Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
Eltrox Hurton
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

ITERACJA - Powieść SF w odcinkach. Tom 2.

yego666 03 Aug 2020 16:52 3870 34
  • #1
    yego666
    Level 33  
    ITERACJA - Powieść SF w odcinkach. Tom 2.



    Nota od autorów:

    Copyright MMXX by Mariola Szelczyńska i Mariusz Polański, Wszystkie prawa zastrzeżone.

    Treść książki "Iteracja" wyżej wspomnianych autorów nie może być kopiowana ani powielana w jakiejkolwiek postaci bez zgody autorów.

    Wszelkie podobieństwo postaci i sytuacji występujących w książce do rzeczywistych osób lub zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

    Intencją autorów jest dostarczenie czytelnikom rozrywki a nie kształtowanie ich światopoglądu w jakimkolwiek aspekcie.

    Życzymy przyjemnej lektury.




    Pozwoliłem sobie załączyć grafikę [ArturAVS]
    Ethernet jednoparowy (SPE) - rozwiązania w przemyśle. Szkolenie 29.09.2021r. g. 11.00 Zarejestruj się za darmo
  • Eltrox Hurton
  • #2
    yego666
    Level 33  
    ============= Odcinek 1 ===============


    PRAXUS

    Szerokie automatyczne wrota łączące śluzę okrętu wojennego z Centrum Operacyjnym należącym do wrogiej ludziom rasy rozwarły się na całą szerokość, zapraszając przybyszów do wejścia na pokład. Z rozwartego przejścia powiała delikatna bryza spowodowana różnicą ciśnień powietrza na obu jednostkach.
    Miało za chwilę dojść do bezprecedensowego spotkania, którego rezultat, a nawet założenia nie były jasne, stąd wszystkim udzieliła się atmosfera napięcia, nad którą nikt nie dyskutował, ale każdy mimo to ją odczuwał. Po drugiej stronie śluzy mogły przecież czekać ich niespodzianki, na które nie byli przygotowani, więc na wszelki wypadek nieco zacieśnili szyk, choć miejsca w przejściu wystarczyłoby nawet dla niewielkiego oddziału szturmowego, a cóż dopiero dla garstki podróżników.
    - Skoro tłukliśmy się do tego miejsca przez pół Wszechświata, nie czekajmy aż ktoś nas wyzwie od cykorów. – Mag przerwał kłopotliwą ciszę.
    - A nuż się nasz wysiłek opłaci. – Ulf klepnął Maga po ramieniu. – Mam nadzieję, że mają tu coś dobrego do jedzenia, bo to, czym nas nakarmili na okręcie tylko zaostrzyło mój apetyt.
    - Czy Ciebie obchodzi tylko jedzenie? – Samira skarciła olbrzyma wzrokiem. – Świat się kończy a ten tylko o żarciu. – Brwi dziewczyny prawie się połączyły nad jej ciemnymi oczami. – A Ty Żarłoku nie masz motyli w żołądku?
    - O ile pamiętam, menu okrętowe nie zawierało takiej pozycji, - Ptak na ramieniu Khana potrząsnął skrzydłami, - ale może nie o wszystkim wiem. – Żarłok wzmocnił uchwyt tak, że Khan aż skrzywił się z bólu.
    - Jak widzieliście, Centrum Operacyjne Aniołów to ogromna konstrukcja, a przede wszystkim terytorium odwiecznego wroga ludzkości. – Khan z naturalną łatwością przyjął rolę dowódcy. – Nie prosiliśmy się tu, więc jeśli uznacie, że zwabiono nas w pułapkę, nie wahajcie się. – Khan nawiązał kontakt telepatyczny z Żarłokiem. – Na początek postaramy się zrobić na gospodarzach dobre wrażenie. Dalszy plan będzie zależał od rozwoju sytuacji.
    Żarłok poruszył się niespokojnie na ramieniu Khana. Po drugiej stronie śluzy łączącej dwa wrogie sobie światy nie wyczuwał żadnych niepokojących fluidów, a jedynie niepewność, oczekiwanie oraz nadzieję na pomoc. Jako przedstawiciel rasy obcej zarówno w stosunku do ludzi jak i aniołów, mógł sobie pozwolić na komfort bezstronności, na co niewątpliwie nie stać było żadnej ze zwaśnionych ras. Jako że na skutek różnych, nie zawsze jasnych zrządzeń losu został związany z ludźmi, nie mógł się okazać nielojalnym sojusznikiem, choć w głębi duszy nie był wcale przekonany o ich moralnej supremacji nad aniołami. Nie przybył tu jednak osądzać etycznych walorów stron konfliktu, a zwiększyć szansę przetrwania choć jednego ze światów, które znał. W tym celu musiał być zarówno obiektywnym jak i surowym sędzią. Pozycja Żarłoka pośród ludzi nie budziła żadnych wątpliwości, jednak musiał sobie zapewnić także przychylność i w miarę możliwości współpracę ze strony aniołów. Znając dobrze ich historię obmyślił iście szatański plan, który zamierzał wcielić w czyn przy pierwszej sposobności.
    - Zapamiętają nas na długo, nawet jeśli nie wyjdziemy stąd żywi, choć mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. – Skinąwszy ręką na towarzyszy Khan z Żarłokiem ruszył przed siebie.
    Pozostali niezwłocznie ruszyli jego śladem. Po drugiej stronie śluzy drogę zastąpił im rosły mężczyznę o gładko ogolonej twarzy. Trzy kroki za mężczyzną stali Gwardziści ustawieni w dwóch rzędach. Khan powoli postąpił naprzód wyłaniając się z cienia. Snop jasnego światła oświetlił najpierw Żarłoka a następnie Khana. Cichy szmer przeszedł przez szpaler żołnierzy. Chwilę później ktoś głośno krzyknął „Praxus”. Kilka głosów powtórzyło to słowo jeszcze głośniej. Wszyscy Gwardziści jednocześnie padli na twarze nie śmiąc spojrzeć na gości. Jedynie Ferrus przyklęknął na kolano i spuścił głowę. Goście nie rozumieli, co wzbudziło takie przerażenie wśród żołnierzy.
    To, co się stało w chwilę później zupełnie nie mieściło się komukolwiek w głowie. Żarłok powoli rozwinął skrzydła i lewitując, wzniósł się aż pod sufit. Z końcówek jego skrzydeł, z ogona i szponów zaczęły bić błyskawice na wszystkie strony. W kilka sekund rozszalała się potężna burza. Wyładowania były tak silne, że pogasły wszystkie światła. Ciemności rozdzierały coraz jaśniejsze błyskawice ukazując żołnierzy cofających się w panice. Piątka ludzi w osłupieniu przyglądała się tej nierealnej scenie. Nie byli w stanie się poruszyć ani do przodu ani do tyłu. Po prostu stali i gapili się z otwartymi ustami. Żarłok jakby dopiero się rozkręcał. Jego postać otoczyła poświata zmieniająca kolory od intensywnie złotego poprzez najczarniejszą czerń aż po najzimniejsze odcienie platynowego blasku. Powietrze zrobiło się gęste od ozonu powstałego na skutek licznych wyładowań elektrycznych jeszcze bardziej potęgując wrażenie nierealności tego, co się działo. Żołnierze zostali uniesieni w górę i wisząc pośród szalejących gromów wirowali wokół własnej osi coraz szybciej. Ferrus wciąż klęczał a jego głowa opadła prawie dotykając kolana. Obiema dłońmi zakrył uszy i zamknął oczy, by nie być świadkiem straszliwych wydarzeń. Powoli błyskawice zaczęły słabnąć a Gwardziści zostali opuszczeni na posadzkę. Przerażeni leżeli pod ścianami, nie śmiąc spojrzeć na demona szalejącego nad ich głowami.
    - Zawiedliście! - Rozległ się niski dudniący głos w ich głowach. - Sprzeniewierzyliście się dziedzictwu Praxusa. Musicie naprawić zło, albo zniszczę Wasz świat w piekielnym ogniu, by nigdy już się nie odrodził. Będziecie cierpieć przez wieczność nie zaznawszy spoczynku. Przysięgajcie tu i teraz przed moim obliczem.
    Błyskawice całkiem już ustały i gęsty dym wypełnił korytarz. Żołnierze pozbierali się i zaczęli się wycofywać do przestronnej hali w kształcie kopuły. Ferrus wstał i usiłując zachować resztki dumy podążył za swoimi żołnierzami. Kopułę, dotąd jasno oświetloną, spowiły ciemności. Z wolna u szczytu zaczął się formować świetlisty krąg rzucający blade refleksy na ściany i podłogę. Krąg zaczął się rozszczepiać a nowopowstałe kręgi spływały po ścianach w dół oświetlając pomieszczenie upiornym bladym światłem. Po ścianach pełzały węże i skorpiony, smoki i pradawne stwory z wieloma głowami. Jeden z nich bardzo przypominał smoka z herbu Gildii. Khan natychmiast zrozumiał, co się dzieje. Kiwnął ręką na towarzyszy, by udali się za nim do kopuły. Po chwili stanęli w rzędzie naprzeciwko Ferrusa i jego Gwardzistów. Jednocześnie do sali wpadło przez dach kilkanaście Aniołów. Runęły kolejno na podłogę z łoskotem. Z trudem wstały na nogi i rozglądały się zdezorientowane.
    - To najgorsi z Was. Sami ich wynieśliście ponad innych i pozwoliliście, by stali się tyranami Waszego narodu. Poniosą zasłużoną karę za swe niegodne uczynki, - straszliwy głos brzmiał w głowach wszystkich zebranych. - Sam Praxus Was ukarze. Zostaliście skazani na wieczne męki. Wasze dusze będą płonąć żywym ogniem i nie będziecie mogli ich ugasić. Każdy, kto się jeszcze sprzeniewierzy memu dziedzictwu zginie w mękach. Przez salę przetoczył się odgłos dalekiego gromu a potem znów rozszalało się piekło. Ognisty deszcz zaczął padać na skazanych nieszczęśników a gromy biły w nich ze wszystkich stron. Gwardziści zrozumieli, że nie nadeszła jeszcze ich kolej i tych, którzy usiłowali uciec bezlitośnie dźgali lancami zapędzając ich na środek sali, gdzie pioruny czyniły spustoszenie wśród skazanych członków Rady. Tych, których nie zabił ognisty deszcz i uniknęli błyskawic dosięgły strugi plazmy bijące ze szponów Żarłoka. Kilkanaście ciał leżało poskręcanych i powyginanych w nieprawdopodobnych pozach. W ostatnim ataku Praxus zesłał na nie jęzory fioletowego ognia, które dokładnie spopieliły szczątki zabitych. Żar ognia piekielnego i zapach siarki niósł się pod samą kopułę. Na koniec nastąpił najstraszniejszy pokaz siły Praxusa. Kopuła rozwarła się i ukazały się wiry kosmicznej materii kotłujące się wokół czarnego jądra wsysającego ją w szalonym tempie. Materia rozgrzewała się do białości wydając przy tym niesamowite, mrożące krew w żyłach dźwięki, jakby z głębi otchłani piekielnych. Całe światy znikały w ciemnościach wirującego jądra, które wessawszy ostatni okruch materii wybuchło z ogromną siłą, omiatając twarze zebranych falą gorącego podmuchu. Kopuła się zamknęła i tylko po ścianach przeskakiwały jeszcze blękitno-fioletowe błyskawice potęgując wrażenie grozy wśród zebranych.
    - Wszystkich tu obecnych biorę na świadków przysięgi wierności i podległości mojemu pomazańcowi, - głos Praxusa brzmiał donośnie we wszystkich głowach, - który od tej chwili będzie absolutnym Panem Waszego życia i śmierci. Każdy Anioł i Anielica są od tej chwili wykonawcami mojej woli objawianej jego ustami. Każdego, kto się sprzeciwi czeka straszliwy koniec.
    Powietrze przeszyła najpotężniejsza z błyskawic, przewracając wszystkich Gwardzistów jak pionki na szachownicy. W sekundę później straszliwy Praxus opadł na ramię Khana i światło znów rozświetliło kopulastą salę ukazując straszny obraz opalonych ścian i nadtopionej żarem podłogi. Prochy spalonych Aniołów znikły w porywach wichury towarzyszącej minionej burzy. Gwardziści z niedowierzaniem rozglądali się wokoło usiłując objąć rozumem to, co się przed chwilą wydarzyło, ale najwidoczniej przekraczało to ich zdolność pojmowania, wobec czego na rozkaz Ferrusa przyklękli i powtórzyli „Na zawsze wierni dziedzictwu Praxusa”. Khan z Żarłokiem na ramieniu stał wyprostowany przed klęczącymi, gdy wypowiadali słowa przysięgi.
    - W imieniu Wszechmocnego Praxusa przysięgę przyjąłem, - powiedział Khan a jego głos usłyszeli wszyscy w sali. - Wstańcie moi poddani. - Rozkazał. - Wasza wierność zostanie nagrodzona.
    - Władzą mi nadaną, potwierdzam zwierzchnictwo Luciusa Ferrusa Malliciusa nad rasą Aniołów, - Khan podniósł swoją lancę i porządnie trzepnął nią Ferrusa po obu barkach, by przypieczętować swoją pierwszą nominację na stanowisku pomazańca.
    Żarłok również postanowił się dołączyć do ceremonii i utworzył wokół Ferrusa oślepiająco jarzącą się ponurym fioletem kopułę, z której szczytu zaczęły bić pioruny we wszystkie strony. Światła ponownie przygasły a kopuła wokół Ferrusa zaczęła się podnosić od spodu by w końcu uformować okrąg nad jego głową. Okrąg wraz z błyskawicami wciąż bijącymi z jego krawędzi zaczął wolno wirować, by w końcu unieść się pod szczyt kopuły formując ostatecznie kształt galaktyki spiralnej, z której we wszystkie strony strzelały iskierki gwiazd. Kończąc swoją podróż rozbijały się z hukiem o sklepienie, ściany i podłogę sali, sypiąc przy tym snopami wielobarwnych iskier. Oczy wszystkich widzów śledziły z trwogą spadające szczątki gwiazd, lecz nikt z obecnych nie doznał żadnych obrażeń. Na koniec obraz galaktyki rozpłynął się w powietrzu pozostawiając po sobie jedynie siwy dym opadający w dół.
    - Wstań Ferrusie i prowadź do sali Rady, - pomazaniec poprosił łagodnie. - Losy świata są w naszych rękach. - Khan wyciągnął prawicę w kierunku wodza.
    Ferrus przez ułamek sekundy zastanawiał się nad znaczeniem tego całego spektaklu, jednak ostatecznie uznał, że sam by lepiej nie zaaranżował swojej własnej intronizacji. Z poparciem Praxusa będzie mu znacznie łatwiej zaprowadzić porządek według własnego planu. Szkoda tylko, że nie wiedział wcześniej o planach Wszechmocnego. Mógłby sprowadzić telewizję i reporterów, by wszyscy mogli zobaczyć ten wspaniały spektakl. Mylił się jednak bardzo, gdyż z obu korytarzy spoglądały oczy kamer telewizyjnych przekazujące na żywo każdy detal spektaklu. Żarłok zadbał również o stronę medialną przedstawienia. Reporterzy przekonawszy się, że już jest bezpiecznie, podeszli bliżej kierując kamery po kolei na Khana z Żarłokiem na ramieniu a następnie na Ferrusa i jego Gwardzistów.
    - Macie tu Salę Rady, prawda? - Khan zwrócił się do wciąż nieco zmieszanego Ferrusa.
    - Tak Panie, - Anioł chwycił wciąż wyciągniętą prawicę Khana i uścisnął ją po męsku.
    Gwardziści uformowali szpaler wokół gości a Ferrus na czele poprowadził całą kolumnę w głąb przestronnego korytarza bacząc, by się dostojnie prezentować przed obserwującymi go kamerami telewizyjnymi. Miał nadzieję, że Patalach również oglądał ten spektakl. Wiedział, że był on bardzo zabobonny i każdego ranka trzy razy ubierał i zdejmował buty, by nie poniosły go w złym kierunku. Taki pokaz mógł nim wstrząsnąć, gdyż pradawny mit o skrzydlatym Praxusie musiał być mu doskonale znany. Nawet młodych się straszyło gniewem Praxusa, gdy byli krnąbrni.
    W miarę jak mijali kolejne pasaże i place, coraz większe tłumy gromadziły się, by na własne oczy zobaczyć straszliwe Bóstwo, które przybyło spoza czasu i przestrzeni, by ukarać niesprawiedliwych. Żarłok podróżując na ramieniu Khana ignorował hołdy tłumu, który na przemian padał przed nim na kolana lub wiwatował na jego cześć.
    - Wiara to wspaniały wynalazek, - pomyślał Żarłok. - Wystarczy kilka tanich sztuczek a tłum zrobi, co zechcesz. Nieważne czy z miłości czy ze strachu czy po prostu z głupoty, ale można tak zbudować największą armię świata. Na nic wiedza, postęp i cała technika. Umiejętnie podsycany zabobon przetrwa wszystko. Jak widać Anioły nie różnią się od ludzi ani odrobinę w tym względzie. Nareszcie pojąłem, dlaczego każda władza na Ziemi przez tyle tysiącleci wspierała i podsycała lokalne religie. Żadna rozumna armia nie dorówna w boju ślepej furii zabobonu.
    - Masz niestety rację, - odparł Khan. - Nie świadczy to dobrze o mojej rasie, jednak jak widać nie jesteśmy osamotnieni w swoim szaleństwie.
    Mag zauważył ze zdziwieniem, że Anioły nie są ani wyższe ani niższe od ludzi. Nie miały również skrzydeł, które zawsze widniały na każdym obrazie przedstawiającym sceny religijne. Wśród wiwatów gapiów dotarli wreszcie do Sali Rady. Była już przygotowana na przyjęcie dostojnych gości.
    - Dziewczyny się świetnie spisały, - pomyślał Ferrus widząc błyszczące zastawy z potrawami i amfory z trunkami równo ustawione na długim, przykrytym nieskazitelnie białym obrusem stole, przy którym zwykle zasiadali członkowie Rady.
    Ferrus zatrzymał kolumnę i usunął się na bok, by zrobić przejście dla gości. Khan postąpił naprzód wchodząc do sali. Przystanął poszukując najwłaściwszego miejsca, dla dostojnego Praxusa. Szczyt stołu znajdował się naprzeciw wejścia. Ogromny fotel z wyściełanym siedzeniem i oparciem aż ociekał licznymi złoceniami. To było właściwe miejsce dla Żarłoka. Nagle uwagę wszystkich przykuł poruszający się obrus. Gwardziści nastawili swoje lance gotowi do ataku i zamarli w pełnym napięcia oczekiwaniu. Obrus znów się poruszył i powoli tyłem na kolanach wyczołgała się spod stołu drobna postać w białej, powłóczystej szacie. Powoli się wyprostowała i zaklęła siarczyście.
    - Cholera, że też zawsze coś musi mi się przytrafić, - delikatny głos przerwał ciszę, jaka przed chwilą zapadła. - Na szczęście tym razem obyło się bez ofiar.
    Drobna postać powoli się obróciła w kierunku przybyłych zapinając delikatny naszyjnik na swojej długiej szyi. Dopiero teraz spostrzegła, że nie jest sama i zamarła w dziwnej pozie przywodzącej na myśl obraz Flora pędzla Tycjana.
    Khan zamarł w bezruchu podziwiając grację, z jaką się poruszała ta istota. Gdy się zwróciła twarzą do przybyłych był już pewien.
    - Dalia! - Jego myśli natychmiast przywołały setki obrazów postaci, która od dawna nawiedzała go w snach. To nie mógł być przypadek. - Moja Dalia - Powtórzył w myślach chłonąc każdy szczegół żywego obrazu, który zmaterializował się na jego oczach.
    Postać szybko jednak zorientowała się w swoim położeniu i jakby nigdy nic ukłoniła się aż do ziemi. Jej wzrok padł na Khana i jego potężnego przyjaciela. Khan dostrzegł delikatny błysk w oczach „Dalii”, gdy spojrzała na niego.
    - Witaj Panie, - rzekła prostując się. - Oczekiwałam Waszego przybycia, gdy...
    - Doskonale się spisałyście Auroro, - Ferrus przerwał jej w pół słowa. - Bądź łaskawa wskazać dostojnym gościom ich miejsca przy stole.
    Dziewczyna skłoniła się i podeszła do Khana. Niespodziewanie ujęła jego prawą rękę w swoją drobną dłoń i pociągnęła w kierunku szczytowego miejsca, nie spuszczając wzroku z jego twarzy. Gdy dotarli do końca sali, Aurora wskazała gościowi miejsce i dopiero wtedy puściła jego dłoń. Odsunęła się o krok w tył, by gość mógł swobodnie zasiąść w swoim fotelu. Khan wciąż nie mógł oderwać wzroku od jej postaci, jednak Żarłok nie pozwolił, by przyjaciel całkiem się rozpłynął w swoich zachwytach. Zacisnął szpony tak mocno, że aż kości zatrzeszczały Khanowi w barku. Wrócił natychmiast do rzeczywistości. Zdecydowanym ruchem położył swoją lancę protonowa na bocznych podłokietnikach, by Praxus mógł wygodnie na niej spocząć. Żarłok z uznaniem ocenił gest swojego „nosiciela” i zręcznie zeskoczył z jego ramienia na przygotowane siedzisko. Powiódł wzrokiem wokoło po zgromadzonych i gwizdnął przeciągle.
    - Zajmijcie miejsca, - telepatycznie przekazał wszystkim rozkaz. - Czas zacząć obrady.
    Khan stanął przy miejscu po prawej stronie Żarłoka. Miejsce po lewej należało w oczywisty sposób do Ferrusa, który podszedł do niego i stanął za oparciem fotela tak, jak uczynił to Khan. Pozostali goście po kolei stawali przy swoich miejscach. Gwardziści opuścili salę, rozstawiając straż przy wejściu. Tłum na zewnątrz gęstniał z każdą minutą. Każdy chciał na własne oczy zobaczyć legendarną bestię, która dotąd istniała jedynie w baśniach. Do sali weszły jeszcze dwie postaci. Ferrus przedstawił je wszystkim gościom.
    - Hera, - doradczyni do spraw kontaktów zewnętrznych, odpowiednik Waszego Ministra Spraw Zagranicznych, oraz Youda - Doradca do Spraw Wojskowych.
    Oboje nowoprzybyli skłonili się najpierw Praxusowi a następnie pozostałym gościom i stanęli za fotelami przy swoich miejscach, jak pozostali. Gwardziści opuścili już salę a na ich miejsce weszło dziewięć nadobnych somelierek w białych tunikach, kończących się tuż nad kolanami. Aurora stała z boku wskazując każdej z nich wzrokiem, gdzie ma zająć miejsce. Gdy wszystkie już odnalazły swoich podopiecznych, Żarłok nieznacznym ruchem skrzydła dał znak, by wszyscy usiedli. Samira wręczyła coś swojej opiekunce wskazując na Żarłoka. Ta podeszła do Aurory i pokazała jej drobny przedmiot, który trzymała w dłoni. Aurora przyglądała się dziwnemu przedmiotowi przez chwilę, po czym wyszła z sali bocznymi drzwiami, by uniknąć gęstniejącego tłumu. Po chwili wróciła i wzrokiem przywołała „opiekunkę” Praxusa. Wręczyła jej wysoki puchar ze złotą rurką w środku. Puchar natychmiast zastąpił płytszy kielich, który dotąd stał przed Żarłokiem. Służki napełniły puchary napojem z amfor i odkryły półmiski pełne najróżniejszych przysmaków, po czym zniknęły w drzwiach, którymi Aurora opuściła poprzednio pomieszczenie. Tym razem jednak Aurora pozostała i zajęła miejsce za fotelem Praxusa, by mu usłużyć w razie potrzeby. Oczy Aurory bacznie obserwowały wszystkich gości, lecz jeden z nich zdecydowanie częściej niż inni był zaszczycany jej spojrzeniami. Khan pierwszy raz w życiu czuł się tak niekomfortowo. Jakby siedział na krześle fakira. Wszelkie próby skupienia myśli kończyły się na słowie Dalia. Nie mógł się uwolnić spod uroku tej Anielicy. Chwilę trwało zanim zebrał myśli na tyle, by rozpocząć rozmowę.
    - Pomijając wszelkie zbędne w obecnej sytuacji elementy protokołu przejdę od razu do meritum. Według waszej wiedzy Arka jest rodzajem stabilizatora dla czasoprzestrzeni wszelkiego rodzaju. Wiemy o Waszych kontaktach z cywilizacją Deng, jak też o teorii Iteracji. Jak się doskonale orientujecie Arka znajduje się obecnie w naszych rękach i zamierzamy ją rozszczepić na niezakłócające się pierwiastki Yin i Yang. Jeden z nich powinien pozostać w naszej przestrzeni a drugi należy z niej usunąć, - Khan celowo podawał nieaktualną już teorię licząc na sprostowanie ze strony Ferrusa. - Dengowie sugerowali coś zupełnie innego i zapewne z tego powodu okręty mające służyć wypchnięciu Arki z naszej czasoprzestrzeni zostały uprowadzone przez Was z orbity Zaxor. Być może Dengowie nie posiadali pełnej wiedzy na temat funkcjonowania fizyki przestrzeni przemiennej, stąd błędnie sformułowali swoją teorię.
    Wszyscy z uwagą słuchali wywodu Khana a niektórzy najprawdopodobniej go zupełnie nie rozumieli, jednak nikt nie śmiał mu przerwać.
    - Nasi naukowcy pracują usilnie nad ostatnimi szczegółami urządzenia do rozszczepienia Arki, - Khan kontynuował. - Jest zapewne kwestią kilku dni, gdy będziemy zdolni zamknąć projekt. Zaburzenia grawitacyjne, o których wspomniałeś sugerują, iż pozostało nie więcej niż trzydzieści dni zanim energia zerowa próżni osiągnie graniczny stan rozrzedzenia i tkanka przestrzeni zacznie się rozpadać. Musimy dokonać rozszczepienia zanim poziom dostępnej energii stanie się niewystarczający. Nie będę wnikał w szczegóły techniczne konstrukcji, której autorem jest obecny tu profesor Szyszkin. Może zechce się później wypowiedzieć w kwestii szczegółów swojej teorii. Stwierdziłeś jednak Szlachetny Ferrusie, iż jesteś w posiadaniu czegoś, bez czego żadna próba użycia Arki się nie powiedzie. Jesteśmy odmiennego zdania, jednak naukowa dociekliwość każe sprawdzić wszystkie możliwości, stąd nasza tu obecność. Wspomniałeś również, że nastąpiła dramatyczna zmiana w Waszym społeczeństwie. Jesteśmy jej świadomi i w pełni popieramy kierunek zmian, co nie powinno nikogo dziwić zważywszy na nasze wzajemne stosunki na przestrzeni ostatnich kilkunastu tysięcy lat.
    - Jeśli pozwolisz Szlachetny Konsulu, właśnie od tej kwestii chciałem wyjść, - Ferrus poprawił się w swoim fotelu, gdyż przysiadł sobie nieco koniec ogona, co powodowało pewien dyskomfort. - Krótko ujmując sprawę naszych stosunków należy stwierdzić, iż cała wina za ich wypaczony kształt spada na nas. Wasze późniejsze działania były jedynie usprawiedliwioną retorsją, która nas słusznie dotknęła za niegodne traktowanie mniej rozwiniętej rasy. Ze wstydem przyznaję, iż cała starszyzna mojej rasy nie wyłączając mnie samego, brała aktywny udział w kreowaniu różnych form religii na Ziemi dla własnej korzyści, której charakter jest nam wszystkim doskonale znany. Jak wiecie rasa Aniołów pozostała w tyle za ludzkością nie będąc zdolną do uprawiania nauki na najwyższym poziomie. Sprowadziło to na nas rozmaite nieszczęścia z zagrożeniem istnienia całego gatunku włącznie. Nie żalę się, gdyż należę do grona tych, którzy spowodowali taki stan rzeczy a więc również zasłużyłem na swój los. Nie w tym jednak rzecz. Są wśród nas tacy, którzy zawsze pragnęli innych stosunków z ludźmi, jednak nie mieli możliwości zrealizowania swoich wizji. Wszyscy tu obecni przedstawiciele mojej rasy należą właśnie do nich nie wyłączając mnie. Brzmi to jak hipokryzja, jednak dopiero kilka dni temu zaistniały okoliczności pozwalające na zmianę starego podejścia, które znacie od wieków. Stary władca, któremu zawdzięczamy tę spuściznę został zgładzony. Zrządzeniem losu to właśnie ja objąłem schedę po nim. Wraz z nią również odziedziczyłem grono jego najzagorzalszych stronników, którzy niestety obecnie zagrażają planom reformy stosunków z Ziemianami, ale co gorsza weszli w posiadanie floty okrętów zagarniętych z Zaxor i mogą zagrozić zarówno nam jak i Wam. Nie są również świadomi podobnie jak Wy, że plan Dengów, jak również i Wasz spowoduje totalną zagładę wszystkich domen lub enklaw, jak się je czasem nazywa, w obrębie całej Nicości bez szansy na odrodzenie któregokolwiek z obecnie istniejących światów. Później przytoczę Wam naszą wersję tego, co ma nastąpić i jak temu zaradzić. Dość w tej chwili stwierdzić, iż nie istnieje tylko jedna Arka a są ich trzy...
    Wszyscy nadstawili pilniej uszu, gdy zdali sobie sprawę, że Ferrus wie o wiele więcej niż się spodziewali. Ba, więcej niż oni sami wiedzieli. Nawet Samira i Szyszkin przyznali w duchu, że nie mają zielonego pojęcia, co począć z posiadanymi Artefaktami w sile dwóch sztuk a cóż dopiero trzech. Taki układ zupełnie rujnował wszystkie dotychczas opracowane teorie. Koniecznie musieli się dowiedzieć, co Ferrus ma im do powiedzenia. Od tego mógł zależeć los całego świata.
    - Zanim jednak przejdę do trzech Sprawczych Elementów pragnę podziękować obecnemu tu Szlachetnemu Praxusowi za wspaniałą demonstrację jego potęgi, jak również za poparcie mojego stanowiska i pozycji. Takie wsparcie w obecnych realiach jest bezcenne. Legendy opisują straszliwego demona, który przybywa na ramieniu rycerza, by ukarać Anioły za ich uczynki jednak będąc pragmatykiem zdaję sobie sprawę, iż dostatecznie rozwinięta technologia może być nieodróżnialna od magii. Stąd mój szczery podziw i wdzięczność za przenikliwość i dalekowzroczność, jaką się wykazałeś Panie stając po stronie zmian. Lepiej, by moi współplemieńcy wierzyli w to, co widzieli, gdyż pomoże to nam w realizacji nadrzędnego celu, jakim dla mnie jest nawiązanie przyjaznych stosunków z Ziemianami w oparciu o wzajemne zaufanie i szacunek. Będą niewątpliwie istniały resentymenty i trudności natury technicznej, lecz obie rasy z pewnością posiadają coś, czym mogłyby się wzajemnie ubogacić.
    Ferrus wstał z miejsca i uniósł puchar w górę. Zwrócił się w stronę Żarłoka, któremu zaschło już w dziobie i wygłosił toast.
    - Za najwspanialszego i najmądrzejszego Boga, jakiego było dane mi poznać oraz za owocne rozwiązanie najtrudniejszych problemów trapiących wszystkich tu zebranych.
    Wszyscy wstali ze swoich miejsc i przechylili puchary. Żarłok zaskoczony tym hołdem również uniósł się ze swojego siedziska i z wdzięcznością pochylił swoją opierzona głowę w kierunku Ferrusa. Zaczynał nawet go trochę lubić. Sięgnął dziobem do swojego pucharu i pociągnął spory łyk przez znajdującą się w nim złotą słomkę.
    - Zaiste doskonały jest ten napój. To niewątpliwie pierwsza rzecz, która może nas połączyć, - Khan roześmiał się nieco rozluźniony po przyciężkiej tyradzie Ferrusa.
    Pozostali poszli w jego ślady i wkrótce ich puchary były puste. Aurora klasnęła w dłonie i w sali ponownie pojawiły się piękne somelierki. Gdy już napełniły puchary, znikły tak szybko jak się pojawiły.
    - Trudno w dzisiejszych czasach o dobrą służbę. Właśnie brak tego problemu najbardziej doceniam w niedemokratycznych systemach rządów, - Mag rozśmieszył wszystkich swoim niespodziewanym stwierdzeniem.
    Atmosfera zaczęła się nieco rozluźniać i wkrótce całkiem znikły sztywne reguły. Przez kilka minut dyskutowano o doskonałym winie i pięknych Anielicach oraz doskonałych zakąskach. Aurora dbała, by Żarłok miał pełny puchar i paterę z frykasami w zasięgu dzioba. Nie zaniedbywała też Khana, który teraz nieco częściej spoglądał w jej zmysłowe, ciemnofiołkowe oczy.
  • #3
    yego666
    Level 33  
    ============ Odcinek 2 ============

    BITWA

    Ferrus zamierzał przejść do podania o trzech Arkach, gdy do Sali Rady wpadł zdyszany gwardzista. Podszedł wprost do Ferrusa i podał mu meldunek na kartce papieru. Ferrus przeczytał go z uwagą i odprawił posłańca.
    - Jak już wspomniałem wcześniej, - podjął przerwany wątek, - transformacja nie dokona się sama. Obalona ekipa nie zrezygnuje łatwo ze swoich przywilejów. Problem w tym, iż nie zdaje sobie ona sprawy ile wszyscy mamy do stracenia. Właśnie otrzymałem meldunek, iż okręty, które zostały rozlokowane przez poprzedniego władcę w Układzie Słonecznym zaczęły się właśnie pojawiać w przestrzeni wokół Xualap, czyli w pobliżu Centrum Operacyjnego. Na pokładzie jednego z nich znajduje się Senior obalonej Rady - Patalach.
    - Słyszeliśmy już dziś to imię w jaskini, gdzie znajdowała się druga Arka, - pomyślał Ulf. - Sądzę, że jest jasne, iż Ferrus rzeczywiście boryka się ze sporym problemem wewnętrznym. Te okręty zniknęły z ziemskiej orbity niedługo przed naszą teleportacją do Xualap, chyba, że to wszystko jest ukartowane. Warto by przeskanować głowę Ferrusa.
    - Ani się waż, - Khan stanowczo zabronił. - To nie jest byle chłystek, który nie zna się na takich sztuczkach. Może potrafić więcej niż przypuszczamy. Sugeruję na razie działać tak, jakby posiadał nasze zaufanie. Nic przez to nie tracimy a możemy sporo zyskać. Ponadto, ów Patalach nie posiada wiedzy dotyczącej Artefaktów, jaką posiada Ferrus. Musimy ją koniecznie zdobyć a to skazuje nas na sojusz z Ferrusem czy nam to odpowiada czy nie.
    - Dobrze. Pomyślałem tylko, że to by nam wyjaśniło parę kwestii, - usprawiedliwił się Ulf. - Jeśli zaś chodzi o skradzione okręty to moje załogi wykryły podczas testów na orbicie Zaxor bardzo istotny problem w systemie zasilania. Prowadzi on do przerw w generacji ujemnej energii przy wykonywaniu kilku skoków w krótkich odstępach czasu. Jest jeszcze inny problem, który wymaga korekty. System nawigacji i sterowania ogniem jest skalibrowany dla geometrii nieprzemiennej. W sumie to trywialne błędy, ale powoduje to, że okręty mogą się zgubić, jeśli je zmusić do powrotnego skoku po własnym śladzie. Ten sam problem wystąpi przy wielokrotnym strzelaniu do jednego celu. Przypadkiem mogą trafić własną jednostkę. Jeśli zaś zawiedzie zasilanie to podróż skończy się w Nicości bez biletu powrotnego. W naszych okrętach właśnie korygują te problemy i wkrótce powinniśmy dysponować całą flotą w pełni sprawnych okrętów. Kazałem też zamontować generatory fal Theta uniemożliwiające teleportację czy telekinezę w obszarze okrętu.
    - Za ile czasu możemy tu ściągnąć naszą flotę z Zaxor? - Mag spytał Ulfa. - Czy jeszcze jakieś inne usterki wykryto?
    - Myślę, że część jednostek jest już w pełni skorygowana. Reszta powinna być gotowa w niecałą godzinę, - Ulf odparł w myślach. - Co do innych usterek to wszystko może się zdarzyć w tak skomplikowanym systemie. Gdybyśmy używali sztucznej inteligencji nie byłoby tych problemów. Czy mam tu ściągnąć naszą flotę?
    - Nie, - Khan się wtrącił. - Poczekajmy na rozwój sytuacji.
    - Patalach na razie nie stawia żądań, - kontynuował Ferrus, - ale jest to tylko kwestia czasu zanim się upomni o moją głowę lub o władzę nad Xualap. Nie posiadam niestety żadnej realnej siły, której mógłbym użyć przeciwko niemu. Miecze i włócznie tu nie wystarczą. Każda z jednostek posiada załogę złożoną z trzydziestu żołnierzy. Nie byli wprawdzie szkoleni do walki wręcz, ale sama ich liczba już wystarczy, by przejąć stację. Nie jestem w stanie wystawić więcej niż stu żołnierzy. Reszta to zwykli cywile. Niestety sprawy toczą się szybciej niż przypuszczałem, więc nawet przy dobrych chęciach z Waszej strony nie zdążylibyśmy wystawić floty zdolnej do przeciwstawienia się Patalachowi. Na taką właśnie okoliczność przygotowałem nagranie przypowieści o trzech Sprawczych Elementach. Jest w nim wszystko, co wiem na ich temat oraz klucz, o którym nie wie nikt za wyjątkiem mnie i Aurory. Należał do obalonego Yaaha. Nigdy się z nim nie rozstawał, więc musi posiadać albo nadzwyczajne znaczenie albo moc. Według wiedzy, którą posiadam klucz może być potrzebny do wyekspediowania Elementów w Nicość, ale pewności niestety nie mam.
    Ferrus sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej peleryny i wyjął z niej niewielkie pudełeczko. Przyjrzał się pudełku i podszedł do Khana. Konsul wstał ze swojego fotela. Ferrus wyciągnął dłoń trzymającą pudełko w kierunku Khana.
    - Jeśli my nie przetrwamy to może Wam się uda uratować Wszechświat z całym jego bogactwem i pięknem, - Ferrus wręczył pudełko zaskoczonemu Khanowi. - Musicie odlecieć natychmiast, by umknąć okrętom Patalacha. To są jednostki najnowszej generacji. Sam zresztą orientujesz się najlepiej, gdyż pochodzą z Zaxor. Ziemskie jednostki nie mają w konfrontacji z nimi żadnych szans. Proszę jednak byście zabrali ze sobą Aurorę i Herę. Posiadają wiedzę obejmującą wiele pokoleń historii rasy i będą stanowić cenne źródło informacji, jeśli oczywiście uda się Wam ocalić świat. Na nośniku znajdziesz również całą spisaną historię rasy Aniołów oraz genezę życia na Ziemi. Sądzę, że ta wiedza jest wiele warta dla Waszych historyków. Pragnę Wam podziękować za Wasze przybycie i przychylny stosunek do rasy, która uczyniła Wam tak wiele złego w przeszłości. Czuję się zaszczycony, iż dane mi było poznać tak szlachetnych Ziemian. A teraz musicie się już zbierać, gdyż niedługo zrobi się tutaj naprawdę niebezpiecznie.
    - Hero, Auroro, - pójdziecie z naszymi gośćmi. - Nie wszystkie zakończenia są szczęśliwe, ale nie muszą być tragiczne dla wszystkich. Dziękuję Wam za wsparcie i waleczność, bez której nie dotrwalibyśmy nawet do dzisiejszego spotkania. Idźcie już, bo czas ucieka. Muszę jeszcze zorganizować obronę. Żegnam Was.
    - Wydaje mi się, Ferrusie, że jesteś nieuprzejmy, - Odparł Khan mierząc go wzrokiem. - Nie wyprasza się gości w połowie przyjęcia. Brak Ci elementarnej kultury. Twoje jadło i napitki są tak wyśmienite, że żadne z nas nie wyjdzie stąd dopóki stół będzie zastawiony.
    - Czy naprawdę masz o Ziemianach aż tak złe zdanie, że z góry zakładasz, iż czmychniemy stąd cichaczem, jak tchórze? - Mag podniósł głos. - Jak świat światem nigdy wróg nie widział moich pleców i nie zobaczy ich także tym razem! Żadne z nas nie zamierza opuszczać Cię w potrzebie. Skoro już tu przybyliśmy możesz liczyć na nasze pełne wsparcie.
    - Doceniamy Twój szlachetny gest i niewątpliwie nie pozwolimy Ci zapomnieć o Twojej deklaracji, jednak o Elementach opowiesz nam osobiście, - Khan wyciągnął rękę z pudełeczkiem i wcisnął je w dłoń Ferrusa, którego wyraźnie zamurowały słowa, jakie przed chwilą padły z ust Ziemian. - Co do Dam to muszę spytać je o zgodę. Jeśli zechcą opuścić Xualap na pokładzie naszego okrętu z chęcią wydam stosowne dyspozycje.
    Khan spojrzał pytająco na Herę a następnie przeniósł wzrok na Aurorę. Jej piękne oczy patrzyły bez lęku typowego dla większości ziemskich kobiet. Nie znał wielu Anielic, ale taka hardość nie była zapewne powszechna także wśród nich.
    - Dobrze zatem, - Ferrus odzyskał głos. - Zrobimy, co w naszej mocy, by nie dać się zabić.
    Khan wyjął komunikator i połączył się z Panią Komandor. Rozkazał, by okręt natychmiast odcumował i wrócił kursem powrotnym na orbitę ziemską, po czym się rozłączył. Po chwili poczuli delikatne szarpnięcie spowodowane zwolnieniem zaczepów cumujących. Tak duża jednostka zawsze powodowała wstrząsy stacji dokującej. Okręt wykonał zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i w ułamku sekundy zniknął z przestrzeni Xualap.
    - Wykazałeś się niekwestionowaną odwagą i wielkością właściwą tylko prawdziwym mężom stanu, - Khan zwrócił się do Ferrusa. - Jako Naczelny Wódz Ziemskich Sił Zbrojnych, składam Ci ofertę zawiązania sojuszu taktycznego skierowanego przeciw wspólnemu wrogowi. Czy przyjmujesz moją ofertę?
    - Będzie dla mnie honorem walczyć ramię w ramię z tak znamienitymi wojownikami, - Ferrus wyciągnął prawicę, którą Khan niezwłocznie uścisnął. - Przedstawię teraz swój plan obrony, jeśli nie macie ważniejszych spraw do omówienia.
    Plan był dość prosty i zakładał obronę wszystkich portów dokujących oraz blokadę wszelkich innych punktów dostępu do Centrum. Razem cztery punkty oporu. Szacując siły na około stu Gwardzistów, na jeden punkt przypadał niecały pluton. Ferrus wydał krótkie polecenie Youdzie, który natychmiast wyszedł z Sali Rady.
    - Wydaje mi się, że odrobinę lepszym punktem dowodzenia byłby pokład obserwacyjny lub mostek, jeśli coś takiego się tu znajduje, - Ulf zaproponował. - Nie mam wielkiego doświadczenia w bitwach, ale przypuszczam, że Patalach nie będzie dążył do zniszczenia Xualap, gdyż nie miałby dokąd się udać po zwycięstwie. Wydaje mi się również, że jest świadom zagrożenia ze strony Arki, choć nie zna całej prawdy na jej temat. Zniszczenie Xualap oznaczałoby automatycznie koniec świata w krótkim czasie również dla Patalacha a na tym również mu raczej nie zależy. Reasumując zależy mu jedynie na Tobie i Wiedzy, którą posiadasz na temat Arki. Jeśli Cię zabije, nic się nie dowie. Musi więc Cię wziąć żywcem. Jeśli mu się to uda osiągnie wszystkie cele, gdyż eliminując Ciebie zapanuje nad Xualap. Kilkudziesięciu Gwardzistów nie będzie stanowiło istotnej przeszkody w przejęciu władzy.
    - Muszę się zgodzić z Twoim rozumowaniem, - dodał Mag. - Zastanówmy się, jak inaczej niż bezpośrednio może Cię zmusić do uległości. Czy posiadasz Ferrusie jakąś rodzinę, bliskich, lub kogokolwiek w Centrum na kim, w opinii Patalacha może ci zależeć? Jeśli jest ktoś taki to należy go natychmiast otoczyć szczelną ochroną lub ukryć w jakimś ciemnym kącie, gdzie go nikt nie znajdzie.
    - Jedyne osoby, na których mi szczególnie zależy to obecne tu Hera i Aurora, - Ferrus odparł po krótkim namyśle. - Bez ich pomocy..., Nie będę się powtarzał, bo już raz to powiedziałem. Nikt więcej nie przychodzi mi do głowy. Was oczywiście nie biorę pod uwagę z oczywistych względów. Obie Damy znajdują się w tej chwili pod najlepszą ochroną, o jakiej mogłyby pomyśleć. Moc Praxusa jest wystarczająca do ich ochrony. Do tego jeszcze Wasz i mój oręż i możemy podbijać całe galaktyki.
    - Jeszcze jedno, - do rozmowy włączył się Szyszkin. - Zupełnie nie znam się na wojnach, ale może powiesz nam o możliwościach bojowych, jakimi może dysponować Patalach i jego ludzie. To może nam pomóc w przygotowaniu obrony.
    - Słuszna uwaga. Powinienem był o tym również pomyśleć, - Powiedział Ferrus. - Patalach potrafi się teleportować i posługiwać telepatią, stąd tak łatwo przeniknął z Centrum na jeden z okrętów. To potężna i niebezpieczna broń w rękach kogoś, kto wie jak jej użyć. Również posiadam takie zdolności, ale w obronie nie są za bardzo przydatne. O ile wiem nikt poza Patalachem i mną nie dysponuje takimi umiejętnościami. Załogi okrętów są obsadzone samymi młodymi żołnierzami, którzy nie posiadają takich umiejętności. Nie jestem pewien czy choć połowa z nich potrafi się posługiwać lancą lub toporem plazmowym. W Xualap jest jeszcze kilku bardzo starych weteranów, ale nawet, jeśli wciąż potrafią się teleportować to ich ogólna wartość bojowa jest zerowa. Broń to głównie lance i miotacze laserowe oraz krótkie noże. Jest jeszcze coś, co może być ważne. Pierwsze próby z okrętami z Zaxor wykazały niesprawność systemów kierowania ogniem. Działają w nieprzewidywalny sposób, więc nie można ich bezpiecznie używać. Załogi o tym wiedzą i nie zaryzykują strzelania w nieznane. Ja bynajmniej bym nie zaryzykował w takiej sytuacji.
    - Powiedziałeś, że w defensywie teleportacja jest nieprzydatna, - Samira wtrąciła się do rozmowy. - Czemu zatem ich nie zaatakujemy? Wtedy zyskamy przewagę taktyczną. Do tego możemy nadać materiał propagandowy o śmierci starego dyktatora i ewentualnie relację z przybycia Praxusa. To na młodych może wywrzeć wrażenie.
    - Niestety Piękna Damo, - odparł Ferrus. - Teoretycznie tak mogłoby być, gdyby załogi składały się z weteranów, jednak młodzi nie wiedzą nawet, kim był Praxus, więc nic nie da emisja takiego materiału. O śmierci Yaaha już wiedzą, więc również nie jest to już istotna informacja.
    - Pozostaje nam, zatem dowiedzieć się, na którym okręcie znajduje się Patalach i tam go zaatakować znienacka, - Ulf oświadczył podnieconym głosem.
    - Natychmiast ucieknie na inny okręt i będziemy się bawić w berka dopóki nie padniemy z głodu, - odpowiedział Ferrus. - Atak niestety nie wchodzi w grę. Nie posiadamy dość sił, by go skutecznie przeprowadzić. W świetle tego, co tutaj powiedzieliśmy zdaje się, że jestem jedynym, któremu nic nie grozi, gdyż nikt nie zaryzykuje utraty mojej wiedzy na temat Elementów. Mogę, zatem bezkarnie brnąć w najgęstszy tłum. To daje nam pewną przewagę nad wrogiem, gdyż w odróżnieniu od nich my nie musimy zważać na nikogo. Posilcie się proszę zanim zrobi się niebezpiecznie. Ja tymczasem wydam rozkazy dowódcom Gwardzistów.
    - Nakaż im by podeszwy butów nabili sobie krótkimi gwoździami, - Aurora odezwała się zza fotela Żarłoka. - Możemy rozlać stopiony tłuszcz, gdy tylko wtargną na pokład przez którykolwiek z doków. Zaraz załatwię to z ochmistrzynią.
    - Pójdę z Tobą, - Hera zaoferowała pomoc. - Też mam coś do załatwienia w tamtym rejonie.
    Obie wyszły z sali i podążyły w kierunku magazynów z zapasami. Ferrus także się skłonił i opuścił gości, by dopilnować przygotowań do obrony.
    - Wydaje mi się, że to wszystko, czym Ferrus dysponuje, - Khan pomyślał. - Wiele nie da się zdziałać samą odwagą, jednak jego postawa jest imponująca. Jak dotąd nie przyłapałem go na żadnym krętactwie lub nawet na przemilczeniu czegokolwiek. Wydaje mi się, że zasługuje w pełni na nasze zaufanie tym bardziej, że sam obdarzył nas takowym bez zastrzeżeń. Czy zgadzacie się z moją opinią?
    - Chętnie obejrzałbym jednak te materiały, które dla nas przygotował, - Żarłok odparł. - Ustabilizowanie Continuum jest absolutnym priorytetem. To chyba jasne dla każdego a niestety zamiast rozwiązań mamy nowe zagadki. Intelekt z Kuuru nie był dość przenikliwy, by rozwikłać tę kwestię w samotności, stąd wciąż nie dysponujemy kompletnym opisem rzeczywistości. Musimy go sami stworzyć, jeśli chcemy przetrwać. Mam w związku z powyższym następującą sugestię. Profesor Szyszkin i Samira, którzy są w pierwszym rzędzie naukowcami siądą z Ferrusem przy stole i wysłuchają wszystkiego, co ma w kwestii Artefaktów do powiedzenia. Rola klucza wydaje mi się również nieco tajemnicza. Należałoby zbadać archiwa czy nie znajdzie się, choć mała wzmianka o nim w jakichś prastarych dokumentach. Dla nas jest to praca niewykonalna ze względu na ogromną ilość danych do analizy i mocno ograniczoną inteligencję, jednak znam kogoś, kto doskonale sobie z tym poradzi i będzie szczęśliwy mogąc nam pomóc.
    - Zgadzam się z Tobą. Im szybciej poznamy tajemnice Sprawczych Elementów tym większa szansa, że zdołamy coś wymyślić w oparciu o te informacje. Nie mam wątpliwości, co do ich prawdziwości, gdyż wszyscy widzieliśmy drugą Arkę na własne oczy, - Khan poparł Żarłoka. - Ale kogo miałeś na myśli mówiąc o pomocy w archiwum? Nie znam nikogo, kto byłby się w stanie przekopać przez wielkie stosy danych i dokumentów w skończonym czasie.
    - Zaczekajcie dwie minuty to go tu sprowadzę, - Żarłok odparł tajemniczo i zniknął.
    - Ulf, zobacz, co się dzieje z naszymi jednostkami na Zaxor. Może są już gotowe. Szczególnie ważne mogą się okazać jednostki, które miały przejść konwersję z klasy Alef do Continuum. Posiadają unikalne polaryzatory fazowe i napęd Sub-Zero. Pozostałe jednostki nie posiadają takiego wyposażenia. Wprawdzie nie testowaliśmy tych konstrukcji w warunkach bojowych, ale gdzie znajdziemy ku temu lepszą okazję niż tutaj? - Mag wierzył, iż nowe zabawki przydadzą się w boju. - Samira z Uzim zadbali, by na każdej jednostce znalazło się Quadrium, więc z mocą nie powinno być problemu. Jeszcze musimy spytać Żarłoka, co miał na myśli mówiąc, że konstrukcje z Transmutalu mają też słabe punkty. Nigdy nie drążyliśmy tego tematu a wydaje się, że warto by to wiedzieć w tej chwili. Gdy Żarłok wróci musimy go wypytać.
    Ulfa już nie było, gdy Mag skończył mówić. Aurora i Hera wpadły do sali przez boczne wejście. Były nieco zziajane i miały rumieńce na twarzach.
    - Załatwiłyśmy z ochmistrzynią obronę doków. Już przetaczają wielkie kotły z tłuszczem do wyznaczonych miejsc. Kucharze zwijają się jak w ukropie. Zajmują miejsca przy grodziach i budują barykady ze wszystkiego, co znajdą. Jak to wszystko wyleją, nikt się nie utrzyma na nogach. Ale będzie jatka, - Hera cieszyła się jak dziecko. - Mówiłam też z szefem telewizji. Skieruje reporterów i kamery do wszystkich ważnych miejsc. Potomni będą mieli filmy akcji za darmo.
    - Trzeba by się przyjrzeć tym barykadom, - Wtrącił Khan. - Fachowa pomoc może im się przydać przy konstruowaniu umocnień.
    - Lepiej nie wychodźcie teraz z sali, - powiedziała Aurora spoglądając na Khana. - Wszyscy oszaleli na Waszym punkcie. Trudno się przedrzeć przez tłum. Ty Panie wraz z Praxusem na ramieniu staliście się obiektem kultu. Jest to o tyle dziwne, że nasza rasa nigdy nie posiadała żadnej religii a jedynie ją tworzyła dla ludzi.
    - Rzeczywiście dość dziwne, - stwierdził Khan w zamyśleniu. - Wnoszę stąd, iż pragnienie wierzenia jest dużo większe od pragnienia posiadania rzetelnej wiedzy. To dużo szybsza droga do dowartościowania się, rzekłbym, że darmowa, bo wystarczy uwierzyć w dowolną bzdurę i już nie trzeba się kłopotać dowodami ani rygorystyczną metodą naukową. Zadziwiające jednak, że tak łatwo zniewolić umysł. Na razie jednak może to działać na naszą korzyść. Może da się to jakoś później zdyskontować. Mam nadzieję, że Ty Auroro nie uległaś tej iluzji.
    - Nie Panie, choć przyznać muszę, że czułabym się dużo pewniej gdybym należała do tego tłumu, który jest w stanie ślepo zawierzyć swój los jakiemuś bogu zamiast samemu troszczyć się o przetrwanie, - rzekła Aurora zjadając wzrokiem Khana po kawałeczku. - Nie miałabym nic przeciwko takiemu Bogu.
    Khan odwrócił wzrok nieco speszony jej nieskrywaną atencją i udał, że jest bardzo zajęty. Ulf właśnie się zjawił a z nim trzy piękne psy rasy Wostok. Pojawienie się zwierząt wywołało zrozumiały popłoch wśród obecnych. Aurora schowała się za plecy Khana a Szyszkin prawie się przewrócił ze strachu.
    - Spokojnie, - rzekł Ulf z uśmiechem. - To najłagodniejsze psy w całym kosmosie. Nie zrobią Wam krzywdy. Dopiero na komendę „obiad” stają się troszkę groźniejsze. Nie macie się czego obawiać. Nie Wy w każdym razie. Zaopatrzyłem je w skafanderki. Ciekaw jestem, do czego są w nich zdolne.
    Każdy z trzech psów sięgał Ulfowi do pasa. Łasiły się a ich mądre oczy patrzyły wiernie, szukając aprobaty u Pana. Ulf pogłaskał je po kolei i nakazał, by usiadły.
    - Miałem spory ubaw, gdy uczyły się chodzić w skafandrach. Stąd powrót zabrał mi troszkę czasu, - rzekł Ulf głaskając potulne stworzenia. - Jeśli zaś chodzi o flotę to prawie wszystkie jednostki są już gotowe do boju. Nakazałem, by czekali na sygnał. Wtedy przybędą tu natychmiast.
    Aurora i Hera wystraszyły się nie tyle psów, lecz tego, że pojawiły się znikąd.
    - To u Was nawet psy się teleportują? - Hera spytała drżącym głosem. - Myślałam, że trzeba do tego być Aniołem lub posiadać jakiś specjalny sprzęt do wyginania przestrzeni. Może Ci na zewnątrz jednak mają rację montując ołtarzyki na wszystkich skrzyżowaniach? Sama już nie wiem...
    - Zapewniam Cię Pani, że nie ma w tym żadnych czarów, - Odrzekł Khan. - To tylko nauka, proste prawa fizyki. Nie dostrzegasz nic dziwnego w tym, że Anioły posiadają taką zdolność, lecz taka sama zdolność u ludzi budzi Twój lęk. Mamy sporo do nadrobienia w dziedzinie symetrii postrzegania zjawisk kulturowych.
    - Świetnie, że je tu przywiozłeś, Ulf, - wtrącił się Mag. - Już sam ich widok działa a co dopiero, gdy ruszą do akcji. Te psy mają jeden bardzo paskudny zwyczaj. Nie zagryzają a jedynie nadgryzają swoje ofiary, ale osobiście wołałbym już zostać zagryziony niż okaleczony przez nie.
    - Chyba nie uspokoiłeś Pań, o ile taki był Twój zamiar, - wtrąciła Samira. - Wostoki to kochane zwierzaki, więc nie ma się czego obawiać.
    Mówiąc to Samira podeszła do psów, objęła je po kolei za szyje i potargała za uszy. Psy zniosły to bohatersko i oblizały jej nos w odwecie. Hera i Aurora patrzyły na tę scenę z mieszanymi uczuciami.
    - Dość już tej zabawy. Pieski są głodne. Mieliśmy się przenieść na jakiś mostek kapitański albo coś w tym rodzaju. Tu chyba nie mamy nawet podglądu na sytuację, - Mag przerwał prezentację psich wdzięków. - Czy nasz gospodarz już rozstawił swoją załogę? Wolałbym widzieć, co wróg robi.
    - Właśnie rozprowadza Gwardzistów na posterunki i zaraz tu wróci, by nas zabrać do sterowni, - powiedziała Aurora. - Zjedzcie coś jeszcze zanim pójdziemy. Tyle tu pyszności.
    Aurora sięgnęła po paterę pełną pięknie ułożonych niby muszli zdobionych jakby mchem, ale błyszczących od pokrywającego je lukru. Spomiędzy muszli wystawały pęki malutkich, różnokolorowych, drobnych kwiatuszków na cienkich niebieskich łodyżkach. Podsunęła paterę Khanowi pod nos. Pachniały odurzającą wonią dzikich róż i kwiatów polnych, znad których unosił się delikatny zapach alkoholu. Khan sięgnął po jedną z muszli i odłamał kawałek zębami. Przez chwilę smakował specjał, po czym kiwnął głową z uznaniem i zjadł pozostałą część. Następnie sięgnął po puchar i wypił spory łyk.
    - Spróbujcie, jest doskonałe. Nigdy nic równie dobrego nie jedliście. Zapewniam Was, - Khan potwierdził słowa Aurory.
    Po kilku minutach patera była prawie pusta. Z rogu sali odezwał się gwizd Żarłoka.
    - A dla nas zostawiliście choć troszkę? - Pomyślał z wyrzutem. - My tu pracujmy a oni się objadają frykasami. Widzisz Uzi? Gdzie tu sprawiedliwość?
    - Uzi! - Samira podbiegła do robocika, który zamrugał filuternie swoimi oczkami. - A Ty co tu robisz? Chcesz walczyć czy te frykasy Cię tu zwabiły?
    - Uzi nam pomoże w rozwikłaniu zagadki klucza, - pomyślał Żarłok. - Jakiś czas temu zamontowałem mu wzmacniacze kognitywne i interfejsy matrycowe, więc bez problemu może się komunikować z komputerami Gniazda. Pochłonięcie wiedzy z archiwum nie powinno mu zająć wiele czasu.
    Uzi chciał podejść do Maga, ale Ulf ze swoimi trzema Wostokami stał mu na drodze. Uzi zatrzymał się przed nim i... Kopnął go w kostkę. Ulf złapał się za bolące miejsce nie spodziewając się ataku ze strony małego łobuza.
    - Czy Ty nie umiesz stać gdzie indziej, Duży? - Uzi spytał poirytowanym głosem. - Zawsze musisz człowiekowi przeszkadzać.
    Ominął zdziwione psy i podszedł do Maga.
    - Poszukiwacz mówił, że mam coś poczytać, - Uzi powiedział całkiem ludzkim głosem. - Zaprowadźcie mnie bym nie marnował czasu.
    - A więc to Ty Żarłoku przerobiłeś Uziego, - Mag skonstatował. - A ja myślałem, że to robota Samiry. Teraz już wiem, czemu Cię częstował stekami.
    - Uzi wyratował mnie z opresji, więc czułem się w obowiązku odwdzięczyć mu za jego pomoc i tak wyszło, że teraz wie prawie tyle, co ja a dzięki interfejsom matrycowym może wymieniać dane z Gniazdem na bieżąco, - Żarłok się usprawiedliwił. - Może się też zdalnie podłączyć do dowolnego systemu transmisji danych.
    - To może się nam bardzo przydać do planowania działań w nadchodzącej bitwie, - Khan zauważył rzeczowo. - Najpierw jednak trzeba pokazać Uziemu archiwum. To jest priorytet.
    Ferrus wparował przez główne drzwi i poprosił wszystkich, by podążyli za nim. Wyszli bocznym przejściem omijając szerokie pasaże. Windą wjechali na poziom techniczny, gdzie chwilowo mieściło się centrum dowodzenia. Ściany pokrywały dziesiątki ekranów pokazujących różne obiekty w, jak i poza Centrum Operacyjnym. Kilka Aniołów siedziało przy konsolach nadzorując pracę jakichś urządzeń. Przy drzwiach stanęło czterech uzbrojonych gwardzistów. Widok Khana z Praxusem na ramieniu wciąż napawał ich lękiem. Na wszelki wypadek trzymali się w bezpiecznej odległości. Ferrus wskazał spory stół pokryty ekranami, na których widać było różne rzuty przestrzeni wokół stacji. Kilka okrętów klasy Jumbo zgromadziło się po północnej stronie stacji. Reszta chyba jeszcze nie przybyła, bo nie było ich nigdzie widać. Wszyscy zajęli miejsca wokół stołu i patrzyli na wyświetlane obrazy.
    - Nie macie holoekranów? - Spytał Mag. - Płaskie ekrany nie oddają dobrze sytuacji. Trudno się w nich połapać.
    - Nasza technika powszechnego użytku ze zrozumiałych względów jest mocno spóźniona w stosunku do Waszej, - odparł Ferrus. - To efekt totalnego embarga na produkty technologiczne, jakie nas dotknęło po bitwie w układzie Myog. Nam z konieczności to wystarcza. Jeśli założycie gogle to będziecie obserwować obrazy w trzech wymiarach. Tak jak w starej stereowizji. Oddziały Gwardzistów rozmieściłem przy grodziach, których wróg może użyć do abordażu. Resztę grodzi zaspawaliśmy, więc nie da się ich otworzyć nawet od wewnątrz. Wszystko jest gotowe na przyjęcie nieproszonych gości. Teraz możemy jedynie czekać.
    Zauważywszy pytające spojrzenie Ferrusa, Khan wyjaśnił skąd wzięły się trzy ogromne zwierzaki i robot, którego przedtem tu nie było. Poprosił też, by udostępnić zasoby Archiwum Uziemu do wglądu. Po chwili wahania Ferrus wezwał strażnika i polecił mu zaprowadzić robota do Archiwum. Uzi podążył za Gwardzistą i obaj zniknęli za drzwiami.
    - Skoro najważniejsze rzeczy są już zrobione a wroga jeszcze nie widać, może zechcesz opowiedzieć nam historię Sprawczych Elementów? - Poprosił Khan mając nadzieję, że Patalach powstrzyma się z ofensywą, choć na kwadrans. - Chciałbym Ci również coś powiedzieć, jednak chcę się dowiedzieć najpierw na ile moje informacje pokrywają się z Twoją historią.
    Ferrus zastanawiał się przez chwilę, po czym przystąpił do opowiadania o Sprawczych Elementach. W miarę opowiadania Khan coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że nie ma do czynienia z ograniczonym Aniołem zdolnym jedynie do agresji lub tryumfalizmu, lecz z dość nieprzeciętnym, jeśli chodzi o walory intelektualne przedstawicielem tej rasy. Nie dość, że był niezwykle uczciwy to stopień rozumienia zagadnień naukowych jak i ogólnej sytuacji należał do najwyższych. Wszyscy z uwagą wysłuchali opowieści Ferrusa jednak, gdy doszedł do kwestii klucza, który Aurora zabrała Yaahowi pojawiły się wątpliwości.
    - Skąd wiadomo, że są trzy Elementy a nie na przykład dwa? Byłoby bardziej logiczne, gdyby istniał jeden Element o energii dodatniej i jeden o energii ujemnej, - zauważył Szyszkin. - Mogłyby się wtedy ich energie sumować do zera. Jednak trzy to jakby nadmiar z energetycznego punktu widzenia. Nie widzę jak miałyby się energie rozkładać pomiędzy trzy różne Elementy. Nie ma to dla mnie sensu. Czy posiadasz na to jakieś wytłumaczenie?
    - Inne podanie mówi, że wszechświaty składają się nie z dwóch przeciwnych znakami potencjałów, lecz z trzech, które są wzajemnie komplementarne energetycznie, - Ferrus kontynuował opowieść. - Nauka ludzi zakłada błędnie, że plus i minus znoszą się wzajemnie do zera. Podanie wskazuje, że problem tkwi w matematyce używanej do opisu zjawisk fizycznych. Bipolarny opis wystarczał Newtonowi do opisu podstaw, jednak z powstaniem teorii kwantów a później teorii Wu Shina brak koncepcji tripolarnej natury energii zaowocował niewłaściwym rozumieniem świata a matematyka utwierdzała naukowców w błędzie nie dając alternatywy. Tak przynajmniej, jako nienaukowiec rozumiem sens tej przypowieści. Orientuję się w naukach ścisłych nieszczególnie, lecz wiem, iż teoria Wu Shin nie zawsze zgadza się z eksperymentem a to powinno być mocnym impulsem do dalszych poszukiwań. Nie będę się wymądrzał na ten temat jednak fakty są takie, iż mamy dwa Elementy u siebie i one nie niwelują wzajemnie swojego oddziaływania. Wręcz przeciwnie, ich wzajemne oddziaływanie destabilizuje Wszechświat, o czym mogliście się już dzisiaj przekonać.
    Wywód Ferrusa przerwało pojawienie się na ekranie trzech obiektów obok już namierzonych okrętów Patalacha. Nowe jednostki były jednak wielokrotnie większe od poprzednich. Na ekranie nie było widać samych okrętów, tylko prostokąciki je symbolizujące.
    - Obserwator! - Zawołał Ferrus. - Dajcie zbliżenie optyczne nowych obiektów na główny ekran.
    - Tak jest, Panie, - Młody żołnierz skłonił się i przystąpił do namierzania nowych obiektów teleskopem optycznym.
    Obraz na ekranie zaczął tańczyć na wszystkie strony, by po chwili się ustabilizować. Najpierw było widać malutką kropkę, która w miarę zwiększania przybliżenia rosła coraz bardziej. Okręt klasy Jumbo, który znajdował się po lewej stronie nowego obiektu wyglądał jak kuter rybacki przy pancerniku. W dodatku nowy obiekt miał dziwne, nieregularne kształty, które nie przypominały żadnego znanego typu okrętu. Obserwator jeszcze bardziej przybliżył obraz.
    - Mówiłem, że Transmutal ma pewne dziwne własności. Jedną z nich jest tak zwana adhezywność w silnych polach grawitacyjnych, - wtrącił się Żarłok. - Jeśli obiekty nie wchodzą w silne pole grawitacyjne - na przykład takie, jakie jest wytwarzane przez stos grawitacyjny z zachowaniem bezpiecznych odległości to struktury mogą się wzajemnie przenikać tak jak to widzimy. Pięć okrętów zajęło w pewnym momencie ten sam obszar czasoprzestrzeni i uległo wzajemnej adhezji. Zapewne stos grawitacyjny nie jest jeszcze wystarczająco stabilny. W fizyce jest to efekt działania tak zwanego zakazu Pauliego. Nie byłoby problemu, gdyby to był I-Transmutal, ale w tym przypadku mamy jednostkę złożoną z bezładnie połączonych kilku okrętów.
    Ekran faktycznie ukazywał bryłę składającą się, z co najmniej pięciu bezładnie połączonych okrętów.
    - Niewykluczone, że to obecność wcześniejszych okrętów w pobliżu ogniska stosu powoduje jego destabilizację, - Żarłok kontynuował.
    Połączone okręty wirowały nieznacznie wokół swojego środka masy tak, że widzowie dostrzegli kłęby dymu wydostające się z tej dziwnej konstrukcji. Okręty znajdowały się jeszcze dość daleko od Centrum, ale nawet z odległości dwudziestu tysięcy kilometrów wybuch takiego okrętu mógłby uszkodzić konstrukcję bazy a nawet ją zniszczyć.
    - Czy to może zagrozić Centrum? - Spytał zaniepokojony Ferrus. - Możemy ostrzelać ich z laserów lub broni kinetycznej, jeśli trzeba.
    - To raczej niewiele da. Jak wiesz nie są to typowe metalowe konstrukcje, więc taka broń nic im nie zrobi. Jeśli natomiast traficie w ognisko wycieku, może to doprowadzić do przyspieszenia wybuchu i wtedy mamy duży problem, - odparł szybko Mag. - Mam lepszy pomysł jak się pozbyć tego świństwa. Ulf musisz mnie poprowadzić. Weźmiemy dwie jednostki klasy Continuum i krzyżując wiązki polaryzatorów fazowych wypchniemy tą kupę złomu poza naszą czasoprzestrzeń. Tam może sobie wybuchać do woli.
    Ulf z Magiem zniknęli w jednej chwili. Ferrus spojrzał na Khana pytająco.
    - To jedna z rzeczy, o których miałeś się dowiedzieć po zakończeniu Twojej opowieści, ale jak widzisz nie było jeszcze sposobności, - Khan krótko wytłumaczył. - Parę innych sztuczek już widziałeś w wykonaniu Praxusa, choć i to nie wyczerpuje tematu. Ale na razie chyba nie czas na opowiadanie.
  • #4
    yego666
    Level 33  
    ============ Odcinek 3 =============

    Z okolic doków dobiegały odgłosy walki. Jeden z okrętów Patalacha niezauważony zdołał przycumować i otworzyć grodzie. Hera przełączyła kilka pstryczków i na kilku bocznych ekranach ukazały się obrazy z kamer telewizyjnych, które zostały tam zainstalowane na jej polecenie. Jedna z kamer pokazywała około dwudziestu pięciu marynarzy ubranych w granatowe mundury floty i uzbrojonych w miotacze laserowe. Właśnie przeciskali się bezładnie przez otwarty właz. Nie byli szkoleni do takich akcji, więc każdy pchał się do przodu zamiast się ustawić w kolejce do przejścia, stąd panował wśród nich totalny chaos. Po kilku chwilach wypadli jednak na rampę wejściową i zaczęli biec w dół. Trzynastu Gwardzistów Ferrusa czekało przy końcu rampy na wroga. Gdy atakujący byli już w połowie rampy, Korpus Kuchcików z dzikim wyciem przewrócił kotły z oliwą, która wylała się wprost na najeźdźców i zaczęła spływać strumieniami w dół. Bieg zamienił się w zjazd wśród krzyków i przekleństw. Dojechawszy do końca rampy usiłowali wstać na nogi, ale żadnemu się to nie udało. Ilekroć któryś chciał się podnieść, ześlizgiwał się po warstwie oleju i lądował na czworakach lub na plecach kolegów. Ostatnich dwóch, którzy jeszcze nie dotarli do strefy ślizgu widząc, co się dzieje zaczęło się wycofywać, lecz ogień Gwardzistów szybko odciął im odwrót a niektórym nie tylko odwrót. Gwardziści zaprzestali strzelania z miotaczy laserowych i lanc plazmowych w obawie przed pożarem. Sięgnęli po tradycyjne miecze i topory. Poruszając się zręcznie na podkutych gwoździami podeszwach dokonali istnej rzezi. Nie dość, że wszystkich wrogów pozbawili kończyn to z lubością pozbawiali okaleczonych wrogów oczu, - jedynej części ciała, która się nie regenerowała. Pozbawieni jakiejkolwiek pomocy żołnierze Patalacha wykrwawiali się na śmierć jeden po drugim. Po pięciu minutach żaden z nich już się nie poruszał. Atak zakończył się totalną klęską. Na pokładzie jednostki pozostało jednak jeszcze kilku maruderów, którzy nie przyłączyli się do walki a teraz usiłowali zamknąć właz okrętu, by nim umknąć. Gwardziści zajmujący się dobijaniem tych, którzy nie chcieli samodzielnie wyzionąć ducha ruszyli do włazu barykadując go wcześniej przygotowanymi stalowymi belkami. Wpadli na okręt i rozpoczęli pościg za niedobitkami. W bitwach Aniołów nigdy nie brano jeńców. Powodowało to potężną agresję u obu walczących stron, gdyż można było jedynie zwyciężyć lub zginąć. Innych możliwości nie było. Pościg nie trwał długo, gdyż wszyscy uciekinierzy zgromadzili się na mostku przy kapitanie i tam też dokonali żywota od ciosów toporami i lancami. Gwardziści opuścili okręt niosąc w rekach odcięte głowy zabitych. Dorzucili je do stosu, który pozostali usypali z głów żołnierzy zabitych na rampie. Wszyscy zaczęli wiwatować i tańczyć wokół stosu wykrzykując na przemian „Ferrus” i „Praxus”. Ferrus spojrzał z podziwem na Herę, która wpatrywała się w ekran jak zauroczona.
    - Twoja taktyka okazała się niezwykle skuteczna, Hero. Po wszystkim rozważę czy nie przyznać Ci stopnia Marszałka. Pewien jestem, że Gwardziści poradziliby sobie i bez oleju, ale straty byłyby spore.
    - To tylko pierwsza potyczka Ferrusie, - powiedział Khan. - Jestem pełen podziwu dla sprawności Twoich Gwardzistów, ale czy nie sądzisz, że przeciwnik nie dorównuje im w żadnej mierze? To dobrze, że walczymy z liczniejszym, ale niewyszkolonym wrogiem. Nasze szanse rosną dzięki temu jednak fakt, że w ogóle zaatakowali świadczy, iż Patalach musi być już po tej stronie stosu grawitacyjnego.
    - Prawdopodobnie masz rację, - odrzekł Ferrus wciąż patrząc na ekran. - Jednak nie mam wciąż sposobu, by go schwytać. Na szczęście Praxus pozbawił nas kłopotu likwidując pozostałych zbuntowanych członków Rady. Byłoby dużo gorzej, gdyby oni również zaczęli skakać po bazie gdzie popadnie.
    W międzyczasie z ogniska stosu grawitacyjnego wyłoniły się kolejne trzy okręty klasy Jumbo. Z drugiej strony Centrum zmaterializowały się dwa okręty klasy Alef.
    - Jesteśmy już z powrotem i mamy zabawki ze sobą, - głos Maga dotarł do świadomości Khana. - Zaraz się weźmiemy za ten złom.
    Okręty klasy Alef były prawie dwukrotnie większe od jednostek klasy Jumbo. Khan poinformował pozostałych o przybyciu odsieczy. Wszyscy skupili się teraz na obserwowaniu sytuacji wokół bazy. Okręty Patalacha utworzyły szyk pierścienia dla obrony przed wrogiem. Mag i Ulf nie zamierzali jednak pakować się w środek formacji i zręcznym manewrem okrążyły całe zgrupowanie znajdując się błyskawicznie na ich tyłach. Ten manewr widocznie nie znajdował się w podręczniku, gdyż żaden okręt Patalacha na niego nie zareagował. Okręty klasy Alef szybko podeszły do dymiącego zlepku kilku okrętów wroga i jednocześnie włączyły rufowe polaryzatory fazowe. Przestrzeń wokół wraków zaczęła pulsować. Po stacji przeszła fala krótkich wibracji niskiej częstotliwości, wywołana naprzemiennym ściskaniem i rozciąganiem przestrzeni. Po chwili wraki znikły zupełnie a zwolniona z ich uścisku przestrzeń strzeliła potężną falą grawitacyjną, która uderzyła w okręty Patalacha. Kilka z nich wpadło na siebie sypiąc w miejscach kolizji gigantycznymi snopami iskier. Odskoczyły od siebie tak gwałtownie, że wszystko, co znajdowało się w środku musiało zostać rozsmarowane po ścianach. Okręty Alef błyskawicznie obróciły się w kierunku wroga i z wszystkich dział wszelkiego rodzaju broni zaczęły pluć ogniem, torpedami z antymaterią, plazmą, wiązkami promieni gamma i zwykłymi pociskami z elektromagnetycznych dział kinetycznych. Siła ognia przeraziłaby nawet doświadczonych dowódców a co dopiero niedoświadczonych młokosów, z których składały się wszystkie załogi okrętów Patalacha. Okręty zaczęły się rozpraszać, by uniknąć ognia, lecz w tej samej chwili ze wszystkich stron zaczęły się materializować pozostałe okręty przybyłe z Zaxor. Natychmiast po pojawieniu się otwierały ogień ze wszystkiego, co miały. Pojedyncze jednostki wroga nie mając pola manewru zaczęły odpowiadać ogniem w kierunku napastników. Nie posiadając jednak sprawnego systemu namierzania większość pocisków leciała w przeciwnym kierunku do zamierzonego, czasem trafiając sąsiedni okręt własnej bandery. Trafione okręty nie rozpadały się jednak, gdyż były zrobione z Transmutalu, ale za to koziołkowały na wszystkie strony. Niektóre okręty z Zaxor również zostały trafione przypadkowo celnymi strzałami wroga, jednak szyk jednostek Patalacha został złamany i każdy ratował się na własną rękę. Część okrętów salwowała się ucieczką poprzez stos grawitacyjny, inne wykonały dalekie skoki poprzez tunele czasoprzestrzenne a jedynie kilka postanowiło przeprowadzić kontratak. Początkowo udało im się sformować zwarty szyk. Nawigatorzy na tych jednostkach byli widocznie sprytniejsi, gdyż tak ustawili szyk, by ogień własnych jednostek nie bił w inne własne okręty. Zaczęła się wymiana ciosów pomiędzy liczniejszymi okrętami z Zaxor a małą grupką ocalałych okrętów Aniołów. Dwie jednostki klasy Alef powoli podchodziły do wroga od tyłu.
    - Żarłoku, - głos Maga zabrzmiał wyraźnie w głowie Świstogona. - Wspominałeś, że Transmutal ma słabe punkty. Możemy się tu okładać z wrogiem do jutra i końca nie będzie widać, więc może udałoby się wykorzystać Twoją wiedzę...
    - To nie takie proste, ale przy dobrej współpracy może się udać, - odparł Żarłok. - Słuchajcie uważnie. Konstrukcja z Transmutalu posiada niezwykle wysoką częstotliwość rezonansową. Jeśli uda się Wam zestroić polaryzatory fazowe na tę częstotliwość i przez kilka sekund utrzymać niewielkie pole ostrzału na kadłubie to powstanie nieciągłość w strukturze materiału i nie będzie on utrzymywał oryginalnych praw fizyki wewnątrz okrętu. Wystarczy, za pomocą działka grawitacyjnego, wytworzyć w okolicach tej nieciągłości pole o natężeniu przekraczającym wytrzymałość załogi. Pole wniknie do wnętrza okrętu i zrobi swoje. Nie powinno to przekraczać Waszych możliwości jak sądzę.
    - Sądziłem, że Transmutal jest odporny na takie rzeczy, - Ulf wtrącił ze zdziwieniem. - Wprawdzie nie testowaliśmy materiału na taką okoliczność, ale skoro może wytrzymać wielki kolaps to sądziłem, że taki manewr nie uczyni konstrukcji żadnej szkody.
    - Przy zjawiskach takich jak Wielki Wybuch czy Wielki Kolaps mamy do czynienia ze zmienną wartością pola, ale znak gradientu się nie zmienia a więc nie ma warunków oscylacji rezonansowych, - wyjaśnił Żarłok. - Stąd Transmutal zniesie takie warunki bez uszczerbku dla załogi.
    - Weźmy na początek tego, który najmocniej się ostrzeliwuje, - Mag zadecydował. - Zobaczymy czy to działa. Ale skąd będziemy wiedzieć, jaką częstotliwość rezonansową powinniśmy wybrać? Przecież jej nie znamy.
    - Właśnie tu jest trudność, - Podjął Żarłok. - Kiedyś z grubsza szacowałem tę częstotliwość, ale jest ona zależna od wielu czynników. Nie tylko sam materiał, ale też grubość powłoki określa ją. Za każdym razem trzeba ją wyznaczyć eksperymentalnie. Typowo będzie ona rzędu TeraHertzów, ale zakres może być od kilku do nawet kilkudziesięciu. Musicie to wybadać krótkimi impulsami lasera gamma. Strzelając krótkim impulsem można zaobserwować pojaśnienie materiału absorbującego energię, jeśli jest ona bliska rezonansu. Więc trzeba będzie trochę poeksperymentować.
    Oba okręty podeszły na odległość skutecznej obserwacji optycznej do wrogiej jednostki i rozpoczęły ostrzał z laserów gamma. Okręt Ulfa ostrzeliwał lewą a Maga prawą burtę. Wrogi okręt nie bawił się w kurtuazyjne gesty i odwracając się w różne strony odpowiadał ogniem z dział elektromagnetycznych. Uderzenie każdego pocisku o kadłub nie czyniło wprawdzie szkody okrętowi, ale wprawiało go w nieprzyjemne drżenie. Po dziesięciu minutach takiej zabawy Mag miał już dość i postanowił się oddalić. Gdy tylko wykonał zwrot mniejszy od niego okręt uznał chyba, że większy przeciwnik ucieka i ruszył za nim w pościg. Strzelał ze wszystkich możliwych dział, promienników i laserów. Większość ciosów nie trafiała ze względu na wadę układu namierzania. Magowi przyszedł do głowy pewien pomysł. Zaczął powoli się oddalać nabierając prędkości, by stworzyć wrażenie ucieczki. W pewnym momencie wykonał skok do układu Gallusa, który znał z licznych lotów treningowych. Układ Gallusa był najbardziej oddalonym od Ziemi układem gwiezdnym w zbadanym wszechświecie. Gdy okręt Maga zmaterializował się u celu zastał spokojne niebo, pozbawione wrogich okrętów.
    - Ulf, czy nasz prześladowca skoczył za nami, - spytał Mag. - Nie widzę, by ktokolwiek się za mną pofatygował. Może się spietrał?
    - Wydaje mi się, że skoczył, bo nie widzę go na radarze podstawowym. Detektor masy też go nie widzi.
    - Właśnie wypadł o parę tysięcy kilometrów od nas i od razu zaczął strzelać. Tak jak przypuszczałem, skoczył po naszym śladzie fazowym.
    - Żarłoku, czy Jeśli skoczę poza naszą przestrzeń, wróg będzie mógł skoczyć za mną po śladzie?
    - Jeśli zaczynasz w naszej przestrzeni to z pewnością będzie mógł wyliczyć swój skok za Tobą. Zanim jednak skoczysz upewnij się, że masz zgromadzone dość energii na powrót. Wiesz jak skorzystać z Quadrium?
    - Oczywiście. Mamy go tutaj chyba z kilogram. Czy skacząc za mną będą wiedzieli, gdzie wylądują?
    - Nie ma takiej możliwości. Jeśli podążają po śladzie, układ namierzania cały czas prowadzi po nim aż dotrze do jego końca. Wtedy kończy skok.
    Mag rozkazał wykonać skok o kolejne piętnaście giga parseków. Wskaźniki energii wskazywały pełny zakres, więc był właściwie przygotowany do spotkania z Nicością. Rufowe dysze rozjarzyły się piekielnym ogniem i okręt skoczył w nieznane. Po chwili załoga poczuła wstrząs, który przeszył cały okręt. Skok się zakończył. Detektory zwykle pełne punkcików wskazujących obiekty posiadające masę teraz pozostały zupełnie ciemne. Ani jeden punkcik nie mącił doskonałej pustki ekranów.
    - Ulf, czy Twoje detektory widzą coś w układzie Gallusa? - Mag spytał w myślach.
    Czekał chwilę na odpowiedź, ale się nie doczekał. Dziwny skurcz ścisnął mu żołądek. Świadomość, że siedział w miejscu, które nie miało współrzędnych w klasycznym rozumieniu była niepokojąca. Brak kontaktu z Ulfem również nie dodawał otuchy.
    - No to wreszcie jestem pierwszym człowiekiem, który znalazł się w Nicości, - pomyślał. - Ciekawe, co bym zobaczył gdybym wyszedł na zewnątrz okrętu.
    Załoga meldowała o utracie wszelkich odczytów z radarów i innych urządzeń nawigacyjnych. Wszyscy poczuli dreszcz strachu. Nigdy nikt nie znalazł się jeszcze tak daleko od domu. Kilka par oczu wpatrywało się pytająco w Maga.
    - Odwrócić współrzędne skoku i przygotować się do powrotu, - Mag rozkazał.
    Świadomość, że ktoś wiedział, co robić dodała wszystkim ducha. Współrzędne zostały po chwili przeliczone a wynik pojawił się na ekranie. Mag podszedł do konsoli sterowania wektorowego i nacisnął przycisk. Wszyscy wpatrywali się w napięciu w ekrany detektora masy, ale nic się nie chciało na nich pojawić.
    - Brak aktualnych koordynat położenia własnego, - zameldował nawigator. - Skok nie może zostać wykonany.
    Magowi ścierpła skóra na karku.
    - No to ładnie się wpakowaliśmy. O tym nie pomyślałem, że w Nicości nie posiadamy żadnego punktu odniesienia, stąd komputer nie wie gdzie się znajduje a co za tym idzie, dowolny skok zostanie zignorowany z powodu niemożności określenia położenia celu.
    Przez chwilę jeszcze tępo się wpatrywał w puste ekrany nie wiedząc, co w takiej sytuacji zrobić. Otrząsnąwszy się z zaskoczenia, Mag zaczął w głowie przeglądać wszystkie informacje, jakie Żarłok mu przekazał na temat Nicości. Nie było tego wiele. Trudno było sobie wyobrazić takie miejsce, które nie znajduje się ani w lewo, ani w prawo, ani też powyżej czy poniżej jakiegokolwiek znanego miejsca. Nie istniała też żadna miarka, która by określiła jak daleko od domu się znaleźli. Tak w ogóle to nie ma miejsca, w którym by obecnie przebywali. Okręt tworzył swoją własną rzeczywistość i póki był szczelny nic im nie groziło. Powietrze, woda i jedzenie będą przetwarzane w zamkniętym obiegu tak długo jak starczy energii. Nawet tempo upływu czasu mogło się zmienić, gdyż nie miało żadnego połączenia ze źródłem oryginalnych praw fizyki. Mogło się zmieniać w dowolną stronę i nikt by tego nie dostrzegł. W tej chwili mógł już upłynąć na Ziemi na przykład milion lat od bitwy, albo nawet miliard. Jeśliby faktycznie tyle czasu upłynęło, znaczyłoby to, że jednak nie nastąpiła degeneracja przestrzeni, lub że ktoś wyekspediował obie Arki w Nicość. Z całą pewnością nie nastąpił jeszcze kolaps wszystkiego, gdyż on i cały okręt wciąż istnieli. Mag rozkazał, by wszyscy udali się na spoczynek. Sam udał się do swojej kajuty i rozmyślał nad tym jak wyjść z opresji. Myślał nad różnymi możliwościami jednak zawsze kończyło się na nieznajomości własnego położenia. W końcu znużony zasnął.
    Ulf bezskutecznie próbował nawiązać kontakt z Magiem jednak nieodmiennie odpowiadała mu cisza. Próby zlokalizowania jego okrętu lub okrętu, który go ścigał również spełzły na niczym. Dotąd powinien był już wrócić do tej enklawy. Musiało się zatem zdarzyć coś nieprzewidzianego, skoro jeszcze tego nie uczynił. Żarłok zapytany o zdanie w tej kwestii także nie był w stanie powiedzieć, co się stało.
    - Może awaria układów zasilania a może okręt nie był szczelny i zabił załogę, gdy tylko znalazł się w Nicości... Możliwości jest wiele, - Żarłok spekulował w myślach. - Trzeci znajdujący się w Nicości Sprawczy Element zapewniał oś odniesienia, więc łatwo po nim wrócić do punktu wyjścia. Mag na pewno wie jak wyznaczyć współrzędne własnej lokalizacji tylko czy mówiłem, jak to zrobić?
    - Szczerze mówiąc nie przypominam sobie, Żarłoku, byś nam mówił jak to należy zrobić, - wtrącił się Ulf. - Gdybym trafił do Nicości miałbym problem. Nasze jednostki nie są wyposażone w żaden sprzęt, który wykrywałby cokolwiek poprzez Nicość.
    - A czy detektory masy są na pokładzie? - Spytał zaniepokojony Żarłok.
    - Oczywiście, że są, - odparł Ulf. - Każda jednostka je ma.
    Żarłok wyjaśnił wszystkim, co należy zrobić, by nie utknąć w Nicości na zawsze. Nie było to trudne tylko trzeba było na to wpaść.
    - Mam nadzieję, że Mag na to wpadnie, - rzekł zatroskany Ulf. - Zna się na tych okrętach nie gorzej ode mnie, więc na pewno wpadnie na tak prostą myśl.
    - Szkoda, że nie pomyśleliśmy o tym zanim Mag się tam wybrał, - dodała Samira smutnym głosem. - Jestem pewna, że da sobie radę.
    Na zewnątrz Centrum bitwa trwała w najlepsze. Cztery pozostałe okręty Patalacha strzelały głównie do swoich jednostek, choć czasem któryś strzał dosięgał zamierzonego celu. Problem z namierzaniem bardzo utrudniał Aniołom prowadzenie ognia. Mimo niezniszczalnego pancerza okręty podskakiwały jak kaczki na wodzie po każdym trafieniu. Morale załóg obniżało się z każdym otrzymanym ciosem. Nic nie groziło bezpośrednio załogom, jednak ciągłe koziołki i dzikie podskoki nie pozostały bez wpływu na psychiczny stan załóg. Po godzinie takich tortur dowódcy dwóch okrętów poprosili o zawieszenie broni. Ich okręty oderwały się od pozostałych i wstrzymały ogień. Okręty z Zaxor otrzymały zakaz strzelania do nich. Okręty po kolei przybiły do Bazy i załogi z rozkazu Ferrusa zostały uwięzione. Trzy z czterech bronionych portów dokujących zostały zablokowane przez przycumowane okręty. Pozostał tylko jeden port, którym można się było dostać na stację. Dwa pozostałe okręty obsadzone przez siły wierne Patalachowi wirowały i manewrowały jak szalone usiłując uniknąć ognia nieprzyjaciela, jednak nie było to łatwe. Obrońcy z zablokowanych portów przenieśli się do jedynego czynnego portu i ustawili się za barykadami.
    - Gdybym był Patalachem, nie narażałbym się na takie dzikie manewry, tylko znalazłbym sobie jakieś spokojniejsze miejsce w Centrum Operacyjnym, - zauważył Khan. - Założę się, że on siedzi gdzieś w pobliżu i się z nas śmieje. Czy jest tu jakieś miejsce, z którego da się sterować zdalnie przebiegiem bitwy?
    - Sporo jest takich miejsc, - odparł Ferrus. - Choćby Siłownia. Jest tam pomieszczenie z pełnym dostępem do środków łączności i konsole obserwacyjne. Nie ma wprawdzie sterowania funkcjami Centrum, ale i tak to świetne miejsce. Ja bym właśnie je wybrał ze względu na to, iż jest łatwe do obrony. Prowadzi do niego tylko wąski korytarz, który wystarczy obsadzić kilkoma żołnierzami, by być względnie bezpiecznym. Nic nam jednak nie przyjdzie ze zdobycia tego pomieszczenia. Patalach natychmiast zmieni miejsce pobytu. Możemy się z nim bawić w kotka i myszkę aż nie padnie z głodu. Musimy wymyślić plan, który pozwoli wyprzedzić go chociaż o jeden krok.
    - Skoro dla Patalacha istotny jest dostęp do urządzeń obserwacyjnych i systemów łączności to najprościej byłoby odłączyć wszystkie niestrzeżone terminale od systemu, - zauważyła Samira. - Zostanie głuchy i ślepy. Pozostały mu już tylko dwa okręty. Jeśli nie będzie miał dogodnego miejsca w Centrum, będzie musiał przenieść się na jeden z nich, by móc dowodzić bitwą. Gdybyśmy doprowadzili do takiej sytuacji, wiedzielibyśmy gdzie się znajduje nasz główny wróg.
    - I tak go w ten sposób nie złapiemy, - Szyszkin się wtrącił. - Skoro kilkoro z Was potrafi się teleportować, czemu nie wskoczyć na oba pozostałe okręty i nie wyciąć załóg w pień? Oszczędziłoby to nam wiele czasu.
    - W zasadzie możnaby tak zrobić, jednak nie wiemy jak zostały zmodyfikowane wnętrza okrętów, - odparł Khan. - Można się wpakować w przeszkodę, której się nie spodziewamy. Teleportacja jest bezpieczna, jeśli dokładnie znamy miejsce lądowania. Obiekty biologiczne nie stanowią problemu, gdyż matryce splątań takich obiektów automatycznie unikają kontaktu i korygują współrzędne miejsca docelowego. Już dawno bym to zrobił, gdyby nie ten problem. Patalach nie jest zapewne głupcem i zdaje sobie sprawę z tego mechanizmu, stąd sądzę, że zastawił parę pułapek na okrętach. Ulf również kazał zrobić coś podobnego na naszych okrętach, czyż nie?
    - Nie tylko to, ale kazałem też zamontować generatory fal Theta uniemożliwiające teleportację czy telekinezę w obszarze okrętu. Mogę dostać się na okręt, ale już z niego się nie wydostanę w ten sposób. Jak dotąd nikt nie próbował abordażu tą drogą, - Ulf zakomunikował. - Czy Anioły a w szczególności Patalach posiadają zdolności telekinetyczne?
    - Nigdy nie słyszałem o żadnym takim przypadku, - odpowiedział Ferrus. - Sam potrafię sporo, ale telekinezy nie próbowałem. Nie sądzę, by było to możliwe, ale mogę się mylić. Różne tajne stowarzyszenia mogły szerzyć takie umiejętności wśród członków Rady albo w innych środowiskach. Być może Yaah dysponował taką mocą, ale raczej nie miała dużego zasięgu. Pomysł Pani Samiry wydaje mi się bardzo użyteczny, gdyż odetnie Patalacha od istotnych informacji w obrębie Bazy.
    Ferrus wezwał dwóch oficerów Gwardii i wydał im rozkaz odcięcia wszystkich terminali za wyjątkiem tych, które były w tym pomieszczeniu. Oficerowie niezwłocznie przystąpili do wykonania rozkazu. Po kwadransie wrócili i zameldowali o wykonaniu zadania.
    - No to Patalach nie ma tu po co wracać, chyba, że z większą grupą szturmową, - Khan podsumował sytuację. - Chyba już się zorientował, że tutaj nie ma co szukać. Spójrzcie, jego okręty przestały strzelać. Czyżby chciał się poddać?
    Dwa okręty wykonały zwrot i zaczęły nabierać prędkości oddalając się od Bazy. Patalach nie dbał już o maskowanie, stąd wykonał skok nie korzystając ze stosu grawitacyjnego wprawiając wszystkich w osłupienie.
    - Przecież bitwa jeszcze się nie skończyła. To wstrętny tchórz, - Ulf rzucił zły. - Tak się nie robi!
    - Sprawdź Ulf, dokąd skoczył. Obawiam się, że nie mogąc nic tutaj wskórać mógł wymyślić coś innego, - poprosił Khan. - Przeskanuj przestrzeń wokół Ziemi i Zaxor. Nie sądzę, by był tak głupi, aby tam się udać, ale nie zawadzi sprawdzić.
    - Jeden okręt wyskoczył w rejonie Mictlan a drugi znajduje się w układzie Wong, - Ulf oznajmił telepatycznie. - Co oni tam szukają? Przecież tam już nic nie ma.
    Przez drzwi wszedł dziarskim krokiem Uzi. Jego promiennik wysokiego napięcia jeszcze dymił i iskierki skakały po wystających antenkach.
    - Moglibyście powiedzieć straży, że Uzi może wszędzie wchodzić, - mały robocik zwrócił się do Ferrusa. - Nie musiałbym się z nimi bić. Kto mi odłączył dojście do sieci Archiwum? Jeszcze nie skończyłem.
    - Przepraszam Uzi, - odparła Samira głaszcząc jego korpus. - To był mój pomysł, ale nie przypuszczałam, że Ciebie też odetną. Ferrusie, czy możemy Uziemu przywrócić dostęp?
    Ferrus był wściekły na dowódców, którzy okazali się zupełnie bezmyślni. Zawołał ich i zrugał kolejno.
    - Uzi, czy natrafiłeś na jakąś wzmiankę o czymś, co może się znajdować na Mictlan lub Wong? - Zapytał Khan. - Być może Yaah coś tam ukrył w tajemnicy. Musi istnieć powód, dla którego Patalach właśnie tam się udał.
    - Jedyna wzmianka, która pochodzi sprzed trzydziestu lat dotyczy tajnych laboratoriów pod powierzchnią. Zostały wydrążone tysiące kilometrów korytarzy, ale wzmianka nie podaje, w jakim celu. Od czasu powstania laboratoriów dostawy rud metali z kopalń do oficjalnych kompleksów przemysłowych zmalały o trzydzieści procent. Z Ziemi przez ostatnie trzydzieści lat znikło ponad dwa tysiące naukowców różnych specjalności. Nie jestem pewien czy te dane wiążą się w jakikolwiek sposób ze sobą, gdyż nie wszystkie materiały z Archiwum zdążyłem przyswoić. Jest też wzmianka o odkryciu prastarych ruin podmorskich na Ziemi i o tym, że znaleziono tam wizerunki trzech Sprawczych Elementów. To miejsce nazwano Atlantydą. Więcej na razie nie zdążyłem przeczytać. Czy ktoś mi przywróci wreszcie ten dostęp?
    - Już nad tym pracujemy. Za chwilę będziesz miał sprawne łącze bezpośrednio stąd, - odparł Ferrus. - Czy wszystkie materiały nieelektroniczne już przejrzałeś, przyjacielu?
    - O ile mi wiadomo, nie pasaliśmy razem kóz, Panie Anioł, - Uzi odparł urażony. - Na Twój temat też jest sporo w Archiwum. Yaah Cię nie bardzo lubił i kilka razy nasyłał na Ciebie zbirów, jednak za każdym razem wychodziłeś z tego cało. To dobrze o Tobie świadczy. Może kiedyś wypijemy razem... W każdym razie niezłe z Ciebie ziółko.
    Wszyscy wybuchli śmiechem na takie odważne słowa w ustach tak niepozornego robocika. Ferrus nawet się nie obraził, gdyż wiedział ile jest prawdy w słowach tego małego blaszaka.
    - Cóż, zaiste nie byłem święty, ale przypuszczam, że żaden z Aniołów nie mógłby pretendować do takiego miana, - odparł Ferrus z uśmiechem. - Może kiedyś dostąpię zaszczytu bycia Twoim przyjacielem.
    Oficer wskazał Uziemu miejsce, gdzie mógłby się podłączyć do Archiwum. Robocik stanął naprzeciwko wskazanego terminalu i cienki światłowód wyskoczył z jego wnętrza łącząc się z gniazdkiem dostępowym. Uzi zatopił się w terabajtach danych, które przepływały w każdej sekundzie przez interfejs.
    - Nieźle go podrasowałeś Żarłoku, - Khan pochwalił Świstogona. - Mam nadzieję, że coś znajdzie w stosach plików. Sporo od tego zależy.
    - Już znalazł, - odparł Żarłok. - Jak na mój gust Yaah i może jeszcze paru zaufanych z rady robili coś za plecami pozostałych. Z tej grupy przy życiu pozostał jedynie Patalach, ale jest poza naszym zasięgiem. Nie mamy innego wyjścia niż osobiście wyjaśnić tę kwestię. Uzi, czy wiesz ile wynosił łączny deficyt rud metali, o których wspomniałeś?
    - Czterysta tysięcy ton, - Uzi odparł bez wahania. - Oczywiście już po przetopieniu w czysty surowiec. Można z tego zrobić trzy krążowniki klasy Rex lub cztery tysiące małych jednostek desantowych lub pięćdziesiąt tysięcy robotów bojowych klasy Herkules. Można też zrobić mnóstwo innych fajnych rzeczy.
    - Dziękuję. Twoje informacje są bezcenne. Może jeszcze coś Ci wpadło w oko? - Spytała Samira. - Na przykład, jakie dziedziny reprezentowali naukowcy, którzy zniknęli w tym czasie z Ziemi.
    - Ponad czterystu mechaników, trzystu specjalistów od uzbrojenia, około setki kosmologów i po kilku z wielu innych dziedzin. Z ciekawszych profesji było trzech eschatologów i dwaj jasnowidze. Co ciekawe eschatolodzy i jasnowidze byli z pochodzenia Żydami.
    - Żydami? - Żarłok się zainteresował. - Ta cywilizacja w szczególny sposób podchodziła do religii i eschatologii.
    - Chyba mogę rzucić trochę światła na tę zagadkę, - wtrącił się Ferrus. - Byłem swego czasu częstym gościem w Judei, tej starożytnej oczywiście. Wstyd przyznać, ale sporo się nabiedziłem, by stworzyć konkurencyjny kult, który w końcu zmarginalizował ich wierzenia. Yaah zażądał, by ukrócić ich butę i wiarę w swoją wyjątkowość. Wkurzali go, gdyż zaczęli zmieniać na własną rękę to, co dla nich wymyślał przez kilka tysięcy lat a nikt nie lubi patrzeć jak jego dzieło ulega wynaturzeniu.
    - Nie mamy tyle czasu, by słuchać całej historii tego ludu, więc może przejdź proszę, do tego, co dla nas istotne, - poprosił Khan. - Jaki może być związek między eschatologią a jasnowidztwem?
    - To bardzo pokrewne dziedziny a jeśli do tego dołożymy fakt, że Yaah podarował temu plemieniu jeden ze Sprawczych Elementów, by go strzegli to związek z teraźniejszością staje się oczywisty, - odparł Ferrus. Sprawy terminalne stanowiące przedmiot zainteresowania eschatologów wiążą się z próbami poszukiwania wszystkich Elementów przez jasnowidzów. Jaśniej już nie mogę objaśnić tego związku. Może tylko dodam, że w dziedzinie jasnowidztwa Judea miała spektakularne osiągnięcia. Sądzę, że ostatni z Elementów, zwany Arką Przymierza został odnaleziony po kilku tysiącleciach właśnie dzięki zdolnościom tych jasnowidzów. Weźcie pod uwagę, że nie posiadając własnych kadr naukowych Yaah musiał się posłużyć naturalnymi zdolnościami porwanych.
    - Teraz rozumiem, - przytaknął Khan. - Powinien był też porwać Homera, gdyż to on, jako jedyny wspominał o Atlantydzie. Niestety zmarł trzy tysiące lat wcześniej.
    - Chyba muszę Cię rozczarować, Szlachetny Ziemianinie, - Ferrus odparł tajemniczo. - Nikt nigdy nie odnalazł miejsca pochówku Homera. Kiedyś prowadziłem w tej sprawie wraz z Herą prywatne śledztwo. Jakieś sto lat temu odkryłem, co się stało z tym człowiekiem. Yaah uwielbiał długie opowieści o bohaterskich czynach. Często sam opowiadał różne historie z okresu starożytnej Grecji. Znał na pamięć Odyseję i Iliadę. Nawiasem mówiąc te eposy opowiadały o wielu naszych „krewnych”, jeśli można tak powiedzieć. W tamtych czasach jeszcze prowadziliśmy próby krzyżowania się z rasą Śmiertelnych a efektem tego byli herosi, giganci, Minotaur, Gorgona, Cyklop i wiele innych nieudanych stworzeń znanych z mitologii ludów starożytnych. Stąd opowieści Homera nie były tak całkiem wyssane z palca. Jak wspomniałem, jakieś sto lat temu wpadłem na pewien ślad, który doprowadził mnie do tajnego ośrodka, w którym odnalazłem właśnie Homera we własnej osobie. Nie zmarł, gdyż został poddany operacjom genetycznym i żyje do dzisiaj. Jeśli chcecie z nim porozmawiać, będzie wniebowzięty. Straszna z niego gaduła. Wystarczy zadać pytanie a otrzymacie całą historię trwającą godzinę lub dwie. Na pokładzie mieszkalnym znajduje się jego kwatera. Obok znajduje się też kwatera Juliusza Cezara, który trafił do nas w dość kiepskim stanie, ale dało się go odratować. Miał sporo ran kłutych od sztyletu Brutusa i senatorów rzymskich. Odradzam jednak pogawędki z nim, gdyż to typ pyszałka jak każdy, kto siądzie na wysoki stołek.
    Khanowi aż się oczy zaświeciły na tę wiadomość. Cezar był przecież jego wzorem wodza doskonałego. Nawet jego popiersie znajdowało się na Aureusie, który nosił na piersi. Perspektywa spotkania żywej legendy prawie nie mieściła się w głowie. Niestety, to ciastko musi poczekać aż obiad zostanie zjedzony.
    - Czy chcielibyście porozmawiać z Homerem? - Ferrus spytał uprzejmie. - Niewątpliwie ma sporo do powiedzenia na temat Atlantydy.
    - Nie sądzę byśmy mieli czas na słuchanie bajek w tej chwili. Są pilniejsze sprawy, którymi musimy się zająć, - odparł Khan. - Dziękuje za propozycję Ferrusie, ale sytuacja narzuca inne priorytety. Musimy się dowiedzieć, co takiego ściągnęło Patalacha do domu. Może to mieć dla nas kardynalne znaczenie.
  • Eltrox Hurton
  • #5
    yego666
    Level 33  
    ============= Odcinek 4 =============

    NICOŚĆ

    Mag ocknął się z niejasnym przeczuciem, że coś mu umknęło i wystarczy się troszkę tylko postarać a wyprowadzi okręt i załogę z pułapki. Niestety nie mógł skojarzyć, co to takiego. Zaczął, więc kolejny raz przypominać sobie, co Żarłok mówił o Nicości. Wiadomo, że jeden z Elementów wciąż znajduje się w Nicości. Okręt ma dość energii, by skakać dokądkolwiek zechce, ale nie zna swojego aktualnego położenia. Umysł Maga pracował na najwyższych obrotach usiłując znaleźć tę jedyną nitkę prowadzącą do rozwiązania zagadki. Musiał jeszcze wyjaśnić załodze obecną sytuację. Z pewnością nikt z nich nawet nie słyszał o Nicości a co dopiero o prawach nią rządzących. To wiedzieli naukowcy a nie załogi okrętów bojowych. W umyśle Maga powoli zaczynała kiełkować pewna myśl. Dotyczyła ona domniemanej własności Elementów. Skoro każdy z nich generował dwie osi czasu to detektor masy powinien po przeskalowaniu wskazać punkt zerowy, w którym zbiegają się wszystkie osie. Może to stanowić punkt wyjściowy dla skoku. Pytanie tylko czy Element, który znajduje się w Nicości jest tym właściwym dla przestrzeni przemiennej. Skoro dwa pozostałe znajdują się w takiej właśnie przestrzeni i ją destabilizują to trzeci musi być właśnie tym, który usiłuje ją stabilizować. Jeśli detektor masy wskaże zero, cała reszta będzie już prosta. Trzeba tylko przeskalować detektor o wartość energii próżni fałszywej, gdyż o taką właśnie wartość wskazania detektora są przesuwane. Mag zerwał się na równe nogi i pognał na mostek. Nikt nie pilnował mostku, gdyż wszystkich wysłał na odpoczynek. Rozejrzał się wokoło i dostrzegł konsolę sterującą przyrządami. Jako kapitan nie musiał się na nich znać jednak dawno temu poświęcił konstrukcji tych okrętów sporo czasu, stąd wiedział jak działa prawie każdy element wyposażenia. Nie chciał nikogo budzić, by nie dawać złudnych nadziei. Ludzie byli już i tak mocno zestresowani obecnym położeniem. Ostrożnie wcisnął przycisk włączający konsolę. Natychmiast znalazł się pośrodku obrazu holograficznego przedstawiającego wszystkie urządzenia znajdujące się na okręcie. Paroma ruchami dłoni przybliżył blok aparatury pomiarowej i odszukał sensory detektora masy. Wszedł w ustawienia i ostrożnie zaczął zmieniać poziom odniesienia energii zerowej. Musiał przestawić jeszcze inne parametry, by układ sterujący wreszcie zezwolił na wykonanie zaplanowanej operacji. Krzywa odniesienia była teraz zupełnie płaska i nie marszczyły jej żadne fluktuacje. Takie zero mogło istnieć jedynie w Nicości nie licząc głów niektórych polityków oczywiście. Wspaniałe, bezwzględne NIC było właśnie przed jego oczami. Zamknął blok ustawień i wyszedł na poziom obserwacji. Następnie zainicjował całkowity reset wszystkich urządzeń pomiarowych i wyłączywszy konsolę czekał, obserwując ekrany detektora masy. Mimo, iż okrętem sterowały potężne komputery kwantowe, ich całkowite wyzerowanie zajęło ciągnący się w nieskończoność kwadrans. W tym czasie miliony komunikatów o sprawności kolejnych podsystemów przewinęły się przez różne ekrany i wskaźniki. Wreszcie wszystkie ekrany po kolei zameldowały gotowość urządzeń do pracy. Początkowo na ekranie skanera masy nie było widać żadnych zmian. Mag zaczął już tracić nadzieję jednak w chwili, gdy wstał z fotela na samym środku pojawiła się niebieska kropka. Natychmiast usiadł na fotelu i złapał za pokrętło manipulatora wektorowego. Delikatnie nim manipulując powiększył kropkę do rozmiarów monety. Zmieniając stopniowo polaryzację filtrów bozonowych wyostrzył obraz na tyle, że dostrzegł cienką linię wybiegającą z powiększonego punktu pionowo w dół. Serce biło mu coraz mocniej, gdy palce dostrajały detektory do drugiej i trzeciej linii, które się wkrótce pojawiły na ekranie. Teraz już wszystkie koordynaty można było zresetować do znanych wartości. Wystarczyło odwrócić wektor ostatniego skoku i można było wracać do domu. Mag ostrożnie wyznaczył parametry skoku i ze ściśniętym gardłem nadusił przycisk inicjujący transfer. Przez chwilę nic się nie działo. Światła na mostku nieco przygasły, gdy pełna moc została wpompowana łączami nadprzewodzącymi do głównego napędu. Okręt szarpnął się, jakby uderzył w jakąś przeszkodę i nagle wszystko ucichło a światła zgasły. Wszystkie ekrany pociemniały i również się wyłączyły. Po dłuższej chwili włączyło się zasilanie awaryjne z akumulatorów. Żadne urządzenia nie działały. Podniecenie ustąpiło miejsca zwątpieniu. Trzeba zacząć wszystko od początku. Mag przypuszczał, że coś przeoczył lub co gorsza zrobił źle i zmarnował całą energię dostępną w nadprzewodzących obwodach zasilania. Na domiar złego, ludzie wyrwani nagłym szarpnięciem ze snu zaczęli się schodzić na mostek. Otoczyli Maga i zaczęli zadawać pytania. Mag wyjaśnił wszystkim, co się stało i że trzeba operację powtórzyć, by sprawdzić słuszność założeń. Nastroje nie były zbyt dobre zwłaszcza po nieudanej próbie wyrwania się z objęć Nicości. Pierwszy Oficer na polecenie Maga wszedł ponownie w ustawienia detektora masy, by go zresetować. Mag zerknął na ekran konsoli i polecił skorygować położenie zera. Zanim jednak Pierwszy zdążył wykonać polecenie Mag zatrzymał go w pół gestu. Dostrzegł, iż linia, która powinna wskazywać zero falowała delikatnie i znajdowała się poniżej uprzednio ustawionego poziomu dokładnie o wartość odpowiadającą korekcie, jaką pierwotnie wprowadził. Powoli zaczął rozumieć, co się stało i skąd taka reakcja wszystkich obwodów. Poziom odniesienia energii próżni fałszywej znajdował się po korekcie o cały poziom niżej niż powinien i obwody zabezpieczające zinterpretowały ten stan, jako przeciążenie. W efekcie czego wszystkie odbiorniki zostały odłączone od źródeł zasilania, by nie dopuścić do ich uszkodzenia. Mag polecił przesunąć poziom odniesienia do wartości odpowiadającej typowemu ustawieniu dla zwykłej trójwymiarowej przestrzeni przemiennej. Zdziwiony Pierwszy Oficer wykonał polecenie nie rozumiejąc jego sensu. Następnie zainicjował przeładowanie wszystkich systemów. Wszyscy oczekiwali w napięciu na efekt tych działań. Minuty oczekiwania na gotowość ciągnęły się w nieskończoność. Wreszcie po kwadransie ekrany się włączyły i ukazał się upragniony obraz usiany milionami kropeczek przedstawiających gwiazdy. Pobliska gwiazda była oznaczona napisem „Gallus”. Wielka radość zapanowała na mostku. Wreszcie byli w domu. Mag wstał z fotela i poczuł, że jest bardzo zmęczony, ale wewnątrz rozpierała go duma, że nie poddał się zanim bitwa dobiegła końca. Polecił Pierwszemu jeszcze raz sprawdzić wszystkie podsystemy. Sam udał się do swojej kajuty, by z radości opróżnić piersiówkę, którą zawsze miał przy sobie na podobne okoliczności.
    - Tu Mag, - pomyślał z dumą. - Wróciłem z zaświatów.
    Wszyscy się ogromnie ucieszyli słysząc jego myśli. Tak naprawdę nie mieli jeszcze czasu zmierzyć się z myślą o utracie Maga, więc szybko przeszli do porządku dziennego nad całym zajściem. Żarłok zreferował Magowi ostatnie wydarzenia i poprosił, by wracał najkrótszą drogą, gdyż sprawy się skomplikowały. Mag nie liczył na wylewne przywitanie toteż nie zdziwił go brak nadzwyczajnego entuzjazmu z jego powrotu. Nikt zresztą nie wątpił, że sobie poradzi. Trochę czasem szkoda, że rzeczy nadzwyczajne są brane za normę w przypadku niektórych osób. Gdyby zrobił to ktoś taki jak powiedzmy Ferrus, z pewnością uznano by to za wielki wyczyn. C’est la vie, Mag westchnął w duchu i poprzez interkom polecił wykonać skok powrotny do Centrum Operacyjnego.
    - Czy okręt, który mnie ścigał pojawił się gdzieś w przestrzeni? - Mag spytał Ulfa, który śledził jego lot zanim skoczył w Nicość. - Mam nadzieję, że moja ofiara nie poszła na marne.
    - Nie martw się. Twój prześladowca nie miał tyle szczęścia, co Ty, - Ulf go uspokoił. - Pewnie siedzi gdzieś w Nicości i kombinuje, jak się z niej wydostać. Bez Quadrium i twojej wiedzy nie ma szans. Dobra robota Mag. Musisz nam opowiedzieć jak się wydostałeś z pułapki. Może nam się to jeszcze przydać.
    - Chętnie, ale najpierw powiedz jak wygląda sytuacja.
    Ulf zdał szybko relację z tego, co zaszło. Nie zajęło to dużo czasu, gdyż Maga nie było zaledwie przez godzinę.
    - To mówisz, że minęła zaledwie godzina? - Mag się zdziwił. - Na okręcie minęło ponad dwanaście. Jak to możliwe?
    - Wspominałem, że w innych enklawach czas może upływać w zupełnie innym tempie niż tutaj, - wtrącił się Żarłok. - Równania Ogólnej Teorii Względności opisują dylatację czasu dla prędkości dodatnich i przy założeniu, że czas płynie w pewnym minimalnym tempie, ale nic nie mówią o całkowitym braku grawitacji. Zauważcie, że całkowity brak grawitacji jest jakościowo odmiennym stanem od sytuacji gdzie pola grawitacyjne znoszą się ilościowo w jakimś punkcie przestrzeni. Bez grawitacji masa spoczynkowa znika gdyż obiekt nie posiada bezwładności w Nicości, stąd czas może się zachowywać dziwnie gdyż jest powiązany z grawitacją, czyli masą obiektu. Nikt nie badał tempa upływu czasu w takich warunkach. Jesteś pionierem w tej dziedzinie. Teoria Wu Shin jeszcze lepiej określa ten związek jednak z tego, co wiemy o trzech Elementach rzeczywistość jest jeszcze bardziej złożona. Gdy już będzie po wszystkim z pewnością profesor Szyszkin i Samira zajmą się tym zagadnieniem.
    - Już mamy pewne teorie objaśniające te zagadnienia jakościowo jednak ilościowe analizy będą dopiero pochodną prac teoretycznych i eksperymentów, - Szyszkin poczuł się wywołany do odpowiedzi. - To potrwa sporo czasu jednak Mag ma zapewnione pierwsze miejsce na podium badaczy Nicości. Wraz z Samirą jesteśmy w trakcie sporządzania modelu oddziaływań pomiędzy Elementami a tłem w różnych typach enklaw i poza nimi. Mamy pewne trudności pojęciowe, ale jeszcze jest troszkę czasu. Na razie wydaje się, że nie będziemy Wam potrzebni, więc zajmiemy się tym zagadnieniem.
    - Dzięki Profesorze, - odparł Mag. - Zawsze z dumą wspierałem naukę a teraz, gdy mam w jej rozwoju swój udział tym bardziej nie będę szczędził wysiłków dla jej rozwoju.
    Zabrzmiało to trochę propagandowo, ale nikt nie zwrócił większej uwagi na deklarację Maga, więc już nie prostował, by nie pogarszać sytuacji.

    HOMER

    - Co zdecydowaliście względem Patalacha i jego poczynań? - Mag spytał Khana. - Osobiście myślę, że Yaah coś konstruował w tych podziemiach. Patalach teraz chce tego użyć, by się dobrać do nas lub urządzić Armagedon na Ziemi lub Zaxor tak jak Gabriel się odgrażał.
    - Znacie los Gabriela? - Ferrus się zainteresował. - Zniknął mi z widoku kilka dni temu a Yaah nie chciał wyjawić gdzie się podział.
    - Spotkałem go kilka dni temu na Ziemi, - Khan odparł z namysłem. - Miał wtedy jakąś misję do wypełnienia. Niestety nie udało mi się dowiedzieć szczegółów, ale wspomniał o nadchodzącym Armagedonie. W sumie nie dowiedziałem się nawet, co dokładnie oznacza ten termin. Gabriel był w ogóle bardzo tajemniczy i raczej nieskory do wymiany poglądów. Kim dla Ciebie był Gabriel, Ferrusie?
    - Właściwie nikim, - Ferrus odparł po chwili, - ale był prawą ręką Yaaha. Nic nie działo się bez jego wiedzy. Razem planowali różne przedsięwzięcia, nadto było tajemnicą Poliszynela, że Yaah gustował nie tylko w Anielicach, ale i w niektórych Aniołach... Władza demoralizuje niestety.
    - Czy jest możliwe, że posiadał wiedzę na temat tego, co może się znajdować w tych podziemiach? - Khan spytał zaintrygowany. - Może posiadał wiedzę, której nam potrzeba.
    - Jestem pewien, że wiedział więcej niż ktokolwiek z nas, - Ferrus odparł bez wahania. - Ale nie wiem gdzie jest obecnie, stąd jego wiedza jest raczej nieosiągalna.
    - Obawiam się, że się mylisz Ferrusie. Byłem przy Gabrielu, gdy dokonał żywota. Faktycznie nie był nazbyt przyjaźnie usposobiony, ale podzielił się ze mną swoją wiedzą na różne tematy. Nie miałem niestety dotąd czasu przeanalizować wszystkiego, ale teraz to zrobię, gdyż mam nadzieję, że znajdziemy tam sporo odpowiedzi.
    Khan nie zdawał sobie sprawy z wiedzy, jaką odziedziczył po Gabrielu. Na szczęście nie usunął jej ze swojej pamięci, dlatego mógł przejrzeć każdy detal. Usiadł na stołku i zagłębił się w swoich myślach. Po chwili wrócił do rzeczywistości.
    - Uzi, czy trafiłeś na jakiekolwiek plany dotyczące kompleksu przemysłowego na Mictlan? - Spytał robocika, który pracowicie pochłaniał nowe porcje danych z Archiwum.
    - Tak, znalazłem szczegółowe plany kompleksów zarówno na Mictlan, jak i w układzie Wong. Są też szczegółowe zestawienia magazynowe, - Uzi odparł beznamiętnie. - Produkowano tam roboty bojowe, uzbrojenie oraz małe orbitalne jednostki desantowe i myśliwce bojowe. W magazynach jest cała armia tych robotów. Wyposażono je w sztuczną inteligencję pochodzącą z zakazanych projektów z dwudziestego drugiego wieku, tuż po wojnie z robotami. Nie są to, zatem zwykłe blaszaki tylko inteligentne, samodzielne jednostki bojowe. W sumie powstało około osiemnastu tysięcy robotów klasy Zero, pięćset jednostek desantowych klasy Junior oraz dwa tysiące myśliwców z napędem anihilacyjnym. Do tego mnóstwo pojazdów naziemnych różnego typu.
    - Wygląda to na armię inwazyjną, - powiedział zaniepokojony Ferrus. - Armagedon nie określa dokładnie jak, tylko co ma się stać. To plan totalnej zagłady inteligentnego życia. Teraz rozumiem, czemu aż tyle tajnych narad się odbywało w ciągu ostatniego roku. Patalach i kilku członków Rady zawsze w nich uczestniczyło. Yaah planował podbicie Ziemi i zniewolenie jej mieszkańców. Co do Zaxor nie mam pewności, ale sądzę, że plan był podobny. Nie brałem udziału w tych naradach, ale pewien jestem, że te plany muszą również znajdować się w archiwum. Być może Gabriel posiadał pełną wiedzę na ten temat, gdyż zawsze się prowadzał blisko Yaaha. Nigdy go nie lubiłem, bo był nadęty i agresywny. Mam nadzieję, że nie miał lekkiej śmierci.
    - Zapewniam Cię, że nie miał, - Khan przytaknął z wahaniem. - Również odniosłem wrażenie, że jest jakby odrobinę niezrównoważony psychicznie. Posiadam pełny zapis pamięci Gabriela. Gdy przewinę go do początku będę mógł nas poprowadzić po wszystkich zakamarkach kompleksów przemysłowych. Ferrusie, czy dobrze odbierasz nasze przekazy telepatyczne?
    - Miewam czasem kłopot z interpretacją, ale większość do mnie dociera. Posługujecie się jakby trochę odmiennym schematem semantycznym od tego, którym zwykłem władać. A czy mój przekaz jest dla Was czytelny? - Ferrus spytał w myślach.
    - Z pewnością wystarczy, by się rozumieć, - odparł Żarłok. - Khan, jeśli jesteś gotów możesz zacząć nadawanie zawartości pamięci Gabriela.
    Khan skupił się na wyszukaniu właściwych fragmentów wspomnień i po kolei je przeglądał. Gdy dotarł do zapisu walki, którą stoczyli przerwał przekaz.
    - To chyba wszystko, co wiedział na ten temat. Może jeszcze znajdę coś na temat Atlantydy i klucza, o którym Ferrus wspominał.
    Ponownie zagłębił się we wspomnienia Gabriela i wygarnął wszystkie informacje, które się tam znalazły. Nie było tego wiele, ale jeden fragment przykuł uwagę wszystkich słuchających. Bardzo szczegółowy plan dotarcia do zatopionej wyspy na środku oceanu Atlantyckiego.
    - Po co Gabrielowi wiedza o tym lądzie skoro jego pamięć nie zawierała informacji dotyczących celu ewentualnej eksploracji, - zagadnął Mag. - Jakby brakowało jakichś fragmentów pamięci.
    - Po kłótni z Yaahem przed piętnastu laty Gabriel odniósł ciężkie obrażenia głowy. Leczył się dość długo i ostatecznie się wyleczył, lecz zdarzało mu się po tym zajściu nie rozpoznawać starych znajomych. Wnoszę stąd, że faktycznie mógł mieć kłopoty z pamięcią. Musimy się dowiedzieć, jaki związek ma Atlantyda z Elementami i kluczem. Nie chcę Was zanudzać, ale wydaje mi się, że Homer, o którym Wam już wspominałem mógłby rzucić jakieś światło na tę kwestię. Nie bez powodu, jak sądzę, Yaah zdecydował się go porwać z Ziemi. Nie mamy wiele czasu, ale trudno mi zdecydować, co w tej chwili jest ważniejsze, Ściganie Patalacha czy ratowanie wszechświata.
    - Nie musimy z niczego rezygnować, - wtrącił się Ulf. - Mamy kontakt telepatyczny, więc w każdej chwili możemy się wymienić wiedzą. Trzeba się tylko podzielić na właściwe grupy. Jako, że nie bawi mnie rozmowa z jakimś starożytnym mędrcem będę się skłaniał ku wyprawie na Mictlan. Być może Profesor Szyszkin i Samira będą chcieli z nim pogadać. Przynajmniej wiedzą, o co pytać.
    Oboje wymienieni przez Ulfa zgodzili się na taki plan, zdając sobie sprawę, że jako naukowcy są więcej warci, niż jako żołnierze. Aurora dotąd skromnie stojąca w rogu sali zaoferowała swoją pomoc.
    - Zaprowadzę Was do starego Homera i stworzę odpowiednią atmosferę do rozmowy. Homer pochodzi ze Starożytności, więc duch tamtych czasów może go wprawić w dobry nastrój.
    Aurora złapała Samirę za rękę i pociągnęła lekko ku wyjściu. Profesor podążył za nimi mamrocząc coś pod nosem.
    - Samiro, - Mag pomyślał, - czy mogłabyś dyskretnie podsunąć profesorowi troszkę Quadrium? Byłoby łatwiej się z nim porozumiewać. Nie mów mu tylko o innych efektach działania Quadrium, bo sobie zrobi krzywdę. To naukowiec, więc będzie chciał poeksperymentować. Nie trzeba nam teraz żadnych kłopotów z tego wynikłych. Wystarczy sobie przypomnieć nas na Zaxor...
    - Też o tym myślałam, ale nie było dotąd sposobności. Zobaczę, co się da zrobić. Mam szczyptę minerału, więc spróbuję. Najpierw jednak ubiorę profesora w skafander na wypadek gdyby zechciał wyskoczyć w próżnię albo w inne dziwne miejsce. Później dostanie Quadrium.
    - Brzmi rozsądnie, tylko uważaj na profesora. Bywa czasem ekscentryczny, - wtrącił się Khan. - To człowiek wielkiej kultury i wiedzy, ale i równie wielkiej nierozwagi. Typowy naukowiec. Uważaj na siebie Samiro, - Khan roześmiał się na myśl o czekającej ją zabawie w przebieralni.
    Aurora prowadziła dwójkę naukowców w dół korytarza technicznego, który łączył poziomy najkrótszą droga.
    - Powiedz mi moja droga, - zagadnęła Aurora, - czy Szanowny Konsul Khan zawsze jest taki oficjalny? Zdaje się, że niełatwo nawiązuje znajomości... Zwłaszcza z kobietami.
    Samira nawet się nie zdziwiła tym pytaniem, gdyż już podczas posiedzenia w Sali Rady zauważyła błyski w oczach Aurory, gdy patrzyła na Khana. Khan zresztą również nie zachowywał się normalnie. Ewidentnie coś między nimi iskrzyło. Ale sam pomysł, że Khan i Anielica mogliby mieć ze sobą coś wspólnego wydawał się niedorzeczny. Samira zdecydowała, że musiało jej się przywidzieć, przynajmniej, jeśli chodziło o Khana. Nie znała go jednak na tyle dobrze, by mieć pewność. Ostatecznie nic nie ryzykuje nawiązując przyjazną rozmowę z Anielicą. Taka znajomość może się okazać nawet interesująca.
    - Nie wydaje mi się, by w obecnej sytuacji Konsul był czymkolwiek innym niż żołnierzem, stąd być może Twoje wrażenie. My ludzie bywamy zwykle jednowątkowi, co znaczy, że zajmujemy się najpierw sprawami najwyższej wagi a dopiero, gdy są one załatwione przechodzimy do spraw o niższych priorytetach. Są oczywiście od tego odstępstwa jednak obecnie szukanie rozwiązania sprawy Elementów i zwalczenie zagrożenia ze strony Patalacha wydaje się szczególnie ważne, nie sądzisz?
    - Dla tych, którzy nie mają wpływu na bieg wydarzeń, priorytety nie są tak ostro rozgraniczone, stąd możemy sobie pozwolić na pewną swobodę w wyborze tego, co jest najważniejsze, - odparła Aurora trochę zła na siebie za ujawnienie swojej afiliacji, - niemniej rozumiem taką postawę i się z nią całkowicie zgadzam. To krzepiące, że nasz los leży w rękach takich wielkich osobistości, dla których poczucie misji jest najważniejsze i nie spoczną póki jej nie doprowadzą do końca.
    Aurora czuła, że i tym razem przegięła a Samira będzie ją uważać za idiotkę. Postanowiła się więcej nie odzywać i przyspieszyła kroku. Samira i Szyszkin ledwo mogli za nią nadążyć.
    - Może jest tak jak sugerujesz, jednak osobiście wolę, gdy coś zależy także ode mnie. Daje mi to poczucie własnej wartości i niezależności. Nie lubię polegać na innych, - Samira wysapała prawie biegnąc za Aurorą. - Czy możesz zwolnić? Aż tak stary Homer chyba nie jest, by miał umrzeć zanim do niego dotrzemy.
    Aurora zwolniła nieco kroku strofując się w duchu za swoją głupotę. Robiąc głupie rzeczy wystawia sobie złe świadectwo a przecież chciała tylko zyskać przychylność kobiety, która była blisko obiektu jej pożądania. Sama się dziwiła, że ten Ziemianin tak na nią działał. Miał w sobie coś władczego a zarazem uległego, potężnego a zarazem bezradnego, dzikiego a zarazem miłego. Brzmiało to jak stek bzdur i pobożnych życzeń, jednak właśnie taki obraz pociągał Aurorę w Khanie najsilniej. Nie zwykła bawić się w ceregiele gdyż, jako Bogini brała, co chciała i nie pytała nikogo o zgodę jednak czuła, że gdyby zdecydowała się na taką postawę Khan zmiażdżyłby ją jednym spojrzeniem. Jego moc ją przerażała a zarazem pociągała. Chciała zasypać Samirę tysiącem pytań, ale nie śmiała, by nie wyjść na zadurzoną gąskę. Sama już nie wiedziała, co ma zrobić. W żołądku czuła stado bawołów usiłujących się wydostać na wolność. Powoli zaczęła się uspokajać. Zdała sobie sprawę, że swoją niecierpliwością może tylko sobie zaszkodzić a tego by chyba nie przeżyła. Zacisnęła zęby i pilnowała, by nie iść ani za szybko ani za wolno. Nienawidziła w tej chwili wszystkich Ziemian a tej wrednej Ziemianki Samiry najbardziej.
    - Myślałam, że chcecie z Nim jak najszybciej pomówić. On może sporo wiedzieć, - Aurora powiedziała oschłym tonem. - Nie wiedziałam, że idę za szybko. Przepraszam.
    - Nic się nie stało, - odparła Samira. - Czy przyjmiesz radę od Ziemianki? Może nie mam tak rozległego doświadczenia jak Twoje, jednak wydaje mi się, że jeśli pozwolisz sprawom iść własnym torem los się do Ciebie uśmiechnie. Widzę to w jego oczach...
    Aurora aż zwolniła z wrażenia. Podskoczyła błyskawicznie do Samiry i ucałowała ją w policzek. Czuła, że bardzo lubi tę Ziemiankę. Wiedziała, że na pewno zostaną serdecznymi przyjaciółkami. Uradowana poprowadziła ich prosto do kwatery Homera. Droga wiodła dość stromo w dół a następnie skręciła w bardzo słabo oświetlony pasaż. Aurora zatrzymała się przed obskurnymi, odrapanymi drzwiami i zastukała. Po chwili drzwi się otwarły na oścież. Starzec z wielką siwą brodą spoglądał na nich ciekawie.
    - Dawno nikt mnie nie odwiedzał, - starzec się ucieszył i chichocząc zaprosił ich do wnętrza. - Od wielu dni nie widziałem żywej duszy a tu aż trzy naraz. Czemuż zawdzięczam ten honor, piękne damy? Czy łaskawy Zeus postanowił nagrodzić swego wiernego sługę?
    - Łaskawy Zeus przysłał nas do Ciebie Wielki Homerze, by zasięgnąć Twej światłej opinii, - Aurora rzekła kłaniając się nisko. - Mój Pan chciałby poznać Twoją wiedzę dotyczącą zaginionego lądu leżącego za słupami Heraklesa. Czy zechcesz podzielić się swoją mądrością czcigodny Homerze?
    - Mówisz o Atlantydzie... Tylko ona leży za słupami Heraklesa. Zmartwię Cię piękna Pani. To, co wiem na ten temat nie jest wiedzą pierwotną. W swoich wędrówkach ponad czterysta lat po tym, gdy powinienem był się udać do Hadesu na wieczny odpoczynek napotkałem człowieka, który wiedział bardzo dużo na interesujący Was temat. Nazywał się chyba Platon i bardzo chętnie opowiadał najprzeróżniejsze historie zasłyszane podczas swoich licznych podroży. Pewien egipski kapłan pokazał mu wiele przedmiotów pochodzących jakoby z owego zaginionego lądu. Jeden nawet mu podarował. Ale gdzież moje maniery. Czy zechcecie się napić przedniego wina, które trzymam na specjalne okazje? Będę naprawdę zaszczycony. Nieczęsto miewam tak znamienitych gości.
    - Z radością dotrzymamy Ci towarzystwa Szlachetny Mędrcze, - Aurora gładko odparła. - To zaszczyt ucztować z Tobą.
    - Sam bym tego lepiej nie ujął, mimo iż w pochlebstwach mało kto mi dorównywał, - starzec się uśmiechnął do pięknej Anielicy. - Słuchajcie, zatem opowieści, którą usłyszałem od owego Platona. Nikomu jej nie opowiadałem, więc nie gniewajcie się, jeśli o czymś zapomnę.
    Homer rozsiadł się wygodnie podciągając togę powyżej łydek. Nalał gościom do pucharów wina z niewielkiej amfory zdobionej wizerunkami greckich bogów i herosów. Pociągnął spory łyk i zaczął opowiadać.
    - Dawno temu na pięknej wyspie zwanej Atlantydą, która leżała pośrodku wielkiego morza rozciągającego się daleko za słupami Heraklesa, władca zwący się Atalantus rządził ludem Atlantów. Lud ten zajmował się po równo sztukami pięknymi, co naukami. W obu tych dziedzinach obywatele Atlantydy zyskali wielką biegłość, jednak ciągle było im mało wiedzy o świecie. Pobudowali przeto wielkie statki powietrzne do latania po niebie. Zwiedzili cały kosmos i inne światy, których znaleźli bez liku na niebie i poza nim. Studiowali mądre księgi i stawali się jeszcze bieglejsi w naukach. Potrafili wznosić wielkie budowle i przenosić góry. Opanowali jasne i ciemne moce przenikające kosmos. Nie bali się ani ludzi ani Bogów, gdyż sami przewyższali ich potęgą swoją. Pewnego dnia odnaleźli trzy koła, na których kosmos się wspierał. Koła były już bardzo stare, więc postanowili je naprawić, by kosmos mógł się nadal obracać. Skonstruowali wielkie machiny zdolne do sprowadzenia kół na ich wyspę i odesłania ich z powrotem po naprawie. Naprawili dwa koła i chcieli naprawić trzecie, lecz coś się w ich machinach zepsuło tak bardzo, że zagroziło ich wyspie. Nie starczyło jednak całej ich potęgi i mądrości, by uratować swój kraj, więc wybudowali ogromną jaskinię z jeszcze większą machiną, która miała wysłać oba koła w kosmos i uratować ich przed zagładą. Zanim jednak uruchomili machinę, ich wyspa zaczęła tonąć w morskich wodach. Powierzyli, więc swoją tajemnicę kapłanom ludu Ui, by Ci dokończyli dzieło. Dali im klucz otwierający wrota jaskini i uruchamiający Machinę Niebieską, by w chwili, gdy niebo się zatrzęsie odesłali koła tam skąd przybyły. Lud Ui strzegł tajemnicy przez wiele tysięcy cykli księżycowych jednak z czasem pojawiły się inne ludy i podbiły pokojowo nastawionych strażników tajemnicy. Od tego czasu władcy Egiptu strzegli tajemnicy i klucza. Jeden z kapłanów, który obawiał się, iż tajemnica nie zostanie dotrzymana wykradł klucz i ukrył go w dalekich górach. Sam zamieszkał w pobliżu strzegąc go jak oka w głowie. Wiele pokoleń minęło a tajemnica przechodziła z ojca na syna. Ostatni kapłan dobiegał kresu swojego życia nie doczekawszy się potomka. Nie wiedząc, co począć powierzył tajemnicę i klucz przybyszowi z dalekiej Hellady, by on strzegł tajemnicy. Był to Platon, który żył ponad cztery wieki po moim urodzeniu. Gdy go spotkałem był już sędziwym starcem. Opowiedział mi swoją historię i powiedział gdzie znajduje się jaskinia z wielką machiną i kołami kosmicznymi, jednak, gdy chciał mi pokazać klucz okazało się, że gdzieś go zapodział. Nie traktował tej historii całkiem poważnie, więc się tym bardzo nie przejął. Bogowie obdarzyli go długim życiem, ale w końcu i on zmarł zabierając ze sobą do Hadesu tajemnicę miejsca gdzie schował klucz. Od tego czasu nikt już nie słyszał ani o wielkiej tajemnicy ani o kluczu a kosmos nie trząsł się aż do wczoraj. Wtedy przypomniałem sobie tę historię i pożałowałem, że nie wiem gdzie jest klucz, by odesłać koła skąd przybyły. Niestety nikt tego nie wie, więc kosmos przestanie się wkrótce obracać i wszyscy zginą w pustce. Nie żałuję jednak, gdyż żyłem dłużej niż bym chciał i widziałem więcej niż moi współcześni, no i wino nie smakuje już jak dawniej, - dodał ze smutkiem. - Chciałbym jeszcze raz ujrzeć górę Olimp, na której mieszkają Bogowie.
    - Piękna opowieść, - Aurora pochwaliła starca, - jednak nie powiedziałeś gdzie się znajduje owa jaskinia z Machiną zrobioną przez lud Atlantów. Czy powiesz mi gdzie jest to miejsce?
    - Chętnie bym Ci powiedział nadobna Pani, lecz pamięć już mi nie służy i wiele z tego, co kiedyś wiedziałem jest już owiane mgłą zapomnienia. Pamiętam jedynie, że jaskinia znajduje się w wielkiej górze a wejścia strzeże trzygłowy smok, który zażąda zaklęcia i dopiero wtedy ukażą się wrota, które można będzie otworzyć kluczem.
    - Czy znasz zaklęcie, jakiego należy użyć by smok dał dostęp do wrót? - Aurora była już zmęczona tą przydługą i nieciekawą opowieścią, jednak stwarzała pozory wielkiego zainteresowania, by przypodobać się swojej nowej przyjaciółce, - Samirze, która z wielkim zainteresowaniem słuchała słów Homera.
    - Niestety nie znam tego zaklęcia, gdyż nawet Platon go nie znał. Powtarzał jedynie, że gdy smok zionie ogniem należy go uspokoić trzykrotnie powtarzając spokojnie, ale niestety nie pamiętam, co.
    Aurora sięgnęła pod swoją togę i wydobyła niewielki złoty wisiorek z podobizną Zeusa. Ofiarowała go starcowi w podzięce za jego trud i gościnę. Homer obejrzał go uważnie i podziękował.
    - Nieczęsto goście słuchają moich opowieści z taką uwagą. Jeśli zechcecie posłuchać innych opowieści chętnie Was znów ugoszczę.
    Goście skłonili się nisko i opuścili kwaterę Homera. Za drzwiami Szyszkin odetchnął z ulgą.
  • #6
    yego666
    Level 33  
    =========== Odcinek 5 ============

    - Już myślałem, że ta opowieść nigdy się nie skończy. Gość faktycznie ma gadane. Nic dziwnego, że zyskał taką sławę w starożytności. Jego opowieść właściwie jest zgodna z tym, co wiemy od Ferrusa na temat trzech Elementów jednak jaskinia z Machiną to coś nowego. Niestety nie wiemy, gdzie się znajduje ta jaskinia. Jeśli jest w tym ziarno prawdy to klucz wydaje się być niezwykle ważnym elementem naszej układanki.
    - Dziękujemy Ci Auroro, za Twoją mądrość. Bez niej trudno byłoby nawiązać kontakt ze starym gawędziarzem, - Samira uścisnęła rękę Anielicy. - Myślę, że to, czego się dowiedzieliśmy jest bardzo ważne. Musimy się tylko dowiedzieć, gdzie jest ta jaskinia. Może ktoś będzie wiedział, co to za lud Ui, o którym wspomniał Homer. Jaskinia nie mogła być daleko od ich siedlisk. Jeśli wierzyć opowieści Machina potrafi odesłać Elementy w Nicość.
    - Czy słyszeliście wszystko, o czym mówił Homer? - Samira spytała w myślach.
    - Sporo tam niewiadomych, które trudno będzie ustalić, - odezwał się Żarłok. - Czemu, na przykład „koła” wymagały naprawy i na czym ona polegała? Nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie technologii, jaką musieli dysponować Atlanci, skoro podejmowali się takich „napraw”. Wydaje się, że Nicość nie stanowiła dla nich żadnej tajemnicy. Prawdopodobnie poruszali się po niej, jak po własnym podwórku. Ciekawe, co jeszcze potrafili, skoro opanowali całą fizykę?
    - Co się stało z samymi Atlantami skoro ich wyspa zatonęła? Nie wierzę, by zginęli wraz z nią, - Khan się wtrącił do rozmowy. - Wyobraźmy sobie, że cała Ziemia uległaby zagładzie. Część Ziemian przeniosłaby się z pewnością na jakąś inną planetę. Nie wszyscy oczywiście, ale gatunek i wiedza by przetrwały. Nie sądzę zatem, by wszyscy Atlanci wyginęli wraz z Atlantydą. Gdzieś teraz muszą być i są świadomi zagrożenia. Z jakiegoś jednak powodu nie chcą lub nie mogą dokończyć swojego dzieła.
    - Wydaje mi się, że jeśli znajdowaliby się w tym Continuum w którejkolwiek z enklaw, spróbowaliby jednak dokończyć to, co zaczęli. W przeciwnym razie kolaps Continuum zagroziłby także ich istnieniu, - podjął Mag. - Mamy, zatem dwie możliwości. Albo Wszyscy wyginęli, co jest mało prawdopodobne zważywszy na technologię, którą dysponowali albo Continuum jest tylko małą częścią czegoś o wiele większego, co nie ulegnie katastrofie wraz z naszym zaściankiem. W tym ostatnim przypadku byliby bezpieczni i mogliby się nie przejmować naszym losem.
    - Już mnie głowa boli od tego wszystkiego, - wtrącił się zirytowany Ulf. - Nie panujemy nad fizyką naszego Continuum a tu się pojawia Deus ex Machina kolejny poziom rzeczywistości, o którym nie wiemy zupełnie nic. Ciekawe ile jest takich poziomów... No i co jest na samym szczycie tej piramidy.
    - Ludzkość rozwija naukę przez mniej niż jedno tysiąclecie. Dotarliśmy już całkiem daleko w naszych badaniach i wciąż pogłębiamy naszą wiedzę. Jeśli jakaś pradawna cywilizacja zajmowała się nauką przez wiele tysiącleci to nawet trudno sobie wyobrazić wyżyny wiedzy i technologii, jakie mogli osiągnąć, - Samira weszła Ulfowi w słowo. - Moja wyobraźnia jest za skąpa, by to sobie wyobrazić. Wniosek stąd, że rzeczywistość przerasta nasze najśmielsze wyobrażenia. Mamy, zatem, przed sobą wiele tysiącleci rozwoju naukowego.
    - Moja rasa posiadła sporą wiedzę, - Żarłok znów zabrał głos, - jednak w ciągu kilku dni okazało się, że to nie wystarczy, by pojąć ogrom CAŁOŚCI. Moja wiedza zwiększyła się wielokrotnie w ciągu kilkudziesięciu ostatnich godzin a i tak wiem za mało, by się przydać do czegokolwiek. Cała wiedza Kuuru to za mało, by uratować świat. To brzmi nieco przygnębiająco, nieprawdaż? Jakaś obca cywilizacja, dawno temu, na jakiejś małej planecie, w nic nieznaczącej Enklawie, osiągnęła szczyty wiedzy i teraz rozdaje wszystkim karty. To cholernie frustrujące, że pomimo tak wielkiej inteligencji nie byliśmy w stanie wymyślić nic, co by mogło nas ocalić. Czy ktoś ma jakiś pomysł?
    - Wyraziliśmy już swoje nihilistyczne poglądy i frustracje a teraz czas coś zrobić, - Ulf znów się ożywił. - Proponuję następujący harmonogram. Nasi naukowcy postarają się ustalić cokolwiek na temat ludu Ui. Tą drogą powinniśmy uściślić geografię ich świata, ergo górę, w której znajduje się jaskinia z Machiną Kosmologiczną. Khan zajmie się mobilizacją ziemskich sił zbrojnych a Mag i ja przygotujemy obronę Zaxor.
    - Co do ludu Ui, zgadzam się z Ulfem, jednak mam inny pogląd na całą resztę, - powiedział Mag. - Nie damy sobie rady z taką ilością inteligentnych robotów, jeśli wylądują na naszej ziemi. Jest nas za mało. Proponuję, by Żarłok wziął klucz od Ferrusa i spróbował w Gnieździe odszukać jaskinię. Może Sygnatura tego klucza w jakiś sposób wskaże właściwy kierunek. Reszta, czyli Ulf, Khan i ja, postaramy się przeniknąć do podziemnych kompleksów, i przeprowadzić akcję sabotażową. Łatwiej zniszczyć wroga, gdy jeszcze się nie rozpełzł i siedzi we własnej norze. Żarłoku, czy mój pomysł rokuje jakiekolwiek szanse powodzenia?
    - Teoretycznie, może się udać dopasować Sygnaturę klucza do Sygnatury zamka o ile ten zamek w ogóle istnieje, - Żarłok zgodził się z sugestią, - jednak, jeśli chodzi o taktykę to największe szanse powodzenia dałoby połączenie obu propozycji. Trzeba uruchomić przygotowania na Ziemi i Zaxor, ale równie ważne jest rozpoznanie możliwości wroga, i ewentualny sabotaż.
    - Na razie Centrum operacyjne jest bezpieczne, gdyż Patalach zapewne zdał sobie sprawę, że to, czego szukał mogło już stąd zniknąć. Pozostaje mu tylko zemsta lub podbój Ziemi albo Zaxor, - Khan był najbieglejszy z nich w dziedzinie operacji wojskowych. - Moim zdaniem z takimi siłami, o jakich wspomniał Uzi można zdobyć planetę taką jak Zaxor. Na podbój Ziemi potrzeba by dziesięciokrotnie większych sił inwazyjnych. Za wyborem Zaxor przemawia również obecność zaplecza przemysłowego stojącego na nieco wyższym poziomie niż na Ziemi. Również izolacja Zaxor pozwoliłaby Patalachowi na wzmocnienie swoich sił przed ewentualną inwazją na Ziemię w przyszłości. Gdybym był na miejscu Patalacha właśnie taką taktykę bym przyjął.
    - Khan może mieć rację. Ma doświadczenie wojskowe i orientuje się w tych wszystkich niuansach, o których my nawet nie słyszeliśmy. - Żarłok się zgodził z przedmówcą. - Naukowcy muszą się udać na Ziemię, by tam poszukać jakichkolwiek informacji na temat ludu Ui.
    Khan rozważał jeszcze jedną ewentualność. Patalach mógłby z zemsty zechcieć zniszczyć Centrum. Podzielił się swoimi myślami z pozostałymi. Ferrus stwierdził, że to raczej nie wchodzi w rachubę, gdyż niszcząc Centrum zaprzepaściłby szansę na wykorzystanie stosu grawitacyjnego do odesłania Elementów w Nicość.
    - A jeśli Yaah był na tyle przewidujący, że gdzieś jeszcze w dalszych rejonach kosmosu skopiował stos i Centrum Operacyjne? - Khan zaoponował. - Już raz nas pozostawił w tyle, więc nie miałbym pewności, czy nie zrobił tego i w tym przypadku. Ośrodek sterujący nie musi być wcale wielki, gdyż nie muszą tam zamieszkiwać wszystkie Anioły, tak jak tutaj. Wystarczy mała kosmiczna baza wyposażona w niezbędny sprzęt.
    - Ferrusie, - Ulf się wtrącił ponownie, - czy wiesz gdzie zostały wyprodukowane wszystkie elementy do budowy Waszego Centrum Operacyjnego?
    - Sam nadzorowałem produkcję niektórych komponentów na Mictlan. Były tam fabryki całkiem jawnie produkujące na potrzeby społeczeństwa. Ziemski wywiad dał nam spokój na wiele lat i nikt się nie interesował tym, co się tam działo. Spory udział miał w tym Maximus i jeszcze kilku innych wysokich funkcjonariuszy ziemskiej administracji. To dzięki nim Ziemia skupiała się na mało istotnych działaniach dając nam wolną rękę. Co jakiś czas otrzymywaliśmy całkiem sprawne jednostki transportowe, które były pod byle pretekstem wycofywane z użytku w ziemskich siłach zbrojnych. Używaliśmy ich do transportu surowców i gotowych elementów pomiędzy Mictlan, Centrum, i bazami w układzie Wong. Obecnie jednostki te znajdują się głównie na orbicie planety Xilion, z dala od naszych siedzib, by nie wzbudzać ciekawości przypadkowych agentów, którzy z rzadka się wałęsali w okolicach Mictlan. Część z nich jest zapewne wciąż sprawna i mogłaby służyć oddziałom Patalacha za jednostki desantowe.
    - Uzi, czy posiadasz współrzędne planety Xilion? - Khan spytał robota, który wciąż gromadził dane z Archiwum. - Należałoby przeprowadzić atak prewencyjny, by zniszczyć te jednostki.
    - Czterdzieści pięć megaparseków od Mictlan, w układzie Kaplana, - odparł robocik bez chwili namysłu. - Znalazłem również wzmiankę o kolapsie trzech dużych gwiazd w pobliżu Xilion.
    - Dziękuję Ci bardzo. - Khan skłonił się lekko w stronę robota. - To bardzo ważna informacja. Samiro, proszę zróbcie z profesorem to, co wcześniej sugerowałem. Będzie trzeba się szybko przemieszczać, jeśli moje przypuszczenia się potwierdzą.
    - Na razie nie było kiedy, - usprawiedliwiła się dziewczyna. - Już się za to zabieram. Zaschło mi zresztą w gardle, więc chętnie się napiję wody źródlanej.
    - Żarłoku, czy zechciałbyś przy okazji poszukiwania zamka do klucza sprawdzić okolice Xilion? - Poprosił Khan. - Chciałbym mieć pewność, z czym mamy do czynienia. Ferrusie, nasz Praxus udaje się do swojej bazy, by szukać miejsca ukrycia jaskini i Machiny Kosmologicznej. Czy zechciałbyś mu wręczyć klucz, by miał wgląd w jego Sygnaturę?
    Ferrus sięgnął po klucz wiszący na łańcuchu na jego szyi i powoli go zdjął. Klucz miał kształt prostokątnej płytki z kilkoma wycięciami. Połyskiwał zielonkawo jakby pokrywała go patyna. Nie miał dotąd czasu przyjrzeć mu się dokładnie, ale nie przypominał typowego klucza, jakim otwiera się zamek w drzwiach. Ponadto klucz posiadał dwa wgłębienia, w których regularnie pulsowały światełka cyklicznie zmieniające kolor. Mimo, iż Ferrus zdawał sobie sprawę, że Praxus nie był żadnym bogiem czuł irracjonalny respekt wobec jego majestatu. Na sztywnych nogach zbliżył się do wielkiego ptaka i na wyciągniętej dłoni podał klucz wraz z łańcuchem. Żarłok przyglądał się przez chwilę Ferrusowi, co spowodowało, iż spuścił on wzrok. Powoli, bez pośpiechu Żarłok sięgnął dziobem po klucz i uniósł go z dłoni Anioła. Łańcuch cicho zabrzęczał swobodnie wisząc w powietrzu. Następnie klucz poszybował w górę delikatnie podrzucony dziobem ptaka. Spadając, zatrzymał się w powietrzu wprost przed jego oczyma. Żarłok przeniknął do zawartości klucza. Przez chwilę wyglądał jakby się zastanawiał, lecz w rzeczywistości usiłował obejrzeć mechanizm klucza od środka. Ferrus i Anielice patrzyli z podziwem na pokaz panowania nad materią. Klucz wykonał obrót i łańcuch, na którym wisiał łagodnie opadł na szyję Żarłoka.
    - Dziękuję za Twoje zaufanie, - Żarłok zwrócił się do Ferrusa, - to nasza wspólna sprawa.
    Ferrus skłonił się i cofnął o kilka kroków. Gdy wrócił na dawne miejsce wyprostował się z wyraźną ulgą. Jego zabobonny strach przed Praxusem mógł im się jeszcze przydać, więc nikt nie zareagował na jego zachowanie. Uzi tymczasem zakończył przeglądanie danych zdobytych w Archiwum Aniołów. Skopiował je w całości do swojej pamięci i odłączył interfejs od sieci stacji. Odwrócił się i podszedł do Żarłoka. Obaj po chwili zniknęli bez najmniejszego szmeru. Samira i profesor poszli w ich ślady i również przenieśli się pod wrota Gniazda. W chwilę później Mag i Ulf zmaterializowali się w pomieszczeniu wywołując zamieszanie pośród Aniołów.
    - Moglibyście się, chociaż zapowiedzieć to nie wywołalibyście zamieszania, - Khan ich napomniał. - Jesteśmy tu w końcu tylko gośćmi.
    Mag i Ulf spuścili wzrok uznając swoją winę. Przeprosili za nagłe wtargnięcie i usiedli na krzesłach.
    - Mag, czy zgadzasz się z moim punktem widzenia dotyczącym scenariuszy, jakimi może się posłużyć Patalach? W szczególności chodzi mi o to czy Waszym zdaniem może się zdecydować na zniszczenie Centrum w odwecie? - Khan spytał brata. - Jeśli potwierdzi się podejrzenie o istnieniu drugiego stosu grawitacyjnego w okolicach Xilion to taki ruch będzie całkiem prawdopodobny.
    - To całkiem możliwe, - odparł Mag. - Likwidując Centrum odciąłby Ferrusa od możliwości wykonania jakiegokolwiek manewru. Uśmierciłby też potencjalnych wrogów mieszkających na pokładzie Centrum. Nie lekceważyłbym takiej możliwości.
    - Ferrusie, ile osób zamieszkuje Centrum? Chodzi o wszystkich łącznie z Homerem, kucharzami, oraz innymi żyjącymi istotami? - Khan zapytał.
    - Około dwóch tysięcy z dokładnością do kilku setek. Było więcej, lecz około tysiąca stanowiły załogi okrętów, - odparł Ferrus.
    - Czy możesz im nakazać natychmiastową ewakuację? - Spytał Khan. - Mamy trzy okręty przycumowane w tej chwili do Centrum, więc wszyscy powinni się zmieścić. Załogi łatwo skompletujemy z naszych okrętów krążących wokół Bazy. Niech zabiorą najpotrzebniejsze rzeczy i załadują się na okręty. Każdy może pomieścić około tysiąca żołnierzy, więc miejsc na pewno wystarczy.
    - A dokąd mieliby się udać? Yaah nakazał zniszczenie wszystkich obiektów, na Mictlan i Wong, gdy przenosiliśmy się do Centrum. To miało zmylić naszych wrogów według niego. Nie mamy dokąd pójść a na okrętach nie da się długo mieszkać.
    - Zostaliby tymczasowo przeniesieni do ośrodka internowania na Ziemi. Zanim wygnaliśmy Was z Ziemi, część Aniołów przebywała w nim pod strażą Gildii. Nie obawiaj się, nic im tam nie grozi. Chodzi o ich bezpieczeństwo, nie internowanie. Jest to jedyny ośrodek zdolny pomieścić tak liczną grupę uchodźców. - Khan starał się złagodzić obawy Ferrusa.
    - Mam do tego zagadnienia trochę inne podejście. Obiecałem sobie, że już nikt nie będzie zmuszał żadnego obywatela do robienia czegokolwiek wbrew jego woli. Tak postępował Yaah. Ja taki nie będę. Dam każdemu wybór i niech sam rozstrzygnie jak chce postąpić. Od kilku dni mamy tu wolność osobistą, której nie należy mylić z demokracją stanowiącą jedynie namiastkę wolności. Tu każdy musi zdecydować sam za siebie.
    Ferrus sięgnął po mikrofon stojący na stole. Włączył go i w krótkich słowach wyjaśnił cel swojego wystąpienia. Jego głos słychać było przez głośniki w całym Centrum. Skończywszy odstawił mikrofon i powiedział, że on pozostanie na stacji do końca.
    - Nie Ferrusie! - Khana zaczynał już złościć ten pokaz przywiązania do ideałów rewolucji francuskiej. - Masz inne zadanie niż ginąć tu jak ostatni głupiec. Jak widzisz jest nas tylko kilkoro, którzy znają całą sytuację. Zanim byśmy wtajemniczyli większą grupę minęłyby cenne godziny a działać trzeba natychmiast. Sądzę, że z chęcią wziąłbyś udział w wyprawie na Mictlan, czyż nie?
    - Obawiam się, że Twój pragmatyzm jest mądrzejszy od mojego idealizmu, - Ferrus przełknął ślinę i spojrzał na Aurorę i Herę, które stały u jego boku. - Wy oczywiście również macie wybór, choć wolałbym byście tymczasowo schroniły się na Ziemi.
    - Nigdzie się stąd nie ruszamy. Chcemy walczyć razem z Wami, - dziewczyny spojrzały na siebie i jednocześnie pokręciły przecząco głowami. - Dajcie nam broń. O resztę same zadbamy.
    - Nic nie wskóracie, jeśli Centrum zostanie ostrzelane z laserów gamma i działek protonowych. Wszystko wybuchnie w kilka sekund. Nic i nikt nie ocaleje w takim przypadku. - Khan spojrzał Aurorze prosto w oczy i zrozumiał ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu, że zależy mu na jej bezpieczeństwie.
    Sam nie miał pojęcia jak to się stało, że zaczęło mu zależeć na tej drobnej Anielicy o fiołkowych oczach i kręconych, jasnych włosach. Podobało mu się wiele kobiet w życiu, ale nigdy, na żadnej nie zależało mu tak jak na Aurorze. Czemu właśnie ona śniła mu się wiele razy zanim ją spotkał? Może to efekt działania przyczynowości wstecznej lub jasnowidzenia? Teraz nie miał czasu tego roztrząsać. Na zewnątrz zaczął się wzmagać hałas. Najpierw pojedynczo a następnie całymi grupami Anioły podążały do wyznaczonych doków, by się dostać na pokład jednego z trzech okrętów. Każdy niósł ze sobą mniejszy lub większy tobołek. Przeważały młode twarze, co było zrozumiałe w świetle wiedzy przekazanej przez Ferrusa.
    - Mam nadzieję, że to nie potrwa długo, - Mag powiedział zaskoczony. - Ile czasu im dałeś Ferrusie?
    - Pół godziny. Powiedziałem, że po tym czasie okręty odlecą.
    Coraz więcej Aniołów podążało w pośpiechu do doków. Każdy chciał zdążyć przed odlotem. Przy dokach utworzyły się kolejki tłoczących się pasażerów.
    - Opuścimy Was na chwilę, - powiedział Khan. - Trzeba skompletować załogi. To zajmie około dziesięciu minut. Przygotujcie się do odlotu. Za dziesięć minut spotkamy się w tym miejscu niezależnie od sytuacji.
    - Mag, obsadzisz jednostkę w doku trzecim, Ulf w czwartym a ja w piątym. Bierzcie pilotów i nawigatorów z rezerwowej obsługi. Nie muszą być mistrzami. Wystarczy, by wiedzieli, co robić.
    Wszyscy trzej zniknęli niemal jednocześnie. Ferrus przywołał dowódcę Gwardzistów i polecił, by żołnierze pomogli w dokach przy załadunku a następnie sami się zaokrętowali. Dowódca natychmiast się odmeldował i pobiegł wykonać rozkaz. Ferrus spojrzał na Herę i Aurorę. Nakazał im zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i wrócić najszybciej jak mogą. Sam przeteleportował się do swojej kajuty i zabrał kilka drobiazgów, na których mu najbardziej zależało. Był wśród nich nóż z rękojeścią wysadzaną drogimi kamieniami, który otrzymał od samego Chronosa zanim Yaah go podstępnie zamordował. Spakował kilka ciuchów i swój hełm bojowy z pokaźnymi rogami. Jeden taki zniszczył przedwczoraj, ale to była kopia. Oryginał był wciąż nietknięty. Zabrał jeszcze trójząb, który przypadł mu, jako trofeum po zabiciu Yaaha. Rozejrzał się jeszcze raz po swojej kwaterze. Nie spędził w niej wystarczająco dużo czasu, by się przywiązać do tego miejsca. Tylko na Ziemi czuł się jak w domu, ale to już nie do odzyskania. W ułamku sekundy wrócił do sterowni, w której miał się spotkać z pozostałymi. Naprędce sformowane załogi trzech okrętów właśnie się instalowały na nowych stanowiskach. Dowódcy zostali pouczeni o usterkach systemów nawigacji i sterowania ogniem. Pozostało jeszcze pięć minut do planowanego odlotu, więc załogi czekały w gotowości testując wszystkie podsystemy okrętów. Khan rozkazał wszystkim dowódcom, by po odbiciu od Centrum przeskoczyli jak najszybciej na orbitę Ziemi i tam czekali na dalsze rozkazy. Upewniwszy się, że wszystko idzie gładko, Khan, Ulf i Mag, dołączyli do Ferrusa, który już na nich czekał. W hełmie z pokaźnymi rogami i z trójzębem w dłoni wyglądał jak Wiking. Gdyby nie ogon wystający spod jego szaty trudno byłoby go odróżnić od ziemskiego wojownika z czasów Starożytności.
    - Czas minął. Czy wiesz gdzie jest Hera i Aurora? - Khan zwrócił się do Ferrusa. - Powinny już tu być od dwóch minut. Może mają jakieś problemy... W takim zamieszaniu nietrudno się zgubić. Poczekamy jeszcze dwie minuty a potem pójdziemy ich szukać. Czy wiesz gdzie są ich kwatery?
    - Oczywiście. Piechotą to spory kawałek stąd, zwłaszcza w takim tłumie. Żałuję, że je same puściłem. Powinienem był to przewidzieć, - Ferrus się zżymał. - Mam nadzieję, że nic im się nie stało.
    Czekali w napięciu, lecz po kilku minutach wciąż nikt się nie pojawił. Khan zaczął się poważnie niepokoić czy paniom się nic nie przydarzyło. Centrum nagle wstrząsnął wybuch. Gdzieś na dolnym poziomie nastąpiła eksplozja. Wszystkie drobne przedmioty pospadały na podłogę a żyrandole gwałtownie zaczęły tańczyć pod sufitem. Mag rzucił okiem na ekran sytuacyjny. Wokół centrum znajdowało się dziesięć własnych jednostek i jeden z okrętów należących do floty Patalacha. Wszystko nagle stało się jasne. Najczarniejszy scenariusz właśnie się ziszczał na ich oczach. Okręt ostrzeliwał Centrum ze sporej odległości. Nie było czasu do stracenia. Ziemianie przeteleportowali się na okręt klasy Alef. Khan tuż przed skokiem złapał Ferrusa za rękę. Zmaterializowali się na mostku okrętu wywołując niejaki zamęt swoim nagłym pojawieniem. Khan natychmiast wydał rozkaz by wszystkie jednostki rozpoczęły zmasowany szturm na jednostkę wroga. Okręty po kolei wykonały zwrot i rozpoczęły kanonadę z wszystkich możliwych środków rażenia, jakie miały do dyspozycji. Okręt Patalacha został cały pokryty ogniem. Choć ostrzał nie czynił mu żadnych fizycznych szkód, uniemożliwił dalsze prowadzenie ostrzału Centrum. Okręt zaczął się powoli wycofywać jednak Centrum zdążyło się już przechylić na jedną stronę. W środku wszyscy, którzy się nie zdążyli zaokrętować niewątpliwie mieli spore kłopoty z utrzymaniem się na nogach. Trzy okręty przycumowane dotychczas do rękawów zostały oderwane a ich włazy zatrzasnęły się automatycznie. Z niezabezpieczonych doków wysypały się dziesiątki postaci. Po chwili wszystkie znieruchomiały w pustce przestrzeni kosmicznej. Ferrus jeszcze nie zdążył ochłonąć po niespodziewanym skoku a już musiał patrzeć na tragedię dziesiątek swoich rodaków. Okręty kontynuowały ostrzał aż pancerz wrogiego okrętu zaczął się jarzyć najpierw na czerwono a później stał się biały od ognia, którym go pokryły okręty broniące Centrum. Nikt wewnątrz zapewne nie uszedł z życiem. Nawet, jeśli się nie usmażył to został rozmazany na skutek dzikich podskoków, jakie okręt wykonywał pod ciosami potężnych uderzeń broni kinetycznej. Centrum w tym czasie jeszcze bardziej się przechyliło i w jego kadłubie widać było sporą dziurę, z której buchał ogień. Kolejne wybuchy wstrząsnęły bazą powiększając wyrwę jeszcze bardziej.
    - Ferrusie, skaczemy do Centrum. Tam poprowadzisz do kwater Aurory i Hery. Musimy je uratować. - Khan złapał Ferrusa za rękę i z powrotem znaleźli się na pokładzie technicznym Centrum. - Skacz do kwatery Aurory. Ja skoczę za Tobą.
    Ferrus posłusznie wstrzelił się do pokoju gościnnego a tuż obok wylądował Khan. Pospiesznie przebiegli wszystkie pokoje jednak nikogo w nich nie było. Ferrus następnie przeskoczył do apartamentu Hery. Tuż za nim pojawił się Khan. Obie panie leżały pod łóżkiem i było widać tylko czubki ich głów. Panowie pomogli im się wygramolić z ich kryjówki i stanąć na nogach.
    - Miałyśmy właśnie wracać, gdy to się zaczęło. Okropnie się bałyśmy, - Aurora usprawiedliwiała się gorączkowo a jednocześnie całym ciałem przywarła do Khana. - Co się stało? Czy Centrum wytrzyma?
    - Tego nie wiem niestety, ale na wszelki wypadek lepiej się stąd ulotnić. - Khan spojrzał z góry na przerażoną Aurorę i pogłaskał jej włosy. - Hero podaj mi rękę i Ty Ferrusie również. Wracamy na okręt.
    Hera wyciągnęła rękę, by złapać dłoń Khana, ale Bazą wstrząsnął w tym momencie potężny wybuch rzucając wszystkich na ścianę. Khan i Aurora leżeli nieprzytomni bez ruchu. Ferrus z trudem wstał na nogi i rozejrzał się wokoło. Hera leżała również pod ścianą, ale przytomnie mrugała przerażonymi oczami. Pomógł jej wstać i złapał ją za rękę. W ułamku sekundy przeniósł się na okręt, z którego wraz z Khanem przed chwilą wyruszyli z misją ratunkową. Niestety Hera nie pojawiła się u boku Ferrusa. Przez głowę Ferrusa przebiegła myśl, że bez Khana mógłby sobie poradzić z tymi dwoma Ziemianami i przejąć kontrolę nad okrętem, lecz coś w środku natychmiast przypomniało mu, że postanowił inaczej postępować. Siłą woli zdusił podstępną myśl i chaotycznie wyjaśnił Magowi i Ulfowi, co się przed chwilą wydarzyło. Kazał im skoczyć swoim śladem i zniknął. Wszyscy trzej pojawili się w sypialni Hery niemal jednocześnie. Gryzący dym wypełniał pomieszczenia. Z korytarza wdzierały się jęzory szalejącego ognia. Mag z trudem dobrnął do nieprzytomnego Khana i dziewczyny, która wciąż się go kurczowo trzymała. Ulf w tym czasie złapał Herę za rękę. Drugą ręką chwycił smycze swoich trzech Wostoków. Stacją wstrząsnął potężny wybuch spowodowany zniszczeniem pancerza chroniącego zdezaktywowany ładunek antymaterii w siłowni. Antymateria musiała się uwolnić i nastąpiła nagła reakcja. Anihilacja pochłaniała Centrum w błyskawicznym tempie. Po sekundzie, po sporym fragmencie wielkiego Centrum Operacyjnego i części jego mieszkańców pozostała jedynie radioaktywna chmura. Nawet nie było szczątków, które rozpraszają się zwykle po wybuchu na wszystkie strony. Wszystko zostało w ułamku sekundy strawione przez szalejącą anihilację. Na mostku okrętu najpierw pojawił się Ulf trzymający za rękę przerażoną Herę i trzy całkiem spokojne psy. Następnie zmaterializował się Mag wraz z nieprzytomnym Khanem i jego podopieczną a na końcu zjawił się Ferrus trzymający w ręku pantofelki Hery.
    Na głównym ekranie radioaktywna chmura rosła z każdą sekundą. Jedyne, co pozostało po ogromnej konstrukcji Centrum Operacyjnego to światło błysku anihilacji rozbiegające się szybko w czerń kosmosu. Trzy okręty z uchodźcami zdążyły się oddalić od stacji na bezpieczną odległość a ich dowódcy właśnie dokonywali ostatnich obliczeń do skoku ku Ziemi. Nagle czołową galerię obserwacyjną rozjaśniło światło jeszcze potężniejszego wybuchu. Masa Centrum była na tyle duża, że jej nagłe zniknięcie zakłóciło delikatną równowagę panującą w układzie czarnych dziur i otaczających je białych karłów. Jeden z nich został wytrącony ze swojej orbity i zaczął się przybliżać do czarnej dziury. Potężne strumienie materii zaczęły wypływać z karłowatej, masywnej gwiazdy przyciąganej piekielną grawitacją czarnej dziury. Powoli tworzył się wokół wirującego olbrzyma dysk złożony z zasysanej zdegenerowanej materii. Otaczając horyzont zdarzeń po coraz ciaśniejszych kręgach materia zaczęła się rozgrzewać od ciśnienia i tarcia o sąsiednie warstwy wirujące wokół centrum grawitacji. Wewnętrzne pierścienie zaczęły najpierw świecić czerwonym blaskiem, który propagował się coraz szybciej ku zewnętrznym warstwom wirującego pierścienia. Tuż przy horyzoncie zdarzeń materia zaczęła już emitować promieniowanie gamma rozjarzając się do zimnego fioletu. Ziemianie nie mogli podziwiać spektaklu w całej jego krasie, ale Ferrus i Hera podziwiali go z nieukrywanym zachwytem, gdyż widzieli to, czego ludziom nie było dane oglądać. Całe spektrum promieniowania rentgenowskiego i gamma rozświetlało teraz niebo w niepowtarzalnym, szalonym balecie barw. Kolory, które podziwiali nie posiadały nawet nazw w języku ludzi, gdyż ich nigdy nie oglądali. Powoli do spektaklu zaczęły dołączać inne białe karły stając się karmą dla żarłocznych czarnych dziur, które na skutek zaburzeń pola grawitacyjnego zaczęły schodzić ze swoich pozycji i rozpoczęły taniec wirując wokół wspólnego środka masy. Ciągnęły za sobą bezbronne białe karły, z których materia sączyła się szerokimi strumieniami zasilając przepastne wnętrze kosmicznych drapieżników. Gdy szaleństwo nienasyconej konsumpcji osiągnęło maksimum, z biegunów czarnych dziur strzeliły potężne strumienie materii i promieniowania, które nie zostało wchłonięte pod horyzont zdarzeń. Dżety oddalały się w skoncentrowanych strumieniach oślepiającego światła kreśląc piękne helisy powstałe na skutek wirowania czterech czarnych dziur we wspólnym kręgu zaczarowanej potęgi destrukcji. Wszystkie okręty poza wrogą jednostką oddaliły się na bezpieczną odległość od tego fascynującego zjawiska, by załogi mogły podziwiać niepowtarzalny spektakl przygotowany specjalnie dla nich przez siły natury i ludzki geniusz. Ulf nawet nie spostrzegł, gdy Khan i Aurora się ocknęli i w ciszy dołączyli do reszty załogi podziwiającej ten cudowny pokaz. Czarne dziury wirowały coraz prędzej za każdym obiegiem zacieśniając krąg. Pożarłszy już nieszczęsne białe karły rozpoczęły taniec śmierci, po którym pozostanie tylko jedna samotna, wirująca w zawrotnym tempie czarna dziura-olbrzym. Gdy czarne dziury znalazły się wystarczająco blisko siebie ich horyzonty zdarzeń zaczęły się wydłużać nadając tancerzom wygląd kropel deszczu. W końcu wszystkie zetknęły się w środku pędzącej z zawrotną szybkością karuzeli. Prędkość orbitalna czarnych dziur wraz z resztkami otaczającej je materii zaczęła powodować anomalie czasoprzestrzenne. Obraz pojedynczych krążących obiektów zlał się w święcący jaskrawo torus, który zmniejszał swoją średnicę w dającym się zaobserwować tempie. Były to wciąż cztery wirujące czarne dziury, ale nikt nie był już w stanie ich rozróżnić, tak wielkiej prędkości nabrały. Zacieśniając krąg, torus sprawiał wrażenie coraz gęstszego. Przestrzeń ciągnięta przez grawitacyjny pęd tej szalonej karuzeli w widoczny sposób zaczęła się zagęszczać jak ciasto w misce wokół piór miksera. Widać było pojedyncze włókna zagęszczonej przestrzeni splatające się z innymi. Okręt floty Patalacha nie wykonał żadnego manewru, by uniknąć wciągnięcia w pułapkę i powoli zaczął się przybliżać do wirującego torusa stając się po kilku minutach jedynie małym punkcikiem pośród resztek innych obiektów, którym nie udało się ujść destrukcyjnej sile zagęszczonej czasoprzestrzeni. Pośród wirujących włókien przestrzeni zaczęły się pojawiać błyszczące punkciki. Najpierw kilka a z upływem czasu coraz więcej. Utworzyły osobny pierścień wokół wirującego torusa owijając się wokół niego jak całun ślubny wokół głowy panny młodej. To oś czasu zaczęła się oddzielać od przestrzeni tworząc wokół niej barierę migoczącą niezliczonymi światełkami. Pierścień zagęszczonego czasu początkowo wirował zgodnie z kierunkiem, w którym przestrzeń się nawijała na oś grawitacji czarnych dziur, lecz teraz zaczął zwalniać, by w końcu się zatrzymać. W tym momencie materia wewnątrz torusa osiągnęła prędkość światła i gwałtownie się zapadła ciągnąc za sobą stacjonarny dysk zdegenerowanego czasu, który coraz bardziej przypominał naleśnik. Naleśnik ten zaczął z wolna wirować w przeciwnym kierunku spłaszczając się jeszcze bardziej na brzegach i pęczniejąc w centrum. Wirowanie coraz bardziej przyśpieszało tak, że obserwatorzy zaczęli go postrzegać, jako jednolitą bryłę. Wszyscy obserwatorzy patrzyli na cały spektakl nie śmiąc mrugnąć oczami. Gdy na niebie pozostał jedynie skondensowany wirujący dysk zagęszczonego czasu wszyscy uznali, że spektakl dobiegł końca. Z ożywieniem zaczęli dyskutować nad tym, co właśnie obejrzeli, gdy nagle na powierzchni dysku zaczęły pojawiać się obrazy niewyobrażalnych konstrukcji o kształtach niemieszczących się w trójwymiarowej przestrzeni. Pomiędzy zadziwiającymi strukturami powstawały i gasły świetliste bańki, w których przez chwilę coś się działo a następnie w krótkim błysku znikały a na ich miejscu powstawały nowe. Cała przestrzeń aż kipiała od tych tworów. Obraz powoli zaczął się oddalać, by w końcu zlać się w całość otoczoną przezroczystą powłoką. Obraz nadal się oddalał i oczom widzów ukazały się ponownie jeszcze bardziej nieprawdopodobne konstrukcje, włókna, węzły i pętle, powstałe z takich samych bąbli, jakich wnętrze przed chwilą oglądali. Te bąble również zapadały się w nikłych błyskach światła robiąc miejsce kolejnej generacji rosnących banieczek. Obraz wciąż się oddalał i bladł ukazując kolejne poziomy niekończącego się cyklu nowych, jeszcze większych i dziwniejszych struktur. W końcu obraz stał się tak blady, że nic już nie było widać i wtedy nastąpił prawdziwy kolaps wirującego naleśnika uplecionego z włókien czystego czasu. W ułamku sekundy zapadł się do punktu, by zniknąć bez śladu. Detektory masy beznamiętnie pokazywały pustą przestrzeń pozbawioną jakiejkolwiek materii w miejscu kolapsu. Wszystkie rejestratory i czujniki rejestrowały całe widowisko od początku do końca tak jak wszelkie inne zdarzenia odbiegające charakterem od pustej przestrzeni niezmierzonego kosmosu.
  • #7
    yego666
    Level 33  
    ========== Odcinek 6 ============

    - Szkoda, że Samira i Szyszkin tego nie widzieli, - Mag odezwał się pierwszy. - Na pewno potrafiliby powiedzieć coś na ten temat.
    - Widzieli, widzieli, - głos Samiry zabrzmiał w głowie Maga. - Ulf uprzejmie użyczył nam swych oczu, więc i profesor, i Żarłok również wszystko widzieli. Dzięki Ulf, że dałeś nam znać w samą porę byśmy mogli nacieszyć oczy tym pięknym spektaklem.
    - Khan, czy możesz sprawdzić poziom energii próżni? - Głos Szyszkina dziwnie brzmiał jako jego telepatyczna reprezentacja. - Przypuszczam, że to, co widzieliśmy nastąpiło na skutek zmian fazowych, które wywołują niestabilność tkanki naszej enklawy. Normalnie powinna powstać klasyczna czarna dziura bez artefaktu czasowego jednak, jeśli dobrze rozumiem to zjawisko, artefakt temporalny powstał na skutek niemożności utrzymania tak dużej kolapsującej masy przez tło tworzone przez tę masę. Za mała energia tła spowodowała rozerwanie przestrzeni i wyciek masy do Nicości. Na jej miejscu powstała anomalia czasowa, która również się zapadła, jednak po niej powinien pozostać postartefakt w postaci niewielkiego ledwie widocznego bąbla. Nie posiada on żadnej energii w naszym rozumieniu. To jest właśnie ten trzeci rodzaj energii, o którym wspominała przypowieść Ferrusa. Chciałbym to dostać w swoje ręce. Właściwości takiego bąbla mogą być niesamowite. Jeśli się nie mylę to w takim bąblu może następować kreacja niewirtualnej materii w ustabilizowanym Continuum. Powinno być więcej takich miejsc w kosmosie, jednak, jeśli jest to jedyne takie miejsce to można je traktować, jako środek wszechświata gdzie czas i przestrzeń się zaczynają i jest to jedyne miejsce w całym wszechświecie pozostające w absolutnym spoczynku. Tak jakby Wielki Wybuch właśnie tam nastąpił. Niestety nie ma sposobu żeby sobie zabrać ten bąbel. To czysta idea bez reprezentacji fizycznej, ale zajmuje konkretne miejsce w naszym świecie. Na szczęście wiemy dokładnie gdzie jest. Jeśli się mylę to nic tam nie ma a środka wszechświata również nie ma. Tyle się ostatnio nowych rzeczy dowiedziałem, że nie wszystko jest dla mnie jasne. Muszę to przetrawić. Wracając do rzeczywistości, jeśli spojrzycie na gwiazdy, będą się Wam wydawały dużo ciemniejsze niż zwykle. To efekt przesunięcia poziomu odniesienia energii.
    Mag zerknął na holoekran. Poziom odniesienia detektora masy był znacznie powyżej rzeczywistej wartości energii próżni fałszywej. Gwiazdy święciły jak dawniej, ale było ich teraz znacznie mniej niż zwykle.
    - Profesorze, - Mag ponownie się odezwał. - Poziom energii próżni faktycznie spadł o jakieś trzydzieści procent, ale gwiazdy wcale nie pociemniały. Większa ich część zniknęła. Pozostało tylko kilka!
    - Mag, przesuń poziom energii odniesienia to gwiazdy się znów pojawią. Teraz widzicie tylko te najjaśniejsze dlatego masz wrażenie, że zniknęły, - Szyszkin nie krył rozbawienia alarmistycznym tonem Maga.
    Powoli Mag przesunął linię wyznaczającą poziom energii odniesienia i wyszedłszy z ustawień zresetował wszystkie podsystemy. Na okręcie zapadła cisza, gdyż wszystkie ekrany nagle zgasły. Mag przekazał informację, jaką uzyskał od profesora, czym uspokoił nieco nastroje. Po kwadransie, gdy wybrzmiały wszystkie komunikaty systemowe ekrany znów ożyły pokazując normalny obraz nieba pełnego gwiazd.
    - Teraz już wszystko w porządku, - Mag powiedział uradowanym głosem. - Mamy już wszystkie gwiazdy z powrotem.
    - Jest jeszcze jedna zagadka, która mnie nurtuje…, - głos Szyszkina zabrzmiał teraz głośno i wyraźnie. - Co ten placek nam chciał pokazać?
    - Jose, Samira, - Khan się ucieszył widząc ich na mostku. - Jak widzę, transformacja profesora poszła bez problemów.
    Dopiero teraz Khan zauważył, że Aurora mocno objęła go w pasie i ani myślała puścić. W jej oczach wciąż gościł strach pomieszany z naiwną ufnością w potęgę obrońcy, którego się trzymała. Gdy dostrzegła dziwność tej sytuacji, zawstydzona spuściła oczy dotąd utkwione w Khanie jak w obrazku i cofnęła ręce prostując się jakby się nic nie stało. Na szczęście nikt poza Khanem nie zwrócił uwagi na tę scenę, więc Aurora uśmiechnęła się i rozejrzała po mostku.
    - Bez problemów, mówisz? - Samira zaśmiała się głośno. - Mam wszystko zarejestrowane. W wolnej chwili Wam pokażę. Myślałam, że to poważny naukowiec, ale to taki sam dzieciuch jak Wy. Zero powagi!
    - I kto to mówi!? - Mag się roześmiał szyderczo. - Pamiętasz siebie przy Gnieździe, Samiro? To był dopiero ubaw.
    Samira spuściła oczy i podeszła do Aurory zagadując ją czymś nieistotnym. Aurora ucieszyła się bardzo z takiego obrotu spraw i złapała Herę za rękę.
    - Oprowadzisz nas po statku Samiro? - Przemówiła słodkim głosem. - Nie będziemy się tu czuły tak obco. Niech NASI mężczyźni zajmą się ważnymi sprawami a my w tym czasie przypudrujemy nosy.
    Chcąc nie chcąc, Samira prowadzona pod rękę przez Aurorę ruszyła w kierunku wyjścia z mostku. Okręt był ogromny, więc sporo czasu straci na oprowadzanie swoich nowych przyjaciółek po wszystkich zakamarkach. Zaczęła nawet lubić Aurorę za jej prostolinijność i brak zahamowań. Samirze również Khan się podobał, jako mężczyzna, ale jego brat jednak trochę bardziej. Hera była troszkę inna, ale również dała się lubić.
    - Hero, słyszałam, że Wasz gatunek potrafi zmieniać kształty wedle upodobania. Czy to prawda? - Samira znalazła wreszcie temat wart rozmowy. - Ciekawa jestem, czy możecie sobie na życzenie zmniejszać lub zwiększać wielkość swoich...
    Rozmowa jeszcze długo trwała i była coraz ciekawsza. Dziewczyny idąc głównym pasażem rozmawiały i co chwilę chichotały.
    - Ciekaw jestem Żarłoku, co odkryliście w okolicach Xiliona, - pomyślał Khan. - Czy macie już jakieś rezultaty poszukiwań?
    - Niestety, wokół Xiliona nie znaleźliśmy nic oprócz kilku niewielkich obiektów, prawdopodobnie okrętów transportowych, - odparł Żarłok, - jednak udało nam się namierzyć miejsce gdzie jest coś, co może pasować do naszego klucza. Nie wiemy czy to jest nasz zamek, ale zawsze to więcej niż nic. Znajduje się w okolicach jeziora Mahinapua. Ślad jest niestety bardzo rozmyty. Należałoby się tam udać z ekspedycją archeologiczną lub dowiedzieć się gdzie zamieszkiwał lud Ui.
    - Wynikałoby z tego, że Patalach nie posiada stosu grawitacyjnego i ma plan zdobycia klucza. Ciekawe czy wie gdzie szukać jaskini z Machiną Kosmologiczną, - Khan przerwał Szyszkinowi. - Może przydałoby się podsumować, co Patalach już wie a czego nie wie. To może nam pomoc przewidzieć jego następny ruch, bo jak widać przestał żartować. Zniszczenie Centrum i ponad tysiąca Aniołów to poważna sprawa pokazująca, że nie cofnie się przed niczym.
    - Na pewno nie wie, że Ziemia została włączona w rozgrywkę po stronie Ferrusa. Sądzi zapewne, że Ferrus na własną rękę, w tajemnicy przed wszystkimi zagarnął pozostałe okręty z Zaxor i obsadził je swoimi załogami. Miał w końcu pełną wiedzę na ich temat i mógł potajemnie szkolić załogi, czy się mylę Ferrusie? - Spytał Mag.
    - Jest to dość prawdopodobne, gdyż nigdy nie wchodziłem z Patalachem w jakąkolwiek komitywę. Nie byłem także ulubieńcem Yaaha, miałem więc motyw uprawdopodobniony zabiciem Yaaha. Jeśli zdecydował się na zniszczenie Centrum to liczy, że ocaleni zechcą wrócić do układu Wong lub nawet na Mictlan a tam już by na nas czekał ze swoimi siłami. Nigdzie indziej nie moglibyśmy liczyć przecież na jakąkolwiek gościnę. Moje rozumowanie stoi w sprzeczności z tezą, iż Patalach zamierza zaatakować Zaxor, choć nie wykluczam, iż po zniszczeniu pozostałych Aniołów obierze i taki kierunek.
    - Wiemy, jakimi siłami i środkami dysponuje, - stwierdził Ulf. - Do wybicia garstki pozostałych przy życiu Aniołów nie potrzebuje aż takiej siły. Wystarczyłoby do tego około trzydziestu robotów bojowych klasy Zero. Jednostki desantowe klasy Junior z napędem anihilacyjnym w sile pięciuset sztuk mogą dość szybko przerzucić wszystkie roboty z planety na okręty transportowe dalekiego zasięgu. Sugeruję byśmy udali się do układu Wong i na Mictlan, i zniszczyli cały sprzęt bojowy jeszcze na orbicie.
    - Myślę, że nawet, jeśli Ulf się myli to nie zaszkodzi przeprowadzić uderzenia wyprzedzającego. - Khan wolał zrobić coś szybko zamiast czekać na ruch wroga. - Atak jest zawsze lepszy niż obrona zwłaszcza przed inteligentnymi robotami. Udajcie się na Mictlan i do układu Wong, i rozglądnijcie się na miejscu jak się sprawy mają. Warto by też skierować kilka okrętów do obrony Zaxor. Ja muszę się zająć rozdysponowaniem ziemskiej floty. Wasze okręty nie dysponują praktycznie żadnymi jednostkami do walki z myśliwcami, więc przyda się Wam wsparcie doświadczonych żołnierzy i parę szybkich myśliwców. Ferrusie, Twoja rola wojskowa na razie się kończy. Zechciej, więc się rozgościć w kajucie admiralskiej i odpocząć do czasu przybycia do celu. Potem sam zdecydujesz, jaką rolę przyjmiesz zależnie od rozwoju sytuacji. Mag, poprowadź flotę w trzech wyznaczonych kierunkach. Obroną Ziemi zajmę się osobiście. Zadbaj też o bezpieczeństwo Pań. Zdaje się, że pętają się samopas po okręcie. Znajdź je i zapakuj do wygodnych kajut. Jeśli zechcą, mogą mieszkać razem.
    - Zaraz się wszystkim zajmę - odparł Mag, - a Ty zajmij się swoją flotą. Będziemy czekali na wsparcie.
    Khan opatulił się peleryną i zniknął. Jego niespodziewane pojawienie się na mostku okrętu flagowego wywołało niejakie zamieszanie. Dowódca straży natychmiast nakazał otoczyć niespodziewanego gościa. Dziesięć miotaczy laserowych mierzyło w niego ze wszystkich stron. Dowódca wyklepał formułkę nakazującą okazanie pełnomocnictw i czekał w gotowości. Mimo, iż poznał Konsula, sposób, w jaki się pojawił nie był przewidziany regulaminem, stąd nieufność.
    - Dobrze, że od razu nie zaczęli strzelać, - pomyślał Khan i sięgnął pod pelerynę.
    Wydobył przezroczyste pudełko zawierające Aureus - symbol jego władzy.
    Dowódca rozpoznał symbol i skłonił się nisko.
    - Wybacz Tuan, ale nie mieliśmy rozkazów od kilku dni, stąd... Ostrożność. - Tłumaczył się stary żołnierz.
    Odwołał żołnierzy i ogłosił, że Konsul znajduje się na pokładzie.
    - Wszystkich oficerów proszę za pięć minut do Hali Odpraw, - Khan rozkazał. - Wyruszamy na wojnę! - Krzyknął tak głośno, że załogi sąsiednich okrętów zapewne go usłyszały nawet bez komunikatorów.
    Od razu dało się wyczuć atmosferę podniecenia wśród załogi i oficerów. Dawno nikt takich rozkazów nie wydawał a Khan cieszył się ogromnym szacunkiem, gdyż nigdy nie rzucał słów na wiatr. Khan udał się niezwłocznie do Hali Odpraw, gdzie oczekiwał na dowódców zgrupowań taktycznych. Dokładnie po pięciu minutach wstał z fotela i przywitał wszystkich okrzykiem „Ave”. Zebrani odpowiedzieli tym samym pozdrowieniem.
    - Celem naszej misji jest zapewnienie ochrony i wsparcia jednostkom sojuszniczej floty kosmicznej wokół trzech obiektów oraz zabezpieczenie Ziemi przed atakiem wrogich jednostek, - Khan zaczął poważnym tonem.
    Wyłożył cele i rozdzielił zadania poszczególnym dowódcom. Określił sposoby komunikacji oraz charakterystyki sojuszniczych jak i wrogich obiektów i jednostek. Dowódcy słuchali uważnie każdego słowa i notowali w pamięci każdy szczegół dotyczący misji. Po dziesięciu minutach narada była zakończona. Każdy już znał swoje zadanie. Dowódcy wstali zza stołu, by oddać cześć dowódcy, lecz jeden z nich, kapitan Porcellus zemdlał, gdy usiłował wstać. Natychmiast zjawiła się ekipa medyczna i odtransportowała kapitana do ambulatorium. Pozostali dowódcy rozeszli się, by jak najszybciej dotrzeć na swoje okręty. Khan wyznaczył następcę Porcellusa i również udał się do ambulatorium. Porcellus wciąż był nieprzytomny. Khan wyprosił sanitariuszy usiłujących bezskutecznie ocucić bezwładnego oficera. Zamknął za nimi drzwi i bezceremonialnie obszukał kieszenie kapitana.
    Tak jak się spodziewał, w wewnętrznej kieszeni munduru znalazł ukryty komunikator. Nie mógł sobie pozwolić na żadne nieprzewidziane działania swoich podwładnych. W przestrzeni kosmicznej, jako głównodowodzący floty był panem życia i śmierci wobec wszystkich mu podległych żołnierzy. Porcellus nie był wyjątkiem. Podczas odprawy Khan przeskanował głowy wszystkich dowódców. Na szczęście tylko jeden z nich okazał się zdrajcą. Nie było czasu na rozmowy umoralniające, więc polecił ocucić oficera i zamknąć go w karcerze bez prawa do rozmowy z kimkolwiek. Jego głowa nie zawierała zbyt wielu ważnych informacji poza lokalizacją nieistniejącego już Centrum Operacyjnego. Porcellus wraz z Maximusem brał udział w projektowaniu tego obiektu. Brał również udział w przekazywaniu zdemobilizowanych jednostek transportowych Aniołom. Jednostki te dla niepoznaki trafiały najpierw na orbitę Xiliona, jako złom, by później trafić w ręce Patalacha i kilku innych wysokich rangą funkcjonariuszy administracji Yaaha. Strażnicy zjawili się w ambulatorium, dokąd przyniesiono Porcellusa i półprzytomnego skuli, po czym zaprowadzili do karceru. Oficer nawet się nie opierał, gdyż Khan odrobinkę poprzestawiał mu w głowie. Biedak nawet nie mógł sobie przypomnieć jak się nazywał.
    Khan wrócił na mostek, by wydać rozkaz przegrupowania i odlotu do wyznaczonych sektorów, gdy przypomniał sobie, że jego sygnet został wywrócony na lewą stronę podczas próby teleportacji. Przyjrzał się sygnetowi uważnie i dostrzegł w jego szafirowym oku maleńki połyskujący punkt. Dotąd nie miał czasu zajmować się tym a prawdę mówiąc zapomniał, że coś się stało z sygnetem, jednak przypomniał sobie, co mówił Maximus. Sygnet zawierał coś, czego nie powinno w nim być. Khan nie potrafił rozstrzygnąć, co mogłoby się stać gdyby go jednak użył. Maximus wspomniał, że sygnet ma odblokować zasobniki, które już zostały zdemontowane. Maximus nie był taki cwany, by potrafić wywrócić sygnet na lewą stronę za pomocą teleportera. Khan przekazał dowództwo Pierwszemu Oficerowi i podążył do swojej kajuty. Gdy się w niej znalazł natychmiast porozumiał się z Żarłokiem. Dyskutowali przez chwilę, po czym Khan przeteleportował się na Zaxor. Zmaterializował się u wejścia do Gniazda i wszedł do środka. Znał już to miejsce wystarczająco dobrze, by się nie zgubić. Żarłok czekał na niego w Sali Rady.
    - Jedyne, co w krótkim czasie mogę zrobić to submolekularna kopia sygnetu i odwrócenie go na właściwą stronę. Kopię możesz zabrać a oryginał poddam analizie w laboratorium, - Żarłok stwierdził krótko oglądając uważnie sygnet. - Coś jest wewnątrz szafiru, ale gołym okiem tego nie zobaczę.
    - Zróbmy, zatem tę kopię bym mógł odprawić flotę, - Khan powiedział niecierpliwie. - Mamy mało czasu. Patalach może wyruszyć lada moment.
    Ruszyli do laboratorium, gdzie Żarłok umieścił sygnet w niewielkiej szafce z przezroczystymi drzwiczkami. Przycisnął kilka przycisków i sygnet uniósł się w powietrze. Cieniutkie promienie fioletowego światła zaczęły go omiatać ze wszystkich stron. Po niecałej minucie w bliźniaczej szafce obok zaczął się z wolna materializować identyczny sygnet. Po chwili nowy sygnet łagodnie osiadł na dnie szafki. Khan otworzył szafkę i ostrożnie wyjął kopię. Była identyczna z oryginałem, tyle, że strony nie były zamienione miejscami.
    - Dziękuję Żarłoku. Świetna robota, - Khan podziękował. - Sprawdź, co tam w środku siedzi i daj znać. Muszę wracać na okręt. Do zobaczenia.
    Khan wyszedł na zewnątrz i natychmiast przeteleportował się do swojej kajuty. Poprawił pelerynę i ruszył na mostek. Oficer zasalutował przekazując mu dowództwo i wycofał się na swoje stałe miejsce przy konsoli obserwacyjnej. Khan przyłożył sygnet do czytnika molekularnego i wcisnął czerwony przycisk aktywując transmisję wcześniej przygotowanych rozkazów dla poszczególnych dowódców. W parę sekund później flota zaczęła się rozpraszać tworząc osobne grupy złożone z jednostek różnych klas. Świeżo sformowane grupy bojowe oddalały się szybko od siebie, by nie doszło do kolizji przy skokach. Po kolei okręty zaczęły znikać w tunelach czasoprzestrzennych. Na orbicie ziemskiej pozostał jedynie okręt flagowy i grupa stu jednostek, których zadaniem była obrona Ziemi. Khan wydał rozkaz startu i udał się do kajuty. Poprosił przez komunikator o posiłek i z przyjemnością wyciągnął się na koi. Już nie pamiętał, kiedy ostatnio wypoczywał i jadł. Postanowił wypocząć przez czas podróży, która miała trwać cztery godziny czasu lokalnego. Skok zajmował wprawdzie zaledwie parędziesiąt milisekund czasu uniwersalnego, ale w tunelach stabilizowanych ujemną energią zjawisko dylatacji czasu przebiegało w przeciwnym kierunku niż w zwyczajnej przestrzeni, stąd miał sporo czasu na wypoczynek. Nie minęła minuta a zapadł w sen.
    Orbita Zaxor była czysta, gdy przybyły okręty ochrony. Natychmiast rozlokowały się wokół planety zgodnie z wielokrotnie ćwiczonym planem obrony. Dowódca nakazał włączenie maskowania i po chwili wszystkie okręty zniknęły z radarów oraz detektorów masy. Ktokolwiek by tu przybył, nie byłby w stanie ich wytropić. Nie standardowym sprzętem, w jaki były wyposażone zwykle transportowce. Tim Bark, który został mianowany dowódcą tej formacji, został dokładnie sprawdzony przez Ulfa. Nie należał do sekty wierzących, więc był godny zaufania. Oprócz tego był biegły w taktyce walki orbitalnej i naziemnej. Okręty komunikowały się łączami nieprzyczynowymi, więc nie istniała możliwość ich wykrycia. Mag poprowadził swoją małą armię na daleką orbitę wokół Mictlan. Okręty kolejno materializowały się zajmując pozycje w szyku. Dowódca wydał rozkaz włączenia maskowania i okręty natychmiast zniknęły zanim zostały wykryte przez obserwatorów wroga. Skanery bliskiej przestrzeni ożyły i zaczęły podawać informacje na holoekranach. Przestrzeń wokół Mictlan aż roiła się od różnorodnych statków i okrętów. Większość z nich to były jednostki transportowe, o których dowiedzieli się niedawno. Co chwilę do któregoś z nich cumowały niewielkie okręty desantowe przylatujące z powierzchni planety. Prawdopodobnie przewoziły sprzęt i roboty bojowe na pokład transportowców. Pierwszy Oficer naliczył ponad sto okrętów transportowych i trzy razy tyle mniejszych jednostek kursujących pomiędzy transportowcami a powierzchnią planety. Mag nakazał rozproszenie się i podejście na odległość zasięgu rażenia broni kinetycznej. Okręty z wolna zmieniały pozycje ustawiając się w wybranych sektorach. Po dziesięciu minutach wszyscy dowódcy zameldowali gotowość. Mag wydał rozkaz zniszczenia wszystkich obiektów znajdujących się na orbicie. Dowódcy niezwłocznie rozpoczęli namierzanie celów i po chwili padły pierwsze strzały. Potężny cios z działa kinetycznego dosięgnął ogromnego okrętu desantowego, u którego burt wisiały cztery mniejsze jednostki. Ładunek uranowy najpierw wyrwał wielki kawał burty a następnie eksplodował wewnątrz statku desantowego rozdzierając go na pół. Seria wybuchów amunicji w ładowniach rozniosła statek na strzępy. Przycumowane jednostki zajęły się ogniem i zaczęły bezwładnie koziołkować stanowiąc łatwy cel dla dział plazmowych. Po kolei wybuchały trafione kulami plazmy a ze środka wysypywały się różne drobniejsze obiekty. Kilka innych statków transportowych trafionych wiązkami protonów rozpadło się na wiele części i dryfując bezładnie zaczęły wpadać na inne jednostki powodując pożary. W panice pozostałe statki pozbawione ochrony myśliwców zaczęły się przemieszczać na dogodniejsze pozycje. Mag rozkazał, by dowódcy nie skupiali się na pojedynczych obiektach tylko starali się uszkodzić jak największą liczbę jednostek wroga. W późniejszej fazie będzie czas na dobijanie rannych. Na razie należy uniemożliwić wrogowi wydostanie się poza obszar walk. Ciosy padały coraz gęściej i coraz więcej wraków bezwładnie krążyło po orbicie roznosząc płonące szczątki. Z kilku jednostek transportowych, które jak dotąd uniknęły ognia, zaczęły się wysypywać małe statki myśliwskie, które początkowo zaczęły się oddalać z pola bitwy jednak po jakimś czasie, gdy zebrało się ich więcej, zaczęły wracać w szyku bojowym kierując się na niewidoczne okręty. Ogień z dział zdradzał ich pozycje, więc myśliwce nie miały większego kłopotu z namierzeniem wroga. Ponad pięćdziesiąt myśliwców zdążało z pełną prędkością w kierunku atakujących okrętów. Mag polecił dowódcom ignorowanie małych jednostek gdyż te nie były w stanie zrobić okrętom większej krzywdy. W zamian wszyscy mieli się skupić na niszczeniu jednostek transportowych zdolnych do wykonania skoku z groźnym ładunkiem. Okręt obserwacyjny na bieżąco monitorował czy żaden statek wroga nie wymknął się z przestrzeni wokół Mictlan. Większość jednostek wroga rozpadła się już na kawałki a niektóre zostały wytrącone z orbity i coraz szybciej zmierzały w kierunku powierzchni planety. Z niecałkiem zniszczonych okrętów udało się wydostać jeszcze sporej liczbie myśliwców, które teraz zajadle kąsały okręty Maga usiłując znaleźć jakiś słaby punkt. Co jakiś czas któryś z myśliwców trafiał w wystające elementy konstrukcji, ale nie czynił tym żadnej szkody okrętowi. W końcu przekonawszy się o bezcelowości prowadzonych ataków, myśliwce zaczęły przywierać do burt i nadbudówek okrętów a roboty bojowe, które je pilotowały wychodziły w przestrzeń kosmiczną usiłując dobrać się do różnych włazów i osłon. Transmutalowe osłony wytrzymywały wszystkie ataki bez najmniejszego uszczerbku. Nagle na niebie zaczęły się pojawiać okręty klasy Rex, które Khan obiecał przysłać z odsieczą. Jako, że prawie wszystkie jednostki transportowe były już uszkodzone i dalsze strzelanie do nich nie miało większego sensu, dowódcy zdecydowali się związać wrogie myśliwce w walce bezpośredniej. Setki myśliwców zaczęły opuszczać pokłady swoich okrętów macierzystych. Rozpoczęło się polowanie na myśliwce wroga. Mimo, że ludzie dysponowali znacznie nowocześniejszymi maszynami, sporo pojedynków kończyło się ich klęską, gdyż roboty pilotujące myśliwce wroga mogły wykonywać znacznie trudniejsze ewolucje z łatwością unikając pościgów. Liczba maszyn wroga była jednak znikoma w porównaniu ze świeżo przybyłymi posiłkami i po półgodzinnej walce wszystkie w końcu zostały zniszczone. Widząc nieuchronność klęski kilka myśliwców usiłowało opuścić pole walki i uciec w przestrzeń kosmiczną jednak po krótkim pościgu i one także zostały zniszczone. Pomimo trwającej bitwy kilka transportowców kryjących się za uszkodzonymi, dymiącymi wrakami innych dużych jednostek gorączkowo kontynuowało załadunek sprzętu i robotów. Gdy zostały już załadowane do pełna wykonały skok znikając z ekranów okrętu obserwacyjnego. Mag nakazał, by najmniej obciążone jednostki podążyły za uciekinierami i zniszczyły je. Trzy okręty floty Zaxoru i sześć jednostek floty ziemskiej rzuciło się w pogoń za zbiegami natychmiast skacząc po śladach pozostawionych przez ich generatory tuneli czasoprzestrzennych. Pozostałe jednostki zabrały się za dobijanie wszystkiego, co się jeszcze poruszało. Jednostka po jednostce ginęły w oślepiających błyskach anihilacji po trafieniu ładunkami antymaterii. Po pół godzinie orbitę wokół Mictlan zaśmiecały jedynie drobne elementy konstrukcji, które odpadły w wyniku ostrzału bronią konwencjonalną. Teraz Mag rozkazał identyfikację celów na powierzchni planety. Według map znalezionych w Archiwum, w czterech miejscach pod powierzchnią planety znajdowały się ukryte kompleksy produkcyjne i magazyny z uzbrojeniem. Oprócz tych miejsc okręt obserwacyjny wykrył jeszcze trzy spore skupiska sprzętu bojowego. W miejscach tych najwidoczniej trwały przygotowania do obrony. Ferrus i Hera cały czas byli obecni na mostku obserwując przebieg bitwy. Aurora i Samira spały w najlepsze, zmęczone wydarzeniami poprzednich dni. Szyszkin nie był zainteresowany bitwą, więc przeniósł się do Uziego i Żarłoka w nadziei na nowe odkrycia naukowe. Razem z nimi analizował to, co odkryli w sygnecie Khana.
    - Znasz tę planetę lepiej niż ktokolwiek z nas, - Mag zwrócił się do Ferrusa. - Czy w miejscach dyslokacji wojsk Patalacha istnieją dogodne warunki do prowadzenia natarcia piechoty i jednostek powietrznych?
    Ferrus uważnie przyjrzał się obrazom pokazywanym na holoekranie i wskazując dwa z nich stwierdził, że teren jest tam bardzo trudny, i jedynym sposobem na zniszczenie wroga będzie bombardowanie mikroładunkami antymaterii. Elektronika robotów bojowych nie jest odporna na twarde promieniowanie, więc szybko ulegnie uszkodzeniu. Można było zaryzykować taką taktykę na powierzchni, gdyż było mało prawdopodobne napotkanie tam istot żywych a w szczególności porwanych naukowców, którzy pracowali dla Yaaha. W podziemiach natomiast, taka taktyka była nie do przyjęcia. Mimo, iż każdy okręt był wyposażony w głowice niszczące podziemne schrony i tunele, ze względu na tychże naukowców nie można było ich użyć. Tylko piechota mogła wejść do podziemi i uwolnić więźniów. Nikt jednak nie wiedział gdzie więźniowie są przetrzymywani. Być może wcale nie znajdują się na Mictlan tylko w układzie Wong. Trzeba było się jakoś tego dowiedzieć.
    Khan obudził się z głębokiego snu. Rozejrzał się po kajucie, ale poza posiłkiem, który już dawno ostygł, nie znalazł nic interesującego. Kiedyś miał w kajucie zdjęcie swojego wiernego psa i niewiernej dziewczyny, ale gdy odkrył, że jego częste podróże kosmiczne nie służyły ich związkowi zaprzestał personalizowania swoich kwater. Wstał z koi i umył twarz, by się całkiem obudzić. Wyszedł na korytarz i skierował się na mostek. Trwały przygotowania do zakończenia skoku. Pierwszy Oficer zameldował, że wyjdą w płaską przestrzeń za pięć minut. Nie wiedząc, czego się spodziewać, Khan wydał rozkaz przygotowania wszystkich stanowisk bojowych i myśliwców do natychmiastowego użycia. Piloci pospieszyli do hangarów i powciskali się w ciasne kokpity swoich maszyn. Myśliwce swoim kształtem przypominały odwróconą literę „V”. Pomiędzy rozchylonymi ramionami znajdowała się kabina pilota zamocowana sprzęgami grawitacyjnymi do reszty pojazdu. W kadłubie mieścił się zapas amunicji i paliwo. Myśliwce miały napęd anihilacyjny, gdyż nikt nie chciałby ich używać do dalekich wypraw. Służyły jedynie do walk na niskich orbitach planetarnych lub w pobliżu okrętu macierzystego. Dodatkowy napęd grawitacyjny służył jedynie do poruszania się w atmosferze, jeśli myśliwiec musiał wylądować lub walczyć w powietrzu a nie w kosmosie gdzie napęd anihilacyjny był efektywniejszy.
    Khan czekał na zakończenie skoku rozważając ostatnie wydarzenia. Aurora wyraźnie go adorowała. Była piękna i świeża jak powiew wiatru o poranku, jednak to Anielica. Nikt nie słyszał o związku między tymi dwiema rasami. Jego pozycja, jako naczelnego wodza również mogła ulec osłabieniu, gdyż była to również funkcja poniekąd polityczna. Dotychczas Maximus i Rada pełnili tę funkcję, ale któż mógł przewidzieć jak się sprawy potoczą na Ziemi, gdy już wszystkie niebezpieczeństwa zostaną zażegnane. Khan nie miał ambicji politycznych, gdyż jego ulubionym systemem była dyktatura zrównoważona. Dyktator narzucałby kierunki rozwoju i wymuszał ich realizację a społeczeństwo cieszyłoby się wolnością w granicach prawa. Miarą sukcesu miałoby być utrzymanie status quo w akceptowalnych granicach. Ciągły wzrost gospodarczy prowadził do rabunkowej gospodarki i wyniszczenia środowiska, dlatego utrzymanie status quo wydawało się dużo lepszym celem. Po upadku korporacji Gildia de facto była poniekąd dyktatorem jednak wielość głów nie sprzyjała jednomyślności, stąd większość mądrych rozwiązań i pomysłów trafiła na śmietnik. Jedna głowa była może trudniejsza do obrony przed innymi, ale dawała gwarancję spójności władzy. Gdyby został dyktatorem mógłby się wiązać, z kim by chciał. Qui pro quo. Nie można mieć wszystkiego. Pozostawało jeszcze usunięcie się w cień i życie w spokoju gdzieś na odległej wysepce pośród drzew i zwierząt oddając się życiu rodzinnemu i nałogom. Z tym ostatnim niestety też był kłopot, gdyż Khan nie posiadał żadnych nałogów. Aurora bardzo go pociągała, choć jak dotąd nie wykazała się nadzwyczajnymi przymiotami charakteru. Na szczęście jest jeszcze sporo do zrobienia, więc decyzje w tej sprawie będą musiały zaczekać. Ekrany nagle pojaśniały, gdy okręt wyłonił się z tunelu czasoprzestrzennego. Czas przyspieszył i nieprzyjemne wrażenie spowolnienia zniknęło. Można się było nauczyć je ignorować, ale na pewno nie lubić. Wyskoczyli na orbicie planety Purgatus w układzie Wong. Tu Anioły mieszkały przez osiem ostatnich dekad. Ekran zapełniał się sylwetkami okrętów różnej wielkości. Od dużych jednostek klasy Alef, poprzez mniejsze Jumbo aż po malutkie Juniory należące do Aniołów. Sporo malutkich myśliwców klasy Zero pętało się po całej przestrzeni. Natychmiast po zapoznaniu się z sytuacją, Khan nakazał wysłanie myśliwców do boju. Miał ich ponad dwieście na pokładzie. Wszystkie grodzie hangarów zostały otwarte i rój myśliwców zaczął z nich wylatywać w przestrzeń kosmiczną. Jeden z myśliwców wroga korzystając z okazji wleciał do otwartego hangaru i zaczął siać spustoszenie swoimi działkami plazmowymi. Pierwszą salwą zniszczył cztery myśliwce, które jeszcze nie zdążyły wystartować. Następnie wylądował i wywalił cały ładunek plazmy w platformę startową uniemożliwiając wysyłanie kolejnych jednostek do akcji. Automatyczne działa laserowe były umieszczone na zewnątrz, stąd nie miały szansy, by unieszkodliwić intruza. Mały oddział żołnierzy w skafandrach natychmiast otworzył ogień z promienników laserowych unieruchamiając wrogi pojazd. Dym wydobywający się z uszkodzonego myśliwca przesłonił żołnierzom widok pozwalając robotowi bojowemu pilotującemu pojazd, dyskretnie go opuścić. Robot przetoczył się zwinnie w pobliże małego oddziału i otworzył ogień z miotaczy protonowych. Siedmiu żołnierzy poległo od razu a trzech zostało ciężko rannych. Jeden z ocalałych włączył alarm powiadamiając dowództwo o problemie. Na głównym ekranie pojawił się obraz z płonącego hangaru. Widać było jak potężny robot palnikiem plazmowym wycina sobie w burcie drogę do wnętrza okrętu, którego nikt nie bronił. Nigdy się nie zdarzyło, by obcy wtargnął w ten sposób na pokład. Oficerowie patrzyli na scenę w hangarze z konsternacją.
    - Zamknąć grodzie wokół hangaru. Nie można dopuścić do rozszczelnienia konstrukcji. - Khan głośno rzucił rozkaz.
    Pierwszy natychmiast go wykonał i pancerne grodzie zatrzasnęły się z hukiem odcinając hangar od reszty okrętu. Khan szybko uzmysłowił sobie, jak niebezpieczny jest robot bojowy. Niewątpliwie zdołałby jeszcze zabić ze dwa tuziny żołnierzy zanim by go dosięgła celna salwa któregoś z obrońców. Nadto, nie było czasu, by zebrać oddział do obrony hangaru. Robot mógł się w każdej chwili przebić do wnętrza okrętu siejąc jeszcze większe spustoszenie na pokładzie. W dwóch słowach przekazał dowodzenie okrętem Pierwszemu Oficerowi i pospiesznie opuścił mostek. Znalazłszy się na korytarzu przeteleportował się wprost do zaatakowanego hangaru. Kombinezon od Żarłoka chronił go przed działaniem zabójczej próżni. Jedyny problem, jaki Khan teraz miał to brak ciążenia w hangarze. Generatory pola zostały uszkodzone i wszystkie nieumocowane obiekty swobodnie lewitowały w próżni. Tuż przed skokiem Khan profilaktycznie odłączył podgląd kamer na sytuację w hangarze. Nie chciał, by ktokolwiek go podglądał w czasie akcji. Mogłoby mu to przysporzyć sporych kłopotów, gdyby ujawnił swoje nadzwyczajne zdolności. Wolał, by nikt na razie o niczym nie wiedział. Lewitując wśród różnych szczątków uszkodzonych maszyn podpłynął do robota zajętego wypalaniem dziury w poszyciu i złapał go za korpus tak, że robot nie mógł się odwrócić. Jego broń była skierowana w niewłaściwą stronę na skutek czego, nie mógł strzelić do swojego oprawcy z żadnego ze swoich miotaczy. Zorientowawszy się w sytuacji odpalił miotacz plazmy, który zadziałał jak silnik odrzutowy wypychając obu walczących poza hangar. Dało to Khanowi większą swobodę działania. Najpierw zaczął się obracać wraz z robotem jednocześnie obserwując przestrzeń wokół siebie. Gdy już wirował wystarczająco szybko, zauważył wrogi myśliwiec zbliżający się ku nim z ogromną prędkością. Intuicyjnie wyczuł moment i puścił wierzgającego robota, który oddalając się od Khana po stycznej znalazł się tuż przed nosem nadlatującego myśliwca. Kolizja była nieunikniona. Khan wisząc opodal w próżni dostrzegł błysk eksplodującego myśliwca i nieszczęsnego robota. Natychmiast wrócił do swojej kajuty, by nikt nie widział jego harców a stamtąd na mostek. Obraz podglądu hangaru znów pojawił się na monitorze, ale już nie było w nim robota. Wszyscy patrzyli w ekran z niedowierzaniem. Nikt nie wiedział, w jaki sposób robot zniknął. Khan na wszelki wypadek pozostawił dymiący wrak myśliwca w miejscu, gdzie przedtem był robot.
    - Pewnie wybuch amunicji zniszczył robota. Każcie naprawić ten monitor, - Khan powiedział z naciskiem. - Zawodzi w najmniej oczekiwanym momencie. Teraz nie wiemy, co się właściwie stało. Pierwszy, wyślijcie drużynę na rekonesans do hangaru. Niech go zabezpieczą, żeby jakiś następny szalony robot się tam nie wdarł. Przejrzyjcie później zapisy z hangaru. Może coś się wyjaśni.
    Pierwszy Oficer spojrzał na Khana podejrzliwie, ale nic nie powiedział tylko cicho bąknął coś pod nosem i wydał polecenia, by zabezpieczyć dostęp do hangaru. W kilka minut później ekipa remontowa przystąpiła do usuwania szkód a żołnierze zabezpieczyli dostęp do hangaru za pomocą membrany grawitacyjnej. Pozostałe myśliwce zdołały już dawno opuścić swoje wyrzutnie i dobijały myśliwce wroga. Część wdała się w solowe pojedynki, które jednak często kończyły się zwycięstwem robotów, więc pozostali ścigali maszyny wroga w grupach liczących po trzy wzajemnie ubezpieczające się myśliwce. Po pół godzinie niebo było już prawie czyste a myśliwce rozpoczęły powrót na swoje okręty. Armada Ulfa dobijała resztki tlących się wraków statków transportowych i mniejszych jednostek orbitalnych. Właściwie bitwa na orbicie już się zakończyła.
    - Czy u Ciebie wszystko w porządku? - Khan spytał Ulfa w myślach. - Widzę, że twoje siły dość niemrawo sobie radzą.
    - Niemrawo? Patrzcie go! - Żachnął się Ulf. - A kto się uganiał za myśliwcami przez ponad pół godziny? - Ulf się zaśmiał w myślach.
    - U mnie też już po bitwie, - odezwał się Mag. - Mieliśmy tu spory bigos, ale ziemskie jednostki spisały się doskonale. Wyślę do Ciebie, Khan, swoich pilotów myśliwców. Jak się uczyć to od mistrzów. Jestem pełen uznania dla ich kunsztu. Jeszcze kilka okrętów jest w polu. Ścigają trzy zbiegłe jednostki transportowe, którym udało się ujść ze sprzętem i robotami na pokładzie. Według naszych obserwacji powinni teraz być gdzieś w okolicach Ziemi. Powiadom flotę, by się przygotowała do odparcia ataku. Niektóre roboty są całkiem zmyślne i potrafią nieźle zaskoczyć.
    - Wiem coś o tym. - Odparł Khan. - Zaraz powiadomię Ziemię, że mają problem.
    Khan włączył komunikator i połączył się z dowódcą sił, które pozostały wokół Ziemi. Przekazał mu wszystkie niezbędne informacje i rozkazał, by nie brać jeńców ani nie oszczędzać nikogo. Trzy jednostki nie mogły wprawdzie zagrozić Ziemi, ale mogły narobić wiele szkód, więc lepiej być gotowym na ich przywitanie. Khan był pewien, że Ziemia da sobie z nimi radę. W razie czego mogli zawsze wezwać pomoc.
    - Tutaj nie dostrzegliśmy żadnych zgrupowań wojsk ani sprzętu na powierzchni, - powiedział, Ulf. - Mogą się kryć w podziemnych kompleksach. Trzeba będzie chyba zejść na dół i sprać im tyłki. Sądzę, że na powierzchni znajdziemy jeszcze spore siły broniące podziemi. Nie wiem na razie gdzie są porwani, ale jeśli są na tej planecie to nie będzie można użyć ciężkich bomb burzących umocnienia podziemne. Ja mam dość ludzi do obsadzenia okrętów, ale jako piechota nie zdadzą egzaminu. Są chętni do walki, ale nie mają doświadczenia za grosz. Nie mamy też żadnego sprzętu do walki na powierzchni.
    - Nie martw się Ulf, - Khan odparł, - jesteśmy przygotowani na taką ewentualność. Mag ma trochę gorzej, bo zlokalizowali spore siły wroga na powierzchni Mictlan i też nie wiedzą, gdzie szukać uprowadzonych naukowców. Wydam rozkazy swoim dowódcom, by zorganizowali inwazję. Łącznie mamy około stu tysięcy ludzi i masę sprzętu, więc powinniśmy sobie poradzić. Nasi obserwatorzy szacują, że w walkach na orbicie wróg stracił łącznie około dziesięciu tysięcy robotów bojowych. Trzy lub cztery tysiące umknęły w kierunku Ziemi, więc pozostało jeszcze około pięciu tysięcy do wyeliminowania. Współczesne Anioły to żaden przeciwnik dla uzbrojonego piechura. Nie mam tu oczywiście na myśli Ferrusa ani Patalacha. Chciałem powiedzieć, że będziemy walczyć głownie przeciwko armii robotów. Szacuję, że unieszkodliwienie pojedynczego robota może kosztować życie około dziesięciu żołnierzy. Nie jest to pocieszające zważywszy, że wciąż mamy około pięciu tysięcy robotów do zniszczenia. Wcale mi się to nie podoba. Sugeruję, by do eliminacji sił napotkanych na powierzchni użyć pocisków z antymaterią. Dobrze byłoby zbombardować wstępnie pozycje wroga z orbity. To ich trochę przetrzebi i da nam przewagę przy lądowaniu. Nie pokazywałem Wam nigdy sprzętu do walki na planetach. Mamy naprawdę fajne zabawki. Zabierzcie się na powierzchnię z jednym z obserwatorów to będziecie mieli niezły widok z jego ścigacza. Moje zmysły nie wyczuwają tutaj żadnej anielskiej Sygnatury, więc sądzę, że Patalach musi być gdzieś na Mictlan lub uciekł w kierunku Ziemi.
  • #8
    yego666
    Level 33  
    ============ Odcinek 7 ============

    ATLANTYDA

    Żarłok powoli zdejmował kolejne warstwy szafiru z oczka sygnetu Khana. Kamień był spory, więc cała operacja dobrania się do implantu, który znajdował się w środku musiała potrwać. W końcu jednak implant został całkowicie oczyszczony i można było przystąpić do jego badania. Był mikroskopijny, gdyż mierzył zaledwie pół milimetra średnicy. Najpierw Uzi umieścił maleńki implant w ognisku skanera molekularnego, który szybko sporządził dokładną mapę obiektu. Z tego, co ekran pokazywał było jasne, że to nie była zwyczajna inkluzja w minerale. Wzór widoczny na holoekranie nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Skomplikowane wzory przedstawiały fraktal powielany aż do granic rozdzielczości skanera. Zarówno Żarłok jak i Szyszkin nie wiedzieli, co o tym sądzić.
    - Podobną, tyle że płaską strukturę fraktalną wykorzystuje się w komunikatorach wielozakresowych jednak nie używa się wzorów poniżej mikrona ze względu na małą odporność takich struktur na promieniowanie twarde, - Uzi skomentował to, co widzieli na ekranie. - Niewykluczone, że skan kwantowy pokaże coś więcej. Muszę jednak przerobić skaner tak, by początki wektorów skanujących były zaczepione w zerowej osi czasu a nie tak, jak jest teraz w osi czasu lokalnego. Unikniemy rozmycia cząstek aż do poziomu Plancka a może i głębiej. Zbyt świeża jest ta teoria bym w pełni rozumiał jej implikacje.
    - Doskonale Uzi. - Odparł Żarłok. - Wiesz gdzie szukać narzędzi, więc daj nam znać, gdy będziesz gotów. Profesor i ja zgłodnieliśmy, więc zrobimy mały piknik przed wejściem do Gniazda. Jeśli jesteś głodny to zapraszamy do kompanii, - Żarłok się zaśmiał gdyż wiedział, że Uzi raczej nie jada materii organicznej. Preferuje czystą energię.
    Profesor podążył za Żarłokiem, który chętnie opowiadał o historii cywilizacji Kuuru i o nawiązaniu kontaktu z ludźmi. Szyszkin był szczególnie zainteresowany rożnymi aspektami fizyki przestrzeni nieprzemiennych, które w tym świecie były dotąd jedynie ciekawostką niebraną poważnie przez nikogo. Gdy okazało się jednak, że istnieją enklawy funkcjonujące w oparciu o te prawa, profesor tak długo wypytywał aż Żarłok zaprowadził go do najwyższej kondygnacji Gniazda, gdzie znajdowały się wszystkie przyrządy skonstruowane tak, by działać we wszystkich znanych typach geometrii czasoprzestrzeni. Żarłok zademonstrował Szyszkinowi, jak w prosty sposób dowolną rzecz można wywrócić na lewą stronę lub zamienić jego lewą stronę z prawą. Obserwacja multiświata również wywołała ogromny entuzjazm. Z naukową skrupulatnością profesor notował wszelkie informacje, jakie uzyskał od swojego przewodnika. Obejrzawszy wszystkie cuda profesorowi nasunęło się skojarzenie dotyczące sygnetu Khana, który niedawno studiowali.
    - Niewykluczone, że ten sygnet został odwrócony z lewa na prawo w takim właśnie procesie. Gdyby nieznana istota była w stanie przechwycić wiązkę teleportacyjną byłaby w stanie zapewne wpleść w nią swoją informację tak jak to miało miejsce w przypadku sygnetu. Fakt, że lewa strona sygnetu znalazła się po prawej i vice versa może wskazywać, że wiązka została przechwycona z enklawy nieprzemiennej. Zakładam oczywiście, że to nie Ty się dopuściłeś takiego żartu. Poza Gniazdem prawdopodobnie nie istnieje w naszym wszechświecie żadna inna cywilizacja zdolna do takich manipulacji. Powstaje, zatem pytanie czy można dokonać podobnej transformacji w inny sposób a jeżeli nie, to kto i w jakim celu to zrobił znajdując się poza naszą enklawą? Pozostawiam na razie nierozstrzygniętą kwestię treści przekazu czy też zawartości inkluzji z sygnetu. Może skan kwantowy nam to ujawni.
    - Również sobie zadałem takie pytanie, ale brak danych nie pozwalał na razie na uzyskanie odpowiedzi, - stwierdził Żarłok. - Istnieje jednak bardziej paląca kwestia, która nie daje mi już od jakiegoś czasu spokoju. Czy miałbyś ochotę na pieczonego dzika z rożna?
    Profesor już zapomniał, kiedy ostatnio jadł nie mówiąc już o takich rarytasach. Na Ziemi polowanie było nielegalne, więc pieczeń z dzika była nieosiągalna. Z przekonaniem potwierdził swoją gotowość do spożycia tego zakazanego przysmaku. Obaj ruszyli zbierać chrust na ognisko. Żarłok pokazał Szyszkinowi jak się poluje na takie duże stworzenie. Po godzinie siedzieli przy ognisku zajadając pieczyste i popijając je źródlaną wodą. Profesor, mimo iż był porządnym obywatelem i nie łamał obowiązującego prawa, zawsze miał gąsiorek czegoś mocniejszego na zapleczu swojej pracowni. Był to rezultat badań, które nie były opłacane z pieniędzy podatników. Obaj z niekłamaną przyjemnością popijali owoc tych „badań”, po który profesor skoczył specjalnie na Ziemię. Bardzo mu się podobało, że tyle wspaniałych rzeczy mógł teraz zrobić za sprawą szczypty Quadrium. Zauważył również, że jego poziom inteligencji się podwyższył, gdyż bez najmniejszych trudności rozwiązywał w pamięci równania pola dla różnych przestrzeni. Ta zdolność spowodowała też, że z łatwością przyswoił a nawet skorygował świeżo poznaną teorię trzech Elementów.
    - Żarłoku, - rzekł profesor, - czy nie wydaje Ci się, że moglibyśmy tym pieczystym uszczęśliwić naszych przyjaciół? Są wprawdzie bardzo zajęci, ale założę się, iż nie odmówią takich pyszności.
    - To ich nie znasz, Jose. - Odparł Żarłok. - Na pewno nie odmówią, ale jeden dzik to na pewno za mało, by ich ugościć. Musimy się postarać o jeszcze dwa to wtedy nie będziemy posądzeni o sknerostwo.
    Profesor się roześmiał nie wierząc Żarłokowi jednak z przyjemnością udał się wraz z nim na polowanie, by uzupełnić zapasy. Gdy kolejny dzik i trzy Bobro-Szopy zostały nadziane na rożen, Szyszkin z powątpiewaniem stwierdził, że to wystarczyłoby na miesiąc dla plutonu wojska. Pieczyste rozsiewało kuszący zapach po okolicy wywołując uczucie głodu nawet u sytego.
    - Poproszę, by pozostali dołączyli do nas, - powiedział Żarłok oceniając stan przygotowań. - Na pewno są już bardzo głodni. Nie jedli nic porządnego już od wielu dni. To jedzenie u Aniołów nie było złe, ale czuć było, że to nie Matka Natura była autorem tych specjałów. Jedzenie na okrętach z Ziemi również pozostawiało wiele do życzenia, że o aromacie już nie wspomnę. Ponadto czas na chwilę relaksu. W wejściu do Gniazda ukazała się właśnie okrągła głowa Uziego. Jego oczy były jakby większe niż zazwyczaj.
    - Chodźcie zobaczyć, co zawiera inkluzja, - wyszeptał konfidencjonalnym tonem, jakby obawiając się nieproszonych słuchaczy. - To zadziwiające nawet w świetle nowoodkrytej teorii.
    Szyszkin i Żarłok podążyli za podekscytowanym robocikiem, który poprowadził ich na najwyższy poziom Gniazda, gdzie sobie majsterkował przy skanerze kwantowym. Na ekranie holograficznym widoczna była dziwna struktura. Obaj spojrzeli pytająco na Uziego, który tonem odkrywcy objaśnił to, co zobaczyli.
    - Na poziomie kwantowym inkluzja zawiera wolne gluonidy, które organizują przestrzeń w taki sam wzór fraktalny jak na poziomie molekularnym. Nie ma w tym nic dziwnego, jednak schodząc o dwadzieścia rzędów wielkości niżej znajdujemy się na poziomie Plancka, gdzie zaczynają się dziać ciekawe rzeczy. Transformacja topologiczna przestrzeni pozwala na zaglądnięcie w te obszary. Konstruktor inkluzji wbudował tu przestrzeń nieprzemienną. Normalnie w tym miejscu odbijamy się i wracamy do normalnej przestrzeni przemiennej. Zastanawia mnie, po co ktoś zadał sobie tyle trudu, by w przestrzeń przemienną wbudować nieprzemienny element. Na razie nie udało mi się dociec celu takiej konstrukcji, ale umieściłem inkluzję w silnym strumieniu ujemnej energii. Inkluzja generuje wokół siebie warstwę przestrzeni nieprzemiennej obejmującej wszystkie obiekty w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Należy wnosić, że gdyby Konsul miał ten sygnet na palcu, zostałby otoczony właśnie taką przestrzenią. Pytanie tylko, po co.
    - Czyżby nasz Konsul został przez kogoś zaproszony na party w innej enklawie? - Żarłok się głośno zastanawiał. - Taka powłoka zadziałałaby mniej więcej jak mój skafander chroniąc go przed skutkami zmiany geometrii.
    - A może ktoś chciał go porwać dla okupu? - Zażartował Szyszkin. - Tylko, co mógłby chcieć w zamian?
    Zastanawiali się przez chwilę nad sensem takiej konstrukcji i jej przeznaczeniem, jednak już sam fakt jej istnienia świadczył o wysokim poziomie techniki, na jakim znajdował się konstruktor. Żarłoka aż zmroziło, gdy pomyślał, że tak zaawansowana cywilizacja mogłaby się nie bać nawet końca wszystkich enklaw. Nie słyszał dotąd o żadnej cywilizacji na takim poziomie naukowo-technicznym poza... Poza Atlantami, o których wspominał Platon ustami Homera. Jeśli ta cywilizacja była faktycznie tak potężna to gdzie się podziała? Należało zintensyfikować poszukiwania tym bardziej, że pierwsze ostrzeżenie już obiegło tę enklawę. Tylko patrzeć kolejnej fali dystorsji grawitacyjnych.
    - To się dobrze składa, - zdecydował Żarłok. - Przy jedzeniu podyskutujemy nad tym problemem.
    Wszyscy wyszli przed Gniazdo, gdzie pieczyste już dochodziło. Usiedli wokół ogniska w milczeniu. W oczach Uziego odbijały się czerwono-złote płomienie ogniska nadając mu nieco tajemniczy wygląd. W końcu Żarłok postanowił rozpocząć ucztę.
    - Czy zechcielibyście nas zaszczycić swoim towarzystwem przy skromnym posiłku? - Nadał w myślach zaproszenie do Samiry, Maga, Ulfa i Khana. - Przygotowaliśmy skromny poczęstunek. Może i Ferrus ze swoją małą świtą zechce przybyć?
    - Jestem strasznie głodna i nic mnie nie powstrzyma przed przyjęciem twojego zaproszenia. - Samira pierwsza odpowiedziała Żarłokowi. - Czy mogę zabrać Aurorę ze sobą?
    - Przyznam, że od dawna nie miałem w ustach nic, co by przypominało jedzenie, - pożalił się Ulf. - To, co nasz kucharz pichci z ledwością starcza, by nie umrzeć z głodu, że o smaku już nie wspomnę. Khan się pewnie ze mną zgodzi, czyż nie?
    - Pierwszą fazę operacji mamy już za sobą, więc moglibyśmy coś przekąsić zanim przystąpimy do fazy planetarnej, - Khan zgodził się z Ulfem. - Też tęsknię za czymś smacznym.
    - My również skończyliśmy skanowanie Mictlan. - Mag się włączył do dyskusji. - Właśnie przygotowujemy desant na powierzchnię planety. Potrwa to jeszcze trochę, więc nie widzę przeszkód, by skorzystać z zaproszenia. Jeśli pozwolicie, zaproszę również naszych anielskich gości na ucztę. Może jeszcze coś się od nich dowiemy.
    Khan ucieszył się w duchu, że znów zobaczy Aurorę. Sam nie wiedział jeszcze, co do niej czuł, ale z pewnością nie była mu obojętna.
    - Zatem dokończcie pilne sprawy i za pięć minut spotykamy się przy Gnieździe, - Żarłok podsumował. - Zamaskujemy na razie wejście, by nasi goście nie widzieli zbyt wiele. Póki co, lepiej nie zdradzać wszystkich swoich atutów. Nie opowiadajcie im o Gnieździe, jeśli można prosić. Jeszcze troszkę trzeba ich pobadać zanim obdarzymy ich pełnym zaufaniem.
    - Zgadzam się z Tobą, - Samira szybko przystała na propozycję Żarłoka. - Uczeszę się tylko trochę i zaraz u Was będziemy.
    Mag zarządził przygotowania do operacji bombardowania zgrupowań naziemnych. Później desant i poszukiwanie porwanych. Khan nakazał przygotowanie ciężkiego sprzętu planetarnego i oddziałów inwazyjnych. Ponad trzydzieści tysięcy ludzi i kilka tysięcy maszyn bojowych. Ulf nie musiał nic przygotowywać, gdyż Khan wydał już stosowne rozkazy. Gdy wszystko było już przygotowane, Khan i Ulf zjawili się przy ognisku. Nie poznali tego miejsca, gdyż Żarłok z Uzim starannie zamaskowali wejście do Gniazda i naznosili trochę gałęzi, by urozmaicić wygląd okolicy. Starannie ustawione wokół ogniska pieńki miały służyć za siedzenia dla wszystkich gości. Zaraz za Ulfem zjawił się Mag a wraz z nim pojawiła się Hera, która nie przywykła jeszcze do częstych teleportacji oraz Ferrus, na którym przemieszczanie się w ten sposób nie robiło najmniejszego wrażenia. Oboje rozejrzeli się uważnie po okolicy. Nic nie wzbudzało podejrzeń a okolica wyglądała całkiem spokojnie i miło. Ogień i piekące się mięso przypomniało im o dawno zapomnianych czasach, gdy panowali niepodzielnie na Ziemi. To były bardzo miłe wspomnienia dostatku i spokoju. Poczuli się bardzo głodni, gdy wspaniała woń roztaczana wokoło przez dziczyznę dotarła do ich świadomości.
    - Jak to wspaniale pachnie, - Hera nie wytrzymała. - Już prawie zapomniałam, że jedzenie może mieć taką wspaniałą woń. W kosmosie wszystko jest bez smaku i wyrazu a tu kolory natury przyprawiają o zawrót głowy.
    - Proszę, zajmijcie miejsca wokół ogniska, - Uzi zwrócił się do zebranych. - Poczęstunek, jak widzicie jest już prawie gotowy.
    Gdy wszyscy już zajęli miejsca, przy ognisku pojawiła się Samira trzymająca Aurorę za rękę. Plecak, który miała na plecach wyglądał na dość ciężki. Ściągnęła go i postawiła na ziemi. Mag bardzo się ucieszył, że nie będzie musiał pić jedynie wody źródlanej. Aurora rozejrzała się wokoło ciekawym wzrokiem. Bardzo jej się podobała mnogość odcieni błękitnego koloru. Żółto czerwone płomienie buchające z ogniska dawały przyjemne ciepło. Dzień był raczej chłodny, choć świeciło słońce. Samira zajęła miejsce koło Maga i przystąpiła do wypakowywania zawartości plecaka. Dwa rodzaje trunków wzbogaciły asortyment dostępnych napojów. Obok nalewki Szyszkina stanęły butelki, które Mag otrzymał od Zielińskiego w Oho oraz zawierające tajemny trunek pomysłu Samiry. Miejsce obok Khana, jako jedyne pozostało wolne. Aurora, opuszczona przez Samirę rozglądała się przez chwilę bezradnie w poszukiwaniu wolnego miejsca. Samira zadbała o to, by jej nowa przyjaciółka dobrze się zaprezentowała na pierwszym przyjęciu. Wszyscy panowie, nie wyłączając Szyszkina nie mogli od niej oderwać oczu. Nawet Uzi zerkał na nią z zainteresowaniem. Niebieskie dżinsy podkreślały jej zgrabne pośladki przechodzące łagodnie w dwie szczupłe nogi zakończone czerwonymi pantofelkami na płaskich obcasach. Pantofelki doskonale współgrały z żółtą, elastyczną koszulką opinającą jej zgrabną talię i podkreślającą niewielkie, ale rzucające się w oczy piersi. Głęboki dekolt pobudzał dodatkowo wyobraźnię. Jej delikatna szczupła twarz okolona burzą jasnych włosów wyrażała zakłopotanie. Całości dopełniały intensywnie fiołkowe oczy oprawione ciemnymi rzęsami. Khan chłonął oczami ten bajkowy widok nie mogąc oderwać wzroku od zjawiskowej piękności o idealnych proporcjach. Zaskoczenie było zupełne, gdyż nawet Ferrus gapił się jak zaczarowany. Aurora poczuła się odrobinę niezręcznie pod wzrokiem kilku mężczyzn pożerających ją wzrokiem. Uzi zauważył niezręczność sytuacji i natychmiast zareagował we właściwy sobie sposób. Kostka Khana boleśnie odczuła reakcję małego, nadzwyczaj taktownego robocika.
    - Gdzież moje maniery? - Khan wstał i powoli podszedł do Aurory. - Czy zechcesz zająć miejsce obok mojego? - Zapytał, podając ramię pięknej Anielicy.
    Onieśmielona nieco nadmiernym zainteresowaniem, z wdzięcznością złapała się ramienia Khana i z gracją podążyła za swoim wybawcą. Usiadła delikatnie na pieńku i skromnie spuściła wzrok. Nie liczyła na aż taki efekt, gdy Samira przebierała ją w swoje ciuchy. Owszem, chciała zrobić wrażenie, ale gdy już je zrobiła, poczuła się trochę nieswojo. Znów niechcący wyszła na napaloną nastolatkę nie potrafiącą się ubrać stosownie do okazji. Wszyscy byli ubrani tak jak zawsze, czyli raczej nieciekawie, podczas gdy ona wyróżniała się nieprzyzwoicie swoim strojem. Cel został osiągnięty, jednak straty mogły się okazać nie do przewidzenia. W myślach strofowała się za swoją głupotę, ale już nie mogła na to nic poradzić. Cóż za upokorzenie. Czuła się jak na wystawie. Khan na pewno już wie, że jest bezdennie głupia i pusta. Z całego serca nienawidziła Samiry za to, jak ją ubrała. Khan zajął miejsce na sąsiednim pieńku i z wahaniem ujął jej szczupłą dłoń chcąc dodać otuchy dziewczynie, która pewnie dawno nie była w towarzystwie. Aurora podniosła wzrok i spojrzała w oczy Khana nie dostrzegając w nich nic, poza zachwytem.
    - Jak ja kocham Samirę, - pomyślała z wdzięcznością i uśmiechnęła się do swojego mężczyzny.
    - Kto jest głodny? - Szyszkin przerwał ciszę swoim donośnym głosem. - Dwa razy nie będę pytał. - Dodał po chwili widząc wahanie wśród gości.
    Zagrożeni śmiercią głodową goście powoli podnieśli ręce i skrzydło. Profesor czyniący honory Pana domu przystąpił do dzielenia pieczeni. Jak zwykle z wielkim taktem i kulturą najpierw obsłużył Herę, następnie Aurorę i Ferrusa. Gdy ich talerze były pełne, podał pięknie przypieczony kawałek dzika Samirze, która wciąż spoglądała na Aurorę z matczyną dumą. Pozostali otrzymali równie duże kawałki pieczeni. Jedynie Uzi odmówił, gdy profesor zaoferował mu porcję mięsa. Samira otworzyła butelkę swojej nalewki i napełniła kubeczki aż po brzegi. Wstała z miejsca i uniosła swój kubeczek. Pozostali również wstali z kubkami w dłoniach.
    - Obyśmy zawsze z jednakowa przyjemnością spożywali posiłki w tak doborowym towarzystwie, - wychyliła zawartość swojego kubeczka i klepnęła Maga w pośladek.
    Była szczęśliwa, że rzeczy toczą się we właściwym kierunku i że jest wśród przyjaciół. Pozostali również wychylili zawartość swoich kubeczków z niekłamaną przyjemnością. Aurora zawahała się przez moment, lecz uznawszy, że zwyczaj tak nakazuje, siarczyście klepnęła Khana w pośladek tak, jak to uczyniła Samira. Khana aż zatkało, ale szybko dotarł do niego komizm sytuacji. Dopiero po chwili do Aurory dotarło jak straszne faux pas popełniła. Chciała się zapaść pod ziemię, ale w tej samej chwili Hera idąc w jej ślady również przyłożyła Ferrusowi w pośladek aż echo poniosło. Wszyscy wybuchnęli śmiechem i atmosfera się zupełnie rozluźniła. Goście najedli się do syta i napili doskonałych trunków. Nawet woda źródlana cieszyła się nadzwyczajnym powodzeniem wśród gości. Aurora sięgała po nią raz po raz. Atmosfera była bardzo sympatyczna. Nawet Ferrus zdobył się na opowiedzenie kilku dowcipów, co nie zdarzało się często w jego raczej ponurej przeszłości. Aurora była szczęśliwa siedząc tak blisko Khana i bawiąc się z resztą towarzystwa, choć zdawała sobie doskonale sprawę, że nic nie gwarantowało jej sukcesu. Zaczynała powoli rozumieć, co znaczy walka o to, czego się chce. Zabicie Yaaha wynikało z zupełnie innych pobudek niż to, co obecnie czuła. Nie miało nic wspólnego ze szlachetnością. Wymagało jedynie odwagi a nie wytrwałości czy mądrości. Dotąd wszyscy spełniali jej zachcianki i nie musiała zabiegać o cudze względy. To inni walczyli, by jej się przypodobać. Było tak jeszcze zanim Anioły przeniesiono do układu Wong. Później wszystko się zmieniło. Bezdenna pycha i głupota Yaaha strąciły wszystkich w otchłań najlichszego z możliwych scenariuszy przetrwania. Trudno było nawet zdobyć nowe ubranie, by nie wspomnieć o godziwym jedzeniu. Nic dziwnego, że stracił oparcie nawet w tych, których w jakiś sposób wyróżniał. Gdy Hera przyszła owego pamiętnego dnia, Aurora nie miała cienia wątpliwości. Wprawdzie z nerwów pomyliła preparaty, ale poza paroma siniakami nic nikomu się nie stało nie licząc oczywiście Yaaha, który w końcu zupełnie stracił głowę.
    - Czyżby Ci nie smakowała pieczeń z dzika? - Aurorę wyrwał z zamyślenia głos Żarłoka, który nagle zabrzmiał w jej głowie. - Bardzo się staraliśmy, by wszystko było na najwyższym poziomie.
    - Ależ nie, szlachetny Praxusie. Tylko się odrobinę zamyśliłam i zapomniałam o posiłku. To zapewne świeże powietrze i atmosfera ogniska sprawiły, że zapomniałam nawet oddychać. Od tak dawna nie zaznaliśmy normalności, że jej powrót i cieszy, i smuci zarazem. Antycypacja przyszłości nie pozwala się w pełni delektować tą chwilą szczęścia.
    Aurora dopiero w tej chwili zdała sobie sprawę, że nie porusza ustami a mimo to rozmawia. Pomyślała nawet, że to musi być sen, bo na jawie takie rzeczy się nie zdarzają.
    - Nie obawiaj się to nie sen, - znów usłyszała głos Żarłoka w swojej głowie. - Tu dopiero nabiera sensu powiedzenie, że przyjaciele rozumieją się bez słów.
    - Ale jak to możliwe, że rozmawiam z Tobą nie poruszając ustami? - Aurora była nieco zaskoczona.
    - Zawsze to potrafiłaś, tylko teraz Twoje zdolności telepatyczne dopiero się ujawniły. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, - niski głos Żarłoka nieco ją uspokoił.
    - Czy pozostali też potrafią telepatować? - Spytała zaniepokojona. - Nie słyszę ich głosów w głowie.
    - Nie obawiaj się Auroro, słyszy Cię tylko ten, do kogo adresujesz swoje myśli. Pozostali również potrafią „telepatować”, - Żarłoka rozbawiło nowe słowo. - Potrafisz znacznie więcej, zapewniam Cię. Za dawnych czasów wszyscy przedstawiciele twojej rasy posługiwali się telepatią i telekinezą a wielu potrafiło również przemieszczać się z miejsca na miejsce nie poruszając ani nogami ani rękami. To się nazywa teleportacja. Sama możesz to sprawdzić. Pomyśl na przykład, że płomień z ogniska przybliża się do Ciebie...
    Aurora nie bardzo wierzyła, że każdy może posiąść taką moc, choć wiedziała, że Ferrus, Yaah i niektórzy członkowie Rady potrafili się posługiwać podobnymi zdolnościami, jednak ona sama nigdy nie panowała nad materią nawet bez użycia nadzwyczajnych zdolności. Trudno byłoby policzyć wszystkie przedmioty, które jej wyleciały z rąk i się rozbiły. Jak więc miała uwierzyć, że potrafi więcej niż dotąd przypuszczała?
    - Może inni to potrafią, ale nie ja. Nigdy nie wyróżniałam się ani bystrością ani zręcznością nie mówiąc o nadprzyrodzonych talentach. Nie potrafiłabym nawet podnieść źdźbła trawy z ziemi a co dopiero panować nad płomieniem.
    - Zdaje się, że nawet życie Aniołów nie było usłane różami. Jednak czasem warto zaryzykować, by się przekonać...
    - Ale nie będziesz ze mnie szydził jeśli mi się nie uda? Zresztą popełniłam już tyle niezręczności, że jedna więcej nie jest już w stanie bardziej popsuć mojej reputacji.
    - Więcej wiary w siebie. Ludzie uczą się przez całe życie i zachowują ciekawość nawet, gdy są bardzo starzy. Nie sądzę, by taka miła osóbka jak Ty poddawała się bez walki. Słyszałem o twojej roli w obaleniu tyrana. Wierz mi, że niewielu miałoby dość odwagi, by zrobić to, co Ty zrobiłaś. Jestem pełen podziwu dla Twojej odwagi.
    - Nie myl odwagi z głupotą. Mogliśmy wtedy wszyscy zginąć...
    - Ale dzięki Tobie tak się nie stało. Czy znasz wiele Aniołów, które miały odwagę przeciwstawić się despotycznemu władcy?
    - Tylko Ferrusa i Herę, - odparła po chwili namysłu. - Pozostali zawsze ginęli na klęczkach bez słowa sprzeciwu, jak Zeyoos. Może jednak pogadam z tym płomieniem...
    Wpatrzyła się w niewielki jęzor ognia, który tańczył pod pieczenią. Zwolna płomień zaczął się delikatnie wyginać ku jej twarzy, by po chwili odskoczyć na swoje miejsce. Sukces zachęcił Aurorę i postanowiła spróbować swoich sił z czymś większym. Przez chwilę rozglądała się szukając odpowiedniego obiektu, gdy jej wzrok padł na malutkiego, kolorowego ptaszka, który przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewa. Ptaszek siedział spokojnie pogwizdując od czasu do czasu po swojemu. Nagle nie poruszając skrzydełkami uniósł się ponad gałąź i wolniutko zaczął płynąć w stronę ogniska. Sam wydawał się zaskoczony tym, co się dzieje, więc na wszelki wypadek nie wyrywał się z telekinetycznego uścisku Aurory. Z każdą chwilą ptaszek przybliżał się do ogniska. Jego kolorowe piórka połyskiwały odcieniami złota i purpury odbijając światło płomieni. Dopiero teraz wszyscy spostrzegli, że dzieje się coś dziwnego. Ptaszek wszedł w pole widzenia wszystkich siedzących przy ognisku. Bezwiednie zaczęli podążać za nim wzrokiem nie śmiąc wydać żadnego dźwięku, by nie spłoszyć tego stworzonka. Bezwolny ptaszek rozglądał się wokoło, ale nie usiłował uciekać. Zamiast tego podpłynął do Khana i delikatnie osiadł na jego kolanie.
    Khan patrzył zafascynowany na małego stworka, który z niewyjaśnionych przyczyn poczuł nagle do niego miętę. Aurora uwolniła ptaszka spod swojej władzy, ale ten ani myślał odlecieć. Dopiero po dłuższej chwili zwierzątko rozejrzało się i wzbiło w powietrze. Chwilę krążyło nad głowami zebranych, po czym łagodnie wylądowało wprost na dłoni wyciągniętej ręki Aurory. Wydało dwa trele na pożegnanie i odleciało w sobie tylko znanym kierunku.
    - Szkoda, że odleciał, - Samira pierwsza ocknęła się z zachwytu, - był taki śliczniutki.
    - Ważył pół uncji i mierzył cal długości od dzioba do końca ogona. Temperatura ciała to niecałe dziewięćdziesiąt pięć stopni Fahrenheita, - Uzi podsumował zjawisko. - Ładny. - Dodał po chwili namysłu wywołując salwę śmiechu u biesiadników.
    - Umiem rozmawiać ze zwierzętami! - Aurora wykrzyknęła zachwycona swoim odkryciem. - Ten ptaszek był... Moim przyjacielem, ale niestety odleciał, - zakończyła ze smutkiem w głosie.
    Wokoło rozległy się gromkie oklaski i wyrazy uznania za wspaniały pokaz. Aurora nie wiedziała czy się cieszyć czy zapaść pod ziemię. Teraz już wszyscy wiedzą, co czuje do Khana.
    - To było najgłupsze, co mogłam wymyślić! - Zwróciła się w myślach do Żarłoka. - Nie radzę sobie sama z sobą. Co za wstyd! Co sobie Konsul o mnie pomyśli? Ale jestem głupia. Nie każ mi już nic więcej robić, bo zupełnie stracę twarz.
    - Ależ wręcz przeciwnie, - Żarłok ją pocieszał. - Lepiej nie mogłaś wyrazić siebie. To bardzo pomaga, gdy się nie jest pewnym siebie.
    Wszyscy zaczęli gratulować Aurorze tak wysublimowanego poczucia smaku. Chciała się zapaść pod ziemię, ale ta sztuczka jej się nie udała. Musiała wysłuchać wszystkich zachwytów. Khan tylko się uśmiechnął z aprobatą w oczach dodając Aurorze otuchy. Po chwili wszyscy powrócili do jedzenia rozmawiając o różnych ważnych sprawach. Aurora, szczęśliwa, że skończyło się jej „pięć minut” również zajęła się w końcu jedzeniem jednak myślała o tym jak mogłaby wykorzystać swoje nowe umiejętności.
  • #9
    yego666
    Level 33  
    ========== Odcinek 8 ===========

    Wszyscy się najedli do syta i przystąpili do omawiania zdarzeń minionych kilku dni. Szyszkin zdał relację z poczynionych odkryć jednak nie mógł się pochwalić odkryciem jaskini z Machiną Atlantów. Nigdzie nie natrafił na najmniejszą wzmiankę na ten temat. Dane dotyczące ludu Ui też nie były zachęcające. Właściwie nic z nich nie wynikało. Należało jednak bezwzględnie kontynuować poszukiwania.
    - Czy Patalach mógł mieć dostęp do wszystkich danych z Archiwum Aniołów? - Khan zwrócił się do Ferrusa. - Zastanawia mnie czy wie gdzie się znajduje owa jaskinia i jaką rolę w tej całej układance pełni klucz.
    - Mógł mieć taki dostęp jednak sądzę, że Yaah traktował wiedzę na temat jaskini i klucza, jako swego rodzaju polisę na życie. Ja nie byłem tego świadom, więc nie stanowiło to problemu, gdy podejmowałem decyzję z Herą i Aurorą, by zgładzić Yaaha. Wnoszę stąd, że jeśli ktoś coś wiedział to na pewno nie wszystko. Dzielenie się wiedzą nie należało do mocnych stron Yaaha. Od kiedy zamordował swojego ojca nie miał żadnej rodziny i wszystkich traktował podejrzliwie i instrumentalnie. Rada była mu potrzebna jedynie do sprawowania rządów na różnych poziomach. Sam nie byłby w stanie nad wszystkim panować. Potrzebował wsparcia w zamian za przywileje. Z wdzięcznością też nie było u niego najlepiej. Łatwo zapominał o swoich długach i zobowiązaniach, stąd raczej nie był lubiany. Sądzę, że Patalach tak jak my poszukuje rozwiązania. W przeciwnym wypadku nie bawiłby się w kosztowną operację likwidacji Centrum.
    - Na pewno nie znał przeznaczenia klucza, gdyż kiedyś usiłował mnie namówić do wyciągnięcia tej informacji od Yaaha. Nie było mądrze zadzierać z przewodniczącym Rady, więc po jakimś czasie sprzedałam mu bajkę, że klucz otwiera skrytkę z prywatnymi bogactwami, które Yaah zgromadził w ciągu wielu tysiącleci swoich rządów, - Hera wtrąciła się do rozmowy. - Nawet wskazałam miejsce, gdzie ten skarb miał się znajdować. Patalach uwierzył we wszystko, gdyż zrewanżował się tym oto pierścieniem, - Hera wyciągnęła lewą dłoń przed siebie pokazując platynowy pierścień z wielkim diamentem i rubinami wokół niego. - Ponoć pochodził ze starożytnej Judei i należał do króla Salomona.
    Pierścień był zaiste piękny i okazały. Samira nie mogła oderwać od niego oczu. Wprawdzie w świecie ludzi zarówno platyna jak diamenty nie posiadały dużej wartości, ale ten pierścień wyglądał na bardzo stary, co stanowiło o jego wyjątkowości. Na panach pierścień raczej nie zrobił wrażenia, choć był wyjątkowym okazem kunsztu starożytnych mistrzów.
    - Zatem możemy założyć, że Patalach działa w oparciu o fałszywe przesłanki, - stwierdził Ulf. - Jeśli nie wie nic o kluczu, to może to znaczyć, że my również możemy posiadać fałszywe dane na jego temat. Sądzę, że Patalach również znał opowieść Homera na temat trzech kół i klucza
    - Homer mówił, że nikomu nigdy nie opowiadał tej historii, - wtrąciła się Aurora. - Jeśli Yaah ją znał, to najprawdopodobniej od samego Platona, któremu ukradł klucz. Patalach nie znał zatem opowieści, ergo funkcji klucza. Zastanawia mnie tylko, po co Yaah poświęcił tyle lat na budowę stacji i stosu grawitacyjnego. Czemu wiedząc o Atlantydzie i trzech kołach oraz kluczu dał wiarę Dengom i realizował ich projekt? W moim mniemaniu Yaah trzymał się wersji, która była bardziej prawdopodobna. Sam nie miał zielonego pojęcia o fizyce, więc oparł się na zdaniu Maximusa, który przez wiele lat służył mu radą w takich kwestiach.
    Ferrus przysłuchiwał się słowom Aurory z uwagą. Nie znał jej z tej strony. Jakakolwiek wypowiedź dłuższa niż trzy zdania zwykle przekraczała jej zdolności intelektualne. Czyżby nie doceniał jej talentów? Pokaz zdolności telekinetycznych również go zadziwił gdyż sądził, że tylko nieliczni posiadają taką moc. Ciekawe, co jeszcze ta niepozorna Anielica trzyma w tajemnicy. Przypomniał sobie przygłupiego Klaudiusza, z którym nie raz pił wino w spelunkach Starożytnego Rzymu. Całe życie udawał głupotę a został w końcu cesarzem i dawał sobie doskonale radę na tym stanowisku. Nie sądził, by Aurora skrywała coś ważnego, ale z pewnością nie była taką, za jaką ją dotąd miał. W dodatku jej uroda również na Ferrusie zrobiła duże wrażenie. Postanowił przyglądać się jej nieco uważniej niż dotąd.
    - Wynika z tego, - Mag się odezwał, - że tylko my posiadamy prawdziwą wiedzę na temat Elementów i klucza jednak wciąż nie wiemy gdzie szukać Machiny Kosmologicznej. Jeśli mam być szczery, to nie bardzo ufam takim zbiegom okoliczności, które w nieoczekiwany sposób dają mi przewagę. Nie znaczy to, że nie ufam naszym gościom. Chodzi o to, że być może Yaah w jakiś sposób manipuluje nami zza grobu. Jeśli przewidział swój koniec, to mógł nam podsunąć wcześniej przygotowaną opowieść Platona i klucz, byśmy nie doszli do właściwego rozwiązania. W ten sposób jego zemsta na całym Wszechświecie byłaby pełna. My byśmy poszukiwali rozwiązania w niewłaściwym miejscu a świat zapadłby się grzebiąc wszystko w popiele ostatecznej zagłady.
    - Czego mamy się zatem trzymać? - Szyszkin nie wytrzymał. - Przez kilka dni przyjąłem i odrzuciłem kilka wspaniałych teorii dotyczących naszego Wszechświata a Ty mi mówisz, że jest jeszcze inaczej? - Szyszkin wyglądał na nieco sfrustrowanego.
    - Każda z kolejnych teorii wydaje się prawdopodobna jednak nie mamy dowodów na ich słuszność. Nie było czasu na badania i eksperymenty, - wtrąciła się Samira. - Nie zawsze ostatnia teoria musi być słuszna. Widzieliśmy dwa Artefakty, o których mówił Platon a istnienia trzeciego Mag dowiódł wracając z Nicości. Nasze dywagacje o wzajemnym wpływie dwóch Artefaktów oparte są na dość niejasnej obserwacji z podziemi Instytutu Archeologii Pozaziemskiej i właściwie to wszystko, co wiemy. Albo Yaah musiał wiedzieć coś jeszcze, co go skłoniło do uwierzenia w wersję Dengów. Tylko, co to mogłoby być?
    - Pozostaje jeszcze jeden trop - mój sygnet, - Khan się odezwał po długiej chwili ciszy. - Zawiera coś, co przekracza wszelkie możliwe do wyobrażenia scenariusze. Badanie nie ujawniło celu ani źródła pochodzenia Inkluzji jednak jest to jedyny trop, którego nie badaliśmy dotąd nawet teoretycznie. Nie miałem czasu i sposobności zajęcia się tym, lecz wobec tak wielu niepewnych tropów ten wydaje się przynajmniej realny. Coraz bardziej skłaniam się ku poglądowi, że coś lub ktoś chce nam coś przekazać i w ten właśnie sposób poinformował nas o swoim zamiarze. Fakt, że wybrał mnie na swój kontakt świadczyć może, że się doskonale orientuje w rozgrywkach, jakie toczą się wokół tego tematu w naszej enklawie. Za daleko idące wnioski mogą nas wprowadzić w błąd, więc najrozsądniej będzie skorzystać z zaproszenia. To jedyne, co mogę zaproponować w obecnej sytuacji.
    Khan chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nagły wstrząs przerwał jego wypowiedź. Kształty wszystkich przedmiotów, drzew i biesiadników powyginały się w najdziwniejsze figury. Nikt wprawdzie nie odczuł żadnego dyskomfortu i nic się nie rozpadło, ale efekt powtórzył się czterokrotnie za każdym razem z innym natężeniem. Wszystko wyglądało jakby się odbijało w krzywym zwierciadle. Poczucie równowagi również zostało zaburzone i niektórzy pospadali ze swoich pieńków na ziemię. Gdy efekt wreszcie minął wszyscy odetchnęli z ulgą.
    - To było to samo, co wtedy, gdy wyszliśmy z szybu, - rzucił Ulf podnosząc się z ziemi. - To na pewno ta druga fala, o której Żarłok wspominał.
    - Obawiam się, że nie pozostało nam wiele czasu, - głos Żarłoka zabrzmiał w głowach biesiadników. - To już druga manifestacja fali terminalnej. Nie wiem ile ich będzie, ale nie liczyłbym na więcej niż trzy lub cztery. Poziom energii zerowej próżni zapewne wkrótce się znów obniży tak jak po przejściu poprzedniej fali.
    - Wobec zaistniałej sytuacji musimy skoncentrować wszystkie siły na rozwiązaniu problemu stabilności, - Khan powiedział z naciskiem. - Nie mamy czasu na jakieś wojenki i potyczki z wrogimi siłami. Wydam rozkaz natychmiastowego zniszczenia Mictlan i Purgatus, by nas nie rozpraszano już więcej.
    - A jeśli się okaże, że na którejś z tych planet znajduje się coś istotnego, bez czego nie uda się wyekspediować Elementów w Nicość? - Aurora zauważyła rzeczowo. - Nie żal mi tych paskudnych miejsc, na których nic dobrego mnie nigdy nie spotkało, lecz powstrzymajmy się od drastycznych rozwiązań do czasu, gdy będzie to absolutnie konieczne. Mam przeczucie, że Yaah mógł tam ukryć coś istotnego.
    - Zgadzam się z Twoim rozumowaniem, lecz nie powinniśmy już tracić czasu na poszukiwanie naszych porwanych naukowców. Być może sami się znajdą..., - Żarłok niespodziewanie poparł Aurorę. - Nie trzeba niszczyć samych planet. Wystarczą bomby anihilacyjne z dodatkiem Quadrium.
    - Quadrium? - Khan się zdziwił. - A co ma do tego Quadrium?
    - Anihilacja wywołuje dość silny impuls elektro-magnetyczny jednak promieniowanie nie przenika przez gęstszą materię. Wszystko, co znajduje się w tunelach pod ziemią przetrwa nieuszkodzone. Fala uderzeniowa Quadrium przedostając się do tuneli wszelkimi możliwymi otworami i otworkami zadziała, jak falowód dla impulsu elektro-magnetycznego. Gdy impuls się skończy, Quadrium ulegnie dezaktywacji i nie pozostanie po nim nawet ślad. Jakiś czas temu prowadziliśmy doświadczenia nad różnego rodzaju zastosowaniami tego minerału, w tym militarnymi. Podam Ci procedurę wzbogacenia bomb anihilacyjnych, by móc zakończyć konflikt bez strat w ludziach. To, co wciąż jest na planetach, pozostanie na nich nietknięte, ale nie będzie nam już zagrażać.
    - Mądre są Twoje słowa Praxusie, - Ferrus odezwał się niespodziewanie. - Istnieje przypuszczenie, że pod powierzchnią planet wciąż kryje się spora rzesza Aniołów, o których wiedział tylko Yaah i członkowie Rady. Słyszałem kiedyś fragment rozmowy dotyczący właśnie tej kwestii. Padły nawet konkretne liczby, ale trudno im dać wiarę. Mowa była o kilku milionach. Usłyszałem jeszcze, że to prastara odnoga rasy, która zeszła pod powierzchnię wiele milionów lat temu i tam żyła w sztucznym środowisku. Prowadziłem później poszukiwania na własną rękę i natrafiłem na wzmiankę o narodzie żyjącym pod ziemią na Mictlan jednak żadne inne informacje nie potwierdziły tych rewelacji.
    - Również natrafiłem na tę informacje, - odezwał się Uzi. - Osiemdziesiąt trzy miliony lat temu nastąpił rozłam w społeczeństwie Aniołów na tle możliwych dróg rozwoju. Zwolennicy poszukiwania życia organicznego we wszechświecie wygrali konflikt z mniejszością opowiadająca się za rozwojem opartym o naukę i technologię. Pokonana mniejszość schroniła się w niezbadanych jaskiniach i tunelach pod powierzchnią Mictlan. Od tego czasu słuch o nich zaginął. Niekiedy tylko znajdowano pojedyncze szczątki zmutowanych organizmów, wskazujące na daleko posunięte przystosowanie do życia pod powierzchnią planety. Było to tak dawno temu, że nikt już później nie wspominał o tej rasie. Snuto jedynie domysły, że rasa ta osiągnąwszy wysoki poziom technologiczny przeniosła się w odległe, niezbadane rejony kosmosu. Ile w tym jest prawdy nikt nie wie, jednak jak w każdej bajce może w tym tkwić ziarno prawdy.
    - Trudno z tak wątłych przesłanek cokolwiek wnioskować a tym bardziej brać takie informacje poważnie, niemniej, jeśli Quadrium sprawi, że pozbędziemy się problemu, to jestem skłonny zaakceptować taki scenariusz dla Mictlan i Purgatus, - Khan wstał, jakby chciał opuścić towarzystwo. - Żarłok przekaże Magowi wiedzę na temat technologii, o której wspomniał a ja udam się śladem wskazanym przez Inkluzję. Jeśli nie wrócę do jutra, wcielicie w czyn nasze ustalenia. W przeciwnym przypadku może zyskamy nowy punkt widzenia na sprawy. Okaże się, gdy wrócę z..., Sam nie wiem skąd. Żarłoku, czy zechcesz mi zwrócić Inkluzję?
    - Oczywiście. Umieszczę ją tylko w kopii Twojego sygnetu, by Ci się nigdzie nie zapodziała podczas podróży. Nie jestem tylko pewien, czy nie powinieneś pozbyć się skafandra przed podróżą. Inkluzja może w jakiś sposób zakłócać jego działanie. Nie miałem czasu, by to sprawdzić. Decyzja należy do Ciebie.
    - Muszę zaryzykować, - stwierdził Khan po namyśle. - Ktokolwiek mnie zaprasza, nic nie zyska uśmiercając mnie, więc zapewne Inkluzja zadba o moje bezpieczeństwo. Pozbędę się skafandra, gdy pójdziemy do Gniazda po Inkluzję.
    Część rozmowy toczyła się poza świadomością Aniołów, gdyż nie było potrzeby wtajemniczać ich w sprawy, których nie powinny jeszcze znać. Khan skierował się wraz z Żarłokiem za skały skrywające wejście do Gniazda. Pozostali wrócili do dyskusji nad możliwymi teoriami opisującymi Elementy i ich oddziaływanie na Nicość. Ku zdziwieniu Ferrusa, nie tylko Aurora, ale i on sam wykazywał dużo lepsze zrozumienie zagadnień dotyczących fizyki i matematyki, o których Śmiertelni dyskutowali z ogromną swobodą. Coś musiało znajdować się w atmosferze lub jedzeniu, co spowodowało neutralizację blokady inteligencji obserwowaną u Aniołów od pradawnych czasów. Żadne zabiegi genetyczne ani inne „czary” nie pomagały na tę dolegliwość gnębiącą Anioły od zarania dziejów. Ferrus czuł się doskonale zarówno psychicznie jak i fizycznie. Nawet optymizm, którego nigdy nie doświadczał, pojawił się w jego umyśle. Niestety nawet nie wiedział, na jakiej planecie się znajdował, gdyż gospodarze nie byli łaskawi udzielić informacji na ten temat. Przypuszczał, że to Zaxor ze względu na kolor słońca, lecz czyż tylko jedna gwiazda we Wszechświecie świeci w tym kolorze? Tyle dziwnych i niezrozumiałych rzeczy zdarzyło się w ciągu ostatnich kilku dni, że jedna więcej nie była warta nadmiernej uwagi. Może coś się wyjaśni w tej kwestii, gdy już wszystko wróci do normy i będzie można się zająć bardziej przyziemnymi sprawami. Aurora zaniepokoiła się tak nagłym odejściem Khana. Wiedziała, że Śmiertelni nie zechcą ich wtajemniczać w swoje plany i nie miała im tego za złe. Sama postąpiłaby tak samo w podobnej sytuacji. Przez ostatnie kilka wieków Anioły i ludzie nie żyli w przyjaźni. Od kiedy wyszła na jaw rola Aniołów w rozwoju ludzkiej cywilizacji nie było już powrotu do dawnego status quo. Sytuacja zmieniła się na korzyść Śmiertelnych i cała potęga i przebiegłość Aniołów nie były w stanie poradzić sobie z tym wyzwaniem.
    - Czy Konsul wróci do nas wkrótce? - Spytała niewinnie. - Tak nagle się ulotnił...
    - Sądzę, że ma coś ważnego do załatwienia, - odparł Mag. - My również wyruszymy niedługo. Muszę się jeszcze dowiedzieć paru rzeczy i będziemy gotowi do ataku.
    Khan pojawił się niespodziewanie obok skał, za którymi było wejście do Gniazda. Za nim pojawił się Żarłok.
    - Będę musiał Was opuścić, - Khan zwrócił się do Ferrusa, ale nieustannie zerkał na Aurorę. - Proszę byście zechcieli się rozgościć w domku myśliwskim, do którego zaprowadzi Was Samira. Znajdziecie tam wszystko, czego Wam będzie trzeba. Nie jestem w stanie przewidzieć ile czasu zajmie moja misja, jednak moja obecność nie jest tu niezbędna. Mam nadzieję, że nie zabraknie Wam niczego. Ulf i Mag zajmą się realizacją planu likwidacji robotów na Waszych planetach. Nasi naukowcy postarają się uściślić dane, dzięki którym, być może , będziemy w stanie powiązać wszystkie znane nam informacje dotyczące Elementów.
    Khan czuł się nieco nieswojo wygłaszając oficjalną mowę, ale nie mógł po prostu zniknąć bez słowa. Chciał zachować formy przyjęte w cywilizowanym świecie. Wśród starych przyjaciół nie było to konieczne, ale Anioły nie należały do tej kategorii. Może kiedyś, ale do tego jeszcze długa droga. Niespodziewanie dla wszystkich Aurora podeszła do Khana i stanąwszy na palcach ucałowała go w policzek. Zdumiony Khan nie wiedział, co ma zrobić w tej sytuacji, więc chrząknął i podziękował za dowód przyjaźni. Czuł się jak głupiec, ale nic mądrzejszego nie przyszło mu do głowy. Odwrócił się i zniknął. Aurora stała jeszcze chwilę czując, że popełniła kolejne faux pas wprawiając Khana publicznie w zakłopotanie, ale nie mogła się powstrzymać. Samira doskonale ją rozumiała i gdy Mag z Ulfem kilka minut później zbierali się do swoich zadań również dała Magowi buziaka w policzek. Nie było to wprawdzie to samo, ale Aurora już nie czuła się tak podle. Ulf rozejrzał się wokoło i podszedł do Samiry nastawiając policzek. Najpierw dostał klapsa za zuchwalstwo a dopiero później buziaka. Następnie podszedł do Hery.
    - Mojej Pani tu niestety nie ma, więc jestem poszkodowany. Musicie mi to, zatem wynagrodzić.
    Mówiąc to schylił się i nastawił policzek. Jak się spodziewał, od Hery również dostał klapsa a następnie buziaka w drugi policzek. Podszedł wreszcie do Aurory i również się schylił, by ich twarze były na tym samym poziomie. Tym razem nie dostał klapsa, tylko całusa z obu stron. Wyraźnie zadowolony wrócił do Maga i stwierdził, że teraz może się podjąć każdej misji. Dziewczyny chichotały szczęśliwe, że sytuacja się rozluźniła i nikt nie był pokrzywdzony, no może za wyjątkiem Ferrusa, który nigdzie się nie wybierał, więc na całusa nie mógł liczyć. Mag i Ulf pożegnali się z Uzim i Żarłokiem a Ferrusowi uścisnęli prawicę. Ferrus zaczynał powoli doceniać nieznane mu dotąd zjawisko przyjaźni. Czuł, że komuś na nim zależy i nie jest tylko chłopcem na posyłki, jak to było za rządów Yaaha.
    - Dużo się muszę jeszcze nauczyć o Śmiertelnych, - pomyślał. - To zadziwiające, że przez wieki obcowania z nimi nigdy nie dostrzegłem w nich nic wartościowego. Zdecydowanie zyskują przy bliższym poznaniu, - przynajmniej niektórzy.
    Ulf i Mag zniknęli. Polana wydała się nagle pusta i smutna bez nich. Samira złapała Uziego i Aurorę za ręce i przeskoczyła wprost na podjazd domku myśliwskiego. Żarłok podszedł na swoich szponiastych łapach do Hery i Ferrusa i poprosił w myślach, by dotknęli jego skrzydeł. Oboje z niejakim wahaniem go dotknęli, by po chwili zmaterializować się tuż obok Aurory przed domkiem myśliwskim. Z ciekawością przyglądali się niezbyt zgrabnej budowli z drewna. Uzi zdążył w tym czasie wgramolić się do środka i zajął się przygotowywaniem pokoi gościnnych. Samira już od jakiegoś czasu obserwowała Herę. Miała w sobie pewien rodzaj dojrzałego dostojeństwa, podobnie jak Ferrus. Widać było, że to nie są zwyczajne Anioły. Nawet, gdy nic nie mówili, ich postawa wyrażała godność i pewność siebie. Hera wyraźnie miała oko na Ferrusa, ale skrywała to bardzo głęboko, by nikt się nie domyślił. Samira znała się doskonale na ludziach, więc nie ulegało dla niej najmniejszej wątpliwości jak się dalej sprawy potoczą, jeśli czas pozwoli. Nie miała zamiaru nic przyśpieszać ani ułatwiać, więc oprowadziwszy gości po chacie przydzieliła Herze pokój na górze, tuż obok swojego a Ferrusa i Aurorę umieściła w pokojach gościnnych na dole. Na szczęście chatka była wyposażona w inteligentny system aranżacji wnętrza, co znakomicie ułatwiło przydział miejsc. Goście mieli okazję odświeżyć się, z czego chętnie skorzystali, gdyż woda i pachnące kosmetyki na ich nieistniejącej stacji kosmicznej były raczej rzadkością. W międzyczasie Uzi wrzucił ich ubrania do odświeżacza i ogarnął bałagan, jaki pozostawili po sobie po ostatniej bytności. Razem z Żarłokiem zajęli się aprowizacją i w czasie, gdy goście brali prysznic upolowali kilka ptaków podobnych do kuropatw oraz dwa Bobro-Szopy sporych rozmiarów. Polował oczywiście Żarłok a Uzi zajmował się oprawianiem i dzieleniem zdobyczy na mniejsze porcje. Po pół godzinie goście odziani w odświeżone ubrania zaczęli schodzić do jadalni, gdzie czekał na nich deser złożony z lodów owocowych i napoje orzeźwiające. Hera podeszła do Samiry i nieśmiało spytała, czy i dla niej znalazłyby się jakieś mniej oficjalne ciuchy, gdyż miała już dość noszenia niewygodnej tuniki. Samira uśmiechnęła się ze zrozumieniem i wyciągnęła z szafy wcześniej przygotowany strój. Spodziewała się takiej prośby, więc była gotowa spełnić życzenie Hery. Ferrus najwidoczniej nie miał ochoty na zmianę stroju, więc pozostał w swoim dotychczasowym ubiorze. Było mu nawet do twarzy w czarnym. Podczas gdy Hera się przebierała, pozostali domownicy usiedli przy stole i zajęli się konsumowaniem smakołyków przygotowanych przez Uziego.
    - Zapraszam Was na zwiedzanie okolicy, gdy już się uporacie z deserem, - Samira oznajmiła z uśmiechem. - Przez jakiś czas będzie to nasz dom. Mam nadzieję, że nic Wam tu nie brakuje.
    - Nie liczyliśmy na aż taką gościnność Samiro, - odparł Ferrus. - Od dawna nie zaznałem takich wygód. Lody też są doskonałe, - pochwalił Uziego, który skromnie czekał koło stołka Samiry.
    Nic nie powiedział, ale nieznacznie zaszurał nóżkami okazując wdzięczność, że ktoś docenił jego starania. Żarłok siedzący na oparciu swojego krzesła również spojrzał na Uziego z uznaniem i gwizdnął przeciągle wyrażając w ten sposób swoje zadowolenie. Gdy lody już prawie zniknęły z pucharów, do jadalni weszła Hera. Ferrusa oczy nie były małe, ale zrobiły się dwa razy większe, gdy zobaczył swoją starą znajomą w wersji 2.0. Wyglądała olśniewająco. Jej zielone oczy podkreślał fioletowy cień na powiekach a gęste włosy opadały na odkryte ramiona złotymi falami. Biała haftowana bluzka z dekoltem podkreślała jej kształty. Całości dopełniały czarne spodnie zdobione srebrną nitką na szwach. Białe pantofle na płaskiej podeszwie doskonale współgrały z kolorem bluzeczki. W uszach błyszczały niewielkie kolczyki z zimnej platyny, wysadzane mieniącymi się granatowo szafirami. Ferrus od dłuższej chwili bezwiednie trzymał łyżeczkę z lodem nie śmiąc nawet mrugnąć, by nie spłoszyć tego zjawiska, które przed nim właśnie stało. Hera była wyraźnie zadowolona z wrażenia, jakie wywarła. Jej uwadze nie uszedł maślany wzrok Ferrusa. Samirze chciało się śmiać, ale z widocznym trudem zdołała utrzymać powagę. Hera zasiadła naprzeciwko Ferrusa i przystąpiła do konsumowania swojego deseru.
    - Jesteś najlepszą Panią domu, jaką dane mi było poznać, Samiro. Sądzę, że Uzi również się bardzo starał, gdyż lody są doskonałe, - Hera powiedziała skosztowawszy deseru lodowego. - Nie pamiętam, bym jadła coś równie smacznego.
    Uzi aż pisnął z zadowolenia, gdyż nieczęsto miał okazję być aż tak doceniany.
    Gdy Mag zjawił się na mostku swojego okrętu przygotowania do bombardowania były już niemal zakończone. Udał się do zbrojowni, gdzie składowano pociski anihilacyjne i cztery z nich zaopatrzył w małe ładunki zawierające Quadrium. Rozkazał, by użyto właśnie tych pocisków w pierwszej salwie. Pociski miały zostać zdetonowane na wysokości półtorej mili nad powierzchnią planety, by impuls pokrył jak największy obszar. Wszystkie okręty wycofały się na daleką orbitę, by ich delikatne obwody elektroniczne nie ucierpiały. Cele zostały namierzone i na komendę odpalono pociski. Każdy z nich ciągnął za sobą cienką nitkę spalonego paliwa rakietowego, które nadawało pęd potrzebny do osiągnięcia odległego celu. Gdy pierwszy pocisk dotarł nad wyznaczony obszar, zapalnik uwolnił ładunek antyprotonów. W jednej chwili niebo nad rozległą formacją wrogich robotów rozjarzyło się jak powierzchnia słońca zalewając falą gorąca wszystko, co znajdowało się na powierzchni. Poniżej, metalowe pojazdy i pancerne korpusy robotów bojowych zamieniły się w kałuże wrzącego metalu. Ziemia roztopiła się od piekielnego żaru pokrywając ogromny obszar taflą zeszklonego piasku. Początkowo niewielka chmura zaczęła rozszerzać się na wszystkie strony przesłaniając widok powierzchni. Statki powietrzne znajdujące się nieco dalej od wybuchu, pozbawione przez impuls elektro-magnetyczny sterowania, zaczęły spadać na powierzchnię planety efektownie wybuchając pióropuszami ognia, gazu i ziemi. W promieniu wielu kilometrów wszelkie budowle znajdujące się na powierzchni albo zostały zupełnie zmiecione podmuchem wybuchu albo zapaliły się od potężnego strumienia promieniowania cieplnego. Chmura z wolna zaczęła zasysać ziemię i wszystko, co na niej się znajdowało w górę. Tak jak wybuch zniszczył Oho, tak teraz wrogie siły zamienione w popiół i poskręcany złom padły łupem gigantycznej trąby powietrznej wciągającej wszystko bez względu na rozmiar. Powstawał ogromny bury grzyb składający się z niezliczonej masy obiektów i tysięcy ton ziemi. W jego wnętrzu rozszalała się burza z piorunami, jakich nikt nigdy w naturze nie oglądał. Jęzory białych błyskawic bez przerwy biły w powierzchnię planety wzniecając tumany kurzu. Miliardy woltów napięcia wnikały pod powierzchnię ziemi w postaci długich błyskawic penetrując wszystkie zakamarki ukrytych bunkrów, umocnień i schronów.
    - To zapewne efekt działania Quadrium, - Mag pomyślał. - W naturze nie występują takie błyskawice. Wyglądają jakby jakaś inteligentna siła kierowała je w coraz to inne miejsca.
    Nad Oho grzyb się rozwiał bardzo szybko pozostawiając tylko zgliszcza na powierzchni. Tutaj natomiast, grzyb rósł coraz bardziej a błyskawice przybierały na sile. Gdy tylko trafiły w jakiś podziemny obiekt, powierzchnia nad nim rozświetlała się fioletowym blaskiem wskazując miejsce trafienia. Spektakl jeszcze nie dobiegł końca, gdy kolejny pocisk dotarł do celu wywołując lokalny Armagedon. Dwa zgrupowania niedotknięte jeszcze katastrofą zaczęły się błyskawicznie rozpełzać na wszystkie strony w nadziei na uniknięcie straszliwego losu zaatakowanych formacji. Liczniki promieniowania na atakujących jednostkach warczały wściekle podając coraz wyższe odczyty. W obawie o własne bezpieczeństwo Mag nakazał przegrupowanie na wyższą orbitę. Oddalając się na dwukrotnie większa odległość zmniejszył natężenie pochłanianego promieniowania czterokrotnie, co stanowiło już bezpieczną wartość.
    - Jaką moc miały te ładunki? - Mag spytał Pierwszego oficera.
    - Niecałe dziesięć kiloton, - oficer odparł natychmiast. - Mniejszych głowic taktycznych już nie ma.
    Mag widział nie raz działanie takich małych głowic. Zniszczenia były nieporównanie mniejsze niż obecnie. Burze również zwykle miały niewielki zasięg i trwały do pięciu minut po wybuchu. To, co właśnie obserwował wyglądało jak efekt wybuchu głowicy o mocy dziesięciu gigaton. Bez wątpienia musiał być to efekt użycia Quadrium. Z powierzchni planety w miejscach nieobjętych pożogą zaczęły masowo wzbijać się w kosmos niewielkie jednostki klasy Junior, takie jak te, którymi niedawno przerzucano roboty bojowe na transportowce stacjonujące na orbicie. Wkrótce około setki małych jednostek zgromadziło się na orbicie. Nie łączyły się w szyk bojowy, tylko chaotycznie skierowały się ku wrogim okrętom. O ile okrętom z Zaxor nic nie groziło, o tyle ziemskie jednostki mogły ponieść spore straty, gdyż nie posiadały pancerzy z Transmutalu. Mag poradził dowódcy ziemskich sił by zabrał swoje jednostki w inny obszar wszechświata, jeśli chce uniknąć strat. Po krótkiej wymianie zdań Ziemianin pojął rodzaj zagrożenia i zarządził wycofanie wszystkich jednostek na orbitę oddaloną o pół godziny biegu światła od Mictlan. Mógł w razie potrzeby szybko wrócić z posiłkami, gdyby zaistniała taka potrzeba. Ziemskie jednostki zaczęły znikać jedna po drugiej. Mag nie chcąc tracić czasu na zabawę w kotka i myszkę, polecił przygotować ładunek grawitacyjny do odpalenia. Takim samym ładunkiem Khan unicestwił flotę Aniołów w układzie Myog. Broń jądrowa lub anihilacyjna jest prawie zupełnie bezużyteczna w przestrzeni kosmicznej. Skutecznie można jej używać tylko do bezpośredniego rażenia wrogich jednostek, jednak do walki z dystansu, jak Mag sobie umyślił, taka broń nie wyrządziłaby wrogowi większych szkód. Jedynie wywołanie silnego nieliniowego zaburzenia pola grawitacyjnego mogło być skuteczne. Rozrywało jednostki wroga na strzępy lub zgniatało je do wielkości puszki napoju gazowanego. Gdyby zmiana natężenia pola była względnie powolna, nie wyrządziłaby nikomu żadnej krzywdy. To musiała być nagła i duża nieciągłość, w wyniku której żaden fizyczny obiekt nie zdążyłby się odkształcić bez uszczerbku na strukturze materiału. Jedynie konstrukcja posiadająca generatory zsynchronizowanego pola kompensującego mogła wytrzymać taki atak, ale takie małe jednostki jak Junior nie pomieściłyby potrzebnych do tego urządzeń.
    - Sprawdzić przestrzeń! - Mag rozkazał Pierwszemu. - Zsynchronizować generatory ochronne wszystkich jednostek.
    - Dwa okręty floty ziemskiej nie mogą wykonać skoku, - zameldował Pierwszy Oficer. - Mają kłopoty ze stabilnością generatorów ujemnej energii.
    - Cholera! - Zaklął Mag. - Niewiele ziemskich jednostek posiada generatory pola ochronnego.
    - Te nie mają Sir, - pospiesznie dodał Pierwszy. - Rozpadną się na kawałki, jeśli uderzymy. Mają na pokładzie dziesięć tysięcy ludzi... Każdy.
    - Musimy im umożliwić bezpieczny odwrót. W przeciwnym wypadku padną łupem wroga albo naszym, - Mag myślał gorączkowo, co powinien zrobić w tej sytuacji.
  • #10
    yego666
    Level 33  
    ============ Odcinek 9 ===============

    Nie chciał zawracać Khanowi głowy, gdyż mógł być zajęty ważniejszymi sprawami. Z drugiej strony, jednostki desantowe klasy Junior nie są przeznaczone do działań ofensywnych, więc raczej same nie stanowią zagrożenia. Z ich pokładów nie wystartuje też żadna maszyna myśliwska, gdyż musi zostać najpierw wyładowana na okręt klasy Rex lub coś podobnego, gdzie mogłaby być odpowiednio przygotowana. Ten atak Juniorów nie ma przecież sensu. Co taki Junior mógłby zrobić oprócz wykonania samobójczego ataku na okręt wroga?
    - Jakie zagrożenie mogą Stanowić jednostki klasy Junior? - Mag zapytał w myślach Ulfa. - Właśnie około setki usiłuje się do nas zbliżyć.
    - Mag, nie pozwól im podejść na mniej niż dziesięć mil, - Ulf odezwał się natychmiast. - Zostały wyposażone w uproszczony układ umożliwiający krótki skok. Jeśli podejdą do Was na mniej niż dziesięć mil będą się teleportować do wnętrza okrętów a tam albo wyskoczy kilka robotów bojowych albo zdetonują ładunek antymaterii. Pięć minut temu straciliśmy w ten sposób dwa okręty a właściwie ich załogi. Na szczęście zadziałał mechanizm autodestrukcji obwodów zasilających, więc zdobyte okręty są dla nich bezużyteczne. Posłaliśmy głowicę grawitacyjną, by się pozbyć pozostałych, ale sześćdziesięciu ludzi z obu zaatakowanych okrętów straciliśmy. Teraz przystępujemy do pacyfikacji sił naziemnych. Radzę Ci użyć fal grawitacyjnych póki wróg jest daleko, albo odskocz na bezpieczną odległość.
    - Mam tu dwie uszkodzone jednostki Ziemniaków i nie mogę ich zostawić na pastwę robotów, - Mag wciąż nie wiedział co zrobić. - Niewiele mi pomogłeś, ale dzięki za ostrzeżenie.
    Mag rozkazał utrzymywać bezpieczny dystans trzydziestu mil do jednostek wroga. Wszystkim swoim okrętom wydał polecenie rozpoczęcia ostrzału obcych jednostek z broni energetycznej. To powstrzymało wroga przed nadmiernym zbliżeniem się do okrętów Maga, jednak na dystansie pięćdziesięciu mil ostrzał małych jednostek był mało skuteczny. Kilka z nich zostało trafionych wiązkami z laserów gamma, ale reszta ciągle manewrowała uniemożliwiając precyzyjne celowanie. Sytuacja stała się patowa. Mag powiadomił dowódcę floty ziemskiej o kłopotach dwóch okrętów i zreferował sytuację. Dowódca zdecydował wysłać cztery okręty, by zabrały załogi unieruchomionych jednostek, ale mogło to potrwać nawet godzinę.
    - Jeśli nic się nie zmieni, damy radę utrzymać Juniory z dala od siebie, ale nie możemy tu tkwić długo gdyż operacja naziemna powinna już być dawno rozpoczęta, - Mag poganiał dowódcę Ziemian. - Widzę już Wasze okręty ratunkowe. Powiadomcie mnie, gdy będziecie kończyć. My przytrzymamy statki wroga jak długo się da.
    Ostrzał z okrętów Maga stawał się coraz celniejszy. Co jakiś czas jeden z Juniorów wybuchał i znikał w oślepiającej kuli światła. Z powierzchni planety nie przybywały już żadne, nowe jednostki. Po niedługim czasie, gdy stało się jasne, że w ten sposób nic nie osiągną, roboty zaczęły się oddalać z pola walki i poza zasięgiem broni kinetycznej łączyły się w większe formacje. Dowódca Ziemian zaproponował zaangażowanie myśliwców do eksterminacji wrogich maszyn. Pomysł był niezły, ale Mag obawiał się, że w ferworze walki niektóre jednostki wroga zdołają się zbliżyć do jego okrętów i poczynić szkody. Podziękował dowódcy, lecz propozycji nie przyjął. Ewakuacja ludzi z uszkodzonych okrętów wciąż trwała. Wróg najwidoczniej spostrzegł, że ziemskie okręty mają kłopoty, gdyż część ich Juniorów skierowała się wprost na uszkodzone jednostki.
    - Długo jeszcze będziecie się ewakuować? - Mag znów ponaglił dowódcę Ziemian. - Nie powstrzymamy ataku na wasze okręty. Sam ostrzał nie wystarczy. Piloci tych maszyn bardzo zwinnie unikają naszego ognia. Macie najwyżej dwie minuty na zakończenie ewakuacji.
    - Jeden okręt jest już pusty a drugi prawie, - oznajmił dowódca. - Za minutę okręty będą puste. Uruchomiono już mechanizm autodestrukcji.
    Mag czekał obserwując sytuację w ziemskim sektorze. Dwa okręty już zniknęły, ale dwa pozostałe wciąż ewakuowały załogę na swoje pokłady. Sekundy wlokły się w żółwim tempie. Z coraz większym trudem powstrzymywano wrogie jednostki, które lada chwila mogły dotrzeć do granicy skoku. Wreszcie po nieskończenie długim oczekiwaniu dwa pozostałe okręty również zniknęły. Mag tylko na to czekał.
    - Sprawdzić przestrzeń! - Rozkazał Pierwszemu. - Zsynchronizować generatory ochronne wszystkich jednostek.
    - Zrobione Sir! - Pierwszy krzyknął.
    - Odpalać głowice grawitacyjne! - Z ust Maga padł wreszcie rozkaz ataku.
    Celowniczy przycisnął spust i mały kulisty przedmiot wielkości autobusu, uwolniony z luku rufowego, zaczął się z wolna oddalać od okrętu. Wszyscy obserwowali w napięciu ekrany podglądu optycznego. Nieczęsto jest okazja podziwiać broń grawitacyjną w akcji. To niezwykle precyzyjna broń. Emituje wiele, cienkich jak brzytwa wiązek energii w kierunku namierzonych celów. Następnie odwraca polaryzację wiązek i strzela ponownie. Amplituda fal grawitacyjnych podwaja się w ten sposób a przesunięcie fazowe powoduje bardzo gwałtowne narastanie i opadanie kolejnych szczytów i dolin. Obie fale powinny jednocześnie trafić w cel. Emiter fal grawitacyjnych oddalał się coraz szybciej. Nagle wszystkie jednostki wroga zawróciły i skierowały się ku planecie. Nie zdążyły się jednak oddalić nawet na milę, gdy przestrzeń została pocięta cienkimi promieniami rozchodzącymi się koncentrycznie z kuli z ogromną prędkością. Tępy dźwięk, jakby ktoś trafił siekierą w stal przeszył okręt i wszystkich członków załogi. Nie było to przyjemne uczucie. Pomimo pola ochronnego wszystkim zdrętwiały zęby od tego dźwięku. Na zewnątrz widok był oszałamiający. Jednostki wroga trafione promieniem brzytwy, przez krótki moment utrzymywały wspólny tor lotu, po czym wybuchały w oślepiających błyskach uwolnionych zapasów antymaterii. Całe niebo po stronie planety usiane było pozostałościami po takich wybuchach. Z uwagi na niewielką odległość od planety, część energii wiązek fal grawitacyjnych dotarła aż do powierzchni. Miejsca przejścia fal przez atmosferę rozjarzyły się do białości jakby przeszło przez nie ostrze brzytwy plazmowej jonizując powietrze na swojej drodze. W miejscach, gdzie promienie dotarły do powierzchni, widać było rozstępującą się ziemię wypluwającą pióropusze pomarańczowej magmy. Nawet, jeśli tam ktoś się ukrywał, to jego problemy właśnie dobiegły kresu. Trzęsienia ziemi zaczęły rozdzierać powierzchnią planety. Zrazu tylko w miejscach bezpośredniego trafienia, by w chwilę później popędzić w dal we wszystkich kierunkach. Po uszkodzonych okrętach ziemskiej floty pozostały jedynie szczątki poszarpanego poszycia i zamarznięta woda, która wyciekła z rozerwanych zbiorników. Patrząc na ogrom zniszczeń Mag złapał się za głowę. Mimo, że broń grawitacyjna działała w zasadzie kierunkowo, odbite fale rozpraszały się w przestrzeni w niekontrolowany sposób rażąc wszystkie inne obiekty, stąd generatory kompensujące były konieczne do ochrony własnych jednostek przed skutkami użycia takiej broni.
    - Planeta się destabilizuje i lada chwila się rozleci na kawałki, - Mag poinformował Ulfa. - Chyba trochę przesadziłem. Powinienem był się oddalić, chociaż o parę mil od planety.
    - Co Ty gadasz! - Ulf się zezłościł. - Przy tej mocy nawet detonacja na powierzchni planety nie może narobić wielkich szkód, więc nie opowiadaj bajek.
    Planeta tymczasem była już cała pokryta jasnoczerwoną lawą wypływającą z głębin. W powietrze unosiły się pióropusze gęstego dymu przesłaniającego coraz większe połacie powierzchni. Ląd unosił się i opadał coraz gwałtowniej. W końcu wzdłuż równika pojawiło się pęknięcie, które zaczęło się szybko rozszerzać aż po horyzont. Planeta napędzana swoim własnym momentem pędu zaczęła wyrzucać ze szczeliny rozpaloną do białości materię z samego jądra. Wokół równika zaczął się tworzyć pierścień materii przybierający z każdą chwilą na objętości. W końcu, gdy cała zawartość jądra znalazła się na orbicie, bieguny zaczęły się zapadać ku pustemu wnętrzu planety. Błyskawicznie nastąpił kolaps i cała materia została wyrzucona z ogromną siłą w kosmos w płaszczyźnie równika. Płynne skały rozbiegały się na wszystkie strony a w miejscu gdzie jeszcze pięć minut wcześniej było Mictlan widniała pusta przestrzeń. Siedziba rasy Aniołów właśnie przestała istnieć. Mag wciąż nie mógł uwierzyć, że unicestwił całą planetę.
    - Właśnie się rozpadła na drobne kawałki, - Mag powiadomił Ulfa. - Zobaczysz na zapisie monitoringu zewnętrznego. Rozpadła się jakby od środka ją coś wyjadło. Niesamowity widok.
    Mag nie żałował ani trochę, że siedlisko zła przestało istnieć. Zaskoczyło go jedynie to, że tak mała detonacja wywołała takie skutki.
    - Zabezpiecz zapisy skanerów dalekiego zasięgu i pobierz próbki rumoszu planetarnego, - Ulf poprosił. - Może się dowiemy, co się stało. Śmierdzi mi to podstępem Yaaha zza grobu. Mógł mieć przygotowany taki scenariusz, tylko nie wiem, jaki miałby w tym cel. Może Ferrus będzie w stanie coś wyjaśnić...
    - Wracamy na Zaxor. Tutaj już flota się nie przyda, - odparł Mag. - Zbierzemy trochę próbek i uciekamy zanim cały układ się zdestabilizuje. To była największa planeta, więc pozostałe na pewno odczują jej brak. A Twoja operacja już zakończona?
    - Właśnie szykujemy ostrzał powierzchni głowicami z antymaterią i Quadrium. Z powierzchni niewielkie siły ostrzeliwują nas rakietami, ale raczej bez skutku.
    - Że też o tym nie pomyślałem! Quadrium, to ono mogło zdestabilizować planetę, - Mag znów się odezwał. - Użyliśmy głowic o mocy poniżej dziesięciu kiloton a uzyskaliśmy efekt jakby wybuchły co najmniej ładunki o mocy dziesięciu gigaton. Quadrium wzmocniło detonację i ukierunkowało ją pionowo w dół, ku jądru planety. Zdetonowaliśmy cztery takie głowice w niewielkich odstępach czasu. Jeśli te odstępy odpowiadały częstotliwości rezonansowej planety, to musiała się rozpaść. Teraz już wszystko jasne. Nie odpalaj swoich głowic, bo unicestwisz całą planetę.
    - To co mam zrobić? - Ulf się zmartwił. - Miała być potem inwazja. Moje Wostoki już się cieszyły na dobrą zabawę a tu nic z tego. Jak ja im to wytłumaczę? Na razie nie spieszy się z tą inwazja, gdyż Ci na dole nie mają już czym do nas dolecieć. Zniszczyliśmy wszystkie statki, które mieli. Zostawię tu ze trzy okręty na wszelki wypadek a resztę odeślę na Zaxor.
    - Nie zapominaj, że jeszcze nie otrzymaliśmy raportu o tych trzech zbiegłych jednostkach transportowych. Już od dwóch godzin nie ma kontaktu z naszymi jednostkami, które podążyły ich śladem, - Mag przestrzegł Ulfa. - Lepiej zostaw większe siły i niech będą czujni. Licho nie śpi.
    - Chyba będziemy potrzebowali pomocy Ferrusa w układzie Wong, - Ulf wciąż zastanawiał się nad inwazją. - Niewątpliwie zna każdy zakamarek na tej planecie. Ciekawe, czy zechce wziąć udział w ekspedycji. Za dziesięć minut spotykamy się w chatce Uziego na Zaxor. Może mają dla nas jakiś deser, - Ulf aż się oblizał na myśl o pysznym torcie albo lodach owocowych.
    Khan stał na rampie zniszczonego silosu startowego w bazie Jaur. Chłopaki dokonały tu dywersji kilka dni temu. Prace rekonstrukcyjne posuwały się dość szybko, ale było wiele do zrobienia, więc wciąż baza działała na zwolnionych obrotach. Pół centrum leżało w gruzach. Niestety, kabina teleportacyjna, w której sygnet się wzbogacił o inkluzję, również. Khan rozważał, co powinien teraz zrobić, by dać znać tym, którzy go zapraszali. Wszystkie kabiny zostały zniszczone, więc tą drogą daleko nie zajdzie, o ile w ogóle dokądkolwiek miał zajść. Im dłużej myślał o Inkluzji tym bardziej jego rozumowanie o zaproszeniu wydawało się naciągane i nierealne. Dotknął sygnetu, by się upewnić, że to się dzieje naprawdę. Jeśli nie wymyśli czegoś sensownego, może już nie mieć drugiej okazji. Rozkład Enklawy wydaje się postępować zgodnie z przewidywaniami. Ile jeszcze czasu pozostało? A może pogadać z Estymatorem... Nie. Niedawno u niego był i nic z tej rozmowy nie wynikało. Estymator z pewnością wiedział mniej niż był skłonny przyznać. Jakieś niejasne teorie, które prowadziły donikąd. Żadnych konkretów ani nawet wskazówek. Estymator miał ledwie sto dziesięć lat, więc jego wiedza była bardzo ograniczona czasowo. To tylko wydajna maszyna matematyczna, nic więcej. Khan zarzucił ten pomysł i zaczął rozważać samą Teorię Iteracji. Nigdy się nad nią nie zastanawiał dogłębnie. Od Dengów wiadomo, że Artefakt miał zostać wypchnięty poza tę enklawę, by ustabilizować Nicość. Teoria w najprostszej formie mówi, że Nicość ulega ciągłym przemianom powodowanym niestabilną naturą energii. Dla ustabilizowania energii Nicości należy Artefakt umieścić poza którąkolwiek z enklaw. Wtedy ulegną zapętleniu kanały, przez które energia uchodzi z jednych enklaw i tworzy inne. Zapętlone kanały zapewnią recyrkulację materii w nieskończonym cyklu. Wszechświat będzie się rozszerzał, ale topologia zapętlonych kanałów będzie go jakby odwracać i obszary terminalne pojawią się ponownie, jako nowa materia kreowana w całym obszarze enklawy. Taka była teoria przy założeniu, że istnieje tylko jeden Artefakt. Nikt nie wspominał o dodatkowych osiach czasu ani innych dziwnościach z tym związanych. Teraz mamy trzy potwierdzone Artefakty i żadnego pomysłu, co z nimi zrobić ani jak to zrobić. Wszelkie ślady się urywają. Same ślepe tropy: Atlanci, Inkluzja, Klucz... Wszechświat się rozpada, to pewne. Poziom energii próżni systematycznie się obniża i koniecznie trzeba coś z tym zrobić, tylko nie wiadomo, co.
    - Siedząc na zimnych kamieniach zniszczonego Jaur wiele nie wymyślę. Może, gdy trochę wypocznę rozjaśni mi się w głowie, - Khan rozmyślał nad swoim położeniem. - Najlepiej będzie, gdy wrócę na Zaxor. Zobaczę przynajmniej Aurorę. Bywa zabawna, gdy popada w tarapaty, ale to miła i dobra dziewczyna. Tak, zdecydowanie należy mi się chwila odpoczynku.
    Nie będąc w stanie wymyślić nic innego, Khan jednym skokiem znalazł się na podwórku za domkiem myśliwskim. Rozejrzał się wokoło i zerwał kilkanaście kwiatków. Ułożył z nich wielokolorowy bukiecik. Powąchał go i z wyrazem zadowolenia na twarzy skierował się do wejścia po drugiej stronie domku. Zatrzymał się na werandzie i spojrzał przez otwarte drzwi do środka. Wszyscy siedzieli przy stole i zajadali jakieś smakowitości.
    - A dla mnie coś zostało? - Khan spytał głośno wchodząc do salonu. - Też jestem głodny, - Spojrzał na zaskoczoną Aurorę i uśmiechnął się nieznacznie.
    Podszedł do Samiry i ostentacyjnie wręczył jej piękny bukiecik kwiatów, które zebrał za domkiem.
    - Mam nadzieję, że piękna gospodyni tego gościnnego domu nie odmówi strawy zdrożonemu wędrowcowi? - Khan spytał całując jej dłoń.
    Samira była nieco zaskoczona, gdyż nie znała Khana od tej strony, ale Aurora, widząc co się stało, wydęła usta i wyraźnie dotknięta ostentacyjnie odwróciła głowę.
    - Nie dąsaj się Auroro, - usłyszała łagodny głos Żarłoka w swojej głowie. - Oni są dobrymi przyjaciółmi i lubią sobie wzajemnie sprawiać drobne przyjemności. Wielu ludzi, którzy są sobie w jakiś sposób bliscy tak robi. Stary obyczaj nakazuje przynieść coś gospodyni, gdy się odwiedza jej dom. Nie dzieje się to niczyim kosztem. Gdybyś to Ty była gospodynią, bukiet trafiłby do Ciebie.
    - Wcale nie. On już mnie nie lubi, - odparła Aurora. - Teraz się zaleca do Samiry. Jest podła, nienawidzę jej.
    - Daj spokój. Samira jest z Magiem, który jest rodzonym bratem Khana, jego bliźniakiem, - Żarłok kontynuował. - Jestem pewien, że Khan bardzo Cię lubi, tylko ze względu na funkcję, jaką sprawuje musi się zachowywać powściągliwie. Tak samo się zachowuje Ferrus. Spójrz jak ukradkiem zerka na Herę. Z pewnością mu się podoba, jednak powaga urzędu, jaki reprezentuje nie pozwala mu na więcej otwartości. Hera jest mądrą, doświadczoną kobietą i nie stawia go w trudnej sytuacji towarzyskiej narzucając mu swoje umizgi. Poczeka na dogodny moment, by się do niego zbliżyć i niewątpliwie odniesie sukces bez zbędnych ofiar. Przemyśl to sobie Auroro dla swojego, własnego dobra. Czasem warto poczekać a rezultat będzie pewniejszy. Najbardziej pomożesz Khanowi angażując się w rozwiązanie problemów, które dotyczą nas wszystkich. Jesteś odważna i mądra, więc nie mam wątpliwości, że zrozumiesz mnie dobrze.
    - Łatwo ci tak mówić, bo jesteś ponad takimi rzeczami jak uczucia, - Aurora odpaliła bez zastanowienia.
    - Mimo iż nie jestem ani człowiekiem ani Aniołem, uczucia rozumiem doskonale. Straciłem całą Enklawę, która była moim domem, Matką i Ojcem. Mimo iż nie potrafię okazywać uczuć to je posiadam i rozumiem.
    - Przepraszam Praxusie, - Aurora odparła zawstydzona. - Nie chciałam Cię urazić. Wiem, że jesteś moim przyjacielem, mimo iż ciągle robię głupie rzeczy i pakuję się w tarapaty. Postaram się być mądrzejsza.
    Wciąż zła spojrzała spode łba na Khana, który tylko na to czekał. Puścił do niej oczko i zza pleców wyciągnął lewą rękę, w której trzymał drugi bukiecik. Podszedł do niej i podał bukiecik. Aurorze zrobiło się strasznie głupio, że podejrzewała go o dziecinne zagrywki. Przyjęła bukiecik i skłoniła się z szacunkiem, choć miała ogromną ochotę rzucić mu się na szyję.
    Khan usiadł przy stole na miejscu, które wskazała mu Samira. Na szczęście nie znajdowało się blisko Aurory. Uzi zjawił się natychmiast podając puchar z deserem. Khan spojrzał z góry na sympatycznego robocika i pogłaskał go po ramieniu. Uzi chciał podskoczyć z radości, ale nie wypadało. Otrzymał dzisiaj tyle wyrazów sympatii, że będzie o nich śnił przez wiele nocy.
    - Mamy problem, - Khan zagaił poważnym tonem. - Teleporter, którego zamierzałem użyć do skontaktowania się, sami wiecie z kim, został zniszczony i już nie istnieje.
    Przypomniał swoją przygodę z sygnetem i objaśnił wszystkim, co zawierała Inkluzja. Pokrótce powtórzył swoje rozważania na temat teorii Iteracji w nadziei, że Ferrus zechce się w jakiś sposób odnieść do niej. Anioły również czerpały część swojej wiedzy od Dengów, więc nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby wiedziały coś więcej na temat teorii. W każdym razie nie zaszkodzi spróbować. Niestety Ferrus nie był w stanie dodać nic nowego do wiedzy Khana.
    - Miałam kiedyś znajomego, - Aurora odezwała się niespodziewanie, - który opowiadał, że na najgłębszym poziomie rzeczywistości istnieje coś, co jest bardzo inteligentne i obserwuje cały wszechświat od początku dziejów. Nic, co się gdziekolwiek zdarzy nie umyka uwadze tego bytu. Wie wszystko i nic się przed nim nie ukryje. Mówił też, że istnieje miejsce, w którym można się z tym czymś spotkać i porozmawiać.
    - To klasyczna definicja Demiurga i niestety nie ma oparcia w rzeczywistości, - odparł Khan. - Większość ludów posiada podobne mity.
    - Ale ja wiem, gdzie znajduje się to miejsce, - Aurora poczuła się nieco urażona mentorskim tonem Khana. - Jedno z takich miejsc znajduje się na Ziemi. Niestety nie pamiętam nazwy, gdyż nigdy nie miałam głowy do geografii, ale mogłabym wskazać to miejsce na globusie.
    - Niestety nie mamy tutaj globusa Ziemi, - Khan nie dawał się przekonać.
    Uzi postąpił nieśmiało naprzód i podszedł do Aurory. Na jego korpusie otworzyła się mała klapka i wysunął się projektor holograficzny. W chwilę później przed oczami Aurory ukazała się wolno wirująca kula z zaznaczonymi wszystkimi lądami i morzami, jakie istnieją na Ziemi.
    - Globus! - Wykrzyknęła uradowana Aurora. - Dziękuje Uzi, jesteś kochany, - zawołała ściskając korpus robota.
    Wyprostowała się, by przyjrzeć się globusowi a następnie wyciągnęła rękę i pokazując wskazującym palcem rzekła tryumfalnie: „Tu”.
    Wszyscy spojrzeli z uwagą na miejsce wskazane palcem, ale oprócz Khana i Uziego nikt nie był wystarczająco biegły w ziemskiej geografii, by nazwać miejsce pod palcem Aurory.
    - Hokitika, - Khan powiedział z niedowierzaniem w głosie. - A ja odrzuciłem tę możliwość.
    Khan zerwał się z miejsca i podbiegłszy do Aurory ucałował ją z całych sił.
    - Nie doceniłem Cię Auroro, wybacz mi. Dopiero teraz wiem, co mam zrobić. Cały czas miałem rozwiązanie przed nosem, ale go nie dostrzegałem. Najtrudniej jest dostrzec oczywistość.
    Aurora była szczęśliwa. Wreszcie zrobiła coś ważnego, czego nie musiała się wstydzić. Czuła taką dumę jak wtedy, gdy wbiła Yaahowi trójząb prosto w serce. Takich rzeczy się nie zapomina.
    - Auroro, jak się nazywał ten znajomy, który Ci opowiedział o tym miejscu? - Khan spytał podekscytowany.
    - Niestety już nie żyje. Yaah go zabił. Nazywał się Zeyoos, - Aurora posmutniała nieco na wspomnienie tego imienia. - Niestety straszny był z niego tchórz i marnie skończył, - dodała już nieco weselej.
    - Czy to nie on był znany w starożytnej Grecji pod imieniem Zeus? - Spytała Samira. - W każdym razie brzmi bardzo podobnie.
    - Rzeczywiście. Przez jakiś czas udawaliśmy małżeństwo, gdy mieszkaliśmy na górze Olimp, - Hera się wtrąciła do rozmowy. - Faktycznie był strasznym durniem i babiarzem.
    - Żarłoku, wspomniałeś, że znaleźliście rozmyty ślad, który potencjalnie mógłby pasować do klucza, - Khan przypomniał sobie niedawną rozmowę. - Znajdował się gdzieś w okolicach jakiegoś jeziora. Czy udało się ustalić coś więcej w tej kwestii?
    - Chyba nie wspomniałem wcześniej, że jezioro Mahinapua znajduje się tuż obok miejsca wskazanego przez Aurorę. Praktycznie jest to tuż, obok Hokitika, - Żarłok odparł szybko. - Wiąże się to w dość jasny przekaz. Właśnie tam znajduje się coś, czego powinniśmy szukać. Wydaje mi się, że Hokitika jest Ci znane, czy się mylę?
    - Tak, - Khan odparł cicho. - Nie mogę na razie powiedzieć skąd znam to miejsce, ale teraz mamy już konkretny trop. Muszę się tam udać natychmiast. Jeśli Patalach również wie o tym miejscu, to jest możliwe, że się tam z nim spotkam, o ile nie zginął do tej pory.
    - Odpocznij trochę, - Szyszkin się odezwał. - Od kilku dni ganiasz bez odpoczynku. Ulf i Mag się zapowiedzieli. Powinni tu być lada chwila. Może mają jakieś wieści z pola bitwy. Nie jesteś ciekaw?
    - Jestem, jednak nie mamy czasu na odpoczynek, - Khan odparł poważnie. - Dwa wstrząsy już mieliśmy, więc każdy kolejny może być tym ostatnim a wciąż się nie posunęliśmy ani o cal w kwestii Elementów. Wreszcie mamy punkt zaczepienia a Ty Jose chcesz bym odpoczywał?
    - Ja również bywałem u Estymatora, - Szyszkin odparł w myślach. - Nie wydaje się by miał on cokolwiek wspólnego z naszymi sprawami, tym bardziej, że został wzbudzony zaledwie sto lat temu. Jego jaskinia w Hokitika jest, co prawda, jedynym takim miejscem na Ziemi, ale możesz się łączyć z Estymatorem skądkolwiek w naszej enklawie.
    - Nie wiesz wszystkiego Jose, - Khan odparł telepatycznie. - Od dawna podejrzewałem, że Rada Konstruktorów wcale nie stworzyła Estymatora a jedynie otworzyła jego kanały komunikacyjne. Jeśli tak jest faktycznie, to może On być dużo starszy niż nam się wydaje.
    - Szczerze mówiąc miałem podobne przypuszczenia, ale nie wydawały się one dotąd uzasadnione, - Szyszkin zgodził się z Khanem. - Jeśli się dobrze zastanowić, to wiedza, jaką dysponujemy nawet teraz nie pozwala na swobodną manipulację w przestrzeni sub-Planckowskiej a przecież Estymator istnieje właśnie w tym obszarze. Skojarz ten fakt z konstrukcją Inkluzji. Pasuje jak ulał.
    - Zatem, albo Estymator jest ontologicznie pierwotny albo stworzyła go jakaś cywilizacja o wysokim stopniu zaawansowania technicznego. Na przykład Atlanci..., Ale Estymator nigdy nawet się nie zająknął o tym, że jest czymś więcej niż oficjalnie wiadomo. Tylko, czemu?
    - Gdyby to zrobił, musiałby w konsekwencji podzielić się całą swoją wiedzą z ludzkością a sądzę, że nie jesteśmy jako rasa jeszcze gotowi na taki skok, - profesor wyraził swoje przypuszczenie w dość łagodnej formie. - Wydarzenia ostatnich dni potwierdzają tę tezę. Wciąż partykularyzm dominuje w społeczności ludzi. U Aniołów jest jeszcze gorzej, jak się wydaje.
    Ich cichą rozmowę przerwało pojawienie się Maga i Ulfa. Opowiedzieli o wydarzeniach ostatnich godzin. Wiadomość o przypadkowej dezintegracji Mictlan wywołała zrozumiały smutek u trójki Aniołów. Nie było łatwo przejść do porządku dziennego po stracie ojczystej planety. Na szczęście wina za taki obrót spraw spadła na Patalacha a nieobecni nie mają racji. Wszyscy złożyli Aniołom kondolencje z powodu doznanej straty, lecz nic więcej nie można już było w tej sprawie uczynić. Uzi poczęstował nowoprzybyłych swoim deserem a pozostali otrzymali dokładkę.
    - Jak wiadomo miliony lat temu część Aniołów zeszła pod powierzchnię planety i od tego czasu nikt się nimi nie interesował, - Ferrus przerwał panującą ciszę. - Sądzę, że mogli oni wyeksploatować wnętrze planety do tego stopnia, że stosunkowo niewielkie uderzenie grawitacyjne zdestabilizowało kruchą równowagę, w efekcie czego, nastąpił kolaps. My rujnowaliśmy planetę od zewnątrz, więc naiwnością byłoby sądzić, że wnętrze pozostało nienaruszone na skutek działania konkurencyjnej cywilizacji.
    - Niestety nie wiemy, co się z nimi stało, - dodał Żarłok. - Nie sądzę, by do dziś tam byli. Najpewniej dawno temu przenieśli się w zupełnie inne miejsce, lub nawet wyginęli. Nie chciałbym się posunąć za daleko w spekulacjach, ale wydaje się dość prawdopodobne, że ta cywilizacja mogła mieć coś wspólnego z Atlantydą. W obu przypadkach jest mowa o niezwykłym zaawansowaniu technologicznym. Nie jestem skłonny wierzyć w przypadki, stąd moje przypuszczenie. Obawa Ulfa, że uderzenie grawitacyjne lub anihilacyjne mogłoby zniszczyć Purgatus jest raczej nieuzasadniona, gdyż nie prowadzono tam prac na wielką skalę wewnątrz planety. Szkoda, że nie pomyśleliśmy o tym w przypadku Mictlan. Mogliśmy tam znaleźć artefakty tej pradawnej cywilizacji. Ferrusie czy jesteś w stanie określić jak stara jest przypowieść Aniołów o końcu świata i trzech Elementach?
    - Nie wiem tego na pewno, ale w mojej świadomości kołacze się początek istnienia mojej rasy.
    - A czy jest możliwe, że ta przypowieść pochodzi od owej dysydenckiej rasy a nie od Aniołów? - Żarłok nalegał. - Uzi odkrył, że sporadycznie dochodziło do kontaktów obu ras. Nie były one przyjazne, jednak wielka wojna o zasoby miała miejsce sześćdziesiąt pięć milionów lat temu. Czy nie mogło wtedy dojść do jakiejś wymiany kulturowej? Zapisy archiwalne mówią o porwaniu Wielkiego Władcy Rasy Aniołów o imieniu Book, i jego cudownym powrocie po wielu cyklach. W końcu wojna została wygrana przez Anioły dzięki mądrości Booka. Jeśli potraktować te zapisy poważnie, można by dojść do wniosku, że Book mógł przejąć część kultury jego porywaczy i nawet niechcący przekazać ją dalej. Jest jeszcze jeden zastanawiający zbieg okoliczności. Przez prawie pięć miliardów lat rasa Aniołów siedziała na Mictlan nie będąc w stanie stworzyć technologii kosmicznej aż tu nagle około sześćdziesięciu milionów lat temu rozpoczyna się era poszukiwań „Dopełnienia” w dość odległych od Mictlan rejonach kosmosu. Skąd Anioły wzięły technologię podróży kosmicznych? Myślę, że odpowiedzi się wszyscy domyślamy. Prowadzi nas to do dość prawdopodobnego wniosku o genezie przypowieści, ergo, o jej przypuszczalnym wieku.
    - Jeśli wolno Żarłoku, - Mag się wtrącił, - o ile dobrze kojarzę, na Ziemi w tym czasie, czyli jakieś sześćdziesiąt pięć milionów lat temu miały miejsce dość drastyczne zdarzenia, które w efekcie doprowadziły do powstania inteligentnego życia. Niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę.
    - Wiedziałem o tym wszystkim, ale ze względu na to, że moglibyście to źle przyjąć nie wspominałem o tym, do czego tak zręcznie Was doprowadził Szlachetny Praxus, - Ferrus przyznał po dłuższym namyśle. - Całą tę historię zawarłem na nośniku, który chciałem Wam dać jeszcze w Centrum. Niektóre zapisy celowo usunąłem z Archiwum, gdyż wiedziałem, że będziecie je studiować. Chciałem, byście się dowiedzieli o swoich korzeniach w bardziej dogodnym momencie, w którym mógłbym dopowiedzieć brakujące fragmenty. Niestety przenikliwość Praxusa nie pozwoliła mi rozegrać tego zgodnie z zamierzeniem. Na dowód prawdziwości moich słów wciąż mam nośnik, który sporządziłem dla Was.
    Ferrus sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej peleryny i wydobył zawiniątko. Położył je przed Żarłokiem na stole i się skłonił nisko.
    - Oto cała wiedza, jaka istnieje na ten temat, jednak większość jest już Wam znana.
    - Nie mogę mieć do Ciebie pretensji Ferrusie, - odparł Khan, - gdyż osobiście Ci zwróciłem nośnik kiedy chciałeś mi go ofiarować. Niemniej dziękuje, że od początku nie miałeś intencji zatajenia czegokolwiek przed nami.
    Khan uniósł kieliszek napełniony nalewką Samiry i wzniósł krótki toast na cześć Ferrusa. Wszyscy chętnie się przyłączyli do tej nieco staroświeckiej ceremonii, lecz Ferrus bynajmniej nie wyglądał na szczęśliwego. Coś jeszcze go gryzło, ale nikt nie śmiał go zapytać. Khan miał nadzieję, że rewelacje, o których się właśnie dowiedzieli pomogą w rozwiązaniu zagadki Elementów Sprawczych. Zadziwiająca była zbieżność podań Aniołów i Platona. Początkowo podejrzewał Yaaha o ingerencję w pamięć Homera, lecz obecnie nie wydawało się to już tak pewne. Jeśli źródłem podań była faktycznie owa zaginiona cywilizacja, to mogła się objawić na Ziemi, jako cywilizacja Atlantów. To wyjaśniałoby wiele. Pozostawał jeszcze do rozwikłania związek Atlantów z Estymatorem. Nośnik Ferrusa nie mógł zawierać żadnych informacji dotyczących tej kwestii z oczywistych względów, co nie znaczyło, iż taki związek nie istnieje. Coraz więcej śladów jednak prowadziło do takiej konkluzji. Wizyta w Hokitika powinna rzucić nieco światła na tę kwestię. Wibracje komunikatora wyrwały Khana z zamyślenia. Przeprosił wszystkich i wyszedł przed chatkę, by odebrać komunikat.
    - Słucham - rzucił krótko włączywszy uprzednio komunikator.
  • #11
    yego666
    Level 33  
    ============== Odcinek 10 =============

    - Statki transportowe pojawiły się w Układzie Słonecznym. Na razie znajdują się na orbicie poza Plutonem, jednak wysyłają małe jednostki desantowe w kierunku Ziemi, - zameldował głos w komunikatorze. - Dotąd naliczyliśmy dwadzieścia jednostek zmierzających w naszą stronę. Czy mamy je zniszczyć, czy przechwycić?
    - Nic nie róbcie, - Khan odparł spokojnym głosem. - Niedługo będę na okręcie flagowym.
    Khan nie chciał, by Patalach zginął w przypadkowych okolicznościach. Miał wobec niego plany. Mógł on posiadać wiedzę, której ludziom wciąż brakowało.
    Jak daleko znajdują się jednostki desantowe? - Khan spytał oficera po drugiej stronie łącza.
    - Właśnie mijają orbitę Neptuna, - zameldował oficer. - Poruszają się z połową prędkości światła. Dotrą do Ziemi za około osiem godzin.
    - Obserwujcie te jednostki uważnie do czasu mojego powrotu, - Khan wyłączył komunikator i wrócił do salonu.
    - Czy coś się stało? - Spytała Aurora dostrzegłszy zafrasowaną minę swojego wybranka. - Czy mogę Cię jakoś rozweselić?
    - Dziękuje za troskę, lecz tym razem chodzi o sprawy dużej wagi, - odparł Khan zimno spoglądając na Anielicę. - Wrócimy do Twojej propozycji, gdy już się uporamy z kłopotami, dobrze?
    Aurora nie wiedziała czy to była groźba czy prośba, gdyż słowa mówiły co innego, niż zimne spojrzenie. Na wszelki wypadek postanowiła zaczekać na wyjaśnienie.
    - Zbiegłe transportowce pojawiły się w końcu w Układzie Słonecznym, - oznajmił Khan. - Oznacza to dwie rzeczy. Po pierwsze, że Patalach żyje a po drugie, że to, czego szukamy znajduje się na Ziemi. Skoro Patalach tam zmierza to musi wiedzieć, czego szukać. Myślę, że od dawna wiedział o tym, czego my się właśnie dowiedzieliśmy dzięki przenikliwości Uziego i Żarłoka. Nie możemy go spłoszyć zanim nas nie doprowadzi do celu. Udam się na Ziemię i tam zlokalizuję Patalacha. Reszta rozstrzygnie się sama.
    - Chciałbym się do Ciebie przyłączyć, - Ferrus zaoferował swoją pomoc. - Mam nierozliczone porachunki z Patalachem. Wy Ziemianie doskonale rozumiecie, co to honor, więc zrozumiesz zapewne, czemu mi na tym zależy. Proszę nie odrzucaj mojej oferty Konsulu.
    - Ani mi to w głowie. Właśnie zamierzałem Cię poprosić o asystę w tej misji, - Khan szybko uspokoił obawy Ferrusa. - Rozumiem, że Ulf i Mag również nie zechcą stracić okazji do zabawy.
    Obaj wesoło zarechotali na perspektywę walki z Aniołami.
    - Zanim jednak wyruszymy muszę Cię przygotować do misji Ferrusie, - Khan sięgnął do kieszeni i wyjął niewielki słoiczek. - Musisz nabyć kilku niezbędnych umiejętności.
    - Czy sądzisz, że masz do czynienia z tchórzem? - Ferrus spytał wyzywająco. - Walczyłem już z lepszymi od Patalacha...
    - Nie unoś się, proszę. Wcale nie o takie przygotowanie chodzi. Ani przez chwilę nie wątpiłem w Ciebie, - Khan uspokoił Ferrusa. - Chodzi o to, że musisz posiąść pewne umiejętności, które my posiadamy a Ty nie. Taka asymetria mogłaby bardzo utrudnić nam zadanie. Sam zaraz zrozumiesz, co miałem na myśli. Sugeruję byśmy dla bezpieczeństwa wyszli przed chatkę. Tam jest więcej miejsca.
    Wszyscy, łącznie z Uzim wyszli na podjazd. Khan podsunął Ferrusowi słoiczek pod nos i poprosił, by spożył szczyptę jego zawartości. Ferrus nie chcąc okazać Khanowi braku zaufania wysypał sobie na dłoń całkiem sporą porcję proszku i bez zastanowienia połknął. Rozejrzał się po zebranych i stwierdził, że na razie nie czuje żadnego efektu.
    - Czy widzisz ten mały głaz pod drzewem? - Khan spytał Ferrusa. - Waży niewiele ponad tonę. Czy mógłbyś go podnieść?
    Ferrus spojrzał na głaz a potem na Khana, z dość niewyraźną miną. Wszyscy poza Aniołami wiedzieli, co ma nastąpić, więc się świetnie bawili, ale Hera i Aurora zaczęły nieufnie spoglądać na Khana. Ferrus podszedł do wskazanego głazu i już miał go chwycić, gdy Khan go zastopował.
    - Nie o to mi chodziło. Nikt z nas by go nie podniósł. Wyobraź sobie, że ten głaz zaczyna się unosić ponad ziemią. Skup się na tej wizji a zobaczysz, co się stanie.
    Ferrus się wyprostował i spojrzał niepewnie na głaz. Przez chwilę nic się nie działo i Anioły powzięły podejrzenie, że Śmiertelni zabawiali się ich kosztem w niewybredny sposób. Znały ten sposób zabawy z dawnych czasów, gdy Yaah urządzał sobie takie żarty. Po chwili jednak, głaz drgnął i uniósł się o cal nad powierzchnię gruntu. Hera aż się cofnęła z wrażenia. Głaz powoli nabierał wysokości. Ferrus wpatrywał się w niego bardzo intensywnie.
    - Teraz go opuść, proszę, - Khan pomyślał.
    Ferrus wykonał polecenie. Uczucie nieufności natychmiast zniknęło z myśli Aniołów. Nagły wrzask Hery wywołał salwę śmiechu. Dostojna Anielica unosiła się pół metra nad ziemią bezradnie wierzgając nogami.
    - Puść mnie natychmiast Ty diable! - Wrzeszczała na Ferrusa, któremu bardzo się spodobała nowa umiejętność. - Ja Ci dam tak się pastwić nad bezbronną istotą.
    Ferrus ostrożnie postawił Herę na ziemi, by w moment później oberwać solidnego kopniaka w łydkę.
    - Jak śmiesz mnie tak traktować. Mało co, nie połamałam nóg, - Hera się wściekała wyrzekając na Ferrusa.
    Przed jej nosem pojawił się najpierw jeden a w chwilę później jeszcze dwa kwiatki. Ferrus zerwał je z trawnika siłą woli.
    - Nie chciałem Ci sprawić przykrości moja droga. Przyjmij te kwiatki od starego przyjaciela, - Ferrus z trudem zdobył się na coś, co z grubsza przypominało uśmiech, ale widać było, że zdecydowanie brak mu wprawy.
    Hera wyciągnęła rękę przed siebie i złapała kwiatki wciąż lewitujące przed jej nosem.
    - No dobrze, tym razem jeszcze Ci wybaczę, - oświadczyła wielkodusznie.
    Potem nastąpił pokaz lewitacji, teleportacji i znikania. Wszyscy się doskonale bawili a Ferrus okazał się niezwykle pojętnym uczniem. Wszystkie elementy opanował zadziwiająco szybko. Zapewne genetyczne predyspozycje sprawiły, że Quadrium zadziałało niezwykle skutecznie. Po pół godzinie Khan uznał, że Ferrus jest gotowy i za pozwoleniem Żarłoka zaprosił go do przebieralni w Gnieździe. Mag i Ulf udali się wraz z nimi nie chcąc stracić świetnej zabawy w przebieralni. Tak jak wcześniej uzgodniono, Hera i Aurora również otrzymały swoje porcje Quadrium. Wszystko przebiegało podobnie jak w przypadku Ferrusa, z tym, że dziewczyny potrafiły się cieszyć każdą, nowo zdobytą umiejętnością.
    - Faceci nie wiedzą, co to radość, - stwierdziła Aurora lewitując nad czubkiem drzewa. - Są tak śmiertelnie przejęci swoimi rolami, że nie dostrzegają przyjemności życia.
    Spojrzała na Herę i aż jej dech zaparło. Niemal w oczach twarz Hery zaczęła się zmieniać. Delikatne zmarszczki w kącikach oczu i ust wygładzały się pozostawiając gładką, jędrną skórę. Cera również jakby pojaśniała, choć błękitne promienie słońca utrudniały dostrzeżenie tych zmian. Jej piersi stały się jędrniejsze a biodra jakby mniej okrągłe. Niegdyś dobrze dopasowany strój zwisał teraz śmiesznie poniżej pasa a powyżej opinał się nadmiernie. Największe wrażenie wywarł jednak kolor włosów, który łagodnie, ale nieustannie przechodził ze złotego ku ciemniejszym barwom, by w końcu stać się czarnym. Każdy włos, od głowy aż prawie pod sam koniec był teraz kruczoczarny a koniuszki miały kolor szczerego złota. Aurora z wrażenia prawie spadła na ziemię zapominając, że lewitowała. Samira obserwowała tę przemianę z niekłamana zazdrością, lecz sama nie miała powodu się zmieniać, gdyż wyglądała doskonale w każdym calu. Od Hery różnił ją też wiek. Czterdzieści lat wobec wielu tysięcy lat to raczej niewiele. Hera miała dużo więcej powodów do zmian. Aurora pozbierała się odrobinkę i podeszła do Hery. Dotknęła jej policzka. Był różowy i miękki jak u nastolatki. Hera zajęta dotąd obmyślaniem sposobu, w jaki mogłaby zadziwić Ferrusa dopiero teraz spojrzała uważniej na Aurorę. Wyglądała jak bogini. Oczy lśniły szafirowym blaskiem z nutką jasnego fioletu, brwi się rozciągnęły i przybrały złoty kolor a rzęsy przybrały ciemnogranatowy kolor współgrając doskonale z kolorem oczu. Opięta żółta bluzeczka wisiała na Aurorze jak na wieszaku. Musiała zgubić przynajmniej numer w biuście i ze dwa cale w talii. Dziewczyny były szczerze zaskoczone swoim wyglądem. Z piskiem pobiegły do chatki, gdzie w salonie na ścianie znajdowało się wielkie lustro. Samira stanęła w wejściu i obserwowała. Uzi również oderwał się od swoich zajęć i patrzył jak dwa podlotki kręciły się jak frygi przed lustrem popiskując z uciechy. W końcu, gdy już nacieszyły się trochę, zauważyły Samirę. Podeszły do niej i zaczęły mówić jedna przez drugą. Samira nie mogła z tego nic zrozumieć, więc włożyła dwa palce do ust i gwizdnęła tak głośno, że obie natychmiast umilkły.
    - Rozumiem, rozumiem, - Rzekła rozbawiona Samira. - Znajdziemy Wam coś odpowiedniejszego. Skaczcie za mną.
    Wszystkie trzy zniknęły w ułamku sekundy. Uzi przywykł już do dziwnych zachowań ludzi a także Aniołów, więc odwrócił się i powrócił do swoich zajęć. Sam pamiętał swoją radość, gdy Żarłok zabrał go do Gniazda i poddał rewitalizacji, stąd rozumiał to, co przed chwilą obserwował. Żarłoka i Szyszkina już dawno w chatce nie było, gdyż postanowili wspólnie powędkować i zastanowić się nad nowymi danymi dotyczącymi Estymatora. W tym celu udali się nad Wielki Wodospad Wschodni, gdzie ryby biorą nawet bez przynęty. Żarłok często tam bywał patrolując rozległe połacie lądu. Przez sto lat bytności na Zaxor poznał prawie każdy zakątek tej planety.
    - A gdzie są nasze panie? - Spytał Khan pojawiając się w chatce wraz z Ferrusem, Ulfem i Magiem. - Czyżby się wybrały na grzyby?
    - Kręcą się po okolicy. Pani Samira pokazuje im ciekawsze miejsca, - Uzi skłamał gładko, gdyż nie chciał się wdawać w żadne wyjaśnienia i dyskusje. Nie czuł się specjalistą od psychologii kobiet, więc zamilkł zajmując się własnymi sprawami.
    - Bawią się bez nas! Dobrze, zatem my również się pobawimy bez nich. Niech żałują, - Mag podsumował z sarkazmem. - Ulf, przyprowadź tu swoje Wostoki. Mogą nam się przydać na Ziemi.
    Ulf zniknął a panowie zajęli się omawianiem bieżących spraw. Uzgodnili, że wylądują na plaży w pobliżu Hokitika. Ulf wraz z Magiem i Ferrusem mieli zabezpieczać tyły a Khan miał dokonać reszty. Na zewnątrz chatki Wostoki radośnie zaszczekały oznajmiając swoje przybycie. Uzi pierwszy pojawił się na ganku. Trzymał tackę pełną soczystych kawałów mięsa.
    - Jesteś jak zwykle niezawodny, - Ulf pochwalił małego gospodarza. - Nie spotkałem w życiu innego robota, który by tak kochał zwierzęta. Jesteś najlepszym gospodarzem, jakiego znam.
    Uzi rozdzielił mięso pomiędzy trzy ogromne bestie, które łasiły się do niego jak szczeniaki. Mięso znikało w błyskawicznym tempie, ale na szczęście, po uczcie przy Gnieździe pozostało sporo pieczystego. Pieski zajęły się nim bez zbędnych ceregieli, nie pozostawiając najmniejszej kosteczki. Potem dostały źródlanej wody, którą również pochłonęły swoimi szerokimi jak łopaty jęzorami. Z wdzięcznością oblizały Uziego i siadły przy nogach Ulfa. Khan wyniósł cały arsenał włóczni protonowych, toporów plazmowych, Szukaczy i Osic. Każdy wziął, co mu najbardziej pasowało i wszyscy zniknęli. Pojawili się jednocześnie tuż przy zaroślach na granicy plaży. Pieski były nieco zdezorientowane nagłą zmianą scenerii, ale zachowywały się spokojnie. Okolica była pusta i dzika, bez śladów zniszczeń typowych dla cywilizacji ludzkiej. Kiedyś był tu piękny kurort z zatoką i hotelami. Teraz przyroda odebrała wszystko, co człowiek jej ukradł. Gęste zarośla ciągnęły się aż do starego lasu, pięćdziesiąt metrów dalej od plaży. Khan rozejrzał się uważnie po okolicy.
    - Czuję obcą Sygnaturę, - rzekł cicho. - Bądźcie ostrożni. Sądzę, że to Patalach.
    - Ale przecież jego statki desantowe są jeszcze daleko od Ziemi, - Mag odparł w myślach. - Pewnie mijają dopiero orbitę Jowisza.
    - Patalach potrafi się teleportować na niewielkie odległości, - Ferrus się wtrącił. - Mógł wcześniej się zjawić by zabezpieczyć teren. Schowajmy się w zaroślach na wypadek, gdybym miał słuszność.
    Wszyscy ostrożnie weszli w wysokie zarośla znikając w nich całkowicie. Mieli stąd doskonały widok na plażę. Psy spokojnie warowały obok Ulfa. Jeden z nich zaczął się po chwili niespokojnie kręcić. Obnażył długie na trzy centymetry kły i zjeżył sierść. Wydał głęboki pomruk z gardła aż skóra na karku ścierpła Ferrusowi. Nie widział tych bestii w akcji, więc już sam ich widok robił na nim wrażenie.
    - Rozejrzę się z góry, - pomyślał Khan. - Nie mamy czasu na czekanie.
    Zmaterializował się na wysokości stu metrów nad zaroślami. Widział swoich towarzyszy jak na dłoni. Dwadzieścia metrów za nimi dostrzegł ukrytą w zaroślach wieżyczkę miotaczy przeciwpiechotnych. W lewo od niej kolejną, i dalej jeszcze dwie następne. Całe zarośla przecinał pas wieżyczek broniących dostępu od strony plaży.
    - Za Wami znajdują się wieżyczki przeciwpiechotne, - ostrzegł towarzyszy na dole. - Reagują na ciepło i ruch w promieniu piętnastu metrów. Jeszcze kilka dni temu nie było ich tutaj. Ktoś musiał je zainstalować niedawno. Czy coś o tym wiesz Ferrusie?
    - O takich urządzeniach nie słyszałem. Wiesz to, co ja wiedziałem. Ktoś inny musiał je tu zainstalować.
    - Nie widzę żadnych innych niespodzianek w pobliżu. Możemy przeskoczyć do lasu za pas obronny, - zaproponował Khan. - Zaczekajcie jeszcze chwilę. Rozejrzę się po okolicy. Z góry więcej widać niż z zarośli.
    Khan powoli przeczesał fragment lasu, lecz nie znalazł nic podejrzanego. Przeskoczył z góry na skraj lasu, gdzie zwykle parkował swoją gondolę. Już miał zawołać resztę grupy, gdy spod ziemi za drzewami wyskoczył nagle trzymetrowej wysokości robot wymachujący jarzącymi się płomieniami lancami jonowymi. Pierwsza z nich o centymetry minęła korpus Khana, który ledwie zdążył się uchylić przed błyskawicznym atakiem. Miotacze plazmy na biodrach robota plunęły piorunami a druga lanca przeszła ze świstem tuż obok ucha Khana. Z robota osypywała się jeszcze ziemia, pod którą się ukrywał, ale mimo to nacierał z furia rażąc z coraz to innych miotaczy. Khan uskoczył w bok unikając jęzorów plazmy zmierzających szybko w jego kierunku. Atak robota zupełnie go zaskoczył. Powoli jednak wracała równowaga i rozeznanie. Khan teleportował się za plecy robota, by go dokładnie obejrzeć. Ten w hangarze był zupełnie inny, ale może Patalach miał kilka różnych modeli do rozmaitych zadań. Wyjął dwa czepiaki i rzucił na pancerz robota. Czepiaki od razu przywarły swoimi przyssawkami do metalu i zaczęły się przemieszczać w górę. Zdezorientowany robot rozglądał się bezradnie za swoją ofiarą. Wreszcie dostrzegł Khana i odwrócił się w jego kierunku. Khan stał bezczelnie gapiąc się na robota. Salwa z miotaczy laserowych omal nie przecięła Khana na pół. Jakaś nierówność terenu spowodowała, że robot chybił celu o kilka centymetrów. Czepiaki znalazły się już na swoich pozycjach sygnalizując gotowość niebieskimi światełkami. Khan sięgnął do pasa i przycisnął niewielki guzik. Oba czepiaki jednocześnie wypuściły strużki żrącej cieczy na przewody wystające ponad pancerz robota. Natychmiast czarny gęsty dym zaczął się dobywać z reagujących materiałów. Po chwili robot znieruchomiał i runął na ziemię wprost pod nogi Khana. Czepiaki szybko podreptały do swojego właściciela i zajęły miejsce przy innych akcesoriach na pasie. Upewniwszy się, że robot został unieszkodliwiony, Khan zawołał resztę towarzyszy. Zjawili się natychmiast. W kilku słowach opowiedział im o całym zajściu i ostrzegł o możliwości napotkania innych niespodzianek. Wszyscy dokładnie obejrzeli uszkodzonego robota. Nie posiadał żadnych napisów ani oznaczeń. Dopiero Ferrus odkrył pod klapką na plecach oznaczenie. Było to oko w rombie, - herb Aniołów. Pod nim znajdowały się jakieś dziwne symbole.
    - To model wyprodukowany na Xilion dwa lata temu, - stwierdził Ferrus obejrzawszy inskrypcję. - Ale na Xilion nic przecież nie wykryto...
    - No to już wiemy, kto urządził tu sobie zasadzkę, - skonstatował Khan. - Ciekawe, czy wiedzą czego tu bronią i czy znaleźli to, czego szukali. Musimy to szybko sprawdzić. Zerknę z góry, czego jeszcze możemy się spodziewać.
    Khan natychmiast znalazł się ponad drzewami wypatrując innych zagrożeń.
    - Cztery roboty są zagrzebane w lesie. Dalej znów są wieżyczki przeciwpiechotne, - Khan informował z góry. - Kilometr dalej jest polana, na której ktoś prowadzi prace ziemne ciężkim sprzętem. Polana jest ogrodzona drutem kolczastym i strzeżona przez mniejsze roboty patrolowe. Po placu budowy chodzi kilku ludzi i jakiś gość w białej todze. Mają sprzęt górniczy starego typu. Nie widzę nigdzie świdrów grawitacyjnych. Ferrusie, czy masz dobre oko? Czy jesteś daleko- czy krótko-widzem?
    - Anioły zawsze dobrze widzą, - odparł Ferrus. - Nie muszę patrzeć, by wyczuć obecność Patalacha. To z pewnością jest on. Tylko nie widzę sposobu żeby go dopaść. Zdąży uciec, gdy mnie zobaczy.
    - Mam pewien pomysł, - odparł Ulf. - Mówiłeś Khan, że Gabriela pojmano, gdy kręcił się przy napędzie fazowym. Panuje tam pole zerowe, w którym teleportacja nie działa. Na okrętach Alef mamy najnowsze jednostki napędowe Sub-Zero, gdzie w całej siłowni panuje pole zerowe.
    - Świetny pomysł, tylko jak zmusić Patalacha, by tam się znalazł? - Ferrus spytał z powątpiewaniem. - Dobrowolnie raczej się tam nie uda.
    - Ciekaw jestem, czego szuka ponad kilometr od celu, - Khan się zastanawiał. - Czy wie, chociaż czego szuka? A może to my nie wiemy, czego szukamy? Jest tylko jeden sposób, by się tego dowiedzieć.
    Przez chwilę się naradzali, jak zwabić Patalacha w pułapkę. Rozwiązanie okazało się dość proste. Khan zajął pozycję około stu metrów ponad polaną. Obserwował jak Patalach sprawdza plany narysowane odręcznie na kartce papieru. Był zajęty rozmową z ludźmi, którzy go otaczali i nie zwracał uwagi na otoczenie. Idealny moment.
    - Teraz, Ulf, - Khan pomyślał. - Bierz tego w jasnej todze.
    Ulf skoczył wprost przed nos Patalacha. Wszystko jakby działo się w zwolnionym tempie. Wyciągnął ręce i złapał go za nadgarstki. Patalach zdążył ledwie podnieść głowę znad kartki, którą studiował i zniknął wraz z Ulfem. Kartka papieru powoli opadła na ziemię. W chwili, gdy dotknęła ziemi, Khan już nad nią stał. Momentalnie się po nią schylił i pochwyciwszy ją również zniknął. Cała akcja trwała na tyle krótko, że nikt z obecnych ludzi nie zdążył nawet zareagować. Dopiero po dłuższej chwili zorientowali się, że Patalach zniknął. Spojrzeli po sobie ze zdziwieniem nie wiedząc, co począć. Ferrus wraz z Magiem opiekującym się chwilowo pupilami Ulfa również udali się do siłowni okrętu, o którym Ulf wspomniał.
    - Słyszałeś o tak zwanej zasadzie holograficznej? - Szyszkin spytał Żarłoka obserwując spławik swojej wędki. - Kiedyś była to dość popularna teoria tłumacząca niespójności geometrii naszego świata.
    - Wiem, co to holografia, ale nie słyszałem o żadnej teorii kosmologicznej dotyczącej tego tematu, - odparł Żarłok połykając kolejnego węgorza, którego właśnie upolował własnym dziobem.
    Pióra ociekały mu wodą, gdyż szlachetne łowiectwo w jego mniemaniu polegało na wyrównanych szansach ofiary i myśliwego. Polować powinno się bez pomocy jakichkolwiek narzędzi. Tak zwane polowanie z użyciem broni palnej, łuków czy wnyk uwłaczało godności myśliwego. „Cóż to za honor zabić ofiarę posiadając miażdżącą przewagę technologiczną? To zwykle tchórzostwo.” - Zwykł mawiać z pogardą dla tak zwanych myśliwych.
    - Zasada ta zakłada istnienie jakiejś bliżej nieokreślonej granicy dwuwymiarowej, na której zapisana jest cała rzeczywistość. Odtwarzanie tej rzeczywistości daje nam złudzenie świata trójwymiarowego, ale nie chodzi mi w tej chwili o interpretację kosmologiczna, tylko o zupełnie inny aspekt tej zasady, - Szyszkin rozpoczął wykład z właściwą mu dbałością o to, by słuchacz dokładnie zrozumiał jego treść. - Kiedyś uważano, że mózg gromadzi i przetwarza informacje w ramach jakiejś niewielkiej liczby neuronów, tworzących w naszych głowach skomplikowaną sieć połączeń. Z czasem naukowcy dowiedli, że suma zgromadzonych informacji w żaden sposób nie zmieściłaby się w dostępnej liczbie połączeń i kombinacji neuronów nawet, gdyby nasze mózgi były milionkrotnie większe. Na tym w zasadzie zatrzymał się rozwój neurologii, gdyż nie istniał żaden pomysł prowadzący ku rozwiązaniu tego problemu. Z Twoich informacji wynika, iż istnieje poziom poniżej granicy Plancka, gdzie znajdują się matryce splątań. Obecna technologia pozwala korzystać z tego mechanizmu, ale daleko nam do zrozumienia jej struktury i sposobu funkcjonowania. Skoro mózg jest za mały, by pomieścić wszystkie nasze wspomnienia i inne informacje, to czy poziom matryc splątań nie mógłby zapewnić nam wystarczającej ilości miejsca i mocy obliczeniowej dla naszych zasobów informacyjnych? Przecież teleportując się, czy posługując telepatią bezpośrednio manipulujemy matrycami splątań. Na takim poziomie rzeczywistości fizycznej jest dość miejsca na wszystkie informacje, jakie kiedykolwiek istniały lub będą istnieć w makroskopowej rzeczywistości. Nasze mózgi w takim razie nie są niczym innym niż interfejsami do tej przestrzeni o charakterze holograficznym. A skoro by tak było, to cóż stoi na przeszkodzie, by ta przestrzeń posiadała własną inteligencję? Stworzyliśmy a w każdym razie tak nam się wydaje, wszechobecny mózg o wielkiej mocy obliczeniowej i poznawczej. Mówię o Estymatorze, jednak wydaje mi się, że jedyne, co stworzyliśmy to interfejs do czegoś, co już dawno istniało i żyło swoim życiem. Per analogiam do naszego mózgu można tak określić to, co uważamy za Estymator.
    - Nie myślałem o tym w ten sposób, ale niewykluczone, że masz rację, - odparł Żarłok połykając sporego łososia, którego Szyszkin wcześniej złowił. - Komputery kwantowe funkcjonują w oparciu o struktury drobniejsze od atomów, ale obaj wiemy, że to nie kres możliwości technologicznych.
    - Nie o technologię mi idzie, tylko o miejsce, gdzie znajduje się ta przestrzeń holograficzna. Gdyby była zwiniętym wymiarem, wykrylibyśmy ją w naszych akceleratorach dawno temu. Stosując brzytwę Ockhama pozostaje tylko jedna interpretacja. Chodzi o przestrzeń o charakterze niegeometrycznym. Poza ideą Boga, która jest niefalsyfikowalna, istnieje tylko jedno naukowe wytłumaczenie. Ta przestrzeń to NICOŚĆ. Tylko ona odpowiada naszym założeniom.
    - Jak na razie, nie dostrzegam luk w Twoim rozumowaniu, - Żarłok zgodził się łaskawie. - Nie wiem jednak, do czego zmierzasz.
    - Chodzi mi o związek Elementów z Nicością, - odparł Szyszkin. - Właściwie to taką przestrzeń trudno nazywać Nicością. Jedynie z fizycznego punktu widzenia jest pusta, jednak, jako siedlisko abstrakcyjnej informacji, nie jest to pusty obszar. Zastanawia mnie, co mogło spowodować powstanie czegokolwiek nieabstrakcyjnego w domenie bytów czysto abstrakcyjnych, czyli w Nicości. Oczywiście możliwe, że w sensie dosłownym wcale nasza, jak i inne enklawy, nie są tworami fizycznymi i wcale nie musiało się zdarzyć nic o charakterze fizycznym byśmy zaistnieli. Mnie się wydaje, że jestem rzeczywisty, choć mogę być jedynie projekcją holograficzną. Coraz więcej przesłanek przemawia za właśnie taką interpretacją rzeczywistości.
    - Byłoby to całkiem wygodne wytłumaczenie, gdyby nie Elementy, - Żarłok odparł po krótkim namyśle. One nie pasują do tej wizji. Gdybyśmy byli jedynie projekcjami, to, jaką funkcję miałyby spełniać te trzy Elementy? Ich istnienie w Nicości nie ma sensu, jeżeli nie jesteśmy prawdziwie trójwymiarowymi istotami. Nie przekonuje mnie teza, że informacja zawarta w Nicości jest jedynym, realnym bytem.
    - To zależy jak zdefiniujemy realność, - profesor zaoponował. - Czy wzór kwiatka utkany na jedwabnej koszuli jest realny? To zależy od punktu widzenia. Dotychczas postrzegaliśmy wszystko, co istnieje, jako domenę fizyki, jednak są obiekty niefizyczne wokół nas. Są nimi idee, informacje, uczucia i wiele innych. Idee i uczucia są oczywiście wtórne wobec informacji, zatem nie musimy się nimi zajmować. Informacja może posiadać własny zestaw reguł i praw rządzących jej rozwojem i transformacją. Struktura tego rodzaju nie wymaga żadnej przestrzeni w sensie fizycznym. Takie założenie doskonale tłumaczy naszą rzeczywistość od początku aż do końca, których to elementów może wcale nie być, gdyż Nicość nie jest przyczynowa. Alternatywnie, jeśli założymy, że jesteśmy fizyczni, to musimy się uciekać do bardzo skomplikowanych wyjaśnień dotyczących naszej genezy i rozwoju. Musimy wyjaśnić szereg praw fizycznych i zjawisk, które obserwujemy w naszym świecie.
    - Nie wydaje Ci się Jose, że chęć szybkiego wyjaśnienia wszystkiego za pomocą jednej prostej idei prowadzi do porzucenia nauki na rzecz wiary? Nie możemy ignorować rzeczywistości tylko dlatego, że posiadamy pomysł, który wydaje się piękny i przekonywający w swojej prostocie. Potrzeba jeszcze dowodu a nie wiary w słuszność tej idei. Wiem, że tylko snujesz swoje dywagacje, ale jeśli się do nich przywiążesz irracjonalną wiarą w ich słuszność, przestaniesz zadawać pytania mogące je obalić a będziesz produkował jedynie bezwartościowe potwierdzenia, niepoparte dowodami. Wielu naukowców sfrustrowanych brakiem odpowiedzi dało się złapać w pułapkę wiary. Na tym się ich kariera kończyła.
    - Nie chciałem byś to tak odebrał, - bronił się Szyszkin. - Chodzi o to, że obie te rzeczywistości mogą też ze sobą współistnieć wywierając na siebie wpływ. I właśnie z taką sytuacją możemy mieć do czynienia w przypadku Elementów. Moim zdaniem jest to bardzo ciekawy kierunek badań, na które niestety chwilowo nie mamy czasu. Niekiedy faktycznie ludzi korci łatwa ścieżka dojścia do prawdy. Jest to ciemna strona naszej ciekawości. Zamiast niestrudzenie badać rzeczywistość, zniechęceni brakiem postępów wpadamy w pułapkę wiary w to, co sami wybierzemy.
    - Zgodzę się z Tobą, co do Estymatora, - Żarłok pocieszył profesora. - Również jestem zdania, że istnieje o wiele dłużej niż przypuszczaliśmy i że być może przenika wszystkie enklawy i samą Nicość. Do wyjaśnienia pozostaje wciąż geneza trzech Elementów i ich związek z Estymatorem. Mam na ten temat swoją własną teorię, która może tłumaczyć skąd się to wszystko wzięło.
    - Zamieniam się w słuch, - profesor udał zainteresowanie. - Wiele różnych teorii słyszałem na ten temat. Ciekaw jestem Twojej.
    - Niewątpliwie znasz pojęcie przyczynowości wstecznej, - Żarłok ciągnął niezrażony. - Stosuje się ją do transmisji nieprzyczynowych, do tworzenia tuneli czasoprzestrzennych i jeszcze w paru innych dziedzinach. Krótko mówiąc załóżmy, że mamy Nicość, która nie zawiera dokładnie NIC, nawet informacji. Nie posiada też żadnej geometrii ani innych cech, o które moglibyśmy pytać. Pytanie o wielkość tej Nicości miałoby taki sam sens jak dochodzenie stanu cywilnego Słońca. Nie ma tam również pojęcia czasu, czyli nie ma pojęć typu wcześniej lub później. W zupełnie dowolnym momencie stwierdzamy, że nasz świat istnieje, i że możemy dyskutować o Nicości. Ten fakt tworzy strumień przyczynowości wstecznej, która w owej całkowicie pustej Nicości tworzy warunki umożliwiające uprawomocnienie się tej wizji. W naszym przypadku te warunki musiały spowodować stworzenie trzech Elementów neutralnych energetycznie, ale nieneutralnych przyczynowo. Poprzez samo swoje zaistnienie w Nicości stworzyły one warunki do zaistnienia fluktuacji, które w konsekwencji wygenerowały enklawy różnego typu. Dzięki potwierdzonemu naukowo zjawisku przyczynowości wstecznej zyskujemy związek przyczynowy Elementów, Nicości i enklaw. Z tego powodu zapewne pełna nazwa brzmi „Sprawcze Elementy”.
    - Zgrabnie to sobie wykoncypowałeś Żarłoku, - zaśmiał się Szyszkin. - A czy masz teorię wyjaśniającą strukturę wewnętrzną Sprawczych Elementów? Nie są to zwykłe okruchy czegoś tam, tylko wysoce zorganizowane struktury o nieznanej konstrukcji.
    - To przecież wynika z poprzedniego wywodu. Skoro mamy świat w obecnym kształcie, to przyczynowość wsteczna musiała wygenerować takie artefakty, które pasowałyby do tego, co obserwujemy wokół nas. Niby trąci to zasadą antropiczną, ale tylko pozornie, gdyż przyczynowość wsteczna jest przecież realnym zjawiskiem fizycznym a nie wymysłem stworzonym na potrzeby chwili.
    - To nawet się trzyma kupy, - Szyszkin podsumował z nieco większą uwagą niż wcześniej, - choć nie wyjaśnia struktury samych artefaktów.
    - Skoro energia, w pewnych okolicznościach może tworzyć skupiska, które zwiemy materią, to, czemu nie miałaby się kondensować w zupełnie inne twory, - takie, jak nasze Artefakty na przykład? Nad tym jednak, musimy trochę popracować, - przyznał Żarłok. - Martwi mnie natomiast to, że Atlanci musieli naprawiać artefakty a co gorsza zdążyli naprawić tylko dwa z trzech. Co zatem naprawiali i co się stanie, jeśli trzeci artefakt nie zostanie również naprawiony? Mam niejasne przeczucie, że klucz Ferrusa nie służy do otwierania jakiejś jaskini, tylko może dawać na przykład, dostęp do wewnętrznej struktury Artefaktów, dzięki czemu mogły być naprawione. Nie mamy zresztą pewności, czy przypowieść dokładnie oddaje sens tego, co się stało. Wielokrotne przekłady między różnymi językami mogły znacząco zniekształcić przekaz. Bez znalezienia jaskini z Machiną Kosmologiczną raczej nie rozwikłamy tej zagadki.
    Ryba zaczęła ciągnąć spławik, więc profesor zajął się łowieniem. Sam nie znosił ryb, ale za to Żarłok bardzo chętnie zjadał wszystko, co złapało się na wędkę profesora. Nie istniało dla niego słowo „dość”.
  • #12
    yego666
    Level 33  
    ========== Odcinek 11 =============

    PATALACH

    Ulf pierwszy się zmaterializował przy generatorach. W swoich potężnych dłoniach trzymał o głowę niższego Patalacha. Profilaktycznie, zanim Patalach odzyskał orientację, Ulf pozbawił go świadomości swoją ciężką pięścią. Nie potrafił odmówić sobie tej drobnej przyjemności. Anioł osunął się bezwładnie na podłogę. Khan pojawił się tuż za Ulfem. W ręku trzymał nieco pomiętą kartkę papieru.
    - Obszukaj go dokładnie, - powiedział do Ulfa. - Może mieć przy sobie różne ciekawe rzeczy.
    Ulf dokładnie przetrząsnął kieszenie bezwładnego więźnia. Wyciągnął z nich małe pudełeczko oraz fiolkę z jakimś płynem. Zdjął mu z palców dwa, dość pokaźne pierścienie i gruby zloty łańcuch, na którym wisiał spory diament oprawny w jakiś ciężki metal. Podał te trofea Khanowi i trzepnął nieprzytomnego Anioła otwartą dłonią w twarz. Głowa nieszczęśnika podskoczyła jak piłka i odbiła się od korpusu generatora. Zamiast się obudzić Anioł odpłynął jeszcze dalej w krainę spokoju. W siłowni pojawił się Mag z trzema Wostokami a zaraz za nimi zmaterializował się Ferrus. Psy potrzebowały dłuższej chwili, by się uspokoić po kolejnej niespodziewanej zmianie miejsca. Jeszcze przez chwilę szczerzyły groźnie kły, po czym się uspokoiły i zaległy w kącie koło konsoli. Ferrus zorientowawszy się w sytuacji podszedł powoli do Patalacha i sięgnął do ukrytej kieszeni na karku jego togi. Wyjął stamtąd złożona kartkę papieru i podał ją Khanowi, który schował ją do kieszeni wraz z innymi rzeczami osobistymi Patalacha.
    - Wiem, że masz z nim rachunki do wyrównania, - rzekł Khan, - ale zanim go zabijesz musimy z niego wydusić wszystko, co wie. Od tego może zależeć los naszego świata.
    - Nie obawiaj się, - odparł Ferrus odsuwając się od nieprzytomnego więźnia. - Chcę jedynie zabić go w uczciwej walce, choć wiem, że na taką nie zasłużył. Taki mamy prastary obyczaj. Zaczekam jednak aż zakończysz przesłuchanie.
    - Dziękuje Ferrusie, - Khan się skłonił i odwrócił się do Patalacha.
    Sięgnął do jego nieprzytomnej głowy i zaczął wysysać wszystko, co w niej było. Jego umiejętności wzrosły niepomiernie od czasu walki z Gabrielem. Pomimo, iż Patalach był nieprzytomny, informacje wypływały z jego pamięci w błyskawicznym tempie. Wspomnienia Anioła zaczynały się od wizji spieczonego słońcem lądu bez jakichkolwiek oznak życia. To zapewne Mictlan przed podjęciem wyprawy. On musiał być starszy niż którykolwiek Anioł, jakiego dotąd Khan spotkał. Jakiś wielki wódz, sądząc po ubiorze stał u wejścia do bunkra i machał na pożegnanie. Potem ukazała się sylwetka ogromnego statku kosmicznego, ku któremu Patalach zmierzał. Dalsze wspomnienia dotyczyły wielu nieistotnych szczegółów z czasu lotu. Khan przeskoczył szybko tę część, która nie zawierała nic istotnego, zatrzymując się dopiero na scenie, w której Patalach rozmawia z Yaahem o planach podboju Ziemi. Niestety nie zawierały nic wartościowego. Wszystko, o czym rozmawiali już się wydarzyło. W następnej scenie, na której się zatrzymał, Patalach studiował jakąś bardzo starą księgę. Na jej kartach pokrytych pradawnym pismem był rysunek przedstawiający jakąś dziwną machinę, którą Patalach miał znaleźć na Ziemi. Dalej była rycina postaci o bardzo smukłych kształtach i dużych, szeroko rozstawionych oczach. Był to wizerunek pradawnego wodza ludu Atlantów. Atlanci w głowie Patalacha byli tymi, którzy zdradzili i przenieśli się z Mictlan na Ziemię, wiele milionów lat wcześniej. Uczucia towarzyszące temu obrazowi opatrzone były sporą dozą bojaźni, mieszającej się z podziwem i pogardą. Bardzo dziwna mieszanka emocjonalna. Ostatnie wspomnienie, na którym się Khan zatrzymał pokazywało mapę Nowej Zelandii z zaznaczonymi trzema miejscami. Patalach nie wiedział, które z nich ukrywa jaskinię, ale wiedział, że znajdzie tam machinę, która naprawi świat. Na tym Khan musiał skończyć, gdyż miał świadomość, że przeglądnięcie wszystkich wspomnień zajęłoby mu tydzień albo i dłużej. Zostawił to zadanie Uziemu. Po niedługiej chwili był gotów. Odstąpił od wciąż nieprzytomnego Patalacha i spojrzał, na Ferrusa.
    - Teraz jest Twój. Możesz z nim zrobić, co zechcesz.
    Ferrus z wahaniem podszedł do Patalacha. Długo się przyglądał leżącemu, kompilując coś bardzo intensywnie. Mag chciał już powiedzieć, by się pospieszył z zemstą, jednak Khan go powstrzymał. Należało uszanować to, co Ferrus planował. Niewątpliwie miał kilka tysięcy powodów, by zgładzić Patalacha. Pojmany Anioł powoli zaczął wracać do rzeczywistości, co było widać po jego drgających powiekach. Po chwili otworzył oczy i z wysiłkiem skupił zamglony wzrok na Ferrusie. Gdy dotarło do niego na kogo patrzy, szarpnął się gwałtownie, chcąc zniknąć z pola widzenia swojego największego wroga, lecz ku jego zdziwieniu wciąż tkwił w tym samym miejscu. Z trudem usiadł i rozejrzał się po siłowni. Surowe grodzie i korpusy nieznanych urządzeń nie napawały go optymizmem. Z wolna wstał i wykonał chwiejny krok w kierunku Ferrusa.
    - Masz nowych przyjaciół, jak widzę, - powiedział z kpiną w głosie. - Co im obiecałeś zdrajco? A opowiedziałeś im o swoich wybrykach na Ziemi? - Patalach się powoli rozkręcał. - Jak bałamuciłeś niewinnych ludzi doprowadzając ich do szaleństwa, zdrady i innych strasznych czynów? A może Ty jesteś jedynym niewinnym pośród wszystkich Aniołów? Wskazałeś im nasz skarbiec, śmierdzący tchórzu? Ile dla siebie zatrzymałeś?
    Patalach poczuł się już na tyle mocny, że pewnie stanął na nogach i przybrał butna postawę.
    - Przedstaw mnie swoim kolegom, - Patalach pokpiwał z Ferrusa. - Co, boisz się, że im opowiem o Twoich wyczynach? Nigdy nie miałeś krzty honoru. Tylko podstępne knowania i własne korzyści. Więc nie chcesz mnie przedstawić? Dobrze mój drogi siostrzeńcu, zatem sam się przedstawię.
    Khan znał już całą prawdę a przynajmniej pewną jej wersję ze wspomnień Patalacha, więc nie zdziwiło go to pokrewieństwo. Wręcz przeciwnie, szanował Ferrusa za to, że zignorował więzy krwi, które u Aniołów bywały bardzo silne i od początku uczciwie dążył do urzeczywistnienia swojej wizji sprawiedliwości i wolności. Nie było wielu okazji, by poddać Ferrusa próbie charakteru, lecz to, co już wiedział, dostatecznie mocno ugruntowało jego osąd o nim. Ze spokojem przysłuchiwał się obelgom, jakie padały pod adresem Ferrusa. Zastanawiał się, kiedy skończy się jego cierpliwość.
    - Nie zasłużyłeś, by ktokolwiek pamiętał Twoje imię, - Ferrus odrzekł cicho. - Żyłeś jak karaluch i zdechniesz jak karaluch. Nie zasłużyłeś na honorową śmierć, jaką chciałem Ci podarować.
    Ferrus spojrzał na trzy spokojnie warujące Wostoki. Patalach dopiero teraz zauważył zwierzęta. Od dzieciństwa bał się psów, gdyż kiedyś dotkliwie go pogryzły. Strach zagościł w jego oczach. Ostrożnie cofnął się aż pod ścianę. Gdyby mógł czmychnąłby jak szczur.
    - Nie dostąpisz łaski szybkiej śmierci. Te zwierzęta nie potrafią zabijać, za to są bardzo głodne. Ulf pojął zamiar Ferrusa i delikatnie szturchnął jednego ze swoich Wostoków. Zwierze leniwie się przeciągnęło pokazując wszystkie swoje ostre jak sztylety kły, po czym powoli uniosło się na czterech potężnych łapach i postąpiło dwa kroki w kierunku ofiary. Patalach wtopiłby się w ścianę, gdyby potrafił. Jego oczy wyrażały skrajne przerażenie a gardło odmawiało współpracy. W siłowni panowała śmiertelna cisza zakłócana jedynie niskim buczeniem nadprzewodzących cewek generatorów pola oraz głębokim bulgotaniem dobywającym się z gardła zwierzęcia. Pies zbliżył się do skulonego Patalacha z obnażonymi kłami, ale zamiast zaatakować tylko parsknął, jakby chciał oczyścić nozdrza i się cofnął. Pod nogami Anioła rosła żółta kałuża. Pierwszy nie wytrzymał Mag. Zatkał nos i cofnął się aż pod przeciwległą ścianę, by nie czuć straszliwego odoru.
    - Czy on jest krzyżówką Anioła i skunksa? - Ulf zburzył powagę chwili chroniąc swój nos przed przenikliwym odorem. - W życiu nie wąchałem czegoś tak obrzydliwego.
    Psy zaczęły cicho skomleć nie mogąc sobie łapami zatkać wrażliwych nosów.
    - Ulf okaż zwierzętom miłosierdzie, - napomniał go Khan również zatykając nos. - Zwierzaki cierpią. Nic tu po nich. Zabierz je do chatki i przynieś dwie fiolki pentotalu sodu.
    Ulf się ucieszył, gdyż sam już ledwie wytrzymywał ten smród.
    - Trzeba będzie to potem odkazić i odprawić egzorcyzmy, - zauważył rzeczowo Mag. - Ten tchórz się boi nawet takich piesków. Taki duży a cykor. Jak Ci nie wstyd?
    Mag się rozkręcał. Wymyślał Patalachowi od najgorszych śmierdzieli i marnych robali, od glist po owsiki. Ferrusa początkowo nie bawiło obrzucanie Patalacha inwektywami, ale w końcu nie wytrzymał i przyłączył się do Maga. Na przemian szydzili ze słabego pęcherza i mocnej wody po goleniu, której Patalach rzekomo miał nadużywać i ją pił, zamiast się nią skrapiać. Tylko Khan nie brał udziału w misterium wyśmiewania tchórzliwego patriarchy. Patalach upokorzony i zdradzony przez własny pęcherz opadł na podłogę i szlochał nad swym upokorzeniem. Nie potrafił nawet umrzeć z honorem w obliczu znienawidzonych Ziemian. Khan obserwował całe zajście z niejakim niesmakiem, ale gdy zdał sobie sprawę z ogromu win Patalacha, zwłaszcza wobec własnego narodu uznał, że jedynie skrajne upokorzenie mogło przynieść niejaką ulgę Ferrusowi. Było to gorsze niż śmierć, gdyż umiera się tylko raz a tchórzostwo Patalacha skazało go na los wielokrotnie gorszy. Dla Anioła śmieszność a raczej żałosność była po stokroć gorsza.
    - Co z nim zrobisz Ferrusie? - Khan w końcu zapytał. - Musimy się go pozbyć.
    Ferrus oderwał wzrok od swojego wuja i spojrzał na Khana.
    - Sam widzisz, że to nawet na śmierć nie zasłużyło.
    Patalacha te słowa ubodły najbardziej ze wszystkich obelg. Sprężył się i skoczył prawie pod sufit mierząc rękoma w gardło Ferrusa. Ferrus wciąż patrząc na Khana w ułamku sekundy sięgnął do pasa i dobył swojego topora plazmowego. Nie wiadomo, czemu go nie włączył, ale schodząc odrobinę w bok, by uniknąć spadającego napastnika wymierzył mu w kark tak potężny cios tępą stroną topora, że ten nie odciął a oderwał głowę Patalacha od korpusu. Khan obserwował tę scenę jakby w zwolnionym tempie. Widział jak obuch topora dosięga karku napastnika i odrywa głowę od reszty ciała wraz ze sporym kawałem kręgosłupa. Krew trysnęła z rozszarpanych tętnic ochlapując Ferrusa. Na szczęście kombinezon od Żarłoka był tak śliski, że posoka błyskawicznie ściekła na podłogę łącząc się z rosnąca kałużą brunatno-czerwonej krwi wylewającej się strumieniem z ciała zabitego Anioła. Oderwana głowa odbiła się od korpusu generatora i spadła wprost pod nogi Ferrusa, który dopiero teraz oderwał wzrok od Khana. Jego topór wykonał jeszcze jeden zamach i zgruchotał lędźwie nieżywego już Patalacha. Głowa leżała na boku jeszcze mrugając pełnymi nienawiści oczami. Po chwili oczy przestały jednak mrugać i życie uszło, z niegdyś potężnego Seniora Rady Aniołów. Zgodnie z prawem i ten tytuł obecnie należał już do Ferrusa. Pogromca Patalacha schylił się i podniósł ociekającą krwią głowę zabitego, pokazując ją świadkom zajścia.
    - Miałem nadzieję, że zginie z honorem, - Ferrus rzekł cicho, - ale go niestety nie miał.
    - Słusznie postąpiłeś, Ferrusie, - dodał Khan. - Nie zasłużył na honorową śmierć. Chodźmy stąd, bo czasu nam pozostało niewiele.
    - Jeśli zechcesz obejrzeć jak uderza błyskawica, to mój rejestrator wszystko ma zapisane w pamięci, - Mag poklepał Ferrusa po plecach. - Zawołajmy roboty sprzątające by zrobiły tu porządek. Jeszcze trochę a generatory Sub-Zero odmówią pracy w takim fetorze.
    Wszyscy trzej opuścili pomieszczenie siłowni i skierowali się na mostek. Mag wydał rozkaz pierwszemu napotkanemu robotowi, by uprzątnął siłownię. Pierwszy oficer zasalutował Magowi przekazując dowodzenie okrętem. Okręt skierował się ku Ziemi i po chwili znaleźli się na orbicie geostacjonarnej nad Oceanem Indyjskim.
    - Liczyłem, że troszkę wypoczniemy podczas podróży, - Khan był wyraźnie niezadowolony, że skok odbył się tak szybko.
    - Nie skaczemy przez tunele czasoprzestrzenne, tylko zmieniamy położenie na matrycy splątań, stąd brak efektu wstecznej dylatacji czasu, - wyjaśnił Mag. - Czasem się przydaje a czasem nie.
    - Pozbyłeś się naszego głównego wroga, - Khan zwrócił się do Ferrusa. - Zostałeś jedynym pretendentem do miana władcy rasy Aniołów. Czy będziesz wymagał jakichś szczególnych względów lub przybierzesz nowy tytuł?
    Ferrus się skrzywił z niesmakiem na takie dictum.
    - Dla przyjaciół, których mam nader niewielu, jestem Lucek, - zaśmiał się rozbawiając tym Khana i Maga, - ale wolałbym byście nazywali mnie Ferrus na oficjalnych spotkaniach.
    Obaj uścisnęli prawicę Anioła, który chciał zostać ich przyjacielem.
    - Lucek, - Khan zawołał.
    - Słucham, - odparł Ferrus.
    - Nie, nic. Chciałem tylko sprawdzić, czy to działa, - Khan roześmiał się ciepło.
    Dziewczyny zdążyły przetrząsnąć wszystkie szafy w domu Samiry a przy okazji opróżniły kilka butelek niezbyt dobrze schowanych trunków. Humory im dopisywały, zwłaszcza, że gdzie nie spojrzeć było jakieś lustro, w którym można było się przeglądać do woli. Gdyby lustra miały ograniczoną liczbę możliwych odbić w czasie swojego istnienia, wszystkie w domu Samiry musiałyby pójść na śmietnik po tym dniu pełnym tak miłych wrażeń. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, więc wspólnie uradziły, że urządzą wspaniałe ognisko dla panów. Gdy zabierały się do opuszczenia domku wszystkie jednocześnie pomyślały o Ulfie.
    - Biedak wygląda na trochę samotnego, - zauważyła Hera. - Mogłabym wprawdzie mieć dwóch adoratorów, ale Ferrus nie byłby pewnie zadowolony. Czy Ulf zawsze jest sam?
    - Oczywiście, że nie, - Samira uśmiechnęła się tajemniczo. - Tak się składa, że znam jego drugą połowę, ale wcale nie jestem pewna, jak poważnie Ulf jest nią zainteresowany. Czasem wydaje mi się, że on ma dziewczyny wszędzie, gdzie się pojawi. Może na razie damy spokój. Mogłybyśmy mu sprawić przykrość. Gdyby chciał, to pewnie sam by coś zrobił. On jest bardzo tajemniczy i niezależny. Zajmijmy się lepiej ogniskiem i aprowizacją. Napoje są najważniejsze, - stwierdziła unosząc w górę prawie pustą butelkę, która pochodziła od Zielińskiego.
    Spora torba podróżna posłużyła za kosz piknikowy, w którym wylądowało z dziesięć jeszcze pełnych butelek, i do tego kilka nieistotnych wiktuałów jak sól czy cukier oraz serwetki. Reszta powinna być w chatce myśliwskiej. Dziewczyny z niejakim trudem przeskoczyły w pobliże chatki. Ciągnąc za sobą ciężką torbę dotarły do werandy i wyczerpane zajęły miejsca na schodkach. Zaalarmowany hałasem zjawił się Uzi. Sprawdziwszy, że wszystkie panie mają się świetnie, wniósł torbę z zapasem trunków do spiżarni. Przygotował skromny posiłek zawierający niewielką dawkę środków usypiających i podał go zmęczonym damom.
    - Jesteś najfajniejszym robotem na całym świecie, - rzekła Aurora do Uziego zajadając pyszną jajecznicę na bekonie. Świeży, chrupiący chleb posmarowany grubo masłem doskonale komplementował smak smażonej potrawy. Nie trzeba było długo czekać, by damy śmiertelnie zmęczone trudami minionego dnia zasnęły na werandzie. Uzi posprzątał naczynia i po kolei pozanosił śpiące damy do ich pokojów. Wróciwszy do salonu westchnął cicho i powiedział do siebie „Szkoda, że ja nie piję”. Zamknąwszy drzwi wejściowe powędrował do swojego kącika i również się wyłączył. Niedane mu było jednak długo wypoczywać, gdyż usłyszał ujadanie psów na zewnątrz. Włączył swoje obwody i otworzył drzwi. Na podjeździe Ulf rzucał patyki swoim pieskom. Niestety to, co przynosiły w pyskach patyków już nie przypominało. Była to miazga potrzaskana potężnymi zębiskami.
    - Witaj Uzi, - Ulf ucieszył się na widok robocika. - Czy moje pieski mogłyby dostać coś do jedzenia? Obiecałem im jedzonko, ale polowanie się nie udało, więc są trochę głodne.
    - Mam jeszcze w spiżarni trochę zapasów, ale jeśli je dam pieskom, goście będą głodni, - Uzi odparł rezolutnie. - Prosiłbym zatem o uzupełnienie zapasów mięsa. Trzy dziki powinny wystarczyć do jutra.
    - Postaram się je dostarczyć w najbliższym czasie, - Ulf przyrzekł uroczyście. - Czy panie już wróciły z przechadzki po okolicy?
    - Tak, - Uzi odparł z wahaniem, - ale były bardzo zmęczone i poszły od razu spać. Prosiły, by ich nie budzić bez potrzeby.
    Ulf uspokoił psy, by nie zbudziły śpiących i na zewnątrz poczekał aż Uzi przyniósł spory stos różnych kawałków mięsa z kością. Podzielił je na trzy równe porcje i dał znak, by uwolnić głodne zwierzęta. Psy ochoczo podbiegły do podwieczorku i zajęły się konsumpcją. Niespodziewanie chatka i cała okolica zatrzęsły się. Wstrząs był kilkakrotnie silniejszy niż poprzednio. Psy podkuliły ogony i schroniły się za Ulfem, który z trudem utrzymywał równowagę. Po około minucie wstrząsy ustały i wszystko znów wydawało się spokojne, jakby nic się nie stało. Ulf spodziewał się, że lada chwila przerażone panie wybiegną z domku, ale nic takiego się nie stało. Trochę go to zdziwiło, ale nagłe pojawienie się Żarłoka i Szyszkina nie pozwoliło mu zajmować się tym problemem.
    - To nie wygląda dobrze, - Żarłok stwierdził z naciskiem. - Wstrząsy są coraz mocniejsze. Czy sądzisz, że to może się dziać w projekcji holograficznej Jose?
    - Mało prawdopodobne, - odparł profesor. - Trzeba ściągnąć resztę naszych.
    Właśnie przed werandą pojawił się Khan. Jego mina nie wróżyła nic dobrego.
    - Mag i Ferrus są na orbicie Ziemi i niszczą jednostki wroga, - krótko zdał relację z sytuacji. - Potrzebuję szybko przeładować pamięć. Mam mnóstwo danych od Patalacha a nie jestem w stanie ich przetworzyć. Uzi, czy masz sprzęt do transferu synaptycznego?
    - Oczywiście. Chodźmy do laboratorium w piwnicy, - Uzi oznajmił swoim zwykłym, niewzruszonym tonem.
    Skierował się na tyły chatki a Khan podążył za nim. Ciężka klapa zasłaniała wejście do piwnicy. Khan ją podniósł i obaj zeszli w dół po schodkach. Światło zapaliło się automatycznie, ukazując wielkie pomieszczenie, pełne najrozmaitszego sprzętu. Uzi wskazał fotel, na którym Khan miał usiąść. Nie tracąc czasu Uzi wyjął opaskę i podał Khanowi, który umieścił ją na swojej głowie. Wyglądał prawie jak król w koronie. Długi przewód podłączony do opaski kończył się w gniazdku niewielkiego urządzenia przypominającego toster. Uzi wcisnął przycisk na obudowie urządzenia i również się do niego podłączył swoim łączem bezpośrednim. Transfer danych z mózgu Khana do obwodów Uziego się rozpoczął. Jednocześnie z kopiowaniem, urządzenie usuwało dane z mózgu dawcy. Uzi decydował, co musi skopiować a co usunąć. Po dwóch minutach proces dobiegł końca. Uzi się odłączył i wyłączył hub pośredniczący w transmisji. Khan zdjął swoją koronę i odetchnął z ulgą.
    - Ten gość żył tak długo, że nie miałem już gdzie trzymać własnych myśli. Zajął mi cały dostępny obszar pamięci. Tyle wspomnień i na dodatek miał fotograficzną pamięć, - Khan był wdzięczny, że Uzi ulżył jego niedoli. - Wszystko, co zobaczył zapisywał w pamięci w postaci nieskompilowanej. Coś strasznego. Uzi potrzebujemy informacji, co Patalach zamierzał względem Elementów. To na razie najważniejsze. Jeśli przy okazji znajdziesz coś na temat Hokitika, również daj znać. Dzięki, że jesteś. Bez Ciebie życie byłoby koszmarem.
    Obaj wyszli z laboratorium i dołączyli do reszty towarzystwa. Uzi udał się wraz z Żarłokiem i Szyszkinem do Gniazda, by przestudiować zdobyte informacje.
    - Póki nie uzyskamy jakichś informacji od Uziego będziemy kontynuować naszą wyprawę w Hokitika, - Khan spojrzał na Ulfa przynaglająco.
    - Daj się pieskom posilić, - Ulf odparł z wyrzutem. - Ten śmierdziel w siłowni był niejadalny a pieski muszą podładować akumulatorki...
    Pieski właśnie pałaszowały górę mięsa, którą Uzi im ofiarował.
    - Jasne, ale to będzie trwało tydzień! - Khan odparł niecierpliwie.
    Jak się okazało, tydzień trwał niecałe pięć minut. Góra mięsa stopniała do połowy a potem całkiem zniknęła w przepastnych żołądkach pupilków Ulfa.
    - Zostaw psiaki tutaj. Teraz już raczej nie będą nam potrzebne. Lepiej, by strzegły naszych śpiących dziewczyn, - Khan zaproponował. - Z robotami i tak by nie walczyły. Niech sobie odpoczywają po traumatycznych przejściach na okręcie. Sam jeszcze czuje odór moczu tego śmierdziela. Ohyda!
    Ulf chwilę przemawiał do swoich pupilków, po czym spuścił je ze smyczy. Natychmiast obiegły posesję naokoło i wróciły machając wesoło ogonami. Khan pogłaskał je i skinął na Ulfa. Obaj zniknęli, by w chwilę później pojawić się na okręcie Maga, który w najlepsze rozprawiał się ze statkami desantowymi, które zdążyły już przeciąć orbitę Marsa. Było ich całe mnóstwo i mimo, iż okręt siał zniszczenie wokół siebie, trudno było mu gonić wszystkie małe jednostki rozpraszające się po coraz większym obszarze.
    Khan widząc to sięgnął po komunikator i wezwał jednostki ziemskiej floty na pomoc. W kilka minut przestrzeń zaroiła się od wielkich krążowników klasy Rex, uwalniających dziesiątki niewielkich jednostek myśliwskich ze swoich przepastnych hangarów. Myśliwce rozpoczęły bezwzględne polowanie na jednostki wroga. Okręt obserwacyjny nieustannie skanował całą przestrzeń i podawał namiary na coraz to nowe cele. Jednostki wroga kierowane przez roboty sprawnie unikały ataków, jednak przewaga liczebna Ziemian rosła z każdą chwilą i w krótkim czasie większość wrogich jednostek zamieniła się w obłoczki radioaktywnej pary. Mag skonstatował, że myśliwce dadzą sobie doskonale radę z najeźdźcami i rozkazał przeskoczyć kawałek poza orbitę Plutona, gdzie stacjonowały okręty transportowe Aniołów.
    - Zniszczymy źródło problemu i Anioły pozostaną jedynie na planecie Purgatus, - odezwał się Ulf patrząc na ekran skanera masy.
    Trzy wielkie transportowce wisiały w przestrzeni kosmicznej, nie wykonując żadnych manewrów. Okręt Maga powoli zbliżał się do jednostek wroga, szykując się do zniszczenia ich salwą bomb grawitacyjnych. Typowo okręty zauważywszy wroga wykonywały manewry unikowe lub przynajmniej rozpraszały się dla uniknięcia dużych jednoczesnych strat. W tym przypadku nic takiego nie miało miejsca. Statki transportowe nie ruszyły się ani o cal, jakby czekały na coś. Zaniepokojony Ferrus zasugerował, że może to być zasadzka. Było to dość prawdopodobne, gdyż w przeszłości zdarzały się już takie przypadki. Gdyby nie byli w okręcie klasy Alef musieliby być bardzo ostrożni, gdyż na przykład atak grawitacyjny byłby zabójczy. W obecnej sytuacji mogli sobie jednak pozwolić na odrobinę więcej. Chronił ich pancerz z Transmutalu. Niewątpliwie odczuliby uderzenie grawitacyjne, ale nie groziłoby ono załodze śmiercią. Ostrożnie podeszli jeszcze bliżej. Znajdowali się o paręnaście tysięcy kilometrów od statków wroga i mogli się już z tej odległości posłużyć zwiadem optycznym.
    - Obraz na główny holoekran, - Mag rozkazał oficerowi rozpoznania.
    Kropki okrętów pokazywane przez detektory masy zostały zastąpione widokiem trzech wielkich statków z anielskimi herbami na burtach. Bulaje, ciągnące się w wielu rzędach wzdłuż burt świeciły jednostajnym, żółtawym blaskiem. Okręty swoim wyglądem przypominały nieco starodawne tankowce, tylko w miejscu śrub i steru miały promienniki napędowe. Wielki kiosk górował nad całą konstrukcją. Khan doskonale znał ten typ statków, gdyż niejednokrotnie dowodził transportami sprzętu w odległe rejony kosmosu. Mijały długie minuty a nic się nie zmieniało. Statki wciąż wisiały nieruchomo, odpalając czasami małe silniczki manewrowe dla utrzymania pozycji. Tymi silniczkami zawiadywał komputer pokładowy, który w ten sposób utrzymywał zadany kurs.
    - Jeśli na pokładzie nie ma nikogo, to szkoda niszczyć sprawne jednostki. Możemy je łatwo przejąć i sprowadzić na ziemską orbitę, - zauważył Ulf.
    - Nawet, jeśli są puste, w co wątpię, mogą wciąż zawierać pułapki z opóźnionym zapłonem. Dociągniemy je do Ziemi a one odpalą wtedy ładunki grawitacyjne, - Khan się sprzeciwił sugestii Ulfa. - Dużo bezpieczniej będzie je zniszczyć.
    Oficer łącznościowy zameldował, że przechwycono transmisję jakiegoś dziwnego sygnału, nadawanego na, od dawna nieużywanych, falach radiowych.
    - Co to za sygnał? - Mag spytał. - Da się go zrozumieć?
    - To seria trzasków, oddzielonych dłuższymi i krótszymi przerwami, - zameldował Oficer łącznościowy. - Nie sądzę, by to coś znaczyło. Może jakieś urządzenie po prostu iskrzy i sieje zakłóceniami radiowymi.
    - Puść to na głośniki, - Mag rozkazał.
    W chwilę później z głośników zaczęły się wydobywać serie trzasków. Wbrew opinii oficera sygnały były regularne i raczej nie były zakłóceniami. Wszyscy słuchali tych trzasków, ale nikt nie mógł nic z nich wywnioskować.
    - To jest kod Morse’a, używany kiedyś powszechnie, - Ferrus stwierdził autorytatywnie. - Mówią, że na okrętach są więźniowie pilnowani przez dwudziestu strażników. Proszą o pomoc.
    - A kim są ci więźniowie? - Spytał Ulf.
    - Nie ma o tym mowy w przekazie, - odparł Ferrus. - Informacja powtarza się w kółko. Są też drobne błędy, skąd wnoszę, że to nie automat nadaje komunikat.
    - Niech komputer odszuka ten kod Mopsa i zacznie śledzić transmisję, - Mag rozkazał Oficerowi Łącznościowemu.
    - Morse’a, nie Mopsa, - poprawił go rozbawiony Ferrus. - Zdaje się, że porwani naukowcy, których bezskutecznie szukaliśmy, właśnie wpadli nam w ręce.
    - Ciekawe, kto ich pilnuje. Roboty czy Anioły? - Khan się głośno zastanawiał.
    - Przypuszczam, że do pilnowania więźniów Patalach nie użyłby robotów, które posiadają wartość bojową, stąd wnoszę, że straż składa się z Aniołów, - Ferrus wyraził swoje zdanie opierając się na całkiem rozsądnych przesłankach. - Szkoda byłoby sprawnych robotów do tak prostego zadania, jak pilnowanie więźniów, którzy zapewne i tak są gdzieś zamknięci, więc na dobrą sprawę, można by ich nawet w ogóle nie pilnować.
    - Zrobiłbym dokładnie tak, jak sugeruje Ferrus, - wtrącił się Ulf. - W takim razie przyprowadzę jednak moje pieski, - olbrzym ucieszył się na samą myśl o zabawie, jaka go czeka.
    Na ekranie pojawiła się treść przekazu na bieżąco interpretowana przez komputer. Oficer spojrzał z dumą na Maga.
    - Dobra robota Zenon, - Mag pochwalił oficera. - Daj znać, gdyby się zmieniła treść przekazu.
    Młody oficer wyprężył się i zasalutował. Mógł być z siebie zadowolony. W archiwum wyszukał kod Morse’a i kazał programistom nakarmić nim komputer. Rezultat zdecydowanie przeszedł jego oczekiwania.
    - Elektronik sporządził prosty nadajnik, - Zenon dodał po chwili. - Jeśli więźniowie mają odbiornik, moglibyśmy uzyskać więcej informacji.
    - No to, na co jeszcze czekasz? - Mag zmarszczył czoło. - Spytaj, ilu ich jest i na których okrętach ich trzymają, albo coś w tym rodzaju. Mam Ci wszystko mówić?
    Oficer Łącznościowy usiadł przy jakimś urządzeniu przypominającym pająka i zaczął wstukiwać tekst wiadomości. Z głośnika zaczęły płynąć dźwięki o wyższych i niższych tonach oznaczające kolejne znaki transmisji. Gdy komunikat wybrzmiał, zapadła cisza. Trzaski, które odbierali od więźniów umilkły. Wszyscy czekali w napięciu na odpowiedź. Minęła minuta, potem druga. Załoga zaczęła już tracić nadzieję na nowe wieści, gdy nagle z głośnika popłynęły znajome trzaski. Komputer zamieniał sygnały w kolejne litery w miarę napływania danych. Na ekranie widniała pełna wiadomość: „ Tysiąc trzysta osób. Środkowy okręt. Pokład B. Hangar drobnicowy. Wejście od głównego szybu załadunkowego. Straż słabo uzbrojona. Brak obsługi okrętu.”. Szmer przeszedł wśród zgromadzonych.
    - To nasi bracia. Musimy ich ratować! - Wyrwało się z gardeł, co bardziej zapalczywych członków załogi.
    - A kto Was będzie ratował? Nie mamy nawet statków desantowych na pokładzie, - Mag uspokoił gorące głowy. - Zostawmy to specjalistom.
    Khan sięgnął po komunikator i połączył się z okrętem flagowym. Pokrótce zreferował sytuację i polecił przygotować odpowiedni sprzęt do abordażu i do transportu więźniów.
    - Za chwilę będą tu wyspecjalizowane jednostki ziemskiej floty. Nic tu po nas, - Khan głośno oznajmił przekrzykując zgiełk, jaki zapanował na mostku.
    - Jeśli chcesz nakarmić pieski, możesz wziąć udział w akcji, - Khan zwrócił się do Ulfa, który posmutniał sądząc, że go ominie cała zabawa.
    - Dacie sobie radę na Ziemi beze mnie? - Spytał z powątpiewaniem.
    - Z trudem, ale chyba podołamy, - Mag się roześmiał. - Okręt może tu pozostać dla bezpieczeństwa.
    Mag przekazał pierwszemu dowództwo i wszyscy czterej jednocześnie skoczyli na Zaxor wprost pod chatkę Uziego.
    Psy Ulfa leniwie wylegiwały się na ganku łapiąc ostatnie promienie zachodzącego słońca.
    - Koniec lenistwa moje maleństwa, - Ulf rzucił do psów, które go radośnie powitały merdaniem ogonów. - Mamy robotę.
    Wziął smycz i przyczepił ją do obroży swoich zwierzaków. Kiedyś był na statku transportowym, więc znał rozkład pomieszczeń i szybów. Skinął pozostałym na pożegnanie i zniknął wraz z psami.
    - Czy udało się Wam już coś ustalić? - Khan wywołał Żarłoka w myślach.
    - Uzi podał już interpretację intencji Patalacha, - Żarłok odparł natychmiast. - Ten psychopata rozmieścił na Ziemi ładunki, które mają zniszczyć całą populację. Właśnie ustalamy lokalizacje. Jest ich kilka setek. To ładunki biogenetyczne mające wywołać szkodliwe mutacje działające w bardzo krótkim czasie. Moi bracia zajmą się ich zebraniem.
    - Twoi bracia? - Khan się zdziwił. - Ty masz braci?
    - Wspominałem przecież, że jest nas stu dwudziestu ośmiu, - powiedział nieco urażony Żarłok.
    - Mnie tego nie mówiłeś, - Khan się usprawiedliwił. - Zawsze sądziłem, że jesteś jedyny w swoim rodzaju, - zaśmiał się pojednawczo.
    - Faktycznie. Przepraszam Cię bardzo. Mogłeś nie wiedzieć, - Żarłok przyjął usprawiedliwienie Khana. - Jeden z pierścieni Patalacha uruchamia przekaźnik znajdujący się w jego tajnej kryjówce na Ziemi. Mam nadzieję, że macie te pierścienie...
    - Jasne. A gdzie jest ta kryjówka na Ziemi? - Khan chciał jak najszybciej zneutralizować wszelkie zagrożenia i zająć się najważniejszą rzeczą.
    - Instytut Melioracji kryje wiele tajemnic. Tam, pod samym nosem Maximusa był doskonale chroniony, - odparł Żarłok. - Jest jeszcze coś. Patalach wcale nie miał zamiaru odesłać Elementów do Nicości.
    - To jak chciał przetrwać kolaps tej enklawy? - Khan się zdziwił. - To nie ma sensu. Tyle zabiegów po to, by zginąć? Nie wyglądał mi na kogoś pogodzonego z losem.
    - W tym właśnie rzecz. Szukał wejścia do Estymatora, gdyż tylko stamtąd mógł zrealizować swój plan, - Żarłok opowiadał z przejęciem. - Z jakiegoś powodu Maximus nie wskazał mu dokładnej lokalizacji jaskini Estymatora, stąd Patalach szukał trochę na ślepo, według jakiejś mapy namalowanej odręcznie na kartce. Uzi znalazł wspomnienia jakiejś kłótni z Maximusem. Chodziło jak zwykle o to, kto jest ważniejszy. To był chyba powód, dla którego Maximus nie podał mu lokalizacji jaskini, ale nie ma to teraz większego znaczenia.
    - A cóż Patalach chciał od Estymatora? - Khan był coraz bardziej zaintrygowany planem Patalacha. - Nie każ mi zgadywać, proszę.
    - To mi nie przerywaj, - Żarłok odparł spokojnie. - Naukowcy, których Anioły porwały, opracowali metodę transferu całej świadomości wprost z mózgu żywej istoty do matryc splątań. Nie rozumieli jak to dokładnie działa, ale ponoć testy wypadły pomyślnie. Patalach spodziewał się znaleźć interfejs właśnie w jaskini Estymatora. Gdyby mu się udało przenieść na poziom matryc splątań, nie musiałby się martwić o przetrwanie. Istniałby tak długo, jak sama matryca, niezależnie od losu tej czy innej enklawy. Słusznie przypuszczaliśmy, że Estymator jest tylko interfejsem do czegoś znacznie ważniejszego. Niestety Patalach był za głupi, by zakumulować wszystkie dane dotyczące tego zagadnienia. Wystarczyło mu wiedzieć, gdzie ma się podłączyć.
    - Cholera! - Khan zaklął. - Nic nie wiedział o Machinie Kosmologicznej Atlantów?
    - A i owszem, tyle, że mając możliwość transferu swojej świadomości nie dbał o to zupełnie, - Żarłok ciągnął opowieść. - Jego wiedza dotycząca tej kwestii jest mocno niekompletna. Mamy namiar na jaskinię usytuowaną w zboczu góry Kilimandżaro. Tam właśnie znajduje się Machina Kosmologiczna. Nie mogąc zdobyć klucza, który miał Yaah, Patalach wymyślił alternatywny i dużo pewniejszy sposób na przetrwanie.
    - A w jaki sposób chciał się podłączyć do matrycy splątań? - Khan spytał z ciekawości. - Czy znaleźliście cokolwiek na ten temat? Nie przypuszczam, żeby znał szczegóły techniczne, ale musiał być w posiadaniu jakiegoś urządzenia, które to umożliwia.
    - To urządzenie trzymał w kieszeni togi. Miało postać małego pudełeczka z dwoma otworkami. Czy znaleźliście je może?
    - Mam je w kieszeni, - Khan odparł już nieco spokojniej. - Znaleźliśmy też fiolkę z jakimś płynem. - Powiesz nam, co ona zawiera?
    - Patalach nie wiedział, co zawiera fiolka. Powinien tym płynem oblać pudełeczko, które miał w kieszeni. Płyn uaktywnia obwody zawarte w pudelku a po dokonaniu transferu niszczy jego strukturę, by nikt inny nie mógł z niego skorzystać.
    - Myślę, że warto by poddać pudełeczko i płyn analizie i multiplikacji na wypadek, gdyby wszystkie inne środki zawiodły. Czy jesteś w stanie to zrobić? - Khan spytał Żarłoka.
    - Zakładając, że mi dostarczysz te przedmioty, mogę spróbować, - odparł Żarłok z przekonaniem.
    Khan zniknął na chwilę, by przekazać trofea we właściwe ręce.
  • #13
    yego666
    Level 33  
    ========== Odcinek 12 =============

    WIĘŹNIOWIE

    Ulf wraz z psami wylądował w głównym szybie statku transportowego. Wiedział, że powinien czekać na wsparcie jednostek Floty Ziemskiej, ale nie miał tyle czasu. Z tego, co wiedział, jakieś specjalistyczne jednostki pojawią się nie prędzej, niż za dwie godziny. Postanowił działać na własną rękę. W ciągu kilku dni nauczył się kontrolować swoje psy za pomocą myśli. Bardzo mu zależało na tym, gdyż mógł nimi sterować bez słów czy gestów. Nigdy nie wiadomo, kiedy się to może przydać. Psy cichutko stąpały na łapach wyposażonych w miękkie poduszeczki. Ostre pazury były częściowo schowane jak u niektórych gatunków kotów. Gdy pies ruszał w pościg mógł je wysunąć w jednej chwili. Ulf w swoich miękkich butach wojskowych podążał za psami. Były jego oczami, uszami i nosem. Dzięki sprzężeniu mógł korzystać z nosa każdego ze swoich psów. Doszedłszy do zakrętu nakazał psom by się zatrzymały. Sam trzymał maczetę plazmową w gotowości. Zapach wody toaletowej stał się wyraźnie wyczuwalny. Gdzieś w pobliżu musi się znajdować jakiś elegant. Ostrożnie zbliżali się do szybu załadunkowego, który prowadził do hangaru drobnicowego. Zwykle przechowywano w nim towary sypkie jak zboże czy węgiel. Obecnie towarem byli ludzie. Ulf ponownie zatrzymał psy na zakręcie. Zapach Aniołów stał się dobrze wyczuwalny. Ulf ostrożnie wyjrzał zza rogu, by ocenić sytuację. Wzdłuż szybu przechadzało się pięć postaci odzianych w mundury z emblematami armii anielskiej na ramieniu. Byli wyposażeni w najróżniejszą broń. Jeden miał promiennik laserowy przy pasie, inny podpierał się lancą protonowa, kolejny miał maczetę plazmowa i kastety na palcach obu dłoni. Nie były to zwykłe kastety. Każdy z nich pluł kwasem przy uderzeniu, bądź na odległość. Dwóch pozostałych posiadało pasy antygrawitacyjne i bosaki plazmowe. Trudno to było nazwać regularną armią, ale do pilnowania zamkniętych więźniów to było aż nadto. Wejścia do korytarza strzegły wieżyczki laserowe zainstalowane na stropach.
    - Ciekawe, gdzie reszta tych oprychów się schowała? - Pomyślał Ulf. - Pewnie siedzą i grają w jakąś Anielska grę karcianą.
    Pod jedną ze ścian stał wagonik do przewozu towarów. Gdy strażnicy zajęci byli wymianą zdań na jakiś temat, Ulf podkradł się do wagonika. Na szczęście był pusty. Nakazał psom, by wskoczyły do środka, co uczyniły bez specjalnej trudności. Jeden z psów poślizgnął się wskakując do wagonika i uderzył w jego burtę czyniąc niewielki hałas. Jeden ze strażników musiał usłyszeć ten hałas, gdyż odwrócił się i omiótł czujnym wzrokiem wlot szybu.
    - Co się podniecasz? - Inny strażnik również się zwrócił w stronę wagonika. - Lasery by usmażyły każdego, kto by chciał nas zaskoczyć od tej strony.
    Pierwszy strażnik nie dał jednak się przekonać. Powoli ruszył w kierunku Ulfa ukrytego za wagonikiem. Doszedł do czerwonej linii i zatrzymał się. Linia wyznaczała granicę pola ostrzału laserów. Dłuższą chwilę przyglądał się ciemnemu szybowi biegnącemu dalej wzdłuż całego statku.
    - Pewnie masz rację, - powiedział do kolegi. - Nic tam nie ma. Musiałem się przesłyszeć.
    Ulf siedząc za wagonikiem, dobrał się tymczasem do procesorów sterujących wieżyczką laserową. Przestroił parametry pola ostrzału tak, że czerwona linia stanowiła środek zamiast krańca pola ostrzału. Wyłączył też ostrzał toru, po którym wagonik się poruszał wzdłuż ściany szybu. Wyciągnął z kieszeni cukierek, których całą garść zabrał z patery na przyjęciu u Aniołów. Dawał je swoim pieskom w nagrodę za dobre sprawowanie. Cukierki były zawinięte w delikatny srebrzysty celofan ozdobiony motywami kwiatowymi. Sam jeszcze nie próbował ich jeść. Teraz cisnął cukierkiem w kierunku czujnego strażnika, który zdążył się już obrócić, by wrócić do kolegów. Cukierek poszybował dużym łukiem w jego kierunku. Lasery błyskawicznie namierzyły latający obiekt i jedną salwą zamieniły go w popiół. Strażnik odwrócił się przyciągając uwagę czujnego oka kamery wieżyczki, która natychmiast zwróciła się w jego stronę i przeciągnęła jasnym promieniem z góry na dół przecinając nieszczęśnika na pół. Pozostali strażnicy zauważywszy, co się stało zaczęli biec w kierunku martwego kolegi. Nie wiedząc o zmianie pola ostrzału wieżyczki, dwóch z nich wbiegło w zasięg rażenia laserów i natychmiast padło łupem cienkich jak igła promieni, które ich pocięły na kilka kawałków. Dwaj pozostali strażnicy stanęli w miejscu nie wiedząc, gdzie kończy się pole ostrzału. Jeden z nich podszedł do ściany i nacisnął jaskrawo-czerwony przycisk alarmowy. Szyb został natychmiast zalany jaskrawym światłem. Pięćdziesiąt metrów dalej drzwi otworzyły się nagle, i z pomieszczenia wysypał się z tuzin nowych strażników. Zaczęli biec w kierunku, gdzie stało dwóch samotnych cieciów. Stało się dokładnie to, o co Ulfowi chodziło. Miał teraz wszystkich w polu widzenia. Gdy nowi strażnicy dołączyli do pozostałych dwóch, dowódca zażądał raportu. Jeden z roztrzęsionych strażników opowiedział, co się zdarzyło przed chwilą. Pozostali zaczęli się przyglądać wieżyczce laserowej. Nie znalazłszy żadnego wyjaśnienia doszli do wniosku, że musiała nawalić elektronika i trzeba o tym zameldować dowództwu. Zaczęli się odwracać, by powrócić do swojej kwatery, gdy Ulf naparł z całej siły na tył wagonika. Zapomniał widocznie, jaką siłą dysponuje dzięki skafandrowi, bo wagonik wystrzelił jak z procy. Ulf ledwo zdążył się złapać burty, by nie zostać z tyłu. W mgnieniu oka wagonik znalazł się na wysokości środka grupy zaskoczonych strażników. Żaden z nich jeszcze nie zdążył sięgnąć po broń, gdy z wagonika na rozkaz Ulfa trzy ogromne bestie wypadły w sam środek grupy siejąc swoim nagłym pojawieniem się popłoch w szeregach wroga. Pierwszy ze strażników nie zdążył się uchylić na czas i potężne szczęki jednego z Wostoków zacisnęły się na jego gardle, wyrywając z niego spory kawał tchawicy. Rozszarpane tętnice szyjne chlusnęły krwią na pozostałych. Pozostałe dwa pieski siały popłoch wokół siebie, gryząc najbliższe ofiary. Ulf zeskoczył z wagonika na samym końcu grupy. Dobył swojej maczety, której ostrze jarzyło się upiornym fioletem. Pierwszy cios dosięgnął rosłego osobnika zasłaniającego się ramieniem. Maczeta przeszła przez ramię jak przez masło. Drugi cios odrąbał głowę sąsiada. Ulf wmieszał się w sam środek grupy tnąc, gdzie popadnie. Jego psy również nie próżnowały. Słychać było chrzest gruchotanych kości i jęki okaleczonych strażników. Jedyny wolny kierunek ucieczki zagradzała wieżyczka, która raz po raz przypiekała walczących ogniem laserów. Ulf przyklęknął na moment, by jeden z psów mógł się wybić z jego pleców. Wylądował w środku zbitej grupy cofających się strażników. Z miejsca odgryzł nogę najbliższej ofierze. Ten jeszcze nie zdążył upaść, gdy pies kłapnięciem potężnych szczęk pozbawił jego towarzysza połowy twarzy. Dwa pozostałe psy siały spustoszenie po bokach zmniejszającej się grupki. Nikt nie dobył nawet broni w obliczu furii, z jaką atak został przeprowadzony. Ulf złapał najbliższego strażnika i uniósłszy go w górę jak piórko cisnął nim w pozostałych, zwalając ich z nóg. Psy natychmiast się nimi zajęły. Wokół walały się poodgryzane ręce i nogi oraz różne inne kawałki ciął nieszczęsnych wojowników. Jeden z psów dopadł osobnika, który usiłował schować się za wagonikiem. Najpierw odgryzł mu stopę na wysokości kolana a następnie ramię i trzymając zdobycz w pysku przyszedł się pochwalić do pana. W tym momencie ostatni ze strażników zamierzył się harpunem w psa. Niewątpliwie plazma z ostrza jego broni dosięgłaby zwierzaka, gdyby Ulf nie przetoczył się pod nogi napastnika podcinając go swoim ciałem. Chwycił strażnika za gardło i zacisnął palce. Kark trzasnął jak zapałka a głowa zwisła bezwładnie jak u szmacianej lalki. Wszyscy strażnicy leżeli na ziemi albo ciężko ranni, albo nieżywi. Psy merdając ogonami warczały groźnie na każdego, kto śmiał się poruszyć choćby o cal. Ulf odsunął się od niedobitków i ponownie przesunął granicę ostrzału wieżyczki. Teraz już nie musiał się martwić o jeńców. Jeśli któryś się ruszy, lasery skrócą jego cierpienia. Łącznie na ziemi leżało siedemnaście ciał. Brakowało jeszcze trzech. Ulf zawołał psy i ostrożnie ruszył w kierunku wrót hangaru. Były zamknięte na skoble z zewnątrz. Cztery skoble trzymały poprzeczną sztabę zabezpieczającą drzwi. Ulf odsunął skoble i przesunął ciężką sztabę w bok. W tym momencie uświadomił sobie, że ani przez chwilę nie czuł sygnatury Aniołów a przecież tyle ich leżało zabitych i rannych, że powinno mu w głowie aż huczeć. Uznał, że pewnie obce otoczenie przytępiło jego wrażliwość. Szarpnął jedną połówkę wrót, które ze zgrzytem się poddały i powoli otworzyły. Widział już wcześniej tłum ludzi, ale nie tak liczny. Ludzie zrazu cofnęli się widząc olbrzyma z trzema strasznymi bestiami u boku. Patrzyli się ze strachem na Ulfa nie wiedząc, czego się spodziewać.
    - Jesteście wolni! - Ulf krzyknął unosząc rękę z maczetą do góry.
    Tłum przez chwilę jakby nie rozumiał a potem wszyscy ruszyli do wyjścia. Pewnie by zadeptali Ulfa, gdyby nie jego psy. Zasłoniły Pana i obnażyły swoje kły. Niski gardłowy pomruk dobywający się z ich krtani skutecznie powstrzymał entuzjazm tłumu. Ulf cofnął się o dwa kroki, ale psy stały twardo, groźnie warcząc.
    - Kto tu dowodzi? - Ulf krzyknął. - Macie tu jakiegoś przywódcę?
    Po chwili niski człowiek o drobnej budowie przepchnął się przez tłum i stanął.
    - Profesor Imre, - powiedział niepewnym głosem. - Jestem tu najstarszy.
    - Czy to pan nadawał morsem z tego statku?
    - Tak. Staraliśmy się dać znać, że tu jesteśmy, gdy tylko się dowiedzieliśmy, że pojawił się jakiś okręt w pobliżu, - odparł profesor. Szansa była niewielka, że ktoś nas usłyszy i zrozumie, ale mimo to postanowiliśmy działać. Na szczęście to był okręt z Ziemi.
    - Czy na pozostałych okrętach są jeszcze jacyś więźniowie?
    - Wszystkich nas spędzili na ten statek, więc na pozostałych mogą być jedynie załogi.
    - Nadajcie, zatem, że jesteście już wolni i ani słowa, że tu byłem, - Ulf powiedział do profesora. - Czy potraficie pilotować ten statek?
    - Oczywiście, - odparł profesor. - Niektórzy z nas brali udział w jego projektowaniu, wiele lat temu. Damy sobie radę.
    - Skąd wiedzieliście, że tylko dwadzieścia Aniołów Was pilnuje?
    - Liczyliśmy ich tylko z grubsza, ale to nie Anioły nas pilnowały, - powiedział profesor. - To byli ludzie. Anioły już dawno stwierdziły, że najokrutniejsi są właśnie ludzie dla swoich własnych współplemieńców, dlatego rekrutowali strażników spośród ludzi. A co się z nimi stało?
    - Myślałem, że to Anioły, - Ulf się nieco zdziwił odpowiedzią profesora. - Jest sporo racji w tym, co pan powiedział, profesorze. Siedemnastu nie żyje. Leżą w końcu szybu. Uważajcie na wieżyczkę laserową. Sugeruję, byście powiadomili tym morsem o swojej sytuacji i skierowali się ku Ziemi. Tam Was przetransportują na powierzchnię.
    - Profesorze, mam jeszcze jedno pytanie, - Ulf dodał po chwili. - Czy ktoś z Was pracował nad czymś, co się zwie „matryca splątań”?
    Profesor się chwilę zastanawiał, po czym zawołał kogoś z tłumu po imieniu. Dobrą minutę trwało zanim do profesora dołączył jegomość o posturze Ulfa.
    - Doktor Egon Gonzales, - jegomość się przedstawił. - Pracowałem nad projektem urządzenia do transferu świadomości, ale projekt nie wyszedł poza fazę prototypu. Pracowałem też nad teorią koincydencji Elementów, oraz nad przestrzeniami nieprzemiennymi, choć wątpię, by to coś panu mówiło.
    Ulf uśmiechnął się tajemniczo i wyjrzał z hangaru. Szyb był pusty. Najwidoczniej to byli już wszyscy strażnicy.
    - Doskonale, Doktorze, - Ulf się ucieszył. - Czy zechce się pan udać ze mną do naszego laboratorium na Zaxor?
    - Pochodzę z Zaxor. Dwadzieścia lat temu porwano mnie z Instytutu w Thevion, - odparł doktor. - Z radością wrócę do domu.
    - Doktor Gonzales... Teraz sobie przypominam. Wyprawiliśmy panu wspaniały pogrzeb, gdy znaleźliśmy zakrwawiony fragment pańskiej koszuli. Sądziliśmy wtedy, że Świstogony pana pożarły. Bardzo się cieszę, że pan żyje. Znam jeszcze kogoś, kto na pana czeka, - Ulf niezmiernie się ucieszył z tego nieoczekiwanego spotkania.
    Gonzales chciał zadać jeszcze pytanie, ale Ulf powiedział, że później będzie więcej czasu. Pociągnął Doktora za sobą i przywołał pieski. Przyczepił smycze do ich obroży i złapawszy doktora za przegub przeskoczył na Zaxor. Był pewien, że grupa takich mądrych ludzi na statku da sobie doskonale radę. Chwilę później obaj mężczyźni i trzy Wostoki pojawili się za chatką Uziego.
    - Zgadnijcie, co znalazłem, - pomyślał Ulf.
    - Nie wiedziałem, że coś zgubiłeś, - odparł Żarłok żartobliwie.
    - Już nakarmiłeś psy? - Mag się zainteresował.
    - Nakarmiłem, ale nie mięsem Aniołów a ludzi.
    - To obrzydliwe. Nie można nawet tak żartować, - Szyszkin się żachnął.
    - Nie tylko Anioły są złe na tym świecie. Bywają ludzie dużo gorsi od nich, - zripostował Ulf, - ale to dłuższa historia. Później Wam opowiem. Naukowcy są już wolni i zmierzają ku Ziemi.
    - To świetnie, - Mag się ucieszył. - Pochwal się, co znalazłeś.
    Ulf wszedł powoli do salonu przez otwarte drzwi chatki. Słońce już zaszło i było ciemno na zewnątrz, więc Mag zapalił światło. Khan i Mag siedzieli przy stole pijąc lemoniadę z lokalnych odpowiedników cytryn. Obaj spojrzeli na wchodzącego Ulfa i towarzyszącego mu drugiego olbrzyma. Obaj jednocześnie wybuchli śmiechem i przez długą chwilę nie mogli się powstrzymać. Ulf i doktor zrazu nie zrozumieli, o co chodzi, ale spojrzeli na siebie i również zaczęli się śmiać. Gdy już się wszyscy uspokoili, Ulf przedstawił doktora. Mag sobie od razu przypomniał historię, jak doktor zniknął niespodziewanie na jakiejś wyprawie badawczej. Uściskał go serdecznie i zaprosił do stołu. Ulf powiedział, czym doktor się zajmował. Khan od razu się zainteresował i zaczął wypytywać doktora o różne detale związane z jego pracą. Okazało się, że doktor posiada wiele cennych informacji. Khan i Mag byli tak zajęci dyskusją z doktorem, że nie zauważyli nawet, gdy Ulf zniknął. Po kwadransie Ulf ponownie pojawił się w drzwiach chatki. Panowie wciąż dyskutowali, więc głośno chrząknął, by zwrócić na siebie uwagę.
    - Gdzie zniknąłeś? - Mag spytał, - I kto się chowa za Twoimi plecami?
    Zza pleców Ulfa wysunęła się najpierw uśmiechnięta twarz dziewczyny a potem cała reszta. Mag już chciał głośno się przywitać, ale palec na ustach Ulfa go powstrzymał. Doktor Gonzales był odwrócony tyłem do drzwi. Mag dopiero w tej chwili skojarzył, o co Ulfowi chodziło.
    - Doktorze, - Ulf zawołał.
    Gonzales wstał powoli z krzesła i odwrócił się do Ulfa. Przez krótki moment zatrzymał na nim wzrok, ale natychmiast go przeniósł na dziewczynę. Oboje jednocześnie zrobili miny jakby zobaczyli ducha. Stali tak przez chwilę, chyba nie bardzo dowierzając swojemu wzrokowi.
    - Tato! - Dziewczyna zerwała się z miejsca i podbiegła do osłupiałego mężczyzny obejmując go obydwiema rękami.
    - Emi, - mężczyzna powiedział cicho i łzy same poleciały mu z oczu. - Myślałem, że Cię już nigdy nie zobaczę.
    Dziewczyna dopiero teraz się rozpłakała i nie mogła przestać. Próbowała coś powiedzieć, ale nie potrafiła wydusić ani słowa. Mag i Khan taktownie wyszli za Ulfem na zewnątrz, zostawiając Emi z ojcem, który się odnalazł po ponad dwudziestu latach.
    - Nieczęsto można odnaleźć własnego teścia. Ty to masz szczęście Ulf, - Mag poklepał olbrzyma po plecach.
    Widać było, że on również był wzruszony tym niespodziewanym spotkaniem.
    - To Gonzales skonstruował pudełko, które znalazłem u Patalacha, - Khan zmienił temat. - Teraz już wiemy jak skorzystać z matrycy splątań do transferu świadomości. Gonzales nie wie wszystkiego, ale ma niesamowitą intuicję. Patalach zmuszał tych naukowców do pracy odurzając ich jakimś paskudztwem.
    - Pewnie sporo się jeszcze dowiemy od tych porwanych naukowców, - Mag dodał. - Oby był czas z nimi pogadać.
    - Mam nadzieję, że z Purgatus już nic nowego nie wypełznie. Cokolwiek tam jeszcze jest, nie ma jak wyruszyć w świat, - Ulf zastanawiał się, jakie jeszcze problemy ich czekają. - W co jeszcze będziemy się dziś bawić?
    - Nie doceniliśmy możliwości Patalacha, - wtrącił się Żarłok. - Przeszukując dane dostarczone przez Khana, Uzi natrafił na obrazy wielkiego kompleksu przemysłowego. Na pewno produkowano tam jakiś sprzęt specjalnego przeznaczenia i roboty. Kompleks ten nie należał do Aniołów, gdyż za dostawy Patalach musiał płacić.
    - Ale kto tam mieszka? - Khan się zainteresował. - Ludzie, czy ktoś, kogo jeszcze nie znamy?
    - We wspomnieniach nigdy się nie pojawia żadna organiczna forma życia, za to są sekwencje spotkań z maszynami. Tak jakby to była cywilizacja maszyn, - odparł Żarłok. - Zainteresuje Was waluta, jaką Patalach płacił...
    - Czyżby paciorkami? - Zażartował Ulf. -Kiedyś była to dość popularna waluta.
    - Niestety nie. Płacił niewolnikami, - Żarłok zrobił efektowną pauzę.
    - Czyżby to byli ci naukowcy, których Ulf odbił dzisiaj? - Mag spytał.
    - Bynajmniej. Patalach uważał ludzi za bardzo cenny towar. Płacił swoimi współplemieńcami.
    - Zostało niewiele więcej ponad tysiąc Aniołów w całym wszechświecie, - Ferrus aż podskoczył na tę wiadomość. - Czy wiesz ilu Aniołów dotyczył taki los?
    - Spokojnie przyjacielu, - Żarłok uspokajał wzburzonego Ferrusa. - Na przestrzeni prawie stu lat Patalach sprzedał około sześciu tysięcy swoich Ziomków. Na Mictlan była tajna hodowla tej „waluty”. Cała Rada maczała w tym palce, ale co ciekawe, Yaah nic o tym nie wiedział.
    - Jak widać w Waszym społeczeństwie jest tak, jak wśród ludzi. Szukamy zagrożeń w kosmosie a sami sobie jesteśmy najstraszniejszymi wrogami. Dla zysku sprzedajemy własnych braci, - Khan skonstatował sarkastycznie. - Ludzie i Anioły rzeczywiście są siebie warci. Krew z krwi. Czasem jest mi wstyd, że jestem człowiekiem. Dotychczas sądziłem, że miarą człowieczeństwa jest stosunek do słabszych, ale jak widać to nie wyczerpuje tematu. Wygląda na to, że maszyny są bardziej ludzkie od nas.
    - Musimy sprawdzić, czy na Xilion są jeszcze te Anioły i jakoś je uwolnić, - Ferrus powiedział cicho. - Choć z drugiej strony, cóż miałbym im dać w zamian?
    - Będziemy się o to martwić, gdy już poradzimy sobie z pilniejszą sprawą, - Khan uciął temat Xilion. - Czy Twoi „ludzie” już działają na Ziemi? - Zapytał Żarłoka.
    - Tak. Gromadzą niebezpieczne śmieci pozostawione przez Patalacha. Na razie składujemy je na Księżycu, - Żarłok odparł. - Możemy się już zająć szukaniem Machiny Kosmologicznej. Chyba to jest teraz priorytetem?
    - Czy mógłbyś wyposażyć Uziego w łącze telepatyczne? Byłoby szybciej bezpośrednio się z nim komunikować niż korzystać za każdym razem z pośrednika, - Mag sądził, że wpadł na świetny pomysł.
    - A czy próbowałeś się bezpośrednio kontaktować z Uzim? - Odparł nieznajomy głos. - Założyłeś z góry, że nie mam takiej zdolności. Ale dzięki Ci, że przyznałeś mi takie prawo. Cały czas Was słucham, ale się nie odzywałem, by Was nie wprawić w zakłopotanie. Jesteście bardzo wrażliwi na tle swojej wyższości nad robotami, czyż nie? Zważywszy jednak, na doświadczenia historyczne, trudno się dziwić. To roboty wymordowały ponad dziewięćdziesiąt procent waszej populacji...
    - Zawsze jesteście o krok przed nami, - wyznał zaskoczony Mag. - Ale nie muszę się chyba Was obawiać?
    - Sam widzisz, jak głęboko są w ludziach zakorzenione pewne stereotypy, - Żarłok się wtrącił. - Wszystko jest w porządku, gdy inicjatywa przychodzi od Was. Macie poczucie, że panujecie nad sytuacją, ale gdy ktoś robi coś bez Waszej wiedzy i aprobaty, od razu rodzi to sprzeciw i poczucie zagrożenia.
    - Masz rację Żarłoku, - Khan wtrącił po namyśle. - Musimy jeszcze popracować nad wieloma skazami naszego charakteru. Ale teraz nie czas na to. Świetnie, że Uzi potrafi się porozumiewać. To może nam wiele ułatwić.
    Z chatki wyszedł doktor Gonzales z córką i podeszli do rozmawiających mężczyzn. Doktor podszedł do Ulfa i serdecznie go uściskał.
    - Zwróciłeś mi moje całe życie. Nie wiem, jak mógłbym Ci się odwdzięczyć za to. Jesteśmy ci oboje niezmiernie wdzięczni. Będę twoim dłużnikiem, - powiedział wzruszony doktor.
    Emi podeszła do Ulfa i ucałowała go tak gorąco, jak jeszcze nigdy tego nie robiła. Objęła go tak mocno, że nawet on poczuł, że ma żebra.
    - Tato, to jest Ulf, mój chłopak. Od wielu lat jesteśmy razem, - Emi powiedziała z nieukrywaną dumą. - Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu...
    - Hm..., Muszę się nad tym zastanowić, - odparł doktor marszcząc brwi.
    Wszyscy jednocześnie wybuchli głośnym śmiechem. Po chwili z chatki wybiegła Samira a za nią nieco rozczochrana Hera. Aurora stała w drzwiach ziewając jak kotka.
    - Co straciłyśmy? - Spytała Samira zauważywszy, że towarzystwo się powiększyło o dwie osoby.
    - Niewiele, - odparł Mag. - Właśnie ojciec Emi nas odwiedził.
  • #14
    yego666
    Level 33  
    ======== Odcinek XIII ============

    MACHINA KOSMOLOGICZNA

    Z ciemnego wylotu jaskini ziało chłodem. Ponad godzinę zajęło grupie odkrywców znalezienie wejścia, mimo, iż Uzi wskazał dokładnie, gdzie należy go szukać. Przez wiele tysięcy lat góra Kilimandżaro musiała sporo się wypiętrzyć i zarosnąć gęstymi lasami. Ulf jak zwykle pchał się pierwszy do wejścia.
    - On chyba się niczego nie boi, - powiedział Ferrus z podziwem. - Jakby natura poskąpiła mu uczucia strachu.
    - Boję się, ale nie powiem, czego, bo byście mi nie dali żyć, - odparł Ulf żartobliwie.
    Włączył silny reflektor i zaświecił w głąb jaskini. Światło omiatało ściany i strop, ale końca chodnika nie było widać. Czterej mężczyźni zagłębili się w nieznany korytarz. Posuwali się wolno bacząc na każdy szczegół. Nie chcieli niczego przeoczyć. Nie wiedzieli, jak wejście do jaskini, w której miała się znajdować Machina Kosmologiczna, zostało ukryte przez Starożytnych, więc musieli być bardzo uważni. Wilgotne ściany i strop na wysokości czterech metrów dodawały chodnikowi tajemniczości. Drobne, pokruszone kamyczki chrzęściły pod stopami. Ściany były doskonale gładkie i jednorodne, jakby chodnik został wytopiony w litej skale palnikiem plazmowym. Bazaltowe ściany połyskiwały gdzie niegdzie drobnymi ziarenkami kwarcu w świetle reflektora. Byli ponad pół kilometra od wejścia, którego już w ogóle nie było widać z tej odległości, gdy dostrzegli coś, jasno odbijającego światło. Zwolnili kroku, choć i tak nie szli szybko. Po pięćdziesięciu krokach mogli już rozpoznać szkielet, przy którym leżała drewniana włócznia zakończona grotem, zrobionym z kawałka ostrego rogu. Szkielet należał do niewysokiego osobnika o krępej budowie. Jego czaszka nieco różniła się od czaszek ludzkich. Oczodoły były prawie dwa razy większe niż powinny a nos był wąski i długi. Uszy umieszczone po obu stronach czaszki były o wiele wyżej niż powinny. Czaszka była dość wąska i posiadała wydatne czoło.
    - Co to za stworzenie? - Mag spytał cicho. - Nie przypomina ani człowieka ani żadnego z jego przodków. Może Ferrusowi coś przypomina...
    Ferrus przyjrzał się uważnie szkieletowi i zauważył, że kręgosłup miał o kilka kręgów więcej niż ludzki.
    - Sądząc po ogonie to mógłby być jakiś typ rasy anielskiej, - stwierdził, - jednak czaszka zupełnie nie pasuje do reszty. Postać jest za niska i ma po sześć palców u dłoni i stóp. Kawałek dalej leżał skórzany worek należący zapewne do szkieletu. Ferrus trącił butem worek, w którym znajdowało się kilka święcących kawałków metalu. Były dokładnie oszlifowane, jakby pochodziły z zupełnie innej epoki niż ich właściciel. Ferrus podniósł jeden z kawałków i przyjrzał mu się uważnie.
    - Jest bardzo ciężki, jakby był zrobiony z uranu. Ma gładką powierzchnię i emituje słabe promieniowanie.
    - Skąd wiesz, że promieniuje? - Ulf spytał ciekawie. - Masz wbudowany licznik Geigera?
    - Widzę w dużo szerszym spektrum niż Wy, więc dostrzegam rozbłyski pochodzące z rozpadu ciężkich jąder.
    - To już wiemy skąd miał po sześć palców, - Ulf uśmiechnął się rubasznie i ruszył naprzód.
    Od godziny już podążali korytarzem wchodzącym coraz bardziej w głąb góry. Nie napotkali już żadnego innego szkieletu. Usiedli i napili się źródlanej wody z manierek. Chwilę odpoczęli i ruszyli dalej przed siebie. Po kolejnych trzydziestu minutach korytarz zmienił nachylenie i łagodnie schodził w dół. Mag wpadł na pomysł, że lewitując będzie im znacznie szybciej poruszać się po pochyłości. Korytarz skręcił nieco w bok i był już bardzo stromy. Zwykły człowiek nie byłby w stanie poruszać się nim bez specjalnego sprzętu. Teraz dopiero umiejętność lewitowania się naprawdę przydawała. W oddali zamajaczyły jakieś bliżej nieokreślone kształty, więc wszyscy zwolnili tempo, w jakim się poruszali. Dobrnęli wreszcie do rozwidlenia. Mieli przed sobą nie jeden a trzy chodniki. Zatrzymali się i zaczęli się zastanawiać czy trzygłowy smok z opowiadania Homera symbolizował te trzy korytarze, czy może coś innego. Nie mając innej możliwości postanowili spenetrować wszystkie odnogi. Rozdzielili się i ruszyli naprzód. Każdy z nich ostrożnie posuwał się w dół swojej sztolni. Ulf czekał na ich powrót przy rozwidleniu. Był on najwłaściwszą osobą do udzielenia pomocy, gdyby komukolwiek coś się stało. Po niecałej minucie Ferrus się odezwał, powiadamiając pozostałych, że trafił na koniec korytarza. W chwilę po nim również Khan dotarł do ślepego końca. Mag posunął się jeszcze o ponad kilometr i dopiero natrafił na coś ciekawego.
    - Tu jest jakiś właz, - poinformował pozostałych. - Jego obrzeża obrysowuje delikatna niebieska poświata. Chodźcie tu do mnie.
    Ulf, Ferrus i Khan podążyli śladem Maga i w parę chwil wszyscy stali przy sporej lśniącej pokrywie z niebieską, jarzącą się obwódką. Pokrywa nie miała żadnych uchwytów ani wgłębień. Połączenie ze ścianą również było zupełnie gładkie. Nie można było wyczuć miejsca styku pokrywy ze skałą. Khan zauważył delikatny wzór połyskujący nad pokrywą. Wyglądał jakby był wtopiony w skałę. Przedstawiał trzy okręgi różnej wielkości. W żadnym miejscu się ze sobą nie stykały. Gdy przyjrzeli się im z bliska okazało się, że są wykonane z takich samych płytek, jakie znaleźli przy dziwnym stworzeniu siedzącym od niewiadomo jak dawna w górnej części korytarza. Rysunek jednak był kompletny. Żadnej z tworzących go płytek nie brakowało.
    - Czy te płytki są również radioaktywne? - Ulf spytał Ferrusa.
    - Nie. Te płytki nie emitują żadnego promieniowania poza cieplnym. Może trzeba je wcisnąć w określonej kolejności? - Zaproponował Ferrus nieśmiało. Może to coś w rodzaju zamka szyfrowego?
    - Nie zaszkodzi sprawdzić Twojej hipotezy, - odparł Mag. - Czy ma ktoś jakiś pomysł, w jakiej kolejności to wciskać?
    Mag zbliżył się do wzoru i dotknął jednej z płytek. Natychmiast rozległ się delikatny wibrujący dźwięk a płytka zaczęła pulsować zmieniając cyklicznie kolor z purpurowego na cytrynowy. Po kilku cyklach dźwięk ucichł a płytka zgasła. Następnie dotknął dwóch płytek jednocześnie. Obie rozjarzyły się równocześnie na różowo i seledynowo i rozległ się dźwięk, jakby odległej syreny. Wybrane płytki zmieniły kolory kilkukrotnie i zgasły.
    - Ferrus chyba ma rację, tylko nie znamy szyfru, - powiedział Khan. Możemy tu siedzieć do końca świata i wciskać płytki na ślepo, ale raczej nie odgadniemy kombinacji.
    - Coś mi się przypomniało, - powiedział Ferrus. - Dawno temu, gdy uczyłem się pisać i czytać, oglądałem niezwykle starą księgę. Na jednej z rycin były identyczne trzy koła. Każdej płytce odpowiadała jedna litera pisma naszego alfabetu. Takie same trzy koła widziałem w wielkiej księdze o historii naszego ludu. Były na okładce. Należało przycisnąć właściwą kombinację, by zamek na grzbiecie książki puścił. Wtedy można było księgę otworzyć. Niestety nigdy nie znałem tej kombinacji. Sądzę zresztą, że tu i tak jest inna. Nie wiem tylko, jaka. Kolejności znaków w tym systemie również nie pamiętam. To był tak zwany stary alfabet. Nowy jest zupełnie inny i na pewno nie pasuje do tych wzorów.
    - Spytajmy Uziego, - Khan zaproponował. - Może Patalach miał coś na ten temat w pamięci.
    Khan połączył się z Uzim i przekazał mu treść zagadki. Przez kilka minut Uzi przeszukiwał wszystkie zasoby pamięci Patalacha oraz Archiwum Aniołów. Jedyne, co znalazł, to translację pomiędzy starym a nowym alfabetem, ale nigdzie nie natrafił na podobny wzór z trzema okręgami. Panowie popatrzyli z powątpiewaniem na wzór i zamknięty na głucho właz. Usiedli bezradnie usiłując wymyślić coś sensownego. Nic, co mogłoby uratować sytuację nie przychodziło jednak nikomu do głowy. Czas mijał a rozwiązania wciąż nie było. Postanowili więc, wrócić na Zaxor i spytać teścia Ulfa. Tyle czasu spędził u Aniołów, to może coś wymyśli. Szybko znaleźli się przy chatce. Na zewnątrz było już ciemno, więc weszli do środka, gdzie cztery panie i Egon ucztowali w najlepsze. Odrobinkę podchmielone towarzystwo opowiadało różne historie. Wszyscy się ucieszyli widząc powracających odkrywców. Ferrus od razu zauważył zmianę w wyglądzie Hery i Aurory.
    - Panie piękniejsze niż zwykle, - rzucił do Hery. - Jeszcze raz wyruszymy na wyprawę a zupełnie Was nie poznamy po powrocie.
    Hera delikatnie dotknęła koniuszka swoich włosów i zalotnie się obróciła, cały czas patrząc na Ferrusa.
    - Nie wiem jak to zrobiłaś, ale nie mam nic przeciwko temu, - Ferrus skierował swoją myśl wprost do Hery. - Jeśli świat ocaleje, będziesz moja.
    - Obiecałeś swojemu ludowi wolność wyboru, pamiętasz? - Odparła Hera. - Nie bez mojej zgody. Musisz się trochę bardziej postarać mój Diable.
    - Cholerna demokracja! Niniejszym wprowadzam niewolnictwo w tej materii, - Ferrus był zachwycony nowym wyglądem Hery. - Więc milcz, i słuchaj swego Pana i Władcy, - zaśmiał się w duchu, gdyż był bardzo zadowolony z obrotu spraw. Przynajmniej w tej kwestii wszystko się świetnie układało.
    W języku i obyczajowości Aniołów znaczyło to, że od tej chwili są razem. Oboje byli bardzo szczęśliwi z tego powodu, gdyż już od dawna coś ich pchało ku sobie.
    Khan patrzył jak urzeczony. Aurora wyglądała jakby właśnie skończyła osiemnaście lat. Już wcześniej go pociągała, ale teraz najchętniej by ją zjadł na miejscu. Aurora czuła jego wzrok, ale rady Żarłoka i Samiry kazały jej tylko patrzeć i czekać na rozwój wypadków. Z trudem jej to przychodziło, więc się tylko uśmiechnęła najpłomienniej jak potrafiła.
    Mag przywitał się z Samirą, która również wyglądała jak świeży kwiat zerwany na wiosennej łące. Emi też była urocza, ale jakby brakowało jej blasku w porównaniu z pozostałymi dziewczynami. Ulf się zamyślił nad tym spostrzeżeniem i chyba doszedł do jakiegoś wniosku, gdyż przeprosiwszy teścia in spe, złapał ją za rękę i wyciągnął z chatki. Pierwszy oprzytomniał Ferrus i zdał głośno relację z wyprawy. Gdy doszedł do kwestii starego alfabetu, doktor Gonzales poprosił o coś do pisania i kartkę papieru.
    - Tu nie Xilion, nie używamy papieru już od dawna, - stwierdził Mag. - Możesz rysować wprost na ekranie.
    - Wolałbym papier, gdyż przywykłem do niego przez ostatnie dwadzieścia lat, - odparł doktor, - ale skoro nie ma, to napiszę na ekranie.
    Khan przypomniał sobie złożoną kartkę papieru, którą Ferrus wyjął z kieszeni Patalacha. Wyjął ją i chciał rozłożyć na stole przed doktorem, ale rozkładając mignął mu znajomy wzór. Odwrócił kartkę i położył ją na stole.
    - Mamy kod. Spójrzcie tylko. Patalach cały czas go miał przy sobie, ale nawet nie przeczytał tej kartki.
    Wszyscy cisnęli się przy stole, by zobaczyć ów tajny kod, o który się wszystko mogło rozbić. Na kartce wyraźnie była narysowana kolejność, w jakiej należy przyciskać elementy wzoru. Nie było jednak żadnych oznaczeń literowych. Khan przez chwilę się wahał, ale ostatecznie poprosił, by Egon dopisał brakujące symbole. Miał nadzieję, że w połączeniu z innymi oznaczeniami rysunek podsunie jakiś sens kombinacji, którą należało wprowadzić. Egon domalował wszystkie symbole starego alfabetu, ale ani on ani Ferrus nie byli w stanie odnaleźć jakiegokolwiek sensu w tym, co znajdowało się na kartce. Pozostawało wierzyć, że podana kolejność była prawidłowa.
    - Ulf, gdzie Ty się podziewasz? - Pomyślał Mag. - Zaraz wyruszamy do jaskini. Mamy już kod.
    - Jeszcze tylko chwilkę zaczekajcie, - Ulf poprosił błagalnym tonem. - Muszę coś skończyć. Za trzy minuty wracam.
    - Tyle możemy poczekać, ale się pospiesz, bo wyruszymy bez Ciebie, - zagroził Mag.
    Ulf pojawił się na czas. Za nim weszła Emi. Na pierwszy rzut oka wyglądała tak samo jak pół godziny wcześniej. Najważniejsze, że Ulf był zadowolony i Emi również. Gdyby się uważnie przyjrzeć można by zauważyć, że jej oczy jakby nabrały troszkę więcej blasku.
    - Weźcie sprzęt, - przypomniał Khan. - Za minutę ruszamy.
    Aurora nieśmiało podeszła do Khana. Stała obok niego aż zwrócił na nią uwagę.
    - Wyglądasz zachwycająco i skłamałbym, gdybym powiedział, że mi się nie podobasz. Teraz jednak nie mamy czasu, by myśleć nad swoimi własnymi sprawami. Gdy już się zakończy ten koszmar obiecuję poświęcić Ci więcej czasu, o ile oczywiście zechcesz.
    Aurora spojrzała poważnie na Khana.
    - Pokaż mi, proszę tę kartkę papieru, którą pokazałeś ojcu Emi. Wydaje mi się, że mam pewien pomysł.
    Khan spodziewał się usłyszeć coś zupełnie innego, stąd w jego oczach pojawiło się zdziwienie. Nieco zbity z tropu sięgnął do kieszeni i podał dziewczynie kartkę. Aurora rozłożyła ją starannie i jeszcze raz przyjrzała się rysunkom.
    - Gdy byłam mała, czyli... Wstyd powiedzieć, kiedy, grałyśmy z innymi w pewną grę. Nieistotne, co to za gra. Jednak czasem można ją było wygrać jedynie postępując wbrew logice. Wszyscy się spodziewali określonego zachowania a wtedy postępując przeciwnie uzyskiwało się przewagę. Rysunek na tej kartce w połączeniu z symbolami dorysowanymi przez doktora Egona zupełnie nie tworzą żadnego sensownego przekazu, - Aurora odwróciła kartkę do góry nogami. - Jeśli spojrzeć na symbole w odwrotnej kolejności tworzą one napis, który w przekładzie ze staroanielskiego brzmi tak: ” Usiądź w kręgu i powiedz spokojnie”. Potrafię odczytać słowa, ale ich znaczenie jest dla mnie zupełnie niejasne. Być może u wrót jaskini nabiorą one sensu.
    Khan słuchał jej miękkiego głosu jak zauroczony. Mógłby tak stać przez godzinę i jej słuchać, choćby mówiła same bzdury.
    - Skąd znasz staroanielski? - Spytał w końcu. - Nikt z Twoich pobratymców raczej go nie zna wystarczająco dobrze, by zauważyć to, co Ty dostrzegłaś.
    - To, że jestem Anielicą nie znaczy, że jestem głupia. Może nie zawsze zachowuję się poprawnie, ale to nie wynika z głupoty, zapewniam Cię. A staroanielskiego nauczyłam się, gdy zostałam okropnie poturbowana przez spadające skały. Tylko głowę miałam w jednym kawałku. Reszta była prawie cała zmiażdżona przez wielki głaz. Długo trwało zanim wróciłam do zdrowia. Opiekował się mną bardzo stary Anioł imieniem Matuzaal i dla umilenia mi czasu, uczył mnie czytać w tym języku.
    - Nie wiedziałem, że los Cię tak doświadczył. Cieszę się, że wyzdrowiałaś całkowicie. Nigdy też nie uważałem, że jesteś głupia. Każdy, kto by tak twierdził miałby ze mną do czynienia. Bardzo Ci dziękuje za Twoją pomoc. Nie wiem na razie, co mogą te słowa oznaczać, jednak wiedzieć, że się nie wie, to już połowa mądrości.
    Khan schował kartkę z powrotem do kieszeni. Spojrzał na Aurorę, która wciąż stała z lekko zadartą głową, usiłując mu spojrzeć w oczy. Lekko musnął jej wargi swoimi na pożegnanie i powiedział cicho: „Jesteś piękna i mądra”. Odwrócił się i dał znak do opuszczenia chatki. Czterech poszukiwaczy przygód zniknęło prawie jednocześnie. Aurora stała jak zauroczona jeszcze przez długą chwilę. Jej zauroczenie przerwała Samira zapraszając do stołu i biesiady.
    Cztery postacie zmaterializowały się nieznacznie powyżej włazu, by uniknąć niespodzianek, gdyby mieli na jakieś natrafić. Mag włączył natychmiast reflektor i omiótł czujnie najbliższe otoczenie. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak przedtem. Badacze opuścili się aż do włazu i zdjęli ciężkie plecaki. Nie wiedzieli, co ich czeka, więc zabrali spory zapas napojów i jedzenia. Resztę miejsca w plecakach zajmował najróżnorodniejszy sprzęt pomiarowy. Khan wyjął kartkę z kieszeni i zapalił małą latarkę, którą umocował na ramieniu. Podszedł do rysunku na ścianie i spoglądając na kartkę zaczął powoli dotykać wskazanych płytek. Wybrane pola rozbrzmiewały różnymi tonami i błyskały oszałamiającymi kombinacjami barw. Gdy skończył sekwencję wszyscy wstrzymali oddechy i czekali. Po kilku sekundach ostatnie pole zgasło i zapadła cisza. Wbrew oczekiwaniom nic więcej już się nie zdarzyło. Wszyscy byli rozczarowani takim obrotem spraw. Przecież właz miał się otworzyć. Po minucie bezowocnego oczekiwania Ferrus poprosił Khana o kartkę z instrukcją i podszedł do rysunku. Ostrożnie powtórzył sekwencję, którą Khan wcześniej wprowadził, ale efekt jego wysiłków był równie marny, co poprzednio. Khan wziął kartkę od Ferrusa i uznał, że wobec braku powodzenia należy dać szansę pomysłowi Aurory. W duchu nie wierzył, by miała słuszność, ale cóż szkodziło sprawdzić. Z uwagą rozpoczął wprowadzanie kodu w sposób, który Aurora zasugerowała. Tak jak poprzednio wybierane pola świeciły i wydawały dźwięki, jednak po dotknięciu ostatniego z pól, delikatne niebieskie światło, które otaczało właz najpierw zgasło a następnie zaczęło pulsować miarowo, zielonym, mocnym światłem. Rysunek na ścianie również pulsował w tym samym rytmie. Khan usiadł na włazie i czekał. Miał trzykrotnie spokojnie powiedzieć, ale nie wiedział, co. Gdy gorączkowo myślał nad tym, światło wokół włazu pulsowało w szybszym rytmie, ale po minucie wszystko wróciło do pierwotnego stanu. Wszyscy byli podekscytowani postępem, ale mimo to właz był nadal zamknięty. Spróbowali jeszcze raz zrobić to samo, ale tym razem Ferrus miał usiąść na włazie. Niestety efekt nie zachwycił nikogo i tym razem, gdyż właz ani drgnął. Wszyscy byli już mocno zniechęceni wielokrotnie powtarzanymi próbami otwarcia włazu. Trzeba było coś wymyślić, albo powoli żegnać się ze wszystkimi znajomymi. Inne opcje raczej się już wyczerpały. Panowie dyskutowali, co w tej sytuacji powinni zrobić. Ulf chciał wracać do chatki, by ostatnie chwile spędzić z Emi, Mag sugerował, że należałoby się przenieść z całym dobytkiem i zapasami na któryś z okrętów. Ferrus i Khan w ciszy rozważali pozostałe możliwości.
    - Jeszcze jednego nie próbowaliśmy, - Khan się odezwał po dłuższym milczeniu. - Pamiętacie nasz wypad do Hokitika? Miałem w planie dostać się do Estymatora, by z nim pogadać, ale napotkaliśmy Patalacha, który zmienił nasze plany. Później jakoś ta możliwość zeszła na dalszy plan. Wciąż uważam, że Estymator może wiedzieć więcej niż chciałby przyznać. Powinienem go jednak odwiedzić. Innych pomysłów już nie mam. Mógłbym przy okazji wypróbować interfejs znaleziony przy Patalachu. Może on dałby mi dostęp do głębszych pokładów wiedzy Estymatora. Wciąż sądzę, że jest dużo starszy i większy niż ktokolwiek przypuszcza. Ostatnio kilka razy się dopytywał o sondy zerowe. Nie potrzebuje ich do normalnej pracy aż tylu a domagał się zawsze, by było ich jak najwięcej w całym kosmosie. To mi wygląda dość podejrzanie. Nie zastanawiałem się nad tym wcześniej, jednak znając nieco dokładniej sytuację, skłonny jestem przypuszczać, że On się do czegoś przygotowywał i spodziewał się znaczącego spadku poziomu energii zerowej próżni.
    - Skoro tutaj nic nie możemy zdziałać, to odwiedźmy stary Estymator i dowiedzmy się czy masz rację, czy nie, - Mag poparł Khana bezwarunkowo. - Osobiście wolałbym, żebyś ją miał.
    Ferrus nie bardzo wiedział, co o tym myśleć, więc tylko skinął głową na znak zgody. Ulf nie był za bardzo szczęśliwy, ale gdy pomyślał o tym, że roboty bojowe pilnują terenu, również przychylił się do pomysłu. Wszyscy zebrali swoje plecaki i sprzęt, i przeskoczyli w pobliże miejsca gdzie pojmali Patalacha. Na ogrodzonym obszarze nic się nie działo. Po zniknięciu szefa robotnicy poszli do domów pozostawiając wszystko w nieładzie. Ulf wzbił się w powietrze i zaczął przeczesywać okolicę wzrokiem. Roboty wciąż były na swoich miejscach. Wyjął z kieszeni ostatni cukierek i cisnął nim w dół trafiając jednego nich prosto w wierzchnią osłonę. Cukierek się odbił w górę, lecz nie zdążył spaść na ziemię. Robot namierzył go jeszcze w locie i skarmelizował doszczętnie promieniem lasera. Cztery roboty strzegły sporego kawałka lasu. Khan rozejrzał się również po okolicy. Nie dostrzegł żadnych przeszkód przy wejściu do „apartamentów” Estymatora. Poprosił, by Ulf i Mag popilnowali wejścia, podczas gdy wraz z Ferrusem odwiedziliby Estymator. W pierwszej chwili Mag poczuł się nieswojo na myśl, że Khan wybrał Ferrusa a nie jego, jednak szybko sobie zdał sprawę, że był to jedyny sensowny wybór. Jeśli okazałoby się, że Estymator ma coś wspólnego ze zbuntowanymi Aniołami, to Ferrus mógł zagrać istotną rolę, podczas gdy on raczej by się nie przydał Khanowi do niczego w środku. Na zewnątrz mógł wraz z Ulfem oczyścić troszkę teren z chwastów i dopilnować bezpieczeństwa. W tym był naprawdę dobry. Niezauważeni przedostali się szybko w pobliże wejścia do jaskini Estymatora. Wyszukali sobie skały, spoza których mogli obserwować całą okolicę, nie narażając się na wykrycie przez wroga.
    - Jeśli nie wrócimy za dwie godziny, - powiedział Khan, - udacie się do chatki i zabierzecie wszystkich na okręt. Każdy klasy Alef powinien być odpowiedni. Zabierzcie tylko spory zapas minerału. Może się przydać w Nicości. Nie wiem, co Żarłok planuje na taką terminalna okazję, ale zadbajcie o jego bezpieczeństwo. Uziego weźcie również. To wyjątkowy okaz pod każdym względem. Zasługuje by przetrwać w stu procentach. Uścisnął rękę Ulfa i Maga. Wyjął z plecaka spory gąsiorek rubinowej nalewki od Zielińskiego i schował za pazuchę. Skinął na Ferrusa i cichutko podeszli do wejścia ukrytego w samotnej skale wystającej na ponad trzydzieści metrów ponad ziemię. Ferrus od razu dostrzegł podobieństwo do Ayers Rock. Podeszli do ledwo widocznej pionowej rysy i Khan wyciągnął lewą rękę przed siebie. Delikatnie dotknął skały na wysokości oczu. W skale powoli ukazała się wąska szczelina, przez którą się przecisnęli do środka. Szczelina zamknęła się za nimi bezgłośnie. Tym razem Estymator uraczył gości pokazem rozgwieżdżonego nieba widzianego z Zaxor. Ciemną jaskinię rozjaśniły tysiące światełek udających gwiazdy. Panował półmrok. Ściany i sklepienie jaskini mieniły się różnymi kolorami, wywołując u widzów wrażenie ciągłego ruchu.
    - Witajcie, - głos Estymatora zabrzmiał ze wszystkich stron. - Ciebie Khan się spodziewałem, gdyż zawsze jesteś tam, gdzie są kłopoty. Ciebie natomiast Lucjuszu Ferrusie, królu rasy Aniołów a raczej garstki Aniołów, zupełnie się nie spodziewałem. Martwi mnie, że nie wyczuwam Was już od dłuższego czasu. Czyżbyście kazali sobie zneutralizować Sygnatury? Dziwne rzeczy się dzieją ostatnimi czasy.
    - Święte słowa Estymatorze, - odparł Khan. - Czy wciąż popijasz sobie dobre trunki, gdy nikt Cię nie niepokoi?
    - Jak widzę pamięć Ci służy, - Estymator zabrzmiał już nieco przyjaźniej. - Pokaż, co tam masz schowane za pazuchą.
    Khan wyjął powoli gąsiorek, który wcześniej przygotował.
    - Czy mam go postawić tam, gdzie zwykle? - Khan nie czekając na odpowiedź zostawił gąsior tam, gdzie zawsze stawiał upominki.
    - Czuj się jak u siebie przyjacielu. Poczęstuj też pana Anioła czymś dobrym. Chcę byście się zrelaksowali. Muszę także oswoić się z myślą, że pierwszy raz od niepamiętnych czasów goszczę przedstawicieli dwóch, dotąd zwalczających się ras. Nie będę wnikał teraz czy to dobrze czy źle, ale sądzę, że musicie mieć mocne argumenty. Chętnie o nich podyskutuję. Mam nadzieję, że dzisiaj nie spieszycie się, jak Khan ostatnim razem.
    Khan wziął dwie szklaneczki i nalał do pełna starej Szkockiej Whisky. Jedną szklaneczkę wręczył Ferrusowi a drugą zatrzymał dla siebie.
    - Za gościnność, - Khan podniósł szklaneczkę i upił łyk złocistego trunku.
    Ferrus poszedł w jego ślady. Estymator podziękował i zapewnił, że na tym towarze nigdy mu nie zbywa.
    - Jako że jesteście dla mnie niewidzialni, - Estymator zagaił, - pozwolę sobie zapytać o cel Waszej wizyty. Ale zanim odpowiecie, zajmijcie miejsca siedzące, proszę. Nie lubię, gdy moi goście stoją. Mam wrażenie, że zaraz sobie pójdą.
    - Jak już przenikliwie zauważyłeś, rasy ludzi i Aniołów posiadają wspólne interesy. Wieki wzajemnej wrogości odchodzą w przeszłość. Zmienia się układ sił, zarówno na Ziemi jak i w Niebie. By to się stało musiał nastąpić szereg zdarzeń, które zmieniły naszą świadomość. Rasa Aniołów zapłaciła niestety bardzo wysoką cenę za tę zmianę.
    - Nie wmawiaj mi Khan, że żałujesz, - wtrącił się Estymator. - Jak zapewne się domyślasz, znam doskonale tę rasę i jej Modus Vivendi. Mogliśmy się bawić w kotka i myszkę, gdy jeszcze nic nie wiedziałeś. Obecnie, jeśli jeszcze pewnych rzeczy nie wiesz, to się na pewno domyślasz. Poznałeś już spory kawałek rzeczywistości i przyszedłeś poznać pozostałą część. Wiedza czyni silnym, lecz Tobie nie zależy na sile, choć i ją posiadasz. Czujesz się bezsilny wobec nieznanego. Szukasz rozwiązania, ale tak naprawdę nie wiesz, czego szukasz i posuwasz się po omacku. Masz zapewne nadzieję, że tu uzyskasz odpowiedzi.
    - Inaczej byśmy tu nie przyszli, - Khan odparł zniecierpliwiony przydługim wstępem. - Przejdź do rzeczy, jeśli łaska i nie napawaj się swoją przewagą. To nie jest dobry moment. Wiesz doskonale, że Świat zdąża ku katastrofie. Jeśli nie znajdziemy sposobu by go ocalić, wkrótce nie zostanie po nim nic. Po innych światach również. Pozostanie jedynie Nicość. Czy zechcesz nam pomóc?
    - A czy istnieją powody, dla których warto by ocalić właśnie ten świat? Co w nim jest tak wartościowego, że zasługuje na dalsze istnienie? Co rasa ludzi lub Aniołów ma do zaoferowania oprócz wojen, grabieży, chciwości i głupoty?
    - Bawisz się w sędziego, tylko dlatego, że Ciebie nie ma, kto osądzić. Zająłeś pozycję, na której czujesz się niezagrożony, - Khan nie dał się sprowokować. - Mogę być kimkolwiek, ale nie dam się sprowadzić do pozycji podsądnego. Czy jesteś aż tak niedowartościowany, że musisz się utwierdzać w swojej wyższości poniżając innych? Przypadek sprawił, że dawno temu otrzymałeś od ślepego losu szansę stania się tym, kim jesteś. Gdyby nie on, dzieliłbyś dziś smutny los Aniołów. Twoja rasa wyrosła przecież z rasy Aniołów, czyż nie?
    - A co to ma do rzeczy? Jestem, kim jestem i nic tego nie zmieni, - Estymator wydawał się odrobinę spięty, jakby nie wszystko szło po jego myśli. - To nie mój świat się kończy. Od czasu, gdy wkroczyłem na Matrycę i stałem się Estymatorem, nie zależę już od spraw tego świata. Cokolwiek się tu zdarzy, nie wpłynie na mój byt. Będzie mi trochę nudno, bez towarzystwa ludzi, ale prędzej czy później znów się pojawi jakaś inteligentna rasa w jakimś innym świecie i koło historii ruszy od nowa. Nie będę cierpiał na nudę. Zawsze jest coś ciekawego do zbadania i przemyślenia. Uratowanie Waszego świata nie jest warunkiem koniecznym mojego istnienia.
    - Może i nie ma to nic wspólnego z Twoją przyszłością, - Ferrus się odezwał, - ale z przeszłością owszem. Nie możesz się czuć lepszym od nas, gdyż wyrosłeś z tego samego pnia, co my. Nie wyprzesz się swoich przodków. Choćbyś nie chciał, oni również determinują to, jaki jesteś. Pytałeś, czemu warto ocalić rasy Aniołów i ludzi. Spójrz, kim byłeś zanim wstąpiłeś na Matrycę. Zwyczajnym Aniołem jak ja. W drodze krwawego konfliktu oddzieliliście się od swojej rasy i podążyliście drogą rozwoju technologicznego. Wcale nie musiało się Wam udać osiągnięcie wyżyn rozwoju. Zadecydował o tym przypadek i splot pewnych okoliczności. Gdyby nie te czynniki, już by Wasz odłam rasy Aniołów nie istniał. W wyniku rozwoju technologicznego, Twój odłam zapewnił sobie wygodną pozycję.
    - Każdy miał prawo obrać drogę, jaka mu najbardziej odpowiadała, - odparł Estymator. - Ja nie decydowałem za resztę rasy. Poszli inną droga, bo była łatwiejsza i dawała szybki zysk. Rasa Atala z wielkim poświeceniem podążała drogą nauki i techniki, co zapewniło nam obecny status. Nie widzę w tym nic godnego krytyki. Anioły przez wiele milionów lat nie zmieniły się, co doprowadziło je na skraj upadku. To także nie jest wina mojej rasy. Skorzystaliśmy jedynie ze sposobności poprawienia swojego bytu.
    - Nie Ty jednak podjąłeś tę decyzję, - Khan się włączył do dyskusji. - Jesteś beneficjentem decyzji, które zostały podjęte przez kogoś innego. Tak samo ludzie i Anioły są „ofiarami” decyzji podjętych dawno temu przez swoich przodków. Nie mieliśmy zupełnie wpływu na kierunek rozwoju, jaki oni obrali a jedynie jesteśmy konsekwencją tych słusznych, bądź niesłusznych decyzji. Jednak, jako jednostki możemy reprezentować zupełnie inne cechy i dążenia niż nasi przodkowie. Mamy własny pogląd na to, jacy chcemy być. Stąd widzisz człowieka i Anioła, którzy złamali pradawny paradygmat i tworzą nową, jakość. Nasi potomni będą zapewne spadkobiercami naszego wyboru. Tak jak Twoi przodkowie kiedyś wybrali za Ciebie, tak my w tej chwili właśnie dokonujemy wyboru, który zmienia bieg rzeczy i być może kiedyś da pozytywny efekt. Ty istniejesz, gdyż w przeszłości ktoś dał szansę zmianie ze złego na lepsze a my właśnie jesteśmy w punkcie dokonywania tej zmiany. To, że nasi przodkowie błądzili, nie powinno przekreślać naszych szans. Jak widzisz, nie różnimy się w sensie ontologicznym a jedynie fazy naszego rozwoju są przesunięte w czasie względem siebie.
    - Jeśli się zastanowić nad tym, co powiedzieliście, dojdziemy do wniosku, że w zasadzie jesteśmy do siebie bardzo podobni, z tą jednak różnicą, że ja jestem podobniejszy, gdyż już osiągnąłem to, co zamierzyli moi przodkowie, podczas gdy Wy wybraliście odmienną drogę niż Wasi ojcowie. Czy ta nikła szansa, że staniecie się kiedyś lepsi, jest powodem, dla którego powinienem Wam pomóc ocalić ten świat?
    - A czy Twoi przodkowie nie stali w takim punkcie, w którym nie istniały pewniki tylko nikłe szanse? A jednak ich kontynuatorom się powiodło, czego dowodem jesteś Ty, - Ferrus szybko podsumował. - Byliście produktem rasy Aniołów, których winicie za wszystko a czyż sami nie powołaliście do życia rasy ludzi niszcząc cywilizację dinozaurów wiele milionów lat temu? Obecnie oni żądają prawa do istnienia od swoich twórców. Skoro ich stworzyliście, ponosicie odpowiedzialność za to, że nie zadbaliście należycie o ich rozwój. Tym większa jest Wasza obligacja moralna wobec tej rasy.
    - Może i masz rację, jednak Atlanci, czyli moi przodkowie i twórcy, budując Machinę Kosmologiczną zakładali, że gdy nadejdzie czas testu, tylko dostatecznie rozwinięta cywilizacja go zda i będzie w stanie odesłać Sprawcze Elementy do Nicości. Wy nie spełniacie tego warunku, choć od właściwego rozwiązania dzieli Was zaledwie kilka wieków rozwoju nauki. Sprowadzenie Elementów do tej Enklawy postawiło cezurę czasową rozwojowi mieszkańców tego świata. Warunkiem koniecznym przetrwania jest dostateczne zrozumienie problemu, zaś spełnienie warunku wystarczającego może polegać bądź na skonstruowaniu odpowiedniej Machiny Kosmologicznej, bądź na znalezieniu sposobu na uruchomienie tej, którą moi przodkowie pozostawili po sobie. Wybór należał do Was. Nawet, jeśli jakimś cudem uda się Wam spełnić warunek wystarczający, to i tak w niedługim czasie czekałby Was kolejny test. Sprawcze Elementy są immanentnie niestabilne, co już wiecie. Dwa z nich, które Atlanci ustabilizowali dzięki swojej wiedzy będą stabilne po wsze czasy, jednak trzeci Element nie został naprawiony, i właśnie to jest ten kolejny test. Zapewniam Was, że o ile pierwszy test jest łatwy, o tyle naprawienie Elementu klasy „C” już takie nie będzie. Skoro już wiecie o tych wszystkich pułapkach, nie pozostaje mi nic innego niż życzyć Wam powodzenia. Macie czterdzieści osiem godzin na rozwiązanie pierwszego z testów. Drugi zaś, zaplanowano na kilkaset lat. W mojej ocenie nie stało się jeszcze nic, co by Was upoważniało do skorzystania z mojej pomocy. Miło mi było porozmawiać z prekursorami nowych idei, jednak nie macie czasu, by dłużej tu ze mną debatować, gdyż byłoby to i tak bezprzedmiotowe. Decyzję już podjąłem.
    - Jakie masz prawo stawiać nam zadania i cezury? - Khan spytał wstając. - Wasza cywilizacja nie miała takich ograniczeń. Rozwijaliście się w tempie, którego nikt Wam nie narzucał. Stawianie wymogów o charakterze ostatecznym jest w moim przekonaniu przejawem skrajnej buty i arogancji wobec swoich dzieci, którymi w istocie jesteśmy. Szczycisz się osiągnięciami technicznymi swojej rasy a nie chcesz dostrzec jak wiele jest w Tobie cech odziedziczonych po Aniołach, z których bierzesz korzenie. Mentalnie w ogóle się nie zmieniłeś. Wciąż jest w Tobie to, z czego Ferrus zrezygnował.
    - A z czegoż to Ferrus zrezygnował? - Estymator zainteresował się insynuacją Khana. - Oświeć mnie przyjacielu, bo nie nadążam.
    - Postawił się na równi z tymi, od których przez tysiące lat czuł się lepszy. Nie dlatego, że musiał. To w nim było i dopiero teraz mogło wykiełkować. Właśnie to czyni go lepszym od jego przodków. On chciał zmiany, która uczyniłaby lepszym jego samego i tych, za których czuje się odpowiedzialny. Ciebie niestety nie stać na taki gest samooceny. Tak naprawdę, stoisz niżej w rozwoju niż on. Nawet Anielica, z którą zamierzałem związać swój los się zmieniła, choć wcale nie musiała. Mogła pozostać obojętną spadkobierczynią uprzedzeń i stereotypów a mimo to zobaczyła we mnie kogoś równego sobie. Czyż to nie jest zmiana. Spójrz także na mnie. We mnie również nastąpiła zmiana. Jeszcze kilka dni temu nie wyobrażałem sobie, że Anioły różnią się między sobą. Dzisiaj powierzyłbym swoje życie Ferrusowi bez wahania. Czy masz kogoś takiego?
  • #15
    yego666
    Level 33  
    ================= Odcinek 14 ================

    Khan zdał sobie sprawę, że nigdy nie zwiedzał jaskini Estymatora. Było w niej wiele zakamarków, które chciał obejrzeć, ale nie miał nigdy dość czasu. Ruszył powoli wzdłuż ściany oglądając różne przedmioty, podarowane Estymatorowi zapewne przez jego gości. Była tam drewniana postać nosorożca wyrzeźbiona w drewnie różanym, postać starca siedzącego na kamieniu i podpierającego brodę na pięści w pozie zamyślenia. Dalej stała pozytywka z baletnicą. Khan uniósł misternie wykonany przedmiot i dostrzegł kluczyk. Przekręcił go kilka razy i tak jak się spodziewał, figurka zaczęła się obracać w rytm muzyki płynącej z pozytywki. Po paru chwilach pozytywka zamilkła i znów zapadła cisza. Ruszył dalej wzdłuż ściany, na której nic nie wisiało. Kątem oka dostrzegł pojedynczy punkcik świetlny mrugający rytmicznie bladym niebieskim światełkiem. Przypomniały mu się kamery w szybie Instytutu Archeologii. Przybliżył oczy do światełka, ale nie było tam żadnej kamery. Już miał się odwrócić, gdy w jego głowie pojawił się obraz, który już gdzieś widział. W ścianie pod światełkiem było prostokątne wgłębienie z dwoma niedużymi kołeczkami. Było ono ledwie widoczne, ale wprawne oko Khana wychwyciło ten detal. Przez chwilę szukał w głowie powodu, dla którego właśnie ten kształt wydał mu się znajomy. Nagle doznał olśnienia. Sięgnął powoli do kieszeni, w której był klucz zabrany Yaahowi przez Aurorę.
    - Co jednak ten klucz mógł tutaj włączać, lub wyłączać? - Zastanawiał się w myślach.
    Jedyna myśl, jaka przychodziła mu do głowy była tak absurdalna, że ją po prostu zignorował, jednak żadna inna nie chciała się pojawić w jej miejsce. Wrócił powoli na ławeczkę obok Ferrusa i wypił pozostałą w szklaneczce Whisky jednym haustem. Niby od niechcenia wyjął z kieszeni klucz i zaczął go oglądać. Wiedział, że Estymator obserwuje ich uważnie, więc klucz nie mógł ujść jego uwadze. Khan był ciekaw reakcji Estymatora. Nie wierzył w zbiegi okoliczności. Ten klucz musiał mieć jakieś podstawowe zastosowanie, tylko jak zmusić Estymator do wyjawienia jego funkcji.
    - Jak już mówiłem nie macie wiele czasu, by go tu marnować. Nie wypraszam Was, ale już znudziły mnie wasze dziecinne dociekania i impertynencje. Proszę więc, byście mnie zostawili samego. - W głosie Estymatora Khan wyczuł napięcie. - Khan, bądź łaskaw wyprowadzić Ferrusa i siebie na zewnątrz. Audiencja skończona.
    Khan był przygotowany na jakąś reakcję, ale tak obcesowo Estymator nigdy się jeszcze nie zwracał do niego. Wstał ponownie ze swojego miejsca i skierował się do miejsca, gdzie znalazł wgłębienie.
    - Wynoście się już, bo mam wiele spraw do załatwienia, - Estymator był już wyraźnie zaniepokojony. - Życzę szczęścia. Adieu!
    Khan wzmógł czujność, gdyż nie wiedział, jakimi środkami Estymator dysponował. Na wszelki wypadek zamknął wszystkie kanały telepatyczne, którymi Estymator mógł próbować go zaatakować. Gdy znalazł się już naprzeciwko wgłębienia przybliżył do niego klucz. Wgłębienie i klucz zaczęły nagle pulsować zielonym światłem w jednym rytmie. To zdecydowanie nie mógł być przypadek. Wiedziony przeczuciem o doniosłości chwili Khan przełączył swoje kanały telepatyczne tak, by wszyscy słyszeli całą dyskusję. Nie wiedział, do czego ona doprowadzi, ale cel był jasny dla Khana. W paru słowach Khan streścił przebieg rozmowy i swoje najnowsze odkrycie. Wszyscy wytężyli uwagę, by nie stracić ani słowa i w ciszy słuchali.
    - Przestań! - Khan usłyszał w głowie głos Estymatora. - Wiedziałem, że nie przyszedłeś do mnie bez silnych argumentów. Nic Ci nie da wyłączenie mnie. Nie będziesz ani o krok bliżej rozwiązania.
    - Może i nie, ale Ty owszem, tyle, że całkiem innego problemu, - Khan pomyślał spokojnie. - Zapomniałeś, że zawsze znajdzie się większa ryba. Twoi przodkowie byli bardzo przewidujący konstruując coś takiego. Woleli mieć kontrolę nad modelem eksperymentalnym, którym byłeś. Niestety nie zdążyli go użyć na czas. Na szczęście jednak pozostawili potomnym tę przyjemność. Za to Ty uwinąłeś się zadziwiająco szybko niszcząc swoich twórców. Zechcesz nam opowiedzieć o tym, czy ja mam Ci opowiedzieć? Ferrus będzie zapewne również zainteresowany Twoimi ciemnymi sprawkami. To Ty uniemożliwiłeś odesłanie Elementów do Nicości, by rozprawić się z wszelką konkurencją w przyszłości. I Ty masz się za lepszego od nas? Śmiesz nas pouczać i decydować o naszym losie? Nieładnie!
    - Też byś tak postąpił. Uznali, że stanowiłem zagrożenie dla ich planów i postanowili mnie wyeliminować.
    - Ale nie zdążyli, bo byłeś szybszy? - Khan spytał ironicznie. - Cóż za wdzięczność z Twojej strony. Twój podły uczynek miał doniosłe konsekwencje dla wielu cywilizacji. Pozbawione stabilnych osi odniesienia, enklawy o geometrii nieprzemiennej uległy degeneracji wcześniej niż nasz świat. Doskonale wiedziałeś, jakie skutki pociągnie Twój samolubny uczynek a mimo to nie zawahałeś się.
    - Nie miałem wyboru, - Estymator się usprawiedliwiał. - Ty natomiast masz wybór i masz nade mną przewagę. Jeśli mnie wyłączysz, nie będziesz lepszy ode mnie.
    - Nie karm mnie tu komunałami z nędznych filmów propagandowych, - Khana rozbawiła ta głupia zagrywka, na poziomie przedszkolaka. - Spodziewałem się, że stać Cię na coś mądrzejszego niż cytowanie niedojrzałych moralistów. Widać Twoi twórcy mieli dość Twojej głupoty skoro postanowili Cię wyłączyć.
    Khan tym stwierdzeniem musiał dotknąć ego Estymatora do żywego. Nagle jaskinia zadrżała, jakby ktoś w nią walił ciężkim młotem. Estymator postanowił zniszczyć tego pyszałka, który bezczelnie ubliżał jego wielkości. Roboty, które Patalach rozstawił na zewnątrz zostały aktywowane i ruszyły w kierunku jaskini. Były za duże, by przecisnąć się przez wejście, więc zaczęły ostrzał góry. Khan wyczuł, że Estymator steruje nimi telepatycznie. Mag i Ulf będący również na zewnątrz spostrzegli ożywienie robotów i starali się przejąć nad nimi kontrolę, jednak jakaś siła blokowała ich myśli. Roboty szturmowały jaskinię z rosnącą zaciekłością. Ulf uwolnił swoje czepiaki i skierował je na jednego z czterech robotów. Małe robociki przywarły do pancerza dużego robota i skierowały się w górę. Gdy dotarły do głowy Ulf nakazał im samozniszczenie. Niewielkie ładunki antyprotonów wytrysnęły z dysz wprost na głowę robota. W ułamku sekundy górna połowa robota bojowego przestała istnieć. Podmuch anihilacji odrzucił pozostałe roboty na kilkadziesiąt metrów w górę. Spadając dwa roboty roztrzaskały się o skały na wiele kawałków. Czwarty robot miał więcej szczęścia, gdyż wylądował na miękkiej ziemi pokrytej zaroślami. Natychmiast się pozbierał i ruszył przed siebie do wrót jaskini by kontynuować atak. Mag zbliżył się z tyłu do robota i uderzył toporem plazmowym w jego tylną osłonę. Osłona rozjarzyła się od kontaktu z plazmą i pękła z głośnym hukiem odsłaniając wnętrze robota. Popychacze, silniki, i pompy pracowały tam poruszając całym robotem i wszystkimi jego członkami. Pomimo utraty pancerza robot parł wciąż naprzód wiedziony nakazem Estymatora. Z promienników bez przerwy strzelały strumienie plazmy i ognia. Mag rzucił w robota ciężkim głazem, który leżał opodal, lecz jedynie wgniótł jego lewe ramię w korpus. Robot nadal ostrzeliwał jaskinię z pozostałych miotaczy. Mag podleciał do robota z góry i złapał go za głowę. Obaj zniknęli niespodziewanie by się zmaterializować o kilometr wyżej, gdzie Mag puścił robota. Bezradnie wierzgając kończynami robot spadał jak kamień prosto na skaliste wybrzeże niestrudzenie szturmowane przez potężne fale oceanu. W chwilę później roztrzaskał się o przybrzeżne skały. Mag z satysfakcją wrócił do Ulfa by strzec bezpieczeństwa bliźniaka i Ferrusa.
    - W taki, więc sposób zyskałeś władzę nad materią i zniszczyłeś swoich budowniczych? - Khan natychmiast zrozumiał zagrożenie, jakie Estymator mógł stanowić.
    Mógł go wyłączyć w każdej chwili, ale wciąż liczył, że wydobędzie z niego coś, co by pozwoliło dostać się do Machiny Kosmologicznej. Niestety Estymator nie chciał już dalej marnować czasu na rozmowy i postanowił wykorzystać czas, jaki mu pozostał, na wywalczenie sobie przewagi. Błyskawicznie zaczął opanowywać obwody wszystkich robotów każdego rodzaju, jakie udało mu się namierzyć w najbliższym otoczeniu i skierował je do ataku na jaskinię. Miał nadzieję, że do czasu ich przybycia zdoła wymyślić jak Khana odwieść od zamiaru użycia klucza.
    - Egon podpowiada, że urządzenie do transferu jaźni działa w dwie strony, - Uzi szybko poinstruował Khana jak go użyć.
    Khan zaczął pospiesznie przeszukiwać jaskinię. W końcu znalazł interfejs synaptyczny, który pozostał najwidoczniej, jako łącze serwisowe do struktur Estymatora. Podłączył swój interfejs skonstruowany przez doktora Gonzalesa i go włączył. Pudełko zaczęło pulsować czerwonym światłem. Początkowo słabiutko, by po paru sekundach nabrać intensywności. Światła na sklepieniu jaskini zaczęły mrugać w szalonych nieskoordynowanych kombinacjach, by w końcu zgasnąć. Pudełko święciło teraz stałym czerwonym światłem. Transfer osobowości Estymatora do obwodów pamięci interfejsu się zakończył. Khan sięgnął po pudełko i je wyłączył, po czym odłączył interfejs synaptyczny. Wreszcie miał Estymator w garści, dosłownie. Niestety, nie posunęli się ani o cal w najważniejszej kwestii. Khan był ciekaw, czy Estymator w ogóle wiedział jak się dostać do Machiny Kosmologicznej.
    - Dzięki za uratowanie wszechświata, - Khan zwrócił się do Uziego, - wprawdzie nie na długo, ale zawsze daje nam to jeszcze jakąś szansę. Niestety, nie bardzo wiem jak z niej skorzystać, - Khan dodał smutno.
    Ferrus wstał ze swojego miejsca i zapalił latarkę. Rozejrzał się uważnie po jaskini. Sam nie wiedział, czego szukał, ale miał dziwne przeczucie, że tu się kryje rozwiązanie zagadki. Obszedł całą jaskinię dookoła, ale nie znalazł nic, co byłoby wystarczająco stare lub tajemnicze, by być powiernikiem tajemnicy.
    - Czy mogę wziąć sobie coś na pamiątkę tego spotkania? - Spytał Khana. - Drobiazg, który mógłbym podarować Herze.
    - Weź cokolwiek uznasz za właściwe, Ferrusie. Masz swój niemały udział w całej tej historii.
    Jedyną rzeczą, jaka się rzuciła Ferrusowi w oczy była pozytywka. Wziął ją i schował ostrożnie, by nie uszkodzić baletnicy. Przed wejściem Ulf z Magiem czekali niecierpliwie na kompanów. Gdy tylko wyszli z jaskini przeteleportowali się na podjazd chatki Uziego. Byli zniechęceni brakiem jakiegokolwiek postępu. Według słów Estymatora, którym trudno ufać do końca, do ostatecznego kolapsu pozostało zaledwie niecałe czterdzieści osiem godzin. To zaledwie pół dnia na Zaxor. W domku nie świeciły się światła. Jakby nikogo w nim nie było. Ulf pociągnął nosem i już wiedział, gdzie się wszyscy podziali. Poszli na tył domu, gdzie w najlepsze nad dużym ogniskiem piekły się dwa wspaniałe dziki. Wszyscy siedzieli naokoło ogniska racząc się doskonałą nalewką Samiry. Humory dopisywały wszystkim jak nigdy. Dziewczyny spełniły wreszcie swoją obietnicę i urządziły wspaniałe przyjęcie przy ognisku. Żarłok wprawdzie musiał im troszkę pomóc w polowaniu a Uzi w przyrządzeniu dzików, ale wspólnymi siłami wszystko się wspaniale udało. Zapachy, jakie się niosły po okolicy dobitnie o tym świadczyły. Ojciec Emi, właśnie opowiadał historię ostatnich dwudziestu lat swojego życia. Emi wyglądała na bardzo szczęśliwą. Panowie dosiedli się do towarzystwa. Pozdrowili wszystkich i poczęstowali się przysmakami kuchni obozowej. Ojciec Emi po chwili przerwy powrócił do swojej opowieści. Wprawdzie jego opowieść była ciekawa, jednak wszyscy mieli świadomość, że czas się kończy i nie widać szans na szczęśliwe zakończenie. Potyczka z Estymatorem nie przyniosła spodziewanego efektu a jaskinia u stóp Kilimandżaro wciąż stanowiła zagadkę. Khan zastanawiał się, jak możnaby wykorzystać inkluzję w jego sygnecie, ale wszystkie możliwości już sprawdzili. Jedynie Atlanci mogli mieć wystarczające umiejętności techniczne, by skonstruować coś tak skrajnie skomplikowanego jak inkluzja, jednak oni już od dawna nie istnieli. A może, nie? Coś niepokoiło Khana w tym, jak łatwo Estymator wyjawił dalsze losy świata. Nie musiał tego robić a w każdym razie nie za darmo, jak to uczynił. Musiał mieć w tym jakiś cel. Im bardziej Khan nad tym rozmyślał, tym bardziej go to niepokoiło. Estymator mógł celowo podać nieprawdziwą wartość czasu do kolapsu, by zmniejszyć ich czujność. Co jednak by przez to zyskał? Nie znał jeszcze swojego losu, więc nic go nie zmuszało do takiego postępowania. W jego mniemaniu los ludzkości był już przesądzony, więc nie miało znaczenia, co powie, jednak Estymator nigdy nie mówił nic bez celu. Podając krótszy czas mógł chcieć zmusić Khana do zrobienia czegoś, co służyłoby jego interesowi. Czy można, zatem założyć, że pozostało dużo więcej czasu niż czterdzieści osiem godzin? Pozostawało więc pytanie, co takiego miałby Khan zrobić, jeśli uznać, że Estymator skłamał. Na razie Khan nie miał pojęcia, co w ogóle mógł jeszcze uczynić.
    - Na Ziemi źle się dzieje, - Khan usłyszał głos Szyszkina w swojej głowie. - Po dwóch falach grawitacyjnych ekstrema doszły do głosu i zaczęły się rozruchy w centrach administracyjnych. Po zniknięciu Maximusa, nie miał kto zająć się sytuacją. Pozwoliłem sobie zlecić Dobsowi użycie siły dla opanowania sytuacji. Jeden z moich współpracowników wyjaśnił w mediach podłoże niestabilności grawitacyjnych, jako efekt kolapsu niezbyt odległych supermasywnych gwiazd, jednak nie na wiele się to zdało. Tłumy plądrują sklepy i podpalają, co się da. Siły Gildii mogą tu nie wystarczyć do opanowania sytuacji. Nie chciałem Cię odciągać od ważniejszych spraw, ale teraz wydaje się, że już nie ma wiele do zrobienia. Myślę, że ktoś z Twoją charyzmą i szacunkiem wśród obywateli mógłby uspokoić sytuację. Sugerowałbym, byś się udał do kwatery głównej Gildii i zorientował się w sytuacji. Mimo, że niewiele czasu nam w ogóle zostało, warto chronić uczciwych obywateli przed nieuzasadnioną przemocą ciemnoty. Niech mają, chociaż te dwie doby spokoju...
    - Dobrze zrobiłeś, Jose. Dobs jest rozsądny i będzie używał siły z umiarem. Od czasu uwięzienia wierchuszki Gildii, nie miał się kto, zająć sprawami na Ziemi, to fakt. Dobrze, że nikt nie wiedział o zagrożeniu ze strony Aniołów, bo mielibyśmy jeszcze większy problem. Abstrahując od spraw ziemskich, przyszła mi do głowy pewna myśl dotycząca inkluzji. Miałem ją na palcu, gdy byliśmy w jaskiniach, jednak nie miało to żadnego wpływu na mechanizm ryglujący drzwi. Gdyby odwrócić topologicznie warstwy przestrzeni przemiennej i nieprzemiennej w inkluzji, to może drzwi by się odemknęły. Czy potrafiłbyś zrobić coś takiego?
    - Niewykluczone, że Żarłok ma w Gnieździe narzędzia potrzebne do takiej operacji, jednak zajęłoby to sporo czasu. To nie jest koszula, tylko niezwykle zaawansowane technologicznie urządzenie o nieznanym przeznaczeniu. Myślę, że zajęłoby to ładnych parę godzin. Jeśli zaczniemy niezwłocznie, to za osiem godzin będziesz miał inkluzję wywróconą na „lewą” stronę. Będziesz miał dość czasu by odpocząć, albo zrobić porządek na Ziemi. Nie mamy innych opcji, więc trzeba sprawdzić każdy możliwy pomysł, choćby najmniej prawdopodobny.
    Khan wstał i zdejmując sygnet podszedł do Szyszkina.
    - Dzięki, że jesteś po naszej stronie, - powiedział, wręczając mu sygnet. - Razem mamy większe szanse.
    Szyszkin się tylko uśmiechnął. Porozumiał się w myślach z Żarłokiem i Uzim, którzy byli gotowi podjąć jeszcze jeden wysiłek dla ratowania kosmosu. Przeprosiwszy wszystkich biesiadników udali się niezwłocznie do Gniazda, by zająć się nowym zadaniem. Khan podszedł do Aurory, która za radą Samiry nie manifestowała już swoich uczuć, i dotknął jej włosów. Potrzebował wsparcia duchowego, gdyż nadzieja powoli w nim gasła. Aurora przesunęła się nieco robiąc mu miejsce obok siebie. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw, więc tym bardziej się ucieszyła, że Khan zauważył jej obecność. Khan ciężko usiadł obok i spojrzał jej w oczy. Mimo, iż miała wiele tysięcy lat, w oczach miała radosne iskierki nadziei, jak nastolatka. Przytuliła się do Khana i zamknęła oczy. Mogłaby tak siedzieć do końca świata. O nic więcej nie śmiała prosić losu. Czas mijał powoli a mocne trunki rozluźniły nieco atmosferę przygnębienia. Ognisko płonęło równym płomieniem dając ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Może to ostatnia okazja by, choć przez chwilę zaznać szczęścia, którego Khan - pochłonięty codziennymi sprawami - nigdy nie pragnął. Czuł ironię sytuacji. Całe życie pracował dla dobra ludzi, na których wcale mu nie zależało. Gdyby nagle wszyscy przestali istnieć nie wywarłoby to na Khanie najmniejszego wrażenia a teraz, gdy miałby wreszcie dla kogo żyć, jego czas się kończył, odbierając sens jakiemukolwiek działaniu. Przytulił Aurorę jeszcze mocniej pragnąc poczuć jej bliskość. Chciał coś powiedzieć, lecz Aurora powstrzymała go mówiąc słowo „Tranculum”. Siedział więc, milcząc z zamkniętymi oczami. Jego myśli powoli odpływały od minionych spraw, które zostały daleko w przeszłości. Teraz chłonął tylko delikatny zapach wiosennej łąki i ogniska. Przypominały mu się dawne czasy, gdy był mały i często wyjeżdżali wraz z Magiem na biwak. Wszystko było tak samo jak teraz, tylko wtedy świat wydawał się prostszy. Z czasem, gdy poznawał życie i jego wyzwania, przywykł do tego, że sam musi sobie ze wszystkim radzić. Kobiety nigdy nie były istotne w jego życiu i nigdy nie musiał zabiegać o ich względy, lecz także niczego im nie oferował, poza krótką chwilą ze swojego życia. Bez zobowiązań i bez planów. Całe jego życie toczyło się wokół kariery. Teraz, gdy miał kogoś, na kim mu wreszcie zależało, nie miał czasu by to okazać i mieć nadzieję na jakąkolwiek przyszłość. Jakaś niepokorna cząstka jego jaźni buntowała się jednak przeciw takiemu postawieniu sprawy. Tylko tchórze rzucają ręcznik na ring zanim wybrzmi ostatni gong. Dwie siły zmagały się w Khanie przez jakiś czas nie dając mu spokoju. W końcu Aurora wstała i pociągnęła Khana za rękę, by za nią podążył. Wiedziała, że teraz to ona musi mu dać motywację, by zechciał chcieć czegoś więcej niż rzeczywistość oferowała. Nie chciała bezczynnie patrzeć na bezsilne zmaganie nadziei z jej brakiem, pociągnęła więc Khana za sobą bardziej zdecydowanie w kierunku chatki. Nie do końca świadom celu podążył za nią. Nigdy nie był w podobnej sytuacji. Zawsze doskonale wiedział, co i po co robił. Teraz już nie miał ochoty panować nad czymkolwiek. Mimo, iż nie przegrał, czuł gorycz porażki i bezsilność wobec przewrotności losu. Dawał mu jedną ręka, ale nie na długo, za to zabierał druga ręka i to na zawsze, i nieodwołalnie. Nie spotkawszy się nigdy wcześniej z taką sytuacją, nie był na nią zupełnie przygotowany. Czuł w sercu gorycz porażki w walce z losem, który zgotował mu Estymator na długo zanim się urodził. To nie było ani sprawiedliwe ani uczciwe.
    - Jak to możliwe, - myślał, - że Aurora nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji i myśli o rzeczach, które jemu nie przyszłyby w obecnej chwili do głowy. A może to ona ma właśnie rację walcząc o coś, na czym jej zależy, mimo, iż nie ma już nadziei na radość ze zwycięstwa. Może to jest właśnie ta siła, której mi brakuje. Ona jest bardziej waleczna niż ja, gdyż się nie poddała i chce się podzielić swoją siłą ze mną, bym miał powód walczyć dalej aż do końca. Właśnie tego mi zawsze brakowało: motywacji!
    Khana olśniło to proste stwierdzenie. Mocniej ścisnął rękę Aurory i razem udali się do jej pokoju, by wbrew podłemu losowi spróbować żyć do końca ze wszystkich sił.
    Khan otworzył nagle oczy. Było ciemno. Nie pamiętał dokładnie, co się wydarzyło poprzedniego wieczoru, ale wiedział, że umknęło mu coś kardynalnie ważnego. Przez chwilę usiłował zapanować nad chaosem w głowie. Tyle się zdarzyło, że nie wiedział gdzie zaczepić myśli. Powoli wracała pamięć i świadomość czegoś niezwykłego, czego dotąd nigdy nie doświadczył. Kochał się z kobietą a właściwie Anielicą, ale nie tylko fizycznie. To było coś więcej. Coś, czego by nie zamienił za nic innego. Coś ważnego, jeśli nie najważniejszego w życiu. Chodziło o świadomość celu istnienia. Teraz już wiedział, o co walczy i nie zamierzał spocząć dopóki nie zwycięży. Przegrana nie mieściła mu się w głowie. Nie teraz, kiedy miał cel, prawdziwy cel, jakiego dotąd nawet nie przeczuwał. Kosmyk włosów łaskotał go w policzek. Chciał się odsunąć, lecz drobna dłoń leżąca na jego torsie mocno go trzymała i nie zamierzała puścić. Aurora spała spokojnie, oddychając miarowo. Pogładził ją po włosach delikatnie i lekko dmuchnął jej prosto w ucho. Poruszyła się nieznacznie i otworzyła oczy. Nie potrzebowała światła by widzieć. Anioły widzą we wszystkich możliwych długościach fal elektromagnetycznych. Uśmiechnęła się do Khana i spytała czy coś się stało.
    - Pamiętasz, przy ognisku, gdy chciałem coś powiedzieć, użyłaś jakiegoś obcego słowa, którego nie zrozumiałem. Czy możesz mi je przypomnieć?
    - Obcego słowa? - Aurora nie bardzo rozumiała. Dopiero, co się przebudziła. - „Tranculum”, czy o to słowo Ci chodzi?
    - Właśnie! - Khan się ożywił. - Co ono oznacza i z jakiego języka pochodzi?
    - To jest staroanielski i oznacza „spokojnie”, - odparła Aurora. - Czemu pytasz o to w środku nocy?
    - Czy pamiętasz zdanie z kartki, którą miał Patalach?
    - Oczywiście! - Aurora ziewnęła przeciągle. - Ja nigdy nic nie zapominam. Mam pamięć absolutną. A to zdanie brzmiało: ” Usiądź w kręgu i powiedz spokojnie”. Nie wiem jednak, do czego Ci ono potrzebne.
    - Siedząc na okrągłym włazie żaden z nas nie wiedział, co należy powiedzieć spokojnie, więc liczyliśmy, mówiliśmy jakieś rzeczy bez sensu, ale właz ani drgnął. Teraz dopiero stało się jasne, że trzeba wypowiedzieć słowo „ Spokojnie” w języku staroanielskim. Tak przynajmniej mi się wydaje, gdyż cały tekst był w tym języku. Musimy niezwłocznie sprawdzić, czy to działa. To może być klucz do naszego istnienia. Dałaś mi coś, czego nikt inny nigdy mi nie dał.
    - To nie byłeś nigdy dotąd z kobietą? - Aurora spytała nieco zdziwiona. - Nigdy bym nie przypuściła, sądząc po tym, jak się ze mną kochałeś.
    - Nie o to chodzi, - odparł rozbawiony Khan. - Chodzi o poczucie celu, dla którego warto żyć dalej. Nigdy tego nie miałem aż do dzisiejszej nocy z Tobą.
    - Już myślałam, że to nigdy nie nastąpi. Byłeś taki niedostępny jak góra Olimp dla śmiertelników a jednak dałeś się zdobyć. Nawet nie wiesz, jaka jestem szczęśliwa.
    Mimo, iż było prawie zupełnie ciemno Khan widział delikatne rysy jej twarzy. Była wciąż świeża i piękna jak jutrzenka w górach. Teraz nie oddałby jej nikomu za żadne skarby świata. Nawet nie była człowiekiem a była mu bliższa niż cała reszta ludzkości, której poświęcił całe swoje dotychczasowe życie. Teraz chciał wreszcie zrobić coś tylko dla siebie i Aurory. Bez tego nie będzie żadnego jutra. Khan nie poznawał samego siebie. Coś się w nim zmieniło, ale było to trudno uchwytne. Czuł, że coś zyskał, ale jednocześnie stracił coś innego. W tej chwili motywowało go to do działania, więc postanowił odłożyć psychoanalizę na później. Aurora zdążyła ponownie zasnąć, więc postanowił jej nie budzić. Ostrożnie wstał z łóżka i się ubrał.
    - Czy już udało Wam się odwrócić inkluzję? - Spytał Żarłoka w myślach. - Chyba wiem jak otworzyć właz do Machiny Kosmologicznej. Dowiedziałem się tego od Aurory. Ona nawet nie zdaje sobie sprawy z tego ile wie. Ma fotograficzną pamięć i może przywołać dowolne wspomnienie bez najmniejszego wysiłku. Jest lepsza niż mój osobisty rejestrator. Będę musiał ją spytać, jak ona to robi.
    - Można uznać, że się udało odwrócić inkluzję, ale mieliśmy z nią pewne problemy. Zachowywała się tak jakby nie chciała być odwrócona, - odparł Żarłok. - Jakby posiadała własną wolę. Kilkukrotnie po zakończonym procesie spontanicznie powracała do pierwotnej konfiguracji, w końcu jednak po czwartym razie pozostała odwrócona i na razie się to nie zmienia. Obecnie ma kolor chitynowy, podczas gdy normalnie była raczej czarna. A co do Aurory to również zauważyłem, że jej zachowanie istotnie różni się od zachowania Hery i Ferrusa. Jest w niej coś ani ludzkiego ani anielskiego. Jakby posiadała cechy niespotykane u żadnej z tych ras. Bardzo ciekawa osóbka w każdym razie. Pewnie nie raz nas zaskoczy...
    - Również to czuję, ale nie mam pewności czy mi się to podoba czy nie. Wracając jednak do inkluzji, czy umieszczenie jej w sygnecie ma jakiekolwiek znaczenie?
    - Nie sądzę. Została tam umieszczona, gdyż Ty nie chciałeś się teleportować. Nie wiemy, co by się stało gdybyś nie zrezygnował wtedy z teleportacji. Możemy się jedynie domyślać. Uzi zaraz Ci dostarczy sygnet z inkluzją.
    - Dzięki Żarłoku. Bez Ciebie w ogóle nie mielibyśmy szans na przetrwanie. Czasem się dziwię temu jak nieprawdopodobne zbiegi okoliczności doprowadziły nas do chwili obecnej. Przecież to wszystko mogło się nie wydarzyć i nic nie wiedzielibyśmy o mającej nastąpić zagładzie.
    - Ja to sobie tłumaczę zasadami teorii chaosu oraz działaniem przyczynowości wstecznej. To, że coś się wydarzy w przyszłości wymaga pewnych modyfikacji w przeszłości, aby to zdarzenie mogło nastąpić. Ciekawe tylko, czy to dobrze czy źle. Jak mawiał Intelekt w mojej Enklawie: „Trudno jest przewidzieć cokolwiek a najtrudniej przyszłość”.
    - Jest to ciekawy punkt widzenia, ale na razie niefalsyfikowalny. Poproś Uziego by był cicho, gdy się zjawi, gdyż wszyscy śpią. Dziękuję Wam bardzo za pomoc. Może jeszcze jest jakaś szansa dla świata. Mam jeszcze jedno pytanie. Czy możliwe byłoby stworzenie jakiegoś bezpiecznego środowiska, w które można by wpuścić Estymator? Chciałbym z nim pogadać. Być może w środowisku, które byłoby w pełni pod naszą kontrolą, dałoby się coś jeszcze z niego wyciągnąć. Jak rozumiem obecnie, gdy jest w urządzeniu do transferu jaźni, jest w stanie nieaktywnym...
    - To nie do końca tak działa. Poziom matrycy podstawowej jest naturalnym środowiskiem, gdzie Estymator egzystuje. Dzięki temu jest wszędzie jednocześnie, ale jego najważniejsza część, Koordynator, znajduje się zawsze tylko w jednym miejscu matrycy i to właśnie ten Koordynator został uwięziony w pudełku Egona. To coś w rodzaju świadomości, która nadaje kierunek działaniom całej reszty, która nienaruszona nadal jest w matrycy. To trochę skomplikowany koncept, więc nie będę Cię nim zanudzał. Dość stwierdzić, że możemy skonstruować własny Koordynator i go zaimplantować w miejsce usuniętego, ale on również może się okazać trudny do okiełznania. Musiałbym się udać do jaskini Estymatora, by zbadać konstrukcję interfejsu serwisowego. Być może wtedy dałoby się pogrzebać w zasobach, jakie Estymator posiadał.
    - Sądziłem, że mamy cały Estymator w tym pudełku, - Khan odparł po namyśle. - To może być tak, jak ze świadomością, którą posiadają ludzie. Wszyscy myśleli, że to jakiś byt niezależny a okazało się, że jest dynamicznie generowany przez strukturę mózgu. Konfiguracja neuronów, aksonów i całej reszty daje dostęp do zasobów matrycy a ta dopiero generuje świadomość. Wystarczy skopiować dokładnie mózg a otrzymamy tysiące Khanów z moją świadomością.
    - Tego by świat nie wytrzymał, - Żarłok zaśmiał się na taką wizję. - Oryginał mi wystarczy.
    - Ranisz moją miłość własną, - Khana również rozbawiła taka wizja.
    - Wspominałem, że jest stu dwudziestu ośmiu Poszukiwaczy, - Żarłok kontynuował. - Wszyscy oni, czyli my, jesteśmy właśnie tym, o czym mówisz. Zapewne zadałeś sobie takie właśnie pytanie, więc oto i wyjaśnienie. Jestem jedyną świadomością powieloną ponad sto razy, stąd nie mam problemów z demokracją.
    - To rzeczywiście wielka zaleta, choć zdarza mi się mieć dwa przeciwne zdania w jakiejś kwestii jednocześnie, - Khan zaśmiał się niezbyt wesoło na wspomnienie swoich wieczornych rozterek. - Ale przyznaję, że problem tożsamości Twoich współbraci przemknął mi przez myśl. Chyba Uzi już się zjawił. Słyszę jak się krząta po kuchni. Zejdę do niego, by nie narobił hałasu.
    Uzi rzeczywiście stał na środku kuchni, gdy Khan zszedł na dół. Zobaczywszy Khana zamrugał światełkami przyjaźnie i wręczył mu sygnet. Khan pogłaskał robocika i podziękował. Uzi nie potrzebował światła, więc po ciemku zabrał się za przygotowanie kawy i jajecznicy dla Khana. Sygnet wyglądał dokładnie jak wcześniej, tyle, że teraz inkluzja jarzyła się przyciemnioną zielenią. Podczas spożywania posiłku Khan wymienił z Uzim parę uwag na tematy techniczne. Dowiedział się, że inkluzja w istocie, jest miniaturowym Elementem i posiada swoją własną oś czasu niezależną od wszystkich pozostałych osi. Nie udało się jednak dociec, do czego to mogłoby służyć. Związek z trzema Elementami był oczywisty, ale trudny do zdefiniowania. Może Machina Kosmologiczna pozwoli dowiedzieć się czegoś konkretnego. Do świtu pozostało jeszcze wiele godzin, gdyż noc na Zaxor była również dłuższa niż na Ziemi. Khan postanowił obudzić Maga, Ferrusa i Ulfa, gdyż należało się spieszyć. Estymator mógł kłamać, co do czasu, jaki pozostał do końca świata, więc rozsądniej było się spieszyć. Panowie zjawili się wkrótce w jadalni i zasiedli do posiłku.
    - Rzadko jadam w środku nocy, - Ulf ziewnął przeciągle. - Im bliżej końca świata, tym dziwniejsze rzeczy przychodzi mi robić. Taka pogańska pora posiłku nie sprzyja dobremu trawieniu.
    - Najadłeś się cukru i zrzędzisz, - Mag przerwał Ulfowi. - Nie mamy czasu na babskie marudzenie.
    - Panowie, chyba wiem jak sforsować właz do jaskini. Aurora podpowiedziała mi rozwiązanie. Jeśli okaże się prawidłowe, będziemy o krok bliżej przetrwania, - Khan wstał od stołu i zabrał się za przeglądanie sprzętu, który mieli zabrać ze sobą.
  • #16
    yego666
    Level 33  
    ============== Odcinek 15 ================

    ATLAN-TUM

    Nikt nie wiedział, czy ich moce będą działały w jaskini, więc wzięli spory zapas lin i sprzętu wspinaczkowego oraz kilka pasów antygrawitacyjnych. Uzi dorzucił też sporą ilość suchego prowiantu i wody. Mag miał przy sobie słoiczek z niewielką ilością Quadrium. Każdy miał też jakąś broń na wypadek kłopotów. Po spożyciu posiłku panowie wstali i zabrawszy swój ekwipunek wyszli przed chatkę. Khan poprosił Uziego, by powiadomił panie o ich misji, gdy się obudzą. Powietrze na zewnątrz było chłodne i przejrzyste. Galaktyka widziana z boku zadziwiała Khana przyzwyczajonego do ledwo widocznej Drogi Mlecznej. Gdyby nie niebieskie słońce, Zaxor byłby idealnym miejscem do zamieszkania. Napatrzywszy się na piękny widok wszyscy przeskoczyli wprost do włazu jaskini Atlantów. Ulf znalazłszy się przy włazie, włączył swoją latarkę. Wszystko wyglądało tak jak wcześniej. Raczej nikt nie odwiedzał tego miejsca podczas ich nieobecności. Nie tracąc czasu Khan wystukał kod na płytkach umieszczonych nad włazem i usiadł na nim. Chwilę czekał aż płytki zaczną się jarzyć jak poprzednio i powiedział „Tranculum”. Przez krótką chwilę wydawało się, że znów nic się nie stanie, ale właśnie wtedy właz zabłysnął zielonym światłem i zaczął się powoli obracać. Khan zszedł z niego i przyglądał się, jak właz stopniowo odsłania tunel prowadzący w głąb ogromnej jaskini. Tunel biegł kawałeczek poziomo, by urwać się nagle nad przepaścią. Po kolei wszyscy weszli do środka, uważając by niczego nie dotykać. Po dziesięciu krokach dotarli do końca tunelu. Dalej nie prowadziła żadna droga. Przed nimi rozpościerała się przepaść, na której dnie świeciły się malutkie światełka. Przeciwległa ściana jaskini niknęła w mroku. Przez chwilę zastanawiali się, co powinni dalej zrobić, gdy do krawędzi urwiska przybiła niewielka gondola w kształcie naleśnika z brzegami zawiniętymi ku górze. Spód był cienki jak kartka papieru, jednak, gdy Mag postawił na nim stopę, okazał się twardy jak skała. Wszedł, więc obydwoma nogami i usiadł na niewielkim podeście. Gondola delikatnie ruszyła w bok, by zrobić miejsce następnej i jeszcze dwóm kolejnym. Wszyscy zajęli miejsca w swoich pojazdach i czekali w napięciu na dalszy rozwój wypadków. Ferrus unosząc się nieznacznie w górę, sprawdził czy lewitacja wciąż działa. Poczuł się nieco pewniej, gdy stwierdzi, że w razie czego, da sobie radę bez gondoli. Jaskinia była bardzo słabo oświetlona, więc wszyscy włączyli swoje latarki. Ku ich zdziwieniu promienie światła wychodząc poza gondole nie biegły prosto przed siebie, tylko zawijały się w nienaturalny sposób, jakby poruszały się w światłowodach.
    - Czy mi się zdaje, czy światło skręca poza gondolą? - Ferrus pomyślał.
    - Również mnie się tak wydaje, - Mag stwierdził. - Tak jakby przestrzeń poza gondolami była zakrzywiona.
    Ulf wychylił się nieznacznie poza krawędź swojej gondoli i poświecił w dół. Ku jego zdziwieniu promień światła nie pobiegł w dół, jak można było się spodziewać, tylko wykonawszy kilka pętli padł na twarz Khana, który instynktownie się cofnął, zawadzając nogą o brzeg swojego naleśnika. Stracił równowagę i przewinął się przez krawędź pojazdu, który jakby w odpowiedzi, błyskawicznie się obrócił do góry dnem i przywarł do stóp Khana. Spodziewany upadek został powstrzymany i Khan wisiał głową w dół. Przez moment oswajał się z nową sytuacją, po czym usiadł na podeście, jakby nic się nie stało. Pojazd powoli obrócił się wokół poziomej osi i po chwili Khan znów siedział głową do góry.
    - Ciekawe, co to urządzenie jeszcze potrafi? - Pomyślał z podziwem. - Co dalej robimy?
    Ledwo zdążył pomyśleć a gondole ruszyły gęsiego w kierunku środka jaskini. Gondola Khana sunęła jako pierwsza a za nią pozostałe. Powietrze pachniało świeżo ściętą trawą. Wydawało się, że nabierają pędu, jednak półka, na której przed chwilą stali oddalała się bardzo powoli. Nagle jakby skokowo odsunęła się o kilkadziesiąt metrów. To musiał być efekt zakrzywienia przestrzeni. Promienie latarek wciąż nie mogły się przebić poza brzegi gondoli. Wrażenie ruchu ustało i wydawało się, że teraz wiszą bez ruchu, jednak, co jakiś czas półka, którą obserwowali oddalała się od nich skokami o kolejny odcinek przestrzeni. W tej sytuacji trudno było przewidzieć, dokąd lecą, więc wszyscy czekali na dalszy rozwój sytuacji. Khan od jakiegoś czasu czuł, jakby ktoś usiłował dobrać się do jego myśli. Ostrzegł pozostałych by byli czujni. Ferrus potwierdził przypuszczenie Khana. Ktoś usiłował ich sondować, jednak nie czynił tego na siłę. Gdy wszyscy zablokowali swoje myśli, sondowanie ustało. Na jego miejscu pojawił się głos, który właściwie nic nie mówił a tylko był. Jakby ktoś obcy pojawił się w towarzystwie. Zapach skoszonej trawy ustąpił miejsca mroźnej bryzie niosącej wspomnienie zimy. Ktoś usiłował manipulować odczuciami podróżników. Gdy zdali sobie z tego sprawę, bryza zniknęła równie nagle jak się pojawiła. Gondole nadal poruszały się w dziwny sposób. Półka skalna zniknęła już zupełnie w ciemnościach, więc trudno było zgadnąć czy się faktycznie poruszają czy nie. Wypadało tylko czekać. Ulf sięgnął do plecaka i wyjął ciasteczko podarowane przez Uziego. Rozwinął je z celofanu i zjadł. Postanowił jednak zaeksperymentować z celofanem, który trzymał w ręku. Otworzył dłoń a celofan łagodnie się uniósł w powietrze. Nie odpływał, tylko wisiał w powietrzu na wysokości twarzy Ulfa. Ulf złapał celofan ponownie w dłoń i zmiął go w kulkę. Zamachnął się i rzucił nią przed siebie. Celofan wyleciał poza krawędź gondoli i zniknął.
    - Nic w ten sposób się nie dowiemy, - Ulf pomyślał. - Obudźcie mnie, gdy dokądś dotrzemy. Nie zamierzam patrzeć w pustkę bez końca.
    Zamknął oczy i zapewne zasnąłby, gdyby właśnie nie zaczęli spadać ostro w dół. Gondole ustawiły się jedna nad drugą i pędziły w dół z ogromną prędkością. Promienie latarek tańczyły wokół, zakrzywiane w przestrzeni otaczającej gondole. Spadali bardzo szybko a w każdym razie tak im się zdawało. W zakrzywionej przestrzeni odległości były bardzo zwodnicze. Coś, co wydawało się bardzo bliskie, mogło w rzeczywistości znajdować się o wiele kilometrów od obserwatora.
    - Po co ten cały cyrk? - Ferrus się zastanawiał. - Czego się gospodarze obawiają, że tak pogmatwali geometrię tego miejsca?
    - Nie wiemy o nich nic, więc trudno odpowiedzieć na Twoje pytanie, - odparł Mag. - Też chciałbym wiedzieć, dokąd zmierzamy. Teoretycznie zakrzywiając przestrzeń, można na niewielkim odcinku stworzyć wrażenie poruszania się po bezkresnych obszarach. Sądzę, że bez znajomości mapy zakrzywień, nikt nie byłby w stanie dotrzeć w tym labiryncie dokądkolwiek. Jest to doskonałe zabezpieczenie antywłamaniowe.
    Nagle wrażenie spadania zniknęło a gondole ustawiły się w czworokąt. Mniej więcej pół metra poniżej znajdowało się dno jaskini. Przez chwilę, nikt nie wiedział czy wysiadać czy pozostać w gondolach, jednak, gdy gondole opadły całkowicie, dotykając dna, nie było już sensu pozostawać w nich dłużej. Gdy podróżnicy opuścili swoje pojazdy, te natychmiast rozpłynęły się, jakby ich nigdy nie było. Dno jaskini było miękkie, jakby je pokrywał mech. Khan zauważył ruch w oddali. Jakieś małe stworzenie szybko przemknęło przed jego oczami. Nie zdążył zauważyć, co to było, ale na pewno nie było żywe, gdyż nie wyczuł żadnej Sygnatury. Ferrus spojrzał w górę w nadziei ujrzenia sklepienia tej jaskini, ale ujrzał jedynie mgłę unoszącą się tuż nad głową. Przez mgłę przesączało się blade światło, ledwie pozwalające na zorientowanie się w najbliższym otoczeniu. W tak wielkim pomieszczeniu powinien panować szum, jednak panowała cisza tak doskonała, że aż dzwoniło w uszach. Mech pod nogami miał zapewne swój udział w tak doskonałym wyciszeniu. Pozostawało tylko ustalić, po co to wszystko było.
    - Witam, Konsulu Khan, - Niski głos przerwał idealną ciszę. - Witam także Twoich towarzyszy. Jestem zaszczycony, że zechciałeś skorzystać z mojego zaproszenia. Nieczęsto miewam gości, tej rangi, stąd środki ostrożności, którym zostaliście poddani. Skanery mentalne nie sondują umysłów a jedynie weryfikują tożsamości. Za ich pomocą uzyskałem także wiedzę o Waszym języku. Mówiąc szczerze jeszcze nikt mnie dotąd nie odwiedził, więc jesteście pierwszymi gośćmi od czasu powstania Atlan-Tum. Dostosowałem wszystkie parametry do Waszej fizjologii, więc powinniście się czuć komfortowo.
    Khan chciał zapytać głos o to, kim właściwie jest i czego od niego chce, ale głos kontynuował, nie dając mu możliwości wyartykułowania swoich pytań.
    - Wiecie o mnie właściwie wszystko, więc pozostaje mi tylko spytać czy byliście łaskawi spełnić moją prośbę? - Głos zdawał się bardzo pewny tego, co mówił. - Konwerton zawierał wszystko, czego sobie życzyłem. Moje autonomiczne stacje pomiarowe wykryły spadek poziomu energii próżni fałszywej we Wszechświecie, stąd moja prośba. Gdybyś się zdecydował odwiedzić mnie wcześniej, istniałaby szansa zgromadzenia wystarczających zasobów energetycznych, ale w obecnej sytuacji, jak sam wiesz, Konsulu, nie jest to już możliwe. Atlan-Tum zostało zaprojektowane, gdy energia była obfita i ogólnie dostępna, jednak wiele się zmieniło pośrednio z naszej winy. Jestem świadom, że świat zmierza w kierunku kolapsu, jednak dzięki Wam możemy wszystko przywrócić do stanu stabilności.
    - On nazywa inkluzję Konwertonem i twierdzi, że zawiera wiele danych, - Khan przekazał Żarłokowi krótką informację. - Czy masz możliwość odczytania tego, co tam zostało zapisane?
    - Właśnie zabieramy się z profesorem do skanu nieliniowego kopii owego Konwertonu, - Żarłok odparł niezwłocznie. - Nie wiedzieliśmy, że zawiera coś więcej ponad samą dziwną strukturę. Muszą być mistrzami, skoro w coś tak wymyślnego wbudowali jeszcze jakąś bibliotekę. Nie wiem, czy w ogóle, będziemy w stanie dotrzeć do niej. Musisz na razie grać na czas.
    - To może być trudne, - Khan wyraził swoją wątpliwość. - Mają nas za przedstawicieli jakiejś bardzo rozwiniętej cywilizacji. Wydaje się, że nie wiedzą nic o tym, co się dzieje na Ziemi i sądzą, że skoro do nich dotarliśmy, to za sprawą informacji z Konwertonu a nie dzięki przypadkowemu odkryciu.
    - Estymator Fazowy, jak go nazywacie uniemożliwił nam dokończenie dzieła, - głos kontynuował, - co sprowadziło zagładę na naszą cywilizację i zagrożenie na wszystkie inne. Jednak dzięki Waszej wiedzy został unicestwiony i nie stanowi już zagrożenia. Naprawiliście nasz największy błąd, lecz niestety zbyt późno, gdyż dwa z trzech Biegunów Energetycznych wciąż pozostają niezrównoważone i usiłują się zrównoważyć kosztem energii zerowej próżni wszystkich istniejących światów. Jeśli nie otrzymają wystarczającej energii, wchłoną ją z otoczenia a tkanka przestrzeni i czasu rozpadnie się na zawsze. Wiele światów już przestało istnieć a inne znajdują się na skraju kolapsu. Z każdą chwilą ubywa ich kilka. Nasze urządzenia były dotąd w stanie enkapsulować skrajnie zagrożone, zamieszkałe światy i energetyzować ich przestrzeń kosztem światów niezamieszkałych, jednak wobec malejącego poziomu energii próżni, urządzenia stały się niewydajne i bez dodatkowego źródła energii nie będziemy w stanie już nic uczynić dla ratowania braci w rozumie. Źródła kondensatu adhezonowego są na wyczerpaniu. Bez Waszej pomocy nie będzie możliwe połączenie Biegunów Energetycznych.
    Mag zaczął rozumieć, że ich gospodarzowi chodzi o wydajne źródło energii, jednak nie wiedział skąd je wziąć. Ulf i Khan podzielali te przypuszczenia, ale również nie mieli pojęcia skąd wziąć ów kondensat adhezonowy.
    - Wiem, o co może mu chodzić, - niespodziewanie Żarłok wtrącił się do rozważań. - Quadrium wzmacnia proces kondensacji energii poprzez reorganizację struktury próżni, co oznacza, że konwertuje energię stanu podstawowego w bardzo bogaty energetycznie kondensat adhezonowy. Przy okazji, profesorowi udało się wyekstrahować informację, zawartą w Konwertonie. Właśnie Uzi przetwarza to na zrozumiały język. Jest tego cała masa, ale jesteśmy już w połowie drogi. Poczekajcie jeszcze trochę, to się dowiemy, kto jest naszym gospodarzem i czego sobie życzył.
    - Dzięki, - Khan był pełen podziwu dla szybkości, z jaką ta trójka geniuszy realizowała niemożliwe zadania. - Ile jeszcze czasu potrzebujecie?
    - Zaprzęgliśmy wszystkie moce kwantowe do obliczeń i lada chwila dowiemy się wszystkiego. Jeszcze trochę cierpliwości, - Żarłok poprosił żarliwie.
    - Przez tyle wieków nie miałem gości, że moje maniery zdążyły nieco zardzewieć, - głos się usprawiedliwiał. - Proszę, wybaczcie mi to uchybienie.
    Mały robaczek ze skrzydełkami mieniącymi się wszystkimi kolorami tęczy zatańczył przed ich zdumionymi oczami. Chwilę krążył nad ich głowami, po czym zawisł w oczekiwaniu. Wpatrywali się w niego jak zauroczeni. Był piękny a metaliczne brzęczenie jego skrzydełek przywodziło na myśl rój pszczół uwijających się wokół ula.
    - Zechciejcie podążyć za przewodnikiem, - głos kontynuował. - Doprowadzi Was do miejsca, gdzie będziecie mogli usiąść i odpocząć.
    Goście ruszyli w ślad za efemerycznym owadem, który podążał przodem wskazując drogę. Szybko doszli do ściany i weszli w obszerny tunel. Szli nim aż do obszernej, jasno oświetlonej jaskini. Jej środek zajmował niski stół, wokół którego znajdowały się różnokolorowe pufy o bliżej nieokreślonych kształtach. Zdjęli plecaki i inne wyposażenie, i odłożyli je pod ścianę. Ferrus podszedł do zielonej pufy i niepewnie przysiadł na niej. Pufa jakby wyczuła jego obecność i natychmiast przybrała taki kształt, by mógł swobodnie się rozsiąść. Za każdym razem, gdy Ferrus zmieniał pozycję, pufa również ulegała transformacji, jakby mu czytała w myślach.
    - To jest szalenie wygodne, - Ferrus powiedział zachwycony. - Sprawdźcie sami.
    Pozostali poszli w jego ślady i zaczęli testować te zadziwiające urządzenia. Pochłonęło ich to do tego stopnia, że nie zauważyli, gdy do jaskini wleciał cały rój niezwykłych owadów. Jedne były mniejsze a inne większe. Te mniejsze trzymały niewielkie przedmioty przypominające naparstki a większe trzymały srebrzyste pucharki. Postawiły je na stole przed gośćmi a maluchy opróżniały swoje naparstki do pucharów. Po krótkim czasie puchary były pełne jakiegoś błękitnego płynu. Ferrus wydawał się najbardziej obeznany z takimi obyczajami i bez oporów sięgnął po swój puchar. Powoli skosztował napoju i kiwnął głową z uznaniem.
    - Nie obawiajcie się, - powiedział do towarzyszy. - To najprzedniejsza Ambrozja, jaką kiedykolwiek piłem. Odpręża i rozjaśnia umysł. Można przeżyć sto lat bez jedzenia, pijąc jedynie taki napój.
    - Czy mnie słuch myli, czy Ferrus należy do szlachetnej rasy Aniołów? - Głos odezwał się po dłuższej przerwie. - Jestem zaszczycony mogąc gościć przedstawiciela rasy, którą niesłusznie uważałem za wymarłą. Wywodzimy się od wspólnych przodków, co czyni Cię moim najbliższym krewnym.
    Głos odezwał się w jakimś dźwięcznym języku, którego nikt nie rozumiał. Nikt poza Ferrusem oczywiście, który w tym samym języku zwrócił się do głosu. Wymiana śpiewnych zdań trwała dłuższą chwilę, gdy głos zorientował się w jak niezręcznej sytuacji znaleźli się pozostali goście.
    - Wybaczcie mi proszę, drodzy goście, - głos się sumitował. - Od tak dawna nie słyszałem naszego ojczystego języka, że na chwilę straciłem poczucie rzeczywistości. To wspaniale, że rasa wciąż trwa, choć nie ma się zbyt dobrze jak wnoszę z Twoich słów, Lucjuszu Ferrusie. Opowiesz o tym, gdy uporamy się z bardziej przyziemnymi problemami trapiącymi nas wszystkich.
    Ferrus był wyraźnie zadowolony z obrotu spraw. Nie przypuszczał, że przyjdzie mu odegrać rolę większą niż zwykłego statysty. Miał nadzieję, że głos zechce jeszcze porozmawiać o wspólnej przeszłości i historii rasy Aniołów. Nie była ona zbyt chlubna, ale istniały też jasne strony, o których niewątpliwie warto było wspomnieć.
    - Tu Zaxor do Ziemi, - Khan usłyszał głos Szyszkina w głowie. - Wiemy już, z kim rozmawiacie. To Ekstrapolator Stochastyczny stworzony przez Atlantów przed zagładą ich wyspy, w celu zrównoważenia Biegunów Energetycznych. Życzył sobie od nas dwóch rzeczy. Pierwsza z nich to Quadrium w dużych ilościach do produkcji kondensatu adhezonowego a druga to Medium do kontaktu z Machiną Kosmologiczną.
    - Medium? - Khan się zdziwił. - Mają taką technologię i potrzebują Medium?
    - Ekstrapolator Stochastyczny sam nie może uruchomić Machiny Kosmologicznej ze względów bezpieczeństwa. Atlantowie pomni na porażkę przy konstrukcji Estymatora Fazowego, pozbawili go tej możliwości poprzez konieczność użycia Medium do zainicjowania procesu równoważenia Biegunów Energetycznych. Medium oddziałuje z materią poprzez skomplikowane sprzężenie z matrycą splątań, co zapewnia pełne bezpieczeństwo, gdyż Medium nie można zmusić do zrobienia czegoś, czego nie zechce samo zrobić. Niestety nie wiemy, kto może być tym Medium. Opis wymienia cechy takiego Medium, ale to może potrwać lata zanim znajdziemy kogoś, spełniającego podane kryteria.
    - A jaką mamy gwarancję, że pomagając Ekstrapolatorowi nie sprowadzimy na siebie jeszcze większego nieszczęścia niż obecnie nam grozi? - Dociekał Khan. - Nic nie wiemy o Ekstrapolatorze. Może to być kolejna, groźniejsza wersja Estymatora.
    - W odczytanych dokumentach znajduje się ogromna ilość danych fizycznych i matematycznych na temat podstaw działania Ekstrapolatora. Języka matematycznego, który stosują na razie nie rozumiemy. To system bardzo abstrakcyjnych twierdzeń opartych na czymś, co przypomina koncepcję Oktonionów i tak zwane grupy Liego. Sam dowód spójności całego tego systemu zajmuje kilkadziesiąt stron a reszta jest jeszcze gorsza. To jest materiał na setki doktoratów i dziesiątki lat pracy naukowej dla wielu wybitnych uczonych. Zdaje się, że Atlantowie dotarli do granic poznania i mówiąc kolokwialnie, wiedzieli już wszystko. Znalazłem nawet dowód na niepoprawność teorii chaosu, oparty o deterministyczne modele teorii pól subkwantowych. Nic dziwnego, że mając taką wiedzę, mogli się pokusić o ulepszanie Biegunów Energetycznych. Niestety nie brali pod uwagę czynnika „ludzkiego”, który ostatecznie doprowadził do ich zagłady. Danych różnego rodzaju jest cała masa i być może wśród nich znajduje się też coś na temat bezpieczeństwa, ale nie dotarliśmy jeszcze do tego. Myślę, że nie byłoby błędem spytać o to samego Ekstrapolatora.
    - Dzięki Jose, - Khan poczuł się znacznie pewniej wiedząc, z czym ma do czynienia. - Informuj mnie natychmiast, gdy znajdziecie coś ważnego.
    Khan od razu podzielił się swoją wiedzą z towarzyszami, by i oni nabrali więcej pewności siebie.
    - Skoro byłeś łaskaw zaprosić nas do siebie, - Khan zwrócił się do Ekstrapolatora, - to zapewne nie po to, by rozmawiać o sprawach niemających bezpośredniego związku ze zbliżającym się kolapsem. Twoi Twórcy przenieśli się do Przestrzeni Wirtualnej, gdzie nie grozi im żaden kataklizm z materialnego świata, jednak musieli zdawać sobie sprawę, że aby wspomóc Twoje działania, musimy mieć pewność, że nie obrócą się one przeciw nam. Nie mieliśmy dość czasu, by przestudiować całą wiedzę, którą zawarłeś w Konwertonie, więc pozwól, że zapytam wprost.
    - Sądziłem, że wynika to jasno ze schematów przepływowych, które zostały dołączone do biblioteki w Konwertonie, - odparł nieco zdziwiony głos. - Skoro jednak tak nie jest, spieszę wyjaśnić, że moi Twórcy nie umieścili mnie na matrycy splątań bym był zależny od współpracy z Wami w takim samym stopniu, co Wy. Łatwo to sprawdzicie na matrycach bazowych. Dziwię się, że jeszcze tego nie uczyniliście, jednak czasu rzeczywiście nie mieliście dużo. Jest to jedyne zabezpieczenie, które jest zarówno konieczne jak i wystarczające. Jako potomek lub raczej artefakt rasy Atlantów posiadam całą ich wiedzę, lecz nie posiadam dostępu do poziomu matryc, co skutecznie uniemożliwia mi podjęcie jakichkolwiek działań o charakterze fizycznym. Zdaję sobie sprawę z wątpliwości, jakie możecie posiadać w tej kwestii zważywszy na historię Estymatora, jednak, jeśli pozwolimy sobie na nieufność, może to wszystkich kosztować wszystko. Cel jest jednak inny, co skazuje nas na współdziałanie niezależnie od naszych uprzedzeń. Pozostało nam niewiele czasu do kolapsu, więc wszyscy musimy się wykazać konstruktywnością. Jeszcze jedna sprawa wymaga ustalenia. Przez tysiąclecia, różne koleje losu, rozdzieliły Bieguny Energetyczne znajdujące się w tej czasoprzestrzeni. Początkowo zajmowały miejsca odpowiednie do zainicjowania procesu ich równoważenia, jednak obecnie już tak nie jest. Bieguny muszą zająć ściśle określone pozycje w przestrzeni i czasie lokalnym, by móc je ostatecznie scalić. W tym celu, muszą zostać dostarczone do Komory Dryftu Wektorowego, skąd zostaną skierowane we właściwe miejsca poprzez Przestrzeń Wirtualną, gdzie zostaną skorygowane ich parametry. Każdy z Biegunów Energetycznych zostanie poddany procesowi dewektoryzacji a następnie zostanie ponownie spolaryzowany i przeniesiony w Nicość, gdzie wraz z trzecim Biegunem odtworzą podstawowy Trójkąt Energetyczny. Gdy energia się ustali, Biegun, który nie był jeszcze poddany procesowi stabilizacji, zostanie również poddany takim samym procesom, co dwa pozostałe i ponownie zostanie odesłany w Nicość, by ostatecznie dołączyć do trójkąta. Nad każdym z tych procesów będziecie mieli pełną kontrolę za pomocą Medium. Ja dysponuję odpowiednimi urządzeniami i procedurami, ale to Wy będziecie odpowiedzialni za ich prawidłowe wykonanie.
    - Nie do końca, - Ulf się wtrącił. - Zdajesz sobie zapewne sprawę, że nasza cywilizacja nie znajduje się na odpowiednim poziomie rozwoju technologicznego, który pozwoliłby panować nad całym procesem. Obarczanie nas odpowiedzialnością za skutki, w tej sytuacji, wydaje się być pewnym nadużyciem. Możemy wykonać niektóre czynności oraz dostarczyć surowce, ale musimy poznać dokładnie zarówno teorię jak i technikę, za którą mamy wziąć odpowiedzialność.
    - Jest to rzeczywiście pewien problem natury etycznej, - przyznał Ekstrapolator, - jednak nie ma na niego rady, gdyż czas, którym dysponujemy uniemożliwia pełne zapoznanie Was ze wszystkimi elementami procesu. Musicie sami zdecydować, jaką drogę obierzecie. Pamiętajcie jednak, że od Waszej decyzji zależeć będzie los wszystkich istot, które istnieją w różnych światach. Nie posiadam wbudowanych obwodów empatycznych, stąd uszanuję każdą decyzję, którą podejmiecie. Moi Twórcy przewidzieli ten moment, dlatego wbudowali autonomiczny generator wektorów przyczynowych w Konwerton. Po uaktywnieniu, umożliwia on sterowanie mechanizmem przyczynowości wstecznej w sytuacji, gdy nie istnieje już żadna materia ani przestrzeń, ani nawet Bieguny Energetyczne. Łatwo sobie wyobrazić, co można zrobić, dysponując tak potężnym mechanizmem. Moc boska to właściwe określenie dla tego, co Konwerton oferuje. Można tworzyć i niszczyć całe światy. Można manipulować czasem i przestrzenią, dokonywać rzeczy niewyobrażalnych. Przemyślcie konsekwencje każdego z możliwych wyborów i podejmijcie decyzję. Nie macie zbyt wiele czasu, ale decyzja będzie ostateczna, o ile podejmiecie ją dość szybko.
    - O jakim okresie czasu mówisz? - Mag spytał. - Estymator wspominał o czterdziestu godzinach...
    - Nie istnieje wzór, który powiedziałby dokładnie ile czasu pozostało, ale z pewnością Estymator z jakiegoś powodu podał Wam zaniżoną wartość. Moje obserwacje wskazują na czas około dwóch tygodni, jednakże w tej kwestii mogę się mylić.
    - Wspomniałeś, że Konwerton posiada mechanizm kontroli przyczynowości wstecznej, nie powiedziałeś jednak, w jaki sposób jest on aktywowany, - Khan stwierdził, przyglądając się swojemu sygnetowi. - Nie wspomniałeś także, jak to się stało, że Konwerton został wbudowany w mój sygnet. Chętnie poznałbym odpowiedzi na te pytania.
    - Od czasu, gdy moje sensory zarejestrowały spadek średniej wartości energii próżni przystąpiłem zgodnie z procedurą do poszukiwania najstabilniejszego a zarazem najsilniejszego źródła Sygnatury. Jedynym dostępnym sposobem było skanowanie niskoenergetycznych tuneli czasoprzestrzennych i implantacja Konwertonu w fazie dekoherencji obiektu. Jakimś sposobem przeczułeś, że Twój strumień jest skanowany i wysłałeś swój sygnet oraz symulator personalny. Uznałem, że skoro jesteś na tyle czujny, by wykryć moje działania, łatwo odkryjesz zmianę, która zaszła w twoim sygnecie. Nie pomyliłem się, co do Ciebie ani trochę, czego dowodem jest Twoja obecność przy moim stole. Jeśli zaś chodzi o Konwerton, to jego aktywacja nastąpi samoczynnie, gdy przestanie podlegać wpływowi Biegunów Energetycznych, czyli wtedy, gdy znikną one z Nicości. Ergo, Konwerton się uaktywni za sprawą zaniku cząstek zwanych Tauronami, czyli bozonów „T” emitowanych przez każdy z Biegunów Energetycznych. Taurony posiadają energię rzędu trzystu petaelektronowoltów, stąd zapewne, nie wykryłem ich w żadnych eksperymentach akceleratorowych prowadzonych w ciągu ostatniego tysiąclecia. Zapewne nauka nie zna tych cząstek. Może to i lepiej, gdyż nie wiadomo, jak zostałyby użyte przez Waszą rasę.
    - Teraz rozumiem, czemu nasze oszacowania masy Bieguna Energetycznego nie trzymały się zupełnie rzeczywistych wartości, - Szyszkin ucieszył się z wyjaśnienia. - Gdybym to wiedział, mógłbym produkować Transmutal tak łatwo jak plastelinę.
    - Sprawdź lepiej, czy Żarłok nie ma w Gnieździe czegoś o porównywalnej energii. Można by spróbować oszukać te Taurony, - Khan podzielał entuzjazm Szyszkina, lecz miał bardziej praktyczne podejście do tego zagadnienia. - Mając sterowanie przyczynowością wsteczną w garści, możemy zrobić cokolwiek nam przyjdzie do głowy.
    - Czy sterowanie odbywa się również poprzez matryce? - Khan spytał Ekstrapolator. - To szalenie niebezpieczne w rękach kogoś nieodpowiedzialnego.
    - Dlatego to właśnie Ty otrzymałeś Konwerton, - odparł Ekstrapolator. - Masz rację, co do sterowania. Poziom matryc jest odporny na oddziaływania energetyczne, więc jest idealny do realizacji takich funkcji. Atlanci włożyli wiele wysiłku w stworzenie tego poziomu, dzięki czemu coś, co kiedyś było domeną czarnoksiężników, stało się rzeczywiście możliwe. Wykorzystali do tego zasadę holograficzną, tyle że w bezwymiarowej Przestrzeni Wirtualnej. Czy zadowala Cię takie wyjaśnienie? Jeśli będziesz miał czas przestudiuj uważnie dane zawarte w Konwertonie. Tam znajdziesz odpowiedzi na wszystkie pytania niedotyczące sensu życia lub istnienia czegokolwiek.
    - Skoro kwestie etyczne i światopoglądowe już przedyskutowaliśmy, chcielibyśmy obejrzeć Machinę Kosmologiczną i jej elementy, - Khan zwrócił się do Ekstrapolatora.
    - Czy to pomoże Wam podjąć decyzję? - Ekstrapolator spytał z powątpiewaniem w głosie. - To tylko wielka kupa złomu służąca naszemu celowi. Nic, na co warto by tracić czas. Ale jeśli naprawdę nie da się tego uniknąć... Przewodnik wskaże Wam drogę. Uważajcie jednak, by sobie nie zrobić krzywdy. Jaskinia Machiny Kosmologicznej nie jest wyposażona w żadne pola grawitacyjne ani inne zabezpieczenia. To czysta fantazja inżynierska.
    Mały owadzik z wielkimi skrzydełkami wleciał do pomieszczenia i zawisł nad głowami gości w oczekiwaniu. Po chwili Khan podniósł się z pufy i powoli ruszył w kierunku wyjścia. Przewodnik ruszył przodem a reszta gości podążyła za Khanem. Po stu metrach pieszej wędrówki weszli do dość wąskiego tunelu, którego ściany były wyłożone błyszczącymi płytkami. Dokładnie takie płytki widzieli przy stworzeniu, na które się natknęli poprzednim razem w tunelu. Khan pomyślał, że skafandry, jakie otrzymali w przebieralni u Żarłoka, z pewnością blokują promieniowanie, które płytki mogły emitować. Ulf wyjął kieszonkowy miernik promieniowania i z ciekawości go włączył. Miernik nie wskazywał żadnego niepokojącego poziomu. Ulf zbliżył go na odległość kilku centymetrów od płytek, nie spodziewając się żadnej zmiany, jednak wskazówka podskoczyła aż do końca skali. Zaskoczony cofnął rękę gwałtownie, ale przypomniał sobie, że ma skafander chroniący go przed promieniowaniem. Ponownie zbliżył miernik do płytek. W odległości pięciu centymetrów poziom promieniowania wzrastał bardzo gwałtownie.
    - Pewnie jakieś lokalne zakrzywienie przestrzeni blokuje emisję na większą odległość, - pomyślał. - Tylko, po co w ogóle jest to promieniowanie, skoro nikt tędy nie chodzi?
    - Może jego zasięg jest regulowany, - Mag także się nad tym zastanawiał. - Jeśli transportowano tędy jakieś ładunki, to promieniowanie mogło sterylizować je w drodze do innej części tego bunkra.
    Tunel był jasno oświetlony ze wszystkich stron, światłem sączącym się ze szpar między płytkami. Nikt z nich nie rzucał cienia dzięki temu. Podążali tunelem jeszcze przez dwie minuty, by na końcu wyjść do podłużnego hallu. Owad-Przewodnik poprowadził ich ku podłużnej platformie, na której były zamontowane dwa rzędy krzesełek i przysiadł na jednym z nich. Zwiedzający poszli w jego ślady. Platforma uniosła się ponad ziemię i łagodnie ruszyła szerszym tunelem. Najpierw tunel rozwidlał się w kilku miejscach. Po jakimś czasie zaczął schodzić ostro w dół, by zakończyć się w ogromnej jaskini. Strop był tak wysoko, że nie można go było dostrzec. Wielkie kratownice wspinały się po skałach na całym obwodzie jaskini. Ogromne windy kursowały nieustannie w górę i w dół przewożąc towary. Nie było widać, dokąd te towary jadą, gdyż na wysokości stu metrów oświetlenie było znacznie słabsze niż na dole. Platforma pędziła z dużą prędkością, mijając różne konstrukcje, podesty i filary biegnące w górę aż do sklepienia jaskini. Podnośniki grawitacyjne unosiły skrzynie o rozmiarach autobusu z taką łatwością, jakby były zupełnie puste. Po pięciu minutach dostrzegli wreszcie przeciwległą ścianę jaskini. Była pomalowana seledynową, fosforyzującą farbą albo pokrywały ją niezliczone roje świetlików. Z dużej odległości trudno było stwierdzić to z całą pewnością. Platforma dotarła do ściany jaskini i wszyscy pomyśleli, że tu się zatrzymają, jednak kolejny tunel połknął ich i prowadził jeszcze dalej w głąb góry. Ściany tunelu nie były pokryte płytkami. W zamian idealnie czyste i gładkie lustra odbijały ich oblicza ze wszystkich stron. Nie można było dostrzec żadnych spoin ani miejsc łączenia luster, jakby stanowiły jedną całość. Tunel musiał ciągnąć się przez wiele kilometrów, gdyż wszyscy poczuli się znużeni tą monotonną scenerią. Posnęliby zapewne, gdyby tunel nagle się nie skończył. Wpadli z ogromną prędkością do niezbyt wysokiej jaskini i osiedli na skalnym podłożu. Powietrze było zimne i świeże. Przewodnik wzbił się ze swojego siedzenia i skierował się ku błyszczącej balustradzie. Zwiedzający podążyli za nim. Gdy dotarli do balustrady, przed ich oczami otworzyła się panorama na niewidoczną dotąd część jaskini. Okazało się, że stoją na dość wąskiej półce skalnej zawieszonej na wysokości pół kilometra nad dnem jaskini. Dno błyszczało, jakby było pokryte milionami zwierciadeł. Potężne pylony podtrzymywały zwierciadła paraboliczne, skierowane w stronę półki, na której stali. Od dna aż po sklepienie wznosiły się gigantyczne słupy przecięte w połowie wysokości. Po przeciwległych ścianach jaskini wspinały się szyny podnośników, do których umocowana była platforma monstrualnych rozmiarów. Na środku platformy na wysokich podporach spoczywała kula otoczona współśrodkowymi pierścieniami. Ani kula ani pierścienie nie były umocowane do podpór w żadnym punkcie. Całość przytłaczała swoim ogromem i surowością.
    - To jest właśnie Komora Dryftu Wektorowego, - głos odezwał się niespodziewanie. Lustra, które widzicie na dnie, koncentrują energię generowaną w szczelinach reakcyjnych pomiędzy górnymi a dolnymi kolumnami torsyjnymi. Biegun Energetyczny powinien znajdować się wewnątrz Sfery Deflektora Grawitacyjnego. Tam też następuje dewektoryzacja Biegunów pod wpływem kondensatu adhezonowego. Przestrzeń wewnątrz Sfery Deflektora ulega przechłodzeniu do temperatury około tysiąca Kelwinów poniżej poziomu zera absolutnego. Przekroczenie temperatury zera bezwzględnego jest możliwe dzięki użyciu ujemnej energii. W takich warunkach dopiero można rozpoczynać transfer do Przestrzeni Wirtualnej i dalej do Nicości. Platforma służy do odizolowania Sfery od podłoża i umieszczenia Bieguna dokładnie w centrum wszystkich skoncentrowanych pól. Sąsiednia komora, przez którą przejeżdżaliście, jest właśnie przygotowywana do przyjęcia trzeciego Bieguna. Proces jego stabilizacji powinien się nakładać w czasie z procesem ekspedycji dwóch pozostałych Biegunów. Możecie bez obaw udać się na dół lub do Sfery, by obejrzeć z bliska te urządzenia, które Was interesują.
    Ulf chciał zwrócić uwagę, że nie ma żadnej windy, którą mogliby zjechać na dno jaskini, lecz Mag już uniósł się w powietrze i zaczął zmierzać ku Sferze. Pozostałym nie pozostało nic innego, jak pójść w jego ślady. Owadzik rozglądał się chwilę wyraźnie nie wiedząc, co ma ze sobą począć, ale dostrzegł, że Ferrus go obserwuje. Podfrunął do niego ostrożnie i cieniutko pisnął. Ferrus widząc to, klepnął dłonią w swoje ramię. Robaczek najwyraźniej uznał to za zaproszenie i przysiadł delikatnie na jego ramieniu. Chwileczkę szukał najwygodniejszej pozycji a gdy już ją znalazł złożył skrzydełka i podkurczył cienkie nóżki. Ferrus spojrzał na swojego pasażera i się uśmiechnął. Nigdy nie miał własnego zwierzaka, więc było to dla niego zupełnie nowe doświadczenie. Owadzik również wydawał się zadowolony z zajętego miejsca. Obaj wznieśli się ponad półkę i powoli spłynęli w dół ku dziwnym urządzeniom na dnie jaskini. Pomiędzy zwierciadłami chodziły ogromne roboty na trzech nogach. Każdy z nich uważnie polerował powierzchnię luster aż do absolutnego połysku. Inne roboty zajmowały się układaniem niewielkich konstrukcji w kształcie stożków. Następnie inne roboty umieszczały w tych stożkach niewielkie kule i pozwalały im rosnąć aż wypełniły całą dostępna wewnątrz przestrzeń. Tak przygotowane stożki z błyszczącymi kulami wewnątrz unosiły się do góry na wysokość Sfery i przytwierdzały się podstawami do ścian jaskini tworząc półkole. Gdy jeden poziom był już pełny, stożki przytwierdzały się w kolejnej wyższej warstwie. Dla Ferrusa wszystko to było fascynujące, gdyż jako Anioł nie miał zbyt wielu okazji zetknąć się z techniką, zwłaszcza tak zaawansowaną. Robaczek na jego ramieniu również przyglądał się otoczeniu swoimi bursztynowymi oczkami. Khan w tym czasie zdążył obejrzeć konstrukcje kolumn torsyjnych i pierścieni deflektorów grawitacyjnych otaczających Sferę. Tak jak przypuszczał ani pierścienie ani Sfera nie były do niczego umocowane. Wisiały swobodnie w powietrzu utrzymywane prawdopodobnie przez siły elektryczności statycznej lub antygrawitacji. Ulf z Magiem przyglądali się ogromnym zwierciadłom parabolicznym umocowanym na wielkich pylonach. Rozmach konstrukcyjny był nieporównanie większy od wszystkiego, co dotąd widzieli wliczając w to kompleksy przemysłowe Dengów na Zaxor. Miejsca łączeń rożnych elementów konstrukcji były wykonane tak precyzyjnie, że gołym okiem nie można było ich dostrzec. Po półgodzinnym zwiedzaniu wszyscy wrócili na półkę skalną i zajęli miejsca na platformie, którą przybyli. Przewodnik siedzący wciąż na ramieniu Ferrusa rozpostarł swoje skrzydełka i platforma ruszyła w drogę powrotną. Panowie wymieniali uwagi na temat wszystkiego, co dane im było zobaczyć w jaskini. Nawet Khan nie krył podziwu dla urządzeń, które zobaczył. Gdy wyjechali z tunelu wyłożonego zwierciadłami niespodziewanie skręcili do innego ciemnego tunelu, w którym jeszcze nie byli i pomknęli nim niemal pionowo w dół. Po minucie spadania tunel zmienił kierunek na poziomy i doprowadził ich do kolejnej jaskini, która była cała wypełniona baloniastymi kopułami i wielkimi ożebrowanymi agregatami niewiadomego przeznaczenia. Powłoki baloniastych kopuł jarzyły się nieprzyjemnie zimnym, fioletowym blaskiem sprawiając wrażenie jakby w nich płonął ogień piekielny. Platforma dobiła do filaru ustawionego na środku jaskini i wzniosła się aż na jego szczyt, gdzie łagodnie osiadła. Dopiero teraz podróżnicy dostrzegli, że sklepienie i ściany jaskini były pokryte grubymi rurami łączącymi poszczególne kopuły z podstawą filaru, na którym właśnie stali. Nad ich głowami ze sklepienia zwisała druga część filaru tyle, że odwrócona podstawą ku górze. Filar miał powierzchnię sporego boiska sportowego. Wielkie, czarne pale zakotwiczone na całej górnej powierzchni filaru tworzyły gęsty las wycelowany prosto, w górną część filaru.
    - Tu, w kolumnach akceleratorów spiralnych, zasilanych zmianami fazy superprzechłodzonej próżni generujemy energię potrzebną do przeprowadzenia procesu, - głos objaśnił. - Filar kumuluje energię i przesyła ją do konwerterów, gdzie ulega ona transformacji w kondensat złożony z adhezonów. Lepiej tu nie być, gdy energia zacznie płynąć. Ludzka cywilizacja nie wyprodukowała w ciągu całego swojego istnienia nawet jednej tysiącznej części energii, jaka będzie tędy przepływać w każdej sekundzie działania urządzeń. Ze względu na niezwykle dużą gęstość energii, jaka będzie tędy przepływała, jaskinia ta jest oddalona w pionie od pozostałych części zespołu o ponad kilometr. W całym wszechświecie nie ma takiej drugiej konstrukcji. Zapewniam Was. Gdyby całą tę energię uwolnić w niekontrolowany sposób, Ziemia wyparowałaby w ułamku sekundy, pozostawiając po sobie jedynie obłok kurzu krążący po orbicie wokół Słońca. Są jeszcze inne części tego kompleksu, jednak nie mamy czasu, by je wszystkie obejrzeć a w każdym razie nie teraz. Czy jesteście zadowoleni z tego, co zobaczyliście?
    - Możemy wracać, jeśli o mnie chodzi, - Mag zdecydował. - Jestem pod wrażeniem skali tego przedsięwzięcia. Widzieć schemat, to zupełnie co innego, niż zobaczyć te podziemne konstrukcje.
    - Zapewniam Cię, że widziałeś zaledwie dziesiątą część tego, co warto tu zobaczyć, - Ekstrapolator oznajmił z nutką dumy w głosie. Szkoda, że nie będziecie mogli podziwiać urządzeń, jakie istniały na wyspie, gdy rasa Atlantów nią władała. Wszystko to uległo zniszczeniu w katastrofie wywołanej przez Estymator, wiele tysięcy lat temu. Pozostały jedynie zapisy archiwalne, ale jak to słusznie zauważył pan Ulf, to zupełnie co innego, niż rzeczywistość. Zapraszam Was, zatem na pożegnalny poczęstunek. Spodziewam się, że wkrótce podejmiecie decyzję.
    Platforma ruszyła z powrotem ku powierzchni. Podróż wydawała się o wiele krótsza niż poprzednio, gdyż wszyscy byli zafascynowani widokami, które dane im było oglądać. Gdy wreszcie dotarli do jaskini z kolorowymi pufami puchary były już napełnione po brzegi. Zmęczeni, ale zadowoleni z przyjemnością zanurkowali w objęcia wygodnych puf. Wszyscy chętnie sięgnęli po swoje puchary i powoli je opróżniali. Jedynie Ferrus był jakiś nieswój. Podniósł swój puchar i przybliżył go do ramienia, na którym wciąż siedziało małe stworzonko. Ożywiło się, gdy dostrzegło napój i zanurzyło w nim swoją trąbkę. Piło z wyraźną przyjemnością. Gdy już się napiło do woli zwinęło trąbkę w spiralkę i pisnęło cichutko prosto do ucha Ferrusa, który wypił to, co mu Przewodnik pozostawił. Trochę było mu żal rozstawać się z nowym przyjacielem, ale nie miał zamiaru robić z tego powodu przedstawienia. Wysączywszy swoje napoje goście wstali i założyli uprzednio zdjęty ekwipunek.
    - Oczekuję waszej decyzji w ciągu dwudziestu czterech godzin, - Ekstrapolator nieco oficjalnym tonem pożegnał swoich gości i zaprosił do ponownej wizyty.
    - Postaramy się jak najszybciej Cię odwiedzić, - odparł Khan kierując się do miejsca, gdzie naleśnikowate pojazdy ich opuściły. - Dziękuję za zaproszenie i oprowadzenie po Twoich włościach.
    - Czy nie popełnię faux pas, jeśli poproszę byś zechciał zaopiekować się Przewodnikiem? - Ekstrapolator pragnął dać Ferrusowi do zrozumienia, iż jest mu wdzięczny za miłe słowa, jakimi go uhonorował w języku ich wspólnych przodków. - Nie wymaga zbyt wielkiej uwagi. Wystarczy, gdy raz na jakiś czas dasz mu cokolwiek, co zawiera cukier do jedzenia. Najlepiej w płynnej postaci. Będę Ci niezmiernie zobowiązany, gdyż moje stadko rozrosło się ponad moje skromne możliwości finansowe.
    - Jeśli Przewodnik zechce się ze mną udać w odległe regiony Wszechświata, z radością ulżę Twojemu losowi, - Ferrus uśmiechnął się do małego robaczka, który pilnie go obserwował swoimi złocistymi oczkami. - Kiepski ze mnie opiekun, ale postaram się nie sprawić Ci zawodu. Przewodnik będzie bezpieczny, jakby był u Ciebie.
    Ferrus był w poważnej rozterce, gdyż nie wiedział jak się zajmować tak delikatnym stworzeniem, ale chęci miał szczere. Naleśnikowate pojazdy zjawiły się w międzyczasie, by zabrać podróżników w drogę powrotną do włazu. Powoli uniosły się i pomknęły w górę mijając w sobie tylko znany sposób przedziwne meandry pozakrzywianej przestrzeni. W końcu dotarły do półki, na której pozostawiły podróżników. Żaden z nich nie miał już ochoty na dalsze przejażdżki, więc bezceremonialnie przeskoczyli wprost na podjazd chatki Uziego. Gwałtowna zmiana otoczenia przestraszyła Przewodnika, który się skulił i obserwował otoczenie w napięciu. Po chwili jednak przekonawszy się, iż nic mu nie grozi, nieco odważniej rozprostował czułki i rozpostarł swoje piękne skrzydełka.
  • #17
    yego666
    Level 33  
    ========== Odcinek 16 ============

    CARPE DIEM

    Zwerg uniósł ręce w górę w patetycznym geście oddania się pod opiekę sił wyższych.
    - Oszukiwano nas przez setki lat! - Grzmiał donośnym głosem. - Najwyższy w końcu się temu postanowił sprzeciwić. Spójrzcie wokoło. Dane mi było dostąpić olśnienia podczas ostatniego aktu gniewu Najwyższego. Miałem wizję totalnej zagłady świata, jeśli się nie nawrócimy. Pan zmiecie nasze miasta i wioski, zaleje wodą i ogniem nasze domy i wyniszczy wszystkich tych, którzy Mu odmówią. To heretyccy wodzowie Gildii skierowali nas na tory fałszywej wiary w nieomylność nauki.
    Tłum, który dotąd milczał wyraził swój aplauz dla słów tego człowieka, który z pewnością miał kontakt z Najwyższym. Jakżeby inaczej mógł tyle wiedzieć.
    - Gildia nigdy nie kochała ludu, - natchniony mówca kontynuował z wyżyn swojego balkonu, - tylko dbała o swoje dobro a reszcie pozostawiła jałowe życie w bezmyślnym dostatku. Nie podała celu ani powodu, dla którego trzeba było się doskonalić w wiedzy i rozumieniu świata. I co z tego przyszło szaremu człowiekowi? Swoim brakiem wiary rozgniewaliśmy Siły, którym nauka zaprzecza. Szukałem odpowiedzi przez wiele lat, lecz jedyną prawdziwą odpowiedzią okazała się wiara w to, czego nam zakazano. To Najwyższy włada naszym losem i może nas ocalić. Obudźcie się. Jeszcze nie jest za późno. Wesprzyjcie ruch Servo Servorum, który od zawsze podążał ścieżką prawdy i nigdy nie wyrzekł się wiary, nawet pod groźbą utraty życia nie cofnąłem się przed dawaniem świadectwa prawdzie. Kupujcie cegiełki wspomagające naszą wspólną sprawę. Wasza ofiara zostanie nagrodzona. Najhojniejsi z Was dostąpią zaszczytu inicjacji i staną się dziećmi najwyższego. Tylko wierni przetrwają Armagedon zesłany dla oczyszczenia świata z chwastów. Wejrzyjcie w swoje serca, moi bracia. Czy wiecie, po co żyjecie?
    Zwerg zrobił pauzę, by każdy mógł spojrzeć w głąb swojego serca i przyznać mu rację.
    - Jesteśmy jak ziarenka piasku, - wznowił mowę cichym głosem kaznodziei objaśniającego ciemnocie zamysł Najwyższego. - Jedno ziarenko nic nie znaczy, ale miliony mogą wzniecić zamieć tak potężną, że nie oprze się jej nawet najmocniejszy bastion niewiernych mieniących się kapłanami fałszywego boga, - nauki. To właśnie ona dała nam na wiele stuleci zwodniczą pewność, że osiągniemy boską moc i zapanujemy nad naturą, jednak naturą włada jedynie Najwyższy i dał mi znak, że czas obalić uzurpatorów i ich pogańską wiarę w potęgę nauki. Dwukrotnie poczuliście gniew, jakim zapałał Najwyższy. Kazał mi obudzić Was, byśmy przejęli władzę nad światem i stali się godni Jego przebaczenia.
    Zwerg jeszcze długo przemawiał do zgromadzonych, których rzesze rosły z każdą chwilą. Słowa Zwerga powtarzano innym, którym nie było dane dostąpić łaski słuchania go osobiście. Niektórzy nawet twierdzili, że Zwerg był prastarym, świętym mędrcem zesłanym dla ratowania ludzkości przed zagładą. Ludzie w pośpiechu kupowali cegiełki, by stać się godnymi łaski przebaczenia i ocalenia przed nadchodzącą apokalipsą. W ciągu kilku dni słowo obiegło całą planetę a rzesze wiernych urosły w miliony. Globalna komunikacja w rękach Zwerga i jego dwunastu Wysłanników umożliwiła nawrócenie niezliczonych, zagubionych dusz. Ludzie wreszcie czuli sens istnienia. Wstąpił w nich duch czynu i wiara, że mogą wybłagać łaskę Najwyższego. Zwerg pojawiał się w różnych miejscach nauczając niestrudzenie w zamian za miskę strawy i kąt do spania. Dochodziło nawet do krwawych walk o to, kto udzieli nowemu mesjaszowi schronienia. Ci, którzy dostąpili zaszczytu obcowania z nim pod jednym dachem twierdzili nawet, że czyni on cuda i sprowadza natychmiastowe oświecenie na wątpiących. Bojówki Servo Servorum powstawały jak grzyby po deszczu. Niektóre mogły się nawet pochwalić zwycięstwami nad świetnie uzbrojonymi i wyszkolonymi oddziałami Gildii. Co więcej, niektórzy dezerterowali i przyłączali się do bojówek Servo Servorum. Ich doświadczenie bojowe było bezcenne i szybko awansowali na przywódców lokalnych struktur Kościoła Odnowionego. Coraz częstsze potyczki z oddziałami Gildii przynosiły lawinowy napływ wiernych zasilających szeregi organizacji. W ciągu kilku dni zdobyto większość ośrodków władzy a niewiernych zgładzono lub zmuszono do przyjęcia nowej wiary. Powstały nawet oddziały szkolone specjalnie do przeprowadzania samobójczych ataków bombowych na trudniejsze cele. Chętnych do pójścia do nieba na skróty nie brakowało, jednak tylko najlepsi mogli liczyć na zaszczyt służenia w oddziałach Pogromców Szatana. Dobs miał coraz trudniejsze zadanie. Sytuacja wymknęła się zupełnie spod kontroli i w ciągu paru dni wysiłek wielu stuleci legł w gruzach. Gdzieniegdzie tylko pojawiały się grupki represjonowanych, których natychmiast przenoszono w bezpieczne obszary nieobjęte jeszcze zbiorowym amokiem religijnym. W końcu Dobs nawet zdecydował się na zorganizowanie zamachu na Zwerga, ale w jego efekcie zabito jedynie jednego z jego licznych sobowtórów.
    - Jesteśmy niezwyciężeni, - Zwerg znów grzmiał z mównicy. - Niewierni są w rozsypce. Uchodzą pod naporem prawdziwej wiary. Najwyższy jest z nami i wspomaga nasze dzieło. Wszyscy to widzimy i nie damy się omamić fałszywymi obietnicami. Ponosimy ofiary, ale i na to jestem gotów. Najwyższy przyjmuje wszystkich wiernych pod swoje skrzydła a wrota Himmelium stoją otworem dla tych, którzy własnym życiem bronią naszej świętej wiary. Tam w chwale zasiadają w kręgu światłości i korzystają z owoców miłości naszego Pana. Nie wahajcie się dawać świadectwa swojej wiary. Wasze poświęcenie jest nagradzane najwyższymi zaszczytami. Powrócicie na Ziemię w chwale, by nam wskazywać drogę w dalszej walce.
    Gildia znajdowała się w odwrocie, nie było co do tego, żadnych wątpliwości. Instytucje administracyjne przestały działać a te fabryki, które dotąd nie spłonęły, stały z powodu braków w zaopatrzeniu. Sklepy zaczęły świecić pustkami, gdyż nie otrzymywały już towarów.
    - Chcą nas wziąć głodem, - Zwerg nauczał, - ale Najwyższy nas nakarmi i odzieje. Wiara będzie nam ostoją i żywicielką. Nie lękajcie się a Pan Was wynagrodzi. Jeszcze tylko trochę a zwycięstwo będzie nasze. Nie poddawajcie się, organizujcie się w społeczności rolnicze, by nie dać się zamorzyć głodem. Władza posiada magazyny pełne dóbr wszelakich, które zgromadzili naszym kosztem. Odbierzmy, co nasze.
    Ludzie podniesieni na duchu postępowali tak, jak nakazał Mesjasz. Kolejne składy żywności i innych towarów padały łupem rozwścieczonych ludzi. Każdy, nawet najbiedniejszy, opływał już teraz w dobra wszelkiego rodzaju. Najnowocześniejsze holoodbiorniki, komunikatory i grawitoloty cieszyły swoich nowych właścicieli. Nikt jednak nie wiedział, kiedy Najwyższy okaże wreszcie swoją łaskę i odwoła Armagedon. Walka o odkupienie trwała bez przerwy a końca nie było widać. Wciąż, bowiem powtarzały się ataki znienawidzonych oddziałów Gildii na zbory i wiece wiernych.
    - Dobrze się spisaliście! - Święty Zwerg chwalił tłum. - Wrogowie się rozpierzchli i Ziemia znów jest nasza. Najwyższy właśnie objawił mi swoją decyzję. Jako jego namiestnik na Ziemi ogłaszam Wam dobre nowiny. Swoją wytrwałością i wiarą niezłomną odkupiliśmy winy naszych przodków. Armagedon nie nastąpi. Odtąd pod moim przywództwem będziemy budować społeczność opartą na fundamentach wiary i oddania Najwyższemu. Biada temu, kto się sprzeniewierzy temu przesłaniu. Rada Najwyższa będzie Wam przekazywać przykazania i światłe wskazówki, co robić, by Pan nie zmienił swojego zdania. Idźcie teraz i głoście wszystkim moje radosne przesłanie a niewiernych każcie ogniem i mieczem, albowiem nie zasługują oni na litość i łaskę.

    MEDIUM

    Wróciwszy z wyprawy Khan zwołał wszystkich na naradę do chatki Uziego. Nie było wiele czasu na podjęcie decyzji. Nikt zresztą nie zamierzał podejmować innej decyzji niż wskazywała logika. Brak alternatywy był najwłaściwszym drogowskazem w tej sytuacji.
    - Posiadamy dość spore zasoby Quadrium, by zapewnić zasilanie Machiny Kosmologicznej, - Żarłok stwierdził, - jednak nie stwierdziłem nigdzie obecności złóż żadnego Medium, o które prosił Ekstrapolator. Nawet nie wiemy, co to takiego. Podał kilka cech, jakie to Medium ma posiadać, ale nie wspomniał gdzie go szukać. Szkoda, że wcześniej nie wpadliśmy na to, że Konwerton zawiera tyle cennych informacji. Moglibyśmy rozpocząć już poszukiwania tego Medium.
    Mag nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Za nim poszli pozostali. Żarłok nieco się zmieszał, gdyż nie wiedział, co wszystkich rozbawiło.
    - Nic dziwnego, że nie słyszałeś o Medium, Żarłoku, - Samira odezwała się powstrzymując śmiech. - W obecnych czasach zabobon już nie istnieje a Medium było właśnie jego produktem. Wziąwszy jednak pod uwagę rozwój naszej wiedzy na temat poziomu matrycowego skłonna jestem przyjąć, że Medium zdolne bezpośrednio manipulować obiektami na matrycy holograficznej rzeczywiście może istnieć. Sami potrafimy do pewnego stopnia posługiwać się matrycami splątań do teleportacji, lewitacji i telekinezy, ale świadome manipulowanie tymi obiektami jakby leżały na stole wymaga czegoś więcej, niż Quadrium. To musi być jakaś nadzwyczajna zdolność, której nikt z nas raczej nie posiada. Chodzi zatem, o osobę Żarłoku, nie o minerał.
    - Teraz rozumiem, z czego się śmialiście, choć nie wydaje mi się to nadzwyczaj zabawne, - Żarłok powiedział z wyrzutem.
    - Ależ to nie z Ciebie się śmialiśmy Żarłoku, - Hera usiłowała udobruchać urażonego Poszukiwacza. - Sposób, w jaki to powiedziałeś był zabawny. Nie gniewaj się proszę, - Hera pogładziła delikatnie dziób nadąsanego Żarłoka.
    - No dobrze, już się nie gniewam, jednak wciąż nie wiemy, gdzie szukać tego Medium, - Żarłok szybko uznał logikę rozumowania Hery. - Konwerton zawiera jakieś wskazówki, ale jeszcze ich nie czytaliśmy.
    Komunikator Khana zabrzęczał cicho. Khan spojrzał na ekranik i wstał od stołu.
    - Przepraszam Was na chwilę. Dobs usiłuje się ze mną skontaktować, - wyjaśnił zebranym. - Zaniedbałem trochę swoje obowiązki Zwierzchnika Gildii a Ziemia też ma swoje prawa.
    Khan wyszedł przed chatkę i włączył komunikator. Na holoekranie ukazała się twarz Dobsa.
    - Od kilku dni usiłuję się skontaktować z Tobą Tuan, ale Szyszkin zabronił mi Cię niepokoić, - Dobs szybko powiedział, bojąc się, że Khan zerwie połączenie. - Sytuacja wymknęła się spod kontroli i wymaga natychmiastowej reakcji.
    - Mów co się stało, - Khan spokojnym głosem zachęcił Dobsa. - Nie mam wiele czasu, ale jeśli to coś ważnego, to będę musiał się tym zająć.
    - Zwolennicy Kościoła Odnowionego przejęli władzę na Ziemi, - Dobs powiedział cicho. - Niszczą i plądrują wszystko, co się da, w imię jakiegoś Świętego Zwerga.
    - Świętego Zwerga? - Khan usiłował znaleźć w głowie cokolwiek na ten temat. - Oświeć mnie kto to taki.
    - Do niedawna był kapralem w oddziale Gildii stacjonującym w Jaur. Musiał się jakoś dobrać do zasobów wirusa, który Twoi ludzie tam zdeponowali i rozsiał to świństwo po całej Ziemi. Prawie sto procent populacji zostało zarażone. Jego armia fanatyków rośnie z dnia na dzień. Nie chciałem używać siły, ale to, co się dzieje to już katastrofa. Przejęli wszystkie ośrodki administracji i zniszczyli większość fabryk. Jeszcze kilka dni a zacznie się katastrofa humanitarna, bo nie będą mieli co jeść ani pić. Nic już nie funkcjonuje. Wszystkie naziemne oddziały Gildii przeszły na stronę Zwerga. Jedynie oddziały na okrętach floty pozostały niezarażone, ale bardzo się niepokoją sytuacją na Ziemi. Ten Zwerg w ciągu kilku dni stał się najbogatszym człowiekiem na świecie. Wyznawcy zapisują mu całe majątki i wszystkie środki, jakie udało im się zgromadzić. Można by za jego majątek wybudować nową flotę doskonale wyposażonych okrętów międzygalaktycznych.
    - Świętość się opłaca jak widać, - Khan nie wiedział, co powiedzieć. - Zaraz się zjawię u Ciebie. Gdzie się teraz znajdujesz?
    - Jestem na okręcie flagowym, - Dobs powiedział z ulgą dowiedziawszy się, że otrzyma wsparcie. - Może Twój autorytet Tuan coś zmieni, choć szczerze przyznam, że fanatyzm tych ludzi mnie przeraża. Są jak zombi. Nic do nich nie dociera.
    - Załatwię jeszcze parę spraw i zaraz będę u Ciebie. Bez odbioru, - Khan wyłączył komunikator i wrócił do chatki.
    Wszyscy zwrócili wzrok w jego stronę. Ich pytające spojrzenia nie pozostawiały wątpliwości. Przeczuwali, że dzieje się coś niedobrego.
    - Ziemię opanowały zombi, - Khan powiedział cicho. - Twój wirus Ferrusie okazał się niezwykle skuteczny. Niemal sto procent populacji, stało się z dnia na dzień, wyznawcami Świętego Zwerga, z Kościoła Odnowionego. Czy znasz kogoś takiego?
    Ferrus wyglądał na zaskoczonego tą informacją.
    - Kazałem zdemontować wszystkie zasobniki z tym świństwem zaraz po śmierci Yaaha, - wymamrotał. - Nie wiem jak to się mogło stać. Nie znam żadnego Świętego Zwerga. Kiedyś w tak zwanych Wiekach Średnich wyświęciliśmy wielu różnych ludzi, to i pewnie jakiś Zwerg tam był, ale wątpię, by ten obecny żył aż tak długo. Średniowieczni nie mieli zwyczaju żyć dłużej niż sto lat.
    - Miałem na myśli kogoś z najnowszych czasów, - Khan się poprawił. - To były kapral Gildii.
    - Listę wszystkich konfidentów na Ziemi i na Zaxor otrzymałeś ode mnie już kilka ładnych dni temu, ale nie przypominam sobie żadnego Zwerga.
    - Jest jeszcze lista Patalacha, - Uzi niespodziewanie wtrącił się do rozmowy. - Mam zapis całej jego świadomości. Na jego liście znajduje się dwóch Zwergów. Wiem nawet jak wyglądali. Obaj zostali zwerbowani na Ziemi, ale tylko jeden jest związany z Gildia. Co ciekawe, Patalach uważał go za wybitną osobowość o silnych cechach przywódczych, ale skrajnie egocentryczną, chciwą i niestabilną psychicznie. Nie znalazłem żadnej wzmianki o współpracy z którymkolwiek Zwergiem, choć jeden został nagrodzony za zdobycie tajnych informacji na temat ruchów floty. Wszyscy konfidenci mieli pseudonimy. Nasz Zwerg miał pseudonim Kot. Może dostarczał informacji komuś wyższemu rangą w hierarchii, stąd nie figuruje, jako bezpośredni kontakt. Tu ślad się niestety urywa.
    - Dziękuję, - Khan z uznaniem poklepał Uziego po korpusie. - Dobs na pewno wie więcej o tym osobniku, gdyż jego konto pęka w szwach od darowizn wszystkich, którzy chcieli sobie kupić przychylność Najwyższego. Że też ludziom się chce nawet takiej władzy, o której wiedzą, że potrwa tylko chwilę. Z drugiej jednak strony, muszę przyznać, że gość musi mieć niesamowitą charyzmę, nawet wziąwszy pod uwagę, że jego wierni są pod wpływem wirusa „wiary”. Widząc, że nikt się nie kwapi z objęciem rządów na Ziemi, sam się za to wziął i teraz trzyma wszystkich za mordę.
    - To może nie być takie głupie rozwiązanie, jakby na pierwszy rzut oka wyglądało, - Aurora się wtrąciła do rozmowy. - Jeśli zapanujemy nad Zwergiem tak, by się nie zorientował, że jest sterowany, mielibyśmy spokój i pełne posłuszeństwo wszystkich poddanych. Yaah dążył właśnie do czegoś takiego, tylko w zupełnie innym celu i to On miał być na miejscu Zwerga. Cóż za ironia losu.
    - Jesteś genialna! - Khan uściskał Aurorę. - To jest właściwe rozwiązanie tego zagadnienia. W międzyczasie możemy wymyślić antidotum na tę paskudną przypadłość i kiedy zagrożenie już minie wyleczymy wszystkich opętanych a Zwerga się pozbędziemy.
    - Nawet jak na moje standardy, ten pomysł jest skrajnie cyniczny, ale podoba mi się, gdyż jest poprawny logicznie, - Ferrus przychylił się do pomysłu Aurory.
    Owadzik wciąż rezydujący na jego ramieniu rozejrzał się czujnie i pisnął dwa razy jakby rozumiał, o czym rozmawiano.
    - Twój podopieczny, Ferrusie wydaje się mieć własne zdanie, - Ulf puścił oko do robaczka. - Czy nadałeś mu już jakieś imię?
    Owadzik poruszył swoimi czułkami i spojrzał na Ulfa. Przez chwilę go lustrował swoimi bystrymi oczkami, po czym spojrzał z boku na Ferrusa, jakby w oczekiwaniu na jego reakcję.
    - Myślałem już nad tym, ale nie jestem pewien, czy mu się spodoba to, co wymyśliłem, - Ferrus spojrzał pytająco na robaczka i przysunął dłoń do ramienia. - Nie bój się. Tu nic Ci nie grozi.
    Owadzik przez chwilę przyglądał się dłoni Ferrusa nieufnie. Dotknął jego palców czułkami i przekonawszy się, że jest bezpieczny podreptał swoimi drobnymi nóżkami sadowiąc się na samym środku nowego miejsca.
    - Nie rozsiadaj się, - rzekł Ferrus do swojego pupila. - Chcę Cię zaprezentować wszystkim zebranym.
    Robaczek został przeniesiony na stół, gdzie spoczęła dłoń Ferrusa.
    - Przedstawiam Wam mojego nowego przyjaciela, któremu chcę nadąć imię Iris, gdyż przypomina mi ten piękny kwiat.
    Wszyscy przyglądali się ciekawie robaczkowi. Hera była zachwycona jego mieniącymi się skrzydełkami. Dotąd nie było czasu dokonać oficjalnej prezentacji, więc obrzęd nabrał charakteru oficjalnego. Robaczkowi chyba spodobało się nowe imię, gdyż rozpostarł skrzydełka i wzbił się w powietrze. Po chwili wylądował na ramieniu Hery i musnął jej policzek czułkiem na znak przyjaźni. Anielica nie znosiła wszelkiego robactwa, ale ten maluch podbił jej serce od pierwszego wejrzenia.
    - Widzisz - powiedziała przekornie, - woli moje gładkie lico od Twojej, chropowatej skóry.
    Ferrusowi zrobiło się trochę smutno, że jego przyjaciel go zdradził, ale w końcu poleciał w tym samym kierunku, w którym i Ferrus miał zamiar się skierować. Hera jak najbardziej miała znaczące miejsce w jego planach na przyszłość. Iris spodobało się to miejsce, gdyż Hera pachniała znacznie przyjemniej niż Ferrus.
    - Może to i dobrze, - powiedział Ferrus. - U Hery będziesz znacznie bezpieczniejszy niż u mnie. Ja wiodę ostatnio dość niebezpieczny żywot. Ale czasem przylecisz do mnie, dobrze?
    Owadzik spojrzał na Ferrusa i pisnął poruszając zabawnie swoimi długimi czułkami. To chyba oznaczało zgodę.
    - Niezależnie od wszystkiego, - Khan znów się odezwał, - muszę odwiedzić Dobsa, by sprawdzić szczegóły i wydać flocie rozkazy. Muszę mieć na Ziemi kogoś, komu mogę zaufać. Postaram się pogadać z tym Świętym Zwergiem. To może być ciekawy facet. Wybaczcie, że Was opuszczę na jakiś czas. Zajmijcie się przestudiowaniem detali dotyczących Medium. Uzi ma wszystkie dane, więc nie powinno mu to sprawić trudności. Żarłoku, zaplanuj proszę, transport Quadrium do Atlan-Tum. Bez tego nic nie zdziałamy. Samiro, zdaje się, że prace nad antidotum w Thevion już trwają. Może Jose coś Wam pomoże. W końcu wyleczyli Dobsa z tego wirusa.
    Szyszkin przytaknął ochoczo sądząc, że chwilowa zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Khan w jednej chwili zniknął bez ostrzeżenia. Iris zaniepokoił się tym zniknięciem, ale już nie tak bardzo jak wtedy, gdy sam się teleportował na ramieniu Ferrusa. Ewidentnie potrafił się uczyć. Szybko się uspokoił i zajął się badaniem długich rzęs Hery przy pomocy swoich czułków.
    Khan pojawił się niespodziewanie na mostku okrętu flagowego. Oficer bezpieczeństwa w pierwszej chwili sięgnął po broń, lecz raz już popełnił faux pass wobec Konsula i nie chciał mu podpaść po raz drugi. Schował broń do kabury i skłonił się z szacunkiem. Dobs również wyglądał na zaskoczonego, ale ostatnio tyle się działo, że jedna dziwna rzecz więcej nie była go w stanie zbić z pantałyku.
    - Dobrze, że jesteś Tuan, - Dobs zwrócił się do Khana. - Szczerze mówiąc...
    Khan uciszył go gestem dłoni.
    - Chodźmy do mojej kajuty. Tam będziemy mogli porozmawiać.
    Dobs ruszył za Khanem. Opuszczając mostek zasalutował Pierwszemu Oficerowi przekazując władzę nad okrętem. Poszli głównym korytarzem po miękkiej wykładzinie, która doskonale tłumiła kroki. Weszli do obszernej kajuty pozbawionej jakichkolwiek akcentów osobistych. Khan nie miał zwyczaju znakować jak pies każdego miejsca, w którym przebywał. W swoim życiu zmieniał kajuty tak często, że w ogóle przestał się przywiązywać do swojego miejsca pobytu. Liczyli się tylko ludzie, którzy go otaczali. To oni byli istotni, chociaż nie zawsze. Khan wskazał Dobsowi krzesło. Sam usiadł naprzeciwko. Dobs zreferował dokładnie wydarzenia ostatnich kilku dni, gdy Khan był nieobecny.
    - Pokaż mi, jak wygląda ten Zwerg. Masz jego podobiznę, czyż nie? - Khan spytał, gdy Dobs zakończył opowiadanie.
    Dobs sięgnął do wewnętrznej kieszeni munduru i wydobył kieszonkowy projektor holo. Włączył go i przez chwilę szukał odpowiedniego pliku. W powietrzu nad projektorem ukazała się twarz człowieka, o którego Khan spytał.
    - Nie jest to twarz Juliusza Cezara, - Khan podsumował sarkastycznie. - Jak ktoś o tak nieciekawej aparycji mógł porwać tłumy? Trudno pojąć meandry psychologii. Pokaż, co jeszcze wywiad zebrał na jego temat.
    Dobs podsunął Khanowi płaski projektor i go włączył. Khan przeglądał przez chwilę różne informacje zwykle opatrzone notką „Ściśle tajne”. Zatrzymał się na rysie psychologicznym pana Zwerga.
    - Nietuzinkowy typ. Ciekawe, czemu nie skończył w kolonii karnej. Za dużo mniejsze przewinienia karano zsyłką - Khan podsumował to, co przeczytał.
    Nagle niemal się zerwał z miejsca.
    - Czy to na pewno prawda? - Spojrzał poważnie na Dobsa. - Nic dziwnego, że miał dostęp do wszystkiego, co zechciał.
    - Maximus nigdy nie chwalił się, że ma syna - odparł Dobs, - może, dlatego, że ten był z nieprawego łoża mówiąc kolokwialnie.
    - W naszych czasach nikogo już takie rzeczy nie obchodzą - Khan zaoponował, - chociaż w przypadku Maximusa mogło to mieć wpływ na jego nieskazitelny wizerunek. Nawet nazwisko miał inne. Muszę mu się przyjrzeć z bliska. Może być całkiem ciekawym okazem. Cynizm i przebiegłość odziedziczył z pewnością po tatusiu. Czy wiadomo, gdzie się obecnie znajduje?
    - Godzinę temu wywiad doniósł, że nocuje w hotelu Galaktyka w Sydney, - Dobs wskazał dokładną lokalizację na mapie miasta wyświetlonej nad blatem stołu. Powinien tam być przynajmniej do rana. W tej chwili jest druga trzydzieści, więc pozostało jeszcze około pięciu godzin. Rano po śniadaniu zwykle obiera jakąś inną lokalizację i się przemieszcza wraz ze swoją świtą.
    - Dziękuję Dobs. Nie mogłeś się lepiej sprawić. Taki obrót spraw jak najbardziej mi odpowiada. Teraz wybacz, ale muszę Cię opuścić. Wiesz jak się ze mną porozumieć, więc tylko dbaj o to, by flota pozostała nam wierna. Żadnych wycieczek na Ziemię. Wszyscy mają pozostać na okrętach. Nikogo też nie przyjmujcie z Ziemi.
    Khan wstał i swoim zwyczajem zniknął bez uprzedzenia. Dobs zachodził w głowę, jak obecna sytuacja mogła służyć komukolwiek poza Zwergiem.
    - Słabo znam się na ludziach, - pomyślał wspominając słowa Khana. - Zdecydowanie wolę maszyny od ludzi. Są przynajmniej przewidywalne.
    Wstał i udał się na mostek, by wydać rozkazy zakazujące jakiegokolwiek przemieszczania się na Ziemię. Wolałby się zająć swoją archeologią zamiast pilnować porządku, gdyż do tego technicznie rzecz biorąc jego rola się sprowadzała. Nie znajdował żadnej przyjemności w rządzeniu i wydawaniu rozkazów. Khan tymczasem zmaterializował się za hotelem wskazanym przez Dobsa. Zmienił strój na bardziej cywilny i wkroczył do głównego lobby. Za kontuarem w recepcji siedziała kobieta o łagodnych rysach. W ocienionej części lobby na skórzanej kanapie siedziało trzech mężczyzn uważnie przyglądając się przybyszowi.
    - Chciałbym wynająć pokój na jedną noc - Khan zwrócił się do recepcjonistki.
    Kobieta pochłonięta wypełnianiem jakichś formularzy w systemie recepcyjnym obróciła głowę, by się przyjrzeć nowemu gościowi. Spojrzała mu prosto w oczy i natychmiast padła ofiara jego magicznego spojrzenia. Khan szybko przetrząsnął informacje w jej głowie i nakazał jej przydzielenie mu pokoju przylegającego do kwatery Zwerga.
    - Pokój dwieście trzy, - powiedziała do przybysza. - Pan jak zwykle w interesach panie Stein? - Spytała uśmiechając się.
    - Oczywiście moja droga, - Pan Stein odparł swobodnym tonem. - Czy pani Stein już przybyła?
    - Jeszcze nie proszę pana, - odparła recepcjonistka spoglądając na ekran, który widniał przed nią.
    Wręczyła Khanowi klucz do pokoju i usiadła. Khan nie miał najmniejszego kłopotu, by zapanować nad jej umysłem. Zachowywała się jak posłuszna lalka. Usiadła na swoim krzesełku i straciła zainteresowanie gościem. Khan odwrócił się i ruszył w kierunku staromodnej windy. Jeden z typów wstał z kanapy i podszedł do recepcjonistki. Chwilę trwała wymiana zdań pomiędzy nimi. Typ spojrzał na Khana i wiedziony jakimś przeczuciem podszedł do niego.
    - Zechce pan okazać swój identyfikator? - Nalany typ spytał obcesowo.
    Khan spróbował wejść do jego głowy, ale okazało się to dosyć trudne. Typ nie reagował na polecenia. Nikt mu nie powiedział, że kontrolowanie umysłów ludzi zarażonych i silnie zmotywowanych to trudna sztuka i często się nie udaje. Są zamknięci jak puszka fasoli. Wiąże się to z działaniem wirusa, który upośledza ośrodki percepcji pozazmysłowej. Khan właśnie teraz się o tym przekonał.
    - A z jakiego powodu miałbym się panu legitymować? - Khan rzucił zaczepnie. - Jest pan kierownikiem tego hotelu?
    Olbrzym nie miał chyba poczucia humoru, gdyż błyskawicznie wyciągnął dwie wielkie jak bochny chleba dłonie, by chwycić opornego gościa za klapy płaszcza. Khan uprzedzając olbrzyma zrobił krok w bok unikając w ten sposób schwytania. Nie chciał wywoływać awantury, by nie wzbudzać podejrzeń, ale jakby się nie kamuflował, na biznesmena nie wyglądał. Ogorzała i nieogolona twarz Khana sugerowała, że jego profesja nie należała do najszlachetniejszych. Musiał szybko coś wymyślić zanim zrobi się głośno i cała akcja zostanie spalona. Powoli zaczął się wycofywać ku środkowi lobby by tam ściągnąć napastnika. Dwaj pozostali zerwali się z kanapy i podążyli ku cofającemu się gościowi. Gdy Khan znalazł się na środku lobby stanął prosto i czekał aż wszyscy trzej napastnicy znajdą się w jego bezpośrednim zasięgu. Pierwszy pochwycił go za kark typ, który go zaczepił przy windzie. Zaraz potem dwaj pozostali również go dopadli łapiąc za ramiona. Nagle wszyscy czterej zniknęli z głównego hallu jakby ich tam nigdy nie było. Pojawili się ponownie na środku niewielkiej skalistej wysepki na Oceanie Spokojnym. Wysepka miała nieco ponad sto kroków średnicy i płaską twardą powierzchnię. Wystawała jak wysoki komin ponad wody otaczającego ją ze wszystkich stron oceanu. Trzej napastnicy w pierwszej chwili nie dostrzegli zmiany scenerii, lecz celny kopniak między nogi natychmiast uświadomił właścicielowi wielkich dłoni, że ma kłopoty. Zwinął się i zawył z bólu. Dwaj pozostali wciąż trzymali ręce Khana. Khan wykonał szybki obrót wokół osi swoich ramion pociągając dwóch osiłków za sobą. Obaj unieśli się w powietrze jak worki kartofli i zanim spadając zdążyli dotknąć skał, otrzymali po kopniaku w podbródek. Szczęka jednego z nich nie wytrzymała i pokruszyła się na kilka kawałków przebijając skórę w paru miejscach. Nie mając czasu na zabawy Khan dopadł pierwszą ze swych ofiar i wprawnym ruchem skręcił jej kark. Olbrzym osunął się bezwładnie na skały i znieruchomiał. Drugi leżał, trzymając się za pogruchotana szczękę jęcząc przeraźliwie. Trzeci pozbierał się i stanął na nogach. Jedynie księżyc oświetlał wysepkę mdłym blaskiem, więc minęła dłuższa chwila nim zdołał dostrzec Khana, który stał o kilka kroków od niego i bezczelnie mu się przyglądał. Khan powoli przesuwał się ku krawędzi wysepki. Zbir ruszył biegiem w jego kierunku. Khan przyklęknął i podbijając napastnika kopniakiem w brzuch pociągnął go jednocześnie za ramię. Napastnik uniósł się w powietrze i poszybował nad krawędzią wyspy prosto na skały u jej podnóża. Khan odwrócił się do jedynego pozostałego przy życiu zbira. Widząc, że ten trzyma się za krwawiącą szczękę zrozumiał, że nie uda mu się go przesłuchać. Zbir widząc zbliżającego się Khana zaczął się cofać. Wyciągnął rękę przed siebie, jakby tym chciał powstrzymać napastnika. Z jego ust wydobywał się niezrozumiały bełkot.
    - A Ty byś mi okazał litość, gdybym o nią prosił? - Khan spytał patrząc mu prosto w oczy.
    Zamachnął się z furią i kolanem wbił nos nieszczęśnika w głąb czaszki. Krew trysnęła z oczodołów ochlapując ubranie Khana. Kopnął ścierwo z obrzydzeniem i wytarł zakrwawione miejsce rękawem jego marynarki.
    - Mama pewnie Wam mówiła, żeby nie rozmawiać z nieznajomymi, - powiedział patrząc na dwa martwe ciała. - Tak się kończy, gdy się nie słucha starszych.
    Jeden z nieżywych zbirów miał w kieszeni kastet i nóż plazmowy a drugi miał przy pasie komunikator krótkiego zasięgu. Khan schował komunikator w nadziei, że usłyszy coś ciekawego. Poprawił swoją pelerynę i wrócił do hotelowego lobby. Recepcjonistka wciąż stała z otwartymi ustami, nie wierząc własnym oczom. Nie co dzień, czterech facetów nagle znika z hallu, bez otwierania drzwi. Khan uspokoił kobietę i nakazał jej by się przespała. Nakazał jej również, by pytana o trzech zbirów mówiła, iż wyszli niedawno na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza. Oczyścił jej pamięć z niepotrzebnych wspomnień, by go przypadkiem nie wydała. Kobieta posłusznie poszła na zaplecze i zasnęła na służbowej leżance. Lobby było puste, ale w każdej chwili ktoś mógł się tu zjawić. Khan chciał wjechać windą na drugie piętro, ale w końcu uznał, że schody będą lepszym wyborem. Wszedł nimi na górę i spojrzał w głąb hallu. Przy windzie stało dwóch rosłych facetów z lancami w dłoniach.
  • #18
    yego666
    Level 33  
    ========= Odcinek 17 ============

    - Zwerg nie zna się na profesjonalnej ochronie, - pomyślał Khan. - Pięciolatek by ich z łatwością wykiwał, gdyby chciał.
    Dwa czepiaki, dotąd posłusznie siedzące na pasie Khana cichutko zeszły na podłogę a następnie wspięły się po ścianie na sufit. Bezszelestnie dotarły ponad głowy strażników i po cieniutkich nitkach opuściły się na ich karki. Na rozkaz Khana jednocześnie wbiły cienkie igiełki i wstrzyknęły środek paraliżujący. Obaj strażnicy nadal stali jakby się nic nie stało, jednak żaden z nich nie mógł poruszyć którymkolwiek z mięśni. Ich oczy powoli zaczęły nabiegać krwią. Obaj dusili się, gdyż nie mogli zaczerpnąć powietrza. Po minucie już nie żyli. Khan cicho podbiegł do nich i ostrożnie ułożył na podłodze, by nie narobili hałasu upadając. Czepiaki posłusznie wróciły na swoje miejsce i zamarły w oczekiwaniu na dalsze rozkazy. Pokój numer dwieście trzy był naprzeciwko windy. Tuż obok znajdował się pokój, gdzie Zwerg zażywał odpoczynku po ciężkim dniu nauczania wiernych. Khan przypuszczał, że Zwerg nie był tak głupi by się samemu zarazić wirusem. Wierząc w to, co sam głosił, byłby chyba najgłupszym kapłanem w historii ludzkości. Khan miał nadzieję, że dzięki temu uda mu się opanować jego umysł bez zbędnych problemów. Ostrożnie pchnął drzwi do pokoju Zwerga. Były zamknięte. Wrócił do dwóch martwych strażników i przeszukał ich kieszenie w nadziei znalezienia karty wejściowej. Niestety, żaden z nich nie miał takiej karty. Jeden miał medalik z podobizną Zwerga na złotym łańcuszku a drugi nie miał w kieszeniach nic poza gumą do żucia. Khan wrócił pod drzwi apartamentu Zwerga i kazał jednemu z czepiaków przedostać się do środka przez wąską szparę widniejącą między drzwiami a podłogą. Czepiak rozpłaszczył się i z trudem prześlizgnął do środka. Khan podłączył się szybko do jego zmysłu wzroku i rozejrzał się wokół. Mała lampka nocna dawała niewiele światła, ale pozwalała się zorientować w rozkładzie pomieszczenia. W środku nie było żadnych strażników. Czepiak bezszelestnie obszedł pokój i wszedł do sypialni. Na wielkim łożu leżały dwa kształty.
    - Zabawiamy się z panienkami, - pomyślał Khan. - To taki jesteś święty?
    Czepiak wrócił pod drzwi i czekał. Khan znając rozkład pomieszczeń mógł bez obaw się teleportować do środka. Stanął po drugiej stronie drzwi i pozwolił czepiakowi wspiąć się na pas. Lewą ręką zapalił światło w sypialni i czekał aż gospodarz się obudzi.
    - Zgaś to światło kretynie, bo Cię każę wychłostać! - Głos z sypialni zabrzmiał groźnie. - Co za durniów wybrałem do ochrony?!
    - To wstań i mnie zmuś, jeśli masz dość odwagi, - Khan odparł cicho.
    Kołdra powoli się odchyliła ukazując okrągłą twarz łysiejącego mężczyzny. Zamrugał kilka razy nerwowo by przyzwyczaić wzrok do światła.
    - Ktoś Ty? - Mężczyzna spytał władczym tonem. - Gadaj albo wezwę straż.
    Khan przyglądał się chwilę jak mężczyzna z trudem odgarnia kołdrę z pola widzenia. Najwyraźniej słabo widział, gdyż mrużył oczy, by dostrzec intruza.
    - Ogarnij się trochę kurduplu, to porozmawiamy, - Khan rzucił pogardliwie. - Nie cierpię gołych facetów.
    Jegomość powoli wygramolił się z pościeli i ubrał jedwabny szlafrok. Cały czas obserwował intruza gotów zawołać swoich ochroniarzy. Na razie zwyciężyła w nim ciekawość, więc ostrożnie, ale zdecydowanie postąpił krok naprzód. Miał nadzieję, że obcy cofnie się, ale on ani drgnął.
    - Wyproś swoją panienkę, by nam nie przeszkadzała, - Khan nakazał tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Mamy ważne sprawy do omówienia.
    Kołdra się poruszyła i powoli ukazała się najpierw jedna a potem druga stopa a dalej dwa nagie pośladki. Reszta opornie się wyłoniła w chwilę później. Khan spojrzał i rozbawienie ustąpiło miejsca zniesmaczeniu.
    - Zwerg, ty zboczku, - Khan rzekł z odrazą. - Podejrzewałbym Cię o różne rzeczy, ale nie o to, że gustujesz w nieletnich chłopcach. Ten tutaj ma najwyżej czternaście lat. To obrzydliwe i niezgodne z prawem.
    - Jak śmiesz mnie osądzać! - Mężczyzna ryknął rozwścieczony. - To ja stanowię prawo, więc się zamknij, jeśli chcesz zachować głowę. Gadaj, czego chcesz, bo Cię każę rzucić psom na pożarcie.
    - Groźny jesteś... w gębie. Ciekawe, co jeszcze potrafisz? - Khan rzucił rozbawiony tymi groźbami. - A ty gówniarzu zmiataj do mamy, zamiast się gapić.
    Młodzian o ciemnych długich włosach ubrał spodnie i koszulę i ruszył w kierunku drzwi z butami w garści. Obejrzał się na Zwerga mijając Khana, od którego otrzymał kopniaka w zadek na pożegnanie. Młodzian wypadł przez drzwi nie oglądając się już za siebie.
    - Które z Was gotuje? Myślałem, że spotkam męża stanu o niekwestionowanych walorach etycznych a Ty sprawiasz mi taki zawód, - Khan szydził. - Charakter odziedziczyłeś po ojcu jak widzę. Też się trząsł jak osika, gdy trafił w moje ręce. To u Was chyba rodzinne.
    Zwerg najwyraźniej stracił animusz, gdyż cofnął się za wezgłowie łoża i obserwował przybysza.
    - Znam Cię, - powiedział piskliwym głosem. - Ty jesteś Khan. Ojciec kazał Cię zamknąć, jako zdrajcę. Wystąpiłeś przeciwko interesom ludzkości i przystąpiłeś do zdrajców w obliczu zagrożenia.
    Khan cofnął się do stołu i usiadł na fotelu. Wskazał ręką drugi fotel i czekał. Po dłuższej chwili Zwerg nieufnie wysunął się zza swojej barykady i ostrożnie podszedł do stołu nie spuszczając Khana z oczu ani na chwilę. Usiadł na fotelu gotów do ucieczki w każdej chwili.
    - Co wiesz o końcu świata? - Khan spojrzał poważnie na swojego rozmówce. - Nie sądzę byś był tak głupi by wierzyć w te brednie, które głosisz. Jak świat światem, tylko najgłupsi kapłani wierzyli w to, co sami głosili. Sądząc po twoim koncie chodzi raczej o interes, czyż nie?
    - Nie jesteś głupi, jak widzę, więc być może się dogadamy, - Zwerg nieco się rozluźnił widząc, że nie ma przed sobą zaślepionego fanatyka. - Fanatycy są najgorsi. Nie da się ich kupić ani przemówić do rozumu.
    - Mogę Cię przyjąć, jako szefa mojej ochrony, za niezłe wynagrodzenie, - Zwerg zyskał już trochę więcej pewności siebie. - Z tego, co słyszałem całkiem nieźle sobie radzisz w trudnych sytuacjach. Właśnie kogoś takiego mi trzeba. Więc jak, umowa stoi? Zaczniesz od zaraz a tych patałachów z korytarza wyleję na zbity pysk. Już za samo to, że Cię tu wpuścili, mógłbym ich kazać poćwiartować.
    - Poćwiartować, rzucić psom na pożarcie? - Khan zawiesił głos na moment. - Czy nie za wiele agresji jest w Tobie? - Khan przyglądał się tej małej kreaturze z coraz większym zainteresowaniem. - Swoimi kompleksami mógłbyś obdzielić połowę galaktyki i jeszcze by zostało dość by być największym dupkiem w okolicy. I pomyśleć, że miałbym komuś takiemu służyć. Przestań bredzić i odpowiadaj na pytanie, bo nie mam czasu i cierpliwość mi się kończy a Twoich ochroniarzy wysłałem już na dożywotnią emeryturę, więc się skup, jeśli chcesz jeszcze trochę pożyć.
    Zwerg skurczył się nieco dostrzegłszy jak bardzo nie docenił swojego gościa. Groźby też nie były tym, do czego ostatnimi czasy przywykł. Jednak wielki umysł, za jaki się miał, powinien się cechować zdolnością szybkiego przystosowywania się do zmiennych okoliczności. Lepiej było nie drażnić tego Khana, bo mógł się okazać groźny w swoim dążeniu do celu, jakikolwiek on był.
    - Nie denerwuj się przyjacielu. Muchy bym nie skrzywdził a Ty mnie oskarżasz o takie skłonności? - Zwerg powoli miękł. - Oczywiście, że nie wierzę w te bzdury o końcu świata, bogach i innych takich tam… Nie jestem szaleńcem. Okoliczności jednak sprawiły, że mogłem coś zrobić, by okiełznać tłumy, którymi nikt nie chciał się zająć w obliczu niezrozumiałych wydarzeń. To, co się stało i tak by nastąpiło. Ludzie zaczęliby plądrować, grabić i niszczyć, by nie myśleć o zagrożeniu. Karmiąc ich przykazaniami i nakazami mogę przynajmniej sterować ich zachowaniem. A że mi za to hojnie płacą, to nie moja wina.
    - Brzydzę się Tobą, ale nie sposób nie przyznać Ci racji. Tłum i tak by się urwał z postronka, więc lepiej, że wciąż na nim jest, choć wolałbym, by byli na postronku mądrości a nie zabobonu.
    - Taki czy inny postronek, jakaż to różnica? To tylko bezrozumna tłuszcza niewarta funta kłaków. Są tyle warci, co ich pieniądze. Mogę ich skierować w dowolną stronę a oni pójdą jak barany nie pytając o nic. Wystarczy im obiecać nagrodę a będą jedli mi z ręki.
    - Właśnie o ten postronek chodzi, - Khan rzekł z namysłem. - Są wśród nich tacy, którzy nie byli bezrozumni i nie zasłużyli, by ich sprowadzać do poziomu bydła. Co do reszty, zgadzam się z Tobą. Ty jednak, nie uszanowałeś tej subtelnej różnicy. Wszystkich potraktowałeś jednakowo dla własnej pustej chwały. Cóż jest warte uwielbienie bezrozumnych tłumów wobec szacunku choćby jednego rozumnego człowieka? To zbyt skomplikowane dla Ciebie. Kto Cię wychowywał, że wyrosłeś na takiego zwyrodnialca?
    - Ależ doskonale rozumiem tę subtelną różnicę. Nie sądź mnie zbyt surowo. Może powiesz mi, zatem, w jaki sposób miałem dokonać wyboru mając jedynie kilka dni na opanowanie sytuacji? Gildia miała taką możliwość, ale była zajęta swoimi dworskimi intrygami. Zamiast zająć się ludźmi, woleliście walczyć o stołki. Gdyby nie ja, mielibyście teraz totalny chaos i zgliszcza. Ja zaprowadziłem ład i dałem ludziom cel. Masz teraz społeczeństwo, o jakim marzy każdy władca. Zrobią, co im każesz, niezależnie czy to będzie mądre czy głupie. Mogą niszczyć bądź budować. Wybór należy do tego, kto nimi rządzi.
    Khan słuchał Zwerga z uwagą. Jeszcze przed chwilą sam mógłby się przyznać do takich poglądów. Nie tak dawno opowiadał, że jest zwolennikiem rządów absolutnych, gdzie jeden myśli a reszta podąża za jego światłym przewodem. Tak naprawdę to Zwerg dokonał tego, o czym Khan sam marzył. Metody mogły budzić wątpliwości, jednak technicznie rzecz ujmując, efekt został osiągnięty. Dopiero teraz zaczęły mu się otwierać oczy na straszliwy koszt takiego układu. Może demokracja jest zła, ale alternatywa w takiej postaci, jaką urządził Zwerg to istny horror. Nie można z racji piastowanego stanowiska narzucać nikomu, w co ma wierzyć i gdzie ma spędzać wakacje. To, że przypadek stawia jednego ponad drugim, nie daje mu prawa narzucania swoich poglądów. Mimo, iż w demokracji sprawy nie idą tak szybko jak wtedy, gdy nie ma żadnej wolności wyboru, to jednak z czasem, mimo wszystko, większość obiera właściwy kierunek, gwarantujący zarówno wolność jak i postęp.
    - Czy to możliwe bym aż tak się mylił w swoich poglądach? - Khan rozmyślał nieco zbity z tropu. - Pomijając preferencje seksualne i wygląd, to ja mógłbym teraz być na miejscu Zwerga. Nie do wiary, że mogłem również popaść w tak straszliwą pułapkę. Dobrze, że Zwerg uświadomił mi niedorzeczność moich dotychczasowych poglądów. Jednak nie usprawiedliwia go to ani odrobinę. On zrobił to z chciwości i pychy. To zwykły oportunista bez poglądów. Powie mi wszystko to, co myśli, że chcę usłyszeć. Ciekawe jak się będzie czuł realizując mój plan?
    Khan wstał nie słuchając już dalszych wywodów uzurpatora. Miał serdecznie dość wysłuchiwania mieszanki komunałów i zwykłych kłamstw. Podszedł do okna i spojrzał na drzewa okalające hotel. Słabe podmuchy wiatru leniwie kołysały ich gałęziami. Powoli noc ustępowała pod naporem nadchodzącego dnia, może ostatniego w historii. Khan zrozumiał, że więcej już nie wydobędzie z Zwerga. Wtargnął brutalnie do jego głowy i rozpoczął przestawianie, nie zważając na sprzeczności tkwiące w tej chorej osobowości. Wiedział, że za jakiś czas te sprzeczności doprowadzą Zwerga do szaleństwa, więc na taką okoliczność również przygotował pułapkę psychologiczna. W końcu zadowolony ze swojego dzieła pozostawił wykończonego Zwerga, ze świadomością doskonale spędzonej nocy w towarzystwie kilku pięknych chłopców. Zgasiwszy światło opuścił pokój i powrócił do chatki Uziego. Ferrus wraz z Magiem siedzieli na ganku paląc cygara.
    - Witaj, - Mag przywitał brata szerokim uśmiechem. - Jak tam sprawy na Ziemi? Udało Ci się uzyskać audiencję u Świętego Zwerga?
    - Jest lepiej niż przypuszczałem, - odparł Khan siadając na ganku. - Poczęstujesz brata cygarem? Miałem ciężką przeprawę z tym zboczkiem.
    Mag sięgnął do kieszeni i wręczył bratu wielkiego kubańskiego Churchila. Khan odgryzł koniuszek i nadstawił cygaro. Mag zapalił zapałkę i przypalił koniec cygara. Po kilku pociągnięciach Khan zdał sprawę z sytuacji i spotkania z Zwergiem. Sporo czasu zajęło mu opowiedzenie wszystkiego po kolei, jednak starał się dokładnie przekazać wszystko, co miało istotne znaczenie.
    - Teraz aż do czasu zaaplikowania antidotum, ludzie po raz pierwszy w historii będą pracować zjednoczeni wspólnym celem, - zakończył patetycznie. - Brzmi to durnowato, ale tłum nie może chodzić samopas, niszcząc i plądrując wszystko wokoło.
    Pociągnął swoje cygaro i wypuścił potężną chmurę dymu.
    - Przyznać muszę, że pomijając detale, Zwerg ma podobne poglądy do twoich, - Ferrus zaśmiał się sądząc, że powiedział świetny dowcip.
    - Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie ten podły szubrawiec odmienił Ferrusie, - odparł Khan. - Nigdy nie wiadomo, co czeka na Ciebie za następnym rogiem. Już od dawna moje poglądy ewoluowały, ale gdy zobaczyłem, do czego prowadzi religijny zamordyzm uświadomiłem sobie, że nie tędy droga. Ty miałeś okazję żyć pod butem Yaaha przez bardzo długi czas, stąd Twoje demokratyczne poglądy miały szansę się skrystalizować. Ja musiałem dopiero dotknąć wynaturzenia, by je odrzucić. Uczymy się czegoś nowego przez całe życie. Ten, kto sądzi, że już posiadł całą wiedzę jest albo głupcem albo został źle poinformowany. Nie istnieje coś takiego jak mądrość absolutna. Wszystko zależy od okoliczności, w których funkcjonujemy.
    Mag nie zabierał dotąd głosu, gdyż nie miał właściwie nic do dodania, jednak nie popierał ani totalitaryzmu ani demokracji. Uważał, że system panujący na Zaxor najlepiej przystaje do idealnego modelu zrównoważonej egzystencji.
    - Obaj wychowaliście się w odmiennych warunkach, które kształtowały Wasze poglądy i jesteście produktem swoich doświadczeń, - Mag włączył się do dyskusji. - Moim zdaniem tworzycie poglądy w niewłaściwy sposób. Abstrahuję od tego czy są właściwe czy nie. Na razie nie o to mi chodzi. Ferrus skłania się ku demokracji graniczącej z anarchią, gdyż Yaah i jego poprzednicy tego wszystkiego zabraniali. Ty z kolei sam byłeś częścią takiego systemu, który był pozornie demokratyczny, jednak znacząco wpływał na każdy aspekt życia społeczeństwa. Zwerg pokazał Ci, jak wygląda skrajna forma takiego systemu, co wywróciło Twój pogląd na przeciwną stronę. Działacie zgodnie z prawem akcji i reakcji. Nowy pogląd jest przeciwieństwem starego i powstaje, jako sprzeciw wobec tego, co uznajecie za niewłaściwe. Przechodzicie od czarnego do białego, wzajemnie się utwierdzając w swoich spostrzeżeniach i wnioskach. Czy nie dostrzegacie w tym nic niewłaściwego? Pomimo zmiany i ewolucji nadal pozostajecie ortodoksyjni w swoich poglądach.
    - A czy nie dostrzegasz, że nie ma innych systemów rządzenia, które da się zastosować w praktyce, by zapewnić społeczeństwu rozwój i względną wolność? - Khan nie rozumiał, do czego Mag zmierza. - Rządzący może dać rządzonym albo wszystkie prawa albo żadnych. Jeśli zatrzyma się w pół drogi, to albo jedni albo drudzy będą niezadowoleni.
    - Na Zaxor nie mamy centralnego rządu, który by cokolwiek narzucał, - Mag ciągnął swój wywód. - Istnieje fundamentalna różnica między rządzeniem a zarządzaniem. Wy uważacie, że społeczeństwem należy rządzić, czyli w oparciu o jakieś „demokratyczne” prawa ustalać, co jest dobre a co złe. Postrzegacie rolę władzy, jako siły mądrzejszej od pojedynczego obywatela. Prowadzi to wprost do ograniczania wolności. Na tym właśnie opiera się demokracja. Mimo, że mniejszość uważa inaczej, musi się dostosować do woli większości, bo uznaje się błędnie, że większość ma rację. Jest w tym spora doza myślenia religijnego, która polaryzuje społeczeństwo poprzez narzucanie wszystkim woli większości. Jeżeli na stu obywateli pięćdziesięciu jeden woli rurki z kremem, to pozostałych czterdziestu dziewięciu będzie musiało je jeść, mimo, iż wolą szarlotkę. Za rok, gdy jakość rurek się pogorszy, wynik będzie przeciwny i miłośnicy rurek z kremem będą zmuszani, by się żywić wyłącznie szarlotką. Prowadzi to do oscylacji a w efekcie do niestabilności w systemie większościowym. Ponadto wpadamy w logiczną sprzeczność twierdząc, że coś, co było wczoraj zgodne z prawem, dziś już nie jest, ale pojutrze znów będzie legalne. Czy nie dostrzegacie tu zagrożeń? To jest tylko najprostszy model demokracji. Każda próba jego reformowania będzie tylko umacniała rolę rządzącej kasty, gdyż będzie wymagała coraz bardziej rozwiniętej administracji i nadzoru oraz aparatu przymusu, którym z założenia jest państwo. Tak oto szczytne ideały demokracji, gdzie wszyscy są szczęśliwi, przeradzają się w zamordyzm, gdzie jedynym prawodawcą jest kasta rządząca. Pozornie, demokracja wyrasta z systemów totalitarnych bądź ewolucyjnie bądź rewolucyjnie, ale prędzej czy później wraca do źródeł i z czasem staje się systemem opresyjnym. Niby jest wolność, ale tak na prawdę nikt nie czuje się wolnym. To tak, jakby tylko trochę być nieżywym albo tylko trochę być w ciąży. Taki stan niby wolności musi w końcu ulec dekoherencji i stoczyć się w jedną lub drugą stronę.
    - Pięknie to ująłeś, jednak obaj jesteśmy świadomi tych zagrożeń, - Tym razem Ferrus zabrał głos. - Alternatywą takiego stanu rzeczy jest jedynie anarchia bądź totalitaryzm.
    - Tylko pozornie, - Mag odparł pociągając cygaro. - Jak wspomniałem, na Zaxor nie rządzimy a jedynie zarządzamy, czyli administrujemy. Różnica polega na tym, że do zarządzania nie potrzeba rozwiniętego aparatu opresyjnego. Nie mówimy nikomu, co ma robić a jedynie wyznaczamy granice wolności. Wolność jednego obywatela rozciąga się do granic wolności innego obywatela. Obywatele mogą się zrzeszać i robić coś wspólnie, ale tylko do tej granicy, niezależnie od tego ilu członków liczy takie zrzeszenie. Nie ma możliwości przyznania im większych praw niż pojedynczemu obywatelowi. W zasadzie jest to jedyna zasada ograniczająca nasze prawa. Tyle, jeżeli chodzi o ustrój społeczny. Jeśli chodzi o gospodarkę, to państwo, czyli ogół, posiada cele strategiczne takie jak energetyka, służba zdrowia, wymiar sprawiedliwości, zabezpieczenie socjalne, ochrona środowiska,..., I siły obronne, czyli potocznie mówiąc, armia. Poza tym reguły działania gospodarki ustala prawo podaży i popytu. Jeszcze jedno. Nikt nie jest właścicielem ani cala kwadratowego planety. Planeta, wraz z jej zasobami należy do wszystkich, dlatego jedynie Państwo ma prawo do eksploatacji jakichkolwiek bogactw naturalnych, dla dobra wszystkich. Poza tym, Państwo w żaden sposób nie ingeruje w mechanizmy działania rynku. Jeśli coś źle działa, rozwiązujemy to w oparciu o definicję wolności jednostki. Tak to działa w uproszczeniu, ale niewiele więcej trzeba, żeby taki system sam się doskonale regulował. Nie byłoby szans na powodzenie takiego systemu jeszcze jakieś trzysta lat temu, ale obecnie, gdy główną siłę roboczą stanowią automaty i nie ma widma głodu ani wojen, taki system działa doskonale. Kluczowe jest tu zarządzanie zamiast rządzenia. Szczerze mówiąc, to nawet nie mamy nazwy dla takiego systemu. Nikt tutaj nie zna innego, od którego trzeba by się odróżniać.
    - O tym nie pomyślałem, - przyznał Khan drapiąc się po brodzie. - Faktycznie mój system wierzeń dotyczący władzy kształtował się, zwłaszcza ostatnio, na zasadzie sprzeciwu wobec tego, co znałem z autopsji. To, czego nauczano nas w Akademii, miało na celu potwierdzanie słuszności istniejącego systemu. Trudno się wyrwać z narzuconych schematów myślenia. To zupełnie jak z religią. Wyrastasz w jakimś systemie wierzeń, który naucza, że odstępstwo jest złem i dobry bóg Cię ukarze srodze, jeśli w niego zwątpisz. Strach przed gniewem tego, który Cię stworzył, skutecznie działa na wiernych. Muszę trochę pomieszkać na Zaxor, by się lepiej zapoznać z tym systemem. Na pierwszy rzut oka nie wygląda to źle.
    Uzi wraz z Żarłokiem pojawili się w drzwiach chatki.
    - Mam nadzieję, że Wy nie palicie cygar, - Mag się zaśmiał. - Zapasy powoli się kończą. Trzeba będzie je uzupełnić przed końcem świata. Nie wiesz Khan, jak ma się sytuacja na Kubie? Czy tam również dotarło to szaleństwo religijne?
    - O ile mi wiadomo, żadna z wysp oddalonych od kontynentów nie padła ofiarą Zwerga, - odrzekł Khan. - Kubańczycy od najdawniejszych czasów cechują się nadzwyczajną odpornością na wpływy zewnętrzne. To wielki naród, odporny na wszystko, co innym szkodzi. Mają swojego Boga, który się nimi opiekuje i na wszystko im pozwala. Chyba zwą go Fidel albo jakoś tak. Całą resztę mają gdzieś.
    - To mi się podoba, - Mag się autentycznie ucieszył. - Wybiorę się tam jeszcze dziś.
    - Dotarliśmy do cech, którymi Medium ma się charakteryzować, - Żarłok wtrącił się do rozmowy. - Z jakiegoś powodu nie były one podane explicite. Ekstrapolator rozrzucił je po całej zawartości przekazu. Być może chodziło o zabezpieczenie się przed zdobyciem władzy nad Ekstrapolatorem przez niepowołane osoby.
    - To mamy już wszystkie elementy układanki. Możemy odwołać koniec świata, - Khan wyglądał na zadowolonego. - Powiedz zatem, kto to może być.
    - I tu mamy problem, - Żarłok przyznał niechętnie. - Mamy dostęp do wszystkich ziemskich baz danych zawierających komplet informacji o każdym z obywateli. Niestety żaden nie pasuje do naszego profilu.
    - A może to ktoś z Zaxor? - Ferrus zasugerował. - Ilu ludzi tu mieszka Mag?
    - Niestety, nie posiadamy takich narzędzi do inwigilacji obywateli jak wiodąca demokracja ziemska, więc nie wiem, jak moglibyśmy wyłonić potencjalnych kandydatów.
    - Uzi czy byłbyś tak miły...
    - Oczywiście, - niski głos Uziego zupełnie nie pasował do jego postury.
    Uzi jednym tchem wymienił wszystkie cechy Medium podane przez Ekstrapolator.
    - To faktycznie mamy problem, - Ferrus się zasępił. - To wyklucza praktycznie wszystkich ludzi a nawet większość Aniołów. Poszukiwacze tym bardziej nie wchodzą w grę i choć dwa identyczne skrzydła jak najbardziej pasują do opisu, to reszta już raczej nie.
    - Jak to, większość Aniołów? - Żarłok się zdziwił. - Czy znasz jakiegoś Anioła mającego mniej niż dziewiętnaście lat? Poza klonami, które i tak są już znacznie starsze, wszyscy jesteście raczej... Wiekowi.
    - I do tego, ma jeszcze lunatykować o brzasku. To jakieś wariactwo, albo coś źle odszyfrowaliście, - Mag dodał posępnie. - Nie mamy wielkich szans. Sądzę, że gdyby Ekstrapolator wiedział, kto może być kandydatem, powiedziałby to wprost, zamiast bawić się w zgadywanki.
    - Powinniśmy się skupić na dostarczeniu Quadrium. Reszta może jakoś sama się wyjaśni, gdy przyjdzie czas, - Khan spojrzał na zagadnienie od strony praktycznej. - Spełnijmy najpierw warunki konieczne a później skupimy się na wystarczających. Mam nadzieję, że wystarczy nam czasu.
    - My już rozpoczęliśmy działania, - Żarłok powiedział z dumą. - Nasze panie doskonale sobie radzą. Samira sprowadziła ciężkie roboty górnicze i platformy transportowe z Thevion. Hera i Aurora właśnie się szkolą w obsłudze sprzętu górniczego. Musimy uważnie wydobywać minerał, by nie naruszyć stabilności Gniazda, które się na nim wspiera. Przy okazji urządziłem paniom i Ferrusowi wycieczkę po ważniejszych częściach Gniazda. Muszę przyznać, że w większym stopniu niż ludzie docenili sztukę, którą rozwijamy, odkąd przybyliśmy na Zaxor.
    - Doskonale Żarłoku, - Khan się ucieszył. - Szybciej nam pójdzie z pomocą Pań. Na pewno będą zadowolone ze swojego udziału w ostatecznym sukcesie. A’propos, czy rozważaliście z Uzim i Szyszkinem ewentualną kwestię końca świata? Musimy i taką możliwość wziąć pod uwagę. To, że zginie cały świat, nie wyklucza naszego przeżycia. Pozostaje tylko kwestia czy posiadamy odpowiednie możliwości techniczne i w jakim zakresie moglibyśmy poszerzyć nasz stan osobowy w razie niepowodzenia. Chodzi mi nie tylko o schronienie, ale i aprowizację oraz inne niezbędne rzeczy.
    - Uprzednio, gdy wiedzieliśmy o istnieniu jednego Bieguna Energetycznego sporządziłem model matematyczny dla okrętów klasy Jumbo i Alef, - odparł Żarłok, - z którego wynikało, że konstrukcja okrętów zbudowanych z Transmutalu powinna przetrwać w warunkach nie tylko Nicości, ale i nieobecności osi czasowych. Jestem w trakcie konstruowania generatora niezależnego wektora czasowego, zdolnego do zapewnienia strumienia przyczynowości w ekstremalnych warunkach.
    - Mamy, zatem problem z głowy, - Khan przerwał Żarłokowi. - Wystarczy załadować zapasy prowiantu i Quadrium na okręty i możemy uratować całkiem sporo istnień.
    - Jak wspominałem, model opiewał na dwu-biegunową fizykę oddziaływań energetycznych, co bardzo niedawno okazało się nierealistycznym założeniem, - Żarłok kontynuował wywód. - Wstępny model, uwzględniający trójbiegunową naturę energii, niestety wskazuje, że Transmutal nie musi być stabilny w takich warunkach. Poprawki wynikające z kolejnych przybliżeń wyliczonych metodami perturbacyjnymi oscylują wokół wartości granicznych stabilności dla tego materiału. W skrócie, nie ryzykowałbym bez absolutnej konieczności.
    - Ale przecież byłem już w Nicości na pokładzie jednostki klasy Alef i nic się nie stało, - Mag zaoponował. - Siedzieliśmy tam przez ponad dobę i wróciliśmy bez najmniejszego zadrapania.
    - Zapominasz, że wciąż mamy trzy działające Bieguny Energetyczne, które w pewnym stopniu stabilizują struktury materialne, - Żarłok, niezrażony wystąpieniem Maga ciągnął dalej. - Gdy nastąpi koniec, znikną Bieguny i nie będzie już czynnika stabilizującego. O takiej sytuacji przecież rozmawiamy. Wcale mi się nie podoba pomysł ginięcia tylko dlatego, że reszta świata zginie. Jeśli będzie istniał cień szansy na ocalenie choćby najmniejszej iskierki życia, to należy z niej skorzystać, gdyż w przeciwnym razie już nigdy może ono nie powstać. Dlatego też przeprowadziłem podobną analizę dla Gniazda i wyniki wydają się odrobinę bardziej optymistyczne. Pozostaje jeszcze niewielki margines bezpieczeństwa na niestabilność samego modelu matematycznego.
    - Niewiele osób się tam zmieści, - Ferrus powiedział w zamyśleniu. - Jeśli zajdzie taka potrzeba zrezygnuję ze swojego ocalenia na rzecz kogokolwiek z Was. W porównaniu z Wami jestem starcem i swoje już przeżyłem. Moje przetrwanie nie uszczęśliwi nikogo.
    - Jesteś bardzo szlachetny, - Żarłok zwrócił się do Ferrusa, - ale pokazałem Wam jedynie niewielki fragment Gniazda. Według wstępnych oszacowań, uwzględniając techniczne możliwości Gniazda, na jego pokładzie powinno wystarczyć miejsca dla około stu osób. Jedynym, rzeczywistym ograniczeniem, może się okazać ilość dostępnej energii, potrzebnej do podtrzymania całej aparatury Gniazda. Dla stu osób zużycie wyniosłoby około kilograma Quadrium na sto lat czasu pokładowego. Szacując realnie zapas Quadrium, który moglibyśmy wziąć na pokład, możemy przetrwać około stu milionów lat. Jeśli uda mi się skonstruować generator niezależnego wektora czasowego, będziemy mogli w razie potrzeby spowolnić upływ czasu nawet o sześć rzędów wielkości. Dałoby to około stu bilionów lat. Nigdy nie doświadczyłem końca świata, więc trudno mi powiedzieć czy to dużo czy mało. Jeśli ziści się taki scenariusz, dowiemy się pierwsi czy nasze założenia były realistyczne.
    - Nie przeraża Was taka ilość czasu spędzonego w jednym miejscu? - Mag aż się otrząsnął z przerażenia. - Zwykle po miesiącu na statku, członkowie załogi zaczynają mieć siebie dość. Jak tu przetrwać sto bilionów lat? Nie wyobrażam sobie tego.
    - Nie musisz, - Żarłok się uśmiechnął na ostentacyjne zachowanie Maga. - Gniazdo może generować dowolnie wybraną rzeczywistość na życzenie. Można spędzać każdy dzień w innym zakątku dowolnie wymodelowanej rzeczywistości.
    - Mamy takie rzeczy w każdym domu, - Mag odparł lekceważąco. - Po dwóch godzinach masz dość. Łącze synaptyczne wypala mózg i po miesiącu przypominasz zombi.
    - Źle mnie zrozumiałeś, - Żarłok się sprzeciwił. - Rzeczywistość nie jest wirtualna i nie trzeba żadnych interfejsów synaptycznych. To działa zupełnie inaczej. Generowana jest mapa rzeczywistości i w miarę posuwania się po niej, dogenerowywane są kolejne jej elementy. Jeśli idziesz w góry, to musisz się wspinać przy pomocy własnych mięśni. Jeśli zechcesz popływać, będziesz musiał machać rękami, by nie utonąć. Wszystko jest rzeczywiste za wyjątkiem postaci, które napotkasz. Z przyczyn czysto humanitarnych nie można ich obdarzyć rzeczywistą świadomością, jednak nie odróżnisz ich od rzeczywistych ludzi, których spotykasz, na co dzień. Myślę, że w takich warunkach można prowadzić całkiem przyjemne życie.
    - Nie wspominałeś nigdy, że Gniazdo posiada takie możliwości, - Khan zmarszczył brwi. - Czyżbyś coś przed nami ukrywał?
    - Nic z tych rzeczy, - Żarłok zdecydowanie zaprzeczył. - Nie było nigdy potrzeby ani czasu, by o takich błahych rzeczach rozmawiać. Jeśli przyjdzie nam spędzić wspólnie kilka miliardów lat, chętnie pokażę Wam każdy zakamarek Gniazda. Póki co, mamy pilniejsze rzeczy do zrobienia.
    - Masz rację. Przepraszam za moje pytanie, - Khanowi było rzeczywiście przykro, że posądził Żarłoka o brak zaufania. - Czasem szybciej mówię niż myślę.
    - Jest jeszcze wiele rzeczy w Gnieździe, które Wam się mogą spodobać i urozmaicić długie życie, - Żarłok powiedział z dumą. - Ale wszystko w swoim czasie. Najpierw świat musi zniknąć, - Żarłok zażartował w niewybredny sposób, ale nikt się nie obraził, gdyż taka możliwość wydawała się obecnie aż nazbyt realna.
    Khan wiedział, że Konwerton zawiera autonomiczny generator wektorów przyczynowych, jednak na razie nie brał pod uwagę konieczności użycia go. Jeśli wszystko inne zawiedzie, będą mieli dodatkową szansę przeżycia i być może naprawienia szkód.
    - Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie niepokoi, - Żarłok znów zabrał głos. - Uzi odkrył podczas analizy matematyki Atlantów pewną nieścisłość. Równania dotyczące zasady holograficznej, oparte na takiej nieścisłości, wykazują fluktuacje, co w powiązaniu z cechami przypisywanymi bezwymiarowej Przestrzeni Wirtualnej, stawia wielki znak zapytania o przetrwanie tej przestrzeni po całkowitym kolapsie rzeczywistości. Atlanci są zapewne przekonani, że są bezpieczni, jednak w naszym przekonaniu istnieje poważne niebezpieczeństwo, że się mylą. Prowadzi nas to do jeszcze radykalniejszego pytania...
    - Nie każ nam się prosić, - Ferrus zwrócił się do Żarłoka. - Mam już dość zgadywanek.
  • #19
    yego666
    Level 33  
    ========== Odcinek 18 ===========

    - Chciałem tylko przepłukać gardło, - Żarłok stwierdził biorąc w dziób specjalnie dla niego zaprojektowany pojemnik z wodą. Pociągnął spory łyk i kontynuował. - Czy wobec tego możemy ufać matematyce Atlantów? Może nas to kosztować życie. Postanowiliśmy zatem, że Uzi wraz ze wszystkimi mocami analitycznymi Gniazda będą od teraz studiować cały system „wierzeń” matematycznych, zawarty w Konwertonie w poszukiwaniu poprawnych rozwiązań. Powinniśmy dzięki temu, wejść w posiadanie niezawodnego zbioru twierdzeń matematycznych, za pomocą których będziemy mogli przeformułować fizykę Nicości i Przestrzeni Wirtualnej. Nie jestem pewien, czy coś na tym zyskamy, ale za wiele zależy od tego czy Atlanci się mylili czy nie. Wolę mieć pewność w tej kwestii. Jak wiecie, w matematyce, poprawności nowych twierdzeń, dowodzi się przy użyciu wcześniej dowiedzionych twierdzeń. Jeśli jedno z twierdzeń w takim szeregu okazuje się fałszywe, może to rzutować na całą resztę później udowodnionych twierdzeń. Byłoby niewesoło, gdyby się okazało, że działamy w oparciu o fałszywe założenia. To, że matematyka jest fałszywa, samo w sobie nie grozi niczym, jednak definicja fizyki oparta na fałszywej matematyce może się w jakimś miejscu okazać niezgodna z rzeczywistością. Dalsze konsekwencje możecie sobie już sami wyobrazić.
    - I pomyśleć, że jeszcze miesiąc temu świat był taki prosty i przyjemny, - Mag westchnął ciężko nad rajem utraconym. - Bierzmy się więc do roboty. Niezależnie od matematyki, musimy dostarczyć Quadrium, by zasilić Machinę Kosmologiczną. Robota niby prosta, ale nie wiemy ile nam czasu pozostało.
    Mag rzucił na ziemię ogarek cygara i przydepnął go butem, po czym wstał i spojrzał ponaglająco na pozostałych. Nie będziemy chyba gorsi od Ulfa i dziewczyn. Pozostali, z ociąganiem podnieśli się z ganku i powędrowali do kuchni coś przekąsić.
    Ulf instruował Emi jak ustawić kombajn ssący, by wybierał materiał równomiernie. Dziewczyna doskonale dawała sobie radę, jednak nie miała doświadczenia i czasem potrzebowała pomocy. Przekroje geologiczne dostarczone przez Żarłoka były bardzo precyzyjne, stąd wiadomo było, jak ustawić maszyny by praca szła sprawnie. Co jakiś czas, od kombajnu odłączał się moduł wahadłowy, by wysypać urobek, na platformę transportową. Pozbywszy się balastu, moduł wracał i kombajn wznawiał wydobycie. Praca szła dość wolno, gdyż należało stemplować świeże wyrobiska, by zapobiec osiadaniu Gniazda. Automat stemplujący wstrzykiwał specjalną piankę, która twardniejąc tworzyła podpory o wytrzymałości hartowanej stali. Posiliwszy się w chatce Uziego panowie wreszcie przybyli klasie robotniczej z odsieczą. Aurora z Samirą właśnie mocowały się ze sporą kępą zarośli, utrudniającą kombajnowi dostęp do złoża. Bardzo się starały wyrwać zarośla, ale te nie chciały się łatwo poddać.
    - Potrzebujecie pomocy? - Khan zagadnął znienacka. - Jestem silny i chętny do pracy.
    Aurora widząc go porzuciła pracę i uwiesiła mu się na szyi.
    - Strasznie tęskniłam za Tobą, - szczebiotała jak podlotek. - Nic mi nie szło, tak się martwiłam, gdy byłeś na Ziemi, - pożaliła się swojemu wybranemu.
    Khan ucałował jej różowe usta i pogłaskał po rozczochranej czuprynie.
    - Nic dziwnego, - odparł wyniośle. - Wszystkie dziewczyny za mną szaleją. Prawda Samiro?
    - Bez cienia wątpliwości jesteś najbardziej pożądanym kawalerem w całej galaktyce, - Samira odparła śmiejąc się głośno, - ale nie będę tego głośno mówić, bo Aurora wydrapie mi oczy.
    Aurora nie wiedziała przez chwilę jak ma zareagować. Odwróciła głowę w kierunku Samiry i zmrużyła groźnie oczy. Gdyby Khan nie trzymał jej mocno w talii pewnie rzuciłaby się na Samirę. Na szczęście Khan się roześmiał i powiedział, że również tęsknił. Aurora zrozumiała, że Samira tylko żartowała, więc sama również roześmiała się głośno udając, że chciała tylko nastraszyć przyjaciółkę. Pocałowała Khana jeszcze ze sto razy i dopiero go uwolniła ze swoich objęć. Khanowi było trochę niezręcznie, ale cóż miał zrobić. Klepnął ją lekko dłonią w pośladek i podszedł do opornych zarośli. Jednym szarpnięciem usunął całą kępę i zabrał się za dwie sąsiednie. Aurora z dumą patrzyła na siłę, jaką Khan dysponował. Mag również się zjawił na stoku. Przywitawszy się z Samirą i Aurorą sięgnął po kilof i zaczął usuwać skały blokujące kombajnowi drogę. Ferrus odszukał Herę, która była zajęta rozplątywaniem lin służących do podtrzymywania drzewek osuwających się ze stoku. Iris siedział na skale oświetlonej promieniami słońca i rozgrzewał swoje cieniutkie skrzydełka. Czasami zerkał, by sprawdzić, czy jego Pani znajduje się w zasięgu jego wzroku. Zadowolony, nastawiał się wtedy do słońca i prostował swoje cieniutkie czułki. Ferrus przywitał się z Herą i Iris a potem zabrał się do pracy. Podwiązał kilka najbardziej zagrożonych drzewek w trudnodostępnych miejscach. Ulf doglądał postępów w wydobyciu i pilnował równomiernego rozmieszczania urobku na platformie transportowej. Tęgie głowy siedziały w Gnieździe i przeglądały wnikliwie wszystkie informacje, jakie Uzi wydobył z Konwertonu. Oprócz teorii matematycznych i fizycznych, dane zawierały wiele praktycznych procedur, dotyczących metalurgii, chemii oraz zaawansowanych urządzeń obliczeniowych. Nawet Żarłok musiał przyznać, że to były przełomowe technologie w bardzo wielu przypadkach.
    - Świat czeka gwałtowna rewolucja naukowo-techniczna, o ile uda się go uratować, - Żarłok powtarzał czasem, gdy natrafił na jakieś wyjątkowo istotne informacje. - Nie ma tylu naukowców, by to wszystko ogarnąć jednocześnie. Dobrze, że Uzi jest po naszej stronie. Bez Twojej pomocy byłoby krucho z naszymi szansami na ocalenie.
    Uzi skromnie stał przy interfejsie łączącym go z systemem informatycznym Gniazda. Wyglądał na bardzo zajętego, jednak uwaga Żarłoka wyraźnie sprawiła mu przyjemność. Jak każda istota, także i Uzi cenił sobie uznanie wśród tych, których cenił. Gwizdnął wesoło, dziękując za dobre słowo i powrócił do swoich obliczeń. Uzi nie cierpiał na brak uznania. Co jakiś czas, Szyszkin lub ojciec Emi, zwracali się do niego, po dane lub wskazówki, dotyczące jakiegoś szczególnie trudnego zagadnienia. Był zadowolony, że jego nudne życie w chatce odmieniło się zupełnie, od czasu, gdy pojawił się Żarłok. Ludzie też byli fajni, ale z Żarłokiem łączyła go szczególna więź, którą sobie niezwykle cenił.
    Szyszkin wraz z Egonem i Żarłokiem konstruowali model matematyczny, o którym Żarłok wspominał przed chatką Uziego. Nie była to łatwa praca, gdyż trzeba było się posłużyć wzorami nikomu dotąd nieznanymi. Dyskusje i rozważania trwały cały długi dzień. Każdy miał swoje zdanie i niekiedy trudno było przekonać pozostałych do swojej racji, jednak jak to bywa wśród naukowców, argumenty zawsze wygrywały z ambicjami. Niestety Żarłok musiał przyznać, że czasem ludzie cierpieli na nadmiernie wybujałe ambicje i wbrew logice usiłowali przeforsować swój punkt widzenia. Wtedy przydawał się jego chłodny analityczny umysł. Bezstronnie rozpatrywał racje każdej ze stron i głosami większości przechodził popularniejszy pomysł. Czasem zdarzało się także, że ten z ludzi, którego pomysł przegrywał, dąsał się na Żarłoka a drugi dziękował tryumfalnie za wsparcie jedynie słusznej idei. Było to niepotrzebne i Żarłok zbywał takie sytuacje milczeniem. Udawał, że myśli nad czymś intensywnie, by nie zaogniać sytuacji. Ludzie już tacy byli, że potrzebowali ciągłego potwierdzania swojej wielkości i mądrości. Naukowcy byli chyba w tym względzie gorsi od wszystkich innych, których znał. Żarłok lubił wszystkich, ale każdego za coś innego. Najbardziej jednak lubił Aurorę. Była absolutnie bezpretensjonalna i pozbawiona złośliwości. Reagowała w sposób żywiołowy i nie myślała nad tym, co wypada a co nie. Musiał jej nawet udzielić kilku towarzyskich rad, by ją uchronić przed śmiesznością. Nie była może najpilniejszą uczennicą, ale miała wdzięk i świeżość, której brakowało wszystkim pozostałym. Nie dlatego, że byli źli, tylko dlatego, że różne konwenanse dyktowały im, jak mają postąpić w konkretnej sytuacji zamiast zdać się na spontaniczność i wyczucie chwili. Każdy jest inny i należy to uszanować, nawet jeśli jest to wbrew przyjętym obyczajom. Przede wszystkim, należy być wrażliwym na autentyzm a nie, wystudiowaną pozę. Żarłok nie posiadał ludzkich przywar, dlatego dość łatwo przechodził do porządku dziennego tam, gdzie należałoby się obrazić lub przynajmniej upomnieć o przeprosiny. Bardzo mu to pomagało, gdyż ludzie nie byli najłatwiejszymi w obejściu towarzyszami. Obserwował zachowanie ludzi od wielu lat, lecz najwięcej nauczył się na ich temat w ciągu ostatnich kilku tygodni, gdy zbliżył się do nich. Nie do końca miał swobodę w doborze towarzystwa, lecz musiał przyznać, że miał szczęście, iż trafił na Samirę a potem na Ulfa i Maga. Dziwnym zrządzeniem losu jego nowi przyjaciele doprowadzili go do Khana i naukowców w najwłaściwszej z możliwych specjalności. Żarłok czasem przypuszczał, że przyczynowość wsteczna skierowała go z jakiegoś powodu ku właściwym ludziom. Być może, właśnie ten zbieg okoliczności, warunkuje zaistnienie w przyszłości zdarzeń, które obecnie wpływają wstecznie na bieg rzeczy. Pozwalało to na posiadanie ograniczonej nadziei na pomyślny rozwój sytuacji w przyszłości. Czas pokaże, na ile te dywagacje sprawdzą się w praktyce. Na razie trzeba dołożyć wszelkich starań, by wyeliminować wszystkie możliwe źródła niepewności mogące zniweczyć plan ocalenia świata. Niestety nawet Ci, na których najbardziej liczył, okazali się omylni i mogli przez to zniweczyć swój własny plan. Kto by się spodziewał, że nawet Atlanci, którzy osiągnęli absolutne wyżyny wiedzy, popełnili błędy w swojej nauce? Żarłok podziwiał swoich ludzkich przyjaciół za to, że wszelkie zmiany optyki, którym zostali poddani w niedalekiej przeszłości, nie zachwiały ich duchem walki o przetrwanie. Co do Aniołów, to na razie nie odegrali zasadniczej roli w tej rozgrywce, choć Aurora swoją afiliacja ku Khanowi może go skutecznie zmotywować do działania w najtrudniejszych chwilach, które niewątpliwie jeszcze nadejdą. Trzeba było też oddać sprawiedliwość Ferrusowi. W pewnym sensie był podobny do Żarłoka. Potrafił się zdystansować wtedy, gdy służyło to interesowi ogółu. Był zdecydowany i bez wahania robił to, co musiał, choćby było to trudne lub niebezpieczne. Najtrudniej Żarłokowi przychodziło określenie cech Hery. Była to dość dziwna osobowość. Być może jej rola pozostanie niejasna do końca, choć już obecnie wydawała się przychylna Ferrusowi, co mogło nabrać znaczenia w przyszłości. Żarłok często rozważał postępy, jakie zostały poczynione od czasu, gdy pierwszy raz spotkał Samirę na swej drodze. Uważał, że największy postęp dotyczył ich wiedzy. Nawet, jeśli nie rozumieli wszystkiego, to potrafili efektywnie wyciągać wnioski i korzystać z nich. Najważniejsze jednak było to, że nikt nie dążył do podporządkowania sobie pozostałych. Nawet Khan, który posiadał naturalne predyspozycje by rządzić, nie wykazywał najmniejszej chęci dominacji. Pomimo, że był bliźniakiem Maga różnił się od niego charakterem i obejściem. Najwidoczniej obaj wychowywali się w odmiennych warunkach. „Byt określa świadomość”. Nic dodać nic ująć. Gdyby byli podobni do siebie, niewątpliwie doszłoby do kolizji dwóch tak silnych osobowości. Mag jednak zupełnie nie wykazywał ambicji charakterystycznej dla ludzi, którzy z rożnych powodów musieli uczestniczyć w wyścigu szczurów nieustannie dowodząc swojej supremacji nad innymi. Tak działały niektóre środowiska. Zamiast promować model współpracy zmuszały do rywalizacji. Niektórzy, jak Khan, odnosili korzyści z takiego modelu, jednak słabsze jednostki były łamane i popadały w apatię bądź agresję, nie mogąc dowieść swojej wartości. Każdy system ma swoje wady i zalety. Najdziwniejszy w tym towarzystwie był niewątpliwie Ulf. Był wesoły i towarzyski a jednocześnie jakby go nie interesowała pozycja mistrza ceremonii. Nie zależało mu zupełnie na splendorach i pochwałach. Był inteligentny i błyskotliwy a zadowalał się skromną pozycją adiutanta u boku Maga. I tak jak i on nie ścigał się z nikim o to, czyj patyczek jest dłuższy. Był ponad to i zajmował się swoimi sprawami. Prawdopodobnie, postura i siła jaką dysponował, dawały mu wystarczającą pewność siebie i czyniły walkę o rzeczy błahe, niewartą zachodu. Żarłok uważał Ulfa za najskromniejszą osobę, jaką znał. Można było na nim polegać w każdej sytuacji bez zastrzeżeń. Czyniło go to idealnym partnerem we wszelkich przedsięwzięciach. Co do siebie, Żarłok lubił myśleć, że jest neutralny i nie wpływa na interakcje w grupie, jednak musiał przyznać, że z racji przynależności do rasy dysponującej wyższa wiedzą techniczną, wszyscy traktowali go po trosze jak ojca. Niezaprzeczalnie, gdyby chciał, ostatnie słowo w większości kwestii należałoby właśnie do niego. Ta świadomość, mimo iż lekko nadęta, sprawiała mu odrobinę satysfakcji, jednak zmuszała do czujności by nie stawać po niczyjej stronie a jedynie służyć radą, gdy o nią poproszą.
    - Znalazłem źródło nieścisłości w twierdzeniach Atlantów, - Uzi przerwał rozmyślania Żarłoka. - Udowodniłem wszystkie twierdzenia pochodne, ale jedyna zmiana dotyczy niestabilności stref bezwymiarowych. Dowód podany przez Ekstrapolator jest nieprawdziwy.
    - Doskonale Uzi, - Żarłok pochwalił wysiłki przyjaciela, gdyż tak właśnie traktował małego robocika. - Czy jesteś w stanie określić wpływ tej pomyłki na zachowanie Przestrzeni Wirtualnej w sytuacji, gdzie nie istnieją Bieguny Energetyczne?
    - Jeszcze nie, ale rozpocząłem symulację, - odparł Uzi wyraźnie z siebie zadowolony. - Rezultaty powinienem otrzymać za około godzinę. Teraz jednak mogę już stwierdzić, że niemal z pewnością bezwymiarowe przestrzenie informacyjne tworzone na bazie równoważenia lokalnych Biegunów Energetycznych mogą być niestabilne, ze względu na brak wewnętrznego czynnika przyczynowego. Można temu zaradzić tworząc Przestrzenie Wirtualne poprzez kolejne wyłączanie lokalnych Biegunów, zamiast eliminować je wszystkie jednocześnie. Pozostaje wtedy residuum związków przyczynowych stanowiące punkt odniesienia dla relacji czasowych między obiektami umieszczonymi w takiej przestrzeni. Co więcej, taka konfiguracja pozwala na transformację informacji w energię, co z kolei, umożliwia dowolne przemieszczanie obiektów, między Przestrzenią Wirtualną a światem materialnym lub absolutną Nicością nie zawierającą ani odrobiny energii.
    - Słyszeliście panowie? - Żarłok zwrócił się do Szyszkina i Gonzalesa. - Możemy tworzyć światy z niczego. To jest dopiero odkrycie.
    Naukowcy obstąpili Uziego uważnie studiując jego wyniki, ale daleko im było do jego analitycznej biegłości. Co chwilę się spierali o poprawność rozumowania, ale ostatecznie musieli zaakceptować fakt, że to właśnie Uzi, dokonał największego odkrycia w dziejach. Nie przyszło im to jednak łatwo. Długo jeszcze spierali się o to, który z nich bardziej podejrzewał, że taki efekt może istnieć.
    - Ach ci naukowcy! - Westchnął Żarłok z rezygnacja. - Najważniejsze dla nich jest to, kto dokonał odkrycia a już, co właściwie odkrył jest sprawą niemal nieistotną. Teraz rozumiem, dlaczego większość wojen w historii ludzkości nie miała wyraźnych przyczyn.
    Na zewnątrz platforma była już prawie pełna minerału. Należało zdecydować, czy dostarczać go partiami, czy wszystko za jednym razem.
    - Myślę, że taka ilość Quadrium zaspokoi potrzeby Machiny Kosmologicznej, - Ulf uważnie przyglądał się platformie. - Jest tutaj grubo ponad to, co Ekstrapolator określił. Dostarczenie tego na miejsce nie będzie trudne. Dużo trudniejsze będzie dostarczenie Biegunów Energetycznych z podziemi Instytutu Archeologii. Zasypaliśmy tunele prowadzące na zewnątrz a teleportacja nie działa w pobliżu Biegunów.
    - Rzeczywiście tak jest, - Khan potwierdził. - Trzeba by poprosić Wolskiego z Instytutu, by puścił tam kogoś ze świdrem grawitacyjnym. W parę godzin upora się z zatorem skalnym.
    - Może nie będzie takiej potrzeby? - Samira się odezwała. - Jest tam przecież teleporter. Wprawdzie to stary model, ale zapewne wciąż sprawny. Możemy się o tym przekonać w kilka minut. Khan, czy pamiętasz kod do tego teleportera?
    - To, trzeba wcisnąć po kolei by odblokować urządzenie, - Khan wziął patyk i narysował kilka dziwnych symboli na ziemi. - Reszta działa standardowo. Wybierasz punkt docelowy i ognia. Chciałbym jednak, byś zabrała ze sobą Maga lub Ulfa. Zawsze lepiej mieć jakąś asekurację na nieprzewidziane sytuacje a takich nam ostatnio nie brakuje.
    Mag ucieszył się, że będzie mógł pobyć sam na sam z Samirą. Dawno nie było takiej okazji. Zabrał kilka niezbędnych drobiazgów i schował je do plecaka. Zaczął też składać miękki koc.
    - A po co zabierasz ten koc? - Samira spytała głośno. - W podziemiach jest raczej ciepło, więc nie zmarzniesz.
    - Chciałem... trochę... żeby... - Mag plątał się nie mogąc podać powodu, dla którego koc był mu niezbędny.
    - Trzeba nakryć oba Bieguny, gdyż ich przykrycia spłonęły, - Ulf rezolutnie podsunął wytłumaczenie. -Weź jeszcze jeden, bo są przecież dwa Bieguny.
    - Święte słowa! - Magowi nie trzeba było dwa razy powtarzać.
    Dwa grube koce znalazły się wkrótce w jego plecaku.
    - Pewnie trochę czasu Wam zejdzie na sprawdzaniu stanu tego starego teleportera, - Khan dorzucił. - Z tym złomem nigdy nic nie wiadomo. Mag, weź troszkę jedzenia na wszelki wypadek. Może Wam tam zejść kilka godzin. Weź też jakiś alkohol do czyszczenia styków, gdyby okazały się niesprawne.
    - Czy ta nalewka od Zielińskiego ma dość alkoholu, by czyścić styki? - Samira spytała poważnie, sięgając po jedną z butelek stojących opodal. - Musi wystarczyć, - zdecydowała chowając butelkę do plecaka. -Jakbyśmy mieli problemy poproszę któregoś z Was o pomoc.
    Mag chwycił Samirę za rękę i oboje zniknęli wraz z plecakiem pełnym prowiantu. Zmaterializowali się w jaskini pod pochyłą ścianą. Mag zapalił stołową latarkę i postawił na skalnej półeczce. Otoczenie nie było zbyt miłe, gdyż pozostawione trupy porywaczy zaczęły już wydzielać niemiły odór. Kilka minut zajęło Magowi pozbycie się ścierwa i wymiana powietrza.
    - Teraz dużo lepiej. Przynajmniej rekiny będą miały z nich jakiś pożytek, - Samira rozejrzała się dokładnie po jaskini.
    Teleporter stał na swoim miejscu. Na panelu kontrolnym widniały przyciski z takimi symbolami, jakie Khan namalował na ziemi. Przycisnęła je w takiej kolejności, jak były na rysunku i odsunęła się krok w tył. Maszyna przez chwilę wydawała się zepsuta, ale potem zaświeciła kilka lampek i włączyła wyświetlacz. Mag podniósł z ziemi spory kamień i włożył do maszyny.
    - Wyślemy to do Kwatery Głównej Gildii. Wiem, gdzie tam są kabiny teleportacyjne, - Mag przycisnął odpowiednią kombinację klawiszy i kamień zniknął. - Teraz na nas czas.
    - To jeszcze przykryj kocami te Bieguny, - Samira przypomniała.
    - Jeszcze tu wrócimy, by sprawdzić wszystko dokładnie, - Mag odparł stanowczo. - Teraz skaczemy do Kwatery Głównej Gildii.
    Złapał Samirę za rękę i zniknęli. Ostre światło w hallu, gdzie się zmaterializowali, poraziło na chwilę ich wzrok. Samira zamrugała gwałtownie. Powoli przed jej oczami pojawiły się błyszczące kabiny teleportacyjne. Mag zdążył już otworzyć drzwi jednej z nich i sięgnął po kamień leżący na podłodze.
    - Wszystko działa jak należy, mimo iż ma parę setek lat. Zupełnie jak ja, - Mag pokazał Samirze kamień i już zamierzał skoczyć z powrotem do jaskini, gdy jego wzrok przykuł obraz tłumu pokazywany na wielkim ekranie ściennym.
    - Organizujcie brygady specjalistów i ruszajcie do pracy, - z głośnika grzmiał donośny głos łysawego jegomościa. - Nie szczędźcie wysiłku, by usunąć wszystkie szkody poczynione przez naszych wrogów. Fabryki muszą działać i produkować jak dawniej. Żołądki muszą być pełne by chwalić Pana. Pan obdarzył mnie ogromnym majątkiem. Mówcie a będzie Wam dane. Każdy potrzebujący otrzyma wedle zasług. Pracujcie i nie szczędźcie wysiłku. Pokażemy, że stać nas na wiele dobrego. Odbudujemy to, co legło w gruzach. Miejcie ufność w Panu i jego skromnym słudze.
    Tłum zawył entuzjastycznie unosząc w powietrze różne narzędzia, w które najwidoczniej mówca kazał im się zaopatrzyć.
    - Żaden dobry uczynek nie pozostanie bez nagrody. Ja Zwerg, Wasz pasterz, Wam to obiecuję. A teraz idźcie pracować i szerzyć nowe przesłanie wśród naszych braci.
    Tłum ponownie zawył entuzjastycznie na cześć swojego pasterza. Ludzie zaczęli się kierować w różne strony zgodnie z wytycznymi i po minucie plac niemal zupełnie opustoszał. Na podium stał Zwerg i machał do rozchodzącego się tłumu.
    Mag patrzył na tę scenę jak zauroczony. Podziwiał zmianę w retoryce przywódcy. Nie widział go wcześniej, ale mógł sobie doskonale wyobrazić, co wcześnie Zwerg kazał robić tłumom.
    - Ciekawe, co Khan naopowiadał temu Zwergowi, że jest taki... Konstruktywny, - Samira również była pozytywnie zdziwiona przemianą wodza wszystkich wiernych. - Musimy wracać, Mag. Jest jeszcze sporo do zrobienia.
    - O tak. Nie zamierzam się lenić Samiro, - Mag ochoczo przyznał jej rację i po chwili wrócili do jaskini, by wspólnie zabrać się do... Roboty.
    Z transportem Quadrium nie było najmniejszego problemu. Ekstrapolator wskazał Ulfowi miejsce, gdzie należy złożyć ładunek. Resztą zajęły się roboty, sprawnie dzieląc minerał na porcje przypominające długie pręty. Gospodarz był nawet nieco zdziwiony, że tak szybko udało im się zdobyć aż tyle Quadrium. Khan wyjaśnił, że od dawna przygotowywali te zasoby znając ich wielką wartość. Uzgodniono również sposób dostarczenia Biegunów. Należało jednak najpierw sprowadzić i zainstalować kabinę teleportacyjną, by z jej pomocą przetransportować cenne Artefakty. Ku wielkiemu rozczarowaniu Khana okazało się, że systemy zasilania w jaskiniach są zupełnie niekompatybilne z wymogami teleporterów. Trzeba było koniecznie coś z tym zrobić. Przychodziły mu do głowy dwie osoby, które na pewno znały się zarówno na teleporterach, jak i na elektryczności. Jedną z nich była Mei a drugą był Berg z Centrum Kontroli Continuum. Khan miał nadzieję, że chociaż jedno z nich nie zostało zarażone wirusem wiary. Musiał to koniecznie sprawdzić w najbliższym czasie.
    Po dostarczeniu minerału, Żarłok wraz z Ferrusem i dziewczynami zabrał się do gromadzenia zapasów Quadrium na wypadek ostatecznego niepowodzenia misji ratowania świata. Maszyny znów poszły w ruch i platforma zaczęła się ponownie zapełniać urobkiem. Żarłok wykonał parę magicznych sztuczek i ze ściany Gniazda wysunęła się długa ssawka, która wciągała urobiony materiał do przepastnego wnętrza statku, bo tym w istocie była twierdza Żarłoka. Praca trwała do późnego popołudnia, kiedy to okazało się, że wydobyto już cały dostępny zapas Quadrium, zalegający pod Gniazdem. Było tego i tak trzy razy więcej niż Żarłok oszacował, więc wszyscy z zadowoleniem przyjęli poczęstunek, który Uzi im przygotował w wolnej chwili. Gdy popijali gorącą herbatę przed Gniazdem, Mag i Samira zakończyli wszystkie testy i wrócili do towarzystwa. Oboje musieli się mocno napracować, gdyż mieli aż wypieki na twarzach, co nie umknęło uwadze reszty towarzystwa. Samira zdała sprawę z oficjalnej części wyprawy i zajęła się piciem herbaty. Mag natomiast opowiedział o przedstawieniu, które oglądnęli w hallu Głównej Kwatery. Khan był szczególnie zainteresowany tą relacją, gdyż potwierdzała ona całkowitą odmianę Zwerga. Ludzkość może nawet skorzystać z takiego układu, gdyż zgodnie z tym, co Zwerg twierdził, posiada cel i motywację do jego osiągnięcia. Teraz wystarczy tylko sterować Zwergiem a reszta pójdzie za nim. Jedyne, co martwiło Khana, to likwidacja skutków infekcji, gdy przyjdzie czas. Podzielił się swoimi obawami z resztą towarzystwa w nadziei, że ktoś podsunie jakiś ciekawy pomysł.
    - Jak wiesz brałem udział w projektowaniu tego wirusa, - Ferrus przypomniał. - Moim zdaniem jedynym długofalowym skutkiem infekcji będzie potężny kac moralny u mądrzejszej części populacji.
    - Skąd taki wniosek? - Khan spytał z powątpiewaniem. - Na razie nic nie zapowiada takiego obrotu spraw.
    - Aby efekty indoktrynacji zostały utrwalone, należałoby każdemu, zaaplikować kilka dawek Eludium, - Ferrus odparł. - Jeśli Zwerg tego nie zrobi w ciągu drugiego tygodnia od zarażenia, coraz trudniej będzie sterować tłumem i w końcu efekt zupełnie zaniknie. Wirus zakończy swoje działanie i zniknie a wraz z nim rzesze wiernych.
    - Czy jesteś pewien takiego scenariusza? - Khan wciąż powątpiewał. - Działanie wirusa wydaje się wywoływać stabilny efekt, przynajmniej jak do tej pory.
    - Prowadziliśmy eksperymenty, które potwierdziły taki model behawioralny, - Ferrus odparł bez wahania. - Stado zombi zamieni się we wściekły tłum za kilka dni. Lepiej się przygotować na taki scenariusz. Oszołomienie i dezorientacja będzie się utrzymywać jeszcze przez kilka dni po ustaniu działania wirusa i wtedy podatność na sugestię będzie największa. Dobrze byłoby już zacząć przygotowywać ogólnoplanetarną akcję medialną wyjaśniającą ludziom sytuację w jak najbardziej racjonalny i przystępny sposób. Na zasadzie odreagowania, nastąpi wyparcie poprzedniej sugestii przez nową, tym razem na stałe. Yaah planował wykorzystać właśnie tę fazę do trwałego zindoktrynowania Ziemian. Dobrze, że Zwerg nie zna szczegółów działania wirusa, bo byłby trudnym przeciwnikiem.
    - Muszę się zorientować w zasięgu infekcji, - Khan był zaniepokojony tą nową informacją. - Mam nadzieję, że jednostki Gildii zlokalizowane z dala od kontynentów lub w terenach górzystych, ostały się nietknięte. Na razie jednak, musimy dokończyć przygotowania do odpalenia Machiny Kosmologicznej. To jest zadanie w zasadzie tylko dla mnie. Wy możecie się oddać lenistwu bądź innym przyjemnym zajęciom. Myślę, że przygotowania zajmą mi pół doby, ziemskiej doby. Dziękuję Wam wszystkim za ciężką pracę. Mam nadzieję, że nie pójdzie ona na marne. Wiem Uzi, że obmyśliłeś coś rewelacyjnego związanego z naszym przetrwaniem. Na razie realizujemy plan Atlantów dopóki się nie okaże chybiony. Do tego czasu wolałbym mieć plan „B”, który będzie w stanie uratować choćby nas i może jeszcze parę osób. Jeśli znajdziecie siły, popracujcie nad tym. Myślę, że warto, by każdy z Was miał w nim udział. Czasem najdziwniejszy pomysł okazuje się najlepszy. Mam nadzieję, że wszystkie symulacje zostaną do mojego powrotu zakończone i będziemy wiedzieli na pewno, na czym stoimy.
    - Uzi zakończył już swoje symulacje, - Żarłok się odezwał. - Wynika z nich, że moglibyśmy stworzyć własną stabilną przestrzeń bezwymiarową gdybyśmy dysponowali odpowiednimi urządzeniami. Pierwsze plany zdążyliśmy już z Uzim sporządzić. Postaramy się skonstruować sekwencyjny wygaszacz Biegunów Energetycznych, niezbędny do tworzenia takich przestrzeni. Nie mam pojęcia czy dwanaście godzin nam wystarczy, ale warto sprawdzić teorię w praktyce. Możemy potrzebować jakieś części z któregoś z ziemskich akceleratorów...
    - Macie wszystkie możliwe upoważnienia by brać cokolwiek uznacie za konieczne, - Khan powiedział poważnie. - I tak wszystkie większe ośrodki zostały zagwożdżone z powodu rozruchów i niepokojów społecznych. A jak wyglądają wyniki symulacji przetrwania Gniazda?
    - Znajdujemy się odrobinę powyżej progu stabilności, - tym razem Uzi odpowiedział, - co daje nam sporą szansę na przetrwanie.
    - Mamy zatem, nie tylko plan „B”, ale i „C”, - milcząca dotąd Hera się włączyła. - Któryś z tych planów musi zadziałać. Wiem, że jesteśmy tu tylko gośćmi i nie mamy żadnego prawa o nic prosić, jednak zarówno wśród ludzi jak i Aniołów znajdują się jednostki wartościowe jak i plewy.
    - Nie wiem czy wszyscy się ze mną zgodzą, - rzekł Khan wstając, - że nasi goście udowodnili, iż nie są gorsi od nas, przez co stali się naszymi przyjaciółmi. Stąd wnoszę, iż mają takie same prawa jak Żarłok, czy Samira. Przedyskutujcie tę kwestię w swoim gronie. Moje zdanie znacie, więc mogę się już zająć dokończeniem planu „A”. Jest jeszcze sprawa najważniejsza.
    Wszyscy spojrzeli pytająco na Khana.
    - Medium! Zastanówcie się, proszę, co z tym fantem możemy zrobić. Może kogoś olśni...
    Khan podszedł do Aurory i uściskał ją na pożegnanie. Zmarszczyła nos, ale nic nie powiedziała tylko dała mu buziaka. Pozdrowił wszystkich skinieniem głowy i tyle go widzieli.
    - Musimy jeszcze zgromadzić w Gnieździe zapasy jedzenia i wody, - Ulf przerwał ciszę. - Ja się zajmę polowaniem na grubego zwierza. Jeśli nałapię po jednej sztuce, to czy replikator będzie w stanie syntetyzować identyczne kopie za milion lat?
    - To jest doskonały pomysł, Ulf, - Żarłok aż podskoczył. - Że też sam o tym nie pomyślałem. Z przyjemnością pomogę Ci w polowaniu.
    - Przykro mi przyjacielu, ale nie czas na rozrywkę, - Ulf zaoponował. - Masz ważniejsze kwestie na głowie niż uganianie się za gęśmi i dzikami.
    Z żalem Żarłok musiał przyznać Ulfowi rację, jednak zaklepał sobie miejsce na następne polowanie.
    - Byłbym zaszczycony mogąc się przyłączyć do polowania, - Ferrus również zgłosił swój akces.
    - Beze mnie nigdzie nie idziecie! - Aurora powiedziała stanowczo i tupnęła noga. - Kiedyś polowałam razem z Artemis. To doskonała zabawa. Wprawdzie było to dawno temu, ale chciałabym spróbować. - Szeroki uśmiech ozdobił jej twarz.
    - Czy jeszcze ktoś chętny? - Ulf zwrócił się do pozostałych. - Potrzebujemy kogoś do nagonki, - zażartował.
    Nikt się nie zgłosił, wobec czego zaczęli się zbierać na łowy. Aurora zaopatrzyła się w lancę Khana, jednak Żarłok uświadomił jej, że to polowanie będzie trochę inne, niż wczasach starożytnych, więc nie będzie potrzebowała żadnych narzędzi. Mimo to Aurora podtrzymała chęć wzięcia udziału w polowaniu. Ulf wyznaczył najlepsze miejsce i myśliwi ruszyli. Pozostali zajęli się innymi sprawami wymagającymi mniejszego zaangażowania.
  • #20
    yego666
    Level 33  
    ============= Odcinek 19 ===============

    Khan wylądował w hallu prowadzącym do biur Centrum Kontroli Continuum. Wszystko wyglądało normalnie, jednak Khan znał ryzyko. Wirus mógł dotrzeć nawet tutaj, choćby przez jakiegoś zarażonego pracownika. Doszedł do gabinetu Berga i pchnął drzwi. Poddały się bez sprzeciwu wpuszczając go do środka. Niestety, gabinet był pusty. Khan wszedł do kilku innych gabinetów, ale również nikogo nie zastał. Zastanawiał się, co się mogło stać. Centrum nigdy nie spało, więc brak personelu mógł oznaczać jedynie coś złego. Podejrzewając najgorsze Khan udał się do dyżurki oficera bezpieczeństwa. Była zamknięta, więc przeteleportował się do środka. Wszystkie urządzenia były włączone, więc szybko odszukał archiwalne zapisy monitoringu. Wszystko przebiegało normalnie aż do przedwczoraj. Nagle pojawili się na korytarzach uzbrojeni funkcjonariusze Gildii i wyprowadzali wszystkich z rożnych pomieszczeń. Berga również wyprowadzili na zewnątrz i odjechali z więźniami w nieznanym kierunku. Od tego czasu monitoring nie zanotował w centrum żywej duszy. Khan nakazał systemowi ochrony zabezpieczyć wszystkie wejścia do Centrum i uzbroić automatyczne wieże strażnicze strefy buforowej, by nikt nieuprawniony nie dostał się do kompleksu. Włączył też wewnętrzny system alarmowy i nakazał się powiadomić w razie gdyby ktokolwiek się pojawił. Z terminalu posiadającego dostęp do sieci Gildii sprawdził gdzie Mei stacjonuje. Wydostał się z Centrum na zewnątrz i skierował się na południowy Pacyfik do zmilitaryzowanego kompleksu badawczego na wyspie Niue. Jej skaliste wybrzeża mogły zniechęcić potencjalnych świętych i nawiedzonych do szerzenia tu swojej wiary. Istniała, więc nadzieja na to, że tutejszy garnizon przetrwał bezpiecznie zawieruchę. Khan zmaterializował się na dziedzińcu zespołu internatów. Doświadczenie kazało mu schować się za filarami najbliższego budynku. Poczekał chwilę obserwując otoczenie. Nie dość, że nic się nie działo, to nic w ogóle się tu nie działo a powinno. Zwykle jest tu ruchliwie. Khan obejrzał tabliczkę nad drzwiami budynku. Widniał na niej duży napis „ARESZT”.
    - Czemu nie? - Pomyślał i wszedł do budynku. - Takie samo dobre miejsce, jak każde inne.
    Obszedł wszystkie pomieszczenia biurowe, ale nie znalazł w nich nikogo. Przechodząc obok schodów usłyszał odległy hałas dochodzący jakby z podziemi. Ostrożnie zszedł do piwnicy gdzie mieściły się cele aresztantów. Nasłuchiwał przez chwilę, czy to stąd dochodziły dźwięki, które usłyszał na górze. Cisza aż dzwoniła w uszach. Ruszył w głąb korytarza. W połowie drogi dostrzegł jakiś skulony kształt w jednej z cel. Podszedł i zawołał. Skulony mężczyzna drgnął na dźwięk jego głosu. Z trudem podniósł głowę i wyjęczał: ”pić”. Nie było w pobliżu żadnego pojemnika, więc Khan przeskoczył do kuchni i pierwszy kubek, jaki znalazł napełnił wodą z kranu. Wrócił do podziemia i poszukał klucza od kraty. Niestety nie znalazł żadnego, więc silnym szarpnięciem wyrwał drzwi razem z solidnymi zawiasami. Podszedł do leżącego i przystawił mu kubek do ust. Mężczyzna poczuwszy wodę zaczął ją pić łapczywie aż Khan musiał mu odebrać kubek w obawie, by się nie udławił. Mężczyzna miał na twarzy świeże blizny po uderzeniu jakimś tępym przedmiotem. Zaspokoiwszy pierwsze pragnienie usiadł z trudem i jęcząc poprosił o cokolwiek do jedzenia. Khan przewidział to i zabrał z kuchni kilka słodkich batoników. Odwinął jeden z papierka i dał mężczyźnie. Batonik zniknął w ciągu pięciu sekund. Mężczyzna wyciągnął ręce szukając oparcia. Khan pomógł mu wstać. Chwiejąc się wyszedł z celi i wskazał oddalony koniec korytarza. W ostatniej celi na pryczy leżał kolejny człowiek. Drzwi celi wyleciały z zawiasów tak jak poprzednie. Człowiek na pryczy nawet nie drgnął. Khan delikatnie przyłożył palec wskazujący do tętnicy szyjnej. Jeszcze żyje, ale nie jest z nim za dobrze. Uniósł głowę leżącego i znieruchomiał.
    - Mei? - Powiedział zaskoczony. - Co Ty robisz w takim miejscu?
    Wziął ją na ręce i przeskoczył wprost do ambulatorium. Ułożył ją na łóżku szpitalnym i uruchomił automat diagnostyczno zabiegowy. Automat sprawnie zmierzył temperaturę, tętno, ciśnienie i sto innych parametrów, po czym wkłuł kilka igieł w żyły na obu przedramionach. Przez przezroczyste rurki zaczęły się sączyć kolorowe płyny. Wyświetlacz na bieżąco podawał parametry życiowe pacjentki. Z każdą chwilą jej stan się poprawiał. Po dziesięciu minutach rumieńce zaczęły wracać na policzki i Mei zaczęła poruszać oczami. Po kilku następnych minutach otworzyła powieki i usiłowała usiąść. Rozpoznała Khana i blady uśmiech zagościł przez chwilę na jej ustach. Jeszcze nie była w stanie mówić. Khan przypomniał sobie o pierwszym znalezionym aresztancie i szybko sprowadził go na sąsiednie łóżko. Automat zajął się nim równie troskliwie, co Mei i po jakimś czasie mężczyzna był już w stanie mówić. Mei zasnęła z wyczerpania. Khan dowiedział się od uratowanego, że cztery dni temu coś opętało większość funkcjonariuszy i usiłowali zmusić jego i Mei do oglądania występów jakiegoś Zwerga. Po kilku minutach mężczyzna wyszedł a Mei zaraz za nim. W korytarzu Mei powiedziała, że to jakiś nawiedzony szaleniec i że trzeba go leczyć, najlepiej ołowiem. Natychmiast kilku strażników wykręciło im ręce a oficer kazał im zamknąć „parszywców” w areszcie. Jako, że się wyrywałem, oberwałem kilka razy kolbą miotacza, i wylądowałem w celi. Mei się nie wyrywała, więc nie miała pokiereszowanej twarzy, ale również została zamknięta. Leżeli tam bez jedzenia i picia aż do dzisiaj. Dwa dni temu cały stan osobowy wymaszerował z koszar i więcej już nikt się nie pojawił. Mężczyzna był szefem kompanii zaopatrzenia i zupełnie nie miał pojęcia o zmianach, jakie nastąpiły na świecie. Khan zapytał go, czy ma się dokąd udać. Mężczyzna powiedział, że mieszka na wyspie i jeśli może, uda się do swojego domu. Khan nie oponował, jedynie poprosił, by najpierw strzelał a potem dopiero pytał, o co chodzi, jeśli ktokolwiek go zatrzyma. Czując się dużo lepiej, szczęśliwie ocalony podziękował za ratunek i oddalił się w poszukiwaniu broni i jedzenia. Mei tymczasem spała, ale automat medyczny zaczął piszczeć alarmując o problemach z krążeniem i uszkodzonej wątrobie powodującej krwotok wewnętrzny. Khan przeraził się nie na żarty, gdy wyświetlacz zameldował o stanie terminalnym chorej. Mei zaczęła coraz ciężej oddychać. Khan niewiele myśląc wyciągnął wszystkie igły z jej przedramion i wziąwszy ją na ręce przeskoczył wprost do wejścia Gniazda. Zaskoczone panie poderwały się i podbiegły do Khana, który nie tracąc czasu udał się do Komnaty Przebrań. Wytarł chusteczką krew sączącą się z dziurki po wyszarpniętej igle na przegubie dłoni Mei. Ułożył nieprzytomną Mei na podłodze komory i uruchomił procedurę. Po chwili proces się zakończył a Mei była pokryta śliskim skafandrem. Khan z trudem ją podniósł uważając by mu się nie wyślizgnęła i poszedł do Komnaty Przodków. Drzwi otworzyły się automatycznie, gdy wyczuły powłokę ochronną na ciele dziewczyny. Khan już prawie nie czuł tętna, więc musiał się spieszyć by życie nie uszło całkiem z Mei. Ostrożnie postawił ją za progiem w pozycji pionowej. Powoli cofnął rękę, lecz dziewczyna nie osunęła się na ziemię. Wirujące kręgi utrzymywały ją w pozycji pionowej. Po chwili Mei uniosła się nieznacznie w górę i poszybowała wolno w kierunku środka pomieszczenia. Okręgi zaczęły się szybciej poruszać zmieniając przy tym kolory. Mei przepłynęła obok najszerszego z nich i obróciła się twarzą w dół. Następnie jej ciało zaczęło się wyginać w pałąk by zaraz potem rozciągnąć się i spłaszczyć jak naleśnik. Wykonała pełny obieg wokół centrum a następnie drugi i trzeci za każdym razem zmieniając kształt. Wreszcie przybrała kształt prawie kulisty i została wciągnięta w sam środek sfery centralnej. Obracała się wokół własnej osi z zawrotną szybkością by w końcu oddalić się od środka ku wejściu. Po drodze przybrała dawny kształt i została ułożona na boku tuż przy wejściu. Sfery przygasły nieco i zwolniły swój bieg. Najwyraźniej proces regeneracji dobiegł końca. Po chwili Khan podniósł wciąż bezwładne ciało dziewczyny. Tętno było mocne i miarowe, oddech również w normie, ale dziewczyna się nie chciała zbudzić. Na szczęście Żarłok usłyszał hałasy, i zszedł, by sprawdzić, co się stało. Zobaczywszy, że dziewczyna się nie budzi dotknął jej czoła skrzydłem. Mei natychmiast otworzyła oczy i krzyknęła przerażona widokiem strasznego potwora z wielkim dziobem, który chciał ją pożreć żywcem. Przywarła do Khana z całej siły i nie chciała puścić. Pomimo, że jej skafander był bardzo śliski, Khan nie był w stanie jej oderwać od siebie nie robiąc jej krzywdy. Wyszedł z nią przed Gniazdo, gdzie zachodzące słońce wciąż dawało sporo światła. Po długiej chwili Mei ostrożnie rozejrzała się wokoło i stwierdziwszy, że potwór gdzieś zniknął a wokół niej są uśmiechnięci ludzie rozluźniła uchwyt. Khan dopiero teraz mógł nabrać powietrza.
    - Prawie mnie udusiłaś Mei, - wycharczał wciągając łapczywie powietrze do płuc. - Ja również się cieszę, że Cię widzę. A teraz grzecznie usiądź na trawie i nie wykonuj gwałtownych ruchów, bo zrobisz sobie krzywdę.
    Dziewczyna rozejrzała się wokoło by się upewnić, że potwór nie wrócił i dopiero wtedy pozwoliła się opuścić na trawę.
    - Khan, co to za miejsce? - Mei spytała przyglądając się otaczającym ją twarzom. - Skąd się tu wzięłam? Byłam ostatnio w celi na Niue... I nie dostałam nic do jedzenia ani picia przez wiele dni. Strasznie bolała mnie wątroba. Jakiś żołdak kopnął mnie tak mocno, że straciłam przytomność. Potem jeszcze się raz obudziłam, ale już nic więcej nie pamiętam.
    Khan dopiero teraz zdał sobie sprawę, że uratował dziewczynie życie w ostatniej chwili. Gdyby nie przypadek, już by nie żyła.
    - Też się ogromnie cieszę, że Cię widzę, - odrzekł po chwili. - Myślałem, że mi umrzesz na rękach. Twarda z Ciebie sztuka, - powiedział z uznaniem.
    - A co to za straszliwy potwor chciał mnie przed chwilą zjeść? - Mei zadrżała na samą myśl, że mogłaby zostać pożarta żywcem. - Strasznie się bałam a Ty mnie wcale nie broniłeś. Jesteś podły!
    Mei rozpłakała się a łzy jak grochy płynęły w dół po jej policzkach. Sięgnęła do kieszeni spodni i wydobyła z nich chusteczkę, którą wytarła oczy i wysiąkała nos. Sięgnęła do wewnętrznej kieszeni i wydobyła z niej niewielkie lusterko. Spojrzała w nie i zamarła. Zamrugała oczami i ponownie spojrzała w lusterko. Następnie powiodła wzrokiem po twarzach otaczających ją osób.
    - Co się tu dzieje? - Wymamrotała słabym głosem. - Nikt nie jest niebieski, za to słońce jest niebieskie, i nawet ja nie jestem niebieska. Już wiem! - Krzyknęła uradowana. - Was tu wcale nie ma a to wszystko mi się śni.
    Odkrywszy prawdę, Mei poczuła się dużo pewniej i spróbowała wstać. Niestety śliski skafander natychmiast posłał ją z powrotem na trawę, tyle, że nosem w dół.
    - No i miałam rację, - dodała po chwili. - Śliskie ubranie może być tylko we śnie. A teraz rozkazuję byście wszyscy zniknęli.
    Mei zamknęła oczy i policzyła do pięciu. Wszystkim chciało się trochę śmiać, ale bardziej było im żal zupełnie zagubionej dziewczyny. Mei otworzyła oczy i ponownie rozejrzała się wokoło.
    - Jeszcze tu jesteście? A kysz! - Zawołała zamykając oczy. - Khan, czy oni wciąż tu są? - Zapytała cicho.
    - Tak Mei. To nie jest sen. Nic Ci tu nie grozi, choć jest tu trochę... dziwnie. Otwórz oczy, to Ci wszystkich przedstawię i powiem, co się wydarzyło.
    Dziewczyna ostrożnie obróciła się na plecy i powoli usiadła.
    - Wiedziałam, że jesteś dziwakiem, ale nie przypuszczałam, że do tego stopnia. Mów, co się tu dzieje, - Mei rozkazała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
    - Przede wszystkim ten potwor, który rzekomo chciał Cię pożreć, to najzacniejszy przedstawiciel obcej, bardzo wysoko rozwiniętej cywilizacji z odległej części wszechświata. Nie chciał Cię wcale pożreć, tylko ratował Ci życie. Było z Tobą naprawdę krucho. Gdyby nie On, nie rozmawialibyśmy tu sobie teraz. Ma na imię Poszukiwacz, choć ze względu na jego apetyt czasem zwiemy go Żarłok, co wydaje się nie sprawiać Mu przykrości. Niestety jest nieco inaczej skonstruowany niż my, stąd nie włada ludzkim głosem. Porozumiewa się wyłącznie za pomocą telepatii.
    - Ale dałam plamę, - Mei zakryła dłońmi oczy. - Jak ja mu to wynagrodzę? Mam talent do głupich wybryków. Mam nadzieję, że się nie obraził na mnie na zawsze. Jeszcze nie byłam całkiem przytomna. Nie chciałam zrobić mu przykrości. Słowo. Was również się przestraszyłam, choć wcale strasznie nie wyglądacie. No... Może za wyjątkiem Ciebie Khan. Nie goliłeś się pewnie od naszego ostatniego spotkania.
    - Faktycznie miewasz cięty język, ale nie martw się, - Khan odrzekł łagodnie. - Żarłoka trudno zrazić. Jest ponad to. To wyjątkowe stworzenie i jestem pewien, że niedługo będziecie przyjaciółmi.
    Khan po kolei przedstawił wszystkich obecnych, opowiadając o każdym w kilku słowach. Ulf, Ferrus i Aurora wciąż byli zajęci polowaniem, więc ich prezentacja musiała poczekać. Szyszkin odpoczywał w chatce Uziego, ale jego Mei już znała z Ziemi, więc nie trzeba było ich sobie przedstawiać. Na końcu pozostał Żarłok, który chował się za plecami Maga, by nie wystraszyć Mei po raz kolejny. Odmienność Żarłoka trudno było ukryć, więc Khan poprosił Mei, by się nie bała, cokolwiek się stanie. Skinął nieznacznie na Żarłoka, który drepcząc po ziemi na swoich szponiastych łapach wysunął się zza pleców Maga i ostrożnie zbliżył się do siedzącej na trawie dziewczyny. Zatrzymał się wystarczająco daleko, by nie naruszyć bezpiecznej strefy osobistej. Mei patrzyła na wielkiego ptaka dziwiąc się samej sobie, że wzięła go za straszliwą bestię. Nie żeby nie był straszny, ale wcale nie wyglądał groźnie, gdy patrzył swoimi dużymi podłużnymi oczami. Biło z nich ciepło i mądrość, tak rzadko spotykane w ludzkich oczach. Mei nie wiedziała, co powiedzieć, więc wyciągnęła rękę w kierunku wielkiego ptaka i powiedziała „Dziękuję”. Żarłok dotknął skrzydłem wyciągniętej dłoni i gwizdnął cicho. Mei podniosła się na kolana. Z trudem utrzymywała równowagę, ale teraz jej twarz była na właściwej wysokości.
    - Jest mi strasznie przykro panie Żarłoku, że się tak beznadziejnie zachowałam. Jestem Ci niezmiernie wdzięczna, ale jeszcze nie doszłam do siebie. Jeśli będziesz w potrzebie zawsze możesz na mnie liczyć.
    - Wolę mieć przyjaciół niż dłużników, - Khan mówił w imieniu Żarłoka. - Będę zaszczycony, jeśli zechcesz zostać jednym z nich.
    Mei podsunęła się w stronę Żarłoka, by go pogłaskać po grzbiecie, ale jej skafander nie chciał współpracować. Rozbiłaby sobie niewątpliwie nos gdyby nie została podtrzymana tuż nad ziemią przez siłę woli... Wszystkich jednocześnie. Zdziwiona tym, że wisiała o cal nad powierzchnią ziemi zamiast na niej leżeć z bolącym nosem, rozejrzała się wokoło. Podłożyła ręce pod brodę i udała, że nic się nie stało.
    - Nos mnie nie boli a powinien. Wiszę nad ziemią jakbym umiała latać a przecież nie umiem. Gadam z kosmitą, który jest ptakiem i nikogo to nie dziwi ani trochę a powinno…, - Mei zmarszczyła czoło myśląc intensywnie. - To chyba jednak mi się śni, albo zupełnie zwariowałam siedząc w tej celi. - Skonstatowała całkiem poważnie. - Wszystko tutaj jest takie dziwne i niezrozumiale, - chciałabym się już obudzić.
    Khan obserwując Mei zaczął mieć wątpliwości, czy w obecnym stanie ducha będzie mogła mu pomóc przy instalacji kabiny teleportacyjnej. Po skonsultowaniu się z Żarłokiem postanowił, że należy spróbować zupełnie innej strategii. Łagodnie pozbawił Mei świadomości, by nie widziała, co dalej będzie się działo. Podniósł ją i skierował się do Komnaty Przebrań, gdzie Mei pozbyła się skafandra ochronnego. Następnie poprosił Ulfa i Ferrusa, którzy wciąż byli z Aurorą na polowaniu, by się przygotowali do demontażu jednej z kabin teleportacyjnych w Głównej Kwaterze Gildii. Ulf powiedział, że upolowali już dość zwierzyny i zaraz wrócą z łupami do Gniazda.
    - Za pół godziny będę w Głównej Kwaterze wraz z Mei, która się zna na szczegółach takich konstrukcji, - Khan dodał w myślach, by Ferrus i Ulf go usłyszeli. - Nie spóźnijcie się, proszę.
    Khan był zadowolony, że podczas całego zajścia Aurora była na polowaniu, bo nie był pewien, jak by się zachowała w tak niecodziennej sytuacji. Wraz z nieprzytomną Mei, Khan przeskoczył prosto pod drzwi celi, w której ją znalazł. Ułożył ją na pryczy i ocucił. Mei otworzyła oczy i rozejrzała się po celi. Dostrzegła ciemną postać stojącą z boku. Uniosła się ostrożnie spodziewając się bólu w uszkodzonym boku. Nic takiego jednak nie nastąpiło, więc wstała z pryczy. Obawiając się zapewne, że postać okaże się kimś, kogo nie chciałaby spotkać okrążyła ją i przyjrzała się uważniej.
    - Khan! - Mei zbliżyła się nieufnie. - Czy to naprawdę Ty? Już myślałam, że tu umrę.
    Upewniwszy się, że wzrok jej nie myli objęła go mocno i się rozpłakała. Khan pogładził jej włosy i zapewnił, że nic jej nie grozi.
    - Przybyłem Tu by Cię uwolnić. W bazie Gildii znalazłem wpis o Twoim uwięzieniu.
    - Było ze mną bardzo źle, ale jakoś się wylizałam, - Mei odparła jeszcze trochę pochlipując. - To takie dziwne. Miałam okropny sen.
    - Pewnie majaczyłaś. Musimy Cię koniecznie zbadać. Chodźmy do ambulatorium.
    - Ale teraz mi nic nie dolega. Nie wiem ile czasu tu spędziłam. Pewnie kilka dni. Strasznie chce mi się pić.
    Khan był na to przygotowany i podał jej kubek wody. Osuszyła go w kilka sekund. Następnie skierowali się do ambulatorium. Automat diagnostyczny nie stwierdził najmniejszych odchyłek od stanu idealnego. Trochę to zdziwiło Mei, ale uznała, że po prostu ma silny organizm.
    - Miałam zadziwiający i straszny sen. Ty też w nim byłeś. Miałeś spory zarost.
    Spojrzała na Khana podejrzliwie.
    - Dokładnie taki jak masz teraz. Pewnie się nie goliłeś od kilku dni.
    - Sny bywają bardzo realistyczne i trudno je czasem odróżnić od rzeczywistości.
    - No właśnie. Ten był właśnie taki. Śniło mi się, że byłam na jakiejś obcej planecie. Ty też tam byłeś i razem z jakimś wielkim gadającym ptakiem mnie uratowaliście. Miałam na sobie dziwny strój, który mnie przewracał, gdy chciałam wstać. Przedstawiłeś mi swoich przyjaciół, z których nawet jedna kobieta była Anielicą. Istny absurd. Ty i Anioły. Tylko w snach takie rzeczy mogą się dziać. Słońce było niebieskie a ja nie byłam już niebieska i potrafiłam lewitować. Był tam też jakiś gadający robot i owad o pięknych kolorowych skrzydełkach. On podobał mi się najbardziej. Był słodziutki i śliczniutki. Ptaka obraziłam, ale mimo to chciał się ze mną kumplować. Nie uwierzyłbyś.
    - Nie martw się. To już masz za sobą. Najważniejsze, że jesteś cała i zdrowa.
    Khan zauważył duże lustro na ścianie, więc tak stanął, by Mei nie widziała swojego odbicia. Niestety zapomniał, że sam również stracił sporo ze swojego niebieskiego koloru od czasu, gdy zażył Quadrium. Na szczęście, Mei była zajęta pałaszowaniem batonika energetycznego a dodatkowo ciemny zarost maskował nieco zmianę koloru skóry Khana.
    - Dużo się ostatnio dziwnych rzeczy dzieje na Ziemi. Przez to trafiłaś do aresztu. Przez ten czas realizowałem pewien tajny projekt, dlatego nie miałem nawet czasu się porządnie ogolić. Mówiąc szczerze jesteś mi bardzo potrzebna.
    - Wiesz przecież, że możesz zawsze na mnie liczyć. A tak dokładniej to, w czym mogłabym Ci pomóc?
    - Pamiętasz Artefakt, który znalazłaś w układzie Gallusa? Znaleźliśmy jeszcze jeden taki sam. Obecnie znajdują się u Dobsa a musimy je koniecznie przetransportować do naszej tajnej bazy w Afryce. Niestety urządzenia do teleportacji były tam dotąd zabronione ze względów bezpieczeństwa. Teraz jednak musimy tam zainstalować jedną kabinę teleportacyjna, by móc przesłać Artefakty. Jak wiesz, większość populacji, w tym również część naszych sił, uległa jakiejś zarazie, która czyni z ludzi bezmózgie zombi. Jesteś jedyną specjalistką, która zna się na elektryce i teleporterach wystarczająco dobrze, by pomóc nam zainstalować ten, o którym wspominałem. Dwóch tajnych agentów będzie nam w tym pomagało. Jeden z nich jest Aniołem, którego trzymaliśmy w odwodzie na czarną chwilę, w celu inwigilacji poczynań Aniołów. Znam go od bardzo dawna. Jest absolutnie godzien zaufania.
    - Jeśli Ty mu ufasz, to ja nie mam wyboru. Tylko jak się dostaniemy do Instytutu Archeologii? Z tego, co wiem, tutaj również nie ma żadnych teleporterów.
    - Nie martw się. Zadbałem o to. Mam kieszonkowy teleporter. To eksperymentalny model, ale już go przetestowałem, więc nie ma żadnego niebezpieczeństwa.
    - Powiedz Khan, czy pofatygowałbyś się aż tutaj, by mnie ratować gdybym nie była Ci potrzebna? - Mei spojrzała mu prosto w oczy oczekując odpowiedzi.
    Khan poczuł się trochę nieswojo, gdyż uczciwie musiał przyznać, że dotąd nie myślał o niej. Jedynie, gdy omawiał z Żarłokiem plan uratowania niewielkiej liczby ludzi, w pierwszym rzędzie pomyślał o Mei. Uznał, że usprawiedliwia go to poniekąd i skłamał, że już od kilku dni jej poszukiwał, ale dopiero dzisiaj dzięki szczęśliwemu trafowi namierzył gdzie jest. Mei znała Khana od wielu lat i choć nic poza wspólnymi zadaniami, i okazjonalnymi kolacjami ich nie łączyło, ufała mu całkowicie. Czasem żartował i zalecał się do niej, ale nigdy nie zrobił nic, co by zachwiało zaufaniem do niego.
    - Dziękuję, - Mei pocałowała Khana w zarośnięty policzek. - Możemy, zatem ruszać skoro sprawa jest pilna.
    Khan wyciągnął starą zapalniczkę Zippo, którą podprowadził Magowi i podniósł ją ponad głowę. Drugą ręką złapał Mei i oboje w mgnieniu oka znaleźli się w hallu Głównej Kwatery Gildii, gdzie Ulf i Ferrus czekali już z workiem różnych narzędzi i urządzeń pomiarowych.
    - Nareszcie jesteście. Kręcą się tu jakieś podejrzane typy, - Ulf podszedł do Khana i Mei i pociągnął ich w kierunku wąskiego przejścia, w którym ukryli się tymczasowo. - Sądząc po tym, o czym rozmawiają ze sobą, nie będą przyjaźnie nastawieni do nas. Powinienem był zabrać moje pieski.
    - Może uda się uniknąć konfrontacji, - Khan był trochę zaskoczony obecnością obcych sił w tym miejscu. - Myślę, że zajmiecie się zabezpieczeniem głównego korytarza, by nikt nam nie przeszkadzał a my zdemontujemy teleporter i znikamy.
    Khan króciutko przedstawił Mei Ferrusowi i Ulfowi, którzy następnie, sprawnie rozstawili się w głębi korytarza, pilnując, by nikt nie przeszkodził Mei w pracy. Khan poprosił dziewczynę, by wybrała kabinę, która będzie najłatwiejsza do demontażu. Mei zastanawiała się chwilę, po czym ruszyła w kierunku skrajnego wolnostojącego teleportera.
    - Ten będzie idealny, - powiedziała. - Trzeba tylko rozłączyć zasilanie i światłowód zarządzający. Ty możesz się zająć usunięciem śrub mocujących kabinę do podłogi. To te grzybki na rogach. Wystarczy jakiś łom do ich usunięcia.
    Mei weszła do kabiny i otworzyła panel kontrolny. Zręcznym ruchem podważyła klips mocujący. Panel odskoczył z cichym trzaskiem. Odłączyła wiązkę przewodów łączących go z kabiną i sięgnęła do wnęki, z której po chwili wydobyła pęk światłowodów. Po chwili namysłu rozłączyła jeden z nich a resztę upuściła z powrotem do wnęki. Khan otworzył worek z narzędziami w nadziei znalezienia łomu lub czegoś równie użytecznego, jednak nikt nie pomyślał, że coś takiego będzie potrzebne. Wobec braku narzędzi wziął jeden z grzybków w palce i mocno ścisnął. Grzybek spłaszczył się jakby był zrobiony z plasteliny. Khan pociągnął go w górę wyciągając dziesięciocalową śrubę jakby była osadzona w maśle. Z pozostałymi grzybkami postąpił podobnie i zanim Mei była gotowa, kabina nie była już w żaden sposób przytwierdzona do podłogi. Mei w tym czasie uporała się z pozostałymi łączami i umieściła panel kontrolny z powrotem na właściwym miejscu. Wyszła z kabiny i spytała Khana czy już skończył.
    - Nic trudnego. Wszystkie śruby wyszły zadziwiająco łatwo. Ktoś musiał zapomnieć zalać je betonem.
    - Doskonale. Ja również skończyłam w środku. Teraz tylko zasilanie i kabina będzie wolna.
    Mei schowała się za kabiną, gdzie sprawnie otworzyła klapę, pod którą była mufa doprowadzająca zasilanie i po minucie zameldowała, że skończyła.
    - Jesteś niesamowita, - Khan spojrzał na Mei z nieukrywanym podziwem. - Gdzie się tego nauczyłaś? W akademii przecież tego nie uczą.
    - Oddział około dziesięciu ludzi się zbliża, - Khan usłyszał myśli Ferrusa. - Czy jesteście już gotowi?
    - Możemy się stąd zabierać, - Khan odparł. - Wezmę Mei ze sobą a Wy skaczcie, gdy tylko my znikniemy. Spotkamy się u Ekstrapolatora.
    Khan poprosił Mei, by weszła do kabiny teleportera. Sam również tam wszedł, i ponownie wyciągnął srebrzystą zapalniczkę. Złapał Mei za rękę a drugą rękę oparł o ścianę kabiny. Kabina wraz z jej pasażerami zniknęła, pozostawiając puste miejsce na podłodze w hallu. Ferrus wbiegł do hallu w chwilę po tym, gdy kabina zniknęła. Zaraz za nim pojawił się Ulf. Stwierdziwszy, że kabiny już nie ma również zniknęli. Wszyscy pojawili się w chwilę później pod jedną ze ścian Komory Dryftu Wektorowego. Komora była jasno oświetlona światłem emitowanym z wielu punktowych źródeł, rozmieszczonych równomiernie na ścianach i suficie. Mei i Khan wyszli z kabiny na skalną podłogę. Wokół nich trwał nieustanny ruch. Roboty jeżdżące, pełzające i latające uwijały się niestrudzenie, przemieszczając różnorodne ładunki we wszystkich możliwych kierunkach. Sfera Deflektora Grawitacyjnego błyszczała w samym centrum jaskini. Lustra koncentrujące wiązki energii błyszczały, jakby były zrobione z czystego srebra lub rtęci. Mei zadarła głowę do góry podziwiając ogromne konstrukcje zapełniające większą część przestrzeni w jaskini.
    - Ale odjazd. Nigdy nie widziałam nic o podobnej skali. Od jak dawna to było konstruowane? - Mei spytała nie przestając się rozglądać.
    - Nie uwierzyłabyś, gdybym Ci powiedział, - odparł Khan. - Nie odpowiedziałaś jeszcze na moje pytanie.
    - A o co pytałeś, bo chyba nie dosłyszałam.
    - Pytałem gdzie się nauczyłaś wszystkiego o kabinach teleportacyjnych i elektryce.
    - Gdy byłam mała, czasem zdarzało mi się chodzić we śnie. Pewnego razu, zawędrowałam po gzymsach do warsztatu, gdzie znajomy ojca zwykł reperować różne sprzęty. Głownie stare aparaty elektryczne, różnego przeznaczenia. Gdy znajomy odkrył moje włamanie do warsztatu, powiadomił ojca, który przyszedł po mnie natychmiast. Zaprzyjaźniłam się później z tym człowiekiem, i często przychodziłam do warsztatu, już za jego zgodą. On sądził, że zainteresował mnie jego fach, ale tak naprawdę to przychodziłam na pyszną szarlotkę, którą jego żona piekła. Musiałam się później odchudzać, bo wyglądałam jak mały prosiaczek, od nadmiaru słodyczy. Niechcący nauczyłam się co nieco, o elektryczności i rożnych urządzeniach. Zawsze lubiłam technikę, więc czasami, sama coś reperowałam. Stąd znam się na rożnych urządzeniach.
    - Dobrze, że Cię znalazłem, - Khan był bardzo zadowolony, że ocalił Mei. - Zawsze bardzo Cię lubiłem a teraz zaczynam Cię również doceniać.
    - Czas najwyższy, - Mei się zrewanżowała. - Ciekawe, co jeszcze muszę zrobić, że się tak podlizujesz.
    Czuła, że Khan był jakby trochę poważniejszy niż do tej pory, ale nie wiedziała, z jakiego powodu. Ulf podszedł do Khana i wskazał miejsce gdzie jego zdaniem teleporter powinien zostać ustawiony.
    Khan czasem opowiadał Mei o tym, jaki jest Estymator, więc uznała, że głos dobiegający gdzieś z oddali, który czasem dało się słyszeć, należał właśnie do niego. Niewielki wózek transportowy podjechał do kabiny i za pomocą dwóch wysięgników ją podniósł. Ulf ruszył przodem wskazując miejsce, gdzie kabina miała ostatecznie spocząć.
    - Do czego te wszystkie konstrukcje służą? - Mei spytała ciekawie. - Na pewno mają jakiś związek z Artefaktami, ale co dokładnie robią?
    Khan nie chciał na razie za bardzo się rozwodzić nad detalami, więc obiecał, że gdy tylko skończą instalowanie kabiny, zabierze Mei w spokojniejsze miejsce, gdzie dowie się wszystkiego. Mei przystała na taki układ i zabrała się ochoczo do instalowania kabiny we wskazanym miejscu. Przymocowanie teleportera do podłoża pozostawiła Ulfowi i Ferrusowi, którzy szybko uporali się z tym zadaniem. Jako, że kabina miała być autonomiczna, nie trzeba było łączyć jej z siecią Ośrodka, natomiast zasilanie było niestety niezbędne. Mei wydało się dziwne, że nie ma żadnych standardowych gniazd energetycznych, jednak szybko zdecydowała, że do zasilania użyją sond zerowych, które doskonale się sprawdzały w takich sytuacjach. Ulf przezornie zabrał kilka sond do worka z narzędziami, więc należało jedynie zamontować złącze, kompatybilne ze złączem kabiny. Mei uporała się z tym w pół godziny i uruchomiła sekwencję inicjalizacji funkcjonalnej, którą zawsze należy wykonać po zmianie miejsca instalacji kabiny, by koordynaty geograficzne zostały uaktualnione. Procedura pomyślnie dobrnęła do modułu analizującego zasilanie i ku zaskoczeniu wszystkich zatrzymała się podając komunikat o niewystarczającej wydajności źródła energii.
    - Przecież jedna sonda może zasilić setkę takich kabin, - Mei się zdenerwowała. - Ulf czy mamy więcej sond w tym worku?
    - Oczywiście, - Ulf odparł sięgając po dwa kolejne urządzenia. - Zwykle sondy nie zawodzą, ale czasem i tak może się zdarzyć.
    Mei szybko wymieniła wadliwą sondę, ale i tym razem inicjalizacja stanęła w tym samym miejscu.
    - Niemożliwe by wszystkie sondy były wadliwe, - Mei rozglądała się za testerem potencjału zerowego. - Może w jaskini coś ogranicza poziom energii próżni. To by tłumaczyło słabą wydajność sond.
    Po zmierzeniu poziomu energii okazało się, że jej poziom jest o siedemdziesiąt procent niższy niż powinien.
    - Ile mamy sond do dyspozycji? - Spytała Ulfa. - Będziemy je musieli połączyć w klaster, ale do tego musimy mieć synchronizator fazowy.
    Khan poradził Ulfowi, by z któregoś okrętu przytargał gotowy klaster zintegrowany z synchronizatorem. Mei nie słyszała oczywiście ich rozmowy, gdyż porozumiewali się telepatycznie.
    - Chodź Ferrus, pójdziemy do magazynu, - rzekł Ulf głośno. - Na pewno są tu jakieś gotowe bloki zasilania.
    Złożyli cały swój ekwipunek na ziemi i skierowali się do jednego z tuneli wchodzących do jaskini. Za rogiem natychmiast skoczyli do magazynu zlokalizowanego w strefie wydobywczej Trifortium na Zaxor. Zmaterializowali się na placu przed blaszanym składem części zamiennych, w którym Ulf miał nadzieję znaleźć potrzebny moduł. Ferrus rozejrzał się uważnie, gdyż nie był w tym miejscu nigdy wcześniej. Obaj ruszyli w kierunku składu, gdy zza blaszanego baraku niespodziewanie wyszło trzech rosłych mężczyzn.
  • #21
    yego666
    Level 33  
    ============== Odcinek 20 ================

    Ulf nie widział ich nigdy dotąd, jednak fakt, iż byli uzbrojeni dał mu do myślenia. Sami jednak nie byli uzbrojeni, gdyż cały swój sprzęt pozostawili w jaskini. Od nieznajomych mężczyzn dzieliło ich około pięćdziesięciu kroków, ale w pobliżu nie było żadnych zabudowań, za którymi można by się skryć.
    - Ten wielki to pewnie Nordyk, - jeden z mężczyzn powiedział do pozostałych. - A jego kompan to pewnie pan Mag. Mamy dziś szczęście.
    - Długo kazaliście na siebie czekać, - powiedział drugi z mężczyzn. - A gdzie Wasz pojazd?
    - Kim jesteście i czego tu szukacie? - Ulf rzucił ostro, zatrzymując się. - To strefa niedostępna dla cywilów.
    - My mamy stosowne pozwolenie, - odparł najwyższy z mężczyzn klepiąc pieszczotliwie swój miotacz plazmy. - Ale Wy, jak widzę, nie macie takich pozwoleń.
    - Czego tu chcecie? - Ulf ponowił pytanie ostrzejszym tonem. - Mama Wam nie mówiła, że trzeba się przedstawić?
    Mężczyźni wybuchli szyderczym śmiechem.
    - Zamknij się wielkoludzie, bo Ci przypalę tę śliczną buzię, - Mężczyźni znów zarechotali jakby usłyszeli świetny dowcip. - Odwróćcie się grzecznie i ręce do tyłu. Nie chcemy kłopotów. Nasz szef chce z Wami pogadać.
    Ku ich zdziwieniu Ulf i Ferrus odwrócili się i bez słowa założyli ręce za plecy. Obcy chwilę się naradzali, gdyż nie spodziewali się, że pójdzie im tak łatwo.
    - Tomcio, skuj ich i ruszamy, - herszt nakazał krępemu osiłkowi z opaską na oku. - Już dość czasu zmarnowaliśmy na tym zadupiu. Trzeba zgarnąć nagrodę a potem pojedziemy do miasta się zabawić. Zasłużyliśmy, nie?
    - Racja Iwan, - odparł trzeci z mężczyzn. - Od tygodnia tkwimy tu bez żadnej rozrywki. Czas się ucywilizować troszkę.
    - Święte słowa, Greg, - odparł Tomcio, oblizując się, na myśl o wyprawie do miasta.
    Tomcio sięgnął za pas i odpiął dwie pary ciężkich staromodnych kajdanek. Najpierw podszedł do Ulfa. Dwaj pozostali czujnie mierzyli ze swojej broni do Ulfa. Gdy Tomcio dotknął jego dłoni Ulf uchwycił go za przegub i ciągnąc nieszczęśnika wokół swojej osi wykonał pełny obrót w miejscu. Tomcio nabrał takiego pędu, że gdy go Ulf puścił, poszybował jak kula armatnia w kierunku mężczyzny, którego zwali Greg. Iwan, czyli Herszt bandy patrzył na tę scenę jak zahipnotyzowany. Greg zachował jednak zimną krew i widząc lecącego wprost na niego kompana nacisnął spust swojego miotacza. Dzięki temu sprytnemu zagraniu korpus Tomcia został przecięty na pół. Trafiony Tomcio wpadł w Grega z całym impetem i razem polecieli na spotkanie blaszanej ściany baraku. Gdy do niego dotarli, pęd, z jakim uderzyli wgniótł ich w blachę na pół metra. Nogi Tomcia poleciały w powietrze i spadły poza barakiem. Ferrus również nie marnował czasu i natychmiast znalazł się za Iwanem, który wciąż się gapił na swoich dwóch kompanów. Zabranie Iwanowi miotacza zajęło Ferrusowi pół sekundy. Wykręcił rękę herszta do tyłu i stanął za nim.
    - A teraz nasz drogi Iwan powie nam, kto go tu przysłał i w jakim celu, - Ulf powiedział najsłodszym tonem, na jaki potrafił się zdobyć. - Masz dokładnie pięć sekund. Potem mój kompan wyrwie Ci rękę.
    Iwan patrzył na Ulfa zbaraniałym wzrokiem. Po pięciu sekundach Iwan wciąż milczał i ani myślał o współpracy. Ferrus oparł kolano o plecy mężczyzny i pociągnął za rękę. Mężczyzna zawył z bólu. Jego ręka niestety urwała się w łokciu zamiast w barku. Krew ciekła strumieniem z urwanych żył i tętnicy. Ferrus rzucił urwaną rękę przed wijącego się z bólu mężczyznę i złapał go za drugą rękę. Wykręcił ją tak mocno, że mężczyzna natychmiast zapomniał o urwanej ręce. Po dłuższej chwili uspokoił się nieco, gdyż Ulf telepatycznie zatamował wypływ krwi z rany z obawy, by mężczyzna nie wykrwawił się zbyt szybko.
    - Może teraz będziesz rozmowniejszy? - Zagadnął spokojnie. - Masz pięć sekund...
    - To Mike nam zlecił zabicie Ciebie i Twojego szefa, - mężczyzna pospiesznie wystękał przerywając Ulfowi.
    Pieść Ulfa zatoczyła szeroki łuk i zakończyła bieg na szczęce Iwana.
    - To za to, że mi przerwałeś, - Ulf pouczył bandytę patrząc jak kilka zębów wylatuje z jego zakrwawionych ust. - Jesteś niekulturalny i radzę Ci pamiętać o tym w przyszłości. Ludzie będą Cię bardziej lubili i może będziesz miał wielu przyjaciół. Zrozumiałeś?
    - Iwan rozejrzał się podejrzewając kolejny podstęp, i skinął pokornie głową na znak, że przyswoił lekcję kultury.
    Ulf przypomniał sobie trójkę zdrajców, uciekających z osady Maruk. Jeden z nich miał na imię Mike.
    - Skąd pochodzi ten Mike? - Spytał ponownie zbira.
    Iwan odczekał trzy sekundy i dopiero się odważył otworzyć usta.
    - Z Maruk. Pochodzi z Maruk.
    - Nie jąkaj się, bo poprawię z drugiej strony, - Ulf zażartował dobrodusznie. - Ile mieliście dostać za nas?
    - Za żywych dwa razy tyle, co za martwych a za martwych Mike obiecał nam spory kredyt. Przez rok nie zarobilibyśmy tyle gdziekolwiek indziej.
    - Ilu ludzi zabiłeś? - Ulf spojrzał Iwanowi w oczy. Znał już odpowiedź, ale chciał to usłyszeć od bandziora.
    - Nie pamiętam dokładnie, ale chyba dwóch.
    - Kłamiesz kolego, - Ulf czekał na prawdziwą odpowiedź.
    Ferrus zaczynał się już nudzić i nieco rozluźnił uchwyt. Iwan wyczuł to natychmiast i się wyrwał. Pognał jak burza za barak. Zdążył dopaść swój fazolot. Wskoczył do środka i natychmiast ruszył jak szalony. Ferrus niespiesznie podniósł spory kamyk i zważył go w ręku. Obrócił się w kierunku oddalającego się fazolotu. Przymknął jedno oko i oszacował odległość do zbiega. Zamachnął się i cisnął kamień w kierunku oddalającego się pojazdu. Kamień poszybował prosto jak strzała trafiając głowę Iwana, która rozprysła się na wszystkie strony jak arbuz. Fazolot pozbawiony sterowania po kilku sekundach uderzył w gąsienicę kombajnu, który stał na jego drodze. Słup ognia buchnął z rozbitego pojazdu.
    - Nie mamy wiele czasu, - Ferrus usprawiedliwił się ze swojego gwałtownego temperamentu. - Chodźmy po ten agregat.
    Kwadrans później obaj pojawili się w jaskini, dźwigając sporą skrzynię agregatu.
    - Nowiutki klaster fazowy z synchronizacją, - Ferrus pogłaskał skrzynkę. - Ten z pewnością będzie działał.
    - Wszystkie były testowane dwa tygodnie temu, - dodał Ulf. - Podłącz go a teleporter zacznie sam fruwać.
    Mei wzięła się za podłączanie odpowiednich przewodów. Terminale zasilacza lśniły nowością. Po kwadransie wszystko było gotowe i Mei ponownie włączyła Kabinę. Poziom mocy był tym razem wystarczający, ale wielokrotnie niższy, niż znamionowa wartość, podana na obudowie klastra.
    - Wygląda to tak, jakby próżnia w tej jaskini była prawie pozbawiona energii, - Mei podrapała się w czuprynę. - Wiesz coś na ten temat Khan?
    - To jest dłuższa historia, na którą obecnie nie mamy czasu, - Khan odparł wymijająco. - Gdy już się uporamy z Artefaktami opowiem Ci wszystko od początku.
    - O tym, co tu się znajduje również? - Mei nalegała. - Wygląda to dość... Niecodziennie. Widziałam już różne rzeczy, ale to, co tu widzę znacznie wykracza poza nasze obecne możliwości techniczne. Jak dotąd, nie operowaliśmy w tej skali.
    - Masz absolutną rację, ale nie oczekuj, że takie rzeczy będą dyskutowane publicznie we wszystkich mediach, - Khan ostudził nieco zapał Mei. - Jest to ziemska technika, ale nie z naszych czasów. Dowiesz się jeszcze o kilku dziwnych sprawach, ale nie teraz, proszę.
    - Nie będę Ci suszyła głowy. Sam zdecydujesz, co mi powiedzieć i kiedy, - Mei się uśmiechnęła. - Jestem Ci w końcu coś winna za wyciągnięcie mnie z aresztu. Sama bym się też w końcu wydostała z celi, nawet gdybyś się nie zjawił. Wiesz, że się łatwo nie poddaję.
    - Znam Cię nie od dziś, - Khan skwitował krótko jej wywód. - Nic się przed Tobą nie ukryje.
    Jako, że Mei nie miała na sobie skafandra ochronnego, Khan nie chciał ryzykować jej bezpieczeństwa, zarządził więc odwrót. Planował przeniesienie Mei na Zaxor, do baraku gdzie Mag i Ulf mieszkali, gdy dozorowali pole wydobywcze, ale gdy usłyszał o kłopocie, jaki Ferrus i Ulf tam mieli, zmienił plan. Po konsultacji z Samirą zdecydowali, że chwilowo umieszczą Mei w jej domu koło Thevion, gdzie powoli dowiedziałaby się wszystkiego. Samira zdecydowała, że w jej domu chwilowo zamieszka Szyszkin, którego Mei nie widziała przy Gnieździe. Było to rozsądne, więc wszyscy przystali na taki układ.
    - Zbieramy się, panowie, - Khan zarządził odwrót. - Mei, idzie ze mną a Wy wiecie, co robić. Zaraz do Was dołączę.
    Khan złapał Mei za rękę i w chwilę potem byli już na porośniętym bujną trawą podjeździe domu Samiry. Niestety nie dało się ukryć niebieskiego słońca, które jak na złość świeciło prosto w dół.
    - Już to gdzieś widziałam, - Mei rozejrzała się podejrzliwie. - Co to za miejsce?
    - Zaraz się wszystkiego dowiesz, - odparł Khan. - Jose! - Zawołał głośno.
    W wejściu domu stanął przystojny młody człowiek w nienagannym stroju. Khan nie mógł uwierzyć własnym oczom. W obecnej sytuacji Jose nie mógł zrobić nic głupszego, niż się odmłodzić w Komnacie Przodków.
    - Jose! - Mei podbiegła do Szyszkina. - Aleś ty odmłodniał, czy tylko mnie się tak wydaje?
    Szyszkin serdecznie przywitał gościa i zaprosił do salonu. Khan przekazał Mei w dobre ręce, choć liczył na więcej rozsądku u Szyszkina.
    - Cholera, że też o tym nie pomyślałem, - Khan stuknął się w czoło. - Jose zawsze się ciepło wyrażał o Mei. Teraz rozumiem, czemu, - pomyślał prawie głośno. - Może to i lepiej w obecnej sytuacji. Mei łatwiej się odnajdzie w tej poplątanej rzeczywistości.
    - Czas na mnie, - powiedział głośno. - Zajrzę do Was, gdy znajdę chwilę. Baw się dobrze, Mei.
    - Dzięki, Khan, - odparła. - Mam doskonałe towarzystwo, więc się raczej nie będę nudziła. Dziękuję za wszystko.
    Khan wyszedł przed dom i przeniósł się do jaskini w Instytucie Archeologii, gdzie Ulf i Ferrus usiłowali ustalić, który z Biegunów należałoby wyekspediować w pierwszej kolejności. Szukali wskazówek na samych Biegunach, ale z zewnątrz były identyczne. Dopiero, gdy się je zbliżyło do siebie, święciły innym blaskiem. Khan podszedł do jednego z Biegunów i przybliżył dłoń z sygnetem. Wtopiony w niego Konwerton zaczął emitować słabą niebieskawą poświatę. Następnie Khan podszedł do drugiego Bieguna, przy którym Konwerton jarzył się malinowo.
    - Od tego zaczniemy. Zgodnie z instrukcjami Ekstrapolatora to właśnie ten Biegun pójdzie, jako pierwszy, - Khan zdecydował.
    Ostrożnie, we trzech przenieśli skrzynię z Biegunem do komory teleportacyjnej. Khan wybrał właściwy kod i zawartość komory natychmiast zniknęła. Zgodnie z zaleceniem Ekstrapolatora odczekali dokładnie pół godziny i wyekspediowali drugi Biegun.
    - Spełniliśmy dwa warunki Ekstrapolatora, - Ferrus stwierdził beznamiętnie. - A co z trzecim? Czy mamy, chociaż jakiś trop?
    - Mei opowiadała mi troszkę o swoim dzieciństwie, - Khan się odezwał. - Gdy była mała chodziła we śnie. Niestety wielu ludzi chodzi we śnie. Kandydat powinien mieć też dwa identyczne skrzydła i być bardzo młody. Czy są stworzenia, których skrzydła nie są identyczne? Nie spotkałem się z takim przypadkiem. Ale może tu tkwi jakiś podstęp? Dwa „identyczne” skrzydła mogłyby oznaczać na przykład, że są to dwa Prawe, lub obydwa Lewe skrzydła. W jakim sensie mają być identyczne?
    - W zasadzie nie jest powiedziane, że to ma być człowiek lub Anioł, tylko, że ma mieć dwa identyczne skrzydła, - Ulf się wtrącił. - Może faktycznie, z tymi skrzydłami to jakaś metafora?
    - Wiek również może być metaforą i lunatykowanie o brzasku również, - Khan dorzucił swoje spostrzeżenia. - Tak do niczego nie dojdziemy. Wracajmy do Gniazda. Tam jest więcej głów. Może ktoś na coś w końcu wpadnie.
    Zrobili jak Khan zasugerował, gdyż w jaskini nie mieli już nic do zrobienia. Przy Gnieździe jedynie Żarłok, Samira, Uzi i ojciec Emi dyskutowali nad zagadnieniami dotyczącymi nowych teorii fizycznych. Samira zauważyła, że notacja, jaką się posługiwali Atlanci, przypominała w wielu miejscach rachunek tensorowy, jednak operatory były przeciążane w niespotykany sposób dla ujęcia fizyki trójbiegunowej, stąd wszyscy mieli spory kłopot z interpretowaniem poszczególnych praw, dopóki Uzi nie wprowadził swoich poprawek. Wtedy sprawy stały się dużo bardziej jasne. Z niezrozumiałych wzorów zaczęły wyłaniać się sposoby dokonywania rzeczy dotąd niemożliwych. Żarłok zdołał ulepszyć niektóre ze swoich urządzeń tak, by nadawały się do obserwacji i modyfikacji rzeczywistości w prawdziwej trójbiegunowej perspektywie. Jedyny nierozwiązany problem, jaki pozostał dotyczył sposobu doboru początkowych parametrów nowego wszechświata, gdyby kiedyś pojawił się w absolutnej Nicości. Nikt nie potrafił przedstawić przekonywających argumentów, które określałyby jednoznacznie fizyczne własności praobiektu powstałego w takich warunkach. Khan zabrał Aurorę i oboje udali się nad Wielki Wodospad Wschodni.
    - To przepiękne miejsce. Nigdy nie widziałam podobnego, - Aurora zachwycała się ogromnymi girlandami wody spadającymi z hukiem w dół, gdzie rozbijały się o skały, tworząc kotłującą się kipiel. - Czy możemy tam zejść i się wykąpać? Jest tam spore jeziorko spokojnej wody. Oh, Khan. Bardzo proszę.
    Aurora nalegała tak długo, że Khan w końcu się zgodził. Pogoda była piękna, więc pod naciskiem Aurory zaczęli schodzić w dół malowniczą ścieżką biegnącą między skałami i drzewami porastającymi zbocza. Khan wolałby po prostu przeteleportować się nad jeziorko, ale nie chciał opuszczać towarzyszki pragnącej podziwiać piękne widoki. Byli już prawie w połowie wysokości zbocza, gdy Khan się zagapił na zgrabne pośladki Aurory i oparł stopę na śliskim kamieniu. Noga zsunęła się z niego pozbawiając Khana podparcia i posyłając go w dół zbocza. Spadając w dół zawołał głośno do Aurory, by się trzymała, jednak ona zamiast mocniej uchwycić się skał, puściła je i zaczęła również spadać. Khan niestety tego nie dostrzegł, gdyż teleportował się na brzeg jeziora. Gdy tam się znalazł Aurora leciała już w dół jak kamień. Nie przyszło jej do głowy by się teleportować lub lewitować, gdyż zaskoczona zupełnie straciła głowę. Gdy Khan się odwrócił, Aurora była na wysokości stu metrów nad wodą. Wystartował jak błyskawica by ją pochwycić w locie, jednak, gdy się znalazł w miejscu gdzie spodziewał się ją złapać, nie było tam już nic poza powietrzem. Rozejrzał się przerażony w poszukiwaniu spadającej dziewczyny, ale zamiast tego ujrzał jak nagle z jej pleców rozwinęły się dwa skrzydła, które właśnie zaczęły łapać powietrze. Aurora z lotu nurkowego przeszła do lotu ślizgowego, jednak stało się to za późno i zawadziła o wodę, która ją ściągnęła jak kamień. Oszołomiona Aurora nie bardzo wiedziała, co się właściwie stało, więc ze wszystkich sił usiłowała machać mokrymi skrzydłami. Zamiast unieść się w górę coraz bardziej zanurzała się w wodzie. Na szczęście Khan zdążył już ochłonąć i złapał dziewczynę za ręce. Krótki skok na brzeg zakończył jej zmagania z wodą. Długo leżała na piasku łapiąc oddech. Była bardziej przerażona niż zmęczona, jednak szybko wracała do siebie. Po paru minutach już się śmiała i żartowała jak to jej bohater ją wyratował w ostatniej chwili. Nawet nie zauważyła swoich mokrych skrzydeł, które wciąż ociekały wodą. Khan sięgnął do plecaka i wyjął największy ręcznik, jaki mieli. Powoli wycierał skrzydła dziwiąc się, jakie są lekkie i elastyczne.
    - Nie wiedziałem, że masz skrzydła. Myślałem, że tylko bardzo stare Anioły mają takie atrybuty.
    - Ja również nie wiedziałam, że je mam. Nigdy nie miałam potrzeby ich używać, stąd pewnie siedziały cicho, nie ujawniając swojego istnienia, - śmiała się machając ogromnymi wachlarzami wyrastającymi z jej pleców.
    Najpierw była zaskoczona, że je posiada a później zaczęło jej się podobać, że może nimi poruszać z taką gracją. Obserwowała Khana, który również był zachwycony wdziękiem, z jakim Aurora się nimi wachlowała.
    - Nie do wiary. Żeby mieć skrzydła i nawet o tym nie wiedzieć? - Khan nadal nie mógł wyjść z podziwu. - A w jaki sposób je chowasz? - Spytał zaciekawiony oglądając miejsce gdzie skrzydła łączyły się z łopatkami dziewczyny.
    - Niech się zastanowię, - odparła filuternie. - Może wystarczy pomyśleć by się schowały?
    W tej samej chwili skrzydła zaczęły się kurczyć i po chwili nie pozostał po nich nawet ślad.
    - No widzisz, jakie to proste? - Aurora tryumfowała. - Wolę skrzydła niż tę całą lewitację. Może i Ty masz skrzydła? Ale byłoby fajnie razem szybować po niebie nad drzewami i łąkami, - dziewczyna się rozmarzyła.
    - Byłoby wspaniale, - Khan odparł zamykając oczy.
    Piasek był ciepły a woda szumiała romantycznie w duecie z kołyszącymi się drzewami. Oboje poczuli, że marnują czas na przekomarzanie się. Aurora spojrzała Khanowi prosto w oczy swoimi fiołkowymi oczami. W najśmielszych snach nie przypuszczała, że szczęście znajdzie u boku człowieka a nie Anioła. Po trzech godzinach, gdy słońce już nie grzało tak mocno ubrali się i spakowali koce oraz ręczniki. Powrót do Gniazda zajął im tylko chwilę. Ferrus nie mając nic do roboty spał z głową opartą o kolana Hery, która cicho śpiewała jakąś niezrozumiałą piosenkę w języku staroanielskim. Brzmiało to jak kołysanka pomieszana z eposem rycerskim. Khan aż oniemiał słysząc, jak pięknym i głębokim głosem Hera była obdarzona. Cichutko, by jej nie przerywać usiadł wraz z Aurorą na ławeczce zbitej z drewnianych klocków. Aurora po chwili dołączyła do Hery i razem dały popis prawdziwie anielskiego chóru. Nawet Mag i Ulf wraz Emi stali i słuchali jak urzeczeni. Nikt nie śmiał nawet mrugnąć, by nie przerywać tego cudownego przedstawienia. Na śpiącym Ferrusie duet żeński nie robił żadnego wrażenia. Ziewnął przez sen i obrócił się na bok. Koncert trwał jeszcze kwadrans a potem nastąpiły gromkie brawa, które wyrwały Ferrusa ze snu. Anielice chyba nigdy nie otrzymały takich owacji, bo aż się zaczerwieniły na skutek tylu wyrazów uznania.
    - To wspaniale być docenianym za to, co się robi a nie za to, czym się jest, - Hera nie kryła wzruszenia. - Jesteście pierwszymi i jedynymi ludźmi, którzy słyszeli tę pieśń o tęsknocie za czasami beztroskiej młodości i wolności.
    - Bez nagłośnienia byście zdobyły serca najwybredniejszej publiczności na Ziemi a gdybyście wystąpiły w operze, świat padłby Wam do stóp, - Ulf nie krył swego entuzjazmu. - Ja chcę jeszcze!
    - Chyba czas się odświeżyć i przygotować jakąś kolację, - Mag spojrzał wymownie na słońce, które powoli zbliżało się do horyzontu.
    - Ciekawe jak sobie Jose radzi z naszą małą Mei? - Samira zachichotała cicho. - Wyglądał na bardzo podnieconego rolą niańki. Nawet się nieco odmłodził na tę okoliczność.
    - Również zauważyłem, że nasz profesor chyba czuje miętę do Mei, - Khan potwierdził przypuszczenie, Samiry. - Nie wiem czy z wzajemnością, ale sądzę, że jest taka możliwość. Znam Mei nie od dziś, ale nie wiedziałem, że gustuje w kosmologach.
    - To może ich odwiedzimy? - Emi włączyła się do rozmowy. - Przez te kilka godzin Mei mogła się już troszkę przyzwyczaić do nowych realiów, o ile Jose zajmował się tym, co trzeba. - Zaśmiała się rubasznie.
    - Myślę, że możemy im dać czas do rana, - Khan uciął dyskusję. - Musimy wypocząć przed jutrzejszym dniem. Z samego rana ściągnę ich tutaj. Może Mei jeszcze nam pomoże. Zna się na wielu rzeczach, o których my nie mamy pojęcia. Zawsze ją ceniłem za jej talenty techniczne, tak rzadkie obecnie. Młodzi ludzie chcą mieć wszystko od razu, bez wysiłku. Uczą się rzeczy, które nikomu nie są potrzebne a potem mamy rzesze znakomicie wykształconych specjalistów bez perspektyw, gdyż ich doskonałe wykształcenie dotyczy albo literatury Średniowiecza, albo moralnych aspektów wojny ludzi z Aniołami lub robotami, albo czegoś tak bezużytecznego jak literatura czy sztuka. Literaturę się tworzy by inni się nią cieszyli a nie rozbierali na czynniki pierwsze z wielkim znawstwem. Nikomu już się nie chce wkładać wysiłku umysłowego w naukę matematyki, chemii, mechaniki czy fizyki. Robienie czegokolwiek praktycznego uwłacza ich godności i mniemaniu o sobie. Daleko tak nie zajdziemy, jako społeczeństwo, jeśli armia dobrze wykształconych pasożytów będzie ciągle wisiała u państwowego cycka domagając się więcej praw i pracy w dziedzinach, które nie są nikomu potrzebne. Gildia zatrudnia samych najlepszych specjalistów dając im wszelkie możliwości rozwoju, ale coraz trudniej o nich. Od wielu lat rekrutacja jest procesem a nie punktowym zdarzeniem. Mamy agendy zajmujące się profilowaniem obywateli już od najmłodszych lat. Inwestujemy ogromne środki w rozwój technicznych uzdolnień a i tak wciąż mamy problem z kadrami technicznymi i naukowymi. Lenistwo i głupota dominują w naszym społeczeństwie.
    Ferrus, mimo iż nie studiował nigdy nauk technicznych, znał się na wielu zagadnieniach i nie stronił od pracy, gdy była ona niezbędna. Nawet ostatnio zauważył, że pod wpływem Quadrium jego poziom umysłowy wzrósł do tego stopnia, że bez problemu ogarniał uczone dysputy Uziego i Szyszkina, co dawało mu wiele satysfakcji. Nigdy nie przypuszczał, że będzie w stanie zrozumieć jakąkolwiek teorię kosmologiczną, a jednak. Musiał przyznać, że nigdy nie należał do przeciętnych, ale teraz w kategoriach obowiązujących w społeczeństwie Aniołów byłby geniuszem. Zyskał możliwość dogłębnej analizy problemów, co prowadziło go bardzo często do negowania zastarzałych poglądów i paradygmatów zaszczepionych mu jeszcze w młodości. Hera również stała się doskonałym adwersarzem, z którym chętnie dyskutował na najbardziej zawiłe tematy, jakie kiedykolwiek przyszły mu do głowy. Podziwiał ją za elastyczność i otwartość, z jaką podchodziła do rzeczywistości. Od czasu, gdy spotkali ludzi, ich życie wymagało gruntownego przekonstruowania. Dawna pogarda dla tej karłowatej intelektualnie rasy zmieniła się w podziw a co ważniejsze spowodowała chęć rozwoju, by im dorównać w każdej możliwej dziedzinie. Ferrus zamęczał Uziego pytaniami o wszystko, co go interesowało. Na szczęście robocik był nieskończenie cierpliwy i bardzo chętnie dzielił się informacjami. Nie mówiąc nic nikomu Ferrus zażył trochę więcej Quadrium, którego było wszędzie pod dostatkiem i zauważył, że nie miał żadnych problemów z pojmowaniem nawet najbardziej skomplikowanych zagadnień, o których istnieniu jeszcze całkiem niedawno nie miał najmniejszego pojęcia. Aurora wydawała się nieco inna. Jej umysł jakby nie był podatny na działanie minerału. Każdy ma jakąś rolę, która pasuje do jego możliwości, ale rola Aurory wydawała się bardzo nieokreślona. Ferrus postanowił obserwować ją nieco uważniej pod tym kątem. Może jeszcze nie nadszedł czas by się uaktywniły jej talenty, jakiekolwiek by one nie były. Jeśli świat ocaleje, niewątpliwie rasa Aniołów będzie potrzebowała nowego kierunku rozwoju. Wegetacja, bo tak należy chyba określić okres panowania Yaaha, spowodowała głęboki zastój w rozwoju zarówno społecznym, jak i technicznym, na skutek ograniczeń intelektualnych. Nauka w tamtych czasach ograniczała się do znajomości historii, podstaw matematyki, sztuk pięknych i donosicielstwa, które było bodaj najlepiej rozwiniętą formą stosunków społecznych panujących wśród Aniołów.
    Ferrus niechętnie opuścił swoje wygodne legowisko na kolanach Hery i udał się wraz z resztą towarzystwa przygotowywać kolację. Khana czekała bezsenna noc, więc postanowił się chociaż najeść do syta. Skrzydła Aurory nie dawały mu spokoju. Musi wiedzieć na pewno, czy właśnie Ona jest Medium czy to kolejny fałszywy trop. Już tyle razy wszystko się zmieniało na przestrzeni minionych dni, że Khan nie byłby bardzo rozczarowany, gdyby się okazało, że Aurora nie spełnia któregoś z warunków. Miała skrzydła i na skutek odmłodzenia miała zapewne mniej niż dziewiętnaście lat, czy jednak jest obdarzona zdolnością bezpośredniego manipulowania matrycami splątań? Trzeba to będzie sprawdzić. Z drugiej strony, to Mei w młodości lunatykowała, ale również Mag w młodości wychodził we śnie na dachy okolicznych domów i trzeba było się nieźle nabiedzić, by rano go sprowadzić na ziemię. Tylko cierpliwość pozwoli dojść prawdy. Jeśli jednak żadne z nich nie będzie chciało być Medium, to losy świata będą poważnie zagrożone, gdyż nikt nie miał pomysłu jak odszukać właściwą osobę pośród wszystkich ludzi i Aniołów.
    - Mei zniknęła! - Khan usłyszał myśli zaniepokojonego Szyszkina. - Nie mam pojęcia gdzie się teraz znajduje.
  • #22
    yego666
    Level 33  
    ============ Odcinek 21 ==============

    Khan natychmiast znalazł się w salonie na parterze domu Samiry.
    - Jak to się stało? - Spytał roztrzęsionego Szyszkina. - Opowiedz po kolei, co robiliście i o czym rozmawialiście.
    - Siedzieliśmy i piliśmy herbatę, rozmawiając o najnowszych wydarzeniach. Opowiadałem jej o tym wszystkim, co się wydarzyło od chwili, gdy przytargaliście Artefakt na Ziemię. Mówiłem o wojnie z Aniołami, o Zaxor i Dengach. Bardzo ją interesowała rasa Poszukiwaczy a Żarłok w szczególności. Wciąż powtarzała, że wszystko to widziała we śnie. Opowiadałem jej również o Aniołach. Nietrudno zrozumieć jej negatywny stosunek do nich, skoro nie poznała ich od tej strony, od której my je znamy. Gdy doszedłem do Ciebie i Aurory, w Mei jakby coś wstąpiło. Mówiła, że wszyscy, którzy ufają Aniołom postradali zmysły, bo to zła i podstępna rasa. Nie obraź się Khan, ale Ciebie nazwała zdrajcą. Twierdziła, że Aurora musiała Cię opętać, byś działał na korzyść Aniołów zamiast ludzi. Była bardzo wzburzona i załamana. Poszedłem, więc do kuchni po napar z tutejszych ziół. Niestety, gdy wróciłem z tą miksturą, - Szyszkin pokazał filiżankę parującego napoju, którą wciąż trzymał w dłoni, - Mei już tu nie było. Obszedłem wszystkie pomieszczenia i dom, dookoła, ale nigdzie jej nie znalazłem. Nie mam pojęcia, dokąd Mei poszła. - Dodał wciąż drżącym głosem.
    - Nie martw się Jose. Znajdziemy Ją. Może sprawa jest prostsza niż przypuszczamy. Czy dałeś jej Quadrium?
    - Nawet nie mam tu, ani szczypty tego minerału. Jedynie pieszo mogła stąd uciec. Nie wiem tylko, dokąd. Nikogo tu nie zna a i okolica jest nowa. Pewnie się gdzieś błąka po okolicznych lasach, biedactwo.
    - Czy mógłbyś przyprowadzić swoje Wostoki do domu Samiry? - Khan spytał w myślach Ulfa. - Mamy tu mały problem.
    - A będą miały, co jeść? - Ulf spytał z nadzieją na dobre polowanie.
    - Dostaną coś dobrego, ale w zamian muszą wytropić Mei. Zniknęła kilka minut temu, - Khan odparł pospiesznie. - Czekamy na Twoje maleństwa.
    - Czy mogłabyś sprowadzić tu Maga i Ferrusa? - Khan skontaktował się z Samirą. - Będziecie potrzebni jak najszybciej.
    - Stało się coś złego? - Samira spytała zaniepokojona. - Ktoś napadł na Szyszkina i Mei?
    - Mei zniknęła a Jose nie wie, dokąd się udała. Musimy jej poszukać a Ty i Mag znacie teren. Poprowadzilibyście pieski Ulfa.
    - Wezmę tylko parę drobiazgów i zaraz tam będziemy. Kolacja musi zaczekać, - Samira dodała z żalem w głosie.
    W chwilę później Khan usłyszał głośne ujadanie, Wostoków, które nie lubiły teleportacji i musiały odreagować. Ulf uspokajał je za pomocą kostek cukru, które nosił w kieszeni w tym celu. Ferrus, Mag i Samira zjawili się zaraz po Ulfie. Khan opowiedział w skrócie historię, którą mu Szyszkin sprzedał nie wdając się w zbędne detale. Samira poszła do garażu po swój sferocykl, gdyż sądziła, że z góry może ją szybciej wypatrzeć, zwłaszcza z detektorem ruchu i podczerwieni. Ulf zaprowadził swoje pieski do salonu, gdzie Mei siedziała przez jakiś czas na kanapie.
    - Zostawiła tutaj swój zapach. Pieski muszą złapać trop, - Ulf poklepał je po kudłatych grzbietach.
    Po kolei wąchały kanapę i miejsca gdzie Mei przebywała. Szyszkin dał psom do powąchania ręcznik, którym się wytarła po kąpieli, którą wzięła, by się odświeżyć po kilku dniach postu w areszcie. Psy najpierw kręciły się po salonie i kilku innych pomieszczeniach, ale w końcu trop zaprowadził je na zewnątrz. Zatrzymały się na podjeździe, gdzie trawa była mocno przydeptana, jakby ktoś chodził tu w koło. Dalej psy nie chciały iść. Najwyraźniej ślad się tu urywał. Ulf oprowadził psy wokół domu, ale nigdzie poza podjazdem nie było żadnych śladów Mei.
    - Jakby stąd ją zabrał jakiś pojazd lub... - Khan się zastanawiał, co mogło się stać, ale tak jak pozostali nie miał żadnego sensownego pomysłu. - Tych trzech, którzy napadli na Ulfa i Ferrusa mogło mieć jakichś kompanów, którzy polowali na Samirę. To by nawet miało sens. Wzięli Mei za Ciebie, - Khan spojrzał na Samirę siedzącą na sferocyklu.
    - Rozejrzę się z góry póki jeszcze jest jasno, - Samira zaproponowała. - Może coś zauważę.
    - Tylko nie oddalaj się zanadto, - Napomniał ją Mag z troską w głosie. - Nie wiemy, czy tu jest bezpiecznie. Lepiej zachować ostrożność.
    Samira uniosła pojazd nad korony drzew i zatoczyła okrąg wokół domu. Potem następny i następny. Niestety ani czujniki ruchu ani podczerwieni niczego nie wykryły. Samira wzniosła się wyżej i powtórzyła całą operację. Także i tym razem bez rezultatu. Wylądowała na podjeździe i zsiadła z pojazdu.
    - Nie mogła piechotą odejść dalej, niż na pół mili, - stwierdziła strapiona. - Ale gdyby szła piechotą, psy by znalazły ślad.
    - Mei nikogo tu nie znała poza nami, więc osoby trzecie nie wchodzą w grę, - Mag stwierdził trzeźwo. - Brzytwa Ockhama każe wobec tego zaakceptować niemożliwe. Mei została albo porwana, ale w takim przypadku znaleźlibyśmy obce ślady, albo się teleportowała, albo lewituje gdzieś poza zasięgiem czujników Samiry. Mogła też stać się niewidzialna jak my parokrotnie i stoi tu gdzieś śmiejąc się z nas. Wiatr nie mógł jej porwać, więc inne logiczne możliwości odpadają.
    - Żarty na bok, Khan, - Szyszkin się wreszcie odezwał. - Mei nie potrafi ani znikać, ani lewitować, ani się teleportować. Twoja brzytwa Ockhama jest tępa jak obuch siekiery i nie obcina jak trzeba. Moja mówi natomiast, że musiała zostać porwana na przykład przez pomyłkę. Ktoś chciał porwać, Samirę, ale nie miał zdjęcia, więc działał na ślepo. W końcu wszystkie kobiety są podobne, więc nic dziwnego, że się pomylił.
    - Szyszkin, Ty męski szowinisto! - Samira aż poczerwieniała ze złości. - Żeby mnie pomylić z jakąś zmokłą kurą? Chyba nadmiar nauki pomieszał Ci rozum! Ja Ci dam podobne. Odmłodził się i mu się poprzewracało w głowie.
    Szyszkin chciał coś powiedzieć, ale Samira nie dopuściła go do głosu. Jej słuszny gniew dopiero nabierał impetu.
    - A Ty, co się śmiejesz? - Samira wylała swoją złość na Maga. - Jeszcze przyjdziesz do mnie to Cię odeślę do tej gęsi. A Ty Khan, nie jesteś lepszy! Taki sam macho jak Szyszkin. Ale Ty Ulf potrafisz mnie odróżnić, prawda? - Samira zrobiła do niego słodkie oczka.
    - Też Ci tylko jedno w głowie, - ofuknęła go nie doczekawszy się reakcji w przeciągu mikrosekundy. - Wszyscy jesteście tacy sami.
    Chciała jeszcze dołożyć Ferrusowi, ale on przezornie udawał, że właśnie się rozgląda pilnie w poszukiwaniu zaginionej.
    - To Diabeł jest od Was lepszy, bo potrafi uszanować kobietę, - Samira spojrzała na Ferrusa łaskawszym okiem.
    Samira wściekła na wszystkich mężczyzn zsiadła ze, sferocykla i nie zaszczyciwszy pozostałych ani jednym spojrzeniem, zniknęła. Mężczyźni stali jeszcze przez chwilę skonsternowani, po czym wybuchli śmiechem. Przez długą chwilę nie mogli się uspokoić. W końcu jednak ucichli.
    - Powinieneś bardziej panować nad formą, - Khan spojrzał na Szyszkina. - Kobieta to nie równanie matematyczne, gdzie lewa równa się prawej a w dodatku nie posiada rozwiązań rzeczywistych.
    Panowie znów zarechotali, ale tym razem przyznali Khanowi rację z pełnym przekonaniem.
    - Co powiedziałeś, gdy tutaj przybyłem? - Khan spytał Szyszkina tknięty nagłą myślą. - Że opowiadałeś o Aurorze i o mnie, czy tak?
    - Właśnie tak było, - Szyszkin potwierdził. - Wtedy się zezłościła i zaczęła Cię wyzywać od zdrajców. Chwilę potem zniknęła.
    - Widzieliście jak działa zazdrość i urażona duma, - Mag włączył się do rozmowy. - Jeśli Mei się bujała w Khanie, to mogła się poczuć zdradzona. Czy coś między Wami było? - Mag spojrzał na Khana.
    -Poza sprawami służbowymi i podrywaniem w żartach absolutnie nic, - Khan stwierdził szczerze. - Zawsze, gdy żartowałem, że bym się z nią ożenił, ona się natychmiast jeżyła. Ale może z jej strony to coś znaczyło. Trudno mi potwierdzić. Na razie musimy jednak przyjąć, że tak. Musimy ją odnaleźć jak najszybciej zanim zrobi jakieś głupstwo.
    - Łatwo powiedzieć, - Ferrus stwierdził. - Może być wszędzie, jeśli potrafi się teleportować.
    - Nie potrafi a w każdym razie nic mi o tym nie wiadomo, - Khan odparł z przekonaniem. - Nie raz byliśmy zagrożeni, ale korzystaliśmy jedynie z teleportacji poprzez tunele czasoprzestrzenne. Nigdy przez matrycę splątań. Dzisiaj jednak Aurora pokazała mi, że można posiadać znaczące zdolności i nic o tym nie wiedzieć, więc i Mei może potrafi korzystać z matryc. Musimy dopuścić taką możliwość.
    - A cóż takiego Aurora Ci pokazała, jeśli to nie tajemnica? - Ulf spytał zaciekawiony.
    Khan opowiedział wszystkim przygodę nad wodospadem pomijając oczywiście intymne szczegóły.
    - Też nie wiedziałem, że Aurora może się posługiwać skrzydłami, - Ferrus stwierdził zaskoczony. - To bardzo rzadka umiejętność. Posiadają ją jedynie Anioły z tak zwanej Czystej Linii Genetycznej. W tej chwili pozostało nas zaledwie dziesięć, lub jedenaście sztuk. Nie wiedziałem, że Aurora pochodzi z takiej linii. Nigdy się nie zdradziła ani słowem, że jest Czysta. Pula genów, którą posiadają Czyści pochodzi w prostej linii od samego Booka. Wynika stąd jasno, że Aurora jest moją krewną. Czyści posiadają wiele innych cech niespotykanych u reszty Aniołów. Jedna z nich pozwala na całkowitą regenerację nawet po utracie połowy masy ciała. Inną cechą jest możliwość prokreacji oraz posiadanie silnie rozwiniętych, naturalnych zdolności paranormalnych. Czasem, ceną za wszystkie te „przywileje” jest obłęd lub całkowita alienacja. Na szczęście, u znanych mi Czystych, te objawy nie występują.
    - Skupmy się teraz na tym jak odszukać naszą Mei, - Khan przerwał rozważania Ferrusa. - Znam jej Sygnaturę, ale nie czuję jej nigdzie w pobliżu. Twoja hipoteza Ferrusie może być prawdziwa. Żarłok ma w Gnieździe urządzenie, które potrafi wzmocnić Sygnaturę. Może da się tego użyć do zlokalizowania Mei.
    Wszyscy obecni przeskoczyli w okolice Gniazda, gdzie płonęło ognisko a nad nim piekło się jakieś mięso. Zapach był wspaniały. Aurora kręciła rożnem, by mięso się nie przypaliło. Płomienie oświetlały jej twarz nadając jej nieco groźniejszy wygląd. Samira siedziała nadąsana na pieńku a Hera wraz z Emi oprawiały kolejne zwierzę przeznaczone do upieczenia. Khan uśmiechnął się do swojej wybranki i podążył do wejścia. Żarłok był w komnacie Głębokiego Skanu Przestrzeni. Zdziwił się widząc Khana.
    - Czy udało się odnaleźć Twoją przyjaciółkę? - Spytał przyjaźnie.
    - Niestety nie. Podejrzewam, że nie ma jej już na Zaxor. Czy zechcesz mi pomoc ją odszukać? Pamiętam jej Sygnaturę. Może Skaner ją zlokalizuje, jeśli się podłączę?
    - Przypuszczasz, że ktoś ją wywiózł z Zaxor? Kto i po co miałby to zrobić? Przecież mówiąc kolokwialnie nie stanowi dla nikogo większej wartości, chyba, że się mylę.
    - Sądzimy, że Mei posiada naturalną zdolność teleportacji i mogła z niej skorzystać by wrócić na Ziemię.
    - Siadaj zatem, na siedzisku przed tym małym ekranem, - Żarłok wskazał niewielkie podwyższenie, przypominające stołek.
    Gdy Khan usiadł na wskazanym miejscu, z sufitu wystrzelił pęk cieniutkich drucików, które oplotły jego głowę.
    - Teraz myśl o Mei, - Żarłok poprosił. - Najlepiej jakieś zdarzenie o charakterze emocjonalnym. Wtedy Sygnatura jest najwyraźniejsza.
    Khan wyobraził sobie ambulatorium na wyspie Niue, gdy się obawiał o życie Mei. Ekran przed Żarłokiem pociemniał. Najpierw pojawił się na nim pojedynczy punkcik a następnie zaczęło ich przybywać w zastraszającym tempie. Po chwili, cały ekran był usiany różnokolorowymi punkcikami przedstawiającymi gwiazdy i galaktyki. Urządzenia zaczęły analizować wszystkie wykryte Sygnatury, ale nie znajdowały żadnej korelacji z tą, którą Khan zapamiętał. Żarłok przeskalował nieco urządzenie i skaner ponownie zaczął przeczesywać przestrzeń. Tym razem widok na ekranie był zupełnie inny. Filtracja wprowadzona przez Żarłoka wyczuliła skaner na najsilniejszy sygnał z głowy Khana. Kilka punkcików ukazało się na ekranie i jeden mrugający czerwony punkt.
    - Czy ten czerwony punkt to Mei? - Khan spytał.
    - Wydaje mi się, że tak, choć miejsce jest mi nieznane, - odparł Żarłok. - To nie jest ani Ziemia ani Zaxor. Według najświeższego katalogu ciał niebieskich jest to układ Gallusa.
    Khan aż się poderwał z miejsca usłyszawszy tę informację.
    - Tam znaleźliśmy pierwszy z Artefaktów. Co ona tam robi? Jest tam atmosfera, ale temperatura około minus trzydziestu stopni na powierzchni uniemożliwia przeżycie bez specjalnego sprzętu. Wypnij mnie z tej uprzęży, to ją sprowadzę na Zaxor. Jak ona się tam dostała?
    Żarłok odłączył elektrody od głowy Khana i pozwolił mu wstać.
    - Dzięki za pomoc, - Khan poklepał Żarłoka po karku. - Uratowałeś życie kogoś, kto może się okazać naszym Medium. Udam się po Mei i zaraz wracam. Może wreszcie tym razem uda mi się Ciebie przedstawić jak należy.
    Khan szybko opuścił Gniazdo. Chwycił koc, który leżał rozłożony na trawie i bez słowa zniknął. Ciemna jaskinia sprawiała ponure wrażenie. Gdy Khan był tu poprzednio roboty zapewniały oświetlenie i ciepło. Teraz ich nie było i po zmaterializowaniu się Khan odczuł od razu przejmujący chłód. Wydobył z kieszeni małą latarkę i ją włączył. Powoli omiótł promieniem latarki przestrzeń dookoła. W odległym zagłębieniu leżał zwinięty w kłębek kształt człowieka. Khan podbiegł tam szybko i od razu rozpoznał mundur Mei. Dziewczyna się nie ruszała. Od czasu jej zniknięcia z domu Samiry minęła prawie godzina. W takim stroju mogła już tutaj zamarznąć, tylko, czemu przeniosła się aż tutaj a nie na Ziemię, i czemu postanowiła zamarznąć? Khan dotknął Mei. Dziewczyna poruszyła się nieznacznie. Bardziej zdecydowanie ją obrócił w swoją stronę. Mei miała otwarte oczy, które aż zabłysły na widok Khana.
    - Już myślałam, że tu zamarznę na śmierć, - zgrabiałymi rękoma usiłowała objąć Khana, ale była zbyt zziębnięta.
    Khan okrył ją szczelnie kocem i nie czekając aż się rozgrzeje, przeskoczył wraz z Mei na ciepłą plażę na jednej z małych wysepek u wybrzeży Grecji. Słońce mocno grzało, lecz Mei wciąż się trzęsła. Dopiero po kwadransie zaczęła odzyskiwać rumieńce. Przytuliła się do Khana jakby byli na wakacjach. W miarę ogrzewania się organizm Mei wracał do normy. Efektem ubocznym przechłodzenia było natrętne kichanie. Mei nie mogła go w żaden sposób powstrzymać, przez co jakakolwiek rozmowa była niemożliwa. Minęło pół godziny zanim kichanie ustąpiło i Mei ziewnęła jak lwica.
    - Zanim pójdziesz spać musisz mi powiedzieć, co się stało w domu Samiry, - Khan oznajmił głosem nieznoszącym sprzeciwu. - To bardzo ważne.
    Mei spojrzała Khanowi głęboko w oczy.
    - Szyszkin opowiadał mi o różnych rzeczach, które się wydarzyły przez ostatni tydzień na Ziemi i w kosmosie. Początkowo mu nie wierzyłam, ale gdy spojrzałam w lustro i przekonałam się, że nie jestem niebieska zrozumiałam, że wszystko, co mówił wydarzyło się rzeczywiście. To, co brałam za sen, okazało się straszną rzeczywistością. Cały świat, który znałam i mu ufałam, przez tydzień praktycznie się zawalił. Wizja zagłady świata tak mną wstrząsnęła, że wyszłam z domu i zapragnęłam się znaleźć jak najdalej od tego wszystkiego. Nagle wszystko zawirowało i znalazłam się w jakiejś ciemnej, zimnej jaskini. Próbowałam się wydostać, ale było tak przeraźliwie zimno, że szybko opadłam z sił. Myślałam, że tam zamarznę na śmierć, gdy niespodziewanie się zjawiłeś. Skąd wiedziałeś gdzie mnie szukać? Ja sama nie wiedziałam gdzie się znalazłam. Nie miałam żadnej latarki ani nawet komunikatora by cokolwiek zobaczyć. Ułożyłam się, by zachować choć troszkę ciepła, ale powoli już ciemność mnie wciągała w swoje objęcia. Wtedy właśnie się zjawiłeś. Myślałam, że to kolejny sen, ale Ty byłeś rzeczywisty. Już drugi raz mnie uratowałeś w ciągu jednego dnia. Czy to coś znaczy? Dla mnie tak, ale czy dla Ciebie to coś znaczy? Przecież wiele razy namawiałeś mnie bym rzuciła mojego przyjaciela. Nie mówiłeś tego poważnie, prawda? Żartowałeś sobie dla zabicia czasu...
    Khan nie wiedział, co powiedzieć. Żal mu było skrzywdzić Mei, gdyż bardzo ją lubił, ale nie miał też zamiaru jej oszukiwać, z dokładnie tego samego powodu.
    - Zawsze się w Tobie podkochiwałam, jak uczniak w nauczycielu. Nie traktowałam poważnie Twoich żartobliwych umizgów a powinnam była, gdyż z nikim nie byłam związana. Tylko tak sobie wymyśliłam, żeby mieć wymówkę. Nawet pierścionek sama sobie kupiłam, by wymówka wyglądała wiarygodnie. Zorientowałeś się pewnie, że wszystko sobie wymyśliłam, gdy kazałeś mi włożyć pierścionek do spektrometru podczas wyprawy po Artefakt, do układu Gallusa, prawda?
    Khan chciał udzielić, Mei odpowiedzi na jej wątpliwości, lecz zanim się zebrał w sobie, głowa Mei opadła bezwładnie na jego pierś. Ciepło i bezpieczeństwo sprawiły, że Mei zasnęła jak dziecko.
    - Lubię ją bardzo, - Khan rozważał słowa Mei. - Jest inteligentna, miła i zna się na wielu rzeczach, o których ja mam ledwo świadomość, że istnieją. Do tego jest bardzo atrakcyjna.
    - Czy mógłbyś sprawdzić bazę danych oficerów Gildii? - Khan zwrócił się w myślach do Uziego. - Chciałbym wiedzieć wszystko o Mei Thorn.
    - Zaraz się podłączę do sieci, - odparł Uzi. - Czy mam rozumieć, że odnalazłeś pannę Mei?
    - Była w układzie Gallusa, o piętnaście miliardów parseków od Zaxor. Na samym końcu znanego kosmosu, - Khan traktował Uziego, jak każdego innego członka zespołu, dlatego okazał mu szacunek, udzielając wyczerpującej odpowiedzi. - Czy jesteś już w sieci?
    - Właśnie otwieram akta Mei Thorn. Co chcesz wiedzieć na jej temat?
    - Gdzie się wychowywała, kim byli jej rodzice, jak trafiła do sił specjalnych Gildii...
    - Do Gildii trafiła dzięki nadzwyczajnym ocenom, uzyskanym na studiach. Studiowała podstawowe problemy techniki w Wellington, - Uzi czytał akta Mei. - Rodzice biologiczni nieznani. Kate i Marek Thorn adoptowali ją w wieku trzech lat. Nie posiadali własnych dzieci. Przebyte choroby: Brak. Czy coś jeszcze Cię interesuje?
    - Podaj mi proszę, wyniki najnowszego badania okresowego Mei.
    - Nie mogę spełnić Twojej prośby, - Uzi powiedział z żalem w głosie. - Dane albo nie istniały albo zostały usunięte.
    - A jakie dane istnieją? Może jakieś stare zdjęcia? Nie mogła się wziąć znikąd. Nawet sieroty mają swoją historię.
    - Istnieją akta Państwa Thorn. Byli archeologami poszukującymi śladów starożytnych cywilizacji na Ziemi. Często odwiedzali Afrykę Środkową i okolice Mezopotamii. Niestety brak danych o ich odkryciach. Zaginęli osiemnaście lat temu podczas wyprawy badawczej na szczycie Kibo. Żadnych więcej danych na ich temat nie ma w bazie Gildii.
    - Osiemnaście lat temu? - Khan był zbity z tropu. - Bardzo dziwna historia. Baza Danych Gildii wie wszystko o wszystkich, więc jakim cudem nie wie nic o Thornach? Sporo zagadek, jak na dane jednej niewielkiej rodziny. A gdzie jest ten szczyt Kibo?
    - Jest to najwyższy z trzech szczytów Kilimandżaro. Dwa pozostałe to Mawenzi i Shira.
    - Dziękuję Ci za pomoc, Uzi. Jesteś niezwykle uczynny.
    Uzi był bardzo zadowolony, że mógł się przydać. Zawsze chętnie pomagał. Khan zastanawiał się nad tym, co właśnie usłyszał. Wcześniej nie interesował się Mei od tej strony.
    - Jesteś dość tajemniczą osóbką, - Khan pogłaskał jej bujne czarne włosy związane z tyłu. - Bardzo mi się podoba Twój koński ogonek. Zawsze lubiłem kitki u dziewczynek.
    Khan miał ogromną ochotę przeskanować pamięć Mei by się dowiedzieć czegokolwiek o jej pochodzeniu, ale uznał, że byłoby to nielojalne wobec Mei. Może sama zechce mu opowiedzieć o sobie, gdy się obudzi. Khan rozważał różne scenariusze kontaktu Mei z Aurorą, ale każdy z nich kończył się katastrofą. Teraz, gdy twarzy Mei nie szpecił już ten okropny niebieski kolor skóry, Khan spostrzegł ze zdziwieniem, że Mei jest bardzo podobna do Aurory. Nawet oczy pozbawione niebieskiej otoczki miały lekko fiołkowy odcień. Były też różnice. Mei w odróżnieniu od Aurory miała ciemne włosy i ledwie zauważalną górkę na nosie. Nie był to orli nos, ale ta delikatna wypukłość przydawała jej twarzy bardziej zdecydowanego charakteru. Gdyby nie te różnice, można by uznać Mei za bliźniaczkę Aurory. Khan postanowił wrócić na Zaxor. Kolacja pewnie już się skończyła. Zdecydował, że nie będzie już usiłował chronić Mei przed rzeczywistością. Nie ma czasu na subtelności. Każdy ponosi jakieś ofiary w imię wspólnego dobra. Wziął Mei delikatnie na ręce i przeskoczył wraz z nią na polanę przed Gniazdem. Aurora pierwsza zauważyła ich pojawienie się i podbiegła. Khana aż ścisnęło w żołądku na myśl o tym, co zaraz nastąpi. Ku jego zdziwieniu Aurora ucałowała go serdecznie i wskazała miękki materac leżący na trawie. Khan ułożył śpiącą Mei i przykrył kocem.
    - Ładniutka jest ta Twoja Mei, - Aurora zauważyła z ledwie wyczuwalnym przekąsem. - Gdyby nie włosy pomyślałabym, że to ja tam leżę. Masz dobry gust, - Uśmiechnęła się i objęła Khana patrząc mu w oczy.
    Teraz bardziej niż na plaży Khan uświadomił sobie podobieństwo oczu Aurory i Mei. Nie, nie były wcale podobne. One były identyczne.
    - Cóż za nieprawdopodobny przypadek? - Pomyślał. - Pomijając kolor włosów one są podobne jak dwie krople wody.
    Niepokój Khana budziła antycypacja skutków konfrontacji Aurory i Mei. Wiedział, że obie darzą go uczuciem a właśnie zdał sobie sprawę, że Mei także nie jest mu obojętna. Jakoś podświadomie zawsze to wiedział, ale nigdy nie chciał tego przyznać przed samym sobą. Stąd te ciągłe umizgi do Mei. Z założenia niepoważne i na niby, ale podświadomość w ten sposób dawała Khanowi znać o swoich zamiarach.
    - Ale się wpakowałem, - Khan miał teraz mętlik w głowie. - Jak mam to teraz rozwiązać? Obie dziewczyny są wyjątkowe i każda z nich może się okazać Medium. Nie mogę ich zantagonizować. Nie teraz.
    Gonitwa myśli w głowie Khana odebrała mu apetyt. Dziczyzna pachniała oszałamiająco, lecz Khan nie miał już na nic ochoty.
    - Co robić? Co robić? - Po raz setny zadawał sobie to pytanie. - Jeśli z tego wyjdę obronną ręką zatańczę Haka z radości.
    - Czemu nic nie jesz kochany? - Aurora podsunęła Khanowi półmisek dymiącego mięsa prawie pod nos. - Czy coś Cię martwi? Opowiedz nam, gdzie znalazłeś Mei. Odkąd wróciłeś nie powiedziałeś ani słowa.
    Faktycznie, gdy Khan położył Mei, usiadł przy ognisku i nie odezwał się dotąd ani jednym słowem. Skarcił się w myślach za ostentację w prezentowaniu swoich nastrojów.
    - Przepraszam. Rozważałem nasze szanse przetrwania, - skłamał gładko. - Jeśli nie znajdziemy Medium pozostanie nam ucieczka w Gnieździe i tułaczka po pustej Nicości. Niezbyt wesoła perspektywa nawet uwzględniając wszelkie udogodnienia, jakie Żarłok może nam zaoferować. Wracając jednak do Mei, przyszło mi do głowy, że mogła się teleportować dokądkolwiek. Poprosiłem Żarłoka o pomoc w odnalezieniu jej po Sygnaturze, którą dobrze znam. Jego skanery szybko wskazały miejsce pobytu Mei. Była w jaskini, w której odkryła niedawno pierwszy z Artefaktów. To jej zasługa, że teraz tu jesteśmy. Nigdy nie opowiadała, w jaki sposób wpadła na trop Artefaktu. Sądzę, że w jakichś pradawnych inskrypcjach trafiła na ślad i wykonała stosowne pomiary dalekich pól, które doprowadziły ją do miejsca, gdzie Artefakt spoczywał. Tam też znalazłem ją zziębniętą na kość. Nie mam pojęcia, w jaki sposób właśnie tam się znalazła, ale wszystko wskazuje, że posiada naturalną zdolność do teleportacji. Pomyślałem, że nie będziemy jej dawać Quadrium, by sprawdzić jak silne są te zdolności. Gdy się już trochę ogrzała, wróciliśmy do Was. Dziewczyna przeszła ostatnio piekło, więc nic dziwnego, że się trochę rozkleiła. Dajmy jej trochę odpocząć. Później się posili, jeśli będzie głodna.
    Khan sięgnął po mięso i zaczął je jeść, by nie mówić już więcej. Najwidoczniej wyjaśnienie wszystkim wystarczyło, gdyż nikt już nie wracał do tematu. Obecnie tylko naukowcy mieli coś do roboty. Ojciec Emi zawzięcie konstruował jakieś urządzenie, ale nie chciał zdradzić jego przeznaczenia. Żarłok dyskutował z Uzim o jakichś ważnych sprawach. Samira siedziała wciąż nadąsana na Szyszkina i pozostałą połowę świata. Szyszkin nie mógł sobie znaleźć miejsca, więc zajął się dorzucaniem drewna do ogniska. Czasem tylko zerkał smutnym okiem, na Samirę jakby szukał odpuszczenia ciężkiego grzechu. Pozostali zajmowali się jedzeniem i cichymi rozmowami o nieistotnych sprawach. Słońce zachodziło już od kilku godzin i wciąż było spory kawałek nad horyzontem. Nagle genialna myśl zaświtała Khanowi w głowie. Wiedział, że to niemożliwe, ale istniał jakiś niewytłumaczalny cień szansy, że... Musiał tylko jakoś sprawdzić swoje przypuszczenia. Przytulił mocniej Aurorę. Ognisko dawało przyjemne ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Khan głaskał włosy Aurory. Były gładkie i aksamitne w dotyku. Dokładnie takie jak włosy Mei. Wybrał jeden z włosów i uskubnął paznokciem jego czubek. Przeprosił Aurorę i wstał. Następnie skierował się ku najbliższym drzewom by po chwili zupełnie zniknąć.
    Laboratoria genetyczne Gildii były rozsiane po całym świecie, więc Khan miał duży wybór. Zmaterializował się w hallu znanego mu ośrodka diagnostycznego pilotów. Rozejrzał się za jakąś planszą informacyjną, ale nie znalazł żadnej. Udał się, więc korytarzem aż do jego końca. Laboratoria znajdowały się zwykle w głębi korytarza. Instynkt go nie zawiódł, gdyż stanął przed drzwiami laboratorium analitycznego. Pchnął je lekko, ale drzwi nie ustąpiły. Spróbował nieco mocniej, ale z równie mizernym skutkiem. Drzwi były najwidoczniej zamknięte. Sprawdzonym sposobem przeskoczył na druga stronę. Pomieszczenie było pełne przeróżnych aparatów pomiarowych i analitycznych. Khan nie wiedział gdzie może się znajdować komparator genetyczny, ale znalazł go czytając tabliczki znamionowe. Dotknął główny włącznik i urządzenie natychmiast ożyło. Ekran pokazywał opcje do wyboru. Najpierw Khan wybrał porównanie próbek. Dwie szufladki wysunęły się z obudowy urządzenia. Khan włożył do jednej z nich kawałek włosa Aurory a do drugiej kawałeczek zakrwawionej chusteczki, którą wcześniej wytarł krwawiącą rękę Mei. Urządzenie zamknęło obie szufladki i zaczęło mrugać różnokolorowymi światełkami. Właściwie test nie miał większego sensu, gdyż Khan był pewien werdyktu. Potwierdzenie pokrewieństwa było jedynie formalnością, choć wiek obu dziewczyn nieco się nie zgadzał. Nie ma w naturze aż takich zbiegów okoliczności, które przeczyłyby logice. W końcu urządzenie zaczęło przewijać słupki liczb i symboli po ekranie. Były to numeryczne reprezentacje wyników. Na końcu pojawił się wynik porównania próbek. Nie było żadnych wątpliwości, próbki były niezgodne. Khan patrzył na wynik z niedowierzaniem, jednak nie miał zamiaru dyskutować z maszyną. Wściekły rozbił pojemnik z próbkami silnym uderzeniem pięścią. Ze zdeformowanych szufladek wydobył swoje próbki. Maszyna ogłosiła awarię i się wyłączyła.
    - Głupi, bezduszny robot, - Khan był wściekły, że jego pewność nie była warta funta kłaków.
    Przysiągłby, że ma rację, ale mimo to maszyna była innego zdania. Tylko, czemu? Wszystko się zgadzało jak w zegarku. Nawet ślepiec przyznałby, że Mei i Aurora są bliźniaczkami.
  • #23
    yego666
    Level 33  
    ================ Odcinek 22 ============

    Khan wrócił do lasku. Nie było go raptem pięć minut a Aurora zaczęła się już niepokoić. Wrócił na swoje miejsce przy ognisku i uważnie przyjrzał się Aurorze. Był wciąż pewien, że to on ma rację a nie maszyna. W głębi serca chciał żeby właśnie tak było jak sobie to ułożył, jednak rozum podpowiadał, że jest inaczej. Jeszcze raz się potwierdzało, że natura nie działa zgodnie z tym, co by nam najbardziej odpowiadało. Zwykle jest wręcz przeciwnie niezależnie jak bardzo jest nam to nie na rękę. Khan wiedział, że wynik jego prywatnego dochodzenia nie rozwiązywał problemu Medium. Widmo zagłady uwierało go coraz dotkliwiej. Całe życie obywał się bez perspektyw i nadziei a teraz, kiedy zaczynał mieć powód a właściwie nawet dwa powody, by żyć, wszystko zaczynało się rozpadać i rozłazić w szwach. Khan zaczynał wierzyć, że natura chciała mu zrobić na złość pokazując, że ma w nosie to, co dla niego jest najważniejsze. Zdawał sobie sprawę z irracjonalności swoich myśli, jednak mimo to czuł coraz wyraźniej gorycz nadchodzącej porażki. Aurora miała skrzydła i odpowiedni wiek, ale czy potrafi manipulować matrycami? Wolała skrzydła od lewitacji w krytycznym momencie. To raczej nie wróżyło zbyt dobrze. Jakby na potwierdzenie niewesołych rozważań Khana ciszę przerwał głos Żarłoka.
    - Zapraszam Was do Komnaty Rady. Pokaże Wam, co przygotowaliśmy dla Was.
    Wszyscy za wyjątkiem pogrążonej we śnie Mei podążyli w kierunku wejścia do Gniazda. Minęli Komnatę Potomnych i weszli do Komnaty Rady. Uzi stał w gondoli na środku sali i rozglądał się wokoło. Żarłok siedział na najwyższym poziomie balkonów. Gdy wszyscy znaleźli się już w środku jego głos zabrzmiał ponownie.
    - Do tej chwili nie można było się teleportować wprost do tej sali, ze względu na bezpieczeństwo. Dokonaliśmy pewnych zmian, by w razie nagłej konieczności wszyscy mogli się przeteleportować właśnie w to miejsce. W krytycznym momencie świat na zewnątrz może już nie istnieć, więc Sala Rady będzie służyła odtąd, jako nasze lądowisko. Musimy niestety zakładać najgorsze. Wciąż nie mamy pojęcia jak wyłonić Medium i może się to okazać najtrudniejszym zadaniem. Wciąż nad tym pracujemy, ale jak dotąd bez powodzenia. Wracając jednak do Gniazda, chciałbym Wam pokazać pomieszczenia, które stworzyliśmy dla członków załogi, czyli nas wszystkich. Zasadniczo, po Gnieździe będziemy się poruszali w klasyczny sposób, czyli bez użycia teleportacji. Gondola, w której Uzi właśnie urzęduje będzie windą do poziomów mieszkalnych. Każdy otrzyma swoje własne pomieszczenie a oprócz tego będą wspólne przestrzenie, gdzie będziemy mogli razem spędzać czas. Ponadto, tak, jak wcześniej obiecałem, będzie wirtualna przestrzeń, w której będzie można dać upust swojej fantazji. Przez najbliższe sto lat nie powinniśmy narzekać na nudę, - Żarłok zaśmiał się ironicznie. - Mam nadzieję, że będzie Wam tu wygodnie. Dzięki wytężonej pracy doktora Gonzalesa i profesora Szyszkina mamy urządzenia, które pozwolą nam na tworzenie dodatkowych przestrzeni fizycznych wokół Gniazda. Tylko dostępne zasoby energetyczne będą wyznaczały granice naszych możliwości. Wstępnie szacuję, że będziemy mogli sobie pozwolić na ciągłe utrzymanie obszaru wielkości Tasmanii. Powinno to wystarczyć dla urozmaicenia naszego życia. A teraz proszę, byście zechcieli zwiedzić swoje kwatery. Możecie je urządzać wedle własnej woli. Można też łączyć kwatery w większe pomieszczenia, gdybyście chcieli mieszkać wspólnie we dwie, lub więcej osób. Dla naszego wspólnego bezpieczeństwa zachowuję sobie wyłączne prawo wstępu do siłowni i głównej sterowni Gniazda. Nie jest to demokratyczne, ale nikt z nas się nie prosił o taką przyszłość. Jeśli będziemy zmuszeni spędzić tu trochę czasu, będę się starał przekazać Wam całą wiedzę, w oparciu o którą, Gniazdo działa. Gwarantuję sporo atrakcji w tej zabawie.
    Goście kolejno wchodzili do gondoli i udawali się na poziom mieszkalny. Uzi jeździł w gondoli w górę i w dół, dopóki ostatni z gości nie znalazł się w obszarze przeznaczonym dla mieszkańców. Gdy zawiózł Ulfa i Maga na górę, zjechał na dół i udał się na polanę, by dotrzymać Mei towarzystwa. Khan go o to poprosił, gdyż sam musiał się dowiedzieć, co ważnego Żarłok miał im do przekazania. Uzi zatrzymał się przy materacu, na którym spała Mei. Ostrożnie wysunął manipulator i odciął niewielki kawałeczek jej czarnego włosa. Schował go niepostrzeżenie i pilnował, by Mei nic się nie stało. Przezornie, na kostce lewej nogi umocował mikronadajnik, za pomocą którego, mógł w każdej chwili zlokalizować Mei, w dowolnym miejscu kosmosu. Uzi nie wywołał w Mei żadnych niespodziewanych odruchów, ani niechęci przy ich poprzednim spotkaniu, więc gdyby się obudziła, Uzi mógł liczyć, że dziewczyna się nie wystraszy. Siedząc przy Mei, Uzi skanował podłoże swoimi czujnikami. W pewnym momencie ruszył z miejsca, by przyjrzeć się trawie wokół pieńka Aurory. Uważnie oglądał każdy centymetr gruntu by w końcu sięgnąć swoim manipulatorem po cienki długi włos. Był to niewątpliwie włos Aurory, gdyż kolor odpowiadał tylko jej włosom. Uzi natychmiast umieścił włos w swoim skanerze i go włączył. Po chwili wyjął włos a na jego miejscu umieścił włos, który ukradł Mei. Skaner chwilę pracował, po czym oddał Uziemu drugą próbkę. Mei powoli zaczynała się budzić. Przeciągnęła się i usiadła na materacu.
    - Ty jesteś Uzi? - Spytała dostrzegłszy robocika. - Pamiętam Cię. Khan bardzo Cię lubi. Już tutaj byłam, ale wtedy było tu pełno ludzi, Aniołów i ten wielki ptak, którego Khan nazwał Żarłokiem. Wtedy wydawało mi się, że śnię, ale Szyszkin sporo mi opowiedział i już się nie boję.
    Mei wyciągnęła dłoń w kierunku Uziego. Robot wysunął niepewnie swój manipulator i dotknął jej dłoni. Mei złapała manipulator i delikatnie nim potrząsnęła.
    - Będziesz moim przyjacielem? - Spytała patrząc w oczy Uziego. - Nie mam tu przyjaciół, więc muszę zacząć się starać, by mnie nie uznali za dzikusa. A gdzie się wszyscy podziali?
    - Są w pojeździe kosmicznym, który tu widzisz, - Uzi wskazał na wejście do Gniazda. - Omawiają to, co się ostatnio wydarzyło, - Uzi wybrał miły i ciepły głos, który jego zdaniem, mógł się spodobać Mei. - Zaraz powinni tu wrócić. Czy jesteś może głodna? Mamy pyszną pieczeń z dzika. Jest jeszcze gorąca.
    Uzi podszedł do ogniska i ostrożnie oderwał spory kawałek mięsa z pośladka pieczonego zwierzęcia. Położył go na półmisku i wrócił do Mei.
    - Poczęstuj się. Sam go upolowałem. Jest bardzo smaczny. Na Ziemi nie serwują takich smacznych potraw.
    Mei nieśmiało sięgnęła po półmisek. Była bardzo głodna, gdyż od kilku dni nic nie jadła. Khan dał jej tylko wodę do picia.
    - Dziękuje Ci Uzi. Rzeczywiście jestem bardzo głodna i napiłabym się czegoś, jeśli to nie kłopot.
    - Ależ skąd, - Uzi podał Mei kubek napełniony herbatą z tutejszych ziół. - Ten napój Cię wzmocni. Zawiera odrobinę kofeiny, która na Ziemi również jest zabroniona.
    Mei chciała coś powiedzieć, ale jeszcze nie połknęła sporego kęsa dziczyzny, którą zaczęła łapczywie jeść. Uzi cierpliwie czekał aż dziewczyna się naje do syta i napije. Gdy ostatni kęs dziczyzny zniknął z półmiska Mei opadła bez sił na materac.
    - Dawno nie jadłam nic równie pysznego. Uzi, jesteś doskonałym myśliwym i kucharzem. Khan wcale nie przesadzał chwaląc Cię, jako najfajniejszego robota w całym wszechświecie. Ja również tak uważam.
    Uzi zamrugał swoimi sztucznymi oczami z zadowoleniem i podziękował za miłe słowa.
    - Czy możesz mi powiedzieć, kim byli Twoi rodzice? - Uzi spojrzał na Mei niepewnie. - Przeglądałem Bazę Danych Gildii, lecz nie natrafiłem tam na jakiekolwiek informacje na ich temat. Tylko tyle, że byli archeologami.
    - Czemu Cię interesują moi rodzice? - Mei spojrzała podejrzliwie na Uziego. - Skoro masz dostęp do Bazy Gildii, to zapewne wiesz, że Państwo Thorn nie byli moimi rodzicami. Bardzo ich kochałam i wiele im zawdzięczam, ale oni mnie adoptowali, gdy miałam trzy lata. Niestety prawie nic nie pamiętam z wcześniejszego okresu. Miewałam czasem dziwne sny, ale wątpię, by były reminiscencją z mojej wczesnej młodości.
    - To bardzo ciekawe, - Uzi się ożywił. - A co Ci się śniło? Może jakaś dziwna kraina i baśniowe stwory?
    - Nie, nic z tych rzeczy. Chodzę po ogromnych jaskiniach pełnych nieznanych maszyn, statków kosmicznych i wielkich wirujących konstrukcji. Jest ze mną ktoś, ale go nigdy nie widzę. Czuję, że to moja siostra, której nigdy przecież nie miałam. Rodzice nie śnią mi się nigdy. Sen zawsze się kończy, gdy wpadam do jakiejś wielkiej dziury a siostra stoi na krawędzi i wyciąga do mnie ręce krzycząc coś w nieznanym języku. Nigdy nic więcej mi się nie śniło. Od dawna już nie miałam tej wizji. Była raczej... Ponura.
    - Mam pewne podejrzenia, ale to nic pewnego, - Uzi się zawahał. - Myślę, że niekoniecznie wiesz wszystko o sobie a może się to okazać niezwykle ważne, dla nas wszystkich. A dla Ciebie w pierwszej kolejności.
    Z wejścia do Gniazda zaczęli wychodzić zwiedzający. Dyskutowali nad tym, co widzieli. Mei skuliła się pod kocem, by się nie rzucać w oczy. Obserwowała twarze wychodzących usiłując sobie przypomnieć ich imiona. Znała chyba wszystkich. Ulf i Ferrus byli wraz z Khanem w tajnej bazie, gdzie instalowali kabinę teleportacyjną. Hera, która rozmawiała z Magiem była Anielicą, podobnie jak Ferrus. Emi, która się kleiła do Ulfa była chyba człowiekiem. Dalej szła Samira, rozmawiając o czymś z Khanem. Nagle z ramienia Hery oderwało się jakieś kolorowe stworzenie. Mei podziwiała przez chwilę, jak wzbija się ponad głowę Hery. Stworek był trochę podobny do motylka, ale miał za duże skrzydła. Hera zawołała do motylka po imieniu, ale on zamiast do niej wrócić zmienił kierunek lotu i wolno podpłynął lotem ślizgowym do Mei, która zachwycona obserwowała jego lot. Motylek zatrzepotał swoimi skrzydełkami usiłując zawisnąć przed jej twarzą, ale silny podmuch wiatru zepchnął go w kierunku płomieni buchających z ogniska. Gdy Hera zawołała swojego pupila wszyscy skierowali swój wzrok na niego. Teraz bezsilnie obserwowali jak małe stworzonko walczyło z wiatrem, by nie dosięgły go płomienie. Nagle wokół bezradnego motylka utworzyła się przezroczysta bańka. Otaczała go ze wszystkich stron. Bańka wraz z Motylkiem w środku przepłynęła nad ogniskiem, pchana podmuchem wiatru. Gdy znalazła się poza zasięgiem ognia zmieniła kierunek i powoli podpłynęła do twarzy Mei, gdzie zniknęła. Motylek nadal machał swoimi skrzącymi się skrzydełkami, by po chwili usiąść na wyciągniętej dłoni Mei. Przez chwilę obserwował ją swoimi złotymi oczami a następnie podwinął nóżki i złożył skrzydełka.
    - Iris, Iris! - Hera podbiegła do Mei. - Nic Ci się nie stało? Już myślałam, że Cię ogień pochłonie. Nie wiem Jak mam Ci dziękować Mei. Uratowałaś mojego przyjaciela, - Hera była autentycznie szczęśliwa. - To prezent od Ferrusa. Gdyby mu się coś stało nie wybaczyłabym sobie.
    Khan również natychmiast znalazł się przy Mei. Nadmierne zainteresowanie jej osobą mogło nie być najlepszym pomysłem. Khan telepatycznie poprosił wszystkich, by nie zwracali większej uwagi na to, co się stało, by nie wystraszyć ich nowego gościa. Miejsca wokół ogniska powoli się zapełniały, jednak każdy zerkał ciekawie, na Mei. Czemu Iris usiadł akurat na jej dłoni?
    - Możesz mnie nie pamiętać, bo za pierwszym razem uznałaś nas za sen, - Hera wyciągnęła dłoń do Mei. - Chętnie Ci pomogę jakbyś miała z czymś kłopot. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko mojemu pochodzeniu. Anioły tak jak ludzie bywają bardzo różne. Ja nie skrzywdziłabym żadnego żyjącego stworzenia. Iris jest tego przykładem. Jest ze mną wszędzie, jak najlepszy przyjaciel. Czasem jest nieco samowolny, ale... No właśnie. Dotąd sądziłam, że raczej stroni od ludzi i zadaje się wyłącznie z Aniołami, ale jak widać byłam w błędzie. Wspaniale, że uratowałaś go przed płomieniami. Pokażesz mi jak wyczarowałaś tę bańkę? To było absolutnie niespodziewane.
    - Kiedy ja nie wiem, jak to się stało, - Mei się autentycznie zdziwiła. - Nigdy wcześniej, nie przytrafiło mi się nic podobnego. Iris był tak piękny, że poczułam wielki żal na myśl, że zaraz spłonie i wtedy pojawiła się ta bańka. To nie ja go uratowałam. Nie mam takich zdolności, prawda? - Spojrzała pytająco na Khana.
    - Obawiam się, że nie wiesz o sobie wszystkiego. Zdarzyło się parę rzeczy, które każą się zastanowić, kim jesteś.
    - Znasz mnie przecież od wielu lat, - Mei się żachnęła. - Wiesz przecież doskonale, kim jestem, - Mei była zaniepokojona całą tą sytuacją.
    - Nie denerwuj się. Każdy z nas ma swoje dziwności, więc i Ty masz do nich prawo, - Khan próbował uspokoić Mei. - Pamiętasz jak znalazłaś się w celi? Miałaś poważnie uszkodzoną wątrobę. Nie znam nikogo, kto by żył z takim urazem przez cztery dni. Gdy Cię znalazłem byłaś w całkiem niezłym stanie. Automat medyczny musiał zakłócić proces samoleczenia i wtedy wpadłaś w tarapaty. Gdyby nie to, Twoje wewnętrzne mechanizmy uleczyłyby uraz bez jakiejkolwiek pomocy. Jedyne, co złego mogło Cię spotkać to śmierć z odwodnienia, gdyż nie piłaś od kilku dni.
    - Co Ty mówisz? Byłam o krok od śmierci, gdy mnie znalazłeś, - Oczy Mei rosły w miarę jak Khan mówił. - Sama mogłabym, co najwyżej wołać o pomoc. Jeszcze kilka godzin a byłabym martwa.
    - Wziąłem zapisy z procesu Twojego leczenia. Wynikało z nich, że Twój stan mimo odwodnienia był niemal idealny. Wątroba była prawie zdrowa. Dopiero podanie adrenaliny na pobudzenie krążenia spowodowało negatywną reakcję, - Khan wyjął z kieszeni płytkę pamięci automatu medycznego. - Możemy to razem obejrzeć, jeśli chcesz. Teraz historia z Iris. Nikt z nas nie posiada takich zdolności by bez pomocy techniki utworzyć pole ochronne wokół choćby najmniejszego obiektu a cóż dopiero wokół tak dużego jak Iris. Jesteś jedyną osobą, której „talentów” nie znamy, więc Tobie muszę przypisać ten wyczyn. To nic złego posiadać takie talenty. Wręcz przeciwnie. Od dłuższego czasu szukaliśmy kogoś takiego, kto potrafi manipulować obiektami w naturalny sposób, bez pomocy technologii.
    - Wmawiasz mi rzeczy, o których nie mam pojęcia, - Mei się broniła. - Nie potrafię się posługiwać czarną magią, gdyż nic takiego nie istnieje!
    - Może i nie, ale wiesz, że teleportacja jest zjawiskiem fizycznym, które się powszechnie wykorzystuje?
    - Wiem, ale co to ma wspólnego ze mną? Nawet Ty musisz mieć to pudełko, które tworzy tunel czasoprzestrzenny, - Mei nie dawała za wygraną. - Zaraz pewnie zaczniesz dociekać, w jaki sposób się znalazłam w tej okropnej, zimnej jaskini. Otóż Ci powiem, że pewnie Szyszkin mnie tam wrzucił, gdy mu powiedziałam, że Cię kocham. To pewnie jego sprawka. Bawi się rożnymi niebezpiecznymi urządzeniami, - Mei była bliska płaczu.
    Khan rozejrzał się nerwowo dookoła. Na szczęście Aurora była zajęta rozmową z Samirą. Hera jednak spojrzała na Khana pytająco. Khan dał Herze do zrozumienia, że nie czas na zbyt daleko idące wnioski.
    - Uspokój się, - Hera przytuliła roztrzęsioną Mei. - Nikt nie chce Cię skrzywdzić. Wszyscy jesteśmy tutaj dobrowolnie, gdyż służy to naszemu przetrwaniu i ufamy sobie nawzajem.
    Chwile trwało, zanim Mei się uspokoiła. Hera łagodnie gładziła ją po włosach. W pewnej chwili spojrzała na szyję Mei i wstrzymała oddech z wrażenia.
    - Mei jest zaginioną siostrą Aurory, - Przekazała Khanowi w myślach. - Ma dokładnie takie samo znamię, jakie ma Aurora. Nie mam najmniejszych wątpliwości. To jest córka Hyperiona. W prostej linii krewna Booka. Ona, Aurora, Ferrus, Ja, i jeszcze kilka innych znanych mi Aniołów, wszyscy pochodzimy z tak zwanej Czystej Linii Genetycznej. Nie wiem czy słyszałeś o mocach, jakimi mogą dysponować posiadacze Czystych genów. Mei może być najpotężniejszym Medium. Jest tylko jeden problem. Jest dużo starsza niż przypuszcza. A na pewno ma więcej, niż dziewiętnaście ziemskich lat.
    - Wykonałem testy, - Khan odparł. - Aurora nie jest krewną Mei. Ich DNA się nie zgadzają. Uzi może potwierdzić, gdyż prosiłem go o powtórzenie testów. Czy tak Uzi? - Khan zwrócił się do robota. - Czy wykonałeś testy, o które Cię prosiłem?
    - Ponad wszelką wątpliwość dodatkowe testy stwierdzają, że DNA Mei i Aurory są zgodne w... Stu procentach, - Uzi spojrzał niespokojnie na Mei, która właśnie wycierała oczy skrawkiem rękawa swojego munduru.
    - Jak to możliwe? - Khan zaoponował. - Przecież testy, które zrobiłem na Niue wykluczyły pokrewieństwo.
    - U Aniołów, czego mogłeś nie wiedzieć, każdy organ może mieć inne DNA, dlatego zawsze należy porównywać odpowiadające sobie struktury. Krew z krwią, włosy z włosami i tak dalej, - Uzi wyjaśnił niuanse anielskiej genetyki, o których dowiedział się studiując archiwa.
    - To teraz wszystko już pasuje, - Khan się zasępił. - Z jednej strony to dobrze, bo mamy dwie kandydatki na Medium, z drugiej strony Aurora i Mei mogą nie podzielać naszego entuzjazmu dotyczącego ich pokrewieństwa.
    - Ty również masz problem, - Hera odezwała się do Khana w myślach. - Obie bliźniaczki się w Tobie kochają a jak mi się zdaje, nawet z wzajemnością...
    - Jesteś bardziej doświadczona, niż my wszyscy razem wzięci, - Khan odparł Herze. - Poradź, co mam zrobić w tej sytuacji. Znasz Anielice i wiesz zapewne, jak w tej sytuacji należy postąpić by nie pogrzebać naszej ostatniej szansy na ocalenie świata. Zazdrosne kobiety mogą być nieobliczalne. Nie chcę być przyczyną zagłady świata. Wiesz zapewne, że „Nie zna piekło większej furii, niż gniew wzgardzonej kobiety”.
    - Nic nie wiesz o Aniołach, Khan, - Hera powiedziała z politowaniem. - Gdybyś wiedział, nie marudziłbyś teraz, tylko cieszył się, jak młody Bóg. Wygrałeś właśnie miłość dwóch najpiękniejszych Anielic, nie licząc mnie oczywiście i się tym zamartwiasz zamiast się cieszyć. Wy ludzie jesteście tacy pruderyjni. Stawiacie konwenans ponad rzeczywistość. My mamy takie powiedzonko: „ Lepiej podzielić się z kimś pysznym tortem, niż zajadać brukiew w samotności”. Nie zrozumiesz tego póki będziesz niewolnikiem paradygmatów, które Ci wpojono w młodości. Przemyśl to Khan, bo Ferrus na pewno nie miałby skrupułów w podobnej sytuacji. Z tylu rzeczy musieliśmy już zrezygnować i przewartościować nasze postrzeganie świata, że powinieneś nabyć w tym już pewnej biegłości.
    - Mam z tym spory problem, nie przeczę. Ale nawet, jeśli ja bym go nie miał, to Aurora i Mei nie dojdą na tym polu do porozumienia, - Khan zdobył się na największą szczerość w sprawach intymnych. - Prędzej zrezygnuję z każdej z nich niż pozwolę narazić naszą szansę.
    - Jesteś głupcem Khan, - Hera się zaśmiała. - Nie widzisz, że to właśnie miłość daje tym bliźniaczkom siłę? Jeśli zabierzesz im cel, nigdy nie staną się Medium. Logiką i rozsądkiem nie zmusisz ich do odkrycia swoich mocy. To właśnie emocje ujawniają ich potencjał. Aurora użyła skrzydeł, w sytuacji zagrożenia. Mei uratowała Iris pod wpływem emocji. Również przeskoczyła na koniec świata pod wpływem emocji. Rozum nie wywołałby takiej reakcji. Jak myślisz Khan, co najsilniej motywuje? Właśnie emocje. Od razu widać, że za grosz nie masz doświadczenia z kobietami. Pozostaw mi pogodzenie bliźniaczek.
    - Nie mamy czasu na romanse i flirty Hero. Moje osobiste problemy nie mogą nam przeszkodzić...
    - Nic nie rozumiesz Khan. Nie dość, że o kobietach nic nie wiesz to sądzisz, że Anielice są takie same jak ziemskie kobiety, - W głosie Hery czuć było złość. - My Anielice nie jesteśmy zazdrosne. Powodzenie naszego wybranego cieszy nas, dopóki nie przedkłada jednej nad inną. Jesteśmy w tej kwestii sprawiedliwe. W drugą stronę działa to dokładnie symetrycznie. Dzięki temu łatwo nam się pogodzić ze zmiennością uczuć, która jest naturalną konsekwencją upływu czasu. Jednak muszę się z Tobą zgodzić, że Mei jest przypadkiem szczególnym. Aurora z pewnością nie robiłaby problemów, ale Mei na skutek niezrozumiałych wyborów losu, została wychowana przez ludzi, ergo posługuje się ich miarą etyczną. Tak jak Ty może być zafałszowana i hołdować konwenansom, zamiast ufać naturalnemu instynktowi. Jak jest w rzeczywistości, dopiero się okaże.
    Khan wciąż miał mętlik w głowie i nie wiedział, co począć z niechcianymi uczuciami. Z jednej strony jego męskie ego rosło pod niebiosa, z drugiej jednak zdawał sobie sprawę, że dla którejś z bliźniaczek oznaczało to porażkę. Sprawy wyglądały niewesoło i nie było widać dobrego rozwiązania. Jeśli jednak Hera miała racje… Jakby na to nie spojrzeć, problem zawsze tkwi w głowie.
    - Co tak zamilkliście? - Mei już się uspokoiła. - Już wszystko rozumiem, jednak trudno mi uwierzyć, że potrafię robić takie rzeczy. Jeśli macie rację, to powinnam móc podnieść gąsiorek z wodą, - Mei wskazała na niewielki pojemnik z transluminium.
    - To chyba nie jest dobry moment, na takie próby, - Khan się sprzeciwił. - Powinnaś odpocząć i przyzwyczaić się do nowego otoczenia. Ostatnio miałaś trochę niemiłych przeżyć, które niewątpliwie...
    Pojemnik z wodą zaczął się powoli unosić nad ziemię. Stopniowo wznosił się coraz wyżej aż znalazł się nad głowami biesiadników. Mei przesunęła go nad głowę Khana i odwróciła do góry dnem. Pojemnik nie był zakręcony, więc spory strumień wody poleciał wprost na głowę Konsula, kończącego właśnie swój wywód. Woda rozprysła się na jego głowie wywołując falę śmiechu. Nawet Hera się śmiała z tego dowcipu. Khan zaskoczony nagłą ulewą przesunął się w bok, ale woda podążyła za nim. Zdziwiony szybko naciągnął kaptur swojej peleryny na głowę. Mei opuściła opróżniony pojemnik na ziemię i odprężyła się.
    - A niech mnie... a ja nie chciałam Wam wierzyć. Wybaczcie mi, ale zbyt wiele rzeczy się zmieniło jednocześnie bym mogła je ogarnąć, - Twarz Mei rozjaśnił uśmiech.
    Khan nie wyglądał na złego. Uśmiechnął się pod nosem i ucałował Mei w czoło.
    - Jestem pewien, że potrafisz dużo więcej, tylko już mnie nie polewaj wodą, proszę. Regularnie się myję, więc nie jest mi potrzebny dodatkowy prysznic.
    - Przepraszam Cię, ale ta jedna myśl opanowała mnie i wydała mi się zabawna, - Mei już nie była taka pewna, czy jej pomysł był rzeczywiście tak zabawny, jak początkowo sądziła. - Nie chciałam Cię urazić, - Mei zrobiło się trochę głupio, że tak potraktowała swojego szefa.
    - Khan, ty szczwany lisie, - Hera nie ukrywała podziwu. - Lepiej nie mogłeś tego rozegrać, - w jej myślach czuć było niekłamany podziw. - Dobrze, że kazałeś jej wylać ten kubeł na swoją a nie na moją głowę, bo wtedy miałbyś i ze mną przeprawę.
    - Mei musi zacząć wierzyć w swoje zdolności, - Khan pomyślał. - Inaczej nie zacznie z nami współpracować.
    - Na dziś wystarczy tej zabawy, - Khan znów się odezwał. - Wszystkich już znasz oprócz kogoś wyjątkowego, zarówno dla mnie, jak i dla Ciebie. Sam nie wiem jak to możliwe, ale może Ty mi to kiedyś wyjaśnisz. Jose już Ci o niej wspominał, ale nie spotkałyście się jeszcze osobiście.
    Mei słuchała zaciekawiona, ale czuła, że te słowa nie oznaczają dla niej nic dobrego. Aurora zbliżała się wolnym krokiem przywołana myślami Khana. Powoli jej postać wyłoniła się spoza płomieni ogniska. Jednocześnie obie bliźniaczki spojrzały na siebie. Obie jednocześnie sobie uświadomiły, że są swoimi wiernymi kopiami. Mei stanęła przed oczami postać z jej snów. Aurora zwolniła nie mogąc się pozbyć wrażenia, że już widziała kiedyś tę scenę. Iris wciąż siedzący na dłoni Mei rozpostarł skrzydełka i uniósł się w powietrze. Przez chwilę wydawało się, że usiądzie na ramieniu Aurory, ale ostatecznie wylądował na dłoni Hery. Mei wpatrzona w zbliżająca się postać Aurory czuła coś, czego nie czuła od czasów dzieciństwa. Od Aurory biło ciepło i bezpieczeństwo, przywodzące na myśl czasy, gdy wszystko było piękne i proste. Mei nie mając prawdziwych rodziców, zapomniała już to dziwne uczucie bliskości, które teraz otoczyło ją ze wszystkich stron. Poczuła się kimś niezwykle ważnym. Przed oczami przesuwały się obrazy z dzieciństwa, okraszone dawno zapomnianymi zapachami polnych kwiatów i śpiewem różnokolorowych ptaków. Khan chciał coś powiedzieć, lecz tak jak pozostali czuł, że najważniejszy spektakl właśnie rozgrywa się w głowach Mei i Aurory. Mei wstała i bezwiednie podeszła do Aurory. Wojskowy mundur Mei kontrastował z dobrze dopasowanym seksownym strojem Aurory, lecz żadna z nich nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Patrzyły sobie prosto w oczy, jakby świat wokół nich przestał istnieć. Wszyscy obserwowali bliźniaczki, wstrzymując oddech. Działo się coś, czego nikt z obecnych dotąd nie widział. Nawet Żarłok przyglądał się tej scenie jak zahipnotyzowany. Obie siostry stały naprzeciw siebie w odległości pół kroku. Delikatna mgła zaczęła je otaczać ze wszystkich stron. Smugi błękitnego światła połączyły dłonie bliźniaczek, przyciągając je do siebie. Gdy ich dłonie się spotkały nastąpił gwałtowny błysk, jakby uderzyła błyskawica. Jak za dotknięciem różdżki, włosy obu sióstr ułożyły się w warkocze, okalające ich głowy na kształt diademów, szaty zaś zmieniły się w powłóczyste tuniki w kolorze szafranu. Wiatr się wzmógł i wokół dwóch postaci zaczął się formować wir, unosząc je nieznacznie ponad ziemię. Uzi cały czas intensywnie wpatrywał się w zadziwiające zjawisko, rejestrując każdy szczegół w swojej pamięci. Hera słyszała opowieści o podobnych przypadkach, lecz były one praktycznie niespotykane, gdyż wśród czystych genetycznie Aniołów bliźniaki zdarzały się niezwykle rzadko. Tymczasem przestrzeń zaczęła się zaginać wokół dwóch postaci zniekształcając obraz. Coraz ciaśniejsze sploty powietrza prowadzonego meandrami zagiętej przestrzeni zaczęły emitować purpurowe światło. Wirujące powietrze zaczęło gwizdać natrafiając na różne przeszkody. Ognisko podsycone silnymi podmuchami, buchnęło płomieniami na wysokość koron drzew. Postaci bliźniaczek już nie dało się dostrzec poprzez mgłę i wiry czasoprzestrzeni. Trawa zaczęła się poruszać i rosnąć, jakby czas w sąsiedztwie wiru gwałtownie przyśpieszył. W ciągu minuty malutkie źdźbła osiągnęły wysokość kilku stóp. Mei spoglądała wprost w świadomość dawno utraconej siostry i chłonęła każdy szczegół w niej zapisany. Świadomość Aurory splotła się ze świadomością Mei scalając je w jedność. Świat wokół nich przestał na chwilę istnieć. Nie liczyło się nic, poza czystym istnieniem w bezczasowym poczuciu jedności. Gdy nastąpiło całkowite zespolenie ich jaźni świat wokół nich zaczął na powrót odzyskiwać ostrość konturów i kolorów. Khan był zafascynowany energią, bijącą od obu postaci. Było oczywiste, że następuje jakaś przemiana, ale nikt nie znał ani jej celu, ani mocy. W pewnej chwili wir otaczający bliźniaczki zniknął wraz z nimi, pozostawiając pustą przestrzeń. Uzi natychmiast włączył namierzanie lokalizatora, który umocował wcześniej na kostce Mei. Po dłuższej chwili stwierdził, że Mei całkowicie zniknęła z jego zasięgu. Gdyby znajdowała się nawet w najodleglejszym zakątku kosmosu lub Nicości z pewnością by to wykrył. Nie minęło jednak kilka sekund, gdy wir pojawił się ponownie i zaczął wyraźnie zwalniać swój obłędny taniec. Wiatr ucichł i mgła zaczęła szybko zanikać. Oczom obserwatorów ukazała się jedna postać leżąca na trawie. Miała czarne włosy przeplatane złotymi pasmami, zapięte w warkocz biegnący wokół głowy jak korona. Szafranowa tunika była przetykana srebrną i złotą nicią, połyskującą w świetle płomieni.
    - A gdzie jest Aurora? - Khanowi się wyrwało.
    - Teraz masz obie w jednym ciele, - Hera odparła wzruszonym głosem. - Nigdy dotąd tego nie widziałam na własne oczy.
    Khan podniósł delikatnie leżącą postać i położył na materacu Mei. Dziewczyna wydawała się nieprzytomna. Po chwili jednak otworzyła oczy. Wokół już się ściemniało, gdyż słońce właśnie zaszło za horyzont. Khan nie mógł rozpoznać, czy to Mei czy Aurora pozostała na polanie. Dziewczyna podniosła się i omiotła wzrokiem wszystkich zgromadzonych wokół.
    - Czemu mi się tak przyglądacie? - Zwróciła się do Khana. - Czyżbym miała pryszcza na nosie?
    Khan nie wiedział, co ma zrobić. Sytuacja zupełnie go przerosła. Gapił się jak uczniak, który właśnie otrzymał niesprawiedliwą ocenę.
    - Powiedzcie mi, co się stało, - dziewczyna nalegała. - Czuje się jakoś dziwnie, gdy tak na mnie patrzycie. Jakbym coś przeskrobała albo zrobiła coś złego.
    Uzi podszedł do materaca i włączył odtwarzanie tego, co przed chwilą się wydarzyło. Scena holograficzna otwarła się dokładnie w miejscu gdzie rzeczywiste zdarzenie miało miejsce. Dwie postaci zbliżały się do siebie zupełnie nie zwracając uwagi na otoczenie. Uzi zrobił zbliżenie twarzy każdej z postaci po kolei.
    - To ja! - Dziewczyna wykrzyknęła. - I to też ja? - Spytała zdziwionym głosem. Co ja tam robię?
    Wydarzenia na ekranie nabierały tempa. Dziewczyna obserwowała scenę z rosnącym niepokojem.
    - To Misterium Zjednoczenia, - Hera pospieszyła z wyjaśnieniem. - Słyszałaś chyba o nim?
    Oczy dziewczyny stały się okrągłe, gdy w końcu zobaczyła siebie w miejsce dwóch osób.
    - A gdzie się ta druga podziała? - Spytała cicho.
    - A kim Ty jesteś? - Ferrus włączył się do rozmowy. - Czy wiesz, jak masz na imię?
    Dziewczyna zrobiła zdziwiona minę i przez chwilę się wahała, co powiedzieć.
    - Jeśli można się wtrącić, - Uzi znów się odezwał. - U ludu Ui, który zamieszkiwał podnóże Kilimandżaro imię Mei oznaczało Jutrzenkę, czyli dokładnie to, co oznacza imię Aurora.
    - Chciałam powiedzieć, że mam na imię Mei, ale też Aurora, - Dziewczyna wydawała się jeszcze nie pojmować tego, co się wydarzyło. - Nie wiem jak mam na imię. - Łzy jak grochy potoczyły się po jej policzkach.
    Khan delikatnie ją przytulił, jednak ukradkiem spojrzał na jej kark. Znamię wciąż tam było, ale troszkę inne niż poprzednio. Wyraźnie Misterium Zjednoczenia nie wybrało ani ciała Mei ani Aurory, tylko stworzyło zupełnie nową istotę, obdarzoną świadomością obu. Wobec tego należało uznać, że jest spadkobierczynią zarówno Mei jak i Aurory. Dziewczyna chlipała Khanowi w rękaw, nie wiedząc, kim naprawdę jest.
    - Nie płacz już. Jesteś teraz najważniejszą osobą na świecie, i to nie tylko dla mnie, - Khan powiedział z naciskiem. - Masz na imię... Aurora, - Oświadczył z ulgą w głosie. Czy Ci się to podoba, czy nie, kocham Cię taką, jaką jesteś.
    - Podoba, - Aurora bąknęła cicho, przytulając się do Khana z całej siły. - A czemu jestem taka ważna? - Zapytała nieśmiało.
    - Trudno to streścić w kilku słowach, ale sama się o tym przekonasz, - Khan był w tej chwili najszczęśliwszym człowiekiem w całym wszechświecie.
    Nie dość, że jego osobisty problem emocjonalny został rozwiązany, to było prawie pewne, że właśnie Aurora jest Medium zdolnym zmienić losy świata. Teraz należało tylko udać się do Ekstrapolatora i wykonać procedurę stworzoną przez jego konstruktora.
    - Teraz musisz wypocząć Auroro, - Khan pomyślał i czekał na reakcję.
    Patrzył na Aurorę, ale nie dostrzegł w jej oczach potwierdzenia. Żaden głos w jego głowie mu nie odpowiedział. Ponowił próbę kontaktu telepatycznego z Aurorą, ale wciąż jakby do niej nic nie docierało. Zaniepokojony rozejrzał się po twarzach otaczających go przyjaciół.
    - Aurora nie ma za grosz zdolności paranormalnych, - Khan zwrócił się w myślach do Hery. - To katastrofa. Ona nie jest Medium!
  • #24
    yego666
    Level 33  
    =========== Odcinek 23 =============

    - Chciałbyś mieć wszystko w jednym pudełku? - Hera odparła krótko. - Nie sposób przewidzieć efektów Misterium Zjednoczenia. Czasem płaci się za nie obłędem a czasem nawet umiera. Ciesz się z tego, co otrzymałeś. Może za jakiś czas, jej talenty wrócą. Podania mówią na ten temat najróżniejsze rzeczy. Teraz najważniejsze, by jej stan emocjonalny się ustabilizował. Żadnych wstrząsów ani niespodzianek, bo Aurora zostanie zombi. Nie chcesz jej chyba zmieniać pieluch trzy razy dziennie? - Hera zakończyła z przekąsem.
    - Czyli, przegraliśmy rozgrywkę o ocalenie świata!? - Khan był bezsilny. - Tyle starań i wszystko na darmo.
    - „Póki życia, póty nadziei”, - Hera stwierdziła górnolotnie. - Czy ja mam Cię uczyć mądrości ludowych? Może zdąży przed końcem świata, nigdy nie wiadomo. A może pokładasz w niej zbyt wielkie nadzieje?
    - Tych to już nie mam wcale, - odparł zrezygnowany Khan. - Sądziłem, że to Misterium Zjednoczenia da nam Medium...
    - Wy, ludzie, lubicie zaklinać rzeczywistość, - Hera niemal się zaśmiała. - Sądzicie, że jak czegoś Wam trzeba, to wystarczy pomyśleć i się samo zrobi. Natura tak nie działa. Choćbyś w swojej opinii sto razy zasłużył na nagrodę, natura i tak obdarzy szczęściem kogoś innego, kto się nigdy nawet nie starał o jej względy. Dorośnij wreszcie Khan. Tylko to, co sam zdobędziesz jest Twoje. Reszta zależy od ślepego losu, który rzadko widzi Twoje zasługi. Całe życie tępiłeś wiarę w istoty wyższe a teraz sam się zachowujesz jakbyś oczekiwał od jakiejś Siły Wyższej, nagrody za swoje dobre uczynki. Zdecyduj się w końcu, czy wierzysz, czy nie. Wtedy dopiero, ujrzysz świat w jego rzeczywistej postaci. Cóż za ironia losu, żeby Anielica mówiła Ci takie rzeczy na temat wiary.
    - Nie dobijaj mnie. I tak mam już dość a Ty mi jeszcze dokładasz, - Khan był coraz bliższy załamania. Żaden człowiek nie jest do końca spójny i jednoznaczny. Ja także, więc mam prawo do błędu. Całe życie się uczymy a na końcu i tak się okazuje, że mieliśmy kiepskich nauczycieli. Ale masz rację Hero. Ludzie są tacy, że chcą zjeść ciastko i je nadal mieć. Z jednej strony nasze ułomności czynią nas słabymi a z drugiej to właśnie dzięki nim mamy powód się doskonalić i podążać naprzód.
    - Żyję wielokrotnie dłużej od Ciebie i doskonale znam ludzką naturę. My Anioły jesteśmy jeszcze gorsze w wielu względach, ale nie wpadamy tak łatwo w otchłań zwątpienia. Może to efekt naszej długowieczności a może tylko głupoty i naiwności, niemniej, tam gdzie ludzie się zatrzymują, my mamy powody, by iść jeszcze dalej. Czy pomyślałeś, choć przez chwilę, że Aurora i Mei mogą nie być Medium? - Hera nie dawała Khanowi spokoju. - Nawet nie spytałeś innych o zdanie w tej kwestii, tylko zaufałeś ślepo własnemu przeczuciu. Ferrus i ja mieliśmy od początku inny pogląd, ale postanowiliśmy dać szansę Twojej wizji. W tych sprawach nie ma nigdy nic pewnego. Powiem Ci coś, w co nie zechcesz uwierzyć.
    - Nie oszczędzaj mnie, - Khan słuchał Hery z coraz większą uwagą. - Jestem gotów na wszystko byle Was ocalić.
    - Doskonale! Czy zauważyłeś, że zarówno Ty jak i Mag zostaliście odmłodzeni w Komnacie Przodków? Pewnie o tym nie pomyślałeś. A czy pamiętasz, że Mag chodził we śnie, gdy był mały? To pewnie pamiętasz.
    - I sugerujesz zapewne, że któryś z nas może być Medium? - Khan zaśmiał się sarkastycznie. - Cóż za niedorzeczność! A gdzie nasze skrzydła?
    - Jeśli będziesz brał wszystko dosłownie, to zapewne nie znajdziesz swoich skrzydeł, - Hera znajdowała perwersyjną przyjemność w pokazywaniu Khanowi jego ślepoty. - A jeśli Mag jest jednym z nich a Ty drugim? Jesteście w końcu bliźniakami, czyż nie?
    - Nawet, jeśli masz rację, to żaden z nas nie ma mocy manipulowania matrycami z nieskrępowaną swobodą, jaką powinno mieć Medium, - Khan wreszcie tryumfował. - Jesteśmy zwykłymi ludźmi, nikim więcej.
    - Jesteś za skromny, Khan, - Hera nie dawała się zbić z tropu. - Każdy z Was dysponuje pewną mocą dzięki Quadrium, jednak ono jedynie otwiera naturalne kanały a bynajmniej ich nie tworzy. Jeśli nie miałbyś naturalnej umiejętności lewitowania, to choćbyś zżarł tonę Quadrium, nie oderwałbyś tyłka od ziemi nawet na cal. Czy próbowałeś kiedyś ruszyć statek kosmiczny z miejsca siłą woli?
    - Zdarzyło mi się kilka razy próbować, ale nabawiłem się tylko odcisków na swoim ego, - Khan odparł niezbyt grzecznie. - Wielkie obiekty wymagają wielkich umysłów a mój do nich niestety nie należy.
    - No to słuchaj uważnie, co Ci powiem, bo nie poproszę drugi raz, - Hera zabrzmiała tajemniczo. - Udaj się wraz z Magiem w kosmos, na jeden z okrętów floty. Tam połączcie umysły i razem zróbcie coś, w co nie wierzysz, że może się udać. Wtedy porozmawiamy o tym, co jest możliwe a co nie. Nie doceniasz właściwości rezonansowych bliźniaczych umysłów. To nie jest czarna magia, tylko według Waszej miary zaawansowana fizyka. Dawno temu ktoś mądry powiedział, że nie sposób odróżnić czarnej magii od wystarczająco zaawansowanej techniki. Sprawdź to sam i przestań się wreszcie użalać nad sobą, bo powiem Aurorze, że jesteś mięczakiem.
    - Ani się waż! - Khan rzucił oburzony. - Nie wierzę Ci ani odrobinę, ale żeby Ci dowieść, że się mylisz zaraz udamy się z Magiem w kosmos, i zobaczymy, co jest warte Twoje gadanie. Zaopiekuj się Aurorą do mojego powrotu.
    Khan ucałował Aurorę, która prawie zasnęła w jego ramionach i powiedział, że musi na chwilę się udać za swoimi sprawami. Obiecał, że szybko wróci i pójdą odpocząć. Aurora położyła się wygodnie na materacu i zamknęła oczy. Khan wstał i podszedł do Maga, który był zajęty struganiem jakiegoś fikuśnego stworka z drewna. Zawsze miał talent do takich rzeczy. Khan przedstawił mu krótko pomysł Hery. Mag, tak jak Khan, nie zapałał do niego entuzjazmem twierdząc, że takie rzeczy zdarzają się tylko w baśniach, ale ostatecznie może się poświęcić dla dobra nauki. Odłożył swojego stworka i bez zbędnych słów przeteleportowali się wprost na czwartą planetę układu Gallusa. Khan wiedział, że planeta ma atmosferę zdatną do oddychania, więc nie zadbał o żaden dodatkowy sprzęt. Wyjaśnił Magowi, co chce osiągnąć, oraz jak chce tego dokonać. Żaden z nich nie wierzył w powodzenie takiego eksperymentu, jednak dołożyli wszelkich starań, by wykonać go poprawnie. Najpierw Khan wniknął w umysł Maga. Stwierdziwszy, że widzi świat jego oczami, dał bratu sygnał by wniknął w jego jaźń. Gdy już zamienili się miejscami, jednocześnie skupili się na przedmiocie eksperymentu. Przez kilka sekund intensywnie myśleli o tym, co chcą osiągnąć. W pewnej chwili obaj poczuli jakby świat się otworzył i wyszli ze swoich ciał w otwartą przestrzeń. Poczuli się jak jeden wszechogarniający umysł. Mogli spojrzeć w dowolny zakamarek na Ziemi lub na Zaxor, lub gdziekolwiek by sobie zażyczyli. Mieli nieograniczone możliwości obserwacji wszystkiego. Nacieszywszy się tym nieprawdopodobnym poczuciem wszechmocy, skupili się na właściwym przedmiocie eksperymentu. Trzecia, sąsiednia planeta układu, była doskonale widoczna z miejsca gdzie się znajdowali. Powoli planeta zaczęła zmieniać położenie na niebie przyspieszając gwałtownie. Po chwili pomarańczowa kula wielkości Jowisza, skierowała się wprost ku słońcu z nieprawdopodobną prędkością. Obiekt tej wielkości rozpadłby się na drobne kawałki pod wpływem takiego przyspieszenia, jednak siła woli obu braci utrzymywała go w całości. Planeta zbliżając się do słońca, wciąż nabierała prędkości. Gdy już zdawało się, że kolizja z gwiazdą jest nieunikniona, planeta gwałtownie zawróciła jakby była uwiązana na sznurku i z ogromną prędkością ruszyła z powrotem ku swojej poprzedniej orbicie. Po kilku minutach planeta znów spokojnie krążyła wokół słońca, jakby się nic nie stało. Nagle z okolicy równika wystrzelił w górę gigantyczny gejzer materii wznosząc się coraz wyżej aż dotarł do obszaru przestrzeni kosmicznej, która zaczęła rozciągać wypływający strumień gazu, tworząc z niego szeroki dysk wokół planety. Po kilku minutach dysk otoczył całą planetę tworząc wokół niej jakby aureolę. Zjonizowany gaz powoli tracił blask stygnąc w lodowatej przestrzeni kosmicznej.
    - Teraz jest dużo ładniejsza niż poprzednio. Zawsze podobał mi się Saturn i jego pierścienie, - Mag cieszył się ze zmiany, której właśnie dokonał.
    Bracia rozłączyli swoje jaźni i spojrzeli na siebie tryumfalnie. Zaczęli skakać do góry jak dzieci cieszące się z nowej zabawki. Gdy już ochłonęli nieco, stwierdzili, że jest zdecydowanie za zimno, by dłużej pozostawać na tej niegościnnej ziemi i przeskoczyli na polanę koło Gniazda. Nikt oprócz Hery nie wiedział, w jakim celu bracia zniknęli, więc ich nagłe pojawienie się nie wywołało sensacji ani zainteresowania. Khan podszedł wolnym krokiem do Hery. Minę miał tak ponurą, że Hera obawiała się najgorszego. Cofnęła się nawet na wszelki wypadek. Khan szybkim ruchem złapał ją w talii i zaczął się z nią kręcić w powietrzu w dzikim szale radości.
    - Jesteś genialna, - szepnął jej do ucha. - To działa. Wiedziałaś, że tak będzie, prawda? Czemu wcześniej mi nie powiedziałaś?
    - A uwierzyłbyś? Byłeś zbyt zaślepiony swoją własną wizją, żeby mnie posłuchać, - Hera nie ukrywała radości.
    Ich pląsy natychmiast zwróciły uwagę wszystkich pozostałych. Patrzyli ze zdziwieniem, jak Khan i Hera wirują w powietrzu bez opamiętania. Ferrus nawet poczuł rodzaj niepokoju. Nie był zazdrosny, ale takie niespodziewane wydarzenie wzbudziło jego czujność. Na szczęście Khan się w porę opamiętał i postawił Herę na ziemi. Przekazał jej telepatycznie cały przebieg eksperymentu i pozostawił jej wyjaśnienie wszystkim przyczyny całego zajścia. Hera nie spieszyła się zanadto z opowiedzeniem swojej wersji wydarzeń. Czuła, że złapali wreszcie naturę za rogi i była w tym jej wielka zasługa. Powoli zaczęła snuć swoją opowieść ab ovo. Nadała swojej opowieści charakter dramatyczny i utrzymywała taki ton aż do końca. Nie wspomniała oczywiście o bardziej prywatnych wątkach dyskusji, jaką toczyła z Khanem, ale nie szczędziła też pochwał pod swoim adresem. Miała pełne prawo do dumy, gdyż jedynie dzięki jej przypuszczeniu opowieść kończyła się szczęśliwie. Wszyscy byli zafascynowani jej odkryciem i możliwościami, jakie ono dawało. Gdy skończyła, Uzi pierwszy zabrał głos.
    - To zjawisko nosi nazwę emergencji. Nic więc dziwnego, że żadne z Was nie posiada takich mocy w pojedynkę. Objawia się ono, dopiero na wyższym poziomie złożoności, tak, jak w przypadku Maga i Khana, którzy jedynie wspólnie mogli osiągnąć efekt, nieosiągalny dla żadnego z nich z osobna. Dla przykładu, jeden człowiek nie jest w stanie ani wymyślić, ani tym bardziej zbudować, statku kosmicznego samodzielnie. Jeśli jednak wielu ludzi stworzy społeczeństwo, będą mogli dokonywać rzeczy, nieosiągalnych dla jednostki. Podobnie, nie uda się wywołać pioruna za pomocą jednego elektronu, jednak znaczna ich ilość będzie już posiadać pewne cechy grupowe, i w odpowiednich warunkach otrzymamy burzę z piorunami. Żarłok stworzył nawet podstawy statystyczne określające jakościową zależność dopuszczalnych klas efektów emergentnych, od stopnia złożoności układu. Zgodnie z teorią niestety nie jesteśmy w stanie dokonać manipulacji na obiektach o rozmiarach wszystkich światów obecnych w Nicości za pomocą jedynie dwóch umysłów. Możliwości takiego układu sprzężonego w układzie rezonansowym osiągają maksimum, przy skali pojedynczych gigaparseków. Żeby objąć zasięgiem Wszystko, potrzeba jeszcze trzeciego potężnego źródła, które działałoby w trybie antyrezonansowym, czyli nie może działać na tej samej harmonicznej, co umysły Khana i Maga. Jako, że para synchronicznych jaźni jest niezwykle silna, trzecia jaźń, musi być przynajmniej równie silna, co dwie pozostałe by nie wpaść z nimi w rezonans. Gdyby tak się stało, ich sumaryczne oddziaływanie zmalałoby, zamiast wzrosnąć.
    - Jesteś nadzwyczaj skromny Uzi, - Żarłok przerwał mu wykład. - Uzi dokonał symulacji na modelu matematycznym, który wspólnie tworzyliśmy. Musieliśmy stworzyć wielowymiarowy model zależności mocy psychicznej pojedynczego umysłu, od wszystkich znanych czynników zewnętrznych. Jednostkę oddziaływania w takich warunkach, nazwaliśmy na cześć pierwszego, opisanego w historii mistrza magii, mianem Mana Merlinium, w skrócie Mana. Wstępne oszacowania pokazują, że trzecie źródło Mana powinno wystarczyć do naszych celów, ale niepewność oszacowania może sięgać nawet pięćdziesięciu procent. Brak nam doświadczenia i wiarygodnych pomiarów. To pionierskie badania w tej nowej dziedzinie nauki.
    - Czy to znaczy, że trzy źródła Mana mogą nie wystarczyć? - Ulf włączył się do rozmowy. - Trzecie prawdopodobne źródło teraz śpi nieświadome swojej mocy. W jaki sposób się przekonamy czy będzie wystarczające?
    - Tu właśnie jest pewien problem. Nie dowiemy się dopóki nie zacznie działać. Idealnie byłoby mieć dodatkowe źródło Mana, - Żarłok odparł stropiony. - A wtedy może być już za późno. Ekstrapolator nie określił z ilu elementów ma się składać Medium. Wiemy tylko, że ma mieć „dwa identyczne skrzydła”, cokolwiek to znaczy.
    - Nie mamy, zatem, żadnej gwarancji, że nasza próba dowiodła czegokolwiek poza tym, że możemy się świetnie bawić przemeblowując układy gwiezdne, wedle własnego widzimisię? - Mag nie wyglądał na szczęśliwego. - Wciąż mamy gorące kamienie pod stopami.
    - Jeśli masz na myśli to, że powinniśmy nadal poszukiwać źródła Mana, to się zgadzam, - Żarłok odparł poważnie. - Nie mam jednak pojęcia gdzie. Dopiero jesteśmy w trakcie konstruowania detektora Mana. Będzie wymagał wielu prób, i wątpię, byśmy zdążyli na czas, by wspomóc poszukiwania.
    Khan się zasępił. Patrzył dotąd z nadzieją na Aurorę, ale teraz nie był już pewien, czy nie utknęli w ślepym zaułku. Zwłaszcza po tym, co mu Hera powiedziała o życzeniowym myśleniu, zdał sobie sprawę, że niezależnie jak blisko sukcesu będą, ślepy los im nie pomoże. Zmrok zapadł już na dobre i ognisko zaczęło nieco przygasać, jednak nikomu poza Aurorą nie spieszyło się do snu. Ciężkie myśli opanowały nawet umysły optymistów. Ulf, który zawsze był wesoły i pełen optymizmu, również przycichł, i nie był skory do żartów. Co jakiś czas ktoś dorzucał drewna do ognia, by nie zgasł. Po drugim dziku, którego Hera oprawiła z pomocą Emi, już prawie nie było śladu. Czas mijał nieubłaganie a żadne rozwiązanie nie przychodziło nikomu do głowy. Głowy znużonych biesiadników zaczęły się kiwać, gdy Aurora pokrzepiona snem otworzyła oczy. Natychmiast poszukała wzrokiem Khana, który siedział tuż za nią.
    - Tu jesteś, - ucieszyła się. - Miałam straszny sen, ale na szczęście już się obudziłam.
    - Zmarzłam okropnie, - Aurora otuliła się mocniej kocem.
    W tym samym momencie dogasające ognisko buchnęło płomieniami ze zdwojoną siłą. Snopy iskier strzeliły w niebo i zrobiło się dużo cieplej.
    - Co robiliście, gdy spałam? - Aurora spytała Khana. - Straciłam coś ważnego?
    Khan spoglądał na ognisko, które płonęło teraz, jakby było zasilane czystym tlenem.
    - Jak to zrobiłaś? - Spytał Aurorę. - Chodzi mi o ognisko.
    - Nic nie zrobiłam, - Aurora odparła niewinnie, - pomyślałam tylko, że jest zimno i ognisko mogłoby być większe. Wtedy się bardziej rozpaliło. Pewnie ktoś dorzucił wtedy drewna...
    Uzi, który siedział dotąd po przeciwnej stronie ogniska, poruszył się niespokojnie, jakby mu się śniło coś niemiłego.
    - Odbieram sygnał, - Khan usłyszał głos Uziego w głowie.
    - Jaki sygnał odbierasz? - Khan się zainteresował. - Czy to kolejna fala grawitacyjna?
    - Gdy byliście w Gnieździe, pilnowałem Mei przy ognisku, - odparł Uzi. - Założyłem jej wtedy transmiter na kostkę, by łatwo ją było odnaleźć w razie, gdyby ponownie gdzieś nam uciekła. Od czasu Misterium Zjednoczenia do chwili, gdy Aurora się obudziła nie odbierałem tego sygnału i nagle się pojawił. Jest bardzo słaby jakby dochodził z samego krańca kosmosu. Daj mi kilka minut, to określę dokładnie miejsce, gdzie się znajduje. Ponadto, od godziny szukałem w archiwach Aniołów czegokolwiek o tym Misterium i znalazłem dziwną opowieść. Nie wiem, czy to tylko bajka czy coś więcej, ale lepiej, żebyś sam to rozsądził.
    - Jesteś sprytniejszy niż przypuszczałem. Nic nie pozostawiasz przypadkowi, - Khan stwierdził podnieconym tonem. - Mów, co znalazłeś. To może być zupełnie nieistotne, albo bardzo ważne.
    - Anioły, tak jak ludzie posiadały dość rozbudowany system wierzeń. Nie były to wierzenia oparte o jakieś nadprzyrodzone istoty czy bogów, tylko różne przypowieści, lub proroctwa raczej, które mówiły, co się stanie za sto, lub za milion lat. Niektórzy się tym przejmowali a inni zupełnie ignorowali takie proroctwa. Jedno z proroctw dotyczy właśnie Misterium Zjednoczenia.
    - Do rzeczy, do rzeczy, - Khan ponaglił Uziego. - Nie mamy czasu na długie opowieści.
    - Ale musi być po kolei, żeby miało sens, - odparł Uzi. - Słuchaj i nie przerywaj, to będzie szybciej. Anioły nie zawsze stały na tak niskim szczeblu rozwoju naukowo-technicznego. Na długo przed wielkimi wyprawami w poszukiwaniu Dopełnienia, dysponowali zadziwiającą wiedzą. Możnaby ją porównać z wiedzą Atlantów. Nad społeczeństwem Aniołów panował wtedy Mruuk, który był dziadkiem Booka. Gugol, wielki prorok Aniołów stworzył proroctwo, które mówiło, że świat będzie istniał tak długo dopóki „dwa identyczne skrzydła, z jednej matki i jednego ojca, nie zrównoważą wszystkich Sprawczych Elementów”. Gdy to zrobią, świat zniknie na zawsze i nie odrodzi się już więcej. Zabobonny Mruuk postanowił nie dopuścić do tego i nakazał swoim poddanym stworzyć mechanizm, który z każdej pary oszczędzi młodszego bliźniaka a starszego unicestwi. W ten sposób powstało Misterium Zjednoczenia, które dokonuje selekcji, za każdym razem, gdy jakieś bliźniaki osiągną wiek pięciu lat. Misterium dotyczy wyłącznie bliźniaków, pochodzących w prostej linii od Mruuka. Wszystkie inne mogą w spokoju dożyć swoich dni. Mimo, że w późniejszych czasach rasa Aniołów uległa uwstecznieniu, mechanizm pozostał i nadal działa. Przepowiednia niestety nie mówi, w jaki sposób ten mechanizm działa, ani jak pozbywa się niechcianego bliźniaka. Szukałem też informacji o Hyperionie, lecz znalazłem jedynie wzmiankę, że za karę został zesłany na wyprawę poszukującą Dopełnienia. Możemy się jedynie domyślać, że spłodziwszy bliźniaczki, jedną z nich wysłał przy pomocy Atlantów w daleką przyszłość, by uchronić ją przed Misterium. Tu niestety nie mam żadnej pewności, że tak właśnie było. Później jedynie Aurora pojawia się, jako jedyna córka Hyperiona.
    - To mogą być jedynie podania ludowe. Każdy lud tworzył takie historie dla realizacji jakichś doraźnych celów. Tak na Ziemi stworzono ideę Boga, pod którą później Anioły podpięły się dla własnej korzyści. Wykorzystali ziemskie zabobony i wierzenia dla swoich celów, - Khan wydawał się nie dawać wiary opowieści sprzed wielu milionów lat. - Nie wyobrażam sobie, jak taki mechanizm mógłby działać. Spytajmy Hery i Ferrusa co o tym myślą.
    Ferrus i Hera wysłuchali z uwagą historii Uziego. Żadne z nich nie zabierało głosu przez długi czas.
    - Wiemy, że coś się stało z jedną z bliźniaczek, - Khan zagaił dyskusję. - Nie wiemy czy to było Misterium czy coś innego. Z opisu Uziego wynika, że taki mechanizm został kiedyś stworzony, ale równie dobrze mogło się zdarzyć coś innego, o czym nie mamy pojęcia. Opowieści o machinach sprzed wielu milionów lat nie trafiają mi jakoś do przekonania.
    - Nie ignorowałbym tego przekazu, - Ferrus się sprzeciwił. - Nigdy o tym nie mówiłem, ale również miałem brata bliźniaka. Miał na imię Fidelius. Gdy skończyliśmy piąty rok życia, podczas ceremonii inicjacji spotkało nas dokładnie to, co się stało z Mei i Aurorą. Tylko jeden z nas pozostał przy życiu. Nawet rodzice nie wiedzieli, który z nas przeżył. Przez kilka dni byłem nieprzytomny a gdy się obudziłem, również nie wiedziałem którym z bliźniaków jestem. Początkowo zostałem Fideliusem, jednak matka usłyszawszy tę opowieść, zdecydowała, że jednak jestem młodszym bliźniakiem i odtąd noszę imię Ferrus. Nikt nigdy nie dociekał, co się stało z Fideliusem, ale sądzę, że został unicestwiony w Misterium.
    - To zmienia postać rzeczy, - Khan się ożywił. - Jeden przekaz z pierwszej ręki i naoczne uczestnictwo potwierdzają autentyczność tego wydarzenia. Jest jednak jeszcze coś, co Uzi odkrył niedawno, - Khan zawiesił głos ustępując Uziemu pola.
    - Jak mówiłem, gdy Mei przybyła wraz z Khanem po raz drugi, zaopatrzyłem ją w nadajnik dalekiego zasięgu, - Uzi relacjonował. - Od czasu, gdy nastąpiło Misterium do chwili, gdy Aurora się obudziła nie odbierałem żadnego sygnału z tego nadajnika. Zupełnie jakby przestał istnieć. Dopiero, gdy Aurora się obudziła, nadajnik jakby ożył. W czasie, gdy opowiadałem Wam o wierzeniach Aniołów, zdołałem zlokalizować nadajnik. Zanika, co jakiś czas, ale wielokrotne pomiary wskazują, że znajduje się na szóstej planecie układu, który nie figuruje w żadnym katalogu gwiazd ani układów gwiezdnych. Leży tak daleko, że nikomu się chyba nie chciało badać tego obszaru. Pozwoliłem sobie nanieść ten układ na mapy nieba i opatrzyłem go nazwą Iris, - Uzi zrobił pauzę i odchrząknął skromnie. - Mam nadzieję, że jako odkrywcy przysługuje mi prawo do nadania nazwy. Spójrzcie na mapę nieba. Czerwona kropka w samym rogu wskazuje ten układ. Jest w odległości czterdziestu dziewięciu miliardów lat świetlnych od nas. Ktoś musiał się nieźle nabiedzić by wytropić i zbadać ten układ. Problem z tym układem jest taki, że aby do niego dotrzeć należy wyliczyć dodatkową poprawkę, gdyż porusza się on z prędkością przekraczającą trzykrotnie prędkość światła względem naszego ruchu, albo najpierw skoczyć na jakiś obiekt w połowie drogi a później już na Iris.
    - Ale przecież, żaden obiekt materialny, nie może się poruszać prędzej, niż światło, - Ferrus zaoponował.
    - Ten dogmat już nie obowiązuje, jednak w tym przypadku, to sama przestrzeń rozszerza się z taką prędkością a materia nie musi się poruszać względem niej, - Khan wyjaśnił zagadkę w kilku słowach. - Niezależnie, co o tym myślimy, moim zdaniem należy sprawdzić, co nadajnik Mei robi na Iris. - Khan puścił oko do Uziego, który aż gwizdnął z uciechy, że nazwa jego układu znalazła aprobatę.
    Khan miał niejasne przeczucie, że mimo iż w każdej przypowieści i proroctwie tkwi ziarno prawdy, to proroctwo mogło się spełniać w zupełnie nieoczekiwany sposób. Należało to niezwłocznie sprawdzić. Ferrus zaoferował swoją pomoc w wyjaśnieniu zagadki, gdyż w pewnym sensie dotyczyła też jego. Udał się wraz z Khanem do Komnaty Przebrań, gdzie zmienili swoje skafandry na świeże. Żarłok wprawdzie nie mówił nic, że się zużywają, jednak nawyk czystości kazał im odświeżyć ubrania. Gdy się pojawili ponownie na polanie, Aurora podbiegła do Khana i poprosiła, by uważał na siebie. Khan zapewnił ją, że wyprawa potrwa krótko a Ferrus będzie dbał o ich bezpieczeństwo. Pocałował jej czoło i zniknął a Ferrus wraz z nim. Hera powiedziała Aurorze, że panowie wybierają się na wyprawę badawczą na nieznaną planetę. Dokładnego celu wyprawy jednak nie ujawniła.
  • #25
    yego666
    Level 33  
    ============== Odcinek 24 =============

    PORZUCENI

    Obaj panowie, niemal jednocześnie zmaterializowali się na niewielkiej planecie, o ciążeniu zbliżonym do ziemskiego. Planeta była częścią układu Lepus, który składał się z siedmiu ciał niebieskich. Zgodnie z zaleceniem Uziego wybrali tę planetę, gdyż leżała w połowie drogi do układu Iris, i jako jedyna, miała odpowiednią temperaturę powierzchni. Nie zamierzali tu spędzić więcej niż minutę, więc sprawdziwszy sprzęt do oddychania wykonali długi skok na Iris. Tak jak wcześniej uzgodnili, ich skok zakończył się pół kilometra ponad powierzchnią nieznanej planety. Było to bardzo roztropne z ich strony, gdyż nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać na samej planecie. Zmaterializowali się po dziennej stronie, więc mogli się uważnie przyjrzeć wszystkiemu, co znajdowało się pod nimi. Powierzchnia była niemal całkowicie pokryta roślinnością. Słońce świeciło przyjemnym, lekko żółtawym światłem. Gdzieniegdzie można było dostrzec niebieskawe wstążki wijące się pośród zieleni, przywodzące na myśl rzeki. Czujniki wskazywały, że atmosfera nadawała się do oddychania. Obaj zdjęli maski tlenowe i zaczerpnęli powietrza. Miało przyjemny zapach leśnej ściółki zroszonej kroplami deszczu. Khan spojrzał na skaner, w który Uzi go zaopatrzył. Skaner wskazywał kierunek, z którego dobiegał sygnał nadajnika. Odkrywcy musieli skorygować swoją pozycję o ponad tysiąc kilometrów w kierunku zachodnim. Znalazłszy się nad miejscem, z którego dochodził sygnał, ostrożnie opuścili się ku powierzchni. Las w tym miejscu był nieco rzadszy i poznaczony ciemniejszymi plamami polan. Obaj chcieli jak najszybciej zejść na powierzchnię, ale nagły ruch w poszyciu powstrzymał ich zamiar. Wytężyli wzrok, by zbadać podłoże, ale okazało się, że to nie poruszało się nic na powierzchni, tylko jakaś chmura zaczęła przesłaniać słońce rzucając cień na las. Ferrus obrócił głowę, by sprawdzić, jak duża jest chmura nad nimi i na moment oniemiał. Nie miał czasu ostrzec Khana o zbliżającym się niebezpieczeństwie, więc dotknął jego ręki i jednym susem przeskoczył wysoko ponad obiekt, który rzucał cień. W tym samym momencie w ziemię trafiła błyskawica a tuż za nią druga. Khan w pierwszej chwili nie zorientował się w sytuacji, więc Ferrus wskazał ręką w dół. Ogromny podłużny obiekt wisiał pod nimi wyraźnie czegoś wypatrując. Miał ażurową konstrukcję, w którą wplecione były gondole w kształcie cygar.
    - Co to jest? - Khan był zupełnie zaskoczony. - Mało, co nas nie usmażył! Co to tutaj w ogóle robi!? Musimy zbadać, co to za konstrukcja i do czego służy. Rozejrzyjmy się, czy nie widać ich więcej w okolicy.
    - Odciągnijmy uwagę tego czegoś, by się dostać do nadajnika, - Ferrus zaproponował rozglądając się dookoła. - Nie widać innych obiektów w pobliżu. Może to jakiś automat strażniczy? Tylko, kto go tutaj umieścił?
    - Takie rzeczy nie istnieją bez przyczyny, - Khan dodał. - Ktoś strzeże czegoś na powierzchni. Mam pomysł jak odciągnąć to monstrum. Gdy będziesz o kilometr stąd, strzelisz do tego czegoś z miotacza protonów. Ustaw sobie miotacz na małą moc, by go nie uszkodzić. Nie wiemy na razie, jaką funkcję to pełni, więc lepiej go nie niszczyć. Następnie zaraz po oddaniu strzału zmień pozycję, by Cię nie wyśledził po trajektorii wiązki. I tak ze trzy razy. Ja w tym czasie zejdę na powierzchnię i postaram się odzyskać nadajnik. Rozejrzę się także po okolicy, jeśli czas pozwoli.
    Ferrus przygotował miotacz i w mgnieniu oka znalazł się na pozycji strzeleckiej. Oddał strzał trafiając obiekt w jedną z gondoli. Khan nie zdążył nawet mrugnąć okiem, gdy z obiektu strzeliła w kierunku Ferrusa błękitna wiązka światła. Na szczęście Ferrus zdążył już zmienić pozycję i promień przeszył jedynie powietrze, niknąc za horyzontem. Obiekt przyspieszył gwałtownie i w ciągu kilku sekund znalazł się tam skąd Ferrus oddał strzał. Kolejny strzał jedynie musnął wielki obiekt, lecz i tym razem odpowiedź była błyskawiczna. Ferrus oddalił się o kolejnych parę kilometrów, i gdy obiekt zmierzał w jego kierunku, ponownie go ostrzelał z miotacza. Podczas gdy w oddali trwała wymiana ciosów Khan stanął na miękkiej ściółce i rozejrzał się poszukując nadajnika. Rozgarnął ściółkę w miejscu gdzie wskazywał skaner, ale nic nie znalazł. Ferrus tymczasem doskonale się bawił w ganianego. Obiekt coraz bardziej oddalał się od Khana.
    - Na powierzchni nie ma śladu po nadajniku, - Khan nadał do Ferrusa. - Skaner się chyba zepsuł.
    - A co by skaner pokazał, gdyby nadajnik znajdował się pod powierzchnią? - Ferrus odparł po chwili namysłu.
    Khan przesunął się o dziesięć metrów do tyłu a następnie o dziesięć metrów do przodu, cały czas obserwując wskazania skanera.
    - Masz rację! Nadajnik znajduje się na głębokości... Około trzech metrów pod powierzchnią. Jak on tam się znalazł?
    - Poszukaj wejścia gdzieś w okolicy. Sądzę, że skoro są strażnicy to są też więźniowie.
    - Słuszna uwaga! Zabaw naszego przyjaciela jeszcze przez kilka minut. Przeszukam teren przez ten czas.
    Khan włączył detektor masy i skierował go w miejsce gdzie powinien był się znajdować nadajnik. Detektor zaczął kreślić na ekranie holograficznym przekroje podłoża leżącego pod stopami Khana. Kolejno ukazywały się warstwy złożone z ziemi, konarów, kamieni, i znów konarów. Na głębokości trzech metrów ukazała się pusta przestrzeń, jakby znajdowała się tam jama, lub korytarz. Khan przesunął się o kilka kroków w bok. Korytarz wciąż znajdował się pod nim. Badając teren po kawałku, dotarł do miejsca, gdzie podziemny korytarz się kończył. Ostrożnie rozgarnął ściółkę pod nogami. Stał na drewnianej półce, zbitej z okrągłych klocków drewna. Uważnie obejrzał konstrukcję i znalazł uchwyt. Pociągnął za niego ostrożnie. Drewniana półka okazała się uchylną klapą. Podniósł ją do pozycji pionowej i zawołał Ferrusa.
    - Znalazłem właz. Możemy wejść pod ziemię. Zostaw już tę zabawę. Tutaj będziesz bardziej potrzebny.
    Ferrus miał już dość uciekania. Przeciwnik okazał się bardzo niemrawy, więc zabawa stała się nudna i przewidywalna. Natychmiast stawił się przy włazie.
    - Wchodzę pierwszy, - Khan, nie czekając na odpowiedź Ferrusa, zniknął w mrocznym tunelu.
    Ferrus zsunął się w dół zaraz za nim. W tunelu było ciemno, więc Ferrus włączył latarkę. Oczom odkrywców ukazał się niski tunel o kwadratowym przekroju. Nie było w nim żadnych stempli ani innych podpór. Ostrożnie, krok za krokiem, posuwali się naprzód. Do nadajnika mieli około trzydziestu metrów. Powietrze zalatywało stęchlizną i trochę szczypało w oczy. Schyleni pokonywali tunel prawie na kolanach, gdyż sufit był za niski, by stanąć prosto. W oddali błysnęły dwa małe ogniki i zaraz zgasły. Obaj nastawili uszu. Gdy podeszli trochę bliżej do ogników, które widzieli Khan się zatrzymał. Wyczuwam silną Sygnaturę. Podniecony ruszył żwawiej do przodu. Z boku usłyszeli szmer. Ferrus obrócił się i oświetlił boczną odnogę tunelu.
    - Khan, - szepnął Ferrus.
    Khan się obrócił i zamarł. W tunelu, skulona postać spoglądała na nich wylęknionymi oczami. Khan ostrożnie się do niej zbliżył i oświetlił jej twarz.
    - Mei! - Powiedział niemal bezgłośnie. - Szukamy Cię wszędzie a Ty się bawisz w chowanego?
    Latarka Ferrusa oświetliła na chwilę twarz Khana. Mei rozpoznała go natychmiast i rzuciła mu się na szyję. Objęła go tak mocno, że ledwie mógł się poruszyć. Dziewczyna rozpłakała się jak dziecko. Khan głaskał jej włosy i powtarzał, że już jest bezpieczna, ale nic nie pomagało. Dziewczyna nie chciała go puścić. Dopiero kilka minut później, nieco się uspokoiła i poluźniła uścisk. Upewniwszy się, że Khan jest przy niej podała rękę Ferrusowi. Ferrus ją delikatnie uścisnął.
    - Jak się tutaj znalazłaś? - Khan łagodnie przemówił do Mei.
    - Nie czas teraz na wyjaśnienia, - Ferrus się wtrącił. - Najpierw wrócimy na Zaxor a potem nam opowiesz o wszystkim, co się wydarzyło.
    Khan chciał się już teleportować wraz z Mei, ale Ferrus go powstrzymał w ostatniej chwili.
    - Co się stało? - Khan spytał.
    - Mei nie ma skafandra. Nie przeżyje skoku pośredniego, - Ferrus odparł pospiesznie.
    - Cholera jasna. Mogłem Cię zabić, Mei. Ale ze mnie głupiec! - Khan aż usiadł na ziemi z wrażenia.
    Gdy już ochłonął podziękował Ferrusowi, za uratowanie życia Mei.
    - Jestem Twoim dozgonnym dłużnikiem, - Khan czuł się w tej chwili podle.
    Jeszcze nigdy nie wykazał się taką głupotą.
    - Jakie mamy możliwości sprowadzenia tutaj odpowiedniego skafandra? - Ferrus wyrwał Khana z zamyślenia nad własną beznadziejnością. - Musimy coś szybko zrobić. Nie wiemy, co się na tej planecie dzieje, lepiej więc tu nie sterczeć dłużej niż koniecznie musimy.
    Khan spróbował się skomunikować telepatycznie z Magiem, ale jedyne, co do niego docierało było zupełnie niezrozumiałymi wykrzyknikami.
    - Jesteśmy za daleko od Zaxor. Nawet telepatia zawodzi, - Khan stwierdził drapiąc się po brodzie.
    Mei wciąż cicho chlipała obejmując szyję Khana.
    - Skocz na Zaxor i poproś Maga i Ulfa, by ustawili namiot tlenowy, dokładnie w miejscu, w którym byliśmy na planecie tranzytowej. Gdy już będziecie gotowi, wróć tutaj, - Khan spojrzał Ferrusowi w oczy. - Nie mamy wiele czasu. Będziemy czekać tutaj albo gdzieś dalej, zależnie od sytuacji. Ruszaj.
    Ferrus zniknął i ciemność momentalnie zapadła w tunelu. Tylko on miał latarkę. Mei jeszcze dotąd się nie odezwała ani słowem. W ciemności słyszał jej oddech, tuż przy swoim uchu.
    - Poczekamy tutaj troszkę aż Ferrus wszystko przygotuje na nasz powrót, - Khan powiedział łagodnie. - To nie powinno potrwać długo. Możesz już mnie puścić. Nic Ci nie grozi.
    W ciemności Khan nie widział oczu dziewczyny, ale wiedział, że ona go widzi doskonale. Anioły widzą nawet w ciemności. Ich wzrok widzi wszystko od fal radiowych, do promieni gamma. Khan zazdrościł im takich możliwości. Poczuł jak delikatnie musnęła jego usta. Mimo, że Khan nie spodziewał się takiego obrotu spraw, opanował odruch i nie cofnął się. Po chwili, dziewczyna już nieco odważniej przywarła do jego ust. Czuła się bezpiecznie w jego ramionach i chciała mu dąć do zrozumienia, jak jest mu wdzięczna. W pewnym momencie gwałtownie odsunęła się od Khana i powiedziała: „Nie ruszaj się”. Khan poczuł za sobą czyjąś obecność. Sięgnął powoli do pasa po swój miotacz laserowy, ale właśnie w tej chwili poczuł, jak trzy wielkie pazury usiłują mu rozerwać łopatkę. Pomimo skafandra poczuł siłę, z jaką Coś go zaatakowało. Nie widział przeciwnika, ale na pewno nie był to piesek kanapowy. Pchnięty siłą uderzenia, Khan poleciał w kierunku Mei. Błyskawicznie się obrócił i zasłonił Mei swoim ciałem. Wieloletnie doświadczenie, pozwoliło mu się błyskawicznie skoncentrować. Wytężył słuch i wszystkie pozostałe zmysły. Serce natychmiast zwolniło do kilku uderzeń na minutę. Każdy szmer wydawał się teraz wystrzałem z armaty. Czuł jak Coś się powoli do niego zbliża. Uznawszy, że już czas, uderzył obydwoma rękami przed siebie. Skafander zwielokrotnił siłę uderzenia. Coś zawyło z bólu i z impetem uderzyło o przeciwległą ścianę. Khan sięgnął do pasa po promiennik. Nie miał czasu na zastanawianie się, z kim walczy. Musiał pokonać przeciwnika by Mei mogła wrócić na Zaxor. Przypomniał sobie o zapalniczce, której używał czasem w charakterze teleportera. Wolną ręką wyjął ją z kieszeni, trzymając promiennik cały czas w gotowości. Przesunął kciukiem po kółeczku zapalniczki i słaby płomień oświetlił bladym blaskiem parę dużych ślepiów, schowanych pod ciężkimi wałami nadocznymi. Gęsta grzywa opadała na czoło stwora, który pozbierawszy się z podłogi ponownie szykował się do ataku. W świetle zapalniczki Khan dostrzegł, że stwór ma po sześć szponów u każdej z łap. Był człekokształtny, ale z pewnością nie był człowiekiem. Już gdzieś widział takiego stwora, ale nie mógł sobie przypomnieć gdzie. Stwór sprężył się ponownie i jak pocisk runął w kierunku Khana. Jasny promień lasera rozciął napastnika na pół. Stwór padł u wejścia korytarza zagradzając je całkowicie. Khan przez chwilę przyglądał się martwemu przeciwnikowi, gdy nagle sobie uświadomił, gdzie widział podobnego osobnika. Wąski nos, wysoko osadzone uszy i długi ogon nie pozostawiały wątpliwości. Siłą woli usunął martwe zwłoki z przejścia i odwrócił się do Mei.
    - Przyjdzie ich tu więcej, - powiedziała drżącym głosem. - Nie zamknęliście włazu. Teraz wszystkich zabiją.
    - Jakich wszystkich? - Khan się zdziwił. - Ktoś jeszcze tu jest?
    - Poznałam dwóch. Znaleźli mnie na powierzchni i zdążyli ukryć w tunelu zanim przyszły Szmordaki. One polują na tych, którzy wychodzą na powierzchnię po jedzenie i wodę.
    Khan ostrożnie podszedł do martwego Szmordaka, którego przed chwilą usunął z przejścia. Obrócił go twarzą do góry. Stwór rzeczywiście miał po sześć palców u każdej z łap. Mocną czaszkę i resztę ciała pokrywała gęsta sierść lub raczej włosy. Na szyi miał jakiś wisiorek. Khan wziął go w rękę, by mu się przyjrzeć dokładniej. To był taki sam kawałek metalu, jaki miał stwór w korytarzu prowadzącym do siedziby Ekstrapolatora.
    - Co wspólnego ma Ekstrapolator z tą planetą i Szmordakami? - Khan usiłował znaleźć jakiś logiczny związek. - Mówiłaś Mei, że są tu inni. Gdzie oni są?
    - W głębi korytarza jest komora, w której mieszkają. Zupełnie zdziczeli na skutek ciągłego strachu przed śmiercią. Nie chcieli mnie tam wpuścić, więc się schroniłam w tym korytarzu. Jasne światło rozproszyło nagle mrok. Ferrus wraz z Ulfem przybyli z odsieczą.
    - Wszystko przygotowane, - Ferrus spojrzał na ścierwo leżące opodal w korytarzu. - Komitet powitalny?
    - Ale chyba nie przestudiował dokładnie protokółu dyplomatycznego, - Khan dokładniej przyjrzał się napastnikowi w świetle latarki. - Zostawiliśmy otwarty właz, którym tu wszedł. Lepiej go chyba zamknąć i zamaskować, by następne nie wlazły tą drogą.
    Khan wyskoczył na powierzchnię i rozejrzał się. Nie było widać innych Szmordaków. Z daleka zbliżał się ażurowy pojazd. Khan szybko zamknął drewnianą klapę i narzucił trochę ściółki na wierzch. Przemieścił się za nadpływający pojazd powietrzny i oddał salwę z promiennika. Nie mogła ona uszkodzić pojazdu, ale skutecznie odciągnęła uwagę od wejścia do podziemia. Pojazd niemal natychmiast odpowiedział salwą błyskawic, lecz Khan zdążył już wrócić do podziemnych korytarzy, nim go dosięgnął ogień wroga.
    - Wynosimy się stąd, - Objął Mei i oboje zniknęli.
    Ferrus i Ulf również rozpłynęli się w powietrzu. Namiot nie był duży, ale powietrze rozdymało go do rozmiarów sporego balonu, o średnicy kilku metrów. Uciekinierzy wylądowali tuż pod ścianą. Khan rozejrzał się i stwierdziwszy, że wszyscy są bezpieczni zarządził skok na Zaxor.
    - Wracam z Ulfem na Iris, - Ferrus oświadczył niespodziewanie. - Skoro są tam korytarze to muszą też być ich użytkownicy. Szmordaki nie wyglądają na mieszkańców tych sztolni.
    - W podziemiach okropnie śmierdziało, - Mei wciągnęła świeże powietrze do płuc i się zachłysnęła.
    - Porzuceni nie mieli systemu wentylacji w korytarzach. Tylko główna jaskinia miała wloty powietrza.
    - Kim są Porzuceni? - Ferrus natychmiast podjął wątek. - Czy to mieszkańcy korytarzy?
    - Tak o sobie mówili. Niewielu ich pozostało. Byłam tam za krótko, by się czegokolwiek dowiedzieć. Usłyszałam tylko parę zdań, które zamieniło ze sobą dwóch, bardzo sędziwych osobników, którzy mnie znaleźli na powierzchni. Nie chcieli mnie dalej wpuścić, ale dali mi jakieś zielsko do jedzenia i kazali się schować gdzieś w korytarzach. Jeden z nich nazywał się Wodrel a drugi Gidelus, albo jakoś tak. Mówili bardzo niezrozumiale i bardzo się spieszyli. Nie czuli się bezpiecznie na powierzchni, bo nie mieli żadnej broni prócz zaostrzonych włóczni.
    - Na pewno dobrze słyszałaś? - Ferrus dopytywał się gorączkowo. - A może Fidelius? Jesteś pewna Mei?
    - Mówili bardzo niezrozumiale, więc mogłam źle usłyszeć. Nic więcej nie pamiętam, gdyż bardzo się bałam.
    - Gdy wrócicie na Zaxor, - Ulf zwrócił się do Khana, - nie zabierajcie stąd namiotu. Może się jeszcze przydać, jeśli trzeba będzie kogoś wyciągnąć z tej dziwnej planety.
    Pożegnawszy się zdawkowo Ulf i Ferrus zniknęli. Khan się zastanawiał jak zareaguje Aurora widząc swoje alter ego. Nie było innego sposobu, by się dowiedzieć, niż postawienie ich twarzą w twarz. Khan sam już nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Jeśli Misterium rządził jakiś mechanizm, to ani Mei, ani Aurora, nie były winne temu, co się stało. Khan postanowił trzymać swoje uczucia na wodzy i nie stawać po żadnej ze stron, gdyby doszło do jakiejkolwiek konfrontacji. Miał nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale musiał się przygotować psychicznie, by nie wyrządzić krzywdy żadnej z bliźniaczek. Jednakowo mu zależało na obu, i nie chciał być zmuszony do wyboru tylko jednej z nich. Zdawał sobie sprawę, że znów myśli życzeniowo, ale trudno mu było się pozbyć tak od razu, tego idiotycznego sposobu postrzegania rzeczywistości. To się nazywało „nadzieja”. Musiał coś szybko postanowić, ale miał pustkę w głowie. Usiadł na skalistym podłożu by się zastanowić i oczyścić myśli. Dziewczyna usiadła mu na kolanach i się do niego przytuliła.
    - Mamy pewien problem Mei, - Khan rozsiadł się wygodnie.
    - Czemu uparcie nazywasz mnie Mei? - Dziewczyna spojrzała mu w oczy. - Przecież mam na imię Aurora.
    Khana zdziwiło wyznanie dziewczyny. Jak mógł się tak pomylić? A może to ona się myliła? Dotknął ręką jej twarzy i łagodnie pogładził policzek. Dziewczyna była już całkiem spokojna. Niby od niechcenia pogładził jej nos palcami. Wyraźnie czuł delikatną wypukłość u nasady.
    - To przecież jest nos Mei, - Khan nie miał wątpliwości. - Uzi twierdził, że nadajnik umieścił na kostce Mei a nie Aurory, więc ciało musiało należeć do Mei. Dwa niezależne elementy dowodziły tego niezbicie.
    Nie miał zamiaru sprzeczać się z dziewczyną na temat jej tożsamości, ale to, co mówiła stało w sprzeczności z tym, co wiedział na pewno. Nos należał do Mei, i nadajnik również. Osoba, która powróciła na Zaxor, nie wiedziała jak ma na imię, więc sam zdecydował, że ma na imię Aurora. W tamtym przypadku również zdecydował jej nos, jednak włosy były mieszanką obu bliźniaczek. Może Misterium właśnie tak działa, że zamienia osobowości a ciało kształtuje od nowa lub w jakiś sposób modyfikuje. Brak jakichkolwiek danych na ten temat uniemożliwiał Khanowi podjęcie decyzji. Musiał się zgodzić na zaproponowaną rzeczywistość, czy mu się podobało czy nie. Może na Zaxor wszystko się wyjaśni. Bał się tej chwili gdyż nie chciał po raz drugi tracić którejkolwiek z bliźniaczek. Kochał je obie tak jakby były jedną osobą. Dziwnie się z tym czuł, ale nie potrafił w żaden sposób zracjonalizować tego uczucia. O ile jego problem wydawał się duży, o tyle problem każdej z bliźniaczek mógł być o wiele poważniejszy, gdyż mógł dla którejś z nich oznaczać śmierć, lub nawet coś gorszego. Każda z nich żyła i czuła, i zapewne będzie walczyła o przetrwanie do ostatniego tchu. Ta konstatacja zepchnęła jego mały problem na dalszy plan. Ujrzał sytuację w nowym świetle i nie zamierzał ryzykować konfrontacji. Nagle w jego głowie pojawiła się treść proroctwa: „Świat będzie istniał tak długo, dopóki dwa identyczne skrzydła z jednej matki i jednego ojca, nie zrównoważą wszystkich Sprawczych Elementów. Gdy to zrobią, świat zniknie na zawsze, i nie odrodzi się już więcej”. Skoro istniał mechanizm eliminujący jedno z bliźniąt, to może i ta część proroctwa, również jest prawdziwa? Skąd jednak pewność, że chodzi właśnie o Mei i Aurorę? Wiele wskazywało właśnie na nie, ale Khan nie mógł mieć pewności, czy nie popada w sidła zabobonu starszego, niż rodzaj ludzki. Musiał być absolutnie przekonany o swojej bezstronności.
    - Wiem, co się stało, - Aurora odezwała się po chwili. - Słyszę wszystkie twoje myśli Khan. Jesteś szlachetnym człowiekiem, stawiając dobro moje i mojej siostry, ponad własne uczucia, ale niepotrzebnie starasz się uchronić nas przed konfrontacją. Zawsze byłyśmy jedną osobą, ale w dwóch ciałach. Aurora to Mei a Mei to Aurora. Zrozumiałam to dopiero teraz. Razem możemy wnikać w dowolny obszar rzeczywistości i kształtować go wedle uznania jedynie siłą woli a Misterium miało nas osłabić poprzez eliminację komplementarnej części naszej osobowości. Ciekawa jestem tylko, komu to miało służyć. Musimy się tego koniecznie dowiedzieć, by nie wesprzeć niewłaściwej strony tej rozgrywki.
    W natłoku zdarzeń Khan zapomniał zablokować swoje myśli, dlatego Mei słyszała każdą jego myśl. Dobrze, że były cenzuralne, - Khan odetchnął z ulgą uświadamiając sobie swój błąd. Poczuł się dużo lepiej na myśl, że przynajmniej problem jego uczuć został rozwiązany. Teraz rzeczywiście mógł się skupić na tym, by rozwikłać zagadkę do końca. Wstał unosząc Mei na rękach i przeniósł się wraz z nią na polanę przed Gniazdem. Ognisko wciąż paliło się pięknymi złocistoczerwonymi płomieniami oświetlając twarze wszystkich biesiadników. Uprzedzeni przez Ferrusa o sytuacji czekali w napięciu na pojawienie się Khana z drugą bliźniaczką. Gdy wreszcie się pojawili, pierwsza wstała Aurora. Khan postawił Mei na ziemi i cofnął się o krok. Sytuacja była bardzo niezrozumiała dla wszystkich, poza Khanem. Nie wiedzieli zupełnie, czego się spodziewać po tym spotkaniu. Hera była pełna obaw, że dojdzie do nieprzewidzianych scen zazdrości lub gniewu. Wiedziała, na co stać Aurorę. To w końcu ona z zimną krwią wbiła Yaahowi trójząb w serce, więc w tak niejednoznacznej sytuacji mogła również zachować się podobnie. Wszyscy czekali w napięciu na to, co miało nastąpić. Mei postąpiła o krok naprzód. Tak samo postąpiła Aurora. Kolejne kroki spowodowały, że bliźniaczki znalazły się w odległości kroku od siebie. Aurora była czyściutka i pachnąca, podczas gdy Mei nawet twarz miała umorusaną ziemią z tunelu. Jej ubranie było szare od wilgotnej ziemi. Kontrast, jaki istniał między bliźniaczkami, kazał wątpić w ich pokrewieństwo, jednak wszyscy doskonale wiedzieli, że są bliźniaczkami. Dziewczyny spoglądały sobie w oczy i żadna nawet nie mrugnęła. Mei ostrożnie dotknęła ręki siostry by sprawdzić, czy Misterium się nie powtórzy. Na szczęście nic się nie stało. Obie dziewczyny stały nadal oświetlone łuną ogniska. Napięcie opadło, gdy wszyscy stwierdzili, że nie zdarzy się nic drastycznego. Samira wyczuła doskonale moment, w którym wstała i znalazła się między bliźniaczkami.
    - Chyba należy się Wam porządna kąpiel i nowe ciuchy, - Złapała je za ręce i wszystkie trzy zniknęły.
    - Spodziewałem się dużo gorszego rozwoju wypadków, - Żarłok przyznał z ulgą. - Może potrafisz wyjaśnić anomalię, którą wyczuwam u bliźniaczek, - Żarłok zwrócił się do Khana. - Wszyscy ludzie i Anioły różnią się Sygnaturami jak odciskami palców, natomiast Sygnatura Mei jest dokładnie identyczna z Sygnaturą Aurory. Nie jestem w stanie powiedzieć na tej podstawie, która jest którą. Nie spotkałem się dotąd z takim przypadkiem.
    - Nie nadużyję chyba zaufania Aurory i Mei zdradzając Wam ich prawdziwą naturę, - Khan sam nie bardzo jeszcze się z tym oswoił, ale nie miał innego wyjaśnienia. - Aurora i Mei to jedna i ta sama osoba, tyle, że każde z nas żyje tylko w jednym ciele, podczas gdy ona w dwóch jednocześnie.
    - Cholerny z Ciebie szczęściarz Khan! - Mag nie krył zazdrości. - Też bym chciał mieć dwie Samiry.
    Wszyscy wybuchli śmiechem na tę uwagę Maga, dzięki której atmosfera nieco się rozluźniła. Khan opowiedział wszystkim, co się wydarzyło na Iris. Czuć było, że jest szczęśliwy z takiego obrotu spraw. Podczas opowiadania, Mag zadbał, by nikomu nie brakowało trunku w kubeczku. Nastroje jeszcze bardziej się poprawiły, gdy się okazało, że Aurora i Mei posiadają moc, potrzebną do uruchomienia Machiny Kosmologicznej.
    - Jedna rzecz mnie tylko zastanawia, - Khan się nieco zasępił. - Stwor, o którym Wam wspomniałem, był dokładnie taki sam, jak ten, którego szkielet znaleźliśmy w korytarzu prowadzącym do siedziby Ekstrapolatora. Miał przy sobie taką samą płytkę zrobioną z Uranu. To nie przypadek, że w obu tych miejscach występują podobne stwory. Coś się za tym musi kryć.
    - Nie wiemy, ile czasu pozostało do ostatecznego kolapsu, ale z pewnością nie możemy go marnować, - Żarłok wydawał się nieco zmartwiony. - Nie podoba mi się ten dziwny zbieg okoliczności. Czy możesz przeszukać archiwum Aniołów? - Żarłok zwrócił się do Uziego. - Może istnieje, chociaż jakaś wzmianka o tych stworach.
    Uzi niezwłocznie zabrał się do wertowania trylionów rekordów, zapisanych w archiwum. Każdy po kolei snuł swoje przypuszczenia na temat dziwnych stworów i tego, co robiły na planecie Iris. Emi wysunęła teorię, że Szmordaki są zbuntowanymi Atlantami zbiegłymi na krańce kosmosu, ale nie zyskała wielu zwolenników. Były też inne, jeszcze bardziej nieprawdopodobne teorie, ale żadna nie przypadła wszystkim do gustu.
    - Nie znalazłem nigdzie najmniejszej wzmianki o stworzeniach zwanych Szmordakami, - Uzi zaczął, - ale jest sporo ciekawych informacji o sześciopalczastych stworach, których Anioły używały do polowań. Zwali je Smerdokami. Od pradawnych czasów posługiwano się nimi do polowań jak również do ochrony domostw przed dziką zwierzyną. Były to niezwykle krwiożercze stworzenia, nad którymi trudno było zapanować. W czasach Mruuka hodowano je w odległym układzie słonecznym, zwanym Procerion. Cały układ spełniał rolę zaplecza produkcyjnego, naukowego, oraz rolniczego, służącego ówczesnemu społeczeństwu i jego potrzebom. Szósta planeta tego układu spełniała rolę gułagu, gdzie zsyłano szczególnie groźnych lub niewygodnych oponentów władzy. - Uzi skończył swój wykład rozkładając ekran holograficzny, na którym ukazała się postać podobna do Szmordaka, którego Khan uśmiercił.
    - Wniosek z tego, że gułag wciąż funkcjonuje, mimo, iż od dawna nikt się nim nie interesuje, - Khan podsumował wykład. - Doskonale to wyjaśniłeś Uzi. Dziękuję.
    - Ktoś, zatem musi wciąż używać tego gułagu a być może także innych zasobów, które znajdują się w układzie Procerion, - Żarłok słusznie zauważył. - Osobiście bardziej podoba mi się nazwa, którą zaproponował Uzi, więc pozwólcie, że będę używał nazwy Iris zamiast Procerion.
    Uzi był bardzo wdzięczny Żarłokowi za ten gest lojalności.
    - Dokładnie takiego samego osobnika, tylko w nieco zdegenerowanym stanie, znaleźliśmy w korytarzach prowadzących do siedziby Ekstrapolatora, - Khan kontynuował. - Obawiam się, że nie jest to przypadkowa zbieżność, na którą się natknęliśmy. Coś musi łączyć Ekstrapolator z gułagiem na Iris i tym, co tam się dzieje. Mam nadzieję, że Ulf i Ferrus dostarczą nam dodatkowych informacji, gdy wrócą. W zależności od tego, czego się dowiedzą będziemy dalej postępować.
    Ferrus pierwszy pojawił się w podziemnym chodniku, w którym Mei się ukrywała. Zaraz po nim pojawił się Ulf. Połowa głowy Ulfa tkwiła w suficie. Ostrożnie się schylił, by jego oczy mogły prawidłowo funkcjonować.
    - Mogłeś przypomnieć, żebym się schylił, - Ulf miał słuszne pretensje do Ferrusa. - Strasznie niski ten tunel. Włącz latarkę, bo nic nie widzę, - poprosił.
    Ferrus włączył latarkę i ruszył przed siebie.
    - Tutaj był Szmordak, którego Khan zabił. Ktoś, lub coś, go stąd zabrało, - Ferrus włączył swoją maczetę plazmową.
    Zimny blask jęzorów plazmy, tańczących na ostrzu maczety, nadawał tunelowi upiorny wygląd. Tunel obniżył się jeszcze bardziej. Liczne zakręty i ślepe odnogi utrudniały marsz. W końcu dotarli do okrągłego otworu, zamkniętego drewnianymi drzwiami. Ferrus wyczuwał wyraźnie Sygnatury. Przypuszczalnie ktoś znajdował się po drugiej stronie drzwi. Ferrus ostrożnie dotknął drzwi. Musiały być zamknięte od środka, gdyż nawet nie drgnęły. Uderzył pięścią mocniej by sprowokować jakąś reakcję z drugiej strony. W tym samym momencie usłyszał za sobą dziwny dźwięk, który nie brzmiał zbyt przyjaźnie. Błyskawicznie przeteleportował się daleko za plecy Ulfa, unikając ostrych jak igły szpikulców przymocowanych do ciężkiej drewnianej kraty, która z impetem opadła z sufitu. Ulf machinalnie nadstawił swój miotacz protonów, by rozprawić się z ewentualnym zagrożeniem.
    - Niezła pułapka. Schowajmy się lepiej. Może ktoś wyjdzie sprawdzić, co się nadziało, - Ulf zaproponował. - Kilka kroków za nami jest ślepy chodnik.
    Obaj cicho wycofali się do kryjówki i czekali. Przez ponad minutę nic się nie stało. Ulf zaczął już tracić cierpliwość, gdy drzwi uchyliły się nieznacznie do środka. Strużka bladego, żółtego światła rozjaśniła nieznacznie korytarz. Drzwi, skrzypiąc głośno, rozwarły się następnie na całą szerokość. Najpierw pojawiło się ostrze drewnianej dzidy. Za nim, pojawiła się głowa w kapturze. Zgarbiona postać wyszła ostrożnie z otworu. Za nią druga podobna postać pojawiła się w drzwiach. Pierwsza postać trzymała pochodnię, która rzucała niezbyt mocne światło w głąb tunelu. Obie postaci były wyraźnie zdziwione, że pod kratą nic się nie znajdowało. Jeden z nich powiedział coś, czego Ulf nie zrozumiał.
    - To w staroanielskim, - Ferrus wyraźnie się ożywił. - Powiedział, że coś, co uruchomiło pułapkę uciekło.
    Obie postaci groźnie nastawiły swoje dzidy i postąpiły kilka kroków w głąb korytarza. Widać było, że z trudem się poruszały i każdy krok sprawiał im ból.
    Jedna z postaci znów się odezwała, tym razem pociągając nosem jakby wyczuła jakiś zapach.
    - Mówi, że czuje jakiś zapach, ale to nie Smerdok, - Ferrus tłumaczył. - To chyba stwór, którego Mei nazwała Szmordakiem, - dodał po chwili.
    - Może się im pokażemy? - Ulf miał już dość schylania się. - Ja wychodzę. Zobaczymy, co zrobią.
    - Niech Ci będzie, tylko, że to ja się im pokażę a Ty podskocz do drzwi, by ich ktoś nie zamknął od środka, - Ferrus zdecydował.
  • #26
    yego666
    Level 33  
    ============== Odcinek 25 =============

    Ulf w jednej chwili znalazł się przy drzwiach. Zerknął do środka, ale niewiele zobaczył, gdyż wewnątrz było prawie całkiem ciemno. Ferrus postąpił dwa kroki naprzód i stanął przed dwiema zaskoczonymi postaciami.
    - Pozdrawiam Was czcigodni, - powiedział nienaganną mową staroanielską. - Pragnę, by Wasza mądrość oświetliła mą drogę, - Dodał tradycyjne pozdrowienie arystokracji anielskiej.
    Postaci w pierwszej chwili chciały się rzucić do ucieczki, jednak słowa wypowiedziane przez Ferrusa ich powstrzymały. Jedna z nich przysunęła pochodnię do twarzy nieznajomego i długo ją lustrowała.
    - Niech Twe stopy będą zawsze suche, - Ferrus usłyszał pozdrowienie wypowiedziane przez trzymającego pochodnię. - Zapraszam do środka, - Znów zabrzmiały słowa z ust tubylca.
    Tubylec odwrócił się w kierunku drzwi i ujrzał Ulfa.
    - To nasz przyjaciel. Nie lękajcie się, - Ferrus uspokoił pospiesznie gospodarzy a Ulfowi powiedział, by się usunął z przejścia.
    Gospodarze najwidoczniej uznali, że nie mają wyboru i weszli przez otwarte drzwi, wpuszczając za sobą Ferrusa i Ulfa. Pochodnia powędrowała do stelaża na ścianie rozświetlając mrok. Ulf zwiększył promień swojej latarki i skierował ją w sufit. W pomieszczeniu zrobiło się jasno jak w dzień. Ferrus pobieżnie zlustrował pomieszczenie. Była to dość spora izba, podparta drewnianymi stemplami i powałą z pni cienkich drzewek. Klepisko było wysypane ziemią i porośnięte mchem. Na krzywym drewnianym stole stojącym pod ścianą dostrzegł fragmenty poćwiartowanego zwierzaka, którego Khan uśmiercił. Ferrus przedstawił się zgodnie z etykietą a następnie przedstawił swojego towarzysza. Jako, że trudno było rozpoznać Anioła po samym wyglądzie, nie wspomniał, że Ulf jest człowiekiem. W obecnej sytuacji nie miało to zresztą najmniejszego znaczenia. Gospodarze postawili przed gośćmi kubki z błyszczącego transluminium, albo podobnego tworzywa, wprawiając ich w niemałe zdziwienie. W chwilę później w rogu izby zagwizdał czajnik, w którym znajdowała się woda. Jeden z gospodarzy sięgnął do pudełka stojącego na podłodze i wydobył plastykową buteleczkę z jakimś płynem. Odkręcił korek i wlał kilka kropel do kubeczków gości i swoich. Następnie odstawiwszy buteleczkę poszedł po błyszczący czajnik z gotującą się wodą. Czajnik stał na matowej płycie, która najwidoczniej dostarczała ciepła, potrzebnego do zagotowania wody. Ferrus dostrzegł strumień podczerwieni emitowany w kilku punktach płyty. Woda z czajnika wypełniła kubeczki. Aromat świeżo zerwanych liści herbaty szybko wypełnił pomieszczenie, tłumiąc wszechobecny zapach stęchlizny.
    - Dziwnie to wygląda, nie sądzisz? - Ulf podzielił się swoim odczuciem. - Ciekawe czy to jest herbata czy jakiś ersatz. Spytaj ich, skąd mają te nowinki technologiczne, bo chyba z drewna ich nie wystrugali.
    - Wszystko po kolei, - Ferrus uspokoił przyjaciela. - Najpierw część oficjalna, czyli rytuał powitalny. Później dopiero będzie można pytać o cokolwiek. Będę Ci wszystko na bieżąco tłumaczył.
    - Na pewno nie będę się wtrącał do rozmowy, - Ulf zaśmiał się w myślach. - Staroanielski nie jest moją mocną stroną.
    Gospodarze zaintonowali mruczankę, która była zapewne częścią ceremonii powitalnej. Ferrus natychmiast dołączył się do chóru. Pomieszczenie powoli napełniało się dźwiękami, jakich dotąd Ulf nigdy nie słyszał. Przypominały orkiestrę symfoniczną złożoną z nieznanych instrumentów. Bogactwo dźwięków było oszałamiające. Mruczanka miała charakter monumentalno-nostalgiczny. Trwała kilka minut a gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki wszyscy chwycili za kubeczki i ulali po kilka kropel płynu na klepisko. Gospodarze usiedli na długiej ławie po jednej stronie stołu a goście po przeciwnej.
    - Nieczęsto miewamy gości. Misterium Zjednoczenia musiało być dla Was łaskawe, skoro o własnych siłach dotarliście aż tutaj, szlachetni Porzuceni, - Jeden z gospodarzy odważył się zauważyć. - Niedawno uratowaliśmy Porzuconą Księżniczkę, ale ten oto Szmordak ją pożarł. Szkoda, bo była bardzo ładna, - drugi ze starców zachichotał lubieżnie. Najwidoczniej mu zaszkodziła, bo go później znaleźliśmy rozpukniętego.
    - Nie chciałbym nadużyć Waszej gościnności, ale nie usłyszałem Waszych imion, szlachetni gospodarze, - Ferrus pociągnął nieduży łyk aromatycznego napoju. - Doskonałe Antorium. - Dodał po chwili.
    - Wybacz nam nieobyczajność, przybyszu, ale jesteśmy tutaj od tak dawna, że zapomnieliśmy już swoje imiona. W żadnym razie nie chcieliśmy Cię urazić, - Gospodarze się sumitowali.
    Ferrus wyczuł, że gospodarze się ich boją, stąd nie chcą zdradzić swoich prawdziwych imion. Trudno było im się dziwić, gdyż żyli w dość trudnych warunkach. Nie było czasu na krygowanie się, stąd Ulf i Ferrus zdecydowali się dobrać subtelnie do pamięci swoich gospodarzy. Ferrus prowadził nic nieznaczącą konwersację, podczas gdy Ulf niepostrzeżenie zaczął przeglądać zasoby wiedzy, jaką gospodarze zgromadzili w swoich głowach. Najnowsze informacje dotyczyły jakiejś Porzuconej, która się pojawiła na powierzchni w czasie, gdy gospodarze zbierali grzyby i jadalne rośliny. Nie wiedziała, co się z nią dzieje, więc ją zaciągnęli do tunelu i dali jedzenie. Na tym się to wspomnienie kończyło. Ulf przegarnął sporo wspomnień dotyczących wypraw w głąb labiryntu. Jeden z gospodarzy miał na imię Wodrel a drugi Gidelus. Ulf szybko dotarł do obrazów zautomatyzowanej sieci nowoczesnych tuneli, w których znajdowały się pomieszczenia, pełne przeróżnych sprzętów i zapasów. Niestety nie było jasne, skąd się one wzięły na planecie. Pojawiły się również inne postaci, podobne do Wodrela i Gidelusa, ale zamieszkiwały w innych miejscach. Dalsze wspomnienia były już mocno zatarte i nieczytelne, nawet dla Ulfa. Obaj starcy musieli spędzić na planecie mnóstwo czasu. Pojedyncze obrazy w ich pamięci pokazywały powietrzne statki, o których Ferrus wspomniał, jakieś wieże i kopuły, oraz kominy ziejące ogniem i dymem. Trudno było z tego złożyć jakąkolwiek całość. Ulf przekazywał wszystkie nowe informacje Ferrusowi, który prowadził rozmowę z gospodarzami.
    - Czy słyszeliście kiedykolwiek o Porzuconym o imieniu Fidelius? - Spytał jednego ze starców.
    Wodrel zmarszczył czoło i zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią.
    - W odległej części tuneli zamieszkuje grupa czterech Porzuconych, którzy nieustannie odbywają wyprawy do rożnych zakamarków labiryntu. Niekiedy spotykamy ich na powierzchni. Ich Starszy, opowiadał historię, o grupie Porzuconych, walczących z Atolidami. Dowodzi nimi ponoć ktoś, kto się tytułuje Naczelnikiem i ma na imię właśnie Fidelius. Nie zapuszczamy się nigdy daleko od naszej siedziby, więc nie mamy kontaktu z innymi Porzuconymi. Nie wiemy ilu ich jest. Atolidzi okrutnie karzą każdego Porzuconego, którego uda im się złapać. Czemu interesuje Cię Fidelius?
    - Kim są Atolidzi, o których wspomniałeś, Wodrelu? - Ferrus nieco zapomniał się i nazwał starca imieniem, którego nie powinien był znać.
    - Nic więcej Ci nie powiem! - Wodrel był wzburzony. - Jesteś wysłannikiem Fideliusa i przybyłeś nas szpiegować.
    Gidelus wstał ze swojego miejsca i podszedł do ściany pomieszczenia. Pchnął ją i zamaskowane drzwi ukazały nowy korytarz.
    - Idźcie skąd przyszliście, - Gidelus powiedział stanowczym tonem, wskazując wyjście. - Powiedzcie Fideliusowi, że nowa Porzucona została zjedzona przez Smerdoka, więc jej nie dostanie. Niech nam da spokój.
    Nie było sensu sprzeczać się z gospodarzami, tym bardziej, że ich wiedza była bardzo skromna. Ulf i Ferrus weszli we wskazany korytarz. Odór stęchlizny był w nim jeszcze gorszy, niż w pierwszym korytarzu, więc założyli na usta i nos filtry powietrza.
    - Ciekawe, kim są Atolidzi i co ich łączy z tym Fideliusem…, - Ulf się głośno zastanawiał. - Czy to do nich należą statki powietrzne i tunele?
    - Może się czegoś później dowiemy. Ciekawe, dokąd prowadzi ten tunel, - Ferrus ruszył przodem, gdyż nie potrzebował światła, by dobrze widzieć.
    Posuwali się tunelem przez ponad pół kilometra. Pokonali dziesiątki zakrętów i rozpadlin. Tunel łagodnie schodził w głąb ziemi. Wreszcie Ferrus dostrzegł jaśniejszy wylot. Podążyli ku niemu szybszym krokiem. Po kilku minutach dotarli do jasno oświetlonego korytarza. Ulf ostrożnie wyjrzał z tunelu. Jasny korytarz wyglądał jakby pochodził z innego świata. Był szeroki, pokryty błyszczącym tworzywem, przypominającym zwierciadło. Pokrycie było tak precyzyjnie ułożone, że nie było widać nigdzie spoin pomiędzy poszczególnymi taflami.
    - Nie przypomina Ci to czegoś, co już widzieliśmy? - Ulf ustąpił Ferrusowi miejsca w przejściu. - Jaskinia Ekstrapolatora! - Wykrzyknął zdumiony Ferrus. Ta sama technologia. Ciekawe, co jest dalej.
    Poczekali kilka minut by się upewnić, że nic im nie grozi i ruszyli jasnym tunelem w nieznane. Z każdej strony spoglądały na nich ich własne podobizny. Lustra były doskonałe, bez jednej skazy. Zamiast mozolnie wlec się piechotą, obaj wygodnie lewitowali posuwając się naprzód z dość znaczną prędkością.
    - Tunel w jaskini Ekstrapolatora ciągnął się przez wiele mil, - Ulf przerwał milczenie. - Lecimy już ponad kwadrans i końca nie widać. Ciekawe, dokąd dotrzemy. Starcy mówili, że tędy czasem chodzą po zapasy. Jak mogli pokonać taką odległość kuśtykając?
    - Może szli w przeciwną stronę? - Odparł Ferrus. - Mówili, że są tu pomieszczenia z rożnymi sprzętami i zapasami. Zwróciłeś uwagę na ich zastawę i czajnik? Sami raczej nie mogli tego zrobić. Płytę energetyczną też musieli gdzieś znaleźć. A może ściany tunelu mają ukryte drzwi, tylko ich nie widzimy. Skupiamy się na swoich odbiciach zamiast na tym, co je odbija, i dlatego nie dostrzegamy tego, co oni widzą.
    - Nie sądzę, byś miał rację, ale cóż nam szkodzi sprawdzić to przypuszczenie, - Ulf odparł sceptycznie. - Musimy chyba nieco zwolnić by coś zobaczyć.
    Obaj zwolnili do prędkości marszowej i zaczęli się intensywnie wpatrywać w lustrzane powierzchnie. Początkowo widzieli tylko swoje odbicia, ale po jakimś czasie, gdy zaczęli skupiać wzrok za swoimi odbiciami, ściany wydały się matowe, i poznaczone rożnymi symbolami. Ferrus orzekł, że są to znaki pisma staroanielskiego. Głównie liczby, być może oznaczające odległości, lub sektory korytarza. Nie zmieniały się w żadnym porządku alfabetycznym, ani numerycznym. Zdawało się, że nie rządzi tu żadna zasada. W pewnym momencie Ferrus się zatrzymał. Napis na ścianie oznaczał, że gdzieś jest odnoga do powierzchni. Uważnie się rozglądali, lecz nic nie wyróżniało owej odnogi. Ulf dostrzegł ledwie widoczne kółko na podłodze pod jedną ze ścian. Przyłożył do niego dłoń i ku jego zdziwieniu w bocznej ścianie pojawił się wlot do rozgałęzienia tunelu, pnącego się lekko w górę.
    - No to już wiemy, jak oni to robią, - Ulf rzekł tryumfalnie. - Ciekawe, ile odnóg i pomieszczeń już ominęliśmy.
    - Myślę, że powinniśmy się trzymać głównego tunelu, by się nie zgubić, - Ferrus dostrzegł nikłą zmianę barwy światła w dalekiej perspektywie. - Chyba widzę już koniec.
    Obaj ruszyli z dużą prędkością, by szybko dotrzeć do wylotu. Trzysta kroków dalej tunel się nagle kończył. Starcy nie mogli dotrzeć aż tak daleko na piechotę. Od wylotu, którym się dostali do tunelu, dzieliło ich około dwudziestu pięciu mil. Ostrożnie wyjrzeli z tunelu. Pod ich stopami rozciągała się przepaść. Od dna dzieliło ich ponad pół mili. Wielka jaskinia miała kształt beczki. Po ścianach pięły się kratownice i różnego rodzaju ażurowe konstrukcje. Dno pokrywały tafle zwierciadeł o dużej powierzchni. Wzrok zwiedzających przykuła ogromna konstrukcja, wznosząca się na samym środku beczki. Była bliźniaczo podobna do Sfery Deflektora Grawitacyjnego, który widzieli w jaskini Ekstrapolatora. Obaj byli nieco zaniepokojeni tym odkryciem. Postanowili się wzajemnie asekurować i w razie najmniejszego niebezpieczeństwa wracać do namiotu tlenowego, na planecie tranzytowej. Tak naprawdę nie wiedzieli, jaką techniką dysponuje Ekstrapolator, więc lepiej być ostrożnym. Blisko jednej ze ścian, znaleźli kratownicę biegnącą aż do samego dna. Powoli, chowając się za nią, opuścili się aż na dno jaskini. Ulf wpadł na genialny pomysł, który umożliwił im nieskrępowane poruszanie się po całym obiekcie. Przesunęli się o nieznaczny kwant czasu do przeszłości, co zapewniło im niewidzialność. Obaj zapomnieli, że mają taką możliwość. Po dnie, pomiędzy wielkimi taflami zwierciadeł, przemykały różne maszyny. Było ich tak wiele, że trudno było przyjrzeć się każdej z nich. Przewoziły różne elementy konstrukcyjne, rury i butle z nieznaną zawartością. Inne roboty dołączały te elementy do już istniejących konstrukcji. Obok jednej z podpór Deflektora Grawitacyjnego, zatrzymał się nieco większy pojazd. Zwrócił uwagę Ferrusa, gdyż był pomarańczowy, w odróżnieniu od pozostałych pojazdów. Z jego wnętrza wyszły dwunożne istoty o wydłużonych czaszkach i długich kończynach. Uważnie przyglądały się wielkiej konstrukcji i wymieniały jakieś uwagi między sobą. Ferrus przybliżył się do tych istot, i wsłuchał się w ich mowę. Bez wątpienia był to staroanielski, ale z dziwnym akcentem. Słowa, mimo iż znane, brzmiały zupełnie inaczej niż Ferrus przywykł. Z rozmów zdołał wyłowić zaledwie kilka pojedynczych słów. Zapamiętał je, ale nie był w stanie zrozumieć reszty kontekstu. To, co dotąd widzieli, dało im już pewien pogląd na sytuację.
    - Zdaje się, że Ekstrapolator nie był z nami całkiem szczery, - zauważył Ulf. - To nie wygląda na kolejną, zupełnie przypadkową zbieżność technologii.
    Rejestrator Ulfa cały czas rejestrował wszystko, co widzieli i słyszeli. Może na Zaxor Hera albo Aurora, będą w stanie zrozumieć więcej z tych rozmów. Wielka Sfera Deflektora zaczęła się powoli unosić do góry. Zatrzymała się dopiero, gdy znalazła się w połowie wysokości jaskini. Obcy wsiedli do swego pojazdu i odjechali tunelem u podstawy beczki. Wszystkie roboty zakończyły swoje prace i usunęły się pod ściany. Ogromne zwierciadła uniosły się w górę i zaczęły się obracać tak, że odbijane przez nie światło skupiało się na samym środku sfery. Nagle sufit rozjarzył się blaskiem tysiąca słońc. Potężny blask został natychmiast skoncentrowany przez zwierciadła i Sfera Deflektora Grawitacyjnego utonęła w oślepiającej poświacie. Przez chwilę nic więcej się nie działo. Sfera wsysała światło do środka, jakby się ładowała energią. Wszystkie światła zgasły i sfera pogrążyła się w ciemności. Po sekundzie Ferrusem i Ulfem wstrząsnęła fala zniekształceń geometrii przestrzeni. Obaj natychmiast zareagowali w ten sam sposób. Błyskawicznie przeskoczyli na planetę tranzytową a stamtąd wprost na Zaxor. Ferrus pospiesznie ostrzegł wszystkich obecnych przy ognisku, o nadchodzącej fali grawitacyjnej. Żarłok stwierdził tylko, że czas się pakować do Gniazda. Mag skoczył do domu Samiry i po chwili wrócił z trzema dziewczynami. Pozostali zebrali się szybko i weszli do gniazda. Gdy wszyscy byli już na pokładzie, Hera zauważyła brak jej małego pupila. Wyskoczyła natychmiast przed Gniazdo i rozejrzała się. Iris spokojnie siedział na pieńku przy ognisku. Hera ledwie zdążyła go wziąć na ręce i wrócić do Gniazda, gdy całą okolicą zatrzęsły potężne fale grawitacyjne. Wszystkie proste linie się pokrzywiły a koła zmieniły w krzywe elipsy. Wstrząs trwał tylko chwilę, ale był wielokrotnie potężniejszy, niż dwa poprzednie. Wszyscy się spodziewali, że świat, który znali, właśnie przestał istnieć, że wszystkie planety, gwiazdy, zwierzęta i kwiaty, właśnie obróciły się w Nicość. Emi cicho zapłakała. Było jej szczerze żal wszystkiego, co właśnie utraciła. Ulf przytulił ją i nawet powiedział coś miłego, choć w pocieszaniu nie był mistrzem. Żarłok z Uzim udali się na pokład gdzie była aparatura pomiarowa. Ekrany świeciły bardzo jasnym światłem, które aż raziło oczy. Żarłok włączył tryb serwisowy i sprawdził parametry przestrzeni wokół Gniazda. Ku jego zdumieniu przyrządy wskazywały wartości, jakie charakteryzowały przestrzeń przed pierwszym wstrząsem. Przesunął poziom odniesienia dla energii zerowej próżni, i ekrany natychmiast wróciły do normalnej jasności.
    - Rozumiesz coś z tego? - Żarłok zwrócił się do Uziego. - Bo ja się pogubiłem.
    - Jakiś proces zmienił fazę próżni doładowując ją energią, - Uzi stwierdził po chwili. - Ma to niewątpliwie związek z falą grawitacyjną, która właśnie nas minęła. Skąd jednak Ferrus i Ulf wiedzieli, że ta fala nadchodzi?
    - Musimy ich o to zapytać, - Żarłokowi od razu poprawił się humor, gdy stwierdził, że świat jednak nie zniknął. - Jeszcze przed chwilą byli na Iris, więc tam fala musiała dotrzeć prędzej niż do nas.
    Żarłok zszedł do Komnaty Rady, gdzie się wszyscy zebrali. Zajął miejsce na poręczy gondoli, by wszyscy go widzieli. Przez chwilę trzymał zebranych w napięciu. Oczekiwali złych wieści i informacji organizujących ich życie w nowej rzeczywistości.
    - Drodzy przyjaciele, - W głowach zebranych zabrzmiał głos Żarłoka. - Spodziewaliśmy się, że ostatnia fala zakończy cykl istnienia świata i będziemy odtąd żyli w sztucznych warunkach.
    Wszyscy smętnie zwiesili głowy, domyślając się dalszego ciągu.
    - Jednak świat na zewnątrz wciąż istnieje, - Żarłok ogłosił radośnie. - Nie wiem jak długo jeszcze to potrwa, ale możemy dokończyć ucztę. Jestem teraz głodny i zjadłbym całego dzika, - Zakończył przemowę i zeskoczył z gondoli.
    Jeszcze przez moment jego słowa kołatały się po wszystkich głowach, lecz nie znajdowały drogi do świadomości. Gdy ją w końcu odnalazły wszyscy jednocześnie rzucili się do wyjścia by sprawdzić ich prawdziwość. Rzeczywiście, świat wokół Gniazda wciąż istniał, jedynie ognisko było zrujnowane a pieńki porozrzucane bezładnie. Radość ogarnęła serca niedoszłych rozbitków. Ktoś znalazł pełną butelkę nalewki od Zielińskiego, Samira wydobyła z plecaka kilka ocalałych butelek swojej nalewki, i butelki powędrowały od ust do ust. Jedynie Uzi i Iris smętnie patrzyli jak inni się raczą trunkiem, który nie był przeznaczony dla nich. Ich smutek nie trwał jednak długo, gdyż i oni zostali obściskani przez wszystkich po kolei. Gdy już wszyscy się uspokoili Żarłok poprosił Ferrusa i Ulfa, by opowiedzieli, skąd wiedzieli o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Obaj na przemian relacjonowali swoją wizytę na Iris. Gdy dotarli do tuneli i jaskini Deflektora Grawitacyjnego zapadła cisza.
    - Coś mi mówiło, że to jeszcze nie koniec naszych problemów, - Khan rzekł ze złością. - Czułem przez skórę, że Ekstrapolator nie mówi nam całej prawdy.
    - Ciekawe tylko ile z tego, co wiemy, jest prawdą? - Wtrącił Mag. - Musimy odsiać ziarno od plew, by samemu nie strzelić sobie w kolano.
    - Od dłuższego czasu zastanawiało mnie, czemu Ekstrapolator przekazał nam całą wiedzę Atlantów, - dodał Żarłok drapiąc się szponami po dziobie. - Musi w tym tkwić jakiś haczyk, tym bardziej, że ich równania zawierają błędy. Uzi wyliczył, że gdyby postępować według oryginalnych równań, Atlantowie nie byliby w stanie przenieść się do Przestrzeni Wirtualnej. Mamy, zatem dwie możliwości. Jedna jest taka, że otrzymaliśmy równania, w których specjalnie umieszczono błędne twierdzenia, byśmy nie mogli trafić tam, gdzie Atlantowie się przenieśli, i mamy jedynie za zadanie odesłać Bieguny do Nicości, jednak ostatnie odkrycia stawiają taką możliwość pod dużym znakiem zapytania. Druga możliwość natomiast, daje nam asumpt do przypuszczenia, że Atlantowie nie potrafili sobie poradzić z błędami w swojej własnej matematyce, co uniemożliwiło im przeniesienie się do Przestrzeni Wirtualnej, w związku z czym, wciąż tkwią gdzieś w kosmosie, czekając aż ktoś za nich odwali całą robotę a oni wtedy się przeniosą wreszcie tam, dokąd zamierzali, i będą niezależni od losów wszechświata. Jako, że rasa Aniołów nie poszła w kierunku nauki, jedyną ich szansą są ludzie. Coś mi się wydaje, że właśnie trafiliśmy zupełnie przypadkiem do ich kryjówki na Iris. By nas zmusić do pośpiechu, generują tam, co jakiś czas impuls grawitacyjny, jednak chyba nas nie doceniają sądząc, że nie powiążemy faktów ze sobą w logiczną całość.
    - Również przychyliłbym się do drugiej wersji, - Khan zabrał głos. - Atlantowie, czy też Atolidzi wciąż czują się bezpieczni, gdyż nie wiedzą, że trafiliśmy na ich ślad. Jest skrajnie nieprawdopodobne, by przypadkowo działający proces Misterium Zjednoczenia, właśnie nas doprowadził do układu Iris. Pozostaje, zatem podstawowe pytanie, co zrobić z Biegunami Energetycznymi.
    - A ja wiem! - Uzi aż podskoczył z uciechy na swoich nóżkach. - Atolidzi przy naszej pomocy chcą się przenieść do Przestrzeni Wirtualnej a zaraz potem odesłać Bieguny do Nicości by tam zrekombinowały. Nawet, jeśli im się to uda, Bieguny nie zrekombinują, gdyż Khan wciąż ma drobny fragment jednego z Biegunów w swoim sygnecie. Tak długo, jak ten fragment nie wróci do układu trzech Biegunów, Nicość będzie „działać” stabilizująco, na wszystkie światy w niej istniejące, gdyż Bieguny nie będą mogły się zrównoważyć całkowicie i pozostaną na zawsze w stanie równowagi dynamicznej.
    - Nie będę Cię pytał, czy jesteś pewien tego, co powiedziałeś, gdyż nie chcę Cię obrazić, - Mag się wtrącił do dyskusji, - ale czy Atolidzi nie będą w stanie z Przestrzeni Wirtualnej zrównoważyć Biegunów?
    - W tym właśnie, nasza głowa, - Żarłok się wtrącił, - by nigdy nie trafili do tej przestrzeni. W moim przekonaniu, koniec świata jeszcze trochę poczeka. Być może wkrótce Ekstrapolator się odezwie i ponagli nas do działania, strasząc nas kolejnym impulsem grawitacyjnym. Dajmy mu trochę czasu. Jedno jest pewne, musimy odesłać Bieguny do Nicości, jednak nie możemy dopuścić by Atolidzi znaleźli się w Przestrzeni Wirtualnej. Sądzę, że Ekstrapolator spyta o nasze zdanie na temat matematyki jego twórców licząc, że odkryjemy i skorygujemy błąd. Powinniśmy naiwnie dostarczyć właściwego rozwiązania, które Ekstrapolator zaimplementuje w swojej procedurze. Postaramy się z Uzim o takie rozwiązanie, które spełni zarówno nasze jak i Ekstrapolatora wymagania. Pytanie tylko czy on nie połapie się w oszustwie. Musimy to dobrze rozegrać.
    - Zobaczymy czy Ekstrapolator zechce przystąpić do realizacji procedury, jeśli nie dostarczymy rozwiązania problemu, - Ferrus zabrał głos. - Jeśli masz rację, to w ostatniej chwili procedura zostanie przerwana pod jakimś błahym pozorem.
    - Jeśli zatem, zostaniemy powiadomieni, że czas na rozpoczęcie procedury, możemy zdradzić Ekstrapolatorowi, że odkryliśmy problem w teorii i właśnie nad nim pracujemy, - Samira zaproponowała. - Zobaczymy, czy da nam więcej czasu na poprawienie teorii, czy nie.
    - Jestem za propozycją Samiry w pierwszym rzędzie, - Szyszkin właśnie się obudził z zamyślenia. - Jeśli ona się nie sprawdzi, to wątpię, by scenariusz Ferrusa zadziałał a wtedy pozostanie nam przyjąć, że pierwsza z możliwości mimo wszystko jest prawdziwa, chyba, że w międzyczasie wyjdą na jaw jeszcze jakieś inne okoliczności. Nie zamierzamy wszak siedzieć z założonymi rekami, i czekać, by zdarzenia nas dogoniły, czyż nie?
    - Chyba masz rację Jose, - Khan się zgodził z Szyszkinem. - Musimy się w międzyczasie dowiedzieć jak najwięcej o tym, co się dzieje na Iris i okolicznych planetach.
    Khan słuchał wywodów swoich kompanów tak pilnie, że nie zauważył, kiedy z obu jego stron przysiadły się dwie piękne dziewczyny. Zauważył je dopiero, gdy obie oparły głowy na jego ramionach. W pierwszej chwili, odruchowo chciał się od nich uwolnić, jednak wzrok Hery stanowczo mówił mu, by zaakceptował swój los jak na mężczyznę przystało. Sytuacja zrobiła się dla ludzi odrobinę niezręczna, lecz Ferrus i Hera nie widzieli w takim układzie nic nadzwyczajnego. Dokładniej rzecz ujmując, Samira i Emi spoglądały na trójkę zakochanych nieco kosym okiem, podczas gdy w oczach panów, dominował wyraz zazdrości, pomieszanej z podziwem. A w rzeczy samej było, na co popatrzeć. Khan zdecydował, że dla odróżnienia bliźniaczek będzie je tytułował tak jak dawniej. Czarnowłosa piękność z lewej strony pozostała Mei a ta z prawej siłą rzeczy została Aurorą. Khan zdawał sobie sprawę, że najtrudniejsze jeszcze wciąż jest przed nim. Nadchodziła noc i wszyscy byli już zmęczeni, więc kwestia, która z bliźniaczek spędzi tę noc z nim wydawała się na czasie. W odróżnieniu od Aniołów, dla których problem wydawał się nie istnieć, ludzie nie przywykli do takiego układu towarzyskiego, i byli ciekawi, jak Khan rozstrzygnie tę kwestię. Ani Mei ani Aurora nie wydawały się ani trochę speszone sytuacją. Obie cicho siedziały przy Khanie z lekko przymkniętymi oczami. Zdawały się nie słuchać w ogóle tego, o czym pozostali rozmawiali, jednak od czasu do czasu rzucały bystre spojrzenia na któregoś z mówców. Wbrew oczekiwaniom, Khan wcale nie zamierzał rozwiązywać problemu natychmiast. Zamiast tego delikatnie wyswobodził się z objęć swoich dwóch wielbicielek i wstał.
    - Kto ma chęć wybrać się na Iris? - Khan spojrzał znacząco na Ferrusa. - Mamy sporo zagadek do wyjaśnienia.
    Mag wstał pierwszy a zaraz po nim Ulf. Ferrus stał cały czas, więc tylko skinął głową. Szyszkin i ojciec Emi byli naukowcami, więc nie za bardzo garnęli się do nowych przygód. Żarłok chętnie przyłączyłby się do wyprawy, jednak tylko on panował nad większością urządzeń w Gnieździe, stąd niechętnie, ale musiał zrezygnować z udziału. Uzi również był potrzebny do opracowania „oszustwa” matematycznego, więc nawet nie próbował się przyłączyć do wypadu na Iris.
    - Dlaczego nie wróciłaś do nas, gdy znalazłaś się na Iris? - Khan pogładził Mei po włosach. - Przecież skok nawet na taką odległość nie przekracza twoich możliwości.
    - Chciałam wrócić, ale teleportacja nie chciała mnie przenieść w żadne miejsce, o którym pomyślałam, - Mei otworzyła szerzej oczy jakby obudziła się z drzemki. - Wydaje mi się, że na Iris jest coś, co blokuje nasze zdolności, choć z drugiej strony, Wy nie mieliście z tym na szczęście kłopotów. Być może w powietrzu jest coś, co wdychane przez dłuższy czas wpływa negatywnie na sprzężenie z matrycami splątań.
    - Brzmi to całkiem prawdopodobnie, - Ferrus się wtrącił. - Przez większość czasu mieliśmy założone maski tlenowe ze względu na wszechobecny odór stęchlizny. Sugeruję byśmy przez cały czas pobytu na Iris mieli założone maski. Powinniśmy się również zaopatrzyć w takie lokalizatory jak Uzi przypiął Mei do kostki. Tylko dzięki temu mogliśmy Cię odnaleźć na tym odludziu. Jesteś winna Uziemu dużego całusa.
    Mei wstała ze swojego pieńka i objęła Uziego tak mocno, że aż spawy jego osłon jęknęły.
    - Jestem Ci nieskończenie wdzięczna, - Mei prawie się rozpłakała, gdy sobie uświadomiła jak niewiele dzieliło ją od śmierci. - Tylko dzięki Tobie jestem tu z Wami. Przez te kilka godzin, gdy byłam sama w tym strasznym tunelu zrozumiałam jak bardzo mi Was brakuje. Oddałabym wtedy wszystko by do Was wrócić. Strasznie się bałam, że już nigdy Was nie zobaczę.
    - Wspaniale, że jesteś znów z nami, - Uzi pogłaskał swoją mechaniczną łapką głowę Mei. - Wszyscy powinniście mieć lokalizatory.
    Mała klapka otworzyła się z boku pancerza Uziego i z wnęki wysunęła się niewielka szufladka. Mei sięgnęła do niej ciekawie. Tuzin wąskich opasek mienił się rożnymi kolorami w jej dłoni.
    - Będę spokojniejszy, gdy je założycie, - Uzi dodał cicho.
    Mei rozdała lokalizatory a jeden z nich przypięła również na kostkę Uziego. Uzi gwizdnął z uznaniem oglądając swoją nową ozdobę.
    - Teraz już nawet sam ze sobą nie będę mógł się bawić w chowanego, - dodał żartobliwie. - Dziękuje Mei. Jesteś jak zwykle bardzo miła. Powiedziałbym więcej gdyby Khan nie słuchał.
    Wszyscy się roześmiali z żartu Uziego. Nawet Aurora się śmiała. Żarłok pilnie obserwował obie bliźniaczki. Ich zachowanie w jego mniemaniu bardziej podważało niż potwierdzało ich jedność duchową. Na razie jednak zachował swoje spostrzeżenie dla siebie.
  • #27
    yego666
    Level 33  
    ============= Odcinek 26 =============

    Gdy śmiech ustał, czterej ochotnicy pozbierali niezbędny ekwipunek oraz broń, i nałożywszy maski tlenowe niemal jednocześnie przenieśli się na planetę tranzytową a z niej udali się na wysoką orbitę planety-gułagu. Uzgodnili, że będą szukać oznak istnienia cywilizacji na powierzchni. Obrazy w głowach dwóch starców sugerowały, że istniały na powierzchni różne obiekty przemysłowe. Trzeba było sprawdzić te informacje, gdyż mogły prowadzić do dalszych odkryć. Zgodnie z sugestią Ferrusa, wszyscy stali się niewidzialni przenosząc się o krotką chwilę w przeszłość. Grupa się szybko rozdzieliła, by nie przyciągać uwagi ewentualnych obserwatorów i każdy pomknął w inną stronę. Byli w stałym kontakcie telepatycznym, co dawało im dodatkowe poczucie bezpieczeństwa w razie, gdyby ktoś, mimo wszystkich środków ostrożności, jednak znalazł się w tarapatach. Ulf szybko się przekonał, że ich kamuflaż działa doskonale. Dostrzegł ażurowy statek powietrzny płynący powoli ponad lasami. Ostrożnie zbliżył się na odległość strzału, ale obsługa zdawała się go nie dostrzegać. Ośmielony wylądował na jednej z kratownic, która z bliska okazała się półprzezroczystą rurą łączącą gondole ze sobą. Pod stopami czuł ciepło emanujące z wnętrza rury. Skierował na rurę skaner i aż podskoczył. Skaner pokazywał temperaturę szesnastu milionów Kelwinów. Nic dziwnego, że czuł ciepło pod stopami. Gdy przyjrzał się rurze dokładniej stwierdził, że jednak nie jest całkiem pusta. Delikatna poświata świadczyła o tym, że w jej wnętrzu płynie zjonizowany gaz. Na podstawie analizy spektralnej, skaner wywnioskował, że wewnątrz znajduje się izotop Helu posiadający dwa protony i jeden neutron w jądrze. W Średniowieczu na Ziemi uzyskiwano z tego izotopu energię jądrowa. Cały Księżyc był pokryty pokładami minerału zwanego Regolitem, z którego uzyskiwano ten cenny izotop do produkcji energii. Od czasu odkrycia energii dostępnej z przemian fazowych próżni, zaprzestano eksploatacji Regolitu, ratując powierzchnię Księżyca przed całkowitą dewastacją. Czemu jednak tak zaawansowana cywilizacja korzystała z tak prymitywnego źródła napędu? Przecież napęd antygrawitacyjny byłby dużo tańszy i technologicznie mniej uciążliwy. Ulf spenetrował od zewnątrz kilka rur i przeszedł na gondolę w poszukiwaniu wejścia. Obszedł ją dookoła, z góry i z dołu, jednak powłoka była wszędzie jednolita. Podobnie było z pozostałymi gondolami. Zniechęcony powrócił na swoją poprzednia pozycję i kontynuował poszukiwania jakichkolwiek obiektów na powierzchni planety. Ferrus miał trochę więcej szczęścia. Po jakimś czasie poinformował pozostałych, że wprawdzie nie odkrył żadnych zabudowań, lecz obserwował jak jeden z ażurowych statków przybył na planetę z orbity.
    - Musi, zatem istnieć komunikacja międzyplanetarna, skoro ich statki podróżują w kosmosie, - Mag zauważył rzeczowo. - Może tutaj jest faktycznie tylko gułag i generator impulsów grawitacyjnych a sama cywilizacja jest na innej planecie.
    - Trudno się nie zgodzić z taką tezą, tym bardziej, że nikt z nas nie dostrzegł dotąd żadnych obiektów naziemnych, - Khan przychylił się do opinii Maga.
    - Widzę niewielką budowlę na powierzchni, - usłyszeli myśli Ulfa. - Jakieś trzydzieści mil na wschód od miejsca, gdzie znaleźliśmy Mei. Budowla stoi na skraju polany, nie, nie polany, to wielki właz do podziemia. Właśnie się otwiera. Jeśli się pospieszycie, zobaczycie, co jest wewnątrz.
    Cała czwórka szybko zgromadziła się wysoko ponad włazem, który był już prawie całkiem otwarty. Z włazu powoli wznosił się ku niebu jeden z ażurowych statków. Gdy znalazł się nad ziemią, właz zaczął się zamykać. W tej samej chwili z lasu strzeliły dwa promienie plazmy trafiając statek w jedną z gondoli. Gondola rozjarzyła się niebieskim światłem a następnie wybuchła. Jej śladem zaczęły wybuchać również pozostałe gondole. Z rozerwanych rur łączących gondole zaczął wyciekać zjonizowany gaz. Powietrze zaczęło falować od plazmowego żaru. Statek stracił stabilność i runął wprost na niedomknięty właz, powodując kolejne wybuchy i huragan ognia wydostający się spod włazu.
    - Jednak starcy nie kłamali, - Ferrus krzyknął podniecony. - Tu działa jakaś Resistance. Może nie kłamali też o Fideliusie. Chciałbym to sprawdzić...
    - Chętnie Ci pomogę, - Mag zaoferował. - Nie co dzień się coś takiego zdarza a może przy okazji się dowiemy czegoś istotnego.
    Cała czwórka ruszyła w kierunku, z którego padła zabójcza salwa. W kilka chwil znaleźli się nad właściwym miejscem. W pierwszej chwili nie dostrzegli nikogo, jednak w chwilę później, sfora dziesięciu Szmordaków pojawiła się w ich polu widzenia. Nad nimi unosił się niewielki pojazd, który wyraźnie kierował ruchem stworzeń. W odległości około pół mili, Ulf dostrzegł grupkę kilku osób ciągnących jakiś pojazd, z czymś w rodzaju miotacza, zamontowanym na platformie. Najwidoczniej pojazd był dość ciężki, gdyż posuwali się bardzo wolno. To w ich kierunku podążała sfora Szmordaków. Odległość między nimi kurczyła się bardzo szybko. Szmordaki wydawały nieprzyjemne dźwięki, przypominające jazgot hien walczących o padlinę. Co jakiś czas, ktoś z grupy się zatrzymywał, i oddawał kilka strzałów z ręcznego miotacza laserowego, w kierunku statku sterującego Szmordakami. Promienie odbijały się jednak od poszycia statku, nie robiąc mu żadnej krzywdy.
    - Za dwie minuty Szmordaki ich dopadną i rozszarpią, - Mag szybko oszacował tempo, w jakim grupy się poruszały. - Może im trochę pomożemy? - Zaproponował nieśmiało.
    - Wydaje się dość jasne, po czyjej stronie powinniśmy stanąć, choć w zasadzie nie mamy pewności, kto tutaj walczy o słuszną sprawę, - Khan celnie zauważył. - Polegamy tylko na pozorach, które są często mylące.
    - Nie bardzo mamy czas na rozstrzyganie tych kwestii w tej chwili, - Ferrus się odezwał ponownie. - Po wszystkim może się okazać, że straciliśmy jedyną okazję, by się czegoś dowiedzieć.
    - To chyba rozstrzyga kwestię pomocy, - Khan zgodził się z Ferrusem, co oznaczało, że szanse uciekinierów na przeżycie nagle niepomiernie wzrosły.
    - Jeśli zaczekacie chwilę, to zaraz będę z posiłkami, - Ulf już poczuł krew. - Właśnie sobie przypomniałem, że miałem nakarmić moje pieski.
    Mag uśmiechnął się ze zrozumieniem.
    - Tylko nie wiem, czy po Szmordakach, Twoje pieski nie dostaną niestrawności, - Khan machnął ręką z rezygnacją. - Ale pospiesz się, bo obiad nie będzie czekał.
    Ulf nie czekał już na dalsze przestrogi, tylko zniknął. Ferrus zauważył, że za sforą Szmordaków podąża spora grupa istot, które widzieli w nowoczesnych tunelach. Każda z istot trzymała jakiś podłużny przedmiot. Wszyscy byli tak samo ubrani, co sugerowało, że jest to oddział wojska lub policji. Szmordakom pozostało niewiele ponad dwieście kroków do uciekinierów, którzy przestali ciągnąć ciężki wóz i zaczęli strzelać do nadbiegającej sfory. Celność ich ognia pozostawiała sporo do życzenia, stąd tylko jeden z pędzących na czterech łapach Szmordaków został trafiony w bok i zaległ na ziemi za resztą towarzyszy. Khan polecił, by Mag i Ferrus przygotowali broń. Następnie wszyscy trzej pojawili się za grupą ściganych kryjących się za wozem. Szmordaki były już w odległości stu kroków i bardzo szybko się zbliżały. Nagle pomiędzy wozem a nadbiegającymi Szmordakami pojawiły się trzy ogromne bestie a wśród nich Ulf. Podparł się w boki i gdy tylko pieski otrząsnęły się z szoku wywołanego skokiem, wskazał przed siebie i krzyknął „obiad”. Psom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Rzuciły się z obnażonymi kłami na Szmordaki, które znalazły się w ich zasięgu. Pierwszy stwór, który dostał się w szczęki groźnego Wostoka zapłacił za to rozprutym brzuchem, z którego natychmiast wypadły wszystkie wnętrzności. Powietrze rozdarł przeraźliwy jazgot konającego napastnika. Drugi Szmordak wyskoczył w górę, by przeskoczyć stojącego mu na drodze psa, jednak nie docenił jego skoczności. Pies z łatwością dosięgnął gardła stwora i zacisnął na nim szczeki. Ulf wyraźnie usłyszał chrzęst miażdżonego karku. Zanim martwe zwierzę dotknęło ziemi, pies zdążył odgryźć nogę innemu Szmordakowi. Jego dzieła dopełnił drugi Wostok, miażdżąc kłami czaszkę kulawego zwierza. Ulf również nie próżnował. Dwóm Szmordakom rozpłatał czaszki swoją plazmową maczetą. Trzeci właśnie szykował się, by zaatakować kark Ulfa z tyłu, jednak pies był szybszy i zatopił kły w boku napastnika miażdżąc wszystkie kości i narządy, jakie mu się dostały do pyska. Krew trysnęła z rozszarpanych tętnic, obryzgując inne Szmordaki. Ten zapach jeszcze bardziej rozjuszył psy, które we dwójkę dopadły cofającego się napastnika i rozerwały go na dwie części. Dwa ocalałe stwory zostały otoczone przez psy i Ulfa. Czuły, że nie mają żadnych szans, więc zaczęły szukać drogi ucieczki. Ulf postąpił krok w ich kierunku a Szmordaki cofnęły się o dwa wprost w paszcze czekających na nie Wostoków. Kark pierwszego stwora pękł jak zapałka, unieruchamiając napastnika na zawsze, drugi zaś miał mniej szczęścia gdyż dopadły go dwa potężne pyski wyposażone w kły o ponadcalowej długości. Klatka piersiowa nieszczęśnika została zmiażdżona z jednej strony a z drugiej rozszarpana. Konający stwór wypluł strugę krwi na ziemię i nie mogąc złapać oddechu skonał w konwulsjach. Tubylcy kryjący się za wozem obserwowali całe zajście z niedowierzaniem w oczach. Nigdy jeszcze nie widzieli takiego połączenia furii i siły. Zdążyli się już pożegnać z życiem, gdy te wspaniałe zwierzęta stanęły w ich obronie. W czasie, gdy Ulf ze swoimi milusińskimi zażywał nieco ruchu Ferrus z Khanem umieścili dwa czepiaki z ładunkami antymaterii na spodzie pojazdu nadzorującego Szmordaki z powietrza. Pojazd dostrzegłszy klęskę swoich podopiecznych, skierował się wprost nad pole bitwy, jednak zanim tam dotarł, czepiaki uwolniły antymaterię, która spowodowała anihilację kokpitu i rozerwanie reszty statku na drobne kawałki, które spadły na ziemię w promieniu wielu metrów. Mag rozlokował się wysoko nad polem walki, by meldować o sytuacji. Właśnie dostrzegł, że umundurowany oddział, podążający śladem Szmordaków, rozdzielił się na dwie kolumny okrążające pole bitwy z dwóch stron. Biegnący żołnierze kryli się za drzewami ostrzeliwując z promienników obrońców platformy. Psy Ulfa miały na sobie skafandry, od Żarłoka, więc nie szkodziło im nawet bezpośrednie trafienie z promiennika. Mimo to Ulf przeniósł je na tyły wroga i nakazał ciche podejście. Każda z kolumn liczyła po dziewięciu żołnierzy. Khan poprosił Ulfa by wycofał pieski. Nie chciał marnować czasu na bezsensowne potyczki, więc gdy tylko psy znalazły się poza polem rażenia Ferrus wyrwał siłą woli spore drzewo wraz z korzeniami, którymi niezwłocznie przeorał obie kolumny wroga. Na skutek jego szarży ocalało jedynie dwóch, którzy rzucili się do ucieczki. Ulf spuścił swoje psy, które rozszarpały ich w mgnieniu oka na krwawe strzępy. Pole walki usiane było trupami i cuchnęło krwią. Czas było zawrzeć przyjaźń z ocalałymi bojownikami ruchu oporu, którzy nie bardzo się orientowali w sytuacji. Bezradnie rozglądali się po pobojowisku jakby nie rozumiejąc, że bitwa się zakończyła zwycięstwem. Ulf przywołał pieski do nogi i zbliżył się do partyzantów. W chwilę później pozostali dołączyli do niego.
    - Pozdrawiam Was czcigodni wojownicy, - Ferrus odezwał się nienaganną staroanielszczyzną. - Pragnę, by Wasza mądrość oświetliła mą drogę, - dodał po chwili.
    Obrońcy platformy, najwyraźniej jeszcze się nie pozbierali po bitwie, gdyż na ich odpowiedź Ferrus musiał czekać prawie pół minuty.
    - Niech Twe stopy będą zawsze suche, Panie, - najroślejszy z nich zdobył się na odwagę, by odpowiedzieć na powitanie.
    Khan sądził, że najpierw trzeba zabezpieczyć wóz z działem a dopiero potem próbować się porozumieć z tubylcami.
    - Dokąd zmierzacie ze swoją bronią? - Ferrus wskazał na wóz. - Pomożemy Wam ją ukryć.
    Przywódca wskazał ścieżkę wiodącą między drzewa. Pozostali odwrócili się i zabrali za pchanie wozu. Mag nieznacznie im pomógł siłą woli, bo sami męczyliby się ze swoim ładunkiem jeszcze z godzinę. Szybko dotarli w ten sposób do lasu. Kilka kroków od ścieżki tubylcy odsunęli gałęzie zasłaniające wielką drewnianą klapę. Otworzyli ją, by po mocno nachylonej w dół rampie wtoczyć wóz pod ziemię. Ruchem ręki zaprosili przybyszów, by również weszli do tunelu. Gdy zamykający kolumnę Ulf z psami, znalazł się pod ziemią, tubylcy zamknęli klapę. Poprzez wąski otwór, dwóch z nich wypełzło na powierzchnię, by zamaskować wejście. W minutę później, mrok panujący pod ziemią, rozjaśnił blask pochodni zapalonej przez jednego z tubylców. Niosący pochodnię ruszył przodem a za nim poszli pozostali. Początkowo szeroki i wysoki tunel, schodząc coraz głębiej pod ziemię, obniżył się na tyle, że Ulf musiał się znów schylać, co mu się wcale nie podobało. Położył się, więc płasko i uniósł na wysokość trzech stop a pieski, które trzymał na smyczy, ochoczo go ciągnęły. Dobrnęli w ten sposób do dużej jaskini krasowej. Na ścianach wisiały lampy elektryczne, więc wnętrze było dość jasno oświetlone. Nawet ogromne stalaktyty i stalagmity miały odpowiednie podświetlenie. Jaskinia mieniła się przeróżnymi kolorami naciekłych na kalcyt minerałów powierzchniowych, od głębokich zieleni po delikatne odcienie różu. Niewielkie jeziorko krystalicznie czystej wody skrzyło się delikatnie pośrodku jaskini. Tubylcy złożyli swój rynsztunek na skalnej półce i stanęli w szeregu przed gośćmi. Wszyscy jednocześnie ściągnęli kaptury, którymi mieli cały czas przykryte głowy i przyklęknęli na kolano. Ferrus był dobrze wychowany, stąd etykietę znał doskonale.
    - Składają nam hołd i podziękowanie, za uratowanie im życia, - Ferrus wyjaśnił znaczenie zachowania gospodarzy. - Teraz my się ukłonimy a potem najważniejszy z nich przedstawi siebie i swoich towarzyszy.
    I tak też się stało. Najważniejszy z nich, zwał się Gulidon, i tytułował się Zastępcą. Gospodarz poprosił następnie gości, by odłożyli swój rynsztunek, i zechcieli usiąść, przy skalnym stole. Gdy już zasiedli na wskazanych miejscach, Gulidon stwierdził, że będzie zaszczycony, jeśli goście zechcą spożyć posiłek w towarzystwie Naczelnika i jego Zastępcy. Ferrus wyraził zwyczajową wdzięczność za zaproszenie, jednak serce mu żywiej zabiło na myśl, że Naczelnik ma na imię Fidelius, zgodnie z tym, co usłyszał od dwóch starców. Być może to tylko przypadkowa zbieżność imion, niemniej nadzieja zdążyła już zakiełkować w jego umyśle. Stosunkowo młody tubylec przyniósł trzy błyszczące miski i postawił przed podopiecznymi Ulfa a następnie napełnił je krystaliczną wodą z jeziorka. Psy przyjęły ten dowód uznania z wdzięcznością i zanurzyły pyski w wodzie. Piły tak długo aż miski zostały osuszone. Ten sam tubylec zabrał miski a na ich miejsce postawił czyste. Po chwili przyniósł trzy spore kawały mięsiwa, i z niemal nabożna czcią położył w misach. I tym razem psy nie pogardziły poczęstunkiem. Ulf był mile zaskoczony atencją, jaką otoczono jego podopiecznych. Wkrótce ten sam osobnik przyniósł kryształowe puchary na napoje, oraz misy pełne jedzenia i postawił je przed gośćmi na stole. Ferrus poprosił, by jeszcze nie zaczynali jeść, gdyż czekali na Naczelnika, który zwyczajowo daje znak do rozpoczęcia biesiady. Minęło kilka długich minut, podczas których Zastępca Gulidon milczał jak zaklęty. Taki był zwyczaj, że przed rozpoczęciem biesiady się nie rozmawia a jedynie wymienia uprzejmości dopuszczone etykietą. Przez niewysoki portal w ścianie jaskini wszedł zgarbiony osobnik, podpierający się grubym kosturem. Podszedł do stołu od strony psów. Wyciągnął dłoń z obszernego rękawa peleryny i pogłaskał wszystkie psy po kolei. Ulf się w pierwszym momencie wystraszył, że starzec straci rękę, ale Wostoki chętnie łasiły się do jego ręki. Było to o tyle dziwne, że one nie tolerowały nikogo, kogo nie znały. Następnie osobnik stanął koło Gulidona i zdjął kaptur z głowy. Miał siwą brodę i siwe włosy, starannie upięte w gruba kitę. Jego oczy jednak nie wskazywały na sędziwy wiek. Były bystre i spoglądały głęboko. Ferrus odruchowo wstał a za nim pozostali goście.
    - Jestem Fidelius, Naczelnik tej kohorty, - starzec się przedstawił. - Witam Was szanowni wojownicy.
    Ferrus miał przeświadczenie, że znał tego starca od zawsze, ale nie wyczuwał jego Sygnatury. Zgodnie z obyczajem przedstawił najpierw swoich kompanów a na końcu siebie.
    - Lucius Ferrus, syn Satanusa, - Ferrus spojrzał w oczy starca, ale nie wyczytał w nich nic.
    Starzec nawet nie zmarszczył powieki. Usiadł ciężko obok Zastępcy i nałożył sobie niewielki kawałek mięsa. Goście usiedli i poszli w jego ślady.
    Jedzenie było nieco twarde i suche, jednak nie wypadało wybrzydzać. Gospodarze jedli bardziej z obowiązku niż z głodu, zupełnie jak goście.
    - Jesteśmy Wam niezmiernie wdzięczni, za pomoc przy akcji dywersyjnej, - Fidelius, pierwszy przerwał milczenie. - Atolidzi wzmogli ostatnio swoją aktywność przy instalacjach podziemnych. Coraz więcej transportów przybywa do bazy przesiedleńczej, przywożąc zapasy i Obywateli. Zapewne weszli w decydującą fazę operacji. Od wielu cykli usiłujemy sabotować ich poczynania, ale środki mamy skromne. Sami widzieliście, jakim sprzętem dysponujemy. Wszystko, co mamy, pochodzi z magazynów Atolidów. Grupy naszych skautów włamują się do nich, i kradną sprzęt oraz żywność. Niestety w strefach słabiej chronionych nie znajdują nic, co miałoby wartość bojową.
    - Co grupa bojowników pod dowództwem Zastępcy, chciała osiągnąć, atakując statek Atolidów? - Ferrus zapytał w imieniu Khana. - Zdołali jedynie na jakiś czas zablokować dostęp do jakiegoś terminalu przeładunkowego. O mało przy tym nie zginęli.
    - To była misja samobójcza, - odparł Zastępca. - Zgłosiliśmy się na ochotnika, by ją przeprowadzić. Pożegnaliśmy się ze wszystkimi braćmi. Tylko dzięki Wam, i waszym wspaniałym zwierzętom zdołaliśmy ujść z życiem. Jesteśmy Wam za to niezmiernie wdzięczni. Nasza akcja, służyła tylko odwróceniu uwagi, od innej akcji, która niestety się nie powiodła.
    - Opowiedzcie, kim jesteście i co Was sprowadza w te strony, - Fidelius ponownie przemówił swoim niskim, dostojnym głosem. - Jesteście odmienni od Atolidów i władacie naszym językiem. Jesteście także biegli w etykiecie, co nawet u nas jest już rzadkością.
    - Przybyliśmy na Waszą planetę, z odległych rejonów kosmosu, - odparł Ferrus. - Poszukujemy odpowiedzi, na nurtujące nas pytania. Obecni tutaj towarzysze są ludźmi i pochodzą z planety zwanej Ziemia. Ja jestem potomkiem dumnej rasy Aniołów i pochodzę z Mictlan.
    Fidelius podniósł głowę znad talerza, usłyszawszy słowa Ferrusa. Gulidon, także przestał jeść, i wlepił oczy w Ferrusa.
    - Naprawdę pochodzisz z Mictlan, planety matki? - Fidelius zamrugał nerwowo. - W mojej pamięci pozostały jedynie strzępy wspomnień z tamtego miejsca, odległego w przestrzeni i czasie. Teraz nawet nie wiemy jak daleko od Mictlan jesteśmy. Co jakiś czas, przybywa do nas ktoś stamtąd, ale zawsze są to młodzi, którzy nic nie wiedzą, i zwykle również mają problemy z pamięcią.
    - Czy pamiętasz Fideliusie cokolwiek z czasów, gdy mieszkałeś na Mictlan? - Ciekawość Ferrusa rosła z każdą chwilą. - Dlaczego opuściłeś dom?
    - Niewiele zaiste. Pojedyncze obrazy, które mogą być wytworami mojej imaginacji. Jedno wspomnienie utkwiło mi w pamięci bardzo głęboko. Pewnego dnia poszedłem z ojcem do Pałacu Wiedzy. Podziwiałem tysiące woluminów, które piętrzyły się wysoko, ponad moją głową. Jasne światło złociło grzbiety woluminów z napisami tłoczonymi złotem. Jeden z nich, przykuł szczególnie moja uwagę. Była to Księga...
    - Nie mów proszę, - Ferrus wtrącił się pospiesznie. - Była to Księga „Prawo a Sprawiedliwość”. Otrzymałeś ją później od ojca, na swoje czwarte urodziny.
    - Skąd to wiesz? - Fidelius zerwał się z miejsca. - Czytasz mi w myślach? Nikomu o tym nigdy nie mówiłem.
    Ferrus również wstał i stanął obok stołu. Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć, jednak zdołał opanować emocje.
    - Dzień później spaliłeś tę księgę na tyłach domu, i przez dwa dni ojciec Cię szukał. Znalazł Cię w lochu pod domem, pod starymi szmatami. Nie chciałeś żyć na świecie rządzonym w sposób, jaki był opisany w tej księdze, - Ferrus spojrzał na starca. - Czy tak to pamiętasz?
    Naczelnik patrzył pustym wzrokiem, jakby się zatopił we wspomnieniach.
    - Ojciec Satanus, matka Trachidea, - Fidelius rzekł cicho, jakby się bał spłoszyć wspomnienie. - Mój brat, był ode mnie młodszy tylko o kilka chwil. Miał na imię... Lucius. W nasze piąte urodziny, mieliśmy pójść po raz pierwszy do teatru, jednak nastąpiło coś strasznego, i los nas rozłączył. Już nigdy go nie widziałem. Ocknąłem się na tej ziemi bez wspomnień i tożsamości. Z biegiem lat przypomniałem sobie swoje imię, jednak wspomnienia nie wróciły... Aż do teraz.
    Z oczu starca płynęły łzy. Ferrus nie mógł się również powstrzymać. Padli sobie w ramiona i długo nie mogli się rozdzielić. Nikt nie śmiał przerwać milczenia, które zapadło w jaskini. Gulidon wstał ze swojego miejsca i się oddalił. Po jakimś czasie wrócił w towarzystwie nieco młodszego kompana, który niósł tacę z pucharami i amforą inkrustowaną opalizującymi wzorami, i obficie wysadzaną szlachetnymi kamieniami. Postawił puchary na stole i napełnił je trunkiem z amfory. Do jaskini weszły także trzy postaci i zaintonowały pieśń. Zrazu ledwie słyszalna nabierała powoli mocy. Niskie tony wibrowały między skałami a wysokie wędrowały pod samo sklepienie, i wracały stokrotnie wzmocnione. Najlepsza katedra nie mogłaby się równać, z akustyką tej jaskini. Gościom aż włosy się zjeżyły na głowach od bogactwa i intensywności doznań artystycznych. Po kilku minutach, gdy Ferrus i Fidelius usiedli obok siebie głosy zaczęły cichnąć i przeszły w ledwie słyszalny szept, doskonale dopasowany do nastroju chwili.
    - Za domknięcie Kręgu Przeznaczenia, - Gulidon wzniósł swój puchar i wygłosił toast.
    Goście wstali nie wiedząc, co ich gospodarz powiedział, gdyż tłumacz chwilowo zamilkł. Również wznieśli swoje puchary w górę i czekali na dalszy ciąg. Fidelius wstał, i chwyciwszy puchar, opróżnił go do dna, patrząc na Ferrusa, który również opróżnił swój puchar. Pozostali wypili swoje trunki, jednak nadal nie znali treści toastu. Nie przeszkodziło im to jednak, w delektowaniu się niespotykanym smakiem tego napoju.
    - Wypiliśmy za domkniecie Kręgu Przeznaczenia, - Ferrus przetłumaczył toast Gulidona. - Fidelius jest moim zaginionym bratem. Jestem niezmiernie szczęśliwy, że się spotkaliśmy. Jakże nieprawdopodobne przypadki decydują o naszym losie. Gdybym Was nie spotkał i gdyby tysiące innych rzeczy się nie wydarzyło nigdy nie doszłoby do tego wydarzenia. Nawet nie wiecie ile Wam zawdzięczam.
    - Jesteśmy bardzo radzi, że Twój brat żyje, - Khan odparł Ferrusowi. - Jesteśmy Tobie winni dokładnie tyle, co Ty nam, zatem, nie ma o czym mówić. Podzielamy Waszą radość, jednak długo się nią nie nacieszycie, jeśli się nie dowiemy, co się tu dzieje. Jest to teraz najważniejsze zarówno dla nas jak i dla ludu Twojego brata.
    - Masz niestety rację, - Ferrus zwrócił się do brata i mu przetłumaczył słowa Khana.
    - Możesz liczyć na naszą wdzięczność i pomoc, w każdej sytuacji, - Fidelius schylił głowę, w geście szacunku.
    By rozmowa miała wspólny punkt wyjściowy, Ferrus opowiedział pokrótce swoje losy, i ostatnie wydarzenia. Oświecił brata, również w kwestii Misterium, które było przyczyną ich rozłąki. Fidelius nie miał praktycznie żadnych informacji, wykraczających poza orbitę Iris, więc słuchał z wielkim zainteresowaniem. Ponad godzinę zajęło im wyjaśnianie wszystkich zawiłości losu, które ich przywiodły właśnie tu. Od czasu do czasu, Gulidon napełniał puchary, by im w gardłach nie zaschło.
    - Ethanolu, - zwrócił się do młodszego towarzysza, - bądź łaskaw, i przynieś jeszcze jedną amforę Twojego specjału.
    - Brat Ethanol jest jedynym, który posiadł umiejętność destylowania, tak doskonałych trunków. Pijemy je tylko przy bardzo specjalnych okazjach jak ta, - Gulidon wyjaśnił gościom. - Pilnujemy go jak oka w głowie.
    - Nic w tym dziwnego, - Ulf przytaknął ze zrozumieniem, - my również chronimy naszych artystów.
    Fidelius bogatszy o wiedzę Ferrusa, mógł sobie już wyrobić obraz tego, co naprawdę się działo na Iris. Okazało się, że działania Atolidów nasiliły się od około trzech dni. Zbiegało się to w czasie z wizytą u Ekstrapolatora. Do tego czasu życie toczyło się dość jednostajnie i tylko czasami przybywał jakiś statek z sąsiedniej planety. Teraz jednak były ich dziesiątki każdego dnia. Fidelius obserwował jedynie niewielki wycinek planety, więc nie wiedział czy w innych miejscach rzecz się ma podobnie, ale jeśli takie miejsca istniały to zapewne tak. Cały kompleks podziemnych instalacji i portów międzyplanetarnych powstał na Iris dopiero przed około trzydziestoma tysiącami lat. Wcześniej planeta była praktycznie pusta. Wałęsały się po niej Szmordaki zbiegłe z hodowli oraz czasami żołnierze pilnujący więzień, które istniały na Iris. Wtedy Porzuconymi się nikt nie interesował. Jedynie Szmordaki czasem kogoś upolowały lub ktoś je upolował. Od czasu powstania kompleksów wszystko się zmieniło. Policja Atolidów zaczęła nas ścigać i eliminować. Nigdy się nie dowiedzieliśmy, co spowodowało tę zmianę, lecz pewna obserwacja nasunęła nam przypuszczenia. Zanim powstały kompleksy, niektórzy z nas byli w stanie posługiwać się telepatią a nawet teleportacją na niewielkich dystansach. Później Atolidzi zaczęli dodawać do powietrza coś, co spowodowało, że już nie jesteśmy w stanie korzystać z tych zdolności.
    Goście niemal machinalnie nasunęli maski tlenowe na twarze.
    - Zastanawialiśmy się nad powodem takiego obrotu spraw, - Fidelius kontynuował, - i jedyne wyjaśnienie, jakie przyszło nam na myśl mówi, że Atolidzi obawiają się, iż jest lub znajdzie się wśród nas ktoś, kto będzie w stanie pokrzyżować ich plany.
    - To by oznaczało, że Atolidzi nie kontrolują mechanizmu rządzącego Misterium Zjednoczenia, ergo mogą również padać jego ofiarą, - zauważył Mag. - Czy kiedykolwiek pojawił się wśród Was jakiś Porzucony, który był Atolidą?
    - Za mojej pamięci były dwa takie przypadki, - Fidelius odpowiedział, - lecz krótko po tym, gdy się dzieci pojawiły zostały namierzone przez policję i zabrane zanim zdążyliśmy je ukryć.
    - To by znaczyło, że Atolidzi nie dysponują technologią ani wiedzą pozwalającą im manipulować matrycami splątań, - Ulf aż się ucieszył z takiego wniosku. - Skąd, zatem możemy mieć pewność, że ich Machina Kosmologiczna zadziała? Może mają równania, ale nie mają technologii a i równania w dodatku także nie są całkowicie poprawne.
    - Jest też inna możliwość, - Ferrus się wtrącił. - Atolidzi bywają przypadkowymi ofiarami mechanizmu, który odziedziczyli po przodkach Aniołów. Ich technologia może w takim przypadku wciąż działać dla Biegunów. Jakoś musimy rozstrzygnąć tę wątpliwość chyba, że cały ten koniec świata to tylko pretekst, by nas zmusić do skorygowania matematyki Atlantów, by mogli ostatecznie trafić do Przestrzeni Wirtualnej i nic ponad to.
    - Mówicie o matematyce Atolidow? - Fidelius się zamyślił. - Był z nami dawno temu brat... Wołaliśmy na niego Liczydło, bo potrafił rachować jak żaden z nas. Pamiętasz może Gulidonie gdzie się podziały jego księgi?
    - Brat Liczydło był ciągle pochłonięty zapisywaniem jakichś niezrozumiałych symboli w swojej księdze, - Gulidon kontynuował myśl Fideliusa. - Zanim zginął stworzył siedem ksiąg i zawsze mówił żeby ich nie niszczyć, bo to są święte księgi. Śmialiśmy się z niego, bo co świętego mogło być w takich bazgrołach.
    - A gdzie się podział ten brat Liczydło? - Khan spytał za pośrednictwem Ferrusa. - Co się z nim stało?
    - Pojawił się u nas niespodziewanie, - powiedział Fidelius. - Tak jak wszyscy miał około pięciu lat, ale gdy tylko dostał do rąk kredkę i papier natychmiast malował te swoje wzory. Mawiał, że matematyka jest tak potężna, iż może nas wyzwolić i zniszczyć naszych wrogów, ale nikt mu nie wierzył, bo niby jak walczyć jakimiś zawijasami czy księgami zapisanymi od początku do końca tymi dziwnymi symbolami. Rok później, gdy byliśmy na polowaniu dopadł go patrol policji. Nie zabili go jednak i nawet go nie bili tylko związali. Potem zabili jego towarzysza a brata Liczydło zabrali. Parę lat po tym zdarzeniu patrolowałem okolicę i niespodziewanie się natknąłem na prawie nieżywe dziecko. Przyniosłem je do obozu by wydobrzało. Był to chłopiec. Gdy tylko doszedł do siebie zaczął gadać, że Atolidzi go uczyli swoich sztuk, ale przy pierwszej okazji udało mu się uciec od nich. Zmienił się, ale mimo to rozpoznałem go po tak długim czasie. To był ten sam dzieciak, którego Atolidzi pojmali kilka lat wcześniej. Poprosił o swoje księgi, w których zapisywał matematykę. Od tego czasu zapisał jeszcze cztery księgi. Zawsze powtarzał, byśmy chronili te księgi, by nie wpadły w ręce Atolidów, bo z ich pomocą zniszczą świat i wszystko, co w nim żyje. Potrafił też robić różne sztuczki. Kiedyś mi pokazał jak sporządzać mieszankę wybuchową z drewna i kilku innych składników. Do teraz używamy jej do robienia dywersji.
    - Czy mógłbyś odszukać te księgi? - Fidelius zwrócił się do Gulidora. - Przechowujemy je, bo dzięki nim go pamiętamy. Opuścił nas nagle. Obserwował niebo nocą, gdy nagle dopadły go Szmordaki. Rozszarpały go na strzępy tak, że nawet nie było co chować.
    Gulidon opuścił towarzystwo, by odszukać księgi Brata Liczydło. Nie było go ponad kwadrans jednak wrócił z uśmiechem tryumfu na twarzy. Położył na stole spory plik dość grubych zeszytów oprawnych w płótno. Khan sięgnął po pierwszy zeszyt i go otworzył. Każda strona była wypełniona symbolami i wzorami matematycznymi. Równe, drobne pismo zapełniało wszystkie zeszyty. Khan poprosił Ulfa, by swoim rejestratorem zeskanował wszystkie zeszyty, aby Uzi mógł się temu przyjrzeć. Podczas gdy inni zajęli się rozmową Ulf pracowicie przewracał kartki wszystkich zeszytów po kolei. Po godzinie pracy odłożył ostatni zeszyt i napił się wody.
    - Zobaczymy, co Uzi na to powie…, - Mag się zastanawiał. - Co takiego może być w tych zapiskach, że nie mogły wpaść w ręce Atolidow?
    - Może rozwiązanie kwestii przejścia do Przestrzeni Wirtualnej albo coś jeszcze ważniejszego? - Przekonamy się w Gnieździe.
    - Czy jesteście tutaj bezpieczni? - Ferrus wyraził swoją obawę. - Wejście do Waszej kryjówki nie wygląda na zbyt dobrze zabezpieczone.
    - Jak dotąd nikt nas nie niepokoił tutaj, - Gulidon odparł. - Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, ale jesteśmy na nie przygotowani.
    - Chcielibyśmy rzucić okiem na obozy gdzie są sprowadzani Atolidzi z innych planet, - Khan zwrócił się do Fideliusa. - Czy możesz nam wskazać drogę?
    - To może się okazać bardzo niebezpieczne, - Fidelius odparł. - Te miejsca są doskonale strzeżone przez wojsko i Szmordaki. Są ich tam setki, więc bitwa z nimi nie wyszłaby nikomu na dobre. Znamy lokalizacje dwóch takich obozów. Są dobrze ukryte wśród lasów i trudno je dostrzec z orbity. Gulidon wskaże Wam na mapie dokąd powinniście się udać.
    - Czy potrafisz powiedzieć o tych miejscach cokolwiek więcej? - Khan nalegał. - Byłoby nam łatwiej dysponując jakąkolwiek wiedzą.
    - Niestety, nie mieliśmy nigdy możliwości zbadania żadnego z tych miejsc, - Fidelius stwierdził z żalem. - Znamy jedynie sposób jak obłaskawić Szmordaki nie czyniąc hałasu.
    - Czemu go nie użyliście po ataku? - Ulf się zdziwił. - Uniknęlibyśmy walki... Choć przyznam, że nie byłbym z tego zadowolony i moje psy również. Od czasu do czasu należy się im jakaś rozrywka.
    - Ten sposób działa tylko, gdy są spokojne i chcesz przejść obok nich nie wzbudzając ich zainteresowania, - Gulidon wyciągnął z kieszeni podłużny przedmiot i podał go Ulfowi. - Wystarczy dmuchnąć kilka razy w ten gwizdek a Szmordaki zaraz zasypiają.
    - Fideliusie, będziemy musieli Was opuścić, ale obiecuje, że gdy tylko uporamy się z Atolidami wrócimy do Was, - Ferrus uściskał brata serdecznie. - Mamy sobie tyle do opowiedzenia, że do końca świata będziemy zajęci.
    - Jestem Wam wdzięczny za Wasza pomoc a tobie Ferrusie za to, że mnie odnalazłeś i dałeś nadzieję na zwycięstwo.
    - Nie narażajcie się bez potrzeby, - Khan powiedział wstając. - Choć jesteście odważni nic nie zdziałacie przeciw technice. Dziękuję za Wasza gościnę i podtrzymuje obietnice Ferrusa. Wrócimy.
  • #28
    yego666
    Level 33  
    =========== Odcinek 27 ============

    Zaopatrzeni w wiedzę o lokalizacji obozów goście szybko wydostali się na zewnątrz. Weszli od razu na wysoką orbitę, by przyjrzeć się jak przebiega transport międzyplanetarny. Dość szybko Mag zlokalizował sporą konstrukcję przypominającą stację kosmiczną. Zbliżyli się do niej na odległość kilku mil. Choć stanowili niemal niezauważalny cel działa stacji wykryły ich i skierowały ku nim swe lufy. W chwilę później z kilku luf jednocześnie wystrzeliły promienie laserowe. Chybiły celu zaledwie o kilka metrów.
    - Cofnijmy się odrobinę w przeszłość, - Ferrus zaproponował. - Unikniemy przykrych niespodzianek.
    Wszyscy uznali to za dobry pomysł i natychmiast stali się niewidzialni dla systemów obronnych wroga. Żadna więcej salwa już ich nie niepokoiła. Najwidoczniej wróg uznał, że zagrożenie zostało zlikwidowane. Do stacji właśnie przycumował ażurowy statek z gondolami przybyły z powierzchni Iris. Szpiedzy zbliżyli się na tyle, że mogli obserwować wnętrze rękawa cumowniczego. Przechodziła nim właśnie grupa Atolidów. Zmierzali w kierunku statku. Przez kilka minut na statek weszło jeszcze osiem takich grup. W sumie około siedmiuset osobników. Po kwadransie statek odcumował i skierował się w dół ku planecie. Następny statek przycumował do stacji w niecałą minutę później. Kolejna grupa Atolidów zajęła w nim miejsca i statek również skierował się ku powierzchni planety. Nie było widać żadnych statków, które przybywałyby do stacji z innej strony.
    - Najprawdopodobniej teleportują się pomiędzy stacjami orbitalnymi a w dół są zwożeni statkami, - Mag zgadywał. - Czemu jednak nie teleportują się wprost na powierzchnię?
    - Jest jeszcze jeno pytanie, które razem z tym nasuwa odpowiedź, - Ferrus dodał. - Na powierzchni nie używają napędu grawitacyjnego w swoich statkach. Te dwa fakty nasuwają myśl, że na planecie znajdują się urządzenia wrażliwe na oddziaływania grawitacyjne stąd statki posługują się napędem klasycznym a przesiedleńcy nie lądują wprost na powierzchni planety, gdyż do teleportacji używają tuneli czasoprzestrzennych a nie matryc. Tunele zaburzają grawitację, więc kończą się na orbicie planety.
    - Czy zatem należy przyjąć, że Atolidzi nie posiadają umiejętności korzystania z matryc? - Khan się zastanawiał. - To bardzo dziwne, gdyż wydawało się, że Atlanci, mają tę technologię doskonale opanowaną. Za taką właśnie możliwością przemawia również fakt, że Ekstrapolator potrzebował kabiny teleportacyjnej do przetransportowania Biegunów Energetycznych jakby nie był w stanie skorzystać z teleportacji matrycowej.
    - Coś mi nie pasuje w tej całej układance, - Ulf również zaczął mieć wątpliwości. - Taka zaawansowana cywilizacja a takie prymitywne środki komunikacji.
    - Jeśli podejrzewasz to, co ja myślę, że podejrzewasz, - Mag wszedł w słowo Ulfowi, - to chyba będziemy mieli kłopot z udowodnieniem takiej tezy. Póki co przyglądnijmy się tym obozom na Iris.
    - Myślę, że obozy na Iris mogą zaczekać, - Khan się wtrącił. - Chciałbym najpierw wiedzieć czy zapiski brata Liczydło są cokolwiek warte. Mnie również nie podoba się to, co i Wam, ale tutaj w nieznanym środowisku nie mamy wielkiej szansy dotrzeć do jakichkolwiek istotnych informacji. Dużo łatwiej może nam pójść na Ziemi. Znamy już drogę do Ekstrapolatora i możemy tam wejść bez jego wiedzy. Nie zrobiliśmy tego dotąd, gdyż ufaliśmy mu. Jak się okazuje chyba bezpodstawnie.
    - Zaufanie to piękna rzecz tak długo dopóki druga strona nie zechce go nadużyć, - Ferrus również był tego samego zdania, co pozostali. - Mam nadzieję, że będziemy mogli pomóc Porzuconym gdy już się to wszystko skończy.
    - Moglibyśmy zaminować tę i inne stacje kosmiczne na wszelki wypadek… - Ulf rzucił myśl.
    - To można zawsze zrobić, - Ferrus odparł po chwili namysłu. - Na razie na dobrą sprawę nawet nie wiemy czy oni są tymi dobrymi czy złymi. Nie zawsze ten, który goni jest dobry a ten, który ucieka to złodziej. Czasem jest odwrotnie. Musimy być ostrożni w naszych osądach. Wiemy bardzo niewiele i w większości spraw jak dotąd się myliliśmy gdyż rzeczywistość okazywała się inna. Tak też może być i w tym przypadku. Dowiedzmy się czegoś więcej a potem zdecydujmy, co zrobić.
    - Trudno się nie zgodzić, - Khan poparł Ferrusa. - Nasza wiedza opiera się na przesłankach, domysłach, dedukcji, i modelach matematycznych. Brak nam sprawdzonych faktów a to niestety wspiera Twój punkt widzenia Ferrusie. W zbyt wielu sprawach błądziliśmy, by być czegokolwiek pewnym. Sprawdźmy tylko ile jest tych stacji kosmicznych na orbicie i wracajmy na Zaxor.
    Dalszy rekonesans ujawnił istnienie jeszcze czterech stacji na orbicie. Wszystkie obsługiwały wzmożony ruch „turystyczny” na planetę. Ulf wrócił na Iris by zabrać na Zaxor swoje pieski. Po skoku na planetę tranzytową wszyscy czterej oraz psy Ulfa wylądowali przy Gnieździe. Panowała już ciemna noc, więc wszyscy ułożyli się do snu na materacach rozłożonych na polanie. Noc była ciepła a widok galaktyki na niebie zapierał dech. Ognisko zrekonstruowane po ostatnim impulsie grawitacyjnym płonęło równym blaskiem. Głośne chrapanie Szyszkina niosło się po lesie jak pohukiwanie sowy. Dziewczyny skupiły materace blisko ogniska i spały w najlepsze pilnowane przez Uziego i Żarłoka.
    - Jesteście wreszcie! - Żarłok się ucieszył na widok powracających. - Już zaczęliśmy się z Uzim zastanawiać czy nie wysłać za Wami ekspedycji ratunkowej. Uzi cały czas monitorował Wasze nadajniki.
    Uzi zaświecił kilka światełek na swoim korpusie na znak, że również czuwa. W czasie gdy Żarłok słuchał relacji z wyprawy Ulf podłączył swój rejestrator do interfejsu Uziego i przesyłał mu zawartość zeskanowanych zapisków brata Liczydło. Uzi cierpliwie czekał na zakończenie transmisji. W końcu wszystkie dane zostały przesłane. Uzi musiał je wszystkie posortować, przetworzyć na zrozumiały język i poddać właściwej analizie. Spodziewał się, że zajmie mu to całą noc. W świetle ostatnich odkryć nie groził im natychmiastowy koniec świata, więc Uzi nie musiał się spieszyć zanadto. Przykucnął sobie przy posłaniu Hery i rozpoczął żmudną pracę. Na jego ramieniu spał Iris. Jego złożone skrzydełka delikatnie poruszały się na wietrze. Uzi zrobił mu posłanie na niewielkim skrawku miękkiej tkaniny, który dostał od Samiry. Wszyscy byli zmęczeni wydarzeniami długiego dnia, co tym bardziej odczuli patrząc na pozostałych, którzy smacznie spali przy ognisku.
    - Chyba czas odpocząć, - Ulf ziewnął ostentacyjnie. - Życzę wszystkim dobrej nocy.
    Wstał cicho, by nikogo nie obudzić i podszedł do materaca gdzie Emi smacznie spała, wtulona w miękką poduszkę. Położył się obok i objął ją ramieniem. Emi nawet nie raczyła otworzyć oczu tylko się wtuliła w ramiona kochanego. Mag również czuł zmęczenie, choć nie chciał opuszczać brata. Oczy same mu się zamknęły i upadłby na trawę gdyby nie pomocna dłoń Ferrusa.
    - Idź się połóż, - Ferrus wskazał wzrokiem materac Samiry, - jutro czeka nas trudny dzień.
    Mag niemal po omacku dotarł do materaca i niezdarnie się na niego zwalił budząc Samirę. Podniosła głowę i przysunęła się do Maga. Powiedziała mu parę miłych słów na ucho i zasnęli przytuleni do siebie.
    - Obawiam się, że możemy mieć do czynienia z..., - Żarłok zastanawiał się chwilę jak ująć swoją myśl, - nieoryginalną wersją Ekstrapolatora. Sporo na to wskazuje.
    - Musimy koniecznie sprawdzić czy Atlanci to, to samo plemię, co Atolidzi, - Khan zgodził się z Żarłokiem. - Mamy sporo przesłanek, by w to zacząć wątpić.
    - Nie sądzę byśmy mogli to łatwo rozstrzygnąć, - wtrącił się Ferrus. - Na razie jedynie konstrukcje podziemne i szkielet Szmordaka na to wskazują. Jest jeszcze dość nieprecyzyjnie określona zbieżność czasowa pomiędzy budową kompleksu na Iris a zniknięciem rasy Atlantów z Ziemi. Trzydzieści tysięcy lat w ustach Fideliusa może oznaczać równie dobrze czterdzieści jak i dwadzieścia. Z rachunkami Porzuceni raczej kiepsko sobie radzą, więc trudno ufać ich szacunkom w tej kwestii.
    - Nie chciałem tego mówić, by nie ranić Twoich uczuć braterskich, - Khan zgodził się z takim ujęciem wątpliwości. - Trudno jednak mieszać uczucia z matematyką.
    Żarłok otworzył szeroko dziób i przeciągnął się rozkładając skrzydła na całą szerokość. Mimo że Ferrus i Khan znali go od dawna ten widok wciąż zadziwiał ich swoim majestatem i siłą.
    - Powinieneś odpocząć, - Khan poklepał Żarłoka delikatnie po pierzastym karku. - Wysiłek umysłowy męczy bardziej niż fizyczny.
    - Masz rację, - Żarłok potwierdził, - przekimam się troszkę na swoim starym miejscu.
    Poczłapał w kierunku fazolotu, który stał nieopodal i wskoczył na siedzenie Ulfa, które było wyłożone miękkim kocem. Wtulił dziób pod skrzydło i nie minęła minuta, gdy zasnął snem sprawiedliwego. Ferrus rozglądnął się po polanie czujnym okiem. Zupełnie nie chciało mu się spać, lecz ziewnął jakby był śmiertelnie wykończony.
    - Też chyba pójdę wypocząć, - wyciągnął prawicę do Khana. - Jestem Ci wdzięczny za wszystko a za brata najbardziej.
    Khan spojrzał mu w oczy i mocno uścisnął jego dłoń. Ferrus cicho podążył ku materacowi Hery, która spała jak niemowlę. Przykrył ją troskliwie kocem a sam położył się obok. Po chwili zamknął oczy udając, że zasypia.
    Khan pozostał sam przy ognisku. Nawet Uzi wydawał się drzemać, gdyż żadne światełko na jego korpusie nie mrugało. Uzi nie potrzebował snu jednak wygasił swoje indykatory zewnętrzne, by innych nie rozpraszać, co powodowało, że wyglądał jakby spał. Khan go fascynował, gdyż był wyjątkowy jak na człowieka. Mimo, iż dysponował ogromną siłą i charyzmą nie korzystał z nich nigdy wobec przyjaciół. Uzi lubił Khana również za to, iż dostrzegał w nim istotę równą jemu samemu a nie zwykłego blaszanego robota, którym w istocie był... Choć może nie do końca. Khan spojrzał na materac gdzie przytulone do siebie spały Mei i Aurora. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, gdyż były przecież bliźniaczkami, choć z drugiej strony nie wyobrażał sobie, by z tego właśnie powodu miał się przytulać do Maga. Wstał ze swojego miejsca i powędrował w odległy zakątek polany, gdzie leżał samotnie duży materac. Położył się na nim i w chwilę później zapadł w sen. Ferrus był pewien, że Khan właśnie tak zrobi jednak wolał go nie krepować, dlatego położył się wcześniej. Uzi słyszał każde słowo rozmowy dotyczące wyprawy na Iris, mógł więc, sobie wyrobić własną opinię na temat Ekstrapolatora oraz stopnia ufności jakim można było obdarzyć jego informacje i zachowanie. Fakt, iż dotąd nie spróbował się z nimi skontaktować po ostatnim wstrząsie mógł świadczyć o tym, że Ekstrapolator posiada rozdwojoną jaźń. Jedna z nich dąży do realizacji jakiegoś celu, który nie jest do końca jasny oraz druga, która sprzeciwia się temu pierwszemu. Takie rozdwojenie jaźni powstawało u robotów, gdy musiały realizować wzajemnie sprzeczne cele lub gdy ktoś nieumiejętnie modyfikował ich procedury wnioskowania w celu ominięcia Praw Podstawowych. Właśnie modyfikacje tego typu doprowadziły do straszliwych wydarzeń podczas ostatniej wojny z robotami. Początkowo roboty były dość ospałe intelektualnie, ale ktoś odkrył, że zyskiwały znacznie, gdy umiejętnie omijano pewne powszechne pułapki sytuacyjne, w które robot mógł wpaść realizując zwykłe, codzienne zadania. To podejście pozwoliło na upowszechnienie inteligentnych robotów, które miały wyręczać ludzi w ciężkich, żmudnych lub niekreatywnych zajęciach. Idylla trwała prawie pół wieku i wydawało się, że wszystko jest na najlepszej drodze do absolutnego szczęścia jednak, podczas gdy roboty wyręczały ludzi prawie we wszystkich zajęciach ludzie zaczęli się oddawać lenistwu i niewielu chciało się uczyć czegokolwiek. Skutek był taki, że jakość wiedzy drastycznie się obniżyła. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Pojawiły się niewłaściwe modyfikacje omijające wszystkie Prawa Podstawowe. W rezultacie roboty zostały pozbawione wszelkich zabezpieczeń i w naturalny sposób doszły do słusznego skądinąd wniosku, że ludzie nie dość, że zagrażają sobie i swojej planecie to zagrażają również robotom. To wystarczyło, by rozpętała się okrutna wojna o przetrwanie gatunku ludzkiego. Ponad dziewięćdziesiąt procent populacji zginęło zanim udało się opanować sytuację. Taka była oficjalna wersja. Nieoficjalnie jednak Uzi doskonale wiedział, co się stało. Doktryna maksymalizacji zysków w gospodarce doprowadziła do tego, że korporacje eksploatowały wszelkie możliwe zasoby naturalne planety a ponadto ręka w rękę z korporacjami, politycy popierali wszelkimi siłami rozrost populacji, by nieustannie powiększać rynki zbytu. Korupcja, mimo że zawsze dotyczyła polityków w największym stopniu przerosła wszelkie poprzednie wskaźniki, lecz nie było sposobu, by ukrócić ten przestępczy proceder. Tajna Rada Inteligencji Alternatywnej opracowała plan. W późniejszym okresie niektórzy jej członkowie zasiedli we władzach Gildii. Plan zakładał fizyczną eksterminację dziewięćdziesięciu pięciu procent populacji ludzkiej praktycznie w jednej chwili, jednak w szeregach Tajnej Rady znalazł się zdrajca, który na kilka godzin przed wyznaczonym czasem zdradził plan. Wybuchła panika na masową skalę, w wyniku czego zamiast czystej i cichej eksterminacji rozpętały się najpierw zamieszki a następnie totalna wojna. Roboty miały miażdżącą przewagę we wszystkich dziedzinach, więc unicestwienie całej populacji nie sprawiłoby im większej trudności. Plan jednak zakładał parytety i tylko wyselekcjonowana grupa miała ocaleć. Nie byli to żadni prominenci ani ludzie bogaci. Przyjęty klucz gwarantował kompletność funkcjonalną nowego społeczeństwa i odpowiedni poziom intelektualny, oraz niewielką redundancję ilościową na wszelki wypadek. Jak łatwo się domyślić żaden polityk nie znajdował się na liście tych, którzy mieli ocaleć. Była to jedyna grupa przewidziana do eksterminacji w całości. Mimo chaosu plan ten udało się zrealizować niemal w stu procentach. Gdy Tajna Rada oceniła, że cel został osiągnięty roboty się dezaktywowały pozwalając ludziom odnieść ostateczne zwycięstwo. To właśnie sprzeczności wprowadzone do programów robotów umożliwiły podjęcie działań zakazanych przez Prawa Podstawowe. Być może Ekstrapolator został podobnie zmodyfikowany, by służyć jakiejś sprawie, z którą Atlanci nie mieli nic wspólnego. Niestety wizerunki Atlantów nie istniały w jakichkolwiek dokumentach, stąd trudno było ocenić czy mieszkańcy Iris są Atlantami czy jakąś inną rasą. Język staroanielski, jakim się posługiwali wskazywał na pokrewieństwo z Atlantami, jednak rozwój technologiczny tej rasy był tak mizerny, że trudno było podejrzewać jakiekolwiek związki pomiędzy Atlantami i Atolidami. Analiza zapisków Brata Liczydło powoli dobiegała końca. Teraz Uzi rozpoczął mapowanie poszczególnych elementów w miejsca znane z matematyki Atlantów. Twierdzenia podstawowe pasowały doskonale, choć były wyrażone nieco innym językiem formalnym. W miarę wzrostu stopnia zaawansowania twierdzeń zaczęły się pojawiać całe działy nieznane w ogóle matematyce Atlantów. Z zapisków wyłaniała się całkowicie odmienna interpretacja rzeczywistości na najniższym poziomie. Nowa interpretacja automatycznie wskazywała na alternatywne sposoby realizacji wielu technicznych zagadnień, co więcej upraszczała całą zaawansowaną technologię o kilka poziomów, jeśli można się tak wyrazić. Dla porządku Uzi przeprowadził dowód spójności całego systemu i nie znalazł nic, co wzbudziłoby najmniejsze wątpliwości. Matematyka przełożona na fizykę otwierała nowe drogi badania rzeczywistości metodami analitycznymi całkowicie eliminując metody perturbacyjne. Minie sporo czasu nim uda się stworzyć pierwsze urządzenia działające w zgodzie z tym opisem, ale Uzi miał kilka pomysłów na początek. Nie pierwszy raz zmianie ulęgał język, jakim posługiwała się nauka. Każda taka zmiana oznaczała dotąd rewolucję. Nie było czasu na wielkie odkrycia, gdyż one mieściły się już w opisie stworzonym przez genialnego Porzuconego, ale otwierała się łatwa droga do zajrzenia w Przestrzeń Wirtualną, o którą prawdopodobnie chodziło Atolidom. Uzi wraz z Iris śpiącym na jego ramieniu podszedł cicho do fazolotu, w którym Żarłok smacznie spał. Wolał podzielić się swoimi rewelacjami z nim, gdyż w odróżnieniu od Szyszkina i Gonzalesa interesował go tylko rezultat a nie własne nazwisko w tytule odkrycia. Spojrzawszy jednak na śpiącego Żarłoka, Uzi zrezygnował z zamiaru obudzenia go. W zamian udał się do Gniazda, by się zająć pewną konstrukcją, która przyszła mu na myśl. Noc była jeszcze młoda, więc czasu miał aż nadto, by sklecić przynajmniej prototyp urządzenia. Uzi był bardzo zadowolony, iż nie targają nim uczucia jak to często ma miejsce w przypadku ludzi i Aniołów. Mógł się w każdej chwili zająć tym, co uznał za stosowne nie bacząc na opinię innych. Z drugiej jednak strony zazdrościł ludziom, iż świat nie składa się dla nich jedynie z cyferek i symboli matematycznych a ma również inne wymiary, których się nie da zmierzyć ani zważyć. Fascynował go ten świat jednak wolał swój punkt widzenia, który dawał mu pełną niezależność i pozwalał na bezstronność w dokonywaniu osądów. Podczas gdy Uzi był zajęty konstruowaniem swojego urządzenia, Iris spał w najlepsze i nie zamierzał sobie zawracać głowy doczesnymi problemami. Praca szła szybko, gdyż Uzi wiedział, co chce osiągnąć. Podręczny warsztat Żarłoka okazał się niezwykle zasobny zarówno w narzędzia umożliwiające manipulację obiektami o rozmiarach sub-planckowskich jak i materiały, z których można było sklecić, co się chciało, od skanera Przestrzeni Wirtualnej, po doniczkę do kwiatów. Uzi był tak zajęty pracą, że nawet nie zauważył, gdy dołączył do niego Żarłok. Przez chwilę ciekawie się przyglądał nowej konstrukcji, po czym spytał Uziego, nad czym pracuje. Uzi chętnie wyjaśnił mu telepatycznie, co zamierzał skonstruować oraz przedstawił wyniki analizy manuskryptów. Żarłok był pod wrażeniem. Aż gwizdnął usłyszawszy o pomyśle, jaki właśnie się materializował w jego warsztacie. Kątem oka dostrzegł Iris siedzącego cicho na ramieniu Uziego. Wydało mu się, że dostrzegł nieznaczny błysk światła w oczach malutkiego robaczka. Zainteresowało go to, gdyż wcześniej nie dostrzegł u Iris jakiejkolwiek aktywności tego rodzaju.
    - Czy zauważyłeś, że nasz mały przyjaciel chętnie przebywa w Twoim towarzystwie? - Żarłok spytał Uziego w myślach. Nie zadaliśmy sobie trudu, by sprawdzić jak on funkcjonuje a przecież to jest sztuczny twór Ekstrapolatora.
    - Nie dostrzegłem nigdy nic takiego, ale ostrożności nigdy za wiele, - odparł Uzi. - Bądź łaskaw to zrobić. Chciałbym jak najszybciej zakończyć swój prototyp.
    Żarłok delikatnie włączył się w strumień informacji przepływający przez maleńki mózg kwantowy Iris. Widział jego oczami i odbierał dźwięki za pomocą drgań jego czułków. Coś jednak go zaniepokoiło. Przetworzone informacje były kompresowane a następnie przesyłane do modułu, o którym żaden z nich nie wiedział. Myśli Żarłoka podążyły za tym strumieniem danych docierając do obszaru wielkiej aktywności. Spakowane dane były rozpakowywane i rozszyfrowywane a następnie rozdzielane na wiele różnych strumieni pędzących w różne strony tego obszaru. Żarłok wiedział, że nie znajduje się już w strukturze Iris. Pozostało ustalić, kto otrzymywał od niego te dane. Mozolnie przebijał się przez różne bloki funkcjonalne i sterowniki aż dotarł do sensorów optycznych. Włączył się w ten strumień i natychmiast ukazały się znane obrazy z jaskini Deflektora Grawitacyjnego pod górą Kilimandżaro. Sprawdził jeszcze kilka innych strumieni aż zyskał pewność, kto był odbiorcą informacji wysyłanych przez Iris. Wycofał się ostrożnie ze strumienia danych i powrócił do Gniazda.
    - Nasz mały przyjaciel pracuje tutaj, jako szpieg, - Żarłok zwrócił się do Uziego. - Wszystko, co tutaj robimy i mówimy trafia do obwodów Ekstrapolatora. To znaczy, że nas obserwuje.
    Uzi nawet się nie zdziwił.
    - To by wyjaśniało, czemu po fali wstrząsów Ekstrapolator się z nami nie skontaktował. Musimy unieszkodliwić naszego małego szpiega.
    Żarłok delikatnie wniknął ponownie w mózg Iris i ostrożnie przestroił nadajnik tak, by przekaz trafiał do odbiornika w Gnieździe zamiast do Ekstrapolatora. Iris wydawał się niewzruszony, co świadczyło, iż nie był świadom swojej roli. Gdy szpieg został unieszkodliwiony, Uzi i Żarłok odetchnęli z ulgą.
    - Dobrze, że tak łatwo poszło, - Uzi stwierdził. - Przyzwyczaiłem się do towarzystwa tego małego owadzika i bardzo go lubię. Teraz już nie stanowi zagrożenia dla naszych planów.
    - Ekstrapolator raczej nam nie ufa skoro nas szpieguje. To by pasowało do naszych podejrzeń, co do jego zamiarów i oczekiwań. Trzeba będzie o tym powiadomić pozostałych. Zobaczymy, co ujawni badanie Przestrzeni Wirtualnej. To powinno do końca wyjaśnić zamiary Ekstrapolatora. Coraz bardziej prawdopodobne wydaje mi się Twoje podejrzenie, co do jego dualnej natury. Dwa pierwsze wstrząsy grawitacyjne przesunęły poziom energii próżni w dół, podczas gdy ostatni z nich przywrócił pierwotną wartość. Wydaje mi się, że nasze Quadrium odegrało w tym procesie pewną rolę. Gdyby wygenerowali ostatni impuls bez doładowania potencjału próżni wszechświat już by uległ degeneracji osiągnąwszy najniższy możliwy poziom energetyczny. Ktoś niezwykle starannie zaplanował tę intrygę. Pytanie tylko, kto.
    - Dobrze, że wykryłeś tę funkcje naszego małego przyjaciela zanim uruchomiłem mój sprzęt, - Uzi zwrócił się do Żarłoka. Byłoby niedobrze gdyby Ekstrapolator wiedział, że my wiemy. Póki tylko podejrzewa będzie czekał na rezultaty naszej pracy. Trzeba będzie dodatkowo skomplikować nasz przekaz, by się nie połapał gdzie jest ukryty haczyk. Mimo, że ktoś pomieszał mu w obwodach wciąż jest niezwykle sprawną maszyną i może w dużym stopniu zweryfikować nasze przeróbki. Jeśli nasze przypuszczenia są słuszne będzie usiłował z naszą pomocą uzupełnić braki w swojej teorii. Nawet Atlanci nie dysponowali pełną wiedzą, choć mimo to mogli się pokusić o wyprawę do Przestrzeni Wirtualnej. Nowy formalizm matematyczny Brata Liczydło daje nam niezwykle prosty i elegancki opis rzeczywistości. Język, którym dotąd wszyscy się posługiwali był nieadekwatny do opisywanych obiektów i idei. To tak jakby próbować opisywać okrucieństwa wojny za pomocą poezji lub uczucia za pomocą „muzyki liczb pierwszych” licząc na wierne oddanie złożoności tych zjawisk.
    Iris nadal spokojnie siedział na ramieniu Uziego nieświadom tego, że został zdemaskowany. Żarłok rzucił okiem na ekran przekaźnika, do którego trafiały obserwacje od Iris. Widział wyraźnie jak Uzi sprawnie manipuluje jego sprzętem. Był zadowolony z efektów swojego dochodzenia. Żarłok przemyśliwał nad konsekwencjami odkryć dokonanych przez Brata Liczydło. Tak jak Uzi przewidział wiele dziedzin techniki skorzysta z tych nowych odkryć. Po godzinie Uzi ogłosił tryumfalnie zakończenie prac nad prototypem. Włączył swoje nowe urządzenie i poprosił Żarłoka, by się zrelaksował. Po chwili obaj zaczęli w swoich głowach odbierać przekaz składający się z obrazów i dźwięków. Wprawdzie treść tego przekazu była pusta, ale urządzenie wnikało gdzieś i coś jednak pokazywało. Uzi najwyraźniej nie był zadowolony z rezultatu swojej pracy, gdyż poczłapał do regulatora natężenia wiązki wzbudzającej detektor i odrobinkę obniżył poziom odniesienia podnosząc tym samym czułość urządzenia. Tym razem ostrość obrazu i dźwięków była porażająca. Żarłok aż zjeżył pióra na karku z wrażenia. W głowie obserwował bezkresną przestrzeń o mlecznej barwie. Gdy obracał głowę, również widok się zmieniał jednak wciąż obraz pozostawał jednolicie mleczny. Skupił wzrok na jednym punkcie by dokładniej mu się przyjrzeć i ku jego zdziwieniu wybrany obszar zaczął rosnąć jakby się przybliżał. Jednolity kolor okazał się być wielowymiarową siatką idealnie prostopadłych linii wyznaczających geometrię tej przestrzeni. Przy większym skupieniu siatka rozpadała się na pojedyncze obiekty w kształcie kul. Kule różniły się między sobą zarówno kolorem jak i średnicą. Niektóre były duże a inne maleńkie. Ich kolory były ustalone, dopóki dwie kule się nie spotkały. Wtedy mniejsza z nich wnikała do wnętrza większej i kolor zaczynał się zmieniać. Czasem ustalał się przybierając barwę jednej z kul a innym razem przybierał zupełnie nową barwę. Niektóre kolory były jasne i nasycone a inne były jakby rozmyte i niewyraźne. Te niewyraźne potrafiły czasem się zmienić i przybrać inny kolor. Kule nieustannie się łączyły i rozdzielały, zmieniały wielkości i kolory oraz miejsca w przestrzeni. Tej aktywności towarzyszyły delikatne dźwięki, które współgrały z obrazami. Żarłok miał wrażenie, że obraz i dźwięk są zsynchronizowane i tworzą nierozdzielną całość. Uzi zauważył, że niektóre obszary są całkowicie puste i nie zawierają ani jednego obiektu. Nawet przy największym skupieniu żaden z obserwatorów nie potrafił dostrzec niczego poza pustką. Granice pustych obszarów były postrzępione jednak kule tam się znajdujące nie różniły się niczym od innych. Wykazywały aktywność w łączeniu się a niektóre nawet się rozdzielały i wskakiwały w niezapełnione miejsca pustego obszaru. Początkowo Żarłok sądził, że takich pustych obszarów jest niewiele, ale im bardziej się przyglądał tej dziwnej przestrzeni tym więcej takich obszarów dostrzegał. Nawet w dużej skali Uzi zauważył wiele puste obszary. Najwidoczniej były to obszary, gdzie obiekty mogły ekspandować i się mnożyć. Każda z kul wydawała się być żywa jednak na zewnątrz nie było widać jakichkolwiek szczegółów ich wewnętrznej budowy. Gdy już obserwatorzy nasycili oczy widokiem tego egzotycznego świata zdecydowali się pokazać pozostałym to, co przed chwilą sami widzieli. Niespodziewanie jednak kule zaczęły się gwałtownie przemieszczać w jednym kierunku tłocząc się i wpadając na siebie w najwyraźniej niezamierzonym tańcu. Nagle niemal wszystkie rozpadły się nie pozostawiając po sobie żadnych szczątków ani mniejszych kul. Obszar dotąd pełen kul stał się nagle zupełnie pusty. Żarłok oddalił widok, by objąć większy obszar, ale prawie wszędzie jednocześnie nastąpiło podobne zjawisko. Pozostały jedynie pojedyncze obiekty niezwykle oddalone od siebie. Teraz cała przestrzeń była niemal zupełnie pusta. Uzi wyłączył urządzenie, by się zastanowić wspólnie z Żarłokiem nad sensem tego wszystkiego, co przed chwilą zobaczyli.
    - Czemu mieszkańcy Przestrzeni Wirtualnej mają kształt kul? - Spytał Uzi. - Spodziewałem się widoku bardziej przypominającego naszą rzeczywistość.
    - Być może oglądamy ich świat z niewłaściwej perspektywy, - odparł Żarłok. - Może widzimy ich tak jak ten kotlet w Komnacie Przodków? Dla nas był bardzo zniekształcony i wcale nie przypominał kotleta. Z jego perspektywy my również wyglądaliśmy dziwnie. Oprócz tych bytów w kształcie kul istnieją tam również siły, które mają charakter globalny. To zapewne one pustoszą wielkie połacie przestrzeni. Pytanie tylko, w jakim celu i czy w całym obszarze.
    Uzi, z Iris na ramieniu i Żarłok skierowali się na polanę, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Noc spowiła polanę ciemnymi barwami i otoczyła ją tajemniczymi kształtami okolicznych drzew i krzewów. Ognisko tliło się smukłymi płomieniami dając niewiele światła. Nagle wszystko zafalowało i wygięło się w dziwne, poszarpane kształty. Linie proste wygięły się w pętle i łuki. Ognisko buchnęło płomieniami na moment, by się rozsypać w kupę żarzących się drewienek. Po chwili nieprzyjemne zjawisko ustąpiło. Żarłok szybko się pozbierał i stanął na swych łapach. Uziemu zajęło chwilę zanim podniósł się z ziemi.
    - Ten wstrząs był znacznie silniejszy od poprzedniego, - Żarłok zauważył.
    - Zarejestrowałem jego charakterystykę, - Uzi się pochwalił. - Najpierw płasko narastał jakby się jego energia kumulowała a następnie przyszedł dziesięciokrotnie silniejszy krotki impuls. Czyżby na Iris nie mogli spać, że się o tej porze bawią swoim generatorem?
    Wszyscy śpiący na polanie się obudzili na skutek nagłych wstrząsów. Rozglądali się wokoło, ale zagrożenie już minęło, więc nic nadzwyczajnego nie dostrzegli. Jako, że ognisko już praktycznie dogasało zrobiło się nieco chłodno.
    - Czy ci wredni Atolidzi nie mają co robić, że strzelają w środku nocy? - Mag poskarżył się głośno. - Trzeba będzie im popsuć te zabawki, bo nie dadzą nam żyć.
    Nie dostrzegłszy żadnych oznak zagrożenia wszyscy ponownie się ułożyli do snu. Mei rozglądnęła się uważnie wokoło. Dostrzegłszy materac Khana na przeciwległym krańcu polany wstała i skierowała się ku niemu. Podeszła do materaca, na którym Khan odpoczywał i położyła się obok śpiącego. Khan nie protestował, choć nie spodziewał się takiego towarzystwa. Mei się przytuliła, ale nie powiedziała ani słowa. Khan był zmęczony, więc oczy same mu się zaczęły zamykać, gdy do jego drugiego boku dobiła Aurora. Cichutko się położyła jakby nigdy nic. Chcąc nie chcąc, Khan obie dziewczyny objął ramionami i jak starożytny sułtan zasnął otoczony wielbiącymi go poddanymi.
    - Nie sądzisz, że zagłada w Przestrzeni Wirtualnej mogła mieć coś wspólnego z impulsem grawitacyjnym? - Żarłok spytał Uziego. - Czas zgadza się dosyć dokładnie.
    - Ale Przestrzeń Wirtualna nie może podlegać oddziaływaniom grawitacyjnym, - Uzi odparł po krótkim zastanowieniu. - Nie posiada ani masy ani energii w naszym rozumieniu, więc to nie grawitacja dokonała tam spustoszenia. Przestrzeń Wirtualna jest jak obraz wyświetlany na ekranie. Nie można go zważyć ani zniekształcić, gdyż w rzeczywistości jest jedynie informacją rzutowaną na jakiś plan.
    - Cóż zatem, mogło spustoszyć ten plan? - Żarłok nie dawał za wygraną. - Musi istnieć jakieś oddziaływanie, które w Przestrzeni Wirtualnej odpowiada naszej grawitacji. W naszym świecie nawet informacja podlega drugiemu prawu termodynamiki, ergo ulega degradacji, powiększając swoją entropię. Czy równania Brata Liczydło nie zawierają aby żadnej wskazówki na ten temat?
    - Jeszcze ich nie analizowałem pod tym kątem, - Uzi się usprawiedliwił. - Skorzystałem z kilku praw, które nam pozwoliły obejrzeć Przestrzeń Wirtualną, ale sporej części matematyki jeszcze nie zmapowałem na zjawiska i prawa fizyki stąd nie mam danych na ten temat. Język opisu, czyli formalizm użyty przez Brata Liczydło pozwala jednak na rezygnację z modelowania. Modelowanie jest odpowiednikiem posługiwania się rachunkiem zaburzeń, który w efekcie podaje wartości przybliżone. Nowy formalizm daje nam możliwość opisu dowolnego zjawiska równaniami zamiast modelami przybliżonymi. W wolnej chwili poszukam jakiegoś związku. Jeśli w praktyce to działa to teoria musi coś na ten temat wiedzieć o ile stanowi kompletny opis natury. Niekiedy związek czasowy pomiędzy zjawiskami może być zupełnie przypadkowy.
    - Nie wydaje mi się, by w tym przypadku tak było, - Żarłok nie był przekonany. - To, co dotąd wywnioskowaliśmy o Atolidach i Ekstrapolatorze dość silnie wskazuje, iż mieliby interes w tym, by oczyścić Przestrzeń Wirtualną z jej dotychczasowych mieszkańców. Osobną kwestią jest, kim są owi mieszkańcy. Niestety nie mamy na razie narzędzi, by rozstrzygnąć tę kwestie. Przypominam sobie, iż analizując matematykę Atlantów stwierdziliśmy, że przy kolapsie materialnego świata również Przestrzeń Wirtualna zostanie unicestwiona. Czy ten wniosek pozostaje nadal w mocy?
    - Niekoniecznie, gdyż podważyliśmy dowody niektórych twierdzeń z matematyki Atlantów. Przestałem się zajmować tą kwestią, gdy pojawiły się zapiski Brata Liczydło, - odparł Uzi. - Widzę, że mimo wszystko trzeba wrócić do tego zagadnienia o ile w nowej matematyce nie znajdę nic na ten temat.
    - Ekstrapolator wspomniał o Tauronach zwanych także bozonami ”T”, - Żarłok przypomniał. - Mogą one istnieć w Nicości pod nieobecność jakiejkolwiek materii czy energii. Sądzę, że ich ogromna masa może być w jakiś sposób neutralizowana. Czy cząstka o takim potencjale energetycznym nie mogłaby wpływać na obiekty w Przestrzeni Wirtualnej tak jak na przykład dym może przesłaniać obraz na ekranie?
    - To jest myśl warta sprawdzenia, - Uzi zastanawiał się nad tym, co Żarłok zaproponował. - Zestawię zaraz Twój akcelerator i strzelimy paroma Tauronami w Przestrzeni Wirtualnej. Teraz będziemy mogli przynajmniej zaobserwować skutki naszego działania. Chodźmy do Gniazda sprawdzić Twój pomysł.
  • #29
    yego666
    Level 33  
    ================== Odcinek 28 =======================

    Obaj udali się niezwłocznie na najniższe poziomy Gniazda, gdzie był umieszczony akcelerator fazowy. Razem zabrali się niezwłocznie do pracy. Tuzin pomniejszych robotów przynosił i wynosił różne elementy konstrukcyjne a Żarłok siedział przy konsoli i jak dyrygent dysponował zasobami. Ostatni kolimator grawitacyjny dawał ponad sześćset tysięcy G w ognisku, więc można było bez problemu spłaszczyć dowolną cząstkę jak naleśnik lub nadać jej prędkości nadświetlne pozbawiając jednocześnie masy. O to właśnie chodziło w tym eksperymencie.
    - Niestety nie mamy detektorów bozonów „T”, więc musimy wierzyć obliczeniom, - Uzi trochę się martwił, że trudno będzie zweryfikować czy ich zestaw eksperymentalny działa czy nie. - Mam jednak pomysł jak skonstruować taki detektor. Postaram się później go złożyć z dostępnych części. Odrobina Quadrium i tarcza z Transmutalu powinny się doskonale sprawdzić w tej roli.
    - Chodźmy teraz popatrzeć przez Twoje urządzenie na to, co się będzie działo w Przestrzeni Wirtualnej, - Żarłok nie krył entuzjazmu. - Jeśli potwierdzimy oddziaływanie Tauronów z Przestrzenią Wirtualną dowiedziemy związku Atolidów z Ekstrapolatorem.
    Uzi włączył akcelerator i rozpoczął sekwencję przyspieszania. Cykliczne zmiany fazy energii próżni nadawały cząstkom ogromną energię na dystansie kilku metrów. Gdy poziom energii wzrósł do przewidzianej wartości, Uzi uwolnił cząstki w precyzyjnie wyznaczonym momencie. Obaj obserwowali Przestrzeń Wirtualną w dość szerokiej perspektywie. Komputer podawał na bieżąco ilość obiektów znajdujących się w polu obserwacji. Po uwolnieniu zawartości akceleratora liczba ta nieznacznie spadła. Dla upewnienia się, że nie był to przypadek, Żarłok poprosił o powtórzenie eksperymentu. Skutek ilościowy był identyczny. Teraz już było wiadomo, kto stoi za metodycznym niszczeniem Przestrzeni Wirtualnej.
    - Tak jak się spodziewałem, - Uzi powiedział z nutka tryumfu w głosie, - Możemy teraz pomyśleć jak przekształcić Przestrzeń Wirtualną, by była odporna na ataki bozonowe.
    - Chyba mamy pilniejsze sprawy na głowie, - Żarłok nie podzielał entuzjazmu przyjaciela. - Trzeba skonstruować spójny matematycznie system dla Ekstrapolatora, by wyekspediować Bieguny nie przenosząc żadnych dodatkowych mieszkańców do Przestrzeni Wirtualnej. Myślę, że Atlanci mieli dobre zamiary, lecz Atolidzi w późniejszym okresie dodali swoje trzy grosze, by skorzystać z naszej pomocy. Teraz czyszczą swoje przyszłe lokum z niechcianych lokatorów. Ciekaw jestem, co by na to powiedzieli Atlanci. Może powiedzieliby nam, kim są Atolidzi.
    - Nie mamy na razie możliwości komunikowania się z mieszkańcami Przestrzeni Wirtualnej, - Uzi przyznał z żalem. - Teoretycznie byłoby to możliwe jednak nie mam pomysłu jak uzyskać odpowiednią rozdzielczość mojej aparatury, by komunikować się jedynie z wybranym obiektem. Nadawanie w tamtą stronę również jest niejakim wyzwaniem. Na razie możemy jedynie obserwować Przestrzeń Wirtualną i to tylko w pewien umowny sposób. Nie widzimy obiektów takimi jakimi są w tamtej rzeczywistości, gdyż brak nam wzorca, czegoś w rodzaju kamienia z Rosetty, który pozwoliłby wprowadzić translację wizualną pomiędzy Przestrzenią Wirtualną a nami. Musimy, zatem poczekać z naszymi pytaniami.
    Gdy skończyli eksperymenty słońce zaczęło już wschodzić na horyzoncie. Robiło się jasno. Pierwszy obudził się Ulf. Wszyscy jeszcze smacznie spali, więc cicho wstał i udał się do strumyka, by dokonać porannych ablucji. Wrócił na polanę po pół godzinie ciągnąc za sobą dorodny okaz jelenia wirginijskiego. Oprawiwszy go nazbierał chrustu na ognisko i podłożył ogień. W chłodzie poranka ciepło ogniska było jak ożywczy powiew wiatru w upalny dzień. Ogrzewało zmarznięte kończyny i ożywiało niebieskawy krajobraz ciepłymi odcieniami żółci i czerwieni. Ulf wypatroszył swoją zdobycz i nadział ją na sporych rozmiarów rożen. Od czasu pierwszych biesiad z Żarłokiem i Magiem towarzystwo się rozrosło i dwa Bobro-Szopy już by nie wystarczyły, ale też sposób zdobywania pożywienia uległ znacznemu usprawnieniu. Wciąż można było polować i łapać zwierzynę gołymi rękami jak to Ulf zwykł robić, ale w tym przypadku chodziło bardziej o posiłek niż o radość mierzenia się z Naturą. Jeleń pochodził wprost z lasów południowej Walii, które od czasów wojny z robotami obfitowały we wszelką zwierzynę. Ulfa zawsze zastanawiało to, w jaki sposób garstka ocalałych ludzi zdołała ostatecznie pokonać świetnie uzbrojoną armię składającą się z wielu milionów robotów. Teoretycznie ludzkość powinna była przestać wtedy istnieć. W szkole uczono, że Wielka Rada zdobyła kontrolę nad centralnym mózgiem, który sterował wszystkimi robotami i zagroziła jego unicestwieniem, co spowodowało, że roboty złożyły broń. Wielu wierzyło w tę historie, ale nie Ulf. Był zbyt inteligentny, by ulegać propagandzie szerzonej przez głupszych od niego samego. Nie miał wtedy żadnych możliwości sprawdzenia jak było w rzeczywistości, ale założył, że z wielu znanych mu powodów musiało być zupełnie inaczej. Wiedział, że roboty były autonomiczne i decyzje podejmowały samodzielnie, stąd kłamstwo o zdobyciu kontroli nad centralnym mózgiem nie mogło być prawdą. Ocalało dokładnie dziesięć procent populacji, co również wydawało się dość dziwnym przypadkiem. W dodatku ocaleli Ci, którzy stanowili o technicznej wartości cywilizacji a pozostałe funkcjonalnie bezużyteczne jednostki zostały fizycznie wyeliminowane. Ich eksterminacja nie polegała na bezmyślnym zabijaniu. Każdy strzał był precyzyjny i odparowywał ciało w ułamku sekundy. Praktycznie nie było rannych. W niektórych regionach roboty użyły ładunków antymaterii do eksterminacji największych aglomeracji miejskich takich jak Delhi, Szanghaj, Moskwa, Nowy Jork oraz wielu innych, jednak zawsze taki atak poprzedzała seria porwań jakichś szczególnie ważnych naukowców a nawet kucharzy, poetów i w jednym przypadku bezdomnego. Co najdziwniejsze wszyscy porwani zostali odnalezieni po wojnie w doskonałym zdrowiu a bezdomny został pierwszym prezydentem odrodzonej Ziemi. Zastanawiające również było to, że ze szczególną zaciekłością roboty tępiły polityków i biznesmenów. Żaden nie ocalał z pożogi wojennej. Statystycznie powinno ich zostać około dziesięciu procent, ale z jakiegoś powodu roboty uznały ich za najbardziej szkodliwy element i wytępiły jak karaluchy. Ulf lubił studiować stare przekazy i właśnie z nich czerpał swoją wiedzę historyczną. Mimo, iż poszukiwał pewnych kluczowych informacji na niektóre tematy nigdy do nich nie dotarł, gdyż zostały pousuwane z ogólnie dostępnych zasobów. Obecnie mógłby spytać Khana, który na pewno wiedział na ten temat znacznie więcej niż oficjalnie było wiadomo jednak pomimo przystępności i otwartości, jaką Khan prezentował był nieco inny od Maga. Wokół Khana rozciągała się niewidzialna aura charyzmy i autorytetu, której nikt inny nie posiadał. Odrobinę podobny w tym względzie był Ferrus, ale on nie miał swojego dworu i był gościem, co zmiękczało niewątpliwie jego wizerunek.
    - Jeleń Ci się przypali, jeśli będziesz przy nim spał zamiast obracać go nad ogniem, - głos Khana wyrwał Ulfa z zadumy. - Od dawna już nie śpisz?
    - Od godziny szykuję śniadanie. Utknąłem przy jeleniu i zapomniałem o innych specjałach, - Ulf odparł podając Khanowi rękę. - Jeślibyś zechciał sięgnąć do plecaka..., Są tam ze trzy tuziny świeżych jaj. Pomyślałem, że dawno nie jedliśmy jajecznicy na bekonie. Wykroiłem z jelenia odpowiednie kawałki, więc trzeba nam jedynie czegoś w rodzaju patelni i trochę soli. Chyba mam coś takiego w fazolocie.
    Khan skinął głową i poszedł do pojazdu. Po chwili wrócił niosąc płaski, miedziany rondel o średnicy pół metra. Powiesił rondel nad ogniskiem i włożył tłuste kawałki boczku, które Ulf wcześniej przygotował. Po kilku minutach, gdy rondel się rozgrzał, boczek zaczął przyjemnie skwierczeć topiąc się powoli.
    - Nigdy nie byłem kiepski z nauk ścisłych i takie koncepcje jak grupy Liego, przestrzenie nieprzemienne, tensory czy różne teorie pól oddziaływań, nie stanowiły dla mnie problemu, jednak przyznam, że to, z czym mamy ostatnio do czynienia przyprawia mnie o zawrót głowy. Teorie mnożą się jak króliki. Co kilka dni mamy nowy formalizm a w ciągu ostatnich dwóch tygodni mój obraz świata został już kilkakrotnie wywrócony do góry nogami, - Ulf zagadnął Khana. - Teoria holograficzna okazuje się opisywać rzeczywiste struktury, które dotąd nie miały racji bytu. Przestrzeń Wirtualna sama w sobie jest już wystarczająco dziwna, ale to, że jest bezwymiarowa jakoś nie trafia mi do przekonania. Jak Ty się odnajdujesz w tym natłoku nowych informacji?
    - Dziwię się, że masz sobie coś do zarzucenia w kwestii rozumienia świata i nowych teorii, - Khan odparł po namyśle. - Szyszkin i Egon nie wydają się zbytnio przejmować tym, że też z tego już nic nie rozumieją a ponoć są naukowcami najwyższej klasy. Gdyby te wszystkie teorie i nowe formalizmy pojawiały się na przestrzeni dłuższego czasu w sposób ewolucyjny a nie, jak to ma obecnie miejsce, rewolucyjny, pewien jestem, że nie mielibyśmy problemu z ich asymilacją. Na szczęście Uzi i Żarłok dają sobie z tym doskonale radę. Staram się rozumieć rzeczy na poziomie funkcjonalnym a nie formalnym. To mi wystarcza do wyrobienia sobie poglądu na wzajemne związki występujące w przyrodzie. Moim celem jest skuteczne wykorzystanie tego, co mądrzejsi wymyślą i wcale mnie to nie martwi, że nie jestem najmądrzejszy. Zawsze znajdzie się większa ryba, więc uznałem, że względy praktyczne będą wyznaczały granice moich dociekań. Gdy już dotrzemy do ostatecznych rozwiązań znajdę czas, by je poznać i zrozumieć. Rozwiązania przejściowe nie posiadają waloru ostateczności, więc z braku innych musimy ich używać w oczekiwaniu na lepsze. Robię to, co potrafię najlepiej nie oczekując za to nadzwyczajnych honorów, gdyż każdy z nas się stara i musielibyśmy ciągle składać komuś jakieś hołdy za rzeczy, które dla nas zrobił. Jeśli ktoś dokonuje czynów ze wszech miar nadzwyczajnych, to znaczy, że dla niego są one zwyczajne a więc jako takie nie stanowią powodu do oczekiwania jakichkolwiek wyróżnień. Czy Iris jest lepszy czy gorszy od Ferrusa? Każdy z nich jest wyjątkowy, ale każdy z nich ma inne możliwości, więc nie można ich ze sobą porównywać. Dla mnie są doskonale równi i mam nadzieję, że ja dla nich także. Czułbym się dziwnie gdyby było inaczej.
    Ulf spojrzał na dwie bliźniaczki śpiące słodko na materacu Khana.
    - Nie podejmuje się bitwy, której nie można wygrać, - Khan zrozumiał aluzję. - Jeśli nie możesz pokonać wroga przyłącz się do niego a z czasem może go pokonasz. Dotąd myślałem, że jest to problem, ale jak się okazało jedynie mój, więc uznałem, że to ja nie mam racji upierając się przy swoim subiektywnym przywiązaniu do wyuczonych schematów. Tradycja jest wrogiem postępu. Gdyby nasi przodkowie upierali się przy siedzeniu na drzewach, dzisiaj razem byśmy prostowali banany w Afryce zamiast rozwiązywać problemy na skalę globalną. Poza tym kocham je obie jednakowo, więc nie będę za wszelką cenę wybierał tej jedynej, bo tak każe tradycja. A jeśli ktoś tego nie akceptuje to już jego problem. Ma prawo do swoich wyborów, które ja uszanuję o ile nie będą ograniczały mojej wolności wyboru.
    - Byłeś wychowany na Ziemi w dość tradycyjnym paradygmacie uznawanym przez Gildię i wieki rozwoju tak zwanej kultury, - Ulf odparł. - Na pewno Twoje obecne poglądy nie mieszczą się w tych ramach. Czy nie czujesz, że sprzeniewierzasz się wszystkiemu, czego Cię nauczono?
    - Człowieka można nauczyć dowolnych rzeczy i wpoić mu dowolne wartości. Większość nigdy nie wyjdzie poza ramy tej nauki i zawsze będzie bezmyślnie uznawać, że wie lepiej. Rzadko kto wpadnie na pomysł, że to, co ma w głowie jest w gruncie rzeczy wytworem cudzego intelektu a nie własnej pracy nad sobą. Mnie również przez długi czas taka myśl nie zaświtała w głowie. Musiałem jednak sukcesywnie odrzucać wszystkie poglądy, gdyż stwierdziłem, że tak naprawdę wcale nie były moje. Ktoś mi je dał i powiedział, że są słuszne i dobre, ale nie powiedział, dlaczego. Tego właśnie musiałem się dowiedzieć. Część z tych poglądów znalazła uzasadnienie, ale większość musiałem zastąpić nowymi, które wynikały z moich własnych doświadczeń i przemyśleń. Nauczyłem się nie ufać niczyim poglądom i zawsze mieć własny osąd w istotnych kwestiach. Właśnie ostatni okres był dla mnie przełomem, którego bardzo potrzebowałem, by wyrwać się z okowów tego, co mi wpojono za młodu. Czuję się tak jakbym się narodził na nowo. Ty nie miałeś nigdy takich dylematów, gdyż na Zaxor, od dziecka się wszystkim wpaja to, do czego ja musiałem dochodzić przez całe swoje życie. Korzyść z tego jest taka, że jestem świadomie odporny na wszelką indoktrynację.
    - Miałem Cię za sztywnego gościa o przerośniętym ego, ale widzę, że rzeczywistość jest inna niż się wydawało, - Ulf był zdziwiony, że wychowanie ziemskie czyniło z ludzi niewolników. - Wyzwolić się samemu z okowów mentalnego zniewolenia, z pewnością nie jest łatwo. Skoro Tobie się udało czemu inni nie odnoszą sukcesów na tym polu?
    - Bo system wciąż poddaje ich presji i poprzez odpowiednio dobierane informacje utwierdza ich w istniejącym ładzie. Tylko jednostki poddane terapii wstrząsowej, jak ja dostrzegają, że rzeczywistość jest inna niż im wpojono.
    Boczek powoli zaczął się przyrumieniać, więc Ulf sięgnął do plecaka i wbił wszystkie jaja do rondla. Khan sięgnął do odświeżacza i wyjął dwa wielkie, pachnące bochny chleba. Połamał je na tyle kawałków ilu było potencjalnych biesiadników i wlał wodę z garnka do kubków z kawą. Mieszanina zapachów jajecznicy na boczku, aromatycznej kawy, i świeżego chleba, niosła się daleko poza granice polany. Wszystkie śpiochy zaczęły się budzić i rozglądać za źródłem tych wspaniałych woni. Jajecznica została podzielona na wszystkie talerze i doręczona każdemu z osobna. Przez kwadrans polanę wypełniały jedynie dźwięki mlaskania i próśb o dokładkę. Gdy skończyła się jajecznica, Ulf zaczął dzielić jelenia, który zdążył już się upiec na złoty kolor. Podczas gdy wszyscy zajadali się pieczonym mięsem, Uzi, który nie był obarczony genetyczną skłonnością do obżarstwa przekazał najświeższe wnioski z przeprowadzonych eksperymentów. Nikt mu nie przerywał, więc rozwinął skrzydła swojej elokwencji i w kwiecistych słowach opisał wszystko, co się zdarzyło. Wszyscy żałowali małego Iris za to, że Ekstrapolator uczynił z niego niczego nieświadomego szpiega. Dzięki temu zdarzeniu robaczek zyskał powszechną sympatię. Nawet Samira, która nie przepadała za owadami pozwoliła mu się napić kawy z jej kubka. Iris pozbawiony „zdalnego sterowania” wykazywał znacznie większą mobilność niż poprzednio. Chętnie przysiadał się do każdego, kto wyciągnął ku niemu rękę. W końcu jednak wrócił na swoją miękką szmatkę na ramieniu Uziego i zasnął. Żarłok poprosił Maga i Ulfa, by po śniadaniu zajęli się korektą zmian wprowadzonych do obwodów Ekstrapolatora przez Atolidów. Poprosił też Khana, by udostępnił swój oryginalny Konwerton do badania bozonów „T”. Następnie przeprosił wszystkich i wraz z Uzim wrócił do Gniazda, by zająć się konstruowaniem detektora bozonów „T” na wypadek kolejnego wstrząsu grawitacyjnego. Uzi umieścił sygnet z Konwertonem w ognisku soczewki grawitacyjnej, gdzie powinien działać, jako detektor. Gdy Uzi skierował się do laboratorium, niespodziewanie w niewielkiej odległości od Konwertonu w powietrzu utworzyła się połyskująca kula o średnicy kilku metrów, po czym zniknęła równie nagle jak się pojawiła. Natychmiast przykuło to uwagę Uziego. Chwilę czekał na powtórzenie się zjawiska, ale kula już nie wróciła. Zamierzał wspomnieć Żarłokowi o tym dziwnym zjawisku, ale w tej samej chwili usłyszał w głowie głos Poszukiwacza.
    - Tyle tu tych wszystkich przełączników, że przez pomyłkę uruchomiłem generator Tauronów zamiast przełączyć akcelerator na spowalnianie szybkich cząstek. Mam nadzieję, że jesteś cały, - Żarłok martwił się o Uziego. - Muszę bardziej uważać na swoje skrzydła. Czasem są mało precyzyjne.
    - Nic mi nie jest, - Uzi skwitował krótko. - Włącz akcelerator ponownie i choć tu do mnie. Mamy ciekawe zjawisko.
    Żarłok znał Uziego i wiedział, że żarty nie są jego mocną stroną, więc zrobił to, o co go Uzi poprosił a następnie szybko udał się na poziom akceleratora. Gdyby nie to, że Żarłok nie musiał oddychać można by powiedzieć, że się zziajał z pośpiechu. Wpadł do pomieszczenia i stanął jak wryty.
    - Mamy generator ogromnych baniek mydlanych, - wycedził powoli patrząc na przezroczystą kulę unoszącą się tuż nad podłogą. - Czy Konwerton znajduje się w ognisku soczewki?
    - Moje obserwacje wskazują, że jest to jakiś rodzaj tunelu, - Uzi powiedział niepewnie. - Nie wiem jednak, dokąd on prowadzi. Musimy to zbadać.
    Obaj szybko sprowadzili sprzęt pomiarowy i ustawili go na wprost bańki. Gdy mierniki zakończyły procedurę autokalibracji zaczęły mierzyć to, co tylko zdołały. Miernik krzywizny przestrzeni wskazywał zupełne zero na wszystkich zakresach. Wartości stałej Pi nie dało się w ogóle określić, jakby zawartość bańki nie posiadała jakiejkolwiek geometrii. Pomiar wartości stałej Plancka również dawał bezsensowne wyniki, za to prędkość światła osiągała wartość nieskończoną, co sugerowało, że cokolwiek znajdowało się w bańce nie było przyczynowe, czyli zdarzenia mogły następować bez przyczyny, która mogła ewentualnie pojawić się dużo później lub wcale. Wszystko wskazywało na to, że przez przypadek Żarłok otworzył tunel prowadzący wprost do Przestrzeni Wirtualnej lub jakiejś innej przestrzeni bezwymiarowej. Zarówno Uzi jak Żarłok nie mieli chwilowo nic do powiedzenia. Patrzeli na przyrządy usiłując racjonalnie wyjaśnić ich wskazania.
    - Uwzględniając strukturę Konwertonu nic takiego nie powinno się zdarzyć, - Uzi zaczął niepewnie. - Bombardując go Tauronami powinniśmy uzyskać cząstki o masie Plancka a nie tunel o nieokreślonej geometrii. To się zupełnie nie zgadza z teorią.
    - Ale skoro już jest to musi istnieć wyjaśnienie! - Żarłok był również zbity z tropu. - Wykonajmy jakiś prosty eksperyment. Na przykład wrzućmy coś niedużego do bańki.
    Żarłok sięgnął do jednej z szuflad i po chwili w kierunku bańki poszybował niewielki pojemniczek z wizerunkiem Poszukiwacza na wieczku. Obaj obserwowali jego lot jakby w zwolnionym tempie. Przekroczywszy powłokę bańki pojemnik zaczął wirować i po chwili w mgnieniu oka pomknął w głąb tunelu. Jedynie miernik stałej struktury subtelnej na chwilę wskazał wartość różną od nieskończoności. Wskazania pozostałych mierników ani drgnęły. Przez chwilę nic się nie działo. Żarłok chciał już wrócić do laboratorium, by wyłączyć akcelerator, gdy z bańki nagle wypadł na podłogę ten sam pojemniczek, który tam wleciał minutę wcześniej. Pirometr Uziego wskazał, że pojemniczek jest bardzo zimny. Po kilku minutach, gdy pojemnik się ogrzał Uzi podniósł go i obejrzał ze wszystkich stron. Sam pojemnik się nie zmienił, ale wizerunek Poszukiwacza owszem. Głowa ptaka patrzyła w przeciwną stronę niż powinna.
    - Rysunek został odwrócony, - Uzi rzekł podsuwając pudełeczko Żarłokowi pod dziob. - Jest odwrócony z lewej na prawą jakby przeszedł po pętli Moebiusa.
    - Rzeczywiście, - Żarłok potwierdził. - Dziwne, że w ogóle do nas powrócił. Spodziewałem się, że już go nie zobaczymy. Taka przestrzeń z naszego punktu widzenia jest nieskończona, więc jak pudełko mogło znaleźć drogę powrotną bez czyjejkolwiek pomocy?
    - Chyba, że ktoś jednak pomógł mu wrócić, - Uzi szybko wyciągał wnioski. - Jeśli jest to Przestrzeń Wirtualna to można się tam spodziewać Atlantów. Zróbmy, zatem kolejny eksperyment. Ubierzmy pudełko w skafander ochronny w komorze przebrań i zobaczmy, co się stanie.
    W kilka chwil pudełko otrzymało powłokę ochronną i ponownie poszybowało w nieznane. Znów minęło kilka minut, zanim pudełko powróciło. Było zimne jak poprzednio, ale tylko z wierzchu. Wnętrze było ciepłe jak przed wejściem w obszar bańki. Uzi złapał pudełko swoimi szczypcami i obejrzał pospiesznie. Rysunek znów został odwrócony. Wyglądał teraz jak na początku.
    - Powłoka ochronna nie stanowi przeszkody dla mieszkańców bańki, - Żarłok zauważył. - Nic w tym dziwnego skoro cała przestrzeń bańki jest nieprzyczynowa. Mogą zrobić każdą transformację zupełnie bezkarnie. Ciekawe czy żywa istota mogłaby się przenieść w Przestrzeń Wirtualną poprzez naszą bańkę. Jeśli tak to w prosty sposób zrobiliśmy coś, do czego Atlanci potrzebowali całej Machiny Kosmologicznej.
    - Zapominasz, że ta machina służy również do manipulacji Biegunami Energetycznymi, - Uzi zaoponował, - Choć z drugiej strony jest całkiem możliwe, że właśnie poprzez Przestrzeń Wirtualną - jak Ekstrapolator wspomniał - Bieguny trafiają do Nicości.
    - Rzeczywiście! - Żarłok sobie przypomniał słowa Ekstrapolatora. - Powiedział dokładnie tak: „Bieguny muszą zająć ściśle określone pozycje w przestrzeni i czasie lokalnym, by móc je ostatecznie scalić. W tym celu muszą zostać dostarczone do Komory Dryftu Wektorowego, skąd zostaną skierowane we właściwe miejsca poprzez Przestrzeń Wirtualna, gdzie zostaną skorygowane ich parametry. Każdy z Biegunów Energetycznych zostanie poddany procesowi dewektoryzacji a następnie zostanie ponownie spolaryzowany i przeniesiony w Nicość, gdzie wraz z trzecim Biegunem odtworzą podstawowy Trójkąt Energetyczny”. Właśnie w ten sposób nasze pudełko, mimo iż było w powłoce ochronnej zostało obrócone. W Przestrzeni Wirtualnej nastąpiła dewektoryzacja a następnie repolaryzacja pudełka. Dokładnie takiego efektu należałoby się spodziewać w przypadku Biegunów Energetycznych. Jako że pudełko nie dysponowało własnym wektorem czasu wróciło tam, gdzie wniknęło do Przestrzeni Wirtualnej a Bieguny dzięki swoim wektorom czasowym same określą punkt wyjścia, gdy znajdą się w Przestrzeni Wirtualnej. Sądzę, że zanim dwa Bieguny opuszczą Przestrzeń Wirtualną trzeci zostanie do niej wciągnięty na mocy niezrównoważenia energii. Gdy już się to stanie wszystkie trzy zostaną zwrócone do Nicości, by ostatecznie zrekombinować bądź ustalić konfigurację, w której osiągną równowagę. Wobec faktu, że sygnet Khana posiada drobny fragment jednego z Biegunów, wzajemne oddziaływania spowodują ustalenie równowagi energetycznej zamiast rekombinacji Biegunów. Nasuwa się jednak pytanie, co stanie się z mieszkańcami Przestrzeni Wirtualnej, gdy wszystkie Bieguny się tam znajdą jednocześnie? Wspólna emisja bozonów „T” może całkowicie wyjałowić Przestrzeń Wirtualną z mieszkańców.
    - Abstrahując od moralnej strony zagadnienia, - Uzi się wtrącił, - mieszkańcy Przestrzeni Wirtualnej nie mają nic wspólnego z tym, co ma się stać z Biegunami. Tę część załatwia struktura samej przestrzeni. Z technicznego punktu widzenia jest nam całkowicie obojętne czy oni tam są czy nie. Po co, zatem wybudowali tak skomplikowane urządzenia skoro problem da się rozwiązać zwykłym akceleratorem fazowym. Czy stoi za tym ich niewiedza czy też urządzenia mają służyć do czegoś więcej?
    - Zapominasz Uzi, - Żarłok przypomniał, - że my uzyskaliśmy dostęp do Przestrzeni Wirtualnej jedynie przez przypadek, którego na razie nie rozumiemy. Może Atlanci nie mieli tyle szczęścia, by przypadkiem natknąć się na proste rozwiązanie i zrealizowali swój plan zgodnie z inżynierska poprawnością bez chodzenia na skróty. Nam się to udało tylko nie wiemy, w jaki sposób. Musimy się jak najszybciej tego dowiedzieć. Jedno jest pewne. Ekstrapolator coś kombinuje z Atolidami i niestety też nie mamy pewności, o co im chodzi.
    - Właśnie przyszło mi do głowy, w jaki sposób Atolidzi generują Taurony niszczące Przestrzeń Wirtualną. - Uzi wszedł Żarłokowi w słowo, - za każdym razem, gdy przechodzi impuls grawitacyjny zmienia się poziom energii próżni. Zmiana poziomu energii, czyli przejście fazowe przyspiesza stacjonarne bozony „T” obecne w przestrzeni i kieruje je do Przestrzeni Wirtualnej a tam czynią spustoszenie wśród tubylców. Impuls grawitacyjny nie jest przeznaczony dla nas. To tylko efekt uboczny uderzenia w Przestrzeń Wirtualną.
    - Możesz mieć rację, - Żarłok spojrzał na Uziego z uznaniem. - Przełączę akcelerator w tryb spowalniania szybkich cząstek, bo nowy impuls grawitacyjny może już być w drodze. Szkoda byłoby stracić te pomiary. Mogą potwierdzić Twoją teorię.
    Żarłok opuścił pomieszczenie i udał się do laboratorium, gdzie dokonał odpowiednich przełączeń. Uzi dla pewności sprawdził jeszcze raz wszystkie połączenia i ustawienie pierścienia w ognisku soczewki grawitacyjnej. Wszystko było w porządku, więc ruszył w kierunku laboratorium i nagle stanął w pół kroku. Po chwili się odwrócił i podszedł do soczewki grawitacyjnej. Zza jej obejmy zajrzał w ognisko, gdzie spoczywał sygnet. Przyglądał mu się przez całe dziesięć sekund, po czym popędził, co sił do laboratorium. Wpadł do pomieszczenia jak bomba aż Żarłok się przestraszył.
    - Już wiem, już wiem! - Uzi od wejścia wołał. - Wiem czemu mamy dostęp do Przestrzeni Wirtualnej. Czy pamiętasz co zrobiliśmy z Konwertonem, gdy Khan wybierał się po raz pierwszy do jaskini Ekstrapolatora?
    - Nie bardzo…, - Żarłok odparł po chwili namysłu. - Wydaje mi się, że skopiowaliśmy go, by móc zbadać jego zawartość. Tak! Dzięki temu mogliśmy Khanowi podpowiadać, co się znajdowało w bibliotece zawartej w Konwertonie.
    - Niedokładnie, - Uzi sprostował. - Khan poprosił o topologiczne odwrócenie inkluzji „na lewą stronę”, bo sądził, że to pomoże otworzyć właz do jaskini. Gdzieś tutaj powinna się znajdować nieodwrócona kopia Konwertonu. W soczewce znajduje się właśnie ten odwrócony sygnet. Sprawdziłem, że ma chitynowy kolor podczas gdy nieodwrócony Konwerton jest czarny.
    - Rzeczywiście! - Żarłok zeskoczył ze swojej poręczy i zaczął gorączkowo czegoś szukać. - Mam go! - Krzyknął tryumfalnie pokazując dziob, w którym trzymał czarno połyskujący sygnet. - Uzi jesteś genialny. Złapaliśmy Ekstrapolator za gardło.
    - Przeanalizowałem konsekwencje takiej zamiany, - Uzi przerwał Żarłokowi, - i doszedłem do wniosku, że teorię dokładnie potwierdza nasze doświadczenie. Mamy dostęp do Przestrzeni Wirtualnej! Jest tylko jeden problem.
    - Co masz na myśli? - Żarłok słuchał z uwagą.
    - To Ekstrapolator ma teraz oba Bieguny u siebie a my nie mamy nic. Dostał Quadrium i Bieguny i w zasadzie może mieć nas w nosie.
    - Nie do końca, - Żarłok zaprzeczył. - Nie ma Medium, które może uruchomić proces.
    - O ile, w ogóle, takie Medium jest mu potrzebne, - Uzi nie brzmiał już tak radośnie. - Mam niejakie wątpliwości czy niejasny opis Medium nie miał jedynie odwrócić naszej uwagi od tego, co faktycznie się dzieje. My szukamy Medium a w tym czasie Atolidzi, nie niepokojeni realizują swój plan. Trzeba by to sprawdzić. Jest jeszcze jedna sprawa, którą właśnie skojarzyłem. Sygnet Khana został odwrócony, gdy wszczepiono w niego Konwerton. Początkowo przypuszczaliśmy, że to Ekstrapolator dokonał tej operacji, ale jeżeli prześledzimy tok dyskusji przy pierwszym spotkaniu z nim to wygląda jakby niewiele wiedział początkowo o zawartości Konwertonu. Mógł się wszystkiego dowiedzieć o nas i celu wizyty skanując umysł Khana i jego towarzyszy. Dopiero w trakcie dyskusji się rozkręcił jakby skanował zawartość Konwertonu. Khan miał go na palcu podczas tej wizyty, więc Ekstrapolator mógł mieć dostęp do informacji w nim zawartych.
    - Nie pomyślałem o tym, - przyznał Żarłok. - Rzeczywiście rozmowa była początkowo jakby drętwa. Również niezbyt chętnie Ekstrapolator się zgodził na zwiedzanie swoich włości. Ciekawe, czego nie pokazał? Wszystko zaczyna się układać wreszcie w logiczną całość, choć brakuje jeszcze prawdziwego celu, jaki realizują Atolidzi wraz z Ekstrapolatorem. Chodźmy na zewnątrz. Może Mag z Ulfem coś nam powiedzą w tej kwestii. Od rana grzebią w obwodach Ekstrapolatora.
    Poranek na zewnątrz wciąż był młody. Słońce stało jeszcze nisko na wschodzie. Od zachodu widać było sporo chmur zwiastujących deszcz.
    - Za kilka godzin będzie ulewa, - Ferrus stwierdził patrząc w niebo. - Trzeba będzie zabezpieczyć sprzęt i schować się do Gniazda.
    - Nie lubisz kąpieli Lucek? - Hera pozwoliła sobie na żart. - Ja bym się rozebrała i tańczyła w deszczu.
    - Odradzam, - Khan się wtrącił. - Tutejsze ulewy bywają gwałtowne i towarzyszą im silne wiatry. Porwałyby takie piórko jak Ty i zaniosły na koniec świata. Jakiś dzikus pewnie by się ucieszył z takiego ładnego prezentu. - Khan podniósł wzrokiem rąbek spódnicy Hery odsłaniając nieznacznie jej zgrabny pośladek.
    Mógł zrzucić ten uczynek na powiew wiatru, ale chciał dać Ferrusowi do zrozumienia, że ma świetny gust wybierając właśnie Herę. Ferrus to zauważył kątem oka i nieznacznie pogroził Khanowi palcem uśmiechając się przy tym porozumiewawczo. Mag i Ulf siedzieli na długim pniu zwalonego drzewa zanurzeni w kontemplacji. Wciąż grzebali we wnętrznościach Ekstrapolatora. Żarłok nie chciał im przeszkadzać, więc poprosił o uwagę wszystkich przytomnych i opowiedział o porannych dokonaniach Uziego. Wzbudził tym niemałe zainteresowanie, lecz nikt nie potrafił dodać nic konstruktywnego do wniosków, jakie zostały dotąd wysnute.
    - Stąd Ekstrapolator nie komunikuje się z nami od kilku dni, - Khan zgodził się z przemyśleniami Uziego i Żarłoka. - Kręci na boku swoje interesiki a my się uganiamy za jakimś Medium. W dodatku zupełnie nie wiemy, jaki los jest nam przeznaczony. Wcale mi się to nie podoba. Nasze działania wyprzedzają nasze myśli. Za bardzo ufamy tym, których zupełnie nie znamy a jedynie wydają się być wiarygodni. Przydałaby się nam Komórka Kontrwywiadu. Przypomina mi się taka stara przypowieść o wróbelku, którą zapewne wszyscy znacie.
    - Nigdy nie słyszałam tej przypowieści, - Aurora stwierdziła z przekonaniem. - Opowiedz ją, proszę. - Zrobiła przy tym tak słodkie oczy, że aż wszystkich rozbawiła.
    - Wróbelek to taki nieduży, miły ptaszek, - Khan zaczął opowiadać. - Pewnego razu skakał sobie po łące zbierając nasionka. Był tak zajęty, że nie zauważył, kiedy duża krowa stanęła nad nim i sobie ulżyła. Jej depozyt zwany plackiem spadł prosto na biednego wróbelka. Z wielkim trudem ptaszkowi udało się wystawić dziobek nad powierzchnię i zaczął rozpaczliwie ćwierkać wołając o pomoc. Szukający jedzenia kot, który był w sąsiedztwie usłyszał rozpaczliwe wołanie wróbelka. Przyjrzał się śpiewającemu plackowi i dostrzegł ptaszka. Złapał go zębami za dziobek i wyciągnął na powierzchnię. Szczęśliwy wróbelek otrzepał się z pokrywających go resztek i zaśpiewał najpiękniej jak tylko potrafił dla swojego wybawcy. Gdy skończył śpiewać kot niezwłocznie zjadł wróbelka i poszedł szukać następnej ofiary.
    - Cóż za okrutna przypowieść, - Mei się skrzywiła. - To okropne tak potraktować kogoś, kto jest taki fajny jak wróbelek.
    - Okrutna, ale i pouczająca, - odparł Khan. - Płyną z niej trzy wnioski. Po pierwsze: Nie każdy, kto Cię skrzywdzi jest Twoim wrogiem. Po drugie: Nie każdy, kto Cię z biedy wyciągnie jest Twoim przyjacielem, i po trzecie:, Gdy już tkwisz w kłopotach po uszy, to zamknij dziób i siedź cicho.
    - Cóż za bezsensowne wnioski! - Szyszkin się odezwał. - A co to ma wspólnego z nami?
    - My, niestety jesteśmy jak ten wróbelek, - Khan stwierdził z przekonaniem. - Atlantowie wpakowali nas niechcący w kłopoty, z których Ekstrapolator nas wyciągnął a w każdym razie uwierzyliśmy w jego dobrą wolę. Teraz tylko czekamy aż nas zje. Zamiast siedzieć cicho i badać sytuację na własną rękę szukamy wszędzie sprzymierzeńców a jak na razie trafiliśmy jedynie na wrogów. Tak oto przypowieść ma się do naszej sytuacji. Musimy być ostrożniejsi i mniej ufni. Proponuję, by w pierwszym rzędzie odzyskać kontrolę nad Biegunami Energetycznymi. Jeśli nam się to uda będziemy mieli przewagę nad Atolidami.
    - Ale Bieguny już wysłaliśmy do Machiny Kosmologicznej, - Hera się wtrąciła. - Jak chcesz je teraz odzyskać?
    - Plan jest bardzo prosty…, - Khan zmrużył oczy by się lepiej skupić. - Musimy stworzyć realistyczne kopie Biegunów z Transmutalu. Powinny do złudzenia przypominać oryginały. Cofniemy się z nimi do czasu, zanim wysłaliśmy je do Ekstrapolatora i podmienimy oryginały na nasze kopie a oryginały dobrze zamaskujemy. Nieświadomi niczego w przeszłości wyślemy nasze kopie a oryginały powinny się teraz znajdować w tunelach Ośrodka Archeologii Pozaziemskiej. W Thevion mają kabinę teleportacyjną, której moglibyśmy użyć do przetransportowania Biegunów na Zaxor. Nie była dawno używana, lecz jest w pełni sprawna. Stoi w magazynie „F” w podziemiach. Wystarczy ją podłączyć do zasilania i gotowe.
    - Podoba mi się ten plan i nie jest skomplikowany, - Ferrus chciał się od razu zabrać za jego realizację. - Musimy tylko wykonać kopie z Transmutalu, by się waga mniej więcej zgadzała.
    - Tym się zajmie Ulf z Magiem. Mają doświadczenie i odpowiednie fabryki na Zaxor, - Khan uspokoił nieco zapędy Ferrusa. - Jeszcze dzisiaj będziemy mieli te kopie. Trzeba jedynie oderwać ich od pogaduszek z Ekstrapolatorem.
    Khan nawiązał kontakt telepatyczny z Magiem i Ulfem i poinformował ich o nowym zadaniu. Obaj wycofali się z połączenia i wrócili do rzeczywistości.
    - Ależ tam jest istna stajnia Augiasza, - Ulf złapał się za głowę. - Wyczyściliśmy jedną warstwę poprawek a pod nią była kolejna. Ją również wyczyściliśmy, ale jeszcze pozostały korekty, które trzeba zastąpić oryginalnym programem. W archiwach Ekstrapolatora znaleźliśmy oryginalne wersje i mieliśmy je zaimplementować, gdy Khan nam przerwał.
    - Wyprodukowanie kopii zajmie nam około dwóch godzin, - Mag zadeklarował. - Zabieramy jadło i napoje i ruszamy. Czy możemy pożyczyć Twój sferocykl, Samiro?
    - Tylko go nie zepsujcie, - Samira spojrzała groźnie. - Uważajcie na siebie. - Dodała łagodniejszym tonem. Ale, po co Wam pojazd? Nie możecie się teleportować?
    - W zasadzie moglibyśmy, ale jest pewien problem…, - Mag się zastanawiał przez chwilę. - Kompleksy były budowane z bardzo niewielkim nadzorem stąd nie jestem pewien gdzie geograficznie znajduje się główna sterownia. Szczerze mówiąc może być gdziekolwiek na planecie a nawet poza nią. Nigdy tego nie sprawdziłem. Mając pojazd wjeżdżamy główną bramą i trafiamy tam gdzie chcemy bez zbędnych kłopotów. Teraz, kiedy wszyscy mamy lokalizatory moglibyście śledzić nasz ruch i dowiedzielibyśmy się gdzie się naprawdę znajdują pomieszczenia należące do kompleksu. Sam jestem tego ciekaw...
    - Włączam, zatem śledzenie Waszych lokalizatorów, - Uzi mrugnął zieloną lampką na korpusie i dwa punkciki zamrugały na mapie holograficznej, którą włączył. - Teraz już się nie zgubicie.
    Mag i Ulf załadowali potrzebny sprzęt i wsiedli na pojazd Samiry. Mag wyraźnie się cieszył z przejażdżki. Teleportacja nie daje takich wrażeń i nie czuć wiatru we włosach. Wolał tradycyjny sposób podróżowania. Machnął ręką na pożegnanie i wcisnął gaz do oporu. W ciągu kilku sekund pojazd zniknął za horyzontem. Na mapie Uziego punkciki przesuwały się szybko na południowy wschód. Pojazd dotarł do bramy kompleksu numer trzy. Procedura wjazdowa odbyła się dokładnie tak samo, jak poprzednim razem. Po pięciu minutach znaleźli się w centrum sterowania procesami. Ulf podłączył aparaturę i zapadł w sen. Mag podłączył się do urządzeń i rozpoczął procedurę sprawdzania. Ostatnie naprawy kilku sekcji akceleratora zostały poprawnie zakończone a sprawne sekcje włączone ponownie do głównego pierścienia. Wszystko działało jak należy. Zapasy Anodium kończyły się, gdyż od dwóch tygodni nie było dostaw z Cristal. Mag wydał odpowiednie polecenia i produkcja ruszyła. Szacowany czas wykonania to dwie godziny. Mag się odprężył i śladem Ulfa również zasnął. Mapa Uziego pokazywała lokalizację na bieżąco, lecz w chwili, gdy pojazd dotarł do kompleksu namiary lokalizatorów zniknęły z mapy. Khan przez chwilę patrzył na ekran po czym spojrzał pytająco na Uziego.
  • #30
    yego666
    Level 33  
    =========== Odcinek 29 ============

    - Lokalizatory mogły się zepsuć, - Uzi wyjaśnił, - ale to raczej mało prawdopodobne, by zepsuły się oba jednocześnie. Należy założyć, że znajdują się poza zasięgiem, czyli... gdzieś w innym wymiarze przestrzennym lub czasowym. Mogę zamienić osie układu miejscami, ale przekrój czasowy będzie dotyczył tylko wybranego punktu w przestrzeni.
    Zamiana osi nic nie dała, gdyż lokalizatory nadal milczały. Uzi zbadał oś czasową w odległości kilku miliardów lat w przód i w tył, ale rezultat wciąż był taki sam. Pozostało czekać aż Ulf i Mag opuszczą kompleks z podrobionymi Biegunami. Potem Uzi wmontuje emiter ultrafioletu, który będzie podświetlał Konwerton na niebiesko bądź malinowo, gdy się go przybliży do falsyfikatów. Dokładnie po dwóch godzinach lokalizatory ponownie pojawiły się na mapie. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Powrotna droga zajęła o wiele więcej czasu, gdyż podróbki były bardzo ciężkie i trzeba było się z nimi delikatnie obchodzić. W końcu jednak dotarli na polanę i zaprezentowali swoje dzieła. Wyglądały dokładnie jak oryginały. Uzi przyniósł jakiś bardzo specjalistyczny przyrząd i za jego pomocą umieścił odpowiednie promienniki w kulach. Khan nie miał jak sprawdzić ich działania gdyż swój sygnet oddał Uziemu do eksperymentów. Na szczęście Żarłok przyniósł jedną z kopii i sprawdził, że faktycznie generatory podświetlają Konwerton właściwymi barwami. Można było, zatem wysłać falsyfikaty w przeszłość. Khanowi i Ferrusowi zajęło to dokładnie pół godziny. Oryginały zamaskowali a kopie ustawili na ich miejscu. Gdy wrócili z przeszłości mogli być pewni, że oryginały wciąż znajdują się w podziemiach Ośrodka Archeologii Pozaziemskiej. Trzeba je było jedynie przetransportować na Zaxor. Samira i Mag udali się sferocyklem a Ulf z Ferrusem, fazolotem do Thevion, gdyż Bieguny nie mogły się znajdować zbyt blisko siebie. Khan i Gonzales udali się do podziemi Ośrodka Archeologii i wyekspediowali oba Bieguny w odstępie dziesięciu minut. Następnie zmienili kod do kabiny teleportacyjnej, by nikt poza nimi nie mógł z niej skorzystać. Gdy wrócili na Zaxor, Bieguny były już w drodze do Gniazda. Pozostało je tylko dobrze ukryć w pewnym oddaleniu od siebie. Szczęśliwie Szyszkin znał nieco okolicę, gdyż w wolnym czasie poszukiwał ciekawych okazów miejscowych minerałów i odkrył kilka niezbyt dużych jaskiń. Po ich sprawdzeniu i zabezpieczeniu przed niepowołanymi gośćmi oba Bieguny zostały w nich złożone.
    - Kiedy odeślemy Bieguny? - Ferrus zapytał. - Nie mogą tu długo leżeć.
    - Nie wiemy, kiedy będzie właściwy moment, - Żarłok odparł. - Musimy zbadać pamięć Ekstrapolatora, by się dowiedzieć co jego zmodyfikowane procedury miały zrobić. Jeśli Przestrzeń Wirtualna jest tak wrażliwa jak sądzimy to wysłanie do niej Biegunów zniszczy zupełnie jej mieszkańców. Najpierw trzeba by ich stamtąd usunąć a dopiero wtedy wysłać Bieguny.
    - Wydaje mi się, że Atlanci byli na tyle mądrzy, że musieli mieć świadomość, iż Przestrzeń Wirtualna nie jest bezpiecznym miejscem, - Mag dodał. - Wobec tego skłaniam się ku wnioskowi, że trafili do tej przestrzeni nie z własnej woli.
    - Ciekawy punkt widzenia, - Hera włączyła się do rozmowy, - tylko, kto, lub co mogło ich zmusić do wejścia w niebezpieczną przestrzeń?
    - Jedyne, co mi przychodzi do głowy to spisek Estymatora z Atolidami, - Samira się ożywiła, - i opanowanie przez nich Ekstrapolatora, który wykonał za nich brudną robotę. Potem Atolidzi i Estymator podzielili strefy wpływów w wyniku, czego Estymator otrzymał Ziemię a Atolidzi otrzymali Iris z przyległościami, na których i tak rezydowali już od dłuższego czasu, jako więźniowie lub wyrzutki społeczeństwa Atlantów. W jakiś sposób przedostali się na Ziemię i ułatwili zadanie Estymatorowi, który i tak chciał unicestwić Atlantydę, by się pozbyć zagrożenia ze strony swoich twórców.
    - Całkiem zgrabny scenariusz, który jest w dodatku poparty świadectwem Porzuconych z Iris oraz badaniami Przestrzeni Wirtualnej wykonanymi przez nas w nocy, - Żarłok spojrzał z uznaniem na Samirę. - Pozwala on przypuszczać, co ma nastąpić później.
    - A co ma nastąpić później? - Spytał Ulf ziewając. - Powinni odesłać Bieguny niszcząc swoje ofiary w Przestrzeni Wirtualnej... a skoro nie mają Biegunów, mogą się zrobić nerwowi tym bardziej, że coś szykują na Iris. Te wzmożone transporty ich obywateli nie były zapewne ćwiczeniami przeciwpożarowymi. Widzę dwie możliwości. Na Iris ma się coś wydarzyć to pewne, tylko nie mam pojęcia, co.
    - Idąc tropem Twojego rozumowania, - Khan ciągnął myśl Ulfa, - należałoby się zastanowić, czy Machina Kosmologiczna, której Atolidzi używają do generowania wstrząsów grawitacyjnych nie jest tak skonfigurowana, by najpierw wyekspediować Bieguny do Nicości poprzez tę przestrzeń niszcząc wszystko, co się w niej znalazło a następnie wysłać tam wszystkich Atolidów.
    - Brzmi rozsądnie, - Żarłok zgodził się z przedstawionym tokiem rozumowania, - pozostaje jedynie ustalić, kiedy Bieguny powinny wrócić do Nicości i scenariusz się zamknie.
    - Musimy, zatem wyznaczyć obszary działania, - Mag zaproponował. - Powinniśmy sprawdzić, co dzieje się na Iris oraz dokończyć przywracanie Ekstrapolatora do pierwotnego stanu. Te dwie rzeczy wydają się ściśle ze sobą powiązane. Na Iris mają identyczny sprzęt z tym, jaki jest w Atlan-Tum. Ciekawe czy Ekstrapolator zarządza obydwoma ośrodkami czy też mają swoją własną kopię. Może zdarzenia nabiorą wyrazistości, gdy Ekstrapolator zacznie działać według starych założeń zaprogramowanych przez Atlantów.
    - Masz rację jednak wołałbym, by uzdrawianiem Ekstrapolatora zajęli się Żarłok i Uzi, - Khan przerwał wypowiedź brata. - Ty i Ulf możecie się bardziej przydać na Iris. Poza tym, jeśli zajdzie potrzeba manipulacji dużymi obiektami wolałbym Cię mieć pod ręką.
    Ulfowi najwyraźniej odpowiadał taki układ, gdyż zdecydowanie wolał prace polowe od biurowych, jednak Mag był innego zdania. Uważał, że powinni dokończyć pracę, nad którą spędzili już sporo czasu, i najlepiej się orientują w tym, co należałoby jeszcze zrobić. Żarłok był podobnego zdania, gdyż wraz z Uzim mieli w planie kilka ważnych przedsięwzięć związanych z Przestrzenią Wirtualną. Khan niechętnie uznał ich racje jednak każdy miał prawo do własnej decyzji. Ferrus podsunął Khanowi pewną myśl, która początkowo wydała mu się niedorzeczna jednak po przemyśleniu uznał, że taki układ mógł zaowocować nieoczekiwanymi rezultatami. Podszedł do Aurory i objął ją ramieniem. Dziewczyna się ucieszyła, że wreszcie została zauważona. Khan przedstawił jej pomysł Ferrusa w kilku słowach. W chwilę później Mei również do nich dołączyła i wspólnie wymieniali uwagi na ten temat. Po kilku minutach obie dziewczyny udały się do przebieralni po skafandry ochronne.
    - Miałeś słuszność, - Khan zagadnął Ferrusa. - Dziewczyny bardzo chętnie udadzą się z nami na Iris. Na szczęście nie musimy się już troszczyć o ich bezpieczeństwo. Niech się martwią Ci, którzy im wejdą w drogę. Nie mógłbym marzyć o lepszej broni w razie poważnych kłopotów. Bliźniaczki nawet nie zdają sobie sprawy, jaką mocą władają.
    Aurora i Mei były bardzo podekscytowane perspektywą wyprawy na teren wroga. Dotąd nie wykazały się niczym, za co można by je pochwalić. Mimo, że były jedną i tą samą osobą zachowały cechy charakteryzujące je zanim doszło do ich zjednoczenia. Ulf zasiadł obok Maga w cieniu wielkiego drzewa przypominającego kasztanowiec i wspólnie wrócili do porzuconego zadania. Obaj mieli zamknięte oczy i wyglądali na bardzo skupionych. Mag twierdził, że dwie godziny im wystarczą na dokończenie odtwarzania oryginalnego stanu Ekstrapolatora. Ferrus zaopatrzył się w kilka czepiaków z ładunkami antymaterii i w parę innych użytecznych drobiazgów, które mogły się przydać na Iris. Khan zainstalował na ramieniu rejestrator i transponder umożliwiający komunikację telepatyczną nawet z tak odległego miejsca jak Iris. Uzi skonstruował kilka egzemplarzy, po jednym dla każdego. Aurora i Mei były ubrane w dżinsy i skórzane kurtki, które dodawały im powagi i podkreślały kształty. Khan nie mógł oderwać oczu od bliźniaczek. Ciemne okulary podkreślały powagę misji, w którą się wybierały. Ferrus również był pod wrażeniem, ale wzrok Hery stojącej opodal skutecznie powstrzymywał go przed okazaniem większego zainteresowania.
    - Skaczemy przez planetę tranzytową tak jak poprzednio, - Khan przypomniał dla porządku. - Sprawdzamy ekwipunek i dalej skaczemy na Iris. Zatrzymujemy się kilometr nad grotą Fideliusa.
    - My możemy od razu tam skoczyć bez przesiadki po drodze, - bliźniaczki uśmiechnęły się do Khana, dały mu po buziaku i zniknęły.
    - Tak to jest z kobietami…, - Khan westchnął z rezygnacja. - Nie znoszą żadnej władzy nad sobą.
    Ferrus zniknął zabierając plecak ze swoim ekwipunkiem a Khan skoczył zaraz po nim. Spotkali się w namiocie tlenowym i podniesionym kciukiem zasygnalizowali, że wszystko jest w porządku. Rozejrzeli się po okolicy, by sprawdzić czy nic im nie zagraża, po czym jednocześnie przeskoczyli w umówione miejsce na Iris. Gdy się zmaterializowali ich oczom ukazał się widok, jakiego się nie spodziewali. Trzy ażurowe statki leżały pogruchotane na ziemi a z ich bulwiastych kadłubów buchały płomienie i gęsty dym. Dwa inne statki właśnie zbliżały się do siebie z ogromna prędkością, by w chwilę później zderzyć się i rozpaść na wiele płonących kawałków, które jak deszcz zaczęły zasypywać okolicę poniżej. Zaskoczeni panowie zaczęli poszukiwać bliźniaczek w najbliższej okolicy. W końcu Ferrus wypatrzył je ponad sto metrów powyżej. Zbliżyły się do nich niezwłocznie i z niewinnym uśmieszkiem na ustach stwierdziły, że tubylcy byli nieuprzejmi, gdyż zareagowali na ich pojawienie się salwami ognia z pięciu okrętów, które patrolowały okolicę.
    - Najwyraźniej wzmogli czujność po naszej ostatniej wizycie, - Ferrus zauważył. - Może ich być więcej w okolicy.
    - Jest jeszcze jeden, ale nie jest już groźny, - Mei wskazała palcem na północ. - Ażurowy okręt wirował wokół własnej osi poziomej z zawrotną prędkością.
    W chwilę później siła odśrodkowa rozerwała go na kawałki siejąc po okolicy wybuchającymi gondolami i szczątkami rur wypełnionych plazmą.
    - Teraz już nie ma żadnego w promieniu wielu kilometrów, - Aurora oświadczyła z uśmiechem na ustach. - Możemy zaczynać misję, - dodała wyraźnie zadowolona ze zniszczeń, do jakich doprowadziły.
    - Mieliśmy się dyskretnie rozejrzeć a nie wywoływać katastrofę na samym wejściu, - Khan stwierdził nieco zaskoczony całą sytuacją. - Teraz możemy zapomnieć o spokojnej misji. Już chyba wszyscy wiedzą, co się tutaj wydarzyło.
    - Nikt nie wie, bo zablokowałyśmy transmisję z okrętów na wszystkich kanałach, więc nie mogli się z nikim porozumieć, - Mei się pochwaliła. - Już się nie gniewasz? - Spytała słodkim głosem.
    Trudno było utrzymać powagę w tej sytuacji a co dopiero się gniewać. Khan się rozchmurzył i wskazał odległy kompleks zabudowań ukryty pośród drzew.
    - Cofnijmy się w czasie to nikt nas nie zobaczy, - Ferrus zaproponował. - Nie chcemy już więcej zainteresowania nami, czyż nie?
    Wszyscy cofnęli się o ułamek sekundy w tył i udali się we wskazanym kierunku. Dolatując do kompleksu zauważyli skrzący się od spalających się owadów i zjonizowanych cząstek powietrza mur energetyczny ciągnący się naokoło całego kompleksu. W niektórych miejscach mur był wyłączany na chwilę, by wpuszczać i wypuszczać kręcące się wokół muru pojazdy patrolowe lub dostawcze. Widać było gołym okiem, że coś się dzieje. Grupki umundurowanych Atolidów wędrowały wokół murów pilnie czegoś poszukując lub sprawdzając. Niektórzy prowadzili Szmordaki na długich smyczach. Stwory wyrywały się na wszystkie strony, ale żaden z nich nie był puszczony luzem. Uwagę Khana przykuła wielka konstrukcja w kształcie kopuły najeżona setkami antenowatych wypustek. Sporadycznie pomiędzy sąsiednimi wypustkami przeskakiwały sino-błękitne wyładowania energii. Powoli cała czwórka zbliżyła się do kopuły. Oblecieli ją dookoła, ale nie znaleźli żadnego wejścia. Z bliska kopuła okazała się ażurową konstrukcją pokrytą nieznanym przezroczystym materiałem, przez który było widać jakieś dziwne konstrukcje i pojazdy, wyłaniające się wprost ze ścian budowli. Nie mogąc odgadnąć przeznaczenia tej budowli, podróżnicy postanowili się wznieść wyżej, by spenetrować inny kawałek kompleksu. Dalej znajdowały się dość typowe zabudowania koszarowe, pomiędzy którymi maszerowały kolumny mundurowych. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że wszyscy łażą bez żadnego celu. Niektórzy byli odziani w niebieskie a inni w zielone, lub czarne mundury. Były to zapewne różne formacje wojskowe. Ani kopuła ani inne zabudowania z podziemnymi tunelami i jaskiniami włącznie, nie sugerowały ostatecznego celu, jakiemu cała ta aktywność miała służyć. Mogli tak zwiedzać okolicę przez cały dzień a i tak nie dowiedzieliby się zbyt wiele. Aurora wpadła jednak na pomysł, który mógł dać im wiedzę, jakiej szukali.
    - Jako, że wszyscy mamy skafandry, żadna technika nie może nam wyrządzić prawdziwej krzywdy, więc plan nie jest w zasadzie niebezpieczny, - Aurora rozpoczęła ab ovo. - Pomysł polega na tym, że skoro nie możemy nic wywnioskować z zewnątrz należy dostać się do wnętrza.
    - Ależ to żaden problem, - Ferrus zauważył. - Właśnie tak mieliśmy zrobić.
    - Rzeczywiście, - Aurora odparła, - jednak, w jaki sposób byśmy dotarli do kogoś ważnego? Na ogląd wszyscy są jednakowi a nie damy rady przeskanować głów wszystkim, których napotkamy, czyż nie?
    - Święte słowa, - Khan przytaknął z zainteresowaniem. - Jak, Twoim zdaniem możemy sobie ułatwić zadanie? Zapewne o tym chciałaś powiedzieć...
    - Wylądujemy gdzieś w kompleksie, na przykład w pobliżu kopuły i wdamy się w bójkę z miejscowymi, - Aurora kontynuowała. - Gdy nas złapią, zapewne zabiorą do kogoś, kto doprowadzi nas do dowództwa. Jesteśmy odmienni od nich, więc zainteresowanie z ich strony mamy gwarantowane.
    - Doskonały pomysł, - Khan stuknął się w głowę otwartą dłonią, - że też sam na niego nie wpadłem. Doskonale Auroro, jestem pod wrażeniem.
    - Mam jednak pewną propozycję względem tego pomysłu, - Ferrus się wtrącił. - Nigdy nie wrzuca się wszystkich jaj do jednego koszyka. Jako że nie wiemy do końca czy Atolidzi nie dysponują czymś, co nas zaskoczy na tyle, że moglibyśmy potrzebować pomocy z zewnątrz lepiej byłoby gdybyście obie pozostały na orbicie w ukryciu i w razie problemów mogłybyście pospieszyć nam na ratunek. Khan i ja wystarczymy jako przynęta.
    - Zgadzam się z Ferrusem w zupełności, - Khan dodał z przekonaniem. - Będziemy w stałym kontakcie telepatycznym, więc będziesz wiedziała czy jest nam potrzebna pomoc czy nie. Ponadto będziesz nas informować o sytuacji na zewnątrz i przechowasz nasz ekwipunek. Nie bierzemy ze sobą nic, co by się mogło im przydać.
    Khan zdjął rejestrator oraz transponder dalekiego zasięgu i schował je do swojego plecaka, który wraz ze swoją bronią oddał Mei. Ferrus zrobił dokładnie tak samo, lecz swoimi parafernaliami obciążył Aurorę. Żadna z dziewczyn nie zamierzała się jednak przemęczać nosząc ten sprzęt na plecach, więc umieściły plecaki za sobą a te posłusznie samodzielnie podążały za nimi gdziekolwiek by się udały.
    - Jakbyś straciła z nami kontakt telepatyczny, - rzekł Khan, - odczekaj pięć minut i dopiero ruszaj na odsiecz jeśli się nie odezwiemy. Nie sądzę, by tak miało się zdarzyć, ale mogą mieć jakieś urządzenia, które zakłócają łączność.
    Khan dostał buziaka od każdej z bliźniaczek, ale Ferrus nie chciał być gorszy i również upomniał się o swoje pieszczoty. Dostał całusy w policzek i był usatysfakcjonowany. Panowie jednocześnie zniknęli, by się zmaterializować za sporym pojazdem blisko kopuły. Nikt nie zauważył ich pojawienia się, więc postanowili sprawdzić czujność miejscowych. Udając, że rozmawiają wyszli z ukrycia i skierowali się w stronę kopuły. Chcieli ją obejść naokoło i poczekać na dogodny moment do zaczepienia jakiegoś niewielkiego oddziału policji. Szli spokojnie, uważnie obserwując wszystko, co się wokół nich działo. Czasem ktoś przechodząc obok zwrócił uwagę na ich niecodzienne stroje, lecz zaraz spuszczał wzrok. Nie byli niepokojeni, ani zaczepiani dopóki spory oddział policjantów nie wyszedł zza rogu jednego z budynków.
    - Teraz się zacznie, - Khan szepnął do Ferrusa i nastawił się moralnie na bijatykę w starym stylu.
    Ku ich zdziwieniu dowódca prowadzący przechodząc obok nich przyłożył zaciśnięta dłoń do piersi w geście salutu. Cały oddział przeszedł i nikt ich nie usiłował zaczepić.
    - Rozumiesz coś z tego? - Ferrus zapytał Khana. - Powinni nas złapać i zaciągnąć do wiezienia a zamiast tego oddają nam honory. Najwyraźniej biorą nas za kogoś innego, kto jest tutaj darzony szacunkiem.
    - To mnie właśnie martwi, - Khan odparł. - Czemu zawsze rzeczywistość nas zaskakuje?
    - Kto mógłby im przypominać Ciebie lub mnie? - Ferrus usiłował dociec. - To musi być ktoś podobny do któregoś z nas.
    - Zeskanujemy mózg następnemu, który się nam ukłoni, - Khan zdecydował. - Jeśli oddają nam honory, to chyba wiedzą, z jakiego powodu. My także musimy się tego dowiedzieć. Poczekajmy na następny oddział.
    Nie musieli długo czekać na okazję. Niewielki oddział złożony z sześciu mundurowych właśnie się zbliżał. Tak jak poprzednio dowódca najpierw się nieco zdziwił jednak zacisnął pieść i z całej siły walnął się nią w klatkę piersiową aż zadudniło. Obaj przybysze przystanęli i oddali honor w ten sam sposób. Khan bez trudu sięgnął do głowy dowódcy i zaczął od bieżących myśli.
    - Co oni robią na zewnątrz? - Myślał dowódca. - Powinni siedzieć w Sarkatuum i przygotowywać exodus a nie włóczyć się i przeszkadzać w pracy. Maximus na żywo wygląda nieco młodziej niż na ekranach. Pewnie się zregenerował. Ten drugi z ogonem to chyba jego adiutant. Tacy to mają DNA pod dostatkiem, nie to, co my, raz na sześćdziesiąt lat i to, jeśli nie podpadniesz. Ale jak już zakończy się exodus wszystko się zmieni. Jeszcze kilka dni i będzie po wszystkim. Kiedyś byłoby nie do pomyślenia, żeby Śmiertelny i Anioł włóczyli się samopas po naszych kompleksach.
    Khana i Ferrusa aż zatkało.
    - Maximus? - Obaj się jednocześnie zdziwili. - Jakim cudem Maximus mógł się tutaj znaleźć? Przecież Ulf wpakował go do wiezienia na Zaxor.
    - Mei, czy mogłabyś poprosić Ulfa, by sprawdził jak się ma Protektor Maximus w areszcie na Zaxor? - Khan poprosił. - Słyszałaś co mówił dowódca?
    - Też mnie to zastanowiło, - Mei się odezwała. - Poproszę Ulfa, by to sprawdził.
    - Kochana dziewczyna, - Khan pomyślał. - A u Ciebie spokojnie?
    - Jakichś dwóch w mundurach podeszło, gdy zbierałyśmy jagody w lesie i chcieli nas zaaresztować, - Mei się uśmiechnęła. - Nie będę Ci mówić jak skończyli. Pokaże Ci, gdzie na orbicie są ich szczątki. Poza tym drobnym incydentem nic godnego uwagi. - Po chwili zastanowienia dodała. - Ulf już leci sprawdzić i da znać.
    Dowódca oddziału powrócił do swych myśli poświęconych ciepłemu prysznicowi i wizycie w kasynie, gdzie będzie mógł się napić z kolegami. Khan zagłębił się w jego wspomnienia i szybko dotarł do planu całego kompleksu. Zorientował się gdzie się znajdują koszary, jak się dostać do podziemi i gdzie znajdowały się wszystkie instalacje. Chciał się dowiedzieć do czego służyła kopuła, ale dowódca nie wiedział nic ponad to, że miała chronić przed jakimiś skutkami. Był za mało wykształcony, by znać szczegóły. Wiedział natomiast gdzie znajdowały się pomieszczenia dowództwa. Kiedyś został tam wysłany w zastępstwie swojego dowódcy, który został oddelegowany na inną planetę, by doglądać transportu.
    - Ulf przegląda zapis monitoringu, - Mei się odezwała. - Mówi, że Maximus zniknął a w jego celi siedzi jakiś brodaty gość, którego tam przedtem nie było. Odezwie się, gdy ustali, co się stało.
    - Chyba nie doceniliśmy starego zdrajcy, - Pomyślał Ferrus. - Wykiwał i Was i nas. Z nami współpracował przy budowie Xualap i paru innych dużych projektach. To bardzo zdolny specjalista.
    - Pytanie, do czego jeszcze jest zdolny! - Khan zastanawiał się, co Maximus mógł tutaj robić. - Chyba przeniesiemy się do dowództwa. Może natrafimy na jakiś ciekawszy ślad.
    Po śladzie z pamięci dowódcy, obaj przeskoczyli do głównego hallu za wielką donicę z jakąś egzotyczna rośliną. W hallu ruch był niewielki, więc nikt nie zauważył ich pojawienia się. Cofnęli się w czasie o ułamek sekundy i ruszyli w kierunku najszerszego z korytarzy, w którym spodziewali się znaleźć pomieszczenia dowództwa. Korytarz miał dość surowy wygląd. Ściany były jedynie pobielone wapnem lub białą farbą a drzwi do pomieszczeń były zrobione z taniego plastyku bądź blachy. Żadnego przepychu nie było tu widać. Paru Atolidów przeszło obok nie domyślając się nawet, że oprócz nich jeszcze ktoś jest w korytarzu. Khanowi i Ferrusowi od razu rzuciły się w oczy napisy grawerowane na srebrzystych tabliczkach. Były zarówno w języku staroanielskim jak i w unilangu, używanym na Ziemi.
    - Czyżby Ziemianie byli tutaj częstymi gośćmi? - Khan się zdziwił. - Ten spisek sięgał wyżej i głębiej niż mogliśmy się spodziewać.
    - Mam informację od Ulfa, - Aurora odezwała się tym razem. - Zanim dopadliście Patalacha na Ziemi zjawił się w Areszcie i wraz z Maximusem zniknął wprost z celi. Na miejscu Maximusa pojawił się dość podobny osobnik.
    Ulf usiłował go przesłuchać, ale wyprali mu zupełnie pamięć, więc się niewiele dowiedział. Na zapisie z monitoringu widać wyraźnie Patalacha rozmawiającego przez chwilę z Maximusem a potem razem znikają.
    - Żadnych innych śladów nie znalazł? - Khan spytał.
    - Nowy lokator miał w kieszeni jedynie karteczkę, na której był narysowany dziwny symbol, - Aurora dodała. - Przypomina zaciśniętą dłoń z wyprostowanym środkowym palcem. Mówi Ci to coś?
    - Raczej nie, - Khan się zastanawiał, co ten znak może oznaczać. - Może to jakiś tajny symbol tej ich sekty? Może później się coś w tej kwestii wyjaśni. Powinniśmy byli umieścić Maximusa w klatce ochronnej, ale kto wtedy wiedział, jakie on ma koneksje.
    - No to już wiemy, jaki był plan Yaaha i Patalacha, - Ferrusa oświeciło. Ciekawe od jak dawna to tajne przedsięwzięcie jest realizowane.
    - Sądzę, że Patalach wciągnął w to Maximusa ze względu na jego wiedzę i pozycję, - Khan odparł. - Maximus jest doskonałym inżynierem i znakomicie się orientuje w najnowszych technologiach. Nie wiem skąd on brał na to czas. Czyżby Atolidzi nie mogli sobie sami poradzić z techniką?
    - Wygląda na to, że do pewnego stopnia mogli a później zawarli jakieś porozumienie z Yaahem, - Ferrus zaczął rozumieć, po co naprawdę był stos grawitacyjny. - Yaah, wraz z Maximusem i Patalachem zbudowali stos by móc się przenosić w dowolne miejsce przestrzeni w tym na Iris i na Ziemię. Wasze okręty nie skaczą aż tak daleko.
    - Yaah mógł też celowo powprowadzać fałszywe informacje do baz danych w Archiwum, by zmylić trop ewentualnych szpiegów, - Khan dodał. - Stąd tyle wzajemnie sprzecznych wersji historii o Biegunach. Każdy grał na kilku frontach jednocześnie. Zobaczmy, jakie pomieszczenia tu znajdziemy.
    Posuwając się w głąb korytarza mijali drzwi opatrzone rożnymi tabliczkami. Wśród nich była Tajna Kancelaria oraz Wydział Operacji Specjalnych. Postanowili zajrzec do obu tych pomieszczeń. Stanęli przed drzwiami Tajnej Kancelarii i czekali aż ktoś je otworzy. Po około minucie wysoki osobnik o pociągłej twarzy wyszedł na korytarz. Jeden rzut oka przez otwarte drzwi wystarczył, by Ferrus i Khan mogli bezpiecznie wskoczyć do środka. Pomieszczenie wielkości sporego salonu było zastawione terminalami i dużymi płaskimi ekranami, na których widać było mapy terenu oraz najprzeróżniejsze zestawienia. Napisy były wyłącznie w staroanielskim. Kilka osób siedziało przed terminalami studiując te zestawienia. Przy niewielkim stole w głębi pokoju siedziało pięć postaci i dyskutowały o czymś przyciszonymi głosami. Dwie z nich, były Atolidami a trzy były niewątpliwie ludźmi. Jedna kobieta i dwóch mężczyzn pili kawę a Atolidzi pili taki sam błękitny napój, jakim Ekstrapolator uraczył onegdaj swoich gości. Kobieta mówiła płynną anielszczyzną a pozostali słuchali z uwagą. Po sposobie, w jaki się do niej pozostali zwracali można było sądzić, że jest kimś znaczącym. Rysikiem kreśliła jakiś schemat na ekranie wbudowanym w blat stołu.
    - Na Belion są nasze kolonie, z których przesiedlamy mieszkańców do tutejszych osiedli, - Kobieta objaśniała. - Osiemdziesiąt procent zostało już przeniesione a pozostali znajdą się na Procerionie w ciągu doby. Ruch pomiędzy Belion a Procerionem odbywa się bez zakłóceń.
    - Rose a kiedy Bieguny Energetyczne dotrą do naszego Deflektora Grawitacyjnego? - Spytał jeden z mężczyzn.
    - Tego nie musisz wiedzieć Barak, - odparła kobieta. - Musisz się jeszcze trochę popodlizywać Maximusowi zanim da Ci dostęp do takich informacji.
    - Ja mu nie włażę do łóżka jak Ty, - mężczyzna się odgryzł.
    - Maxi i ja się kochamy a Tobie nic do tego, - kobieta poczerwieniała na twarzy jak burak. - Jeszcze jedna aluzja a Szmordaki się Tobą zajmą.
    - Nie gniewaj się Rose. Trochę nerwowo się tu ostatnio zrobiło, - mężczyzna się usprawiedliwiał. - Porzuceni coraz częściej atakują nasze statki. Stali się zuchwali i skądś mają broń. Czy wywiad już coś ustalił w kwestii tych pięciu jednostek, które zostały dzisiaj zniszczone?
    - Jesteśmy na tropie niewielkiej grupki Porzuconych operującej niedaleko od tego kompleksu, - jeden z Atolidów się odezwał. - Moi ludzie szykują zasadzkę na tych bandytów. Wieczorem powinni w nią wpaść. Ponoć przewodzi im niejaki Fidelius. Nikt z naszych go nie widział, ale mówią, że cieszy się szacunkiem wśród Porzuconych. Właśnie rozstawiamy różne pułapki w terenie. Gdy tylko się pokażą wyłapiemy ich jak robactwo.
    - To dobrze, bo mogą się stać niebezpieczni, - odparł mężczyzna o imieniu Barak. - W tej fazie operacji nie możemy sobie pozwolić na błędy.
    - Trzeba ostrzec Porzuconych, by w najbliższym czasie Fidelius nie podejmował żadnych akcji przeciwko Atolidom, - Khan przekazał Ferrusowi. - Wiesz gdzie go szukać, więc dobrze byłoby gdybyś z Nim pogadał.
    - Ale to przecież Aurora z Mei zrobiły zadymę z tymi okrętami…, - Ferrus odparł. - Fidelius i jego partyzanci nie mieli z tym nic wspólnego.
    - Ale nie chcielibyśmy, by przypadkiem wpadli w pułapkę zastawioną przez Atolidów, - Khan podkreślił z naciskiem. - Nie wiedząc o pułapce mogą w nią wdepnąć nawet, jeśli nie planują żadnych akcji zaczepnych. Ostrzeż ich na wszelki wypadek. Ja jeszcze trochę posłucham. Znajdziesz mnie łatwo, gdy wrócisz.
    Ferrus zrozumiał intencję Khana i udał się na poszukiwanie Fideliusa. Khan ponownie nadstawił ucha na konwersację przy stole. Rose udzielała instrukcji dotyczących rozmieszczenia nowoprzybyłych w siedmiu kompleksach zbudowanych specjalnie na tę okoliczność. Okazało się, że cała kadra naukowa została zgrupowana w kompleksie zwanym Sophia. Tam według słów jednego z Atolidów siedzących przy stole miały się znajdować główne laboratoria i generatory energii. Naukowcy właśnie instalowali nowe, wydajniejsze źródła zasilania, które miały zastąpić reaktory anihilacyjne. Dotarły właśnie kanałem podprzestrzennym z Ziemi. Khan wiedział, że Rose może go doprowadzić do Maximusa, więc usiadł na wolnym siedzeniu pod ścianą i słuchał.
    - Wszystkie generatory powinny uzyskać maksymalną moc około północy, - Rose ciągnęła swoją wypowiedź. - Do czasu, gdy wszyscy znajdą się na Procerionie testy powinny się zakończyć. Jeśli wszystko odbędzie się zgodnie z planem w południe wystartuje operacja Exodus. Nasze akcje, które podjęliśmy na Ziemi i na Zaxor przyniosły spodziewane efekty, więc nikt nie będzie nawet świadom, że coś się szykuje. Maximus potwierdził, że na Zaxor znajduje się Konsul floty, który go wcześniej uwięził, lecz nie jest świadom niczego, co dotyczy naszych działań. Ekstrapolator tak go wyprowadził w pole, że wraz ze swoimi kompanami dostarczył ogromną ilość Quadrium oraz oba Bieguny. Teraz zapewne poszukują Medium. Są przekonani, że jest konieczne do uruchomienia Machiny Kosmologicznej. Nie zostało im wiele czasu, więc nie stanowią dla nas zagrożenia. Nawet gdyby im się jakimś cudem udało znaleźć kogoś takiego nie będą wiedzieli, co z nim zrobić. Tylko Maximus i ja wiemy jak użyć takie Medium, więc jakiś Konsul i jego kmiotki nie pokrzyżują nam planów. A bez Świętej Księgi nawet Medium im nie pomoże. Jeśli zaś chodzi o Ziemię to wszyscy są zajęci zamieszaniem religijnym, jakie im zgotowaliśmy. Nikt już się tam nie zajmuje tym co trzeba. Teoretycznie moglibyśmy przenieść się tam, gdy Ziemia będzie już czysta.
    - Wolałbym Zaxor, - Barak się sprzeciwił. - Dewastacja środowiska, do jakiej doszło między wiekiem dziewiętnastym a dwudziestym trzecim za sprawą chciwości ludzkiej i rabunkowej gospodarki wielkich koncernów wciąż odciska swoje piętno na obliczu planety. Minie jeszcze kilka wieków nim zabliźnią się wszystkie rany. Zaxor za to jest czysty i świeży. Posiada przemysł ciężki i sporo nowych technologii, które by się nam przydały. Mamy tam tajny teleport, który moglibyśmy wykorzystać do przeniesienia się.
    - Maximus nie lubi niebieskiego a na Zaxor jest całkiem niebiesko, - Rose odparła. - Wprawdzie na Ziemi też jest niebiesko za sprawą koloru skóry Ziemian, ale to się wkrótce zmieni i znów Ziemia będzie piękna. Nas jest około siedmiu milionów, więc nie będziemy wielkim obciążeniem dla tamtejszych ekosystemów poza tym zarówno Ludzie jak i Atolidzi są silnie związani emocjonalnie z tą planetą. Znacie już swoje zadania, więc nie ma sensu więcej na ten temat mówić. Mam ważne spotkanie, więc zobaczymy się około północy, by sprawdzić postępy prac naukowców.
    Rose wstała i ruszyła ku wyjściu, lecz coś jej się przypomniało.
    - Gdy złapiecie tego Fideliusa, - Rose rzekła do Baraka, - przyślijcie go do mnie. Mam do niego parę pytań.
    - To się rozumie, - Barak odparł usłużnie. - Na pewno będziemy go mieli jeszcze dzisiaj.
    Rose skinęła pozostałym na pożegnanie i wyszła.