Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
Optex
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

Hotel LIMAN .

retrofood 03 Jan 2021 00:47 1041 7
  • #1
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Hotel LIMAN .


    Wcześniejsze losy bohaterów można znaleźć tutaj https://www.elektroda.pl/rtvforum/topic3759745.html
    ® Wszelkie prawa zastrzeżone
    ******************************************************

    Stefan pewną ręką prowadził samochód, trochę nawet przesadzając z prędkością. Cóż, tak jeździł zawsze. Był doświadczonym kierowcą, a jego nowa, elegancka „Oktawia” dobrze trzymała się drogi. Siedziałem obok niego na przednim fotelu. Chciało mi się spać, chociaż minęło już południe a ja przecież i tak drzemałem przez większą część drogi.

    Wczoraj, kiedy tuż po południu zjawił się u nas i próbował mnie przekonywać do tej wyprawy, początkowo nawet nie chciałem go słuchać. Odmówiłem z mety, tak jak zawsze dotąd. Bez tłumaczenia się, bez wyjaśnień i z pełnym przekonaniem. Nie chciałem jechać i już. Nie mogłem. Jednak tym razem nie odpuścił. Zmiękczał mnie tak długo, aż ustąpiłem.
    Dobrze, że Marta była w pracy, kiedy zaczęliśmy rozmowę na ten temat, bo kiedy wspomniał o wyjeździe, to zmiana mojego nastroju była tak wyraźna, że zaczął otwarcie pytać czy kogoś tam nie pobiłem, albo nie okradłem, bo jak stwierdził, lęk przebijał się przez moje słowa. Jednak ze sztucznym spokojem odpowiadałem, iż nic nikomu nie jestem winien, nikt tam na mnie z siekierą nie czeka, ale to tylko pogorszyło sytuację. Zaczął mnie przekonywać z jeszcze większym zapałem.
    Przerwaliśmy dyskusję, kiedy Marta wróciła do domu. Posiedzieliśmy jakiś czas we trójkę, a wtedy Stefan tylko mimochodem wspomniał o czekającej go podróży. I zapytał ją, czy nie ma nic przeciwko temu, bym mu towarzyszył.
    Marta wykrzywiła tylko usta i obojętnie oznajmiła, że w zasadzie jej to nie interesuje. I tak rzadko bywam w domu, jeszcze rzadziej cokolwiek robię, więc nawet by nie zauważyła mojej nieobecności. I że w domu doskonale poradzi sobie sama. Potem pokręciła się jeszcze przez kilkanaście minut, przygotowała nam jakieś przekąski i mało dyskretnie wyszła, obiecując Stefanowi, że wieczorem wróci, aby przygotować mu kolację.
    My natomiast kontynuowaliśmy rozmowę o wyjeździe.

    Alkohol podniósł poziom naszej dyskusji na szczebel znacznie głośniejszy, chociaż Stefan pił bardzo oszczędnie. Ja kontrolowałem się mniej i nie spostrzegłem jak sprytnie pokierował rozmową. Zasadniczy temat porzucił. Powspominaliśmy natomiast stare czasy, kiedy budował dom, a ja jeździłem do niego i razem rozwiązywaliśmy „węzłowe problemy” budowy. Omówiliśmy też nasze doświadczenia zawodowe, mimo że odbywało się to już wiele razy i nigdy do niczego nie prowadziło. W głównym zaś temacie do żadnej konkluzji nie doszło. Stefan nie naciskał wtedy, jakby nie chciał mnie zrazić.
    A kiedy Marta wróciła i znowu posiedziała z nami przez godzinkę, ten temat nie istniał zupełnie. Rozmawialiśmy tylko o rodzinie, o dzieciach, i tym podobnych sprawach. Wreszcie ona poszła spać, a my znowu zostaliśmy we dwóch.
    Wtedy też, po kilku dobrych godzinach, Stefanowi udało się wykorzystać poalkoholowe osłabienie i dobrał się do jakichś warstw mojej ambicji czy też poruszył bliżej nieznaną, czułą strunę. Nawet nie bardzo wiem jak i dlaczego, ale nieopatrznie obiecałem, że z nim pojadę. Dziękował mi wtedy za wsparcie i wypił chyba dwa kieliszki, bo dotąd oszczędzał się niezmiernie, mając przed sobą długą drogę. Właściwie to zaraz potem poszliśmy już spać.

    Długo nie mogłem zasnąć. To wszystko o czym powoli zapominałem, co próbowałem przez lata wypchnąć z pamięci, teraz wróciło i to wyraźnie. Leżąc w pościeli z zamkniętymi oczami, w ciemności, widziałem jezioro, a w nim pływającą Dorotkę. I klon… i stół pod lipą, na którym leży naga… i naszą sypialnię… i saunę… i wiele, wiele innych miejsc. Czy dam radę zmierzyć się z tymi widokami? Czy znowu nie zwariuję? Miałem mnóstwo wątpliwości i byłem jakiś taki rozdwojony…
    Wiedziałem, że jej tam nie znajdę. Ani nawet najmniejszych śladów, czy też jej oszałamiającego zapachu. Nie potrafiłem go sobie odtworzyć i przez szereg lat nie natknąłem się nigdzie nawet na jakiś zbliżony, jednak byłem pewien, że rozpoznałbym go nawet na końcu świata.
    Dlatego z jednej strony panicznie się bałem. Że wszystko wróci. Wrócą lęki, ten wielki zawód, tamta gorycz, kiedy zostawiła mnie tak bezwzględnie, jak odrzuca się opakowanie po zjedzonych ciastkach, bo w jednej chwili stało się śmieciem. Przestało być potrzebne. A z drugiej strony… wciąż tylko ją kochałem! Gdybyśmy się spotkali i kiwnęłaby palcem, to natychmiast byłbym gotów. Siebie nie musiałem oszukiwać. Wiele razy zasypiałem dlatego, że myślałem tylko o niej. Wspominając jezioro… saunę… klon… I teraz korciło mnie jednak, żeby zmierzyć się z tymi miejscami jeszcze raz. Jak wyglądają bez Dorotki? Przecież właściwie tego nie wiem. Ja ich bez niej jeszcze nie widziałem! Może wreszcie uwolnię się od tych wspomnień i od niej samej…?

    - Ale jesteś rozmowny, niech cię szlag! – usłyszałem gniewny głos Stefana. Uchyliłem powiekę jednego oka.
    - Słuchaj, nie podpisywaliśmy umowy na dialogi – odpysknąłem niezbyt zachęcająco. – Nie chce mi się gadać.
    - Wkurzasz mnie i tyle! – usłyszałem.
    - Daj mi spokój! – odwarknąłem, sadowiąc się wygodniej, a właściwie układając się w fotelu, po demonstracyjnym opuszczeniu oparcia do pozycji na pół leżącej. Stefan, wyraźnie urażony, zamilkł, a ja wróciłem do wspomnień. Mimo, że tak starałem się tego unikać…

    Wyjechaliśmy dzisiaj dość wcześnie, bo w okolicach godziny czternastej mieliśmy zameldować się w Pokrzywnie. Boże, ile to już lat tam nie byłem? Szybko przeleciałem cały okres wspomnieniami. Tak… niemal dokładnie osiem lat. Osiem lat minęło od czasu, kiedy spędzałem tam wakacje z Dorotką. I od tamtego lata nigdy nie dałem się namówić Stefanowi na wyjazd w to miejsce. Najzwyczajniej bałem się powrotu do tamtego domu. Do klona, do lipy, tamtego jeziora i krajobrazów…

    Tak jak i kiedyś, przez wiele lat nie potrafiłem pojechać do Moskwy, po historii z Leną. Jakieś fatum mnie prześladowało. Na samą myśl o pobycie w tym otoczeniu, gdzie najpierw było mi tak bardzo dobrze, później czułem tylko strach i niepewność. I nie potrafiłem tego w sobie zwalczyć, ani przełamać, a tym bardziej zapomnieć. Dopiero upływ czasu łagodził moje lęki. Obie moje wielkie miłosne przygody, i ta z Leną, i ta z Dorotą, zakończyły się nagłym krachem, chociaż ta moskiewska trwała przecież znacznie dłużej, bo niemal cztery lata. I niewiele brakowało, żebym po niej wylądował w wariatkowie albo przynajmniej zapił się na amen.
    Historię z Dorotką przeżyłem trochę spokojniej, bo byłem już znacznie starszy i co tu mówić, pewnie też trochę się uodporniłem. Może też dlatego, że rozstawaliśmy się w bardziej cywilizowany sposób. Ale i tak przeżyłem to paskudnie.
    Tym razem nie uciekałem w alkohol, wiedziałem, że to i tak nic nie da. Jednak długo nie znajdowałem recepty na normalne życie. Zresztą, czy w ogóle to moje życie jest teraz normalne? Nie byłem już taki otwarty, ani wesoły jak dawniej. W towarzystwie starych znajomych najczęściej milczałem i musiałem zmuszać się na skupieniu uwagi chociażby na tym co do mnie mówili. Brali to za zadzieranie nosa, ale mój Boże! Co ja mogłem zadzierać?
    Pracy nie znalazłem, nikt nie chciał mnie zatrudnić, więc w końcu nie miałem wyjścia. Wykorzystałem znajomość programowania obrabiarek i założyłem własną firmę, żeby zarobić chociaż na chleb. No i tylko na ten chleb z tego miałem. Zupełnie nie udawało mi się rozwinąć skrzydeł. Zleceń przybywało niewiele, ale jakieś zajęcie miałem i powoli mogłem zapominać.

    Marta, kiedy wróciłem z Pokrzywna, nie była taka cierpliwa, jak po moim powrocie z Moskwy. Bez trudu swoją kobiecą intuicją odgadła, że na tych wakacjach coś się wydarzyło. I chociaż znowu o nic nie pytała, to tym razem nie zamierzała pokornie czekać, aż dojdę do siebie. Natychmiast postawiła mi ultimatum, że albo biorę się za wypełnianie swoich obowiązków wobec rodziny, albo mam się wyprowadzić. Może także i to trochę mnie otrzeźwiło, dlatego wbrew przemożnej niechęci do robienia czegokolwiek, zmusiłem się wtedy do założenia firmy oraz próbowałem jakoś, w miarę normalnie, funkcjonować.
    Ta droga jednak była strasznie ciernista i jeszcze w dodatku pod górkę. Kryzys trwał na całego. Moje wcześniejsze kontakty na niewiele się przydawały. Słyszałem wciąż wiele obietnic i strasznie mało konkretów. Przyszło sprzedawać się za grosze, aby tylko przeżyć. Cóż, piękne chwile przeminęły jak sen, a teraz miałem wyłącznie skrzeczącą rzeczywistość. Szarą, jak niemal każdy mój dzień. Dzisiejszy też, pomimo faktu, iż słońce świeciło pełnym blaskiem.

    To, że zacząłem jakoś funkcjonować na rynku pracy, zupełnie nie poprawiło moich relacji z Martą. Nie da się ukryć, nasze stosunki dosięgły dna. Jeśli rozmawialiśmy, to w zasadzie niemal tylko oficjalnie o codziennych problemach typu: kto ma ugotować obiad, co jest do naprawy albo remontu, o tym, że Joasia potrzebuje pieniędzy, kogo jutro wieczór nie będzie… A i to rzadko, bo często żadne z nas nie uprzedzało o swojej nieobecności w domu. I w zasadzie to wszystko.
    Cały czas sypialiśmy oddzielnie, a każde z nas miało swoje własne, codzienne problemy, którymi nie dzieliło się z drugim. Czasem wprawdzie chadzaliśmy razem na rzadkie rodzinne uroczystości, ale to nic nie dawało i niczego nie poprawiało. Przeciwnie, po alkoholu często dogryzaliśmy sobie przy stole i psuliśmy ogólną atmosferę imprezy. Wprawdzie po kilku takich zgrzytach zawarliśmy jednak pakt, że na zewnątrz nie będziemy się obnosić ze swoimi problemami, ale w domu wciąż było to samo. Tu funkcjonowaliśmy w różnych pomieszczeniach.
    Tyle, że dalsza rodzina odetchnęła. Wszystkim się wydawało, że nasz kryzys jest zażegnany, bo zachowywaliśmy się wobec siebie albo milcząco, albo poprawnie. Nikt nie wiedział, że wersal obowiązywał tylko do czasu zamknięcia drzwi. A później nikt nas już nie słuchał.
    I nic nie wskazywało na to, że cokolwiek może się jeszcze zmienić. Marta wiele razy proponowała mi rozwód. Jednak zbywałem to wzruszeniem ramion. Jak chce rozwodu, to niech sama składa pozew! Mnie się nie chciało. Po prostu. Bo rozwód nie byłby problemem. Tylko co potem?
    Mieszkanie mieliśmy wspólne. Jak je podzielić? Sprzedać? Bardzo chętnie! Tylko nie było amatorów do kupna! Powód tego był prozaiczny. Mieszkanie było za duże jak na te czasy! Marta zresztą miała moje notarialne upoważnienie do działania również w moim imieniu. Podpisałem je wtedy, kiedy jeszcze często wyjeżdżałem za granicę, aby mogła działać operatywnie. Ale i to na nic się nie przydało. Niby ktoś się pojawiał, było kilku potencjalnych klientów, tyle, że jakoś potem rozpływali się we mgle. A przecież wcale nie chcieliśmy drogo! Jednak kryzys i tu się zaznaczał. Pięciu pokoi nikt teraz nie chciał. W sumie, o ironio! „Dzięki” temu wciąż byliśmy małżeństwem. Niemal małżeństwem.

    Na pewno też obydwoje wstydziliśmy się tego przed dziećmi. Bo przed nimi nie dało się ukryć stęchłej, domowej atmosfery. I chyba także dlatego odwiedzały nas coraz rzadziej, chociaż twierdziły inaczej. Syn, Damian, robiący karierę w stolicy prawnik, tłumaczył się brakiem czasu. Ożenił się w Warszawie, prowadził już własną kancelarię i poza świętami, to raczej tylko dzwonił. W dodatku od czasu ślubu, doszła mu druga rodzina do odwiedzin, więc częstotliwość jego wizyt znowu spadła.
    Joasia przyjeżdżała znacznie częściej, ale przecież i jej studia dobiegły końca. Teraz. zaczęła pracować i tak samo nie miała już dla nas czasu. Coraz bardziej zostawaliśmy sami, ze swoimi nawykami, uprzedzeniami, zgryzotami, problemami… Łączyły nas comiesięczne wydatki i nawet kuchnia coraz rzadziej zbliżała. A łóżko należało już w zasadzie tylko do wspomnień.

    W następnym roku po tamtych wakacjach, Stefan namawiał mnie na ponowny wyjazd do Pokrzywna. Ale nawet nie dałem mu możliwości tej propozycji rozwinąć. Tak, jak i wczoraj na początku naszej rozmowy. Odmówiłem z miejsca. Trochę miał o to do mnie żal, bo w ogóle nie chciałem o tym rozmawiać, ani wyjawić powodów takiej kategorycznej odmowy, jednak jakoś to przełknął. Bo musiał. Przełknął bez pytań nawet fakt, że nic wtedy nie zrobiłem podczas mojego tam pobytu. Żadnej altanki, żadnej konstrukcji, żadnego ulepszenia. Powiedziałem mu tylko, że było za gorąco i to wszystko.
    A później, nie mogąc uporać się z organizacją ochrony tego domu i całej nieruchomości, wydzierżawił całość swoich włości na lat dziesięć jakiejś kancelarii adwokackiej. Co zresztą sugerowałem mu wtedy od razu, po powrocie z Pokrzywna.
    Miałem w tym własny interes. Nie chciałem, żeby tam jeździł. Nie chciałem, żeby zetknął się z kimś, kto będzie pamiętał nasz pobyt z Dorotą. Miałem nadzieję, że z czasem ludzie zapomną o nas, przestaniemy być sensacją sezonu i Stefan nie natknie się na ślady jej bytności. A ja uniknę kłopotliwych pytań.
    Początkowo pamiętałem też, że przecież to Lidka była bardzo zainteresowana wynajęciem całego gospodarstwa i chciałem jej jakoś pomóc. Bo cały czas ciepło ją wspominałem. Pomagała mi do ostatniego dnia i nie zabraniała kontaktowania się ze sobą. Ale mimo że początkowo obiecywałem i jej, i sobie, iż będę o tym pamiętał i czasami się odzywał, to po czasie doszedłem do wniosku, że nie ma to najmniejszego sensu. Dorota miała rację mówiąc, kiedy żegnaliśmy się ze sobą, że nawet próba kontaktu byłaby w naszej sytuacji tylko rozdrapywaniem ran. Bo to wszystko było i minęło. Na zawsze. I już nie wróci. To se ne vrati, pane Havranek, jak dawniej mawiała jedna z moich koleżanek z firmy, którą zniszczyli nam Szwedzi.
    Wtedy jednak Stefan nie był tym zainteresowany i nie podjął tematu. Uważał, że jakoś sobie poradzi. Ale się przeliczył. Praca pochłaniała mu cały czas i nie miał go kto zastąpić. Ja nie chciałem, a nikogo innego, kto mógłby go wyręczyć, pod ręką nie miał. Właściwie to był w sytuacji przymusowej.

    - Stefan! Przypomnij jak z tą dzierżawą było, tylko dokładnie! – ni to poprosiłem, ni zapytałem, żeby chociaż trochę odpędzić od siebie sen.
    - Przecież wczoraj ci opowiadałem – Stefan najwyraźniej nie był w zbyt dobrym nastroju. – Trzeba było słuchać. Mam się powtarzać?
    Faktycznie. Wczoraj rozmawialiśmy o tym długo, ale na mnie spływały wtedy wspomnienia. Nie słuchałem dokładnie tego co mówił, chociaż starałem się robić takie wrażenie. Ale w tej chwili wolałem się do tego nie przyznawać.
    - Słuchaj! Chodzi mi o szczegóły kiedy podpisywałeś umowę. Wczoraj nie mówiłeś nic o tym, albo mówiłeś, a ja nie pamiętam. Zresztą koncentrowałem się na całości, a drobiazgi mało mnie interesowały. Zapamiętałem tylko że całość wydzierżawiłeś. I fajnie. Ale teraz to się robi ważne!
    - Nie trzeba było tyle pić – rzucił krótko, chociaż bez wyrzutu. To było raczej kpiące, może nawet nieco ironiczne, albo z maleńkiej zazdrości. Bo wczoraj piliśmy w sumie niewiele, chociaż ja i tak trochę więcej. On nie mógł, przecież rano miał siadać za kierownicę.

    Dawniej, kiedy mieliśmy czas, nasze spotkania kończyły się przeważnie porannym kacem. To był już swoisty ceremoniał, że kiedy spotykamy się we dwóch, to pijemy dużo. Bo nieczęsto mieliśmy okazję się widywać. Trzy, najwyżej cztery razy w ciągu roku. A piliśmy wtedy dlatego, że innych okazji obydwaj prawie nie mieliśmy! Tak się jakoś wszystko poukładało w życiu, że nie mieliśmy zbyt wielu znajomych, z którymi można by było podtrzymać takie kontakty. Stefan miał jednego serdecznego kolegę, ale ten mieszkał daleko, w Poznaniu. I tylko jeszcze z nim pozwalał sobie na rzadkie, alkoholowe spotkania.
    Ja z kolei, zupełnie nie miałem teraz ani ochoty, ani czasu, żeby odnowić jakieś dawne znajomości w swoim otoczeniu. Ani męskie, ani damskie. Kobiety nie interesowały mnie absolutnie, może to właśnie dlatego tak opornie mi szło z tą moją firmą, bo już nie umiałem uśmiechnąć się do sekretarek, ani nie potrafiłem błysnąć dowcipem w urzędzie skarbowym. I nawet nie próbowałem z tym walczyć, ani czegokolwiek zmienić. Wciąż wychodziłem na gbura i chyba już nim byłem.
    Niekiedy zastanawiałem się, siedząc wieczorami w swoim pokoju i w samotności zaliczając kieliszek, albo rzadziej dwa, gdzie się podziały tamte czasy. Czasy, kiedy życie mnie cieszyło i nawet nie miałem szans na to, by być samotnym. Kiedy byłem gwiazdą każdego spotkania, każdej imprezy, gdy dowcipami mogłem sypać przez cały dzień, a każde moje słowo było oczekiwane i niemal spijane z ust przez kolegów, a szczególnie przez koleżanki.
    To se ne vrati, pane Havranek – wróciła znana fraza. Teraz pozostawało mi tylko rzadkie, samotne wypicie wieczorem paru kieliszków w domu, kiedy już ukończę pisanie kolejnego programu, sprawdzę jego działanie na symulatorze, przeanalizuje ekonomikę wykonywanych operacji i zapiszę całość w przenośnej pamięci. A wszystko ograniczane pełną świadomością tego, że rano muszę wsiadać do samochodu i pojechać, żeby uruchomić go na obrabiarce jakiegoś frezera czy też stolarza. No i te nieliczne spotkania ze Stefanem. Oraz żal, że nawet z nim nie mogę wtedy być zupełnie szczerym i o wszystkim mu opowiedzieć.

    - Tomek, sam wiesz jak było – odezwał się nieco pojednawczo. – Wiesz doskonale co myślałem, kiedy mnie zaskoczyłeś odmową wyjazdu – podjął znowu przerwaną rozmowę. – Ale potem pomyślałem trudno, przecież ja ci czasu nie organizuję. No i tak naprawdę to ty nie chciałeś o tym gadać.
    To prawda. Nawet jemu nie opowiedziałem żadnych szczegółów pobytu w Pokrzywnie. Bo gdybym zaczął o czymś mówić, mógłbym powiedzieć o jedno słowo za dużo. Dlatego nikt nie wiedział co się tam działo.
    - Wiem, że nie chciałem, ale załóżmy, że teraz mi przeszło. No i tak myślę, że chyba jednak ja ci w niczym nie pomogę. A wiesz dlaczego? Dlatego, że niczego nie wiem.
    - Posłuchaj! Chciałem żebyś ze mną jechał, bo może jednak coś ci się skojarzy, albo coś dostrzeżesz, albo… czy ja wiem? Czasem wystarczy nawet z kimś pogadać. Przecież jak nie pomożesz, to chyba też i nie zaszkodzisz, prawda? Ja do ciebie nie będę miał żadnych pretensji, cudów nie oczekuję. A w ogóle – Stefan się zaśmiał – myślałem, że nawet sama droga jakoś milej upłynie. Myślisz, że tak dobrze jeździć samemu? Przecież pojeździłeś trochę po delegacjach, to sam doskonale o tym wiesz. A poza tym, chyba pamiętasz jak u mnie na budowie robiliśmy burzę mózgów. Zawsze po butelce trafialiśmy na właściwe rozwiązanie. I przecież nie jeden raz!
    Rzeczywiście, nocne Polaków rozmowy, kiedy Stefan budował dom, często kończyły się pustymi butelkami i mnóstwem gotowych pomysłów na dzień następny. To były dawne lata…
    - Nie ma sprawy, drogę mogę ci umilać. Obudziłem się. Nawet mogę zaśpiewać teraz jakąś starą, sprośną piosenkę!
    - Piosenki to ty zostaw na drogę powrotną. Teraz myśl, żebyśmy się w coś nie wpieprzyli. Ja mam obawy, że mogę zrobić coś nieodwracalnego.
    - Przecież dzisiaj nie masz podpisywać żadnych papierów, prawda? Przynajmniej tak mówiłeś! Więc czego się boisz?
    - Papiery papierami, ale mogą mnie w coś wrobić! – odparł Stefan. I pewnie wtedy postanowił ujawnić swoje myśli.

    - Tomek, opowiem to jeszcze raz. Może jesteś dzisiaj trzeźwiejszy, więc słuchaj uważnie. Tydzień temu, zadzwonił do mnie do domu jakiś gość. Nie na komórkę, tylko na telefon stacjonarny. Przedstawił się i powiedział, że dzwoni z tej kancelarii, wiesz, z którą mam umowę. Ja mu na to, zdziwiony, że przecież umowa jeszcze nie wygasła. I on wtedy powiedział, że owszem nie wygasła, ale oni już teraz chcieliby ją zmienić. Pytam dlaczego? No bo im się tu podoba i wnioskują o przedłużenie. Oczywiście, dadzą mi lepsze warunki. A w ogóle, to chcą się spotkać tak wstępnie i porozmawiać, również o innych propozycjach. I to nie byle gdzie się spotkać, tylko konkretnie tu na miejscu, w Pokrzywnie. I kiedy mógłbym przyjechać. Podał mi kilka wariantów terminu, więc ja zaproponowałem dzisiejszy dzień. On mi na to, że w takim razie oddzwoni w ciągu godziny, czy na pewno uda się w tym dniu zorganizować spotkanie z właściwymi osobami z ich strony. No i wyobraź sobie, że już po kilkunastu minutach zadzwonił ponownie, oznajmiając, że wszystko w porządku, zgadzają się i będą czekać. Podał mi wtedy numer komórki Anny Jakiejśtam, że to niby z nią mam się kontaktować w dniu wyjazdu, najlepiej jeszcze z drogi. Ja mu z kolei podałem na wszelki wypadek swój numer i na tym to się skończyło.
    - No dobrze. Spróbujmy jeszcze raz od początku podsumować to co wiemy. Ty i tak wiesz więcej, a mnie mogły jakieś fakty umknąć i o nich nie będę pamiętał. Bo ciągle nie kojarzę, w jaki sposób ty nie wiesz, kto tam realnie rządzi na miejscu! – byłem konsekwentny w swoich dociekaniach.
    - No bo nie wiem! Wtedy, przed laty, zgłosił się do mnie adwokat z jakiejś warszawskiej kancelarii, dał mi projekt umowy dzierżawy i to wszystko. Powiedział, że warunki mam bardzo korzystne i żebym sam poszedł z tym projektem do mojego, dowolnego adwokata. Że oni mi nawet zwrócą koszty takich konsultacji prawnych.
    - A ty poszedłeś?
    - Poszedłem i skonsultowałem.
    - No a jakby twój adwokat powiedział, że umowa jest do dupy? To co byś zrobił?
    - Przecież bym jej nie podpisał! Ale mówiłem ci, że poszedłem do adwokata i powiedział prawie to samo, co tamten. Że według niego, umowa jest profesjonalna, chroni prawidłowo obydwie strony, nikt ze mną w gumki nie gra, a rzeczą całkowicie normalną jest to, że niektórzy klienci nie lubią, gdy ich nazwiska figurują w jakichś umowach, więc tę rolę pełnią za nich kancelarie prawne. I że to jest korzystniej dla mnie. Miał tylko uwagi co do mojej zgody na zarządzanie posiadłością, czyli na prowadzenie prac budowlanych. Jednak, zaznaczał, że z drugiej strony inaczej się nie da, bo w załączniku wyraźnie napisano, iż to warunkuje z ich strony dzierżawę. Rozbudową chcą zwiększyć komfort wypoczynku. A inwestować na krócej im się nie opłaca. Z kolei, całość obiektów po wygaśnięciu dzierżawy, automatycznie staje się moją własnością, więc i tu niczego nie tracę, gdyż odzyskam dom wyremontowany.
    - Mnie jednak ta filantropia wydaje się podejrzana – nie kryłem sceptycyzmu.
    - Dlatego właśnie chciałem, żebyś ze mną jechał. Zawsze co dwie głowy to nie jedna, jak mówił znajomy policjant, biorąc psa ze sobą.
    - Ach, dzięki ci za uznanie!
    - Drobiazg, wiesz, że cię lubię – roześmiał się.
    - Nie pieprz tu głupot, tylko myśl. Dlaczego nie byłeś tam nigdy wcześniej? Przecież teraz nie wiesz nawet co przez te lata narobili!
    - A po co miałem jechać? I kiedy? Nie musiałem myśleć o stróżowaniu w sezonie, więc nie zawracałem sobie głowy. W domu i w pracy miałem zajęć po uszy. I wiesz, że nie miałem czasu. Kasę przelewali regularnie, wprawdzie za wiele tego nie było, jednak zawsze jakieś grosze. Przecież cały mój zysk ma polegać na wzroście ogólnej wartości wszystkiego. Jeśli nawet po tych 10 latach chciałbym działkę sprzedać, to chyba nie stracę na tym.
    - A jak ci rozbiorą wszystko i zostawią samą ziemię?
    - Takiej opcji nie ma. Adwokat też mi to mówił. Przecież do umowy, jako jej nieodłączna część, dołączony jest wykaz budynków i obiektów, z szacunkową wyceną rzeczoznawców, opisane i sfotografowane rzeczy ruchome, wszystko zrobili na swój koszt. I mojego adwokata też zapłacili, zgodnie z obietnicami. Nie miałem żadnego powodu w to nie wierzyć i tam jechać, a zresztą ochoty też nie miałem. Bo samemu mi się nie chciało, a ty odmówiłeś. Prawdę mówiąc, to niedawno pomyślałem, że można by to wszystko sprawdzić i właściwie to planowałem wypad, tak z ciekawości. Zgodnie z umową mam prawo do bezpłatnego spędzania tam rocznie 14 dni albo 7 dni wraz z osobą towarzyszącą. Do wyboru. A więcej mi potrzeba nie było.

    (c.d.n.)

    Dodano po 55 [minuty]:

    Tak… teraz Stefan miał już czas. Właśnie pod koniec ubiegłego roku zwolnili go z pracy. Dostał nielichą odprawę, nawet tę „Oktawię” za to kupił, ale pracy nie mógł znaleźć tak samo jak i ja. Tylko tłumaczenia mu zostały, miał bowiem uprawnienia tłumacza biegłego. W tym nie sprawdzali metryki. Ja miałem gorzej, bo takich papierów nie miałem. Niby zdrowie jakoś mi się ustabilizowało, a może nawet poprawiło, gdyż Dorota zaszczepiła we mnie większą dbałość o siebie. Biegałem trochę i ćwiczyłem, chociaż wciąż niezbyt systematycznie. Jednak od dawna żyłem właściwie tylko z tych programów, które napisałem, a były to w większości takie zwykłe chałtury. Drobne detale, zwyczajne, dość proste rzemiosło. Brakowało zleceń, pozwalających na pokazanie większych umiejętności, a więc dających większy zysk. Nie mogłem sobie pozwalać na szaleństwa.

    - Wiesz co? Zjedź gdzieś do baru na kawę. Oczy mi się kleją.
    - Zaraz będzie jakaś stacja, to się zatrzymamy. Która jest godzina?
    - Po dwunastej. Trzeba będzie zadzwonić do tej twojej Anny.
    - Nie mojej, tylko do Anny Jakiejśtam. Ten gość wprawdzie wymówił jej nazwisko, ale wyleciało mi z głowy.
    Zbliżaliśmy się do zjazdu na stację. Zamilkłem, nie chcąc mu przeszkadzać. Kiedy zatrzymał się do tankowania, wyszliśmy obydwaj z samochodu, aby chociaż trochę rozciągnąć mięśnie. Ciepło owładnęło mną niemal całkowicie. Czułem jak ogarnia mnie rozleniwienie i senność. Klimatyzacja to jednak dobry wynalazek, w samochodzie czułem się lepiej.

    Kiedy po zjedzeniu drożdżówki i wypiciu kawy wyszliśmy z baru na zewnątrz, było wpół do pierwszej. Stefan oceniał, że do celu mamy niewiele ponad trzydzieści kilometrów, więc spokojnie zdążymy na czas. Zadzwonił pod podany numer. Szybko nawiązał połączenie. Rozmowę rozpoczął od tego, że ten numer został mu podany jako kontakt w sprawie dzierżawy. Potem powiedział „Stefan Jowiński” i kilka razy powtórzył „dobrze”, po czym się pożegnał.
    - Ma dość miły, młody głos – zaczął po schowaniu telefonu. – Powiedziała, że bardzo się cieszy z tego, że dojeżdżamy. Cholera! Ach jak się cieszy! – wydziwiał teatralnie, z ironią cytując rozmówczynię. Oznaczało to, że panienka posługiwała się standardową nowomową, która atakowała nas również podobnymi reklamami ze wszystkich stron i miejsc. Nic konkretnego nie można było z tego odczytać.
    - I zaraz powiadomi o tym pana prezesa i że czekają na nas. Aha, no i obiad też na nas czeka, żebyśmy już nigdzie się nie zatrzymywali.
    - A jak się nazywa? Ty się przecież przedstawiałeś.
    - Anna Kordonek, tak jak takie nici. Dokładnie tak mi powiedziała.
    - No to dziwię się, że przedtem nie zapamiętałeś – roześmiałem się. – Skoro nas tak bardzo chcą, to jedźmy już! Tu jest zdecydowanie za gorąco!
    Po kilkunastu minutach mijaliśmy pierwsze domy Pokrzywna.

    - Stefan, nie skręcaj jeszcze z drogi – zawołałem, podniecony dawnymi widokami. – Podjedź najpierw pod sklep – zaproponowałem.
    - Po co? Co chcesz kupować?
    - Nic. Mamy jeszcze trochę czasu, więc chcę się zorientować w układach. Może dowiemy się czegoś?
    - Dobry pomysł – ocenił i bez pudła zatrzymał się przed sklepem. Nie było wątpliwości, że ten teren zna nie gorzej niż ja.
    Wszedłem do środka z mocno bijącym sercem, w nadziei, że spotkam tu Barbarę. Jak też mnie przywita po latach? Czy mnie pozna? Czy nie ma do mnie żalu?
    Jednak zaraz po zamknięciu drzwi, poczułem w ustach niesmak. Za ladą królowała obca, nieznana mi kobieta. Pani Basi nie było. Zapytałem o nią.
    - O, proszę pana, już ładnych kilka lat minęło, gdy sprzedali nam sklep – padła szybka odpowiedź. Nie kryłem rozczarowania. Kobieta to zauważyła.
    - A ta pani Basia kim jest dla pana? – zapytała ciekawie. W sklepie, oprócz mnie, w tym momencie nie było nikogo, dlatego zacząłem z nią rozmawiać.
    - Wie pani… kiedyś, sporo lat temu, spędzałem tutaj wakacje. I prawie codziennie chodziłem do tego sklepu na zakupy. Stąd znam panią Basię i nic więcej nas nie łączy. Przyjechałem teraz, po latach i chciałem ją tylko pozdrowić oraz powiedzieć, że zawsze mile ją wspominałem. To wszystko!
    - Bardzo miło z pana strony – zauważyła przytomnie, ale dość sztucznie. Pomyślałem, że to jest tylko taki współczesny, handlowy standard.
    Niby była zwyczajną kobietą, wcale niebrzydką, ale zupełnie mi się nie podobała.
    Pewnie dlatego, że w tej okolicy żadna nie miała szansy, aby mi się spodobać. Zresztą… przecież nie tylko w tej okolicy. Mnie już żadna się nie spodoba – pomyślałem sfrustrowany. – Tylko jedna mogłaby wlać w moje żyły adrenalinę, ale wiatr już dawno rozwiał jej ostatnie ślady. I nawet zapach po niej, nigdy już nie przyplącze się tutaj…

    Zaczynałem odczuwać dyskomfort sytuacji. Zbliżyłem się już do tamtych miejsc na wyciągnięcie ręki, ale to jeszcze nie było „to”. Wiedziałem, że „to” dopadnie mnie dopiero tam. Że mogę jeszcze obejść, objechać, ominąć tamto miejsce. Podwórko, dom i jezioro. Jednak chwila „zero” przybliżała się. I czułem, jak przez wszystkie moje mięśnie przebiega dziwne mrowienie, jak drgają… Bałem się. Tak zwyczajnie. Bałem się wszystkiego.
    Sklep był próbą odsunięcia od siebie konieczności zetknięcia się z „tamtym”. I ten czas się kończył. Mogłem już tylko wyjść. Ale podarowano mi jeszcze kilka minut.
    Kobieta zupełnie nie czuła mojego nastroju, bo niby dlaczego miała go czuć? Śpiewała teraz swoją wyuczoną kombinację.
    - Jeśli pan zechciałby pozostać gdzieś tu w okolicy, to zapraszam! Mamy w sklepie niezły asortyment, lepszy chyba nawet niż przed laty.
    - Nie wiem, czy dotrwamy tu do jutra – skrzywiłem się kwaśno. – Nie mam teraz ani urlopu, ani wakacji. Właściwie to jestem tylko przejazdem.
    - Szkoda! – rozłożyła ręce w bezradnym geście. – Coraz mniej prawdziwych turystów zachodzi tutaj. Teraz wszystko zorganizowane i nie potrzebuje nawet sklepu.
    - Aż tak źle? – zapytałem z rozpędu i naiwnie. – Co pani chce przez to powiedzieć?
    - Ależ nic! – uśmiechnęła się. – Tylko wkoło wyrastają hotele i pensjonaty, a tam już mają swoje zaopatrzenie, swoją kuchnię. Nas nie potrzebują! – wyjaśniła.
    - Ja już się do tego przyzwyczaiłem – teraz ja zaśmiałem się autentycznie, chociaż gorzko. – Mnie już od dawna nikt nie potrzebuje. Ale zapewniam panią, że mimo wszystko, nie warto się wieszać. Przećwiczyłem to. Proszę mi wierzyć!
    - Mówi pan? Może i prawda… – skomentowała moje słowa. Ale nie dałem jej dokończyć myśli. I zmieniłem temat.
    - Czyli Basia wyprowadziła się stąd?
    - Nie, chyba nie, ale ja ją rzadko widuję. Nie przychodzi tutaj. Nawet po pieczywo. Nie pamiętam nawet kiedy ostatnio ją widziałam.
    - A mieszka tam gdzie mieszkała?
    - Nie słyszałam nic o tym, żeby gdzieś się wyprowadziła albo też wyjechała. Może więc i mieszka! Ale może wyjechała… Naprawdę tego nie wiem!
    - No cóż, dziękuję pani – szybko ją pożegnałem i wyszedłem ze sklepu.
    Miałem jej dość.

    - I jak? – powitał mnie Stefan, kiedy wsiadłem do samochodu.
    - Dupa blada. Pani Basia sprzedała sklep, a tej sklepowej nie znam.
    - Jaka pani Basia?
    Usiadłem w fotelu i tylko kręciłem głową. Jeszcze nie całkiem doszedłem do siebie po wizycie w sklepie, a już świadomość faktu, że zaraz zetknę się z tamtymi wspomnieniami, odbierała mi oddech… Byłem gorzej niż pijany, a przynajmniej tak się czułem.
    - Twoja sąsiadka, która kiedyś prowadziła ten sklep.
    Stefan zastanawiał się przez chwilę.
    - A, faktycznie! Wiem o kogo chodzi. Pamiętam ją. To ta, co mieszka na rogu, przy zjeździe z drogi. Tylko nie wiedziałem, że to Basia. Nie przedstawiała mi się, chociaż do sklepu to i ja często chodziłem.
    - Ta sama.
    - I co, mówisz, że sklep sprzedała? A gdzie teraz jest i co robi?
    - Kurwa, a skąd mam to wiedzieć? – wybuchnąłem.
    - No tak… – spojrzał na mnie flegmatycznie. – Chyba pojedziemy, co? – powiedział łaskawie.
    - Jedź! – odparłem, zrezygnowany.
    Było mi już wszystko jedno. Tak mi się wydawało. W mojej świadomości tkwiła informacja, że niczego już nie uniknę. Muszę się spotkać z moją przeszłością i niekoniecznie na takich warunkach, które bym sobie wymarzył. Jezioro… klon… lipa… sauna… to wszystko na mnie czekało.
    Moje dłonie drżały już cały czas…

    Wcześniej przyszła pierwsza porażka. Stefan, kiedy ruszył bez pośpiechu spod sklepu, nie darował mi sytuacji.
    - To mówisz, że wtedy poderwałeś sobie panią Basię… – stwierdził raczej niż zapytał.
    Spojrzałem na niego z politowaniem. Ale nie patrzył w moją stronę i kontynuował. – Pytała mnie kiedyś w sklepie dlaczego nie przyjeżdżasz, ale wtedy nie skumałem, bo śmiała się, że co rano biegałeś po drodze. I mówiła, że oglądała ciebie z podwórka. Dopiero teraz mi się to przypomniało i stąd ją skojarzyłem.
    Zdrętwiałem. Ale po chwili zorientowałem się, że nie mówi o „nas” tylko o „mnie”.
    - Nie gorączkuj się, wcale jej nie poderwałem. Tylko jak przez całe lato robi się zakupy w jednym sklepie, to trudno nie rozmawiać. A że wpadła parę razy na kawę, to cóż w tym dziwnego?
    - O, to i kawa była? Z wpadaniem nawet… Popatrz, popatrz! Do tego się nie przyznała! A tak mi się coś wydawało, ze zbyt ładnie ten dom po tobie był wysprzątany...
    Nie skomentowałem jego słów, chociaż szlag mnie brał.
    Najzwyczajniej brakło czasu.

    Dom Barbary stał na swoim miejscu, ale podwórko było puste. Samochód powolutku skręcał z asfaltu na znaną mi dróżkę. Kierunkiem przypominała tę poprzednią, polną, ale to nie była ta dróżka! Teraz wyasfaltowana, równiutka… Popatrzyłem przed siebie, a Stefan nagle wcisnął hamulec. Samochód zatrzymał się.
    Przy krawędzi byłej dróżki stał sobie najzwyklejszy znak zakazu ruchu. A pod nim zamocowano dwie tabliczki. Jedna o treści „Droga wewnętrzna, teren prywatny!” i druga „Wjazd wyłącznie na podstawie zezwolenia LIMAN S.A.”
    - O ja pierdolę! – wyrwało mi się, kiedy tylko zrozumiałem, że wzrok mnie nie myli.
    - Jasny szlag! – zawtórował mi Stefan i opadł w fotelu, jakby powietrze z niego wyszło.
    - Podprowadzili ci drogę! – złapałem się za głowę, śmiejąc się histerycznie. – Stefan, będziesz musiał kupić sobie helikopter!
    - Już ja im, kurwa, kupię! Szlag by to nie wziął! Teraz mnie wkurwili! I oni chcą ze mną rozmawiać? A poza tym co mnie obchodzi jakiś LIMAN? Mam go… wiesz gdzie.
    - Masz pierwszy sygnał, że warto było przyjeżdżać i sprawdzać, co się dzieje.
    - Mam, sam to wiem – odwarknął. – Nie musisz mnie teraz pouczać.
    Nagle przyjął energiczną pozycję w fotelu. Zorientowałem się, że ma zamiar ruszyć i jechać pod dom.
    - Poczekaj! – zablokowałem mu rękę, sięgającą do kluczyków. – Spokojnie, pomyślmy przez chwilkę.
    - A o czym tu myśleć, nie mam zamiaru przejmować się ich bzdurnymi zakazami – rzucił nerwowo, ale usiadł wygodnie.
    - Ty, a wiesz co znaczy słowo „liman”?
    - Nie wiem. Wiem, co to „limon” albo „limonka”. A „liman” to pewnie jakiś zbitek.
    - To też możliwe, ale mnie się wydaje, że ktoś celowo chwali się znajomością okolic Morza Czarnego, zaznaczając, że to teren nie dla obcych.
    - Co mnie to obchodzi! Jadę, bo stąd nie widzę, czy moja chałupa jeszcze stoi.
    Uruchomił silnik i powoli przejechaliśmy dróżką kilkadziesiąt metrów.
    - Zatrzymaj się! – zawołałem. Stefan przystanął i zgasił silnik.

    Nie tylko dróżka, ale cały krajobraz wokół niej, zmieniły się diametralnie. Tu było zupełnie nie tak jak kiedyś! Z lewej strony już nie dojechałbym rowerem do kępy brzóz, żeby naciąć gałązek na miotełki do sauny. Cały teren był oczyszczony z zeschłej trawy ugoru i drzewek – samosiejek, ale to mało.
    Zaraz za skrętem pysznił się elegancki, wysoki płot, obejmujący znaczną część dawnego ugoru. Teren wewnątrz był częściowo zagospodarowany, ale jego przeznaczenia nie umiałem określić, bo kręciło się tam kilka osób w roboczych kombinezonach. Pewnie prowadzono jakieś roboty. Pozostała tu większość dawnych drzew, kępy krzewów, jednak nie było chwastów, teren był oczyszczony. Mój wzrok powędrował dalej, a tam już płotu nie było. Dostęp od drogi nie był przegrodzony.
    - Podjedź trochę – zawołałem. Stefan ujechał kilkaset metrów, tam gdzie płot się kończył i znowu się zatrzymał.
    Staliśmy naprzeciwko kompleksu boisk sportowych, ale nie było tu nikogo. W kępy drzew wkomponowano boisko do koszykówki, korty tenisowe i jakieś inne obiekty. Może sportowe, ale chyba nie tylko. Pomyślałem, że w zasadzie, można by tu urządzać niezłe pikniki na kilkanaście albo najwyżej kilkadziesiąt osób. Bo dla większej ilości kibiców nie było tu miejsca.
    Ale najważniejsze było jeszcze dalej. Tam pysznił się spory, dwupiętrowy budynek, a właściwie to gmach, o dość skomplikowanej bryle. Zewnętrzna fasada prezentowała się tak, jak wiele obiektów na tym terenie i budynek wyglądał na pozór jak zabytek z dawnych lat. Niczym stary zamek. Wkomponowany niemal w ścianę lasu, częściowo zasłonięty drzewami, był odsunięty kilkadziesiąt metrów od naszej drogi, a od kompleksu sportowego też oddzielała go ściana zieleni.
    - Jedź dalej! – rzuciłem niecierpliwie. Stefan ruszył powolutku, zatrzymując się naprzeciwko obiektu, którego fasady chyba nie zdobił żaden napis reklamowy.
    Prowadziła do niego, wyłożona granitową kostką, odnoga naszej dawnej dróżki, zakończona placem parkingowym, na którym stało kilkanaście samochodów. Czyli jednak można tu jeździć! – pomyślałem. Stefan też zwrócił uwagę na samochody.
    - Jakieś ciołki jednak tutaj jeżdżą! – wysyczał. – A mnie próbują wydymać? A gówno! – wykrzyknął z naciskiem. – Zaraz z wami pogadamy!
    - Widzę, że gdyby nie ten obiecany obiad, już dawno zawróciłbyś auto – roześmiałem się na cały głos. Wtedy, jakby dźgnięty sprężyną, odwrócił się w moją stronę.
    - Ty mnie nie wkurwiaj, bo i tak mam już dość!
    Śmiech zamarł mi na twarzy.
    - To ty przestań! Nie z ciebie się śmieję. I nie masz powodu do irytacji, ani wariactwa. Ten durny znak to malutki pikuś. Zawsze można go wyjąć, albo wyciąć. Popatrz lepiej z kim masz tutaj do czynienia. To jest kasa! Stefan, sam wiesz, że tego wszystkiego tutaj nie było! A dzisiaj albo stoi, albo obydwaj ulegliśmy omamom wzrokowym. Uspokój się! Jeśli chcą z tobą rozmawiać, to porozmawiajmy! Ale bez nerwów, spokojnie! Zapomniałeś już, że jesteś handlowcem? Kto w takim stanie siada do stołu i prowadzi rozmowy?
    Opanował się niemal natychmiast.
    - Sorry, zapomniałem się – znowu opadł na fotel.
    - Pooglądajmy wszystko, mamy jeszcze czas, a potem dopiero zobaczymy kto za tym stoi.
    - Widzisz – odparł spokojnym głosem – a pytałeś po co ciebie zabieram w drogę. Właśnie po to. To nie jest twoje, więc podchodzisz do tego racjonalnie, a nie emocjonalnie. Ja sprzedając cudzy towar też się nie wnerwiam. Ale teraz mnie ruszyło.
    - Spójrz na drugą stronę – powiedziałem, zmieniając temat.
    Po prawej stronie drogi teren był również uporządkowany, ale tu nie było budowli. Zieleniła się jedynie trawa z rzadkimi kępami drzew.
    - Ale numer! Ciekawe kto to kupił? Przecież to był zakrzaczony ugór, a teraz wygląda jak pole golfowe! – zauważył.
    - Aha, patrz! Twój płot też zmieniony! Stefan… – teraz to ja rozpłaszczyłem się niemal w fotelu. Cała odwaga gdzieś mi uleciała.
    - Co znowu?
    - Ty, po co tu przyjechaliśmy? Kim my jesteśmy? Mamy w kieszeniach forsy tyle, co na żurek w przydrożnym barze. I my się mamy mierzyć z firmą LIMAN? Nie mam pojęcia, co i kto to jest, ale daliśmy dupy, że nie przyjechaliśmy tu anonimowo i nie sprawdzili wcześniej kto stoi za kancelarią. Mam złe przeczucia.
    - Teraz ty się uspokój. Skoro masz jeszcze na żurek, to nie jest tak źle. Będzie na postój w powrotnej drodze. A teraz jedziemy na proszony obiad, bo jestem głodny.

    Zbliżyliśmy się do bramy. Była w tym samym miejscu co dawniej, ale to była nowa brama i nowy płot. Był tak samo drewniany, jednak o wiele bardziej elegancki i znacznie wyższy, z murowanymi słupami, a brama z kutej stali. Jedno skrzydło było otwarte, zauważyłem też zamontowane do niego siłowniki. Czyli wszystko było sterowane i pod kontrolą. Pewnie są też kamery.
    Za tym otwartym skrzydłem stał sobie sprężysty gość w eleganckim sportowym uniformie. Na wygląd miał trzydzieści parę lat. Stefan opuścił szybę i zatrzymał się.
    - Dzień dobry! – mężczyzna grzecznie nas przywitał. – Czy panowie są umówieni?
    - Tak – szybko powiedział Stefan. – Czeka na nas pani Anna Kordonek.
    - Proszę więc podjechać przed wejście do tego budynku. Pani Anna oczekuje tam panów.
    Stefan ruszył powoli z miejsca.
    - Ale ci działkę upiększyli, ja nie mogę! Stefan, masz tu teraz elegancję-Francję! – patrzyłem przez otwarte okno samochodu, gadatliwością próbując pokryć zmieszanie i przyspieszone bicie serca. Na razie nie było ze mną najgorzej. Wprowadzone zmiany łagodziły wspomnienie.
    - Tak, ciekawe czy zrobili to charytatywnie – Stefan nie krył swojego sceptycyzmu.

    Do domu prowadził podjazd wykładany granitową kostką, zakończony małym parkingiem, na którym stało kilka samochodów. Ale jakie to były wozy! Najgorszym chyba był mercedes. Moja stara astra przy nich byłaby złomem. Zresztą faktycznie nim była. Nawet skoda Stefana mogła tu być tylko ich ubogą krewną.
    Dwa miejsca były puste. Zdążyłem jeszcze zauważyć, że całe podwórko zamienione jest w jakiś parkowy ogród, gdzie rosną najróżniejsze drzewa, drzewka, krzewy, kwiaty i inna roślinność, a pomiędzy nimi gdzieniegdzie wiją się granitowe alejki. Kawałek budynku gospodarczego, który widziałem zza posadzonych drzew, wyglądał na odnowiony, ale na stodołę nie zwróciłem uwagi. Zasłaniały ją młode drzewa. Kiedy zdążyły się tak rozrosnąć? Pewnie posadzono już takie większe. Jednak stara lipa wyraźnie górowała nad otoczeniem. Została oszczędzona.

    Podjechaliśmy przed ganek. Ale jak zmieniony? Dawnego ganku nie było. Na jego miejscu był nowy, dopasowany architektonicznie do bryły budynku i o wiele większy. Z dużą połacią daszku wspartą na wysuniętych kolumnach. A na stopniach wejściowych stała młodziutka, zgrabna osóbka, o całkiem niebanalnej urodzie, ubrana w prostą, letnią sukienkę. Stefan zatrzymał samochód i wysiedliśmy, grzecznie się kłaniając. Podeszła do nas i przywitała się, podając rękę.
    - Jestem Tomasz Barycki – przedstawiłem się, ujmując jej dłoń. Uścisk miała mocny i energiczny.
    - Anna Kordonek. Witam pana serdecznie.
    Po chwili powtórzyła uścisk dłoni ze Stefanem, a przedstawiając się, dodała – Jestem asystentką pana prezesa Johna Warwicka i w jego imieniu serdecznie panów witam!
    - Kogo? – wyrwało mi się niezbyt grzecznie. Spojrzała na mnie i powtórzyła:
    - Pana prezesa Johna Warwicka.
    - A pan prezes jest tu z czymś związany? – dalej bezczelnie brnąłem w temat, zaskoczony brzmieniem jej słów.
    - Przepraszam pana bardzo, ale zanim odpowiem muszę wiedzieć w jakim charakterze pan tutaj występuje – nie dała sobie w kaszę dmuchać. – Bo rozumiem, że pan – tu zwróciła się do Stefana – jest notarialnym właścicielem tej nieruchomości, prawda?
    - Tak! – potwierdził Stefan. – A ten pan – skinął w moją stronę – jest moim doradcą.
    - Rozumiem i bardzo panów przepraszam. Wszystko jest w porządku. Po prostu takie mamy procedury, że przed udzielaniem informacji muszę się upewnić – wyjaśniała rozbrajającym tonem. – Otóż pan John Warwick jest prezesem zarządu banku Solution Poland S.A. w Warszawie, który to bank de facto użytkuje tę nieruchomość. Jak pewnie panowie wiecie, bank warszawski należy do amerykańskiej grupy Solution, której główna siedziba mieści się w Nowym Jorku.

    Wiedziałem. Bez szczegółów, ale wiedziałem. Z gazet i telewizji. To potężna grupa finansowa, działająca na całym świecie. W Polsce pośredniczyła w uruchamianiu wielu amerykańskich projektów i inwestycji, szczególnie związanych z przemysłem obronnym, lotniczym i technologiami innowacyjnymi. Dlatego odruchowo kiwałem głową, sygnalizując zrozumienie. Stefan stał nieruchomo.
    - Ale zostawmy te sprawy na później, na pewno dowiecie się panowie wszystkiego. Do czternastej mamy jeszcze trochę czasu, pan prezes jeszcze jest w drodze, więc na razie miałabym dla panów taką propozycję. Proszę podjechać do hotelu, tam są dla panów przygotowane pokoje, proszę się odświeżyć po podróży. Wszystko w pokojach jest do panów dyspozycji, rachunek my zapłacimy. A potem zapraszam na coś zimnego tutaj, do salonu. Proszę podjechać tą alejką – pokazała kierunek – do głównego wejścia, tam już recepcjonistka zajmie się wszystkim. I proponuję za – popatrzyła na zegarek – za jakiś kwadrans, albo lepiej za dwadzieścia minut, spotkanie tutaj, w tym miejscu. Będę panów oczekiwała.
    - A samochodu nikt mi nie zaaresztuje? – zapytał Stefan. – Bo ja nie mam zgody firmy LIMAN na wjechanie tutaj.
    - Pan raczy żartować – uśmiechnęła się. – Jesteście panowie naszymi gośćmi, a po drugie, takie sprawy to już nie ze mną. Ale jestem przekonana, że dzisiaj, na wszystkie pytania uzyskają panowie satysfakcjonujące odpowiedzi.
    Stefan wzruszył ramionami.
    - Wydawało mi się, że tutaj ja jestem gospodarzem! – mruknął.
    - Proszę mi uwierzyć, że nie mam nic przeciwko temu! – odpowiedziała niezmieszana. – Dlatego proponuję panom chwilę relaksu, a potem zapraszam ponownie.
    - Ok. – zgodziliśmy się obaj. Zresztą, czy mieliśmy jakiś wybór?
    Pozostało podziękować i pojechać, jak nam zalecono.

    - Za dużo czasu nam nie dała – mruknąłem, kiedy Stefan parkował niedaleko wejścia.
    - Jasne, żebyśmy nie mieli czasu do namysłu i zbyt długo nie rozmyślali – Stefan też okazywał niezadowolenie.
    Budynek z większej odległości nie wyglądał zbyt okazale, drewno i cegły wyglądały jakoś tak staroświecko, jednak z bliska było widać, że to złudzenie. Był zupełnie nowy. Tak samo, dopiero z bliska ujawniał się wkomponowany w elewację napis: Hotel LIMAN. Natomiast wewnątrz… szok! W środku był to normalny, super nowoczesny obiekt, chociaż stylizowany na krzyżacki zamek. I to czuło się już od przekroczenia drzwi wejściowych.
    Jego wykończenie w niczym nie przypominało pretensjonalnych, przydrożnych obiektów dla przypadkowych gości. Tutaj królował nastrój, smak i elegancja. Niemal fizycznie poczułem obecność Jaćwingów, Krzyżaków i wojów Jagiełły. Znać było rękę fachowca od wystroju wnętrz. To co zobaczyłem było gustowne i dobrane ze smakiem. Pobyt musiał niemało kosztować.
    W hallu wejściowym było pusto, zaś w recepcji dyżurowała młoda kobieta w eleganckim, służbowym kostiumie. Powitała nas bardzo uprzejmie.
    - Panowie są gośćmi pana prezesa Warwicka? – zapytała. Potwierdziliśmy. – W takim razie bardzo proszę udać się ze mną.
    Wyszła z recepcji, kierując się ku pobliskim schodom na piętro.
    - Nie ma tu windy? – zapytał Stefan ironicznie.
    - Ależ jest! – odwróciła się ku niemu z uśmiechem. – Ale do panów pokoi bliżej jest po schodach.
    - A czyj to hotel? – nie ustępował.
    - Właścicielem hotelu jest spółka LIMAN – odpowiedziała bez wahania. – I taką też hotel nosi nazwę.

    c.d.n.
    Ethernet jednoparowy (SPE) - rozwiązania w przemyśle. Szkolenie 29.09.2021r. g. 11.00 Zarejestruj się za darmo
  • Optex
  • #2
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Nie miałem czasu przyglądać się dokładniej czemukolwiek. Zdążyłem tylko rzucić przelotnie okiem wzdłuż pobliskiego korytarza, a potem weszliśmy na schody. Piętro prezentowało się podobnie. Kobieta zatrzymała się i wskazała nasze pokoje. Naprzeciwległe. Pierwsze od schodów. Otwierała zamki drzwi kartami magnetycznymi, po czym je nam wręczyła. Czemu tak i dlaczego właśnie te pokoje? Nie miałem pojęcia. Dalsza natomiast część obiektu pozostawała na razie poza naszym zasięgiem. Wzruszyłem ramionami. A co mi tam! Niech i tak będzie. Na razie nie czułem się tu źle. Sądziłem, że będzie gorzej. Wspomnienia były, ale zbytnio mi nie doskwierały. Bo myśli i tak błądziły wokół zupełnie innego miejsca.

    Pokój był luksusowy. Wygląd robił wrażenie. Ale nie oglądałem wyposażenia, tylko od razu poszedłem do łazienki. Tu było wszystko, czego potrzebował podróżny. Kosmetyki z tak zwanej wyższej półki, ręczniki, szlafrok, pantofle, suszarka… Ciekawe, czy to tylko dla nas, czy tak jest we wszystkich numerach.
    Szybki prysznic spłukał ze mnie kurz drogi. Wyraźnie się orzeźwiłem i fizycznie czułem nie najgorzej. Ale w głowie niczego nie rozjaśnił. Dalej byłem niczym dziecko we mgle. Co tu się działo? Skąd to wszystko? Kto włożył w ten interes tyle pieniędzy? I po co tak naprawdę potrzebny jest im Stefan?
    Po kilkunastu minutach byłem gotowy. Nawet włosy wysuszyłem w ciągu minuty, bo łazienkowa suszarka miała moc ogromną. Wyszedłem więc z pokoju, rozglądając się dookoła, a po chwili na korytarzu pojawił się Stefan. Spojrzeliśmy na siebie. Też zrobił głupią minę, kiedy rzucił wzrokiem na lewo i prawo. Pomyślałem w tym momencie, że jesteśmy zbyt kiepsko ubrani. Na letnio – sportowo. Mało szykownie i niezbyt elegancko. A nie wiadomo z kim będziemy mieć do czynienia. Kiedy mu o tym powiedziałem, machnął lekceważąco ręką.
    - I co z tego? Niech oni się ubierają! Nie masz innych zmartwień? Ja mam! Skąd się to, kurwa, wszystko wzięło? Co to za prezes? Jak tu się znalazł? Jaki amerykański bank? Czy ktoś nie robi ze mnie wariata?
    - Przestań! – pohamowałem jego pytania. – Bank jest znany. I do tego duży. Chodź do dziewczyny, przecież na nas czeka. Jej zapytamy, niech odpowiada. Po to ją chyba tam postawili. Musi zapracować na wypłatę.
    - Możemy iść – Stefan złagodniał, ale nie przestawał kręcić głową z niedowierzaniem. Nagle zatrzymał się, odwrócił do mnie i powiedział:
    - Słuchaj Tomek, żebyś się nie wygadał, że znam angielski. Chcę to wszystko usłyszeć po polsku, natomiast angielskiego będę tylko słuchał. Bo skoro ten prezes jest z Ameryki, to po polsku raczej gadał nie będzie. Ciekawe, czy się z czymś nie sypną.
    - Dobry pomysł, tylko sam się nie sypnij!
    - Spokojnie, będę uważał.
    - Szczególnie na to, żebyś nie klął!
    - Bez przesady, wiesz, że ja klnę raczej wyjątkowo.
    - Wiem i właśnie dlatego uważaj, bo ci się wyrwie!
    - Cicho, bo nas jeszcze ktoś usłyszy – rozglądnął się na boki. Korytarz był na szczęście pusty.
    Spojrzałem na zegarek. Jeszcze nie byliśmy spóźnieni, ale pora nadchodziła, nie należało się ociągać. Zeszliśmy więc na dół, wychodząc z budynku, po czym na piechotę ruszyliśmy ścieżką w stronę domu.

    Ścieżką. Taka umowna nazwa. Była wyłożona granitową kostką, tak jak i reszta alejek. Zaprowadziła nas pod lipę, gdzie jej odnoga poszerzała się, aż osiągała wielkość placyku z królującym pośrodku stołem i ławami. Były nowe, stół był większy niż dawniej, wykonany z grubych, polakierowanych, dębowych bali, ale wszystko wyglądało tak, jakby stolarz odszedł przed kwadransem. Na blacie stała szklana szachownica z dużymi, niemal rzeźbionymi figurami i pionkami. Również ze szkła. Ustawionymi i gotowymi do gry. Tylko pszczoły mruczały i grały w listowiu po dawnemu, jak wtedy, gdy pierwszy raz czekałem tutaj na Dorotkę…
    Coś mnie ukłuło pod sercem. Ciągle ją kochałem i tęskniłem, chociaż tyle lat już minęło. Chciałbym ją przynajmniej zobaczyć. Nawet gdyby miało to być jedynie przez chwilę. Dlaczego zabroniła mi wszelkich prób kontaktu? Zupełnie jak kiedyś Lena. A może po latach mógłbym spróbować? Właśnie teraz… Choćby zadzwonić… A może pojechać do Lidki? Tak, muszę namówić Stefana na taką wycieczkę. Tylko jak to zrobić, żeby się nie zorientował w czym rzecz? Dzisiaj, albo może jutro? Muszę się jeszcze nad tym zastanowić.

    Annę ujrzeliśmy po pokonaniu ostatniego zakrętu. Tak jak wcześniej, stała na schodach w cieniu rzucanym przez daszek i spokojnie na nas czekała.
    - Miło znowu panów widzieć w dobrym nastroju! – jej głos wyrwał mnie ze wspomnień, kiedy zbliżaliśmy się do schodów. – Zapraszam do salonu. Pan prezes będzie za kilka minut. Proszę za mną!
    Poszła przodem, ale chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, że drogi pokazywać nam nie musi. Znaliśmy ją na pewno lepiej niż ona. Albo i nie, gdyż tu również zaszły zmiany, chociaż na pierwszy rzut oka, rozkład pomieszczeń się nie zmienił. Na ściany nie zwróciłem uwagi, ale zauważyłem, że podłoga jest zmieniona. Na dokładniejsze przyglądanie się nie było jednak czasu. Weszliśmy do salonu.
    Tutaj zmiany były zauważalne od razu, chociaż nie wszystko było nowe. W miejscu, gdzie spędzałem pierwszy wieczór z Dorotą i Lidką, teraz wokół drewnianej, niezbyt obszernej ławy, stały nowe, skórzane fotele i sofa. A bliżej okna, na prawo od wejścia, czekał duży stół z nakryciami na sześć osób. Zauważyłem też nowoczesne sprzęty elektroniki domowej i zmyślny stolik-barek na kółkach z pokaźnym zapasem trunków. Z boku miał chyba mini zamrażarkę, albo coś podobnego. Anna, wskazując nam fotele, poprosiła żebyśmy zajęli miejsca. Przeciwległa nam sofa, najbliższa wejścia, pozostała wolna. Sama usiadła z boku, pomiędzy fotelem Stefana a sofą. Drugie miejsce z boku, to obok mnie, przy ścianie, pozostało wolne.

    Zaczynałem czuć się nieswojo. Tu nagromadziło się zbyt dużo moich wspomnień i moich emocji. To tutaj trenowaliśmy z Dorotką tańce. Tutaj kochaliśmy się wszędzie, gdzie tylko się dało i jak się dało: w fotelach, na ławie, na podłodze… to tutaj pieściliśmy się podczas tańca… Ten salon chyba to zapamiętał! A co Dorotka w tańcu potrafiła… Boże! Pewnie do dziś potrafi zrobić szpagat na życzenie!. Nie ma i nie było drugiej tak pięknej, tak zgrabnej i wygimnastykowanej dziewczyny na świecie! I pomyśleć, że przed laty, właśnie ja kochałem się z nią przez całe wakacje… Ja, teraz stary, zramolały grzyb!
    Tamta atmosfera chyba jeszcze stąd nie uleciała, zaczynało mi być gorąco. A przecież tak naprawdę, było tu chłodno! Kątem oka zauważyłem zamaskowaną konstrukcję, ulokowaną niedaleko zamkniętego okna, która niewątpliwie skrywała klimatyzator. Więc w rzeczywistości, było znacznie zimniej niż na zewnątrz. Jednak aura wspomnień działała. Boże, a jak znowu będę musiał wyjść na zewnątrz? Przecież tu nie ma nawet skrawka miejsca, którego nie mógłbym skojarzyć z Dorotką!!! Przebywaliśmy wszędzie i chyba wszędzie uprawialiśmy miłość. Bez wytchnienia niemal.

    Próbowałem otrząsnąłem się ze wspomnień, bo Stefan coraz uważniej mi się przyglądał. A niby starałem się zachowywać normalnie. Coś jednak zwróciło jego uwagę. Jasna cholera, nie było dobrze! Znowu poczułem jeszcze większe ciepło…
    - Czy panowie pozwolą się obsłużyć? – usłyszałem głos Anny. – Proponuję coś zimnego. Specjalność pana prezesa.
    - Ależ prosimy! – odpowiedział Stefan, zanim zdołałem cokolwiek pomyśleć. – A zdradzi pani co to jest?
    Odetchnąłem w duchu. Wreszcie przestał zwracać na mnie uwagę! Po co ja tu przyjechałem? Jeszcze jeden taki raz i będę uziemiony w rodzinie. Wprawdzie Stefan nigdy na mnie niczego nie poskarżył, jednak w tej chwili nikomu już nie wierzyłem. Domowe układy stały niemal na ostrzu noża. Jeśli Marta zdobędzie jasny dowód moich skoków w bok, to będę skończony. Nawet wtedy, kiedy to będzie dowód moich starych win, tych sprzed lat.
    - Składu nie mogę zdradzić – uśmiechnęła się. – Jednak gorąco polecam. Nazywa się „cran cooler”.
    - Naprawdę nie może pani powiedzieć z czego się składa? – Stefan żartobliwie i celowo udawał naiwnego. Anna rozumiała jego grę i odpowiedziała z taką samą udawaną naiwnością.
    - Mogę tylko powiedzieć, że to na bazie rumu. Z sokiem borówkowym i limonką.
    - Tym bardziej poproszę! – Stefan zaordynował wesoło. – Poprosimy! – poprawił się, patrząc na mnie. Ciekawe skąd u niego taki przypływ dobrego nastroju.
    Załapał u mnie plusa. Dużego. Na gwałt potrzebowałem chociaż odrobiny alkoholu. A sam nie byłem w stanie niczego wykrztusić. Nawet prośby o drinka. Przebywałem przez chwilę w innym wymiarze przestrzeni. Dlatego nie widziałem jak to się stało, ale po chwili przede mną stała szklaneczka z jakąś zawartością. Miałem pokusę wypić wszystko jednym haustem, jednak ostatkiem woli powstrzymałem się, próbując opanować nerwy i słuchać rozmowy Stefana z Anną. Słuchałem, niczego nie rozumiejąc, bo nie słyszałem od czego zaczęli. Dopiero po chwili panicznej koncentracji, zacząłem co nieco kojarzyć.
    - … prawidłowo, jeśli to barek szefa, to trzeba korzystać! – Stefan albo miał dobry nastrój, albo nieźle udawał.
    - Niby tak! – Anna uśmiechnęła się trochę sztucznie. – Ale gdybym chciała korzystać ze wszystkich okazji, to alkoholizm miałabym murowany!
    - I powie nam pani coś o tym miejscu, czy wszystko też jest tajemnicą? – Stefan przechodził do konkretów, nie dając jej odetchnąć. – Co pan prezes tutaj robi?
    - Ależ proszę pana, nie ma tu żadnej tajemnicy! – roześmiała się. – Pan prezes z rodziną lubią to miejsce i najczęściej spędzają w nim swój wolny czas. A ja i cała reszta personelu jesteśmy do ich dyspozycji. Wszystko dla ich wygody.
    - Duża ta amerykańska rodzina? – zapytał.
    - Dlaczego duża? – kobieta zdziwiła się. – Jak najbardziej normalna. Pan prezes, jego żona i dwaj synowie. Bliźniaki. Mają wakacje, więc teraz biegają po okolicy. Bardzo fajni chłopcy.
    - I na tak długo przyjechali do Polski? – zdziwił się Stefan. – Przecież te dzieci przestaną mieć amerykański akcent! – zażartował.
    - Proszę się nie obawiać! – Anna odpowiedziała nieco ironicznie, ale z powagą. – Chłopcami opiekuje się pani Diana, rodowita Amerykanka, z właściwym, pedagogicznym przygotowaniem. I w zasadzie tylko ona oraz pan prezes rozmawiają z chłopcami po angielsku. Nawet ja mówię do nich zawsze tylko po polsku, chociaż język angielski znam biegle. Bo tutaj w Polsce, oni uczą się języka polskiego. Oraz prawidłowej polskiej wymowy, gdyż tego brakuje im bardziej niż angielskiego w pozostałych miesiącach roku.
    - A po co im to? – odezwałem się sceptycznie. – Mają zamiar przenieść się z Ameryki do Polski? Parę osób u nas chętnie by się z nimi zamieniło.
    - Proszę pana! – była wyraźnie zgorszona moją odzywką. – Pani Warwick jest z pochodzenia Polką, chociaż mieszka i pracuje w Nowym Jorku. Więc cóż w tym dziwnego, że chciałaby, aby dzieci mówiły również po polsku?
    - Przepraszam, tego nie wiedziałem – bąknąłem, gryząc się w język. Po co ja w ogóle się odzywam?
    - I ja przepraszam – skłoniła lekko głowę. – Miał pan prawo nie wiedzieć – usprawiedliwiała mnie.
    - To ciekawie się składa – zauważył Stefan. – Polka pracuje w Nowym Jorku, a Amerykanin w Warszawie?
    - Dokładnie tak właśnie jest! – roześmiała się Anna. – Ale na weekendy to albo pan prezes leci do Stanów, albo pani dyrektor przylatuje do Polski. Z kolei urlopy, jednak najczęściej spędzają właśnie tutaj.
    - O, matulu, Amerykanie odkrywają uroki Mazur! – mruknąłem zaskoczony. I zaraz dodałem, demonstracyjnie obrzucając wzrokiem pomieszczenie.– Wygląda na to, że pieniędzy im raczej nie brakuje!
    - A tego to ja nie wiem, proszę pana – zmieniła ton na bardziej twardy. – I plotkami to ja się nie zajmuję.
    - Przepraszam panią, nie miałem zamiaru obrazić ani pani, ani pani pracodawców – zacząłem się wycofywać. – Próbowałem raczej skomentować zastane zmiany. Bo chyba pani się domyśla, że znamy poprzedni stan tego wszystkiego – tu rozłożyłem ręce, pokazując gestem, że chodzi mi o wszystko, nie tylko o dom.
    - Ja pana rozumiem – była trochę udobruchana. – Tyle, że ja pracuję dopiero od dwóch lat i niewiele o tym wiem. Byłam tu wcześniej zaledwie kilka razy, a i to krótko.
    - A co robi w pracy asystentka prezesa, taka jak pani? Tak ogólnie, nie chodzi mi o jakieś tajemnice – kontynuowałem rozmowę, chcąc wyciągnąć od niej trochę informacji. – Taki pani schemat zadań, czy też… – rozłożyłem dłonie – chodzi mi o to, czym różni się pani praca od pracy sekretarki w naszym, polskim pojęciu.
    - Trochę jednak się różni – od razu spoważniała, ale i złagodniała. – Chociaż najczęściej jestem tłumaczką rozmówców pana prezesa, bo chociaż język polski w miarę zna, to w poważnych sprawach woli rozmawiać po angielsku. A poza tym to przede wszystkim mam pieczę nad kalendarzem pana prezesa. To znaczy jego częścią służbową – dodała szybko. – To do mnie sekretarki kierują zainteresowanych spotkaniem z panem prezesem, to najpierw mnie muszą przekonać, że powinni zostać przyjęci. Jestem takim filtrem, który dba, żeby pana prezesa nie zajmować głupstwami.
    - Znaczy, my osiągnęliśmy już pierwszy stopień dostępu – powiedziałem do Stefana. Anna roześmiała się.
    - Nie, nie! Z panami jest inaczej. Bo często bywa i tak, że to pan prezes poleca mi zorganizowanie spotkania z jakimiś osobami. I wtedy ja takie polecenia wykonuję; umawiam się z innymi asystentami różnych osób. Ale nie chciałabym o tym zbyt wiele mówić. To trochę taka kuchnia, więc niech zostanie nieco tajemnicza.
    - Dobrze się pani pracuje? – zapytał Stefan.
    - Jestem bardzo zadowolona. Pan prezes jest wymagający, stanowczy i konsekwentny, ale jednocześnie to spokojny i bardzo konkretny człowiek. A pani szefowa tym bardziej. Lubię tę pracę i chcę dla nich pracować. Bo docenić starania też umieją.
    - To fajnie jest tak, jeśli człowiek lubi to co robi – zauważyłem. – Ale mówiła pani wcześniej, że żona pana prezesa pracuje w Nowym Jorku. Pani też pobierała tam nauki? Jak pani tam się znalazła?
    Anna roześmiała się.
    - A mogę wiedzieć dlaczego pan tak rozpytuje o szczegóły?
    Odpowiedziałem jej też dość wesoło. Rozmowa wyraźnie mnie uspokoiła.
    - To bardzo proste! Moja córka niedawno ukończyła anglistykę i właśnie miota się w poszukiwaniu jakiegoś ciekawego zajęcia. Oczywiście najlepiej z jakimiś konkretnymi zarobkami! – dodałem. – Gdyby tak mogła skorzystać z pani doświadczeń, a może i protekcji…
    Roześmiała się.
    - Proszę pana, ja nie mam żadnego wpływu na decyzje kadrowe – powiedziała rozbrajającym tonem. I natychmiast spoważniała. – Niestety, nie byłam w Nowym Jorku, chociaż wierzę, że jeszcze będę. Uczyłam się tutaj. Tak, że sam pan widzi, nie mam żadnych możliwości aby panu pomóc – bezradnie rozłożyła dłonie, znowu się śmiejąc. – A mówiąc poważnie, ja nie potrzebowałam żadnej protekcji i zapewniam pana, że nikt mnie nie przyniósł w teczce. Po prostu zgłosiłam się do pracy, porozmawiano ze mną, przeszłam staż, okres próbny i zostałam! Zwyczajnie!
    - Szkoda że pani nie może mi pomóc! A to taka fajna dziewczyna, ta moja córka. Nawet fajniejsza niż ja! – dodałem.
    - Wierzę panu! – Anna znowu się roześmiała. – Ale nie mogę pomóc. Przykro mi!
    Nagle zadzwonił jej telefon. Popatrzyła na wyświetlacz, przeprosiła nas i podniosła aparat do ucha.
    - Tak, proszę pani… tak jest… tak… dwóch panów… tak… nie pamiętam… chyba tak… tak, chyba tak… dokładnie… dobrze.
    Wyłączyła aparat i spojrzała na nas.
    - Bardzo panów przepraszam, ale to obowiązki służbowe. Pan prezes właśnie przyjechał. Muszę panów na chwilę opuścić. Proszę mi wybaczyć i częstować się według woli – zrobiła szeroki gest ręką ze wskazaniem na stolik na kółkach, skłoniła się nam i wyszła z salonu.
    Popatrzyliśmy ze Stefanem na siebie.

    - Rozumiesz coś z tego? – odezwałem się pierwszy, dopijając drinka do końca. Ale on, milcząc, podniósł się z fotela i ruszył do stolika. Schwycił jakąś butelkę, nie patrząc nawet na nalepkę. Nalał mi odrobinę, sobie też, po czym usiadł. I ledwo zdążyliśmy to zaaplikować, kiedy drzwi się otwarły i do pokoju wszedł mężczyzna. Po chwili, gdy doszedł do ławy przed sofą, weszła też Anna.

    Był to szczupły, średnio wysoki pan, mniej więcej w moim wieku. Może nawet młodszy. Krótkie, szpakowate włosy, ozdabiały mu srebrne nitki. Był przystojny, trzymał się prosto, a podróżny ubiór miał elegancki i stonowany. Jak na komendę, wrfaz ze Stefanem podnieśliśmy się z foteli. Wyciągnął rękę do Stefana, gdyż był bliżej niego.
    - Dzień dobry! – przywitał się typową polską wymową autentycznego Amerykanina. – Jestem John Warwick – usłyszałem.
    Stefan przedstawił się i uścisnęli sobie dłonie. Po czym prezes zrobił krok w moją stronę i powtórzyliśmy prezentację. Uścisk ręki miał pewny i dość mocny, a dłoń suchą. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Uśmiechnął się dość lekko i uprzejmie. Nie zauważyłem w nim niczego złego. Wyglądał na dość przyjaźnie nastawionego do nas, ale to mogło być złudzenie. W międzyczasie Anna podeszła do swojego fotela i spokojnie czekała, stojąc. John, gestem dłoni gospodarza, zaprosił wszystkich do zajęcia miejsc i sam usiadł na sofie, naprzeciwko Stefana. Jednocześnie spojrzał na ławę, zobaczył nasze puste szklaneczki i powiedział jakieś słowa do asystentki.
    - Pan prezes zapytuje, jak przebiegła panów podróż. Czy wszystko jest w porządku?
    Stefan zaczął odpowiadać, że bez problemów, a ja byłem tak zaangażowany dyskretną obserwacją jego osoby, że nawet nie zauważyłem kiedy mieliśmy przed sobą nowe drinki, a i John trzymał w ręce coś napełnionego. Dopiero kiedy przemówił i Anna zaczęła tłumaczyć, zorientowałem się, że przecież ona siedzi już w swoim fotelu.

    - Pan prezes jest zaszczycony, że mógł panów osobiście poznać i jest mu bardzo miło, że może panów tutaj gościć. Cieszy się z tego przyjazdu i ze spotkania. I przeprasza, że mówi po angielsku, ale nie zna języka polskiego na tyle dobrze, żeby rozmawiać w panów ojczystym języku.
    Tutaj John wstrzymał Annę gestem ręki i z uśmiechem podniósł szklaneczkę do góry.
    - Za panów zdrowie! – powiedział z silnym amerykańskim akcentem i uśmiechnął się. Podnieśliśmy swoje i my, upijając trochę zawartości. Potem cicho coś mówił dalej, a ja słuchałem Anny, która ciągnęła:
    - Panu prezesowi jest bardzo przykro, że sytuacja nieoczekiwanie się zmieniła i nie będzie mógł dzisiaj zabawiać tutaj panów tak jak planował, gdyż nieoczekiwanie do Warszawy przyleciał przedstawiciel Departamentu Stanu i pan prezes musi niezadługo pojechać na spotkanie z nim. To są sprawy oficjalne, rządowe i pan prezes ma nadzieję, że panowie zrozumieją, iż to siła wyższa i wybaczą mu taki nietakt. Ma jednak nadzieję, że panowie zostaniecie tu trochę i będzie miał okazję spotkać się z wami jutro. Pan prezes usilnie zaprasza i prosi o pozostanie do jutra. Jednocześnie zapewnia, że wydał już odpowiednie dyspozycje, aby panom niczego tutaj nie zabrakło, jesteście panowie miłymi i oczekiwanymi gośćmi.
    Natomiast w sprawie przedłużenia dzierżawy, o której chciał z panami rozmawiać, to jeśli taka będzie panów wola, możecie panowie porozmawiać dzisiaj z żoną pana prezesa, która ma wszelkie niezbędne pełnomocnictwa w tym temacie. Poza tym włada językiem polskim, więc na pewno będzie panom łatwiej wyjaśniać wszelkie szczegóły i rozwiać ewentualne niejasności. Oczywiście, jeśli wolą panów będzie rozmawianie wyłącznie z nim, nie będzie to stanowić problemu. Będzie do panów dyspozycji. I jeszcze jedno pan prezes pragnie wyjaśnić. Otóż bank nie jest, bo być nie może, bezpośrednim dzierżawcą tej nieruchomości. Wynajmuje ją tylko od pośrednika. Więc jeśli panowie zaakceptujecie propozycję, to formalnie umowa będzie podpisana tak jak uprzednio, z kancelarią adwokacką. Jednak ani kancelaria, ani nikt inny, niczego w uzgodnieniach, które w tym domu zostaną podjęte, zmieniać już nie może. Staną się obowiązujące dla obydwu stron.. A pan prezes wspomina o tym dlatego, że przedstawiciel pośrednika będzie tu obecny i będzie można z nim porozmawiać. Pan prezes zdaje sobie sprawę, że jeszcze pewne sprawy mogą być dla panów niezrozumiałe, ale obiecuje, że jeśli do jutra coś pozostanie niejasne, to zobowiązuje się sam, osobiście odpowiedzieć na wszystkie panów pytania. I ponownie przeprasza, że to nie może być w tej chwili, bo czasu ma naprawdę niewiele. Natomiast niezadługo będzie podany obiad na który oczywiście serdecznie panów zaprasza.
    Prezes skłonił się nam i podniósł szklaneczkę. Odpowiedzieliśmy tym samym, wznosząc toast.
    A po chwili Stefan odezwał się, oczywiście po polsku, dziękując w naszym imieniu za spotkanie i wyrażając żal z powodu wystąpienia takich niespodziewanych okoliczności. Zapewnił też, że chętnie zapoznamy się z propozycjami osób zainteresowanych i kompetentnych, oraz nadmienił, że ponieważ sam pracował w handlu, to doskonale rozumie nadzwyczajne okoliczności wynikłej sytuacji i absolutnie nie czuje się urażony. Przeciwnie, docenia zaangażowanie pana prezesa, oraz chciałby mu wyrazić swoje uznanie. Podziękował też za zaproszenie i zapewnił, że czujemy się nim zaszczyceni.
    Anna tłumaczyła na bieżąco i John wyglądał na bardzo zadowolonego z jego słów.

    Ja natomiast nie wsłuchiwałem się w nie zbyt uważnie. Już ładnych parę lat temu przestałem być handlowcem i dawno zarzuciłem niezbędny wtedy język dyplomacji. Stefanowi poszło to lżej. On jeszcze nie zapomniał tamtych zasad. Chociaż pewnie szlag go trafiał, tak jak i mnie.
    Ktoś tu grał z nami w bambuko, ale na razie trzeba było robić dobrą minę do złej gry. Nie mieliśmy pojęcia co jest grane. Więc i nie wiadomo było z której strony grozi niebezpieczeństwo i jak się do tego ustawić. Niewątpliwie ktoś chce nas osłabić. Byłem pewien, że Stefan doskonale rozumie te podchody pod klienta, tak samo jak zrozumiałem je ja. Zamiast rozmów – na początku zabawa. Bo „mieliśmy tu mieć wszystko”.
    Takie metody stosowaliśmy kiedyś na wschodzie. Dla naiwnych i początkujących, którzy zachłystnęli się możliwością swobodnego handlowania. Zrobić imprezę i zaprosić kontrahentów, a potem negocjować ze zmiękczonymi i oczywiście zmęczonymi. A jeszcze jak się doda do takiej oferty łapówkę? Efektem niemal zawsze bywały korzystniejsze ceny czy też inne warunki wymiany.
    Tyle, że coś tu nie grało. Takie bajery, to można robić pod zarządców, a nie pod właścicieli. Właściciel myśli inaczej. I na lep łapówki nie pójdzie. A w dodatku, od początku było wiadomo z kim ta gra jest prowadzona. I że Stefan, jako handlowiec, wie co to plewy. Bo jeśli chodzi o mnie, to nikt nie wiedział, że przyjadę, czyli na pewno nie o mnie tu myślano. Więc czy to świadomy blef, czy tylko lekceważenie przeciwnika? Może sam fakt, iż mnie się nie spodziewano, jest szansą na rozwiązanie zagadki? Ale gdzie i w czym tkwi haczyk na Stefana? Należało mieć się na baczności. Coś za bardzo panu prezesowi układała się ta gadka. Jakby była już wcześniej przygotowana. Jakby to wszystko było dawno zaplanowane…

    Kiedy Anna zakończyła tłumaczenie mowy Stefana, znowu zwilżyliśmy usta. Zaraz też John próbować mówić do Stefana po polsku. Tak luźno, jakby sprawdzał swoją wymowę wobec dobrego znajomego. Jakby chciał pokazać, że nie jest żadnym wielkim prezesem z Ameryki, lecz traktuje Stefana niczym równego sobie. Jakby próbował trochę rozluźnić oficjalną atmosferę naszego spotkania.
    Jego lapsusy były dość zabawne, ale sam się z nich śmiał. Stefan kilka razy coś mu wyjaśnił, coś podpowiedział, po chwili rozweseleni, uścisnęli sobie dłonie i wszystko to rzeczywiście było bardzo sympatyczne. Wprowadziło do salonu powiew innego powietrza, nie tak sztywnego, jakie w zasadzie narzuciła nam asystentka.
    Patrzyłem teraz na nią, dlatego nie zauważyłem, że drzwi się otwarły i do salonu ktoś wszedł. Dopiero po chwili kątem oka zarejestrowałem jakiś ruch w okolicy drzwi. Jakaś kobieta szła w naszą stronę. W pierwszej chwili obrzuciłem jej postać obojętnym wzrokiem i znowu próbowałem skoncentrować się na rozmowie Stefana z Johnem. Ale po ułamku sekundy kobieta zatrzymała się, jakby patrząc na mnie. Znowu skierowałem wzrok w jej stronę i… nasze spojrzenia się spotkały.

    Oczy najprawdopodobniej powiększyły mi się do rozmiarów pięciozłotówek, a mięśnie podudzi zadrżały niczym maratończykowi seksu po ostatnim stosunku. Co się tutaj dzieje??? Poczułem jak fala gorąca uderzyła mi do głowy, a tętno podskoczyło na wysoki poziom.
    Obok sofy stała Lidka! Z roześmianą twarzą, kpiąco i łobuzersko, wpatrywała się we mnie. Szczęka mi opadła, Czyżby to była żona prezesa???
    Z wysiłkiem podniosłem się z fotela, Lidka natomiast już biegła w moją stronę z szeroko wyciągniętymi rękami. Ja też rozwarłem ręce i po chwili wisiała na mojej szyi, obcałowując mi całą twarz. Ja natomiast mocno trzymałem ją rękami w talii i kręciłem piruety przy oparciu fotela.
    - Tomek, ty cholero, ty pieronie ciężki, ja cię zamorduję! Gdzie byłeś przez tyle lat? – wykrzykiwała. – Miałeś do mnie przyjechać! Miałeś mnie odwiedzić! A ty nic! Nie dałeś znaku życia! Nawet do mnie nie zadzwoniłeś!
    Z wrażenia zapomniałem języka w gębie i zupełnie nie wiedziałem co odpowiedzieć. Zresztą, zadyszka i tak nie pozwoliłaby mi niczego wykrztusić. A gdy ją w końcu postawiłem na parkiecie, śmiała się i nadal próbowała obejmować za szyję.
    - No nie, ja muszę się dzisiaj z tobą upić! To ci na sucho nie przejdzie! Ale numer mi wykręciłeś! Jak ja się cieszę, że cię widzę! – cmoknęła mnie na koniec w policzek.
    Byłem odrobinę zażenowany taką, publiczną jej wylewnością, nie wiedząc jak mam się zachować i nic jej nie odpowiedziałem. Na szczęście odeszła dalej, kierując się w stronę Stefana, który razem ze mną podniósł się z fotela i teraz czekał, wyraźnie zdziwiony i obserwował całe zamieszanie. Jeszcze taka roześmiana wyciągnęła do niego rękę.
    - Dzień dobry panu! Nazywam się Lidia Dalerska.
    - A ja Stefan Jowiński. Miło mi panią poznać. Tylko chciałbym tak samo jak z Tomkiem – bez skrępowania wyciągnął obydwie ręce w jej stronę. Lidka zastygła zaskoczona, a potem głośno się roześmiała.
    - Na to mamy jeszcze czas – powiedziała zalotnie, leciutko grożąc mu palcem. – Tomek też nie od razu doświadczył moich objęć i całusów. Ale wszystko przed nami! – roześmiała się obiecująco.
    Stefan wydął wargi oznajmiając w ten sposób zawód, jaki mu sprawiła i nie odpowiedział ani słowem. Prezes natomiast spojrzał na Annę, a ta cicho mruknęła coś do niego. Wtedy roześmiał się i przerzucił wzrok na Stefana, pokazując mu uniesiony kciuk, jednocześnie mówiąc coś po angielsku.
    - Pan prezes gratuluje panu Stefanowi refleksu – przetłumaczyła Anna. Śmieliśmy się teraz wszyscy. Atmosfera wyraźnie stała się mniej oficjalna. Lidka, nie witając się z Johnem, usiadła w wolnym fotelu po mojej prawej stronie i zawołała:
    - Pani Aniu, proszę o wódkę! Muszę dzisiaj upić z się Tomkiem! – Po czym szybko odezwała się ze śmiechem do Johna po angielsku. A on pokiwał aprobująco głową.

    Już na pierwszy rzut oka było widać, że Lidka czuje się tutaj całkiem swobodnie. Obecność prezesa Warwicka zupełnie jej nie krępowała. Mało tego. Ze zdziwieniem zobaczyłem, że osobiście wstał, powstrzymując Annę i sam podszedł do stolika przygotowując jej drinka. Zwykłą, solidną szarlotkę, czyli żubrówkę z sokiem jabłkowym. Wykorzystując to, postanowiłem zamienić z nią kilka cichych słów.
    - Lidka! – szepnąłem. – Boże, jak ciebie zobaczyłem, to moją pierwszą myślą było to, że ty jesteś żoną – pokazałem oczami na Warwicka. – Ale to nie ty, prawda? Masz inne nazwisko.
    Lidka parsknęła cichym śmiechem, jak dawniej. – No coś ty! Tomek, ja? Ja wyszłam za Romka! – szeptała. – I to po nim mam nazwisko. A tak serio, naprawdę nie widziałeś jeszcze żony Johna?
    Pokręciłem przecząco głową.
    - Więc pewnie niedługo poznasz – spoważniała. – Ale nie przejmuj się, jest naprawdę całkiem fajna! Idzie z nią pogadać. Na pewno ją polubisz, jestem tego pewna! – stwierdziła, zagryzając wargi.
    Zauważyłem to, ale wcale się nie zorientowałem, że dusi w sobie śmiech.

    c.d.n.
  • Optex
  • #3
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - No nie wiem, chociaż ta asystentka też mówiła coś podobnego – rzuciłem nieostrożnie. – Że to bardzo miła i sympatyczna osoba.
    - Tomek! – spojrzała na mnie z przyganą. – Nie te słowa! Co taka Ania może na ten temat wiedzieć? Przecież dopiero się uczy!

    Jeszcze miałem wtedy klapki na oczach, chociaż powinienem już coś wyczuć. Gdyby to powiedział mi ktoś nieznany, nieznajomy, pewnie odczułbym jakiś sygnał ostrzegawczy. Ale to była Lidka. Tak bardzo chciałem się z nią spotkać i byłem tak zadowolony, że ją zobaczyłem, a moje pragnienie realizuje się samo, że instynkt samozachowawczy przestał działać. I niczego nie podejrzewałem. Nadmiar wrażeń wyraźnie stępił moją wrażliwość.
    Z drugiej strony, czy ja kiedykolwiek potrafiłem przewidzieć rozwój wydarzeń? Chyba nigdy! Moje plany albo też dalekosiężne zamiary, choćby najprostsze, najczęściej nie dawały się zrealizować. No chyba, że brałem problem z rozpędu. Tak od razu, bez większego namysłu. Wtedy wszystko się udawało i wszystko wychodziło. Więc nic w tym dziwnego, że również teraz, wydarzenia przybrały nieoczekiwany obrót i mnie zaskoczyły. Jak zawsze.
    - Lidka, ale mam z tobą do pogadania! – szeptałem nadal, niezbyt grzecznie w takich okolicznościach. Byłem tak zadowolony z jej obecności, że nie zważałem na nic. Nie musiałem już kombinować jakby tu pojechać do Czyżyn. Była na miejscu, tuż obok. I na pewno czegoś się dowiem.
    - Ja myślę! – Lidka odparła całkiem głośno, patrząc na mnie jakoś tak dziwnie i nietypowo, biorąc od Johna szklankę. – Czas by ci było! – dodała, patrząc mi w oczy i uniosła drinka do góry, rozglądając się dookoła.
    - Wprawdzie jam tu nie gospodyni, ale pić mi się chce! Wasze zdrowie, panowie! – wzniosła szklaneczkę do góry. – Tomek, za nasze spotkanie! – zawołała radośnie.

    Zanim wypiłem, kątem oka ułowiłem obraz, jak John, na brzmienie tych słów, podniósł najpierw do góry swoje przedramiona w geście bezradności, czy też pokory, po czym z uśmiechem wziął swojego drinka i wypił z nami pod Lidki dyktando.
    Poczułem jak przeszywa mnie jakiś prąd. I nie było to od alkoholu. Najwyraźniej Lidka jest tutaj personą! Czuje się jak u siebie w domu! I prezes nie ma nic przeciwko! Więc kim jest Lidka dla niego? Co tu jest grane???
    Chciałem porozmawiać z Lidką, ale w tym momencie mówiła coś do Johna. Po angielsku. Musiałem poczekać. A wtedy poczułem jak Stefan odnalazł moją stopę pod ławą i niemiłosiernie wciska się w nią swoim butem. Spojrzałem w jego kierunku i napotkałem zdumiony i pytający wzrok. Ale co miałem odpowiedzieć? On i tak słyszał dialog dziewczyn z Johnem, więc wiedział teraz więcej niż ja.
    Anna milczała, jednak jej oczy nie próżnowały. Obserwowała wszystko. Wiedziałem, że jeśli odezwę się do Stefana, ona wszystko usłyszy i zarejestruje. A tego przecież nie chciałem…
    Stefan natomiast nie rezygnował. Wzmocnił swój ucisk. Najwyraźniej czuł się niepewnie. Ponownie skierowałem ku niemu wzrok, krzywiąc się niemiłosiernie, by wreszcie pojął, że ja tak samo niczego nie rozumiem.
    I właśnie tych kilku sekund mi zabrakło. Znowu nie zauważyłem jak do salonu ktoś wchodzi. Dopiero wzrok Anny nakierował moje spojrzenie w stronę drzwi.

    Krew odpłynęła mi do pięt. Pewnie zbladłem jak papier, jednak nie na długo, bo po sekundzie poczułem jak policzki mi płoną, a serce chce przez żebra wyskoczyć na zewnątrz.
    Jakaś nieziemska siła wyssała tlen z całego pomieszczenia. Nie mogłem złapać tchu! O Panie nasz! Ja chyba oszaleję! Nie zmieniła się wcale!!! Jakby czas zupełnie nie miał do niej dostępu!!!

    Kątem oka zobaczyłem, że Stefan wstaje z fotela, więc zrobiłem to samo. Patrzył, jak ONA podchodzi do ławy i zatrzymuje się obok Johna. Nie podeszła do wolnego miejsca na sofie. Prezes zrobił ruch jakby chciał się podnieść, czy przesunąć, robiąc jej miejsce, ale spojrzała mu w oczy, kładąc rękę na ramieniu, więc usiadł z powrotem. Wtedy zrobiła krok naprzód i wyciągnęła rękę w stronę Stefana, a ja, po latach, znowu usłyszałem ten miły i spokojny głos.
    - Witam pana w pańskim domu! – uśmiechnęła się cieplutko. – Nazywam się Dorota Warwick.
    Kiedy Stefan przedstawił się, mówiła dalej, z tym swoim promiennym uśmiechem na twarzy, Anna natomiast tłumaczyła coś cicho Johnowi.
    - Bardzo się cieszę, że pana poznałam, panie Stefanie. I bardzo przepraszam, że tak późno do tego doszło. Przecież od kilku już lat mieszkamy latem w pana domu i czas najwyższy, żeby pan o tym wiedział – uśmiechnęła się do niego niemal zalotnie.
    - Gdybym wcześniej wiedział, jakich pięknych i miłych mam lokatorów – Stefan nie stracił rezonu, strzelając komplementem. – to już dawno bym się tutaj zjawił!
    - Dziękuję panu! Mimo to i tak jestem panu winna przeprosiny – Dorota jeszcze raz posłała mu swój ujmujący uśmiech. A potem wreszcie przeniosła swój wzrok na mnie.

    Kiedy rozmawiała ze Stefanem, burza myśli przeleciała przez moją głowę, jednak pojawiła się i zgasła. Teraz miałem tam pustkę. Byłem absolutnie wyzerowany. Ledwo trzymałem się na nogach.
    Stała teraz i patrzyła na mnie przyjaźnie. Nie wyglądała na speszoną ani zaskoczoną. Oczu też nie miała smutnych, wręcz przeciwnie. Były takie, jakie kochałem przez te lata. Skrzące się radością i oczekiwaniem.
    Po paru sekundach milczenia podeszła, wyciągnęła do mnie rękę i odezwała się.
    - Witaj, Tomku! Bardzo, naprawdę bardzo się cieszę, że tutaj jesteś.
    - Dzień dobry… pani Doroto! – wykrztusiłem z trudem, bo gardło miałem zupełnie suche. Ująłem jej dłoń i chciałem coś dodać, jednak brakło mi zarówno śliny w ustach, jak i powietrza w płucach. Nie wiem nawet jak zdołałem ustać prosto i nie musiałem łapać równowagi.
    Dorota mocno ścisnęła moją dłoń i zupełnie przytomnie zaprotestowała.
    - Nie jestem dla ciebie żadną „panią” – wypaliła bez namysłu. – Nigdy tak się do mnie nie zwracaj! Mam nadzieję, że nie zapomniałeś jak kiedyś, dokładnie w tym właśnie miejscu, piliśmy spóźniony bruderszaft. Wtedy też, prosiłam cię, żebyś zawsze zwracał się do mnie po imieniu. Pamiętasz to?
    Pokiwałem głową w milczeniu. Pamiętałem doskonale, chociaż nie potrafiłem tego powiedzieć.
    - Dobrze… Dorotko… – zdołałem jakimś cudem wyrzucić trochę powietrza z płuc. Było widać, że zapomniałem języka w gębie, a ten kawałek suchego drewna, który miałem w ustach, ledwo się poruszał.
    Lidka parsknęła śmiechem, ale Dorota wciąż uśmiechała się do mnie bez zmiany wyrazu twarzy, swobodnie. Stefan natomiast stał jak skamieniały i nawet nie drgnął. Niespodziewanie odezwała się Lidka, swoim pokpiwającym tonem.
    - Ech, Tomek, chyba straciłeś ochotę na dzisiejszą pogawędkę ze mną. Podnieś szklankę i przynajmniej napijmy się razem, skoro rozmawiać nie chcesz.
    Jej kpinka nie poprawiła mojego samopoczucia. Ale sprowokowany, schwyciłem drinka i udało mi się zwilżyć język
    - „Oszczędź mnie!” – rzuciłem w jej stronę błagalne spojrzenie. Chciałem to powiedzieć, ale mi nie wyszło. Oddychałem z trudem, a pusta głowa nie dostarczała mi żadnej riposty, żadnej myśli, którą mógłbym zrewanżować się za jej kpinki. W końcu wybrałem chyba najprostszy sposób reakcji.
    - Napić się z tobą zawsze mogę – wyrzuciłem z siebie, próbując się opanować i odzyskać zdolność reagowania.
    - Pani Aniu, mogę poprosić to co zawsze? Grejpfrutowy, jeśli można – Dorota patrzyła teraz na Annę, która chyba z wrażenia lekko się zapomniała, ale momentalnie drgnęła i przystąpiła do realizacji jej życzenia. Zresztą, Stefan zachowywał się podobnie. Jeszcze nie usiadł. Stał i patrzył na mnie, mrugając tylko oczami, jakby mu coś wpadło pod powiekę.
    Fakt, dla nich to była niespodzianka. Ale co w tej sytuacji miałem powiedzieć ja? Świat mi się walił… Jedynie spojrzenie Johna było spokojne i jakieś takie łagodne. Jakby już wcześniej zdawał sobie sprawę z tego, co tu się dzieje i co miało nastąpić. Jakby dla niego to wszystko nie było zaskoczeniem. Albo tak wspaniale panował nad swoimi emocjami. Szkoda, że do takich opanowanych ja nie mogłem się zaliczyć.
    Anna podała Dorocie szklaneczkę ze słomką i natychmiast podjęła się tłumaczenia słów Johna, który znowu zabrał głos.
    - Pan prezes pragnie jeszcze raz podkreślić, że oboje z panią Dorotą są niezmiernie zaszczyceni wizytą panów i z przyjemnością wypiją za miłe spotkanie i za panów zdrowie.
    Nie wahałem się ani chwili. Wlałem w siebie wszystko co tylko w szklance było, do samego dna. A potem przestałem widzieć cokolwiek i cokolwiek wiedzieć. W uszach narastał szum…

    To Dorotka jest żoną prezesa Warwick’a! Jak te nasze życiowe drogi się rozbiegły! Moje skryte, najskrytsze nocne marzenia, bezpowrotnie legły w gruzach! Dorotka jest tutaj i wcale nie jest sama! W dodatku od dawna tu bywała i przez cały czas, przez te wszystkie lata, nie dała mi żadnego znaku życia! A dzisiaj, kiedy spotkaliśmy się po latach, ostentacyjnie podkreśliła, że jestem dla niej już tylko wspomnieniem. Przy swoim boku ma teraz Johna i demonstruje ich zażyłą więź. Nic tu po mnie. Wzgardziła mną. Czułem się odrzucony, niemal jak śmieć… jak wtedy, kiedy zostawiła mnie pod płotem…
    Ledwo oddychałem i coraz bardziej ulatywałem gdzieś w inny wymiar…

    Bolesny ucisk uda nad kolanem przywrócił mnie do życia. Szarpnąłem się odruchowo i spojrzałem w dół. To Lidka zabierała teraz swoją dłoń z mojej nogi. Nie patrzyła na mnie, tylko mówiła coś do Stefana.
    Teoretycznie nikt tego nie widział. Nikt nie zareagował na moje drgawki. Oznaczało to, że wszyscy widzieli i teraz grzecznościowo udawali że nic się nie stało. Świadomość tego wcale nie poprawiła mi nastroju.
    Zdałem sobie sprawę, że zachowuję się jak zamroczony idiota. Nie wiedziałem co w ogóle przez ten czas się działo. To uciekło mi ze świadomości. Czy ktoś coś mówił i czy mówił w ogóle.

    Dorota zapraszała nas na obiad. Wszyscy wstali, żeby przejść do stołu i nieco się ocknąłem. Usłyszałem wtedy jak jeszcze przy ławie, cicho i łagodnie mówi do Anny:
    - Pani Aniu, pięknie, ale proszę tłumaczyć tak… powiedzmy, mniej oficjalnie.
    Ta odpowiedziała zdziwionym wzrokiem, a Dorota wyjaśniła – Przecież jesteśmy tu w gronie przyjaciół, a nie kontrahentów!
    - Przepraszam, nie wiedziałam – Anna była lekko speszona i obrzuciła nas spłoszonym spojrzeniem.
    - Och, Aniu, to oczywiste. To nie była uwaga tylko moja prośba.
    - Rozumiem, pani dyrektor.

    W porównaniu z kolejnością foteli przy ławie, za stołem tylko ja zamieniłem się miejscami z Lidką. Wepchnęła mnie po prostu w sąsiedztwo Doroty. Siedziałem teraz pomiędzy nimi dwiema. Wcale nie było mi lżej z tym sąsiedztwem.
    Bliska obecność Doroty niemal namacalnie elektryzowała moją świadomość. Na niczym nie potrafiłem się skupić, chociaż ogóle w nie spoglądałem w jej stronę. Chyba, że ukradkiem.
    Potrawy były smaczne i wykwintne, gdyż z głównych dań podano nam zupę rakową i kołduny litewskie, jednak jedzenie absolutnie mi nie szło. Nie potrafiłem się opanować, a nie chciałem tak jawnie prezentować swoich drżących rąk. Dlatego tylko udawałem że jem. Siedziałem wpatrzony w stół i milczałem, nie wiedząc jak mam się zachować w obecności Johna i co mogę mówić do Doroty. I czy w ogóle mogę coś do niej mówić.
    Zresztą, ona również nie ułatwiała sytuacji. Zachowywała się tak, jakby mnie tu zupełnie nie było. Nie odzywała się do mnie, nie spoglądała w moją stronę, ani w żaden inny sposób nie próbowała podkreślić mojej obecności. Czułem natomiast w nozdrzach jej dawny, podniecający i niepowtarzalny zapach perfum, jednak momentalnie zdałem sobie sprawę z tego, że to nie mnie teraz nim obdarza. I to od wielu lat.

    Wściekłość, która mnie ogarnęła, wlała mi trochę adrenaliny do żył. Zacisnąłem zęby i postanowiłem wziąć się w garść. Byłem zdołowany do granic fizycznej wytrzymałości, ale teraz, paradoksalnie, obojętność Doroty pobudziła mnie do życia. Skoro tak mnie traktuje, to niech sobie żyje w tym swoim świecie. Mój jest zupełnie inny i oddalony od niej o lata świetlne.
    Przysiągłem sobie w duchu, że nie będę jej o nic prosił. Skoro przez tyle lat nie znalazła dla mnie jednej, małej chwili czasu i nie byłem jej do niczego potrzebny, to i teraz niczego od niej nie potrzebuję. Ani rozmowy, ani wspomnień, ani nawet najprostszych kilku słów. Będę ją po prostu ignorował. Totalnie. Nie będę jej dokuczał, jednak przestaje dla mnie istnieć. Będę ją omijał jak kogoś, kogo nie ma. I to wszystko.
    Ciekawe tylko czy długo wytrzymam w moim postanowieniu…

    Kiedy ja milczałem, Stefan perorował przy stole za dwóch. Miał rozbawioną Lidkę obok siebie i jakoś szybko zaczynali nadawać na tych samych falach. Dogadywali się pomimo tego, że Anna z jego drugiej strony pilnie nadstawiała ucha. Też rada była dowiedzieć się czegoś konkretnie. W końcu chyba niecodziennie się zdarza, że nieznany gość nagle okazuje się dobrym znajomym gospodyni. Ba, żeby jeszcze wiedziała jak bliskim! Ale tego, pewnie nie dopuszczała do siebie nawet w najbardziej odważnych myślach.

    Obiad miał się ku końcowi, kiedy grzeczna i coraz mniej oficjalna rozmowa Lidki ze Stefanem, zaczęła przybierać jeszcze inną formę.
    - Pani Lidko, zdradzi mi pani wreszcie, skąd ta znajomość z Tomkiem? – Stefan poczuł się chyba na tyle pewnie, że teraz spróbował dowiedzieć się czegoś konkretnego.
    - Zaraz, zaraz… Tomek, Tomek… – mruczała Lidka, jakby nie wiedziała o kogo chodzi i usiłowała sobie przypomnieć. – Jaki Tomek? O kogo panu chodzi, panie Stefanie?
    Stefan bezradnie opuścił ręce i spojrzał na nią z politowaniem. Biedny, skąd miał wiedzieć, że to nie z Lidką takie numery?
    - Aha, no właśnie! – Lidka jakby sobie coś przypomniała i niby całkiem poważnym głosem zwróciła się do mnie, pewnie sondując na ile może być szczera w tym momencie. – Tomek, skąd my się właściwie znamy?
    Dorota cały czas słuchała ich dialogu, uśmiechając się lekko i cichym głosem mówiąc coś po angielsku do Johna, który zakończył już jedzenie i teraz tylko patrzył na nas z wyraźnym zaciekawieniem. Anna zaś udawała, że ta rozmowa jej nie interesuje, chociaż ukradkiem stale łypała okiem to na mnie, to na Stefana.

    Byłem już na tyle przytomny, że słyszałem wszystko co się dzieje, ale nie odważyłem się zareagować od razu. Najpierw w popłochu, chociaż dyskretnie, rozejrzałem się wokoło. A tu zonk! Wszyscy wpatrywali się we mnie. Fakt ten znowu mnie nieco zdenerwował, ale tylko o tyle, że nieoczekiwanie dodał mi sił. Nie zobaczą mojej klęski! – postanowiłem w duchu
    - Z dworca! – rzuciłem zdawkowo i beznamiętnie, chociaż bezczelnie. Powoli zaczynałem odzyskiwać panowanie nad sobą. – Z Centralnego! – szybko uzupełniłem, żeby moje słowa nie zakrawały na impertynencję.
    - No oczywiście, że z dworca! – Lidka szybciutko złapała konwencję i teraz udawała, że wszystko sobie przypomina.
    - Dlaczego pani ze mnie żartuje? – Stefan był zdegustowany.
    - Absolutnie nie! – Lidka zaprzeczyła słodziutkim głosem. – Panie Stefanie, mówię poważnie! – dodała przekonująco. – Teraz już sobie wszystko przypomniałam. Poznaliśmy się na dworcu Centralnym w Warszawie. Zwróciłam wtedy uwagę na Tomka, bo w tym dniu było cholernie zimno, a on miał na sobie takie… no, takie króciutkie spodenki… właściwie to były nawet majtki, można by tak rzec…
    Dorota chichotała, a Lidka zatykała usta dłonią, żeby nie parsknąć śmiechem, ale po chwili zagryzła wargi, udała powagę i niezrażona kontynuowała.
    - Same gatki, mówię prawdę! Poza tym niczego pod spodem nie miał, zapewniam pana! Jak przedszkolak jakiś! Chociaż tak naprawdę, to wtedy był już całkiem duży!
    - Kto był duży? – Stefan nie zrozumiał jej tekstu.
    Dał się wpuścić w maliny właśnie jak dziecko. Nie znał jeszcze Lidki.
    - Oj, panie Stefanie! – Lidka niby spoważniała i spoglądała na niego z dezaprobatą. – Wszystko było duże! Naprawdę niczego pan nie rozumie?
    - Nie rozumiem i dlatego pytam! – Stefan nadal traktował wymianę zdań ze śmiertelną powagą.
    - A co w tym tajemniczego? – Lidka chichocząc, postanowiła sfinalizować dowcip. – Tu nie ma żadnej tajemnicy! Wystarczy tylko w pana pytaniu zabrać „kto” i wstawić tam „co”. Wtedy wszystko będzie się zgadzało. Prawda, Tomek?

    Przez chwilę panowało milczenie, a potem rozległy się chichoty. Teraz nawet Anna nie mogła się opanować i opuściła głowę, zakrywając usta dłonią. Już nikt nie jadł. Najzwyczajniej się nie dało. Ale Stefan chyba nadal nie dopuszczał do siebie znaczenia słów Lidki i zachowywał zupełną powagę.
    - Dobrze, dobrze, już o nic nie będę pani pytał! – nie krył swojego niezadowolenia. Pomimo niezrozumienia przedstawianej sytuacji, pewnie zdał sobie sprawę, że Lidka doskonale bawi się tą opowieścią o przeszłości.
    - I niesłusznie! – odparowała Lidka. – Pytać należy! Ja bym chętnie panu odpowiadała na wszelkie pytania, ale gdy to robię, Dorota jeść nie może…
    - Bo jak pomyślę – Dorota odpowiedziała, śmiejąc się teraz otwarcie – że ja sama ułatwiłam Tomkowi założenie tych niewymownych…
    - Tak, ułatwiłaś! – przerwała jej Lidka. – Ładne mi ułatwianie! Zmusiłaś, a nie ułatwiłaś! Lepiej opowiedz jak musiałaś uciekać, gdy w publicznym środku transportu na twój widok zdjął spodnie! Zresztą, nie tylko spodnie zdjął! – dodała, grożąc palcem w moim kierunku i spoglądając kpiąco.
    - Ale zdążyłam je zabrać! No i „nie tylko” też mu przecież zabrałam! – Dorota krztusiła się ze śmiechu.
    Ledwo to powiedziała, a Lidka znowu zgięła się w pół, natomiast Stefana na odwrót, unieruchomiło całkowicie. Anna z kolei, szeroko otwartymi oczami, z przerażeniem patrzyła na Dorotę. A John? Zupełnie spokojnie i milcząco wymienił uśmiechy z Dorotą.
    - Czemu się ze mnie śmiejecie? – zapytałem zrezygnowany, w niejakim proteście.

    Fakt, że to Lidka wywołała ten temat a nie Dorota, trochę złagodził moją niechęć, jednak temat wcale mi nie leżał. Stefan za dużo może się z niego dowiedzieć. Tym niemniej, ich wesołość zdecydowanie mnie rozluźniła. Dlatego próbując dostosować się do sytuacji, narzekałem dalej, aby włączyć się do ogólnej rozmowy.
    - Najpierw prześladowały mnie w pociągu, potem molestowały na dworcu, pozbawiając odzieży, a teraz, po latach, znowu eksploatują niemal żywcem…
    - Tomek… proszę! – Dorota wreszcie powiedziała coś do mnie, zaśmiewając się przy tym do łez. – Nie przy stole!
    - Nie na stole, mówisz? – słodko zapytała Lidka, zniekształcając jej słowa. – Oj, nasz Tomeczek chyba odzyskuje dawną formę! – kpiła bezlitośnie, dowodząc, że i ona nic a nic, nie straciła swoich ówczesnych umiejętności. – Pewnie sobie coś przypomina… tak! Na pewno sobie przypomina! Dorota, a wiesz co mu pomogło? Nie wiesz! – odpowiedziała sobie sama. – To od twojego… – zawiesiła na chwilę głos, spoglądając na mnie z wyraźnym rozbawieniem – …obiadu na stole, bo chyba tak to teraz trzeba nazywać, żeby była jasność… Tak, na pewno przypomniał sobie obiad! Coś pamiętam, że na stole zawsze mu smakowało, że hej!... Obiad, znaczy się! Miał potem zawsze taką minę jak kot który zeżarł gospodyni śmietanę…
    - Tak, na pewno – mruknął Stefan, nadal niezadowolony, chyba nie nadążając za tokiem myśli Lidki. – Pewnie jeszcze usłyszę, że po zjedzeniu to nawet talerz wylizywał!
    - Przedtem też! – Lidka wpadła mu w słowo bez mrugnięcia powieką, a potem nią skręciło i omal nie spadła z krzesła.

    Tego śmiechu, Lidka nie dała rady opanować. Wyrywał się z niej na zewnątrz mieszaniną pisku, skowytu i nie wiem czego jeszcze. Ja natomiast zakryłem twarz i starałem się wszystko zdusić w sobie, bo zabrakło mi tchu. Ależ Stefan teraz pojechał!
    Dorota śmiała się tak serdecznie, że łzy ciekły jej z oczu. Siedziała z opuszczoną głową i przyciskała do oczu serwetkę. A Lidka normalnie walczyła o oddech, bo ją zatkało.
    W dodatku było to tak zaraźliwe, że dołączyli do nas wszyscy. I Anna, i Stefan i John. Dorota urywanymi słowami próbowała wyjaśnić coś Johnowi, a ten tylko kręcił głową w niemym podziwie, albo… zaskoczeniu.
    Nie sądzę jednak, że powiedziała mu całą prawdę o tym, z czego śmialiśmy się naprawdę. Bo przecież Lidka bez ogródek nawiązała do tego, co kiedyś wyprawialiśmy z Dorotą na kuchennym stole. I o tym mówił cały jej tekst. Zabawny, nie da się ukryć.
    Ale powoli śmiech zamierał mi w gardle. Ciekawe, czy Stefan domyśli się, że trafił w dziesiątkę. Taka perspektywa niezbyt mi się podobała. Znowu zaczynałem odczuwać dyskomfort przebywania w obecności innych osób. Chciałem wyjść i odetchnąć świeżym powietrzem.

    Pomogło mi małe zamieszanie, które zrobiło się gdy John zabrał głos. Powiedział, że cieszy go wspaniała atmosfera i ma nadzieję, że po rozmowach będziemy się dobrze bawić. I że, niestety, musi nas już pożegnać.
    Dorota, która wtedy tłumaczyła jego słowa, zaproponowała nam wszystkim kawę i desery. A kiedy wstaliśmy od stołu, żeby przejść do foteli, przeprosiła nas również, po czym wyszła z Johnem, a za nimi Anna. Zostaliśmy w salonie we trójkę.

    Niezrażony Stefan, rozsiadłszy się ponownie w fotelu, próbował kontynuować poważną rozmowę.
    - Pani Lidko, proszę powiedzieć teraz prawdę, jak to z wami było – najwyraźniej nie mógł przestać myśleć o naszym poznaniu się i drążył temat.
    - Stefan – chociaż zdenerwowany, jednak wtrąciłem się do rozmowy. – Naprawdę było tak jak słyszałeś. Tylko jak się wszystko ubierze w dwuznaczne słówka, to wychodzą z niczego takie głupawe numery. Poznaliśmy się z Lidką zwyczajnie, chociaż rzeczywiście na dworcu i w takiej odrobinę niecodziennej sytuacji.
    Do salonu zaglądnęła Anna:
    - Panie Tomaszu, przepraszam… gdyby pan zechciał pozwolić… pan prezes chciałby z panem zamienić kilka słów. Bardzo pana prosi na minutkę…

    c.d.n.

    Dodano po 1 [godziny] 44 [minuty]:

    Z wielkim zdziwieniem i niemal jak automat wstałem z fotela, wychodząc za Anną. Co też pan prezes chce ode mnie? Jakoś dotąd nie wykazywał szczególnego zainteresowania moją osobą. Chce mi palcem pogrozić, czy co?
    Anna prowadziła mnie na zewnątrz. Kiedy wyszliśmy na hall – ganek, zobaczyłem przy zejściu ze schodów wypasionego mercedesa z kierowcą grzejącym już silnik. U góry schodów stał John, a przy nim Dorota, wsparta delikatnie na jego ramieniu. Anna podeszła do nich, a ja za nią. Milczałem. Czułem znajomy zapach, który Dorota rozsiewała dookoła.
    - Aniu dziękuję ci, wróć do salonu. Musimy bawić gości – powiedziała cicho Dorota. I spojrzała na mnie spokojnie. Najwyraźniej tego tematu uszy Anny słyszeć nie powinny.
    - Oczywiście, proszę pani! – skłoniła się, po czym odwróciła i odeszła od nas.
    John wtedy wyciągnął do mnie rękę, a kiedy podałem mu dłoń, objął ją obydwiema swoimi, po czym mocno potrząsnął i spojrzał mi w oczy.
    - Panie Tomku… – odezwał się po polsku. Mówił powoli, jakby wyuczył się tego na pamięć. – Ja mam na imię John. Możemy mówić sobie po imieniu?
    Zaskoczył mnie. Ale w jego propozycji nie widziałem żadnego problemu. Jeśli tego chce…
    - Oczywiście, będzie mi bardzo miło – odpowiedziałem.
    - O key. Dziękuję.
    Jeszcze raz uścisnął moją dłoń, a potem na chwilę delikatnie objął Dorotę, ale zaraz zabrał rękę i wyprostowany spojrzał na mnie.
    - Thomas… ty się nie męcz. Ja wiem, że ty z Doris… kiedyś byłeś – powiedział cicho, a mnie nagle serce zabiło mocniej. – … I co was łączyć. Teraz i potem. I ja cieszyć się, że ciebie poznałem. I nie mam pretensje. Na odwrotnie. Ja teraz jestem i będę twój znajomy. I nic złego ja ciebie nigdy nie zrobię. Ja ciebie proszę, ty rozmawiaj dziś z Doris. Ona też wszystko wiedzieć i ja też. Doris ciebie wszystko powiedzieć. A ja to też akceptować. Wszystko! You mnie rozumieć?
    - Rozumiem – nie odwróciłem wzroku, chociaż stałem jak zdrętwiały. – Ciebie zrozumiałem, ale i tak nie wiem o co chodzi.
    - Tomku, to później – Dorota dotknęła mojej ręki. – Wszystko ci opowiem, naprawdę wszystko.
    - Thomas – dołożył John i zakręcił palcem kółeczko – My jutro porozmawiać, jak ty już wiedzieć wszystko. My, znaczy ja, ty i Doris. I nikt. O key?
    - O key – potwierdziłem. – Jak chcesz!
    - Thomas, tylko my porozmawiać! – powtórzył.
    Przytaknąłem głową. Wyciągnął do mnie dłoń, a ja ją uścisnąłem. – Do jutra! – żegnał mnie. – Dzisiaj you porozmawiać z Doris! Sam! O key?
    - Dobrze! – odpowiedziałem mu po polsku. Roześmiał się i pokazał mi kciuk, po czym jeszcze raz wyciągnął dłoń. Jeszcze raz ją uścisnąłem.
    A potem pocałowali się z Dorotą dość zdawkowo, żeby nie powiedzieć symbolicznie, po czym zbiegł po schodkach do samochodu, który niemal natychmiast ruszył z miejsca.
    Na schodach zostaliśmy we dwoje z Dorotą.

    Coś było nieprawdziwego w tym pożegnaniu. Tutaj padły słowa niezrozumiałe. John wie co „nas łączyć teraz i potem”. Co, do diabła? Ja o niczym takim nie wiedziałem. Działka? Przecież to Stefana, a nie moja! John mógł się pomylić, ale Dorota? W to nie chciałem wierzyć. Odwróciłem się do niej i…
    Natychmiast zapomniałem o swoich postanowieniach, o tym, że miałem ją ignorować, nie rozmawiać i o wszystkich innych problemach.
    Miałem przed sobą najcudowniejszą dziewczynę na świecie. Tę samą, którą kochałem kiedyś i kochać przez lata nie przestałem. I mimo wszystko, nadal ją kochałem. Dla ratowania której, kiedyś, bez namysłu postawiłem na szali własne zdrowie i życie. Na samą myśl o której, serce mi zawsze drgało. I która zostawiła mnie potem na tych schodach, a nawet pod płotem przy bramie, odjeżdżając stąd na zawsze. A ja całymi latami pragnąłem, żeby ją chociaż jeszcze jeden raz kiedyś zobaczyć...
    A teraz była. Tak po prostu. Elegancko ubrana, stała i patrzyła mi w oczy. Przyjaźnie i bez niechęci. Znałem jej spojrzenia na wylot. Kiedyś czytałem z nich wszystko. Jej oczy nigdy nie kłamały. Nie umiały kłamać.

    - Nie wierzę, nie mogę uwierzyć… – przerwałem nasze milczenie. – Słoneczko, czy mogę cię teraz objąć?
    - Jeszcze nie, wytrzymaj – odpowiedziała poważnie. – Ale uwierz, to jestem ja. I cieszę się z naszego spotkania, chyba nawet bardziej niż ty. Bardzo, naprawdę bardzo tego chciałam. Ale Tomek, proszę cię teraz, zostawmy nasze zwierzenia odrobinę na później. Nie mogę jeszcze zostawić gości samych. To nieelegancko. A dla ciebie na pewno znajdę dzisiaj czas. Dużo czasu. Przyrzekam ci to.
    Skrzywiłem się, słysząc jej wyjaśnienia.
    - Mąż wyjechał, więc nawet dla mnie pani prezesowa będzie miała chwilę czasu? – zapytałem drwiąco.
    Spojrzała mi w oczy z zupełnym spokojem. Jakby spodziewała się takich słów.
    - Dlaczego próbujesz mnie obrazić? – zapytała bez emocji w głosie. – I dlaczego mi nie wierzysz? Obiecywałeś kiedyś, że nigdy nie będziesz się na mnie gniewał.
    Milczałem. Co miałem jej powiedzieć? W głowie znowu rozpętała się burza sprzecznych myśli.
    - Dorotko… ja się nie gniewam. Ale widzę, że żyjemy w innych światach. To co zobaczyłem, już mnie przerosło – wykrztusiłem wreszcie. – Ja przez te wszystkie lata marzyłem, żeby ciebie spotkać, jednak w takiej sytuacji… Powiedziałaś Stefanowi, że bywasz tu od lat. I nawet nie dałaś znaku, że żyjesz…
    Zagryzła wargi i przymknęła oczy. Ale tylko na moment.
    - Tomek… wiem… ja wszystko wiem i ciebie też rozumiem. Wiem, że masz prawo mieć do mnie żal. Obiecuję ci, że dzisiaj wszystko ci wyjaśnię, ale troszeczkę później. Naprawdę! Przyrzekam! I proszę, nie bocz się na mnie. Ja przez te lata… ja… bałam się spotkania z tobą, chociaż z drugiej strony… ja tego oczekiwałam…
    - Czego oczekiwałaś? – zaśmiałem się z goryczą. – I po co? Zostawiłaś mnie pod płotem, nie przyjmując do wiadomości żadnych moich argumentów…
    - Ty moich słów też nie przyjmowałeś wtedy do wiadomości – przerwała zdecydowanym głosem. – Czy mam je teraz powtórzyć? Bo doskonale pamiętam co ci wtedy mówiłam. Niczego nie zapomniałam, zapewniam cię.

    Teraz mnie zastrzeliła. Teraz to była ta Dorotka, która podejmowała decyzje. Bezkompromisowa i jednoznaczna. Nie pozostawiająca wątpliwości swojemu rozmówcy. Przez cały okres tamtego lata tylko kilka razy miałem możliwość zaobserwowania jej w takiej roli. I to nie wobec mnie. Taka zdecydowana bywała tylko wobec innych. Mnie, do ostatniego dnia, traktowała zupełnie inaczej. Ale to przecież dlatego przepowiadałem jej karierę. Ze swoim charakterem była urodzonym przywódcą. Ciekawe, co robi teraz i gdzie pracuje…
    - Dobrze – pokiwałem głową. – Nie chciałbym stać ci na przeszkodzie, skoro uważasz, że teraz masz jeszcze jakieś obowiązki. Czekałem na rozmowę z tobą przez tyle lat, więc poczekam i te kilka dodatkowych godzin.
    - To wcale nie będą godziny – sprostowała, doskonale panując nad sobą, co mnie trochę zastanowiło. Jakby wszystko miała przygotowane. – Zakończymy tylko obiad z twoim szwagrem, a potem urwiemy się we dwoje, aby porozmawiać gdzieś spokojnie.
    Jej słowa brzmiały obiecująco, ale tak naprawdę to nie całkiem jej wierzyłem i musiałem dać temu wyraz.
    - Dla mnie brzmi to zupełnie niewiarygodne – zaśmiałem się ironicznie. – Ale skoro tak chcesz… to niech będzie! A jeszcze jak mi wyjaśnisz słowa Johna, o tym co nas łączy i łączyć nas będzie potem… – zakpiłem. – Będę już wniebowzięty!
    - Nie żartuj sobie z jego słów – przerwała mi bez namysłu. – Byłabym szczęśliwa gdyby było tak jak mówisz!
    - Gdyby co? – znowu się zaśmiałem.
    - Gdybyś potem był tak wniebowzięty, jak mi teraz zapowiadasz – wyjaśniała spokojnie i dobitnie. – Tomek, od lat o tym marzę.
    - Znowu ze mnie drwisz?
    - Wręcz przeciwnie – nie dała mi dokończyć myśli. – Jestem wobec ciebie zupełnie szczera i poważna. Tomku, w moim życiu nie ma już wielu niebotycznych pragnień, ani marzeń. Tak się ułożyło, że teoretycznie mam na co dzień wszystko to, o czym marzy większość ludzkości. I wyobraża sobie, że jest to szczyt szczęścia. Ale to nie całkiem tak jest.
    - O czym ty mówisz? – nie rozumiałem sensu jej słów i zlekceważyłem je. Wydawało mi się, że pięknymi opowieściami o swoim życiu chce mnie oszołomić i obezwładnić.
    - Właśnie próbuję ci to wyjaśnić. Jestem realistką i potrafię dość mocno stać na własnych nogach. Co nie zmienia sytuacji, że nie na wszystko mam wpływ. Pozostało mi w życiu kilka dużych, niezałatwionych spraw, a ty jesteś zdecydowanie na ich czele. Czy potrafisz mnie zrozumieć? Uwierzysz, że niemal codziennie o tym myślę? Że to jest dla mnie jedna z tych najważniejszych i priorytetowych spraw? A może i najważniejsza?
    Nie uwierzyłem jej. Zbyt dużo czasu upłynęło od tamtych chwil.
    - I co, przez tyle lat nie znalazłaś pięciu wolnych minut, żeby zająć się priorytetem? – zadrwiłem. – Chodźmy, Stefan czeka.
    - Czyli nie chcesz tego wiedzieć… – westchnęła, po czym zamilkła na kilkanaście sekund, spoglądając gdzieś w dal. – No cóż, trudno. Przegrałam… Wybacz mi, ale nie chcę cię zmuszać do niczego. Gdybyś jednak zmienił zdanie i chciał ze mną porozmawiać, to wiedz, że na to czekam.

    Nadal jej nie wierzyłem, chociaż śmiech zamarł mi na ustach.
    - Dorotko… co ty mi szykujesz? Po co te wieczne niedomówienia? Powiedziałaś „potem”. Jakie „potem”? Czy mało było dotychczas „potem”? Jaki „wniebowzięty”? Czy ty dzisiaj chcesz mnie jeszcze dobić? Uważasz, że jeszcze za mało zdrowia kosztowało mnie tamto lato? I te późniejsze lata, które po nim nastąpiły? Co ja ci wtedy takiego złego zrobiłem? – zacząłem się szamotać. – Za co chcesz się na mnie mścić? Przecież niczego nie robiłem wbrew tobie i twojej woli…
    - Przestań! – zawołała, patrząc na mnie rozszerzonymi oczami, ale jej nie słuchałem.
    - Nie chcę już od ciebie niczego, wiem wszystko! Bądź zdrowa i życzę ci szczęścia w życiu! – zawołałem, chcąc odejść. Ale schwyciła mnie za rękę.
    - Niczego jeszcze nie wiesz, opanuj się! – powiedziała to tak spokojnie, że znieruchomiałem. A wtedy, błyskawicznym ruchem, schwyciła moją dłoń i pociągnęła tak, bym odwrócił się ku niej, po czym przylgnęła do mnie cała, przytulając swoją głowę do mojej. Moje ręce zadziałały w tej sytuacji niemal automatycznie. Objąłem ją i ze wszystkich sił przytuliłem do siebie. Po chwili nasze usta się spotkały… tak jak kiedyś… O Boże! Znowu miałem Dorotkę w swoich ramionach! Znowu ją całowałem!

    Wszystko to działo się w najbardziej wyeksponowanym miejscu w okolicy. Na schodach, wywyższonych ponad poziom okolicznego terenu. Ale nie widziałem nikogo, kto mógłby nas obserwować. Zresztą, nie widziałbym nawet wtedy, gdyby taki ktoś stał od nas w odległości dwóch metrów. Nie widziałem niczego, tylko ją.
    Dopiero cichy jęk, który wyrwał się z jej ust, uzmysłowił mi, że nieco przesadziłem. Rozluźniłem uścisk, a wtedy odepchnęła mnie łagodnie i sama też zrobiła krok do tyłu. Ale nie odrywała ode mnie wzroku. Nie odezwała się, tylko delikatnie kręciła głową, uśmiechając się łagodnie.
    Ja też milczałem. Wszystkie moje żale, pretensje i postanowienia przestały istnieć. Zrobiłbym teraz wszystko, cokolwiek by ode mnie zażądała.
    - Niebezpieczny jesteś! – zażartowała z uśmiechem, przerywając ciszę. – Chodźmy do salonu.
    Skinąłem głową na znak zgody, ale kiedy tylko ruszyliśmy, schwyciłem ją za rękę. Znowu przystanęliśmy.
    - Dorotko, a od kiedy wiedziałaś, że przyjechałem?
    - Ha, ha, ha! – roześmiała się filuternie i mrużąc jedno oko, tak jak dawniej, drugim spojrzała na mnie. – A co, zaskoczyłam dzisiaj Tomeczka? Cieszę się z tego niezmiernie – dalej się podśmiewała. – Ale miałeś minę! Chyba zapomniałeś, że jak na kogoś nie zwracam uwagi, to wcale nie znaczy, że go nie widzę.
    - Nie zapomniałem. Właśnie dlatego, że na mnie nie popatrzyłaś, zorientowałem się, że wiedziałaś wcześniej o mojej obecności. Ale nie będę ukrywał, że nie spodziewałem się ciebie tu zobaczyć. Tym bardziej w takim wcieleniu. Przyjechałem raczej, żeby mieć okazję powrócić przynajmniej myślami do tamtych chwil. Wydawało mi się, że po tylu latach dam radę i już teraz wytrzymam… Bo ja nadal kocham tylko ciebie i nie mogę zapomnieć tamtego lata…
    Uśmiech zgasł na jej twarzy.
    - Tomek, bardzo dużo zrobiłam, żeby tak właśnie było. Żebyś mnie nigdy z tym miejscem więcej nie kojarzył i tutaj mnie nie szukał. Bo ja przez długi czas musiałam wspominać tamto lato codziennie. I ciebie też. A potem wróciłam tu, zaczęłam przebywać i… tak samo wspominałam, myślisz, że nie? – zamilkła na chwilę, a potem jakby się ocknęła.
    - Chodź, wracajmy do salonu. Później porozmawiamy.
    Byłem oszołomiony jej słowami. W znacznej części dla mnie niezrozumiałymi. O czym mówiła? Co miała na myśli? O co jej chodziło? Ale ponieważ normalnie ze mną rozmawiała, to nie chciałem sprawiać jej problemów. Skoro obiecuje, że porozmawiamy o wszystkim…
    - Obiecujesz? Naprawdę? – znów jej bliska obecność była dla mnie przyjemnością.
    - Oczywiście! Mamy całe popołudnie i pół nocy.
    - A nie całą? – zapytałem ostrożnie, ale jednocześnie prowokacyjnie.
    - Nawet się nie łudź! – jej odpowiedź była stanowcza. – Sypiam teraz wyłącznie z Johnem i nawet dla ciebie nie zrobię wyjątku.
    - Daj spokój, Dorotko – nie próbowałem już żartować. – Mogłem ci powiedzieć kilka przykrych słów, ale tak naprawdę nie potrafiłbym cię skrzywdzić. Już ci kiedyś o tym mówiłem. Pamiętasz? – popatrzyłem na nią i dodałem – Chociaż podoba mi się to „nawet dla ciebie”.
    Spojrzała na mnie uważnie. – Tak, nawet dla ciebie – powtórzyła, patrząc mi w oczy. – Bo byłeś dla mnie kimś bardzo ważnym i takim też pozostałeś. I takim zawsze będziesz. Zawsze!
    - Nie rozumiem – byłem naprawdę zdziwiony jej słowami. – Przecież to się może zmienić. I u ciebie to się zmieniło. Często tak w życiu bywa.
    - To jest niezmienne i już niezależne nawet ode mnie – stwierdziła tak jakby od niechcenia. Tak refleksyjnie i z jakąś nostalgią w głosie. Zupełnie nie było w tych słowach gniewu, niechęci, czy też żalu. Wręcz przeciwnie, jakby to była jakaś oczywistość, z której jest nawet zadowolona…
    - A dlaczego tak jest, powtarzam, dowiesz się później. Tomku, chodźmy już, nie chciałabym wyjść na niegrzeczną.
    - No, ale nie odpowiedziałaś mi na moje pierwsze pytanie.
    - A, tamto… – roześmiała się. – Nie pamiętasz, jak Anna rozmawiała ze mną przez telefon? Zapytałam ją, czy są goście i czy się przedstawiali. Odpowiedziała, że pan Stefan i pan Tomasz. Wtedy zapytałam, czy podali nazwiska. Znów powiedziała, że tak. I wtedy zapytałam ją, czy pan Tomasz wymienił nazwisko Barycki. I kiedy odpowiedziała, że chyba tak, wiedziałam już wszystko. Wtedy też powiedziałam Johnowi, że „ten” Tomasz właśnie jest naszym gościem.
    - Czyli John wiedział od początku kim jestem?
    - Tak, wiedział. Wie kim jesteś i kim dla mnie byłeś. Ale proszę, dołączmy do towarzystwa.
    Nie wiedziałem co o tym myśleć i potulnie, na raczej miękkich nogach, powlokłem się za nią do salonu. Zapach był coraz bardziej intensywny. Jej zapach…

    - No jak, pogruchaliście sobie, gołąbeczki? – powitała nas Lidka, kiedy zbliżaliśmy się do ławy.
    - To nie te czasy, arlekinie, nie te czasy! – Dorota od drzwi odpowiedziała słowami starej piosenki i podeszła do sofy, zajmując swoje poprzednie miejsce. Ja usiadłem w fotelu. Na ławie królowała kawa, napoje, desery i owoce. No i lampki koniaku.
    - Aniu, mam do ciebie prośbę! – Dorota od piosenki przeszła do słów. – Gdybyś zechciała… połącz się z Dianą i poproś ją, aby… – tu spojrzała na zegarek – za mniej więcej pół godziny była z chłopcami na placu zabaw.
    - Dobrze, proszę pani.
    - Aha, poproś jeszcze pana Marka, żeby zamknął już bramę. Więcej gości na dzisiaj nie przewiduję. No, chyba że… – tu spojrzała na Lidkę – że Romek przyjedzie.
    Lidka pokręciła przecząco głową. – Nie da rady. Dzwoniłam do niego. Jeżeli przyjedzie, to jutro, a i to nie jest pewne.
    - Rozumiem. Czyli tak jak mówię – Dorota popatrzyła na Annę. Ta tylko skinęła głową i wyszła z salonu. Natomiast kiedy tylko drzwi się zamknęły, Dorota przeszła do konkretów.
    - Proponuję wszystkim, żebyśmy zostali tutaj i porozmawiali przez chwilę o interesach. Na zewnątrz jak dla mnie jest za ciepło.
    - Może być – odezwała się Lidka – tylko myślałam, że pana Stefana najpierw upiję, żeby się zbyt ostro nie targował – zażartowała.
    - Ależ proszę bardzo, pić możecie tutaj do woli – Dorota roześmiała się. – Jak was za bardzo rozgrzeje i zaczniecie się targować pięściami, to podkręcimy klimatyzację do oporu i nieco was ochłodzimy.
    - Dlaczego tylko my z panią Lidką mamy się targować? – Stefan chyba udawał że nie zrozumiał wcześniejszych informacji.
    - Bo tak naprawdę to jedynie pan i Lidka jesteście stronami umowy! – tłumaczyła mu Dorota. – Reszta to otoczka, która musi zaakceptować wasze uzgodnienia.
    - Jakiej umowy? A pani to nie ma z Tomkiem żadnej umowy? – Stefan popatrzył bezczelnie na Dorotę, a potem na mnie. I tak kilkakrotnie. Dorota zrozumiała, że sobie żartuje i parsknęła śmiechem.
    - Widzę, że byłby z pana świetny kompan do naszego kompletu. Chyba nieźle byśmy się bawili! Dawno już nie miałam okazji poszaleć tak, jak kiedyś, przed laty!
    - Ty zamiast się bawić, to pchnij Tomka do obsługi barku, bo wypić coś chciałam! – Lidka dalej szalała. – Annę wygoniłaś, więc nie ma kto kulturalnie uzupełnić niedoborów. Chyba z butelki przyjdzie mi pić.
    Skoro mnie wywołała, to się nie ociągałem. Wstałem i przyciągnąłem pod swój fotel stolik z trunkami. Dorota w tym czasie odpowiadała Lidce.
    - To, o czym będziemy mówić, to jeszcze nie dla niej.
    - Wiem, wiem, żartowałam! – Lidka podała tyły. – Tomek, daj mi z tej butelki, która stoi na samym brzegu.
    Uzupełniłem jej wysoki kieliszek wskazanym trunkiem. Było to coś, czego nie rozpoznałem. U nas chyba niespotykanego. Lidka znowu zaczepiła Stefana:
    - Panie Stefanie, proszę się ze mną napić! Kiedyś wysuszaliśmy pana barek, w dodatku ze wstydem muszę się przyznać, że bez pana wiedzy, więc proszę teraz odrabiać straty.
    Stefan znów podniósł brwi ze zdziwienia, ale Lidka podniosła szkło do góry, więc umoczyliśmy języki w kieliszkach i wtedy odezwała się Dorota:
    - Panie Stefanie, a ja mam dla pana propozycję. Zgodziłby się pan, żebyśmy mówili sobie po imieniu? Bo mnie się wydaje, że jest tak, jakbym pana znała już bardzo długo, od dobrych kilku lat.
    - Ja bardzo chętnie będę przyznawał się do długiej znajomości z taką uroczą panią – Stefan nie dał się zaskoczyć. – Chociaż widzę, że są tutaj tacy, co znają panią jeszcze dłużej – pozezował na mnie.
    - No to będziemy oglądać „brudzia” – włączyłem się do rozmowy, omijając słowa Stefana.
    - O, nie! – skoczyła Lidka. – Dorka, ja się nie dam wyprzedzić, ja byłam pierwsza! A „brudzia” jeszcze nie wypiliśmy.
    - To na co czekacie? – powiedzieliśmy z Dorotą jednocześnie. I od razu roześmieliśmy się wszyscy.
    - Widzisz Stefan, jaka zgodna z nich para? – zakpiła Lidka. – To samo myślą, jednakowo mówią, dwa gołąbeczki po prostu. Ale nie martw się, jak się zgodzisz na dzierżawę, to my też się do siebie dostroimy.
    - Lidka, jak będziesz tak marudzić, to chyba stracisz pierwszeństwo – odgryzłem się jej.
    Stefan szybko podniósł się z fotela, a Lidka też nie czekała i wypili klasyczny bruderszaft zakończony pocałunkami. Co my z Dorotą nagrodziliśmy brawami. Po chwili Stefan podszedł do Doroty i wszystko się powtórzyło, tylko teraz klaskałem razem z Lidką.

    Po tych ceremoniach, Lidka nieoczekiwanie nie usiadła w fotelu, tylko przeniosła się na miejsce Johna na sofie. Obok Doroty.
    - Muszę tu siedzieć, żeby któremuś z was nie przyszło do głowy zająć miejsca prezesa – wyjaśniła, kiedy patrzyliśmy na nią ze zdziwieniem. – Jeszcze by ktoś zobaczył, że Johna nie ma, a ty z facetem siedzisz – odwróciła się do Doroty. – A poza tym, to chcę spoglądać Stefanowi w oczy. Muszę wiedzieć, czy się we mnie zakocha, czy nie – świergotała.
    - Lidka! – Dorota odezwała się niecierpliwie, nie zwracając uwagi na jej słowa. – Mam jeszcze siedemnaście minut czasu, a potem muszę wyjść.
    - Dobrze, pani dyrektorko, już jestem poważna. Stefan, gadaj mi tu teraz, co chcesz wiedzieć.
    - Wszystko, od początku do końca – Stefan nie bawił się w zawiłości – od tego skąd się znacie.
    - Na początku było słowo! – Lidka zaczęła dostojnie, niczym kaznodzieja, ale kiedy Dorota odwróciła się do niej i spiorunowała wzrokiem, powaga szybko jej wróciła. – Stefan, na to nie ma teraz czasu. O głupotach będziemy rozmawiali wieczorem. Teraz natomiast chodzi o samą dzierżawę. Sprawa polega na tym, że Dorota z Johnem i dziećmi chcą tu przyjeżdżać latem jeszcze przez pewien czas.
    - Tego to się domyślam. I w zasadzie nie mam nic przeciwko.
    - Lidka, pozwól – Dorota wtrąciła się do rozmowy. Lidka potakująco kiwnęła głową.
    - Stefan, posłuchaj! – Dorota wzięła sprawy w swoje ręce. – To może ja zacznę od początku, ale w wielkim skrócie. Tylko mam nadzieję, że niektóre sprawy zachowasz wyłącznie dla siebie. Nie chciałabym, aby treść naszej rozmowy dotarła do rodziny Tomka. Tylko nie przerywaj mi, proszę! – lekko podniosła głos, bo Stefan próbował coś powiedzieć. Natychmiast położył uszy po sobie i spasował.
    - Rozumiem, że zgadzasz się na warunki poufności? – upewniała się. Stefan tylko potaknął ruchem głowy. Nawet się nie odezwał.
    - Kiedyś, przed laty, spędziłam tu z Tomkiem całe lato. Tak, to było dokładnie wtedy, kiedy Tomek przyjechał tutaj, wysłany przez ciebie. Odwiedzała nas też Lidka, moja znajoma jeszcze z czasów dzieciństwa. A po wakacjach rozjechaliśmy się każdy w swoje strony, bo przecież Tomek jest żonaty, a ja byłam mężatką. Jednak to miejsce, ten dom i jezioro, już wtedy bardzo mi się podobało. I gdy zaczęłam pracę w banku Solution, tak się złożyło, że prezes – właśnie John, a byłam wtedy jego asystentką, szukał jakiegoś ciekawego, dyskretnego miejsca, które bank mógłby wynająć na cele odpoczynku i dyskretnych rozmów. Opowiedziałam mu o tym zakątku i o Lidce, która niedaleko, w Czyżynach, ma ośrodek wypoczynkowy, a która chciała to miejsce wydzierżawić. John przyjechał na miejsce, wszystko obejrzał, spotkał się z Lidką i wymyślili cały schemat, który bankowi prawnicy dopracowali w szczegółach. Że Lidka wydzierżawi to od ciebie, a bank wynajmie od Lidki, której z kolei udzieli kredytu na podniesienie standardu. Lidka będzie spłacać kredyt z opłat za użytkowanie i wszystko będzie ok.
    - A dlaczego nie bezpośrednio ode mnie? – Stefan jednak się wtrącił.
    - A zorganizowałbyś sam to wszystko? Pobyt tutaj VIP-ów, kuchnię, rozbudowę, nadzory i wszystko inne? Przecież wtedy pracowałeś! To wiedziałyśmy od Tomka, który przecież wiele o tobie opowiadał. To właśnie stąd mam wrażenie, że znam ciebie już dość długo – Dorota się roześmiała, ale kontynuowała dalej. – Wersja z tobą w roli wynajmującego od razu upadła. Nie dałbyś rady. Ale za to ja, wiedząc kim jesteś, pilnowałam prawników, abyś nie poniósł tutaj żadnego uszczerbku, nawet w razie gdyby John przestał być prezesem. Nic nas jeszcze nie łączyło, oprócz spraw służbowych, ale John właśnie mnie ten nadzór powierzył.
    Potem wyszłam za niego i już sama doglądałam całości. A teraz chciałabym bywać jeszcze przez pewien czas, a i moje dzieci polubiły to miejsce. Tutaj mają swobodę, o jakiej w Warszawie można tylko pomarzyć. Bywa jednak tak, że przyjmujemy też poważnych gości i wtedy to wszystko jest za ciasne. Dlatego chcieliśmy powtórzyć manewr. Lidka przedłuży dzierżawę, a bank z nią wynajem i da nowe pieniądze na rozbudowę przede wszystkim tego domu. Zlikwidujemy też dobudowaną część łazienkową, bo stylem nie pasuje do całości. Ten dom ma być większy i musi odzyskać swoją urodę. Ma być perełką, wygodną i komfortową. Na to wszystko potrzebne są duże sumy i wynajem musi rozłożyć się na kilka lat, żeby całość miała ręce i nogi. A kiedy wszystko policzyliśmy, okazało się, że dwanaście lat w zasadzie wystarczy. I prywatnie nam też wystarczy. Moi synowie będą wtedy dorośli, a wiemy, że dzieci lubią odkrywać własne drogi na świecie i nie chodzić ścieżkami rodziców. Wtedy zwolnimy ci dom, którego nadal będziesz właścicielem. Rozbudowany i elegancki. Tak w skrócie wygląda cała operacja.
    Tylko nie ma róży bez kolców. Będziesz miał wspaniały dom, ale nie wszystko będzie idealne. Będziesz musiał albo zwrócić Lidce koszty inwestycji w infrastrukturę, oczywiście wykonaną poza domem i ośrodkiem, ale z nim związaną, albo dogadać się z nią w inny sposób. Bo Lidka finansowała to sama. A trochę tego jest. Chodzi o pełne uzbrojenie twojej działki we wszystkie media, bo wszystko albo jest już, albo też będzie przebudowane. Od zasilania w energię począwszy, poprzez wodę, kanalizację, gaz, łączność, światłowody itp. To będzie spory procent wartości całej nieruchomości. Oczywiście, na kokosy przez okres dzierżawy liczyć nie możesz, bo Lidka tego nie udźwignie, ale uważam, że warto poczekać na zyski te trochę lat, bo ten obiekt będzie miał wtedy wartość ładnych paru milionów!
    Stefan milczał.

    - Stefan, wypij – odezwała się Lidka. – Biez wodki nie razbieriosz!
    - Tylko nie bardzo wiem jaki interes ma tu Lidka. Oprócz tego końcowego – Stefan najwyraźniej analizował sytuację.
    - A mam, mam – Lidka przyszła na pomoc Dorocie. I tym razem bez rozbawionego tonu, lecz głosem bizneswoman. – Mam nawet kilka. Bo chyba zauważyłeś, że ogrodzenie nie przebiega tak jak poprzednio. I ten obiekt na lewo od drogi jest moją własnością, chociaż dla wygody, jest to teraz połączone w całość z twoją działką. Poza tym, po pierwsze, Dorota pozwala mi na lokowanie niektórych najważniejszych gości tutaj w domu, gdy długo jest pusty. To spory zastrzyk kasy, bo pobyt tutaj tani nie jest, a ja mam przy okazji niezłą reklamę. Po drugie, daję pracę sporej liczbie ludzi, bo inwestycje, obsługa, rozrywki i tak dalej. Dzięki temu mam mniejsze koszty stałe. I w Czyżynach, i tutaj. Po trzecie, ja jestem prywatną firmą. Mnie przetargi nie obowiązują. Jak zaczynam, to roboty idą szybko i sprawnie. W dodatku są tańsze niż w kosztorysach i wycenach biegłych bankowych. Więc mam oszczędności. No i po czwarte, to uzbrojenie terenu, też nie ostatnia finansowo sprawa. Ja na wszystko wyłożyłam kasę i wykupiłam okoliczne działki, żeby nikogo o nic nie prosić! Fakt, zapożyczyłam się i wybiegałam też dotacje. Nieważne jak, to już moja sprawa. Ale teraz ty będziesz musiał z tego korzystać i to na moich warunkach! W dodatku, oprócz mnie, nie masz z kim podzielić kosztów, bo to wszystko owszem, doprowadzone jest do mojego hotelu, ale końcowe nitki idą tylko do tego, twojego gospodarstwa. I kiedyś będzie mi dawać spory zysk. Oczywiście, nie taki jak twój, ale godziwy. Mnie to wystarczy.
    - Niewiele z tego rozumiem, ale i tak bardzo mi się to wszystko nie podoba – Stefan usiadł głębiej w fotelu.

    - Czego nie rozumiesz i dlaczego ci się nie podoba? – Lidka zapytała spokojnie, moszcząc się na sofie. – Uważasz, że chcę cię wyrolować?
    - Bo po pierwsze, jakiś LIMAN zabrania mi dojazdu do mojej własności. I od czasu kiedy próbowałem skręcić z drogi głównej, nie lubię tej firmy, a nawet jej obecności obok mojej działki. Jak się jej pozbędziesz z sąsiedztwa, to papier podpiszę. Inaczej nie da rady.
    Lidka z Dorotą spojrzały na siebie i widziałem, że zagryzają wargi. Ze śmiechu. Zaraz też usłyszałem słodziutki głos Lidki.
    - Stefan, ja cię przepraszam za tę cholerną firmę. Powiedz mi tylko jakim autem przyjechałeś?
    - Skodą – odpowiedział naiwnie.
    - Stefan, kochany, obiecuję ci, że jutro pod tym znakiem będzie tabliczka, że zakaz wjazdu nie dotyczy skody Stefana. Może tak być? Zaakceptujesz takie rozwiązanie?

    c.d.n.
  • #4
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Do Stefana dotarło wreszcie, że Lidka kpi z niego w żywe oczy. Najpierw znieruchomiał a po chwili wyprostował się w fotelu. Dorota jednak szybko zareagowała.
    - Stefan, rozluźnij się – powiedziała spokojnie. – Wiesz kim jest Lidka?
    - Wiem. Twoja i Tomka znajoma – odpowiedział.
    - Jest też prezesem zarządu i głównym udziałowcem spółki LIMAN. Siedzisz tu i pijesz wódkę ze sprawczynią tych zastrzeżeń, oraz właścicielką całego twojego otoczenia. A ta droga jest waszą wspólną. I zapewniam cię, że żadne zakazy nie dotyczą ani ciebie, ani twoich znajomych, albo tych, których zechcesz gościć.
    - A skąd ty to wiesz? – wtrąciłem się.
    - Wszystko jest zapisane w księgach wieczystych – Dorota spojrzała mi w oczy. – Brałam czynny udział w niektórych transakcjach, poza tym ja również jestem udziałowcem spółki LIMAN, jeśli chcesz wiedzieć. Natomiast księgi wieczyste są dostępne, przecież możecie to wszystko sprawdzić.
    - Więc skąd się wziął ten zakaz dla mnie? – Stefan nie ustępował.
    - Daj już spokój – Lidka była zniecierpliwiona, a w jej głosie nie było wesołości. – To taki odstraszacz dla turystów plecakowych. Żeby nawet nie zajeżdżali tutaj i nie przeszkadzali, gdyż tutejsze ceny nie są na ich kieszeń. Poza tym nie zapominaj, że twoja działka aktualnie jest w moim zarządzie. I mam pełne prawo jeszcze przez dwa lata taki znak postawić, bo w danej sytuacji prawnej, ja zarządzam całym otoczeniem tej drogi. Od jej początku do samego końca. I mam na to zgodę organów gminy, gdyż to jest droga gminna. Dopiero gdy wygaśnie dzierżawa, odzyskasz swoje prawa. A wtedy będziemy się nimi dzielić. I jak zechcesz ze mną od czasu do czasu coś wypić, to problemów nie przewiduję. Ale jeśli nie będziesz chciał… – roześmiała się – to znowu będziemy musieli negocjować! – zaśmiewała się.

    Stefan siedział w fotelu bezwładnie, wyraźnie zaskoczony i chyba nie bardzo wiedział co ma odpowiedzieć.
    Tak samo jak ja. Lidka właścicielką LIMAN-a? Tego wszystkiego dookoła??? A my sobie ot tak siedzimy z nią i pijemy drinki? I jeszcze czasem się całujemy?
    - Co was tak zmroziło, zjem was, czy co? Tomek, nie lubisz mnie już? – Lidka odzyskiwała humor. – A ja się dzisiaj tak ucieszyłam na twój widok!
    - Przecież wiesz, że ja cię kocham – powiedziałem, gdyż jej żartobliwe słowa przywróciły i mnie równowagę. Bo już zaczynałem czuć się głupio. Kim my jesteśmy dla tych dziewczyn? Dwóch niemal bezrobotnych, podstarzałych facetów…
    - Naprawdę? Nie obiecuj, bo i tak ci nie wierzę – Lidka uśmiechała się do mnie wesoło.
    - Kocham szczerze! Platonicznie wprawdzie, ale jednak. I to, cośmy sobie wcześniej obiecali, postaram się wypełnić. Naprawdę! Wiesz, mnie zakazy wjazdu nie dotyczą, bo ja jestem na piechotę! – zażartowałem. – Ja nie będę marudził o jakiś tam zakaz.
    Zrozumiałem, że ten zakaz wjazdu jest drobiazgiem, niewartym wspominania. I niepotrzebnie Stefan w ogóle poruszał ten temat.
    - No dobrze – akuratnie odezwał się pojednawczo – zostawmy to na boku.
    Chyba doszedł do takiego samego wniosku jak i ja. – Tylko żeby ktoś mi zagwarantował, że to wszystko będzie prawdą. Po tej dzierżawie.
    - Stefan! – Dorota odezwała się pewnym głosem. – Jak pamiętasz, John chyba mówił, że mam wszelkie jego pełnomocnictwa do załatwienia tej sprawy. Więc po pierwsze: ja osobiście jestem zainteresowana pełną realizacją tych planów i tak jak dotąd nie zrobiłam ci krzywdy, tak nadal będę dbała o twoje interesy, a po drugie – jutro moje gwarancje potwierdzi… Tomek.
    - Ja? – nie ukrywałem zdziwienia.
    - Tak, ty! Już jutro! – Dorota, patrząc mi w oczy, potwierdziła ponownie. – A teraz zróbmy sobie przerwę, bo muszę wyjść. Tylko wcześniej napiłabym się jeszcze trochę akoholu. Z tobą – dodała po chwili, patrząc na mnie. Stefan rozmawiał z Lidką.
    Kiedy znów napełniłem zagłębienia lampek i chciałem usiąść w fotelu, usłyszałem ponownie jej cichy głos:
    - Tomek, nalej mi więcej. I sobie też. A teraz wypijmy i chodź ze mną.
    Zdziwiony nalałem porcje zupełnie nieprzyzwoite, czyli prawie do pełna. Dorota bez wahania odebrała mi kieliszek z ręki, ja podniosłem swój i wypiliśmy to na dwa razy. Po czym bez słowa obydwoje skierowaliśmy się w stronę drzwi.
    - Dorka, wy gdzie i na jak długo? Co mamy robić? – Lidka zatrzymała nas na chwilę.
    - Ja będę z Tomkiem na huśtawce. Idziemy po prostu przez chwilę porozmawiać. A ty opowiedz Stefanowi o swoich zamierzeniach i planach, przedstaw swoją firmę, zresztą możesz mu złożyć alternatywną propozycję przystąpienia do spółki i objęcia akcji w zamian za działkę z domem, albo róbcie co chcecie. Przecież obiecywaliście, że się upijecie – zaśmiała się. – A jak wam się znudzi, to przyjdźcie do nas. Możecie z jakąś butelką – dodała nadal uśmiechnięta i wyszła z salonu. A ja za nią.

    Na zewnątrz, ciepło dnia uderzyło w nas z pełna mocą. Zaraz będę musiał się rozebrać – pomyślałem. A jeszcze alkohol pobudzał krew w żyłach…
    Dorota ujęła mnie delikatnie pod łokieć i skierowaliśmy się w stronę placu zabaw, zabudowanego luźno różnymi bajerami dla dzieci. A pod sporym jaworem na jego skraju, stała szeroka huśtawka, taka dla dzieci i dorosłych. Nawet kilka osób mogło jednocześnie kołysać się leniwie w cieniu rzucanym przez gałęzie drzewa. Poszliśmy w jej kierunku. Dorota rozkosznie rozsiewała wokół niezapomnianą woń egzotycznych kwiatów.
    - Zaczynam żałować, że przyjechałem tu bez kwiatów dla ciebie – powiedziałem odważnie, ośmielony wypitym alkoholem i trochę też jej poprzednimi słowami. – Pachniesz tak pięknie… Gdybym wiedział, że jesteś, na pewno przywiózłbym bukiet ciebie godny.
    - Dziękuję. Uważam, że te kwiaty właśnie otrzymałam.
    - Nie rozumiem.
    - A tak to! Bywa tak, że jedno słowo wystarczy… zamiast. Dziękuję ci, że o tym pomyślałeś! – przytuliła się na chwilę, a potem niespodziewanie, delikatnie pocałowała w policzek.
    Było to bardzo miłe i dość dwuznacznie, ale nie zareagowałem. Nie wiedziałem na ile mogę sobie pozwolić, a nie chciałem psuć nastroju.
    Usiedliśmy na huśtawce i Dorota lekko nią zakołysała.
    - Od czego mam zaczynać? – zapytała zwyczajnie.
    Nie wiedziałem co mówić. Niby wszystko było normalnie, ale jednak mnie onieśmielała. Była żoną ważnego prezesa… Jednak alkohol zadziałał. Odważyłem się.
    - Boże, Dorotko, Słoneczko, nie wiem! Cały czas niespodzianka goni niespodziankę. Mówisz tak tajemniczo… przecież zupełnie nie wiem kim ty teraz jesteś. Byłaś wtedy żoną Kamila…
    - Dobrze, posłuchaj. Pamiętasz, kiedy jeszcze w lipcu, na początku mojego pobytu, obydwie z Lidką wróciłyśmy z Warszawy i powiedziałam ci, że mam pracę od września? I sama się śmiałam z tego? Sama w to nie wierzyłam. A jednak pan prezes czekał. Tak jak obiecywał. I zostałam jego asystentką.
    - To był John? – zapytałem tknięty przeczuciem. Potaknęła głową
    - Nie rozpraszaj mnie teraz, potem odpowiem na wszystkie pytania. Teraz tylko słuchaj. Kiedy wyjechałam stąd, okazało się, że Kamil nie wrócił tak, jak zapowiadał. Byłam już w Warszawie, gdy dostałam informację, że nie może przylecieć i zmienił termin powrotu. O tydzień. Sam rozumiesz, że wtedy niewiele się tym przejęłam. Tydzień wcześniej, tydzień później… Żałowałam tylko, że nie zostałam z tobą chociaż przez kilka dni, ale mleko się rozlało, było już za późno na powrót do Pokrzywna. I wtedy Romek powiedział mi, że w banku na mnie czekają. Bo Romek tam właśnie pracował, wiesz o tym?
    Pokręciłem głową przecząco. Skąd miałem to wiedzieć?
    - Miałam wprawdzie oferty pracy w szkołach – kontynuowała – ale sam chyba rozumiesz, że to nie te same pieniądze. Rozpoczęłam pracę w banku, a za parę dni Kamil wrócił. I z mojego żelaznego postanowienia o rozwodzie nic nie wyszło. Nie mogłam tego zrobić. Bo okazało się, że jest poważnie i śmiertelnie chory.
    Kamil w swoich badaniach na Uniwersytecie popełnił całą masę błędów związanych z bezpieczeństwem. Zarówno w kraju, jak i potem, w Stanach. Był tak spragniony sukcesu, że nie zwracał uwagi na zabezpieczenia, zasady postępowania i w tajemnicy przed wszystkimi szedł na skróty. A przecież były to prace związane z materiałami radioaktywnymi! Kupiliśmy wtedy mieszkanie w Warszawie, bo przywiózł trochę pieniędzy, zresztą ja też miałam niemało, dostałam je od ojca. Więc finansowych problemów nie mieliśmy.
    Przez parę miesięcy łudziłam się, że może z tego wyjdzie, ale było tylko coraz gorzej. W pracy zdarzyło mi się wtedy kilka potknięć związanych zarówno z jakością pracy, jak i z nieoczekiwanymi nieobecnościami. Oczywiście, usprawiedliwiałam się przed Johnem, w końcu jednak wezwał mnie kiedyś na dywanik i zapytał wprost co się ze mną dzieje. Musiałam mu powiedzieć o wszystkim. Także o tym, że jestem w ciąży. Zupełnie tego nie skomentował, ale zmniejszył mi obciążenie pracą, co faktycznie przyniosło mi sporą ulgę, przede wszystkim psychiczną. Bo ja zawsze obowiązki traktowałam bardzo poważnie. I fatalnie czułam się w sytuacji, kiedy sprawiałam komuś zawód. A przecież w tym banku dobrze mi się pracowało. Tam nie czułam na plecach tego, o czym mówiłam ci kiedyś. Że wszyscy dookoła ściągają mi wzrokiem majtki. Może to ty wyleczyłeś mnie z tej obsesji, może sprawiał to mój rosnący brzuch, a może po prostu panowała tam inna atmosfera.
    Niestety, wszystkie starania i próby leczenia były daremne. Nic nie pomogło. Kamil zmarł jeszcze przed urodzeniem się bliźniaków. To Lidka z Romkiem bardzo mi wtedy pomagali, bo chyba bym zwariowała. Pamiętasz, że kiedyś nie chciałam z tobą rozmawiać o teściach. Wiedz, że i wtedy nie mogłam na nich liczyć. Nasze kontakty stały się bardzo chłodne, jakby mnie obwiniali za wszystko. Kiedy już po śmierci Kamila urodziłam Piotrusia i Pawełka, nawet się tym specjalnie nie zainteresowali. Oni czekali, aż będę ich prosiła. Znowu pomagała mi Lidka z Romkiem, a potem na pewien okres przyjechała moja mama. A chłopcy byli zdrowi, cieszyłam się nimi i powoli dochodziłam do siebie.
    Wtedy też, gdzieś po czterech, może pięciu miesiącach zadzwonił John. Ja w tym czasie nadal przebywałam na urlopie macierzyńskim, bo ze względu na urodzenie bliźniąt przysługiwał mi dłuższy, więc trochę mnie zdziwił jego telefon. Jeszcze wtedy zupełnie nie patrzyłam na niego tak jak na mężczyznę. I on tak samo, jak dotąd, nigdy nie dał mi najmniejszych powodów do podejrzeń, że się mną interesuje. Nigdy nie posunął się do żadnej aluzji, czy dwuznaczności. A przecież byłam jego asystentką, wcześniej wiele czasu spędzaliśmy obok siebie, często również poza siedzibą banku, na różnych spotkaniach i w różnych sytuacjach.
    John zapytał ogólnie o zdrowie moje i chłopców, podziękowałam, zapytałam co nowego w pracy i wtedy poprosił mnie, żebym w chwili wolnego czasu wpadła na chwilę do banku. Więc umówiłam się z nim na następny dzień. Kiedy przyszłam, zapytał czy mam możliwość przyjeżdżania czasem, aby nowa asystentka podszkoliła się przy mnie, gdyż nie daje sobie rady i nie jest z niej zadowolony. Przestraszyłam się wtedy, że planuje mnie zwolnić i postanowiłam nie milczeć, więc z zaciśniętymi zębami zapytałam go o to wprost. Wtedy on z kolei zapytał mnie, czy pamiętam naszą rozmowę, kiedy w połowie lipca przyszłam tu w poszukiwaniu pracy. I czy jeszcze pamiętam to, co powiedział mi na jej koniec, kiedy z rozbrajającym uśmiechem oświadczyłam, że obecnie jeszcze nie chcę pracować, gdyż mam wakacje i chciałabym zaczynać dopiero od września. Potwierdziłam, bo pamiętałam jak oznajmił mi wtedy, że będzie na mnie czekał. Pokiwał głową, że to się zgadza i niespodziewanie oświadczył, że o żadnym zwolnieniu mnie z pracy nawet nie ma mowy.
    On zdaje sobie sprawę, że nie jest to ani dobre miejsce, ani odpowiednie pora, ale chce, bym wiedziała, że mnie kocha i chciałby żebym… została jego żoną. Nie pozwolił mi wtedy niczego powiedzieć, poprosił jedynie bym nie odmawiała pochopnie, tylko dała sobie i jemu trochę czasu. On rozumie moją sytuację i nie będzie natrętny. Oczywiście, gdy wrócę do pracy, nasze kontakty pozostaną bez zmian i zamkną się wyłącznie na służbowych sprawach. Na koniec dodał, iż wierzy w to, że kiedyś odpowiem „tak”. A potem powtórzył, że nadal będzie na mnie czekał.

    Przez tydzień nie pokazywałam się w banku. Byłam zaszokowana. Nawet Lidce o niczym nie powiedziałam. Potem ściągnęłam na parę dni mamę, no i odważyłam się pójść do pracy. Od razu też miałam okazję wykazać się przed następczynią, bo John prowadził rozmowy i asystentka była mu niezbędna. Podziękował później grzecznie, poprosił jeszcze żebym załatwiła parę spraw z korespondencją i wyraził nadzieję, że sytuacja pozwoli mi zaglądać trochę częściej. A kiedy urlop mi się skończył, wróciłam na stałe. I niespodziewanie dostałam sporo przywilejów, takich jak swobodne godziny karmienia, niekontrolowany czas pracy, korzystanie ze służbowego samochodu z kierowcą i różne inne, podobne drobiazgi. Bardzo ułatwiające mi życie. Mogłam też brać część zadań do domu, najczęściej były to tłumaczenia, w zamian za dni wolne, kiedy nie musiałam zjawiać się w pracy. John był dla mnie miły, ale swoich zasad absolutnie nie zmienił. Żadnych prób intymności, żadnych aluzji, żadnego wracania do tematu naszej rozmowy. On nadal czekał.
    I tylko po kilku tygodniach wezwał mnie do gabinetu, przeprosił, że będzie mówił o moich prywatnych sprawach i zapewniając, że to nie ciekawość nim kieruje, namówił mnie bym opowiedziała o Kamilu i o przyczynach jego śmierci. Byłam trochę zdziwiona tym zainteresowaniem, wyjaśnił jednak, że tak jak każdy inny pracownik korporacji, mogę skorzystać z pomocy prawnej bankowych specjalistów. Bo on usłyszał sugestie, albo też po prostu plotki, że to wszystko stało się również z winy uniwersytetu, więc ja i moje dzieci powinniśmy starać się o odszkodowanie. Uniwersytet ma ubezpieczenie od podobnych przypadków, więc nie zbiednieje, a a w Ameryce takich spraw się nie odpuszcza. Dlatego opowiedziałam mu w skrócie całą historię, oczywiście bez szczegółów małżeństwa z Kamilem. Wysłuchał spokojnie i odparł, że jeśli zechcę podpisać pełnomocnictwa, to prawnicy banku w USA zajmą się tą sprawą. Zgodziłam się wtedy. Szybko dostarczyłam mu wszystkie niezbędne dokumenty, podpowiedziałam, że jeszcze jakieś muszą być też na uniwersytecie w USA, bo to tam, po badaniach lekarskich, sprawa wyszła na jaw. No i podpisałam upoważnienia. Powiedział mi później, po kilku tygodniach, że on oczywiście wszystko przekazał, ale postępowanie trochę potrwa i wszystko na jakiś czas ucichło. A ja o sprawie praktycznie zapomniałam.
    Gdzieś tak pół roku później, na koniec dnia pracy, zupełnie niespodziewanie zapytał mnie, czy mogłabym zaprosić go na wieczór do siebie na herbatę. I wtedy go zaprosiłam…

    Dorota umilkła. Nie patrzyła na mnie, tylko gdzieś przed siebie, w dal. Ale zapewne niczego nie widziała. To jej spojrzenie też znałem. Była teraz absolutnie szczera, nie miałem co do tego żadnych wątpliwości.
    - Tomek… – podjęła monolog. – Ja wtedy żyłam jak mniszka. Miałam tylko dzieci i pracę. Od czasu, kiedy stąd wyjechałam, nie spotykałam się z nikim. Żadnych wizyt, żadnych rozrywek, żadnych przyjemności. Nawet w kinie nie byłam. Owszem, miałam opiekunkę, która zajmowała się chłopcami w dzień, ale wieczorami byłam zupełnie sama, jeśli pominąć wizyty Lidki i Romka. Wprawdzie na początku próbowali organizować mi jakieś towarzystwo, ale im tego zabroniłam. Świadomie i dobrowolnie ograniczyłam się do bycia matką i to wszystko. Jedynym kontaktem ze światem oprócz pracy był mi telewizor. Nie dziw się więc, że wtedy zaprosiłam Johna.
    Przyjechał z ogromnym bukietem kwiatów, butelką wina i z zabawkami dla chłopców. Pobawił się z nimi, wypiliśmy herbatę, skosztowałam nawet wina, chociaż jeszcze karmiłam. Dziwne, ale czułam się swobodnie w jego obecności. Też bawiłam się z chłopcami, wychodziłam do kuchni… normalnie, było niemal jak w rodzinie.
    Nie był wtedy długo. Kiedy robiło się późno, grzecznie podziękował, że pozwoliłam mu zajrzeć do siebie i na pożegnanie… pocałował mnie w rękę. Zupełnie nie po amerykańsku!
    A w pracy był potem taki jak dotąd. Konkretny, miły, uprzejmy i bez zarzutu. Do tematu naszego spotkania nie wracał.

    Przerwała, spoglądając w stronę bramy, skąd dobiegały dziecięce głosy. Poszedłem za jej wzrokiem. W naszą stronę biegło dwóch malców i młoda dziewczyna, która mogłaby udawać piosenkarkę soulową, czy też rockową. Mulatka, czarne włosy miała splecione w dredy, które wesoło tańczyły wokół jej głowy. Śmiała się przy tym i rozrabiała z chłopcami nawet podczas biegu. Dorota wstała z ławki i odwróciła się w ich stronę, wyciągając ręce. Chłopcy podbiegli, a wtedy, wprawdzie z trudem, jednak udało się jej podnieść ich obydwu na rękach do góry. Dorota całowała małe, trochę umorusane buzie, a oni śmiali się wesoło i ściskali ją mocno za szyję.
    Oczy mają zupełnie jak mama – pomyślałem. Byli bardzo podobni do siebie, na pierwszy rzut oka było widać, że są bliźniakami. Dziewczyna też dobiegła i zatrzymała się niedaleko nas.
    - To jest Diana, Tomku, opiekunka chłopców – powiedziała Dorota. – Nie mówi po polsku, więc możemy swobodnie rozmawiać.
    Powiedziała coś do dziewczyny po angielsku. Ta ukłoniła się, patrząc na mnie. Ja również się jej ukłoniłem. Po chwili odeszła trochę od nas i przysiadła na stopniach prowadzących na zjeżdżalnię.
    - No co, pieszczotki moje, przywitajcie się ładnie z panem Tomkiem. To jest bardzo dobry znajomy mamusi. I na pewno bardzo was lubi – Dorota postawiła ich na ziemi. Jeden z nich spojrzał na mnie i wyciągnął rączkę w moim kierunku.
    - Dzień dobry panu – zabrzmiał cienki głosik, z wyraźnie wymawianym „r”. Uścisnąłem małą rączkę, zsuwając się z huśtawki i odpowiedziałem, przykucając:
    - Dzień dobry! Miło ciebie poznać, tylko nie wiem, jak masz na imię.
    - Paul.
    - A po polsku Pawełek – sprostowałem. – Tym bardziej mi miło! Jesteś wspaniały!
    Odwróciłem się w stronę drugiego chłopca i tym razem sam wyciągnąłem dłoń.
    - Dzień dobry! Ciebie też miło poznać!
    - A ja jestem Piotruś! – powiedział bez skrępowania, czysto po polsku.
    Chłopcy nie czuli żadnego zażenowania obecnością obcej osoby. Podobało mi się to.
    - Dzień dobry! Ty też jesteś fantastyczny! I bardzo mi się podobasz!
    Tu też „r” było bardzo wyraźne, wręcz podkreślone. Nieczęsto w tym wieku dzieci tak wyraźnie je wymawiają.
    - A wie pan, że tam za domem jest jezioro? – padło skierowane pod moim adresem pytanie.
    - Wiem Piotrusiu i mam nadzieję, że później sam mi je pokażesz.
    - Pokażę – zapewnił chłopiec i przylgnął do Doroty, patrząc jednak na mnie.
    - Moje kochane łobuziaki – Dorota mruczała, tuląc ich czule do siebie.
    - Mają bardzo ładną polską wymowę – powiedziałem do niej. – Anna mówiła, że ty teraz mieszkasz w Ameryce? – spojrzałem na nią. Pokiwała głową potakując.
    - I chłopcy są tam z tobą?
    - Tak. Oczywiście, że tak – zapewniła.
    - Fantastyczni! – pochwaliłem ich. – Bardzo mi się podoba, kiedy dzieci nie odczuwają lęku przy kontaktach z nieznajomymi w obecności rodzica. Tak wychowywałem Joasię, że nie ma się nikogo bać, kiedy jest ze mną. I potem, już w szkole, kiedy miała zajęcia teatralne, całkiem swobodnie zachowywała się na scenie.
    - A co teraz robi?
    - Tak dokładnie tego nie wiem, bo u niej wszystko się zmienia, niczym w kalejdoskopie. Skończyła studia i niby gdzieś coś robi, ale wcale nie jest z tego zadowolona, bo wciąż szuka czegoś lepszego. Szczegółów nie znam. A wiesz co? Kiedyś mój Damian w tym wieku też tak wyraźnie i charakterystycznie wymawiał „r”. Jakby chciał to pokreślić. A jak chłopcy mówią po angielsku?
    Dorota sadowiła się na huśtawce. Malcy wdrapali się tam również i usiedli po obydwu jej stronach, próbując ją obejmować. Musiałem się więc odsunąć, jednak i tak dotykałem jej ręki, którą obejmowała Pawełka. Drugą ręką tuliła Piotrusia.
    - Tak? To dziwne – uśmiechnęła się Dorota. – A wiesz, ja po angielsku staram się do nich nie mówić, właśnie dlatego, żeby nie łapali mojego akcentu. Mimo że mieszkam i pracuję w Nowym Jorku, to nie chcę ich uczyć źle. Tylko John i Diana rozmawiają z nimi po angielsku. Annie też zabroniłam. Ale Diana twierdzi, że mówią świetnie. Czystym, amerykańskim językiem.
    - Piękne masz dzieci, Dorotko – westchnąłem. – Mądre i bardzo sympatyczne!
    Zacząłem wspominać.
    - Ech, kiedyś też tak siadałem z synem. Miał takie same ciemno blond włosy, roześmianą buzię i też usiłował wdrapywać się na plecy, albo zjeżdżać po mojej nodze. Jak to wszystko było dawno! – rozmarzyłem się.
    - Tak? I mówisz, że też miał taką wyraźną wymowę „r”? – zapytała Dorota, odwracając się do synów. – No, kochani, idźcie teraz do labiryntu. Mama musi porozmawiać i jest zajęta.
    Pomogła im ześliznąć się z huśtawki. Szybko pobiegli na plac zabaw.

    Patrzyłem jak biegną, jak wesoło i radośnie zaczynają wspinać się na skomplikowane ścieżki drewnianego zamku, z fosami, drabinkami, zjeżdżalniami… Mieli tutaj świetne miejsce do zabawy. I doskonale, profesjonalnie wykonane. Bardzo dobrze zadbano o ich bezpieczeństwo.
    Patrzyłem na nich i myślałem, że chętnie sam bym się teraz z nimi pobawił. Zostawiłbym za sobą wszystkie problemy, nawet te z Dorotą, z Johnem i zanurzyłbym się razem z nimi w labirynt połączeń zamku, w te korytarze, wyjścia drabinkami, niczym w komputerowej grze, w przerzucone pomiędzy segmentami wąskie kładki, którymi można byłoby się ewakuować…
    - Tomek…
    Głos Doroty wyrwał mnie z tej obserwacyjnej atmosfery. Spojrzałem na nią mimochodem, jeszcze rozluźniony, rozmarzony i przepojony wspomnieniem własnego dzieciństwa.
    - Słoneczko, mogę tak do ciebie mówić? – zapytałem.
    - Możesz – odpowiedziała, ale jakoś tak niezbyt zdecydowanie. Schwyciłem jej dłoń.
    – Nie gniewaj się! Twoi chłopcy tak mi się spodobali, że aż się rozmarzyłem. Zacząłem wspominać nawet własne lata w krótkich spodenkach…
    - Tomek…

    Spojrzałem w jej stronę. Miała wzrok utkwiony we mnie, ale nie było w nim żadnej pewności siebie, którą dotąd prezentowała. To był wzrok zranionej sarny. Duże, niepewnie patrzące oczy.
    Zamarłem. To nie była Dorota jaką dotąd znałem.
    - Tomek… Nie domyślasz się niczego?
    - A czego mam się spodziewać?
    Podcięła mi skrzydła. Już powoli wychodziłem z tej depresji, która mnie opanowała na jej widok, a tu znowu tajemnice. Ile jeszcze mam dzisiaj przetrzymać? Czułem, że pytanie nie było przypadkowe. Dorota nie blefowała. Coś przegapiłem. Ale co?
    - Tomek… – odezwała się znowu, przerywając moje myśli. I szybko dowiedziałem się o co jej chodziło.
    - To są nie tylko moi chłopcy. To są także twoje dzieci! Ty jesteś ich ojcem! Tak, Tomku! – powtórzyła, spoglądając mi prosto w oczy. – To są twoje dzieci, twoi synowie! Rozumiesz? To są nasze dzieci!!! Twoje i moje!

    c.d.n.

    Dodano po 9 [godziny] 10 [minuty]:

    - O Boże! – gardło wyschło mi nagle i nic innego nie zdołałem wykrztusić. Byłem jak balon, z którego wyszło powietrze. Dorota natomiast spokojnie ciągnęła dalej.
    - Teraz już wiesz, że jest coś, co nas łączy i łączyć będzie zawsze. To biologia. Bo ty jesteś ojcem chłopców – powtórzyła. – A ja mamą. Mamy ze sobą dwójkę dzieci.
    - Jak to? – próbowałem coś powiedzieć, ale nie dałem rady. Pod czaszką mi huczało jak we młynie i czułem się jakby ktoś mnie uderzył takim młyńskim kamieniem w sam środek czoła. Leżałem bezwładnie na oparciu huśtawki, niczym porzucona mokra szmata.
    - Tomek… teraz już wiesz wszystko.
    - O Boże…
    Nie mogłem się nawet ruszyć. Łapałem powietrze szeroko otwartymi ustami jak ryba na plaży. Tylko moje ręce wykonały kilka całkiem przypadkowych ruchów. Szum w głowie narastał.
    - Dorotko… zdołałem wyszeptać, leżąc bezwładnie jak kukła. – Dość na dzisiaj... Chcę zostać sam!
    - Nie, Tomku! – usłyszałem w odpowiedzi. – Nie zostaniesz sam! Ja będę z tobą! I wszystko ci wyjaśnię, wtedy zrozumiesz…
    - Nie chcę już nic rozumieć, proszę! Idź już… odejdź! – zebrałem siły i odwróciłem się do niej plecami. W oczach zapiekło i zwilgotniało. Nie wiem dlaczego, ale odczułem jakiś żal i poczułem się oszukany. Może zbyt dużo wypiłem?
    Dorota objęła mnie od tyłu i przytuliła głowę do pleców.

    Wtedy, jak przez mgłę, usłyszałem z oddali głos Lidki.
    - O, widzę, że już dajecie sobie radę. A my ze Stefanem idziemy pomieszać wam szyki.
    - Lidka, przestań! – Dorota krzyknęła podniesionym głosem, odrywając ode mnie ręce. A po chwili zawołała, już łagodniej. – Idźcie stąd! Przynieś tu tylko wódkę i coś do picia. Wiesz którą, tę którą Tomek lubił. Tylko przyjdź sama.
    - Stało się coś? – Lidka już nie żartowała. Była zaniepokojona.
    - Lidka, proszę! – głos Doroty był stanowczy i gniewny, ale mnie nie uspokoił. Czułem się strasznie głupio. Mam dzieci i o tym nie wiem, a wszyscy pewnie wiedzą i czekają jak na to zareaguję… Na złodzieju czapka gore i teraz właśnie poczułem się niczym w przysłowiu. Jak ten przysłowiowy złodziej. Ale mnie załatwiła! Co ja teraz pocznę? Świat znowu mi się walił!
    - Idę już, idę…
    Nastała cisza.

    Dorota na chwilę znowu przytuliła się do moich pleców i pewnie poczuła szarpany oddech, bo wyjęła skądś chusteczki i delikatnie zaczęła wycierać drgającą mi twarz. Chusteczki pachniały intensywnie i szum w głowie powoli cichł…
    - Daj… – poprosiłem cichutko, kiedy dreszcze w zasadzie się uspokoiły i zacząłem oddychać swobodniej. Wcisnęła mi do ręki resztę opakowania. Odsunąłem się od niej i wyjąwszy następną, w milczeniu, powoli osuszałem twarz. Byłem już znacznie spokojniejszy. Ten niby płacz przyniósł mi dużą ulgę.
    - Tomek… – wyszeptała i znowu przytuliła się do pleców. – Nie zabijaj mnie, proszę cię! Na pewno popełniłam masę błędów, ale ja… ja wtedy inaczej nie mogłam! Inaczej myślałam i nie chciałam sprawiać ci kłopotów! Wydawało mi się, że tak będzie najlepiej! Nie mogłam obarczać ciebie odpowiedzialnością za swoje postanowienia i za własne decyzje. Wszelkie skutki musiałam wziąć na siebie! Wyłącznie na siebie – powtórzyła.

    Milczałem. Siedziałem z rękami na kolanach i tępo spoglądałem przed siebie, nic niewidzącym wzrokiem. Dorota tuliła się jeszcze przez chwilę, ale zabrała ręce i usiadła prosto.
    - Dorota! – usłyszałem głos Lidki, która nadeszła gdzieś z boku. – Macie tu wszystko – postawiła coś na brzegu huśtawki. – Gdybym była potrzebna, to jestem pod lipą. Pomachaj tylko ręką.
    - Gdzie Diana z chłopcami?
    - Chyba poszli nad jezioro. Mam ich znaleźć?
    - Nie. Zostaw nas samych.

    Znowu nastała cisza. Kątem oka zobaczyłem, jak Dorota sięga do brzegu huśtawki, a po chwili okazały koszyk wylądował na jej kolanach.
    - Napijesz się ze mną? – usłyszałem. Najwyraźniej nie podzielała mojego nastroju.
    Pokiwałem głową potakująco. Odsunęła się i postawiła między nami koszyk. Wyjęła z niego jakąś tackę, którą położyła na kolanach, a potem butelkę z wódką, kieliszki i karton z jakimś sokiem. W koszyku zostało jeszcze sporo zawartości. Dorota napełniła kieliszki.
    - Szklanek nie ma? – zapytałem zrezygnowanym głosem.
    - Są! – odpowiedziała i wyjęła z koszyka szklanki do wody. Wziąłem napełniony kieliszek i wylałem zawartość do szklanki, a potem ująłem butelkę i dopełniłem do połowy.
    - Tobie też? – zapytałem krótko, patrząc na nią. Sekundę się zastanawiała ale skinęła potakująco głową. Nalałem jej nieco mniej, ale bez szczególnych sentymentów. Dawka była murarska, taka jaką piją na budowach.
    - Wypijmy za twoje zdrowie! – westchnąłem, po czym wlałem do gardła całą jej zawartość. Zapiekło w przełyku, struga palącej cieczy popłynęła do żołądka. A po chwili, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zacząłem lepiej widzieć, a i myśli coraz lepiej układały mi się w głowie. Kątem oka zobaczyłem, że Dorota łapie oddech, ale jej szklanka była niemal pusta. Szybko nalałem w nią soku. Wypiła gwałtownie, a kiedy uspokoiła się, wyszeptała:
    - Boże, dawno nie piłam tak alkoholu. Ja zresztą wódki nie pijam w ogóle!

    Nie skomentowałem tych słów. Przez chwilę spoglądaliśmy na siebie w milczeniu. A potem zapytałem prosto z mostu.
    - Dorotko, kochasz go?
    Nie odwróciła wzroku. Wytrzymała moje spojrzenie, kilkakrotnie tylko potakując ruchami głowy i kiedy wydawało mi się, że za ruchami pójdą słowa, powoli i pewnym głosem zupełnie niespodziewanie oznajmiła:
    - To akuratnie nie jest przedmiotem naszej rozmowy. Tylko jeden, jedyny raz popełniłam kiedyś błąd i opowiedziałam ci kilka szczegółów mojego pożycia z Kamilem. Więcej tak nie zrobiłam i nie zrobię. Ani John nie dowiedział się nigdy żadnych szczegółów z tego, jak kochałam się z tobą, ani ty nie dowiesz się jak sypiam z nim. I proszę, nie zadawaj mi więcej takich pytań.
    - Nie o to pytałem – zauważyłem.
    - Wiem o co pytałeś. Odpowiem ci tak. To jest bardzo dobry człowiek. I wiem, że mnie kocha. Ma też do mnie pełne zaufanie. Wie, że ja nie umiem zdradzić. Musiałabym natychmiast odejść, albo popełnić samobójstwo. I własnie sam John mi powiedział, że dzisiaj mogę nawet całować się z tobą tutaj w obecności wszystkich. Bylebym tylko miała już potem spokojne sumienie, że wiesz teraz wszystko. Bo przez te wszystkie lata widział, jak cała sytuacja mnie męczyła. Ciągle nie miałam pomysłu, nie umiałam znaleźć rozwiązania, nie wiedziałam co mam zrobić…
    Tomek, ja zrozumiałam zbyt późno, że powinieneś wiedzieć o wszystkim, bez względu na okoliczności. Problem jednak polegał na tym, że na samym początku postanowiłam, że nigdy o dziecku się nie dowiesz! I to jeszcze zanim ciebie poznałam. Potrafisz to zrozumieć?

    Patrzyłem na nią zupełnie zdezorientowany. Co ona wygaduje? Wszystko zaplanowała i zorganizowała? Świadomie i z premedytacją? Musiałem się upewnić, czy dobrze słyszałem, więc przerwałem jej wywody.
    - Dorotko… to wszystko było przez ciebie przewidziane? Zaplanowane?
    Zacisnęła usta i pokiwała potakująco głową w milczeniu. A potem zaczęła mówić, patrząc gdzieś w dal.
    - Tak, zaplanowałam. Ja wtedy byłam chora na dziecko! Bo niby na co miałam czekać? Na Kamila liczyć nie mogłam. Zresztą… byłam chora nie tylko na dziecko. Zbuntowałam się przeciw wszystkiemu, co mnie dotąd otaczało. Przeciwko zasadom, o których ciągle musiałam pamiętać i je przestrzegać, przeciw wpajanym mi przez całe życie metodom wychowawczym, przeciw trudnościom, które miałam w małżeństwie i wreszcie przeciwko samemu małżeństwu. I z żalu, że niby tak mało oczekiwałam od życia, a ono nie chce mi dać nawet tej odrobiny, która innym dostaje się bez wysiłku…
    Tomek, wtedy kiedy spotkaliśmy się w pociągu, jechałam już z postanowieniem, że muszę sprawić sobie niecodzienne, nieziemskie wakacje. Będące zakończeniem dotychczasowego życia, tego sposobu istnienia, który mi narzucono. Ale pomysł był szalony, gdyż to wszystko mogło przecież mieć dla mnie nieobliczalne konsekwencje, bo tak naprawdę, nie miałam wtedy żadnego, konkretnego pomysłu na przyszłość. Na to, co mam robić dalej. Byłam w tym czasie u kresu psychicznej wytrzymałości. I gdybym nie spotkała ciebie, to nawet nie chcę sobie wyobrażać czym to wszystko by się zakończyło. Miałam wtedy takie chwile, że naprawdę było mi wszystko jedno…
    Pojawiłeś się jednak ty i to tak zwyczajnie. Wszedłeś do mojego przedziału, siedziałeś sobie spokojnie, drzemaliśmy niedaleko siebie, a potem zauważyłam, że wcale nie jesteś taki śpiący i nawet próbujesz podglądać, co też mam pod spódnicą. Jednak robiłeś to dyskretnie i bez wulgarności, dlatego zamiast niechęci, poczułam do ciebie sympatię. Twoje zachowanie pozwalało mi snuć marzenia, czy raczej rojenia, to właściwsze określenie, o szczęśliwym związku… A poza tym, przecież jesteś interesującym mężczyzną! Niejedna się za tobą ogląda i nie potrzebowałbyś zbyt wielu starań, by je zaciągnąć do łóżka.
    Nie wiesz natomiast, że oprócz tego wszystkiego co wiesz, niemal idealnie wpisałeś się wtedy w moje oczekiwania. Podczas tej sytuacji z Kasią, kiedy oblała cię sokiem, przekonałeś mnie mimochodem, że jesteś nie tylko sympatyczny i przystojny, ale nie brakuje ci też rozsądku, który nawet mnie potrafił sprowadzić do pionu. Wtedy też zdecydowałam, że spróbuję zacząć od ciebie…
    - Jak to ode mnie? Co zaczniesz ode mnie? – przerwałem jej wywody? – Miałaś zaplanowany jakiś cykl?
    Pokręciła głową przecząco.
    - Nie przesadzaj, to nie tak. Chodzi o to, że wtedy nie byłam jeszcze zupełnie pewna i dopuszczałam do siebie myśl, że mogłam jednak się omylić. Spróbuj zrozumieć mój ówczesny tok myślenia. Jechałam na wakacje, zdecydowana na skok w bok, a tu nagle pierwsza możliwa okazja, pierwszy mężczyzna którego spotkałam, miałby być właśnie tym wybranym? Sama sobie nie do końca wierzyłam. Próbowałam mnożyć w duchu wątpliwości, ale twoje towarzystwo jednak mnie kusiło. A kiedy po chwili okazało się, że jedziesz niemal w to samo miejsce co ja… Tomek! Uznałam to za wyrok Opatrzności i zrządzenie losu! Już wtedy zdecydowałam, że będę cię prowokowała, abyś w żadnym wypadku ze mnie nie zrezygnował …
    Poza tym, podczas samej podróży, moje wątpliwości gasły. Byłeś dokładnie takim mężczyzną, takim charakterem, jakiego oczekiwałam. Zresztą, sam wiesz co było dalej, po co mam się powtarzać. Prowokowałam ciebie, a ty nie pozostawałeś mi dłużny. I byłam już pewna, że chemia pomiędzy nami zadziałała. Dlatego moje wątpliwości rozwiewały się i kiedy przyjechaliśmy do Pokrzywna, jasno i dobitnie oznajmiłam, że za kilka godzin wrócę. Dokładnie też chciałam, byś domyślał się po co i tego oczekiwał. Zresztą wiesz o tym, bo później rozmawialiśmy o tym wszystkim.
    - Tyle, że ja nie wiedziałem po co ci to było…
    Potaknęła ruchami głowy.
    - Owszem, nie wiedziałeś i nie miałeś wiedzieć. Ale chyba pamiętasz naszą rozmowę już w sypialni, kiedy pytałam ciebie o możliwość pozostania na całe wakacje? Tomek, przecież ja wtedy nie wytrzymałam! To było dla mnie więcej niż nawet marzyłam! To wtedy zaczęło do mnie dochodzić, że rzuciłam się na głęboką wodę bez żadnych zabezpieczeń przed utonięciem – spojrzała na mnie uważnie – a tu zupełnie przypadkowo wylądowałam w spokojnej, całkowicie bezpiecznej zatoce. I to właśnie ty, taką zatokę mi zapewniłeś! I wtedy, tego dnia, postanowiłam, że właśnie ty zostaniesz tatusiem mojego dziecka. Że już żadnych innych prób nie będzie! Że będę z tobą tak długo, aż marzenia staną się realnością. Postanowiłam też, że w zamian będę starała się dać ci wszystko co mogę i co tylko zechcesz. To dlatego powiedziałam wtedy, że jestem zabezpieczona – roześmiała się, ale jakoś tak mało swobodnie. – Przez kilka pierwszych dni musiałam o tym pamiętać i kontrolować, abyś nie wyśliznął się ze mnie, ale potem po prostu to polubiłam! Tomek, przecież to ty nauczyłeś mnie wszystkiego! – nagle skłoniła swoją głowę i oparła się o mnie. – Ja wcześniej o niczym nie miałam najmniejszego pojęcia!
    Objąłem ją i pocałowałem włosy na czubku jej głowy. A zapach tych specyficznych perfum uderzył mi w nos…
    Mimo wypitego alkoholu, poczułem narastające pożądanie. Ten zapach… To nie zaginęło. Jak u psa Pawłowa. Proste skojarzenie gdzieś w podświadomości. Chyba już na zawsze pozostanie wpisane w moją osobowość. Jej zapach równa się moje pożądanie. Ale tylko jej ciała. Żadnego innego to nie dotyczyło.

    Dłoń powędrowała na jej plecy i zaczęła meandrować po powierzchni, jednocześnie przyciskając to znajome ciało do mojego. Zapomniałem o wszystkim! O tym, że siedzimy tu wystawieni na widok publiczny, że jest żoną Johna i o tym, że nie mam do niej żadnych praw…
    Przez chwilę jakby poddawała się tym zabiegom. Przylgnęła i nawet mnie pocałowała. A wtedy oczy zaczęły mi już zachodzić mgłą… Schwyciłem jej dłoń i położyłem w okolicach rozporka, aby sama się przekonała, jakie reakcje tam zachodzą…
    To ją otrzeźwiło. Wyrwała rękę i jednocześnie mnie odepchnęła. Przez chwilę siedzieliśmy obydwoje, ciężko dysząc i nie patrząc na siebie, tylko na plac zabaw.
    - Nie próbuj tego więcej – odezwała się dość spokojnie. – Tego już nie będzie! Tomek, bardzo cię proszę! Bardzo cię lubię, mogę dużo dla ciebie zrobić, ale kochanką twoją nie będę! Bardzo cię proszę, nie prowokuj mnie i zachowuj się przyzwoicie.
    Opuściłem wzrok i tępo spoglądałem na ziemię pod ławką. Cóż miałem mówić? Oddech wracał mi powoli do normy. Przez głowę przebiegła myśl, żeby wstać i zostawić ją tu samą, ale przebiegła i szybko zgasła. Nie mogłem tego wszystkiego pozostawić tak na pastwę losu. I zupełnie przypadkowo mój wzrok znowu spoczął na butelce…

    Kolejny haust wódki przełknąłem w błyskawicznym tempie, nie zapominając jednak aby drżącymi rękami napełnić też jej kieliszek, chociaż nie wierzyłem, że go opróżni. Ale wypiła wszystko. I kiedy jej oddech uspokoił się nieco, spróbowałem wrócić do przerwanego wątku.
    - W lipcu jednak nie byłaś w ciąży? – zapytałem, a właściwie raczej to stwierdziłem, chociaż trochę niepewnie. Pokręciła głową przecząco.
    - Najwyraźniej moje płodne dni wypadły akuratnie wtedy, kiedy wyjechałam do Warszawy. Tak przynajmniej wynikało to z kalendarza. I tak się też okazało. Sama byłam tym zawiedziona, kiedy się zorientowałam, ale milczałam. A potem wyszła nam ta dyskoteka… Tomek, wtedy już byłam w ciąży, ale i tak mam wobec ciebie ogromny dług wdzięczności za to, że nie musiałam się później zastanawiać kto jest ojcem chłopców. Bo od chwili przyjazdu do Pokrzywna, aż do oświadczyn Johna, spałam wyłącznie z tobą. I chyba sam przyznasz, że chłopcy są do ciebie podobni, prawda? A tak w ogóle, masz co do tego jakieś wątpliwości?
    - Nie, ja ci wierzę – odparłem. – Nie mam podstaw do kwestionowania twoich słów. A poza tym, owszem, widzę fizyczne podobieństwo. Przecież powiedziałem już, że chłopcy przypominają mi Damiana z dzieciństwa.
    Pokiwała głową. – I nie sądź, że są niechcianymi dziećmi. Są upragnieni!
    Milczała przez chwilę, spoglądając przed siebie, a potem znowu nawiązała do naszych początków.
    - Wtedy, kiedy już zdecydowałam się na to wszystko, nie wahałam się ani chwili, żeby zaciągnąć cię do łóżka! Naprawdę, byłam szczęśliwa jak nigdy! Ale twojego małżeństwa nie miałam prawa niszczyć, ani w nie ingerować. I absolutnie tego nie chciałam. To było twoje życie i wasze z żoną sprawy. Dla mnie pomiędzy wami nie mogło być miejsca.

    Wlała sobie trochę wody i szybko wypiła, jakby jej w gardle zaschło, a potem kontynuowała cichym i spokojnym głosem:
    - To miało być tylko moje dziecko. Nie zamierzałam ci o tym powiedzieć. Nigdy! Żebyś nie miał żadnych wyrzutów sumienia. A wtedy wyjechałam nagle nie dlatego, że ta cholerna dyskoteka tak na mnie podziałała, tylko zorientowałam się, że jestem w ciąży. Bałam się, że i ty to dostrzeżesz. Przecież masz dzieci, wiesz jak zmienia się wtedy ciało kobiety i jej reakcje. A ja zauważyłam, że nabrzmiewają mi piersi, no i ta zmiana upodobań kulinarnych… przecież dla ciebie to też stałoby się jasne. Wtedy byłam pewna słuszności swojej decyzji, chociaż strasznie za tobą tęskniłam. Bardzo mi ciebie brakowało. Naprawdę! Ale skoro wcześniej tak postanowiłam… nie umiałam już tego zmienić. Byłam uparta i zdecydowana. Bezapelacyjnie. Aż do czasu, kiedy urodziłam.

    Potem zaczęły się moje pierwsze wątpliwości. Początkowo przelotne myśli, takie trochę wstydliwe. I z czasem one narastały. A kiedy zrozumiałam, że dzieci mają dwoje „twórców” i mają oni te same prawa, było już za późno. Przebywałam wtedy daleko od Polski, zabiegana, ciągle zajęta, tysiące mil od ciebie, przestawałam o tym myśleć, odkładając wszystko na później, poza tym ciągle nie wiedziałam jak to zrobić. Przecież nie mogłam ot tak próbować cię odnaleźć, przyjechać do ciebie i powiedzieć „Tomek, machnąłeś ze mną dwóch ślicznych chłopczyków, ale ja od ciebie niczego nie chcę, żadnych alimentów, bo poradzę sobie sama”. I wyjechać, zostawiając ciebie osłupiałego, nie wspominając już o reakcji twojej żony. A w miarę upływu czasu… sam już wiesz.
    John chciał mi pomóc, tylko że też nie wiedział jak to zrobić. Zostawiał mi wolną rękę. No i to wszystko. Aha, nie, nie wszystko. Nie ma żadnego spotkania w Warszawie. John po prostu usunął się, żebyśmy we dwoje mieli czas na spokojną rozmowę. Kiedy upewniłam się, że jesteś tutaj i powiedziałam mu o tym, szybko wpadł na pomysł swojego wyjazdu. Zaakceptowałam to. Bo to upraszczało sprawę, czyli możliwość naszej spokojnej rozmowy. No i teraz chyba to wszystko. Tylko proszę, nie mów o Johnie Stefanowi, bo to z nim, ani z tą umową, nie ma nic wspólnego i proszę też, nalej mi jeszcze, ale nie tak dużo jak poprzednio.
    Napełniłem jej kieliszek i wlałem też do swojej szklanki.
    - To jest „czardasz”, ta wódka, którą piliśmy kiedyś – odezwała się znowu. – Nie widuję jej w sklepach, ale kiedyś przypadkowo znalazłam. Trzymałam ją specjalnie na nasze spotkanie. Pamiętałam, że ją lubisz.
    - Za wasze zdrowie! – wzniosłem toast. Znów żywa lawa wlała mi się w trzewia. Ciepło rozchodziło się błyskawicznie po całym ciele. Zaczynało mi być gorąco. Ale jednocześnie targały mną sprzeczne uczucia. Momentami było mi jej żal. Zrobiła ze mnie nie wiadomo kogo, ale swoje jednak przecierpiała… Jednak z drugiej strony, ciągle coś mnie gryzło. Ja ją po prostu kochałem, wiedziała o tym, więc dlaczego potraktowała mnie tak instrumentalnie? Niby to wszystko rozumiałem, ale jakoś nie do końca. Z kolei musiałem przyznać, że umiała przyznać się do błędu. Trudno, może i lepszą drogę wybrała, tylko… dlaczego byłem dla niej tylko niezbędnym samcem, dawcą nasienia i nikim więcej? Bo dla mnie ciągle żyła w pamięci jako księżniczka, jako marzenie, jako ideał…
    Kieliszek Doroty również był pusty.
    - A ja tak tęskniłem za tobą przez te wszystkie lata – odezwałem się, tym razem patrząc jej w oczy. Nie odwróciła głowy, wytrzymała to spojrzenie.
    - A ty sądzisz, że ja nie? – odpowiedziała pytaniem. – Tomku, to wszystko nie jest takie proste, nawet teraz, kiedy ci o tym mówię. Przecież wspomniałam o moich planach zanim zetknęłam się z tobą. „Zanim”, rozumiesz to? To wszystko obmyśliłam jeszcze przed wyjazdem i przed naszym spotkaniem. A potem moje poglądy i myśli falowały oraz się zmieniały. Chyba nie uważasz, że to co robiłam z tobą, mogłabym robić z kimś, kto byłby mi obojętny. Chyba, że uważasz mnie za sprzedajną dziwkę. Wtedy nie ma o czym mówić, jest koniec dyskusji. Tyle, że ja ciągle pamiętałam o twojej żonie i reszcie rodziny. I o tym, że nie mam prawa ani ciebie pozbawiać ich wszystkich, ani ich pozbawiać twojej osoby. Bo im także byłeś potrzebny.
    Najgorzej jednak było wtedy, kiedy po dyskotece zrozumiałam, że przez moją głupotę i brak doświadczenia, mogliśmy wszyscy marnie skończyć, a ja, wprawdzie tego nie chcąc, mogłam i tak przyczynić się do skrzywdzenia twojej rodziny. I jeszcze musiałam przyznać sama przed sobą, że zależy mi na tobie o wiele bardziej niż początkowo sądziłam. I że teraz skrzywdzę ciebie i nie oszczędzę nawet siebie.
    - To dlatego zachowywałaś się wtedy tak inaczej? – zapytałem. Pokiwała głową w milczeniu. – A jednak wyjechałaś i zostawiłaś mnie na pastwę losu jak zbitego psa – słowa zabrzmiały twardo i bezwzględnie.
    - Tomek! – jej głos aż zadrgał. – Czy Lidka ci nie mówiła, jak płakałam przez całą drogę do Warszawy? Ja musiałam tak zrobić! Musiałam odjechać, chociaż moje serce wyrywało się do ciebie! Boże, ile ja potem wieczorów i nocy przepłakałam za tobą…
    Jej oczy się zaszkliły, a głos załamał i opuściła głowę, skrywając twarz w chusteczkach. Odczekałem chwilę a potem przełknąłem kilka razy ślinę i nagle się zdecydowałem.
    - Dorotko…
    Otarła oczy i podniosła głowę. Nasze spojrzenia się spotkały.
    - Możesz uznać, że temat rozliczeń jest zamknięty. Cieszę się, że jesteś szczęśliwa. Dbajcie o dzieci a ja nie będę miał do ciebie pretensji. Niech te nasze koszmary wreszcie się zakończą!.
    Chciała mnie objąć, ale przeszkadzał koszyk. Szybko go zabrała stawiając obok, wtedy jednak taca z pustymi szklankami spadła jej z kolan na ziemię. Chciałem się po nią schylić, ale schwyciła mnie niecierpliwie za rękę.
    - Zostaw! – odezwała się jakby z niecierpliwością, po czym zarzuciła mi ręce na szyję. – Tomku, Tomeczku… – szeptała między pocałunkami. – Dziękuję ci! Jesteś kochany… tak się cieszę!
    Usta miała gorące, a zapach jej perfum szerokim strumieniem wlał mi się do nosa. Ileż razy marzyłem o takich pocałunkach! Ale nie w takiej sytuacji. Objąłem ją jednak i mocno do siebie przycisnąłem. Nie pomogło. Nagle i zupełnie nieoczekiwanie, coś mnie zablokowało. Pamiętałem, jak całowała mnie z takim zaangażowaniem jeszcze rano, w dzień jej wyjazdu z Pokrzywna. I wtedy odpowiadałem tym samym. A teraz nie mogłem…
    Zasiała we mnie jakąś nieufność. Ten ton, jakim oznajmiła, iż moją kochanką nie będzie, ta jej pewność… Po co więc mnie teraz całuje, skoro wie, że nadal jej pragnę? Że będzie mi coraz trudniej? Czy ona w ogóle bierze pod uwagę moje odczucia? Przecież wie, że postąpiła źle, nie informując o dzieciach… Mam prawo mieć do niej żal… A może to nie jest jeszcze wszystko? Jeszcze coś mi dzisiaj zaserwuje? Żebym jeszcze bardziej poczuł się odrzucony?
    Cała sytuacja nakładała się na fakt, że słowa, które wypowiedziałem, wypłynęły ze mnie bardziej z rozsądku niż z uczuć, gdyż w głębi duszy czułem się okropnie. Z jednej strony pojawiały się iskierki dumy, że to ja mam z nią dzieci, a z drugiej rozrastała irytacja, mimo, że próbowałem ją zagłuszać. Bo w końcu ja nawet palcem nie kiwnąłem, a ona musiała dbać o dwójkę dzieci. I chyba dobrze to robiła, bo chłopcy mieli się nieźle.
    Wyczuła chyba moje wahania, gdyż oderwała się i spojrzała oczekująco.
    - Dorotko…
    - Proszę?
    - Jakie jeszcze niespodzianki dzisiaj na mnie czekają?
    Wyglądała na zaskoczoną. Nie takiego pytania pewnie się spodziewała.
    - Raczej nic. To znaczy… – przerwała, widocznie wiedząc, że znowu coś mnie trafi. Nie poprawiło to mojego samopoczucia. Alkohol działał, a ona chyba zapomniała, że moja wrażliwość wtedy rośnie.
    - Więc jednak jakieś są?
    - Tomek, są! Ale drobne. Takie normalne, jakie się w życiu codziennym trafiają. Przecież opowiadałam wszystko w skrócie, więc zbyt wiele szczegółów się nie zmieściło. Powiedzmy jednak, że te pozostałe informacje nie będą złymi wieściami.
    - Masz jeszcze czas na rozmowę?
    - Mam wrażenie, że jesteś jednak odrobinę złośliwy.
    - Nie chcę być złośliwy, po prostu zapytałem.
    - Mówiłam ci, że dzisiaj moje popołudnie i pół nocy należą do ciebie. I tylko od ciebie zależy, czy zechcesz być wtedy ze mną, czy razem z innymi. Jestem do twojej dyspozycji.
    - Słoneczko…
    - Słucham cię.
    - A jest taka opcja, żebyśmy wrócili do salonu tylko we dwoje? Tu zrobiło się gorąco.
    - Nawet jeśli takiej opcji nie ma, to sobie ją zrobimy! – odparła zdecydowanie. Podniosła się z huśtawki i wyciągnęła do mnie rękę. – Chodź, mnie też jest za gorąco.
    - A koszyk?
    - Zostaw, ktoś to posprząta.
    - Och, masz maniery księżniczki, albo co najmniej milionerki.
    Roześmiała się dziwnie lekko, biorąc mnie za rękę. Powoli ruszyliśmy w stronę domu. W głowie nadal mi szumiało, ale dałem się prowadzić.
    - Sam mnie kiedyś nazywałeś księżniczką!
    Powiedziała to takim tonem, który kiedyś u niej uwielbiałem. Oznaczał najwyższe zadowolenie i gotowość do przekomarzania się.
    - Bo nią byłaś… i wciąż jesteś! – odpowiedziałem z przekonaniem.
    Przystanęła, chwytając mnie za drugą rękę i odwracając przodem do siebie.
    - A gdybyś teraz powiedział komuś, że na zwykłej, ogrodowej huśtawce, piłeś wódkę z młodą, amerykańską milionerką, to co, ten ktoś by ci uwierzył? I były to zwyczajne szklanki, a w dodatku ona jeszcze ciebie całowała. Jak sądzisz?
    Domyślałem się, że to pułapka. Przykład był ekstremalny.
    - Jeszcze wczoraj sam bym się ironicznie śmiał z tego dowcipu – odpowiedziałem, trochę rozluźniony. Zmiana tematu dobrze mi zrobiła. – Ale dzisiaj to już cholera wie. Aż boję się w ogóle odzywać.
    - Chodźmy do salonu. Coś ci powiem. – pociągnęła mnie znowu za rękę.
    - A tu nie możesz?
    - Wolałabym, żebyś wtedy siedział – śmiała się nadal.
    - Dam radę, bądź spokojna.
    - Ja naprawdę jestem milionerką. Taką amerykańską, dolarową, żebyś nie miał żadnych wątpliwości.
    Rozbawiła mnie. Po co się cieszy z pieniędzy Johna? Moja reakcja była spokojna i raczej obojętna. Najwyraźniej największy szok chyba mi przechodził. Jeszcze gdzieś tam wewnątrz, jakieś reakcje mojego organizmu się odzywały, ale w zasadzie mogłem już funkcjonować niemal normalnie.
    - O, wreszcie się śmiejesz, lubię ciebie taką! – odzyskiwałem powoli dobre samopoczucie. Alkohol działał w organizmie.
    - Bo jestem dzisiaj naprawdę szczęśliwa! – szepnęła cicho, gdyż dochodziliśmy do domu. – Dziękuję ci!
    - To mnie pocałuj! – zażądałem, zatrzymując się w miejscu.

    Nie zawahała się. Zarzuciła mi ręce na szyję i poczułem na wargach jej gorące usta, a w nos wdarł się podniecający mnie zapach. Tym razem biologia upomniała się o swoje i wszelkie moje żale znikły, jak ręką odjął. Objąłem ją mocno i przycisnąłem do siebie. Przez cieniutką tkaninę sukienki czułem to sprężyste, doskonale znane mi ciało. Świat zawirował i przestawał istnieć. W moich objęciach miałem wieloletnie marzenie! Moją ukochaną, uwielbianą Dorotkę! W dodatku mamę moich dzieci! Jeszcze wzmogłem ucisk…
    - Tomek! – jęknęła.
    Opuściłem ręce. Zdyszana, spoglądała na mnie, kręcąc głową jakby z niedowierzaniem.
    - Chcesz udusić matkę swoich dzieci? – zapytała żartobliwie. Pokręciłem głową przecząco.
    - Nigdy, Słoneczko! Ale nic nie mogę poradzić na to, że wciąż cię kocham… No cóż mogę na to poradzić?
    - Powiesz mi jeszcze, że nie pocieszasz się gdzieś na boku? – wypaliła, patrząc mi prosto w oczy.

    Znieruchomiałem, widząc jej spojrzenie, ale zaraz opuściłem głowę. Obraziła mnie. I od razu postanowiłem, że nie będę się z niczego tłumaczył. Cały mój wzniosły nastrój diabli wzięli. Po co ja zacząłem się łudzić? Że niby mógłbym być dla niej partnerem?
    - Chodźmy już! – rzuciła krótko, widząc moją reakcję. Nie zrozumiała jej. A że nie miałem zamiaru niczego prostować, więc posłusznie ruszyłem przed siebie.

    c.d.n.
  • #5
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Przed salonem wysforowałem się naprzód, żeby z niskim ukłonem otworzyć przed nią drzwi. Nie zareagowała i przeszła przez nie obojętnie. Nie wróżyło to najlepiej dalszemu ciągowi naszej rozmowy.
    Lidka siedziała na sofie naprzeciw Stefana. Przerwała jakiś temat i przywitała nas tradycyjnie, czyli kpinkami. W tym nie zawodziła nigdy.
    - Pilnowaliśmy was z daleka, ale gdy Dorota zaczęła swój pokaz obgryzania tobie uszu i następnie, dla uciechy tutejszej gawiedzi, tudzież okolicznego dzikiego ptactwa, ćwiczyliście wzajemny masaż warg, to już zabrałam Stefana mówiąc, że takie zabawy są do oglądania jedynie przez dorosłych, no i przyszliśmy tutaj.
    - Tomek, ty musisz uważać! – dołożył Stefan. – Żebym nie musiał cię zawozić do domu w skrzynce po gwoździach.
    - A to niby dlaczego? – byłem zbyt zamyślony, żeby zrozumieć o co chodzi i dałem się głupio podpuścić. Nic nie kojarzyłem.
    - Jak pozbawisz personel takiej szefowej, to tyle z ciebie zostanie. Musisz więcej westernów oglądać, wtedy będziesz wiedział o czym mówię. Mafia nie zasypia i wszędzie ma oczy.
    Zrozumiałem. Ale miałem to gdzieś. Niech sobie wymyślają co chcą, nie ma się czym przejmować.
    - Przypadkiem nie macie ochoty na spacer? – Dorota jakby nie słyszała ich docinków.
    - Dorotko – zacząłem. Spojrzała na mnie. – Zostaw ich. Raczej my wyjdźmy do kuchni. Jeść mi się chce. Ja obiadu tylko skosztowałem, bo więcej nie dawaliście mi …
    - O, Tomeczek wyczerpał swoje siły, albo… Stefan, jak to z tym lizanie talerza było? – Lidka nie dawała za wygraną.
    Chóralny chichot zabrzmiał w salonie.
    - Ty tu nie marudź, tylko daj się coś napić, łże-kucharko! – zwróciłem się do Lidki. – Martwisz się o cudzy talerz, zapominając o swoim? Zdaje się, że i do twojej kuchni zaglądałem – wystrzeliłem ostatnie argumenty, nie dbając o konsekwencje.
    - Do mojej? Ale opowiadasz! To nie była kuchnia! – kpiła. – Oglądałeś jedynie moją kuchenkę, w dodatku taką mikrofalową! – Lidka i na to znalazła odpowiedź. Wstała jednak, aby przygotować drinki. – Aleś się rozbujał! – dorzuciła z ironicznym śmiechem, odchodząc od barowego stolika.
    - Wystarczy! – głos Doroty zabrzmiał poważnie. – Lidka, zaraz zjawi się tu Anna, więc chociaż przy niej mnie nie kompromituj, dobrze? Stefan, powiedz jak negocjacje?
    - Nooo… jeszcze nie zaczęliśmy – Stefan z kolei nie bardzo wiedział co powiedzieć.
    - Nooo… chyba zaczynasz trzeźwieć! – mruknęła Lidka, przedrzeźniając Stefana i także przed nim stawiając drinka. – Przed chwilą jeszcze mówiłeś, że już wszystko rozumiesz. Dorka, skoro idziesz do kuchni, to załatw trochę lodu, bo tutaj reszta się rozpuszcza. No i przynieś coś Tomkowi, bo już drugi raz chcesz go głodem zamorzyć.
    - Dużo rzeczy pamiętasz Lidziu, tylko tak jakoś wybiórczo ci się te pliki otwierają na twardym dysku – teraz Dorota przeszła do ataku. – Pewnie ci Romek taki nieco śmieszny tryb pracy ustawił.
    - Ten tryb co on ustawił, to działa! Ale tylko w domu, bez obaw. Masz, taki jaki lubisz – podała drinka Dorocie. – Tomek, a ty czego sobie życzysz?
    - Wodę z lodem. Stefan, wytrzymujesz z nią? – zapytałem, wskazując oczami Lidkę. – Czy masz jej już dość?
    - Z tego co się dowiedziałem, to ty wytrzymywałeś znacznie dłużej, więc może i ja przeżyję! – Stefan nie miał zamiaru mnie wspomagać. Zrozumiałem, że bawili się dobrze, ale jeszcze najważniejszych rzeczy nie wie. Lidka zachowała dyskrecję. Bo w to, że ona o wszystkim wiedziała od zawsze, nie wątpiłem ani przez chwilę.
    Dorota skosztowała drinka i wyszła z salonu.
    - No to czego się dowiedziałeś? – zapytałem go. – Mów co wiesz, a czego nie. Ja ci to wszystko uzupełnię.
    - Na razie wiedzy mi wystarczy, a resztę opowiesz po drodze. Teraz szkoda czasu.
    - Ot i mądrze powiedział! – Lidka pochwaliła Stefana głosem Pawlaka ze znanego serialu. – Słuchajcie chłopaki, Tomek szczególnie. Zaraz idziemy nad jezioro, między innymi na grilla. Więc jak tu Helena podrzuci ci coś do jedzenia, to się nie obżeraj, gdyż będziemy tam również pływać.
    - Na grillu? – Stefan wyłapał słowną niezręczność.
    - Nie, w wodach jeziora. A wcześniej jeszcze macie skoczyć do hotelu po jakieś kąpielówki, po czym zaraz zameldować się z powrotem.
    - Jaka Helena? – dopytywał się Stefan. – Ja nie mam kąpielówek! – dokończył.
    - Helena jest tutaj szefową kuchni! – rzuciła krótko Lidka. – A jak nie masz kąpielówek, to w saunie i tak jakieś się znajdą.
    - A nie można bez kąpielówek? Ja tutaj prawie nigdy ich nie zakładałem – próbowałem zażartować.
    - Tomek! – Lidki głos zalatywał kpiną, ale mówiła poważnie. – Obydwoje z Dorotą daliście już dzisiaj niezły pokaz. Szczególnie dla załogi. Oni tu takich brewerii jeszcze nie widzieli. W jej wykonaniu, oczywiście. Nie ryzykuj więcej!
    Przerwała na chwilę, a ja dopiero wtedy zacząłem myśleć o tym, że wszystko to działo się wręcz publicznie, na oczach wielu osób, nie tylko pracowników. Lidka zaś kontynuowała:
    - Nie mam pojęcia jak oni się dogadali, ale dobrych kilka osób podglądało was na tej huśtawce i potem też. Oni, biedni, zawsze mieli swoją szefową za Statuę Wolności, zapatrzoną w Johna, który to posąg komuś czasem pozwolił pocałować swoją dłoń, a i to tylko w obecności prezesa. A tu nagle zjawia się jakiś facet, który pod nieobecność prezesa i męża, pozwala sobie ściskać i obcałowywać jego żonę. Mało tego! Jego zachowanie nie spotyka się z jej protestem i gość ani nie dostaje po pysku, ani nie ma zmasakrowanej facjaty! Przeciwnie, pani prezesowa wygląda potem na całkiem zadowoloną z życia!
    W tym czasie do salonu weszła Dorota i w milczeniu, przy drzwiach, słuchała przemowy Lidki. Ale teraz wpadła jej w słowo:
    - A jutro zgłupieją doszczętnie, bo Tomka wycałuję i wyściskam w obecności Johna. A on nie tylko nie da nikomu po buzi, ale też będzie ściskał dłoń Tomka. I będziemy się ściskać we trójkę.
    - A mnie? – Stefan znów zajęczał zawiedziony.
    - Niestety, Stefan, ciebie nie wycałuję. Ale na uścisk dłoni Johna zawsze możesz liczyć.
    - Dorka… – pojednawczo i łagodnie zapytała Lidka. – A wy z Tomkiem zakończyliście już swoje debaty?
    - No właśnie, problem w tym, że nie – odparła. – Tak naprawdę, to mieliśmy zamiar wygryźć was stąd i kontynuować, ale Tomek – uszczypnęła mnie pieszczotliwie w policzek – zlitował się nad waszym losem i mnie wstrzymał.
    Do salonu weszła dojrzała kobieta z tacą pełną różnych frykasów. Mruknęła „dzień dobry”, postawiła tacę na ławie i zabierała się do rozstawiania talerzyków.
    - Dziękuję, pani! – odezwała się Dorota. – Aha, pani Heleno! – zmieniła ton głosu na taki bardziej zabawny. – Jakby któryś z tych panów wszedł nieoczekiwanie do kuchni, to niech pani nie bije go ścierką zbyt mocno. Niech jeszcze trochę pożyją!
    Kobieta obrzuciła nas wzrokiem, zmarszczyła czoło i po chwili odezwała się.
    - Tego pana to już gdzieś widziałam! – wskazała na mnie oczami – Aaa… już wiem! Pan przyjechał do nas kiedyś na imieniny panienki Lidki. Tak, wtedy z zegarem! To były imieniny! – powtórzyła po chwili.
    Lidka z Dorotą głośno się roześmiały.
    - Jak zawsze, pamięć ma pani wspaniałą! – pochwaliła ja Lidka. – Wszystko się zgadza.
    - Panienko, jestem potrzebna? – Kobieta wahała się, czy nie zająć się obsługą stołu.
    - Poradzimy sobie, poradzimy, dziękuję! – odpowiedziała Lidka.
    Kobieta wyszła, a Lidka westchnęła:
    - Dorka, szkoda, że już tylko dla pani Heleny jesteśmy panienkami. I pewnie nimi już na zawsze pozostaniemy. Napijmy się!

    Dorota napełniła mój talerzyk i podała mi go, zachęcając do jedzenia. A sama opowiadała Stefanowi.
    - Helena ma pamięć wzrokową nadzwyczajną. Wystarczy, że jeden raz coś albo kogoś zobaczy i zapamięta już na zawsze. A w dodatku nieźle maluje. Gdyby kiedyś miała szansę kształcenia się, to byłaby teraz niezłą artystką. Jednak nauczyli ją gotować i tak już zostało. W tym fachu też jest nietuzinkowa. A jak ozdabia i komponuje dania! Poezja!
    - Ale dobrze wam się tu żyje… – Stefan zaczynał się rozmarzać.
    - To podpisuj tę umowę i za dwanaście lat to my będziemy przyjeżdżać do ciebie, pozazdrościć ci życia! – Lidka aż krzyknęła.
    - Może i podpiszę – Stefan skwapliwie się tłumaczył. – Czy ja mam inne wyjście, jeśli taka pyskata panienka na mnie krzyczy?
    - Stefaaan! – Lidka przeciągnęła „a” okazując swoje niezadowolenie. – To już było poniżej pasa!
    Dorota śmiała się w głos.
    - Pseprasam, pse pani, juz wiencej nie bendem – wyseplenił Stefan.
    - Nie dam ci już drinka, bo się upijasz! – Lidka udawała nadąsaną. Dorota nadal chichotała, ale nie przestawała kontrolować, czy mi czegoś nie potrzeba. Ja bawiłem się doskonale, jednak nie mogłem się śmiać z pełnymi ustami.
    - No to nie podpiszę, przemyślałem sprawę. – Stefan powiedział to już normalnym głosem. – Skoro żałujesz mi kieliszka wódki, to co mam myśleć o reszcie działki?
    - I to w dodatku nie swojej wódki! – wsparłem go po przełknięciu, bo chciałem trochę zrewanżować się Lidce.
    - Dorka, broń mnie, bo mnie biją we dwóch! – Lidka jęczała niemal. Dorota śmiała się pełnym głosem.
    - Ja ci nie kazałam drażnić kontrahenta. Złamałaś zasady negocjacji, to masz za swoje.
    - I ty Brutusie przeciwko mnie! – Lidka niemal załkała. Ale wstała energicznie, przygotowała drinki i ciężko usiadła w fotelu.
    - Macie, macie, pijcie, teraz tak za nic, całkowicie za darmo – spojrzała na Stefana.
    - Może się jednak zastanowię – Stefan cedził słowa powoli, biorąc swoją szklankę do ręki. – Jak w końcu wódkę dają… tak, jeszcze się zastanowię.

    Do salonu weszła Anna. Nie podchodziła do nas, tylko odezwała się od drzwi.
    - Pani Doroto, nad jeziorem wszystko jest już gotowe.
    Dorota spojrzała na mnie. – Tomek, pójdziemy tam na chwilę, co?
    Skinąłem potakująco głową i odpowiedziałem. – Oczywiście! Jeśli tylko chcesz – po czym ciszej dodałem – Słoneczko...
    Położyła palec na ustach patrząc na mnie, ale spojrzenie miała iskrzące i radosne, to spojrzenie, które tak kochałem…
    - Więc idźcie ze Stefanem po te kąpielówki. I nie mów, że wybraliście się nad jezioro bez nich. My z Lidką poczekamy na was przed domem. Przebieralnia jest tam na miejscu, w saunie.
    - Już mamy iść? – zapytałem.
    - A wy co o tym myślicie? – zapytała, spoglądając na Stefana, a potem na Lidkę.
    Stefan wstał i już na stojąco wychylił resztę drinka.
    - Najlepiej już. Dawno nie moczyłem się w tutejszej wodzie.
    Lidka też się podniosła.
    - Myślę podobnie – powiedziała, a potem popatrzyła na Stefana i dodała prowokacyjnie, niby tak od niechcenia, jednak wyraźnie zalotnie. – Ale to jest zwykły zbieg okoliczności!
    Roześmieliśmy się wszyscy. Wobec takich deklaracji, też się podniosłem.
    - Dorotko, pięć minut.
    - Czekam! – odparła krótko i uśmiechnęła się.
    - Pięć minet, mówisz – cicho skomentowała Lidka. – Trochę to potrwa.
    Rozstaliśmy się ze śmiechem. One zostały w salonie.

    Wyszliśmy ze Stefanem przed dom, kierując się w stronę hotelu. Ale już po kilku metrach, zarzucił mnie pytaniami.
    - Tomek, czy ja to naprawdę słyszałem? Co tu się kurwa dzieje? Ty naprawdę z nimi spędziłeś wtedy lato? Czy mnie robicie w bambuko, czy to wszystko mi się śni?
    Nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć, a może nie chciałem… jednak zaprzeczać nie było sensu. Zacząłem powoli wyjaśniać sytuację:
    - Stefan, nie podniecaj się. To mniej więcej tak właśnie było. Mam nadzieję, że zachowasz to dla siebie i nie będę miał w domu kłopotów.
    - I to o czym tu wspominacie półsłówkami, to wszystko prawda? – Stefan atakował mnie bez wytchnienia.
    - A co, Lidka ci nie mówiła? – usiłowałem pozbyć się niewygodnych dla mnie pytań.
    - Lidka zawsze mówi tak, że nigdy nie wiem kiedy mówi prawdę, a kiedy robi sobie jaja.
    - Ona przeważnie mówi samą prawdę poprzez jaja. Chyba zauważyłeś.
    - A skąd się wzięła ta Dorota? Matko Boska, przecież to jest laska nad laskami! Tomek, ty miałeś wtedy cztery dychy na karku, a ona ile lat wtedy miała, osiemnaście, czy więcej? I ty mi powiesz, że ją wtedy poderwałeś? – Stefan kręcił głową z niedowierzaniem. – O, w mordę! Nie mogę w to uwierzyć!
    - Nie musisz mi wierzyć – jego słowa zlekceważyłem. Ale poruszyły we mnie jakiś nerw i nie wytrzymałem, żeby się nie pochwalić. – Trzeba było widzieć Dorotkę tamtego lata...
    - I jak ją poderwałeś? – zaśmiał się. – Jak to zrobiłeś?
    - To nie ja, to ona poderwała mnie. Stefan, daj już spokój, jutro ci opowiem. Dzisiaj jestem prawie pijany, za dużo wrażeń i nie mogę pozbierać myśli.
    - Nie wiedziałeś, że ją tu spotkasz?
    - A niby skąd miałem wiedzieć? Nie widziałem żadnej z nich od tamtego czasu.
    - Nie wierzę, nie widzieliście się przez tyle lat? Przecież zachowujecie się tak, jakbyście rozstali się wczoraj. Pieprzycie mi wszyscy głupoty!
    - Stefan, ty poznałeś Lidkę dopiero co. I zastanów się jak wy we dwoje wyglądacie tak z boku! Jak para starych znajomych, prawda? Bo tak się z Lidką rozmawia, ona ze znajomymi tak się zachowuje. Ale tylko ze znajomymi. Oficjalnie jest twarda jak skała. Uwierz mi.
    Zamilkł, jakby coś analizował, po chwili jednak zmienił temat.
    - No, ale daliście czadu z Dorotą na huśtawce. Ja nie mogę! Jak ten John się dowie – tylko kręcił głową. – Ty, a co się tam działo z tobą, czemu Dorota nas tak goniła?
    - Nie pytaj już tyle, proszę cię! Przecież Dorota powiedziała, że z Johnem nic nie będzie. Mówię ci, za dużo spraw się dzisiaj dzieje, dowiedziałem się wiele, ale i domyślam się, że jeszcze sporo mnie czeka. Ja jeszcze nie zakończyłem z nią rozmowy. I słuchaj! – przystanąłem, zatrzymując i jego. – John doskonale wiedział i wie, co się tutaj będzie działo, jak również co ma się wydarzyć. To wszystko zostało przewidziane. Uwierz mi i nie pytaj o nic więcej. Ale zrozum, że tu nie chodzi o ciebie. Ciebie nie oszukają, możesz być tego pewien i nie zamartwiać się. Tutaj chodzi w zasadzie tylko i wyłącznie o mnie.
    - O ciebie??? – zatrzymał się, absolutnie zaskoczony. – Dlaczego o ciebie? W jakim sensie? Skąd wiedzieli, że tutaj będziesz? Przecież to wszystko nie trzyma się kupy!
    - Stefan, uwierz mi! Przypadek! Chociaż może i nie. Dorota przewidziała, że przyjadę z tobą. Nie zapominaj, że zna mnie dobrze i wiedziała o tobie. Ale dość już, nie mówmy o tym, jutro dowiesz się więcej. Bo nawet mnie jeszcze brakuje wielu klocków do tej układanki. Dopiero mam je dostać później. Na razie zwyczajnie, brakuje czasu. Chodź, zabieramy gacie i idziemy do wody. Mam trochę procentów w głowie i to pomieszane gatunki. Chcę się odmoczyć. A potem będę pił tylko czystą.
    - Mają taką tutaj? Jak zobaczyłem te butelki na stoliku… Skąd ci ludzie mają tyle kasy?
    - Stefan, no co ty, prezes banku amerykańskiego ma nie mieć kasy? Nie żartuj!
    - Ale oni mają tu sporo ludzi do obsługi, patrz, nawet opiekunkę do dzieci przywieźli z Ameryki. Amerykanka pracująca dla Polki, świat staje na głowie.
    Poczułem gorąco. A w gardle sucho. Temat zdecydowanie był dla mnie nadal wrażliwy. I wróciły niedobre emocje.
    - Widziałeś je?
    - Kogo?
    - Dzieci Doroty.
    - Widziałem. Fajne urwisy. Biegali tu po okolicy, a ona bawiła się z nimi. Lidka mi mówiła, że to Amerykanka, Diana. Zresztą, z daleka widać, że nie ma słowiańskiej urody – dodał żartobliwie.
    Wchodziliśmy do hotelu, więc rozmowa się urwała. Poszliśmy każdy do swojego pokoju. Zabrałem kąpielówki ze swojej podróżnej torby i wyszedłem na zewnątrz. Po chwili Stefan dołączył do mnie. Ruszyliśmy w drogę powrotną.

    - Ty, a kiedy będziemy wracali do domu? – Stefan wyraźnie nie czuł mojego nastroju. Nie dziwiłem się. Jeszcze niczego konkretnego nie wiedział.
    - Spieszy ci się? Umowę już podpisałeś? – usiłowałem odwrócić jego uwagę od moich problemów.
    - Przecież tutaj nie miałem niczego podpisywać.
    - Kiedy Anna poprosiła mnie na zewnątrz, po obiedzie, John wręcz domagał się, żebyśmy nie wyjeżdżali przed jego powrotem. Jeśli to tylko jest możliwe. A on tak wcześnie nie wróci. Więc dzisiaj możesz się nawet upić. Ja zrobię to raczej na pewno.
    - Nie ma sprawy, jeszcze jak Lidka będzie mnie zabawiała… Fajna dziewczyna. Też jest na kim oko zaczepić.
    - Przecież masz i inne: Annę, Dianę i diabli wiedzą kogo jeszcze.
    - Za stary jestem na takie podrywy. One są młodsze niż moja córka.
    Podchodziliśmy pod dom. Dorota z Lidką czekały na nas. Obydwie ubrane plażowo, z fikuśnymi kapeluszami na głowach.
    - Podobają mi się chłopaki – pochwaliła nas Lidka. – Jak powiedzieli „pięć minet”, to są po „pięciu minetach”.
    - Och, Lidka, chyba wiem dlaczego nas tak chwalisz – westchnął Stefan. – Pewnie zaraz będziesz czegoś chciała.
    - Zaskoczę cię, bo niczego nie chcę! – odparowała Lidka. – Najwyżej waszego towarzystwa.
    - A jednak! – zaśmiał się Stefan.
    I tak, w dość luźnym nastroju, skierowaliśmy się w stronę jeziora. Z daleka zauważyłem, że tam od czasu mojej bytności, też zaszły spore zmiany. Na dużej części brzegu, gdzie kiedyś królowały chwasty, teraz leżał czysty, biały piasek. Plaża była przepiękna, aż nienaturalna. Z kolei budynek sauny był zupełnie inny, o wiele większy. Znajdował się też bliżej brzegu jeziora, do którego prowadził od niej drewniany pomost i takież schody, ale inna część budynku wystawała nad taflę jeziora. Ściany były tam mocno oszklone, pewnie i kawałek podłogi zrobiono przezroczysty. To wyglądało nieźle. Poza tym, z boku, stała spora wiata z grubym, trzcinowym dachem i marmurową posadzką, na obrzeżach której stały dębowe stoły zbite z grubych bali i takież ławy. Obok niej był jakiś niewielki obiekt o nieznanym mi na razie przeznaczeniu. Wyglądał jak jakiś piec. A przy nim, niedaleko, było miejsce na ognisko, wyznaczone i otoczone polnymi kamieniami.
    Pod wiatą, na brzegu posadzki, stały białe szafy chłodnicze, ale nie widziałem szczegółów. Na pewno jedna z nich zawierała jakieś napoje, bo przez szklane drzwi widziałem puszki i butelki. Przy szafach zaś, na stole, który w zasadzie pełnił rolę stołu szwedzkiego, pod siatkowymi „parasolami” przeciw owadom, stały patery z owocami i jakieś ciasteczka, czy też krakersy. A pomiędzy miejscem na ognisko a wiatą, dymił wielki grill, obsługiwany przez dość młodego mężczyznę w białej kurtce i takiej też czapeczce na głowie. Na razie na nim niczego nie było, pewnie dopiero się rozpalał.

    Kiedy dochodziliśmy na miejsce, zauważyłem, że w jeziorze pluska się już kilkanaście dorosłych osób. I nagle znów przez całe moje ciało przeleciała fala gorąca. Była tu między innymi Diana z chłopcami. Jej ciemniejsze ciało doskonale kontrastowało z pomarańczowym kostiumem, który miała na sobie. Przystanąłem, spoglądając na chłopców. Boże, przecież to moje dzieci!
    Pływali, a raczej bawili się, wewnątrz małego fragmentu jeziora, wydzielonego z reszty powierzchni kolorowymi, grubymi, pływającymi linami, a w tym, domkniętym kawałkiem brzegu akwenie, unosiło się jeszcze na wodzie kilkanaście sztuk dmuchanych kół, piłek, kaczek i innych stworów. Wyglądało to tak jakby w jeziorze wyrosły nagle kolorowe zwierzaki-kwiaty, pomiędzy którymi uwijają się ciemno blond główki. Myślałem, że wszyscy poszli dalej, gdy nagle poczułem dłoń na ramieniu i usłyszałem cichy głos Doroty szepczący mi do ucha:
    - Są wspaniali, prawda?
    Miałem wielką ochotę przytulić głowę do jej ręki, już ją pochyliłem w jej stronę, ale nagle tę rękę zabrała. Zdziwiony spojrzałem w tamtą stronę i wydawało się, że odpowiedziała takim samym spojrzeniem, ale nie. Jej oczy promieniowały dumą i radością. Nie zauważyła tego, co się działo ze mną. Wtedy coś mnie ścisnęło wewnątrz. Ja nie mogłem przeżywać takiej radości. I nawet pozbawiła mnie możliwości okazania tego prostego gestu naszej bliskości. A przecież właśnie teraz poczułem się z nią bardzo związany, chociaż była już z kimś innym…
    Znowu cały mój dobry nastrój diabli wzięli. Próbowałem jeszcze nie okazać niechęci, więc pokiwałem potakująco głową. Na więcej nie potrafiłem się zdobyć.
    Nagle chłopcy spostrzegli ją i z okrzykiem „mama” rzucili się do brzegu. „Tata” nie wołali – pomyślałem. I tym zdołowałem się jeszcze bardziej. Dorota poszła w ich kierunku. Pomogła im wyjść z wody, chociaż trudne to nie było; od dna do samej góry poprowadzono stopnie, a potem mocno do siebie przytulała drobne figurki, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że ociekają wodą. Diana też powoli wyszła na brzeg i ze spokojem czekała obok. Dorota porozmawiała z nią przez chwilę, po czym wycałowała synów i wysłała ich z powrotem do wody. Ja w tym czasie stałem na brzegu, trochę taki niepotrzebny, ze spokojem oglądając, jak znowu baraszkują wesoło.
    Wreszcie odwróciła się w moją stronę i wyszła do góry, po czym skinęła głową przyzywająco, kierując się wolniutko w stronę sauny. Ale nie zrównałem się z nią. Szedłem nieco z tyłu i milczałem. Wtedy chyba coś zrozumiała, bo do samego wejście już się nie odezwała. Zrównaliśmy się dopiero tuż przed drzwiami. Stefana i Lidki nie widziałem, pewnie przebierali się już w środku.

    Wewnątrz sauny wszystko było nowe i inne. W niczym nie przypominało mi tych miejsc i sprzętów, na których kiedyś się kochaliśmy. Dlatego też nic nie wzbudziło mojego zainteresowania. Straciłem ochotę na oglądanie. Ten niby niewinny gest Doroty, fakt, że nie zdążyłem przytulić się do jej dłoni, a przede wszystkim widok chłopców, dla których ja nie istniałem, wprowadziły mnie w tak paskudny nastrój, że nie potrafiłem się przełamać. Zachowywałem się jak automat. Chciałem tylko wódki.

    - Tomek! – odezwała się wreszcie. – Tutaj możesz się przebrać – wskazała drzwi do jakiejś kabiny. – Swoje rzeczy zostawisz w tej szafce, obok moich.
    Zza węgła usłyszałem głos Lidki, ale nie zrozumiałem co mówiła. Wszedłem więc do kabiny i szybko się przebrałem, według wskazówek, a następnie zaglądnąłem dalej. W drugim, wypoczynkowym pomieszczeniu, za niskim stolikiem siedzieli obydwoje. Stefan i Lidka. Już przebrani i gotowi. Lidka w kolorowym bikini, bawiła się trzymanym w ręku czepkiem. Stefan siedział rozluźniony.
    - No, jesteś wreszcie – rzuciła Lidka. – Nawet nie zauważyłam gdzie się podzieliście.
    - Przecież nigdzie, ja oglądałem z brzegu jeziorne widoki – odpowiedziałem smętnie.
    - Oho, Tomcio chyba nie w sosie! – zauważyła Lidka.
    - Nie „oho”, tylko klucz od zakrystii! – Stefan usiłować nas rozruszać starym dowcipem.
    Przyszła Dorota. Kasztanowe bikini ładnie kontrastowało z niewielką opalenizną jej ciała. Też trzymała w ręku czepek.
    - Chodźcie, cóż będziemy tak siedzieć – odezwała się od razu.
    Stefan jednak nie wytrzymał.
    - Poczekajcie! Dorota, daj na siebie popatrzeć! Przecież na zewnątrz nie będę tak na ciebie gał wytrzeszczał. A czegoś takiego to już dawno nie widziałem, jeśli w ogóle!
    - Tu nie ma na co patrzeć – zaczęła Lidka lekceważącym tonem. – Gdybyś był tutaj osiem lat temu, to wtedy…
    - Co wtedy? – dopytywał się Stefan.
    - Och, to był widok! – Lidka ruchem rąk wzmocniła ekspresję słów. – Dorka miała na sobie kostium o łącznej powierzchni najwyżej dziesięciu centymetrów kwadratowych. Wtedy było co oglądać!
    - Są takie kostiumy? – zdziwił się Stefan. – Chcę to zobaczyć!
    - Były. Ale już nie ma. Zostały unicestwione! – Lidka rozwiała jego nadzieję.
    - E tam, łżesz! Nikt tego nie widział.
    - Widział, widział! – Lidka zlekceważyła jego zastrzeżenia. – Razem z Tomkiem oglądaliśmy ten pokaz najnowszej ówczesnej mody – wskazała na mnie ruchem głowy. Pokiwałem potakująco, ale milczałem.
    - Są jednak fotografie! – nieoczekiwanie pochwaliła się Dorota.
    - Chrzanisz! – zawołała Lidka. – Dlaczego ja o tym nie wiem?
    - O wielu takich i podobnych sprawach nie wiesz – Dorota zaśmiała się tajemniczo.
    - Masz te zdjęcia? – Lidka nie przestawała się gorączkować. – Musisz mi pokazać!
    - Mowy nie ma! – padła odpowiedź. – Jeszcze nikt ich nie widział, oprócz mnie. I chyba nie zobaczy – spojrzała w moją stronę. Teraz wreszcie zauważyła mój nastrój.
    - A tobie co?
    - Nic – odpowiedziałem szybko. – Chodźmy już.
    Przypomniałem sobie, że swoich zdjęć też mi wtedy nie dała. Ani jednego.
    Wstałem od stołu. Powstawali również i wyszliśmy na zewnątrz, kierując się pod wiatę.
    - Może chcecie coś zjeść, albo się napić – usłyszałem głos Doroty. – Ale zastrzegam, że grillowe dania będą dopiero później.
    - Ja chcę! – odezwałem się. Spojrzała na mnie pytająco. – Wódki. Może być żubrówka. Albo tequila. I sok – dodałem.
    - O, to ja też – dodała Lidka.
    - Jak wszyscy, to wszyscy, nawet babcia! – Stefan zgodził się z nami.

    Doszliśmy do wiaty wszyscy razem. Dorota otwarła jedną z szaf i wyjęła butelkę żubrówki, a potem odnalazła jabłkowy sok. Postawiła to obok na stole i dalej przeglądała zawartość. My ze Stefanem w tym czasie wydobyliśmy specjalne szklanki do drinków i zabraliśmy wszystko na jeden z bocznych stołów. Stefan zajął się tam mieszaniem składników, ale ja zastrzegłem, że dla siebie przyrządzę sam. I kiedy oddał mi butelkę, napełniłem szklankę podwójną dozą wódki i dolałem mniejszą ilość soku. Po czym nie czekając na innych, prawie natychmiast wszystko wypiłem. Następnie pobiegłem w stronę jeziora i wskoczyłem do wody.

    Słońce straciło dla mnie blask, a w głowie znowu miałem burzę sprzecznych myśli i pragnień. Byłem dumny z tego, że właśnie ona jest mamą moich dzieci i jednocześnie wściekły, że występuję dzisiaj w głupawej roli. Że przez tyle lat niczego mi o tym nie było wiadomo. A przecież znała mój adres, wiedziała gdzie mieszkam. Sam jej pokazywałem portfel z dokumentami. Ba! Znała nawet numer domowego telefonu! Ja nie miałem o niej tak dokładnych informacji. Dorota miała wtedy stary dowód osobisty i poprzedni adres zamieszkania. Nowego nie poznałem. A poza tym, przez wszystkie lata i tak nie było jej w kraju!
    W dodatku zabroniła mi dowiadywać się o nią i jej szukać. Musiałem to przyrzec! Więc honorowo nie łamałem zakazu. Jednak w takiej sytuacji… dlaczego tyle czekała? Oczywiście, Marta nie byłaby zachwycona taką wiadomością, ale przecież nie musiała się dowiedzieć. Tak jak i teraz. Przecież jej tego nie powiem! To byłby koniec naszego małżeństwa. A jeśli dowie się od Stefana? Ale Stefan jeszcze nie wie. Tylko czy się nie zorientuje??? Jak mam mu to wszystko co robimy z Dorotą uzasadnić? Co mam teraz zrobić?

    c.d.n.
  • #6
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Wynurzyłem się poza terenem zabaw chłopców. Utrzymując się spokojnie na wodzie, szukałem wzrokiem Piotrusia i Pawełka. Byli trochę oddaleni, tam była płytsza woda, gdyż Diana stała nieruchomo, a woda sięgała jej tylko do bioder. Rozglądałem się nadal. Większości kąpiących się nie znałem. Domyśliłem się, że to pewnie hotelowi goście. Ale oprócz Diany rozpoznałem jeszcze Annę w ciemnożółtym kostiumie i mężczyznę, który skojarzył mi się z uniformem od bramy. Podpłynąłem w stronę Anny, pływającej powolutku żabką. Czułem, że tylko z nią, albo kimś nieznajomym, mogę teraz rozmawiać bez nerwów.
    - Pani Aniu, dlaczego pani nas opuściła?
    Próbowała na mnie spojrzeć, ale niechcący stanąłem pod słońce i to ją trochę oślepiało.
    - Proszę pana, ja jestem tylko zwykłym pracownikiem – odpowiedziała urywanymi sylabami, unosząc się na dość płytkiej wodzie. – I wykonuję polecenia moich zwierzchników.
    - Ale przecież ma pani dyspensę dzisiaj, a ja chciałem z panią wypić drinka.
    - To może później – złagodziła nieco ton. – Ja po prostu nie chcę i nie mogę państwu przeszkadzać.
    - Przecież szefowa pozwoliła pani – dalej nie ustępowałem
    - Oczywiście, jestem do jej dyspozycji.
    - To po pływaniu umawiam się z panią na drinka – raczej stwierdziłem, niż zapytałem. Kobieta nie odpowiedziała. Pewnie nie wiedziała, czy można mi odmówić, a od razu się zgodzić też nie chciała. Nie męczyłem jej dłużej i odpłynąłem. „Uniforma” już nie było w wodzie, stał na brzegu przed Dorotą i o czymś rozmawiali. Po chwili skierował się raźnym krokiem w stronę domu.
    I znów z pewnego oddalenia podglądałem synów. Wesołe, zdrowe chłopaki. Widać było, że wodę lubią i wcale się jej nie boją. Coś mnie ciągnęło, żeby do nich podpłynąć, ale z drugiej strony, lękałem się tego. Sam nie wiedziałem i nie rozumiałem dlaczego. Diana nie ingerowała w ich zabawy, ale wzroku z nich nie spuszczała. Ciekawe, gdzie Dorota ją znalazła.
    Niemały kop, jaki dał mi alkohol, w wodzie powoli przechodził. Kątem oka zauważyłem, że Stefan z obydwiema dziewczynami zbliżają się do jeziora i wchodzą do wody. Nie miałem ochoty z nimi rozmawiać. Tak pływałem, aby raczej nie wejść im w drogę i oddalałem się od brzegu. Ale się nie udało. Dorota była znacznie lepsza w te klocki. W kilku eleganckich ruchach dopłynęła do strategicznego miejsca, które przekreślało moją nadzieję na ominięcie jej przy próbie powrotu i wyjścia na ląd. W dodatku Diana z chłopcami szybko się do niej zbliżali.
    Miałem teraz dwa wyjścia. Albo nadal pływać daleko od brzegu, albo przeciskać się pomiędzy nimi. Wybrałem pływanie. Nie mogłem się zdecydować na powrót. Jednak po kilkunastu minutach miałem dość. Woda była tu głębsza, nie mogłem stanąć na dnie, aby odpocząć. Byłem zmęczony, a dodatku zauważyłem, że Anna wyszła już z wody i pewnie siedziała pod wiatą. Nie miałem wyjścia, należało na chwilę dołączyć do reszty.
    Dorota udawała, że nie patrzy na mnie, ale wiedziałem, że cały czas kontroluje, gdzie jestem i co robię. Razem z Lidką bawiły się z bliźniakami, a oddalony Stefan, penetrował brzeg od strony wody, pewnie szukając norek jakichś ryb, czy też siedzib raków. To już miał we krwi. Zawsze tak było. I kiedy nikogo nie zaczepiając, próbowałem wymknąć się z wody, usłyszałem cichy głos Doroty:
    - Tomku, zaczekaj chwilkę.
    Woda w tym miejscu sięgała najwyżej do pasa. Stanąłem na dnie i odwróciłem się w jej stronę.
    - Obiecywałeś mi, że temat jest zakończony i nie będziesz miał pretensji – odezwała się cichutko. – A jednak zachowujesz się jakoś tak dziwnie.
    - Dorotko – przerwałem jej. – Nie mam żadnych pretensji. Ale nie żądaj ode mnie, żebym nagle z wszystkiego się cieszył. Pozwól mi w spokoju trochę odreagować i wszystko przetrawić. To w niczym nie zagraża ani tobie, ani wam wszystkim.
    - Tomek… – zaczęła znowu. – Ok. Ale proszę cię, nie rób tu demonstracji. Chcesz iść na brzeg? To pozwól, mogę cię osuszyć.
    Tak rozmawiając, przesuwaliśmy się powolutku w stronę schodków i wyszliśmy na brzeg. Zatrzymałem się, a Dorota podniosła z krzesełka swój ogromny ręcznik, wielki niczym żagiel i zarzuciła go na mnie.
    - Wytrę ci tylko plecy, z przodu musisz to zrobić sam.
    Jej głos powoli wracał do normy, kiedy tym grubym, puszystym niby-żaglem energicznie rozcierała moją mokrą i ściągniętą od wody skórę.
    - Ty się też powycieraj. Albo ci pomogę! – zadeklarowałem.
    - Ja wracam do wody – odparła wyraźnie urażona. – Widzę, że nie masz ochoty na moje towarzystwo, więc idę do chłopców. Oni już pewnie zmarźli, jeszcze trochę się pobawią i wtedy muszę ich powyciągać na brzeg. Bo kąpać się lubią i łatwo mogą przesadzić. Diana przeważnie ma z tym kłopoty.
    Nie czekałem dłużej. Podziękowałem jej za starania, lekceważącym ruchem ręki zrzuciłem z siebie ręcznik, który pozostał w jej rękach i nie oglądając się za siebie odmaszerowałem pod wiatę. Nie patrzyłem co robi. Znowu byłem wściekły. Nie musiała tego mówić. I nie musiała dawać do zrozumienia, że bardziej jej zależy na pozorach niż na mojej bliskiej obecności. Bo już w zasadzie mógłbym z nią spokojnie razem posiedzieć. Ale to było przed chwilą. Teraz znowu mnie rozdrażniła. I znowu chciałem wódki. Najwyraźniej zaczęliśmy nadawać na różnych falach i wszystko między nami trzeszczało jak w zepsutym radiu.

    Anna siedziała za stołem i z wysokiej szklanki sączyła przez słomkę jakiś ciemny napój. Uśmiechnąłem się do niej i podszedłem do szafy poszukać czegoś do picia. Na honorowym miejscu stały butelki z żubrówką. Aha, znaczy pewnie uniform uzupełnił zapasy.
    - Co pani pije, pani Aniu? – zapytałem od szafy. Zasłoniłem stół tak, aby nie widziała tego co robię i znów miałem w swojej szklance podwójną żubrówkę. Jej chciałem jednak zrobić klasycznego drinka.
    - Colę – głos Anny był bardzo spokojny i konkretny.
    - Och, to niedobrze! Obiecała pani wypić ze mną drinka. Może być taki? – odwróciłem się w jej stronę i podszedłem stawiając dwie szklaneczki na stole. Przy okazji usiadłem na ławie, naprzeciwko niej.
    - Panie Tomaszu, jeśli pani szefowa będzie niezadowolona, to powiem, że pan nalegał.
    - Oczywiście, że nalegam – łatwo się zgodziłem. – Chociaż nie bardzo wiem, czy to coś da. W końcu kim ja tu jestem? Ot, takim zwykłym, jednorazowym gościem, jakich pewnie bywa tutaj wielu. I to znacznie ważniejszych ode mnie.
    - Proszę pana… nie wiem kim pan jest – kręciła delikatnie głową. – Ale… – przerwała nagle, jakby się w język ugryzła.
    - Co „ale”? – zaciekawiło mnie to, co chciała powiedzieć. Milczała, więc posunąłem po stole w jej stronę szklaneczkę i uniosłem swoją
    - Piję pani zdrowie, pani Aniu. A także za to, żeby pani ze mną rozmawiała, zamiast ciągle gryźć się w język.
    I śmiejąc się, wypiłem co najmniej połowę zawartości. Ona umoczyła tylko usta. A kiedy krew w żyłach zaczęła mi szybciej krążyć, już nie dałem jej odpocząć.
    - To jak, powie mi pani co to za „ale”?
    - Ale pan nie jest takim zwykłym znajomym! – była wyraźnie zażenowana, jednak odważyła się mówić. – Tu jeszcze nie było nikogo, oprócz pani Lidki i pana Romana oczywiście – zastrzegła się – kto odważyłby się mówić do pani dyrektor na „ty”.
    - Nie wierzę – odpowiedziałem swobodnie i lekceważąco. – Przecież chyba od nikogo tego nie wymagała.
    - Nie musi wymagać. Pani dyrektor jest taką osobą, że wszyscy sami to wiedzą.
    Zamilkła i chcąc zyskać na czasie, possała słomkę.
    - Pani Aniu – skorzystałem z tej przerwy. – Ja rozumiem, że pani Dorota jest elegancką i dystyngowaną kobietą, ale okazało się, że my po prostu znamy się od wielu już lat!
    Odstawiła szklankę i nad czymś dumała. – Rozumiem, chociaż nie bardzo… ale mimo wszystko…
    - Dalej nie rozumiem pani słów – przerwałem.
    - Ja jeszcze nie widziałam, żeby pani dyrektor wycierała kogoś własnym ręcznikiem! – wypaliła i aż zamilkła, przestraszona chyba swoją szczerością.
    Roześmiałem się. – Aaa … to o to chodzi! – nie przestawałem się uśmiechać. – Pani Aniu, to raczej przypadek – bagatelizowałem jej spostrzeżenie.
    - Proszę pana – była nadal przestraszona. – Proszę nie wspominać o tym co powiedziałam. Nie powinnam tego mówić.
    - Pani Aniu, oczywiście, że nie wspomnę. Proszę się nie martwić. I nadal piję za pani zdrowie i pomyślność w pracy – wzniosłem szklaneczkę i osuszyłem ją do końca. Anna wreszcie też wypiła. Krążący w żyłach alkohol dodawał mi energii i odwagi. Już nie bałem się patrzeć w stronę jeziora. A stamtąd dochodziły odgłosy wychodzących z wody. Dorota z Dianą poprowadziły chłopców w stronę sauny, a Lidka szła w naszą stronę. Stefan jeszcze w jeziorze rozglądał się po wodzie, ale też powoli zmierzał w kierunku wyjścia.
    - Tomek, dlaczego uciekasz ode mnie? – podchodząca Lidka nie owijała w bawełnę swoich spostrzeżeń. – Jeśli myślisz, że ci podaruję tego drinka, to się mylisz! Nalej mi tu zaraz, bo rozeschłam się w tej wodzie – roześmiała się z własnego dowcipu. Podeszła do stołu i usiadła obok.
    - Pani Lidio – Anna natychmiast wstała – może ja się tym zajmę.
    - A proszę bardzo! – Lidka nie była zbyt wymagająca. – Tylko taki podwójny poproszę. Dla Tomka też, bo widzę, że wszystko opróżnił.
    - Ach, Lideczka, jak ty o mnie dbasz! – wpadłem jej w słowa. – Żeby tak zawsze ktoś…
    Przerwała mi bezceremonialnie.
    - Miałeś szanse załapać się na moje dbanie, nie narzekaj. Dałam ci nawet próbkę przez jeden dzień. Ale ty sam z mojej opieki zrezygnowałeś, nie zapominaj.
    - Zmieniłem zdanie. Teraz jestem gotów poddać się twoim zabiegom.
    - „A teraz za późno jest już, za późno jest już, przepadła gdzieś nam, ta miłość ze szkolnych lat” – zanuciła stary przebój. – I nie myśl, że za to butelka ciebie ominie! – powiedziała głośno. – Odrobisz to później – dodała, po czym przysunęła się i szepnęła na ucho. – Chcę z tobą zamienić dwa słowa, ale nie tutaj. Weź szklankę i chodź się przejść nad jezioro.
    - Teraz? – wyszeptałem kwaśno, patrząc na nią. Miałem nadzieję, że Anna nie słyszy. Była odwrócona do nas tyłem. Nie miałem ochoty na żadne rozmowy, tym bardziej, że zbliżał się już Stefan.
    - Dobrze, za chwilę – Lidka nie była zadowolona, ale zrezygnowała.
    - Uch, raki jeszcze tu nie wyzdychały! – Stefan siadał obok Lidki na ławie, oglądając swoje palce. – Nie wytruły się i mnie poszczypały. A to znaczy, że tutejsza woda nadal zachowuje doskonały standard.
    - Przecież widać, że jest czysta – odezwałem się. – Jak pływałem, to dno widać na kilkanaście metrów obok.
    Tematy obojętne jakoś jeszcze mi leżały. Starałem się mówić cokolwiek, przynajmniej teraz, kiedy nie było Doroty. Może nie zauważą? Czułem, że jak ona się pojawi, to raczej zamilknę.
    - A ty znasz tutejsze, okoliczne mokradła? – Lidka włączyła się do rozmowy.
    - Trochę tak – Stefan wyraźnie się ożywił. W tych sprawach był znacznie lepszy ode mnie.
    - Kiedyś niemało tu sprawdziliśmy własnymi nogami. A jeszcze więcej opowiadał mi Jesionek. On znał tu wszystkie okoliczne źródła. Zresztą, w okolicy znał wszystko. I czuł całą naturę, jako jej nieodłączny składnik. Nawet pogodę przepowiadał. Fantastyczny gość.
    - A pewnie – poparłem Stefana. – To przedwojenne roczniki. Niezniszczalne. Ja zresztą od dawna twierdzę, że postęp techniczny nie zwiększa wiedzy jednostki. Całe wykształcenie, nauka, nowe technologie, jest tylko przesunięciem wiedzy na inny poziom, okupione zapominaniem i pomijaniem tego, co dla naszych przodków było oczywistością. Kiedyś Winnetou czy Old Shaterhand po kilku złamanych źdźbłach trawy na prerii potrafili odtworzyć to, co się tam działo kilka dni wcześniej. My już nie mamy takich umiejętności, umiemy za to obsługiwać komórki i komputery. Kto zresztą dzisiaj zna na przykład zioła? Wszystko to są wąskie gałęzie wiedzy dla nielicznych specjalistów. Reszta nie kojarzy, nie czuje, nie ma pojęcia.
    - Masz rację – wsparła mnie Lidka – wiem to po sobie. Jeszcze w szkolnych latach, sporo czasu spędzałam buszując w okolicy. Interesowały mnie lasy, jeziora, zwykłe ptaki czy owady. A teraz? Interesy i biznes. Nawet we własnych dzieciach już nie umiem zaszczepić tej ciekawości, która mną kierowała. A Romek podsuwa im tylko komputer, bo się na tym zna, a natury nie czuje. Czasem nawet zastanawiam się, czy kiedyś nie będę tego żałowała.
    - Nie, nie warto się przejmować – przerwał jej Stefan. – Ja też dopiero na początku studiów, gdy przyjechaliśmy tutaj pierwszy raz, poczułem zew natury i doceniłem jej piękno. Wtedy też nie było dla nas zbyt trudnych warunków. Byliśmy młodzi, pełni optymizmu i wiary, że zmienimy świat. Całym obozem biwakowaliśmy tu, na podwórku Jesionka. Nie mieliśmy ciepłej wody, nie było żadnych wygód, ale były dwie, czy nawet trzy gitary, w sklepie było wino marki „wino”, ptaki śpiewały o świcie… nawet nie chcieliśmy niczego więcej!
    Nie zauważyłem kiedy przed nami pojawiły się szklanki z zawartością. Anna była cicha i bardzo starała się nie przeszkadzać nam w dyskusji. Słuchała za to uważnie, tym razem nie kryjąc zainteresowania.
    - Pani Aniu – postanowiłem wciągnąć ją do rozmowy. – A co pani o tym sądzi?
    - Nie bardzo wiem, co pan ma na myśli – nie była skrępowana pytaniem, mówiła zupełnie swobodnie. – Chociaż przyznam, że kiedyś takie tematy mnie również nie interesowały. Ale teraz, kiedy zaczęłam tu przyjeżdżać, już inaczej na to patrzę. O wiele bardziej interesuję się ekologią, a to co zrobiła tutaj pani Lidka, to tylko podziwiam…
    - Lidka! – zawołał Stefan – Co ty tu narobiłaś?
    Lidka dumnie zadarła podbródek i siedziała milcząc, wyprostowana niczym struna.
    - Weź na wydech – odezwałem się – bo cię pomylę z Mańkiem Krzaklewskim. Masz teraz taki sam wyraz twarzy. A już o gościu prawie się zapomniało…
    Ogólny śmiech przeszkodził Lidce w odpowiedzi, ale kiedy otoczenie ucichło, wcale nie zamierzała kryć swoich zasług.
    - Możecie się śmiać, ale to ja, zresztą dzięki Dorocie i Johnowi, oraz z zaangażowaniem Zbysia, pamiętasz go? – spojrzała na mnie. – Tak, tak, tego samego wójta, który kiedyś przeszkadzał ci w tańcach. Nadal cieszy się ogólnym poparciem i okupuje swój fotel w Czyżynach. Otóż przeprowadziliśmy tu w okolicy małą rewolucję. Całe jezioro Omszałe i w zasadzie cała jego zlewnia, dostały oczyszczalnie ścieków. Wszędzie są wodociągi i kanalizacja. Jezioro się oczyszcza i niedługo będziemy mieć rewelacyjne warunki wypoczynkowe w całej okolicy. A ty, Stefan, zostaniesz tego beneficjentem. Muszę jednak przyznać, że i ty masz niemałe zasługi. Wiesz jakie? Po prostu nie przeszkadzałeś! A to było bardzo ważne!
    - Więc ja chcę za to nagrodę! – Stefan przerwał jej bez skrupułów. – Musisz mnie pocałować. I to teraz, bo jeśli nie, to potem zechcę więcej!
    Lidka bez namysłu zarzuciła mu ręce na szyję i serdecznie ucałowała w obydwa policzki, po czym błyskawicznie się odsunęła.
    - A tu? – Stefan cmokał ustami.
    - Nie było zamówienia – szybko znalazła wyjście z sytuacji. – Jeśli złożysz wniosek z załącznikami, to rozpatrzymy na posiedzeniu zarządu.
    - Ale skąpa! – Stefan nie krył niezadowolenia, chociaż mnie to akuratnie poprawiło nastrój. Nie tylko ja dostaję dzisiaj po rzyci…

    Za wiatą zaczynało się coś dziać. Młody kucharz zaczął przeglądać czy też porządkować szafy, niezbyt dobrze widziałem. Ale na ciepłe dania było zdecydowanie za wcześnie. Pewnie szykował jakieś przystawki. Nie bardzo orientowałem się co tam jest, ale na pewno były ryby i mnóstwo warzyw. To akurat odpowiadało moim upodobaniom. Przy alkoholu nie lubiłem ciężkiego jadła. W ogóle jeśli już piłem, to jadałem niewiele. A teraz mój nastrój nic się nie polepszał. Wiedziałem, że dzisiaj będę jeszcze pił.
    Przy wyjściu z sauny pojawiła się Dorota z chłopcami. Byli już przebrani, jednak Dorota nadal miała na sobie kąpielowy kostium. Pojawiła się też Diana, przebrana na sportowo, podobnie jak bliźniaki. Chwilę ją obserwowałem jak rozmawiała z Dorotą. Podobała mi się. Nie w sensie erotycznym, ale jako opiekunka. Widać było po niej, że jest pewna swojego postępowania i zachowania. Ona nawet wtedy, kiedy oddawała inicjatywę Dorocie, nadal kontrolowała zachowanie chłopców. Ale im nie przeszkadzała, dopóki nie wpadali w przesadę. To było świetne, byłem pełen uznania, nawet na podstawie tych małych epizodów, które miałem okazję zauważyć. Tyle, że widok ich wszystkich spowodował u mnie powrót kiepskich myśli. Wróciło poprzednie przygnębienie. Upiłem trochę ze swojej szklaneczki.
    - Ej ty, błędny rycerzu – usłyszałem głos Lidki. – Może byś tak coś zjadł?
    Spojrzałem w jej stronę, starając się aby mój wzrok był trochę bardziej przytomny, niż to faktycznie było. Lidka nie miała wesołej miny i uważnie się we mnie wpatrywała.
    - Wolę to – ruchem głowy wskazałem na szklaneczkę.
    - Ja jednak przyniosę ci trochę – Lidka wstała i skierowała się w stronę kucharza i stołu z daniami. Po chwili wróciła niosąc dwa talerzyki z piętrzącą się, apetycznie wyglądającą zawartością. Jeden z nich postawiła przede mną, drugi przed Stefanem.
    - Co to jest? – zapytałem.
    - Po co pytasz? Jesteś na Mazurach! Czyli chata bogata tym, co tutaj występuje.
    - A tak konkretnie?
    - Ale ciekawski – westchnęła. – To jest sandacz z ziołami. Pani Helena twierdzi, że panom te zioła bardzo pomagają – zaśmiała się. – A obok masz sałatkę z krewetkami i jajkiem.
    - Krewetki też są jakieś tutejsze? – zapytał Stefan.
    - Ty, dowcipnisiu, nie zapominaj, że niektórzy tutaj mają amerykańskie podniebienia. I musimy to uwzględniać. Jakoś tequila ci nie przeszkadza! – zakpiła.
    - Owszem, nie przeszkadza – odciął się Stefan. – Ale słyszałem o jakichś piraniach gdzieś w Wiśle, więc wolałem się upewnić.
    - Upewniaj się, upewniaj – kontynuowała Lidka, wyraźnie się śmiejąc. – Dobrze ci to zrobi. Bo niedawno ktoś tu mówił, że widziano aligatora w jeziorze. Podobno straszny łasuch na nabiał…
    - Jestem już łykowaty – Stefan wzruszył ramionami. – Na mnie się nie skusi.
    - Więc pewnie na Tomka ma ochotę! – Lidka przeniosła swoje kpiny na mnie. – Ale Tomek już dzieci ma, więc nawet jak po kąpieli zacznie mówić cienkim głosem, to wielkiej straty nie będzie…
    Spojrzałem na nią tak, że gdyby wzrokiem można było zamrażać, byłaby już słupem lodu. Śmiech zamarł jej na ustach, odwróciła się i poszła po następne talerzyki. Spróbowałem sandacza. Był aromatyczny i smaczny. Sałatka też. Zabrałem się do jedzenia.

    - Dorciu, będziesz jeść? – doleciał mnie głos Lidki.
    - Będę – padła odpowiedź. Dorota dołączała do nas. Kątem oka zauważyłem, że usiadła naprzeciw Stefana, tuż obok Anny. Mnie zignorowała. Lidka przyniosła następne pełne talerzyki, dla Doroty i dla Anny, a po chwili także dla siebie. Wszyscy w milczeniu oddawali się konsumpcji.
    - Słuchajcie – Dorota przerwała ciszę. – Mam propozycję. Przyniesiemy tutaj jakąś muzykę na wieczór i potańczymy.
    - O, fajnie – Stefan od razu zaakceptował pomysł. – A jest tu jeszcze mój gramofon? Zrobilibyśmy wieczór z płytą winylową. Jejku, kiedy ja ostatni raz słuchałem takich płyt!
    - To tu jest coś takiego? – Anna nie kryła zdziwienia – Ja to nawet nie bardzo bym wiedziała jak taki sprzęt uruchamia!
    - A ja wiem – Lidka dołączyła do rozmowy. – Tomek nam kiedyś pokazywał. Fajne masz płyty, Stefan.
    - O ile jeszcze mam – nie krył wątpliwości. – Nie utopiłyście tego wszystkiego gdzieś w jeziorze?
    - No wiesz co? O czym ty mówisz? – zaprotestowała Dorota. – Ja utopić coś w jeziorze, gdzie chodzę się kąpać? Przecież nie ma w tym żadnej logiki. I nie rób ze mnie jakiegoś zamachowca na twoje mienie. Nie tylko nie wyrzuciłam, ale pieczołowicie spakowałam i zabezpieczyłam. Wszystko jest zachowane. Kilka razy nawet sama ich słuchałam.
    - Czyli zaraz idziemy z Tomkiem i wszystko poprzynosimy – podjął decyzję za nas dwóch. – Tylko musisz nam pokazać gdzie mamy szukać.
    - Oczywiście – Dorota pokiwała głową potakująco. – Ale najpierw zjedzmy spokojnie.
    - Pani dyrektor, czy jesteśmy jeszcze potrzebne? – usłyszałem z tyłu jakiś kobiecy głos
    - Nie, moje drogie, damy sobie radę – odpowiedziała Dorota, patrząc gdzieś obok mnie w głąb wiaty. – Możecie przekazać, że każdy kto nie jest niezbędny w hotelu, może tutaj siadać z nami. Bo innej kolacji dzisiaj nie będzie. I gdyby pan Marek gdzieś się pokazał, to też go proszę, żeby do nas dołączył. Skoro mamy dzisiaj wieczór rozrywkowy, to można się pobawić.
    Odwróciłem się mało dyskretnie do tyłu. Pytającą była kobieta, widziana przeze mnie w hotelu. Ale obok była inna, której dotąd nie widziałem. Obydwie wyglądały dość sympatycznie.
    - Dziękujemy – odezwała się ta druga – ale… to dotyczy wszystkich?
    - Wszystkich! – Dorota roześmiała się. – Wszystkie i wszyscy możecie dzisiaj przyjść. Z rodzinami. I zapowiadam, że stroje wieczorowe zupełnie nie obowiązują, więc nie szykujcie się jak na wesele.
    - Pani dyrektor… – prosząco odezwała się pierwsza – czy ja mogłabym…
    - Oczywiście – Dorota przerwała jej w pół słowa. – Zadzwoń, niech przyjdzie.
    - A skąd pani…
    - Przecież widzę o co chciałaś zapytać – Dorota nie dała jej dojść do głosu. – Nie ma problemu, zadzwoń!
    Irytowało mnie to, że nie usiadła obok mnie i że z wszystkimi rozmawiała swobodnie, a w dodatku wspomniała Marka, jakby to na nim najbardziej jej zależało. Nagle odłożyłem widelec, jakbym sobie coś przypomniał, chociaż na talerzyku została prawie połowa zawartości.
    - Przepraszam, muszę was na chwilę opuścić – oświadczyłem.
    - A coś ty taki w gorącej wodzie kąpany, poczekaj! – Lidka była zdegustowana moim pomysłem. – Zaraz wszyscy pójdziemy do jeziora. Daj ludziom zjeść!
    - Ależ jedzcie! Ja idę na chwilę do hotelu.
    Wstałem z ławy. Wszyscy spojrzeli na mnie. Stefan zapytał:
    - A musisz?
    - Muszę. Zapomniałem o pigułkach. Zaraz wracam, naprawdę. Tylko nie mam karty do drzwi.
    - Poproś w recepcji, to ci otworzą pokój – Lidka była już spokojniejsza.
    - A mogę tam iść w samych kąpielówkach?
    - Możesz – kontynuowała beznamiętnie. – Tym tutaj nikogo nie zszokujesz. Tylko nie ściągaj majtek poza pokojem, gdzieś w recepcji, albo w hallu, bo mi dziewczyny wystraszysz.
    - Takie są wrażliwe na te widoki? – zdziwił się Stefan kpiąco.
    - Wiesz co? Pozwól, że na razie wstrzymam się z odpowiedzią – śmiała się. – Jak już zostaniesz wspólnikiem, to wprowadzę cię głębiej w niektóre tematy. Na razie nie chciałabym, żebyś się zraził do współpracy. Chociaż…? Może to by cię zachęciło? Muszę się zastanowić.

    Odwróciłem się na pięcie i odszedłem, zostawiwszy ich wesołych, zadowolonych i roześmianych. Nie patrzyłem na nikogo. Wziąłem tylko z szafy puszkę coca-coli. Zupełnie bezsensownie, bo przecież w numerze stała lodówka, zapełniona po brzegi. Ale o tym w ogóle nie pomyślałem.
    Tak naprawdę, z lekami mogłem sobie jeden dzień darować, nic by się nie stało. Ale skoro piłem dzisiaj tyle, to po pierwsze, lepiej było wszystko zażyć jak należy, bo potem mogłem znowu zapomnieć, a po drugie, chciałem się przejść. Odetchnąć od obecności Doroty.
    Co za paradoksy dzisiaj! Przez cały dzień! Znowu nic nie dzieje się tak jak myślałem, jak planowałem. Rano nie śmiałem nawet marzyć o tym, że ją zobaczę, a teraz to właściwie przed nią uciekałem, przed jej widokiem, jej obecnością. A przecież mnie nie odpycha, można by powiedzieć, że wręcz przeciwnie. Wyraźnie zadeklarowała, że chce dzisiaj być ze mną i ze mną rozmawiać. I chce odpowiadać na wszelkie moje pytania. Czy naprawdę wiem czego ja chcę? Czy nie próbuję się na niej odegrać?
    Jakoś nie mogłem przetrawić w sobie myśli, że mamy ze sobą dwoje dzieci, dwóch synów. To, w pewnym sensie, była dla mnie nadal futurystka, coś niewiarygodnego. Nie mieszczącego się w głowie. Przynajmniej na razie.
    Wątpliwości jednak nie miałem żadnych. Dorota nie była zdolna do tego, żeby mnie okłamywać i urządzać jakiś cyrk. Tym bardziej, że to nie miałoby żadnego sensu. Po co i dlaczego miałaby tak zrobić? Na każdym kroku udowadnia przecież, że pieniędzy jej nie brakuje. Zresztą, już wtedy wiedziała, że groszem nie śmierdzę. Więc ani na moje „majątki” nie czyha, ani wtedy o tym nie myślała. Przecież zostawiła mi przed laty w skarbonce kilka tysięcy złotych. Na pewno nie moich. A poza tym, to już przyglądnąłem się chłopcom dokładnie. Wyraźnie przypominali mi Damiana sprzed lat. Są i będą do mnie podobni.
    Teraz rozumiałem też zachowanie i słowa Johna. Przecież on mi powiedział, że akceptuje fakt ujawnienia mojego ojcostwa i nie będzie nam przeszkadzał w tym, żeby dotarło to również do chłopców. A jak to mamy zrobić, pozostawia już do naszej decyzji. Czyli nasze spotkanie z Dorotką po latach, absolutnie nie jest ostatnim. Jesteśmy na siebie skazani. Dorota miała rację. To co nas łączy, nigdy nas łączyć nie przestanie.
    Tyle tylko, że teraz będę mógł na nią jedynie popatrzeć…

    Byłem boso, kostka ścieżki parzyła w stopy, starałem się więc iść obok niej, raczej po trawie, mimo że, niedawno koszona, trochę jednak gryzła. No i musiałem pilnie baczyć, żeby nie nadeptać na pszczołę, oblatującą zapomniany kwiatek. Na razie mi się udawało i do hotelu dotarłem bez niespodzianek.
    W recepcji poprosiłem o otwarcie mojego pokoju.
    - Nie ma problemu, już idę z panem – odparła elegancka recepcjonistka i sięgnęła gdzieś do swoich szafek. Pewnie po kartę zapasową, albo uniwersalną.
    I wtedy usłyszałem zdumiony głos, dobiegający mnie nieco z tyłu.
    - Panie Tomku, przepraszam, to naprawdę pan?
    Odwróciłem się i ujrzałem… Barbarę!

    Stała jak zaczarowana, w przewiewnej sukience, z opuszczonymi rękami. W jednej z nich trzymała zwykłą reklamówkę, chyba z niewielką zawartością, bo była niemal płaska.
    Ale Barbara nie była taka płaska jak kiedyś. Kilka kilogramów jej przybyło i powiedziałbym, że wygląda korzystniej niż przed laty.
    - Pani Basiu! Wreszcie panią znalazłem! – zawołałem i podszedłem bliżej.
    Gdybym był trzeźwy, to pewnie bym się krępował, ale teraz objąłem ją mocno i ucałowałem w policzki a potem w usta. Początkowo wyglądała na zaskoczoną, jednak oddała uścisk z pocałunkiem. Przez chwilę trwaliśmy tak, złączeni mocnym splotem.
    - Szukałem pani dzisiaj! Ale niczego nie chcieli mi w sklepie powiedzieć.
    - I tak panu nie wierzę! – oświadczyła z wyrzutem. – Czekam i czekam, żeby spełnił pan swą obietnicę, a tu nic! Jak dotąd jeszcze się nie doczekałam!
    - Ależ nie zapomniałem o niej! Tylko, że dzisiaj jestem dopiero pierwszy raz w tej okolicy od tamtego lata. Nie mogłem wcześniej, nie potrafiłem.
    - Naprawdę? – nie uwierzyła.
    - Naprawdę! To co tu zastałem, to dla mnie szok!
    Spoglądała na mnie i uśmiechała się. Z boku zaś recepcjonistka udawała, że patrzy w inną stronę.
    - Ewa, czy ty wiesz co pan Tomek kiedyś mi obiecał? – Barbara zwróciła się do niej. Dziewczyna rozłożyła bezradnie ręce.
    - Skąd mam wiedzieć? – uśmiechnęła się do nas. Cała sytuacja wyraźnie ją intrygowała.
    - Otóż ten pan zaprosił mnie kiedyś na wieczornego grilla, a kiedy przyszłam pełna nadziei, to nawet ognia nie rozpalił! Obiecał tylko, że może kiedyś, później… – kiwała głową. – I że na pewno mnie zaprosi! Więc czekam cierpliwie na ponowne zaproszenie, ile to już lat, panie Tomku?
    - Trochę ich minęło – przyznałem bezwstydnie. – Ale wie pani co? To niesprawiedliwość. Doskonale pani wie, że rozpalenie tamtego grilla nie było już zależne wyłącznie ode mnie.
    - Wiem, wiem – odpowiedziała zrezygnowana. – Ja wtedy od razu domyśliłam się, że to może długo potrwać. Znaczy, moje oczekiwanie na wspomniane żeberka.
    - Dzisiaj mogę panią zaprosić na grilla. Bardzo proszę! – spojrzałem na nią błagalnym wzrokiem. Ale zagryzła wargi i pokręciła głową.
    - Dziękuję bardzo, dzisiaj jestem zmęczona po pracy. Muszę odpocząć, bo jutro też jest dzień. I od obowiązków nikt mnie nie zwolni. Poza tym, pan jest tutaj gościem i nie wypada mi zabierać panu czasu, przeznaczonego dla gospodarzy. Byłoby to dużym nietaktem z mojej strony. Ale panu życzę udanego wieczoru i ciekawego grillowania!
    - Dziękuję! – mruknąłem, zawiedziony. Nie wiedziałem jak się mam zachować.
    Do hotelu weszło kilka osób, jednak nawet nie spojrzałem w tamtą stronę. Tylko recepcjonistka, zwana Ewą, wycofała się na posterunek, a ja stałem obok Barbary i nieśmiało patrzyliśmy na siebie.
    - Pani Basiu, a moglibyśmy gdzieś porozmawiać spokojnie chociaż kilka minut? – zapytałem. Zawahała się wyraźnie, jednak nadspodziewanie szybko podjęła decyzję.
    - Oczywiście! – odparła. – Tylko gdzie?
    - Może u mnie? – zaproponowałem. Lekko się uśmiechnęła.
    - Wprawdzie nie jest to dobrze widziane przez moje szefostwo, ale co mi tam!
    - Tyle, że ja akuratnie nie mam swojej karty i prosiłem tę panią o otwarcie drzwi…
    Barbara podeszła do recepcji i po chwili wróciła z kartą w dłoni. – Który to pana pokój?
    - Na piętrze – skierowałem się ku schodom.

    Nawet nie rozglądała się po wejściu. Jakby to wszystko znała. Poprosiłem żeby usiadła, a sam szybko załatwiłem sprawy dla których tu w ogóle przyszedłem. Milczała kiedy łykałem tabletki, a kiedy później zaproponowałem jej drinka, zdecydowanie odmówiła. Nie chciała też niczym się poczęstować.
    - Panie Tomku! – odpowiedziała na moje propozycje. – Tu w hotelu jestem prawą ręką szefa kuchni. I najczęściej go zastępuję, przygotowując jadłospis samodzielnie. Naprawdę nie chcę już niczego jeść ani pić. Ja tego nie potrzebuję. Proszę sobie nie robić problemów.
    - I naprawdę nie chce pani przyjść na grilla?
    Roześmiała się. – Wszystko co pan tam znajdzie, to albo przygotowałam sama, albo przygotowanie nadzorowałam. Właśnie dlatego jestem taka zmęczona. Starałam się bardzo, bo po pierwsze dostałam informację, że pani Dorota będzie miała specjalnych gości, a potem poszła fama, że personel też będzie miał prawo się zabawić. I chociaż wszyscy pracowali tak jak dla siebie, przecież musiałam sprawdzać i pilnować jakości. Nie byłam tylko całkiem pewna, że akurat pan będzie tym specjalnym gościem, chociaż od kilku godzin chodziło mi po głowie, że jednak tak właśnie będzie.
    - A niby skąd? – zdumiałem się. Jej odpowiedź była szybka i prosta.
    - Tu się nie da uniknąć plotek, mimo że na zewnątrz wychodzi niewiele. I gdy usłyszałam rewelacje, że pani Dorota całowała się z jakimś obcym człowiekiem i to wcale nie na powitanie, tylko już później, od razu pomyślałam o panu. Bo tego tu jeszcze nie było. I pomyślałam, że to tylko z panem jest możliwe. Nie pomyliłam się, prawda?
    Opadłem w głąb fotela. Logika była zabójcza. Przytaknąłem tylko głową.
    - Proszę się mnie nie obawiać, ja nikomu nawet jednym słowem nie wspomniałam o tym, że znam panią Dorotę i panią Lidkę jeszcze z dawnych czasów. Tylko pan Marek, nasz obecny szef, domyśla się, że coś jest na rzeczy. Chciał mnie kiedyś zwolnić, gdy spóźniłam się do pracy, a wtedy poszłam z prośbą do pani Lidki, bo akuratnie do nas przyjechała. Co mu potem powiedziała, tego nie wiem, ale już nigdy więcej nie stwarzał mi żadnych problemów. Dlatego z czasem odetchnęłam, bo chyba pan wie, że pod presją to nie najlepiej się żyje i pracuje. A wtedy naprawdę miałam życiowe problemy, wszystko się komplikowało i prawdę mówiąc, dlatego rzeczywiście zawaliłam sprawę. Tyle, że wyjątkowo. Więcej takich zdarzeń nie miałam.
    - A tak w ogóle, dlaczego pozbyła się pani sklepu?
    - Panie Tomku… nie wiem czy warto obciążać pana tą wiedzą… po co to panu?
    - Nie wiem! – przyznałem bezradnie. – Może chociażby po to, że dobrze mi się z panią rozmawia. Przecież pani wie o moich problemach, dobrze je zna i proszę sobie wyobrazić, że ja od tamtego dnia nie miałem żadnej informacji o niczym. Żadnego kontaktu, ani z Dorotką, ani z Lidką. Nic! Naprawdę nic! Przyjechałem tutaj o niczym nie wiedząc. I pierwsze kroki skierowałem do sklepu. Chciałem porozmawiać z panią. Ale tam mnie zbyli. Może pani jest, może nie, niczego nie wiedzieli.
    Barbara siedziała i kręciła głową z niedowierzaniem.
    - Nie chodzę tam, bo po co? Siedzę całymi dniami tutaj w kuchni, więc i sklepu nie potrzebuję. Mamy tutaj wszyscy, cały personel, zniżkowe posiłki i nawet nie opłacałoby się w domu gotować. A jedzenie przygotowujemy na poziomie, nie jakieś oszukaństwa, bo to nie ta klientela.
    - Pamiętam, że miała pani kiedyś swoich dostawców – przypomniało mi się.
    - Nadal takich mam. Jedni się wykruszyli, drudzy doszli, teraz to już nie ma z tym problemów. Pchają się do nas drzwiami i oknami. Teraz firma jest w okolicy znana. Ale ja mam nos, wykształcony w sklepie. Selekcja jest ostra. Mnie na plewy nikt nie weźmie – roześmiała się. – Jak na razie pani Lidka jest ze mnie zadowolona.
    - A jak pani się tutaj znalazła?
    Znowu się skrzywiła. – Koniecznie chce pan wiedzieć… – pokręciła głową, jakby nie pytając, ale stwierdzając. Ale usiadła wygodniej w fotelu. – To nie są miłe wspomnienia. Miałam domowe problemy i nie tylko ja. Nasze małżeństwa po prostu się rozpadły. Obydwa. Najpierw moje, a później brata. Nie było możliwości prowadzenia sklepu, dlatego poszedł w obce ręce. A ja zostałam na lodzie. Sama. Nawet nie minął rok od pana wyjazdu. Pieniądze wyciekły jak woda, a ja nie wiedziałam co ze sobą zrobić. I wtedy wzdłuż tej dojazdowej drogi zaczął się jakiś ruch. Przyjeżdżali jacyś ludzie, coś oglądali, coś mierzyli, a ja przyglądałam się temu chociażby z nudów. Jeszcze miałam matkę w domu, więc nigdzie dalej nie mogłam się ruszyć. No i kiedyś zobaczyłam panią Lidkę.
    Pozdrowiłam ją wtedy zza płotu, podeszła do mnie, zamieniłyśmy kilka zdań, ale nie miała wtedy czasu. Obiecała tylko, że za parę dni zjawi się u mnie.
    - I przyjechała?
    - Tak, przyjechała. Właściwie to zjawiła się wtedy, kiedy już sądziłam, że o wszystkim zapomniała. Posiedziała wtedy u mnie parę godzin, a ja opowiadałam jej o całym swoim życiu. Wypłakałam się, wyżaliłam, ale wysłuchała mnie cierpliwie. I za dwa dni miałam pracę.
    - Dlaczego za dwa?
    - Bo pierwszego dnia, to jeszcze nie umiałam się pozbierać – westchnęła.
    - A gdzie, tutaj?
    - Nie, w moim domu! Tego hotelu przecież jeszcze nie było! Nawet nie wiem jak mogłabym określić swoje ówczesne zajęcie. W każdym razie mój dom stał się kawałkiem biura, przystanią dla tych wszystkich przyjeżdżających tutaj; robiłam im kawę, herbatę, kanapki, mieli tu taką małą możliwość zejścia z ugorów na chwilę odpoczynku i relaksu, albo na rozłożenie na stole papierów bez obawy, że je wiatr zaraz zwieje, czy też deszcz zamoczy. Oczywiście, dostawałam za to pieniądze i krzywdy nie miałam. Potem, gdy zaczęły się wykopy i budowa, gdy postawili już dla siebie kontenery, pani Lidka poprosiła mnie do siebie i przedstawiła plany co do mojej osoby.
    Z tych propozycji najbardziej odpowiadała mi kuchnia. Więc kiedy obiecała mi tam pracę, w tym hotelu co miał powstać, to poszłam pod opiekę pani Heleny i jednocześnie zaczęłam szukać, uczyć się, nawet kupiłam komputer i nauczyłam się zdobywać informacje w internecie. I tak już zostało! Tutaj wprawdzie nominalnym szefem kuchni jest taki pan Wojtek z Warszawy, ale teraz przyjeżdża coraz rzadziej. Dużo mnie nauczył, ale i ja go trochę nauczyłam, przede wszystkim miejscowej kuchni. Bo pani Lidka powiedziała mi na samym początku, że mam się specjalizować w miejscowych daniach. Mam szukać gdzie tylko się da, zbierać stare przepisy, rozmawiać ze starymi babkami i robić wszystko co tylko uważam za potrzebne, ale tutejsza kuchnia ma być oryginalna, niepowtarzalna i oparta na daniach regionalnych. I ja tak robiłam!
    Teraz, kiedy pan Wojtek się pojawia, to już ostrożniej do mnie podchodzi, bo nie lubi jak go wpuszczam w maliny – uśmiechnęła się. – W daniach uniwersalnych i egzotycznych jest znakomity, zna kuchnię wielu krajów, ale naszych, miejscowych, już się nie tyka. Czasem tylko wypytuje mnie dokładnie o coś miejscowego, o dokładny przepis na jakąś potrawę, żeby potem zademonstrować to w Warszawie. I to wszystko. Tak teraz żyję, panie Tomku! A co u pana? Może mi pan coś opowiedzieć?

    Spojrzałem na nią i spuściłem oczy. Czym miałem się chwalić? Tak dobrze mi się jej słuchało, zapomniałem niemal o wszystkim, nawet o tym, że siedzę przy niej bez spodni. Kiedyś często widywała mnie tak ubranego, miałem nadzieję, że nie weźmie tego za lekceważenie swojej osoby…
    - Ech, pani Basiu – westchnąłem. – Nie mam nawet czego opowiadać. Moje życie jest szare jak jesienny zmierzch. O czym tu mówić?
    - Pan chyba żartuje! – zaprotestowała. – Pani Dorota podejmuje pana jak nikogo wcześniej!
    - Dlaczego pani tak mówi? Przesada…
    - Panie Tomku… ja siedzę w kuchni, ale wiem dużo. Bardzo dużo.
    - Nie rozumiem.
    - Takie są właśnie sekrety kuchni. Ja nie gotuję dla pani Doroty, bo najczęściej robi to pani Helena. Ale zamówienia na surowce i tak przechodzą przez moje ręce. I po tym orientuję się, kogo należy się spodziewać.
    Rozbawiła mnie. Logika prawidłowa, ale nie mnie się tutaj spodziewano.
    - Tym razem pani spudłowała, to nie o mnie dzisiaj chodziło – śmiałem się cichutko. – Ja przyjechałem zupełnie przypadkowo, a zaproszonym był mój szwagier, właściciel tej działki i tego domu. On tam jest i to jego przyjmują z honorami. To z nim Lidka musi się dogadać! – wyjaśniłem jej.
    Ale Barbara siedziała spokojnie i wydąwszy wargi, kręciła głową. – Panie Tomku… albo chce mnie pan okłamać, albo rzeczywiście tak się panu wydaje.

    Wytrzeźwiałem momentalnie. Do końca. Całkowicie. A mój śmiech zamarł mi na ustach.
    - Dlaczego pani tak mówi? Przecież tak właśnie jest! Nikt nie wiedział o tym, że dzisiaj tu przyjadę. Ja sam jeszcze wczoraj nie godziłem się na ten wyjazd. Stefan przyjechał do mnie, do domu i w końcu bardzo późno uprosił, abym mu towarzyszył. I na pewno nie dzwonił do nikogo, bo pierwszy raz zadzwoniliśmy tu dopiero około pierwszej po południu, kiedy byliśmy niewiele kilometrów stąd. Słuchałem wtedy rozmowy szwagra, ale o mnie nie padło nawet jedno słowo. Nikt o mnie nie pytał, a Stefan nie uprzedzał, że nie jest sam.
    - Panie Tomku, pan nie rozumie. Nie zna pan kuchni. Kuchnia wie wszystko, jeśli tylko myśli. Bo kuchnia jest daleko od bodźców zewnętrznych, więc nie może polegać na własnych obserwacjach, ani na nasłuchu. Takich informacji w kuchni nie ma. Kuchnia za to może analizować. A dopływ informacji do analizy jest zupełnie wystarczający.
    - Zaskakuje mnie pani. Więc proszę mi powiedzieć co pani wie, bo ja naprawdę jestem w kropce. Ja pani nie okłamuję! Mówię wszystko tak, jak ja to widzę!
    Tylko na moment rzuciła na mnie okiem, potem odwróciła głowę i długo wpatrywała się w wykładzinę przed swoim fotelem. A ja z nadzieją na nią patrzyłem. Wreszcie uniosła głowę.
    - Dobrze, ale coś za coś. Zgadza się pan?
    - Na co? – znowu jej nie rozumiałem.
    - Ja panu powiem skąd to wszystko wiem, a pan odpowie mi szczerze na jedno moje pytanie.
    - Oczywiście! Zgadzam się.
    - Więc umowa stoi. Zdradzę panu jeden z sekretów kuchni. Otóż odkąd sięgam pamięcią, nigdy nie zdarzyło się, aby podczas pobytu pani Doroty, pani Lidka prowadziła jakieś rozmowy tam, w domu. Nawet z najważniejszymi osobami. A trochę ich tu już gościliśmy. I zawsze odbywało się to wyłącznie w hotelu. Cały personel doskonale wie, że dom jest enklawą, niedostępną tak normalnie. Tam się idzie tylko w wypadku polecenia i tylko na wyraźne życzenie. A pani Dorota nie życzy sobie nawet ujawniania kim jest i żadnych gości pani Lidki nie zauważa. Nawet ubiera się wtedy jak zwykła turystka, żeby nie zwracano na nią uwagi.
    Ja wiem kim pani Dorota jest teraz. Dlatego, kiedy kilka dni temu, dowiedziałam się o tym, o czym panu mówiłam, że na obiedzie w domu będą specjalni goście, to pomyślałam o panu. Ja nawet pomagałam w przygotowaniu dzisiejszego obiadu pani Helenie. No i wyszło mi na to, że przyjechał nie kto inny, tylko pan. Inaczej po prostu być nie mogło. Nikt inny nie byłby tam przyjmowany podczas wakacji pani Doroty. A domyślam się jeszcze jednego i teraz proszę pana o spełnienie swojej obietnicy. Proszę mi odpowiedzieć na jedno moje pytanie.
    - Jakie? Przecież pani dobrze wie, co nas kiedyś łączyło.
    Skinęła głową. – Oczywiście że wiem. I nigdy nikomu o tym nie powiedziałam. Nawet, że coś w ogóle wiem na taki temat, zapewniam pana. Tylko jeden, jedyny raz, wtedy gdy rozmawiałam z panią Lidką, wspomniałam o tym. Ale przecież dla pani Lidki to też nie jest żadną tajemnicą.
    - Nie jest, proszę się nie przejmować – potwierdziłem.
    - Panie Tomku… – spojrzała mi w oczy i zamilkła.
    Nie spuściłem wzroku. Nie miałem powodu.
    - Chłopcy pani Doroty, to są… pana, prawda?
    Nawet nie drgnąłem. Wpatrywałem się w jej oczy zupełnie nieruchomo i milcząc, aż sama opuściła powieki.
    - Wiedziałam… – wyszeptała pod nosem. Ale natychmiast znowu uniosła głowę.
    - Ja… przepraszam, ja się cieszę… nie myślę niczego złego… proszę mi uwierzyć!
    A ja, niemal zesztywniały, zapytałem tylko – …Pani Basiu… skąd pani to wie?


    c.d.n.
  • #7
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Schowała twarz w dłoniach, opuściła głowę i trwała tak, milcząc, przez pewien czas. Myślałem, że płacze. Aż nagle porzuciła poprzednią pozycję, wyprostowała się i wygodnie oparła plecami. Opuściła też dłonie na kolana. Jej twarz nie była nawet smutna, cieszyła się!
    - Ja pana bardzo przepraszam, ja… domyśliłam się tego sama. Kiedy pani Dorota przywiozła chłopców po raz pierwszy, nawet ich jeszcze nie widziałam. Zapytałam tylko pani Heleny ile dzieci mają lat, bo przecież miałyśmy przygotowywać dla nich specjalne dania i musiałam wiedzieć dla jakich dzieci to ma być. A potem jedynie policzyłam… I to wszystko…

    Siedziałem nieruchomo. Nie czułem się najlepiej i nie bardzo też wiedziałem co mam teraz odpowiedzieć. Ale zapytałem.
    - Pani Basiu, kto jeszcze o tym wie?
    Pokręciła głową. – Nie wiem. Ode mnie nie dowiedział się nikt. Nie pytałam nawet pani Lidki, ani nie rozmawiałam na ten temat z panią Dorotą, chociaż dwa lata temu pani Heleny tutaj nie było, bo chorowała i to ja przez lato prowadziłam ich kuchnię. Miałam wtedy okazję dokładnie poprzyglądać się chłopcom i utwierdziłam się w swoim przekonaniu. Oni są do pana bardzo podobni. Ale wszystkie te spostrzeżenia zachowałam dla siebie. Panie Tomku… – zawiesiła głos. Spojrzeliśmy na siebie.
    - A pan John… on wie o tym?
    Pokiwałem głową. – Wie. Przecież Dorotka była już matką, kiedy za niego wyszła.
    - No i chwała Bogu! – odetchnęła z ulgą. – Panie Tomku, ja się bardzo cieszę, naprawdę! Bo wie pan… – uciekła ze wzrokiem i umilkła, opuściwszy głowę. Nie przeszkadzałem jej. Coś mi chciała powiedzieć. Musiałem poczekać.
    - Bo ja nie mogę mieć dzieci… – wyrzuciła wreszcie z siebie. – To sobie chociaż na te pańskie czasem popatrzę – dodała. Nagle wyprostowała się i znów spojrzała mi w oczy. Była spokojna.

    - Proszę się nie bać, po pierwsze nikomu niczego nie powiem, nawet gdyby mnie pytali, a po drugie, będę teraz dbała o nich jeszcze bardziej, gdybym była potrzebna. Panie Tomku, ja już sobie pójdę. Za długo pana zatrzymuję.
    Podniosła się z fotela. Więc i ja wstałem.
    - Nie chciałbym pani urazić, ale dlaczego pani twierdzi, że nie może mieć dzieci? Nie da się niczego naprawić?
    Pokręciła głową. – Teraz jest już za późno. To przez błędy młodości, moją naiwność i nieświadomość. Gdybym wtedy wiedziała to, co wiem dzisiaj, była jeszcze szansa. Ale mleko się wylało i nic się nie da zrobić. Już się z tym pogodziłam. Dobrze mi tutaj, dobrze tutaj pracować, tak właściwie to tylko jedno dokucza mi wieczorami. Że nigdy nie mam z kim porozmawiać. Pan na długo przyjechał?
    - Nie wiem. W zasadzie to jutro zamierzaliśmy wracać, ale tyle rzeczy się dzieje, że teraz niczego już nie jestem pewien. Pozwalam się unosić wydarzeniom jak liść płynącej wodzie.
    - To niedobrze – kręciła głową. – Gdyby kiedyś pan miał czas i ochotę, to proszę do mnie zaglądnąć. Nie będę już naprzykrzać się o grilla! – uśmiechnęła się do mnie. – Natomiast chętnie bym z panem posiedziała i pogwarzyła.
    - Pani Basiu, z wielką przyjemnością! – schwyciłem ją w objęcia i pocałowaliśmy się.
    Zabrała swoją reklamówkę ze stolika i spojrzała na zegarek.

    - No, przekroczyliśmy wszelkie kanony przyzwoitości. I to jeszcze w hotelowym pokoju.
    - A co, nie wolno tego robić?
    - Pracownikom? Absolutnie! To niedopuszczalne! Ale proszę się nie martwić, ja się tym nie przejmuję. I tak będzie sporo gadania o tym naszym powitaniu. Że całowałam się z tym gościem, który wcześniej uwodził panią Dorotę. I że znam go od lat. Celowo zagrałam taki teatr, bo tutaj mają mnie bardziej za dziwaczkę, która panami interesuje się mniej niż średnio. Więc niech sobie pogadają. Mnie to zupełnie nie przeszkadza.
    Westchnąłem. – To coś jak i ja. Mnie po tamtych wakacjach, panie też niezbyt interesują. Dzisiaj jednak chętnie bym z panią posiedział i powspominał. Przez te wszystkie lata nawet nie miałem komu się wyżalić. I nie wiedziałem, że mam następną dwójkę dzieci.
    Zamarła, stojąc już przy drzwiach i opuściła bezwładnie ręce.
    - Pan niczego nie wiedział???
    Pokręciłem tylko nieznacznie głową.
    - Od tamtego roku???
    - Od dnia, kiedy pomachałyście mi obydwie z Lidką na peronie, nie miałem żadnej informacji o niczym. Nic! Zero absolutne!
    Schwyciła się za głowę. – Jezu! Nie zazdroszczę panu, ale i nie rozumiem tego.
    Nagle odwróciła się i znowu schwyciła reklamówkę.
    - Lecę, panie Tomku, bo będziemy tak stać do rana. Do widzenia panu i życzę udanego wieczoru.
    - Pani Basiu! – zawołałem. – Ja też idę, przyszedłem tutaj tylko po to, aby zażyć leki.
    - Więc proszę zabrać kartę – powiedziała, otwierając drzwi. Nagle roześmiała się. – No tak, Ewa policzy nam minuty dokładnie i będzie kombinowała co też tak długo robiłam z tym porozbieranym gościem.

    Wyszliśmy z hotelu, żegnani uśmiechem milczącej recepcjonistki. Barbara przystanęła od razu na podjeździe.
    - Muszę pana pożegnać, gdyż ja w przeciwnym kierunku. Życzę dobrej zabawy.
    - I nie zajrzy pani?
    - Nie wiem, ale raczej nie – odparła spokojnie – Nie miałabym tam co robić. Alkoholu w zasadzie nie piję, jeść nie będę, bo i tak za dużo jem, rozmawiać nie będę miała z kim… Ja się nudzę na takich imprezach.
    - Popływać pani może – zachęcałem. Barbara pokiwała głową.
    - Myśli pan, że to miło rozebrać się tuż obok na przykład pani Doroty? Albo tych młódek z hotelu? Jestem realistką, panie Tomku i znam swoje miejsce. Życiową dawkę upokorzeń już otrzymałam, więcej nie potrzebuję. Jeszcze raz do zobaczenie i dobrej zabawy!
    Podała mi rękę, ale nie wytrzymałem! Przyciągnąłem ją ku sobie, objąłem i pocałowałem. Nie zważając na jej opór i na to, czy ktoś patrzy, czy nie. Kiedy uwolniła się z uścisku, spojrzała wesoło, po czym pogroziła mi palcem.
    - Do widzenia panu! Może jutro się zobaczymy?
    Pomachała jeszcze palcami uniesionej dłoni, odwróciła się i poszła powoli w stronę głównej drogi dojazdowej. A ja przez ponad minutę odprowadzałem ją spojrzeniem.

    Kiedy wróciłem pod wiatę, przy naszym stole było pusto. Wszyscy byli w wodzie. Tylko dwa stoły dalej, siedziało kilka nieznanych mi osób. Rozmowa z Barbarą bardzo mnie uspokoiła i teraz to właściwie myślałem o tym, jakby się zbliżyć do Doroty.
    Tymczasem obydwie z Lidką pływały na głębokiej wodzie, a Stefan z Anną obserwowali je, stojąc niedaleko brzegu. Wskoczyłem do wody i dołączyłem do nich.
    - Fantastycznie dziewczyny pływają – Stefan nie krył podziwu. Anna potakiwała głową.
    - Przecież to profesjonalistki – odpowiedziałem mu. – Dorota trenowała pływanie od zawsze, czyli od dzieciństwa. A Lidka wychowała się przecież nad jeziorem. Wcześniej pływała niż chodziła.
    Anna patrzyła na mnie zdumiona. Stefan zaś zapytał:
    - Skąd ty to wszystko wiesz?
    - Bo wiem. Powiem ci więcej. Dorota trenowała też jazdę figurową na łyżwach, no i balet. Zauważyłeś jak ona się porusza? Jakby tańczyła!
    Anna kiwała potakująco głową.
    - Właśnie, to bardzo elegancko wygląda – odezwała się do nas. – Przyznam się, że sama kiedyś próbowałam tak chodzić, ale nie potrafię. Jakoś strasznie sztucznie to wychodziło.
    Roześmieliśmy się ze Stefanem. Szczerość Anny była zabawna. Moje przygnębienie zaczęło trochę mijać.

    - Ciekawy jestem – powiedziałem do nich – czy Dorotka potrafi jeszcze założyć nogę na szyję. Ostatnim razem, kiedy się widzieliśmy, zakładała bez problemów.
    - Naprawdę? – Anna znów nie dowierzała. – To moja szefowa ma więcej zalet niż sobie wyobrażałam. Ja też muszę teraz więcej ćwiczyć!
    - Taaa… wszyscy musimy – odezwałem się trochę sceptycznie. – Po to ułatwialiśmy sobie pracę, żeby się w niej nie przemęczać, za to natychmiast po roboczym dniu biegniemy na siłownię, aby się chociaż spocić. Ech, cywilizacjo!
    - Pani Aniu – zapytał Stefan. – Jak długo pracuje pani w banku?
    - Panowie, proszę mówić mi po imieniu – dziewczyna zmieniła temat. – Ja naprawdę głupio się czuję, jak z moją przełożoną jesteście panowie na ty, a do mnie zwracacie się per „pani”.
    - Nie ma sprawy – Stefan już wyciągał rękę do Anny. – Ja jestem Stefan.
    - Nie, nie, panie Stefanie! – Anna podała mu dłoń, ale protestowała nadal. – Mnie tak nie wypada. Panowie jesteście tutaj gośćmi szefostwa, a ja jestem tylko pracownikiem. Więc panowie pozwolą, że ja pozostanę przy dotychczasowej formie. Tym niemniej bardzo proszę o zwracanie się do mnie po imieniu.
    - Jak pani sobie życzy, Aniu – zaakcentowałem jej imię.
    - Czyli musimy teraz ten fakt uczcić! – Stefan powiedział to dość głośno. Nie zauważył, że Dorota z Lidką zbliżały się do nas.

    - A cóż takiego musicie uczcić? – Lidka od razu oznajmiła, że słyszała jego ostatnie słowa. Popatrzył na nią i rzucił:
    - Nie lubisz mnie, wspólniczko, więc zawarłem nowe znajomości. Jak święto, to święto!
    - Kto ciebie okłamał, że ja cię nie lubię? – Lidka stanęła w niemal bojowej pozycji, podpierając się pod boki. – Jak ten ktoś ma czelność tak łgać!
    - Nikt mnie nie okłamywał! – Stefan próbował wybrnąć z sytuacji – Ja po prostu widzę, że mnie porzuciłaś i odpłynęłaś w siną dal.
    Lidka stała i tylko kiwała głową.
    - To ja, niczym wyrodna matka, porzuciłam dzisiaj swoje własne, małoletnie dzieci, żeby się z tobą spotkać i napić wódki, a tu takie zachwyty mnie spotykają! I za co? – podeszła do mnie i objęła ręką w pasie. – Chodź, Tomek, nie chcą mnie tutaj. Wypijemy we dwoje ze zgryzoty. Nie doceniają tu moich starań!

    Nie protestowałem. Też ją objąłem i poszliśmy tak razem przez wodę do stopni wyjściowych, a żegnał nas tylko chichot Anny i Doroty. Zaskoczony Stefan milczał. Zdawałem sobie sprawę, że Lidka coś kombinuje, ale to mi akuratnie odpowiadało. Byłem ciekawy o co jej chodzi, a wódki też chciałem. No i nie myliłem się. Kiedy tylko wspięliśmy się na stopnie i od reszty towarzystwa oddzielało nas kilkanaście metrów, Lidka porzuciła górnolotne tony i zwykłym głosem przeszła do konkretów:
    - Słuchaj, co się dzieje? Jesteś zły na Dorotę?
    - Nie, to nie to – byłem smutny i zrezygnowany, ale nie zamierzałem niczego ukrywać. – Po prostu trochę za dużo jak na jeden raz. Muszę to jakoś przemleć do sprawniejszej postaci.
    - Coś chrzanisz – przerwała mi – ale niech ci będzie. Mam nadzieję, że do wieczora ci przejdzie.
    - Też mam taką nadzieję – odpowiedziałem.
    Podeszliśmy do naszych miejsc pod wiatą. Lidka od razu podeszła do szafy, wyjmując butelkę i sok. Postawiła wszystko na stole i usiedliśmy. Nikt nam nie przeszkadzał. Stefan z Anną i Dorotą pływali w jeziorze. Nikogo innego blisko nas nie było.
    - Wiesz, co? – zacząłem powoli. – Rozum mi mówi, że owszem, trzeba było tak postąpić, ale gdzieś, w podświadomości, siedzi sobie zadra, że zostałem potraktowany raczej bardzo przedmiotowo. Nawet teraz, kiedy przyszliśmy tutaj i obserwowałem chłopców pływających w wodzie, Dorota wsparła się o moje ramię i chciałem tylko położyć głowę na jej ręce. Taki drobny gest. Ale nie pozwoliła, zabrała rękę i odeszła. A ja zostałem i poczułem się jakiś taki pusty i zbędny.
    - Przestań się rozczulać! – Lidka była kategoryczna i nie żartowała. – Uważasz się za niedocenionego? Mylisz się i to bardzo! – energicznie nalała odrobinę wódki do szklanek, nie przestając mówić. – Zastanów się przez chwilę, mogłeś nadal nic nie wiedzieć i żyłbyś sobie spokojnie, jak dotąd. Doceń chociaż to, że przyznała się przed tobą do błędu. I próbuje to zmienić, próbuje znaleźć miejsce i dla ciebie.
    - Ależ ja to wszystko rozumiem i nawet doceniam. I sam siebie o tym przekonuję. Ale tu rozum nie działa. Wszystko mi przeszkadza. Nawet ta impreza. Mnie po prostu brakuje chyba paru chwil z Dorotą sam na sam. Nie, nie do łóżka, jeśli o tym pomyślałaś. Po porostu tak tylko… pobyć blisko… Bardzo często wspominałem ją wieczorami. I ciągle tęskniłem…
    - Przecież ci udowodniła, że ty też jesteś dla niej kimś potrzebnym. Zresztą, najlepiej by było jakbyście poszli do salonu i spokojnie porozmawiali. Jak pójdziemy po muzykę to możecie zostać.
    - Niech i tak będzie. Mam nadzieję, że mi nie odmówi.
    - Nie bój się o to, ona też chce pobyć z tobą. Tylko bardzo cię proszę, spróbuj zachowywać się normalnie. I nie upij się, bo chcę z tobą potańczyć! Tak, tak! – roześmiała się. – Ja naprawdę bardzo się cieszę, z naszego spotkania. I chociaż nie jestem w tobie zakochana, to nie znaczy, że cię nie lubię. A nawet więcej. Nie zapomniałam, co mówiłam ci kiedy wyjeżdżałeś. Spróbuj się trochę odprężyć i pobawić dzisiaj wieczór. Naprawdę chciałabym zachować z tego dnia dobre wspomnienia. Nie zapominaj, że ja też mam malutkie dzieci, które dzisiaj zostały bez mamy. Nie zmarnujmy tego czasu na jakieś przepychanki.

    Objąłem ją delikatnie za ramiona, przysuwając do siebie.
    - Wiesz, pewnie masz rację i zgadzam się z tobą. Odłóżmy do jutra zastanawianie się nad sensem wszystkiego. Spróbuję! Obiecuję!
    Lidka bez namysłu podniosła się z ławy i usiadła mi na kolanach, mocno się przytulając. Mój nos znalazł się niemal między jej piersiami, znacznie większymi niż kiedyś.
    - No chyba mnie udusisz – zawołałem, odrywając twarz od jej mokrego stanika. Żebyś chociaż to zdjęła – zażartowałem.
    - Nie da rady, Tomciu – odpowiedziała wesoło. – Minęły te czasy, kiedy paradowałam przed tobą z gołymi cyckami. Teraz one są dla moich malutkich!
    Wytargała mi jeszcze włosy na głowie, po czym zsunęła się z kolan i usiadła na ławie obok. Rozejrzałem się wkoło. No jasne. Wszyscy już dawno wyszli z jeziora i stojąc na brzegu wpatrywali się w naszą stronę. Czyli znowu dałem przedstawienie. Kolejna kobieta, z którą się całowałem.

    Pierwsza w stronę wiaty ruszyła Dorota.
    - Ale wam dobrze! – miała zupełnie wesoły, kpiący głos. – Nie śmieliśmy przeszkadzać w tak zbożnych dziełach, ale trochę zmarzliśmy, więc wybaczcie!
    - Nie ma tematu! – odezwałem się, starając, aby mój głos zabrzmiał pojednawczo. – Właśnie zakończyliśmy rozmowę.
    - Teraz, w miejscowej gwarze, takie coś nazywa się „rozmową”? – Stefan przystanął, patrząc na mnie. – Trochę tu kiedyś biegałem po okolicy, ale o takim znaczeniu tego słowa jeszcze nie słyszałem!
    Anna uśmiechała się po nosem, usiłując zachować powagę.
    - Aniu, co te ludziska chcą ode mnie? – zapytałem, udając zdziwienie. Dorota jednak szybko wyłapała przejście na „ty” i zwróciła się do mnie troszkę ironicznie. A może tylko tak mi się zdawało.
    - Co ja słyszę, zawarłeś już z Anią bliższą znajomość? Nie próżnujesz! To świetnie! Wręcz znakomicie!
    Dziewczyna zesztywniała. Widziałem jak niepewność wypełzła jej na twarz. Ale Dorota również zorientowała się, jaką reakcję wywołały jej słowa. Podeszła do Anny i objęła ją łagodnie jedną ręką.
    - Aniu, wierz mi – rozłożyła drugą rękę w geście bezradności – Niczego złego nie miałam na myśli. Naprawdę!
    Widziałem jak asystentka odetchnęła z ulgą. Chyba została przekonana.
    - No to, pani szefowo – Stefan wtrącił się do rozmowy – pani pozwoli Ani na dużego drinka, niech dziewczyna wyluzuje się trochę!
    - Ależ nie mam nic przeciwko! – Dorota była wesoła i zupełnie opanowana. – Dawno już mówiłam, że ma dzisiaj całkowitą swobodę. Może robić co tylko chce.
    - Dorotko… – zapytałem cicho. Popatrzyła na mnie, jakby ze zdziwieniem. – A ze mną się napijesz?
    - Oczywiście! – odpowiedziała bez wahania. – Cały czas czekam na twoją propozycję.

    Widziałem kątem oka, jak Anna znowu obrzuciła mnie zdziwionym spojrzeniem.
    - Lideczka! – zawołałem prosząco. – Zrobisz nam drinki?
    - Tobie, sułtanie, zawsze! – Lidka odkrzyknęła kpiąco i zakrzątnęła się przy szklankach. Po chwili, świeżo napełnione, stały przed nami. Spojrzałem na Dorotę. Brała swoją ze stołu, ale moje spojrzenie i tak zarejestrowała wzrokiem.
    - I co tak patrzysz – odezwała się w moją stronę. – Mam ci siadać na kolanach, tak jak Lidka?
    - Wcale bym się nie obraził – wycedziłem.
    Dorota nie zastanawiając się długo, zrobiła to. Mieliśmy wprawdzie małe problemy, bo siedziałem teraz zbyt głęboko i nie było nam wygodnie, ale jakoś się udało. I to jej biust chowany częściowo w skąpym staniczku miałem teraz przed oczami. Też był chyba większy niż niegdyś. Objąłem ją w talii i przycisnąłem do siebie, ale nosa w biust nie wtykałem. Odwróciłem głowę i przytuliłem się do jej boku. Dorota też delikatnie objęła mnie za głowę i przez kilka sekund przyciskała do siebie. Trwało to jednak o wiele za krótko, bo już po kilku sekundach zapytała zimno:
    - I jak? Wystarczy już?
    Pokręciłem przecząco głową ale się nie odzywałam. Nadal obejmowałem jej talię. Jednak zadecydowanymi ruchami oswobodziła się z moich rąk i usiadła na ławie.
    - Mokra jestem, niewygodnie tak – starała się wytłumaczyć, ale mnie było trochę przykro, że trwało to tak krótko.

    - Czemu ciągle atakujecie tylko Tomka? Mnie to już nic się nie należy? – Stefan głośno wyrażał swoje niezadowolenie. – Zamęczycie chłopaka na amen.
    - Nic mu nie będzie – Lidka bagatelizowała obawy Stefana. – Ma z nami wprawę. Ale teraz proponuję, byśmy poszli szukać płyt.
    - Ja się już przebiorę – Dorota wstała z ławy. – Tomek, będziesz jeszcze pływał?
    Szybko się zdecydowałem. Muszę się otrząsnąć i dokończyć rozmowę z Dorotą. Lepszej okazji chyba nie będzie.
    - Jeśli nawet, to później. Na razie mam dość wody. No i wolałbym iść z tobą do salonu – powiedziałem głośno i otwarcie, tak żeby wszyscy słyszeli.
    - To chodźmy – Dorota wyciągnęła dłoń w moim kierunku. Ująłem ją, podnosząc się z ławy i ruszyliśmy powoli w stronę sauny.
    Już na początku drogi dłoń oswobodziła, więc szliśmy oddzielnie i w milczeniu. Wreszcie nie wytrzymała.
    - Czemu jesteś taki milczący? Ugryzło cię coś?
    - Nie – zaprzeczyłem, wzdychając. – Chociaż właściwie… Dorotko, ja sam nie bardzo wiem dlaczego mam taki kiepski humor. Patrzę tak na to wszystko, myślę i wydaje mi się, że dobrze zrobiłaś. Dzieci mają dobrze… ale gdzieś tam w głębi duszy, trochę mnie wkurza, że jakiś facet utrzymuje i wychowuje moje dzieci! Wybacz, że tak nazwałem twojego męża, nie mam najmniejszego zamiaru go obrażać – zastrzegłem się szybko – to tak trochę…
    - Przestań! – przerwała mi niecierpliwie. – Mylisz się. Żaden facet, jak to określiłeś, nie utrzymuje twoich dzieci. Wprawdzie John biedny nie jest i nic by mu się nie stało. Trochę pieniędzy ma. Tyle, że ja mam prawdopodobnie więcej od niego i żadnego wsparcia nie potrzebuję. Ani od niego, ani od ciebie. Finansowo poradzę sobie sama i to bez żadnych problemów. Czyli takiego tematu nie ma.

    Przystanąłem zdumiony, wpatrując się w nią. Co to za opowieści? Ma więcej pieniędzy niż John? Ciekawe skąd…
    Dorota zrobiła jeszcze krok naprzód, ale odwróciła się do mnie, znowu wyciągając rękę.
    - Chodź, nie będziemy tu dyskutować. Chcę się przebrać.
    Podałem jej dłoń i w milczeniu doszliśmy do sauny.
    - Tomek, nic mi nie powiedziałeś, jak żyłeś od tego czasu – wyraźnie chciała zmienić temat. – Jak się miewa twoja żona, co robią dzieci?
    Podeszliśmy do szafki z naszymi ubraniami. I znów się odezwały sentymenty. Przecież tuż obok moich rzeczy, wisiała odzież Doroty, łącznie z jej bielizną… To wszystko kiedyś na nią zakładałem i jeszcze częściej z niej zdejmowałem…
    Ale to przeszłość. To se ne vrati pane Havranek. Otrząsnąłem się ze wspomnień. Dorota zabrała wszystko i weszła do kabiny. Ja nie miałem ochoty się chować. Przebierałem się przy szafce, na zewnątrz.

    - Jakby ci to w skrócie powiedzieć. Nie wszystko jest tak, jakbym chciał – nawiązałem do jej pytania i mówiłem głośno, nie wiedząc nawet, czy mnie słyszy. – Wiesz przecież, że mieszkam na prowincji. Z pracą, to raczej nie ma się czym chwalić. Z żoną – powiedzmy, żyjemy dyplomatycznie. I faktycznie, cała radość to dzieci. Mój syn jest już adwokatem, a córka – roześmiałem się – poszła w twoje ślady!
    - W jakim sensie? – usłyszałem głos Doroty, dochodzący z kabiny.
    - Skończyła filologię angielską!
    Drzwi kabiny nieoczekiwanie się otwarły i pojawiła się, już ubrana.
    - Gdzie? Na jakiej uczelni? – zapytała z zainteresowaniem, zatrzymując się przy mnie. – Czy mogłabym ją poznać? – stała obok i patrzyła mi prosto w oczy. – Nie bój się, nie mam niczego złego na myśli. Po prostu pomyślałam… – aż zamachała rękami, dusząc śmiech – …że mogłaby dla mnie pracować. O kurczę! – śmiała się na głos. – Tomek! Mam dla niej ofertę pracy! Przyślij mi ją do banku, dobrze?
    - Dorotko, ona studiowała na Jagiellonce i tam też próbuje się odnaleźć.
    - No i co z tego? – przerwała mi, kontynuując swoją myśl. – Takiej dobrej oferty nigdzie nie dostanie! Słuchaj – oparła swoją dłoń na moim torsie. – Dostaniesz moją złotą wizytówkę i jej oddasz. Nie… – przerwała, coś analizując. – Inaczej. Dam ci dwie wizytówki. Jedna będzie oczywiście dla niej, a druga dla ciebie.
    - A co to takiego? – zapytałem zdziwiony.
    - To są wizytówki specjalnego znaczenia. Dla wybranych. Zdajesz chyba sobie sprawę, że tak z ulicy, to nikt do szefostwa banku się nie dostanie. Nie ma szans. Ale ktoś, kto zjawi się z taką wizytówką, jest bez zwłoki dostarczany do osoby, która na niej figuruje. Bez zapytań i zbędnych formalności. Czyli osoba z tą moją wizytówką, szybciutko znajdzie się w moim gabinecie. Taki amerykański wynalazek. Bardzo wygodny zresztą. Ułatwia życie.
    - Dorotko, tak właściwie, to kim teraz jesteś? – patrzyłem na nią oniemiały, bo wprawdzie coś już o tym napomknęła, ale wciąż i to zupełnie bezpodstawnie, jakoś nie przyjmowałem tego do wiadomości. Nie chciałem wierzyć, że to już nie jest tamta Dorotka. – Oczywiście, nie chodzi mi o prywatne życie, tylko o służbowe.
    - Ech, Tomku! – tylko westchnęła. – W domu ci opowiem. Chodźmy już. Za długo jesteśmy tutaj sami. I tak po dzisiejszym dniu cała okolica będzie huczała rewelacjami. Personel mamy wprawdzie sprawdzony i wybrany, ale ludzie zawsze są ludźmi. A daliśmy im już dzisiaj niemało okazji do plotek.

    Wyszliśmy na zewnątrz. Słońce, chociaż było nisko nad horyzontem, nadal grzało równo.
    - Więc co teraz robimy? – zapytałem. Byłem zdezorientowany. Pod wiatą były jakieś nowe osoby. Nie chciałem tam iść. Dorota również spojrzała w tamtą stronę.
    - Wiesz co? Weź z sauny swoje kąpielówki oraz mój kostium i idź do salonu. Poczekaj na mnie. Ja niedługo tam przyjdę, muszę tylko wydać dyspozycje na dzisiejszy wieczór – ścisnęła moją dłoń. – To nie potrwa długo, kilka minut. Przyrzekam.
    - A z ciuchami co mam zrobić?
    - Zabiorę je od ciebie, nie martw się. Po prostu nie chcę o tym zapomnieć, a tak, na jutro będą wyprane i suche.
    Cmoknęła ustami w moim kierunku i już jej nie było. Spojrzałem w ślad za nią. Nadal pięknie chodziła, jakby płynąc po ścieżce. Ech, Dorotko! – rozmarzyłem się przez chwilę. Dlaczego nie jesteś już moja?
    Wszedłem znowu do sauny i zabrałem mokre szmatki. Kostium, który przed chwilą opinał jej ciało. To ciało, z którego kiedyś zdejmowałem takie kostiumy, albo sama zrzucała je przede mną i to bez żadnego ociągania się…

    Kiedy tylko szczęknął zamek drzwi wejściowych, z drzwi kuchni wyjrzała głowa Heleny. Uśmiechnąłem się do niej i chciałem przejść obok. Ale jej głos mnie zatrzymał.
    - Proszę pana…
    Przystanąłem i spojrzałem w jej stronę.
    - Bardzo pana przepraszam, ale tu są prywatne pokoje państwa. Proszę się na mnie nie gniewać! Ja z polecenia panienki Doroty…
    - Ale ja właśnie na życzenie pani Doroty idę do salonu – próbowałem tłumaczyć się niepewnie. Jej słowa mnie zaskoczyły i zbiły z pantałyku. Nigdy nie byłem odporny na zaskoczenie.
    - A to przepraszam, skoro tak, to proszę! – Helena wycofała się do kuchni.
    - Proszę pani – zawołałem za nią, przypominając sobie słowa Doroty, że mogę wchodzić do kuchni. Nagle przyszło mi do głowy, że mogę z tego skorzystać. – Ale do kuchni mogę zaglądnąć?
    - Tak panienka mówiła – odpowiedziała Helena, tonem głosu nie kryjąc, że tym pomysłem zachwycona nie jest.
    Ale ja odzyskiwałem już rezon i nie zamierzałem teraz ułatwiać jej sytuacji. Wpakowałem się w ślad za nią i usiadłem przy kuchennym stole.
    - Proszę pani, a mógłbym poprosić o kawę?
    - Oczywiście, jaką pan sobie życzy – burczała nadal, mało zachęcająco.
    - Poproszę z ekspresu, ale z mlekiem i bez cukru. – oświadczyłem, kładąc mokre rzeczy na stole.
    - A co to jest? Co to takiego? – aż zakrzyczała. – Na kuchennym stole?
    - Przepraszam panią – zabrałem wszystko z powrotem i trzymałem niepewnie w ręce. – To jest kostium pani Doroty i moje kąpielówki.
    - No wie pan? W kuchni na stole? Proszę mi to oddać! – Zdecydowanym ruchem wyciągnęła rękę w moim kierunku. Dałem jej wszystko. Wzięła i szybko wyszła. Po chwili wróciła, ale nie patrzyła na mnie. Wyraźnie się jej nie spodobałem. Sytuacja trochę mnie śmieszyła, ale cóż miałem robić?

    Stół był ten sam. Stary, porządny, dębowy stół, jakich już nie spotkać. Gdyby pani Helena wiedziała jakie misteria odprawiałem na nim z Dorotą, to chyba zeszłaby z tego świata na palpitację serca. A teraz zwykłe, mokre majtki jej przeszkadzają…
    Zanim jeszcze filiżanka z kawą wylądowała przed moim nosem, usłyszałem gwar dochodzący od wejścia. Helena znów zajęła strategiczną pozycję w drzwiach kuchni. Ale nie reagowała, bo na czele grupy była Dorota. Jej głos był bardzo wyraźny. Poszła ze wszystkimi do salonu, chwilę tam coś mówili, pewnie zabierali sprzęty. I niezadługo usłyszałem oddalające się głosy a potem wszystko umilkło. Helena już wcześniej cofnęła się od drzwi, tracąc zainteresowanie całym wydarzeniem.
    - Pani Heleno! – usłyszałem nagle wołanie Doroty. Wstałem od stołu i skierowałem się do wyjścia, zanim Helena zareagowała.
    - Dorotko! – odezwałam się z kuchennych drzwi. Stała w drzwiach salonu i rozglądała się po korytarzu. – Jestem tutaj!
    - Słucham, panienko – Helena odezwała się za moimi plecami.
    - No, już myślałam, że gdzieś przepadłeś! – roześmiała się z ulgą. – Gdzie masz te mokradła?
    - Pani Helena mi zabrała! No i nie pozwoliła mi pójść do salonu – poskarżyłem się. Dorota roześmiała się na cały głos.
    - O jejku! – łapała oddech. – Pani Heleno – chichotała serdecznie, kierując się w naszą stronę. Przepuściłem ją, stając obok drzwi. Helena też się wycofała. Dorota weszła do kuchni i widząc filiżankę, usiadła obok mojego miejsca.
    - Pani Heleno, ja też poproszę o kawę – cały czas cicho się śmiała, ale wzięła moją dłoń w swoje ręce.
    - Pani Heleno! – Dorota nadal miała żartobliwy głos.
    - Słucham, panienko – Helena kończyła właśnie przygotowanie kawy i odwróciła się do nas, stawiając filiżankę przed Dorotą.
    - Chciałam panią prosić – Dorota trochę spoważniała i nieoczekiwanie oświadczyła. – Tomek jest członkiem naszej rodziny i ma tutaj swobodny wstęp. Wszędzie. Nawet podczas mojej nieobecności.
    - Ten pan? – wyrwało się Helenie. Nie udawała zaskoczenia. Zresztą i dla mnie to oświadczenie było niemałą niespodzianką. I pewnie też głupio wyglądałem.
    - Tak, ten pan! – potwierdziła Dorota pewnym głosem. – Pani Heleno, ma pani jakąś nalewkę? Niech pani wyjmie coś świątecznego. Napijemy się odrobinkę.
    - Panienko, oczywiście, a z jakiej to okazji? – Helena zapytała, ale nie czekając na odpowiedź poszła do spiżarni, a po chwili wróciła z pękatą, ciemną butelką.
    - Co to jest? – zainteresowała się Dorota.
    - Dereniówka, panienko.
    Wydobyła z szafek malutkie kieliszki, postawiła na stole, po czym ostrożnie i własnoręcznie je napełniła. Teraz czekała zdumiona, spoglądając na Dorotę.
    - No to wypijmy za pani zdrowie, pani Heleno. A okazja? Czy musi być okazja? Wypijemy z okazji spotkania z Tomkiem. Proszę go zapamiętać! A poza tym dla zdrowotności!
    - Niech i tak będzie! – Helena powoli odzyskiwała równowagę.
    - Mam nadzieję, że pani się na mnie nie gniewa – próbowałem włączyć się do rozmowy, kiedy już opróżniłem kieliszek.
    - A niby za co mam się na pana gniewać? – Helena podniosła odważniej głos. – Mówiłam, że ja pana kiedyś widziałam – kręciła głową. – Widziałem też, jak pan przyjechał motorem panienki Lidki. Ale nikomu nie mówiłam. Widziałam, jak panienka Lidka potem z panem odjechała, znaczy, że wszystko było w porządku.
    Dorota wybuchnęła śmiechem.
    - Pani Heleno, jest pani wspaniałą kobietą. Dziękuję pani za wszystko!
    - No co też panienka – Helena była wyraźnie wzruszona, ale i skrępowana. Chyba moją obecnością.
    - Pani Heleno! – Dorota oderwała się od niej. – Na razie idziemy z Tomkiem do salonu, trochę powspominać sobie dawne czasy, ale mam nadzieję, że pani tak szybko spać nie pójdzie, bo chciałabym też wrócić do pani.
    - Ja zawsze jestem, gdy potrzeba! – aż się żachnęła. – Czy podać coś do salonu?
    - Tomek… – Dorota popatrzyła na mnie. – Masz na coś ochotę?
    - Największą na twoje towarzystwo – odparłem bez namysłu. – Reszta może poczekać.
    - Bardzo elegancko pan powiedział – pochwaliła mnie Helena. I zwróciła się do Doroty. – To ja coś przygotuję.
    - Nie ma pośpiechu, pani Heleno, wróciliśmy właśnie od grilla, ja głodna nie jestem i mam nadzieję, że Tomek też jeszcze nie.
    Spojrzała na mnie, a wtedy skinąłem potwierdzająco głową. Podniosłem się z krzesła i obydwoje wyszliśmy. Ale przed drzwiami salonu Dorota zatrzymała się.
    - Wejdź do środka, ja będę za trzy minuty. Poprawię tylko makijaż, bo to jezioro troszeczkę go rozmyło – tłumaczyła się. – To naprawdę chwilka.
    - Nie ma sprawy, poczekam.

    Pchnąłem drzwi i wszedłem do środka. Ale szybko wyszedłem z powrotem, wracając znowu do kuchni.
    - Pani Heleno, czy ma pani gdzieś trochę lodu? – zapytałem zaraz od drzwi.
    - Lód pan znajdzie w salonie. W chłodziarce obok barku – popatrzyła na mnie zdziwiona i z niejakim politowaniem. – Jak będzie pan potrzebował czegoś innego, to proszę brać najpierw tam, a ja później sama uzupełnię.
    - Dziękuję pani bardzo – ukłoniłem się jej.
    - Niech panu idzie na zdrowie! – pożegnała mnie.
    Rzeczywiście, nie pomyślałem o tym, żeby zobaczyć co i gdzie jest. Jakoś ciągle czułem się skrępowany, nie tak jak wtedy, kiedy to ja byłem tu gospodarzem.

    W salonie odnalazłem lód i wodę mineralną. Wrzuciłem sporo kostek do szklanki i dopełniłem szklankę wodą. I nie czekając aż się mocniej ochłodzi, niemal od razu duszkiem wypiłem jej zawartość. A potem znów wlałem wody do reszty lodu. Teraz mogła się już chłodzić. Usiadłem w fotelu i czekałem na Dorotę.
    Faktycznie, nie trwało to długo. Weszła ubrana w dość prostą krojem, ale elegancką, letnią, kolorową sukienkę, nie sięgającą jej kolan. Stonowany, delikatny makijaż podkreślał usta i jej głębokie oczy.
    - Jesteś piękna jak zawsze, księżniczko! – przywitałem ją swoim zachwytem.
    - A dziękuję, dziękuję, jesteś bardzo miły – odpowiedziała, przystając obok sofy. – Co pijesz?
    - Czystą wodę, niczym jakieś zwierzę – odparłem jej swobodnie. Roześmiała się
    - Czyżbyś miał dość? Na bardzo pijanego raczej nie wyglądasz.
    - Bo nie jestem. Kąpiel w jeziorze znacznie mnie otrzeźwiła. A teraz chciałem się tylko trochę ostudzić. Poza tym, wolę mieć zimną wodę pod ręką. Może się przydać, jak zaczniesz znowu ogłaszać jakieś rewelacje.
    Ale wtedy pokręciła przecząco głową.
    - Nie mam rewelacji! Główne sprawy już znasz. Poczekaj chwilkę, ja sobie zrobię mojego drinka – ruszyła do stolika z butelkami i coś tam mieszała.
    - Co teraz pijasz? – zapytałem. – Amerykańskie?
    - Bo ja wiem? – w zasadzie potwierdziła. – Niby nie polskie, ale ja to nazywam znajomo. „Słoneczne jezioro”. To złota tequila z sokiem limonki.
    - Ja tam ciągle wolę żubrówkę. Albo jakąś czystą, wytrawną wódkę. Te wasze wynalazki mnie nie bawią.
    - A wiesz, że Johnowi też smakuje żubrówka? Tak jak i polska „Starka”. Niemal całkiem porzucił whisky, woli albo naszą wódkę, albo klasycznego burbona.
    Usiadła na sofie, stawiając drinka przed sobą. Popatrzyła na mnie.
    - Teraz pytaj! Co jeszcze chcesz wiedzieć? Jestem gotowa.
    Wzruszyłem ramionami. – Nie wiem o co mam pytać. Najlepiej zacznij od początku.
    - Początku dowiedziałeś się na huśtawce. Nie będę się powtarzała. Tylko nie pamiętam na czym zakończyłam.
    - O ile pamiętam, to mówiłaś o herbacie z Johnem i że cię odwiedził w mieszkaniu.
    Dorota pokręciła głową i upiła trochę ze szklaneczki. – Już wiem, ale musiałam się napić, bo tak na trzeźwo to trochę trudno się otwierać… – odetchnęła jeszcze i zaczęła mówić.

    - Mówiłam ci chyba, że w pracy nic się nie zmieniało. Byłam z tego bardzo zadowolona. W tej firmie obowiązywały zasady, że w pracy nie rozmawia się o serialach, praniu gaci czy o tym, co było wczoraj u dziecka w przedszkolu. Był czas na pracę i to na pracę spokojną. Rzadko trzeba było robić coś w nadgodzinach. Dzięki temu powoli dochodziłam do siebie. Nawet w zasadzie całkowite zerwanie stosunków z rodzicami Kamila jakoś mało mnie obeszło.
    - A czemu je zerwałaś?
    - Wspominałam ci, że oni cały czas tak jakby mnie obciążali winą za śmierć Kamila. Coraz rzadziej mnie odwiedzali i ciągle kierowali pod moim adresem jakieś aluzje i dwuznaczności, że niby to ja go nie upilnowałam. Oni mnie zresztą od początku ledwie tolerowali. Dla nich byłam prowincjuszką z Bieszczadów, która przyjechała do stolicy zapolować na męża. I dopust Boży, że trafiła na ich ukochanego synka, który miał przed sobą świetlaną przyszłość i światową karierę. Więc kiedyś zdenerwowałam się po raz kolejny i powiedziałam im, że dzieci są tylko moje, oni do nich żadnych praw nie mają i nie muszą mnie odwiedzać. Obrazili się i więcej już nie przychodzili.
    - Wiedzieli, że to nie Kamil jest ojcem chłopców? – przerwałem jej wywód. Dorota pokręciła głową przecząco.
    - Niby nie wiedzieli, ale coś im nie grało. Nie pasował termin porodu, a poza tym teściowa kilka razy wymruczała, że wnuki takie niepodobne do Kamilka. Ja wtedy zwyczajnie bałam się im o tym powiedzieć wprost, chociaż muszę przyznać, że niejednokrotnie miałam to już na końcu języka. I chyba tym by się skończyło, ale na szczęście obrazili się wcześniej.

    - No a twoi rodzice? Oni też nie wiedzieli?
    - Początkowo też nie! Ech, Tomek – Dorota znów upiła łyk ze szklaneczki. – Przecież trochę wiesz o moim dzieciństwie i szkolnych latach. I jak byłam wychowywana. W moim domu matka rządziła niepodzielnie. A ojciec siedział pod pantoflem. To nawet ciekawe, gdyż w pracy był niezłym ordynatorem i bez problemów przez wiele lat kierował szpitalnym oddziałem, gdzie w końcu zdecydowana większość personelu to były baby. Ale przekraczając próg domu, zmieniał się w typowego, podręcznikowego wręcz pantoflarza. I nie miał nic do powiedzenia! To matka zawsze układała rozkład moich zajęć oraz pilnowała jego drobiazgowego przestrzegania. I wtedy, kiedy przyjechała do mnie pomóc przy dzieciach, zdałam sobie sprawę, że ona ma na mnie zdecydowanie toksyczny, traumatyczny wpływ. Wszystko lepiej wiedziała, a ja nie znałam się na niczym. Żadna moja decyzja nie była wystarczająco dobra, sugerowała nawet, żebym zwolniła się z pracy i jechała z dziećmi do nich i tam je wychowywała siedząc w domu, bo tutaj to wszystko jest takie zdziczałe i rozpustne… Tu się ja zmarnuję, i dzieci zepsują, i w ogóle, to pewna zguba.
    Ale tym razem, ja już nie byłam grzeczną córeczką! Przecież już raz wyrwałam się z zaklętego kręgu jej pouczeń, wskazówek i nauk! No i sama byłam przecież matką! Samicą, która walczy o siebie i swoje potomstwo. Szybciutko więc poszukałam opiekunki do dzieci i bez żalu odesłałam mamusię do domu. Daję ci słowo, Tomku, że później nigdy tego nie żałowałam! Oczywiście, na pożegnanie dowiedziałam się, jaką jestem wyrodną matką a także straconą córką, że uparłam się wygubić dzieci, ale jak przejrzę na oczy, to ona mnie przyjmie i mnie uratuje. Bo moja zguba jest nieuchronna. Więc teraz chyba rozumiesz, że nie miałam żadnych szans na szczerą rozmowę z nią. Było mi jej po prostu żal. Pomyślałam, że jeśli doszła do takiego etapu myślenia o życiu, to niech sobie pozostanie w tym własnym świecie. Takim wyimaginowanym. Nie zamierzałam w niej tego burzyć, bo wszelkie starania byłyby daremne.
    - No to dałaś czadu – wstając z fotela, pokręciłem głową z niedowierzaniem. Podszedłem do stolika z alkoholami. – Czyli oprócz ciebie, nikt o niczym nie wiedział? Tylko wiesz co mnie jeszcze zastanawia? Jak ty się w ogóle uchowałaś w takiej rodzinie, nie lądując w wariatkowie.
    Zrobiłem sobie sporą „tatankę”, tym razem ze słuszną ilością soku. Upiłem niewielki łyk i podszedłem do sofy. A potem spokojnie położyłem się wzdłuż, kładąc głowę na kolanach Doroty, jednocześnie wsuwając się pod jej opuszczoną rękę.
    - Pachniesz pięknie… – zamruczałem.
    - Tylko tu nie zaśnij! – roześmiała się i pogłaskała mnie po policzku. – Zresztą, jeśli będzie mi za gorąco, to cię stąd wypędzę – powiedziała zdecydowanie.
    - Nie wypędzisz, tylko podkręcisz klimatyzację i obniżysz temperaturę – zaprotestowałem. Nie skomentowała tego, spokojnie czekając gdy szukałem najwygodniejszej pozycji dla głowy. Zaraz też wróciła do poprzedniego tematu.


    c.d.n.
  • #8
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Wiesz co? Sama czasem się nad tym zastanawiałam. I doszłam do wniosku, że to dzięki Lidce i wakacjom z nią spędzanym. Przecież jak przyjeżdżaliśmy do nich, to rodzice nie mieli tyle dni wolnych, ile miałam ja. Przez większą część wakacji byłam wtedy sama, to znaczy bez nich. Oczywiście, odpowiedzialni za mnie byli rodzice Lidki, moi jakoś się z nimi dogadywali. A ją samą, jako moje towarzystwo, wcześniej zaakceptowali, gdyż Lidka w dzieciństwie nie lubiła chłopaków, chociaż była zawsze wobec nich bardzo grzeczna. Taki prawie chodzący ideał. No i jako miejscowa, teoretycznie znała niebezpieczne miejsca, a my miałyśmy nakaz ich unikania. Ale przecież Lidkę znasz. Zawsze była figlarzem i wesołkiem. Poza tym umiała wkupić się w łaski tych wszystkich kobiet, które pracowały w ośrodku. Więc jak tylko rodzice spuszczali nas z oczu, to Lidka wymyślała takie zabawy, że często wracałyśmy wieczorem umorusane nie z tej ziemi, niejeden raz w podartych sukienkach, czy z innymi grzeszkami na sumieniu. Przekradałyśmy się wtedy do kuchni, a tam kobiety nas myły, czesały, przebierały, cerowały i do ośrodka przychodziłyśmy już w całkiem innym stanie. I tak uczyłam się długo, że rodzice o wszystkim wiedzieć nie muszą, a nawet nie powinni.

    - No poczekaj – znów jej przerwałem. – Ale Lidka wiedziała o wszystkim od początku?
    - O jakim wszystkim?
    - O naszych dzieciach.
    - O ciąży i twoim w niej udziale, oczywiście wiedziała, ale nie od początku. Powiedziałam jej dopiero wtedy, kiedy przyjechała do mnie i powiedziała, że odwiozła ciebie na dworzec. Ze odprowadziła do wagonu i odczekała aż pociąg odjedzie. Boże, jak ja wtedy tęskniłam za tobą, Tomek!!! – jej głos zadrżał, a ręka zacisnęła się wokół mojej szyi. – Muszę ci powiedzieć jeszcze jedno…
    Znowu znieruchomiałem, zdziwiony, w oczekiwaniu na jakiegoś kopniaka. Nie wierzyłem już w nic pozytywnego. No i doczekałem się.
    - Tomek, to ja namawiałam Lidkę, żeby się z tobą przespała. No wiesz, wtedy, kiedy mnie odwiozła, a ty zostałeś. Ubłagałam ją, żeby pojechała i to zrobiła. Albo podsunęła ci Baśkę. Żebym miała do ciebie jakiś żal, jakiś punkt zaczepienia. Bałam się, że nie wytrwam sama, że zacznę ciebie szukać, wydawało mi się, że to pomoże…

    Przyciskała moją głowę do siebie, aż nagle zabrakło mi tchu. Wyrwałem się z tych objęć i usiadłem na sofie prosto. Patrzyła na mnie z niepokojem, zachowując milczenie. A ja schwyciłem szklankę, wypiłem jej zawartość i kiedy oddech mi się uspokoił, wpiłem w nią spojrzenie. Spuściła powieki, jakby poczuła się zawstydzona.
    - Muszę cię zmartwić – powiedziałem powolutku i patrzyłem, czekając aż podniesie oczy. A kiedy spojrzała, dodałem. – Słoneczko, nigdy nie przespałem się z Lidką!!! Nigdy, czy to rozumiesz? Ani z nikim innym, od czasu kiedy ty wyjechałaś!
    Patrzyła na mnie zdumiona.
    Nie uwierzyła. To widziałem w jej oczach.
    - Nie opowiadaj bajek! Lidka potwierdziła mi wszystko! – powiedziała z mocą.
    - A jednak się mylisz!
    Siedziałem wyprostowany i znacznie spokojniejszy. Byłem nawet nieco złośliwie zadowolony, że sprawiłem jej niespodziankę.
    - To znaczy, że mnie okłamała? – wyszeptała cicho, zdziwionym głosem.
    - Nie wiem! – pokiwałem głową – Jest faktem, że znaleźliśmy się oboje w łóżku i to niemal nago, ale przecież wiesz, że mieliśmy okazję oglądać siebie i wcześniej. Nawet trochę się poprzytulaliśmy. Tyle, że ja już wtedy reagowałem wyłącznie na ciebie. Na twój zapach, twój dotyk i twoje ciało. I nikt więcej mnie nie interesował. A wtedy ciebie nie było i nie miałem ochoty na seks. Lidka bardzo szybko zorientowała się, jaki mam nastrój. Starała się mnie pocieszać, ale bez nawiązywania do intymności. I na tym to się skończyło. Nawet spaliśmy w tym naszym, ogromnym łóżku razem, jednak zupełnie grzeczniutko. Prawdą jest też, że na drugi dzień odwiozła mnie na dworzec, rzeczywiście czekając, aż pociąg odjedzie. I następnym razem zobaczyłem ją dopiero dzisiaj.
    Oparła się o mnie bokiem, a wtedy objąłem ją delikatnie. Milczeliśmy przez chwilę.

    - Patrz… – przerwała ciszę. – Do dzisiaj mi o tym nie powiedziała, a ja przez tyle lat… Wybacz, tyle lat nieciekawie o tobie myślałam!\
    Odwróciła się i zarzuciła mi ręce na szyję, całując przy tym w usta. Pachniała jak dawniej. – I znowu jestem twoją dłużniczką – oderwała się na chwilę, ale po chwili nasze usta znowu się spotkały. Przytuliłem ją mocniej. Cieniutki materiał sukienki nie przeszkadzał mi w wyczuwaniu jej ciała. Było nadal sprężyste i jędrne, takie jak dawniej. Czułem narastające podniecenie. Gładziłem jej plecy tak jak kiedyś…
    Chciałem się kochać.
    - Nie, Tomku! – usłyszałem nagle. – To może się źle skończyć!
    Zabrała ręce i wyswobodziła się z objęć. Zarumieniona, patrzyła na mnie z poważną miną.
    - Nie obawiaj się! – szybko jej odpowiedziałem. – Nie będę cię gwałcił. Nie chcę, żeby moi chłopcy mieli zgwałconą mamę.
    Roześmiała się trochę sztucznie, po czym znów, delikatnie, oparła się bokiem.
    - Jesteś średnio dowcipny!
    - To nie miał być dowcip – próbowałem się tłumaczyć, gładząc jej dłoń..

    Nie usłyszałem, kiedy otwarły się drzwi i do salonu weszła Lidka. Usłyszałem dopiero jej głos, dochodzący od strony wejścia:
    - Witam was, witam! Przyszłam tylko zobaczyć, czy się nie bijecie i czy nie trzeba krwi tamować. Ale widzę, że na podłodze sucho, więc nie będę wam przeszkadzać. Tylko zróbcie sobie za jakiś czas przerwę i przyjdźcie do nas na parę minut.
    - Lidka, chodź do nas na chwilę! – zawołała Dorota, prostując się. Musiałem zabrać swoją rękę. Lidka zamknęła drzwi i podeszła do sofy.
    - Lideczka… – zaczęła słodziutko. – Siadaj! – wskazała dłonią fotel. A kiedy Lidka zajęła miejsce, Dorota zaatakowała.
    - Czemu mi mówiłaś, że wtedy przespałaś się z Tomkiem?
    - Ja??? – głos Lidki wyrażał najwyższe zdumienie. Ale szybko domyśliła się o czym mogła być mowa. – Niby, że ja ci tak mówiłam? A kiedy to tak ci powiedziałam?
    - Wtedy, kiedy przyjechałaś do mnie, po odjeździe Tomka.
    - Taaak? Ja coś takiego powiedziałam? A może przypomnisz sobie co ja naprawdę wtedy powiedziałam? – Lidka rozejrzała się po stoliku i zobaczyła moją pustą szklankę. – Tomek, zarzucają mi łgarstwo. Napij się ze mną, bo nie wytrzymam. A tej zołzie za to nie naleję.
    Szybko sprawiła się z butelkami. Wypiliśmy po łyku, a wtedy zapytała milczącej Doroty. – Kochanieńka, uczył cię Tomek przez całe lato? – i sama odpowiedziała na swoje pytanie. – Uczył! Wszystkiego cię uczył, ale nie będę drobiazgowa. Byłaś pojętną uczennicą? – Byłaś! Widziałam, że starałaś się ze wszystkich sił. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Robiliście to zawsze i wszędzie, nawet nie zwracając uwagi na mnie. Więc miałam prawo przypuszczać, że zapamiętałaś jego maksymę, którą ci powtarzał co jakiś czas.
    - Jaką? – wyrwało się Dorocie.
    - Nie stawiaj pytań, na które nie chcesz usłyszeć odpowiedzi! – wypaliła Lidka. – Ty mnie nigdy nie zapytałaś o przespanie się. Zapytałaś tylko jak mi poszło. Więc odpowiedziałam, że zrobiłam tak, jak chciałaś. I to była prawda. Byłam z Tomkiem w łóżku, tak jak chciałaś. O szczegóły nie pytałaś, więc ja też niczego nie mówiłam.
    - Przecież wiedziałaś o co mi chodziło!
    - Taaak? Ale nie wzięłaś pod uwagą tego, że może ja akuratnie nie zechcę być nadmiernie drobiazgowa?
    - Mogłaś mi jednak powiedzieć…
    - Niczego nie mogłam! Zrobiłam to, o co prosiłaś. Położyłam się z Tomkiem w łóżku. Chciałaś mieć takie wrażenie, że się przespaliśmy – to je miałaś! A ja nie miałam się czym chwalić. Bo niby czym? Tym, że sama, niemal na golasa, wcisnęłam się facetowi do łóżka, a on mnie nie chciał? Ciekawe, czy ty byś się pochwaliła! Tomek, nie gniewaj się za tego „faceta” – przesłała mi dłonią całusa.

    Śmiałem się już prawie na głos. Były znakomite w tej kłótni. Lidka wreszcie podeszła do Doroty z drugiego boku i objęła ją za szyję.
    - Oj, Dorka moja, Dorka! Ty chyba nawet nie wiesz, co teraz mówisz! Tomek, gdybym ja jej wtedy wszystko opowiedziała dokładnie tak jak było, to następnego dnia spotkał byś ją gdzieś tam nad Sanem, błąkającą się pośród wędkarzy i rozpytującą, gdzie tu mieszka taki Tomek, co ją może pocieszyć. Bo ona ma w brzuszku taki fajny prezencik dla niego i jego żony. A łezki to by jej tak płynęły, że mielibyście powódź jak nic! W domu, to była na ciebie niby wkurzona i wściekła, ale mimo wszystko, nie nadążałam mopa wyżymać. Dobrze, że na podłodze miała panele a nie parkiet, bo zgniłby jak nic! Zresztą, ode mnie wymaga szczegółów, a sama o wszystkim powiedziała mi dopiero wtedy jak ty już odjechałeś! Wcześniej nie widziała potrzeby podzielenia się swoją wiedzą.
    Śmiały się teraz obydwie, a ja im wtórowałem. Po chwili Lidka oderwała się od Doroty.
    - Jak nie masz więcej rewelacji, to ja idę. Przyjdźcie tam niezadługo, potem sobie jeszcze porozmawiacie – spojrzała na mnie. Kiwnąłem potakująco głową.
    - Przyjdziemy, nie martw się.
    Pomachała nam jeszcze ręką od drzwi i wyszła.

    Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu.
    - No cóż – przerwałem ciszę. – To znaczy, że swoje postanowienia i decyzje sprawdziłaś najpierw na sobie?
    Odnalazła moją dłoń i uścisnęła. – Niestety, albo i „stety”, bo to mnie we własnych oczach trochę usprawiedliwia. Nigdy nie próbowałam na nikogo zrzucać odpowiedzialności za cokolwiek, za żadną z moich decyzji.
    - No a właściwie to jak dalej było z Johnem? Odwiedził cię w mieszkaniu i co?
    Milczała, jakby szukając w pamięci dawno zapomnianych obrazów. Nie przeszkadzałem jej. Po dłuższej chwili zaczęła mówić dalej.
    - Przez kilka tygodni nic się nie działo. Chodziłam do pracy, potem do domu, w sumie byłam coraz spokojniejsza. A kiedy zaczynało się lato, John, znowu na koniec dnia, po prostu zapytał, czy zgodziłabym się zjeść z nim kolację. Taką we dwoje i zupełnie nie służbową. Powiedziałam, że muszę uzgodnić to z opiekunką, bo dzieci samych nie zostawię i poprosiłam o kilka dni namysłu. Zgodził się bez wahania. Wróciłam więc do domu i rozmyślałam.
    Nie będę kryć, że już od pewnego czasu coraz częściej o nim myślałam. I coraz bardziej mi się podobał. Nawet go z tobą porównywałam. Miał wszystkie cechy prawdziwego mężczyzny, był stanowczy kiedy trzeba i delikatny wtedy, kiedy należy. Ale przede wszystkim widziałam, że jest dobrym człowiekiem. A nie zapominaj, że byłam wtedy samotną matką z dwójką małych dzieci. I kobietą, która od czasu szaleństw z tobą zupełnie nie miała mężczyzny. Bo nie wiem czy uwierzysz, ale od czasu kiedy wyjechałam, nie spałam z żadnym mężczyzną! Z nikim, rozumiesz? Przez cały czas miałam ścisły post! A przecież tak niedawno przeszłam burzliwe łóżkowe szkolenie, którego mi udzielałeś… – przerwała.

    Na krótką chwilę wsparła głowę na moim ramieniu, ale szybko ją zabrała i wyprostowała się. – I wtedy, w zasadzie zdecydowałam się. Wiesz na co? – spojrzała na mnie. – Na to, że opowiem mu całą prawdę: o sobie, o tobie, o Kamilu i o dzieciach. A decyzję pozostawiłam jemu. Już wiedziałam, że jeśli tego nie powiem teraz, to nasza ewentualna małżeńska budowla wcześniej czy później się zawali. A tego nie chciałam. Marzyła mi się stabilizacja.
    - No i powiedziałaś?
    - Poczekaj, zaraz! Przez kilka dni John nie nawiązywał do tematu. Minął weekend, opiekunka zgodziła się zostać w środę. W poniedziałek, po pracy, John zapytał mnie, czy mam jakiś dogodny termin. Powiedziałam o środzie. Wyraźnie się ożywił i powiedział, że cieszy go moja zgoda. I we środę pod koniec pracy zapytał, czy może po mnie przyjechać o siódmej. Pora mi odpowiadała, więc nie widziałam problemu.
    O siódmej zjawił się znowu z ogromnym bukietem kwiatów. Przyjechał wtedy taksówką. Pojechaliśmy do jakiejś restauracji na Starym Mieście. Było tam całkiem miło i przyjemnie. A podczas kolacji John wyjął skądś malutkie pudełeczko i kiedy je otworzył ujrzałam piękny pierścionek. Zapytałam, czy mogę obejrzeć. Zaskoczyłam go tym pytaniem. Powiedział, że to dla mnie, ale chciałby sam założyć mi go na palec. A potem powtórzył oświadczyny. A ja? Udając spokój obejrzałam pierścionek. Był piękny. Jednak oddałam mu mówiąc, że na razie nie mogę go przyjąć. A jeśli chce wiedzieć dlaczego, to oczywiście, dokładnie mu to powiem, ale nie tutaj. I zaproponowałam spacer. Nie miał wyjścia, więc się zgodził. Ja z kolei wcześniej wybrałam taką formę zwierzeń, bo trudno by mi było opowiadać wszystko, kiedy miałby mnie całą przed oczami. Wolałam, żeby nie patrzył wtedy na mnie zbyt dokładnie.

    Znowu przerwała. Widziałem, że całkiem wróciła do tamtych chwil. Jej oczy patrzyły gdzieś w dal, ale nie widziała niczego naprzeciwko.
    - Dorotko – odezwałem się cicho – może napijesz się czegoś?
    Spojrzała na mnie, wracając do przytomności. – Tak, proszę! – podała mi szklaneczkę. – Tego co wcześniej, tylko niezbyt dużo tequili.
    Podniosłem się z sofy. – Mów dalej – poprosiłem.
    - No cóż, dalej… John, niezbyt zadowolony, wyszedł ze mną z restauracji i odesłał taksówkę, która cały czas na nas czekała. A potem poszliśmy po prostu powoli przed siebie. Już zmierzchało, chociaż przecież wtedy było lato. Nie wiedziałam od czego zacząć o po dłuższej chwili namysłu zaczęłam właśnie od tego spotkania, kiedy pierwszy raz rozmawiałam z nim o pracy. Powiedziałam otwarcie, że tak naprawdę, to praca mało mnie wtedy interesowała, bo właśnie spędzałam cudowne wakacje z kimś, kto stał się nagle moim światem. Ale po wakacjach wszystko się skończyło. Ten ktoś odjechał, a ja byłam z nim w ciąży. Nie z mężem, tylko z tym „ktosiem”.

    Wzięła ode mnie drinka i od razu upiła łyk. Usiadłem znowu na sofie.
    - A potem już poszło, opowiedziałam o wszystkim, o tym dlaczego miałam takie wakacje, o Kamilu, o tym, że chociaż jesteś ojcem chłopców, niczego o tym nie wiesz, bo tak to wszystko zorganizowałam. O tym, że masz rodzinę i nie mogłam planować przyszłości z tobą… no i o całej otoczce mojego życia. John słuchał, raczej mi nie przerywał, a kiedy powiedziałam mu, że to właściwie wszystko… pamiętam… było już całkiem ciemno, tylko latarnie świeciły. Zatrzymał się i zapytał mnie podobnie jak ty dzisiaj.
    - Czyli jak? Nie rozumiem… – odezwałem się od razu.
    - Wprost. Zapytał wprost, czy ciebie jeszcze kocham.
    Coś mnie zakłuło pod żebrami.
    - A ty? – zapytałem, ale kiedy padały te słowa, już znałem odpowiedź. Moje pytanie było bez sensu. Nie musiała niczego mówić. Jednak odpowiedziała.
    - A ja? Cóż! Powiedziałam prawdę, Tomku. Że czuję jakąś tęsknotę za tamtym okresem, ale chłopcy mi ciebie zastępują. I nawet gdybyś był blisko, to teraz tym bardziej nie zdecydowałabym się odbierać ciebie komuś. Sama będąc matką, lepiej rozumiałam czym jest rodzina. Ten rozdział życia był już dla mnie zamknięty.
    Wypiłem drinka niemal do dna. Nieprosto było słuchać takich wyznań.
    - A on co wtedy zrobił? – głos trochę mi się łamał, ale chciałem po prostu mówić, żeby szybciej dojść do siebie.
    - John powiedział, że to wszystko co mu powiedziałam, absolutnie nie stanowi dla niego żadnej przeszkody. Że nadal chciałby być dla mnie mężem, a dzieciom zastąpić ojca. I znów wyciągnął pierścionek, a prawą dłoń skierował w moją stronę. Wtedy podałam mu swoją, a on założył mi pierścionek na serdeczny palec. Więc tak, Tomku, zaręczyliśmy się na warszawskim chodniku, teraz nawet nie wiem dokładnie w którym miejscu.
    - No i zaraz żeście się przecież całowali – podpowiedziałem, trochę prowokacyjnie, gdyż chyba znów alkohol zaczynał buzować w mojej głowie.
    - Przestań, zazdrośniku! – spojrzała na mnie zdegustowana. – Zaraz zaczniesz pytać kiedy poszliśmy do łóżka… Zresztą, nie musisz pytać i tak ci powiem. Otóż tego samego wieczoru. Sama poprosiłam Johna, żebyśmy pojechali do mnie. I został już do rana. Zadowolony jesteś?
    - A mam inne wyjście? – zapytałem smutnym głosem.
    - Przepraszam cię – zreflektowała się. – Rzeczywiście, wcale o to nie pytałeś.
    - Nie przejmuj się, to teraz już tak nie boli – skrzywiłem się.

    To nie było prawdą. Przytuliłem do niej głowę. Nie reagowała.
    - Tomek, słuchasz dalej, czy śpisz? – przerwała milczenie. Szybko wróciłem do poprzedniej pozycji.
    - Dorotko, nie napiła byś się kawy? – zapytałem.
    - Oczywiście! Dobrze, że mi przypomniałeś. Jaką chcesz? – podniosła się z sofy.
    - Po turecku, albo z ekspresu.
    - Będzie po turecku! – wyszła na chwilę z salonu. Zaraz też wróciła i usiadła na swoim miejscu.
    - To co, robimy sobie przerwę? – zapytała.
    - Nie, proszę, mów dalej – zaoponowałem.
    - Jak chcesz. Ale będę skracać, bo do rana stąd nie ruszymy. Więc od następnego dnia wszystko w moim życiu się zmieniło. Rano John poprosił mnie, abym na razie nie jechała z nim do banku, bo chciałby mi w spokoju przedstawić swoją wizję naszego życia. On musiał na chwilę pojechać, ale obiecał przysłać po mnie swojego kierowcę, który miał mnie zawieźć do jego apartamentu. Wyszedł więc przed przyjściem opiekunki, a ja zostałam w mieszkaniu. I kiedy samochód zawiózł mnie na miejsce, John już tam był. Powiedział, że od dawna ma wszystko przemyślane i zaproponował taki wariant: on postara się jak najszybciej załatwić mnie i dzieciom wizy, jedziemy wszyscy do Stanów i tam bierzemy ślub. Ja później przechodzę do pracy w amerykańskiej centrali banku, co najmniej na rok. W tym czasie będę z dziećmi mieszkać w jego posiadłości, a on będzie przylatywał tylko na weekendy, bo z pracy w Polsce na razie zrezygnować nie może, a poza tym nie chce. Po ślubie oczywiście mamy wystąpić o nadanie mnie i dzieciom amerykańskiego obywatelstwa. A tutaj w banku teraz musi mnie zwolnić ze stanowiska asystentki, bo to jest niedozwolona w korporacji podległość służbowa. Natomiast zostanę jego osobistym doradcą z dość szerokimi kompetencjami.
    - No, poczekaj, a jak miałaś niby pracować z dziećmi na karku?
    - Moja opiekunka też miała z nami wyjechać. Do mnie należało tylko uzyskanie jej zgody. Oczywiście, to wszystko na jakiś czas, bo John chciał dla dzieci miejscową opiekunkę. Już wtedy pomyślał o tym, żeby chłopcy zaczynali uczyć się mówić po angielsku bez obcego akcentu. Mówię ci, Tomek, naprawdę miał wszystko rozpracowane w szczegółach, a kiedy ja wyraziłam zgodę, cały plan zaczął konsekwentnie realizować.
    - Czyli z pracy jednak cię zwolnił!
    - Tak! – Dorota się roześmiała – To nawet nieźle wyglądało. Nie wiedziałam wtedy, że John już rano zwołał odprawę całej kadry i kiedy pojechaliśmy do banku, to całe kierownictwo do średniego szczebla włącznie, już zajęło miejsca w sali konferencyjnej. Kiedy tam weszłam, od razu zobaczyłam, że miejsce asystentki zajmuje moja następczyni. Od razu też wyskoczyła do mnie, że to szef polecił jej dzisiaj tłumaczyć odprawę, a dumna była taka, że machnęłam ręką i wycofałam się od stołu prezesa.

    Bo musisz wiedzieć, że wprawdzie chyba wszyscy język angielski w stopniu niezbędnym znali, ale dokumenty musiały jednak być sporządzane po polsku, wiec tłumacz był niezbędny. Ok. – pomyślałam i usiadłam sobie skromnie z tyłu. Towarzystwo było trochę zdziwione i wzięło to za widoczną niełaskę szefa, ale nikt o nic nie pytał. Tutaj nie było zwyczaju plotkowania. A kiedy John wszedł i się przywitał, pewnie zobaczył mnie gdzieś na końcu sali, ale nawet nie mrugnął okiem. Bawił się doskonale. Na początku powiedział wszystkim, że zebranie będzie bardzo krótkie i ma w zasadzie tylko dwie sprawy. Pierwsza to taka, że z pewnych względów jest zmuszony zwolnić mnie ze stanowiska asystentki, więc ze sprawami dotyczącymi moich kompetencji wszyscy mają się zwracać do obecnej tu pani Izabeli, która przejmuje te obowiązki. Mówię ci, Tomek, ale była dumna, kiedy jej wręczał oficjalne powołanie na stanowisko! Bo dotychczas, to była tylko stażystką i bardzo szybko awansowała. Ja natomiast siedziałam sobie cichutko i rozmyślałam, co też będzie zaraz. I kiedy większość była przekonana, że coś przeskrobałam i będę miała przechlapane, John, jeszcze bardzo oficjalnie, poprosił mnie o podejście do szczytu stołu, gdzie miał swój fotel i równie oficjalnie wręczył mi akt zwolnienia ze stanowiska. Przy czym bezczelnie się uśmiechał patrząc na mnie i rozkładając bezradnie ręce, jakby to wszystko było od niego niezależne. A cisza była taka, że makiem zasiał. Chciałam już odejść z tym papierem w ręce, ale mnie zatrzymał, po czym poprosił, aby mu podano krzesło z sali. Ktoś to krzesło przyniósł i wtedy ustawił je obok swojego fotela, ale nadal nic nie mówił i niczego nie tłumaczył. A ja stałam sobie obok. No i kiedy sala ucichła, John zaczął, że jest jeszcze druga sprawa. Że z dniem dzisiejszym zostaję powołana na stanowisko jego osobistego doradcy, w randze dyrektora gabinetu prezesa zarządu, po czym wręczył mi przygotowaną wcześniej nominację. Wtedy też, po oficjalnych gratulacjach po prostu mnie objął i pocałował w usta zupełnie mało oficjalnie. Wszyscy zbaranieli. Wtedy wziął mnie za rękę i zdumionym zebranym oświadczył, że postanowiliśmy w najbliższym czasie się pobrać, o czym zawiadamia wszystkich oficjalnie, aby nie powodować w pracy plotek. I na tym zebranie się zakończyło.
    - Kurcze, a nie miałaś pietra, że śnisz?
    Zaśmiała się na głos. – Miałam! Oczywiście, że miałam! John powiedział mi potem, że pamiętając to, co mu opowiadałam o mojej poprzedniej pracy, chciał sprawdzić reakcję personelu na sugestię, że wypadam z gry. Ale podsumował, że z tych reakcji był zadowolony.

    Dorota przerwała, bo do salonu weszła Helena z tacą.
    - Ja bardzo panienkę przepraszam, ale przyszła Diana z chłopcami i się zagadałam.
    - Nie ma problemu, pani Heleno. Zaraz do was przyjdę! – przerwała jej. Helena zrozumiała, że to nie jest dla niej pora. Zostawiła tacę na stoliku i szybko wyszła.
    - Tomek, na chwilę muszę wyjść. Posiedź, proszę, kilka minut.
    - Nie ma sprawy, tylko zakończ temat.
    - Ech, jeśli nie będę opowiadała po kolei, to wszystko zacznie się sypać.
    - To mów po kolei. – Byłem niemal niegrzeczny, ale zbagatelizowała moją uwagę. Przez chwilę obydwoje zajmowaliśmy się kawą, po czym znów zaczęła snuć wątek.
    - Po tej odprawie John zaczął realizować następne punkty swojego planu. Dostałam zadanie dostarczenia mu wszelkich niezbędnych dokumentów i przygotowania się do wyjazdu do Stanów. Teraz rzadko pojawiałam się w banku. Tyle, że miałam w zasadzie nieograniczony dostęp do jego gabinetu, wszelkich informacji firmowych ze wszystkich pionów. Wiele spraw służbowych omawialiśmy wieczorami u mnie w mieszkaniu. Bo wprawdzie John proponował mi przenosiny do jego apartamentu, ale nie miało to większego sensu. Mieliśmy przecież niezadługo wyjeżdżać. Z ważnych spraw, które wtedy się działy, to był wspólny wyjazd tu, do Pokrzywna. Ja wprawdzie wcześniej starałam się dyskretnie pomagać Lidce w realizacji jej planów, ale sam już wiesz, że szło to niemrawo. John tu wprawdzie był i to miejsce jemu też się spodobało, ale sam rozumiesz, że aż takich wielkich planów z nim nie wiązał. I kiedy dowiedział się, jakie to wszystko ma znaczenie dla mnie, zapytał tylko, czy chciałabym spędzać tu z nim czas, czy wspomnienia o tobie i o tamtym okresie nie przekreślą naszego związku. Odpowiedziałam mu szczerze, że gdym nie była tego pewna, nigdy byśmy tu razem nie przyjechali. Dlatego po powrocie do banku poprosił mnie o ściągnięcie Lidki. We czwórkę, z szefem jego prawników odbyliśmy strategiczną naradę, po której wszystko ruszyło z kopyta. Ja wprawdzie kierowałam tym już zdalnie, ale i John nie zapominał ani trochę o całej tej inwestycji.
    - Jak to „zdalnie”? – nie wytrzymałem znowu.
    - Tomek, bo wyjechaliśmy do Stanów. Od tej całej odprawy nie minął nawet miesiąc. Nie mam pojęcia, jak John załatwił wizy, bilety i resztę formalności. Wyjechała z nami też moja opiekunka, a także Lidka i Romek. Byli gośćmi na naszym ślubie. Jedynymi z Polski. John wprawdzie był trochę zdziwiony, że nie zaprosiłam nikogo z rodziny, ale przecież wiedział o moich nieporozumieniach z matką, więc niczego nie komentował. Już później wprowadziłam go dokładniej w moje tematy rodzinne i wszystko zrozumiał.
    - A gdzie braliście ślub?
    - W New Jersey. Tam zresztą niedaleko John ma swoją posiadłość, gdzie zamieszkaliśmy.
    - To nie było tam nikogo?
    - Gdzie? – Dorota popatrzyła na mnie zdziwiona.
    - No, w tej chacie. Jak John jest w Polsce to stoi pusta?
    - No nie, jest ogrodnik i gospodyni. Ale masz rację. W zasadzie jest pusta. John ma córkę z pierwszego małżeństwa. Dorosła dziewczyna, pewnie niewiele młodsza od twojej córki. Jeszcze przed wyjazdem do Polski przekazał jej połowę rodzinnych pieniędzy i wyjechała gdzieś. Czasem przesyła jakieś pozdrowienia ze świata, ale zbyt częstych kontaktów nie utrzymują.
    - No a jego pierwsza żona?
    - Jego żona wiele lat temu zginęła w wypadku samochodowym, kiedy John pracował w Londynie. Rzucił wtedy stanowisko i wrócił do domu, ale córka, która była w niezłych stosunkach z matką, ponoć nigdy tak naprawdę nie wybaczyła mu, że wtedy go nie było w domu. Gdy dorosła i usamodzielniła się, wypełnił wobec niej wszelkie zobowiązania, a ona zrzekła się jakichkolwiek pretensji i roszczeń wobec niego w przyszłości. Tak, że kiedy proponował mi małżeństwo, był całkowicie wolnym mężczyzną, bez żadnych zobowiązań z dawnych lat. – Dorota nagle roześmiała się. Popatrzyłem na nią, zaskoczony. Odpowiedziała mi wesołym spojrzeniem.
    - Tomek, ja też nie rozumiałam – powiedziała patrząc mi w oczy i przybierając poważną minę – kiedy już znacznie później wyjaśniał mi, jak był zdziwiony, że ani przy zaręczynach, ani potem, nigdy o to nie pytałam. Czyli o pieniądze. Opowiadał też, jak jeszcze w Polsce, przed naszym wyjazdem, kiedy w samotności rozmyślał o mnie i o tym wszystkim co mu powiedziałam, doszedł do wniosku, że mnie naprawdę nie zależy na jego forsie i amerykańskości, tylko po prostu na nim. I ja przyznałam mu rację! Bo tak rzeczywiście było. Wtedy zupełnie nie myślałam o jego pieniądzach. Nie sprzedałabym się za pieniądze. I jeszcze jedno... – popatrzyła na mnie jakoś tak niezręcznie.
    - Tomek, lepiej coś wypijmy!
    Nie trzeba mi było tego drugi raz powtarzać. Znowu upiliśmy po łyczku. Ale po tym wszystkim, co dzisiaj mnie już spotkało, nabrałem pewnej odporności. Kiedy usiadłem znowu na sofie poprosiłem ją.
    - Dalej, królowo, mów! Jak ginąć, to z fantazją!
    - To już nie jestem dla ciebie księżniczką? – Dorota natychmiast wtopiła się w grę.
    - Nie, królowo, dzisiaj dorosłaś i awansowałaś!

    Moje słowa chyba przyniosły efekt. Miałem nadzieję, że Dorota zrozumiała, iż jestem już w stanie przyjmować wszystko. Bo tak rzeczywiście było. Moja Dorotka nie istniała, chyba, że tylko we wspomnieniach. Teraz to była wprawdzie matka moich dzieci, ale żona już nie moja. I nie miałem do niej żadnych praw. Mój czas się zakończył. Należało spojrzeć prawdzie w oczy. Wreszcie to docierało i do mojej podświadomości.
    - Więc słuchaj dalej – wznowiła wspomnienia. – John jest wszechstronnie wykształconym menadżerem. Psychologię też zaliczył, ma przygotowanie teoretyczne. Ale przede wszystkim ma niesamowitą intuicję w stosunku do ludzi. I to zawsze pomagało mu w życiu i w karierze. Kiedyś opowiedział mi, że wtedy, gdy przyszłam do niego na rozmowę w sprawie pracy, to w pierwszej sekundzie poraził go prąd. W drugiej sekundzie już wiedział, że jestem tą osobą, na spotkanie z którą czekał kilkanaście lat. Ale po dziesięciu sekundach naszej rozmowy zrozumiał, że ma małe szanse, bo jestem kobietą szczęśliwą i zaspokojoną. I szlag go trafiał. Strasznie ci wtedy zazdrościł, chociaż nic o tobie jeszcze nie wiedział. A jak w dodatku oświadczyłam mu, że na razie na pracę nie mam czasu, bo mam wakacje, zrozumiał, że się nie mylił! I prawie zrezygnował. Dopiero gdy nadmieniłam, że tak od września byłabym jednak zainteresowana, zaświtała mu nadzieja. Postanowił zagrać va banque. Zdecydował się poczekać. Natychmiast dał mi do zrozumienia, że pracę mam pewną, abym już nigdzie nie szukała innej. No i… jak wiesz… doczekał się.
    Spojrzała na zegarek.
    - Tomku, muszę zostawić cię na chwilę. Idę do chłopców.
    - Weź mnie ze sobą!
    Dorota pokręciła głową przecząco.
    - Przecież wiesz, że jeszcze nie mogę!
    - A to niby dlaczego?
    - Bo chcę uchronić ich przed szokiem. Są zbyt mali na robienie im mętliku w głowie. Kiedyś się dowiedzą o wszystkim, ale jeszcze nie teraz. Musisz mi dać trochę czasu, ja ich na to przygotuję.
    Aha, czyli nic nie mogę. Jestem nikim i niczym. Znowu zrobiłem się zły. Znowu błyskawicznie mój nastrój się zmienił.
    - Więc idź, skoro musisz…
    Przyglądnęła mi się uważnie i po chwili wyszła bez słowa. A mnie coś podkusiło, żeby znowu nalać sobie tequili. I ciśnienie mi wzrosło.

    Że też tak cholernie mi się życie układa. Dlaczego nie urodziłem się w rodzinie jakiegoś milionera? Albo królowej brytyjskiej? Dorota wyraźnie mnie zlekceważyła. Dlaczego zawsze dobrze zaczynałem i byle jak to się kończyło? Pech jakiś, czy fatum? A może cała wina tkwi we mnie? Na studiach byłem w górnej połowie rankingu, ale to dwóch moich kolegów, gorszych ode mnie, zostało na uczelni. Już dawno są profesorami. Kiedy pracowałem w kombinacie, też szybko zostałem kierownikiem działu i… stop! Z czasem boleśnie się przekonywałem, że bez odpowiednich koneksji nie mam co liczyć na awans. A ja nie należałem do żadnej bandy. Więc żadna nie dbała o moje interesy. Kiedy siedziałem z Leną w Moskwie, to awansowano nawet tych, którzy nauki pobierali u mnie. Bo byli na miejscu. A mnie później kazali zostać ich podwładnym... Z kolei Szwedzi wyrzucili nas wszystkich, a pracę mieli ci z Gdańska, którzy przyjeżdżali do nas po nauki do Kijowa… A teraz Dorota pokazuje mi gdzie jest moje miejsce. Zrobiłem co swoje i wara mi od jej życia! Poradzi sobie sama!
    A jeszcze osiem lat temu nie miała pracy, tak samo jak i ja… a teraz? Rozejrzałem się po salonie. Tu było widać ogromne pieniądze. Nie wiedziałem tylko, czy to bankowe, czy jej, albo Johna… zaraz, zaraz! Powiedziała przecież, że ma więcej pieniędzy niż John! Ciekawe, czy to prawda. Przecież John był prezesem banku! Jego gaża i premie, to na pewno rząd miliona dolarów rocznie! A on zajmuje się tym biznesem już długo! Niepojęte…
    Cholera, nawet Stefan! Dupy nie ruszył, tylko wysłał mnie, żebym pilnował mu chałupy i dzięki temu za parę lat będzie milionerem! Bo faktycznie, ta działka z domem będzie warta w tym miejscu miliony! A czego ja się dorobiłem? Kilka tysięcy złotych oszczędności, stary samochód i połowa mieszkania! Szlag by to trafił! Jednak Janusz, mój kolega z uczelni, miał kiedyś rację. Mówił, że dziewczyny mnie zniszczą. No i zniszczyły. Nie trzeba było biegać za nimi! Że też z tego mojego biegania wszyscy dookoła mieli jakieś korzyści, tylko ja wciąż nie miałem nic! Co za los…


    nie wiem czy będzie dalszy ciąg