawiła się z rabunkową gospodarką, ale powrót do stanu równowagi zajmie jeszcze wiele setek lat. W tym czasie dużo może się zdarzyć. Wojna z Morfami wisi na włosku i lada chwila dojdzie do decydującej rozgrywki. Cóż za dziwny traf, że na przestrzeni miliardów lat właśnie w czasie, gdy dochodzi do decydującego starcia cywilizacji, zjawiają się Dengowie ze swoją zadziwiająca wiedzą i technologią.
    Skaner czołowy zabrzęczał cicho sygnalizując przeszkodę. Pojazd zatrzymał się gwałtownie. Ulf zeskoczył z pojazdu na kamieniste zbocze góry, po którym pięli się już od jakiegoś czasu. Kilka stóp przed pojazdem ziała przepaść głęboka na pół mili. Strome zbocze przepaści ukazywało cały przekrój geologiczny planety. Nie rosły na nim żadne trawy ani inna roślinność, tak jakby teren osunął się tu całkiem niedawno. Zaxor jest stosunkowo młodą planetą, więc tego typu zdarzenia nie są rzadkością. Niecałe dwa miliardy lat temu cały układ dopiero się uformował, więc procesy tektoniczne jeszcze się nie uspokoiły i często powierzchnia zmieniała się niemalże z dnia na dzień. Na szczęście osiedla i kompleksy produkcyjne stały na litej skale, więc raczej nic im nie groziło w przewidywalnym czasie, choć taki pogląd nie był do końca uprawniony a co gorsza osłabiał czujność.
    - Mag, tu jest przepaść.
    - Widzę przecież. Mag zeskoczył z pojazdu i rozejrzał się wokoło. Nawet fazolot mógł mieć problem gdyby nagle trafił na taką nieciągłość podłoża. - Rozglądnę się tutaj troszkę a Ty bądź tak miły i zrób coś do jedzenia, bo już zapomniałem, co dziś było na śniadanie.
    - Jasne Szefie, - Ulf ucieszył się z takiego obrotu spraw. Często biwakował w dziczy, więc zdobycie czegoś do okraszenia sucharów nie stanowiło dla niego problemu.
    - Pójdę po prowiant. Powinienem wrócić za pół godziny.
    - Może zdobędziesz też jakieś dobre ziele na herbatę. Znasz się chyba na tutejszej florze?
    - Oczywiście. Coś się znajdzie, ale krzaków cukrowych raczej tu nie widziałem.
    - Nie szkodzi. Zwykle pijam gorzką herbatę, więc nawet nie szukaj, chyba żebyś trafił na cukier w kostkach, - Mag zaśmiał się ze swojego dowcipu.
    Ulf zagłębił się w gęstą roślinność porastającą łagodne zbocze i po chwili zniknął zupełnie wśród drzew. Był w swoim żywiole.
    Mag sięgnął po spektro-lunetę i przez dłuższą chwilę lustrował odsłonięte zbocze osuwiska. Spektrometr wyświetlał na bieżąco skład chemiczny tego, na co właśnie Mag patrzył. Nic ciekawego. Typowy dla martwej planety układ warstw. Przed terraformowaniem, prawie cztery wieki temu Zaxor był martwy jak kamień. Większą część jego powierzchni pokrywał ocean wody. Atmosfera zawierała azot, dwutlenek węgla i inne typowe gazy. Żadnego tlenu czy związków organicznych. Nic, zatem ciekawego nie można się było spodziewać poza paroma zwyczajnymi pierwiastkami i typowymi minerałami. Choć z drugiej strony pobieżny skan płaszcza planety ujawnił duże ilości metali ciężkich. Miedź, ołów, mangan, żelazo, nikiel i parę innych pierwiastków wykorzystywano na szeroka skalę, ale złotem i platyną raczej nikt się nie interesował, bo łatwo można było je uzyskać sztucznie z ołowiu bez żmudnego kopania i przetwarzania. Mag znudzony przeskanował jeszcze spory kawałek zbocza po lewej stronie i odłożył swoje „długie oko”. Sięgnął po nóż traperski, by postrugać jakąś gałązkę w oczekiwaniu na powrót Ulfa, gdy dotarł do niego znajomy gwizd. Chwilę trwało zanim skojarzył skąd zna ten dźwięk. Podniósł ostrożnie głowę i spojrzał w kierunku, z którego dobiegł go gwizd. W górze, wysoko na niebie krążyła niewielka sylwetka Świstogona. Mag sięgnął po lunetę i skierował ją na ptaka. W locie Świstogon prezentował się znacznie okazalej niż na masce pojazdu. Rozpostarte, czarne skrzydła były szersze od fazolotu. Ogon długi na trzy stopy mienił się wszystkimi odcieniami niebieskiego, od seledynu po ciemny granat.
    - Piękne stworzenie, - pomyślał Mag.
    Przez lunetę dostrzegł białą plamkę na potężnej czarnej piersi ptaka.
    - Co On tu robi? Przecież Świstogony nie występują w górzystym terenie.
    Ten osobnik jednak całkiem wyraźnie występował, drwiąc sobie z utartego poglądu na swój temat.
    - Czy one wszystkie mają taką plamkę na piersi? - Mag usiłował sobie przypomnieć wygląd innych Świstogonów, które dotąd widział. - Raczej nie, - zdecydował.
    To był Jego Świstogon. Z całą pewnością ten sam, który wczoraj zjawił się po poczęstunek. Jak jednak ich wyśledził? Przecież od dobrych kilku godzin posuwali się po zakrytym terenie. Trzeba mieć nie byle jakie zmysły by cokolwiek w takich warunkach wyśledzić. Podziw Maga dla „Jego” Świstogona rósł z dnia na dzień.
    - Co, jednak ten ptak tutaj robi z dala od swojego stada? Poczekamy, zobaczymy.
    Świstogon najpierw nieznacznie a w chwilę później już wyraźnie obniżył lot. Na wszelki wypadek Mag sprawdził czy jego broń jest tam gdzie powinna. Odłożył lunetę i usiadł na skale, tuż przy krawędzi urwiska wciąż bacznie obserwując niespodziewanego przybysza. Sięgnął do kieszeni i wydobył folię, którą otrzymał, jako zapłatę za poczęstunek. Przypatrywał się opakowaniu sucharów przez chwilę przypominając sobie gdzie je wyrzucił. W zamyśleniu upuścił swój podarunek, który opadł tuż przed nosem spektro-lunety. Mag usilnie kompilował w głowie wszystkie fakty od czasu spotkania Świstogona i nagle go olśniło. Ptak chciał mu coś przekazać lub zwrócić na coś uwagę, ale na co?
    - Szkoda, że nie wpadłem na to w chatce Uziego. Uzi, zresztą również zachował się dziwnie dokarmiając stwora kotletami. Czyżby zawiązali we dwóch spisek? - Mag roześmiał się głośno z absurdalności własnego pomysłu.
    - Mag, - Ulf wyłonił się zza kępy drzew.
    W rękach trzymał dwa spore gryzonie wielkości dużego bobra, parę gałązek i trochę ziół.
    - Widziałeś? - Spytał wskazując Świstogona, który właśnie wylądował na skraju przepaści po przeciwnej stronie i gapił się na nich ciekawie swoimi dużymi wyrazistymi oczami.
    - Obserwuję go już od dobrego kwadransu. Chyba nas polubił, - Mag zaśmiał się niepewnie.
    Na widok Ulfa niosącego małe co nieco zapomniał o upuszczonym opakowaniu.
    - Jak przyrządzimy te bobro-szopy? W mikrofali czy tradycyjnie na ognisku? - Ulf oblizał się łakomie kładąc swoje trofea na masce pojazdu. Wiedział, że nie mają mikrofali ze sobą a działko jonowe ustawione nawet na minimum i tak w sekundę odparowałoby ich obiad zamiast go przypiec.
    - Poszukam opału a Ty opraw zwierzaki ze skóry i wypatrosz. Wsadzimy je na rożen. Będzie dziczyzna, - Mag również oblizał się łakomie na myśl o jedzeniu, bo już słychać było marsz żałobny z jego brzucha.
    Pochłonięty myślą o pieczystym zupełnie zapomniał o parze oczu śledzących każdy jego ruch. Wstał i ruszył w kierunku zarośli. Po minucie wrócił niosąc pełne naręcze gałęzi i patyków na ognisko.
    - Nietrudno tu o suche drewno. Jeśli nikt nie będzie zbierał spadów to za sto lat będzie tu gruba warstwa próchnicy. Musimy częściej tu przyjeżdżać na piknik.
    Ułożył suche gałęzie w zgrabny stos a nad nim zamocował zaimprowizowany ze znalezionych patyków rożen.
    - Wodę musimy wziąć z fazolotu, bo strumyk zabrało nam urwisko, - Ulf wskazał na całkiem spory strumyk spływający z przeciwległego krańca urwiska w dół. - Szkoda, bo górska woda nie ma sobie równych.
    Ulf kończył oprawiać bobro-szopy. Sięgnął do schowka obok siedzenia kierowcy, by wydobyć sól, jednak nie wszystko zawsze łatwo przychodzi. Zakłopotany wyjął dwa identyczne słoiczki zawierające biały proszek.
    - Mag, czy wiesz, która to sól?
    - Oczywiście, - odparł Mag. - Ta biała.
    - Ale tu są dwa identyczne pojemniki. Czy oba zawierają sól?
    - Jak to dwa? Skąd je wziąłeś?
    - No, ze schowka kierowcy, - Ulf odparł.
    - No to mamy kłopot. A co tam w ogóle robiła sól?
    - Ostatnio wrzuciłem ją tam na wszelki wypadek.
    Mag spojrzał na oba pojemniki, które zakłopotany Ulf trzymał w swoich wielkich łapach. Rzeczywiście były identyczne.
    - Samira prosiła o trochę Trifortium, więc wsypałem odrobinkę do słoiczka i wrzuciłem do schowka, - Mag przyznał z zakłopotaniem. - Nie wiedziałem, że jest tam też Twój pojemnik. Jak by tu sprawdzić, który pojemnik zawiera sól? - Zastanawiał się głośno, gdy jego wzrok padł na spektro-lunetę, przez którą obserwował ptaka.
    - No jasne, - uradowany Mag sięgnął po przyrząd. - Oto mamy rozwiązanie.
    Nastawił spektrometr na detekcję Trifortium i skierował go na przeciwległą ścianę wąwozu, by wyzerować wskazania. Przyrząd przez chwilę łapał ostrość i kalibrował wskazania biorąc za cel biały pas biegnący poziomo wzdłuż prawego krańca osuwiska. Mag przez chwilę obserwował wskazania spektrometru po czym usiadł jakby mu ktoś nogi podciął.
    Ulf wciąż trzymał dwa słoiczki i czekał aż zostaną zidentyfikowane przez spektrometr, jednak Mag nie kwapił się z diagnozą.
    - Szefie, co z tą solą będzie?
    Mag powoli odwrócił się do oczekującego na badanie Ulfa. Z trudem łapał powietrze.
    - Trifortium, - wyszeptał Mag.
    - Ale który słoik, lewy czy prawy? - Ulf nalegał zdziwiony, że Mag nawet nie sprawdził słoiczków z białym proszkiem.
    - Tam, - Mag wskazał palcem na przeciwległą ścianę osuwiska. - Cała góra Trifortium. Wiesz, co to znaczy? Przez sto lat byśmy tyle nie zebrali, co tu jest zgromadzone.
    Ulf podszedł powoli do Maga i przyjrzał mu się uważnie. Nie stwierdziwszy poważnego urazu czaszki przejął spektrometr z rąk wciąż niezaprzytomnego kolegi i skierował go tam gdzie Mag spoglądał przed chwilą.
    - To nie jest Trifortium, - powiedział z naciskiem. - To świństwo zawiera dodatkowo wodór, którego w Trifortium brak. To jest... Quadrium.
    Mag wreszcie oprzytomniał i gorączkowo wyrwał lunetę z rąk Ulfa. Wpatrywał się w przeciwległy stok jakby chciał się przecisnąć przez przyrząd i dotknąć go ręką.
    - Próbowaliśmy wiele razy na różne sposoby związać minerał z wodorem, ale zawsze się rozpadał po kilku sekundach, - Mag nie mógł uwierzyć własnym oczom. - Ten w słoiczku miał być do kolejnej próby.
    - Zmiana planu, - Mag zdecydowanym ruchem odłożył spektroskop na ziemię. - Jedziemy do Centrum Geologii i Surowców. Oni się tym zajmą.
    - Cholera, że też zawsze jest coś pilniejszego do zrobienia. Przez te priorytety nawet nie możemy się skomunikować z nikim, - Mag narzekał głośno. Kilka głupich satelitów rozwiązałoby problem, ale nie. Nie ma czasu na takie rzeczy. - Sam też byłem przeciwny projektowi globalnej sieci komunikacji satelitarnej! - Zaklął siarczyście jeszcze parę razy, po czym usiadł na swojej skale, by się zastanowić.
    Ulf doskonale zdawał sobie sprawę, do czego służy Quadrium i podzielał podniecenie Maga jednak jego pragmatyczny umysł potrafił doskonale oddzielić to, co ważne od rzeczy mniej istotnych.
    Wziął spektrometr z ziemi i po chwili ogłosił tryumfalnie, - To jest sól, - pokazując słoiczek, który trzymał w lewej dłoni.
    Ognisko huczało wesoło a Bobro-Szopy rozsiewały nieprzyzwoicie smakowity zapach ze swojego rożna, obiecując wyśmienity posiłek. Magowi powoli wracał humor obserwując Ulfa, który pracowicie obracał pieczyste nad ogniskiem.
    - Pachnie wspaniale, - zauważył Mag z wrodzoną bystrością.
    Powoli sięgnął za pazuchę i wydobył pękatą piersiówkę wykonaną z transluminium. Przezroczyste ścianki piersiówki ukazywały złotawy płyn kołyszący się lekko wewnątrz pojemnika.
    - Będzie czym czcić nasze odkrycie. Dawno nie mieliśmy takiej okazji, - Ulf ucieszył się szczerze sięgając po piersiówkę. Pociągnął solidny łyk i oddał cenny płyn właścicielowi. Mag również pociągnął spory łyk i odstawił butelkę.
  • #12
    ArturAVS
    Moderator HydePark/Samochody
    khoam napisał:
    Potem to wydrukuję i przeczytam hurtem

    Szkoda papieru. Ja swoją papierową bibliotekę podarowałem miejskiej wypożyczalni (kilkanaście tyś pozycji o różnej tematyce), z braku miejsca. Poza tym nie dam rady jedną ręką trzymać książki i przewracać stron. Dlatego przeszedłem na wydania elektroniczne.
  • #13
    yego666
    Specjalista PLD
    ========== Odcinek 4 ===============

    Jedzenie już było gotowe i grzechem byłoby kazać mu czekać, toteż Ulf rozdzielił pierwszego zwierzaka na dwie równe porcje. Mag spojrzał na krawędź przeciwległej ściany zapadliska i podniósł do góry swój talerz pełen dymiącego mięsa. Wstał i powoli podszedł do skały, na której uprzednio siedział. Podzielił swoją porcję na pół i jedną z części położył na nowy talerz, który ostentacyjnie postawił na skale. Świstogon przyglądał się temu spektaklowi z zainteresowaniem, co okazał stając na swoich szponiastych nogach. Dzień zbliżał się do południa i robiło się ciepło. Wiał delikatny wiatr poruszając nieznacznie połyskującymi piórami wielkiego ptaka.
    - Pewnie też zgłodniałeś po tylu milach podroży. Smacznego, - Mag łagodnie przemówił do swojego wielbiciela, po czym wrócił do ogniska znajdującego się dwadzieścia kroków od skały.
    Ulf patrzył na całe przedstawienie z niejaką rezerwą, choć sam nigdy bez potrzeby nie skrzywdziłby żadnego stworzenia. Jeśli musiał zabić tak jak dwa nieszczęsne Bobro-Szopy, robił to szybko, by nie cierpiały. Rozumiał Maga doskonale. Nie miał wielu przyjaciół wśród ludzi, za to potrafił okazać serce nawet robotowi.
    Mężczyźni jedli ze smakiem pociągając z piersiówki co jakiś czas. Nie trzeba było nic mówić. Uczta była iście królewska. Gdy oba talerze były już puste, Ulf nagle sięgnął po broń i zamarł w oczekiwaniu. Mag nie musiał się ruszać z miejsca. Ufał w pełni umiejętnościom swojego adiutanta. Spojrzał jednak w kierunku gdzie zostawił poczęstunek dla Świstogona. Stwór łagodnie wylądował na skale obok talerza. Nie wydał przy tym żadnego dźwięku. Mag delikatnym gestem nakazał Ulfowi, by usiadł i schował broń. Zadziwiła go odwaga, z jaką Stwór się zbliżył mimo postawy olbrzyma. Świstogon z wolna przykucnął i spojrzał na Maga. Był bliżej niż wczoraj przed chatką myśliwską, więc teraz jego oczy wydawały się dużo większe. Mag i Świstogon mierzyli się wzrokiem przez jakiś czas. Stwór chyba zrozumiał, że żaden z nich nie spuści wzroku pierwszy, więc jakby się umówili, obaj jednocześnie to uczynili okazując sobie wzajemnie szacunek.
    Świstogon chwycił mięso w szpony i spokojnie, małymi kawałkami pożarł zaoferowany mu posiłek. Nie spieszył się przy tym i nie lustrował postaci siedzących przy ognisku jakby chciał pokazać, że im ufa. Zjadłszy ostatni kęs odsunął się od talerza na niewielką odległość. Mężczyźni obserwowali zwierzę z zachwytem. Było pełne gracji i godności a jednocześnie biła od niego dzika siła i pewność siebie. Drugi z upolowanych Bobro-Szopów zdążył się apetycznie przyrumienić nad ogniem i nie pozwalał o sobie zapomnieć roztaczając apetyczny aromat dziczyzny. Pewnie nawet Świstogon by się oblizał, gdyby potrafił. Ulf powoli wstał i sięgnął po pieczyste. Mimo młodego wieku cechowała go rozwaga i doskonałe wyczucie chwili. Tak jak wcześniej, podzielił mięso, ale tym razem nie na dwie, lecz na trzy równe porcje. Mag nałożył jedną z porcji na swój talerz i ostrożnie ruszył z nią w kierunku dostojnego gościa. Nie było to łatwe, gdyż słyszał wiele opowieści o okrucieństwie i krwiożerczej naturze Świstogonów. Oczywiście zawsze były to historie z trzeciej ręki, ale nawet pomimo tego robiły wrażenie. Gdy Mag zbliżył się na odległość trzech kroków, stwór wydał krotki przenikliwy gwizd. Mężczyzna zatrzymał się, lecz nie patrzył ptakowi w oczy. Z dzikimi zwierzętami nigdy do końca nie wiadomo. Niejeden stracił życie źle oceniając sytuację i swoją pozycję. Mag nie chciał być jednym z nich. Czuł na sobie wzrok ptaka gotowego do natychmiastowej reakcji gdyby poczuł się niepewnie. Poczekał jeszcze chwilę i niespiesznie podszedł do talerza opróżnionego przez Świstogona. Ostrożnie po niego sięgnął wolną ręką a na jego miejsce postawił swój, pełen pachnących przysmaków. Mag wiedział, że ryzykował jak głupiec, ale nie mógł się powstrzymać. Odwrócił się plecami do gościa i pewnym krokiem ruszył w kierunku ogniska. Czuł na plecach palący wzrok Stwora, ale opanował chęć odwrócenia się. Wrócił do ogniska i spokojnie nałożył swoją porcję mięsa na talerz, który właśnie zdobył i usiadłszy ponownie przy ognisku zaczął jeść bez pośpiechu nie zwracając uwagi na ptaka. Świstogon i Ulf również przystąpili do uczty w ciszy i bez pośpiechu czując wielką ulgę po minionych chwilach napięcia.
    Mag zastanawiał się cały czas nad sytuacją. Bez wątpienia z jakiegoś powodu Stwór upodobał ich sobie i podążał za nimi krok w krok. Jeszcze nigdy nie zgłoszono podobnego przypadku fraternizacji Świstogona z człowiekiem. Trudno w tej chwili dociec przyczyny takiego zachowania ptaka uznawanego za największego wroga człowieka na tej planecie. Uczta dobiegała końca, więc Ulf powiesił garnek z wodą nad ogniskiem. Z ziół, które zebrał będzie doskonała herbata.
    Świstogon skończywszy ucztę przyglądał się swoim gospodarzom jeszcze przez dłuższą chwilę, po czym zagwizdał przeciągle jakby chciał wyrazić wdzięczność za gościnę i dał nura ze skały w dół głębokiego wąwozu. Po długiej chwili wyłonił się z drugiej strony i łagodnie wylądował obok strumyka spływającego ze zbocza. Zanurzył w nim dziób i długo pił wodę połyskującą w południowych promieniach słońca. Skończywszy wzbił się w powietrze i szybko zniknął z pola widzenia.
    Mężczyźni jeszcze przez chwilę wypatrywali czy nie pojawi się ponownie gdzieś w pobliżu, jednak ptak miał chyba inne plany, gdyż już się więcej nie pokazał.
    Herbata zrobiona przez Ulfa doskonale komplementowała smak mięsa i gasiła pragnienie po słonym posiłku. Była lekko słodkawa i niezwykle aromatyczna. Mag wlał sporą porcję napoju do termosu i schował go na później.
    - Zbieramy się. Musimy zebrać próbkę minerału do analizy, - zdecydował Mag. - Czy oznaczyłeś już to miejsce?
    - Oczywiście, - Ulf odparł gorliwie.
    Zgasiwszy resztki ogniska spakowali wszystkie drobiazgi. Byli najedzeni i należała im się południowa drzemka, jednak nie dziś. Musieli jeszcze pobrać próbki a potem długa droga do Ośrodka w Oho.
    Przygotowali sondę geologiczną i Ulf ostrożnie nią manewrując pobrał spory kęs materiału ze złoża na przeciwległej ścianie. Sonda wróciła i z cichym świstem silników osiadła na trawie. Olbrzym z zadziwiająca zręcznością wydobył pojemnik z próbką i schował go do hermetycznej chłodziarki do piwa, z której wcześniej usunął cztery spore butelki złocistego napoju.
    - Będzie ciepłe, ale miejmy nadzieję, że nasza ofiara się opłaci, - rzekł Ulf z nieukrywanym żalem.
    Ruszyli niezwłocznie stromymi zboczami w kierunku wysokich szczytów na zachodzie. Autopilot doskonale sobie radził w trudnym terenie, więc mieli czas na odpoczynek i omówienie nowej sytuacji.
    Słońce powoli zniżało się świecąc im prosto w oczy. Powoli zbliżali się do Oho od południowej strony. Miasteczko było ukryte między górami w trudno dostępnym terenie. Liczyło trzy tysiące mieszkańców. Większość była zatrudniona w dwóch ośrodkach badawczych, pracujących na potrzeby projektu „Terminus”. Na zielonych zboczach wzgórz otaczających miasteczko pasły się spokojnie wielkie stada owiec i krów dozorowane przez agroroboty unoszące się dyskretnie w ich pobliżu.
    Fazolot wleciał pomiędzy rzędy budynków ustawionych wzdłuż głównej ulicy miasteczka. Centrum było usytuowane tuż przy północnej bramie, więc musieli przebyć całe miasto, by do niego dotrzeć. Mijali ludzi niespiesznie zdążających do swoich domów. Po kilku minutach skręcili w boczną aleję obsadzoną starymi drzewami po obu stronach. Nie było tu żadnych zabudowań. Na końcu alei dostrzegli jasno błyszczący dach Ośrodka przypominający obserwatorium astronomiczne. Po paru chwilach byli już przy głównym wejściu do okazałego budynku Centrum Geologii i Surowców. Zaparkowali swój zakurzony fazolot naprzeciwko wejścia pośród innych lśniących pojazdów miejscowej elity naukowej.
    - Weź próbkę Ulf. Najpierw odwiedzimy MC Zielińskiego. On zorganizuje ekipę, - Mag wysiadł z pojazdu i skierował się do wejścia. Za nim podążył Ulf trzymając ich cenną zdobycz zamkniętą w chłodziarce do piwa.
    Szeroki na dwadzieścia kroków hall Centrum przypominał pasaż w galerii handlowej. Mag podszedł do komunikatora wiszącego na słupie podpierającym wysoki strop. Wcisnął kilka przycisków i po chwili na ekranie ukazała się szczupła twarz mężczyzny o ostrych, rzymskich rysach. Zamienili kilka słów, po czym Mag ruszył do windy na końcu długiego pasażu. Ulf posłusznie podążył w tym samym kierunku. Nie raz bywali tu z racji pełnionych funkcji, więc znali Centrum jak własną kieszeń. Winda po chwili oznajmiła cichym dzwonkiem swoje przybycie. Drzwi rozsunęły się powoli i z windy wyszły dwie młode kobiety prowadzące ożywioną dyskusję.
    - Cześć Mag, cześć Nord, - zgrabna blondynka o dużych niebieskich oczach zatrzymała się rozpoznając przybyszów. - Co Was sprowadza w nasze strony? Niedawno tu przecież byliście. Czyżby się coś ważnego szykowało?
    - Witaj Rose, - Mag odwzajemnił uśmiech. - Mamy tu parę spraw. Właśnie jedziemy do Zielińskiego.
    - Wiesz, że naszego MC przenieśli do lochów?
    - Aż tak nabroił? - Zaśmiał się Mag.
    - Awansował na wyższy stołek, - Rose oświeciła ich ochoczo. - Zasłużył na swój los. Całe dnie spędza w Centrum. Nawet żona go opuściła, bo całymi dniami nie było go w domu. Biedaczek, teraz nie ma mu kto opowiadać bajek na dobranoc, - Rose zaśmiała się szyderczo. - Nasze Ciacho jest znów do wzięcia.
    - Chyba nie skorzystamy, - Ulf włączył się do rozmowy. - Nie jest w moim typie a co Ty myślisz Mag?
    - Ja zamierzam go wykorzystać i porzucić jak jego żona, - Mag odparł uśmiechając się zagadkowo. - Gdzie go teraz znajdziemy?
    - Jeśli jest w Centrum to tylko w swojej mieszalni pasz, - Rose odparła wskazując na odległe skrzydło budynku. - Nord, zajrzysz do Piranii, gdy skończycie?
    - Nie wiem ile czasu nam to zajmie, ale raczej nie sądzę bym dziś dał radę.
    - Mag jak sądzisz? - Ulf spojrzał na towarzysza z nadzieją.
    - Przykro mi Rose, ale jak tylko załatwimy sprawy będziemy pędzili do kompleksu numer trzy.
    - Szkoda, - blondynka zmartwiła się szczerze, patrząc pożądliwie na Ulfa. - Miałam nadzieję na odrobinę światowego towarzystwa. Będę musiała, zatem spędzić ten wieczór sama - jak zwykle.
    - Nie martw się, któregoś dnia spotka Cię nagroda za wytrwałość, - Mag starał się pocieszyć dziewczynę.
    - Tak tylko gadasz a latka lecą. Nord, jakbyś się jednak namyślił to wieczorem będę w Piranii.
    - Wybacz Rose, ale troszkę się spieszymy. Musimy się pilnie spotkać z MC.
    - Rozumiem Mag. Lepiej pojedźcie do skrzydła „C” ruchomym pasażem. Będzie szybciej niż windą. Na końcu zjedziecie na poziom „T7” i dalej do laboratoriów. Wiecie gdzie to jest, nie? - Rose zalotnie kręciła palcem wskazującym loczek z kosmyka swoich długich włosów nie przestając patrzeć na Ulfa.
    - Dzięki. Teraz już się nie zgubimy, - Mag pożegnał się krótko i pociągnął Ulfa za łokieć.
    - Do zobaczenia Rose, - Olbrzym z wyraźną ulgą oddalił się za Magiem.
    - Nord? - Mag rzucił szyderczo. - Ty to masz wyobraźnię.
    - Dzięki Mag. To stara historia. Ona szuka męża a ze mnie byłby kiepski towarzysz. Lubię wolność i swobodę, sam wiesz. Siedzenie w domu by mnie zabiło w miesiąc. Masz u mnie kolejkę, - Ulf był autentycznie wdzięczny.
    Po paru minutach dotarli we wskazane miejsce. Drzwi otwarły się automatycznie ukazując wnętrze niewielkiego pomieszczenia zagraconego najróżniejszym sprzętem naukowym. Jakiś laser mrugał leniwie na stole zastawionym pryzmatami, polaryzatorami i wieloma innymi różnokolorowymi urządzeniami, których żaden z nich nie potrafił nazwać. Na ścianach wisiały wydruki z niekończącymi się kolumnami liczb i różnokolorowymi wykresami. Przed wielkim ekranem holo w odległym końcu pomieszczenia siedział mężczyzna, z którym Mag rozmawiał wcześniej przez komunikator.
    - Mag, Ulf, - mężczyzna ucieszył się wstając energicznie zza swojego ekranu. - Jedziecie z daleka, więc może jesteście spragnieni?
    MC zawsze miał coś dobrego na zapleczu i chętnie dzielił się swoimi osiągnięciami w dziedzinie gorzelnictwa.
    - Chętnie, bo gdy zobaczysz, co mamy nie będziesz już pamiętał o gościnności.
    Gospodarz wyjął trzy menzurki sporych rozmiarów i napełnił je rubinowym płynem po brzegi.
    - Chodźmy do mojego biura, bo tu nie ma warunków do socjalizowania się, - gospodarz zaproponował wskazując drzwi.
    Przenieśli się do przestronnego, jasno oświetlonego gabinetu, który bardziej pasował do rangi właściciela niż graciarnia, w której go znaleźli. Siedli w wygodnych fotelach i przez chwilę milczeli sącząc rubinowy płyn ze swoich menzurek.
    - Doskonałe, - Ulf pochwalił z nieukrywanym podziwem. - Jak zwykle nie zdradzisz receptury?
    - Tajemnica handlowa. Wiesz jak to jest w półświatku, - MC wyjaśnił tajemniczo. - Dostaniecie skrzyneczkę na odchodnym. Nigdy nie zapominam o przyjaciołach.
    Mag sięgnął po chłodziarkę i otworzył ją powoli.
    - Masz tu spektrometr, MC?
    - Sądzisz, że szewc chodzi bez butów? Oczywiście, że mam, - MC sięgnął pod biurko i wyciągnął niewielki przyrząd. - Pokaż ten skarb. Zobaczymy czy wart jest zainteresowania.
    Mag podał pojemnik z próbką. MC otworzył go sceptycznie przyglądając się jego zawartości a następnie umieścił niewielki kawałek białej substancji w spektrometrze. Czekali dobrą chwilę zanim spektrometr ożył i zaczął podawać skład próbki.
    FAŁSZYWA MOC
    - Hm..., - MC zmarszczył brwi przyglądając się wynikom podawanym przez spektrometr. - Interesujące i przydatne niewątpliwie. Wciąż poszukujemy takich złóż i na pewno nam się przydadzą. Macie oznaczone miejsce znaleziska?
    - Oczywiście, - Mag odparł niepewnie. - Nic więcej nie powiesz? MC, chyba nie zdajesz sobie sprawy ze znaczenia tego złoża!
    - Mag, - MC zirytował się nieco. - Rozumiem, że lubisz robić wrażenie, ale tlenek tytanu nie jest aż taką rzadkością.
    - Tlenek tytanu? Co Ty opowiadasz? Czytać nie umiesz czy co? - Mag rozsierdził się lekceważeniem, z jakim MC podszedł do zagadnienia. - To żaden tlenek tytanu tylko... - Mag rzucił okiem na ekran spektrometru i zaniemówił.
    Jak to się mogło stać, że pobrali niewłaściwą próbkę? Przecież ich spektrometr wskazywał na złoże Quadrium. Mag nic nie rozumiał. Może las emitował jakieś halucynogenne związki w pobliżu wąwozu? Mag usiłował uładzić myśli.
    - MC, odkryliśmy złoże czystego Quadrium w wąwozie, który mijaliśmy w drodze do kompleksu numer dwa. Sprawdziliśmy spektrometrem, - Mag na dowód pokazał swoją spektro-lunete i log wykonanych analiz. - Sam widzisz, że to powinno być Quadrium a nie jakiś tam tlenek tytanu. Daj tę próbkę to sprawdzimy naszym przyrządem.
    MC zaintrygowany podał Magowi próbkę. Odkrycie Quadrium to nie powód do żartów. Mag z pewnością nie dworowałby sobie w tak głupi sposób. Coś musiało być na rzeczy.
    Spektrometr Maga pisnął po chwili pokazując spokojnie skład próbki, na którą Mag go nakierował.
    - Tlenek tytanu, - Mag odczytał cicho i wyłączył spektrometr. - Nie rozumiem. Quadrium nie zawiera ani tytanu ani tlenu, więc taka przemiana nie wchodziła w rachubę.
    Ulf również wyglądał na zdezorientowanego, co nieczęsto mu się zdarzało. Rzeczywiście po pobraniu próbki nie sprawdzili jej dla pewności. W swoim podnieceniu mogli pobrać próbkę z niewłaściwej warstwy. Może błędnie założyli, że skoro Trifortium jest koloru białego to Quadrium również.
    - Nie wysiedzimy tu nowej próbki, - podjął Mag doszedłszy do siebie. - Musimy, zatem wrócić po właściwą i sprawdzić ją dziesięć razy dla pewności.
    Opróżnił swoją menzurkę z resztki trunku i wstał wieszając spektrometr na ramieniu. Ulf również szybko rozprawił się z zawartością swojej menzurki i wstał gotów do drogi. Trochę żałował, że nie zostaną na noc, bo miał już ułożony plan na cały wieczór. Pożegnał się z nim jednak szybko, bo przecież nie puści Maga samego na nocną wyprawę. Mag był dobry, ale Ulf jednak bardziej ufał swoim umiejętnościom survivalowym.
    - Do rana wrócimy z próbką, MC. Wyśpij się, bo czeka Cię ciężki dzień, - Mag zbierał się do wyjścia.
    - To w takim razie pójdę do domu i skorzystam z dobrodziejstw nocy póki mam okazję.
    MC zdawał sobie doskonale sprawę, że Mag wróci z właściwą próbka jak obiecał, więc wolał wypocząć przed jutrzejszym dniem. Z samego rana zwoła zespół i zacznie się zabawa na całego. Wiedział, czego można się spodziewać po Quadrium, ale dotąd istniało tylko w teorii. Rzeczywista próbka oznaczała tygodnie badań właściwości i różnych zastosowań. Lepiej, więc wypocząć.
    - Wyjdę z wami a po drodze weźmiemy kombajn geologiczny. Będzie Wam łatwiej z jego pomocą pobrać właściwą próbkę. Ma wszystko, co potrzeba i nawet zintegrowany spektrometr.
    Ruszyli długim korytarzem, by po kilkudziesięciu krokach dotrzeć do dużej hali, w której był zgromadzony chyba cały sprzęt należący do Centrum. MC podszedł do niepozornie wyglądającego urządzenia i je włączył. Urządzenie mrugnęło różnokolorowymi światełkami kontrolek i uniosło się w powietrze na wysokość pasa. MC otworzył klapkę znajdującą się na bocznej ściance urządzenia. Mała klawiatura modułu sterującego natychmiast wysunęła się wprost pod palce naukowca, który wprowadziwszy kilka tajemniczych poleceń zamknął klapkę i dał sygnał, że jest gotów.
    - Uruchomiłem moduł komunikacji głosowej, więc nie będziecie potrzebowali instrukcji obsługi.
    Ruszyli do wyjścia a robot poszybował posłusznie ich śladem poświstując cicho generatorem napędu anty-G.
    - Cześć MC, - młody jegomość o śniadej cerze i pokaźnych wąsach przywitał się uprzejmie. - Prowadzicie jakieś wykopaliska w pobliżu, że bierzecie robota?
    - Nie, Barak, - odparł MC. - Mag i Ulf znaleźli pokłady Quadrium i jadą po próbki. Będą jutro z rana jak dobrze pójdzie.
    - TO Quadrium? - Barak spytał podnieconym głosem. - Przecież nikomu się nie udało go dotąd uzyskać, więc skąd w naturze miałby się wziąć? A gdzie są te złoża, gdzieś w okolicy? Może mógłbym Wam pomoc w wydobyciu? Mam spore doświadczenie. Mogę się przydać.
    - Barak, będziesz potrzebny tu na miejscu. Twój projekt jest wciąż niezamknięty, - Zieliński napomniał ostro podwładnego. - Za tydzień chcę widzieć wyniki i wnioski. Nie rozpraszaj się, więc, tylko weź się za swoją robotę.
    - Dobrze szefie, - Barak spojrzał ze słabo ukrywaną zawiścią w oczach na swojego pryncypała i odszedł nie pożegnawszy się nawet.
    - Młody, ambitny, żądny sukcesu, ale niestety brak mu talentu. Skończy pewnie, jako wykładowca na tutejszej uczelni, - MC krótko podsumował swojego podwładnego.
    Podwładny chyba usłyszał, co o nim mówią, bo się zatrzymał na moment, po czym ruszył dalej nie oglądając się.
    Na zewnątrz słońce powoli chyliło się już ku zachodowi. Wieża „obserwatorium” rzucała długi cień na podjazd i parking, gdzie stał ich fazolot. Parking prawie całkiem już opustoszał. Ludzie skończyli pracę i wracali do domów lub szli do pobliskiego pubu ze znajomymi na szklaneczkę czegoś mocniejszego. Nie każdy miał możliwość samodzielnej produkcji własnego alkoholu, choć nie było to zabronione. Ingerencja władz ograniczała się zresztą jedynie do spraw ważnych. Obywatel miał pełną swobodę decydowania o sobie i swoim wolnym czasie. Nie to, co na Ziemi, gdzie wszystko było w jakiś sposób nadzorowane przez władze. Ale sytuacja na Ziemi była zasadniczo odmienna od tutejszej. Na Zaxor nie było piątej kolumny i być nie mogło.
    MC pożegnał gości życząc im szczęśliwej podróży i podążył w kierunku zaparkowanego nieco dalej jaskrawoczerwonego roweru.
    - Ekscentryk, - Mag skonstatował już nieco spokojniej.
    MC szybko oddalał się na swoim cudacznym wehikule, by po chwili zniknąć im z oczu w cieniu drzew przy alei prowadzącej do Centrum.
    Robot cicho lewitował przy fazolocie. Ulf otworzył luk i umieścił w nim urządzenie. Mogli ruszać.
    Mag podszedł do pojazdu i wskoczył na przednie siedzenie. Ulf jak zwykle zajął miejsce z tyłu. Uruchomiony pojazd wciągnął teleskopowe podpory i łagodnie uniósł się w powietrze. Mag sięgnął do schowka przed siedzeniem pasażera, by wziąć z niego cygaro i znieruchomiał. Patrzył jak zahipnotyzowany na przedmiot leżący na fotelu pasażera. Ostrożnie ujął go w dłoń i przybliżył do oczu. Trzymał w ręku opakowanie od suchara, którym nakarmił Świstogona. Opakowanie nie było jednak rozprostowane jak poprzednio. Tym razem było owinięte wokół sporej grudki wilgotnej substancji.
    - Pewnie nie było w pobliżu kamienia, - skonstatował w myślach usiłując dociec skąd opakowanie znalazło się w fazolocie. Przypomniał sobie, że upuścił je na ziemię, gdy Świstogon pojawił się przy wąwozie. Mag rozejrzał się po niebie w nadziei ujrzenia znajomej sylwetki ptaka, ale nigdzie go nie było. Zadziwiające jak ich wyśledził tak daleko od wąwozu. Zaiste niesamowite stworzenie. Mag żałował, że nie usiłował się zaprzyjaźnić ze Świstogonem, gdy miał okazję, ale jak widać stworzenie było mądrzejsze od niego. Mag wysypał ziemię z opakowania na parking obok fazolotu i włączywszy światła ruszył z impetem do przodu. Pokazał Ulfowi puste opakowanie, by wiedział, że mają „opiekuna” na długą drogę. Ulf nie zdążył jeszcze skompilować znaczenia opakowania, które Mag mu właśnie pokazał, gdy pojazd nagle się zatrzymał a Mag wyskoczył z niego jak oparzony.
    - Ulf, dawaj robota, szybko, - Mag podbiegł do miejsca, z którego właśnie wyruszyli i przykucnął.
    - Ten napój Ci zaszkodził, Mag, - Ulf dociekał przyczyny niezrozumiałego zachowania kompana. - Nie należy tyle pić na pusty żołądek ważąc tyle, co duży kurczak.
    Mag nie był wiele niższy od Ulfa, ale mimo to wyglądał przy nim jak junior.
    Mag zignorował uwagę towarzysza i z naciskiem ponowił swoją prośbę. Robot w chwilę później opuścił luk bagażowy i podpłynął do kucającego mężczyzny. Mag wskazał kupkę brudnej ziemi, którą przed chwilą wysypał z opakowania po sucharze. Robot wysunął cienką trąbkę i powoli wciągnął przez nią próbkę do swojego wnętrza.
    - Analiza! - Mag przynaglił opieszałego robota. - Długo mam czekać na wyniki?
    Robot po paru długich chwilach przedstawił wreszcie wyniki swoich badań. Obaj wędrowcy rzucili się do spektrometru.
    - Ziemia, najzwyklejsza ziemia, - Mag wyglądał jakby ktoś spuścił z niego powietrze. - Czego ja się właściwie spodziewałem? Że ptak będzie mądrzejszy od nas?
    Po chwili wahania Ulf zapakował usłużnego robota do pojazdu i ruszyli w drogę. Minęli alejkę i wypadli na opustoszałe już ulice miasteczka. Słońce chowało się już za horyzontem i wkrótce zapadła noc. Silne reflektory fazolotu oświetlały drogę przed nimi. Na tle rozgwieżdżonego nieba odcinały się zarysy gór, które mieli pokonać już po raz drugi tego dnia. Mag strofował się w myślach za swoją lekkomyślność. Mogli już sobie teraz odpoczywać w wygodnej kwaterze gdyby był uważniejszy i pobrał właściwą próbkę. Cóż, teraz trzeba zapłacić za brak czujności. Ulf nie miewał takich wątpliwości. Jego fatalizm kazał mu przyjmować rzeczywistość taką, jaką była. Nawet nie był zły na siebie za to, czym Mag się obwiniał. O winie można mówić, gdy zrobiło się coś z rozmysłem.
    Fazolot cicho połykał kolejne mile dzielące ich od celu wyprawy. Po godzinie podróży Mag uświadomił sobie, że jest piekielnie głodny. Nie jedli od czasu opuszczenia wąwozu, czyli od jakichś osiemnastu godzin. Uczciwy człowiek powinien jeść przynajmniej sześć razy dziennie. Dzień trwa tutaj siedemdziesiąt godzin, więc i tak nie jest to za często.
    - Ulf, czy słyszysz to, co ja?
    Ulf nastawił uszy sondując otoczenie, ale nie złowił żadnych podejrzanych odgłosów.
    - Niestety. Chyba głód przytępił mi zmysły, bo jestem głuchy jak pień, - odparł olbrzym.
    - Sądziłem przez chwilę, że moje kiszki tak głośno domagają się zasilania, że słychać je w całej okolicy. Może zatrzymamy się na chwilę i spokojnie coś przekąsimy? Mamy jeszcze Twój napar w termosie. Po ciemku nie da się raczej nic smacznego złapać, więc pozostają nam suchary, - niezbyt smaczne, ale skoro nawet ptak je zjadł bez szemrania..., - Magowi wracał dobry humor.
    Przez kwadrans szukali miejsca odpowiedniego do postoju. Zatrzymali się w końcu na skrawku płaskiego terenu między drzewami. Wysokie drzewa osłaniały polankę przed chłodnym wieczornym wiatrem.
    Rozłożyli podgrzewacz polowy i zawiesili nad nim kociołek, do którego trafił napar przygotowany w południe. Przyjemny korzenny zapach unosił się wokół. Drzewa cicho szeleściły pod muśnięciami wiatru. Niebo usiane było tysiącami różnokolorowych gwiazd okalających wielkie, jasne centrum galaktyki. Kiedyś ludzie mogli sobie jedynie oglądać niebo pełne gwiazd. Teraz posiadamy je wszystkie i dowolnie możemy podróżować do każdej z nich. Kwestią czasu jest, kiedy będziemy je przestawiać na niebie jak klocki wedle własnego upodobania lub potrzeb.
    Napój już bulgotał w kociołku. Ulf dorzucił do niego kilka dziwnie wyglądających gałązek, które znalazł w pobliżu.
    - Będzie trochę słodszy, - stwierdził z nieukrywanym zadowoleniem. - Wolałbym ognisko i pieczeń, ale w nocy trudno o jakąś zdobycz.
    - Też bym przekąsił coś konkretniejszego, - dodał Mag rozmarzonym głosem. - Jutro będziemy ucztować, gdy MC będzie się uwijał w laboratorium ze swoim zespołem jajogłowych.
    Wypili po kubku gorącego napoju, który przyjemnie rozgrzewał od wewnątrz dając poczucie ciepła. Mag rozpakował suchara, gdy nagle na skraju polanki, nie dalej niż dwadzieścia kroków od nich coś ciężko gruchnęło o ziemię. Obaj zerwali się na równe nogi i dobyli swych miotaczy laserowych. Mag wiedział, że był to atawistyczny odruch, gdyż na planecie poza Świstogonami nie było żadnych groźnych stworzeń a Świstogony w tych rejonach nie występują. Nie był jednak do końca pewien swojej tezy w świetle zdarzeń minionego dnia. Powoli podszedł do fazolotu i obrócił go tak, by jego światła oświetlały przeciwległy skraj polany. W świetle mocnych reflektorów dostrzegli jasnoszary kształt czegoś, co przed chwilą tam upadło. Podeszli ostrożnie do tajemniczego obiektu.
    - Przypomina dzika, ale jest troszkę mniejszy, - po chwili Ulf ocenił znalezisko. - Popatrz, ma rozcięte gardło. Jeszcze krew z niego leci.
    Obaj czujnie rozejrzeli się wokoło. Nie było widać nic poza wysokimi drzewami na tle gwiaździstego nieba. Uważnie obejrzeli nieżywe stworzenie. Poza czystym cięciem na podgardlu nie znaleźli innych ran świadczących o walce, jaką zwierzak niewątpliwie musiał przed chwilą stoczyć. Ale, z kim lub czym? Jeszcze raz Mag przeczesał wzrokiem otaczający ich las. Światła fazolotu raziły teraz nieprzyjemnie oczy. Podszedł do pojazdu i wprawnym ruchem przyciemnił je. Obrócił się, by zlustrować niewidoczny wcześniej fragment lasu i zamarł w pół kroku. Na działku jonowym dostrzegł ciemną sylwetkę sporych rozmiarów. Oczy powoli przyzwyczajały się do półmroku, który ich otoczył po ściemnieniu świateł pojazdu. Ulf spokojnie oglądał martwe stworzenie nieświadom zagrożenia. Przez długą chwilę Mag wpatrywał się w postać siedzącą na fazolocie. Powoli docierało do niego to, co oczy widziały. Świstogon przyglądał się mężczyźnie równie uważnie i nie zamierzał się bać jego zaskoczonego wyrazu twarzy. Mag rozpoznał wreszcie znajomą sylwetkę ich nowego towarzysza i z wolna cofnął się o dwa kroki. Wiedział, że stwór rozszarpałby mu gardło zanim zdążyłby wymierzyć w niego swoją broń.
    - Ulf, - zawołał cicho, by zwrócić uwagę towarzysza. - Mamy towarzystwo.
    Ulf oderwał się od martwego zwierzaka i spojrzał na Maga. Kątem oka dostrzegł też postać Świstogona na działku jonowym.
    - Zatem już wiemy, komu dziękować za dzisiejszą kolację, - zauważył nie przejąwszy się szczególnie obecnością Stwora. - Podejrzewałem go od dłuższej chwili, - zaśmiał się szczerze i złapał truchło za skórę na karku. - Gdyby chciał nas zjeść, już dawno by to zrobił. Myślę, że nie potrafi rozniecać ognia a ma ochotę na ciepły posiłek, - Ulf zauważył ciągnąc za sobą trofeum w kierunku środka polanki. - Teraz tylko trzeba nam opału na ognisko.
    Świstogon i Mag wciąż mierzyli się wzrokiem.
    Właściwie to Ulf ma całkowitą rację. Cóż mogło powstrzymać ptaka przed zabiciem ich choćby teraz. Mag widział, co zrobił ze sporym zwierzakiem parę chwil wcześniej. Obrócił się powoli i podszedł do Ulfa. - Masz rację. Ten stwór jest nadzwyczaj towarzyski. Nie zawiedźmy jego oczekiwań. Bez wątpienia jest tego wart. Opraw naszą kolację a ja przyniosę trochę drewna.
    Pół godziny później mięso piekło się już nad wesoło huczącym ogniskiem roztaczając wspaniałą woń dziczyzny. Obaj byli już bardzo głodni i z niecierpliwością czekali aż ich kolacja będzie gotowa. Świstogon zeskoczył na ziemię i zbliżył się na swoich szponiastych łapach do płonących drew. Było to dla niego nowe doświadczenie, gdyż zapewne nigdy wcześniej nie korzystał z dobrodziejstw żywego ognia. Płomienie roztaczały aurę tajemniczości ogrzewając zmarzniętych biesiadników siedzących wokół.
    - Jak go nazwiemy? - Ulf przerwał ciszę.
    Biała plamka lśniła jasnym blaskiem na czarnej piersi ptaka jak order. Stwór siedział spokojnie z uchylonym lekko potężnym dziobem. Co chwilę mrugał lustrując na przemian pieczeń, Maga i Ulfa.
    - Wziąwszy pod uwagę jego niepohamowany apetyt powinien się nazywać Żarłok, - Mag zwrócił się do Świstogona ciekaw jego opinii.
    Świstogon jakby czuł, że do niego mowa. Poruszył się nieznacznie i wydał cichy gwizd.
    - No to załatwione, - Ulf się ucieszył, bo kochał zwierzęta a ten okaz intrygował go szczególnie. - Będzie okazja poznać się bliżej, Żarłoku, - dodał po chwili wyraźnie zadowolony.
    Pieczeń już dochodziła skwiercząc apetycznie omiatana czerwonymi płomieniami. Mag przyniósł z fazolotu aluminiowe talerze i sól. Głód wzmagany wspaniałym aromatem dziczyzny niemiłosiernie dawał się we znaki.
    - Nie liczyłem na tak owocną wyprawę, - ostatnio jadłem dziczyznę prawie dwadzieścia lat temu, gdy przywiozłem Samirę na Zaxor. Już prawie zapomniałem jak smakuje.
    - Dziczyzna czy Samira? - Ulf oblizał się lubieżnie. - Jedno i drugie jest warte grzechu.
    - Nie gadaj tylko dziel mięso, - Mag pogroził Ulfowi pięścią. - Nie mamy całej nocy na biesiadę.
    Ulf chętnie czynił honory Pani domu. Każdy z talerzy był do pełna napakowany najsmaczniejszymi kawałkami pieczystego.
    - Szkoda, że nie zabraliśmy paru bochenków chleba z chatki Uziego, - Ulf powiedział z żalem. - Pasowałby doskonale do pieczeni.
    Ulf wstał z pełnym talerzem i powoli podszedł do Żarłoka. Ostrożnie postawił przed ptakiem jego porcję jedzenia patrząc mu w oczy. Nie wiedział czego w nich szuka, ale nie dostrzegł groźby, którą wcześniej widział przy chatce myśliwskiej. Teraz ptak był po prostu głodny i nie szukał zwady.
    Mięso szybko znikało z talerzy. Niepodsycane ognisko zaczęło powoli przygasać. Wszyscy nie wyłączając Żarłoka najedli się do granic możliwości. Podróżnicy niechętnie zabrali się do porządków. Czas był ruszać, jeśli chcieli zdążyć wrócić do rana. Na rożnie pozostało jeszcze tyle mięsa, że wystarczyłoby na dwie takie kolacje jak dziś. Spakowali resztę pieczeni do termopojemników i załadowali je do pojazdu. Będzie na później, gdy znów zgłodnieją. Żarłok obserwował ich krzątaninę z zainteresowaniem. Nie zamierzał ich jednak opuszczać.
  • #15
    yego666
    Specjalista PLD
    ArturAVS napisał:

    Oswajanie Świstogona przypomina mi "cywilizowanie" treecat'a w "Piękna przyjaźń" Davida Webera (Uniwersum Honor Harrington).

    Niestety nie mogę się odnieść do tej oceny, gdyż skończyłem czytanie literatury SF w 1990. Brak czasu na przyjemności :(
  • #16
    yego666
    Specjalista PLD
    ========== Odcinek 5 ===============

    Ulf z trudem wgramolił się na swoje siedzenie strzelca.
    - Jedzenie na noc to nie jest dobry pomysł, - skonstatował żartobliwie.
    - Zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości, ale niejedzenie to jeszcze gorszy pomysł, - odparł Mag gramoląc się na miejsce z przodu pojazdu.
    Żarłok pozostawiony sam na placu boju rozejrzał się niepewnie. Chwycił w swój potężny dziób talerz, który przeoczyli zbierając śmieci i spojrzał na Maga, który był ciekaw, co Świstogon zrobi. Nie obawiał się go, więc każdy wybór dokonany przez nowego towarzysza będzie właściwy.
    Włączył czołowe światła fazolotu sygnalizując zamiar odjazdu. Żarłok niezdarnie zbliżył się do pojazdu i z potężnym zamachem wskoczył na wcześniej zajmowane miejsce na działku plazmowym tuż za głową Ulfa. Nikt z nich nie miał nic przeciwko takiemu rozwiązaniu. Potężne szpony zacisnęły się na metalowej lufie miotacza dając ptakowi doskonały chwyt. Żarłok wypuścił z dzioba talerz, który z głośnym brzękiem odbił się od głowy Ulfa i wylądował na ziemi. Fazolot ruszył w dalszą drogę ku odległemu wąwozowi.
    Noc mijała spokojnie. Gwiazdy zmieniały się jak w kalejdoskopie. Jedne znikały, inne pojawiały się na ich miejsce. Czasem przemknęła spadająca gwiazda kończąc swoją epicką wędrówkę w ognistym spektaklu.
    Powoli zbliżała się północ. Teren zaczął się powoli obniżać zostawiając wysokie szczyty za podróżnikami. Jeszcze kawałek i dotrą do wąwozu. Fazolot zwolnił do prędkości piechura i po stu krokach zatrzymał się. Byli na miejscu tyle, że po przeciwnej stronie wąwozu niż wcześniej. W światłach pojazdu nie widzieli przeciwległej ściany, z której obserwowali złoże Quadrium. Żarłok wydawał się spać na swoim działku i nie obchodziło go to, co robili jego kompani. Ulf tymczasem wyprowadził robota geologicznego z ładowni i uruchomił jego zaawansowane funkcje. Skalibrował spektrometr i wprowadził parametry poszukiwanego złoża. Odłączył ekran panelu sterującego, by widzieć to, co robot będzie widział poszukując minerału.
    - Możemy zaczynać, - zakomunikował głośno. Strumień, w którym Świstogon gasił pragnienie w południe, teraz, w ciszy nocy, zdawał się grzmieć jak wodospad.
    Mag nie pił od ostatniego posiłku i bardzo doskwierało mu pragnienie. Napełnił więc bidon wodą ze strumienia i pociągnął kilka solidnych łyków. Podał bidon Ulfowi, który poszedł ochoczo w jego ślady osuszając pojemnik paroma solidnymi łykami. Mag ponownie napełnił pojemnik i go zakręcił. Będzie zapas na drogę powrotną. Mieli wprawdzie wodę, ale nie taką krystalicznie czystą.
    - Zaczynaj, - Mag dał znak by Ulf rozpoczął poszukiwania.
    Robot uniósł się i zawisł nad przepaścią. Wystawił swój spektrometr tak, by łatwo mógł identyfikować skład mijanych złóż. Ulf zwolna opuścił robota poza krawędź wąwozu, zręcznie manewrując rękawicą sterującą. Robot powoli mijał różnokolorowe warstwy geologiczne sygnalizując wszystkie napotkane związki chemiczne, pierwiastki i minerały. Mijały długie minuty a poszukiwanego złoża ani śladu. Maszyna zeszła już prawie do samego dołu wąwozu.
    - Mag, w jakiej okolicy przedtem zidentyfikowałeś to złoże?
    - Gdzieś na przecięciu wodospadziku i białej poziomej warstwy. Dlatego sądziłem, że właśnie ta biała substancja to Quadrium. Sprawdź w tej okolicy kilka warstw powyżej i poniżej białej. Gdzieś musi być nasz skarb.
    Ulf skierował robota we wskazanym kierunku i czekał, uważnie obserwując wskazania na ekranie zdalnego sterowania. Trochę w górę, trochę w dół, troszkę dalej i jeszcze trochę w bok.
    - Nic. Kamień w wodę. Nigdzie ani śladu, - Ulf zagapił się trochę i niechcący skierował robota prosto pod wodospadzik, z którego wcześniej pili wodę. Robot był jednak wodoodporny i nie mogło mu to zaszkodzić. To w końcu sprzęt do pracy w terenie.
    Robot zawarczał ostrzegawczo sygnalizując wykrycie poszukiwanego minerału.
    - Jest! - Ulf wrzasnął tak głośno, że aż Żarłok otworzył jedno oko, by sprawdzić, co się dzieje. - Nareszcie mamy Quadrium.
    Robot był cały pochlapany wodą. Ulf wyprowadził go na powierzchnię, by przetrzeć sensory spektrometru i sprawdzić czy nic nie uszkodziło ich „maszyny górniczej”. Robot nadal popiskiwał sygnalizując obecność Quadrium, mimo iż jego spektrometr oglądał właśnie wielką twarz Ulfa gapiącą się na robota.
    Ulf zastanawiał się czy robot nie jest uszkodzony, ale poza wodą nic nie spadło na urządzenie. Suchą szmatką przecierał wszystkie okienka i wzierniki na obudowie. W końcu robot umilkł dając odpocząć ich uszom od pisku swojego sygnalizatora.
    - No nareszcie cicho, - Ulf odetchnął z ulgą. - Czyli nie popsuliśmy zabawki Zielińskiego.
    Mag jednak był innego zdania. Sięgnął po butelkę wody i wylał ją bezceremonialnie na osuszonego robota. Ulf już otworzył usta by wyrazić swój protest, gdy sygnalizator znów rozpoczął swoje popiskiwania wwiercając się w uszy wysokimi tonami.
    - Długo moglibyśmy szukać, - oświadczył cicho Mag.
    Po paru minutach mieli już pewność. Quadrium znajdowało się w wodzie strumyka.
    - Szukamy, zatem złoża, które może być wszędzie. Poszukiwania mogą zająć tygodnie albo i dłużej. Stężenie w wodzie jest niewielkie i sięga najwyżej jednej części na milion, - Mag był wyraźnie rozczarowany.
    - Można by czerpać wodę i ją odparowywać. Wprawdzie to tylko kilka litrów na sekundę, ale i tak otrzymamy gram czystego Quadrium z każdego metra sześciennego wody.
    - To dobre do badań a my potrzebujemy sporo tego do deflektorów i innych urządzeń. Nie mamy pojęcia o rzeczywistych właściwościach tego minerału, ale sądząc po Trifortium wciąż trzeba będzie tego kilka ton. Musimy znaleźć złoże.
    Obaj spojrzeli z powątpiewaniem na strumyk niknący powyżej w ciemnościach nocy.
    - Po ciemku nie damy rady, - Podjął Mag. - Musimy zaczekać aż będzie jasno. Zarządzam nocny biwak.
    Obaj mężczyźni wzięli wszelkie pojemniki, jakie znaleźli w swoich zasobach i sukcesywnie napełniali je wodą ze źródełka. Wydajność strumyka nie była duża toteż czynność ta zabrała im ponad godzinę. W nagrodę mieli około stu litrów wspaniałej źródlanej wody. W międzyczasie Żarłok się obudził i również skorzystał z wody w źródełku. Pił długo i wyraźnie delektował się jej nadzwyczajnymi walorami smakowymi. Ugasiwszy pragnienie zgarnął trochę liści i gałązek na kupkę, i zrobił sobie na niej posłanie. Wtulił dziób pod skrzydło i zasnął snem sprawiedliwego.
    Panowie byli wyczerpani brakiem snu i pracą, jaką właśnie wykonali. Ułożyli śpiwory na ugniecionej trawie i udali się na spoczynek.
    Pierwsze promienie słońca święcące im w twarze nie pozwoliły na wylegiwanie się. Obaj wstali i po krótkiej toalecie w wodach źródełka przypomnieli sobie o zapasach z poprzedniego kempingu. Mag chciał zgolić swoją trzydniową brodę, która nadawała jego twarzy nieco dziki wygląd, ale nie było czasu na takie detale, więc zrezygnował z tej odrobiny luksusu, której zwykle sobie nie odmawiał.
    Wszyscy troje posilili się jeszcze ciepłym pieczystym i popili wodą źródlaną.
    - Jeśli nie szkodzi Świstogonowi to nam też nie powinna, - ogłosił Ulf pijąc wodę z garnuszka. - Zimna jest najlepsza.
    - Przekonamy się na własnej skórze, ale chwilowo nie mamy innej wody. Mogliśmy wszystkiej nie wylewać w nocy, ale kto o tym wtedy mógł pomyśleć. Poszukajmy źródła naszego czarodziejskiego potoku.
    Wspinali się powoli podążając za biegiem strumienia. Stok nie był bardzo stromy, więc szło im dość łatwo, mimo iż nie mieli specjalnego sprzętu do wspinaczki. Mogli użyć robota do tej pracy, ale prędzej czy później strumień gdzieś zniknie i wtedy robot nie na wiele się zda. Wspięli się już o ponad dwieście stóp nad poziom obozu, gdy źródełko zaczęło się rozmywać i niknąć wśród kamieni.
    - No to mamy koniec wycieczki, - ogłosił Mag. - Bez specjalistycznego sprzętu nic nie znajdziemy.
    Stok ciągnął się jeszcze dalej w górę. Nie przyglądali się górze z daleka, ale mogli mieć jeszcze z pół mili do szczytu. Kilka stóp nad nimi była szeroka półka skalna, na której Żarłok tarmosił jakiegoś nieszczęsnego gryzonia, który nie zdążył umknąć do nory przed jego śmiercionośnym dziobem. Połknął go w całości, mimo iż godzinę wcześniej wciągnął solidne śniadanie. Alpiniści dołączyli do ptaka i bez żenady rozłożyli się na półce nie pytając o zgodę. Żarłok nie protestował, jednak przesunął się w tył i gwałtownym ruchem pochwycił w dziób kolejnego nieszczęsnego futrzaka, który nieopatrznie wystawił nos z obszernego wejścia do jakiejś kryjówki.
    - Patrz, - Ulf wskazywał na kryjówkę futrzaka, którego Świstogon właśnie konsumował ze smakiem. - Ciekawe, co jest dalej. Sprawdzę czy da się tam wejść.
    Wstał z miejsca i wziąwszy latarkę oraz kawałek patyka do obrony podszedł do kryjówki gryzoni. Żarłok nie był zadowolony z takiego obrotu spraw, ale tylko cicho gwizdnął na znak dezaprobaty dla takiego bezczeszczenia jego terenów łowieckich. Odsunął się jednak rozumiejąc, że inni też chcą coś dobrego zjeść.
    Wylot jamy był tak obszerny, że Ulf mógł swobodnie wpełznąć po pas do środka i rozejrzeć się. Zapalił latarkę i aż mu dech zaparło. Gapiła się na niego para niebieskich oczu osadzona w twarzy przypominającej mu kogoś znajomego. Odruchowo zgasił latarkę i czekał w gotowości na cios. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Nie słyszał nic poza własnym oddechem i szumem, typowym dla dużych muszli. Wycofał się ostrożnie z wejścia i usiadł intensywnie myśląc. Mag obserwował towarzysza uważnie.
    - Diabła tam zobaczyłeś, czy co?
    - Sam zobacz, - Ulf już wiedział, co zobaczył, ale nie chciał psuć zabawy Magowi. - Masz, - podał mu latarkę, którą trzymał w ręku.
    Mag ostrożnie wpełzł do środka i tak jak jego towarzysz zapalił ją gwałtownie, by zaskoczyć ewentualnego przeciwnika. Wyskoczył z jaskini jak oparzony. Skąd w takiej okolicy dzicy mieszkańcy? Nikt nie donosił o niczym takim...
    Nagle obaj ryknęli śmiechem aż Świstogon się cofnął. Gdy już się uspokoili Mag wstał i metodycznie zaczął badać ścianę skalną. Na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniała, ale bliższe badanie ujawniało subtelne poziome linie, jakie nie mogły być dziełem naturalnych procesów. Wyjął czekan, który wziął na wyprawę w góry i tępym końcem zaczął opukiwać każdy cal ściany. Ulf szybko dołączył i obaj metodycznie posuwali się wzdłuż ściany. Półka okazała się dużo dłuższa niż pierwotnie zakładali. Posuwając się powoli w lewo wzdłuż ściany Mag dotarł do dwóch dziwnych zagłębień znajdujących się na wysokości jego kolan. Uważnie je zbadał i nie stwierdziwszy zagrożenia powoli przykucnął i wsunął ramiona jednocześnie w oba zagłębienia. Po chwili w ścianie skalnej ukazała się pionowa szczelina, która powoli się rozwarła całkowicie ukazując wejście do ciemnego hallu połyskującego łagodnie w promieniach porannego słońca. Żarłok zza pleców Ulfa ciekawie przyglądał się tajemniczemu wejściu gotów schować się w razie zagrożenia.
    Mag włączył latarkę i skierował ją do wnętrza. Jego oczom ukazał się długi hall o gładkich ścianach połyskujących ciepłym, metalicznym blaskiem.
    - Ulf, zostań na zewnątrz i gdybym nie wrócił za kwadrans otwórz ponownie wejście, jeśli się zamknie za mną. Nie wiem czy da się je otworzyć od środka.
    - Uważaj, bo nie wiadomo czyje to jest. Wygląda wprawdzie na dawno nieużywane, ale nigdy nie wiadomo, jacy gospodarze to zostawili i w jakim celu.
    - Za kwadrans, gdy wrócę pomyślimy, co dalej, - Mag zagłębił się w korytarz. Gdy tylko minął wejście, wnętrze rozjarzyło się łagodnym białym światłem. Drzwi za nim zatrzasnęły się w ułamku sekundy jakby chciały go zamknąć w pułapce.
    OBCY
    Mag ostrożnie podążał korytarzem przed siebie. Po dziesięciu krokach ściana rozstąpiła się przed nim ukazując przestronne pomieszczenie z sufitem wysoko ponad głową mężczyzny. Rozglądnął się ostrożnie wokół. Część ścian pokryta była dziwnymi inskrypcjami w nieznanym języku. Tuż obok znajdowały się błyszczące tafle przypominające ekrany, ale nic nie wyświetlały. Pomieszczenie było sterylnie czyste jakby przed chwilą roboty sprzątające zakończyły pracę. Środek sali zajmowało podium z wysoko umieszczoną poprzeczną poręczą niewiadomego przeznaczenia. Przed nią był jakby podest z jakimiś urządzeniami i tablica z rzędami pól w rożnych kolorach. Mag z trudem mógł dojrzeć to, co było na pulpicie, gdyż był po prostu za niski. Z trudem wdrapał się na poprzeczkę i dopiero zobaczył salę z właściwej perspektywy. Wokół niego ukazały się obrazy zapełniające ścienne wyświetlacze różnymi wykresami, słupkami i tańczącymi liniami w rożnych kolorach. Mag zszedł z podwyższenia i spektakl natychmiast zniknął. Późnej będzie czas na dokładne badanie tego zjawiska. Obszedł salę naokoło przyglądając się każdemu detalowi jej wystroju. Poręcze prowadzące do wyjścia w przeciwległym końcu sali były tak wysoko, że musiał stanąć na palcach, by do nich dosięgnąć. Na razie nic z tego nie rozumiał, jednak czas mijał nieubłaganie i trzeba było zawrócić do wejścia. Pomieszczenie najwyraźniej nie chciało go więzić, gdyż dotarł do wejścia bez problemów. Nie dostrzegł żadnych zagłębień służących do otwarcia drzwi, więc spokojnie poczekał aż same się otworzą za sprawą sił zewnętrznych. Drzwi rozwarły się na całą szerokość tak jak uzgodnili. Mag wyszedł na półkę skalną i usiadł. Ulf z Żarłokiem czekali niecierpliwie na sprawozdanie.
    Po dłuższej chwili zastanowienia Mag spojrzał na kompanów i powiedział.
    - Nie wiem, kto to zbudował ani w jakim celu. Wewnątrz są symbole w nieznanym języku oraz urządzenia, których przeznaczenia nawet nie usiłuję się domyślić. Trzeba to zobaczyć na własne oczy. Ale najpierw musimy się dowiedzieć jak otwierać tę puszkę od wewnątrz. Stanie przed drzwiami nic nie daje. Sprawdziłem. Ulf, może Tobie się uda coś wymyślić? Pakuj się do środka. Za trzy minuty otwieramy z zewnątrz.
    Ulf spojrzał krytycznie na wejście. Postąpił dwa kroki i upewnił się.
    - Trzy minuty.
    Mag skinął głową uspokajająco. Olbrzym, którego postura pasowała bardziej do przestronnego wejścia powoli przekroczył granicę obcego obiektu. Tak jak poprzednio wrota zatrzasnęły się w ułamku sekundy. Mag spoglądał na swój zegarek odliczając trzy minuty sekunda po sekundzie. Nagle, gdy doszedł do stu sekund wejście otwarło się powoli ukazując rozpromienioną twarz Ulfa.
    Mag i Żarłok byli wyraźnie zaskoczeni widząc towarzysza po tak krótkim czasie.
    - Wystarczy dotknąć wrót obiema rekami i lekko pchnąć, - przybysz wyjaśnił tryumfalnie.
    - Świetnie Ulf. Wiemy już, zatem jak działa wejście. Jak na początek nieźle, ale nie możemy spędzić tu całego dnia. Nie jestem pewien, co okaże się dla nas ważniejsze, ale najlepiej zakończyć to, co zaczęliśmy. Do budowli w skale wrócimy, gdy uporamy się z naszym najważniejszym zadaniem.
    - Nie wydaje Ci się, że złoże Quadrium może mieć coś wspólnego z tym Czymś? Może To siedzi na złożu z jakiegoś powodu? Rozpocząłbym poszukiwania od tej nory, przy której nasz Żarłok się posilał.
    - Czytasz mi chyba w myślach. Już drugi raz przyłapałem Cię na zabawie w telepatę, - zaśmiał się Mag.
    Ulf starannie oznaczył miejsce, w którym się znajdowali. Powoli wrócili na kraniec półki gdzie widniała pieczara z „obcymi” w środku. W plecakach mieli saperki, więc ich dobyli i zaczęli poszerzać wejście do pieczary. Okazało się, że dość łatwo ziemia oblepiająca błyszczące poszycie, na które trafili ustępowała pod ciosami saperek. W godzinę odsłonili wielki kawał błyszczącej ściany. Posuwali się w kierunku źródełka, które nikło wśród kamieni kilka kroków niżej. Błyszcząca ściana nagle kończyła się na poziomie półki skalnej, na której stali. Niżej była skała i ich sprzęt na nic się zdał.
    - Pójdę po naszego wiernego robota, - Ulf zaoferował ocierając czoło z potu. - Może jego świder sobie z tym poradzi.
    - Dobrze. Przyglądnę się w tym czasie dokładniej okolicznym skałom. Może znów coś odkryję, - Mag zaśmiał się tajemniczo.
    Ulf odłożył narzędzie pracy i sprawnie zszedł w dół po robota geologicznego. Mag zbadał okolicę gdzie źródełko znikało, ale nic szczególnego nie odkrył. Najlepiej będzie użyć słabych ładunków kruszących do obluzowania skał. Robot pewnie ma coś takiego w swoim arsenale.
    Po dobrym kwadransie zza drzew poniżej półki wyłonił się najpierw Żarłok a następnie robot, który dzielnie parł w górę unosząc Świstogona siedzącego dumnie na jego pokrywie. Gdy robot opadł na półkę obok Maga, Świstogon dumnie gwizdnął po swojemu i zeskoczył z niego z gracją. W chwilę później ukazał się Ulf gramolący się z wysiłkiem pod górę. Usiadł na półce skalnej i przez dłuższą chwilę odpoczywał. Mag nie zwykł się spieszyć, więc wszyscy delektowali się przez kolejne kilka minut rześkim górskim powietrzem.
    Mag uruchomił panel kontrolny i przejrzał dostępne środki. Jest materiał pirotechniczny w płynie. Ruszył w kierunku źródełka a robot posłusznie poszybował za nim. Kilkoma prostymi poleceniami wytłumaczył robotowi, czego chce dokonać. Konstruktorzy widocznie wyposażyli robota nie tylko w świdry i łopatki, ale także w całkiem zaawansowaną inteligencję, bo ten niezwłocznie przystąpił do pomiarów otoczenia. Pobrał próbki skał za pomocą małego świdra i dokonał tajemniczych obliczeń. Następnie zasygnalizował, by wszyscy się cofnęli na bezpieczna odległość i w starannie zaplanowanych miejscach wstrzyknął ściśle odmierzone porcje materiału wybuchowego. Sam również oddalił się na kilkanaście kroków i odpalił podłożone ładunki. Głośny grzmot detonacji przetoczył się przez okolicę. Pył i odłamki skał poszybowały w dół zbocza. Pył opadał odsłaniając grubą na kilkanaście stóp warstwę szarej, metalicznej substancji, przez którą przesączała się woda tworząc poniżej wąski strumyczek płynący poprzednim korytem w dół zbocza. Robot wrócił na miejsce naprzeciw odsłoniętego pokładu szarej substancji i pisnął tryumfalnie na znak, że znalazł poszukiwany minerał.
    PRAWDZIWA MOC
    - Trudno oszacować ile tego jest, ale nawet skromnie licząc wystarczy na wiele lat, - Ulf patrzył na pobrane próbki z nieukrywanym zachwytem. MC już pewnie się niepokoi. Mieliśmy wrócić rano a tu już prawie południe.
    - Odkrywanie jest czasochłonne i bardzo męczące, - dodał Mag protekcjonalnym tonem. - Skoro już mamy minerał to chyba wylejemy tę wodę. Będzie lżej w drodze powrotnej.
    - Nie! - Ulf zaprotestował. - Trochę się namęczyliśmy przy jej zbieraniu. Szkoda się jej pozbywać. Może jeszcze się przydać na przykład do podlewania roślin. Kto wie, jakie właściwości w niej drzemią? - Ulf ostentacyjnie napełnił swój kubek wodą, która wypływała wprost spod złoża i opróżnił go kilkoma łykami.
    - Masz rację. Trzeba to sprawdzić. Znam nawet kogoś, kto się bardzo ucieszy z takiego prezentu. Samira ma ogród z mnóstwem różnych roślin. Sądząc po tutejszej florze coś na rzeczy może być.
    Żarłok poparł ich zdanie pijąc ze źródełka z wyraźną przyjemnością.
    - Zachowujemy się jak głupcy. To, że Świstogon pije tą wodę nie może być dowodem jej nieszkodliwości. Nic na ten temat nie wiemy a pijemy bez zastanowienia. Ty nawet więcej wypiłeś ode mnie. Na razie nic nam nie jest, ale dzień jest długi. Skaner nie wykrył w niej żadnych szkodliwych związków ani żyjątek, ale nie wiemy jak działa Quadrium na nasz organizm.
    - Masz rację. Uwierzyliśmy bezkrytycznie ptakowi, o którym nic nie wiemy. Dopiero zaczynamy go poznawać. Kto wie, jakie niespodzianki dla nas ma pod skrzydłami?
    Załadowali sporą porcję próbek minerału do zasobników robota i odesłali go w dół do fazolotu. Zebrawszy narzędzia podążyli ostrożnie za nim. Na dole posilili się resztką pieczystego, gdyż ciężka praca nadwątliła ich siły. Właściwie to poza obietnicą daną Zielińskiemu nic nie obligowało ich do natychmiastowego powrotu do Oho. MC znany był z tego, że zawsze wszędzie się spóźniał, więc czuli się poniekąd usprawiedliwieni pozostając w górach.
    - Czekaliśmy na Quadrium od początku istnienia świata, więc nic się nie stanie, jeśli świat poczeka jeszcze kilka godzin. Mam wielką chęć wrócić do budowli na górze i ją troszkę poeksplorować. Może uda się nam znaleźć związek między nią a Quadrium, bo daję sobie rękę uciąć, że takowy istnieje. Nie wierzę w przypadki zwłaszcza w takich kwestiach.
    - Przyznam, że również mam taki zamiar, ale musimy się zabezpieczyć na wypadek, gdyby coś nam się stało, - Mag myślał trzeźwo jak zwykle.
    Zaprogramował fazolot na automatyczny powrót do Centrum Geologii i Surowców, gdyby nie wrócili za półtorej doby. Mag opisał dokładnie sytuację i znaleziska w logu pokładowym. MC będzie wiedział, co zrobić. Będzie też mógł ewentualnie wysłać jakąś ekspedycję ratunkową. Załadowali trofea do fazolotu. Sprzęt obozowy, broń i śpiwory pozostawili na trawie na wypadek, gdyby im przyszło tu koczować przez dłuższy czas.
    Podczas, gdy mężczyźni zajęci byli ważnymi sprawami Świstogon postanowił uzupełnić swoje zapasy energii i wyruszył na polowanie. Zanim skończyli ich towarzysz zjawił się niosąc w dziobie sporej wielkości zwierzę, którego dotąd nie widzieli, ale wyglądało na jadalne. Po krótkich negocjacjach Żarłok oddał swój łup Ulfowi, który zapakował go w hermetyczną folię, by się nie popsuł do ich powrotu. Świstogon gwizdnął dwa razy z dezaprobatą, ale widocznie najadł się do syta, gdyż dłużej już nie oponował.
    - Przy nim nie zginiemy z głodu, - Ulf pochwalił Świstogona. - To urodzony myśliwy. Nawet ja nie miałbym z nim szans na łowach.
    - No to mamy posiłek na później. Możemy, zatem ruszać, - Mag zarzucił sobie plecak na ramię i ruszył w górę.
  • #17
    yego666
    Specjalista PLD
    ============== Odcinek 6 ================

    Pozostali poszli w jego ślady, by po kilkunastu minutach stanąć przed wrotami prowadzącymi w nieznane. Nie doceniali chyba powagi chwili, gdyż jeszcze do nich w pełni nie dotarło, co właściwie odkryli. Od czasu kontaktu z Dengami pojęcie obcej cywilizacji przestało być fikcją, więc odkrycie kolejnej nie czyniło im większej różnicy. Wprawdzie o Dengach nie wiedzieli za wiele, ale wiedzieli że są i mają przyjazne zamiary. To właśnie Dengowie spowodowali, że na Zaxor ustanowiono najpilniej chronioną strefą przemysłową. Od nich pochodziły plany pierwszych urządzeń, które stworzyły wszystkie inne urządzenia i kompleksy przemysłowe. Cristal działała całkowicie otwarcie wobec Grupy Kontaktowej. Oprócz planów przekazano ludziom całą teorię fizyczną w oparciu, o którą miały działać fabryki. Co do samej teorii Iteracji to wciąż istniały obszary gdzie nie udało się jej potwierdzić, ale sama teoria była wystarczająco jasna, by oprzeć na niej wszystkie późniejsze działania. Nikt nigdy nie widział żadnego Denga, ale to nic nie zmieniało w kwestii prawdziwości teorii Iteracji. Mag miał nadzieję, że z pomocą Quadrium uda się zrealizować projekt „Terminus”. Trifortium było gromadzone w tak wolnym tempie, że nadzieja na zakończenie projektów była niewielka. Musiałoby minąć jeszcze pięćdziesiąt lat zanim zgromadzono by zasoby minerału wystarczające do realizacji całego projektu. Stopień niepewności oszacowania ile czasu im zostało był niezadowalający, więc katastrofa mogła nastąpić równie dobrze jutro jak i za milion lat. Tego nikt, nie wyłączając Dengów nie wiedział. Nie było, zatem czasu do stracenia, ale też i nadmierny pośpiech był niewskazany.
    - Wchodzimy razem. Będzie sporo do obejrzenia. Sam zobaczysz. Pilnuj Żarłoka, żeby nie nabroił, bo pewnie też zechce z nami wejść. Piekielnie ciekawska z niego bestia.
    Tak jak Mag przewidział Żarłok podążył za nimi. Wszystko przebiegało tak jak poprzednio. Nic ich nie napadło ani nie wpadli do żadnej ukrytej pułapki. Wokół panowała idealna cisza. Mag opowiedział o swoim doświadczeniu z konsolą podczas poprzedniej wizyty. Tym razem nie planowali dogłębnych badań. Mieli jedynie rejestrować wszystko, co zdołają zobaczyć. Zaopatrzyli się w holorejestratory, które nałożyli na czoła obok latarek. Ich skrzydlaty towarzysz rozglądał się zaciekawiony wielością swoich odbić w lustrzanych ścianach. Delikatnie dziobem próbował je złapać i otrząsał się sfrustrowany za każdym razem, gdy mu się to nie udawało. Żarłok dostrzegł wreszcie wspaniałe miejsce, gdzie mógł wygodnie posiedzieć.
    Jednym silnym skokiem przeniósł się na konsolę z różnokolorowymi polami a z niej na poprzeczkę znajdującą się naprzeciwko konsoli. Wyraźnie zadowolony z siebie rozejrzał się wokoło ciekawie i przeciągle gwizdnął tak jakby nawoływał kogoś z oddali. Dopiero usłyszawszy gwizd Żarłoka, Ulf zauważył gdzie się wdrapał i zawołał głośno na ptaka, który niezwłocznie zeskoczył na posadzkę jakby zawstydzony swoją niesubordynacją i podreptał dalej. Obejrzawszy dokładnie zawartość pierwszej sali, Ulf podszedł do miejsca, w którym spodziewali się znaleźć kolejne wyjście. Przykucnął i dotknął ściany na wysokości swoich kolan. Drzwi otworzyły się z cichym syknięciem ukazując obszerny korytarz, na którego końcu znajdowała się następna sala, ale drzwi do niej były już otwarte lub nawet wcale ich tam nie było. Wstał i ostrożnie przekroczył otwarte drzwi. Gdy tylko znalazł się po drugiej stronie drzwi zamknęły się za nim w ułamku sekundy. Obrócił się odruchowo i spostrzegł, że wcale drzwi się za nim nie zamknęły. Nadal widział Żarłoka ciekawie oglądającego poprzeczny pręt naprzeciwko konsoli oraz Maga, który zbliżał się do drzwi.
    - Chodź, tam jest kolejna sala, - Ulf rzekł głośno, lecz Mag zdawał się go nie słyszeć. Machnął do Maga ręką wskazując kierunek, lecz ten jakby tego wcale nie widział. Stał przed drzwiami i wołał.
    - Ulf, gdzie się podziałeś?
    - Tu, przed Twoim nosem.
    Mag zdawał się nie słyszeć. Ulf przykucnął i ostrożnie wyciągnął ręce przed siebie. W miejscu gdzie przedtem były drzwi a teraz ich nie było wyczuł twardą powierzchnię. Nacisnął delikatnie i usłyszał cichy syk jak poprzednio.
    - Ulf, gdzie Ty się podziewałeś? - Mag się ucieszył widząc towarzysza.
    - Zamieńmy się miejscami to sam zobaczysz.
    Tak też zrobili i drzwi znów się zamknęły z cichym sykiem. Po chwili drzwi znów się otwarły.
    - Transluminium asymetryczne. Jak lustro weneckie. Fajne, - ucieszył się Mag. - Do tego działa na dźwięki tak samo jak na światło. Muszę sobie takie obstalować u cieśli, - zaśmiał się rubasznie.
    Po bliższym badaniu okazało się, że półkolistym ruchem ręki można było włączać i wyłączać lustro weneckie wedle życzenia. Jasne było, że tu nie wszystko jest tym, na co wygląda. Musieli zdwoić czujność, bo nie wiadomo, jakie jeszcze niespodzianki napotkają. Ta była na szczęście niegroźna, ale trzeba bardziej uważać.
    Wciąż nie mogli odgadnąć przeznaczenia ich odkrycia. Wyglądało na centrum kontrolne albo wejście do jakiegoś większego kompleksu niewiadomego przeznaczenia, ale kto to zbudował i kiedy? Dopiero od paru setek lat planeta posiada atmosferę i biosferę, więc jaki byłby cel budowania czegoś takiego na pustej planecie?
    - Quadrium, - obaj zgadli jednocześnie. - No, ale gdzie są w takim razie budowniczy?
    - Musimy zbadać pozostałe pomieszczenia, - Mag ruszył przodem.
    Po kilku krokach dotarli do drzwi, których nie było widać, - takich samych jak poprzednie. Wprawnie je otworzyli i znaleźli się w jeszcze większej sali posiadającej dodatkowe trzy poziomy zupełnie jak balkony w teatrze tyle, że bez siedzeń dla widzów. Wszystkie poziomy były otoczone szerokimi poręczami obitymi jakimś połyskliwym materiałem. Każdy balkon miał poręcze w innym kolorze. Najniższe były czarne, wyżej białe i najwyżej purpurowe. Środek sali zajmowała jakby gondola również otoczona poręczami. Pokryte były miękkim materiałem w kolorze zielonym. Ten kolor najwyraźniej przypadł Żarłokowi do gustu, bo jednym machnięciem skrzydeł wzbił się na wysokość pierwszego balkonu i łagodnie wylądował na poręczy gondoli, która przybrała purpurowy kolor, tak jak światła pod nią. Rozejrzał się uważnie wokoło lustrując otoczenie. Wydał z siebie gwizd tryumfu najwyraźniej bardzo z siebie dumny. W tym momencie niespodziewanie gondola oderwała się od podłoża i łagodnie wzniosła się na wysokość pierwszego poziomu balkonów. Nie było widać żadnych prowadnic ani podpór skąd płynął wniosek, że miała napęd albo antygrawitacyjny albo elektromagnetyczny. Świstogon był zaskoczony takim obrotem sprawy i czym prędzej wskoczył z gondoli na najwyższy, trzeci poziom balkonów siadając z gracją na purpurowej poręczy. Gondola ruszyła w górę aż dotarła na ten sam poziom. Dopiero teraz dostrzegli, że obicia poręczy gondoli oraz światła pod gondolą przybierały taki sam kolor, co poręcze na mijanych poziomach. Dwaj odkrywcy na Zielonym Poziomie, jak go roboczo nazwali, szukali schodów lub innych urządzeń pozwalających dotrzeć na wyższe poziomy bez pomocy skrzydeł, ale na próżno. Ulf jednak dostrzegł kolejne drzwi. Mag wyciągnął z górnej kieszeni kurtki wszystkopis i podszedł do drzwi, którymi tu weszli. Namalował dużą literę „A” i dumnie się odsunął podziwiając swoje dzieło jednak litera po chwili zaczęła blaknąć, by następnie całkowicie zniknąć pozostawiając drzwi w idealnej czystości.
    - Co to za materiał? - Mag głośno narzekał. - Nie ma materii, której wszystkopis nie dałby rady.
    - Najwyraźniej tu jest, - odparł Ulf upuszczając na podłogę jakiś papierek wydobyty z kieszeni.
    Po paru sekundach papierek zaczął również znikać sprawiając wrażenie jakby wsiąkał w podłogę. Nie znikła jednak ani latarka ani zegarek ani nawet wszystkopis.
    - To zjada tylko śmieci, - Ulf zakończył testy i zawyrokował stanowczo. - Nie wiemy, co jeszcze ten materiał potrafi, więc może zawróćmy póki pamiętamy drogę powrotną.
    - Jeszcze tylko te drzwi i zawrócimy, - zadecydował Mag.
    Podszedł do drzwi, lecz zamiast je otworzyć włączył ich wenecką funkcję. Drzwi natychmiast stały się przezroczyste. Oczom Maga ukazała się ogromna hala pełna wielkich agregatów mrugających różnokolorowymi kontrolkami. Ku jego zaskoczeniu panowała zupełna cisza jakby wszystko było wyłączone.
    - Sami nie podołamy. To jest za wielkie. Musimy sprowadzić naszych jajogłowych. Oni to szybko rozgryzą. Mają sprzęt i dużo pomysłów. Ja mam dość na dziś, - Mag oznajmił zrezygnowanym głosem. - Wychodzimy. Nic tu po nas. I tak mamy więcej niż chcieliśmy.
    Świstogon obserwował ich siedząc wciąż na swojej purpurowej balustradzie i ani myślał się ruszyć. Widząc jednak, że towarzysze zbliżają się do drzwi posłusznie sfrunął na podłogę i niechętnie poczłapał ich śladem oglądając się tęsknie za swoją ulubioną balustradą. Na odchodnym gwizdnął tęsknie po swojemu, co najwyraźniej spowodowało, że gondola zjechała na najniższy poziom i zastygła w bezruchu. Zdarzenie to nie uszło uwadze Maga. Dochodząc do pierwszej sali przez moment wydawało mu się, że widzi przez weneckie drzwi jakąś postać siedzącą na poprzeczce przed konsolą. Gdy otworzył drzwi postać zniknęła jakby jej tam nigdy nie było. Mag pomyślał, że ma halucynacje i widzi siebie sprzed kilku godzin. Wydarzenia ostatniego dnia musiały naruszyć jego percepcję a Deja vu zdarza się czasami każdemu.
    Gdy wyszli na powietrze słońce zbliżało się już do połowy swojej wędrówki po niebie. Sporo czasu zabrała im eksploracja dziwnej podziemnej budowli. Czas było wracać do fazolotu zanim odleci pozostawiając ich w lesie na pastwę dzikich stworzeń. Ostrożnie zeszli nad skraj zapadliska. Schowali sprzęt do ładowni pojazdu. Strumyk wrócił widocznie do swojego starego koryta mimo wybuchów, jakie miały miejsce u jego źródła. Mag wychylił się poza brzeg urwiska, by obejrzeć wąwóz. Był bardzo głęboki i z trudem można było dojrzeć jego dno. Bystre oczy Maga dostrzegły jednak pas zieleni w miejscu, gdzie strumyk spadał na dół. Potwierdzało to jego domysły o dobroczynnym wpływie Quadrium na organizmy żywe. Trochę go uspokoiło to spostrzeżenie, gdyż sami pili wodę ze źródełka i nie wiedział, czego się można spodziewać.
    Wszyscy troje usadowili się na swoich miejscach i fazolot ruszył przed siebie. Południowe słońce grzało ich przyjemnie swoimi niebieskimi promieniami. Po jakimś czasie Ulf stwierdził, że chce mu się pić. Mag również od jakiegoś czasu czuł pragnienie, więc zatrzymali pojazd i napili się wody z bidonu napełnionego wodą źródlaną. Żarłok pił z głębokiego talerza, gdyż nie umiał wsadzić dzioba do bidonu. Gdy już zaspokoili pragnienie i załatwili inne pilne potrzeby ruszyli w dalszą drogę. Mag zastanawiał się, jakie wrażenie zrobi na ludziach ich nowy towarzysz. Znał doskonale mentalność ludzi i wiedział, że choć mądrzejsi niż tysiąc lat temu, podlegają prawom psychologii tak jak każdy prosty człowiek. Napędzani bezrozumnymi fobiami narosłymi wokół błędnych stereotypów mogą stać się niebezpieczni i nie pomogą żadne tłumaczenia. Zły jest zły i koniec. Technologicznie człowiek niewątpliwie się bardzo rozwinął, ale mentalnie był wciąż na poziomie neandertalczyka. Z drugiej strony obawiał się również reakcji Świstogona na innych ludzi. Znał tylko jego i Ulfa, więc mógł być agresywny wobec wszystkich innych. Nie możemy ryzykować. Najpierw oswoimy Żarłoka z kilkoma innymi osobami a później zobaczymy, co dalej. Skonsultował swój pogląd z Ulfem i wspólnie doszli do wniosku, że najbezpieczniej będzie zostawić ich towarzysza w górach w pobliżu Oho. Zabiorą go wracając od Zielińskiego. Przed ostatnim wzgórzem dzielącym ich od Oho zatrzymali się w pobliżu strumyka spływającego z góry. Zsiedli na ziemię rozprostowując kości. Mag wyjął z ładowni swój plecak i pokazał go Świstogonowi. Następnie oddalił się z plecakiem i położył go w dobrze osłoniętym miejscu. Zwierzak uważnie przyglądał się występowi Maga, który usilnie go zachęcał, by usiadł na plecaku. W końcu jakby rozumiejąc intencję Żarłok przycupnął obok plecaka. Mag się ucieszył i podsunął ptakowi zwierzaka, którego upolował rano. Świstogon najwyraźniej był przekupny i chyba pojął, czego się od niego oczekuje, gdyż nie próbował nawet lecieć za fazolotem, gdy jego towarzysze oddalali się w kierunku miasta. Mag widział jak jego pupil patrzy za nimi i zrobiło mu się żal, że musi go opuścić. Wróci najszybciej jak się da. Miał nadzieję, że Świstogon wciąż będzie w tym samym miejscu.
    W niecały kwadrans dotarli do Centrum Geologii. Rozładowali robota geologicznego i udali się boczną rampą wprost do laboratorium w „lochach”. MC czekał na nich zniecierpliwiony, ale szczęśliwy, że w końcu się zjawili.
    - Nareszcie jesteście. Zespól badawczy czeka tylko na sygnał. Ponad dobę Was nie było. Już miałem wysyłać ekipę ratunkową po Was. Macie minerał?
    - Ponad dobę? Nie przesadzasz? - Ulf popchnął lekko robota w kierunku naukowca. - Jest cały Twój. Juki ma pełne minerału. To bardzo mądry robocik. Nieoceniony przy efektach pirotechnicznych.
    - Teraz Wasza kolej, - dodał Mag z uśmiechem. - Mieliśmy trochę problemów z pozyskaniem próbek, ale z pomocą Twojego pupila w końcu się udało. Sam ocenisz ich wartość.
    Naukowiec był zbyt podekscytowany perspektywą dotknięcia Quadrium własnymi rękoma, by zachować formy towarzyskie wobec zdrożonych gości. Palił się, by rozpocząć badania i każda chwila zwłoki wydawała mu się wiecznością. Obaj znali go od tej strony, więc tylko nieśmiało upomnieli się o obiecaną skrzyneczkę purpurowej nalewki. MC był tak zachwycony Quadrium, że oddał im cały swój zapas, który z trudem mogli donieść do fazolotu. Gdy wynosili prezenty od MC, w końcu korytarza mignęła im znana już postać śniadego gościa z wielkimi wąsami. Postać przez chwilę im się przyglądała, po czym zniknęła za najbliższym zakrętem.
    - W sumie to pewnie z sześć skrzynek przedniego trunku, - Mag szybko przeliczył wartość swojej części na cygara i inne dobra, bez których życie nie miałoby smaku.
    W podnieceniu MC nawet nie spytał o miejsce pochodzenia minerału. Dawało im to dodatkowych kilka dni na samodzielne badanie podziemnej budowli. Zanim MC otrząśnie się z amoku, w jaki wpadł na widok minerału, będą już daleko stąd.
    - Chętnie skorzystałbym z miejscowych przyjemności. Pub, łaźnia i parę innych drobiazgów. Przyłączysz się Mag?
    - Chyba tym razem sobie podaruję, - odparł Mag z wahaniem. - Ktoś czeka na mnie za miastem. - Nie chcę się okazać kłamcą. Obiecałem Żarłokowi, że wrócę przed zachodem słońca. Uzupełnię tylko zapasy i noc spędzę w górach. Rano wrócę po Ciebie.
    - Nie trzeba. Pożyczę rano transporter od Zielińskiego i przy okazji zasięgnę języka. Ciekaw jestem pierwszych wyników badań minerału. Czekajcie na mnie trzy godziny po wschodzie słońca.
    - Dobrze Ulf. Tylko ani słowa o…, - sam wiesz, czym.
    - Rozumiem. Nie pisnę ani słowa. W końcu, nie co dzień się odkrywa siedzibę kosmitów.
    Przy głównej ulicy Ulf wysiadł z fazolotu i udał się do pobliskiego pubu. Mag znalazł skład aprowizacyjny, w którym zafasował potrzebne zapasy, po czym bez zwłoki ruszył w góry. Miał specjalny prezent dla Żarłoka. Był bardzo ciekaw czy mu się spodoba. Po kwadransie dotarł do miejsca, gdzie rozstali się ze Świstogonem. Niestety po ptaku nie było już śladu. Również jego plecak zniknął. Jednak głupio zrobiliśmy zostawiając ptaka samemu sobie. To tylko zwierzak i pewnie nie rozumiał, dlaczego go zostawiliśmy. Może jeszcze się później zjawi jak to już się zdarzało wcześniej. Z nikłą nadzieją na odzyskanie towarzysza Mag rozłożył śpiwór pod tym samym drzewem, pod którym zostawił Świstogona i plecak. Po upolowanym zwierzaku oczywiście też nie było śladu. Pewnie go zjadł i odleciał w swoją stronę. Mag obszedł teren wokoło w poszukiwaniu plecaka. Trudno sobie wyobrazić Świstogona lecącego z plecakiem na szyi. Uśmiechnął się do swojej wizji, ale plecaka nie odnalazł. Wyłączył fazolot i wszystkie światła. W zapadającym zmierzchu jeszcze było dość widno, ale nie miał ochoty na jedzenie. Położył się na wznak na śpiworze i spojrzał w niebo poprzez korony drzew. Z drzewa, pod którym leżał bezczelnie gapiła się na niego para znajomych oczu. Mag zerwał się z miejsca i zagwizdał. Żarłok dał susa w dół i lądując o mało go nie przewrócił. W szponach trzymał plecak. Mag z radości poklepał ptaka po grzbiecie. Chyba mu się to spodobało, bo gwizdnął przeciągle dwa razy i otarł się o nogi Maga znów o mało go nie przewracając. Obaj bardzo cieszyli się ze spotkania. Mag znalazł w pobliżu sporo opadłych gałęzi, z których ułożył zgrabny kopczyk i zapalił. Wesoły ogień tańczył na jego nieogolonej twarzy. Zwierzak nie bał się ognia, co trochę dziwiło Maga, ale uznał, że on tak ma. Nadszedł wreszcie czas na podarki. Mag wstał i poszedł do fazolotu. Z luku bagażowego wyciągnął spory podłużny pakunek, który położył przed Żarłokiem. Świstogon uważnie się przyglądał, gdy Mag rozpakowywał prezent. Trochę się obawiał czy ptak będzie chciał jeść po posiłku z upolowanego zwierzaka, którego mu zostawił na pożegnanie jednak jego obawy okazały się bezpodstawne. Gdy powietrze wypełnił wspaniały zapach wędzonej ryby Żarłok prawie zarył dziobem w rozpakowany prezent, który tak wspaniale pachniał. Nie znał tego aromatu, ale było to coś, co się kocha od pierwszego razu. Świstogon mimo głodu, który czuł, nie rzucił się na jedzenie. Podreptał w pobliskie zarośla na swych szponiastych łapach i z mozołem zaczął ciągnąć coś w kierunku ogniska. Mag wstał, by pomóc zwierzakowi w jego nierównej walce, jednak został osadzony na miejscu krótkim świstem, który jasno mówił „Dam sobie radę bez Twojej pomocy!”. Mag usiadł na swoim miejscu i po paru długich chwilach Świstogon dotargał nietkniętego zwierzaka, którego mu zostawili, wprost przed oblicze Maga. Mężczyzna gwizdnął dwa razy naśladując dźwięki wydawane przez Świstogona. W odpowiedzi usłyszał jeden długi gwizd. Podstawy wzajemnego zrozumienia zostały ustalone.
    Mag sprawnie oprawił zwierzaka i umieścił nad ogniskiem, podczas gdy Żarłok z wyraźną lubością zajmował się pałaszowaniem swojego prezentu. Od czasu do czasu jeden z nich odzywał się pogwizdując na różne sposoby a drugi usiłował odpowiedzieć inteligentnie na zaczepkę. Po sutym posiłku Mag napoił swojego kompana i siebie źródlaną wodą, której mieli ogromny zapas. Ognisko przyjemnie strzelało iskrami w niebo a gdy któraś spadała Żarłok łapał ją dziobem i pogwizdywał z zadowolenia. Mag przypomniał sobie o nalewce, którą otrzymali od MC. Sięgnął po jedną z butelek, które załadowali do swojego pojazdu. Odkorkował ją i dał Świstogonowi do powąchania. Zwierzak wciągnął w nozdrza łagodny zapach alkoholu, ale raczej nie przypadł mu do gustu gdyż trącił butelkę dziobem i zajął się łapaniem iskier.
    - Trudno, - powiedział Mag i zakorkował butelkę. - Sam nie będę przecież pił. Jeszcze nie wiesz, co dobre, ale wszystko przed Tobą. Schował butelkę z nieukrywanym żalem i ułożył się do snu.
    Żarłok znudziwszy się łapaniem iskierek z dogasającego ogniska poszedł w jego ślady.
    Było ciemno, gdy Maga obudziło niejasne poczucie zagrożenia. Świstogon siedział przy jego głowie wpatrując się intensywnie w mrok nocy. Sądząc po gwiazdach była północ albo niewiele przed lub po północy. Mężczyzna wstał i obszedł okoliczne zarośla w poszukiwaniu źródła swojego przeczucia. Nigdy dotąd nie zdarzyło mu się czuć niebezpieczeństwa z taką intensywnością. Właściwie to nigdy w ogóle nie miewał przeczuć. Nie znalazłszy jednak przyczyny swojego niepokoju wrócił do śpiwora. Żarłok wciąż patrzył w kierunku miasta jakby stamtąd miało nadejść przeczuwane niebezpieczeństwo.
    Magowi prawie udało się zasnąć, gdy w mroku nocy zamajaczył punkcik światła mknący w ich kierunku z dużą prędkością. Świstogon, który wciąż czuwał gwizdnął cicho. Mag już trochę gadał w jego języku, więc szybko pojął przekaz. Usiadł i obserwował jak mały punkcik rósł w miarę zbliżania się do ich obozu. Ogień już prawie zgasł, ale parę suchych gałązek szybko przywróciło go do życia. Obaj czekali dobrze ukryci za gęstymi krzewami. Po pięciu minutach niewielki pojazd zatrzymał się przy ognisku.
    - Ulf, - Mag ucieszył się widząc kompana.
    Świstogon również zbliżył się do przybysza w podskokach, gdyż tak było mu łatwiej poruszać się po ziemi na swoich szponiastych łapach. Otrzymał w nagrodę przyjazne klepnięcie po dziobie.
    - Siedziałem w pubie w najlepsze degustując lokalne trunki, gdy poczułem dziwne mrowienie z tyłu głowy. Jakby ktoś mnie łaskotał. Pomyślałem, że to Rose pozwala sobie na taką poufałość, ale nie widziałem jej przez cały wieczór. Albo była w pracy albo pocieszyła się już jakąś niewinną ofiarą. Ignorowałem to uczucie przez kilka minut, ale nie dawało mi spokoju. Niepokój był jakby kierunkowy i nasunęły mi się obrazy z Centrum Geologii. Pub jest niedaleko, więc widziałem Centrum jak na dłoni. Nic się nie działo. Pomyślałem więc o Was i pożyczyłem od znajomego ten pojazd. Obiecałem mu, że oddam z samego rana. I tak muszę zajrzeć do Centrum, zasięgnąć języka.
    - My też nie śpimy już od prawie godziny. Nie wiem, co obudziło Żarłoka, ale ja wciąż czuję bardzo niejasno, że coś wisi w powietrzu. Dziwny zbieg okoliczności, nie sądzisz?
    Ulf podrapał się w tył głowy, gdzie wciąż czuł mrowienie, które nie chciało ustąpić.
    - Zostało nam troszkę pieczeni, więc może się poczęstujesz?
    - Nie odmówię, bo w Piranii podają tak kiepskie żarcie, że skusiłem się jedynie na koreczki serowe. Takie malutkie nic. Chętnie skorzystam z zaproszenia.
    Mag był najedzony, ale Ulf i Żarłok ze smakiem pałaszowali jeszcze ciepłe resztki z kolacji. Obaj się najedli do syta i oczy zaczęły im się kleić, jednak wszyscy trzej wciąż czuli, że coś ma się jeszcze zdarzyć. Świstogon wciąż spoglądał zmęczonymi oczami w kierunku miasta. W pewnej chwili zaczął wydawać serie krótkich jakby ostrzegawczych gwizdów i wstał ze swojego posłania z liści i gałęzi. Mag nie wiedział czy udzielił mu się nastrój ptaka czy sam też poczuł zagrożenie. Ulf już stał i patrzył na miasto położone w oddali jakby wyczuwając nadchodzące niebezpieczeństwo.
    Najpierw zobaczyli jasny błysk rozświetlający góry przed nimi a następnie łunę światła bijącą od strony miasta. Nad miastem tworzyła się ogromna kula światła, która wsysała wszystko, co znajdowało się pod nią. Wszyscy troje patrzyli na widowisko w milczeniu jak zahipnotyzowani nie wiedząc jak zareagować. Pierwszy otrząsnął się Mag.
    - Co to do cholery jest?! - Nie potrafił powiedzieć nic mądrzejszego, więc zamilkł gapiąc się na ciemniejącą kulę światła.
    Kula stawała się coraz ciemniejsza i tylko brzegi świeciły jaskrawym, białym światłem. Pod kulą był widoczny ciemny lej z ziemi, który wirując znikał w jej wnętrzu wciągany niewidzialną siłą. Pół minuty po wybuchu do uszu trzech obserwatorów dotarł niski pomruk a następnie gwałtowny grzmot spowodowany wybuchem. Zaczął wiać silny wiatr kołysząc gwałtownie koronami wysokich drzew. Wnętrze kuli rozbłysło tysiącem błyskawic przecinających ją we wszystkich kierunkach. Ponad kulą gwałtownie rosły chmury rozświetlane od spodu blaskiem bijącym z jej wnętrza. Z każdą sekundą robiły się coraz większe, by w końcu przybrać rozmiary całego miasta. Pioruny biły nieustannie już nie tylko wewnątrz kuli, ale także z chmury do ziemi nadając widowisku upiorny wygląd. Nagle kula światła zaczęła się kurczyć by po kilku sekundach zapaść się w nicość.
    Nastały ciemności. Zwolna wzrok obserwatorów przyzwyczajał się do ciemności i dostrzegli blask czerwonego ognia trawiącego obszar, gdzie jeszcze przed minutą było duże miasto. Chmura podświetlana łunami setek pożarów szalejących pod nią nabrała upiornego purpurowego blasku. Wiatr się wzmagał, ale teraz zmienił kierunek. Wiał od strony miasta niosąc duszący dym pożarów trawiących resztki zabudowań pozostałych po katastrofie. Podróżnicy usiedli przy ognisku, ale jakoś nastrój do rozmowy się nie pojawiał. Wszyscy byli pogrążeni we własnych myślach.
    - Byłem tam jeszcze godzinę temu, - zagadnął Ulf. - Wypędziło mnie z miasta to dziwne przeczucie... Gdyby nie ono już bym przeszedł do historii. Przeczucie było tak silne, że nie dało się go zignorować.
    - Żarłok był zaniepokojony już na ponad godzinę przed katastrofa. Mnie to dotknęło pół godziny później, ale było znacznie słabsze i mniej określone niż u Was. Świstogon cały czas gapił się w kierunku miasta, ale nie potrafiłem ustalić, czemu. Teraz już wiem.
    - Trzeba wrócić do miasta i poszukać ocalałych, - Ulf miał nadzieję, że ktoś ocalał.
    Mag wyjął lornetkę polową i spojrzał na pogorzelisko. Wszędzie, jak okiem sięgnąć szalały pożary i unosił się ciemny, gęsty dym. Daleko poza granicami miasta nie pozostało nic prócz spalonej ziemi. Licznik neutronów zaczął ćwierkać ostrzegając przed rosnącym promieniowaniem. Wiatr roznosił szczątki, które teraz zaczęły do nich docierać.
    - Nic tam po nas. Promieniowanie jest zbyt silne, by się tam pchać. Zabije nas w dziesięć minut. Mądrzej zrobimy, jeśli stąd się wyniesiemy zanim zaczniemy świecić. Tam już nie ma, komu pomagać.
    Ulf rozumiał Maga. Mogłoby się wydawać, że jest bez serca, ale Ulf znał towarzysza. W krytycznych sytuacjach był do bólu logiczny i konsekwentny. Żadne uczucia czy fałszywie pojęte ludzkie odruchy nie były w stanie zmienić raz podjętej decyzji. Liczyły się tylko fakty i chłodna kalkulacja szans. Taki był Mag i Ulf czasem mu zazdrościł tej zimnej, spokojnej rozwagi.
    Żarłok zaczął wykazywać oznaki niepokoju z powodu coraz bardziej duszącego powietrza, które wiatr nawiewał w ich stronę. Spakowali, więc pospiesznie sprzęty do fazolotu. Ulf ustawił swój pojazd w tryb pasywny, by podążał za fazolotem i ruszyli w kierunku prowadzącym ich jak najdalej od miasta. Wydostali się wreszcie ze strefy zagrożenia i ćwierkanie licznika neutronów ustało. Świstogon siedzący dotąd na lufie działka jonowego zręcznie przeskoczył do pojazdu, którym Ulf przyjechał gdzie miał cały wygodny fotel pasażera tylko dla siebie. Ułożył się wygodnie i zasnął.
    - Zastanawiałem się, co łączy naszą trójkę, - Mag cicho zwrócił się do usiłującego zasnąć Ulfa. - Nigdy wcześniej żaden z nas nie miewał przeczuć a zwłaszcza tego rodzaju i o takiej intensywności jak dzisiaj. Czasem podejrzewam Cię o telepatię, ale tylko w żartach. Od czasu, gdy Żarłok nam towarzyszy dzieją się rzeczy, które się wcześniej nie zdarzały. Quadrium, baza obcych, te przeczucia, no i nieszczęsne Oho, którego już nie ma. Wspólnym punktem wydaje się przeczucie. Ty i ja możemy ocenić ich jakość i natężenie, ale nie wiemy jak to Żarłok odczuwa. Czy widzi obrazy tego, co ma się zdarzyć czy tylko ma mgliste przeczucie przyszłości? Z pewnością czuł, że coś ma się wydarzyć prędzej niż Ty i ja, więc może mieć wyostrzoną percepcję.
    -Mag, wydaje mi się, że znam jeszcze kogoś z podobną przypadłością.
    - Nikt taki mi nie przychodzi na myśl.
    - Każdy, kogo znam poza jedną osobą czasem ulega drobnym wypadkom takim jak upadek, poślizgnięcie się, kolizja z drzwiami, czy choćby zacięcie się w palec przy krojeniu chleba. Przykłady można mnożyć w nieskończoność.
    - Daj spokój Ulf. Jestem zbyt zmęczony na zgadywanki.
    - Czy znasz jakiekolwiek zdarzenie losowe, które dotknęło Samirę od czasu, gdy jest na Zaxor?
    Po dłuższej chwili namysłu Mag pokręcił przecząco głową.
    - No to jest nas czworo, - Ulf tryumfował. - Co jednak powoduje, że zyskaliśmy taką wrażliwość?
    Pędzili już od ponad dwóch godzin. Ominęli Oho szerokim łukiem i podążali na północ do bliźniaczego ośrodka badawczego w miejscowości Thevion leżącego czterysta mil na zachód od Oho. Pierwotnie planowali dokonać inspekcji podążając łatwiejszym szlakiem południowym a dopiero na końcu zawadzić o Thevion, ale wiele się zmieniło od przedwczoraj. Gdyby nie zapadlisko i odkrycie Quadrium, Oho zapewne spałoby bezpiecznie tej nocy a oni byliby teraz gdzieś w Kompleksie Południowym sprawdzając produkcję uzbrojenia dla jednostek Alef. Żaden z nich nie miał wątpliwości, czemu Oho spotkał taki los. Może w Thevion będą mogli bliżej określić, co się wydarzyło w Oho. Te dwa ośrodki ściśle współpracowały ze sobą i przeprowadzały różne eksperymenty wspólnie lub jeden ośrodek dublował drugi podczas szczególnie trudnych badań. Niewykluczone, że tym razem również tak było i przynajmniej część danych znalazła się w zasobach ośrodka w Thevion zanim wydarzenia przybrały fatalny obrót. Jeśli nie wydarzy się już nic więcej powinni dotrzeć do celu podróży przed świtem. Fazolot kołysał delikatnie pokonując kolejne zbocza. Mag z przyzwyczajenia, co jakiś czas sprawdzał wskaźniki i kontrolki na desce rozdzielczej. Spojrzał na swój zegarek na ręku, by sprawdzić czas. Coś go jednak zastanowiło. Myślał nad czymś przez dłuższa chwilę. Jeszcze raz spojrzał na wskazania czasomierza fazolotu i na swój chronometr.
    - Ulf, jaką mamy dzisiaj datę? - Spytał na wpół śpiącego towarzysza.
    - Siedemnastego. Pośpij zamiast zadawać pytania. Mieliśmy ciężki dzień a jutro pewnie będzie jeszcze gorzej, - Ulf ziewnął przeciągle na potwierdzenie prawdziwości swoich słów.
    - Ktoś musiał przestawić datę w fazolocie. Wskazuje osiemnastego zamiast siedemnastego.
    - Jak to przestawił? - Oburzył się Ulf. - Tego nie da się przestawić. - To jest zegar atomowy. Nie wiem, co go synchronizuje, ale ponoć jest zawsze idealnie dokładny. Nie zdarzyło się by pokazywał błędny czas. Albo pokazuje dobrze albo wcale, kiedy jest zepsuty.
    - No to ten jest trochę zepsuty, bo pokazuje niewłaściwą datę.
    - Skoro tak mówisz, - Ulf zgodził się byle móc choć trochę wreszcie pospać.
    Mag łagodnie zatrzymał wehikuł. Pojazd Ulfa, w którym obecnie spał Żarłok również się zatrzymał. Mag wyszedł z fazolotu i podszedł cicho do drugiego pojazdu. Świstogon spał smacznie z dziobem schowanym pod skrzydło. Mag spojrzał ostrożnie na deskę rozdzielczą. Wrócił do fazolotu i przez dłuższą chwilę milczał. Sięgnął do schowka, z którego wydobył holorejestrator. Włączył go i po chwili w powietrzu przed jego twarzą ukazał się obraz tego, co ostatnio urządzenie zarejestrowało. U dołu ekranu widoczny był znacznik czasu. Mag wyłączył urządzenie i umieścił w schowku. Zgasił światła pojazdu i spokojnie zasnął.