Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

Rejterada znad jeziora .

retrofood 30 Jan 2021 18:55 1062 10
IGE-XAO
  • #1
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Rejterada znad jeziora .


    Poprzedni wątek tutaj https://www.elektroda.pl/rtvforum/viewtopic.php?p=19221601
    Streszczenie fragmentu dalszego ciągu, którego na razie nie ma.
    Tomek wciąż przeżywa ogromną huśtawkę nastrojów. Od dumy i zadowolenia po upokorzenie i chęć ucieczki z Pokrzywna. Ale późnym wieczorem rozmawia z Lidką i trochę się uspokaja. Z imprezy pod wiatą ponownie idą z Dorotą do domu na kontynuowanie rozmowy i tam w salonie zasypiają na sofie. Tak półsiedząc, w pełni ubrani. A następnego dnia przed obiadem jadą jeepem Doroty wraz z dziećmi na zakupy do Ełku. Kupują rowery i różny sprzęt sportowy. W drodze rozmawiają i Tomek dowiaduje się wreszcie skąd Dorota ma pieniądze. Otóż prawnicy amerykańscy wywalczyli dla niej odszkodowanie od uczelni, w której Kamil prowadził badania do doktoratu. Za to, że nie zapewniła mu bezpieczeństwa. Kwota była ogromna, opiewała na ponad dwadzieścia milionów dolarów. Ponadto zdradziła mu poufnie, że od tego czasu grywa na giełdzie jedną czwartą tej sumy, na najbardziej ryzykownych instrumentach finansowych, oraz na rynku Forex. I nie przegrywa. Tomek dziwił się, jednak nie posiadając odpowiedniej wiedzy i nie orientując się w szczegółach, nie mógł z nią dyskutować. A po sprawdzeniu informacji na smartfonie oznajmiła mu, że od wczoraj jej konto urosło o ponad milion dolarów. Więc nawet odpoczywając, zarabia krocie.
    Relacje między nimi zaczynają się stabilizować, a Dorota zaczyna być coraz bardziej zadowolona z rozwoju sytuacji i żeby pomóc Tomkowi, proponuje mu pracę w banku grupy Solution w Moskwie. Miałby tam wyjechać z Anią, dotychczasową asystentką Johna, a jej z kolei stanowisko miałaby zająć Joasia, Tomka córka.



    ************************************************************

    Przebiegła przez płytką wodę i skoczyła, a potem jej ramiona zaczęły regularnie przecinać taflę wody. Ja się nie ruszyłem, nie drgnąłem nawet, chcąc obserwować jej ruchy z brzegu. Cudownie pływała, z pewnej odległości było to nawet lepiej widoczne niż z bliska. A kiedy nacieszyłem się tym widokiem, zrobiłem podobnie. Zbiegłem do jeziora, chociaż nie sądzę, bym był tak obserwowany.
    Czekała na mnie. Zrobiła po prostu kółeczko i zatrzymała się, żebym zdołał dopłynąć, a potem nie spieszyliśmy się już nigdzie.
    - Miałam wrażenie, że zrezygnowałeś – odezwała się, trzymając wysoko uniesioną głowę.
    - Nie ma takiej opcji – mruknąłem, chociaż woda niemal wlewała mi się do ust. – Dawno cię nie podziwiałem, musiałem sobie przypomnieć jak wyglądasz w wodzie. Jesteś wspaniała, a przecież kiedy wyjadę, to znów nie wiem ile lat upłynie, zanim cię zobaczę. I czy w ogóle zobaczę jeszcze kiedyś.
    - Słuchaj, nie przesadzasz aby? – trwała niemal w miejscu, leniwie ruszając rękami aby tylko utrzymać się na powierzchni. Nogi nie sięgały tutaj dna. – Coś jesteś niewyraźny i nie rozumiem dlaczego. Powiesz mi w końcu o co ci chodzi?
    - Nie rozumiesz… – powtórzyłem jej słowa. – Ja też tego nie rozumiem. Wiem tylko, że cię kocham i wiem, że jutro będziesz przytulać się do Johna na moich oczach. I coraz bardziej nie chcę tego widzieć.
    - Powiedziałam ci już, że dopóki tutaj będziesz, nie będę spała z Johnem. Najwyżej obok niego.
    - Pamiętam, owszem, ale i tak mi smutno. Tak wspaniale było podczas naszej podróży i nawet teraz, na tej płyciźnie.
    - Zostań więc jeszcze chociaż kilka dni. Widziałeś jak chłopców cieszy twoja obecność? Udowodniłam ci, że nie boję się nawet tego, kiedy zostajesz z nimi sam. A jeszcze wczoraj mi to zarzucałeś. Oni ciebie potrzebują i doprowadzę do tego, żebyś miał wszelkie do nich prawa. Tylko powoli, nie chcę popełnić nieodwracalnego błędu. Róbmy wszystko z namysłem.
    - Słoneczko, ja to akceptuję, mam też nadzieję że zdałem egzamin jakiemu mnie poddałaś.
    - Zdałeś, jak najbardziej! – podpłynęła blisko i jedną ręką mnie objęła.
    Zaczęliśmy się całować. Nasze ciała spotkały się pod wodą, a nogi splotły. Ale to nie było wygodne. Każde z nas, jedną ręką, musiało rozgarniać wodę, utrzymując głowę na powierzchni, więc te pieszczoty nie trwały zbyt długo.
    - Podpłyniemy do twoich czarnych malin? – zapytała cicho.
    - Oczywiście! – zapewniłem. Sądziłem, że chodzi jej o maliny…

    Nie spieszyła się. Mogła wysforować do przodu, gdyż pływała o niebo lepiej niż ja, ale pozwalała dotrzymywać sobie tempa i to nawet bez nadmiernego wysiłku z mojej strony. Dlatego płynąc, mogłem jeszcze mówić, w dodatku bez wielkiej zadyszki. I zanim dotarliśmy na miejsce, zdążyłem przedstawić jej w kilku zdaniach to, co robiliśmy z chłopcami w cukierni. Skończyłem, kiedy wpływaliśmy pod nawis gałązek i czekałem, że jakoś odniesie się do tych słów, skomentuje moje postępowanie. Zgani albo pochwali, zaakceptuje lub nie, może skrytykuje, w każdym razie da mi jakieś wskazówki na przyszłość. A tu nic z tych rzeczy. I na pewno nie tego się po niej spodziewałem.
    Tak samo jak wtedy, tamtego lata, za rogiem domu…
    Zatrzymała się już stojąc, w wodzie po ramiona, po czy wyciągnęła dłoń w moim kierunku. Topografię dna mniej więcej pamiętałem. Przy tym brzegu nie było żadnych prądów, wiele tutaj zmienić się nie mogło, dlatego z ufnością wykonałem ostatni wyrzut ramion i zwyczajnie wyciągnąłem rękę, oczekując łagodnego już, opadania w stronę dna. Niespodzianek nie było. Może oprócz jednej. Spostrzegłem, że interesują ją jedynie moje oczy.
    Dłużej już nie czekałem. Wpiłem się w jej usta i mocno przytuliłem ciało, okryte skąpym kostiumem. Zbawcza zieleń skrywała nas przed wzrokiem wszelakich ciekawskich, chociaż nie miałem pojęcia ile par oczu śledziło naszą pływacką drogę. Jednak ich wzrok, na pewno do tego miejsca nie sięgał. Byłem tego pewien.

    Dorota tak samo o tym wiedziała. Zrozumiałem to, kiedy schwyciła moją dłoń, układając ją na swojej piersi. Stanik kostiumu przeszkadzał mi nieco, więc go zsunąłem, ale wtedy odepchnęła mnie delikatnie, po czym zrobiła krok w stronę brzegu, gdzie woda sięgała najwyżej do kolan i demonstracyjnie zrzuciła go z siebie, a potem zsunęła majteczki, wieszając je na gałęzi.
    - Chciałeś mnie widzieć nagą, więc jestem! – powiedziała.
    - Słoneczko!... – zawołałem cicho, podchodząc bliżej.
    Podniecenie ćmiło mi myśli i wprawiło całe moje ciało w drżenie. Drżały mi ręce, kiedy ją obejmowałem, drżały mi nogi i nie wiedziałem, czy zdołam się na nich utrzymać. Ale kiedy poczułem jej dłonie i zorientowałem się, że zsuwają moje kąpielówki z bioder, cały świat zawirował, drżąc razem ze mną.

    Nie, nie pozwoliła nam kochać się klasycznie. Zastosowała wybieg prezydenta Clintona. Ale może to było nawet lepsze dla mnie. Odnowiłem znajomość z wieloma zakamarkami jej ciała, wypieściłem wszystko to, co kiedyś podsuwała mi pod usta, a potem usłyszałem znane mi doskonale, cichutkie jęki i odgłosy, które kiedyś poprzedzały nasz sen…
    Nie mogłem też narzekać na brak jej zainteresowania swoją osobą. Nie wahała się ani przez moment. Wyssała ze mnie wszystko, łącznie z ostatnimi siłami…

    A później opadłem bezsilnie, zupełnie gołą rzycią, na kępkę trawy, wznoszącej się tuż na brzegu, łapiąc w dodatku powietrze otwartymi ustami. Sytuacja zaczynała mnie przerastać i nie wiedziałem co mam o tym myśleć. Ponadto, Dorotka po chwili usiadła mi na kolanach. Jej piersi cudownie sterczały na tle powierzchni wody, niczym jakieś wyzwanie. Nie miałem jednak siły by się nimi zajmować. Czułem za to, jak jej dłoń, starym zwyczajem, przeczesuje moją mokrą czuprynę, głowa zaś pochyla się, żeby pocałować czubek mojej...
    Milczeliśmy. Żadne z nas nie powiedziało ani słowa. Tu nie trzeba było słów. Znaliśmy je wszystkie na pamięć. Ale nieoczekiwanie przypomniała mi się Lidka i nasza rozmowa w hotelowym pokoju. Przestrzegała mnie przed próbami zaciągnięcia Dorotki do łóżka. Co więc teraz będzie?
    Na razie nie działo się nic. Oddech powoli mi się uspokajał, próbowałem więc wargami chwytać jej sutki, i gładziłem dłonią biodro. Niespodziewanie mocno mnie uściskała, ucałowała i wstała, demonstrując swoją nagość w pełnej krasie. Woda w tym miejscu sięgała tylko kolan.
    - Jesteś łobuzem! – powiedziała cichutko. – Zwyczajnym łobuzem! Moim ulubionym i jedynym! – oparła ręce na moich ramionach, przestąpiła nogi i stojąc w rozkroku przysunęła brzuch do mojej twarzy. Nie wiedziałem co to miało oznaczać, ale schwyciłem biodra i zacząłem całować okolice pępka. Wtedy rozchyliła uda szerzej i wygięła ciało do tyłu, ułatwiając mi pieszczoty. Zjechałem więc powoli w dokładnie znane mi okolice i znowu straciliśmy oddech…

    Wracaliśmy płynąc razem, gdyż stwierdziła, że próby rozdzielenia się teraz wyglądałyby mocno podejrzanie. Nie zapomniała jednak o najważniejszym. Przed wypłynięciem na otwarte jezioro, nazbierała trochę owoców, roztarła je na ustach, po czym pomazała również moje wargi, a na koniec obydwoje rozgnietliśmy resztę w dłoniach. Teraz mieliśmy już usprawiedliwienie takiego długiego pobytu pod brzegiem. Wprawdzie sok zmywał się dość łatwo, ale jakieś jego ślady przez pewien czas pozostawały.
    Pod wiatą wszyscy byli już w komplecie. Nawet Diana z chłopcami i Lidka. Dotarłem tam sam, gdyż Dorota po wyjściu z wody od razu pobiegła do sauny i dopiero później do nas dołączyła, przebrana w suchy kostium oraz plażową sukienkę.
    Komentarzy dotyczących naszego zniknięcia nie było, może ze względu na obecność chłopców, a może nikomu nie mieściło się w głowie to, czym się tam zajmowaliśmy. Zresztą, wyraźnym obiektem zainteresowania stali się chłopcy, bo zwracali się do mnie po imieniu, co nie uszło niczyjej uwagi.
    - Widzę i słyszę, że podczas zakupów zawarliście bliższą znajomość! – wesoło odezwała się Lidka, przebijając pytania Piotrusia, który niecierpliwił się i domagał wypłynięcia na jezioro. Uśmiechnąłem się do niej, ale tłumaczyłem chłopcom, że musi być bardzo ciemno, zanim polowanie się rozpocznie.
    - Przecież wam mówiłem! – wsparł mnie Stefan. – Teraz nic z tego nie wyjdzie! Wszyscy czekamy, nie tylko wy. Dlatego proszę o spokój.
    Ucichli, nie znajdując już argumentów. Natomiast do podchodzącej Doroty dołączyła Diana i przekazała jej jakąś informację. Dorota odnalazła mnie wzrokiem i podeszła bliżej.
    - Tomek, idź do domu się przebrać, ja zaraz przyjdę i zjemy kolację. Bo chyba tutaj wszyscy już jedli?
    - O tej porze? Kolacja? – Lidka ponownie zabrała głos. – Dziewczyno, co się z tobą dzieje? Kolację powinnaś jeść dwie godziny temu!
    - Ale nie jadłam.
    - Czasu nie miałaś? – Lidka pokpiwała nadal.
    - Zgadłaś! – Dorota roześmiała się. – Tak właśnie było. Nie miałam czasu.
    - Ty jesteś na urlopie, nie zapominaj o tym. Masz wypocząć! I prowadzić regularny tryb życia!
    - Właśnie dzisiaj zarabiałam na wypoczynek – Dorota pochwaliła się z wyraźną dumą w głosie.
    - I jak, dużo zarobiłaś? – włączył się Stefan.
    - Troszeczkę. Dla mnie wystarczy.
    - Ale konkretnie, o jakiej kwocie mówimy?
    - Nie będę ci psuć wieczoru szczegółami. Ważne, że na cały urlop wystarczy.
    - Mama zarobiła więcej niż milion dolarów – wypaplał Pawełek.
    - Ile??? – Stefan sądził, że usłyszał żart.
    - Pawełku! Prosiłam cię wiele razy, żebyś nie zabierał głosu jeśli rozmawiają dorośli, prawda? – nie kryła niezadowolenia. – Uważaj, żebyś nie odmaszerował do domu przed polowaniem! – zagroziła. Chłopiec, speszony, skrył się za Dianę.
    - Gdzie się tyle zarabia? – Stefan drążył temat. Ale Dorota straciła dobry humor.
    - Jutro ci odpowiem. A teraz proszę, zmień temat na bardziej wieczorny – odpowiedziała mu niezbyt grzecznie. – Ile czasu mamy do polowania?
    - Co najmniej godzinę – odpowiedział po chwili namysłu. – Musi być dobrze ciemno, żeby zechciały się pokazać.
    - Więc my idziemy do domu. – zdecydowała. – Za pół godziny będziemy z powrotem.
    - Tylko nie przepadnijcie gdzieś znowu! – odezwał się milczący dotąd Romek.
    - A co, zazdrosny jesteś? – przygasiła go Lidka. – Czy chciałbyś świeczkę trzymać?
    - Wolałbym to drugie – odparł bez zmieszania.
    - Jak będziesz pił tyle piwa, to rzeczywiście, jedynie trzymanie świeczki ci pozostanie – Lidka była bezlitosna.
    - Ty co, narzekasz? – nie poddawał się.
    - Jasne, że tak! – nie wytrzymała. – Przyjechał nad jezioro, w letni romantyczny wieczór i zajmuje się piwem, a ja muszę wyć do księżyca!
    - Nie ma sprawy, możemy iść na spacer – podniósł się z ławy.
    - Gdzie? – burknęła. – Nie mam ochoty wąchać zapachów przetrawionego piwa.
    Romek odszukał mnie wzrokiem.
    - Tomek, wracaj jak najszybciej, musimy rozpalić ognisko. Dziewczyny trochę potańczą i będą może bardziej przystępne…
    - Żebyś się przypadkiem nie zdziwił – Lidka nie ustępowała. – Niedoczekanie wasze. Raz w życiu się upiłam i wystarczy. A ty nie musisz przy każdej okazji mi o tym przypominać, bo sam masz znacznie więcej grzeszków na sumieniu.
    - Ja przecież nic nie mówiłem! – Romek się wycofywał.
    - Dobrze, dobrze! Mnie nie musisz bajerować, bo znam cię lepiej niż ty sam znasz siebie
    - Romek, odpuść! – powiedział Stefan. – Widzę, że i tak nie wygrasz, lepiej nalej mi piwa.
    - Znaczy… wy sobie porozmawiajcie, a my idziemy! – Dorota rzuciła mi krótkie spojrzenie. Wstałem i dołączyłem do niej. Wolnym krokiem poszliśmy w stronę domu, pozostawiając za sobą rozgadane towarzystwo.

    Nam jakoś nie chciało się mówić. Szliśmy powolutku obok siebie i chociaż nie mieliśmy głów spuszczonych, to myśli w mojej głowie szalały niczym błyskawice. Zdawałem sobie sprawę, że zrobiliśmy ten jeden krok za daleko. Nie chodziło tu o mnie, ani o Johna, jedynie o Dorotę. Przestroga Lidki ciągle brzmiała mi w uszach. „Jeśli zaciągniesz ją do łóżka, to ci ulegnie, ale potem nie będzie mogła patrzeć ani na siebie, ani na ciebie”.
    - Niepotrzebnie wyskoczyłam z tą wygraną! – odezwała się nagle.
    Zastrzeliła mnie niezmiernie. Sądziłem, że myśli o nas, a tu taki banał…
    - Dałaś się Lidce zaskoczyć – próbowałem ją tłumaczyć.
    - Bo tak właściwie, ta informacja była tylko dla Lidki. Zapomniałam, że nie jesteśmy sami.
    - Czyli zapomniałaś się dzisiaj drugi raz… – zażartowałem.
    - Wcale nie! – przystanęła, odwracając się. – Z tobą to była czysta premedytacja, a nie zapomnienie. Możesz nie mieć do siebie pretensji. Wszystko biorę na siebie.
    - A udźwigniesz? – spojrzałem jej w oczy. Westchnęła i odpowiedziała nie od razu.
    - Będę musiała. Tylko Tomku, bardzo cię proszę, między nami nic się nie zmienia i nie zapominaj, że jestem mężatką.
    - Dlaczego mi to mówisz? Czyżbym zachowywał się nieodpowiednio?
    - Nie, nie! – zaprotestowała. – Przepraszam cię. Mówię to dlatego, że i sobie muszę o tym przypominać. Ale dzisiaj śpisz grzecznie w hotelu i możesz przyjść dopiero rano.
    - Nie boisz się spać sama? Ja nie żartuję, wcale nie chodzi mi o sypialnię. Tylko sporo ludzi dzisiaj tu się kręci.
    - Nie przesadzaj, jest ochrona, teren jest oświetlony, dom zamknę…
    - Okna też?
    - Przecież okna są zamknięte, jest klimatyzacja.
    - Wszystkie?
    - No nie, w gabinecie nie ma klimatyzatora. Ale okno mimo wszystko nie jest otwierane.
    - Gdybyś chciała, mógłbym tam spać, na kanapie.
    - Nie, nie trzeba. Namówię Lidkę, żeby ze mną została.
    - Jak chcesz…

    Pani Helena odetchnęła z ulgą, kiedy się zjawiliśmy.
    - Kto to widział tak długo niczego nie jeść! – gderała pod nosem.
    - Pani Heleno, nie miałam czasu! Ale jesteśmy głodni i zjemy w kuchni, żeby pani nie fatygować zbytnio chodzeniem, dobrze? – spojrzała na mnie. Potaknąłem ruchem głowy.
    - I gościa trzymać o głodzie…
    - Ja byłem z chłopcami na lodach – pochwaliłem się. – W dodatku zjedliśmy po kawałku torcika!
    Helena załamała ręce. – Gdzie? – zawołała. – Kupowane jedzenie? Na ulicy? To ja tutaj robię lody, Basia piecze ciasto i nie ma kto tego jeść, a pan co wyprawia?
    - Pani Heleno, to nie tak! – tłumaczyłem się. – Chodziło o to, że byliśmy w Ełku i chciałem wkupić się w łaski chłopców. Musiałem tak zrobić!
    Przez chwilę przystopowała.
    - I jak, dogaduje się pan z nimi?
    - Wygląda na to, że zaczynamy kumplować!
    - Więc ten jeden raz panu daruję. Ale teraz, jeśli będzie miał pan ochotę na lody albo ciastko, proszę wtedy przyjść do mnie.
    - Dziękuję, na pewno skorzystam.
    Dorota cały czas tłumiła śmiech.
    - No, Tomek, jeśli zjawisz się tu następny raz, bez kwiatów dla pani Heleny, to będzie nie fair. Zostałeś potraktowany wyjątkowo łagodnie! – dowcipkowała. – Czym ty sobie na to zasłużyłeś, tego zupełnie nie wiem.
    - Bo pan Tomek jest panienki gościem! – oświadczyła dumnie Helena. – A kwiatów mi nie potrzeba. Pan je zachowa dla panienki Doroty.
    Miałem wrażenie, że puściła do mnie oko. A może mi się tylko tak wydawało? W każdym razie zachowywała się zupełnie inaczej niż na początku pierwszego dnia i rzeczywiście, chyba mnie w pewnym sensie forowała.

    Dorota poprosiła ją, żeby usiadła z nami przy stole, a wtedy Helena pytała mnie o różne zachcianki, co lubię jeść, a na koniec, kiedy omawiała z Dorotą kwestię jutrzejszego śniadania, powiedziała otwartym tekstem. – Panu Tomaszowi będzie ono smakowało!
    Dorota kręciła głową i śmiała się przez cały czas. Ale to było jeszcze nic. Nieoczekiwanie Helena zapytała z niewinną miną.
    - Panienko, pan Tomasz dzisiaj też będzie spał tutaj w domu, prawda?
    Dorota zakrztusiła się, a łyżeczka wypadła jej z dłoni.
    - Pani Heleno! – zawołała zgorszona. – Tego się po pani nie spodziewałam!
    - A niby czego? – odparła Helena spokojnym głosem, z miną niewiniątka.
    - Pod nieobecność męża, mam zapraszać na noc do domu innego mężczyznę? – Dorota cedziła słowa powoli i dobitnie. – Do czego mnie pani namawia?
    - Do niczego! – słowa Doroty spłynęły po niej jak woda po kaczce. – Ale samej w takim dużym domu, będzie niezbyt bezpiecznie. Natomiast pan Tomasz jest przecież panienki dobrym znajomym. Gdyby coś się działo, nie pozwoli panience zrobić krzywdy. Ani chłopcom. Ot, co! Dzisiaj też powinien pan tu zostać – rzuciła patrząc mi w oczy, po czym wolnym krokiem odeszła od stołu udając, że coś jeszcze musi przygotować.
    Spoglądaliśmy na siebie z coraz większym rozbawieniem, aż w końcu roześmieliśmy się na cały głos.
    - Chyba umówiliście się ze sobą – śmiała się Dorota. – Kto by pomyślał! Taka dokładna koincydencja poglądów! Niesamowite… Pani Helena namawia mnie na nieobyczajność…
    - Na nic nie namawia, wyraża jedynie troskę o twoje bezpieczeństwo! – sprostowałem poważnym tonem.
    Parsknęła śmiechem. – Nie rób sobie kabaretu z poważnego domu, dobrze? – wesoło udawała oburzoną.
    - Absolutnie nie mam takiego zamiaru! Kwestie bezpieczeństwa nie podlegają żartom. Jeśli mi nie wierzysz, zapytaj o to Pawła Dedejkę!
    Helena wróciła do nas.
    - Panienko, dla pana Tomasza pościeliłam kanapę w gabinecie. Jutro rano tam posprzątam. Jestem jeszcze potrzebna, czy mogę już iść?
    Dorota spojrzała na mnie z rezygnacją. – Tomek, wychodzi na to, że będziesz musiał tutaj zostać! Tylko co John na to jutro powie, nie mam najmniejszego pojęcia.
    - Pan John nie musi wszystkiego wiedzieć! – burknęła Helena. – A narodu nad jeziorem dzisiaj mnóstwo. Nie wiadomo kto się trafi. Ja panience dobrze radzę!
    - Pani Heleno, dziękuję! – zawołałem, skłaniając głowę. – Obiecuję, że nikomu nie dam ukraść Dorotki!
    - Proszę bardzo! W takim razie dobrej nocy życzę!
    - Pani Heleno! – słowa Doroty zabrzmiały tym razem bardzo poważnie. Helena przystanęła. – Słucham, panienko!
    - Wiem, że pani jest zmęczona, ale my zaraz wychodzimy, bo chłopcy czekają pod wiatą. Może by pani została jeszcze z godzinkę? Położy się pani na sofie, włączy telewizor…
    - Mogę zostać, mnie tam wszystko jedno, gdzie będę leżała – oznajmiła ze spokojem. – Proszę iść i o nic się nie martwić.
    - Dziękujemy pani! – wyprzedziłem Dorotkę.
    - Niech wam idzie na zdrowie. Będę czuwała tyle, ile będzie potrzeba.
    Dorota wstała i ją uściskała.
    - Pani Heleno, może… po kieliszku naleweczki?
    - A czemu nie! – Helena niespodziewanie objawiła przypływ energii. Za chwilę przyniosła ze spiżarni pękatą karafką i napełniła małe kieliszki.
    - Pani Heleno, to za pani zdrowie! – Dorota wzniosła toast.
    - Za pani zdrowie! – powtórzyłem. – I pijemy do dna!
    - Dziękuję!
    Kieliszki były maleńkie, więc ich opróżnienie nie sprawiło nam trudności. Zaraz też napełniła je ponownie. I kiedy smak nalewki jeszcze nie zanikł nam w ustach, nie dała się wyprzedzić, uskuteczniając swój toast.
    - A teraz wypijmy wszyscy za pomyślność małych paniczów! Niech się chowają zdrowo i szczęśliwie!
    Poczułem jak fala gorąca przepłynęła mi przez ciało. Dorotę natomiast zamurowało. Wpatrywała się w Helenę niczym zaczarowana.

    - Pani Heleno… – wykrztusiła tylko.
    - Panienko, wypijmy!
    Tym razem nikt nikogo nie namawiał, ale znowu wypiliśmy do dna. Helena postawiła kieliszek i dumnie wysunęła pierś do przodu.
    - Pani Heleno… skąd pomysł na taki toast?
    - Panienko… a tak mi przyszło do głowy… Gwiazdeczki rosną teraz jak na drożdżach, a ja nie mam kiedy i z kim wypić za ich pomyślność…
    Spoglądała na Dorotę niemal wyzywająco, ale przecież nie o bezczelność tutaj chodziło. Tego byłem pewien. Mierzyły się wzrokiem przez kilkanaście sekund i w końcu Dorota się poddała, bo skierowała wzrok na mnie.
    - Czyli pani Helena nas rozszyfrowała… tatusiu! – westchnęła z rezygnacją. Helena natomiast poweselała.
    - Panienko, przecież to widać! Ja mam oko! I głupia nie jestem. Liczyć też umiem. Myślałam, myślałam, aż mi tak wyszło, że to musi być pan Tomasz! I bardzo dobrze, bo słoneczka muszą mieć tatę. Zaczynają dorastać!
    Dorota spojrzała na mnie.
    - Widzisz? Nic się tutaj nie ukryje.
    - Ja tam nikomu nie wypaplę, panienka będzie spokojna. A jak pan Tomasz polubił swoje skarby to dwa razy dobrze! Tak ma być! No, dobrze, wypijemy jeszcze po jednym i idźcie już do nich – znowu napełniła kieliszki. – Niech się wami nacieszą, złotka!
    Wypiliśmy znowu po kieliszeczku i Dorota wstała.
    - Pani Heleno… – podeszła do jej krzesła. – Dziękuję pani!
    Objęła ją za szyję i ucałowała.
    - Oj, tam… – Helena udawała, że się broni. – Panienka ma kogo całować!
    - Ma pani na myśli Tomka? – zapytała retorycznie. – On mnie nie lubi! – pociągnęła nosem, udając zmartwienie.
    - Nie powiedziałbym tego – skomentowała Helena. I dodała podchwytliwie. – Ale kiedyś panienka go lubiła?
    - Kiedyś… – Dorota wyprostowała się i odpowiedziała rozmarzonym głosem. – Pani Heleno, kiedyś to spędziliśmy tutaj całe lato. We dwoje. Tylko we dwoje. W tym domu!
    - Tak właśnie myślałam – Helena pokiwała głową.
    - A dlaczego kłamiesz, że cię nie lubię? – zapytałem, podchodząc do Dorotki.
    Nie zważałem już na obecność Heleny. Przyciągnąłem ją do siebie i mocno objąłem, całując w usta. A wtedy oparła dłonie na moich ramionach i oddała pocałunek. Nie miało to w sobie nic z erotyzmu. Całowaliśmy się tak raczej dla zademonstrowania
    - Ja tam nic nie wiem, ale robi się ciemno! – usłyszeliśmy głos Heleny. Dorota pocałowała mnie jeszcze raz i wyzwoliła z objęć.
    - Czemu molestujesz dorosłą kobietę? – skarżyła się. – Dzieci na ciebie czekają!
    - Muszę ponownie przejąć w kuchni rządzenie – Helena roześmiała się. – Panie Tomaszu, kolacja skończona. Proszę opuścić kuchnię! I panienka też! Dzieci na państwa czekają!
    Spojrzeliśmy na siebie chichocząc, po czym ukłoniliśmy się zarumienionej Helenie, wychodząc z kuchni.

    - Czyli już wiemy skąd ta nadzwyczajna przychylność Heleny dla ciebie – odezwała się Dorota, kiedy byliśmy na zewnątrz.
    Było już mocno szaro, ale lampy w ogrodzie jeszcze się nie zapaliły. I temperatura spadła niewiele. Było bardzo ciepło i wręcz duszno.
    - Domyślałem się tego, bo innego powodu nie znajdowałem.
    - Też o tym myślałam, ale i tak mnie zaskoczyła. Jutro musisz jej kupić kwiaty. To jest złote serce, dba o mnie i o chłopców jak o swoje własne dzieci. A może i lepiej. Bardzo mi jej brakuje w Stanach.
    - To weź ją ze sobą!
    - Nie mogę! Helena nie chce jechać, bo się zwyczajnie boi. Boi się samolotu, boi się zmiany klimatu, boi się obcego środowiska… Tłumaczyła mi kiedyś, że nie będzie mogła zadbać tam o zdrowe jedzenie, bo skąd ma znać jego pochodzenie? I nie będzie umiała zapytać. Tam czułaby się obco i niepewnie, dlatego nie nalegam. Za to kiedy przyjeżdżam tutaj, nikomu nie pozwala się zastąpić.
    - Barbara mówiła, że dwa lata temu chorowała…
    - Tak, ma swoje problemy z krążeniem i ze stawami. Wysłałam ją wtedy do kliniki, na jakiś czas ją zreperowali, ale to wymaga regularnego leczenia. I teraz to Lidka zmusza ją do odwiedzania lekarzy. Ale gdy zapomni, to Helena się cieszy, że ma spokój. Nie umie dbać o siebie.
    - Ja natomiast jakoś się trzymam – oznajmiłem dumnie. – Biorę te swoje leki bardzo regularnie, podczas wizyt kontrolnych mam dobre wyniki, wygląda na to, że jestem coraz młodszy! – roześmiałem się.
    Nie podzieliła tej wesołości.
    - Dobrze, że o siebie dbasz. Ale teraz będziesz musiał starać się jeszcze bardziej! Masz wrócić do joggingu i to niezależnie od pogody. Nie próbować się usprawiedliwiać, nie szukać wykrętów, tylko odbębniać swoje. Ja wiem, że to bywa nudne, ale tak trzeba.
    - Jeśli mi obiecasz, że będziesz mnie kochała, to będę ćwiczył. Regularnie!
    Przystanęła, chociaż do wiaty było już niedaleko.
    - Tomek… – powiedziała bez uśmiechu. – Kiedy przestaniesz mnie dręczyć? Ile ja mogę jeszcze wytrzymać?
    - Przepraszam cię, słoneczko!
    Przeprosiłem na wszelki wypadek, bo nie zrozumiałem tej reakcji, a nie miałem jak poprosić o wyjaśnienia.
    - Chodźmy już, tylko bardzo cię proszę, bez żadnych publicznych deklaracji.
    - A były takie? Skąd twoje zastrzeżenia?
    Znowu się zatrzymała.
    - Tomek, może i nie było. Tylko już ci mówiłam, że przypominam o wszystkim nie tylko tobie, ale też sobie. Przepraszam, jeśli poczułeś się urażony. Ja po prostu zaczynam dmuchać na zimne. Za daleko zabrnęliśmy i stąd to wszystko. A teraz rozluźnij się, bo ludzie będą nas uważnie obserwować.

    Chłopcy powitali nas z ogromną radością, a dokładniej mówiąc, przypięli się do Doroty. Już nie mogli usiedzieć w miejscu. Ale i mnie nie zlekceważyli.
    - Tomek, powiedz coś, żeby łódka już wypłynęła! – Piotruś szarpał moją rękę. Usiadłem na ławie obok niego.
    - Słuchaj, z tym nie ma problemu. Łódka może wypłynąć, ale raki nie wyjdą, gdyż jest zbyt widno, rozumiesz?
    - Głupie raki! – skomentował.
    - Jest dokładnie odwrotnie! – uśmiechnąłem się do niego. – One nie są głupie! Tak jak ptaki w lesie, jak wszelkie dzikie zwierzęta, nie lubią naszego bliskiego towarzystwa. I dlatego w dzień się chowają. Dopiero w ciemnościach oszukujemy ich światłem, bo wtedy nas nie widać.
    Wziąłem od Stefana latarkę i poszliśmy kilka metrów za wiatę, gdzie wyjaśniłem mu, jak to jest znaleźć się z tyłu źródła światła.

    Interesujące było to, że nikt nie komentował naszego powrotu, ani nikt nie zwracał na nas większej uwagi. Lidka rozmawiała cicho ze Stefanem i obydwoje sączyli drinki, a Romek z Pawłem Dedejką sączyli w najlepsze kolejne piwo. Tylko Diana siedziała nieco na uboczu, ze szklanką czegoś z lodem. Dorota zapytała ją o jakieś sprawy i przez chwilę rozmawiały cicho. Pewnie o niczym nadzwyczajnym, bo uśmiechały się i potakiwały głowami.
    Miałem ochotę na jakąś wódkę, jednak mieliśmy pilnować bezpieczeństwa dzieci. Nie należało ryzykować. Dorota pewnie myślała podobnie, bo nie dała się namówić Romkowi na żaden alkohol, wyjaśniając, że na razie sprawuje opiekę nad małoletnimi.
    I w końcu nastąpił przełom. Stefan porozglądał się dookoła, spojrzał w niebo i podniósł się z ławy. A wtedy chłopcy wystrzelili od stołu jak z katapulty. Na szczęście zatrzymali się grzecznie nad brzegiem i kiedy doszliśmy do nich, już nie brykali, tylko spokojnie pozwalali sobą kierować.

    Wszystko odbyło się tak, jak Stefan zaplanował i uzgodnił to z Markiem. Łódka z nami wszystkimi wypłynęła w stronę wytypowanego brzegu, potem załączono lampy, a po chwili Stefan z Markiem wyjmowali raki z wody i wrzucali je na pokład.
    Było mnóstwo pisków, śmiechów i wesołej zabawy. Pokład był oświetlony, więc chłopcy wyposażeni w patyki, ostrożnie wkładali je w szczypce, obserwując co się wtedy dzieje. Na szczęście byliśmy na to przygotowani i wcześniej dostali zadanie. Byli odpowiedzialni za to, żeby stworzonka zbyt daleko nie odeszły i żadnemu nie stała się krzywda. Byli bardzo przejęci swoją rolą! Pilnowaliśmy ich dyskretnie obydwoje z Dorotą, pomagała nam też Lidka, lecz tak naprawdę, wcale nie było to potrzebne. Zachowywali się wzorowo, nie zrobili niczego ponad nasze uzgodnienia, a mnie słuchali tak samo, jak poleceń Doroty.
    Potem zaś założyli maski i zanurzeni w wodzie, chociaż przez nas podtrzymywani, obserwowali w świetle lampy jak Stefan czai się przy jamce i jak chwyta wypełzającego raka. Byli później wniebowzięci, kiedy już na pokładzie, demonstrował im prawidłowy uchwyt, poza zasięgiem szczypiec, bo nieuwaga groziła solidnym skaleczeniem.
    Wszystko było tak zajmujące, że kiedy Stefan z ich pomocą uporządkował pokład, okazało się, że minęło ponad dwie godziny!

    Gdy dobiliśmy do pomostu i wszyscy wyszli na brzeg, podniecenie nieznanym, wreszcie chłopców opuściło. Byli w siódmym niebie! Trzęśli się trochę, nie wiadomo czy z wrażeń, czy z zimna, chociaż w wodzie byli zaledwie przez kilkanaście minut. Na szczęście Lidka pomyślała o tym za nas i przygotowała dla nich ręczniki. Powycierali się z naszą pomocą, po czym ruszyliśmy do domu.
    Szliśmy sobie powolutku we czwórkę, my z Dorotą po bokach, mając opatulonych chłopców w środku. Sielankowy, rodzinny obrazek. Taki mocno kiczowaty. Brakowało tylko tego, żebyśmy trzymali się za ręce.
    Ale przecież cały ten kicz był taki kochany!

    Alejka od wiaty do domu nie była zbyt mocno oświetlona, nastrój był odpowiedni. I atmosfera, ta atmosfera z dzisiejszych zakupów, kiedy byliśmy sami, bez całej otoczki znajomych, wróciła! Wróciła dobra atmosfera.
    Dorota próbowała się z nimi przekomarzać, jednak oni z kolei, z ożywieniem opowiadali nam o swoich emocjach i spostrzeżeniach, kiedy dotykali te stworzenia, kiedy obserwowali ich ruchy, te niebezpieczne szczypce…
    Nie wyróżniali jej. Tak samo i mnie mówili o wszystkim. O swoich lękach, bojaźni przed nieznanym, o tym, że to wcale nie jest takie straszne, bo teraz jest już oswojone i oni sami też będą kiedyś takie raki łowili. Spierali się wprawdzie, czy będzie to za rok, może za dwa, jednak udało mi się ich pogodzić. Dokładniej mówiąc, obiecałem im, że zawsze kiedy tutaj będą, zjawię z pomocą!
    Wiedziałem, że ten wieczór zapamiętają na długo. Może na zawsze? Ale jak zapamiętają w nim mnie? Na razie nie miałem powodów, żeby się skarżyć.
    Dorota też nie zapominała. Ukradkiem ściskała mi dłoń, jednak kiedy chciałem czegoś więcej z tych uścisków, skrzywiła się i pokręciła głową przecząco. Mimo to i tak obdarzała mnie swoim pięknym, zadowolonym uśmiechem.
    Było mi tak dobrze, że zamyśliłem się i straciłem na chwilę kontakt z rzeczywistością. Przez moment wyobrażałem sobie, że we dwoje położymy dzieci do łóżek, a potem pójdziemy spać razem. Jakoś wydawało mi się to zupełnie naturalne…


    c.d.n.
    Kamery 3D Time of Flight - zastosowania w przemyśle. Darmowe szkolenie 16.12.2021r. g. 10.00 Zarejestruj się
  • IGE-XAO
  • #2
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Helena powitała nas, dyżurując w drzwiach kuchni. Już to wybiło mnie z marzeń. A dalej było zupełnie nieciekawie. Okazało się, że przed chwilą dzwonił John i prosił Dorotę o pilny kontakt. Dlatego przeprosiła nas i poszła do sypialni. Helena wtedy tylko westchnęła.
    - Proszę chwilę zaczekać, sama zajmę się chłopcami!
    - A ja nie mogę?
    Skrzywiła się lekko. – Niby pan może, ale nie polecam. Proszę tam teraz nie iść!
    Zrozumiałem, że według niej lepiej będzie usunąć się w cień, dlatego nie oponowałem, kiedy energicznie zapędziła chłopaków do łazienki.

    Cała sytuacja była mi zupełnie nie w smak. Nagle nie wiedziałem co mam robić. Wszystko było tutaj zorganizowane. Poczułem się jakiś taki niepotrzebny. Zostałem sam w korytarzu, mając na sobie jedynie mokre kąpielówki, niczym jakiś fircyk w zalotach. Gdzie nasza wspólna droga, wspólna rodzinna atmosfera? Jakaś cholera co chwilę miesza w moim życiu. Dlaczego ciągle jest coś nie tak?
    Adrenalina zagrała mi w żyłach i kiedy już na poważnie zastanawiałem się czy nie wyjść stąd po angielsku, do głowy doszła wreszcie logika. Przecież w gabinecie jest torba z zakupami! To, co kupiła dla mnie Dorotka. Mogłem się przynajmniej przebrać w suchą odzież!
    Wszystko było na swoim miejscu, pomijając nawet kanapę ze świeżą, wykrochmaloną pościelą. Z ulgą zmieniłem kąpielówki na nowe, krótkie spodnie i kolorową koszulę. Pogoda była taka, że na pewno w nich nie zmarznę. Teraz pozostało mi tylko czekanie na powrót Doroty. Tylko ile to potrwa? Wyszedłem na korytarz.

    - Panie Tomaszu, chłopcy pana proszą! – oznajmiła Helena, stojąca przed drzwiami ich sypialni. Poczułem ulgę. Jeszcze jestem komuś potrzebny.
    Kiedy tam wszedłem, powitali mnie z radosnym ożywieniem. Zrozumiałem jak bardzo się myliłem sądząc, że padną wprost ze zmęczenia. A tu nic z tych rzeczy. Cały czas wspominali wszystkie wydarzenia dzisiejszego dnia.
    Gdy usiadłem na brzegu tapczanika, wstawali, łapali mnie za ręce, za szyję, przytulając się i obrazowo tłumacząc zapamiętane sytuacje. Jeszcze nie całkiem wierzyłem, że zostałem przez nich zaakceptowany, ale to było prawdą! Obydwaj zjawili się obok mnie, obydwaj dokazywali, zupełnie się nie krępując, zaczepiali mnie i traktowali niczym towarzysza zabaw.
    Pozwalałem im na wiele, ale i słuchałem, cały czas prowadząc też dialog. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że oni reagują na moje wyjaśnienia! Przyjmują je do wiadomości z pełną wiarą i przekonaniem! To nie były dzieci trzymane głupio, czego kwintesencją było niegdysiejsze, amerykańskie, „bezstresowe” wychowanie. Chłopcy mieli nieźle poukładane w główkach, w czym na pewno była wielka zasługa Dorotki. Muszę ją za to pochwalić – pomyślałem z dumą, jakbym ja sam się do tego przyczynił.

    Szybko jednak dali mi radę. Może gdyby był tylko jeden… Ale ataków z dwóch stron po prostu nie wytrzymałem. Sam byłem już zmęczony, a oni zbyt głośni i mówili za dużo oraz za szybko. Dlatego też poprosiłem kategorycznie, żeby już spali, obiecałem, że jutro będziemy kontynuować zabawy, a potem uklęknąłem na podłodze, tak jak wczoraj w nocy z Dorotką i kolejno przytulałem się do nich, a na koniec potarliśmy się porozumiewawczo nosami.
    Nie chcieli, żebym wychodził, ale przecież nie mogłem postąpić inaczej. Życzyłem im jeszcze dobrej nocy, a na koniec pomachaliśmy sobie dłońmi, kiedy byłem już w drzwiach prowadzących na korytarz. – Kocham was! – powiedziałem cichutko do siebie, po czym zamknąłem drzwi prowadzące do ich sypialni.

    Domyślałem się, że Helena stoi tuż za drzwiami i prawdopodobnie mnie obserwuje, ale że dołączyła do niej Dorota, tego nie wiedziałem.
    - Ale byłeś dumny! – szepnęła chichocząc, kiedy wchodziliśmy do kuchni. – A wczoraj chciał mnie za nich niemal rozszarpać! – poskarżyła się Helenie.
    - Jakie „rozszarpać”, jakie „rozszarpać”? – protestowałem. – Ciebie? Wiesz, że nie ma takiej opcji! Mógłbym co najwyżej ciebie zjeść, żebyś mi więcej nie uciekała, ale nigdy nie „rozszarpać”!
    - Czyli wcześniej rozszarpać na kawałki! – podsumowała zabawnie.
    - Jeśli mi będziesz dokuczała, to zaraz tak zrobię! – zagroziłem.
    - A mówiłeś, że nie jesteś już głodny! – podeszła bliżej, wystawiając do przodu twarz. Ostentacyjnie i delikatnie cmoknąłem ją w usta.
    - Hm, hm, hm… – usłyszałem głośne chrząknięcia Heleny. – Ja tu niczego podobnego nie chcę widzieć! Tu jest kuchnia, proszę panienki i pana Tomasza!
    Spojrzeliśmy na siebie, po czym wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. Schwyciła mnie za ramiona i oparła głowę na piersi. Musiałem ją wręcz podtrzymywać.
    - Co… co… coś się nie zgadza? – Helena nie zrozumiała. – Powiedziałam coś nie tak?
    Dorota wyprostowała się i podeszła do niej.
    - Pani Heleno… – nie mogła utrzymać powagi i nadal śmiech nią szarpał. – Zupełnie nie o to chodzi.
    - A o co? Kuchnia to jest kuchnia!
    Dorota westchnęła i przestała się śmiać.
    - Ma pani coś jeszcze w tej karafce?
    - A mam! Oczywiście, że mam!
    Zakrzątnęła się błyskawicznie. Po chwili mieliśmy na stole to samo co uprzednio.

    - Tomek, wypijemy teraz za panią Helenę, żeby darowała nam to, czego się dowie! – wzniosła toast.
    - Słusznie! Wypiję, mocno wierząc, że tak będzie! – poparłem ją.
    Ale Helenie toast niezbyt się spodobał.
    - Panienko, tak się nie godzi! – protestowała. – Czy ja powiedziałam coś nie tak?
    Dorota błyskawicznie wstała i podskoczyła do jej krzesła, po czym objęła za szyję i demonstracyjnie ucałowała w policzek.
    - Przecież to nie o panią chodzi w tym momencie! – tłumaczyła.
    - A o kogo? – dopytywała Helena, machając rękami i udając, że Dorotę odpędza. Ale ton jej głosu bardzo złagodniał.
    - O nas! – Dorota śmiała się, zajmując swoje poprzednie miejsce.
    - A to proszę bardzo, tego chętnie posłucham.
    - Pani Heleno… – Dorota zaczęła tym razem poważnym tonem. – Musi pani wiedzieć, że kiedyś, dość dawno temu, w tej kuchni ja gospodarzyłam. Znacznie wcześniej niż pani!
    - Jezus, Maria! Panienka? W kuchni??? – Helena nie kryła zaskoczenia.
    Roześmieliśmy się serdecznie.
    – A co w tym dziwnego? Przecież spędzaliśmy tutaj z Tomkiem całe wakacje, więc czasami gotowaliśmy nawet, prawda? Mało tego, kosiłam też trawę…
    - Panienka gotowała??? No, no… I jak pan Tomasz to znajdował, smakowało panu?
    - Pani Heleno! Wszystko co u Dorotki, zawsze smakuje mi doskonale! – zapewniłem.
    - Ja przecież nie o tym! – zdziwiła się, lekko podnosząc głos. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale było za późno. Obydwoje zagłuszyliśmy ją głośnym śmiechem.
    Tym razem pośmialiśmy się wszyscy. Bo i Helena nie wytrzymała.
    - Ciekawy jestem, czy to Lidka uczyła się od pani takich ripost, czy też pani zaraziła się od niej! – zapytałem, kiedy odzyskiwaliśmy oddechy.
    - Panienka Lidka jest bez konkurencji! – zapewniła Helena, nie rozstrzygając dylematu. – A mnie jakoś samo tak wyszło!

    Gdy wróciliśmy do normalności, Dorota opowiedziała Helenie o tym, jak gospodarzyliśmy w kuchni we dwoje. I wcale nie umniejszała ani mojej roli, ani znajomości potraw. Helena spoglądała przyglądała się nam z lekkim zdziwieniem, jednak na bieżąco niczego nie komentowała. Odezwała się dopiero przy końcu opowieści.
    - Tego właśnie nie wiedziałam. Tak sobie wtedy myślałam, że przecież panienka częściej by przyjeżdżała do Czyżyn, gdyby nie miała co jeść. I kombinowałam, gdzie też się panienka stołuje? A okazuje się, że to było tutaj… Dlatego nie byłam pewna pana Tomasza, bo nie wiedziałam, że pan gotuje.
    - Przecież Lidka przywoziła nam od pani gotowe dania! – zauważyłem.
    - Czasem przywoziła, a czasem nie! – odpowiedziała filozoficznie. – Martwiłam się wtedy, ale cóż… I powiem, że nawet jak był pan na imieninach Lidki, to jeszcze nic mnie nie tknęło.
    - Bo wtedy to pan wójt był w ogólnym centrum zainteresowania, a nie Tomek! – przypomniała Dorota.
    - Rzeczywiście, musiałem z nim walczyć o ciebie! – pogładziłem jej dłoń, leżącą na stole. – A tak na marginesie, to co słychać u pana Zbyszka?
    Parsknęła śmiechem. – Jeśli jesteś bardzo ciekawy, to możesz go zapytać, bo w tej chwili prawdopodobnie przebywa pod wiatą.
    - Naprawdę? A z jakiej to okazji? – zdziwiłem się.
    - Lidka ma z nim jakieś swoje, czy też gminne sprawy. W ogóle, to on bywa tutaj dość często, gdyż Lidka nie ma czasu ani ochoty na wycieranie krzeseł w jego sekretariacie. Dlatego też zaprasza go tutaj na wieczór i jest po sprawie – śmiała się. – A dzisiaj pewnie będą debatować na temat jak wykorzystać pomysł Stefana z rakami, bo to jest ostatnio przebój tygodnia. Tubylcy naprawdę o tym nie wiedzieli i dopiero Stefan otworzył im oczy. Lidkę też to ruszyło, a uwierz mi, że w takim przypadku potrafi uruchomić wszystkie sprężyny, jakie są jej potrzebne. Ot, masz całą przyczynę przyjazdu pana Zbysia.
    - A ty już nie masz ochoty zostać jego zastępczynią? – zapytałem, spoglądając z ukosa, czy nie rzuci we mnie czymś ze stołu. Była jednak wyjątkowo spokojna.
    - Powiem ci, że spotkaliśmy się później kilka razy – odpowiedziała beznamiętnie. – Najpierw, gdy zaczęła się budowa infrastruktury, a ja byłam tu z Lidką.
    - I co, stanowisko było już zajęte? – kpiłem niemiłosiernie. Puściła to płazem, albo też chciała okazać, że temat wójta Zbyszka zupełnie jej nie drażni.
    - Byłam już wtedy mężatką, Tomeczku! – oznajmiła dobitnie, chociaż z roześmianą buzią. Czyli nie trafiłem z moimi dowcipami.
    Teraz zrozumiałem jej spokój i opanowanie, mimo to byłem ciekawy dalszego ciągu ich spotkań.
    - No dobrze, już nie będę ci dokuczał – obiecałem. – I jak się potem zachowywał?
    - A jak się miał zachowywać? – powtórzyła pytanie. – Zwyczajnie! Coś tam próbował początkowo dowcipkować, podobnie jak ty w tej chwili, ale szybko sprowadziłam go do parteru i od dawna nie mam z nim najmniejszych zmartwień. Lidka zresztą też nie ma. Tak przynajmniej twierdzi. Mówi, że gdyby jej stanął na drodze, to sama będzie kandydowała w wyborach, żeby tylko nie zaprzepaścić tego, co się w gminie zaczęło robić. Ale odpukać, na razie takiej opcji nie ma. I dobrze, bo Lidka ma ważniejsze sprawy na głowie.
    - Panienka Lidka za dużo bierze na swoją głowę – wtrąciła się Helena. – Po co to wszystko? Ja rozumiem tutaj, ale po co w Warszawie? Baśka mi mówiła, że tam kupuje jakieś kawiarnie…
    - Pani Heleno, zostawmy te tematy w spokoju! – zniecierpliwiła się Dorota. – Jest tam coś jeszcze? – spojrzała w stronę karafki.
    Helena potulnie napełniła kieliszki.

    Rozmowa była tak sielska i rodzinna, że po chwili zapomnieliśmy nawet o tym, od czego się zaczęła i nie wyjaśniliśmy Helenie roli stołu w całej tej historii. Tego, że służył nam nie tylko do kuchennych celów. Za to wspólnie z Dorotką zanurzyliśmy się we wspomnienia, opowiadając sobie jak widzieliśmy poszczególne zdarzenia tamtego lata, jak je interpretowaliśmy, co nam utkwiło w pamięci i co wspominaliśmy przez lata. Ważne i nieważne szczegóły, wyprawy na motocyklu, obserwacje miejsc i spotykanych ludzi…
    Oczywiście, nie mogło się obyć bez tak ważnych zdarzeń, jak obserwacja wschodu słońca nad jeziorem, ale dbaliśmy o to, żeby nie zahaczyć o powód tej obserwacji. Nie wchodziliśmy też w żadne szczegóły intymne i sytuacje wrażliwe. Tych zwyczajnych było aż nadto.
    Wprawdzie Helena na początku przerywała nam, pytając, czy nie mamy jakichś obowiązków wobec gości na zewnątrz, ale Dorota tak się wtedy krzywiła, że dała sobie spokój, a ja nie miałem wątpliwości. Nie chciała już wychodzić. I dobrze, bo mnie też to nie odpowiadało.

    A w ogóle, to Helena była dla nas doskonałym towarzystwem. Słuchała wszystkiego z zainteresowaniem, niewiele się odzywała, dbała o kieliszki i przekąski, ale najważniejszym dla mnie było to, że jej obecność tonowała moje zapędy. Bo gdybyśmy byli tylko we dwoje, nasza rozmowa bezdyskusyjnie potoczyłaby się w stronę łóżka. I wspomnień z tego zakresu. Przy czym to ja byłbym tutaj prowokatorem. Dzięki Helenie, mitygowałem się i pozostawaliśmy w bezpiecznym zakresie słońca, jeziora, nadzwyczajnych przypadków oraz, troszeczkę, naszych późniejszych tęsknot.
    Oczywiście, karafkę opróżniliśmy doszczętnie, mocno też naruszyliśmy drugą, zanim Helena nie podniosła alarmu, że pewnie jutro zaśnie podczas przygotowań do śniadania. A kiedy wychodziła, próbowałem robić wrażenie, że pójdę razem z nią do hotelu, ale mnie wyśmiała, kategorycznie polecając zadbać o bezpieczeństwo chłopców i „panienki”.
    Dorota już się jej nie sprzeciwiała, rozkładając tylko bezradnie ręce, więc zamek w drzwiach za Heleną przekręciłem ja. Od wewnątrz. I odwróciłem się w stronę Dorotki, która razem ze mną odprowadzała ją do drzwi.

    Była na sporym rauszu i wyglądała na zmęczoną, więc objąłem ją spokojnie i delikatnie ucałowałem włosy. Przez chwilę tuliła się do mnie, ale nagle mruknęła niechętnie, pokręciła przecząco głową i wyzwoliła się z objęć.
    - A to Helena! – powiedziała cicho. – Koniecznie chce, żebym z tobą spała!
    - Może i tak… – odpowiedziałem. – Mnie jednak bardziej ciekawi to, dlaczego tak chce! Wiesz coś o tym?
    - Może tak, może nie – odparła wymijająco, po czym się odwróciła. – Idę do łazienki – oznajmiła.
    Sytuacja wskazywała na to, że po naszych szczerych, otwartych wspomnieniach przy Helenie, nie było już śladu. Zrobiło mi się tak jakoś dziwnie.
    - Mogę iść z tobą? – zapytałem na wszelki wypadek, cały czas stojąc w miejscu.
    Przystanęła i odwróciła głowę. – Wolałabym… żebyś nie szedł.
    Poczułem mrowienie przechodzące przez ciało. Ale zacisnąłem zęby. – To ja poczekam w kuchni. Tylko mi powiedz, gdy zwolnisz łazienkę.
    - Dobrze! – odparła cicho i natychmiast szybko odeszła.

    Usiadłem na „swoim” krześle i szlag mnie trafiał! Co znowu się stało? Do dzisiaj rano myślałem, że tylko ja jestem niezrównoważony i popełniam głupstwa pod wpływem alkoholu. A tu nagle spotyka mnie taka przyjemność…
    O co jej chodzi? Boi się mnie? Po tym, co robiliśmy po południu w jeziorze? Przecież ja niczego nie chciałem, tylko trochę się przytulić… przecież to mama moich dzieci! Jutro wróci John i będzie po zawodach!
    Zaraz, zaraz, zapomniałem zapytać o jego telefon. Czy pytał o mnie. Ale… przecież Dorota i tak nie powie mi teraz prawdy…
    Najróżniejsze myśli przelatywały mi przez głowę. W końcu się uspokoiłem. Byłem tak samo zmęczony dzisiejszym dniem, a w dodatku było już grubo po północy. Chciało mi się spać. Oparłem łokcie na stole i schowałem głowę w dłoniach. Oczy mi się kleiły…

    Już drzemałem, kiedy nadeszła. Ocknąłem się, gdy potrząsała moje ramię.
    - Tomek, nie śpij! Łazienka jest wolna!
    Zerwałem się z krzesła i rozejrzałem dookoła. Stała obok, w króciutkiej, półprzezroczystej, nocnej koszuli. Zauważyłem, że w dużym dekolcie pysznią się fragmenty jej piersi, a reszta jest widoczna przez cieniutki jedwab, ale natychmiast postanowiłem też, że nie będę na to patrzył, dlatego odwróciłem głowę. Nie chciała mi ich pokazać, to niech sobie trzyma.
    - Dzięki, już idę! – wysapałem. – To długo nie potrwa. Możesz iść spać. Poradzę sobie.
    Nie odezwała się, kiedy wychodziłem z kuchni, ale słyszałem, że za mną idzie. I dobrze. Pójdzie spać, to przynajmniej przestanę się łudzić…

    W łazience rozebrałem się od razu po wejściu i wskoczyłem pod prysznic. Szum płynącej wody zagłuszał wszelkie odgłosy i kiedy wychyliłem głowę, otwierając też oczy, aż mną wstrząsnęło, bo obok siebie zobaczyłem ją, stojącą nago.
    - Daj mydło, to umyję ci plecy – powiedziała.
    - Słoneczko… skąd się tutaj wzięłaś?
    - Mam sobie pójść? – zapytała, patrząc na mnie z nadzieją i wkładając palec do ust.
    Ten ton… ten głos skrzywdzonej dziewczynki… to, czego mi brakowało przez lata. Porwałem ją i wciągnąłem pod strumień wody, całując zachłannie wszystko to, co tylko znalazło się w zasięgu moich ust. A wtedy odpowiedziała mi tym samym. Tak samo jak przed laty. Znikły jej zahamowania, znikły zastrzeżenia, nie było niczego oprócz nas. I wróciła radość z naszego spotkania…
    Hamowała moje miłosne zapędy, ale to nie wynikało z jej sprzeciwu. – Jeszcze nie! – szeptała mi do ucha, szarpiąc mnie za włosy i gryząc każde miejsce, które tylko udało jej się chwycić w zęby. A ja całowałem jej piersi, pieściłem rękami plecy, biodra, nogi…
    Wyrwała się w końcu z moich objęć, kiedy przestawałem nad sobą panować. I kiedy wyszedłem za nią spod prysznica, zarzuciła mi ręce na szyję, szepcąc do ucha, jakby ktoś mógł nas usłyszeć.
    - Zostaw trochę na później, dobrze?

    A kiedy jutrzenka zaróżowiła niebo na wschodzie, leżeliśmy spokojnie na wąskiej kanapie. Brzask dnia w niczym nam nie pomagał, ani nie przeszkadzał. Wszystko było już poza nami.

    Początkowo niby nie chciała się kochać. Poprosiła mnie o to, kiedy wchodziliśmy do gabinetu, czyli do mojej obecnej sypialni. Do tej dużej, małżeńskiej, naszej dawnej, nie chciała mnie wpuścić.
    Za to wszystko inne było dozwolone i wskazane. Jak przed laty… Przecież znaliśmy na pamięć swoje ciała, nasze reakcje i zachowania. To nic, że minęło trochę czasu, bo wszystko wróciło! Nie trzeba było o niczym myśleć, tylko całować, dotykać, ssać, lizać… A ja w dodatku byłem tego tak spragniony! I ze zdziwieniem zauważyłem, że chyba z wzajemnością...
    Nasze wieczorne pieszczoty w jeziorze rozładowały tylko napięcie. Tam nie było warunków na wyrafinowanie. Zaspokoiły głód! A teraz był czas na prawdziwą rozkosz delektowania się ucztą. I to jaką! Jej ciało nie straciło żadnych walorów, nie pozbyło się niczego ze swoich cech, które zapamiętałem. Nadal niesłychanie giętka, ze sprężystym biustem, o idealnej, jędrnej skórze… Dość szybko doprowadziłem ją językiem do spełnienia, ale nie poprzestała na tym. Krótka chwila przerwy na złapanie oddechu i jej usta znowu domagały się pocałunków, ciało pieszczot, a dłonie ściskały moją głowę. A przecież nie miałem wigoru dwudziestolatka! Co zresztą pomagało mi w pewnym sensie...
    Pragnąłem jej tak mocno, że gdyby nie było tego w jeziorze, pewnie i ja osiągnąłbym wtedy kres i cała reszta byłaby tylko udawaniem. Ale tutaj nie musiałem udawać niczego.
    Ten najmilszy zapach, bliskość ciała i dotyk dłoni, utrzymywały mnie w stanie najwyższej gotowości, długo pozwalając na spełnianie jej oczekiwań i moich wieloletnich marzeń. Nie szczędziłem więc wysiłków i nie zaniedbywałem teraz ani kawałeczka jej ciała, a ona poddawała się tym zabiegom z jakąś dziką, pierwotną rozkoszą, nie kryjąc, ani nie tłumiąc swoich reakcji. Jęczała, drapała mnie paznokciami, ściskała udami, ale też chwilami przejmowała inicjatywę i rewanżowała mi się wymyślnymi pieszczotami. A repertuar mieliśmy bogaty…
    I nie wiem, czy to było przez nią zamierzone, czy też stało się przypadkiem, ale podczas jednej z tych chwil, kiedy dominowała, a ja leżałem na plecach, tak wymanewrowała biodrami, że moja męskość znalazła wejście do jej wnętrza. Jęknęła tylko i nadziała się na nią z całej siły. Jeszcze tylko kilka nieskoordynowanych ruchów tułowiem i po chwili opadła na mnie jak podcięta. Ale bioder nie cofnęła. Zaraz też uniosła się i wczepiwszy palce w moją pierś, zaczęła mnie ujeżdżać.
    Tego już nie byłem w stanie kontrolować. Nie czułem też, jak jej paznokcie orzą mi skórę na piersi. Nie czułem niczego, oprócz pierwotnego pragnienia zespolenia się z nią w jeden organizm. A przynajmniej wypełnienia jej ciała po brzegi. Co też i uczyniłem, a towarzyszył temu głośny, przeciągły jęk i mocny nacisk jej tułowia, jakby się bała, iż możemy się rozłączyć.

    Trzymałem teraz nos wtulony w jej biust, a dłonią delikatnie i powolutku gładziłem cudowną krągłość biodra. Dorotka zaś, starym zwyczajem, leniwie przeczesywała palcami moje włosy. Było mi jak w niebie! Starałem się wbić w pamięć tę chwilę, bo zdawałem sobie sprawę, że przekroczyliśmy wszelkie granice i nie wiedziałem ile lat znowu będę czekał na jej powtórzenie. A może już nigdy się nie doczekam?
    Byłem jak przekręcony przez wyżymaczkę. Niemal bez sił i tylko świadomość, że jej nagie biodro mam po ręką może ostatni raz, pozwalała mi zapoznawać się kolejny raz z jego doskonałą formą.

    - I cośmy najlepszego zrobili? – odezwała się nagle, zupełnie trzeźwym głosem.
    W odpowiedzi zarzuciłem rękę dalej, na jej pośladki i przytuliłem do siebie cieplutkie, pachnące ciało. Cóż miałem odpowiedzieć na takie pytanie?
    - Tomek… – usłyszałem znowu.
    - Jestem, Słoneczko!
    Oderwałem nos od biustu i uniosłem głowę.
    - Tomek…
    Objęła mnie za szyję i zaczęliśmy się całować. Długo to nie trwało, bo po kilkunastu sekundach zdecydowanym ruchem odsunęła się ode mnie.
    - Idę spać! – oznajmiła. – Do sypialni. I proszę, żebyś tam nie przychodził!
    - Dlaczego? – zapytałem spokojnie.
    - Bo przesiąkniesz moim zapachem. Z tego też powodu nie zostanę tutaj z tobą. Po pierwsze, tu jest za ciasno, a po drugie, może do rana ulotni się z pościeli to co tu jest. I mam do ciebie jeszcze jedną prośbę!
    - Słoneczko, dla ciebie jestem gotowy zrobić wszystko! – zadeklarowałem. Ale nie zwracała na to uwagi.
    - Tomek, posłuchaj mnie uważnie. Jeśli przyznasz się komukolwiek do tego, co tu robiliśmy, to nie będę ciebie znała! Nigdy!!! Czy to rozumiesz??? Dotyczy to zarówno Heleny, jak i Lidki, Romka, Stefana i innych, bez różnicy!!! Nikt, nigdy, nie ma prawa o tym się dowiedzieć!
    - Nie! Te zastrzeżenia uważam za niesmaczne. Za kogo ty mnie masz?
    - Przepraszam…
    - W porządku, ja też przepraszam i przysięgam, że nie powiem nikomu!
    - Bardzo cię proszę! Nawet Lidce nie mów o niczym! – powtórzyła. – Spałeś w gabinecie i to wszystko.
    - Słoneczko… ale trochę żartów trzeba z tego zrobić! Bo jak będziemy próbować całkowicie się kamuflować…
    - Żartować możesz, ale się nie zwierzaj! Niech się domyślają, ale nie mogą mieć pewności!
    - I tak kocham tylko ciebie! – Uścisnąłem ją z całej siły.
    - Tomek… – zawołała, kiedy wyzwoliła się z moich objęć. – Jutro rano wraca John. Proszę, abyś nie zapominał, że jestem jego żoną, nie twoją…

    Poczułem się, jakby dała mi w twarz. Na chwilę zapadła cisza.
    - Musiałaś to mówić teraz? – skrzywiłem się z wyrzutem.
    - Przepraszam, już ci tłumaczyłam, że mówię o wszystkim nie tylko tobie, ale i sobie. Nie bądź więc zdziwiony, jeśli nie będę okazywała ci takiego zainteresowania jak wczoraj i dziś. Tomek, to się już więcej nie powtórzy! Nie może się powtórzyć!
    - A niby co?
    - Taki wieczór jak dziś… I taka noc…
    - Jesteś tego pewna?

    Zawahała się. A potem mnie objęła.
    - Ale mnie dręczysz… Tomek… tak, chciałam tego. Bo nadal mam w pamięci słowa, jakimi ciebie wtedy potraktowałam… Nie zasłużyłeś na nie. Dojrzałam do tego. Ale wszystko potoczyło się tak, jak się potoczyło i sytuacja jest teraz inna. Dlatego bardzo ciebie proszę, byś nie demolował naszego życia. Przede wszystkim naszych dzieci. Bo to o chłopców mi chodzi, a nie o siebie…
    Przerwała i westchnęła, ale zaraz podjęła myśl.
    - Tak, ty też mnie chciałeś. Nawet nie musiałeś o tym mówić. Widziałam to i wiedziałam. Zbyt dobrze się znamy. Przyznam się też, że jeszcze przedwczoraj w ogóle o tym nie myślałam. Taka opcja nie wchodziła w grę. Sądziłam, że nawet jeśli przyjedziesz, to usiądziemy spokojnie, porozmawiamy o dzieciach, uzgodnimy jakieś stanowiska i na tym to się zakończy. Ale jest inaczej i teraz nie mogę się pozbierać. A w dodatku dzisiaj Helena wystawiła mnie jak na strzelnicy... Oczywiście, nikomu niczego nie powie, nawet Lidce, ale i tak będzie z siebie zadowolona, że zrobiła to, co według niej, należało zrobić. Jednak to nie przystaje do całej mojej sytuacji…
    - Słoneczko! – przerwałem jej. – Nie gniewaj się na mnie, ale czuję się, delikatnie mówiąc, trochę niewyraźnie…
    - Dlaczego? Co się stało?
    - Nie stało się nic! – uspakajałem. – Tylko z twoich słów wynika, że poszłaś ze mną do łóżka w ramach jakiejś rekompensaty. A ja niczego podobnego nie chcę! I gdybym wiedział to wcześniej…
    - Gdybym ja tego nie chciała, to nie dotarłbyś nie tylko do mojego łóżka, ale nawet w jego pobliże! – przerwała mi zdecydowanym głosem. – I niczego podobnego nie mówiłam! O żadnej rekompensacie nie ma mowy!
    - Więc już niczego nie rozumiem…
    - Chodziło mi o to, że wtedy, przed laty, postępowałam wbrew sobie, byłam zdecydowana i konsekwentna, raniąc zarówno ciebie, jak i siebie. Postępowałam tak jak sobie zaplanowałam, bez zwracania uwagi na tegoż skutki. Dlatego teraz postawiłam sobie pytanie. Czy jeśli nadal będę pryncypialna i niezłomna, to będzie dla nas lepiej, czy gorzej? Cóż z tego, że nie złamię swoich zasad, jeśli będę zimna i uparta? Ty będziesz rozczarowany, a ja, być może, będę znowu później tego żałowała?! Dlatego, pamiętając o swoich słowach, które kierowałam wtedy do ciebie, sama postanowiłam, że nie będę się bronić jak reduta Ordona! Ani przed tobą, ani przed sobą! Wolę już później żałować, że z tobą spałam, niż latami rozpamiętywać, dlaczego do tego nie doszło. Ale to wcale nie oznacza, że mam wystawiać Johna na pośmiewisko. Nie zasługuje na to! Stąd też moja prośba do ciebie.
    - Przepraszam cię, chyba wcześniej źle to zrozumiałem…
    Pocałowała mnie zdawkowo w policzek i kontynuowała.
    - Dlatego też, od jutra, będę się zachowywała wobec ciebie tak, jak i wobec Stefana. Dyplomatycznie. I proszę cię, nie próbuj skracać dystansu między nami. Powtórzę! Ten wieczór i ta noc nie ma prawa ponownie się wydarzyć! Bardzo cię o to proszę!
    - I nie pocałujesz mnie nawet? – jęknąłem sztucznie. Zrozumiała, że żartuję i przytuliła się.
    - Ech, łobuzie! – mruknęła, milknąc na chwilę. – Pociesz się tym, że naprawdę było mi z tobą fantastycznie! – nieoczekiwanie dokończyła. – Niech ci to wystarczy.
    - A nie będzie następnego dzidziusia?
    Odsunęła się ode mnie błyskawicznie.
    - Ty wypluj te słowa! – niemal zakrzyknęła, ale zaraz roześmiała się i przytuliła znowu. – Nie, nie sądzę! – stwierdziła już spokojniej. – W szczegóły, tradycyjnie, nie będę cię wprowadzała – chichotała. – Chociaż... gdyby jednak coś, to tym razem pierwszy się o tym dowiesz… – śmiała się na cały głos.
    - Zaczynasz mówić Lidką!
    - Tak się złożyło! – kontynuowała radosny śmiech.

    Kiedy spoważniała, objęliśmy się jeszcze raz, jeszcze raz pozwoliła mi pocałować piersi, jeszcze raz schwyciła w dłoń moją męskość, a potem pocałowała na pożegnanie i wstała z kanapy. Zarzuciła na siebie koszulkę, po czym pochyliła się, musnęła mnie nosem i machając delikatnie dłonią na pożegnanie, wyszła z pokoju. Nie słyszałem jak idzie korytarzem, najwyraźniej miała na stopach miękkie pantofle.

    Byłem tak zmęczony, że jeszcze przez kilka minut nie mogłem zasnąć. Ale w końcu sen przyszedł.
    Przebudzenie zaś było dość bolesne.

    c.d.n.

    Dodano po 1 [godziny] 15 [minuty]:

    - Wstawaj, łobuzie! – jakiś głos świdrował mi uszy. – Jest już po siódmej! Co ty sobie wyobrażasz? Ile można spać?
    Usiłowałem naciągnąć kołdrę na głowę, ale czyjaś dłoń wśliznęła się pod nią, po czym zaanektowała mi podbrzusze i zaczęła tam uprawiać harce. Nie było to trudne, bo spałem nago, nie chciało mi się ubierać, kiedy poszła do sypialni. Otwarłem więc jedno oko i ujrzałem wesołą, śmiejącą się twarz. Dorota siedziała na brzegu kanapy, ubrana w strój do biegania.
    - Mówisz do mnie czy do niego? – mruknąłem.
    - O nie! – wykrzyknęła, porzucając swoje zajęcie i błyskawicznie wyjmując dłoń spod kołdry. – Jego mam na razie dosyć! – pochyliła się, całując mnie w policzek. – Podnieś się i marsz do łazienki! Pani Helena już dawno zrobiła kawę!
    Nie miałem wyjścia. Odrzuciłem kołdrę i usiadłem na brzegu kanapy, przeciągając się lekko.
    - A co to jest? – zainteresowała się, spoglądając poniżej mojej brody. Popatrzyłem na dół. Mój tors ozdabiały duże, czerwone, nieregularne punkty, które w kilku miejscach były poprzecinane dość grubymi, równie czerwonymi liniami. Wyglądało to tak, jakby krótkie i cienkie węże połknęły po kilka królików. I teraz je trawiły.
    - Twoje paznokcie, Słoneczko! – odparłem spokojnie. – I teraz to mnie piecze!
    - Ja ci to zrobiłam? – zapytała zdziwionym głosem. Przykucnęła i przyglądała się mojej piersi z bliska. Nie mogła uwierzyć. – Żebyś nikomu nie pokazał się bez koszulki! – spanikowała.
    - Słoneczko, dlaczego ciągle mnie szkolisz, niczym małe dziecko? – gderałem, prawie już rozbudzony.
    - Nie złość się! – oparła łokcie na moich kolanach, ale poderwała się szybko, kiedy jej wzrok powędrował w dół. Wciąż przecież byłem goły jak święty turecki, więc przed oczami miała moje podbrzusze w pełnej krasie.
    - Ubierz się, bezwstydniku! – komenderowała.
    - Nachodzisz śpiącego człowieka i dziwisz się, że nie ma majtek – odpowiedziałem leniwie. – A poza tym mogłabyś to wykorzystać, wyskakując błyskawicznie ze swojego stroju, bo nic nie jest w stanie tak szybko przywrócić mnie do życia, jak twoja nagość! – spojrzałem na nią bezczelnie.
    Wahała się tylko kilka sekund, świdrując mnie wzrokiem, po czym podeszła i wzięła w dłonie głowę, przytulając ją do brzucha. Nie byłem pewien, czy o to jej chodzi, ale ręce uruchomiły mi się niemal automatycznie i wędrując po jej udach w górę, wśliznęły się w nogawki spodenek, odchyliły majteczki kostiumu kąpielowego, następnie schwyciły pośladki, jeszcze mocniej przyciskając całe ciało do głowy.
    - Zwariowałeś! – powiedziała to tak cicho i z taką dziwną rezygnacją w głosie, że w jednej chwili wiedziałem wszystko. To nie ma prawa skończyć się na zdawkowych pieszczotach. Poczułem jak adrenalina wlewa mi się do żył…

    Jakby potwierdzając moje myśli, odchyliła tułów do tyłu i szybkim ruchem zdjęła koszulkę, rzucając ją na fotel, po czym tak samo rozprawiła się ze stanikiem od kostiumu.
    - Powoli! – mruknąłem cicho.
    - Chciałeś szybko! – skomentowała, ale zostawiła spodenki na biodrach, pochylając się i znowu obejmując moją głowę. Cały czas siedziałem na brzegu kanapy i teraz jej piersi dyndały mi na wysokości nosa, więc od razu uniosłem głowę, schwyciłem je ustami, po czym z rozkoszą obserwowałem jak pod wpływem moich pocałunków jeszcze bardziej twardnieją, a sutki zaczynają sterczeć, niczym radiowe antenki. Nieoczekiwanie, cofnęła je nieco i zaczęła się wyginać, jakby w tańcu, przy czym muskała nimi moje usta, zmuszając w ten sposób do udawanego polowania.
    Taniec jednak zakończył się, kiedy wyrwałem dłonie ze spodenek i niecierpliwie zacząłem ściągać je w dół. Przyjęła to spokojnie, pozwalając całować coraz niżej, swój odsłaniający się brzuch, a kiedy już całkiem z niej spadły, spokojnym ruchem stopy odsunęła je po podłodze, a następnie szeroko rozchyliła nogi i usiadła mi na kolanach.

    Wszystko było inaczej niż w nocy. Teraz nie broniła już niczego. Pieściłem ją tak jak chciałem, jak kiedyś, gdy dopiero uczyliśmy się siebie… jak tamtego lata. Bez tej zachłanności, pośpiechu i niecierpliwości, którą zaserwowaliśmy sobie kilka godzin temu. Tym razem nie miałem wrażenia, że świat się kończy, że to moja ostatnia szansa na przypomnienie sobie jej ciała, tych cudownych piersi, gładkich ud i sprężystych pośladków. Wszystko prezentowała mi dumnie, podstawiając pod dłonie, pod usta…
    Niczego się nie krępowała i doskonale wykorzystywała swoją sprawność gimnastyczną. Jakby chciała udowodnić, że cały okres naszego rozstania minął, że tak zwyczajnie kontynuujemy po prostu to, co sprawiało nam radość. I należymy do siebie, bo to my jesteśmy całym światem, a poza nami nie ma nikogo.

    Nie będę ukrywał, że zapomniałem się zupełnie. Smakowałem wszystko co mi ofiarowała niczym koneser, rozkoszując się każdym detalem, każdym zakamarkiem jej ciała i byłem całkowicie przekonany, że tego właśnie chce i tego oczekuje. Bo nie poprzestawała na ofiarowaniu, tylko rewanżowała się podobnymi pieszczotami… Tak samo jak kiedyś…
    To było cudowne przeżycie. Powrót tego wszystkiego, co nas łączyło przed laty. Chwila, kiedy nie istniało nic, oprócz nas. Tak, jak kiedyś… Nie było mężów, żon, dzieci… chwila, kiedy nie myśleliśmy o niczym, tylko o tym, że jest nam razem dobrze! I jesteśmy ze sobą zjednoczeni!
    Tak też zakończył się ten spektakl. W klasycznej pozycji, zespoleni jak dawniej. Dorotka splotła na moich biodrach nogi i nie dała mi się wycofać, ani zapomnieć o tamtych czasach, a ja zrobiłem to co chciała. Ale czego naprawdę chciała poza tym? Tego już nie wiedziałem...

    Chichotała później, kiedy już się ubieraliśmy, że znowu będę ojcem, ale byłem pewien, że tym razem to blef i nie szykuje mi żadnej niespodzianki. Traktowała ten temat zbyt lekko, żeby naprawdę należało się przejmować takimi żartami. Udowodniła mi przecież, że niczego nie pozostawia przypadkowi. A jeśli nawet, to i tak wszystko później kontroluje. Chociaż…

    To było już po tym, kiedy wyczerpani, leżeliśmy obok siebie niemal bez ruchu i tylko czasami moja dłoń gładziła jej wypukłości, a Dorota leniwie obejmowała moją szyję, ułatwiając tylko spotkanie ust. A całowaliśmy się bardzo delikatnie, z dziwną tęsknotą, tak niby zdawkowo, ale dla mnie to były chwile jak w czystej poezji, najwyższe uniesienie i wdzięczność za to wszystko, co mi dała, a także nadzieja albo i obietnica, że to przecież nie jest koniec…
    Jednak te minuty, tuż po naszej ekstazie, różniły się wyraźnie od tamtych, sprzed laty. Kiedyś, po takich chwilach nie patrzyliśmy sobie w oczy z taką intensywnością. Nie było takiej potrzeby, była za to pewność. Pewność tego, że jesteśmy ze sobą i jutro też będziemy. Teraz jednak Dorotka ułożyła się inaczej i nie wtuliła głowy pod moją brodę, tylko umieściła ją wyżej, na poziomie mojej. I oczy mieliśmy dokładnie naprzeciwko.
    Długo wpatrywała się we mnie, aż zrobiło mi się nieswojo. Chociaż, szczerze mówiąc, z jej oczu nie wyczytałem niczego złego. Bo było w nich wszystko. I zadowolenie, i duma, i pewność siebie… ale było też coś, czego nie potrafiłem określić. Coś nowego, czego nie rozumiałem.
    - Mam wrażenie, że mnie prześwietlasz – mruknąłem.
    Nie uciekła wzrokiem, ale delikatnymi ruchami głowy zaprzeczyła mojemu stwierdzeniu.
    - Nic podobnego! – odparła po krótkiej przerwie, nadal kontrolując moją twarz.
    - A powiesz mi o co ci chodzi? – zapytałem, nieruchomiejąc. Zatrzymałem dłoń na biodrze, jednak oczu tak samo nie odwracałem.
    Uśmiechnęła się, opuściła powieki, a potem pochyliła głowę, pieszczotliwym gestem wsuwając ją pod moją brodę.
    - Nie wiem co mam ci powiedzieć… – usłyszałem jej bardzo spokojny i opanowany głos. Był taki zwyczajny, jakbyśmy siedzieli obok siebie i opowiadali sobie stare, zasłyszane historie. Odsunąłem się nieco i wydobyłem jej głowę do poprzedniej pozycji.
    - A teraz mów! – poprosiłem stanowczo, patrząc jej prosto w oczy. Przez kilkanaście sekund milczała, spoglądając na mnie z nieokreśloną, lecz uśmiechniętą miną.
    - Chcę ciebie tylko zapamiętać – usłyszałem nagle. – I to wszystko!
    - Ej, chyba udajesz!
    - Dlaczego mam udawać?
    - Nie wiem, ale podejrzewam, że tak naprawdę, miałaś ochotę nawrzucać mi coś mocniejszymi słowami!
    Znowu zaprzeczyła delikatnymi ruchami głowy. – Wspomniałam ci, że jeszcze wczoraj nie tak wyobrażałam sobie nasze spotkanie, ale… stało się to, co się stało. W dodatku odbyło się to z moją pełną aprobatą! – przytuliła się. – Dobrze mi z tobą i niczego nie żałuję! Proszę cię tylko, abyś zachował to wyłącznie dla siebie. I nie zapomnij, że moim mężem nadal jest John! – usłyszałem.
    - To już znam na pamięć! – przerwałem jej chłodno, bo ten tekst znowu mnie nieco ukłuł. – Przecież mówiłaś o tym. Czy coś jeszcze?
    - Jeszcze? Nie wiem!... – znowu schowała głowę pod moją brodą. – Jak na razie, to wszystko mnie przerasta… moje wyobrażenia. Chwilami mam ochotę wypędzić ciebie stąd, albo też uciec sama, bo to wszystko nie koresponduje z moimi przekonaniami. Muszę to teraz przetrawić i jakoś się z tym pogodzić… Tomek, wiesz co? – zapytała nagle, odwracając się do mnie i siadając. – Jeszcze kilka dni temu, ja naprawdę sądziłam, że znajdę się z tobą w łóżku wyłącznie wtedy, jeśli mnie zgwałcisz! Cóż, Pokrzywno chyba jednak ma swoją specyficzną, tajemną atmosferę. Przynajmniej dla nas! – uśmiechała się. – Czy uwierzysz mi, że dokładnie pamiętam ten wieczór, kiedy pierwszy raz zaciągnęłam ciebie za róg domu i usiłowałam ci się oddać?
    - A ja nie umiałem zdjąć swoich spodni? – przypomniałem sobie historię sprzed lat, kiedy to zaciął mi się zamek w dżinsach.
    - Wybrnąłeś z tego nadzwyczajnie! – pochwaliła mnie. – Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że można i tak…
    - I dobrze, że nie wiedziałaś! – tym razem ja się roześmiałem. – Bo byłem tym wszystkim tak zaskoczony, że gdybyś mnie wtedy nie zaciągnęła do sypialni…
    - To co?
    - Nie miałbym odwagi na proponowanie ci czegoś więcej! – przyznałem się. – Ja wtedy nazbyt ciebie podziwiałem, byłaś dla mnie niedostępną księżniczką, na którą mogę spoglądać, może czasem zamienić kilka słów i całym moim szczęściem było to, że ta księżniczka była bardzo blisko mnie…
    - Tak… całkiem blisko była… od pierwszego do ostatniego dnia pobytu! – skomentowała wesoło moje słowa. – Bliżej, to nawet trudno byłoby sobie wyobrazić, bo najczęściej byłeś wewnątrz mnie! Przynajmniej pewną częścią ciała. Czasami zastanawiałam się, czy następnego dnia będę mogła przynajmniej chodzić, ale na szczęście jakoś nie miałam z tym większych problemów.
    - A dzisiaj będziesz mogła? – zrozumiałem do czego pije.
    - Nie wiem, to się dopiero okaże! – śmiała się, ściskając mi głowę. – Napracowałeś się przy tym solidnie, ale mam nadzieję, że to co pozostawiłeś, skutecznie zapobiegnie moim problemom. Tak przynajmniej twierdzi medycyna.
    - Poważnie?
    - A co ty myślałeś? Nie po to natura tworzyła przez tysiące lat określony mechanizm relacji damsko – męskich, żeby kobietom zaszkodzić! To, co mi pozostawiasz, jest balsamem, którego nie zna nawet przemysł kosmetyczny. I nigdy nie pozna!
    - Mogę ci go dostarczać na każde twoje życzenie!
    - Nie rozpędzaj się tak! Widzisz… będziesz znowu narzekał, że traktuję cię jak dziecko, ale muszę powtórzyć, że… Dobrze, już dobrze! Nie będę powtarzała, bo widzę, że krzywisz się niczym po cytrynie. Ale mamy przed sobą zaledwie kilka godzin, kiedy mogę być z tobą taka… powiedzmy mało oficjalna. I musimy się z tym pogodzić! Tak samo ty, jak i ja.

    Tak, musiałem! Wcale mi taka wizja nie odpowiadała, ale co mogłem zrobić? Zacisnąć zęby i milczeć, to wszystko. Przyszłość nie zapowiadała się zbyt różowo…
    - Chodź do łazienki! – sprowadziła mnie na ziemię, przerywając te rozmyślania. – Spróbuję jakoś zamaskować te linie. Przecież nie będziesz mógł wejść do wody!
    - Najpierw trzeba to zdezynfekować – sprostowałem apatycznie, bo znowu miałem ochotę położyć się spać.
    - Coś znajdę, tylko się w końcu ubierz!
    - A po co? Pani Helena już jest?
    - Od dawna! – spoglądała na mnie z politowaniem.
    - To my tak… przy otwartych drzwiach i prawie podniesionej kurtynie?
    - Właśnie! Zupełnie nie dbasz o moją reputację! – żartowała, kiwając głową.

    Nie wiedziałem na czym to polegało, ale byłem pewien, że żadna dekonspiracja nam nie groziła. Dorotka była tym razem zbyt pewna siebie.

    Rzeczywiście, w łazience najpierw umyła mi te zadrapania, osuszyła, a następnie wyszukała wśród swoich kosmetyków jakiś środek, którym pociągnęła linie tak, że stały się niemal niewidoczne.
    - Z kilku metrów nie widać niczego! – oceniała swoje dzieło, na przemian odchodząc i podchodząc ku mnie bliżej.
    - Tylko na jak długo to jest i czy nie rozpuści się, jeśli się spocę? A poza tym tu jest zbyt słabe światło.
    - Sprawdzimy podczas biegu i po biegu. Mam nadzieję, że w jeziorze jeszcze nikogo nie będzie. Ale dwanaście godzin ten fluid powinien wytrzymać. Nawet w wodzie. Chodź teraz na kawę i idziemy biegać.

    Dzbanek stał już na stole. W kuchni, oczywiście. Helena zdecydowanie uznawała mnie już za domownika, a nie gościa. Bardzo mi to odpowiadało. Tu czułem się wyraźnie lepiej niż w salonie.
    - Jak się panu spało? – zapytała, kiedy ją pozdrowiłem.
    - Dziękuje, znakomicie! I nikt się w nocy nie dobijał do drzwi. Tylko nad ranem jakaś zjawa mnie wystraszyła i bardzo się bałem, że się nie obudzę…
    Dorota, która nalewała kawę do filiżanek, energicznie postawiła dzbanek na stole i wlepiła we mnie wzrok.
    - Ja ci dam zjawę, ty… ty brzydkie straszydło! – wykrzyczała. – Słyszy pani jaki jest dla mnie niedobry? – zwróciła się do Heleny. – Jak mnie przezywa? A pani podsuwa mu jeszcze smakołyki! I za co, ja się pytam?
    - Przecież ja nie mówię o tobie! – tłumaczyłem. – Nie powiedziałem „Dorotka”!
    - Dobrze wiem, co powiedziałeś! – podniosła dumnie głowę. – Za karę, tempo dzisiejszego biegu będzie olimpijskie! Wybiję ci z głowy przezywanie mnie!
    Helena z dobroduszną miną przyglądała się nam, rozstawiając na stole patery, półmiski i miseczki z różnorodną zawartością.
    - Pani Heleno, jest za wcześnie na śniadanie! – Dorota powiedziała to już normalnym głosem. – Zjemy dopiero po porannej zaprawie.
    - Ale po ciasteczku można zjeść! – przekonywała Helena. – Pan Tomasz musi zregenerować siły przed bieganiem. Glukoza jest mu niezbędna.
    - No i już się poskarżyłam! – Dorota w geście bezradności opuściła ręce. – Tłumaczę pani, że Tomek mi dokucza i w ogóle nie zasługuje na pani ciastka, a pani robi swoje! Ładnie to tak? O mnie pani tak nie dba!
    - A tam, zaraz „nie dbam”. Dbam i o panienkę! Panienka też dostanie dzisiaj ciastko dla regeneracji i nabrania sił!
    Wybuchnąłem śmiechem, a Dorota tuż po mnie. Tekst był bardzo dosadny i konkretny!

    Po drugim nawrocie, kiedy do bramy zostało nie więcej niż sto metrów, Dorota przystanęła, więc i ja się zatrzymałem.
    - Podnieś koszulkę! – poleciła. Ale z obserwacji nie była zadowolona.
    - Ścierasz to maskowanie dzianiną. Muszę dać ci ten fluid i będziesz sam uzupełniał ubytki w miarę potrzeb.
    - Przecież jeśli nie zdejmę koszulki, to nikt niczego nie zobaczy! – wydyszałem.
    - A jak zapomnisz? Zresztą, może być taka sytuacja, że będziesz musiał się rozebrać.
    - A będzie jeszcze ciekawiej gdy Lidka, albo ktoś inny, zobaczy mnie z damskimi kosmetykami w dłoni. Będę wyglądał niczym homo niewiadomo, albo co najmniej jak teletubiś!! Mam lepszy pomysł.
    - Jaki?
    - Muszę wpaść w jakieś kolczaste krzaki na oczach wszystkich, wtedy będzie więcej zadrapań i te znikną w tłumie.
    - A ty będziesz potem chodził z bliznami!
    - Nic podobnego. Zagoi się bez śladu!
    - Nie, nie jestem przekonana do tego pomysłu.
    - Biegnijmy, nie ma sensu stać.

    Posiedzieliśmy potem kilka minut pod wiatą, łapiąc oddechy i odpoczywając nieco, a także poprawiając dyskretnie „makijaż” na zadrapaniach, aż wreszcie poszliśmy do wody. Pływaliśmy niemal oddzielnie. Dorota robiła dłuższe dystanse, a ja delektowałem się samym przebywaniem w wodzie. I pływałem tylko tyle, żeby nie zmarznąć. Bo chociaż temperatura powietrza chyba już osiągnęła dwadzieścia pięć stopni, to woda tradycyjnie nie była przesadnie ciepła.
    Chyba dobrze zrobiliśmy, bo na brzegu pojawiło się kilka osób. Na razie nikt do wody nie wchodził, ale czułem, że jesteśmy obserwowani. Pewnie z ciekawości.
    - Mamy widzów! – powiedziałem do niej, kiedy była niedaleko.
    - Zauważyłam – odparła krótko i podpłynęła bliżej. – Jak widoki na twoim biuście?
    - Trochę jednak widać, chociaż teraz pewnie z zimna.
    - Ja wyjdę na brzeg pierwsza i wezmę ręczniki, a ty popłyniesz w stronę pomostu. I tam od razu się okręcisz.
    - A jak oni też tam pójdą?
    - To wyjdziesz na brzeg zaraz za mną.
    Na nasze szczęście, obserwatorzy chyba zapoznawali się z terenem, bo po kilkunastu minutach, nie było po nich śladu i wyszliśmy z wody bez problemów. Włożyłem na siebie tylko koszulkę i z pozostałymi rzeczami w rękach, poszliśmy do domu. A tam przebrałem się w luźną koszulę, jedną z tych, które dostałem od Doroty. Może taki, mało obcisły ubiór, będzie korzystniejszy?

    Przy śniadaniu już nie dowcipkowaliśmy. Omawialiśmy natomiast propozycje na dzisiejszy dzień dla chłopców. Ja chciałem pojechać gdzieś dalej, na jakąś wycieczkę, ale był mały szkopuł. Dorota w zasadzie akceptowała ten pomysł, tym bardziej, że to ja prowadziłbym samochód, ale czekała na informacje od Johna.
    Wyjaśniła się też wreszcie istota wieczornego telefonu od niego. Otóż zapowiedział, że przyjedzie z gośćmi, którzy chcą pograć w golfa. Nie było w tym niczego szczególnego, bo mieli to zaplanowane, jednak Dorotka nie znała czasu ich przyjazdu. A byłoby czymś wysoce niestosownym, gdyby John przyjechał z gośćmi, a Doroty nie było na miejscu. Czyli musieliśmy czekać.
    Zresztą, chłopcy spali w najlepsze, a budzić ich nie mieliśmy zamiaru. Niech odeśpią wczorajszy wieczór! Nie wszystkim jest to dane – pomyślałem. Kiedy dorosną, też będą zarywać noce przez jakieś mamy ich przyszłych dzieci.
    Dorota przyniosła laptop i zanurzyła się w gąszcz informacji ze świata finansów.
    - Nie masz gdzieś drugiego? – zapytałem nieco znudzony.
    - Mam! – odparła krótko. – Przynieść?
    - Jeśli możesz, to poproszę!
    - Pan umie to obsługiwać? – zapytała Helena.
    Tym razem nie zabraniała nam naruszania kuchennych standardów, chociaż jedliśmy to śniadanie niezbyt elegancko, z przerwami, chwilami mocno dyskutując, a chwilami milcząc i nie zwracając na siebie uwagi.
    Roześmiałem się do niej. – Pani Heleno, umiem, bo muszę umieć! To jest moje narzędzie pracy!
    - Tak jak i pana Romka?
    - Podobnie, ale jednak nie tak samo. Ja układam i piszę programy dla maszyn. Dla obrabiarek. Tokarek, frezarek, albo innych, jeszcze bardziej wymyślnych. I na komputerze muszę sprawdzać ich działanie zanim uruchomię maszynę. Żeby jej nie uszkodzić, bo mogę się pomylić. A błąd na maszynie, to strata dużych pieniędzy.
    - Ja tego nie rozumiem i już się nie nauczę – wydęła usta.
    - Bo pani nie chce! – zdradziła Dorota wracając do kuchni i podając mi sprzęt. – Chciałam nawet załatwić pani nauczyciela, żeby dojeżdżał na miejsce, żeby nie musiała pani nigdzie chodzić…
    - Mnie to niepotrzebne! Urodziłam się bez komputera i bez niego umrę! – Helena dobitnie zaakcentowała swoją wypowiedź, a Dorota rozłożyła tylko ręce i wróciła do poprzedniego zajęcia.

    Umilkliśmy i siedziałem, czekając aż uruchomi się system operacyjny. Dzisiaj wszystko było inne, niż jeszcze wczoraj. Nawet ta obojętność przy stole była inna. Bo doskonale wiedzieliśmy, że tak naprawdę, to jej nie ma. Dorota nie zwracała na mnie uwagi, ja nie patrzyłem na nią… ale wiedzieliśmy, że ta druga osoba tutaj jest! Blisko, bliziutko… Zaraz, zaraz… jak to mówiła? Że Helena nie powiedziałaby na nią złego słowa, nawet gdyby teraz tańczyła kankana przede mną na stole… I to bez bielizny…
    Poczułem dreszcz na samo wspomnienie Dorotki sprzed paru godzin. Nie tylko z powodu jej ślicznego, nagiego ciała… Bałem się o nią. Ciągle powracały mi do głowy słowa Lidki. Byłem pełen obaw o to, jak po tym wszystkim poradzi sobie ze sobą.
    Chociaż wszystko wskazywało na to, że jest mądrzejsza od Lidki. I bardziej dojrzała niż tamtego lata. Znalazła wyjście z sytuacji… Czy aby na pewno? Jeszcze nie zetknęła się z Johnem. Ani ja. Nie mów hop, dopóki nie przeskoczysz! – przypomniałem sobie znane przysłowie. Na razie zachowuje się rewelacyjnie. I ma świetny humor. Tylko czy tak też będzie później?

    Sprawdziłem swoją pocztę. Oprócz reklamowego chłamu, miałem dwie alarmujące wiadomości od klientów, o potrzebie pilnego kontaktu, oraz informację od Joasi, że nie może się do mnie dodzwonić. Musiałem wrócić do hotelu po telefon. A tam pewnie będzie szereg nie odebranych rozmów.
    - Słoneczko…
    - Słucham cię, duży łobuzie!
    - Dlaczego „duży”? – zdziwiłem się. Zaciekawiona Helena, kręcąca się po kuchni, spojrzała w naszą stronę. A Dorota była niesamowita.
    - Bo małe łobuziaki jeszcze śpią! – wyjaśniła filozoficznie, nie odrywając wzroku od ekranu.
    Helena odwróciła się tyłem, ale widziałem uśmiech na jej twarzy.
    - Pani Heleno! Słyszała pani? – zwróciłem się o pomoc. – I kto tu komu dokucza?
    - Kto się lubi, ten się czubi! – zacytowała spokojnie. – Nic panu nie będzie!
    - Ot i masz pomoc! – westchnąłem. Dorota podniosła wzrok znad ekranu i bezgłośnie śmiała się do mnie.
    - A ty twierdzisz, że pani Helena mnie faworyzuje! – skarżyłem się. – I jak ci teraz nie wstyd?
    - Bo taka jest prawda! A że raz obroniła mnie przed jawną niesprawiedliwością z twojej strony, to nie zmienia istoty rzeczy! Jesteś bardzo dużym łobuzem i tego nie da się ukryć!
    Umilkłem na chwilę, żeby nie nakręcać tematu, bo teraz nie było na to czasu. Musiałem zająć się swoimi sprawami.

    - Dorotko…
    Tym razem uniosła głowę bez komentarzy. Ton mojego głosu był po prostu poważny.
    - Pójdę do hotelu, bo tematy mi się nawarstwiają. I nawet Joasia usiłuje się do mnie dodzwonić.
    Odsunęła laptop i przez chwilę się zastanawiała.
    - Godzina ci wystarczy?
    - Uważam, że powinna połowa …
    - Dobrze! Wróć, gdy zakończysz – spojrzała na zegarek. – W ciągu godziny wszystko się wyjaśni, no i chłopcy chyba już wstaną. Jeśli laptop jest ci potrzebny, to go weź, tylko przynieś z powrotem, bo nie pamiętam co jest na jego dysku. Wolałabym, żeby nikt niepowołany tych informacji nie przeglądał.
    - Przyrzekam! – oświadczyłem, kładąc rękę na sercu. Ale zignorowała to.
    - Tomek, tylko proszę! Kończ tamte swoje lokalne interesy. Im wcześniej, tym lepiej, będziesz miał więcej czasu dla siebie. A to nie jest ostatnią sprawą, tak jak już ci mówiłam. Wprawdzie to Ania zajmie się papierkami, ale ty też będziesz miał niemało bieganiny przed sobą. I nie tak wiele czasu do dyspozycji. Nie zapominaj o tym!

    Wpatrywałem się w nią niemal bez ruchu. Burza myśli kłębiła mi się pod czaszką. Bo przecież przez całą noc i także dzisiejszy ranek, nawet przez chwilę nie wspomniałem o tym, nie pomyślałem, że mam przed sobą, ze sobą, nad sobą, a także pod sobą, moją przyszłą szefową. Moją przełożoną, dla której mam pracować. Kochałem się niedawno z moją Dorotką, moim szczęściem, moim wspomnieniem sprzed lat, która teraz będzie dla mnie panią dyrektor. Albo dyrektorką, jak ktoś tak woli.
    - Co tak na mnie patrzysz? – zauważyła przytomnie. – Coś się nie zgadza?
    Odpowiedziałem jej smutnym spojrzeniem. – Nie chce mi się iść! Wolałbym być z tobą…
    Wstała i podeszła do mojego krzesła od tyłu, po czym, nie zważając na obecność Heleny, objęła mnie rękami za szyję i przytuliła policzek do głowy.
    - Bo jesteś leniwy łobuz! – oświadczyła, całując moje włosy.
    Odchyliłem się do tyłu, ułatwiając spotkanie naszych twarzy. Cmoknęła mnie w policzek i nagle odskoczyła w tył, opuszczając ręce.
    - Patrzcie, patrzcie! – zawołała. – Do tego jakoś sił ci nie brakuje!
    Miałem już na końcu języka ripostę, że raz na osiem lat to można się sprężyć, ale na całe szczęście nie otwarłem ust. Takie słowa zepsułby całą atmosferę dzisiejszego ranka.
    - Dla ciebie jestem w stanie zmobilizować wszelkie rezerwy organizmu!
    - To mobilizuj! – nie pozwoliła mi na kontynuowanie tematu. – I najpóźniej za godzinę chcę ciebie widzieć znowu! – zakończyła, grożąc mi palcem, po czym usiadła na swoim miejscu. – Łobuzie – dodała jeszcze, rzucając mi znad ekranu rozpromienione, wesołe spojrzenie.
    Posłałem w jej kierunku powietrznego całusa, po czym wstałem i wyszedłem na zewnątrz.

    Powinienem być niesiony euforią. Śpiewać, tańczyć, podskakiwać, ale jakoś nic takiego mnie nie niosło. Przygasłem od razu po wyjściu z domu, jeszcze na ścieżce. Dobry nastrój Dorotki zupełnie mi się nie udzielił. A przecież stało się to, o czym wczoraj ledwo śmiałem pomarzyć! Kochałem się z najładniejszą na świecie, najbardziej upragnioną przeze mnie kobietą, chociaż jeszcze wczoraj wydawało się to równie realne, jak śnieżna zadymka w puszczy amazońskiej!
    Jednak nie miałem teraz szesnastu lat i swoją życiową gwiazdę, która patronowała moim losom, poznałem już jak zły szeląg. Była kapryśna niczym stara wiedźma i gdy nawet chwilowo się zagapiła, pozwalając mi uszczknąć od życia trochę szczęścia, to niezadługo zawsze przypominała o swoim istnieniu. W dodatku im więcej i łatwiej osiągnąłem, tym boleśniej mnie uderzała. Gdzie i kiedy uderzy tym razem? Co złośliwego mi ześle? Bo co do tego, że czeka mnie niemiła niespodzianka, nie miałem żadnych wątpliwości. A że, tym razem, moje szczęście osiągnąłem rzeczywiście przy niewielkim wysiłku, więc i uderzenie będzie raczej wyjątkowo mocne. Bo tak było zawsze.
    Bałem się. Bałem się, że sprowadziłem na Dorotkę problemy i ani jej, ani mnie, nie ujdzie to na sucho. W sumie przecież, chociaż zdradzałem Martę wielokrotnie, to moimi partnerkami były kobiety wolne, albo ich mężów nie znałem, lub też nie spotykałem. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji, żeby przespać się z cudzą żoną i jeszcze tego samego dnia, musieć patrzeć jej mężowi w oczy, oraz ściskać mu dłoń… Jak sobie z tym poradzę? A może zdradzi mnie już pierwszy gest? I jak poradzi sobie z tym Dorotka? Pal licho mnie, ale jej nie chciałbym sprawić nieprzyjemności. W żadnym wypadku!
    - Oj, błędny rycerzu! Mam nieodparte, graniczące wręcz z pewnością przekonanie, że właśnie wracasz z kolacji! – usłyszałem kąśliwy głos Lidki. – Oczywiście, połączonej ze śniadaniem!
    Siedziała w samochodzie, stojącym na hotelowym parkingu i dlatego nie zauważyłem jej wcześniej. Była sama, a samochód miał otwarte drzwi.

    c.d.n.

    Dodano po 19 [minuty]:

    Jakby ktoś napisał jakiś post, to wkleję jeszcze odcinek. Inaczej skrypt forum nie przyjmie więcej tekstu.
  • IGE-XAO
  • #3
    Mirek Z.
    Moderator
    Te "odcinki" są chyba jednak zbyt długie do czytania... :)
  • #4
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Mirek Z. wrote:
    Te "odcinki" są chyba jednak zbyt długie do czytania... :)

    Ale jestem na forum tylko raz na tydzień, więc jest czas... :D


    *************************************************

    - Witam panią prezes! Albo prezeskę, jak ktoś woli. Już pani odjeżdża?
    - Pani właśnie przyjechała. A kiedy zobaczyła pana Tomka, wędrującego z głową między obłokami, postanowiła poczekać, żeby powiedzieć mu parę słów w cztery oczy.
    - I cóż za tajemnice masz do mnie?
    - Siadaj tu obok mnie i nie dyskutuj!
    Wzruszyłem ramionami, po czym zająłem miejsce w aucie. Lidka zamknęła swoje drzwi i nie traciła czasu na zbędne podchody.
    - Nie będę ciebie o nic pytała, żebyś nie musiał kłamać, ale niedobrze, że nie wróciliście wczoraj do nas. To się wszystkim rzuciło w oczy.
    - I co z tego? Siedzieliśmy w kuchni z Heleną, wysuszając jej nalewki. Przecież nie ma chyba przymusu spędzania wieczorów pod wiatą! – powiedziałem, z niecierpliwością w głosie. – A poza tym, pod wiatą nie ma klimatyzacji!
    - Nie krzycz na mnie – przerwała mi spokojnie. – I nie musisz się tłumaczyć, bo ja nie chcę niczego wiedzieć. Ale nie zapominaj też, że jestem waszym sprzymierzeńcem.
    Umilkła na chwilę, po czym odezwała się, o wiele weselszym głosem.
    - Wczoraj trafiłam, jak w totolotka. Kiedy zbytnio się wami zainteresowano, a mój personel aż strzygł uszami, łapiąc wszelkie dowcipne uwagi na wasz temat, po północy zadzwoniłam do recepcji, żeby zawiadomili Helenę, bo mam dla niej pilne wiadomości na jutro. No i okazało się, że Heleny nie ma w pokoju. Czyli była w domu. Dzięki temu dali wam spokój.
    - Tak właśnie było! Dokładnie tak! Helena poszła grubo po pierwszej, Dorotka spała w sypialni sama, a ja w gabinecie. Helena sama mi tam pościeliła, twierdząc, że powinienem zostać, bo ktoś musi zadbać o bezpieczeństwo dzieci.
    - Znaczy, zdążyłeś przekonałeś do siebie nawet Helenę… – westchnęła. – No, no! Masz rzadki talent! To się nieczęsto zdarza! Tym bardziej Helenie. Ale to dobrze. Może i bardzo dobrze. Co teraz będziesz robił? – zmieniła nagle temat.
    - Idę do pokoju, bo mam tam telefon. Muszę zadzwonić do kilku klientów.
    - Więc załatwiaj te sprawy i przyjdź do jadalni.
    - Ale jestem już po śniadaniu…
    - Ja ci nie każę jeść, tylko wiesz, te historyjki o was lepiej rozładować wcześniej, zanim John przyjedzie. Jego znajomi z ambasady dość dobrze mówią po polsku.
    - A Romek jest?
    - Jest, jego samochód stoi tutaj – pokazała wzrokiem na parking. – Przyjechał trochę wcześniej, bo ma jechać z Pawłem do Warszawy. Więc pośpiesz się i nie każ długo na siebie czekać.
    - Dobrze, a ty jakie masz plany?
    - Idę z tobą – oświadczyła nieoczekiwanie.
    Wyszliśmy z samochodu i rozstaliśmy się dopiero przed recepcją. Na wesoło, robiąc pokaz dla personelu i kilku zaciekawionych hotelowych gości.

    Mój pokój był sterylnie posprzątany, a łóżko posłane wręcz wzorcowo. Ale nie to zaprzątało moją uwagę. Na telefonie było kilkanaście nieodebranych połączeń. Należało więc przestawić swoją uwagę na zupełnie inną tematykę.
    Muszę przyznać, że szło mi to kiepsko. Nie umiałem, albo nie chciałem podjąć jednoznacznej decyzji i powiedzieć moim klientom, że nasza współpraca się kończy. Tłumaczyłem tylko, że jestem na Mazurach, więc i tak w tym tygodniu nie zdążę wrócić, dlatego muszą poczekać na mnie do poniedziałku. W końcu dzisiaj był piątek. Nie powiem też, żeby moje tłumaczenia spotykały się z zachwytem. W kilku przypadkach, niedwuznacznie mi sugerowano, że nie życzą sobie takich niespodzianek i następne takie zdarzenie zakończy współpracę. Dobrze, że nie widzieli jak pokazywałem im język, bo nie poczekaliby do następnego razu.
    W końcu, udało mi się też skontaktować z Joasią. Była zaskoczona, ale nie tłumaczyłem jej niczego. Powiedziałem tylko, że ma przyjechać do domu i wtedy wszystko usłyszy. A kiedy dokładnie, to ją powiadomię. Prawdopodobnie w poniedziałek, bo na dłuższy pobyt tutaj nie liczyłem. Na razie ma załatwić sobie kilka dni wolnego i to wszystko.
    Zadzwoniłem też do Marty. Informację o tym, że nasz pobyt ze Stefanem się przedłuża, przyjęła dość obojętnie, tak samo jak moje tłumaczenia, że Stefanowi proponują sprzedaż działki i nie wie co ma zrobić. „Bawcie się dobrze” – powiedziała nieoczekiwanie i przerwała rozmowę. Byłem ciekaw, czy wyłączyła też telefon, ale nie sprawdziłem tego. Natomiast wyłączyłem go ja. Nie jestem dostępny i już!

    W jadalni było znacznie więcej osób niż wczoraj. Najwyraźniej hotel się zapełniał. Przy „naszym” stole byli niemal wszyscy, brakowało tylko Diany i Marka. Po powitaniach, od razu o niego zapytałem.
    - Ty lepiej wyskocz gdzieś po butelkę – odpowiedział mi Stefan. – I idź mu złożyć gratulacje!
    - Z jakiej to okazji?
    - Bo od dzisiaj, pan Marek, jest pełnoprawnym dyrektorem hotelu! – oświadczyła Lidka. A widząc moją zdumioną mnę, kontynuowała. – Widzisz? Przez cały czas był tylko p.o. Bo czekałam na ciebie! Ale skoro nie wykazałeś zainteresowania… Nie mogę dłużej trwać w niepewności. Dlatego wczoraj wieczór podjęłam decyzję, a dzisiaj wręczyłam mu nominację!
    - Mogłaś mnie przynajmniej uprzedzić, że masz dla mnie fuchę – mruknąłem beznamiętnie. – Jak mam się rozpychać, skoro pierwszy raz o tym słyszę?
    - Zawsze na ciebie czekam! A ty chyba jesteś jednak przereklamowany, jeśli tego dotąd nie zauważyłeś!
    Romek tylko pokiwał głową. – Tomek, nie masz czego żałować! Tutaj lepiej być gościem, niż dyrektorem, uwierz mi! Szczególnie wtedy, kiedy nie musi się za nic płacić!
    Roześmiałem się. – A wiesz, że mam podobne zdanie na ten temat?
    - Tak, tylko że wtedy ja muszę za ciebie płacić! – Lidka pieszczotliwym gestem schwyciła Romka za policzek. – I za wszystkie twoje piwa też! A ty za to dmuchasz mi później w nos swoimi wyziewami…
    - To nie możesz dla mnie załatwić jakiejś skrzynki tak… na lewo? – zapytał Romek z udaną naiwnością. – Paweł by załatwił jej ochronę przed dyrektorem… – spojrzał w stronę Dedejki. – I byłoby dla nas znacznie taniej! Może wreszcie wtedy coś byśmy w życiu zaoszczędzili – dokończył.
    - To faktycznie sporo, biorąc pod uwagę fakt, że wypijasz chyba nie więcej niż sto butelek w ciągu sezonu! – zauważył Dedejko. – Możesz uważać, że dwieście złotych przybędzie ci na koncie w rocznym bilansie. Ja ci to załatwię!
    - Zawsze to coś! – zachwycił się Romek.

    Śniadanie mijało nam na takich i podobnych żartach. Żeby nie odróżniać się zbytnio od innych, wypiłem szklankę pomarańczowego soku, oraz zjadłem wymyślną, mikroskopijną kanapkę z łososiem w roli głównej. Chociażby dlatego, że dziewczyny z personelu, nakręcane pewnie obecnością Lidki, wychodziły ze skóry, żeby niczego nam nie brakowało.
    Ona sama natomiast, szybko porzuciła nasze żarty, kilkakrotnie rozmawiała przy stole przez telefon, ale nie słuchałem jej. Wolałem się wygłupiać w naszym męskim towarzystwie, wliczając w nie obecność asystentki, czyli Ani. Bo skromniutka dziewczyna została jako jedyna, damskim obiektem naszych żartów, jednak znosiła to dzielnie i z dużym wdziękiem. Nie była już taka sztywna, jak pierwszego dnia, co też nie było dziwne. W końcu z Romkiem i Dedejką, znali się już jakiś czas.
    Do naszej, wieczornej nieobecności z Dorotką, nikt nie nawiązał. Dopiero kiedy śniadanie wyraźnie się kończyło i miałem zamiar opuścić jadalnię, Lidka spojrzała na mnie uważnie.
    - Ty się gdzieś wybierasz?
    - Owszem, obiecałem Dorotce, że zorganizuję chłopakom jakąś wycieczkę.
    - Poczekaj jeszcze chwilę, bo mam do ciebie romans.
    Obrzuciła potem wszystkich takim spojrzeniem, że Ania natychmiast wstała i podziękowała nam za towarzystwo. Także Paweł Dedejko podniósł się z miejsca.
    - Ja też muszę wyjść? – zapytał Romek.
    - Nie musisz, ciebie to wprawdzie nie dotyczy, ale słuchać możesz – odpowiedziała spokojnie. – Ty, Paweł, też możesz zostać.
    - A ja? – przytomnie zapytał Stefan.
    - Zostań! Przecież nie przeszkadzasz…
    - Stało się coś? – zapytałem zniecierpliwiony. Obiecałem przecież Dorotce, że niedługo się u niej zjawię, a tu takie przeszkody…
    Romek z Dedejką chyba wymienili jakieś spojrzenia, bo nagle obydwaj wstali.
    - W takim razie my was, przynajmniej na razie, opuszczamy! – oświadczył Romek. – Bawcie się sami! Mamy w planie ciekawsze zajęcia!
    - Romek! – Lidka spojrzała na niego krzywo. – Wiesz, że powinieneś być w Warszawie?
    - Wiem, mój skarbie! – oświadczył dobitnie. – Ale jechać w piątek do Warszawy? Mam to gdzieś! Jadę z Pawłem do Czyżyn, zajmować się dziećmi! Naszymi dziećmi, mówi ci to coś?
    Lidka oklapła na krześle, niczym przekłuty balon.
    - Nie wierzę… normalnie nie wierzę!... Romek… ty to mówisz poważnie?
    - Jak najbardziej!
    Podszedł do niej i taką zaskoczoną, pocałował w policzek, po czym kontynuował.
    - Tomek jest takim troskliwym tatą, że aż mnie zawstydził! – spojrzał na mnie. – Muszę się poprawić, bo opieka nad dziećmi będzie chyba teraz modna!
    Roześmiał się, a za nim również Dedejko. Lidka złapała się za głowę.
    - O, mamo! Tomek, jeśli to będzie prawdą, to masz moją dozgonną wdzięczność! Ja chyba śnię i nigdy ci się nie wypłacę za taką inspirację!
    - Nie przesadzaj! Wszystkie dzieci są nasze! – roześmiałem się. – Jeśli Romek nie będzie chciał ich bawić, to sam przyjadę, żeby ci pomóc! Wprawdzie nigdy z tobą nie spałem, ale co tam! Może byłaś wiatropylna i to też są moje… Teoretycznie jest to możliwe!
    - To musiałby pan mieć niezłe wiatry! – zauważył Dedejko, nie mrugnąwszy nawet powieką.
    Bardzo skromnie to zauważył. A i tak rozbawił nas do łez.

    Zaraz po ich wyjściu, do jadalni weszła Dorota i lekki gwar przy stołach ucichł jak na komendę. Jak to robiła – nie miałem pojęcia, ale pomimo tego, że wszystkim się ukłoniła, obdarzając też miłym uśmiechem, nie było wątpliwości, że teraz przyszedł ktoś ważny.
    Jednak uśmiech ten zgasł, kiedy usiadła przy stole i zwróciła się do Lidki.
    - Lidka, wymyśl coś, bo ja się załamałam! Masz jakieś rezerwy w hotelu?
    - Co się stało? Jakie rezerwy?
    - Wolne miejsca!
    - Oczywiście, że są. Te zarezerwowane dla Johna.
    - Ile?
    - Cztery, tak jak się umawialiśmy – wzruszyła ramionami. – W tym dwa apartamenty.
    - John zadzwonił, że przyjeżdża dwanaście osób dorosłych i czwórka dzieci.
    - Ile??? A gdzie będą spali? On chyba zwariował!
    - No właśnie… Zadzwonił i spokojnie mi mówi, że właśnie wyjeżdżają. Pięć małżeństw w tym dwa z dziećmi i dwóch panów samotnych.
    - Dorka… ja cię nie chcę straszyć, ale chyba nie ma więcej wolnych miejsc… Pani Lucyno! – zawołała w stronę jednej z dziewcząt. – Proszę odnaleźć pana Marka i poprosić go tutaj. Bardzo pilnie i jak najpilniej!

    Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, które znowu przerwała Lidka.
    - Nie mógł wcześniej zadzwonić? Kto takie sprawy zostawia na ostatnią chwilę?
    - To samo mu powiedziałam! – wybuchnęła Dorota. – A on się tłumaczy, że sam nie wiedział i tak wyszło. Że nie mógł nikomu odmówić.
    - A kto to jest? - zapytałem. Odwróciła głowę w moją stronę.
    - Pracownicy ambasady. John umawiał się na golfa wcześniej, ale to miały być cztery osoby, ewentualnie dwóch miało przyjechać z żonami. I dla nich miejsca są zarezerwowane. Ale ponoć dzisiaj rano akces zgłosił też ten wysłannik, z którym wczoraj debatowali, sekretarz ambasady i któryś z konsulów. I żeby nie mieć rodzinnych problemów, to zabierają też żony i dzieci. A że ja mam teraz problem, to się nie zmartwił! – zakończyła sarkastycznie.
    - A jaki ty masz problem? Przecież teraz Lidka się martwi!
    - Tomek, ja przyjeżdżam tutaj wypocząć i zajmować się dziećmi, a nie zabawiać amerykańskie matrony – tłumaczyła. – Mam ich po uszy przez cały rok! I chociaż John doskonale o tym wie, to postawił mnie teraz w sytuacji bez wyjścia. Będę musiała zabawiać panie, kiedy panowie pójdą sobie poćwiczyć uderzenia kijem. Jestem po prostu wściekła!
    - Dorka, a co z kuchnią? Przecież u siebie nie zrobisz obiadu na dwadzieścia osób! – zauważyła przytomnie Lidka.
    - To też! Będziemy musieli jadać w hotelu i to w godzinach, które mi nie odpowiadają. No i jedzenie ma być po amerykańsku. Wprawdzie przyjeżdża do kuchni pan Wojtek, bo John go ściągnął, ale Marek musi zmobilizować dziewczyny, bo pory posiłków się nie pokrywają. Będą mieć ciężki weekend.
    - Pani Lucyno, jeszcze Basię poproszę! – Lidka znowu zwróciła się do dziewczyny, a do nas cicho mruknęła. – Ciekawe, czy Baśka ma jakieś zapasy na dziś! Jeśli nie ma, to dostaną chleb ze smalcem!
    - Bardzo dobre jedzenie! – wtrącił, milczący dotąd Stefan.

    Do jadalni wszedł pan Marek. Przywitał się, po czym usiadł naprzeciwko Lidki. – Jestem, pani prezes!
    - Panie Marku, ile jest wolnych miejsc?
    - Tylko rezerwacje dla pani Doroty – pokręcił głową. – Wszystkie pozostałe obłożone.
    - Za trzy godziny będziemy mieli dwanaście osób i czwórkę dzieci. Razem szesnaście.
    Kręcił głową przecząco, ale zacisnął wargi i milczał.
    - Kiedy się coś zwalnia? – Lidka nie dawała mu spokoju. W międzyczasie podeszła Barbara. Lidka wskazała jej krzesło, więc usiadła i przysłuchiwała się rozmowie.
    - Najwcześniej dwa numery w niedzielę. Ale od poniedziałku też mają rezerwację. I to wczoraj potwierdzoną. Jest też dwa pokoje służbowe…
    - I co my zrobimy? – Lidka zwróciła się do Doroty. – Przecież nie wyślę ich do Czyżyn! Basiu, za trzy godziny będzie tu kilkanaście osób. Masz coś na amerykański lunch dla nich?
    - Znajdę! – skinęła głową. – A jak długo będą?
    - Do niedzieli włącznie – odpowiedziała Dorota. – Ale przyjeżdża też pan Wojtek do kuchni.
    - To dobrze, gdyż w takiej sytuacji trochę czasu zajmie mi uzgadnianie dostaw, bo rozumiem, że mrożonki wykluczamy?
    - Czyli jeden pokój służbowy już odpada – zauważyła Lidka. Ale Dorota odpowiadała Baśce.
    - Oczywiście! I mało tego. My też będziemy tutaj jadać.
    - A ma pani jakieś życzenia?
    - To już uzgadniajcie obydwie z Heleną, ja i tak mam urwanie głowy.
    - Lidka! – odezwał się Stefan. – Przecież my z Tomkiem możemy zwolnić swoje pokoje. Pojedziemy do domu i już! Tomek zresztą i tak rzadko w swoim bywa, więc po co ma go trzymać?

    Wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę, aż mi się głupio zrobiło. Lidka jednak udała, że nie usłyszała drugiej części tej wypowiedzi.
    - Tak? Chcesz, żeby mi Dorka wymówiła kredyt? Ja nie mam zwyczaju wyrzucania jej gości na bruk! Tym bardziej gości specjalnie zaproszonych!
    - Pani Lidko, domyślam się, że są problemy z pokojami, tak? – zapytała Barbara.
    - Owszem, są.
    - Więc jakby pani Dorota pozwoliła, to ja zaproszę pana Tomka i pana Stefana do siebie. Mogą przenieść się nawet zaraz i być jak długo zechcą.
    - Baśka! – Lidka aż zakrzyknęła, nie kryjąc zaskoczenia. – Przecież mówiłaś kiedyś, że nikogo do swojego domu nie wpuszczasz!
    - Ale dla tych panów zrobię wyjątek. Jeśli oczywiście nie pogardzą moim skromnym domem, a pani pozwoli.

    Propozycja była kusząca, bo zrozumiałem, że obaj ze Stefanem, naprawdę musimy zwolnić pokoje w hotelu, a na kolejną noc u Dorotki liczyć nie mogłem. Pozostałoby mi faktycznie spanie w samochodzie albo definitywny odjazd do domu. A tak tego jeszcze nie chciałem… Odjazd oznaczał rozstanie z Dorotką nie wiadomo na jak długo. Pewnie na cały rok!
    - Pani Basiu, ja tu nie mam nic do pozwalania! Jeśli przyjmą pani zaproszenie, to mogę pani tylko podziękować! – oświadczyła Dorota.
    - Bardzo chętnie z tego zaproszenia skorzystam! – odezwał się Stefan.
    - Pani Basiu, a grilla można u pani rozpalić? – spojrzałem na nią znacząco. Uśmiechnęła się.
    - Ależ oczywiście! Zaraz zamarynuję żeberka…
    - Ale ja muszę za nie zapłacić! – przypomniałem.
    - Nic podobnego! – wtrąciła się Lidka. – Basiu, będziesz tych ancymonków karmiła z hotelowej kuchni, dobrze?
    - Ale za żeberka ja zapłacę, bo kiedyś to pani Basi obiecałem! – upierałem się.
    - Dobrze, zapłacisz, ale pod warunkiem, że będą też i dla mnie! – zgodziła się Dorota. – Przyjdę do was wieczorem, to mnie poczęstujecie.
    - Ależ z przyjemnością! Zapraszam panią! – uśmiechała się Barbara. I dodała: – Jeśli nie jestem dłużej potrzebna, to pójdę przynieść klucze, bo mam je w torebce i zajmę się przygotowaniami.
    - Nie, nie jesteś! Dziękuję ci Basiu! – odpowiedziała jej Lidka. – Myślę, że teraz już sobie poradzimy. Uratowałaś mnie, a właściwie to hotel, przed kompromitacją! Oczywiście, wszystkie koszty z tym związane zostaną ci zwrócone!
    - O tym nie może być nawet mowy! – Barbara odwróciła się w jej stronę. – Żadnych kosztów nie ma i nie będzie! Oprócz kosztów żeberek, rzecz jasna, ale to już jest problemem pana Tomka! – roześmiała się, rzucając mi wesołe spojrzenie.
    - Pani Basiu, ale na razie nie potrzeba kluczy! – zauważyłem. – Bagaże włożymy do samochodu Stefana, dużo ich zresztą nie ma. A do domu pójdziemy dopiero wieczór, kiedy pani będzie już po pracy, dobrze?
    - Może i tak być – westchnęła. – Chociaż dzisiaj zakończę pracę dość późno. Więc jakby któryś z panów jednak zmienił zdanie, to będę w kuchni! – skłoniła się i odeszła.

    - Panie Marku! – Lidka wracała do podstawowego problemu. – Czyli mamy już sześć pokoi, prawda? Poradzi sobie pan?
    - Spróbuję, ale musiałbym wiedzieć kto jest z dziećmi, bo najlepiej byłoby ulokować te rodziny w apartamentach. Tylko dwa jest do dyspozycji.
    Dorota podniosła się z krzesła. – Lidka, zadzwoń do Johna sama i uzgodnijcie wszystko, a ja zabieram Tomka i nie będziemy wam przeszkadzać. Będziesz dzisiaj na miejscu, czy gdzieś wyjeżdżasz? Jeśli możesz, to zostań do ich przyjazdu…
    - A gdzie się wybieracie? – zapytał Stefan. – Przecież Tomek ma opuścić pokój!
    - Idziemy do siebie! – odparła Dorota, nie zwracając uwagi na zdumienie, odmalowujące się na twarzy Marka. – To znaczy ja do siebie, a Tomek też do siebie. Po bagaże! – dodała z uśmiechem.
    - Będę, nie martw się – rzuciła Lidka i pogrążyła się w rozmowie z Markiem. A my we trójkę wyszliśmy z jadalni.

    - I co teraz? – zapytałem Dorotę jeszcze w hallu. – Pójdziesz ze mną na górę?
    - Ale masz pomysły! – zaśmiała się. – Jeszcze tylko tego mi brakowało! Ty sobie najpierw przyprowadź samochód, po co masz to wszystko dźwigać!
    - A co z naszą wyprawą?
    - Nic z tego, muszę być na miejscu. I cholera mnie bierze!
    - Słoneczko! Takie słowa…
    - O jakiej wyprawie mówicie? – zainteresował się Stefan?
    - Wyjdźmy na zewnątrz! – zaproponowała Dorota. – Zaczynają się nami interesować.
    Przystanęliśmy na parkingu, dość daleko od najbliższych samochodów. Dorota zwróciła się do Stefana.
    - Planowaliśmy pojechać gdzieś razem z dziećmi. Na taką zwykłą, krajoznawczą wycieczkę, po najbliższej okolicy, ale bez konkretnego celu. Tak, jak kiedyś jeździliśmy we dwoje, motocyklem Lidki. No i klops! John załatwił mi gości i teraz muszę być na miejscu, nie chcąc stawiać go w niemiłym położeniu.
    - Ale przecież sam cię pozostawił pod „opieką” Tomka!
    - Tak, ale to wie John! Goście nie wiedzą. Wyobrażasz sobie jaki byłby obciach, że on nie wie, gdzie ja jestem? A potem nagle przyjeżdżam z Tomkiem! Gdyby przyjechał sam, wtedy nie byłoby problemu. Jednak służbowi znajomi nie mają prawa natknąć się na coś takiego! Obydwoje, mówiąc po chińsku, stracilibyśmy twarz! Dlatego jestem uziemiona. W dodatku, panowie pójdą później grać w golfa, a ja będę musiała zająć czymś panie, a tego bardzo nie lubię! Bo przeważnie są to tylko żony pracowników, a więc kobiety na poziomie gospodyń domowych, chociaż z pieniędzmi i uważają się za Bóg wie co. Wróć! Co ja mówię! Nawet nie gospodyń, bo dla mojej Heleny takie określenie byłoby bardzo obraźliwe. Helena przerasta je o kilka klas! Ale będą nią gardziły, bo nie zna angielskiego...

    - Dorota… – przerwał jej Stefan. – Jeśli się zgodzisz, to mogę ja pojechać z Tomkiem. Znam takie fajne miejsce, gdzie na skraju polany jest ambona myśliwska, wokół piękny las, dobra droga dojazdowa… Weźmiemy ze sobą sprzęt do obserwacji, chłopaki już mnie znają…
    - A co za to zechcesz? – zapytałem.
    - Dobrze, że mi przypomniałeś, bo bym zapomniał! Co najmniej w jedną stronę samochód prowadzę ja, a najwyżej w drugą ty. Dobrze? Bo pojedziemy jeepem, mam nadzieję?
    - To niedrogo, możemy jechać! Co ty na to, Słoneczko?
    - Tomek… Nie to, żebym wam nie ufała, ale wolałabym, żebyście zabrali jeszcze Dianę. Na wszelki wypadek. Lepiej zna chłopców, więc będą spokojniejsi w jej towarzystwie. Czy może tak być? Jeśli ją bierzecie, to nie mam nic przeciwko.
    - Ja się zgadzam, ale rozmawiał z nią nie będę. Zostawiam to Stefanowi! – zastrzegłem twardo. Roześmieli się obydwoje i wiedziałem już, że wycieczka jest uzgodniona.

    c.d.n.

    Dodano po 2 [godziny] 6 [minuty]:

    Wyjechaliśmy jednak dopiero przed południem. Wcześniej wyprowadziliśmy się z hotelu, potem popływaliśmy w jeziorze z chłopcami, aby „zaszczepić” im wycieczkę i wreszcie, wyposażeni przez Dorotę i Helenę we wszystko, co ewentualnie mogłoby przydać się nam w podróży i mnóstwo rzeczy zupełnie zbędnych, ruszyliśmy w drogę.
    Jeepa prowadził Stefan, a ja siedziałem obok, próbując zapamiętać trasę. Na razie nie miałem problemów, bo tymi drogami już jeździłem. Ale gdy ujechaliśmy niemal trzydzieści kilometrów, zapowiedział mi zbliżającą się drogę w prawo, a na niej po kilkuset metrach zwolnił, zapewne oczekując kolejnego zjazdu. I kiedy go zobaczyliśmy, miałem przez moment wrażenie déjà vu.
    To było jednak tylko złudzenie, natomiast znak zakazu ruchu wszelkich pojazdów był jak najbardziej prawdziwy. Tylko umocowana pod nim tabliczka, miała inny napis i głosiła „Droga wewnętrzna. Nie dotyczy administracji Lasów Państwowych.”.
    - A to sukinsyny! – Stefan krótko skomentował zastaną sytuację. – Patrz, świeżutki asfaltowy dywanik, na to mają kasę! Zrobili sobie wewnętrzną drogę, żeby nikt im nie przeszkadzał w imprezach!
    - Skąd wiesz, że to miejsce imprezowe?
    Stefan tylko prychnął. – Zawsze były tam imprezy! Ciekawe jak to teraz wygląda, skoro nawet na taką drogę im starczyło… Jedziemy! Teraz tam nikogo nie będzie! Dla nich jest za wcześnie.
    I pojechał!...

    Rzeczywiście, miejsce miało swój urok. Wprawdzie przez ostatnie kilkaset metrów nie było już asfaltu i do celu prowadziła utwardzona droga szutrowa, jednak zrobiono to celowo i z wyraźnym rozmysłem. Pewnie dlatego, by nie naruszać krajobrazu tego miejsca. A było tu pięknie! I co najważniejsze – czyściutko, chociaż miejsce nosiło ślady intensywnego użytkowania.
    Kilkadziesiąt metrów od wspominanej ambony, na skraju drugiej polany, znajdowały się drewniane zabudowania, służące rozrywce dość dużych grup ludzi. Na mój osąd, mogło tutaj biesiadować jednocześnie grubo ponad pięćdziesiąt osób! Było wydzielone miejsce na duże ognisko, murowany grill-owy piec, stoły i ławki pod gołym niebem, huśtawki i drewniany zamek, chyba jeszcze bardziej rozbudowany niż ten „u nas”, w ogrodzie nad jeziorem, spora wiata, pewnie przeznaczona na tańce, a to wszystko otoczone było dziesięcioma domkami – baryłkami, które przycupnęły niczym wielkie grzyby, z gontowymi, stożkowymi kapeluszami. Były otwarte z jednej strony, tej od centrum, ale z pozostałych stron posiadały szczelne ściany, ochraniające przed wiatrem i deszczem. Wewnątrz każdego również znajdował się stół i ławy, nie najnowsze wprawdzie, ale wyczyszczone i przeszlifowane. Całość nadawała się do natychmiastowego użytku!
    - Stefan, czy widzisz to samo co ja? – zapytałem, kiedy obeszliśmy cały teren dookoła.
    Zaparkowaliśmy w cieniu wielkiego świerka, obok wjazdu do tego centrum, w miejscu wyraźnie przeznaczonym na parking. Chłopcy, pod opieką Diany, pobiegli od razu do zamku, a my mieliśmy okazję zapoznania się z otoczeniem.
    - Chyba to samo – odpowiedział, patrząc do góry, na okoliczne drzewa. A więc zauważył.
    Cały teren był zelektryfikowany. Na drzewach umieszczono lampy, o maskującym ubarwieniu, mocowane opaskami w kolorze zbliżonym do kory, dlatego nie rzucały się zbytnio w oczy. W grzybowych domkach wprawdzie lamp nie było, ale były haczyki i obok nich specyficzne gniazdko. Czyli wystarczało przywieźć lampę, zawiesić i wetknąć do niego wtyczkę…
    - Ciekawe, czy komary tutaj nie gryzą – zastanawiałem się.
    - Na pewno mają elektroniczne odstraszacze – podpowiedział. – Zainwestowano tu zbyt dużo kasy, żeby żałować na drobiazgi. To musi działać, żeby przynosić zysk! Słyszałem kiedyś, że gdzieś niedaleko stąd, tryska źródło, czyli mają i wodę. Ale konkretnie, to nie wiem gdzie. Jednak przywieźć przenośną pompę i kilkadziesiąt metrów węża, to żaden problem. Może nawet to wszystko jest tutaj gdzieś ukryte. Tylko wyjąć i używać.
    - Poczekaj, a skąd tu ambona? Przecież takie polowania, czy nawet obserwacje, robi się w matecznikach! W ciszy! A przy takim czymś…
    - Tomek, to wszystko jest rozdzielone okresami czasu! Na pewno nie spotkasz tu ogniska na wiosnę, czy późną jesienią, kiedy jest okres godowy! A potem zwierzyna nie potrzebuje już tego miejsca. Więc można organizować imprezy. Popatrz, jakie potężne drzewa wokół! Tam, bliżej ambony, funkcjonował kiedyś karmnik zimowy, więc nocami podchodziła i całkiem spora zwierzyna. Z ambony były niezapomniane widoki. Ciekawe, czy to jeszcze funkcjonuje…

    Działało. Sprawdziliśmy. Miejsce było tak przeorane przez dziki, że nie mogło być żadnych wątpliwości. Byliśmy i na ambonie, uczyliśmy chłopców obserwacji zwierząt, udało nam się pooglądać wiele ptaków, a nawet podglądać łosia… Diana nie mogła się nadziwić, że można ot tak, wjechać do wielkiego lasu, gdzie chodzą potężne zwierzęta i nie bać się węży. Stefan trochę sobie z niej pokpiwał, ale wszystko było sympatyczne i wesołe. A później zgłodnieliśmy i trzeba było wrócić do pierwszej, „ogniskowej” polany.
    Okazało się, że Helena przygotowała nam zapasów niemal jak na wojnę! Diana poczuła się w obowiązku zrewanżowania za ciekawe obserwacje i teraz pełniła rolę gospodyni, nie dopuszczając nas do koszyków i lodówki. Mnie to całkowicie odpowiadało, więc nastrój panował przedni, chociaż trochę różnych much jednak zwabiliśmy zapachami. Lekarstwem na nie były jednak stołowe, siatkowe parasole, które osłaniały nasze jadło przed napastnikami. A po posiłku posprzątaliśmy wszystko, pakując resztki do worków, które mieliśmy ze sobą.
    Właściwie to mieliśmy już wsiadać do jeepa i odjeżdżać, kiedy Stefan przystanął nagle, zarządzając ciszę. Wtedy i ja usłyszałem. Zbliżający się szum silników samochodowych.

    Po kilku minutach, na parking wjechał terenowy samochód z oznakami nadleśnictwa, a za nim dwa zwykłe samochody osobowe. Nie najwyższych lotów, chociaż znanych marek.
    - A państwo co tutaj robicie? – zapytał idiotycznie umundurowany mężczyzna, który pierwszy wysiadł z terenowego pojazdu. – Kto jest kierowcą pojazdu?
    Był w mundurze straży leśnej, ale przecież nie miałem obowiązku go znać.
    - Ja! – oznajmiłem krótko, bo to ja szykowałem się teraz do odjazdu.
    - A pan posiada prawo jazdy?
    - Posiadam! – odparłem spokojnie, ale facet już podniósł mi ciśnienie.
    Przewidywałem, że zapłacimy za zlekceważenie znaku zakazu, ale on zachowywał się wysoce nieprofesjonalnie. Najpierw się nie przedstawił, a teraz usiłował być ironicznie dowcipny.
    - To poproszę pana prawo jazdy, dowód rejestracyjny samochodu i dokument ubezpieczenia, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że kierowca nie rozpoznaje znaków drogowych.
    - Nie rozdaję w lesie swoich dokumentów, szanowny panie! Nie mam takiego zwyczaju!
    - Radzę poskromić język! – spokojnie odezwał się drugi, w podobnym umundurowaniu, który zdążył już wyjść z terenówki. – Chyba ma pan świadomość, że naruszył pan prawo o ruchu drogowym?
    - A pan nie naruszył? – odpowiedziałem zaczepnie. – I to nie tylko prawo drogowe! Nie wspomnę już o przepisach przeprowadzania kontroli, ale naruszyliście panowie zwykłe, dobre obyczaje. Bo żaden z was się nie przedstawił! I to zgłoszę waszym przełożonym, oraz miejscowej prasie!
    - Proszę uprzejmie! – ten drugi szerokim gestem ręki wskazał na osoby wysiadające z dwóch cywilnych samochodów. Jednym z nich był mężczyzna w zielonym mundurze, a pozostali, dwóch mężczyzn i kobieta, byli ubrane zwyczajnie. Mój rozmówca podszedł do tego „zielonego”.
    - Panie nadleśniczy, mamy problem! – zaraportował.
    - Co tam znowu? – zapytał „zielony”. – O co chodzi?
    - Mamy tutaj pana, który naruszył zakaz wjazdu i odmawia okazania dokumentów!
    - Nieprawda! Nie odmawia, tylko chciałby, żeby kontrolujący przestrzegali procedury kontroli! – zawołałem, podchodząc bliżej. – Panowie nie raczyli się przedstawić, nie poinformowali mnie który przepis naruszyłem, tylko usiłują kpić sobie ze mnie…
    - Niech pan mi powie szczerze – odpowiedział leśnik, spoglądając na mnie pogardliwie. – Widział pan zakaz ruchu na początku drogi?
    - Widziałem! I co z tego? Zrobiliśmy wam bałagan? Nie! Popatrzyliśmy sobie na ptaszki, na zwierzęta, zjedliśmy posiłek, posprzątali po sobie… Niech pan spojrzy, czy został po nas choćby jeden papierek? A jesteśmy z dziećmi! I to cudzoziemskimi! To im chciałem pokazać polski las!
    Spojrzał na nasz samochód i odwrócił się do mnie.
    - Jeśli stać pana na takie auto, to zapłaci pan pięćset złotych mandatu i puścimy to w niepamięć.
    - Ile??? Pięćset złotych??? Za co??? – wyrwało mi się. Zaraz tego pożałowałem.
    - Sami państwo widzicie! – odwrócił się nagle do stojących cywilów. – Niektórych ludzi stać na takie samochody i wtedy wyobrażają sobie, że mogą łamać wszelkie zakazy. A kiedy próbujemy z tym walczyć, to podnoszą krzyk, że nasze kary są zbyt wielkie. Pięćset złotych to za dużo! Na samochód wyłożyli za granicą setki tysięcy dolarów, a mandat chcieliby za pięć złotych, jak na tacę! Ale my temu kładziemy kres! Nie ma i nie będzie dla nas świętych krów! Przyrodę trzeba szanować, ot co!
    - A pan ją szanuje? – usłyszałem nagle głos Stefana. – W którym miejscu?
    „Zielony” leśnik żachnął się. – Skoro się panu coś nie podoba, to wzywam policję! – oświadczył, po czym wsiadł do samochodu.
    - Daj pan to prawo jazdy, wystawię panu mandat i jedź pan stąd! – usłyszałem cichy głos drugiego ze strażników zanim poczułem jego dłoń, trącającą mnie w łokieć. Zrozumiałem, że proponuje mi optymalne wyjście z tej sytuacji. Nagle uwierzyłem w jego słowa i podałem do tyłu kartonik dokumentu, a on chyba błyskawicznie spisał dane, bo szybciutko wręczył mi blankiet kredytowy i oddał prawo jazdy, zanim nadleśniczy znowu wygramolił się z auta.
    - Spadajcie! – mruknął jeszcze cicho.
    Podszedłem do auta, kiedy nadleśniczy wychodził z samochodu.
    - Nic panu to nie da, bo policja już zablokowała drogę! – zawołał.
    - A jednak żegnam! – zawołałem, wskakując na fotel kierowcy. Ręce mi drżały, niemniej od razu uruchomiłem silnik i wyprysnąłem na drogę.
    Stefan kontrolował tyły, ale nikt za nami nie pojechał.
    - Nie rzucili się za nami! – powiedział zaskoczony.
    - Tak, bo zapłaciłem pięć stów! A właściwie to dopiero mam zapłacić! Mandat kredytowy!
    - A to ciule! – przeżywał. – Zrobili sobie enklawę i zazdrośnie strzegą tajemnicy! Wiesz co to byli za ludzie?
    - Nie zdziwiłbym się, gdyby dziennikarze.
    - Dokładnie! Ja to tak zrozumiałem! Pewnie mają mieć tutaj mieć imprezę i założę się, że sponsorowaną! Sprzedają się, cholery, za coca colę! To dlatego ten palant był taki pewny siebie, kiedy mu powiedziałeś, że zgłosisz to szefostwu i dziennikarzom. Wszystko miałeś na miejscu! I szefa, i prasę!
    - Ty patrz, czy nie jedzie policja.
    - A co zrobisz jak będzie jechali? Przecież tutaj nigdzie nie skręcisz. Musimy dojechać do głównej i to wszystko! Jak nie zdążysz, to cię capną…

    Złapali i później. Już na głównej. Okazało się, że nasz jeep jest tak charakterystycznym pojazdem, że nie sposób go pomylić z żadnym innym autem.
    Ujechaliśmy nie więcej niż pięć kilometrów w stronę domu, gdy ujrzałem radiowóz jadący z naprzeciwka. Kiedy zbliżał się do nas, włączył „koguta” i sygnał dźwiękowy. Nie było sensu uciekać, więc zjechałem na pobocze i zatrzymałem się. Niech się dzieje co chce! – pomyślałem i od razu opuściłem szybę, mimo włączonej klimatyzacji.
    Radiowóz zatrzymał się na przeciwległym poboczu. Policjant wysiadł, a kiedy dotarł do mnie, oficjalnie zasalutował i …
    Nie przedstawił się. Nie zdążył. – To pan? – usłyszałem zdziwiony, mało regulaminowy głos. Przed sobą miałem swojego starego znajomego sprzed lat. Podopiecznego Dedejki.
    - Tak się składa, że to ja! – odparłem w miarę spokojnym głosem, chociaż serce tłukło mi się niemiłosiernie.
    - To pan był tam… w lesie? – padło drugie pytanie.
    - Ano ja, a właściwie my! – wskazałem gestem wnętrze samochodu. – Wzięliśmy chłopców Dorotki, żeby pooglądać przyrodę i wszystko było fajnie. Nie śmieciliśmy, nie hałasowali… a potem przyjechali mocodawcy lasu i się do nas przypieprzyli. Nie dość, że dostałem pięćset złotych mandatu, to jeszcze pana na mnie nasłali.
    - Pan pokaże mi ten mandat!
    Podałem mu blankiet, obejrzał go, a potem oddał.
    - No cóż, będzie pan musiał to zapłacić! A teraz proszę zawrócić i pojechać na Ełk!
    - Dlaczego? Chcieliśmy jechać do domu.
    - Proszę zawrócić i pojechać na Ełk! – powtórzył. – Nie spotkaliśmy się, jasne?
    - Jasne! – przytaknąłem. Zasalutował i odszedł do radiowozu. Ale nie odjechali, zanim nie nawróciłem i nie pojechałem we wskazanym kierunku. Trzymali się za mną, w bezpiecznej odległości kilkudziesięciu metrów i dopiero kiedy minąłem zjazd do ambony, zobaczyłem w lusterku jak skręcają w tamtą drogę.
    Stefan słuchał wszystkiego, ale cały czas milczał. Dopiero kiedy oznajmiłem, że skręcili ku leśnikom, coś mu się rozjaśniło w głowie.
    - Ty… to chyba jakiś twój znajomy, prawda?
    - Prawda! Nie tylko mój! Już mnie kiedyś zawoził do komendy w Ełku – śmiałem się. – I nie tylko mnie! Miałem wtedy niezłe towarzystwo.
    - Co ty pieprzysz, jakie?
    - Cicho! Resztę opowiem wieczorem, przy ognisku!

    Stefan doskonale wykorzystał sytuację na zrobienie zakupów. Bo skoro musieliśmy jechać do Ełku, to nie mieliśmy wyjścia! Ale tym razem, to my narzucaliśmy ton na zakupach! Diana musiała pilnować chłopców…
    W galerii dowiedziałem się, że nasze rowery są już zawiezione na miejsce, wyregulowane, przeglądnięte i z osobistą gwarancją szefa stoiska. Przyjmowano mnie tam z wielkimi rewerencjami, a ja obiecywałem, że już jutro to wszystko sprawdzimy na wycieczce rowerowej. Wcisnęli mi jeszcze jakieś podwieszane pojemniczki na ramę, próbowali sprawdzać, czy nie zapomnieliśmy o ochraniaczach, ale szybko się ich pozbyłem, bo wczoraj przemaglowaliśmy temat dokładnie.
    Natomiast Stefan rozwinął się w sklepie wędkarskim. Początkowo miał trochę obiekcji, ale kiedy kilkakrotnie powtórzyłem, że za wszystkie zakupy zapłacę ja i to bez ograniczeń, puścił wodze fantazji. Do auta wracaliśmy z trzema wypasionymi wędkami i całym pojemnikiem stosownego oprzyrządowania. A chłopcy niemal go oblegali, gdy im opowiadał, jaka to przyjemność podcinania ryby na haczyku.
    Zastanawiałem się, kiedy my zdążymy zrealizować swój program, bo na dzisiaj miały być jeszcze łyżworolki, badminton… jutro rowery, a teraz Stefan ze swoimi wędkami…

    Do domu wróciliśmy bez dalszych przygód, w końcu pory obiadowej i zdecydowanie później, niż sądziła Dorota. Ale tak to bywa z wycieczkami w teren. Przeważnie rozmijają się z planami.
    Diana dostała chyba od niej jakieś wytyczne, bo niezwłocznie zabrała chłopców do domu na obiad, a Stefana poprosiła, byśmy przekazali pani Helenie pojemniki z resztą zawartości, po czym udali się do hotelowej restauracji. I jak nam Helena wyjaśniła, amerykańskie towarzystwo właśnie tam się znajdowało. Z Dorotą i Johnem oczywiście..

    Mówiąc szczerze, to teraz najmniej chciało mi się jeść. Nie dlatego, żebym nie był głodny, wycieczka do Ełku trochę jednak trwała. Tylko bałem się spotkania z Johnem. Bałem się swojego zmieszania, swojej reakcji na jego spojrzenie w oczy. Nie wiedziałem też, jak zachowała się Dorotka. Czy John jest nadal nieświadomy tego, co działo się w nocy?
    Stefan nie rozumiał tych oporów i nie mógł mi pomóc. Przeciwnie, im bardziej odwlekałem moment pójścia, tym bardziej na mnie naciskał. A ja wymyślałem wciąż nowe powody, aby tylko nie wejść na ścieżkę, prowadzącą do hotelu.
    Najpierw czekaliśmy, aż łazienka będzie wolna, bo przed posiłkiem wypadałoby się umyć. Potem próbowałem porozmawiać z Heleną. Podała już obiad chłopcom i Dianie, dlatego teraz miała chwilę wolnego. Spotkaliśmy ją na ganku, więc natychmiast wykorzystałem okazję, aby zapytać o gości. Coś widziała, coś nam opowiadała, ale wyglądało na to, że nie popiera moich wysiłków. Stwierdziła mimochodem, że „panienka” ma wszystko pod kontrolą i wręcz pomogła Stefanowi wyciągnąć mnie stamtąd. Nie było wyjścia, ruszyliśmy w drogę. Stefan na obiad, a ja – niczym na ścięcie.
    Krok za krokiem, chociaż zwalniałem jak mogłem, wciąż zbliżaliśmy się do hotelu. Bryła budynku rosła w oczach. I przyszedł ten moment, kiedy stanęliśmy pod drzwiami.
    Zmobilizowałem wszystkie siły, chociaż tętno wzrosło mi tak, jakbyśmy przybiegli tutaj z prędkością olimpijskiej „stumetrówki”. Stefan otworzył drzwi, przepuszczając mnie przodem, a kiedy wszedłem…

    W pierwszej chwili nie zrozumiałem. W hallu znajdowało się mnóstwo ludzi. Część z niech poruszała się chaotycznie, a jego skraj, przy schodach, zajmowała kilkunastoosobowa, mieszana grupa, dość swobodnie zachowujących się ludzi. Rozmawiali stosunkowo głośno i w dodatku po angielsku. Zaskoczony przystanąłem, próbując ogarnąć wzrokiem całą sytuację i zaraz też dostrzegłem…
    John, stojący niemal w centrum tej grupy, patrzył w moim kierunku i z uśmiechem uniósł dłoń w geście pozdrowienia. Odpowiedziałem mu takim samym gestem, też usiłując się uśmiechnąć. Ale nie wiem, czy to zobaczył, bo odwrócił wzrok i dopiero wtedy zlokalizowałem Dorotkę. Ktoś stojący tyłem do mnie, po prostu ją zasłaniał. Coś do siebie powiedzieli, Dorota odwróciła się, obrzucając nas spojrzeniem, a po kilku sekundach obydwoje do nas podeszli.
    John z daleka wyciągał rękę.
    - Witaj Thomas! – wołał wesoło.
    - Witaj, witaj! – odparłem, też próbując rozszerzyć usta w demonstracji wyśmienitego nastroju.
    Kiedy podałem mu dłoń, schwycił ją swoimi dwiema, po czym długo ściskał, cały czas się uśmiechając i próbując tłumaczyć całą sytuację.
    - Thomas, ja myślę… ja proszę, że ty mnie wybaczyć… Ty się nie gniewać! Tak też być… Zobacz… – puścił wreszcie moją rękę i próbował pokazać gestem na grupę, którą opuścił. Spojrzałem w tamtym kierunku. Przyglądano nam się uważnie.
    - Mamy goście… bez planu! – rozłożył bezradnie ręce i z rozpędu zaczął mówić po angielsku. Wtedy do naszego dialogu włączyła się Dorota, delikatnie opierając swoją dłoń o jego ramię.
    - John usiłuje ci wytłumaczyć, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. I przyrzeka wam… – spojrzała na Stefana, który natychmiast poczuł się zaproszony do rozmowy. A że rozumiał Johna, dlatego też natychmiast mu odpowiedział. Dorota uśmiechnęła się tylko, słuchając go, a potem powiedziała do mnie cicho.
    - Resztę to już Stefan ci opowie.

    Ich rozmowa przedłużała się i Dorota wykorzystała okazję do rozmowy we dwoje.
    - Jak przebiegła wam wycieczka?
    - Prawie doskonale, tylko oprócz nowej góry zakupów, mam do zapłacenia pięćset złotych mandatu – mruknąłem. Jej reakcją na to był głośny śmiech.
    - A komu podpadłeś i za co?
    Pokręciłem głową. – To jest temat na dłuższą pogawędkę. Bo spotkałem też pana w radiowozie, który tym bojowym wozem, wiózł był nas kiedyś do Ełku. Ech! – machnąłem ręką, ale zaczynałem myśleć logiczniej. – Nie masz czasu na rozmowę?
    - Nie bardzo… – odparła, krzywiąc się. – Zobaczę, czy coś da się zrobić później. Chłopcy są u Heleny?
    - Tak, razem z Dianą.
    - Świetnie! Szukaj nas w okolicach wiaty i jeziora. Za godzinę, a może wcześniej. Na razie ustalamy program weekendu, może nawet pójdziemy do sali konferencyjnej, ale to nie potrwa długo. Panowie idą dzisiaj na golfa i do wieczora będą się bawić na łące. A co na wieczór, to dopiero ustalimy.
    John nagle zastopował Stefana i spojrzał na Dorotę. Coś mu odpowiedziała i wtedy znowu zwrócił się do mnie.
    - Thomas, ja mówiłem, co… że… my porozmawiamy, ale ja… nie… nie mo…
    - Nie dałeś rady! – podpowiedziała Dorota, ujmując go pod łokieć.
    - Nie dałem! – wreszcie złapał słowo. – Ty się nie gniewać na mnie! Doris mnie mówić, że ty już to wiesz… i rozumieć. I ja się cieszę. Ja chciałem o tym mówić! – rozłożył ręce bezradnie. Ale… I wiem, że będziesz pracować z nami. Ok.! Ty co chcieć… to ty mi mówić!
    - Ok. – zapewniłem go. Wyciągnął do mnie dłoń. Uścisnąłem ją, ale znowu mnie przytrzymał.
    - Thomas, my… – spojrzał na Dorotę i zakończył zdanie po angielsku. Przestraszyłem się trochę, ale słowa Doroty szybko mnie uspokoiły.
    - John przeprasza, ale teraz musimy już iść – wyjaśniła i dodała. – Takie nasze obowiązki, wybaczcie! Mnie też! Spróbujemy jutro przed obiadem z wami porozmawiać, bo chyba nie będzie lepszego terminu, albo zostawimy to na przyszły tydzień.
    Pokręciłem głową przecząco.
    - Ja nie mogę. I tak naciągnąłem już wszystkie sprężyny…
    - Nie przesadzaj! – skrzywiła się. – Najwyżej ponownie się sprężysz i załatwisz wszystko jeszcze szybciej!
    Udałem że jej słowa mnie osłabiają, na co John zareagował zabawną miną, po czym jeszcze raz spojrzał na mnie i kolejny raz podał mi dłoń, tłumacząc coś, jakby chciał się pożegnać.
    Dorota wyjaśniła, że pożegnanie jest chwilowe. John nie lubi zimnego obiadu, więc nas też rozumie, a z drugiej strony jego goście również ich oczekują.

    To akuratnie była prawda, bo ile razy moje spojrzenie pobiegło ukradkiem gdzieś w bok, wszędzie napotykałem krzyżowy, obserwacyjny ogień ciekawskich ludzi. Nie tylko tych z amerykańskiej grupy. Oni przyglądali się nam otwarcie. Byli zainteresowani Johnem i Dorotą. Ale oprócz tego, przyglądali się nam inni goście. Łącznie z personelem. I czas najwyższy było to przerwać. Dlatego, z wielką ulgą przyjąłem koniec naszej rozmowy. A kiedy weszliśmy do niemal pustej jadalni, głośno i nieprzystojnie westchnąłem, zanim zajęliśmy miejsce przy stole.
    I po co mi to było? Życie jest jednak nieobliczalne…

    Nie rozumiałem dlaczego, ale dyżurujący kelner poprosił nas do długiego stołu, ustawionego wzdłuż jednej ze ścian. Takiego na kilkanaście osób. Pewnie tam, gdzie częstowano obiadem grupę amerykańską. Ale to miejsce wcale mi się nie uśmiechało. Zapytałem więc, czy możemy je zmienić. Wzruszył tylko ramionami i odpowiedział, że proponuje blisko kuchni, żeby daleko nie musiał chodzić, ale w sumie możemy wybrać sobie dowolny. To już było lepiej, więc zajęliśmy ze Stefanem ten najbliższy i odetchnąwszy głęboko po rozmowie z Johnem, mogłem teraz liczyć na spokojny posiłek. Przeliczyłem się jednak.

    Pierwszą niespodzianką było to, że tuż po pojawieniu się na naszym stoliku różnych przystawek, w tym bardzo egzotycznych, obok niego pojawiła się Barbara. Było, nie było, szefowa kuchni! Oczywiście, zaraz oberwaliśmy ze Stefanem za to, że daliśmy na siebie tak długo czekać i niby to wszystko było w konwencji żartu, ale Barbara naprawdę miała do nas pretensje! Bo, jak się okazało, przygotowane przez nią potrawy, omal nie utraciły świeżości!
    Znałem ten ból, bo sam czasami gotowałem. I nie cierpiałem, jeśli komuś coś nie smakowało, jeśli mój wysiłek nie spotykał się z uznaniem.
    Ale tym razem nie było powodu do narzekań. Baśka, chociaż na pewno przysporzyliśmy jej zmartwień, mogła liczyć na nasze zachwyty. To wszystko naprawdę smakowało, dlatego też obydwaj głośno chwaliliśmy jej talenty, delektowaliśmy się winem i w ogóle, to królowała konwencja „och” i „ach”, zmieszana ze zwykłą prywatą. Bo to były dania tylko dla nas dwóch! Przyznała po cichu, że nawet John i Dorota dzisiaj tego nie dostali. Nie mówiąc już o reszcie Amerykanów.
    Barbara kilkakrotnie podchodziła do naszego stolika, objaśniając czym jest to co jemy, jak się taką potrawę je, a nawet wypiła z nami lampkę wina. Jak na hotel z wielkimi zamierzeniami, było to mało profesjonalne, ale kto się tym przejmował? W zasadzie było już po obiedzie i oprócz nas, na sali nie było nikogo.
    Prawie nikogo…

    Przez cały czas zachowywaliśmy się dość hałaśliwie, nie zwracając uwagi ani na personel, ani na pozostałą część sali. Tym bardziej, że personel zachowywał się wzorcowo, polecenia Barbary były wykonywane akuratnie i nie było potrzeby poświęcania na to swojej uwagi. Dlatego też, obrzuciłem wzrokiem jadalnię dopiero wtedy, kiedy szykowaliśmy się już ze Stefanem do wyjścia. I zobaczyłem wlepiony w siebie wzrok jakiejś kobiety oraz jej partnera.
    Siedzieli dość daleko od nas, ale na pewno byli świadkami całego przedstawienia. I słyszeli. To nie ulegało wątpliwości. Jadalnia była cichym pomieszczeniem, więc jeśli nie było gwaru tłumu, to głos rozchodził się na całą salę.

    Nie chcąc być niegrzecznym, nie dałem po sobie poznać, że zauważyłem te obserwacje, ale po chwili, niby mimowolnie i przypadkowo, próbowałem zorientować się czy nadal jesteśmy obiektem ich zainteresowania. I nie było wątpliwości. Ta para była już po obiedzie, jednak nie wychodzili, a obserwacja naszego stolika była głównym celem ich dalszego pobytu.
    To nie było zabronione, więc trudno było na takie coś zareagować. Jeszcze przez jakiś czas wahałem się, ale pomyślne przejście spotkania z Johnem, dodało mi odwagi. W końcu poprosiłem Stefana żeby jeszcze minutę pozostał, po czym wstałem i bezceremonialnie poszedłem do nich.
    - Może się państwo do nas przyłączą? – zaproponowałem. – Po co mamy spoglądać na siebie z daleka…
    Odpowiedź kobiety mnie poraziła.
    - Tak się zastanawiałam – cedziła słowa – czy to jesteś ty, czy nie ty. Ale to jednak ty. Popatrz, Robert, jaki świat jest mały! Żeby spotkać Tomka, musieliśmy przyjechać na Mazury! A Tomek radzi sobie tak jak dawniej! Dziewczyny wokół niego tańczą, okręca je sobie wokół palca… Oj, dajesz sobie radę, dajesz!

    Aż mnie cofnęło na takie dictum. Na pewien czas pozbawiła mnie myślenia. Miałem chyba najgłupszą minę na świecie, wpatrując się w tę kobietę. I wreszcie… bingo!
    Przed sobą miałem Grażynę. Dziewczynę, którą kiedyś, jeszcze w akademiku, bardzo długo pozbawiałem cnoty. Tyle, że teraz miała dokładnie tyle samo lat więcej, tak jak i ja…
    - Grajdka, nic się nie zmieniłaś! – zawołałem, zadowolony z odkrycia. – Tobie chyba w monopolowym wina nie sprzedadzą bez okazania dowodu, prawda? Co za spotkanie! Witaj nad jeziorem, witaj! Że ja ciebie wcześniej nie zauważyłem! Chyba jednak mam już sklerozę. Mówili mi o tym, ale nie chciałem wierzyć…
    - Tokujesz jak i kiedyś – przerwała mi spokojnie. – A mówiąc poważnie, to nie mogłeś nas widzieć, gdyż dopiero przyjechaliśmy. Lepiej powiedz nam co to za hotel i jak tu jest. Bo wygląda na to, że jesteś doskonale zadomowiony.
    Jej całkowite opanowanie zbiło mnie z pantałyku. To już nie była ta Grażynka, z którą robiłem kiedyś wszystko co chciałem – przeleciało mi przez głowę błyskawicą. Ale nie zamierzałem się poddawać.
    - A może byś mnie tak przedstawiła? – spróbowałem ją zaskoczyć i odzyskać przewagę. Niestety, nadziałem się na następne uderzenie.
    - Komu, mnie? – padła szybka i zdziwiona odpowiedź mężczyzny. – Zapomniałeś chyba, że postawiłem ci kiedyś dwie butelki żubrówki, żebyś odczepił się od Grażynki. I to duże butelki, zero siedem litra, nie pamiętasz?

    Pamiętałem. Przyniósł je do pokoju Tereski po północy, wspinając się po drucie piorunochronu na trzecie piętro akademika. Jak to zrobił, tego do dzisiaj nie wiem.
    Ja wtedy miałem już serdecznie dość Grażyny, a on się w niej zakochał. Lotnik. Który latanie przedkładał nad wszystko. Porzucony kilka razy przez swoje ukochane, które stawiały mu ultimatum: albo ja, albo latanie. Zawsze wybierał latanie. I dlatego był sam.
    Nie pamiętam gdzie i kiedy ujrzał Grażynę, ale potem zrobił wszystko, żeby dostać się w jej pobliże. A był sprytny! Teresa meldowała mi o jego staraniach, bo próbował się z nią zaprzyjaźnić i doszło do tego, że zaczął bywać w jej pokoju. Jako kumpel, rzecz jasna. Po to, żeby być bliżej Grażynki.
    Spotykałem go u Teresy, ale długo nie miał pojęcia o mojej roli. W końcu przyszedł taki wieczór, że spotkaliśmy się u niej tylko we trójkę. Dziewczyn nie było, bo pojechały do domów. Graliśmy w karty, wypiliśmy trochę i wtedy, kiedy usłyszałem jak dopytuje się o Grażynę, z wielką wyższością oznajmiłem mu, że dopóki będę ja, to u Grażyny nie ma szans. Bo to właśnie ja jestem jej chłopakiem! A Teresa to potwierdziła.
    Nie załamał się. Graliśmy nadal, chociaż ręce mu drżały, kiedy wykładał karty na stół. Nie myślał jednak o grze, bo po kilkunastu minutach zapytał co ma zrobić, żebym zostawił Grażynę w spokoju. A ja, chcąc go zastrzelić, powiedziałem, że jeśli tej nocy dostarczy do pokoju dwie butelki wódki, to przyrzekam, że nie będę się awanturował, jeśli zastanę go u niej.
    Wyszedł wtedy z akademika przez drzwi i byliśmy z Teresą pewni, że nie wróci. Dyżur w tym dniu pełniła portierka, której nie dało się oszukać. A jednak, za jakieś pół godziny, zapukał do okna. I kiedy Teresa go wpuściła, wszedł przez okno i postawił dwie butelki żubrówki na stoliku.
    Upiliśmy się wtedy zgodnie we trójkę i przyrzekłem mu, że do Grażyny więcej chodził nie będę. I prawie nie złamałem przyrzeczenia.
    Dopiero po kilku miesiącach los zagrał nam na nosie. Grażyna z Robertem stanowili już parę znaną w środowisku, wszędzie bywali razem, ale…
    Los przypadkowo zetknął mnie z nią w pustym pokoju u Teresy i po paru minutach wylądowaliśmy w łóżku. Chciała tego, płakała, prosiła żebym ją kochał… więc co miałem robić? Przyznała się potem, że z nim jeszcze nie sypia, że nie potrafi się przełamać i w ogóle, nie wyobraża sobie rozebrać się do naga przed nim…
    Wyszedł z tego niesmak, bo nie mogłem jej niczego obiecać. Widywała mnie już z innymi dziewczynami i sama zdawała sobie sprawę, że te dawne uniesienia, to już przeszłość. To było oczywiste, kiedy się rozstawaliśmy. Obydwoje też, nie szukaliśmy później kontaktów i tylko z ciekawości przeglądałem czasami doniesienia prasowe. Była przecież córką człowieka o bardzo znanym nazwisku i z pierwszych stron gazet. Ale chyba przeszedł na emeryturę, bo jakoś szybko przestano o nim pisać i z czasem zapomniałem o tym wszystkim.

    - Robert, teraz pamiętam! Pamiętam Tereskę, akademik i ciebie. Wybacz, że nie poznałem, ale ja na panów zwykle nie zwracam większej uwagi – tłumaczyłem żartem swoje gapiostwo.
    - Jak zawsze! – wtrąciła Grażyna.
    - Nic się nie stało! – bagatelizował temat. Wstał, podał mi rękę i powiedział, patrząc w oczy. – Siadaj z nami! Mam nadzieję, że podzielisz się swoją znajomością terenu. Jesteśmy tu pierwszy raz, natomiast ty, jak widzę, traktowany jesteś tutaj niczym cesarz!


    c.d.n.
  • #5
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Usiadłem, kiwając głową.
    - Nie przesadzaj, tu jest po prostu wysoki standard świadczenia usług.
    - A kim jest ta kobieta, która tak biegała wokół was? To też się zalicza do standardu? – zapytała Grażyna ironicznie.
    - Ty nie obrażaj pani Basi, bo to szefowa tutejszej kuchni – zganiłem ją dobrotliwie. – Jeszcze nawet na „ty” z nią nie przeszedłem, a już coś insynuujesz.
    - No wiesz… wcale nie byłabym zdziwiona! Nie masz się o co obrażać. Dziewczyna całkiem, całkiem… A ty pewnie jesteś tu bez żony.
    - I owszem, ale ze szwagrem. To ten, z którym jadłem obiad.
    - A w ogóle jesteś żonaty? – kontynuowała dociekliwie.
    - Jasne! Tylko żona pozostała w domu.
    - To z kim się ożeniłeś?
    - Z Martą, widziałaś ją przecież przed laty.
    - Z tamtą Martą? – zdziwiła się. – Która bywała w akademiku? I nie zmieniłeś jej jeszcze?
    - Tak, szanowna pani! – wycedziłem. – Wciąż mam tę samą żonę. Ale może dość tego śledztwa, co? Teraz ty opowiadaj. Gdzie mieszkacie, co robicie, jak się tu znaleźliście?

    - Mieszkamy w Warszawie, ja byłem pilotem u naszego krajowego przewoźnika, ale niedawno zstąpiłem na ziemię – wyjaśnił Robert. – Lekarze już nie pozwalają mi latać. A Grażynka jest ekonomistą w firmie oponiarskiej „Mirylin”.
    - W tym koncernie? – zdziwiłem się.
    - Nie w koncernie, tylko jego polskiej spółce – poprawiła mnie.
    - To właśnie miałem na myśli. A jak znaleźliście ten hotel?
    - Ja widziałam reklamę w banku, gdzie firma ma konta – wyjaśniła Grażyna. – A że w ofercie było między innymi pole golfowe, to Roberta nie można było już siłą odciągnąć. Dlatego przyjechaliśmy to sprawdzić.
    - Na długo?
    - Teraz na tydzień, bo tanio tu nie jest. Zorientujemy się, czy reklamy są prawdziwe i czy warto te pieniądze wydać. A jeśli tak, to może jeszcze powrócimy na tydzień. A ty? Też na wczasach?
    Zaprzeczyłem ruchem głowy.
    - Skądże! Ja to nawet w hotelu nie mieszkam, bo nie ma miejsc. Przyjechałem na zaproszenie szwagra, jako jego dama do towarzystwa.
    - Dama! – parsknęła śmiechem. – Bardzo jesteś podobny do damy! – zakpiła, jednak po chwili spoważniała. – Pracujesz gdzieś, czy masz swoją firmę?
    - Wiesz, tak naprawdę to nie wiem co powiedzieć. Jestem, powiedzmy… w okresie zmian. Niby mam firmę, taką jednoosobową, ale dochodu daje niewiele, więc nawet telefon wyłączyłem, żeby klienci dali mi spokój. Działanie teoretycznie samobójcze, ale kto wie? Nie chcę wdawać się w szczegóły, aby nie zapeszyć. Może ktoś mnie w końcu zatrudni?
    - Co, poznałeś tutaj kogoś? – odezwał się Robert. – Obiecali ci coś?
    Roześmiałem się.
    - Te, co mi obiecują, to ja znam od dawna. I jak widzisz… – rozłożyłem bezradnie ręce. – W golfa też nie umiem, a ponoć tam, podczas gry, załatwia się wiele spraw. Tak, że… nie mam szans!
    - To skąd znasz to miejsce? – dociekała Grażyna.
    - Nie znam. Jestem tu dopiero od przedwczoraj. Przecież tłumaczę ci, że szwagier mnie przywiózł.
    - I nie wiesz jacy ludzie tu bywają?
    - Oj, bardzo różni! Wiesz, widzieć, to ja widziałem wielu. Ale nikogo o nic nie pytałem, więc trudno mi cokolwiek o kimś powiedzieć. Nie wiem kim są.
    Wydawało mi się że westchnęła.

    - Znaczy się, nie wiesz czy przyjeżdżają tutaj ludzie z takiego banku „Solution”? – zapytała z jakąś rezygnacją w głosie.
    Coś mnie tknęło, dlatego nie od razu jej odpowiedziałem.
    - A dlaczego pytasz?
    - Bo w tym banku mamy konta i tam znalazłam reklamę firmy „Liman” oraz tego hotelu.
    - I co, zależy wam na jakimś kontakcie? Nie możecie tego załatwić oficjalnie?
    - Nie, to nie tak… – skrzywiła się. – Ale jeśli mają u siebie reklamy, to ciekawa jestem czy sami z tej oferty korzystają. Jeśli coś wiesz, to chyba możesz powiedzieć?
    - Mogę! – nagle zdecydowałem się. – W tym drewnianym domu nad jeziorem wypoczywa pan John Warwick, prezes zarządu banku. Wraz z rodziną. Chyba nawet widzieliście go, bo przecież był tutaj na obiedzie ze swoimi gośćmi. Kilkanaście osób. Spotkaliśmy ich w hallu, kiedy my z kolei szliśmy na obiad.
    - A była tutaj taka, dość głośna grupa, tyle że z dziećmi i rozmawiali po angielsku, więc niespecjalnie im się przyglądałem – wtrącił Robert.
    - To oni – potwierdziłem. – Ale przestrzegam was przed próbami rozmów o interesach, w tym właśnie miejscu. Nie lubią tego.
    - Kto nie lubi? O kim mówisz?
    - O prezesie i jego żonie.
    - Ty ich znasz?
    - Widziałem przedwczoraj, zaraz po przyjeździe.
    - I już wiesz, że nie lubi biznesowych rozmów?
    - Przecież przyjeżdża tutaj wypocząć. Pracy ma dość w Warszawie.
    - A kto tu jeszcze jest ze znanych ludzi?
    - Nie mam pojęcia! Mówiłem ci, że jestem dopiero trzeci dzień – wymigałem się od tłumaczeń.
    - I już znasz prezesa banku, szefową kuchni… no, no! Nieźle jak na dwa dni! Może jeszcze kogoś? – dopytywała się Grażyna.
    Uśmiechnąłem się do niej tajemniczo.
    - Oj tam, oj tam. Czy to takie ważne? Gorzej, że mnie zna już niemal cały personel.
    - Jak? Przecież mówisz, że nie mieszkasz w hotelu! A tak naprawdę to gdzie w takim razie?
    - Nigdzie, a właściwie to w samochodzie – powiedziałem zgodnie z prawdą. Nie miałem zamiaru wtajemniczać Grażyny we wszystkie układy. Była zbyt wścibska.
    - I w aucie będziesz spał? – zdziwił się Robert.
    - Tego nie powiedziałem! – zaprzeczyłem.
    - Oj, Tomek znajdzie sobie jakąś naiwną, która go przenocuje, nie musisz się o niego martwić! – Grażyna najwyraźniej nadal miała do mnie żal za dawne dzieje.
    Nie powiem, żeby mi się to podobało. Mogła sobie darować te uszczypliwości.

    - Nie musiałbyś być tak złośliwa – zaprotestowałem. Miałem już zapytać, czy przypadkiem nie ma ochoty na coś w łóżku, ale Robert natychmiast zmienił temat.
    - Tomek, a gdybym chciał zagrać w golfa, to do kogo trzeba się zgłosić?
    - Moim zdaniem to do dyrektora. Pana Marka, nazwiska nie znam. On tu wszystkim zarządza, ale z tego co wiem, to właśnie ci Amerykanie mieli grać po obiedzie.
    - A ja co będę robiła? – zapytała go, z nutką pretensji w głosie.
    - Nie chcesz iść nad jezioro? – odpowiedział pytaniem. – Tomek mówił, że w golfa nie gra, to pokaże ci okolice i miejsce do bezpiecznej kąpieli.
    - Nie ma co pokazywać, staniesz na brzegu i sama wszystko zobaczysz. Nie byliście tam jeszcze?
    - Nie, nigdzie nie byliśmy, przecież jesteśmy tu dopiero od godziny.
    - Można tam posiedzieć pod wiatą w cieniu, pod ręką będziesz miała przekąski i napoje, można się opalać na plaży, można iść do sauny, a w hotelu możesz zamówić sobie masaże i inne zabawy.
    - A gdzie się to zamawia?
    - W recepcji. A tak w ogóle, to w którym pokoju mieszkacie?
    - Dwieście dwadzieścia osiem. Na drugim piętrze.
    - Nie byłem tam – przyznałem.
    - Chcesz zobaczyć? – zapytał Robert.
    - Nie, dzięki. Wybieram się nad jezioro, bo tam się umówiłem.
    Powiedziałem tak celowo, żeby przypadkiem nie wpadł na pomysł zrobienia ze mnie przewodnika Grażyny. To mi było teraz najmniej potrzebne.

    Niespodziewanie, do jadalni weszła Lidka. Rozejrzała się i zobaczywszy mnie, energicznym krokiem podeszła do naszego stolika.
    - Dzień dobry państwu! – przywitała się. – Przepraszam, że przeszkadzam, Tomek, nie wiesz gdzie mogę znaleźć Stefana?
    - Nie wiem! Zjedliśmy obiad i gdzieś sobie poszedł. Powinien być nad jeziorem. Ja tam już idę, więc jeśli go znajdę, to co przekazać?
    - Poproś, żeby zechciał podejść do mnie, do służbowego gabinetu, dobrze?
    - Oczywiście, dla ciebie wszystko! Wiesz, że cię kocham!
    Lidka wlepiła we mnie spojrzenie, mrużąc jedno oko i zastygła tak na kilka sekund z ironicznym uśmieszkiem przyklejonym do twarzy.
    - Nie podlizuj się! – oświadczyła z rozbawieniem. – Bo skorzystam z tych propozycji i może ci to nie wyjść na zdrowie! A poza tym mógłbyś być bardziej dyskretny przy gościach. Ja mam męża! I to zupełnie niedaleko stąd.
    Potem pochyliła się, cmoknęła mnie w policzek, z uśmiechem przeprosiła moich rozmówców i spokojnym krokiem wyszła z jadalni.
    Przy stoliku zapadła cisza.

    - Kto to był? – zapytał zdumiony Robert. Grażyna kręciła głową z niedowierzaniem.
    - Pani prezes zarządu spółki „Liman”, właściciela tego biznesu – wyjaśniłem.
    - Nic się nie zmieniłeś! – syczała cicho. – Łżesz jak dawniej! Dopiero co mówiłeś, że nie znasz tego hotelu, że dla ciebie nie starczyło miejsca…
    - No bo nie starczyło!
    - Ale bajki opowiadasz! Wiesz co? Zmieniłeś się o tyle, że teraz interesują cię coraz młodsze. Przecież ona mogłaby być twoją córką!
    - Oj, przesadzasz! – zaśmiałem się. – W wieku czternastu lat mieć dzieci… przeceniasz mnie!
    - To ta pani jest czternaście lat od ciebie młodsza? – upewniał się Robert.
    - Nie wiem, tak strzeliłem… – próbowałem ominąć temat.
    - Skąd ty znasz takie młode dziewczyny? – dopytywała Grażyna. – Ma męża?
    - Owszem, bardzo fajny chłopak.
    - Ja, gdybym była jej mężem, to bym cię stąd przegoniła.
    - Czyli dobrze, że nim nie jesteś – podsumowałem. – Musisz wiedzieć, że Romek, czyli Lidki mąż, był tu wczoraj i spokojnie piliśmy sobie piwo. Nie miał najmniejszego zamiaru ani mnie stąd przeganiać, ani dziwić się, gdyby Lidka mnie pocałowała.
    - Pewnie musiał nagle wyjechać i nie zdążył – nie dawała mi spokoju.
    - Grażynko, skarbie, ja już jestem w tym wieku, że mogę sobie tylko pożartować! Poza tym jestem wierny mojej miłości i basta! Innych kobiet zupełnie nie kojarzę z łóżkiem! Możemy porozmawiać, powspominać, pożartować i tyle! Naprawdę!
    - Ciekawa jestem której to jesteś tak wierny…
    Pokręciłem głową. – Nie dowiesz się, bo ci nie powiem.
    - Bajki opowiadasz, ale cóż, zawsze miałeś taki styl.
    Poprawiła się na krześle, jakby coś ją uwierało. Postanowiłem to wykorzystać i zakończyć rozmowę, bo robiła się dla mnie mało przyjemna. Grażyna wciąż była uszczypliwa i gderliwa niczym stara baba. Ale prezentowała się wcale nie najgorzej.

    Kiedyś widziałem jej matkę w tym wieku, wyglądała świetnie, a Grażyna oddziedziczyła po niej figurę. Tylko biust miała za duży, większy niż matka, jeszcze większy niż kiedyś i zupełnie nie przystający do jej drobnej sylwetki. Pamiętałem, że kiedyś musiałem obejmować jej pierś dwiema dłońmi, a przecież nie mam jakichś niedorośniętych kikutów!
    - Wybaczcie mi, ale jestem już w niedoczasie – powiedziałem, podnosząc się z krzesła. – Może jeszcze z jeden dzień zostanę, więc będzie jakaś okazja, żeby dokończyć nasze pogawędki.
    - To nie wiesz jak długo tu będziesz? – zdziwiła się.
    - Ja przyjechałem tylko na jeden dzień! – wyjaśniłem. – W ogóle nie planowałem żadnego pobytu! Nie mam nawet zbytnio w co się przebrać. Ale tak się jakoś złożyło, że trzeba było zostać, więc zostałem! Tym niemniej, siedzę tu jak na węglach.
    - Wcale na takiego nie wyglądasz, którego węgle z tyłu parzą – Grażyna nie ustawała.
    - Będziesz na kolacji? – zapytał Robert.
    Niestety, zaskoczył mnie tak, że się wygadałem.
    - Raczej nie. Umówiliśmy się z panią Basią na wieczornego grilla, więc potraktuję go jako kolację. Przecież więcej i tak nie zmieszczę.
    - Aaa… i wszystko jest jasne! Czyli u niej będziesz spał?! – Grażyna raczej stwierdziła, niż zapytała.
    - A co, zazdrosna jesteś? – nie wytrzymałem. – Czy chcesz mnie przenocować?
    - Możesz się nie łudzić! – zaśmiała się sztucznie. – Ja mam z kim sypiać. Mnie możesz zupełnie śmiało skreślić z listy tych, które mają ochotę gościć ciebie w nocy.
    - I bardzo dobrze. O mnie też się nie martw, dam sobie radę. Bywajcie! Nie będę się żegnał, bo do końca dnia daleko, więc może się jeszcze dzisiaj spotkamy.
    - Powodzenia! – powiedział Robert, machając dłonią.
    - To co, pokażesz mi później ten ośrodek? – zapytała nieoczekiwanie Grażyna, kiedy już miałem zamiar odchodzić. Opadły mi ręce i chyba zrobiłem głupią minę. Też sobie wymyśliła! Może nawet bym się na to zgodził, ale nie teraz, gdy mnie już wkurzyła…
    - Wybacz, Grażynko, ale byłem wcześniej umówiony. Jednak nie musisz się martwić. Tu nie ma tłoku, teren jest wyłącznie do dyspozycji hotelowych gości, jest niezbyt obszerny, wszędzie dojdziesz, wszystko obejrzysz, z wszystkiego możesz korzystać… poradzisz sobie! Bywajcie, na mnie już czas!
    Skinąłem jej głową, pomachałem dłonią Robertowi i wyszedłem z jadalni, ruszając na poszukiwanie Doroty.

    Siedziała pod wiatą, w towarzystwie jakiegoś mężczyzny i dwóch kobiet. Ożywiona, roześmiana, dyskutowała z mężczyzną, który mocno gestykulował, jakby próbując ją do czegoś przekonać. Już z daleka zauważyłem, że zwracał się niemal wyłącznie do niej, kobiety natomiast, dużą część swojej uwagi poświęcały obserwacji jeziora. Jakby tam rozgrywały się wydarzenia bardziej je interesujące i dla nich ważniejsze. Ciekawe, co tak przykuwało ich uwagę.
    Cała grupa zajmowała miejsca przy „naszym” stole. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego inni goście tam nie siadali. Nieśmiałość? Diabli wiedzą czy to prawda. Nawet kiedy nikogo z nas, znajomych Doroty, nie było, to miejsca przy nim pozostawały wolne. Teraz tak samo, pod wiatą odpoczywało jeszcze kilkanaście osób, tym niemniej wszyscy siedzieli w pewniej odległości, jakby demonstrując, że nie mają zamiaru jej przeszkadzać. Tylko czy na pewno wszyscy wiedzieli kim jest? Niemożliwe…
    Mimo poobiedniej pory, stół był zastawiony, a niedaleko szaf chłodniczych dyżurował młody mężczyzna, w służbowej kurtce i czapce, rzucając od czasu do czasu baczne spojrzenie w stronę siedzących. Czyżby obsługiwał tylko ten stół? Możliwe, bo dwie dziewczyny w hotelowych sukienkach, kręciły się pomiędzy innymi gośćmi, z tacami w dłoniach.

    Początkowo wahałem się czy do nich podejść, może lepiej byłoby usiąść gdzieś dalej? Nie wiedziałem, czy Dorota życzy sobie mojej obecności, jednak zauważyła mnie z daleka i przez cały czas „pilotowała” wzrokiem. Ta demonstracja oznaczała, że na mnie czeka, dlatego też skierowałem się bezpośrednio ku nim.
    - Gdzie ty przepadłeś, zaniedbujesz nas! – przywitała mnie żartobliwą wymówką, gdy tylko doszedłem do stołu.
    Zatrzymałem się. Nie siadałem, bo liczyłem się z tym, że mnie przedstawi. Ale nie zrobiła tego, kontynuując swoje niby – wymówki.
    - Już myślałam, że przepadłeś gdzieś z tą „lady”, bo Stefan nie miał zbyt wesołej miny, kiedy tu przyszedł.
    - A on gdzieś tutaj jest? Bo Lidce jest potrzebny.
    - Już o tym wie i chyba do niej poszedł.
    - To świetnie! – odetchnąłem. Stefana miałem z głowy.
    - Podobno byłeś molestowany? – Dorota wróciła do tematu.
    Była w doskonałym humorze. Nie wiedziałem co ją tak bawiło, ale jej nastroje wyczuwałem z daleka. Dlatego roześmiałem się na głos. Zastanawiałem się, czy mogę powiedzieć o Grażynie, w obecności mężczyzny i tych kobiet. Nie wiedziałem kim są. A Dorota jakoś dziwnie nie spieszyła się, aby mnie przedstawić…
    Zdecydowałem się w jednej chwili. Czego miałem się bać? To takie stare dzieje…
    - Świat jest jednak bardzo mały! Wyobraź sobie, że nad jezioro przybyła moja dawna narzeczona, wraz ze swoim mężem. A przecież znam ich obydwoje! Nie wypadało uchylać się od rozmowy!
    - Która to? – dociekała Dorota. – Już się trochę pogubiłam z ich zapamiętywaniem.
    - Grażynka…
    - To ta, z którą… tak długo…? – zapytała dwuznacznie.
    Wiedziałem o co pyta i przytaknąłem ruchami głowy.

    Znała dobrze mój życiorys. Cały i ze szczegółami. Przecież wtedy, nad tym jeziorem, zdążyłem jej opowiedzieć naprawdę wszystko, nawet te najbardziej intymne, osobiste przeżycia i historie sprzed lat. Czasu mieliśmy wtedy aż nadto…
    - Ta sama! – potwierdziłem jeszcze słowami.
    - I jak spotkanie? Bardzo się zmieniła?
    - Fizycznie nawet nie. Ale charakter… – kręciłem głową.
    - Co masz na myśli? – zainteresowała się nagle.
    - Ano to, że chyba mi jeszcze nie wybaczyła! Zrobiła się zgryźliwa, niczym stara baba!
    Parsknęła śmiechem. Czyli dobrze się zorientowałem. Humor jej dopisywał.
    - Ale masz porównania! Gdyby ona to usłyszała!... – skomentowała ze śmiechem moje słowa i zwróciła się do obecnych, ale tym razem przeszła na angielski. Dopiero po chwili mnie przedstawiła.

    Kobiety niemal zupełnie mną się nie zainteresowały, zaraz też zrozumiałem tego powód. Bo zanim zdążyłem poznać mężczyznę, pod wiatę przybiegła dziewczynka, mniej więcej dziesięcioletnia, która chyba na coś się poskarżyła, bo miała bardzo kwaśną minę. I jak na komendę, obydwie podniosły się z ławy, po czym, przeprosiwszy nas, skierowały w stronę jeziora. Domyśliłem się bez trudu, że z interwencją.
    Dorota tymczasem zaskoczyła mnie.
    - Możemy już rozmawiać po polsku – podsumowała sytuację. – Przepraszam pana, profesorze, za ten wstęp...
    - Ależ pani Doroto, to było bardzo sympatyczne! – mężczyzna przyglądał mi się z uwagą. – I bardzo ludzkie, powiedziałbym.
    Miał wyraźny, amerykański akcent, chociaż polskie słowa artykułował poprawnie. Wysoki, z wieloma srebrzystymi nitkami na głowie, chyba starszy ode mnie. Jego oczy nie szukały zwady, natomiast wyrażały zwyczajne zainteresowanie.
    - Tomek, to jest pan profesor James Snyber z Yale University, bliski znajomy i przyjaciel profesora Banksa, mojego promotora od doktoratu.
    Mężczyzna podniósł się z ławy, po czym uścisnęliśmy sobie dłonie, wymieniając pełne brzmienie imienia i nazwiska. A kiedy obydwaj już usiedliśmy, ja tuż obok Doroty, a on naprzeciwko, nieoczekiwanie zapytał.
    - Pan jest Tomek, czy Tomasz?
    - Oficjalnie „Tomasz” – odpowiedziałem – ale „Tomek” jest wygodniejsze.
    - Rozumiem! Przepraszam, ja tak tylko z ciekawości.
    - Tomek, musisz wiedzieć, że pan profesor kieruje na uczelni katedrą historii Europy Wschodniej, zna język polski, rosyjski oraz kilka innych i sprawił mi wielką, a także bardzo miłą niespodziankę, że zechciał tutaj przyjechać. Naprawdę, panie profesorze, bardzo się cieszę, że nas pan odwiedził! – uśmiechała się do niego niemal zalotnie.
    - Pani Doroto, to ja dziękuję za takie ciepłe przyjęcie! – krygował się. – Gdybym wiedział, że mogę panią spotkać w Polsce, to znacznie wcześniej porzuciłbym Moskwę i zakłócił wasz wypoczynek z Johnem! Ech, dlaczego ja nie mam takich studentek, czy też doktorantek, a Gordonowi się tak szczęści?
    Dorota śmiała się w głos.
    - Tomek, musisz wiedzieć, że poza historią, pan profesor jest wielkim koneserem, miłośnikiem i znawcą kobiet, również, a może nawet przede wszystkim, tych ze wschodniej Europy.
    Nieco mnie zmroziła ta wiadomość, a Snyber rozłożył ręce w bezradnym geście.
    - Pani Doroto, przecież pani doskonale wie, że bez namysłu oddałbym je wszystkie zusamen za to, żeby to pani towarzyszyła mi w życiu! – stwierdził powoli i dobitnie. Patrzył przy tym na nią łakomym wzrokiem. – Już dawno mówiłem Johnowi, że wygrał los na loterii! Ja, chociaż nazwali mnie profesorem, zupełnie nie potrafię odnaleźć słów, które mogłyby właściwie oddać pani… pani krasę, oraz to coś, co tak na mnie działa. Ale cóż! Gdybym był chociaż te trzydzieści lat młodszy, może wtedy potrafiłbym jakoś to nazwać. Dlaczego pani nie studiowała wcześniej? – postawił retoryczne pytanie, wyraźnie żartując. – I dlaczego nie w mojej katedrze? Pani Doroto, u mnie byłaby pani już na pewno po obronie doktoratu! – zapewnił rozpromieniony.

    Cały ten monolog został wypowiedziany żartobliwym tonem; profesor się bawił, ale i tak moje pierwsze wrażenie sympatii do niego, znacznie się ochłodziło. Dorota natomiast wyglądała tak, jakby na taki tekst czekała.
    - Dziękuję za miłe słowa, panie profesorze! – uśmiechała się, niczym kokietka.
    - Och, pani Doroto!... – westchnął, po czym sięgnął po drinka. Skorzystałem z okazji i włączyłem się do ich rozmowy.
    - To dla mnie zaszczyt pana poznać, profesorze! – skinąłem głową w jego kierunku.
    - Przesadza pan! – roześmiał się lekko. – Kim ja w końcu jestem? Zwykłym gryzipiórkiem, wąchającym stare kurze w kiepsko wentylowanych archiwach! Tyle, że w moim wieku jest już trudno zostać znanym sportowcem, albo piosenkarzem, żeby móc zaimponować takiej damie jak pani Dorota. A skoro tu już nie mogę liczyć na sukcesy, to jestem zmuszony pilnować tego, co nieopatrznie wybrałem w młodości, bo nie mam innego wyjścia! – zakończył rozbrajająco.
    - Czyżby pan się nie doceniał? – udawałem zdziwienie. – Ja nie mogę się pochwalić nawet ułamkiem pańskich sukcesów.
    - Teraz to pan blefuje! – przerwał mi, nie pozwalając dokończyć kwestii.
    - Dlaczego? Skąd u pana taka myśl?
    - Proszę pana… Już wyjaśniam! Pan zwraca się do pani Doroty po imieniu, a pani Dorota tak samo do pana. Ja natomiast na tyle znam kulturę wschodniej Europy, że wiem co to oznacza. Jest pan po prostu bliższym znajomym niż ja! Cóż więc znaczy mój profesorski tytuł? – rozłożył ręce w bezradnym geście, puszczając przy tym oko w stronę Doroty. – Zazdroszczę panu i to wszystko!
    Widziałem, że Dorota nadal bawi się doskonale, słuchając jego wywodu.
    - Panie profesorze, jak mogłabym tak zwyczajnie pospolitować pana osiągnięcia i dorobek? – mówiła to takim tonem, jakby była licealistką, usiłującą załatwić sobie wyższą ocenę z przedmiotu, ale jednocześnie pewną, że dwója w żadnym wypadku jej nie grozi. – Proszę nie zapominać, że jestem Słowianką z urodzenia i wychowania, tak samo jak i Tomek jest Słowianinem. Wprawdzie anglosaskie zwyczaje znam, a są przecież nieco odmienne od naszych, jednak my pozostajemy sobą! Po co mamy udawać kogoś innego? Panu należny jest szacunek, zapracował pan na to!
    - Wiem, wiem, pani Doroto – przerwał jej. – Znam tę pani bajkę. Chociaż czasami wolałbym, żeby pani o tym zapomniała…
    Roześmiała się pobłażliwie.
    Miałem wrażenie, że taki, albo podobny dyskurs, zdarzył im się nie pierwszy raz. To już chyba należało do konwencji, do której teraz i ja zostałem dopuszczony…

    - A tak, w ogóle, to czym się pan zajmuje, jeśli to nie sekret? – usłyszałem nagle jego głos.
    - Ja? – rozłożyłem bezradnie ręce. – Czym ja się zajmuję…? – powtórzyłem pytanie.
    Miałem niejaką trudność z doborem właściwej odpowiedzi. Bo co miałem powiedzieć? Że „aktualnie zajmuję się adoracją Doroty”? Z kłopotu wybawiła mnie jednak ona sama, przy czym, tym razem bez uśmieszku na twarzy.
    - Panie profesorze, ja panu dokładniej odpowiem na to pytanie. Tomek jest moim, bardzo bliskim znajomym i poprosiłam go, aby pojechał tam, gdzie i pan najczęściej bywa, czyli do Moskwy. Będzie pracował w jednym z banków naszej grupy. Tomek spędził na wschodzie już kilka lat, pracował tam w handlu zagranicznym, ma bogate doświadczenia z pracy w przemyśle krajowym i według mnie jest idealnym kandydatem na tę funkcję i do tych zadań, które przewiduję. Pojedzie tam z Anią, dotychczasową asystentką Johna, świetną dziewczyną, która będzie miała możliwość wyszlifowania znajomości języka rosyjskiego, oswoi się z tym krajem, a potem sfinansuję jej studia w Yale i zobaczymy co dalej z tego będzie. Jak się panu podoba mój plan?
    Spoglądał na przemian, to na mnie, to na Dorotę. A gdy się odezwał, to aż mi zaparło dech.
    - Pani Doroto! Przepraszam, nie chciałbym zostać opacznie zrozumiany, ale zapytam tak tylko z naukowego punktu widzenia. Nie pogniewa się pani?
    - Nie!
    - Czy dzieci miała pani też dokładnie zaplanowane?
    - Zdecydowanie tak! – odparła bez namysłu, roześmiana, a ja zdrętwiałem. – Chociaż, prawdę mówiąc, myślałam wtedy o dziecku, a nie o dzieciach. Ale… wyszło jak wyszło! Mam dwóch synów i kocham ich obydwu jednakowo!
    - Czyli odniesie pani sukces. I to podwójny! Ja to prognozuję i przepowiadam! Pani jest niesamowita! Naprawdę jestem pod wrażeniem nie tylko pani urody, ale także wiedzy, umiejętności i konsekwencji! Mówiłem Gordonowi wiele razy, że taka absolwentka zdarza się raz na pokolenie! Gdybym to ja miał takich absolwentów…
    - A nie ma ich pan? – zapytałem odrobinę złośliwie, żeby przerwać to ich gruchanie, a przynajmniej zmienić temat.
    - Nie mam! Oczywiście, że nie mam! – przyznał, całkiem poważnym głosem. – Panie Tomaszu, Europa wschodnia już przestała być modna, lata osiemdziesiąte dawno minęły. Dlatego teraz trudno o ciekawych ludzi na tym kierunku. Teraz dominują Chiny, Indie oraz Bliski Wschód. Może trochę Brazylia. Ale, ale… pani Dorota mówiła, że pan był na wschodzie. Kiedy to było?
    - Lata dziewięćdziesiąte. Ich pierwsza połowa.
    - Chętnie bym z panem porozmawiał o tym okresie. To były czasy przełomu, prawda?
    - Tak! Ja przyjechałem tam jeszcze wtedy, kiedy królowały ceny państwowe, potem zostały uwolnione, a noc z wymianą pieniędzy spędziłem w kasynie!
    - Wygrał pan?
    - Nie, trochę przegrałem. Ale to co mi zostało, rankiem i tak było już bezwartościowe! – śmiałem się, wspominając plik unieważnionych banknotów, które przywiozłem do firmy.
    - Muszę umówić się z panem na pogawędkę, to jest bardzo interesujące. Rozumiem, że teraz ma pan swój program pobytu, więc nie chciałbym się narzucać…
    - Panie profesorze! – wtrąciła Dorota. – Ależ bez trudu umówicie się w Moskwie. Tutaj nie ma czasu i miejsca na funkcjonowanie następnego męskiego zespołu. Jeden golf mi wystarczy. Dlatego proszę o wyrozumiałość, bo z Tomkiem mamy jeszcze niemało spraw do omówienia.
    - Szczęściarz z pana! – przerwał jej Snyber, zwracając się do mnie. – Gordonowi często powtarzałem, że też chciałbym z panią Dorotą omawiać wszystkie teorie i problemy, tak jak on to robi…
    - I chciałby pan kłócić się tak jak my? – wtrąciła Dorota beztrosko. – A jeszcze poza omawianiem tematów, to teraz jest lato, czas wypoczynku i relaksu! Zapraszam pana na kąpiel do jeziora!
    Profesor położył dłoń na sercu. – Pani Doroto, przykro mi, nie jestem na to przygotowany! Ja przyszedłem tu bezpośrednio po obiedzie i mam na sobie starczą bieliznę! Więc nie chciałbym czynić popłochu wśród kąpiących się! Lepiej pójdę na spacer, a przy okazji przebiorę się i dopiero później skorzystam z tej przyjemności.
    - Przepraszam, nie pomyślałam o tym! – Dorota wycofywała się z propozycji. – Czyli nie idziemy do jeziora – oznajmiła, spoglądając na mnie z nieco skwaszoną miną.
    - Ależ nie! Pani Doroto, proszę sobie nie sprawiać kłopotu! Ja wiem, że pani chce zaglądnąć do dzieci, a tu siwy amant-emeryt zawraca pani głowę! – krygował się. – Proszę nie zwracać na mnie uwagi! Pójdę teraz pooglądać alejki, pospaceruję… sama przyjemność! Wszędzie wokół susza daje się we znaki, natomiast tutaj jest zielono i tak przyjemnie! Jeszcze nie zdążyłem zapoznać się z najbliższą okolicą, a zapewniam panią, że czuję się nadzwyczajnie! Dlatego proszę pozwolić mi pooglądać to wszystko i odetchnąć tym znakomitym, czystym powietrzem. Taki relaks bardzo mi się przyda. A później, jeśli pani pozwoli, wrócę nad jezioro.
    - A nie będzie pan miał mi za złe dezercji? – zapytała otwartym tekstem. – Bo ja naprawdę chciałam zaglądnąć do dzieci…
    - Naprawę, przyrzekam pani! – położył rękę na piersi w teatralnym geście, po czym wstał. – Za godzinę będę tutaj znowu. Oczywiście, jeśli pani pozwoli!
    - Ależ oczywiście, będę na pana czekała! – zapewniła go, powtarzając z naciskiem jego słowo.
    Już na stojąco dopił swojego drinka, a potem skłonił się i poszedł alejką w stronę hotelu.

    Zostaliśmy przy stole sami, bo dopiero co poznane przeze mnie kobiety brodziły w wodzie przy samym brzegu, nie spuszczając wzroku z grupki kąpiących się i dokazujących dzieci. Naszych tam nie było. Baraszkowały oddzielnie za linami, pod czujnym wzrokiem Diany. Zlustrowałem taflę jeziora, po czym spojrzałem na Dorotę. Wyglądała na nieco zarumienioną. Czyżby od alkoholu?
    - Obiecałem dzisiaj naszym mężczyznom wycieczkę rowerową – zacząłem rozmowę.
    Pewnie przerwałem jej zadumę, bo kiedy skierowała na mnie wzrok, miałem wrażenie, że wraca z innej rzeczywistości.
    - To już nie dzisiaj, teraz nie ma na to czasu – stwierdziła. Jej głos był całkiem inny, bez śladu tej kokieterii, którą obdarzała Snybera. Ta kokietka w jednej chwili gdzieś znikła.
    - Pójdziemy do wody? – zapytała z lekkim uśmiechem. I to był ten jej normalny uśmiech.
    Odpowiedziałem tęsknym spojrzeniem. – Wszędzie! – wyszeptałem.
    Nie odezwała się, tylko odwróciła wzrok, odnajdując wzrokiem kelnera, który niemal natychmiast zameldował się przy naszym stole. I po kilkunastu sekundach dostarczył mam dwie szklanki z pieniącą się zawartością.
    - Skosztuj tego. Lidka wynalazła gdzieś jakiś miejscowy, niszowy mini-browar.
    Piwo było doskonałe. Orzeźwiało i gasiło pragnienie.
    - Jest świetne! – pochwaliłem.
    - I jak ci się podoba profesor? – zapytała jakoś bez związku.
    - Podrywa cię bez skrupułów. Zawsze jest taki?
    Roześmiała się swobodnie i szczerze, jakbym powiedział jakiś świetny dowcip.
    - Poznał swój, swego – zaśmiewała się. – To jego sposób bycia. Zawsze tak się zachowuje.
    Zaraz też wyjaśniła, co miała na myśli.
    - Profesor Snyber jest powszechnie znany ze swoich sercowych podbojów! Wielbiciel kobiet, który przy tym nigdy się nie ożenił. Tym niemniej, to świetny znawca historii; wyczuwa i rozumie pewną odmienność wschodniej Europy w porównaniu z zachodem i to właśnie on jest, powiedzmy, takim konsultantem dla nas, czyli dla mnie i dla profesora Banksa. Pomagał nam wtedy w przekonaniu naszego zarządu do zastosowania odmiennej metodologii niż wynikało to z rekomendacji agencji ratingowych. I dlatego wygraliśmy wtedy!
    - Skąd się tutaj znalazł?
    - John spotkał go w ambasadzie. Przypadkowo. A przecież znamy się, bo kilka razy bywał u nas z Gordonem. To między innymi dlatego grono zaproszonych tutaj, tak urosło.
    - I jak sobie Marek poradził? Nie brakło pokojów?
    Dorota zdusiła w sobie śmiech.
    - Wiesz co? To było niezłe! Pan profesor… – chichotała – jakoś usłyszał, że jest wolny pokój służbowy, a przecież one mają niekrępujące wejście i nie trzeba paradować przed recepcją! Uparł się wtedy, że jemu luksusów nie potrzeba i reflektuje właśnie na taką sypialnię. Więc ją dostał! A wtedy problem kwaterunkowy sam się rozwiązał.
    - A po co mu to?
    - Nie rozumiesz? Liczy tutaj na coś!
    - No tak. A gdzie te matrony, których się obawiałaś?
    - Na moje szczęście poszły na pole golfowe. Zostały tylko te dwie z dziećmi, ale uważaj, one po polsku prawie nie mówią, natomiast potrafią wiele zrozumieć. A ja celowo przytrzymałam Snybera, żeby ze mną został, bo inaczej musiałabym siedzieć tylko z nimi. Nie mogłeś przyjść wcześniej? Bez niego wystawiałabym się tutaj niczym na placu targowym!
    - Słoneczko, nie mogłem! Powiedziałem ci dlaczego…
    Obrzuciłem nieznacznym spojrzeniem wiatę. Miałem lepszy przegląd sytuacji niż Dorota, bo siedziałem niemal w narożniku. Grażyna z Robertem zajmowali miejsca przy końcu jednego ze stołów. Nie zauważyłem kiedy przyszli.
    - Już są… – mruknąłem cicho. Dorota uniosła brwi w geście zdziwienia, ale szybko domyśliła się o czym i o kim mowa.
    - Gdzie siedzą? – zapytała, podnosząc szklankę do ust.
    - Koniec trzeciego stołu od nas.

    Przez chwilę popijaliśmy piwo w milczeniu. W tym czasie Dorota, niby przypadkowo, nieznacznie zlustrowała wzrokiem całe otoczenie.
    - Słoneczko… – nie wytrzymałem.
    Musiałem zapytać ją o to, co nie dawało mi spokoju przez cały dzień. O to, jak wypadło jej spotkanie z Johnem.
    Popatrzyła na mnie uważnie, ale nie odpowiadała. Może domyślała się, co mnie niepokoi?
    - Wszystko w porządku? – wyrzuciłem z siebie, licząc na to, że zrozumie o czym myślę.
    Nadal milczała. Opuściła na chwilę głowę, a potem nagle ją uniosła.
    - I po co pytasz? – spojrzała na mnie.
    - Bo cię kocham! – powiedziałem cichutko, tęsknym głosem, nie spuszczając z niej wzroku.
    - Jesteś zwariowany! – roześmiała się wesoło. I zaraz zmieniła temat. – Niezła ta twoja panienka, chociaż jej mąż jest bardziej interesujący.
    - To były pilot. Ponoć latał i za ocean. Może kiedyś wiózł nawet ciebie?
    - Może? Kto to wie? Szkoda, że go wcześniej nie widziałam – prowokowała.
    - Możesz go poznać, bo Grażyna wspomniała, że jest zainteresowana znajomością z osobami z kręgu banku Solution…
    Uśmiech zniknął z jej twarzy.
    - Kim ona jest?
    - Nie wiem dokładnie, jednak wspomniała, że jest ekonomistką w jakiejś firmie od opon.
    - Jakiej?
    - Wybacz, nie pamiętam! Nie wiedziałem, że to może mieć jakiekolwiek znaczenie.
    - Wszystko może mieć znaczenie! Musisz nauczyć się zapamiętywać każdą nazwę i każdą informację. Posłuchaj, czy to nie jest czasem firma „Mirylin”?
    - Chyba tak! Tak! Teraz pamiętam, właśnie o niej wspomniała.
    Odetchnęła z ulgą, a potem wyraźnie się rozluźniła.
    - Pamiętasz jej nazwisko?
    - Panieńskie pamiętam, ale jak nazywał się Robert, tego już nie kojarzę.
    - A nie przypadkiem Czerwiński?
    - Może i tak… – powiedziałem po namyśle. – Głowy jednak za to nie dam. Teraz nie mówiliśmy o tym.
    Dorota jeszcze raz odetchnęła, po czym uśmiech znowu zagościł na jej twarzy.
    - I co, mówisz, że jeszcze ci nie wybaczyła? – spojrzała na mnie kpiąco.
    Pokręciłem głową, zaciskając usta. – Nie śmiej się ze mnie! Dogryzała mi przez cały czas i dogadywała, że się zestarzałem.
    Opowiedziałem jej w skrócie całą rozmowę, o tym jak to się zaczęło, dlaczego tu przyjechali, zrelacjonowałem dokładnie wejście Lidki i rozmowę o Stefanie, oraz późniejsze reakcje Grażyny i jej pytania. Dorota przez cały czas tylko się uśmiechała.
    - Nie wpadnij przypadkiem na pomysł, żeby mi ją przedstawić! – podsumowała, kiedy już zakończyłem.
    - Mogę wiedzieć dlaczego?
    - Oczywiście! Twoja eks-narzeczona podpisuje dokumenty, które leżą u mnie na biurku. Nazywa się Grażyna Czerwińska i jest główną księgową w polskim zakładzie koncernu. Dlatego też nie mam zamiaru wchodzić z nią w żadne prywatne relacje. Poza tym nie powinnam tego robić, to wbrew etyce zawodowej. I jestem ci bardzo zobowiązana, bo dzięki tobie dostałam sygnał, że ktoś może próbować wykorzystać mój wypoczynek do takich celów. Niesamowity zbieg okoliczności! Sprytni są jej szefowie! A tak na marginesie… co wiesz o dalszych losach swoich dawnych życiowych partnerek?
    - Kompletnie nic! Skąd mam to wiedzieć? Nie mam ochoty, czasu, ani środków na zabawy w prywatnego detektywa! Z żadną nie utrzymuję kontaktów, nigdy żadnej nie spotkałem, wyjąwszy oczywiście dzisiejszy dzień. Przecież wszystko wiesz! Niczego nowego nie ma, nic się nie zmieniło od czasu naszych rozmów tu, na tym brzegu…
    - Mówisz? – uśmiechnęła się figlarnie. – Pójdziemy do jeziora? – zapytała nagle z jakimś tajemniczym uśmiechem.
    - Wszędzie, gdzie tylko zechcesz! – ponownie ją zapewniłem.
    - Ale się twoja eks-narzeczona zdziwi! – dodała nieoczekiwanie, z tajemniczym uśmiechem na twarzy.
    - Co masz na myśli? – tych słów z niczym nie skojarzyłem. I błyskawicznie nadziałem się na jej nieubłaganą logikę.
    - Ty grasz czy udajesz? – zapytała sceptycznie, spoglądając na mnie z lekką ironią.
    Widziałem te śliczne oczy, ale nadal nie rozumiałem o czym mówi.
    - Naprawdę nie wiem o co ci chodzi! – przyznałem. – I na pewno niczego nie udaję!
    - Ona też nie będzie wiedziała! – wyjaśniła. – Nie przejmuj się!

    Nie zrozumiałem jej stwierdzenia. Było jakieś dziwne, niepodobne do Doroty. Musiałem jednak porzucić rozmyślania, bo w nią jakby coś wstąpiło. Kiedy tylko podnieśliśmy się z miejsc, powyginała się bardzo zmysłowo w dziwnym, tajemnym tańcu, przy czym zupełnie nie spoglądała w głąb wiaty. Jakby nie było tych kilkunastu par oczu, które z uwagą śledziły jej ruchy. A potem, wabiąc mnie swoim tańcem niczym mityczna syrena, albo też nimfa, wyciągnęła ku mnie dłoń, bym jej towarzyszył w drodze do brzegu jeziora. Nasz stół pozostał pusty.
    Ubrana była w letnią, plażową sukienkę, skrywającą kąpielowy kostium. Nie był tak skąpy jak przed laty, ale i nie nadmierny! Miała co pokazywać i niczego nie musiała się wstydzić. Więc kiedy na samym brzegu zrzuciła z siebie tę sukienkę, już się nie oglądałem w stronę wiaty. W ogóle, nawet na nią nie patrzyłem, bo zaczynałem się bać. Nie rozumiałem po co w ogóle zrobiła to przedstawienie. Czułem tylko jak pali mnie wzrok obserwujących, w tym również tych dwóch nowo poznanych kobiet, które nadal przemierzały wodę jeziora przy samym brzegu. Nie odzywały się do nas, więc uśmiechnąłem się do nich sztucznie, po czym podążyłem za Dorotą w stronę wydzielonego akwenu za linami.

    Tam, na szczęście, zapomniałem o obserwacjach i wydawało mi się, że wszystko wróciło do normy. Przez kilkanaście minut bawiliśmy się z chłopcami, jakby nikogo innego w jeziorze nie było. Nie rozglądałem się na boki i nie czułem się śledzony, całą swoją uwagę skupiając na moich synach. A oni już mnie zaakceptowali, nie stwarzali żadnego dystansu i chwilami niemal zapominałem gdzie jestem. Jakbym opiekował się nimi od zawsze! Dorota zresztą usuwała się dyskretnie na drugi plan, pozwalając im, aby mnie zamęczali.
    Piotruś z Pawełkiem byli jednak w wodzie znacznie dłużej niż my i zauważyliśmy po ich wyglądzie, że znowu są nadmiernie wychłodzeni. Natychmiast też razem, wspólnym wysiłkiem, pomimo ich protestów, wyszliśmy na brzeg, gdzie daliśmy pokaz troski i opieki, wycierając ich i zmuszając do założenia ubrań. Wtedy też, na nasze szczęście, wrócił Stefan i bez oporów zgodził się z nimi powędkować. To była dla nich nowość! Rozstali się z nami bez żalu i entuzjastycznie pobiegli ze Stefanem, przygotowywać sprzęt. A my wróciliśmy do jeziora.

    Popłynęliśmy teraz na jego głębszą część. Tutaj, oprócz nas, nie było nikogo. Większość gości zaliczała się do nowo przybyłych i jak na razie nikt nie odważał się badać dalszej toni, takich odważnych na razie brakowało. Wszyscy, razem z dziećmi, pluskali się przy brzegu.
    Nic więc dziwnego, że byliśmy obserwowani. To było oczywiste. Dlatego też, nie trzymaliśmy się razem. Ja pływałem spokojnie, swoim normalnym tempem, natomiast Dorota zrobiła dwie długości, niczym na olimpijskim basenie. I kiedy zbliżyła się do mnie, to już trochę dyszała.
    - Płyniemy na czarne malinki? – zaproponowała niespodziewanie.
    - Jasne! – odparłem, od razu kierując się w stronę niedalekiego brzegu. Od wiaty dzieliło nas teraz dobrych kilkadziesiąt metrów, od brzegu – kilkanaście. Dlatego nawis zielonych gałęzi osiągnęliśmy po kilkunastu sekundach. A tam…
  • #6
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    To już wyglądało na czystą perwersję. Dorota, która pierwsza dopłynęła do łachy piasku wypłycającej dno jeziora, stanęła na niej, przy czym nawet nie spojrzała w stronę brzegu i krzewów. Śledziła natomiast moją drogę do miejsca, gdzie przystanęła. A gdy się do niej zbliżyłem, wyciągnęła ręce i przyciągnęła do siebie. Zaraz też poczułem jak wsunęła kciuki za gumkę moich kąpielówek, ściągając je na uda, po czym naparła na mnie biustem.
    Nie spodziewałem się tego i w pierwszym momencie nie zrozumiałem nawet co robi. Ale trwało to ułamek sekundy, bo mój organizm zareagował automatycznie. Schwyciłem dłońmi jej biodra i przycisnąłem do siebie, a wtedy zarzuciła mi ręce na szyję i utonęliśmy w gorących pocałunkach. Nie przeszkadzała też później, kiedy uwalniałem jej ciało od kostiumu. Uniosła stanik, podtykając na moment piersi do ust, no i pomogła w pozbawieniu się majteczek, które zawiesiła na najbliższej gałęzi. A potem natarła na mnie biodrami, wysoko unosząc jedną nogę.

    Nie miałem pojęcia, co ją tak podnieciło. Bliska obecność wielu ludzi? A może irracjonalne wspomnienie Grażyny? Możliwość dekonspiracji? Nie wiem! Przecież robiliśmy to w nocy i nad ranem też! A teraz zachowywała się niczym wygłodniała samica, prawie rezygnując z gry wstępnej, z pieszczot, które tak lubiliśmy… Nie przejmowała się również moimi możliwościami, brakiem komfortu i niewygodą. Owszem, mogłem znowu się z nią kochać, ale o szczytowaniu w takich warunkach raczej nie mogłem marzyć! To nie było to! Stałem niewygodnie, nie mogłem jej pieścić tak jak chciałem, nie mogłem wszystkiego u niej całować, chociaż była to przecież moja Dorotka! Moje szczęście, moje pragnienie i marzenie.

    Wyczuła, albo i domyśliła się, że mam niejakie trudności. Jej dłonie schwyciły moje policzki, uniosły głowę i spojrzała mi w oczy tak tęsknie… a potem pocałowała…
    Niczego więcej nie potrzebowałem. W sekundzie odnalazłem tę właściwą drogę, te tajemne ścieżki, żeby dać jej wszystko i wszystko od niej otrzymać. Nie było już niewygód, trudności, niemożliwości, byliśmy tylko my! Zespoleni, zjednoczeni, złączeni… czysta jedność! Nie było świata, ludzi, jeziora, było tylko jej gorące ciało, jej ręce i brzuch, jej usta, włosy, piersi i ramiona…

    Nie domyślałem się nawet, że jeszcze coś takiego potrafię. To był odlot! Długie minuty całowałem potem te kochane oczy, w których widziałem radość i zadowolenie. Moje słoneczko było szczęśliwe, a ja nie posiadałem się z zachwytu, że się do tego przyczyniłem. Trwaliśmy więc w uścisku, niczego nie mówiąc, niczego nie wyjaśniając, nie tłumacząc i niczym się nie przejmując. Tu była enklawa, nasze intymne terytorium, gdzie obcy świat nie miał dostępu. Dlatego nie wypuszczałem jej ze swoich objęć, chociaż kilkakrotnie próbowała się odsunąć, żeby umieścić elementy kostiumu na swoich miejscach.
    Przez jakiś czas nie pozwalałem na to, wtem nagle znieruchomiała i zakryła dłonią moje usta. Zdziwiłem się, bo akuratnie nadawałem jej do ucha małe mruczando zaspokojonego misia, jednak zaraz zrozumiałem, że teraz nie chodzi o mnie, ani o moje zachowanie. Po chwili i ja usłyszałem bliski plusk wody oraz jakieś głosy. Ktoś płynął w naszym kierunku, w dodatku nie była to jedna osoba. Dorotka błyskawicznymi ruchami założyła i uporządkowała na sobie kostium, a potem bez słowa skinęła na mnie, odwracając się w stronę brzegu. I gdy grupa trzech panów wpływała pod zielony nawis, my już spokojnie rozmawialiśmy, zajadając granatowe owoce. Dorotka nawet, niby mimochodem, zaprezentowała wszystkim swoje poplamione sokiem dłonie, jakby niczym innym się tutaj nie zajmowała.

    Oj, zrobiło się wesoło! Okazało się, że panowie nie spodziewali się nas tutaj zastać. Widzieli jak wpływaliśmy pod gałęzie, więc skojarzyli to z ukrytym wyjściem na brzeg. Dlatego przypłynęli tutaj, chcąc powrócić pod wiatę już suchym lądem! A tu taki zonk! Wyjaśniłem im, że wyjścia na brzeg nie ma nigdzie, wszelkie próby odkrywania nowej drogi mogą być niebezpieczne, a jedyną możliwością jest powrót do plaży przez wodę. Niezbyt im to odpowiadało, ale przecież nie mieli innego wyjścia.

    Niczym nadzwyczajnym nie były też ich próby zagadywania Doroty. Nie byliby chyba samcami, gdyby nie próbowali wykorzystać takiego bliskiego spotkania na jakieś próby jej poderwania. Zachowywali się jednak bardzo grzecznie, chociaż widziałem jak pożerają wzrokiem to niemal odkryte ciało. Dorota jednak, poza kilkoma uprzejmymi, chociaż wybitnie zdawkowymi kwestiami, nie poświęciła im niemal żadnej uwagi. Szybko też zanurzyła się w wodzie, wypływając poza liściasty parawan. Poczekała tam na mnie i zaraz odpłynęliśmy w stronę wiaty, mając za sobą zespół panów.
    Oszczędzała mnie, nie rozwijając pełnej szybkości, natomiast ja starałem się płynąć jak najszybciej. I na brzeg wychodziłem mocno zdyszany.
    - Młody tatusiu! – powiedziała, podając mi ręcznik, który został na brzegu po chłopcach. – Musisz zacząć ćwiczyć bardziej regularnie. Masz małe dzieci i jesteś nam potrzebny, rozumiesz? Bardzo potrzebny! – dodała cichutko i jakoś tak czule.
    - Będę trenował, obiecuję! – przyrzekłem, spoglądając w jej uśmiechnięte oczy.

    Rozmawialiśmy cichutko, chociaż obok nas nikogo nie było. Nikt nie mógł nas usłyszeć. Od wiaty dochodził gwar tłumu, w jeziorze pokrzykiwały dzieci, ale mnie nikt inny nie interesował. Przebywałem w jakimś nierealnym zawieszeniu pomiędzy tym, co było przed chwilą, a rzeczywistością. Jeszcze do mnie nie dochodziło, że być może, niedaleko stąd jest John, który za chwilę ją obejmie i przytuli, a ja będę musiał spokojnie się temu przyglądać, albo najwyżej odwrócić wzrok, czy też zamknąć oczy. Atmosfera spod baldachimu gałęzi jeszcze mnie całkiem nie opuściła. Nie mogłem, albo raczej nie chciałem pogodzić się z tym, że teraz muszę trzymać się od niej na dystans. Że będę musiał sam wycierać się ręcznikiem, ani też nie będę mógł powycierać jej…
    Dorota jakby zauważyła moje rozterki.
    - Tomek, opanuj się! – szepnęła, podnosząc z trawy sukienkę. Zarzuciła ją na ciało, po czym kontynuowała przemowę.
    - Muszę teraz iść do domu, więc zobaczymy się pewnie dopiero u Barbary, gdyż mam ochotę was tam odwiedzić – sprowadzała mnie na ziemię. – I mam do ciebie prośbę. Nie idź już pod wiatę, żebyś nie musiał dzisiaj rozmawiać z tą swoją Grażynką.
    - Z panią Basią umówiliśmy się na siódmą – przypomniałem jej. Ale tylko się roześmiała.
    - A jak sądzisz, dużo czasu zostało do siódmej? Dwadzieścia minut zaledwie!
    - No a chłopcy i Stefan?
    - Idź do nich, niech resztę zostawią na jutro. Chłopców przyprowadźcie, bo kolację będą jedli w domu. Pora już!
    - A dasz mi buzi?
    Roześmiała się na cały głos. – Oj, rozbestwiłeś się ogromnie, ale nic z tych rzeczy. Najwyżej taki! – dyskretnie przesłała mi cmoknięcie ustami. – A teraz dość! Musisz zadowolić się tym co już było. Pa, pa! – pokiwała mi palcami dłoni, po czym zabrała ręcznik i energicznym krokiem skierowała się na ścieżkę prowadzącą ku domowi.
    Patrzyłem w ślad za nią wiedząc, że nie tylko moje oczy prowadzą ją wzrokiem, zachwycając się tanecznymi ruchami i całą postacią. Odgadnięcie tego nie było wcale trudne, bo gwar pod wiatą znacznie przycichł.

    Nie wiedziałem tylko jednego. Że mój paskudny los, po raz kolejny wziął mnie na cel. I nie pozwoli o sobie zapomnieć. Miałem swoją chwilę szczęścia, bo się zagapił, ale to było już wszystko. Teraz właśnie się obudził i postanowił przypomnieć o sobie. Bo chociaż sylwetka Doroty jeszcze widniała w oddali, jeszcze czułem w ustach smak jej warg, w nosie pozostał zapach włosów, jeszcze moje dłonie pamiętały tajemne zakamarki pięknego ciała, to wyrok i tak został już wydany. Tak samo jak wtedy, przed laty.

    Jakoś nie skojarzyłem teraz jej rozbudzonego apetytu seksualnego z tamtą sytuacją i z jej ówczesnym odjazdem. Zresztą, otoczenie tych sytuacji wcale nie było podobne! Dopiero po jakimś czasie zwróciłem uwagę na podobieństwa. I wtedy, i teraz, Dorota jakby chciała się zatracić. W ciągu doby, zmieniła się radykalnie, wracając do dawnej roli mojej niestrudzonej kochanki. Niemal słyszałem jej dawne słowa „ja zawsze chcę!”. Jeszcze wczoraj obruszała się na samo napomknienie o seksie, a dzisiaj, począwszy od nocy, zaskakiwała mnie zupełnie. Kochaliśmy się przed snem, potem rano, teraz znowu w jeziorze… Jakby chciała to zrobić na zapas.

    Na razie jednak słońce świeciło tak jak i wcześniej, woda z jeziora nie wystąpiła, a ja, cały w skowronkach, szczęśliwy i zadowolony, odprowadziłem wzrokiem jej postać, ubrałem się i poszedłem w stronę Stefana.
    Skąd miałem wiedzieć, że to już jest koniec? Że właśnie rozstaliśmy się i tylko ten jej obraz będzie towarzyszył moim myślom przez najbliższe dni, tygodnie i miesiące? Katastrofy nic nie zapowiadało, a jednak…
  • #7
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Nawet to, że nie przyszła do nas na żeberka z grilla, wbrew swoim porannym zapowiedziom, nie wzbudziło we mnie obaw. Czekaliśmy na nią długo, mimo że Baśka od początku podchodziła do tego sceptycznie. Tłumaczyła nam, że Dorota na pewno jest zajęta, gdyż dla gości prezesostwa tak samo przygotowywali wieczorną imprezę i teraz wszyscy balują pod wiatą, podobnie jak i my. A Dorota jest gospodynią przyjęcia, więc byłoby czymś wysoce niestosownym, gdyby gdzieś się ulotniła.
    To wyjaśnienie było dość wiarygodne i musiałem je przyjąć bez dodatkowych analiz. Nie było na nie czasu, gdyż ani Baśki, ani Stefana, ta tematyka niespecjalnie zajmowała. Nie wiedzieli, że moje myśli i tak przez cały wieczór krążyły wokół Dorotki. A tym bardziej dlaczego tak się działo. Może nawet Stefan nieco się domyślał, ale nie wspomniał o tym ani jednym słowem. Baśka natomiast uważała, że temat istnieje tylko ze względu na dzieci.
    O chłopcach podokuczali mi zresztą równiutko, ja sam pośmiałem się, kiedy byliśmy już na rauszu. Bo to była jedna z niewielu okazji, kiedy mogłem mówić o tym głośno. Nikt nas nie podsłuchiwał, humory dopisywały, miejsce było odpowiednie, więc posypały się także wspomnienia sprzed lat.
    A zaczęło się wszystko, kiedy tylko dojechaliśmy do Baśki domu, a ja wspomniałem wtedy nasze pierwsze spotkanie przy płocie. Zaczęliśmy opowiadać sobie nasze dawne wrażenia, co wcale nie przeszkadzało w rozładowaniu bagaży i zaniesieniu wszystkiego do domu. Potem była krótka przerwa na zapoznanie się z jego rozkładem; Baśka pokazała pokoje, gdzie mieliśmy spać, łazienkę i kuchnię, po czym poszliśmy rozpalić pod rusztem.

    Dom miała niemal sterylny. Aż taki nierealny. Wszystko było w nim uporządkowane i lśniło czystością. Nie czuło się natomiast ciepła i życia, powiedziałbym, że dom zupełnie nie miał duszy. Był niedawno remontowany, wnętrza wykończone w wysokim standardzie, nowe meble, kuchnia i łazienka wyposażone niemal tak jak u Doroty i o wiele lepiej niż u mnie. A jednak odetchnąłem, kiedy wyszliśmy na werandę.
    Jej ażurowe, boczne ścianki, pozwalały na bliski kontakt z otoczeniem, z zielenią pobliskich drzew i krzewów, stanowiąc jednocześnie osłonę przed spojrzeniami ewentualnych ciekawskich, idących drogą do jeziora. Natomiast na wprost roztaczał się stąd widok na niezbyt duży ogród, gdzie rosło tylko kilka krzewów i niewielkie kępki różnokolorowych kwiatów. Bryła domu oddzielała werandę od głównej ulicy, a ściana iglastych krzewów na sąsiedniej posesji stanowiła barierę dla sąsiadów od strony zachodniej. Bardzo dyskretne i zaciszne miejsce.
    No i zapomniałbym o grillu. Murowany, tuż przy werandzie, dlatego ze swobodnym dostępem w razie niepogody, bardzo dobrze komponował się z całością. Domyśliłem się, że jego budową zajmowali się ci sami fachowcy, którzy projektowali otoczenie hotelu. Innej opcji raczej nie było. Nie mogło być! Na pewno zadziałała tutaj znajomość z Lidką.
    Baśka pewnie rozumiała, że na zewnątrz domu będziemy czuli się swobodniej, bo wszystko było zorganizowane tak, aby nigdzie nie chodzić. Przywiezione pojemniki rozładowała do stojącej w rogu tarasu lodówki, jeden ze stolików zaadaptowała dla własnych potrzeb, czyli na cele kuchenne, a nam poleciła rozpalić ogień, po czym siadać i czekać. Więc czekaliśmy, chociaż bezczynność i nuda nam nie groziły.

    Stefan wprawdzie trochę się krygował, natomiast ja bez skrupułów otwarłem pierwszą butelkę, no i… paszło, pajechało, jak mawiają Rosjanie! Nie spodziewałem się jednak, że Baśka od razu do nas dołączy, mając w pamięci jej wcześniejsze deklaracje o nieustannej trzeźwości. Tym razem zażyczyła sobie równego traktowania i od samego początku dotrzymywała nam placu boju. Wprawdzie dawki alkoholu były niewielkie, Baśka dodatkowo je minimalizowała, ale jednak. No i piliśmy początkowo bez zakąsek. Dlatego szybko zrobiło się wesoło, a po kilkunastu minutach wszystko na stole było już gotowe. Oczywiście, jak na ten moment imprezy, czyli zimna wódka i takie też przekąski.

    Od razu też przeszliśmy z Barbarą na „ty” i sama to zaproponowała, przypominając moją własną, dawną propozycję, podczas ówczesnej, parodniowej nieobecności Doroty. Miała zresztą niewiele zajęcia przy stole, bo chociaż nie pozwalała nam na żadną „kuchenną” pomoc, to jak się okazało, wszystko w pojemnikach było już przygotowane. Jak powiedziała, jadło nie gorsze od tego dla amerykańskich gości, tylko będzie gorzej podane, bo na tackach jednorazowych. Poprosiła nas o wybaczenie wyjaśniając, że nie będzie miała czasu na późniejsze zmywanie nakryć. Wybaczyliśmy jej bez trudu, dowcipkując przy tym i chwaląc ten pomysł.
    Odpowiadało nam również to, że Baśka piła z nami tylko czystą, zmrożoną wódkę. Nie pomyślałem o tym wcześniej, tak samo jak i Stefan. I mieliśmy bardzo głupie miny, kiedy ładowano nam pojemniki z jedzeniem, a Baśka zapytała co będziemy pili wieczorem. Stefan mruknął wprawdzie, że jest niepijący, ale pokiwała tylko głową i poleciła dołożyć karton żubrówki, żeby nam nie zabrakło. Później wyjaśniła, że zrobiła tak na polecenie Lidki.

    Cała impreza była znakomita. Bardzo swojska i bardzo sympatyczna. Obydwoje ze Stefanem sięgnęli do swoich najdalszych wspomnień o tych terenach, Baśka opowiadała o swoim dzieciństwie, o życiu na wsi w dawnych czasach, Stefan natomiast przywołał swoje początki na tym terenie, o obozach w spartańskich warunkach tamtych lat. Porównywali swoje spostrzeżenia, opowiadali o Jesionku, o jeziorach, o rybach, o tym jak się je kradło na przekór ówczesnej władzy, natomiast ja, chociaż najczęściej tylko słuchałem, wcale nie czułem się wykluczony z ich tandemu. Ja też miałem swoje wspomnienia o Dorocie, wspólne częściowo z Baśką, których z kolei później wysłuchał Stefan.
    I chyba dopiero teraz tak naprawdę uwierzył w to wszystko, co się wtedy działo. Kręcił tylko głową z resztką niedowierzania, słuchając opowieści Baśki. A była dobrym obserwatorem i jeszcze więcej wyczuwała swoją kobiecą intuicją. Dlatego też, będąc już po kilku kieliszkach, bez żenady wspominała zaobserwowane wtedy nasze miłosne igraszki z Dorotką, o tym co czasami działo się na stole pod lipą, ale i późniejsze lato, kiedy na wakacjach zastępowała chorą Helenę.
    Nie potrafiła tylko zrozumieć, dlaczego Dorota przez tyle lat nie zechciała poinformować mnie o dzieciach. To nie mieściło się w jej głowie. Akceptowała fakt, że ja wykazuję zainteresowanie chłopcami, bo takie informacje do niej dotarły, jednak wydawało mi się, że do Doroty powzięła jakiś uraz. I pewnie z tego powodu nie domyślała się tego, co się dzisiaj wydarzyło. A ja, w żadnym wypadku nie zamierzałem nikogo w nasze sprawy wprowadzać.

    Baśka przyznała się też do swojego zainteresowania moją osobą w tamtym okresie. I do zawodu, jaki jej sprawiłem, kiedy poznała prawdę. Jej małżeństwo było już wtedy w rozsypce, dlatego też starała się podtrzymać znajomość, bo jak przyznała, nie wierzyła w trwałość naszego związku, a poza tym nie miała lepszego zajęcia, ani innej rozrywki. Natomiast przy nas mogła przynajmniej od czasu do czasu pooglądać miłość nie z telewizyjnego serialu, tylko taką niemal z życia wziętą.
    To „niemal” podkreśliła kilkakrotnie, rozczulając się nad moim losem ojca, który nawet nie wie, że ma dzieci. Próbowała też zagrać na moich emocjach, podkreślając jej zakończenie i sugerując, że Dorota śpi teraz z mężem, a ja muszę tylko o niej pomarzyć… Miałem wrażenie, że usiłuje mnie do niej zniechęcić.
    Nie robiła tego wprost, dokładnie takie teksty nie padły, jednak sugestie były bardzo wyraziste. W dodatku mówiła to tak, że zawsze mogła się z nich wycofać. Ja jednak doskonale ją rozumiałem, bo sam od lat stosowałem podobne formy dialogu. A raczej monologu. Najgorszą rzeczą wtedy było się obrazić. Najlepszą – udać, że się nie rozumie i nadal przyjaźnie rozmawiać. Zastosowałem więc drugą opcję i w końcu dała sobie spokój, bo zrozumiała, że przeciwko Dorocie nie wzbudzi we mnie gniewu. Byłem na to uodporniony.

    Ale nikt z nas nie był przecież odporny na alkohol. Wypiliśmy go dużo, z czego nie całkiem zdawaliśmy sobie sprawę, jednak prowokacje Baśki na tyle podniosły mi poziom adrenaliny we krwi, że czułem się, jakbym nieco wytrzeźwiał i postanowiłem to wykorzystać. Szczególnie, że sytuacja zaczęła się rozwijać w niepożądanym przeze mnie kierunku.
    Baśka podczas całego wieczoru zrobiła niemało gestów, które mógłbym wykorzystać jako propozycję. W dodatku, z każdym wypitym kieliszkiem, robiła się coraz bardziej „maślana” i podekscytowana. Niby niechcący, udając że próbuje sprawiedliwie rozdzielać swoją uwagę na nas dwóch, wyraźnie zaczynała mnie preferować. Robiło się nieciekawie.
    Wszyscy byliśmy już w stadium dość otwartych, powiedziałbym nawet, że całkiem intymnych rozmów. Te wspomnienia o nas z Dorotą sprzed lat, najwyraźniej rozluźniły blokady i cała tematyka naszej dyskusji coraz bardziej koncentrowała się na tematach damsko-męskich.
    Owszem, byłoby dość interesujące dowiedzieć się, czego Baśka oczekuje ode mnie naprawdę, czy chce się tylko ze mną przespać, czy też chciałaby czegoś więcej, jednak w obecnej sytuacji sprawdzenie tego doświadczalnie absolutnie nie wchodziło w grę. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym z nią pójść do łóżka. Po pierwsze, myślałem teraz wyłącznie o Dorotce, a po drugie... przecież to było niemożliwe!
    Zdawałem sobie sprawę, że nie mam już dwudziestu lat i to nie te lata! Teraz alkohol wyraźnie stępiał moje seksualne możliwości. A dodając do tego całą poprzednią dobę z Dorotką… przecież gdybym nawet próbował pójść z Baśką do łóżka, to tylko bym się ośmieszył! Nie byłbym w stanie nawet jej popieścić! Nie te kształty, nie to ciało, nie ten zapach, nie te reakcje… Tylko skąd Baśka miała wiedzieć, że na dzisiaj mam dość seksu?

    Żeby i jej, i sobie, oszczędzić niemiłej sytuacji, żeby nie przesadziła i nie posunęła się zbyt daleko w swoich fantazjach, postanowiłem zagrać wariant odwrotny. Kompletnie pijanego faceta. Który nie policzył sił i „przedobrzył” z alkoholem. To nie powinno wzbudzić niczyich podejrzeń, przecież Baśka wiedziała i widziała, jak kiedyś pijałem.
    A poza tym, naprawdę chciało mi się już spać. Przecież Dorotka zajęła mi większą część ostatniej nocy. Ileż ja spałem, trzy godziny? Albo i to nie.
    Odczekałem jeszcze, żeby to nie wyglądało obraźliwie, żeby nasza rozmowa naturalnie potoczyła się przez chwilę w stronę obojętnych tematów, a w międzyczasie znowu wypiliśmy po kieliszku i… wtedy już opuściłem głowę na piersi.
    Szybko doprowadzili mnie do pokoju sypialnego. Stefan pomógł mi się rozebrać, po czym posadził na łóżku, a wtedy opadłem na pościel niczym rzucony worek z ziemniakami. Jeszcze Baśka przykryła mnie kołdrą i zaraz wyszli, gasząc światło.
    Mogłem spokojnie spać.

    Przebudzenie było gwałtowne. Ktoś szarpał mnie za ramię, chociaż wcale się jeszcze nie wyspałem. Tym niemniej musiałem otworzyć oczy i zobaczyłem wtedy Baśkę, siedzącą na skraju łóżka. A właściwie łoża, gdyż był to mebel małżeńskiej wielkości.
    Była ubrana na wyjściowo, umalowana i trzymała na kolanach torebkę. Zorientowałem się też, że jest zupełnie widno. Czyli nastał dzień.
    - Dzień dobry panu! – oznajmiła.
    - Dobry! – powtórzyłem niemrawo, bo w ustach miałem Saharę. – O ile pamiętam, to wczoraj zrezygnowaliśmy z „panów”! Czyżby mnie pamięć myliła? – wymruczałem leniwie.
    - Nie myli cię! – zapewniła. – Tomek, posłuchaj mnie! Próbowałam obudzić Stefana, ale nie dałam rady. A muszę już iść do pracy. Śniadanie macie w lodówce, ekspres do kawy chyba potraficie obsługiwać i w ogóle, możecie czuć się tutaj jak w domu. Tylko nie miałam czasu odszukać zapasowych kluczy, dlatego musisz wstać i zamknąć za mną drzwi. A potem możecie spać dalej.
    Wysunąłem rękę spod kołdry i próbowałem ją objąć. Bez żadnych złych zamiarów, tylko tak w próbie wyrażenia sympatii i podziękowania. Schwyciła jednak moją dłoń i zdecydowanie zablokowała, wciskając w prześcieradło.
    - Zostaw, nie mam czasu! – skrzywiła się. – Wczoraj jakoś nie chciałeś mnie obejmować! – dodała z wyrzutem.
    - Basiu… wczoraj, to było wczoraj. A dzisiaj chciałem ci podziękować. Nie pocałuję cię, bo jeszcze nie umyłem zębów, dlatego chciałem ciebie chociaż przytulić…
    - Popatrzcie ludzie, jaki ten Tomek jest dobry! – zakpiła z wyrzutem, ale znowu mnie połaskotała. – Chce mnie nawet przytulić, no, no…
    Nagle zamarła, bo usłyszeliśmy szczęk zamykanych drzwi i jakieś kroki w korytarzu, a po chwili ktoś zapukał do drzwi naszego pokoju.
    - To Stefan! Chowaj się pod kołdrę! – zawołałem szeptem, siadając na krawędzi, po czym zdecydowanym ruchem pociągnąłem ją na łóżko i mimo stawianego oporu, ułożyłem, przycisnąłem, po czym nakryłem kołdrą. Tylko stopy wraz z wyjściowymi pantoflami sterczały na zewnątrz.
    - Proszę! – zawołałem głośno. I wtedy drzwi się otwarły…
    Na progu stała Dorota. W swoim sportowym stroju.

    Widziałem, jak słowa powitania zamierają jej w gardle, oczy przybierają wielkość talerzy, a twarz szarzeje, kiedy zobaczyła mnie, leżącego na szerokim łożu w samych bokserkach, a za mną kołdrę, skrywającą wybrzuszoną zawartość. I nie zapomnę wyrazu jej oczu, które w jednej sekundzie eksplodowały bezgraniczną nienawiścią.
    - Jak mogłeś…? – usłyszałem tylko zduszony jęk.
    Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, już jej nie było. Wybiegła z szybkością polującej pantery.

    Próbowałem rzucić się za nią tak samo szybko, nie dałem jednak rady. Gdy dotarła z powrotem do drogi prowadzącej do jeziora, ja byłem dopiero przy płocie.
    - Dorotko! – zawołałem rozpaczliwie. – Przecież ja niczego nie zrobiłem!
    Widziałem jak się przybliża i miałem nadzieję na poważną rozmowę. Jednak to co nastąpiło, podcięło mi nawet wiarę w ludzkość, jako taką. Zatrzymała się na drodze, naprzeciwko mnie, po czym przybliżając się, jasno i dobitnie zakomunikowała.
    - Jak śmiałeś? Nie waż się więcej nawet do mnie zbliżać! To są ostatnie słowa w życiu, które do ciebie kieruję! Więcej nie usłyszysz niczego, chyba, że poprzez adwokata, albo Annę! Nie próbuj też do mnie dzwonić, ani kontaktować się w inny sposób, bo prywatnie przestałeś dla mnie istnieć, rozumiesz?! Nie chcę ciebie znać! Jesteś dla mnie nikim! Wracaj do swojej kucharki, bo ci zmarznie!
    Nie czekając na moją reakcję odwróciła się i pobiegła drogą w stronę jeziora, jakby goniło ją stado wygłodniałych hien…
    A mnie jakiś młot właśnie uderzył w głowę…

    To na pewno był olbrzym gór! Młot miał odpowiedni. Nawet tlenu w płucach mi zabrakło. Dlatego nie wołałem za Dorotą, bo nie byłem w stanie otworzyć choćby ust. Krew opuściła swoje drogi i odpłynęła gdzieś z moich żył, a świat nagle pociemniał i jego kontury się rozmyły, po czym jakaś kosmiczna siła narzuciła na wszystko czarny welon...

    Drewniane sztachety w płocie okalającym działkę Barbary były lekko oddalone od siebie i tylko dzięki temu nie zwaliłem się na ziemię. Nadgarstki wsunęły mi się pomiędzy nie i chociaż kolana miałem ugięte, to wkręty nie puściły. Przez chwilę łapałem i oddech, i równowagę, po czym nadludzkim wysiłkiem uwolniłem dłonie, ale nadal kurczowo trzymałem się płotu, bo nogi miałem jak z waty. Chciałem jeszcze wołać, jednak Dorota oddalała się w sprinterskim tempie, nie oglądając się za siebie. Nie miałbym żadnej szansy na jej dogonienie i nawet moje wołanie wysłałbym w próżnię. Już go nie mogła usłyszeć.
    Krople potu wystąpiły mi na czoło a w ustach, wręcz przeciwnie, zapanowała kompletna suchość. Fizyczne siły mnie opuściły i tylko jedna myśl szalała w głowie: To już koniec!!! A przecież niczego złego nie zrobiłem!

    Potrząsałem głową, próbując pozbyć się czerwonych kręgów, które biegały mi przed oczami i gorączkowo starałem się znaleźć jakieś wyjście z powstałej sytuacji. Przecież to paranoja! Za co to wszystko mnie spotyka? Za żart? Może i nie był najlepszy, ale to tylko żart! Muszę biegnąć tam żeby jej wytłumaczyć… Tylko jak? Przecież zamknie przede mną drzwi! W ogóle nie zechce rozmawiać, a ja tylko się ośmieszę.

    Zdawałem sobie sprawę, że taka próba teraz, kiedy jeszcze nie ochłonęła, niczego nie da. Ja ją znałem. Znałem jej oczy! Uwierzyła swoim oczom i już jej nie przekonam. Jest pewna, że przespałem się z Baśką. A to oznaczało tylko jedno. Całkowite rozstanie. Tym razem na zawsze. I nawet nie mogę liczyć na sentymentalne pożegnanie, tak jak kiedyś. A w dodatku, swoją nienawiść do mnie będzie teraz długo pielęgnowała. Może i bez końca… Zresztą, czy tylko do mnie? A do Baśki?

    Tak pogardliwych słów, jakimi ją określiła, a i mnie przy okazji, jeszcze u niej nie słyszałem. W stosunku do nikogo! A to oznaczało, że przekroczyła nawet swoje normy, bo sądzi, że ja je też przekroczyłem. Całkowicie błędnie! Wszystko we mnie protestowało, próbowałem udawać, że się przesłyszałem. Gdzieś pomiędzy mózgowymi zwojami, powolutku, jak cienka nitka wysnuwana z kłębowisku włóczki, rodził się mój protest. Dlaczego tak powiedziała? Przecież nic się nie stało! Ja niczego złego nie zrobiłem! To tylko nieporozumienie! Pomyłka! Ubiorę się i pójdę do niej, wytłumaczę…
    „Niczego nie wytłumaczysz” – zasłaniała ją chmura czarnych myśli. – „Wszystkim mógłbyś wytłumaczyć, ale nie jej. Dorota już nie będzie chciała ciebie słuchać. W oczach miała tyle nienawiści, że wojnę można byłoby nią obdzielić”. Skąd się u niej to wszystko wzięło, nie mogłem zrozumieć.

    Najgorsze było jednak to, że ta czarna chmura rosła. I ogarnęła, a potem pochłonęła nitkę. Gdzieś w moich trzewiach wytworzyło się mocne przekonanie, że tak właśnie będzie. Szkoda moich starań, bezsensowne są próby dialogu i nie będę wysłuchany, ani dopuszczony przed jej oblicze. Mogłem sobie darować wysiłki. I tak pójdą na marne…
    Zdołowałem się ostatecznie. Przez moje ciało, fala za falą, przechodziły dreszcze, w oczach znowu mi pociemniało, widocznie krew odpłynęła z głowy, a ręce trzęsły się tak, iż ponownie musiałem włożyć je między sztachety. Inaczej nie utrzymałbym się na nogach. Czułem też jak powietrze gęstnieje, a ja nie mogę go nabrać w płuca. Tlen gdzieś zniknął…
    Taki też obraz ujrzała Barbara, która właśnie wyjrzała z domu.

    Podbiegła blisko i z przestrachem przyglądała się mojej fizjonomii.
    - Co ci jest? – zawołała. – Wyglądasz jakbyś co najmniej ducha zobaczył! Przecież jest już widno, ocknij się!
    Podeszła jeszcze bliżej i wsunęła rękę pod moje ramię.
    - Słabo ci? Tomek, co się stało? – tym razem pytała poważnie, wyraźnie przestraszona. – Chodź, połóż się, bo wyglądasz paskudnie! Co się dzieje?
    Machnąłem ręką i pokręciłem przecząco głową. Nie chciało mi się nawet mówić. Jednak mój wzrok pobiegł w stronę drogi, gdzie w oddali majaczyła jeszcze sylwetka biegnącej Doroty. Barbara zauważyła to.
    - Co, pani Dorota była tutaj? – zapytała zdziwiona.

    No tak, przecież jej nie widziała. Miała głowę przykrytą. Może nawet nie słyszała i słów. To tylko Dorota zobaczyła nogi sterczące spod kołdry, zakończone czółenkami na szpilce. I więcej nie było jej potrzeba. Wszystkie wnioski dośpiewała sobie sama.
    Skinąłem głową, chociaż przecież to niczego nie wyjaśniało. Baśka nie czekała jednak na odpowiedź. Trzymając mnie pod ramię, powolutku i w milczeniu, poprowadziła aż pod łóżko. Posadziła mnie na jego skraju, po czym odeszła na krok i stanęła naprzeciwko.
    - Lepiej już? Mów co się dzieje! – zażądała.

    Westchnąłem głęboko i usiłowałem zwilżyć język. Na próżno. Brakowało mi śliny. Chyba się tego domyśliła, bo błyskawicznie podała mi szklankę z wodą. Nawet nie wiedziałem, że tu gdzieś stoi. Pewnie postawiła ją wcześniej, sądząc że będę miał kaca. Niestety, miałem trudności z koordynacją ruchów. Nie odważyłem się podnieść szklanki, gdyż próbowała wypaść mi z dłoni. Baśka to zauważyła, odebrała ją, po czym sama przytknęła mi do ust. Wypiłem łapczywie kilka łyków i cofnąłem głowę, próbując złapać trochę powietrza. Woda pociekła mi na kolana, ale to był drobiazg, bo powoli odzyskiwałem zmysły.
    - Powiesz mi co się stało? – nie spuszczała ze mnie wzroku. Musiałem coś odpowiedzieć.
    - Tak, to była Dorotka – wykrztusiłem.
    - No i co z tego? – skomentowała obojętnie. – Jej się tak przestraszyłeś? Czymś ci groziła?
    Zaprzeczyłem ruchem głowy i opuściłem wzrok. Co jej miałem powiedzieć? Nie chciałem tłumaczyć wszystkiego, ale przecież Dorotka podejrzewa nas oboje… Baśce pewnie też nie daruje, musiałem ją przestrzec. W dodatku nie mogłem powiedzieć zbyt dużo. To nie były tematy do rozgłaszania. I wtedy, niestety, popełniłem błąd. Wielki błąd!
    - Dorotka zobaczyła nas w łóżku… – wyrwało mi się. – Jest przekonana, że ze mną spałaś!
    Barbara aż się roześmiała.
    - No to co? Ale numer! Poważnie? Masz zakaz sypiania z innymi kobietami? A to niby dlaczego? Masz teraz żyć tylko wspomnieniami? I ty się na to zgodziłeś?
    Coś zamuliło mi głowę i wystękałem wtedy.
    - Powiedziała, że nie chce mnie więcej znać! Ty też uważaj!...

    Po co to powiedziałem, tego nie wiem. Ale natychmiast pożałowałem, gdyż Barbara wybuchnęła.
    - Jakoś nie zauważyłam, żeby ona była wstrzemięźliwa ze swoim mężem! Pieprzy się z nim równo, chociaż wtedy z tobą, przed laty, to było bardziej wyraziste. Teraz zachowuje się znacznie skromniej, już nie tak na widoku. Ale ja przez dwa sezony byłam przy nich wystarczająco blisko i miałam okazję ją oglądać! Nie żałowała sobie! No, no, ale cię zdominowała! Popatrz, popatrz! Pani milionerka! To znaczy, że nadal ma na ciebie ochotę! – kpiła. – Ty sobie uważaj, bo ten John to nie wygląda na takiego, który lubi się żoną dzielić!
    - Przestań! – chciałem zawołać, ale głos jaki wydałem był tak nieporadny, że tylko ją rozjuszyłem. Tym bardziej, że nowy wątek przyszedł jej do głowy.
    - A co, może wszystko dlatego, że to niby ze mną spałeś? I to o mnie jej chodzi? Bo ja nie jestem godna iść z tobą do łóżka po pani milionerce? Zastrzegła sobie wyłączność? O, nie! Tego już za wiele!
    Tak się zapaliła do tej myśli, że wyrzucała z siebie słowa niczym strzały z karabinu maszynowego.
    - Ja nie wyciągałam ręki po ciebie, kiedy pieprzyłeś się z nią na okrągło! I nie próbowałam wbijać klina pomiędzy was! Przeciwnie, starałam się pomagać, bo miło było chociaż popatrzeć czasami, jak ludziom jest dobrze. Ale to było i przeszło, rozumiesz?! Zobaczyłam na własne oczy, jak zostałeś potraktowany! I to nie ona obmywała ciebie z rzygowin, tylko ja! W dodatku przez tyle lat nie znalazła chwili czasu, żeby ci powiedzieć o waszych dzieciach, tak samo jak i teraz nie znalazła miejsca w swoim domu, żebyś miał gdzie przespać noc! Jesteś dla niej nikim, rozumiesz to? Gdyby miała dla ciebie tę marną odrobinę szacunku, należnego chociażby ojcu swoich dzieci, to potraktowałaby ciebie przynajmniej jak gościa! Znam rozkład tamtego domu nie gorzej niż ty, bo robiłam to samo co Helena. Gotowałam, sprzątałam, prałam ich majtki, koszule i byłam wszystkim, co tylko chcieli, na każde ich zawołanie! I dobrze wiem, że bez trudu można było przenocować kogoś w salonie, albo w gabinecie. Nawet was obydwu! Ale nie, pani milionerka wypięła się na was! To tylko głupia Baśka miała miejsce, żeby ludzie mieli gdzie spać…
    - Basiu, dość! – jęknąłem.
    - Gówno dość! – nie dała się zatrzymać, może nawet sprowokowałem ją jeszcze bardziej.
    - Jak śmie nachodzić mnie w domu i nie powiedzieć nawet „dzień dobry”? Jej to już żadne zasady grzeczności nie obowiązują? A ja sobie na to nie pozwolę! Tutaj jestem we własnym domu i nawet milionerka nie będzie mi dyktowała warunków! To moja sprawa z kim tutaj idę do łóżka i gówno jej do tego! To ja znalazłam dla was miejsce na nocleg, więc w mój dom niech się nie wpieprza! Ja decyduję o tym komu dam dupy i nawet milionerkom wara od tego! Niech sobie pilnuje tego co ma! Jeszcze jej mało? Kurwa, nimfomanka jedna…
    - Dość! – zawołałem głośno. – Przestań! – aż wrzasnąłem. Barbara zamilkła, zaskoczona.
    - Nie waż się więcej obrażać Dorotki w mojej obecności! – warknąłem, już całkiem przytomny i zdeterminowany.
    Wściekłość wrzuciła mi adrenalinę do żył, która pokonała poprzednią słabość. Baśka przegięła wyraźnie. Tylko skąd u niej taka frustracja?
    - Kimkolwiek jest Dorotka, to nikt nie dał ci prawa do głoszenia takich teorii, rozumiesz? – niemal wrzeszczałem. – Niezależnie od tego, co ona myśli o mnie i dlaczego nie powiedziała mi o dzieciach! To nie twoja sprawa i nie chcę słuchać komentarzy na ten temat!
    - Rozumiem, rozumiem… przepraszam, ja nie mówiłam, że pani Dorota jest dziwką, to był tylko taki słowny przerywnik. Ja tak o niej nie myślę, bo nie mam do tego podstaw – tłumaczyła się, już znacznie łagodniej. – Ale też nie jestem taka głupia, jak sądzi pani milionerka. W porządku, to wasze sprawy – łagodziła swój ton. – Mogę ci tylko powiedzieć, że wiele razy miałam okazję oglądać was wtedy, przed laty, jak kopulujecie. W zasadzie na brzegu jeziora, albo na ogrodzie, bo wcale nie starałam się was podglądać. Przecież nie zaglądałam wieczorami w wasze okna! Ja tylko przychodziłam w dzień, z moimi kulinarnymi propozycjami, a tu masz… wy sami nie mieliście umiaru. Więc co miałam zrobić? Dawaliście mi niezłe kino! Ale za to pilnowałam, żeby nikomu więcej. Zauważyłabym, gdyby było inaczej. Byłam waszym strażnikiem, który pilnował, żeby to się nie rozniosło. Więc niech pani milionerka nie udaje teraz cnotki! Ma chcicę niczym królica, a mnie, chociaż przecież nigdy z tobą nie spałam, żałuje nawet jednej nocy, której zresztą i tak nie było – roześmiała się z goryczą. – Mam ją w dupie i więcej dla niej nie będę pracowała! Nawet gdyby pani Lidka miała mnie za to zwolnić!
    - Basiu…
    - Cicho! Teraz ja mówię! – zaakcentowała. – Jak ci tak bardzo na niej zależy, to wyprowadź ją z błędu. Ja nigdy nie skłamię, że z tobą spałam, bo nie spałam. Owszem, miałam na ciebie ochotę i wtedy, i nawet jeszcze wczoraj. Ale teraz już nie mam. Nie będę się wpychać i zlizywać po niej resztek. Ja nawet z nią nie mam zamiaru się dzielić, bo widzę, że ty nadal się łudzisz. A gdy wreszcie dojrzejesz i przekonasz się, że ona nie jest da ciebie, to zajrzyj do mnie jeszcze kiedyś. Nawet gdybym wtedy kogoś miała, to jakiś wolny pokój na pewno dla ciebie znajdę. Ja nie jestem milionerką i znajomych sobie cenię! Nie potraktuję ciebie jak milionerka! U mnie zawsze będziesz mógł się przespać, chociaż prawdopodobnie będziesz spał sam. Na więcej już nie licz, ale chętnie spotkałabym się z tobą przy grillu albo kominku, żeby tak wesoło porozmawiać, jak wczoraj. Zrobisz jak zechcesz! – zakończyła, odwracając się i szukając wzrokiem torebki.

    Trwało to kilka sekund, gdyż torebka leżała na nocnym stoliku obok kanapy. Dopiero teraz dotarło do mnie, że Dorota pewnie i ją zauważyła. Czyli całość jej mniemania się zamknęła. Wszystko było jasne i oczywiste. A że nieprawdziwe? Nikt jej nie przekona! Nawet cała rozmowa z Basią nie zdołowała mnie tak, jak to nowe spostrzeżenie.
    - Dasz sobie radę? – zapytała, szykując się do wyjścia. – Potrzeba ci jeszcze czegoś?
    Pokręciłem głową przecząco.
    - Muszę już iść, jestem bardzo spóźniona! Przepraszam, jeśli cię uraziłam, ale ja tego nie pojmuję! – wzruszyła ramionami, po czym wyjęła lusterko i zaczęła poprawiać makijaż.
    - Czego nie pojmujesz? – zapytałem naiwnie.
    Odłożyła pomadkę do torebki, zamknęła ją, a potem wlepiła we mnie wzrok.
    - Ty jesteś chyba nienormalny! Tyle lat nie wiedziałeś że masz dzieci… i co, tak prosto to teraz traktujesz? Tak prosto zrezygnowałeś? Chyba, że w ogóle ci na nich nie zależy!
    - Basiu!... – próbowałem przerwać jej monolog.
    - A co „Basiu”? Owszem, to twoja sprawa a nie moja! Milionerka robi z ciebie idiotę na każdym kroku, a ty jesteś ślepy jak kret! Nie mam już czasu, żeby cię uświadamiać, ale jeśli poczekasz, to porozmawiamy wieczorem, gdy wrócę z pracy. Teraz chodź, zamknij za mną drzwi i nie wpuszczajcie tu byle kogo, bo nie lubię w domu obcych ludzi. Tak w ogóle, to jesteście pierwszymi mężczyznami od mojego rozwodu, którzy zawitali pod ten dach. I dobrze mi z tym! – zakończyła, wychodząc.
    Poczłapałem za nią posłusznie. Baśka nie próbowała nawet uskutecznić jakiejś formy bliskiego pożegnania. Zwyczajnie otwarła drzwi i wyszła, nawet na mnie nie patrząc i nie mówiąc więcej ani słowa. A ja po chwili przekręciłem klucz w zamku.

    Dopiero po chwili przyszła refleksja. Po co mam te drzwi zamykać? Żebym się tu udusił? Przecież ja muszę stąd uciekać! Dorota nigdy mi nie daruje dalszego pobytu u Baśki! Muszę ją odnaleźć i próbować wytłumaczyć, że się pomyliła. Przecież wczoraj sama przyklasnęła i zaakceptowała propozycję Baśki. Obiecała też, że nas odwiedzi i chociaż nie przyszła, ja na nią czekałem przez cały wieczór. I spałem sam!
    Dotarłem do łoża i z ulgą na nim spocząłem, a myśli kłębiły mi się w głowie jak woda w wezbranej rzece, która nie potrafi płynąć spokojnie w wybranym kierunku lecz kłębi się i wiruje co chwila, jakby chciała wracać do źródeł.
    Baśka dołożyła mi problemów i zdemolowała moje wyobrażenie o Dorotce. Słowa których użyła, mocno tkwiły w mojej pamięci. Czy to przypadek, czy też złośliwość zazdrosnej kobiety? A może to jest prawdą? Zdawałem sobie sprawę, że Baśka miała okazję obserwować Dorotkę wtedy, kiedy później mnie tutaj nie było. A skoro nie było Heleny, to miała też okazję obserwowania życia małżeńskiego Doroty od wewnątrz. I nie blefowała, że prała nawet ich koszule…
    Musiałem przyznać sam sobie, że to jest symboliczne. Baśka wie o Warwickach znacznie więcej niż ja, który przyjechałem po latach, zobaczyłem to, co chcieli mi pokazać i Dorotka na koniec wypięła się na mnie. Powoli przestawałem się łudzić. Czułem jakimś nieokreślonym zmysłem, że tym razem nie dam rady, że moje próby będą nadaremne, że nie warto nawet się starać. Ale rozum nie chciał się poddać. Jeszcze nie wszystko stracone – mówił. – Nie jesteś sam…
    Ale byłem sam. Kto mógł mi pomóc? Stefan? Poszedłem do niego.

    Spał, mocno „wczorajszy” i na razie do niczego się nie nadawał. Obudziłem go, a wtedy mruknął coś i ujrzawszy butelkę coli, którą też pewnie przyniosła mu Baśka, w ogóle nie chciał już rozmawiać. Opróżnił niemal połowę butelki, odwrócił się na drugi bok i już go nie było w moim poranku.
    - Stefan, będziesz dzisiaj żył? – potrząsałem nim, w nadziei na cud.
    - Odczep się! – zagderał w odpowiedzi. – Daj mi spać!
    Wróciłem na swoje łóżko. Tym razem wiedziałem, że zostałem naprawdę sam ze swoimi myślami. Wesołe nie były. Do Lidki nie miałem telefonu, w dodatku, pewnie była w domu. W końcu jej też się należy chwila oddechu. Jej dzieci też potrzebują mamy, a Romek przecież pojechał do Czyżyn…

    Próbowałem sobie wyobrazić, że jakoś uda mi się porozmawiać z Dorotą, ale wspomnienie błyskawic rzucanych jej oczy nie chciało mnie opuścić. I z każdą mijającą minutą przestawałem w to wierzyć, chociaż zaczynałem żałować, że za nią nie pobiegłem. Ale, z drugiej strony, jak to miałem zrobić? W samych slipkach i na boso? Na drżących nogach? Przecież nie dała mi szansy! Gdyby chciała rozmawiać, to zostawiła by mi jakiś wybór, a tak… przez adwokata…

    Przestałem się spieszyć. Może ją też najdzie refleksja? Może spróbuje chociaż ze mną pomówić o dzieciach…
    Niestety, czarna chmura wróciła. Czułem, że moja fatalna gwiazda znowu wisi na firmamencie! Jeszcze wczoraj miałem cichą nadzieję, iż o mnie zapomniała. Niestety, narastało we mnie coraz głębsze przekonanie, że jest już po zawodach. I to znowu ja je przegrałem…

    Byłem znacznie trzeźwiejszy niż Stefan, ale to nie znaczy, że całkiem trzeźwy. Tym niemniej, mimo niechęci do życia, która mnie opanowywała, spróbowałem doprowadzić się do porządku. Wziąłem prysznic, wypiłem kawę, zjadłem delikatne śniadanie i świat wydał mi się bardziej przyjazny. Gdzieś tam, w moim wnętrzu zaczęła tlić się iskierka nadziei, że to wszystko da się jeszcze odkręcić, że dam radę wytłumaczyć...
    Idiotyczne myśli, tak samo jak wtedy po historii z Leną, po tych snach o niej, kiedy niemal uwierzyłem, że znowu jesteśmy razem, że jej telefon był zwyczajną pomyłką…

    Niemal tak samo uwierzyłem teraz. Słońce już świeciło pełnym blaskiem, ja nie czułem się niczemu winny… „Dorotko, przecież ciebie kocham! To co widziałaś, było tylko zwykłym przedstawieniem przeznaczonym dla Stefana! Przecież nie możesz być tak niesprawiedliwa!”

    Miałem jeszcze służbowy telefon od Romka. Z wszystkimi numerami telefonów w pamięci. Numerami Dorotki też. Rzuciłem się do bagaży, wyjąłem aparat… „Abonent ma wyłączony telefon, albo jest poza zasięgiem” – usłyszałem. Mój optymizm przygasł. Czarna chmura jednak czuwała…
    Podjąłem pierwszą decyzję. U Baśki zostać nie mogę. Po pierwsze, Dorota już w żadnym wypadku tego nie zaakceptuje, a po drugie, sam nie chciałem tutaj zostać…
    Byłem gotów spać choćby w aucie lub namiocie! W jej aucie, które mi wypożyczyła! Przecież swojego wcale nie miałem! I nic nie mówiła o zwrocie…

    Niestety, ja tym jeepem mogłem pojechać teraz najdalej nad jezioro. Jeszcze nie byłem na tyle trzeźwy, żeby w takim stanie ryzykować jazdę przez całą Polskę, a po drugie…
    Jeśli nie chce ze mną rozmawiać, to nie było się co oszukiwać. Muszę wracać do domu! Bez jeepa, bez pracy w Moskwie, bez pracy dla Joasi, bez niczego! Jechać jak najszybciej i próbować naprawiać stosunki ze swoimi zleceniodawcami! Co mi pozostało?
    Jeśli nie chce ze mną rozmawiać, to jak mam dla niej pracować? Przecież moje zadanie miało polegać na wzajemnym zaufaniu… Kpiny chyba…

    Baśka, swoimi głupimi uwagami, jednak mnie zaszczepiła. Zaczynałem myśleć o Dorotce dwuznacznie i to narastało! Czy naprawdę ja ją widzę inaczej niż inni?
    Baśka mogła być zazdrosna, nie kryła przecież, że miała na mnie kiedyś ochotę. Tyle, że teraz zadeklarowała się jaśniej i bardziej otwarcie. Ochoty już nie ma, za to jasno powiedziała, że straciła szacunek dla Doroty. Dlaczego? Czy ja czegoś ważnego nie wiem? Niczego nie widzę? Może to co się stało między nami, a o czym nikt nie wie, przesłania mi możliwość analizy? Może dlatego inni widzą lepiej? Ale i Dorota pogardliwie wyraziła się o Baśce…

    Otrząsnąłem się z takich myśli. „Nie wierz swym oczom…” – mówiła mi w sklepie, kiedy byliśmy z dziećmi. Spróbowałem w to uwierzyć. Na próżno. Jak zły szeląg, nasunęła mi się inna myśl i inna scena. Że warto byłoby jej powiedzieć: „Dorotko, a czyim oczom ty uwierzyłaś dzisiaj?” I dlaczego? Spróbowałaś o tym pomyśleć? Porozmawiać? Nie, ty jesteś ponad wszystko! Ty zawsze masz rację! Ty nikogo nie masz zamiaru słuchać…

    Byłem ugotowany.
    Wszystko co miałem, spakowałem do auta i pojechałem nad jezioro. Wcześniej obudziłem jeszcze Stefana, pokłóciłem się z nim, bo usiłował mnie zatrzymać, ale oświadczyłem, że zostawiam mu klucze i niech robi co chce. Ja sobie poradzę i już nie wracam. Albo znajdzie mnie nad jeziorem, albo muszę jechać do domu i to dzisiaj.
    Był wściekły, ale na tyle nietrzeźwy, że nie mógł zadeklarować się ani z wyjazdem, ani z dotrzymaniem mi towarzystwa. Którego zresztą bardzo nie chciałem. Jeśli znowu mam dostać w pysk, to wolałem przeżyć to w samotności. I nie miałem zamiaru ani ochoty czekać na jego wytrzeźwienie. Rozstaliśmy się jednak w mniej więcej pokojowych nastrojach, gdyż Stefan uwierzył, że odjadę jeepem.

    Z duszą na ramieniu zaparkowałem pod domem i podszedłem do drzwi. Wpuści mnie do środka, czy nie? Przecież miałem zająć się chłopcami…
    Nie wpuściła. Drzwi były zamknięte na klucz!

    Dodano po 8 [godziny] 24 [minuty]:


    Pewnie spiekłem raka, bo policzki paliły mnie żywym ogniem. Dlatego szybko wszedłem do samochodu, żeby mnie nikt nie zobaczył. Czułem się jak złodziej, którego wszyscy obserwują. Dopiero po kilku minutach przyszło otrzeźwienie. Może nie zamknięto ich przede mną, tylko naprawdę nikogo nie było? Ale w takim razie co to oznacza? Wyprowadziła się? I zabrała dzieci?
    Poczułem jak powraca mi drżenie rąk, mimo że ze wszystkich sił próbowałem się opanować. Było już po dziesiątej, na pewno jest już po śniadaniu, ale takie coś było niewiarygodne! Nawet Heleny by nie było? Nie do wiary! Wysiadłem z auta, kierując się w stronę wiaty, może tam dowiem się czegoś…

    Nic z tego. Pod wiatą siedziało kilka nieznajomych osób, a w jeziorze królowała pustka. Nie było śladu ani Doroty, ani chłopców. I nikogo znajomego.
    Drżenie rąk rozszerzało się i dosięgnęło nawet stóp. Ogarniał mnie całkowity bezwład, zaczynałem wpadać w panikę. Co się stało, gdzie oni wszyscy są? Wróciłem do jeepa i nerwowo podjechałem pod hotel. Może tutaj coś się wyjaśni?

    W jadalni było sporo osób i panował gwar. Widocznie większość gości dopiero niedawno opuściło pokoje. Zatrzymałem się tuż za drzwiami żeby dyskretnie zlustrować salę i już po kilku sekundach ujrzałem profesora, jak macha do mnie dłonią na powitanie. Siedział przy stoliku z… Grażyną! Byli tylko we dwoje! Niezbyt mi teraz odpowiadało ich towarzystwo, ale nie miałem wyjścia. Musiałem do nich podejść.
    - Witam pana Tomasza! – wołał profesor, kiedy się zbliżyłem. – Pani Grażyno, pani pozwoli przedstawić sobie mojego dobrego znajomego…
    - Ależ nie trzeba, my się znamy! – przerwała mu lekceważącym tonem. Profesor zamilkł, kompletnie zaskoczony.
    Ukłoniłem się jej, a potem profesorowi.
    - Dzień dobry państwu, witaj Grażynko! Jak ci się spało? – udało mi się jakoś opanować głos.
    - A dziękuję, dziękuję! Nawet nie najgorzej. Byłeś wczoraj wieczór na grillu? Bo jakoś cię nie zauważyłam.
    Pokręciłem głową. – A co, był jakiś grill? Popatrz, nie zaprosili mnie! – tłumaczyłem się. – Ale i dobrze, bo mnie nie bawią już takie imprezy.
    - Ech, coś pan kręci! – odezwał się profesor. – Widzę, że pan jest tu mocno zadomowiony. Z panią Dorotą rozmawia pan po imieniu, a teraz okazuje się, że i z panią Grażyną…
    - No właśnie! – Grażyna podchwyciła temat i kontynuowała, niby mówiąc do niego, ale patrzyła na mnie. – Z właścicielką hotelu jest na ty, z szefową kuchni jest po imieniu, ciekawe czy jest tu jakaś kobieta, której nie zna! Mam rację? – spoglądała mi w oczy.
    Miałem jej dość.
    - Pani nie żartuje? – zapytał profesor.
    - A skądże! Wczoraj po południu wszystkie tańczyły wokół jego stolika…
    - I tylko ty się nie dałaś! – dopełniłem jej słowa, podnosząc się z krzesła. – Przepraszam, mam obowiązki… życzę miłego dnia!
    Ukłoniłem się, po czym niemal biegiem odszedłem od ich stolika.

    To był zbieg okoliczności, że wstając, ujrzałem Annę, przybyłą na śniadanie. Wiedziałem, że Grażyna śledzi mnie wzrokiem i na pewno pomyśli, że lecę podrywać małolatę. A niech tam! Niech się cieszy! Niech daje dupy profesorowi, było mi to obojętne. Mnie były potrzebne informacje o Dorotce i za nie byłem gotów narazić się nie tylko na śmieszność.
    Niestety, tu także czekało mnie rozczarowanie.

    - Panie Tomku, ja nic nie wiem! Szefowa zadzwoniła do mnie rano, powiedziała, że wyjeżdża z chłopcami na jakiś czas i sama się odezwie, kiedy będzie czegoś potrzebowała. Mam jej nie przeszkadzać, a poza tym być tutaj i czekać na informacje. To wszystko co wiem na ten temat!
    - A pani Helena?
    - Pani Dorota zabrała i Dianę, i panią Helenę. W domu nie ma nikogo, bo pan prezes z gośćmi jest już na polu golfowym.
    - Czym pojechała, przecież ja mam jeepa!
    - Chyba mercedesem. Pan Romek nim przyjechał. Jeśli go nie ma pod domem, to chyba nim. Czy stało się coś? – zainteresowała się nagle.
    - Nic. Jednak zadzwoń do Dorotki i powiedz, że muszę pilnie się z nią skontaktować.
    Anna bez sprzeciwu wybrała numer, ale po chwili pokręciła głową.
    - Szefowa ma wyłączony telefon. Bo przecież zasięg jest tu wszędzie. Ale na pewno się odezwie, proszę się nie martwić!

    Tak, odezwie się, tylko nie do mnie.
    Niewielkie skrzydełka wiary i nadziei w powodzenie, które urosły mi od rana, właśnie odpadały z cichym szelestem. Dorota wyjechała, żebym nawet nie miał szansy jej spotkać. Tak jak wtedy, tylko kiedyś przynajmniej uczciwie się pożegnała. Teraz napluła mi w twarz, wyśmiała i uciekła.

    Baśka miała rację. Byłem dla niej nikim! Podeptała wszystko, nie zasłużyłem nawet na rozmowę, nie zasłużyłem na informacje o dzieciach, zabrała wszystko i wyjechała. Pokazała kim i czym dla niej jestem. Nikim i niczym! Nie miałem już siły na nic.
    - Aniu, będziesz tutaj?
    - Tak, będę. Muszę zjeść śniadanie. Pan już jadł?
    - Dziękuję, ja już jestem „po”! Poczekaj tu na mnie, dopóki nie wrócę, dobrze?
    - Oczywiście, poczekam.

    Wyszedłem z hotelu, a wściekłość ćmiła mi nawet wzrok. Było mi żal Ani, tym niemniej właśnie postanowiłem. Trudno. Widocznie tak musi być. Trzeba wracać do domu i zająć się swoimi sprawami. Futurystyczna praca i takież zarobki, odchodziły w niepamięć. Jak i pozostałe marzenia… Ale nie jestem psem, żeby rzucać mi kość i kopnąć, kiedy się chce. Adieu, Pokrzywno! Adieu Dorotko! Na mnie czas! Nigdy tu już nie wrócę! Kopnęłaś mnie tu po raz wtóry i ostatni! Przeżyję, bo jestem starszy o nowe doświadczenie. Ale to ty wybrałaś! Znowu! Więc teraz przestanę nawet marzyć! Pozbyłem się złudzeń…

    Obszedłem budynek, żeby dostać się do tylnego wejścia. Miałem szczęście. Barbara właśnie dyskutowała z kierowcą białego, towarowego forda, stojącego na podjeździe. Pewnie przywiózł zaopatrzenie.
    - Witaj, Basiu!
    - Witaj, witaj! Jednak żyjesz! Jak się czujesz?
    - Basiu… możemy chwilę porozmawiać?
    - Co się znowu stało?
    - Nic… – opuściłem głowę.
    - Proszę poczekać! – zadysponowała nagle do kierowcy, po czym odwróciła się i weszła do budynku. Poszedłem za nią.

    Tuż za drzwiami znajdował się niewielki, biurowy pokoik. Kiedy weszliśmy tam, wskazała mi krzesło a sama usiadła za biurkiem, nie spuszczając ze mnie wzroku.
    - Znowu coś się stało? – powtórzyła.
    - Nie, nic! – westchnąłem. – Jadę do domu!
    - Nie wariuj! Wcale nie jesteś trzeźwy!
    - Nie muszę być trzeźwy, bo mam zamiar jechać… pociągiem!
    - Oszalałeś? A Stefan?
    - Stefan został spać. I zostawiłem mu klucze. Basiu, dziękuję ci i przepraszam za wszystko, ale widocznie inaczej być nie może…

    Pod powiekami poczułem mrówki. Wiedziałem, że widzę się z nią ostatni raz w życiu, a przecież zdawałem sobie sprawę jak wiele jej zawdzięczam. Więcej niż kiedyś o tym myślałem. I już na zawsze pozostanę dłużnikiem. Bo okazji do rewanżu więcej nie będzie.
    Wstałem z krzesła i podszedłem do niej, a wtedy też się podniosła. Przez chwilę spoglądaliśmy na siebie z wahaniem, z niepewnością i bez słowa. Nie wiedziałem, czy się nie obrazi, ale w końcu przyciągnąłem ją do siebie i objąłem. Jak nigdy dotąd.
    Nie odpychała mnie, ale nie oddała uścisku. I zupełnie przypadkowo zauważyłem, jak jej oczy zwilgotniały. A wtedy, jakimś nostalgicznym wspomnieniem, jakąś próbą odreagowania wszystkiego co mnie spotkało, przytuliłem jej głowę i z wdzięcznością ucałowałem policzki oraz usta. Nie broniła mi tego, jednak pozostawała bierną. Dopiero po chwili zorientowałem się, że ilość jej łez cały czas rośnie. Płakała bezgłośnie, próbując nie opierać o mnie głowy, jakby o wszystkim wiedziała i akceptowała pożegnanie.

    Nie widzieliśmy nawet, że do pomieszczenia wszedł kierowca. Chrząknął znacząco, na co Barbara zareagowała agresją.
    - A ciebie tu ktoś prosił? – zawołała niezbyt grzecznie, wyślizgując się z moich objęć. Na biurku miała pudełko z chusteczkami, wyjęła z niego jedną i otarła oczy. – Za dużo sobie pozwalasz! My chyba zakończymy współpracę!
    - Przepraszam panią, ja tylko potrzebuję pieczątki! Pani nie potwierdziła przyjęcia, a mnie szef zwolni, jak nie będę miał papierów w porządku…
    Był taki bezradny, że aż było mi go żal. Młody chłopak, pewnie niedawno zaczął pracę.
    - W jakiej firmie pan pracuje? – zapytałem przytomnie, bo zorientowałem się, że może być teraz przydatny.
    - W gospodarstwie rybackim – odpowiedział bez namysłu.
    - Pod Ełkiem?
    - Tak, właśnie tam.
    - A gdzie pan teraz jedzie?
    - Wracam do firmy. Przywiozłem świeże ryby specjalną dostawą i tyle. Teraz będę rozwoził mrożonki.
    - Zabierze mnie pan do Ełku?
    - Ale ja do samego Ełku nie jadę!
    - To wysadzi mnie pan przy zjeździe do waszej firmy, dobrze?
    - To mogę zrobić zawsze! – wzruszył ramionami.

    Barbara wysłuchała naszego dialogu w milczeniu i chyba już nie miała złudzeń. Wydawało mi się, że jej twarz poszarzała, chociaż mogło to być również efektem innego oświetlenia. Nie wiem, nie chciałem sprawdzać ani pytać, nie miałem czasu, nie miałem ochoty na nic! Oprócz jednego. Uciec stąd jak najszybciej! Rubikon został przekroczony… Pokrzywno już na zawsze miało dla mnie pozostać jedynie wspomnieniem.
    - Basiu… – zwróciłem się do niej, nie zważając na małolata.

    Widziałem jak zagryza wargi i odwraca głowę. Usiłowała robić wrażenie obojętnej, lecz przychodziło jej to z dużą trudnością. Zresztą, podobnie jak i mnie, bo przecież nie chciałem jej krzywdzić. Gdzieś tam w moim mózgu, pod natłokiem dominujących myśli o Dorotce, tliła się świadomość, że nie tak powinienem się zachować, że nie tego ode mnie oczekiwała…
    Tak… po dzisiejszym dniu, począwszy od chwili przebudzenia, zostawiałem po sobie tylko zgliszcza! Dorotka, Stefan, Baśka… czeka mnie jeszcze Anna… a i Lidka będzie urażona, kiedy się dowie, że wyjechałem bez pożegnania…
    Niestety, dzisiaj nie byłem w stanie oceniać realnie swojego zachowania. Na nikim i niczym już mi nie zależało. Dzisiaj nie tylko Baśka będzie na mnie obrażona.

    Nagle wyprostowała się, spojrzała mi w oczy, a wtedy zrozumiałem, że jest już w pełni opanowana. Podała mi prawą dłoń i kiedy ją uścisnąłem, usłyszałem jej ostatnie słowa. – Jedź już, skoro tak postanowiłeś! Niestety, dzisiaj nie zrobię ci kanapek… przepraszam… idź już! – niemal mnie odepchnęła.
    Nie czekałem na nic. Wyszedłem za małolatem na zewnątrz i zająłem miejsce z prawej strony w kabinie forda. A Baśki już nie zobaczyłem, mimo, że usiłowałem zaglądać do lusterka. Nie wyszła za nami z budynku.

    Małolat daleko nie ujechał.
    Kiedy tylko skręcił za boczną ścianę, poprosiłem, żeby zatrzymał się na parkingu przed głównym wejściem do hotelu. Trochę się wzbraniał, bo ten jego ford rzeczywiście nie pasował do wozów, które tu stały, ale obiecałem mu, że to tylko minuta. Muszę jedynie oddać klucze od samochodu – tłumaczyłem.
    Wyskoczyłem do jeepa, zabrałem swój neseser, wrzuciłem do forda po czym poprosiłem jeszcze o chwilkę czasu i poszedłem do Anny, do jadalni.
    Czułem się jak ostatni szmaciarz, ale co ja miałem zrobić? Nie widziałem innego wyjścia. Ania nie zasłużyła na to, co ją miało spotkać, tylko co z tego? Mną tak samo nikt się nie przejmował…

    - Aniu, jest mi bardzo przykro, że muszę ci to powiedzieć. Nie pojadę do Moskwy! – oświadczyłem jej, kiedy tylko usiadłem przy stoliku. – Nie mogę!
    Ręka z widelcem bezwładnie opadła na stół.
    - Co???
    - Chciałem właśnie oznajmić to Dorotce, ale cały czas jest poza zasięgiem – blefowałem – i nie mam z nią kontaktu! Wracam do domu, bo moi klienci na mnie czekają. Nie będę też przysyłał Joasi, więc musisz na razie zostać w Polsce. Zostawiam ci wszystkie gadżety do jeepa – wyłożyłem na stolik kluczyki, kartę i inne zabezpieczenia – oddaj to szefowej. Podziękuj też ode mnie za pamięć i pozdrów ją ode mnie! Reszta jest w samochodzie, auto jest zamknięte i stoi tu przed hotelem. Przykro mi, że tak się stało, ale nie mam innego wyjścia. Cieszę się, że ciebie poznałem, bo jesteś wspaniałą dziewczyną! Może jeszcze spotkamy się kiedyś w lepszych okolicznościach… A teraz muszę się pożegnać, bo transport na mnie czeka. Życzę ci powodzenia w życiu! Wszystkiego dobrego! – skłoniłem się, po czym poderwałem się z krzesła i nie czekając aż odzyska mowę, wybiegłem z jadalni.
    Drzwi za mną się zatrzasnęły.

    Wolałem nie słyszeć tego, co mi chciała odpowiedzieć. Świadomie i z premedytacją pozostawiałem za sobą wypaloną pustynię. Żebym już nawet nie chciał i nie śmiał marzyć. Żeby już nigdy Pokrzywno nie skusiło mnie do chęci powrotu. Chciałem zapomnieć i wykreślić to dzisiejsze upokorzenie z pamięci. I jak najszybciej stąd odjechać!

    Małolat Michał, był niezłym kierowcą. Prowadził auto zawadiacko i co jakiś czas jego ostre manewry wyrywały mnie z zamyślenia. Popatrywał też czasami na mnie, jednak nie odważył się zagadywać. A ja milczałem niemal przez całą drogę.
    To tylko dla Anny sprężyłem się i zagrałem chojraka. Na tyle też wystarczyło mi sił. Kiedy jednak wsiadałem znowu o forda, czułem się niemal tak, jak rano przy płocie. Zdawałem sobie sprawę, że tym razem klamka zapadła i nie będę mógł się wycofać z moich deklaracji, nawet gdybym zmienił zdanie. A jednak było mi wszystkiego żal…
    Można chyba było rozegrać to inaczej, nie musieliśmy doprowadzić sytuacji do takiego stanu, no i przecież mam dzieci! Chyba mam do nich jakieś prawa…
    Ale jakie? Dorota pokazała mi, czym są moje prawa. „Do końca życia nie odezwę się do ciebie!” – huczało mi w uszach. Zabierze teraz dzieci do Nowego Jorku i tyle będę je widział! Umiała sobie radzić…

    - Jeśli pan chce dostać się na dworzec, to wysadzę pana na przystanku. Nie wiem jak jeżdżą autobusy, ale rozkład jazdy pan znajdzie. Tym niemniej, ja bym radził jechać busem. Tak najlepiej. Jest tu kilku przewoźników, w sezonie jeżdżą często, nie powinien pan mieć problemów! – informował mnie małolat.
    Porzuciłem rozmyślania i wróciłem do rzeczywistości. Dojeżdżaliśmy do skrzyżowania.

    Teraz byłem zadowolony, że nie miałem zbyt wiele bagażu. Mój neseserek nie sprawiał mi kłopotów. Wszystko to co dostałem od Romka, cały bankowy sprzęt: laptopa, telefon, teczkę z dokumentami, umowami i całą resztą różnych instrukcji, oraz wszystko to co kupiła mi Dorota, pozostawiłem w jeepie. Nawet te używane i nie wyprane koszulki, oraz sportowe wyposażenie do biegania. Domyślałem się, że to ją rozdrażni, ale tego właśnie chciałem. Chciałem jej zademonstrować, że skoro zachowała dla mnie tylko pogardę, to ja tak samo gardzę jej prezentami i jej łaskawością. Obejdzie się! Przeżyłem tyle lat bez niej, przeżyję i dalsze! Sama tego chciała…

    Małolat zostawił mnie pod przystankową wiatą i musiałem już radzić sobie sam. Jeśli rozkład jazdy jest zbliżony do tego sprzed laty, to bez problemów powinienem zdążyć na pociąg. Wprawdzie nie mam teraz kanapek tak jak przed laty, nikt też nie będzie czekał na peronie ani machał rękami gdy pociąg ruszy, jednak jakoś to przeżyję. I nigdy więcej! Nigdy więcej jezior, Pokrzywna i spółki „Liman”! Nie pamiętałem już o Baśce, o Annie, o Lidce… o nikim! Myślałem tylko o słowach Doroty i o tym, że to wcale nie był mój świat! Dałem się złapać na lep jak mucha na miód…
    Kiedyś przed laty, pracując w Moskwie, często słyszałem jak miejscowi powtarzają tamtejsze popularne przysłowie, że bezpłatny ser bywa tylko w łapce na myszy…
    A widzieliśmy przecież zakaz wjazdu… Po co było się tam wpychać? Przynajmniej na jakiś czas zachowałbym tamte, dawne wspomnienia o Dorotce… kiedy jeszcze była czarującą i kochającą istotą…

    Na przejeżdżającą taksówkę machnąłem raczej odruchowo. Tym niemniej zatrzymała się i nie wypadało już powiedzieć, że to był przypadek. Zajechałem zatem przed stację za mnóstwo pieniędzy, sprawdziłem rozkład jazdy i okazało się, że mam sporo czasu do mojego pociągu.
    Tyle tylko, że mi się spieszyło. Nie chciałem ani tu zostawać, ani też czekać. Mierziło mnie sąsiedztwo wesołych turystów, mimo że tak naprawdę, nie było ich zbyt wielu. Ludzie nie byli mi potrzebni. Ciągle miałem wrażenie, że na twarzy mam wypisaną klęskę i żadne zabiegi tutaj nie pomogą, bo wszyscy to widzą i wiedzą! Musiałem stąd odjechać!
    Dlatego kupiłem bilet na lokalny skład do Białegostoku i usiadłem na końcu peronowej ławki, po czym schowałem twarz w dłoniach. Miałem dwadzieścia minut do odjazdu. Tyle to wytrzymam. Resztę załatwię w Białymstoku. Będę miał sporo czasu.

    Na szczęście pociąg podjechał punktualnie i wolnych miejsc nie brakowało. Wybrałem takie, żeby nikt nie patrzył mi w twarz i zaraz po wejściu usiadłem, po czym przycisnąłem głowę do szyby. Żeby chociaż trochę ochłodzić rozpaloną twarz. A kiedy wagon drgnął i ruszył, czułem jak serce wyrywa mi się spod żeber, jednak zacisnąłem zęby i wtłoczyłem je z powrotem na miejsce. Niech ten dzień skończy się jak najszybciej!

    Białystok przywitał mnie wiatrem, który przyjemnie chłodził moje rozpalone policzki. Czułem się już lepiej. Bardziej anonimowo. Na dworcu tłoku nie było, pamiętałem zresztą to miasto z dawnych lat. Bywałem tutaj nie raz, dawne dzieje… Ciekawe, czy na Handlowej znalazłbym jeszcze kogoś z dawnych znajomych? Szkoda, że dzisiaj firmy nie pracują…

    Kupiłem w kasie bilet na pośpieszny do Warszawy, po czym wyszedłem na przydworcowy plac. Miałem ponad dwie godziny czasu. Coś trzeba będzie robić, żeby nie ogłupieć od myśli cisnących się do głowy. Tylko co? Na nic nie miałem ochoty, a i pieniądze musiałem oszczędzać, bo nie za wiele mi zostało. Jak wszystko dobrze pójdzie, to między drugą a trzecią w nocy będę w domu. Prześpię się, a potem komputer i sprawdzanie programów. W poniedziałek natomiast, z samego rana, będę próbował ugłaskać klientów, żeby się na mnie nie wypięli.
    Dobrze, że nie posłuchałem Doroty i nie powiedziałem nikomu o swoim wyjeździe do Moskwy i końcu współpracy. Miałbym się teraz z pyszna! Chyba nawet na chleb już bym nie zarobił…

    Ławeczka w cieniu wysokiego drzewa jakby na mnie czekała. Wypatrzyłem ją w ostatnim momencie, bo już miałem się odwracać i pójść w przeciwnym kierunku. Stała niedaleko przydworcowego placu, przy alejce, niemal równoległej do ulicy, jednak to mi akuratnie nie przeszkadzało. Pomyślałem, że może szum samochodów i gwar przechodniów zagłuszą moje myśli. I tam będę mógł przetrwać oczekiwanie na pociąg.
    Była pusta, więc rozsiadłem się wygodnie. Jednak po chwili zrozumiałem, że wszystko zaczyna mi przeszkadzać. Zarówno ładne, nowe modele samochodów, przekraczające dopuszczalną prędkość, jak i młodzi ludzie spacerujący leniwie, w zasadzie bez sensu i powodu, skąpo ubrane młode panienki, łypiące oczami na boki, a nawet dzieci, kwilące w wózkach prowadzonych przez matki, nie wiadomo dlaczego i po co, tak daleko od domu.
    Ja już nie nadawałem się do ludzi… Ten świat nie był mój! Byłem w nim wyrzutkiem…

    Opuściłem nisko głowę i wsparłem się łokciami na kolanach, tępo oglądając nawierzchnię alejki obok swoich zakurzonych butów. A przy okazji nogi i obuwie przechodniów. Tak było lepiej. Nie musiałem oglądać zadowolonych twarzy, nie musiałem nikomu zazdrościć jego szczęścia, ani sam silić się na obojętną minę. Bo nie do śmiechu mi było…
    Cały czas miałem przed oczami wykrzywioną nienawiścią twarz Doroty, a w uszach jej syczące słowa „wracaj do swojej kucharki, bo ci zmarznie!”.
    Skąd u niej zmaterializowały się takie uczucia? Skąd taka gwałtowność reakcji? Nigdy czegoś takiego u niej nie widziałem! Ani w stosunku do mnie, ani wobec innych! Więc jak to jest? Dlaczego tak postąpiła? Nawet, jeśli uznała, że przespałem się z Baśką, to nie mogła mnie zapytać? Upewnić się? W dodatku… chyba Baśka miała rację!
    Dorota, nawet kiedy spała ze mną, to powtarzała potem, że jest żoną Johna! Żebym o tym nie zapominał. Czyli było jasne, że wróci do jego łóżka i mnie nic do tego! Więc dlaczego mnie niczego nie wolno? A może to naprawdę chodziło tylko o Baśkę? Że to niby z nią? Baśki tak nienawidzi? I tego mi nie chce darować? Śmieszne! Żeby chociaż to spanie z Baśką było prawdą…

    A buty chodziły sobie w różne strony. Raz w jedną, a raz w drugą… i buty różne. Eleganckie i byle jakie, męskie i damskie, dorosłe i dziecięce, czarne, brązowe i kolorowe… cały przekrój dużego sklepu obuwniczego! I jeszcze kilku kiosków na dokładkę. Pojawiały się z jednej strony, przechodziły przez obszar objęty moim spojrzeniem, po czym znikały naprzeciwko. Raz wolniej, raz szybciej… jak mrówki na ścieżce do mrowiska. Tym niemniej konsekwentnie znikały z zasięgu mojego wzroku.
    I jakież było mój zdziwienie, kiedy w pewnej chwili, całkiem kształtna para damskich nóg, zakończona modnymi szpilkami, zachowała się odmiennie. Weszła w krąg mojego spojrzenia i gdy już była mniej więcej w jego centralnej części, tak jakby zawahała się, po czym noski szpilek odwróciły się w moim kierunku i buty przystanęły, niemal się dotykając. Równiutko jak na paradzie. Zaskoczony, poderwałem do góry głowę...
    Nade mną stała Lidka. Bez uśmiechu na twarzy, powiedziałbym nawet, że była zmartwiona. Albo smutna.

    - Mamusia to ciebie nie uczyła, że nieładnie jest wyjeżdżać tak bez pożegnania? – zapytała głośno i złośliwie, kiedy już wstawałem z ławki. – Ani be, ani me, ani kukuryku, złapał walizkę i sobie pojechał!
  • #8
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Oczywiście, uwaga przechodniów natychmiast skoncentrowała się na mnie, więc zmieszałem się, jakbym co najmniej uciekł z knajpy przed zapłaceniem rachunku. Czemu mi dokucza? Uważa, że jeszcze mało dziś dostałem? Jednocześnie fakt, że była denerwująca, pozwolił mi na zabranie głosu.
    - Zwyczajnie wracam do domu! Nikomu nie jestem potrzebny, po co mam się tam plątać?!
    Zastanawiałem się dlaczego mnie odszukała. Czyżby Dorotę naszła refleksja? Jakoś nie chciałem w to wierzyć. Lidka natomiast uważnie lustrowała moją twarz.

    - To aż tak?... – zapytała, tym razem spokojnie, bez agresji w głosie. Uciekłem ze wzrokiem w bok, bo musiałem zacisnąć zęby.
    - Usiądźmy! – zaproponowała cicho.
    Natychmiast skorzystałem z tej możliwości, bo dzięki temu nie musiałem patrzeć jej w oczy. Nie widziałem więc, że wyjęła telefon i zorientowałem się dopiero, gdy usłyszałem jak mówiła do aparatu.
    - Znalazłam… Nieważne gdzie. Zostań w samochodzie… Nie, na razie zostań. Za chwilę zadzwonię! – rozłączyła się.
    - Do kogo dzwoniłaś?
    - Do Romka – wyjaśniła. – Obydwoje ciebie szukamy.
    - Dorota was wysłała? – nie wytrzymałem i spojrzałem na nią.
    Lidka pokręciła głową przecząco.
    - Nie wiem gdzie jest Dorota. Jesteście wszyscy jednakowo mądrzy i staracie się równo, abym nie miała nawet jednego wolnego dnia dla swoich dzieci. Czy was wszystkich całkiem pogięło? Epidemia jakaś, czy co? Zachowujecie się jak szczeniaki, a nie dorośli ludzie! Dlaczego wyłączyłeś telefon?
    - Właśnie dlatego, żeby już nikomu nie przeszkadzać! – rzuciłem rozdrażniony. – Może i nie mam milionów, ale jak mi plują w oczy, to nie potrafię powiedzieć, że deszcz kropi!
    - Czy to do mnie pijesz? Ja nie mam milionów…
    - Przestań! Doskonale wiesz, że tak nie jest. Ale ty masz swoje życie, niemało własnych problemów, po co miałem znowu obciążać ciebie dodatkowymi? Jeśli jestem winien, to niech już tak zostanie! Wiem, pamiętam że mnie uprzedzałaś, ale trudno. Stało się i mleko jest rozlane. Żałuję tylko, że w ogóle tu przyjeżdżałem. Miałbym przynajmniej jakieś wspomnienia, a teraz czuję tylko niesmak w gębie. Milionerki mi się zachciało, kurwa jego mać! Teraz ona mnie nienawidzi, ja czuję do niej żal i nawet Baśka dostała błotem, nie wiadomo za co. Szkoda mi jej, ale nie potrafię tego zmienić…
    - Ooo…! – przerwała mi okrzykiem. – Czyżbyś mnie nie posłuchał? To może jednak powiesz co się między wami wydarzyło?
    - Nic się nie stało, wracam do domu i to wszystko!
    Zapadła cisza. Zwodnicza.

    - Tomek! Jeśli uczciwie sobie wszystko przypomnisz… – zaczęła spokojnie. – Owszem, czasami z ciebie żartowałam i pokpiwałam, ale zawsze wiedziałeś kiedy żartuję i dlaczego. Pozwalałam też, abyś ty również kpił ze mnie. Bo to wszystko odbywało się w pewnych ramach. W ramach pewnej konwencji. A poza tym, już nieodmiennie traktowałam ciebie bardzo poważnie, tym bardziej w poważnych sprawach. Dlatego też, bardzo cię proszę, spróbuj teraz ty potraktować mnie tak samo poważnie.
    - Lidka, ja ciebie zawsze traktuję poważnie! – zapewniłem.
    Zareagowała na moje słowa bardzo powściągliwie.
    - Więc posłuchaj, nie zastanowił cię fakt, że obydwoje z Romkiem zadaliśmy sobie dzisiaj trud odnalezienia ciebie? Jak sądzisz, to tak dla sportowej rywalizacji? Czy z braku ciekawszego zajęcia? Jeśli tak nie uważasz, to bądź uprzejmy potraktować mnie tak, jak to deklarujesz.
    Milczałem przez jakiś czas.
    - Lidka… problem polega na tym, że musiałbym złamać słowo, które jej wczoraj dałem. A przyrzekłem, że nie powiem niczego nawet tobie. Mam zawiązane usta.
    - Rozumiem. Więc opowiedz mi to, co ujawnić możesz.
    - Na pewno jest ci to potrzebne?
    - Tomek… Nie przyszło ci nigdy do głowy, że my we dwoje, czyli ty i ja, jedziemy teraz na jednym wózku? Pamiętasz jak kiedyś przyjechaliśmy do Pokrzywna i powiedziałam ci od razu, że dupą wyczułam problemy jakie mi stworzysz? Wiedz, że teraz było dokładnie tak samo. To dlatego już od pierwszego dnia pilnowałam każdego twojego kroku, skrywając wszystko pod płaszczykiem ochoty na wódkę. Dlatego też znalazłam się przy tobie, kiedy wędrowałeś do hotelu, dlatego poszłam z tobą i uprzedzałam cię, że wyciągając ręce po Dorotę możesz wszystko zniszczyć…
    Milczałem, opuściwszy głowę. Coś było na rzeczy. Lidka zaś ciągnęła dalej.
    -… A dzisiaj mam przeczucie, graniczące niemal z pewnością, iż przez ciebie moja firma poszła się pieprzyć! Rozumiesz to? I dlatego rzuciłam wszystko, oraz uganiam się za tobą, bo chcę się dowiedzieć co zaszło naprawdę! I nie mogę czekać przez następne siedem lat! Ja muszę wiedzieć to teraz, dzisiaj, bo moja firma nie zniesie czekania! To będzie koniec!
    - Przecież Dorota wszystko ci opowie…
    - Tomek! Owszem, opowie, ale wtedy będzie za późno. Tak jak ze swoją ciążą, pamiętasz? Niczego mi nie powiedziała, dopóki nie wyjechałeś. A poza tym, wcale nie jest już taka wylewna jak niegdyś. Najlepszy dowód masz jak na tacy. Nie zajrzała do mnie, nie zadzwoniła, nie chciała ze mną rozmawiać. I wyłączyła telefon, dokładnie tak samo jak i ty!
    - To skąd w ogóle wiesz, że coś zaszło?
    Spojrzała na mnie i w jednej chwili jakby podjęła decyzję.
    - Dobrze. Obiecuję ci, że powiem wszystko o co będziesz pytał. Wszystko! O Dorocie, o firmie i co tylko zechcesz. Zgodnie z prawdą. A ty w zamian powiesz mi teraz wszystko o was, zgoda?
    Pokiwałem głową, jakby akceptując jej propozycję, ale w milczeniu. Lidka natomiast nie wahała się dłużej. Tak jakby uzyskała potwierdzenie swojej propozycji.

    - Dowiedz się zatem, że zaraz po twoim wyjeździe, Baśka zabrała torebkę, niczym kiedyś pewna spikerka w telewizji i oznajmiła Wojtkowi, że właśnie zakończyła pracę w tym hotelu. Na zawsze! Następnie zadzwoniła do mnie, powtórzyła to i poszła sobie do domu. Powiedziała, żebym szukała kogoś innego do kuchni, bo już tam nie wróci. Przynajmniej dopóki w domu będzie Dorota. Zapowiedziała kategorycznie, że otworzy budkę ze smażonymi kiełbaskami, albo sprzeda dom i wyjedzie stąd, natomiast zdania nie zmieni. Rozumiesz więc, że nie miałam wyjścia. Jest środek sezonu, pan Wojtek przyjechał tylko na weekend, a ja zostaję na lodzie! Bez kuchni!
    - Ja się z nią pożegnałem normalnie!
    - To już wiem! – przytaknęła głową. – Ale ty nie wiesz co było dalej. Dlatego wprowadzam cię w temat. Wsiadłam w auto i pojechałam do Pokrzywna, bo szlag mnie brał. I od niej dowiedziałam się o tym, że rano wpadła do was Dorota i ty, po spotkaniu z nią, wyjechałeś już do domu. Muszę przyznać, że mnie zamurowało. Oczywiście, próbowałam skontaktować się z Dorotą, ale jej telefon był wyłączony, a dom zamknięty. Zadzwoniłam też do Johna, jednak i on niczego nie wiedział. Nawet specjalnie się nie przejmował. Rozmawiałam tak samo z Anią, więc dowiedziałam się, że zostawiłeś jeepa, dokumenty i zapowiedziałeś, że do Moskwy nie pojedziesz. To w zasadzie wszystko. Znam zatem wersję tego zdarzenia od Baśki i Ani, tyle, że niczego nie rozumiem.
    Ale jest jeszcze jedna sprawa. Kiedy zadzwoniłam do mamy, do ośrodka, okazało się, że w kuchni jest Helena. Dorota wysadziła ją rano z zadaniem przygotowania obiadu. Helena zrobiła błąd, że mi się nie zameldowała, ale trudno. No i teraz najważniejsze. Dorota zapowiedziała Helenie, że nigdy więcej nie tknie jedzenia od Baśki! Ani dzieciom jeść nie pozwoli! A to już jest paranoja! Wtedy zrozumiałam, że problemem jesteś ty i twój nocleg u Baśki. Dlatego muszę wiedzieć co się wydarzyło, bo inaczej nie wiem jak temu zaradzić, jak przeciwdziałać! Weekend się skończy, Wojtek wróci do Warszawy, a ja zostanę z ręką w nocniku!

    Przyszła kolej na mnie. Westchnąłem tylko i… popłynęła moja opowieść. Nie mogłem ukryć przed nią tego, jak kochaliśmy się z Dorotką w jeziorze, a skoro o tym wspomniałem, musiałem opowiedzieć też i o początkach, czyli o Helenie, oraz naszej poprzedniej nocy. Przedstawiłem też z detalami jak dla Doroty wyglądało nieporozumienie z Barbarą, a także to wszystko, co Baśka powiedziała o niej potem. Jasno też dowiodłem, że nawet w tym incydencie, niczemu nie była winna. Sam ją położyłem, sam przykryłem kołdrą. A Doroty nawet nie widziała!
    Lidka w zasadzie milczała, słuchając wszystkiego bardzo uważnie. Czasem tylko mi przerwała, zadając krótkie pytania, a kiedy skończyłem, opuściła głowę i bezsilnie nią kręciła.

    - Czysty surrealizm! – skomentowała krótko. – Popieprzyło was dokumentnie! Tomek, zapytam jeszcze otwarcie, bo chcę to usłyszeć jednoznacznie! Czy kiedykolwiek pieprzyłeś się z Baśką czy nie? Nawet wcześniej, przed laty? Powiedz mi prawdę!
    - Lidka! Gdybym kiedykolwiek spał z Baśką to bym u niej został, a nie uciekał! Więc ani kiedyś, ani teraz, rozumiesz? A poza tym… przecież jesteś kobietą! Jak wyobrażasz sobie pięćdziesięcioletniego faceta, który kochał się w nocy, potem rankiem i jeszcze na dodatek wieczorem. Czy ja jestem robotem – automatem? Czy mógłbym tak zaraz wyleźć na inną kobietę? W dodatku pijany? Przecież nawet by mi nie stanął! Mogłem robić to z Dorotką wcześniej, na trzeźwo, bo to o niej marzyłem całymi latami i od dawna podnieca mnie nawet sam jej zapach! I z nikim innym nie byłbym w stanie tego powtórzyć! Więc skąd takie myśli przychodzą ci do głowy?
    Nie zareagowała na moje pytanie. Umilkła i coś analizowała w głowie. Ja zaś czekałem na jej odpowiedź.

    - Tak… narobiło się… – westchnęła, opanowanym głosem. – Coś ci opowiem, ale chyba nie tutaj. Musimy znaleźć sobie inne miejsce, bo dupa mnie boli od tej ławki.
    - Lidka, za godzinę mam pociąg…
    - Pojedziesz następnym! – oświadczyła twardo.
    - Nie da rady, następny jest jutro! O tej samej godzinie! A ja w poniedziałek, z samego rana, muszę być już u klientów!
    Spojrzała na mnie z przekąsem.
    - Tia… czyli jesteś zdeterminowany… Więc tak naprawdę nie chcesz pojechać do Moskwy?
    - Jak mógłbym to zrobić? Po co? Nie chce ze mną rozmawiać, nie ma krztyny zaufania, a zresztą… Mam pojechać do Warszawy i dowiedzieć się, że temat jest nieaktualny? Powiedziałem ci, że mam dość upokorzeń. Pokazała mi gdzie jest moje miejsce i wystarczy. Szkoda mi tylko córki, bo narobiłem jej nadziei, a jutro w domu będę musiał świecić oczami…
    - Masz bilet na pociąg? – zapytała jeszcze, zmieniając temat.
    - Mam!
    - To go zwróć! Nigdy nie próbowałam ciebie do niczego zmuszać i dzisiaj też nie zmuszę, ale bardzo ciebie proszę, żebyś teraz został W dodatku będzie to także w twoim własnym interesie!
    - Lidka, ja bym chciał…
    - Więc co?
    Machnąłem rękami. Niech się dzieje co chce. Nie chciałem się przyznać, że na koncie mogę już nie mieć pieniędzy na drugi bilet…
    - Wiesz, nadwyrężyłem układy z klientami i nie jestem pewien, czy zechcą nadal ze mną współpracować! Ja muszę się przygotować do poniedziałkowej pracy!
    - Pieprz to! – odpowiedziała spokojnie. – Dam ci lepszą pracę, jeśli mi pomożesz i firma przeżyje! Jaką zechcesz, do stanowiska mojego zastępcy włącznie! Marnujesz się tam u siebie, nie ma o czym gadać.
    - Jak mam ci pomóc? – zapytałem, zrezygnowany.
    Sądziłem, że zrobi mi jakiś dłuższy wykład, ale się przeliczyłem.
    - Bierz swoją walizkę i idziemy!
    - Gdzie?
    - Do samochodu.
    - Lidka… – przystanąłem. Natychmiast wlepiła we mnie swój wzrok.
    - Tomek, tylko bez obiekcji i protestów, bardzo cię proszę!
    - Nie wrócę do Pokrzywna! – zastrzegłem.
    - Nikt cię tam nie ciągnie! – odpowiedziała beznamiętnie. – Proszę cię tylko o dalszą rozmowę i to wszystko! Przynajmniej tyle dla mnie zrób!
    - Dobrze już, ale powiesz mi po co to wszystko?
    - To ci mogę obiecać! – zgodziła się. – Dowiesz się wszystkiego!

    Hotel „Baron” pamiętałem. Sypiałem tu kiedyś. Korzystałem też z miejscowej restauracji, chociaż na pewno nikt mnie w niej nie pamiętał. Lidka przyjechała tu na pamięć.
    Usiedliśmy w końcu sali przy narożnym stoliku, daleko od baru, tak na wszelki wypadek. Żeby nikt nam nie przeszkadzał, mimo że i tak było tu niemal pusto. Znudzony kelner natychmiast podał nam menu, ale Lidka bez czytania zamówiła dla nas żubrówkę, sok i przekąski.
    - Co tak wlepia gały? – skomentowała moje spojrzenie, gdy kelner oddalił się już z jej zamówieniem. – Mam kierowcę, nie przejmuj się. A ich ofertę znam na pamięć.
    - Będziesz pić gorzałę?
    - Wyobraź sobie, że zamówiłam ją dla ciebie! Powiem więcej, chyba uwierzyłam w twoją wersję i mam wrażenie, że nie jest jeszcze tak tragicznie. To się powoli da odkręcić. Może też i ja się napiję, bo czeka mnie jeszcze rozmowa z Dorotą. Na trzeźwo mogę jej nie dać rady, a muszę wstrząsnąć tą dziewczyną, bo inaczej rozwali mi firmę!
    - Jakim cudem?
    - Powoli, poczekaj! Tak jak obiecałam, niczego przed tobą nie będę ukrywała. Dorota jeszcze się nie pojawiła, bo miałabym telefon od Heleny. Nadal nikt nie wie gdzie jest. Ale znam ją na tyle, żeby teraz domyślać się o co jej chodzi… Wiesz co? Miałam dzisiaj wrażenie, że znalazłam się w oku cyklonu. Na nic nie mam wpływu. Wszystko dookoła kręci się i fruwa, a ja jestem bezradna! Nie wiem co jest grane i nie potrafię temu zapobiec, ani się bronić! Pierwszy raz w życiu tak się poczułam!

    Przerwała na chwilę, bo kelner zaczął realizować zamówienie. Kiedy odszedł, przyrządziła nam drinki, wypiła odrobinę i kontynuowała.
    - Helena mogła do mnie zadzwonić od razu, ale nie zadzwoniła. Dorota mogła zadzwonić – nie zadzwoniła. Ty mogłeś zadzwonić – nie zadzwoniłeś. Anka mogła zadzwonić – nie zadzwoniła. John mógł zadzwonić – nie zadzwonił. Tylko do Stefana nie mam pretensji, bo ponoć spał przez cały czas i o niczym nie wiedział.
    - Tak bardzo mi się dziwisz? Dorota już wcześniej zabroniła wspominać o czymkolwiek nawet tobie. A później pomyślałem, że to i tak na nic… Nawet chłopców zabrała, żebym nie mógł chociażby się z nimi pożegnać…
    - Przecież tłumaczyłam ci niedawno, że lepszej sojuszniczki niż ja, to ty w życiu nie znajdziesz – kręciła głową. – Dobrze, nie będę się nad tobą pastwić, chociaż należałoby. Wróćmy do tematu zasadniczego. Otóż siedziałam sobie spokojnie w domu, bawiąc się z moimi maluchami, nie wiedząc oczywiście, że Helena jest w Czyżynach, a tu nagle dzwoni Baśka. I z płaczem mnie informuje, że muszę sobie poszukać kogoś do kuchni, bo postanowiła zrezygnować z tej pracy. A mnie wtedy szlag trafił, bo zrozumiałam, że będę mieć niewąskie kłopoty…
    - Kiedy to było? – zdziwiłem się. – Przecież gdy pożegnałem się z nią, to normalnie pracowała, przyjęła chyba ryby, bo ja odjechałem dostawczym autem z tego gospodarstwa…
    - Ano właśnie. Wiesz w jaki sposób Baśka została szefową kuchni?
    - Orientuję się, bo wspomniała mi o tym, ale bez szczegółów. Wiem natomiast, że dla ciebie jest gotowa niemal na wszystko.
    Lidka potaknęła ruchem głowy.

    - Na wszystko, ale tylko do pewnych granic. Tomek, nie będę ci zaciemniała spojrzenia nadmiernymi szczegółami, bo to niepotrzebne, ale dzięki temu, że kiedyś obydwie pilnowałyśmy twojej trzeźwości, mam o niej swoje własne zdanie i ono zdecydowanie różni się od poglądu Doroty. Owszem, Dorka już przed laty prawidłowo wyczuła w niej rywalkę. Jeśli zwróciłeś na to uwagę, to nigdy nie zaproponowała Baśce przejścia na „ty”, zawsze trzymała ją na dystans. Tak jest też do tej pory, powiedziałabym nawet, że dystans jeszcze bardziej się powiększył. A Baśka jest inteligentniejsza niż wszyscy sobie wyobrażają i ma niezwykły talent, tak zwanego „nosa”. Ludzi ocenia szybko i bezbłędnie. Dorotę też rozszyfrowała wtedy od razu i po paru dniach wiedziała o niej więcej, niż ty wiesz nawet dzisiaj.
    - Niby co takiego? Daj jakiś przykład!
    - Chociażby to, że na początku lata, Dorota zupełnie nie była uczuciowo zaangażowana w wasz związek. Traktowała ciebie miło, z sympatią, ale dość instrumentalnie. Byłeś jej potrzebny na chwilę, a nie na zawsze, wiesz o tym? Przyznała się?
    Skinąłem głową.
    - Ja tak samo nie zdawałam sobie z tego sprawy, mnie również zmyliła. Ale nie Baśkę! Baśka to widziała, wiedziała i czekała, aż Dorocie się znudzisz. Tym niemniej, w tym przypadku się pomyliła, bo Dorota, zamiast wykazywać oznaki znużenia oraz pokazywać ci swój prawdziwy charakter, grzęzła coraz mocniej i nawet nie wiedząc kiedy… zakochała się w tobie! Ja mówię poważnie! Mam wprawdzie na ten temat własną teorię…
    - Jaką? Jaki prawdziwy charakter? – nie wytrzymałem.

    - Chcesz takie szczegóły? Kurczę… to trochę trudne, bo musiałbyś już teraz wiedzieć więcej o nich obydwu… ale niech tam, spróbuję! Dorota, według mnie, wpadła we własne sidła. Pamiętasz, jak wróciłyśmy po wyjeździe do Warszawy? Szybko zorientowałyśmy się, że miałeś gości i Dorka była wtedy niemal na granicy odjazdu. Jednak ty byłeś w porządku, dlatego też została. Wszystko między wami wróciło do normy, chociaż ty nawet niczego nie zauważyłeś. Reszty natomiast, dowiedziałam się potem od Baśki…
    - Nie wierzę!
    - To uwierz! Baśka miała wtedy swoje prywatne problemy, a że przed nią nie da rady niczego ukryć, wiedziała o swoim mężu wszystko. A dokładniej, to wszystkiego się domyślała. I już go skreśliła ze swojego życia. W takim momencie ty się napatoczyłeś i co tu ukrywać, wpadłeś jej w oko. Ale Baśka, to nie Dorota, która sama zaciągnęła cię do łóżka. Życie już jej pokazało rogi, dlatego była ostrożna. Chciała powoli i dyskretnie zebrać o tobie trochę informacji, co zresztą nie było takie trudne. Ty niczego nie ukrywałeś, a gdy później zetknęła się oko w oko z Dorotą…
    Opowiadała mi, że pierwszy wieczór przepłakała z żalu, jednak potem przyszła refleksja. Przecież Dorota się tobą bawi! Owszem, będzie tutaj jeszcze jakiś czas, może tydzień, może dwa… Tym niemniej, to nie ma szans na powodzenie, znaczy ten cały wasz związek! Nie zapominaj, że u nas jest teren wczasowy, wakacyjny. My wiemy, że ludzie latem kochają nad życie, a potem już się nie znają. Baśka na to właśnie liczyła.
    A Dorota, też nie w ciemię bita, rywalkę wyczuła od razu, sama jej zresztą w tym pomogłam. I dość łatwo przekonałam, żeby nie zadzierała z Baśką bez potrzeby. Bo pamiętasz chyba, jak obawiałam się waszej dekonspiracji? Dorka niczego nie mogła zarzucić ani jej, ani tobie, więc zgodziła się ze mną, tym niemniej, wtedy też rozpoczęła z Baśką swoją grę…

    Schwyciłem się za głowę. Dobrze, że Lidka zamówiła wódkę, miałem coś pod ręką. Nie wiem, czy wysłuchałbym dalszej relacji na trzeźwo…

    Dodano po 5 [godziny]:

    - Dorota próbowała pokazać Baśce swoją władzę nad tobą, jak nad wszystkim panuje i jak jest pewna swojej nad nią przewagi. Że wcale nie musi nawet ciebie pilnować, bo ty wracasz do niej na każde jej słowo i na jedno skinienie. A Baśka może sobie na ciebie co najwyżej popatrzeć, upiec wam ciasto… i tyle! Bo i tak nie będziesz nią zainteresowany. Podejrzewam też, że w kilku przypadkach świadomie i celowo kochała się z tobą gdzieś na stole pod lipą, albo w innym, równie mało odpowiednim do uprawiania miłości miejscu, gdyż wiedziała, że Baśka to obserwuje. Tak, tak! Chciała, żeby tamta jej zazdrościła i grała Baśce na nosie przez cały czas!
    Dlatego też nie zauważyła momentu, kiedy gra przeistoczyła się u niej w coś więcej. I już nie Baśka stała się dla niej motorem rywalizacji, tylko najzwyklejsza zazdrość! Wiedziała przecież, że musi wyjechać, a Baśka tu pozostawała! Dlatego też, niepewność co ty zrobisz w tej sytuacji, tylko potęgowała jej dotychczasową niechęć… I tak się obydwie nakręcały. Rywalizacja samic, cholera. Co te baby w tobie widziały, to ja nie mam pojęcia! Masz tam wprawdzie co nieco w spodniach, ale czy to aż takie ważne?
    - Zostaw moje spodnie w spokoju! – mruknąłem. – Powiedz lepiej dlaczego godziła się… ba! Wysłała ciebie wtedy! I chciała, żebyś to ty ze mną spała. Przecież nie ma w tym logiki za grosz!
    Lidka tylko westchnęła.

    - No właśnie… Nielogiczne, prawda? A ktoś ci mówił, że Dorka zawsze jest logiczna? Tomek! To jest kłębowisko cech, które czasami zupełnie do siebie nie przystają! Dorota ma swój własny, niepowtarzalny pogląd na świat, nie pasujący do żadnego wzorca! Jeszcze wrócimy do tego tematu. Teraz musisz tylko wiedzieć, że jest też chorobliwie zazdrosna i w dodatku zdradę traktuje bardzo nietypowo. Dla niej twoje sypianie z żoną nie jest żadną zdradą. Tak samo nie wyobraża sobie, żebyś ty na przykład mógł mieć do niej pretensje o sypianie z Johnem. To jest normalne, naturalne i koniec. Mnie też by nie tknęła, gdybyś wtedy przespał się ze mną, bo sama o to prosiła. Ale poza tym, ewentualną zdradę traktuje w kategoriach najwyższego upokorzenia! Jest przecież świadoma swojej urody, a poza tym… przecież niejednokrotnie ci powtarzała, że jej się chce zawsze. Więc skoro nie odmawia, to kiego diabła masz szukać gdzieś jeszcze? Uznałeś, że inna będzie lepsza? To won z mojego życia! Widzisz, jej myślenie chodzi takimi drogami. Ale mnie nie rozpraszaj, do tego też wrócimy. Pozwól mi dokończyć wątek Baśki…
    - Dobrze, tylko postaraj się nie dokuczać mi, bo naprawdę nie mam ochoty na żarty.

    - Nie będę, więc słuchaj dalej. Dorka zmieniła swój sposób myślenia o tobie, ale Baśka nie zwróciła na to uwagi. Z czasem też, pogodziła się z przegraną, tym niemniej konsekwentnie nie chciała tracić ciebie z pola widzenia. Wiesz dlaczego? Bo zaintrygowało ją, dlaczego Dorota jeszcze ciebie nie zostawiła! Dlaczego nie wyjeżdża? Przychodziła więc czasami do was i była dla Doroty więcej niż uprzejma, chociaż z chęcią utopiłaby ją w łyżce wody. Ciągle nie wierzyła, że to może się zakończyć inaczej, niż zazwyczaj bywa w podobnych przypadkach.

    Gdybyś ty wyjechał pierwszy, to pewnie ulżyłaby sobie na Dorocie i byłoby darcie kłaków, niemniej wyszło jak wyszło, resztę znasz. Baśka jeszcze wtedy liczyła, że zostaniesz chociaż przez parę dni, że pogada z tobą i otworzy ci oczy, niemniej ty od razu też wyjechałeś, a w niej pozostała skumulowana niechęć do Doroty, którą obwiniała już o wszystko, łącznie z plagami egipskimi, ale w tym jednym, niestety, miała tylko teoretyczną rację.
    - W czym? – przerwałem jej.
    - Jakby to określić… Tomek, przecież nie mogła powiedzieć ci wprost, że ma wobec ciebie poważniejsze plany niż Dorota, a takie właśnie miała! Wiedziała też, że Dorota się tego domyśla i o to właśnie ma do niej nieprzezwyciężony żal! Że traktowała ciebie zabawowo, jednocześnie blokując w tym czasie jej uczciwe zamierzenia. Znaczy uważa, że Dorota zachowała się niczym przysłowiowy pies ogrodnika. Może gdyby znała Dorki plany i widziała o tym, że masz być ojcem jej dziecka, jakoś by to przełknęła… Ale nie mogłam jej tego powiedzieć nawet później, bo Dorka sobie absolutnie nie życzyła…
    - Baśka wie, że to ja jestem ojcem chłopców – wtrąciłem spokojnym głosem.

    - Od kogo?
    - Domyśliła się i zapytała mnie wprost, więc musiałem to potwierdzić. Przedwczoraj, gdy spotkałem ją w hotelu.
    Lidka zamyśliła się przez chwilę.
    - Jak to przyjęła?
    - Według mnie normalnie, powiedziała nawet, że się cieszy i będzie o nich dbała.
    - Czyli była szansa na małą normalizację jej poglądów… Baśka nie jest tak uparta i pamiętliwa jak Dorota. Mogłaby teraz uznać, że jednak była przyczyna takiego a nie innego zachowania Doroty… Cóż, będę musiała spróbować to jakoś wykorzystać.
    - Rozmawialiśmy o chłopcach także wczoraj. W trójkę, przy grillu.
    - I nie zauważyłeś jej niechęci?
    - Nie. Chwaliła się nawet tym, że zawsze wybierała dla nich najlepsze produkty, takie z naturalnej hodowli czy też uprawy…
    - Takie, to muszą być wszystkie! Nie tylko dla chłopców!
    - Twierdziła jednak, że wszystkiego nie jest w stanie sprawdzić dokładnie, więc dla hotelowej kuchni dopuszcza dziesięć procent błędu. A dla Heleny nie więcej niż jeden procent.
    - Więc sam widzisz, mimo niechęci do Doroty, nie mściła się na jej dzieciach. Baśka to jednak złote serce. Wróćmy mimo to do głównego tematu i do niej samej.

    Potem rodzinne problemy Baśki osiągnęły apogeum i już nie potrafiła się sama pozbierać. Wpadła w depresję, nie miała pieniędzy… Pomogłam jej w tym okresie i zawarłyśmy mały układ. Przez pewien czas finansowałam jej nauki, podpowiadałam, dopingowałam, więc to chyba normalne, że z tej strony nie oczekiwałam żadnych niespodzianek, chociaż wiedziałam, że nadal Doroty nie cierpi. Przecież od tamtego czasu milczała, zaciskała zęby i posłusznie robiła wszystko o co ją prosiłam. Nie dziw się zatem, że jej telefon mną wstrząsnął!
    Wszystkiego mogłam się spodziewać, ale nie tego! Baśka kategorycznie odmówiła dalszej pracy w firmie i zapowiedziała, że z Dorotą nie chce mieć nic wspólnego! Oświadczyła mi, że Dorka przekroczyła wszelkie granice przyzwoitości, obraziła ją w jej własnym domu, dlatego nie wróci do firmy za żadną cenę! Czyli wymówiła mi posłuszeństwo!
    - Lidka, ja niczego nie rozumiem! Wprawdzie wieczorem rozmawiało nam się dobrze, ale to w niczym nie naruszało żadnych granic! Gdyby ktoś popatrzył z boku, to nie działo się nic takiego, co nie mogłoby się wydarzyć między przyjaciółmi, czy też zwykłymi znajomymi! Przecież Dorota wiedziała, gdzie będziemy spali, zaakceptowała to, a nawet zapowiedziała się z wizytą! Więc o co chodzi? Przy nas chyba by się nie kłóciły…
    - One się nigdy nie pokłóciły! Tomek! Dla Doroty, Baśka nie jest partnerką nawet do kłótni! Jest zbyt dumna na takie zagrania! Dla niej Baśka jest tylko kucharką, która kiedyś odważyła się próbować wejść jej w drogę!
    Zresztą, testowała Baśkę nawet wtedy, kiedy Helena chorowała. Ja byłam w przymusie i poprosiłam ją, żeby kucharzyła w zastępstwie, ale musiałam postawić też Dorocie warunek, że nie będzie się jej czepiać. Obiecała mi to i niby wszystko było w porządku, jednak Dorota nie wytrzymała i znowu próbowała prowokować Johna, tak jak ciebie. Tyle, że John latał Baśce helikopterem, więc obchodziła ich dwoje szerokim łukiem i na moje szczęście wszystko rozeszło się po kościach, a Helena wróciła do zdrowia. Więc teraz, na zakończenie tego wątku, pomyśl o tym, jak ty wyglądasz w oczach Doroty. Rozumiesz teraz?
    - Ja?... A niby jak mam teraz wyglądać? – jeszcze nie ogarnąłem tego wszystkiego, co mi opowiedziała.
    - Ależ jesteś naiwny… Tłumaczę ci przecież, że podpadłeś u Doroty podwójnie! Po pierwsze zdradziłeś ją zaraz po tym, kiedy przespała się z tobą, a po drugie, zrobiłeś to z najbardziej nielubianą przez nią kobietą! Dlatego też, zaszyła się teraz gdzieś, jak raniony zwierz i obmyśla zemstę. Na was obojgu! A czuje się upokorzona przez ciebie nie mniej, niż ty przez nią!

    - O mamo!... Nie mogłabyś zwyczajnie jej wytłumaczyć, że się pomyliła? Przecież ja niczego nie zrobiłem!
    - Jak mam to zrobić? Przecież nawet nie wiem gdzie teraz jest! A poza tym… ciężko będzie! – westchnęła znowu. – Tomek, naprawdę! Dorka jest z gatunku tych ludzi, którzy kochają bardzo mocno, ale podobnie i nienawidzą. Z całej siły! A zmienić jej spojrzenie… na to potrzeba czasu. Albo mocnego wstrząsu!
    Na razie jest pewna tego, że wszystko widziała na własne oczy i nie uwierzy nikomu, że tego jednak wcale nie było! Ja ją oczywiście wyprowadzę z błędu, tyle tylko, że nie wiem kiedy. Przekonam, bo muszę! Tomek, to wszystko jest tak splątane, że aż nie do wiary! Wasze dobre układy wpływają pozytywnie na losy wielu osób, moje i mojej firmy też, ale najbardziej na wasze dzieci. Dorota dzisiaj najwyraźniej tak oszalała, że nie pomyślała o nich, a są jej oczkiem w głowie i dla nich zrobi wszystko! Jeszcze się zreflektuje, nie wiem tylko kiedy.
    - Wiesz co? Przecież byłem z nią codziennie… Tygodniami! I ja nie widziałem jakichś jej zagrywek wobec Baśki! Przecież bez problemów jeździłem do sklepu, Dorotka nigdy nawet jednym słowem nie zaprotestowała, że nie życzy sobie abym się z nią kontaktował.
    - I co z tego?
    - Poczekaj! Wspomniałaś też coś takiego… nie pamiętam dokładnie, że nie znam Dorotki charakteru…
    - Bo nie znasz! – roześmiała się. – Tylko uprzedzam cię, że to nie będzie dla ciebie łatwe...

    No i dowiedziałem się. Słuchałem tego niczym bajki o żelaznym wilku i tylko zaciskałem dłonie, aż kostki palców mi bielały.

    - Problem polega na tym, że obydwoje z Dorotą macie fioła na swoim punkcie, o czym ty zupełnie nie wiedziałeś, a Dorocie wydawało się, że nad swoim zapanuje tak, jak stara się zapanować nad wszystkim. I tym razem się pomyliła! Mówiłam ci przecież, że rozbiłeś jej mniemanie o tym, jak będzie wyglądało spotkanie z tobą. A to, co mi teraz opowiedziałeś, tylko mnie utwierdziło w tych spostrzeżeniach…
    Westchnęła, napełniła mój kieliszek, po czym gestem zachęciła do spożycia jego zawartości, sama delektując się drinkiem. I dopiero kiedy wypiłem, kontynuowała.
    - Mówiła ci, że nie utrzymuje kontaktu z matką? – zapytała nieoczekiwanie.
    - Wspomniała – przytaknąłem. – Mówiła, że mama próbowała ją ustawiać, że ją obraziła i że pokłóciły się jeszcze przed jej wyjazdem z Johnem…
    - To powiedz mi co ci opowiedziała, żebym się nie powtarzała.

    Chcąc, nie chcąc, opowiedziałem jej wszystko, co usłyszałem od Doroty. Lidka tylko kiwała głową, nie przerywając mi i niczego nie komentując. Zabrała głos dopiero, kiedy zakończyłem.
    - Czyli jej wersję wydarzeń tak ogólnie znasz. Tyle tylko, że prawda troszkę jednak odbiega od tego ideału. Bo ty znasz Dorotę idealną, taką jaka chciała ci się pokazywać i przy tobie być. Zresztą, sam też ją idealizowałeś. I teraz jest problem, bo nie znasz jej prawdziwego charakteru, mentalności, zachowań… praktycznie niczego o niej nie wiesz! Dorota nie kontaktuje się z matką dlatego, że czasami bywa jeszcze gorszą cholerą niż jej matka! Bywa bardziej apodyktyczna, pamiętliwa, uparta, a czasami nawet złośliwa! Owszem, nie można jej odmówić zdolności, inteligencji, pracowitości i ambicji. Jest również bardziej konsekwentna i bezkompromisowa. Ale ma też parę bardzo skrytych słabości… nie będę na razie o nich mówić, później do nich wrócę. Tym niemniej potrafi też narzucić sobie i wszystkim dookoła niesłychany reżim, żeby coś osiągnąć! Teraz dodaj do tego niesamowitą urodę, a także wielkie pieniądze, które spadły jej z nieba, a które z łatwością potrafi pomnożyć oraz pozycję, którą po waszym rozstaniu zapewniło jej małżeństwo z Johnem. To jest właśnie mieszanka, będąca matką twoich dzieci. Waszych dzieci, waszych synów! Znasz ją? Rozumiesz coś z tego?
    Pokręciłem przecząco głową. Nie odważyłem się odezwać.

    - Tak też myślałam – skomentowała, nie zwracając uwagi na moje samopoczucie. – Kiedy przyjechaliście ze Stefanem, to naiwnie wyobraziłam sobie, że będziemy mieć czas pogadać o tym we dwoje. Bo o niektórych sprawach koniecznie musisz się dowiedzieć.
    - Dlaczego?
    - Tomek… po to chociażby, żebyś nie zrobił teraz żadnego gwałtownego, chaotycznego ruchu, bo mógłbyś potem tego żałować. Bardzo żałować. I ja razem z tobą.
    - Co ty masz na myśli? O czym mówisz?

    Umilkła i na chwilę opuściła powieki. A potem powoli dokończyła drinka, wzdychając.
    - Dowiesz się, powiem ci wszystko! Ale wiedz, że przede wszystkim właśnie dlatego prosiłam cię, żebyś został, bo bez tej wiedzy mógłbyś niemało narozrabiać. Pozwól jednak, że wrócimy nieco do chronologii.
    - Nie rozumiem…
    - Wróćmy do Doroty! Chciałeś się czegoś o niej dowiedzieć, więc ci powiedziałam…
    - Nie mogę w to uwierzyć! Przecież spędzałem z nią dni i noce! Niczego takiego u niej nie zauważyłem! Owszem, widziałem i wiedziałem, że ma mocny charakter, Sam przepowiadałem jej karierę…
    - Wiesz kiedy wyszła za Johna – przerwała mi. – Ale dlaczego właśnie za niego? Wspomniała ci o tym?
    - Nie, opowiedziała mi tylko jak to było – wykrztusiłem, już niczego nie będąc pewnym.
    - Czyli to, o czym wiesz. A domyślasz się jak było naprawdę?
    - Nie… Dla kasy?
    - Coś ty! – roześmiała się. – Absolutnie nie! Co jak co, ale Dorota nigdy się nie sprzedała i nie sprzeda! W żadnej sytuacji i za żadne pieniądze! Ponoć w Ameryce dawali jej milion dolarów za sesję do Playboya, ale wyśmiała ich. Mało tego, skąpa nie jest i nigdy nie żałuje pieniędzy nawet na bzdury. Chciwości absolutnie nie można jej zarzucić. Natomiast wyszła za Johna z bardzo prozaicznego powodu. Bo nie miała za kogo! To był jedyny realny kandydat na horyzoncie!
    - Nie rozumiem… – odetchnąłem po cichu. To nie było żadnym strasznym uczynkiem. – Mało facetów chodzi po ulicach?
    - Ano właśnie! Po ulicach… I tu zagrały swoją rolę cechy Doroty. Po pierwsze, to na ulicach nie bywała. Z lęku, a poza tym nie miała czasu. Gdzie miała kogoś poznać? Próbowaliśmy wtedy z Romkiem wyciągać ją gdzieś, miała przecież opiekunkę do dzieci, ale Tomek, uwierz mi! Do czasu Johna nie bywała nigdzie! Zajmowała się dziećmi i pracą. O Kamilu wiesz, wiesz jak się to skończyło…
    - Wiem! – potwierdziłem.
    - Ano właśnie. Dorota narzuciła sobie wtedy zabójczy rytm życia. Bałam się o jej stan umysłu! I powiem ci szczerze, gdy przyznała się do tego, że zamierza wyjść za mąż, to odetchnęłam.
    - Opowiedziała mi o tym…
    Lidka skinęła głową.
    - Nie do końca, jak zwykle, nigdy od razu wszystkiego nie mówi… ale to nie jest teraz najważniejsze. Musisz natomiast wiedzieć, że Johna nigdy nie kochała i nie kocha. To tylko on się w niej zakochał, niczym sztubak. Sam mi kiedyś opowiadał, jakie wrażenie zrobiła na nim Dorota, kiedy weszła do gabinetu na rozmowę. Jak zapomniał języka w gębie, niczym w klasycznej bajce. Tylko ta i już! Zresztą, wcale mu się nie dziwię. Dorota była wtedy cała w skowronkach, zaspokojona przez ciebie i pewna tego, co sobie zaplanowała, pełna optymizmu, bo jej się układało… Tomek, kobieta szczęśliwa jest jak zaraza, ale taka korzystna! Rozsiewa wokół siebie pozytywną atmosferę i zaraża nią innych…
    - To w końcu zgodziła się tylko dlatego, że to on ją chciał?
    - Nie domyślasz się? Owszem, John nieco jej zaimponował, ale nie kasą, tylko swoją wiedzą, umiejętnościami, aparycją i cierpliwością. Mówiła mi, że nigdy wcześniej nie sprowokował pomiędzy nimi jakiejś dwuznacznej sytuacji. A poza tym nie miał też konkurencji! Jednak, przede wszystkim, zadecydowało to, że Dorka coraz bardziej potrzebowała ojca dla chłopców! Nigdzie nie bywała, bo tego nie chciała i nikogo nie miała szansy poznać, ani tym bardziej nie miała ochoty na szukanie. Dlatego, znając kalendarz Johna, wybrała jego.
    - Jaki znowu kalendarz?
    - Czegoś nie rozumiesz?
    - Nie. O co chodzi z tym kalendarzem?
    - Wiesz co robi asystentka, taka jak Anka? Na czym polegają jej obowiązki?
    - Pytałem ją, powiedziała mi, że głównie tłumaczenia…
    - To również. Ale asystentka kontroluje kalendarz szefa. Wie o jego spotkaniach, wyjazdach, co, gdzie, kiedy i z kim. Umawia, organizuje, załatwia bilety, wyloty i praktycznie wie o wszystkim. O całym jego życiu. Dorota miała więc całkowity przegląd sytuacji odnośnie Johna. Doskonale wiedziała, że jest samotny i z nikim się nie spotyka. Co przy jej zazdrości, miało niemałe znaczenie.
    - Pieprzysz! – zaoponowałem. – Lidka, przecież chyba nie zapomniałaś tego, co się działo przed laty! Nawet noce spędzaliśmy z tobą w jednym łóżku, nie mówiąc już o jeziorze, saunie, czy też jacuzzi!
    - Owszem, spędzaliśmy! – potwierdziła, unosząc szklaneczkę. I powiedziała coś, co podcięło mi nogi.
    - A wiesz dlaczego? Od chwili przyjazdu, prawie wszystko robiłam na jej wyraźne żądanie! Gdybyś wtedy chociaż jeden raz wyciągnął po mnie ręce, to odjechałaby jeszcze w tym samym dniu! Naprawdę! Wymusiła na mnie, żebym ciebie prowokowała! Tomek, taka jest prawda! Potem już nie musiałam, bo zajęła się Baśką i dała mi spokój. I już się tylko bawiłam, miałam z wami trochę oddechu od domowego kieratu. Prześwietlała ciebie długo, a miłość przyszła dopiero później, nawet nie zauważyła kiedy. Przecież tak naprawdę, to początkowo wcale jej nie chciała…

    Te słowa były zbyt okrutne, żebym mógł je znieść bez kieliszka. Lidka spokojnie przyglądała się jak go napełniam, ale potem nie dała mi odpoczynku.

    - Powtórzę ci, zakochała się i odtąd kocha już tylko ciebie! – stwierdziła filozoficznie. – To też jest prawda! Możesz mi nie wierzyć, jednak ja ją znam znacznie dłużej niż ty. Byłeś i nadal jesteś, jedynym mężczyzną, który potrafił ją spacyfikować. Tylko przy tobie kładła uszy po sobie, tobie też nie pokazała swojego drugiego „ja” i nawet pozwalała ci rządzić. Nikt inny tego nie potrafi! John też nie, chociaż przy nim również próbuje się pilnować.
    - Lidka, czy ja kiedykolwiek przy niej rządziłem? – nie kryłem zdumienia. – Zawsze musiałem robić to co ona chce! Przynajmniej miałem takie wrażenie.
    - Ale tylko tobie nie narzucała swojego zdania z góry! – roześmiała się. – Uwierz mi! Ty miałeś wrażenie, ale inni mieli pokazy! To, że ciebie namawiała, przekonywała, lub też sugerowała jakieś rozwiązanie, wcale nie znaczy, że nie miałeś niczego do powiedzenia! To inni nie mieli i nadal nie mają! Ty zawsze miałeś przy niej luz! Podejrzewam, że gdybyś się upierał, to by ci odpuściła. Bo Dorota jest dyktatorem i w domu, i w pracy! Chociaż niektórym odpuszcza. Tym, których lubi naprawdę. Niczego złego nigdy nie zrobi Helenie, niczego nie próbuje też ze mną, a ty też byłeś na tej liście. Wiesz, że swoją następczynię przy Johnie wyrzuciła z banku zanim jeszcze wyjechali do Stanów?
    - Nie…
    - Zapamiętała jej, jak tamta ją zlekceważyła, gdy John ogłosił że jest zwolniona ze stanowiska asystentki a potem zauważyła, że próbuje przymilać się do Johna i kombinować za jej plecami. Tak, Tomeczku! I to, że Johnowi udało się ją przekonać, aby wyjechała do Stanów na studia, było jego zbawieniem! Powiem ci więcej. Gdyby przez te wszystkie lata cały czas mieszkali razem, to nie wiem jak długo by to małżeństwo trwało. Na szczęście widują się z przerwami, bo nie są razem przez wszystkie dni, Dorota wyżywa się w pracy, a przedtem także na uczelni, więc jakoś to się kręci…
    - Nie wierzę… – siedziałem bezwładnie w krześle.
    - Możesz nie wierzyć. Widziałam jak ciebie przywitała, jak potem bała się ciebie… A ja z kolei bałam się o ciebie.
    - O mnie?
    - Tak! – padła szybka odpowiedź. – Przecież ci mówiłam! Jeśli naciśniesz zbyt mocno, to Dorka ci ulegnie. A co zrobi potem, to dla mnie była już niewiadoma. Czy ciebie znienawidzi, czy wręcz przeciwnie. I wychodzi na to, że odzyskałeś nad nią kontrolę, jednak, przez historię z Baśką, na bardzo krótko.
    Coś się jednak zmieniło u Dorki, bo wcześniej, takie coś było u niej niemożliwe. Po takiej nocy jak z tobą, wyleciałby albo John, albo ty. Ja widziałam jednak ich późniejsze spotkanie, kiedy John przyjechał wreszcie z Warszawy. Nawet nie mrugnęła okiem! Zachowywała się wobec niego bardzo elegancko, ale nie przesadzała i widziałam, że Johnowi sprawiało to prawdziwą przyjemność.
    Pewnie miałem niezbyt mądrą minę, bo Lidka jakoś szybko zmieniła temat, niczego nie wyjaśniając.
    - Musisz wreszcie zrozumieć, że twoja Dorotka wcale nie jest aniołem! Taka po prostu jest i inna nie będzie! Swoje obecne stanowisko też dostała nie za darmo. Nawet w Ameryce pokazała Jankesom, że rządzić umie i nie cofnie się przed niczym, kiedy jest przekonana o słuszności swoich poglądów! Wtedy akuratnie trafiła i wyszło na to, że miała rację! Musieli się ugiąć!

    Zamilkłem, zarzucony faktami, myślami i… lękiem.

    - Lidka…
    - Co, nie możesz się pozbierać? – zapytała retorycznie. – Tomek, ja wcale nie mówię tego po to, żeby ciebie do Doroty zniechęcać, ale dlatego, byś wiedział z kim masz do czynienia. Bo wprawdzie myśleć potrafisz, ale oczy masz nią przesłonięte i to ogranicza ci widoczność.
    - Lidka… a Baśka miała rację? Dorota tak… na prawo i na lewo?
    Wlepiła we mnie wzrok.
    - Chcesz zapytać, czy Dorota puszcza się na prawo i na lewo? Nic z tych rzeczy! Odpowiem ci tak. Ja ją widzę teraz przez kilka tygodni w roku, ale znam z dawnych lat i nie zauważyłam żadnych zmian. Czyli to jest niemożliwe. Dla ciebie zrobiła wyjątek i to właśnie najbardziej mnie zaskakuje. Bo wczoraj, przez cały wieczór po waszym odjeździe, a musisz wiedzieć, że do późna siedzieliśmy nad jeziorem z ich gośćmi, zachowywała się wobec Johna absolutnie zwyczajnie. Nawet te jej poranne pretensje do niego, gdzieś uleciały w niebyt.
    - Czyli on nie domyśla się niczego?
    - Skądże! Nawet się ciebie trochę boi! John zresztą w ogóle bał się waszego spotkania i Dorota wcale nie musiała go długo namawiać, żeby gdzieś wyjechał.
    - Dlaczego się bał? Mnie?
    - Oczywiście! Jemu też mógłbyś parę życiowych spraw teraz poplątać. Ale zostawmy go na razie, bo ciągle umykamy z zasadniczego wątku na boki. Do Johna jeszcze wrócimy. O czym to ja mówiłam?...
    - Pytałem o Dorotę, bo ze słów Baśki wynikało...
    - Tomek… chwila, moment. Baśka spędziła przy nich wakacje. Dorota była tam z Johnem. Chyba nie sądzisz, że z nim wtedy nie sypiała? Albo nie robiła tego przed waszym przyjazdem?
    - Nie, mówiła mi przecież, kiedy to się zaczęło...
    - A pamiętasz jaki Dorka ma temperament? Jak wyglądało wtedy wasze lato? I nawet teraz, kiedy przyjechałeś? Przecież sam się zdziwiłeś, że tyle razy może i chce…
    - Jak mam to rozumieć? – przestraszyłem się.
    - Zwyczajnie! Dorota kiedy może, to sobie pozwala! Bo lubi seks! Nie sądź jednak, że pozwala się pieprzyć ot tak, byle komu! Sam zresztą wiesz, że uwielbiała się kochać i to na wszelkie sposoby. A zresztą…

    Przerwała na chwilę, jakby zastanawiała się, czy może mi coś powiedzieć.
    - Lidka, mów… proszę! – jęknąłem.
    - Słuchaj… – zastanawiała się. – To są sprawy bardzo intymne dla Doroty i naprawdę nie wiem, czy to wchodzi w zakres naszej umowy…
    - Mówiłaś, że powiesz mi wszystko!
    - Przecież gdybyś usiadł przez chwilę i na chłodno przemyślał to co już wiesz, to potrafiłbyś bez trudu wyciągnąć wnioski.
    - Jakie?
    - Dobrze, powiem ci. Zresztą, to jest i tak powiązane niemal ze wszystkimi sprawami was dotyczącymi…

    Zamilkła jednak i jakby zakłopotana, zajęła się przyrządzaniem drinka dla siebie, oraz uzupełnieniem mojego kieliszka. Opróżniłem go od razu. Ona natomiast, sączyła napój drobnymi łykami, nie odrywając niemal słomki od ust. Zrobiła to dopiero, kiedy niewiele na dnie zostało.
    - Dorota powiedziała ci jak zostałeś kandydatem na ojca, ale nie powiedziała, co się z tym wiązało.
    - Co mianowicie?
    - No widzisz… ciągle muszę sięgać do historii… Chciała się przekonać, albo i nauczyć, jak to jest kochać się z mężczyzną! – wypaliła jednym tchem.
    - Nie żartuj! Przecież nie była dziewicą, tylko mężatką!
    - Taaa… mężatką… – westchnęła. – Ja, mieszkając w Czyżynach, częściej sypiałam z Romkiem przebywającym w Warszawie, niż ona ze swoim mężem, śpiąc z nim w jednym łóżku. W dodatku wiesz, gdzie najczęściej bywał jej mąż.
    - I naprawdę kumple Romka jej nie zainteresowali?
    - Nie! Tutaj mówiła prawdę. Dorota wprawdzie temperamentem mogłaby obdzielić kilka kobiet, ale jednocześnie miała takie zasady, że ja nie mogę. Niektóre wręcz paranoiczne! Aż trudno uwierzyć! Ciebie wybrała dlatego, że miałeś się w jej życiu już nie pojawić. Nigdy więcej! Wymyśliła sobie, że masz żonę, rodzinę, mieszkasz daleko, więc sam nie będziesz zainteresowany chwaleniem się letnią przygodą. Dla własnego dobra. I z tobą postanowiła się nie hamować. Dlatego też zaciągnęła cię do łóżka od razu w pierwszy wieczór…
    - Za róg domu, chciałaś powiedzieć.
    Lidka przerwała mi wesołym śmiechem.

    - A wiesz jak to na nią wpłynęło?
    - Nie, nie było czasu o tym rozmawiać.
    - Znowu załapałeś same plusy! Taka wpadka z tym twoim zamkiem! Dorota zorientowała się w mig, że już nie będziesz mógł z niej pokpiwać, bo sam sobie nie poradziłeś, no i byliście według niej na remisie. To dlatego była tak zadowolona, że niemal bez oddechu zaprowadziła cię do sypialni i już nie miała żadnych skrupułów, żeby się przed tobą rozebrać! Ona, która tak się lękała ośmieszenia, gdyby czegoś nie umiała…
    - A niby czego? – zdziwiłem się.
    - To już jej następna paranoja – spoważniała. – Zawsze panicznie bała się i wstydziła swojego braku umiejętności oraz doświadczenia w seksie. Między innymi dlatego nigdy nie zdecydowała się na jakiś romans ze znajomym, z kolegą, czy też rówieśnikiem. Obawiała się, że mógłby z niej zadrwić wśród znajomych. Ale jeszcze ważniejsze było coś innego. Obsesyjnie się bała, że nawet gdyby miała poważnego kandydata, to mogłoby nastąpić rozstanie i ktoś taki mógłby potem ot tak powiedzieć, że ją przeleciał. Że ją miał, albo że pieprzył! Nie zniosłaby tego! Nie zniosłaby pogardy, kpin i ośmieszania. Ona wtedy byłaby gotowa chyba zabić! Jej się ciągle wydawało, a pewnie i wydaje, że jeśli dałaby komuś dupy na lewo, to potem już nigdy nie uwolniłaby się od świadomości takiego zagrożenia. Pamiętasz jak zapowiadała, że z Romkiem do sauny nie pójdzie?
    - Pamiętam. Także to, że wcale jej nie przeszkadzało, gdy ty na trzecią z nami chodziłaś, na golasa przecież…
    - Ano właśnie, mnie też wykorzystywała bez skrupułów. A sama to przestała nawet chodzić na pływalnię, gdy chłopaki jakoś dowiedzieli się o tym i zaczęli przychodzić na tę samą godzinę. Nawet w stroju kąpielowym nie chciała im się pokazywać.
    - Przecież na basen przychodzi wielu ludzi! – nie mogłem uwierzyć w jej słowa.
    - Nieznajomymi się nie przejmowała. Problem pojawiał się właśnie wtedy, gdy kogoś poznawała. Nie ufała nawet Romkowi i pewnie do dziś nie pokazała mu się w bieliźnie. Dobrze przynajmniej, że kostium kąpielowy traktuje teraz inaczej, bo nie dałoby się tego ukryć. A tak, niby wszystko na zewnątrz jest normalnie…

    Kręciłem głową z niedowierzaniem, bo to wszystko było dla mnie niewiarygodne!
    - Lidka, przecież byłaś przy nas od samego początku! Od chwili poznania Doroty nie minęła nawet godzina i potem byliśmy już we trójkę! Więc gdzie był ten lęk? Gdzie ta obawa? Ja niczego takiego nie widziałem!
    Tylko się roześmiała.
    - Nie mogłeś zauważyć, bo przecież ty występowałeś w roli nieznajomego. Miałeś zrobić swoje i zniknąć! Dlatego wobec ciebie żadnych fobii nie ujawniła. Przeciwnie, Dorka wypróbowywała na tobie wszystko to, co było przeciwieństwem jej dotychczasowego zachowania. Innym nie dawała się podrywać – ciebie prowokowała sama. Nie pozwalała się „tykać” – tobie sama zaproponowała byś mówił jej po imieniu. Bała się rozebrać przed facetem – tobie pokazała wszystko od razu… Tak! Miałeś być testem i testerem, na którym sprawdzała swoje emocje, swoje odczucia i zachowania. A czym się to zakończyło… sam wiesz.
    Przypomnij sobie też, jak ja początkowo reagowałam na różne jej wyskoki. To wszystko było i dla mnie ogromnym zaskoczeniem! Nie znałam ciebie, nie wiedziałam jak to odbierasz, jak rozumiesz i co z tym zrobisz. Wiesz, że Dorotę straciłam z oczu na jakiś czas, gdy wyszła za Kamila, ale jej fobie przecież znałam! A tu taka niespodzianka! Próbowałam przeciwdziałać, rozmawiać z nią i z tobą, ale szybko przekonałam się, że to bezcelowe. Jak grochem o ścianę! Ani ty nie chciałeś ustąpić, ani Dorota nie dała się zatrzymać, tak była zdeterminowana i pozostało mi tylko apelowanie do twojego sumienia, prośby oraz wiara, że to nie zakończy się dla niej katastrofą.

    - No tak… tak było. Niewiele wtedy rozumiałem z twoich apeli i tłumaczeń, teraz wiem nieco więcej. Ale wiesz co? Nigdy nie chciała, żebym jej mówił o miłości, że ją kocham, sama też nigdy tak do mnie nie powiedziała. O sobie zresztą za wiele mi nie mówiła, może raz, na twoich imieninach… kiedy poszliśmy pospacerować nad jezioro. Za to wyciągnęła ze mnie wszystko, co dotyczyło mojego dawnego łóżkowego życia, historie dziewczyn z którymi sypiałem, jak i dlaczego rozstawałem się z nimi i… jakoś jej to nie przeszkadzało. Często w przerwach moich relacji kochaliśmy się nad jeziorem, albo szliśmy do domu na wygodniejsze miejsce w łóżku. Wtedy nie była o nic zazdrosna. Dlaczego więc teraz zareagowała tak emocjonalnie?
    - Na moich imieninach, to raczej było już „po”. Już minęła ta chwila, gdy ze zdziwieniem zauważyła, że nieoczekiwanie stałeś się treścią jej życia. Tomek, musisz zrozumieć, że Dorota w całej swojej naiwności, wcale nie chciała ciebie skrzywdzić! Ona nie jest sadystką! W swoim mniemaniu chciała postąpić uczciwie. Czegoś potrzebowała, ale w rewanżu zaoferowała siebie do łóżkowej zabawy. Bo to nie miała być miłość! Dlatego też z góry wykluczyła rówieśników, żeby nie mieć potem kłopotów z ich ewentualnym zakochaniem. Wydawało jej się, że mężczyzna w twoim wieku będzie już odporny na takie gesty, więc żeby nawet nie prowokować czegoś takiego, nie chciała słyszeć słów o miłości, a tym bardziej ich wypowiadać! Miałeś wrócić do domu, do żony i zamilknąć na zawsze! Dorka nawet pieniędzy nie szczędziła, abyś tylko nie mógł powiedzieć, że sypiała z tobą za pieniądze, lub że ciebie na coś naciągnęła. Miałeś pozostać z wrażeniem, że trafiła ci się niepowtarzalna wakacyjna przygoda i zawsze już milczeć!.
    - A historie z mojego życiorysu?
    - Przecież to proste. Nie była zazdrosna, bo o co? Wcześniej ciebie nie znała, wiec jakie to miało znaczenie dla waszej sytuacji? Żadne! A przy okazji… – zaśmiewała się – pobierała od ciebie również nauki teoretyczne! Tak, tak! Historie miłosne bliższych i dalszych znajomych, zasłyszane we fragmentach, niewiele jej dawały! Nie wiadomo co było w nich prawdziwe, a co tylko imaginacją, tworzoną dla potrzeb słuchających. Od ciebie poznawała pełne relacje międzyludzkie, opowiadane beznamiętnie, dawno już przebrzmiałe lecz prawdziwe, bez śladów fabularyzowania, bo nie miałeś potrzeby ich upiększania… Czysta szkoła dla Dorotki, panie Tomku! – chichotała. – Podawałeś jej na tacy to, czym akuratnie była bardzo zainteresowana. Jak reagują ludzie, co wtedy mówią, jak się zachowują… a jeszcze wzbogacone na dodatek o łóżkowe szczegóły… To tylko potęgowało jej zainteresowanie!
    - Lidka… dla Doroty seks jest aż taką obsesją?
    - To nie tak! – pokręciła głową. – Wiesz… powiedziałam ci, że ma duży temperament, ale tutaj nie o to chodziło. Dorka po prostu jeśli już coś robi, to angażuje się bez reszty. Wtedy miała trochę czasu, więc postanowiła zająć się tematem szczegółowo i do końca. Nie zapominaj, że była wtedy dwudziestosześcioletnią kobietą, mającą na koncie jedynie mizerne próby z Kamilem, który w tych sprawach do niczego się nie nadawał, w co akuratnie wierzę, bo miałam okazję go znać. Więc starała się jak mogła i chyba nie mogła trafić lepiej, niż na ciebie. Wszystko jej szło jak z płatka!
    - I co, chcesz mi powiedzieć, że cnotę straciła z Kamilem? – rzuciłem nagle.
    Lidka umilkła. Spojrzała mi w oczy z pobłażliwością, niczym profesor na kiepskiego studenta, a potem znowu zajęła się alkoholem. Chciałem ją w tym wyręczyć, jednak powstrzymała mnie gestem dłoni i poradziła sobie sama.

    Wypiliśmy już niemało, przy czym ja znacznie więcej, jednak i Lidka pewnie odczuwała jakiś rausz, bo przystawkami zajmowaliśmy się niespecjalnie. Stały sobie spokojnie na stoliku, ledwo naruszone, niczym na wystawie.
    - I po co zadajesz takie dziecinne pytania? – odezwała się spokojnie, znowu dzierżąc szklaneczkę w pobliżu ust. – Nie bawiłeś się nigdy w doktora?
    - Owszem – odparłem. – Ale to było tak dawno…
    - No to pomyśl o tym, że dziewczyny mają bardziej dorosłe przyrządy, służące do takich zabaw. Wystarczy ci, czy jeszcze coś? – zapytała nieco ironicznie.
    - A ty się z nią bawiłaś? – odpowiedziałem bezczelnym pytaniem.
    - Jasne! – roześmiała się.
    - Gimnastyka z przyrządami? – kontynuowałem.
    Oparła łokcie na stoliku i przysunęła ku mnie twarz.
    - Nie, Tomeczku, pudło! Ze mną bawiła się w bardziej młodych latach i to bez przyrządów. Skoro biegałyśmy samopas po okolicy, pływałyśmy w jeziorze, to i miałyśmy okazję pooglądać się bez majtek, a także próbować badać do czego niektóre części ciała nam służą. Wiesz co? – wyprostowała się w krześle i chociaż uśmiechała się pod nosem, jej głos stracił ironiczne zabarwienie. – Kiedyś rozmawiałam z Dorotą o takich sprawach. Wiesz, to było takie babskie, głupawe fantazjowanie. Jeszcze przed Johnem. Powiedziała mi wtedy, że gdyby miała możliwość zaczarowania facetów, żeby zapominali o niej na drugi dzień oraz nie mogli o niczym opowiedzieć, to byłaby znacznie bardziej dostępna! Ale cóż! Nie miała takich umiejętności ani możliwości, więc nic jej z tego nie wyszło!

    Zwilżyła usta i kontynuowała.
    - Powiem ci tak: Dorota, chociaż temperament ma nieprzeciętny, nimfomanką nie jest. Nie myśli całymi dniami o seksie, chociaż sama ma go nie tak wiele. Nie zazdrości też innym. Pogodziła się z tym co jest. Dziwką nie była, nie jest i nie będzie! Zatraci się w pracy, w bieganiu, w pływaniu… i dobrze! Zostaw to w spokoju! Zresztą, z tego co wiem, to również dlatego biega. To jest „zamiast” seksu. Potrafi osiągać orgazm nawet w jego trakcie. Jednak nie musisz się tym specjalnie interesować. Masz większe problemy, skup się na nich.
    - Ja już chyba nie mam żadnych problemów! Dopóki tu nie przyjechałem, to przynajmniej marzyłem, że jeszcze kiedyś się z nią spotkam i to będzie moje szczęście. Teraz się spotkałem i dowiedziałem się, że to koniec! I od razu wszystko ostatecznie wróciło na swoje miejsca. A ja znalazłem się tam, gdzie i wcześniej… Lidka, mam wrażenie, że wiem już wszystko. Więcej mi nie trzeba! Nie chcę już niczego wiedzieć!
    - Powoli! Ja, prawdę mówiąc, o najważniejszych sprawach dotyczących ciebie, jeszcze nawet nie zaczęłam…
  • #9
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Moja szczęka przybrała chyba klasyczny widok łyżki koparki.
    - Co masz na myśli? Jakie sprawy?

    Odwróciła głowę i zamyśliła się. Zwilżyła usta, ale jeszcze przez jakiś czas trwała nieruchomo. W końcu podjęła decyzje.
    - Nie zastanowiła cię reakcja Baśki? Że dla Doroty nie będzie pracować?
    - Owszem, ale sądziłem, że się przejęzyczyła, albo chodzi o zastępowanie Heleny.
    - Nic z tego! – zaśmiała się. – Musisz wiedzieć, że to Dorota trzyma w ręku cały mój biznes. Wyłożyła na to swoją prywatną kasę, ma zdecydowaną większość udziałów w spółce LIMAN, a poza tym gwarantuje mi kredyty swoimi lokatami. W każdej też chwili może wyrzucić mnie ze stołka! Baśka o tym wie, dlatego tak powiedziała.
    - Po co mi to mówisz? To wasze sprawy a nie moje…
    - I tu się bardzo mylisz! Tomek! Ta, niby moja firma, jest zbudowana na waszym sentymencie. Wiem, że trudno ci to zrozumieć, ale tak jest! Jeśli was nie będzie, to nie będzie też niczego, albo będzie to znacznie trudniejsze! Wiesz dlaczego ja cię lubię bardziej niż powinnam? Bo gdy tobie jest dobrze, to i ja nie mam kłopotów. Naprawdę! A teraz jest pełna klapa… rozumiesz? Środek sezonu, a ja nie mam w hotelu kuchni! Dwie głupie pindy, bo inaczej nie mogę się wyrazić, kładą mi całe Pokrzywno na łopatki! A za nim poleci reszta.
    - To Baśki nie da się zastąpić? – zapytałem zdumiony.
    - Niby kim? Baśka przeniosła się do mnie z całym bagażem swoich kontaktów i układów. Oraz swoim nosem, czyli wyczuciem ludzi a także produktu! Jeśli Baśki nie stanie, to zaraz zaczną mi tu wciskać barachło, niczym do przydrożnej jadłodajni. I nie mam nikogo innego, kto na pierwszy rzut oka odróżni towar świeży od przygotowanego pod klienta. Więc najdalej po tygodniu albo dwóch, w hotelu będzie zwykła, przydrożna knajpa, a nie ekskluzywna kuchnia.

    Tomek, ja mogę odtworzyć historię dostawców chociażby z faktur, ale nie mam nikogo, kto umiałby tak dbać o surowiec jak Baśka. Jej szajsu nie wciśnie nikt! Tak samo jest w kuchni! Już kiedyś tak było, że na kołduny zamiast mięso siekać, kobity przemieliły i udawały, że są zmęczone. Oprócz Baśki nie mam tam nikogo, komu mogłabym zaufać tak jak sobie. Baśka nigdy mnie dotąd nie zawiodła, ani nie oszukała!
    I bez niej ta kuchnia nie istnieje! Nawet Wojtek nic nie pomoże, bo nie będzie miał warunków. Pewnie jeszcze przez jakiś czas to będzie funkcjonowało siłą rozpędu, ale szybko nastąpi zjazd po równi pochyłej. Nie ma odpowiedniego surowca – nie ma też kuchni! Nie będę mieała szans na wysokiej klasy gości. Czyli trzeba będzie obniżyć standard i ceny. A bez tego nie spłacę kredytów. Koło się zamyka. A poza tym…
    Napełniła mi kieliszek i zachęciła do spożycia jego zawartości, osuszając też swoją szklaneczkę do dna.

    - Pogięło was obydwoje i to w najgłupszym czasie. W całym moim, biznesowym planie jest założenie, że bank corocznie płaci za wakacje Doroty i Johna i utrzymanie domu w gotowości. Jeśli mi tego braknie, to następny słupek też się zawali. Nie mówiąc o tym, że ich obecność napędza mi gości. Sytuacja robi się taka, że nawet zgoda Stefana niewiele mi już daje. Inwestycja napędzi tylko koszty, bez możliwości odzyskania tego w przyszłych zyskach. Więc umową ze Stefanem mogę sobie teraz tylko podetrzeć rzyć i adieu!
    - Po co mi to wszystko mówisz? – przerwałem jej. – Co ja mam do ich wakacji? Przez tyle lat to wszystko działało i co, teraz ma być inaczej? Lidka, ja bym ci pomógł gdybym umiał, ale nie wiem jak! Wybacz, przebywałem na zadupiu przez szereg lat, więc nie orientuję się w wymaganiach odpowiedniej sfery. Dorotka dzisiaj sprowadziła mnie na ziemię i zrozumiałem gdzie jest moje miejsce. Ja tej pogardy nie zapomnę! Cały czas mam przed oczami jej twarz! Zachciało mi się milionerki…
    - Kurwa, uspokój się! – wrzasnęła, aż kelnerki skierowały na nas wzrok. Lidka też się zreflektowała. – Przestań mnie drażnić i rozczulać się nad sobą! – powiedziała spokojnie, po czym wyjęła z torebki telefon i wybrała jakiś numer.
    - Gdzie jesteś? – padło pierwsze pytanie. Po chwili przerwała rozmówcy. – To dlaczego nie wchodzisz? Chociaż ty mnie nie wkurzaj!
    Schowała aparat i cicho skomentowała w adres rozmówcy, patrząc jednak na mnie.
    - Żebyś ty był zawsze taki posłuszny…

    Po minucie do lokalu wszedł Romek. Podszedł do nas, przywitał się ze mną jakby nigdy nic i usiadł przy stoliku. Najmniejszym gestem, ani uwagą, nie skomentował znacznie opróżnionej butelki i naszego szkła. Jakby ich nie było.
    - Romek, posłuchaj mnie uważnie – zagaiła Lidka, głosem już dość luźnym. – Jesteś teraz odpowiedzialny za mój powrót do domu. Kiedyś obiecałam Tomkowi, że się z nim upiję i ten czas właśnie nastąpił. Tym niemniej, na razie posiedź tutaj z nami, zamów sobie co chcesz, przekąś, przepij, byle to coś nie miało alkoholu, bo zaraz poproszę cię o wystąpienie słowne.
    - Jak samopoczucie? – zapytał mnie, ignorując tekst Lidki.
    - Kochanie… – w głosie Lidki zabrzmiała żartobliwa groźba. – Za chwilę pogadacie sobie według woli, a teraz nie mieszaj moim interesom…
    - Nie sądziłem, że mieszam! – odparł jej ze śmiechem. – Jestem do twojej dyspozycji!
    - Więc skoro tak się do tego rwiesz, to proszę, wprowadź Tomka w tajniki rodzinne Baryckich. Bo podejrzewam, że Tomek do dziś nie ma o nich najmniejszego pojęcia…

    Nic z tego nie rozumiałem, jednak siedziałem spokojnie. Zdałem sobie sprawę, że nic tutaj nie dzieje się przypadkiem i najlepiej będzie nie przeszkadzać. Jak na razie dowiedziałem się paru nowych szczegółów, ale to nie było nic takiego, co uzasadniałoby poszukiwanie mnie przez Lidkę. Żadna wiadomość mną nie wstrząsnęła, bo o dużym konflikcie Doroty i Baśki mogłem się przekonać już rano, chociaż nie znałem jego podłoża. Tak samo brak Baśki w hotelu nie mógł być taką przyczyną. Nic tu nie mogłem zrobić. Czyli Lidka mówiła prawdę, o najważniejszym jeszcze dzisiaj nie wspomniała…
    Wymienili ze sobą kilka spojrzeń. Lidka naciskała bez słów i w końcu Romek ustąpił. Zaczął niezbornie, zastanawiałem się nawet dlaczego głos mu się łamie, ale z każdą chwilą rozumiałem wciąż więcej i więcej…

    - Tomek… nie wiem, czy mnie pochwalisz, czy zganisz, czy będziesz zadowolony, czy wręcz przeciwnie… – nabrał powietrza, jakby miało go za chwilę zabraknąć. – Zrobiłem to bez twojego przyzwolenia, ale to ja zrobiłem! Jakby coś, przyznam się bez bicia, możesz mnie teraz za to nawet posadzić w pierdlu!
    - Co? O czym ty mówisz? – nie wytrzymałem.
    - Uspokój się i wysłuchaj do końca! – Lidka trzymała rękę na pulsie.
    - Czy wiesz jakie nazwisko noszą chłopaki Doroty? – zapytał.
    Nie miałem pojęcia. Nie zastanawiałem się nad tym! Nie przyszło mi nawet do głowy, żeby o tym kiedykolwiek pomyśleć!
    - Nie…
    Romek pokiwał głową.
    - Twoje! – oznajmił spokojnie. – To są Baryccy! Piotr Barycki i Paweł Barycki! Jesteś ich oficjalnym ojcem, a nie jakimś z doskoku! Tak figuruje w ich aktach urodzenia. A potem również i w innych dokumentach.
    Lekko mnie zatkało.
    - Jakim cudem? – wykrztusiłem i opadłem na krzesło.
    - Dlatego ci mówię, że możesz teraz donieść i mnie posadzić! Bo to ja zrobiłem!
    - Nie rozumiem… – przyznałem.
    - A co tu rozumieć? – nadal zachowywał stoicki spokój. – Ja podpisałem za ciebie dokumenty. Czyli sfałszowałem twój podpis. Pamiętasz jak wtedy, nad jeziorem, dałeś mi dla Damiana swoje papiery? Żebym je przekazał? Zrobiłem to, a on mi je po tygodniu oddał. Tyle, że tobie, to już oddać nie zdążyłem. I je po prostu miałem! Mogłem nimi dysponować.

    - Tomek, posłuchaj! – wtrąciła się Lidka. – Może ja trochę uzupełnię. Temat zrodził się jeszcze przed porodem Doroty, bo rozmawiałyśmy przecież o imionach chłopców. Przecież wiedziała, że to bliźniaki płci męskiej ale za nic nie chciała, żeby jako ojciec w dokumentach figurował Kamil. Zapowiadała, że jeśli tak zechcą wpisać w akcie urodzenia, to zażąda wpisania NN, czyli ojciec nieznany. Ciebie też nie chciała, chociaż jej to sugerowałam. Tyle, że to nie było spowodowane niechęcią, nie! Obawiała się jednak, że kiedyś, w przyszłości, może ewentualnie narobić ci kłopotów, a tego zrobić nie chciała.
    W dodatku żadne z nas nie znało tej całej procedury, nie zdawaliśmy sobie sprawy jakie dokumenty są niezbędne, wszystko wydawało się łatwe i proste. Po porodzie, kiedy tam poszłam, do Doroty najpierw mnie nie dopuścili, bo bliźniaki położyli na dobę do inkubatorów a ja nie byłam rodziną. Tym niemniej po chwili lekarz poprosił mnie do gabinetu i zapytał czy coś wiem na ten temat, bo chcieli wypełnić szpitalna kartę, no i Dorota podała im inne nazwisko ojca dzieci, nie swojego męża. Więc są w kropce, bo to nie bardzo tak można.
    To było twoje nazwisko.

    Nie zapominaj, że Dorota była pod wpływem jakichś leków, nie całkiem przytomna, ale ponoć powiedziała lekarzowi, że ma być jak mówi, albo niech piszą NN. Na drugi dzień, oczywiście tego nie pamiętała i twierdzi do dziś, że nie pamięta. Jednak wtedy potwierdziłam im, że jest wdową, mąż przebywał za granicą, więc na pewno nie jest ojcem, a ciebie znam i że tak właśnie jest jak powiedziała. Zapytał mnie jeszcze, czy podpiszę takie oświadczenie, a kiedy potwierdziłam, zawołał drugiego konowała, spisali sobie moje oświadczenie, dane z mojego dowodu, podpisałam to wszystko, oni podpisali się jako świadkowie i na tym w szpitalu się zakończyło.
    A na drugi dzień Dorota pozwoliła im dać mnie te papiery, chociaż ich nawet nie widziała, ja zaś przekazałam je Romkowi, a on zajął się załatwianiem spraw w Urzędzie Stanu Cywilnego.
    Zaglądałam potem do niej, podtrzymywać ją na duchu i mimo że była w szpitalu przez cały tydzień, o akty urodzenia nie zapytała ani jeden raz, w ogóle o tym zapomniała. Interesowała się wyłącznie chłopcami, reszta świata dla niej chwilowo nie istniała.
    - A teściowie nie zaglądali? – przerwałem jej.
    - Dorota nie chciała ich i nie informowała, że zbliża się rozwiązanie. Nikogo nie chciała widzieć, oprócz nas. Oni niczego nie wiedzieli. Więc oczywiste, że nie miała też nikogo, kto mógłby się zająć sprawami administracyjnymi…
    - Lidka, poczekaj! – Romek jej przerwał. – Pozwól mi opowiedzieć do końca!
    - Ależ proszę! – rozłożyła ręce.

    - Tomek… ktoś musiał zarejestrować urodziny chłopców w Urzędzie Stanu Cywilnego. Poszedłem tam i zbiegiem okoliczności, kumple z mojej dawnego zespołu akurat wtedy synchronizowali informatykę w urzędzie… – uzupełnił. – Nie pytaj więc jak, ani dlaczego, bo to do niczego niepotrzebne, tym niemniej wykorzystałem twój akt urodzenia, kopię dowodu osobistego i fałszując podpis, doprowadziłem do wpisania ciebie w roli ojca w akty urodzenia…
    - Tomek, to się odbyło za moją namową! – zastrzegła Lidka. – Bo Romek początkowo nie wiedział co i jak ma zrobić. Tak z marszu sporządzić aktów nie chcieli. Wtedy go namówiłam, że nawet jeśli sfałszuje podpis, to nie sfałszuje prawdy! Bo jesteś ich ojcem i nikt temu nie zaprzeczy! Chyba nie masz co do tego wątpliwości?
    - Lidka, pozwól! – Romek się skrzywił. I kontynuował. – Zdaję sobie sprawę, z tego co zrobiłem. Zrobiłem to wprawdzie w dobrej wierze, bo wierzyłem, że tak będzie najlepiej, tym niemniej teraz możesz mnie za to posadzić, bo to było z premedytacją. Wiedziałem, że łamię prawo i w dodatku miałem pomocników, którzy też je złamali – zakończył.
    - Ja nie rozumiem… zrobiłeś to z akceptacją Doroty, czy wbrew jej woli? – zapytałem.
    - Tomek, ja ci to wytłumaczę! – znowu Lidka zabrała głos. – Podziel ten cały czas na trzy okresy. Pierwszy, tuż po porodzie, kiedy Dorocie było wszystko jedno. Rozmawiałam wtedy z nią i wszystko miała gdzieś. „Rób jak uważasz” – usłyszałam. Tyle, że wtedy jeszcze nie kontaktowała. Jednak terminy administracyjne są nieubłagane. Więc Romek załatwił sprawę i było fajnie. Drugi – kiedy Dorota nie interesowała się tym. A po jakichś trzech tygodniach, kiedy zorientowała się co się stało, zrobiła nam awanturę, ale okazało się, że odkręcenie tego jest praktycznie niemożliwe. Owszem, w teorii są furtki, ale to procedura długa i niepewna. A w dodatku musi mieć podstawę! A tą podstawą byłeś ty i bez postawienia ciebie przed sądem jako świadka, nie miała szans na nic! Nie zapominaj, że Dorota była wtedy w okresie, gdy miała do ciebie żal, że przespałeś się ze mną…
    Zauważyłem, jak Romek w mgnieniu oka zamienia się w słup soli.

    - Ooo… czegoś nowego się dowiaduję! – wycedził powoli.
    Lidka zwróciła na niego ironiczne spojrzenie.
    - Przynajmniej w naszym towarzystwie nie rób z siebie głupka! – skomentowała jego słowa bez mrugnięcia okiem. – I wiedz, że bywałam w saunie z Tomkiem i z Dorotą. Na golasa! Miał okazję pooglądać mnie dokładnie, a ja jego też. Jednak to wcale nie znaczy, że kiedykolwiek się z nim pieprzyłam, więc nie cuduj!
    - To przespałaś się czy nie? – zapytał zdziwiony. – W ciągu jednej minuty obdarzasz mnie dwoma różnymi wersjami…
    - Romek… czy ja mam dzisiaj mało problemów? Nie podsłuchuj wybiórczo, to nie będziesz przeżywał! Chodzi o to, że Dorka wtedy tak sądziła! Wydawało jej się, iż z Tomkiem spałam, a nie, że tak było naprawdę! Ja jej nie wyprowadzałam z błędu po to, żeby przestała wariować, a prawda wyszła na jaw dopiero gdy Tomek przyjechał i sobie porozmawiali. My rozmawiamy skrótami i się rozumiemy, więc jeśli chcesz słuchać, to słuchaj, ale nie przeszkadzaj!
    Postanowiłem zademonstrować Romkowi swoje opanowanie.
    - Nie przejmuj się, mnie Dorota też jakoś nie chce wierzyć, że nie pieprzyłem rankiem Baśki! – odezwałem się z goryczą.
    - No właśnie! O co tu w ogóle chodzi? Ja was zupełnie nie pojmuję!
    - Myślisz, że ja mam inne spostrzeżenia? – zapytałem retorycznie. – Za cholerę nie mogę niczego zrozumieć!
    - Uspokójcie się! – Lidka kontrolowała sytuację. – Zakończmy jeden temat, bo nie mam czasu. Tomek, jest jeszcze jedna sprawa…
    Romek wbił spojrzenie w blat stolika.

    - Mów! – rzuciłem obojętnie. – Już mnie chyba nic nie zdziwi.
    Lidka znowu zachęciła mnie do opróżnienia kieliszka.
    - Problem powstał przed wyjazdem Dorki do Stanów. Trzeba było wpisać chłopaków do jej paszportu, a bez zgody ojca, to jest raczej niewykonalne. No i trzeba było znaleźć wyjście z tej sytuacji…
    - Czyli znowu ty? – zwróciłem się do Romka. Przytaknął głową.
    - Ano ja. Wiesz… informatycy się znają… Starym sposobem wprowadziłem do dokumentacji twoją zgodę z kopią dowodu osobistego oraz sfałszowanym przeze mnie podpisem. Wystarczyło, ale tylko na ten jeden raz.
    - Nie bałeś się?
    - Bałem! Ale zdawałem sobie sprawę z tego, że dopóki ty o tym nie wiesz, to nikt nie będzie tam zaglądał. Sprawa jest zamknięta.
    - To po co mi o tym mówicie?
    - Nie kojarzysz? – zapytała Lidka. – Przecież ty masz teraz nas wszystkich w rękach! Tomek! Jedno twoje zainteresowanie tematem może spowodować, że ktoś się temu przyglądnie dokładniej, zacznie grzebać w papierach, a wtedy wszystko się posypie!
    Wypiła swojego drinka do dna.

    - Zacznę od początku, nie przerywajcie mi. Tomek, teraz wiesz dlaczego absolutnie musiałam dzisiaj ciebie odnaleźć? I z tobą rozmawiać? Bo muszę wiedzieć co teraz zrobisz! Gdybyś wyjechał, nie znając niczego, mógłbyś też z czasem zacząć zadawać sobie pytania, nawet bez żadnych złych zamiarów. A to mogłoby mieć charakter ruchów słonia w składzie porcelany. Potłukłbyś wszystko doszczętnie!
    - Nie przesadzasz aby? – zapytałem.
    - Nie! Absolutnie nie! Wyobrażasz sobie taką sytuację, że o tym wszystkim dowiaduje się jakiś dziennikarz brukowca? Dorota nie jest osobą z pierwszych stron gazet, bo bardzo o to dba, żeby się tam nie dostać, bankowcom jest to absolutnie zbędne. Ale zaręczam ci, że jest sporo osób i organizacji, które bardzo by się ucieszyły mając na nią haka. Dostałoby się nawet Johnowi, chociaż z niczym się nie zetknął, ale i tak by go ochlapało. To dlatego się ciebie boi, bo nie wie, czy nie zrujnujesz mu kariery. Mógłbyś go oskarżyć o pozbawienie praw biologicznego ojca! Bo wiedział, że istniejesz! To wcale nie jest żart! Takie coś zablokowałoby mu karierę do końca życia i szybciutko musiałby się zwijać z Polski bez możliwości powrotu. Zresztą, Dorota też, chociaż przyjeżdżać by mogła. Tylko po co, skoro chłopcy by nie mogli? Nie wiem czy znasz prawo, polscy obywatele muszą wjeżdżać i wyjeżdżać z kraju na polskim paszporcie. A wpisy dzieci w paszport rodzica są już nieważne. A skoro by nie mieli paszportów… Więc albo straciliby polskie obywatelstwo, przyjeżdżając na amerykańskich, tak jak są teraz, czyli mało legalnie, albo nie przyjeżdżaliby wcale, co pewnie zaowocowałoby brakiem chęci odwiedzania Polski w życiu dorosłym.
    O Dorocie nie będę mówiła, pomyśl sam, natomiast zwróć uwagę na mnie i Romka. Oprócz odpowiedzialności prawnej, ja mam jeszcze biznes. I nie mogę sobie pozwolić, żeby nad nim wisiał jakiś miecz Damoklesa. Że jedno twoje słowo może mi rozwalić firmę. Bo jeśli nie będzie Johna i nie będzie Doroty, to co mi zostanie? Wspominałam ci już o filarach, na których się oparłam. A zresztą, może niczego nie będzie, bo i mnie posadzą…

    Milczeliśmy. Lidka nagłym ruchem napełniła pusty kieliszek żubrówką i natychmiast wypiła jego zawartość. Odetchnęła kilka razy i głos jej się uspokoił.
    - Chyba teraz rozumiesz, dlaczego nie mogę czekać znowu latami na wasze następne spotkanie. Zresztą, Dorka też nie może. Nasze interesy są tu całkowicie zbieżne. Dlatego wściekłam się, kiedy rano zniknęła, a ty wyjechałeś. Bo zrobiła to wbrew interesom swoim i dzieci, o moich nie wspominając. Ona musi z tobą utrzymywać kontakt, chce tego, czy nie. Chyba, że wyjedzie stąd na zawsze. W Ameryce jej nie dosięgniesz, chociaż narobić trochę poruty mógłbyś zawsze. Tyle tylko, że zaszkodzisz przede wszystkim swoim dzieciom, co powinieneś brać pod uwagę.
    - Dlaczego mówisz, że musi? Co ją do tego zmusza? Powiedziała przecież, że będzie ze mną rozmawiała poprzez adwokata…
    - To aż tak? – wyrwało się Romkowi.
    - Romek… – Lidka obdarzyła go przeciągłym spojrzeniem, po czym zwróciła się do mnie.
    - Przepraszamy cię, musimy przez chwilę porozmawiać na stronie…
    - Proszę bardzo! – rozłożyłem ręce.
    Wstali i odeszli w stronę drzwi, cicho ze sobą rozmawiając. Po chwili Romek wyszedł z restauracji, Lidka zaś wróciła do stolika.

    - Przepraszam, ale Romek nie zna o Dorocie wielu spraw i uważam, że znać nie musi. Ty zaś pytasz czasami o to, czego nie powinien słyszeć. Wróćmy do tematu. Na czym skończyliśmy?
    - Dlaczego uważasz, że Dorotka musi się kontaktować ze mną?
    - Słuchaj, spotkanie z tobą, to była już najwyższa pora. Dorocie tylko wtedy na wakacjach wydawało się, że wszystko będzie proste. Ale od początku, jak się już orientujesz, proste nie było. I szybko do niej dotarło, że wcześniej czy później, będzie musiała dzieciom powiedzieć prawdę. Im szybciej, tym lepiej. Jednocześnie, ona rzeczywiście ciągle czuje się winna wobec twojej żony. I naprawdę nie wiedziała jak to zrobić, żeby nie zrujnować wam życia. A poza tym bała się. Bała się twojej reakcji na fakty i swojej na spotkanie z tobą. Nie bezpodstawnie, jak już wiesz. Obydwoje wyszliście z tego poobijani. Dlatego odkładała to dopóki się dało. Ze strachu.
    Jednak teraz już się odkładać nie dało. Chłopaki nie maja paszportów, a drugi raz taki numer jak wtedy, już nie wyjdzie. Po pierwsze nie pozwolę na to Romkowi, a gdyby nawet, to już są małe szanse powodzenia. Wtedy trafił na wdrożenie, jeszcze nie wszystkie zabezpieczenia działały, jeszcze można było ukryć jakieś tam wejścia do systemu, teraz to już uszczelnione, a i znajomych nie ma. Jedyne wyjście, to załatwiać wszystko normalnie, a bez ciebie się nie da…
    - Lidka…
    - Tak?
    - A jak wjechali teraz?
    - Na amerykańskich paszportach. Jednak na lotnisku pogranicznicy kręcili już głowami, Dorota miała problemy. Za rok mogą ich nie wpuścić.
    - Słuchaj… – przerwałem jej. Wypiłem swoją wódkę i oznajmiłem pewnym głosem. – Szkoda, że jestem po wódce, bo poszlibyśmy do notariusza i już dzisiaj dałbym swoją zgodę na paszporty dla nich. Bez żadnych warunków! I nie będę ich stawiał w przyszłości, tego możesz być pewna. Dlatego prześlesz mi na maila tekst upoważnienia, ja to załatwię u siebie i oryginał notarialnie potwierdzony wyślę na twój adres, jaki dołączysz do maila. Może tak być?
    Zaskoczyłem ją.
    - Oczywiście, że może i chyba dobrze zrobisz. Będę miała jeszcze jeden argument do rozmowy z nią.
    - W ogóle, gdyby pojawiły się podobnego typu sprawy, to pisz do mnie, nie widzę problemów. Teraz poprzednia sprawa. Dobrze, że powiedziałaś o tym, bo to faktycznie możliwe, że kiedyś przyszłoby mi do głowy pogrzebanie w temacie. Ale śpijcie bez obaw. Nikomu niczego nie doniosę i gdyby coś, to potwierdzę podpisy jako moje. Wytłumacz też Johnowi, że do dziennikarzy nie pójdę, niech i on śpi bez stresu. Temat zamykamy. Nie wracaj już do niego. Ja też nie będę.
    Lidka wyciągnęła do mnie rękę ponad stołem.
    - Dziękuję ci, naprawdę jestem teraz znacznie spokojniejsza.

    Uścisnąłem jej dłoń, po czym przypieczętowaliśmy zgodę kieliszkiem żubrówki. Ale zanim podjęliśmy ponownie rozmowę, do restauracji wrócił Romek, po czym usiadł na swoim miejscu.
    - W porządku? – zapytała Lidka. Romek przytaknął ruchem głowy.
    - Tomek, mam taką propozycję… – zwróciła się do mnie.
    - Mianowicie?
    - Chodź ze mną do numeru! – patrzyła mi prosto w oczy, śmiejąc się gdzieś w głębi.
    Rzuciłem wzrokiem nieco w bok. Romek też wyglądał na wesołego. Coś mi tu zapachniało zmową.
    - Chodźmy, nic ci nie zrobię! – Lidka podniosła się z krzesła.
    - „To po co pójdę” – Romek ze śmiechem zacytował stary dowcip.
    - No dobrze, ale to… niezapłacone! – pokazałem na stolik.
    Byłem zdezorientowany. Lidka natomiast pochyliła się i pocałowała Romka w policzek.
    - Zapłacisz, kochanie, prawda?
    - Oczywiście! – zapewnił ją, dodając – Bawcie się dobrze!
    Podał Lidce elektroniczny klucz do drzwi i oparł wygodnie o poręcz krzesła. Nie wybierał się z nami.
    - Wyślij nam też coś do jedzenia i picia, zrób to o co cię prosiłam a potem przyjdź do nas. Tylko niech się sprężą! – rzuciła jeszcze, po czym ujęła mnie pod ramię i poprowadziła do wyjścia.

    W apartamencie zrzuciła szpilki i bez zażenowania położyła się w ubraniu na wielkim, podwójnym łożu, poprawiając tylko poduszkę.
    - Już miałam dość tamtego krzesła – westchnęła z ulgą. – Mam nadzieję, że się nie obrazisz za moje nieprzystojne zachowanie?
    - Co wyście wykombinowali? – zapytałem, pomijając jej słowa.
    - Przecież to dla ciebie! Żebyś miał gdzie spać i wytrzeźwieć. A my zjemy z tobą obiad i pojedziemy do domu.
    - Lidka… ja nie mam tyle kasy!
    - Czy ciebie ktoś pytał o pieniądze? Dorka za to zapłaci.
    - Nie będę korzystał z jej pieniędzy! – zastrzegłem.
    - Tomek! – zawołała twardo i usiadła na łóżku. – Nie baw się ze mną w dziecinadę, bardzo cię proszę!
    - Ja się w nic nie bawię! – przerwałem jej, ale nie słuchała.
    - Powiedziałam ci, że to odkręcę, bo jedziemy na tym samym wózku! Jeśli tego nie zrobię, to mogę zwijać interesy! Nie mogę ci obiecać, że to będzie dzisiaj, ale na pewno zdążę przed twoim wyjazdem do Moskwy! Dlatego porzuć te swoje fochy bo wracamy do realizacji zaplanowanego przez was scenariusza. Rozumiesz? Dogadałeś się z Dorotą i ma być tak, jak się dogadaliście!
    - Jej to powiedz, a nie mnie! – rzuciłem gorzko.
    - Oczywiście, że powiem! Ja jej powiem o wiele więcej niż myślisz, ale nie będę wprowadzać cię w szczegóły, bo zdziwiłbyś się jak potrafię kląć i bluzgać! Dlatego uspokój się i słuchaj uważnie. Romek przyjechał tutaj jeepem, z tym wszystkim co zostawiłeś w środku. Samochód zostaje do twojej dyspozycji i masz nim jechać jutro do domu, jasne? A tam zająć się zamykaniem swojej działalności, oraz pilnym wysłaniem córki do banku. Jeśli nie zdążę załatwić wszystkiego z Dorką do jutra, to porozmawiam z Johnem. Jego na pewno przekonam, nie martw się o to. On sam jest bardzo zainteresowany unormowaniem relacji z tobą i nie będzie stawiał żadnych przeszkód.

    Opadła na pościel, a ja opuściłem głowę, nie do końca przekonany, chociaż samopoczucie nieco mi się poprawiło. Po raz pierwszy od dzisiejszego poranka ujrzałem jakieś światełko w tunelu. Może Lidka rzeczywiście uładzi sprawy między nami? To było mi bardzo potrzebne. Inaczej miesiącami będę dochodził do siebie, żyjąc jak półprzytomny, albo nie całkiem normalny. Ponadto nie chciałem się jej sprzeciwiać. Zadała sobie wiele trudu, żeby mi pomóc i nie należało tego lekceważyć. Wierzyłem też w ich wersję, iż to, do czego przyznali się z Romkiem, zrobili w głębokim przekonaniu, że tak będzie lepiej dla dzieci, a mnie absolutnie nie zaszkodzi. Mało tego! Nie mieli zamiaru mi szkodzić, co do tego, nie miałem żadnych wątpliwości. Lidka wiedziała o wszystkim znacznie więcej niż ja, a więc o wiele lepiej potrafiła poruszać się w tamtych realiach.
    - Co się tak zamyśliłeś? – przerwała moją zadumę.
    - Mówiąc poważnie, to i chciałbym, i boję się. A co będzie, jeśli zablokuje kartę i stanę gdzieś na środku drogi?
    - Przestań! Ja mam zamiar załatwić to do czasu twojego wyjazdu, to jest raz. A po drugie, skoro jej dotąd nie zablokowała, to chyba taki miała zamiar. Bo może to zrobić w dowolnej chwili wysyłając maila. Tym niemniej, karta działa, Romek się nią posługiwał i nic nie wskazuje żeby miało być inaczej. I po trzecie… Romek za chwilę przyniesie tutaj twoje bagaże, łącznie z tymi, które zostawiłeś w jeepie. Poza tym, wszystko jest już zapłacone, razem z obiadem, który mają nam tu dostarczyć…
    Zapukano do drzwi.
  • #10
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Lidka nawet nie drgnęła, dlatego otworzyłem ja. Okazało się, że Romek przytargał bagaże. Nie było sensu się kłócić. Wstawiłem neseser na dół szafy, a obok niego torbę z zakupami Doroty.
    - Tu masz resztę! – podał mi kluczyki, kartę, mikroczip i piloty do samochodu. – Teczkę z dokumentami, laptop i telefon włożyłem do zakupów – objaśnił. – Tam masz też moduł do laptopa, o którym ci wspominałem. Gdybyś czegoś zapomniał, jest też instrukcja. Poczytaj ją w kraju i gdy będziesz wyjeżdżał, to mi ją oddasz. W żadnym wypadku nie zabieraj do Moskwy! Jeśli coś będzie niejasne, kontaktuj się z Anką lub ze mną. Numery telefonów są w pamięci.
    - Siadaj gdzieś – zaproponowałem.
    - Nie, dziękuję. Nie będę wam przeszkadzał – powiedział obojętnym głosem.
    - Idziesz gdzieś? – Lidka uniosła głowę.
    - Idę, bo macie tu jakieś swoje tajemnice. Dla siebie zamówiłem obiad w restauracji, a tutaj tylko dla was. Może wcześniej zakończycie to romansowanie i pojedziesz do domu?
    - Kochany jesteś! – Lidka przesłała mu pocałunek, ale po chwili usiadła na łóżku. – Jak wrócimy do domu, to własnoręcznie otworzę ci piwo!
    Roześmiał się, wyraźnie rozbawiony.
    - Tylko się nie pobijcie! – rzucił dochodząc do drzwi.
    - Poczekaj chwilkę! – Lidka podniosła się z łóżka. – Tomek, wiesz co? Zostaw mnie na minutę samą. Zadzwonię do Baśki, dobrze? Tylko nie idź daleko, proszę! I przepraszam, ale wolałabym rozmawiać z nią nieskrępowana…
    - W porządku! – odparłem. – Nie widzę problemów.
    Wyszliśmy z Romkiem na korytarz, po czy wolnym krokiem skierowaliśmy się w stronę wind.

    - I co postanowiłeś? – zapytał.
    - Z czym?
    - Z tym, co ci powiedziałem.
    - Z papierami? Nie ma tematu. On już dla mnie nie istnieje. Przyjmuję wszystko w stanie takim jaki jest. Mieliście rację. Czułbym się bardziej oszukany, gdybym dowiedział się o wszystkim, a w aktach wpisany byłby Kamil.
    - Myśmy z Lidką też doszli wtedy do takiego wniosku, ale wiesz… teraz już nie zrobiłbym tego. Wtedy mi się wydawało, że niczego takiego złego nie czynię, ot, drobny psikus. Ale z czasem i wiekiem przychodzi refleksja. To jednak było fałszowanie dokumentów.
    - Dobrze, wystarczy! – przerwałem mu. – Powiedziałem ci, że temat dla mnie nie istnieje i dobrze, że się wszystkiego dowiedziałem. Już mówiłem Lidce, że za jakiś czas mogłaby mi przyjść ochota dowiedzieć się czegoś o chłopakach i rzeczywiście, mogłoby to wymknąć się spod kontroli. Dlatego będę milczał. W swoim własnym interesie również. Zgoda?
    Mówiąc to, wyciągnąłem do niego rękę. Uścisnął ją skwapliwie.

    - Zgoda, jasne, że zgoda. Słuchaj, a co właściwie stało się pomiędzy wami? O co tu chodzi?
    Skrzywiłem się z niesmakiem.
    - Niech ci Lidka opowie, ja nie mam siły do tego wracać. Przepraszam!
    - Ok. Ale do Moskwy pojedziesz?
    - Być może – pokręciłem głową przecząco. – Ale na razie jest więcej na nie, niż na tak. Niby Lidka obiecuje jakoś to wyprostować, jednak co z tego wyjdzie, tego raczej nikt nie wie.
    - Spokojnie! Masz przecież umowę z nami. Już biegnie, bo John podpisał ją od pierwszego lipca. On, kurczę, czuje respekt przed tobą, naprawdę! Lidka mi mówiła, że parę razy naciskał na Dorotę, żeby z tobą wyjaśniła wszystko, bo zbyt długo czeka w niepewności.
    - A cóż mu tak na tym zależało? Przecież on z niczym nie miał styczności!
    - Wiesz jakie on ma marzenie?
    - Skąd mam wiedzieć?
    - On chce wejść do zarządu banku w Nowym Jorku, albo co najmniej zostać prezesem w Londynie lub Hongkongu. Bo pod względem prestiżu, są to stanowiska w zasadzie równorzędne. I ma ku temu podstawy! Wyciągnął ten bank z dwudziestki do piątki największych u nas w kraju, ma najlepsze wskaźniki procentowe w grupie i to dwukrotnie wyższe niż następny filialny, dzięki Dorocie nie zmoczył dupy na opcjach i instrumentach pochodnych, tak samo zresztą, jak i centrala. Wiesz, patrząc na to obiektywnie, to wraz z Dorotą stanowią jednak świetny tandem. Ona podpowiada mu w inwestycjach, a on koncentruje się na reszcie zagadnień.
    - John podlega nadzorowi Doroty? – zapytałem, chociaż nie do końca wszystko zrozumiałem.
    - Nie, oficjalnie on jest wyłączony z jej nadzoru. Ale przecież rozmawiają ze sobą o wielu służbowych sprawach, prawda? I Dorota mu doradza. Ma wiedzę, wiele potrafi i czuje ten kraj, tę ekonomikę. Bo tu nie wszystko idzie tak jak na zachodzie i niektóre teorie Doroty jednak się sprawdziły. Poza tym Amerykanin ma w ogóle odmienne spojrzenie na Polskę i tak samo na Europę. U nich gospodarka nieco inaczej funkcjonuje, przede wszystkim nie ma Unii.

    - No dobrze, a co ja w tym wszystkim znaczę? Przecież o niczym nie mam pojęcia!
    - Tomek! Zrozum, gdybyś zaczął się awanturować z Dorotą o dzieci, on tak samo byłby w to zamieszany! A efektem tego byłby koniec jego marzeń i oczekiwań! Dostałby jakąś posadkę gdzieś w innym kraju, czy też podrzędny fotelik w centrali i tyle! Bankowiec to zawód zaufania społecznego, wizerunek jest niemniej ważny niż umiejętności! Nie miałby już szans na awans! Tego się najbardziej boi. Twoją umowę, świadczenia, fundusze, podpisał bez mrugnięcia okiem i tylko popędzał personalną, że to wszystko ma być na cito! A jak mu powiedziała, że musi sprawdzić, czy osoba współpracująca może być objęta pracowniczymi przywilejami, to jej dał dziesięć minut czasu do namysłu. Tak, że masz w pakiecie wszystko to, co obejmuje najwyższych specjalistów. Dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne, fundusz emerytalny i pozostałe dodatki. Nie masz źle, mówię ci!
    - Może i nie mam, ale to jest czysta teoria. Bo niby jak mam wypełnić umowę ze swojej strony?
    - Ależ ty jesteś nerwowy, poczekaj trochę, wszystko się unormuje. Skoro Lidka tak twierdzi, to ja wierzę, że nie rzuca słów na wiatr. Tobie by oczu nie mydliła!
    - Oby tak było…
    - Będzie! Przynajmniej mnie coś takiego powiedziała.
    - Mianowicie?...
    - Że wreszcie jest możliwość pełnego uporządkowanie spraw. Nas wszystkich razem i każdego z osobna…

    Jedna z wind zatrzymała się z cichym szczękiem, drzwi się rozsunęły i na hall wytoczył się wózek prowadzony przez służbowo ubraną dziewczynę. Nie zwracając na nas uwagi, skierowała się w stronę apartamentu.
    - Pewnie wasz obiad – Romek zmienił temat. – Dobra, jeśli coś, to ja na razie będę w restauracji, a potem chyba w aucie.
    - A czemu nie chcesz zostać?
    - Tomek, posłuchaj! Zdaję sobie sprawę, że będziecie roztrząsać sprawy twoje i Doroty, a ja nie chcę o nich zbyt dużo wiedzieć, rozumiesz?. Wiesz… ja pracuję z Johnem. Bliższa znajomość szczegółów waszych z Dorotą kontaktów, mogłaby mi przeszkadzać na co dzień. Idź więc na obiad, ja spokojnie zjem na dole i wszystko będzie cacy, dobrze?
    - Jak uważasz! – zgodziłem się beznamiętnie.
    - To na razie! – podał mi rękę. – Dziękuję ci jeszcze raz i nie żegnam, bo myślę że się później zobaczymy.
    - Oczywiście! Muszę ci oddać Lidkę w całości, żebyś mi potem reklamacji nie składał! – roześmiałem się półgębkiem.
    Odpowiedział podobnym uśmiechem, machnął ręką i wszedł do windy, którą cały czas blokował butem.
    - Nie mam zamiaru jej pilnować, nich się sama pilnuje, jadę!
    Nie zdążyłem mu odpowiedzieć, bo drzwi się zamknęły i winda natychmiast ruszyła w dół. A ja poszedłem na obiad.

    Drzwi do apartamentu były otwarte. Lidka rozmawiała z dziewczyną, ale nie dowiedziałem się o czym, bo ujrzałem jedynie jak skinęła głową i skierowała się do wyjścia. Przepuściłem ją w drzwiach, po czym wszedłem do środka.
    - Mogę? – zapytałem.
    - Wchodź, miałam już iść po ciebie. Usiądź i poczekaj chwilę…
    Nie zauważyłem, że trzymała w ręku telefon. Podniosła go do góry, wybrała jakiś numer i rzuciła tylko krótkie „Jest Tomek, już ci go daję!”, po czym podała mi aparat.

    - Baśka! – szepnęła niemal bezgłośnie w moją stronę.
    - Halo? – odezwałem się pierwszy.
    - Tomek to ty? – usłyszałem w odpowiedzi.
    - Ja! Witaj Basiu!
    - I ja ciebie witam! – odparła spokojnym głosem. – Tomek, możesz mi powiedzieć jedną rzecz?
    - Ale nie wiem co!
    - Powiedz mi, spałeś z nią? Teraz, gdy tu przyjechaliście?
    Zaschło mi w ustach. Albo Lidka jej powiedziała, albo czegoś znowu się domyśla.
    - To takie ważne? Dlaczego pytasz?
    - Tak, to jest dla mnie ważne! Chcę to usłyszeć od ciebie.
    Może gdybym był trzeźwy, to bym tego nie powiedział, ale w tym stanie i tej sytuacji, było mi obojętne co sobie pomyśli.
    - Tak! Ostatni raz wczoraj, na godzinę przed przyjazdem do ciebie.
    - I wcześniej też?
    - Też…
    Po drugiej stronie zapadła cisza.
    - Basiu, jesteś tam? – zaniepokoiłem się.
    - Jestem! – odpowiedziała krótko i spokojnie. – Tomek, mam do ciebie prośbę!
    - Słucham!
    - Pogódź się z nią! Nie róbcie dzieciom krzywdy, dobrze?
    - Ależ…
    - Ja wiem, że to ona zaczęła, ale ty bądź mądrzejszy. Możesz też powiedzieć Lidce, że dzisiaj jeszcze nie, ale jutro wracam do pracy. Ja wytrzymam jej widok, a dzieci nie będę krzywdziła. Tym bardziej, że to są twoje dzieci.
    - Basiu…
    - Zrobisz to? – przerwała mi.
    - Ja nie mam nic przeciwko…
    - Tak musi być! – nie dała mi dokończyć. – Postaraj się! Życzę ci szczęścia, może się kiedyś spotkamy, a teraz daj mi jeszcze Lidkę.
    - Basiu…
    - Tomek, wystarczy! Proszę! Daj Lidce telefon!
    - Do zobaczenia! – westchnąłem tylko i oddałem aparat.

    - Jestem, no co tam?
    Lidka przyłożyła telefon do ucha, a po chwili zaczęła stroić miny niczym w jakimś teatrze.
    - Baśka… – próbowała przerwać rozmówczyni. – Baśka, ja zawsze wiedziałam, że ty jesteś mądra dziewczynka!… W porządku… w porządku, mówię!... Zadzwonisz do Wojtka, czy ja mam to zrobić?... Dobrze… tak… dobrze… Basia, kończmy już, bo obiad mi stygnie!… Nie, kochana. Jestem w knajpie! Muszę jadać u konkurencji, tak wyszło!... Nie, ja się nie skarżę, bywa i tak… Dobrze, trzymam cię za słowo! No już, już, ogarnij się do jutra i przychodź normalnie, jakby nic się nie stało… Dobrze, spróbuję, a ty trzymaj się!
    Rozłączyła rozmowę i westchnęła.
    - Muszę jeszcze zadzwonić do Wojtka.
    Skinąłem głową ze zrozumieniem. Lidka wybrała numer, a potem, bez wdawania się w jakieś dyskusje, wyjaśnienia czy też szczegóły, oznajmiła rozmówcy, że od jutra wszystko wraca do normy. Dzisiejszą nieobecność Baśki skomentowała tylko krótkim stwierdzeniem, że to jej prywatne sprawy i to wszystko. Rozmowa trwała niecałą minutę.

    - Dwie sprawy mamy z głowy – powiedziała, odkładając telefon i zacierając dłonie, które potem uniosła do góry w triumfalnym geście.
    - Jakie dwie? – nie zrozumiałem.
    - Wcześniej rozmawiałam z Johnem – wyjaśniła wstając, po czym nie przestając mówić, przysunęła wózek i zaczęła nakrywać stolik. – Oczywiście, nie wdawałam się w szczegóły, bo to rozmowa nie na telefon, ale zasygnalizowałam mu, że z twojej strony problem ma rozwiązany i ty nie stawiasz żadnych warunków, licząc na bieżące dogadywanie się w konkretnych sprawach, które będą się pojawiać.
    - Dorotka nie wróciła?
    - Nie, ale zadzwoniła do niego z telefonu Diany. Powiedziała, że zrobiła chłopcom wycieczkę i że wrócą późno. John zaczął już podejrzewać, że jesteście razem, ale Dorota zaprzeczyła, a ja to teraz potwierdziłam.
    - Uwierzył ci?
    - Oczywiście, bo niby skąd mogłam mieć informacje o tobie i od ciebie? Dyskretnie wcisnęłam też, że jest z nami Romek i że załatwił z tobą sprawy, więc nie miał już żadnych wątpliwości. Chociaż prawdę powiedziawszy, John nie miał na myśli niczego złego! Wręcz przeciwnie, on uznaje wasze z Dorotą prawo do spędzenia z dziećmi paru dni i przyjął to do wiadomości. Natomiast nie podobało mu się, że Dorota go o tym nie uprzedziła.
    - Ale teraz wie, że nie jesteśmy razem? I nie miała o czym uprzedzać?
    - Tak, dla niego jesteś czysty jak łza i jest ci wielce zobowiązany. Wyraźnie to podkreślił.
    - Dopóki Dorota mu czegoś nie chlapnie…
    - To jest niemożliwe! Nawet tak nie myśl.
    - Oby… Słuchaj, skąd Baśka wiedziała, że spałem z Dorotą? Powiedziałaś jej?

    - Tomek, musiałam! – Lidka usiadła za stołem. – Wszystkie moje argumenty spływały po niej jak woda po kaczce, niczego nie chciała słuchać. Dlatego strzeliłam ją na odlew i zapytałam, jak ona by się zachowała, gdyby mężczyzna z którym niedawno spała, okazał się po chwili w łóżku z inną kobietą? Czy zachowałaby spokój? Dopiero wtedy zaczęła myśleć. Przyznała, że jest to jakieś może nie usprawiedliwienie, ale przynajmniej wyjaśnienie takiego a nie innego zachowania Doroty. I braku jej panowania nad sobą.
    - Boję się, że to pójdzie w świat…
    - Nie sądzę. Gdybym w to nie wierzyła, poddałabym się, nie powiedziawszy niczego. Baśka udowodniła wcześniej, że umie trzymać język za zębami. Zresztą, powiedziała mi, że zapomni o wszystkim, nie czekając nawet na przeprosiny i zrobi to w trosce o dobro dzieci. Nie będzie też szukała rewanżu, z takiego samego powodu. Czyli uznała, że skoro was z Dorotą łączy jeszcze coś innego niż dzieci, to musi zmienić optykę widzenia waszych relacji i udawać, że niczego nie zauważa. Tak jak i wtedy.
    Umilkła i zajęliśmy się obiadem. Cisza jednak nie trwała długo. Zbyt wiele spraw było jeszcze niewyjaśnionych.

    Dodano po 1 [godziny] 22 [minuty]:

    - Słuchaj, wczoraj rano, po tym wieczorze z Heleną, zapytałem o nią Dorotkę. Bo wyraźnie wtedy chciała, byśmy zostali we dwoje. Ale Dorotka wymigała się od odpowiedzi i nie powiedziała niczego konkretnego. Skąd ta przychylność Heleny dla mnie? Jeszcze dzień wcześniej nie bardzo chciała wpuścić mnie do kuchni…
    - To, że nie chciała ciebie wpuścić, to nic nowego. Nikogo tam nie toleruje, sprząta i pierze sama, a nawet jak hotelowa ekipa robi jakieś większe porządki, to pilnuje, żeby zajmowali się tylko tym, co mają zrobić. Więc konkretnie niczego na ten temat nie wiem, ja z nią nie rozmawiałam, ale domyślam się o co chodziło. Zacznijmy od tego, że Helena niezbyt lubi Johna.
    - Dlaczego?
    - Dobre pytanie, ale odpowiedź niełatwa. Bo musisz wiedzieć, że John jest gościem całkiem w porządku. To na pewno nie Kamil! Może jest trochę zbyt amerykański, ale to drobiazg. Jednak z punktu widzenia Heleny, a częściowo i Doroty, ma jedną, zasadniczą wadę. Otóż nie potrafi zajmować się dziećmi. Nie umie i nie lubi tego. Nie potrafi też nawiązać z nimi bliskiego kontaktu.
    Wiesz, jego nieciekawe relacje z własną córką, nie wzięły się z nikąd. Bo nawet własnym dzieckiem nie potrafił się zająć, albo też nie miał na to czasu. Jemu się wydaje, że jak zapłaci za opiekunkę, guwernantkę, zapewni odpowiednie warunki, pieniądze, to starań z jego strony wystarczy. Czuje się rozgrzeszony. I pod tym względem Dorota trafiła kiepsko. Jednak poza tym, niczego nie można mu zarzucić. Ale dla Heleny jest to powód wystarczający. Bo ponadto potwierdza jej własną teorię i filozofię życiową.

    Musisz wiedzieć, że Helena bardzo niechętnie przyjęła wiadomość o tym, że Dorota wyszła za mąż w Stanach. W dodatku nie mogła podzielić się z nikim swoimi wątpliwościami, bo jej zastrzegłam, żeby nawet mojej matce nie ważyła się o tym powiedzieć.
    - Dlaczego?
    Lidka zamachała rękami.
    - To przez tę kłótnię Doroty z matką, później ci to wyjaśnię.
    - Dobrze, kontynuuj zatem.
    - Kurczę… ale to z kolei cały czas się wiąże… Tomek, muszę jednak wrócić do początków.
    - Wracaj, jeśli trzeba.
    - No tak, będę musiała przy obiedzie opowiadać o mało obiadowych sprawach – uśmiechnęła się. – Cóż, jak trzeba, to trzeba! – westchnęła.
    - Zostaw konwenanse na boku, tak rzadko mam okazję z tobą porozmawiać…
    - Tak też zrobię, nie mam wyjścia! – odparła. – Ale takich spraw… – podniosła się z krzesła i zajrzała na wózek, z którego wyjęła nową butelkę schłodzonej żubrówki, chociaż tamtej nie wypiliśmy i pozostała w restauracji.
    - Nie pijasz wina do obiadu? – zapytałem.
    - Pijam, gdy trzeba – odparła. – Skoro jednak mamy obiad bez konwenansów, to pozwolisz, że wykorzystam rzadką okazję do napicia się wódki, chociaż to nie przystoi damie! – roześmiała się. – Wino zostawię sobie na bardziej oficjalne okazje – chichotała.
    Miała o wiele lepszy nastrój niż wtedy, kiedy zaczynaliśmy rozmowę w restauracji.
    - A pij co chcesz, o mnie nie zapominając – dodałem.
    Nie zapominała i mój kieliszek też był napełniony. Po chwili wznowiła opowieść.

    - Musimy wrócić do dość dawnych czasów, zaczynając od kwestii zainteresowania Doroty sprawami seksu. Wspomniałam ci już o naszych dziecięcych zabawach. To Dorota była ich inicjatorką. Podczas naszych dziecięcych wypraw, kilka razy miałyśmy okazję podglądać kopulujące pary i Dorotę bardzo interesowało co oni robią i po co to wszystko. A nie zapomnij, że to córka lekarzy! Jakieś książki medyczne w ich domu były. I na któreś wakacje, Dorka przyjechała z rewelacjami, że wszystko już wie, bo o tym przeczytała. No i wprowadzała mnie w tematykę.
    Nie będę ci zawracała głowy drobiazgami, w każdym razie już od tamtego czasu grono kilku osób wiedziało o jej wybujałej fantazji, bo przecież w tym wieku dziecko nie jest w stanie ukryć wszystkiego przed rodzicami, albo opiekunami. A przynajmniej wiedziała o tym pani Ola, czyli Doroty matka, a potem dowiedziała się też i Helena. Próbowały oczywiście wybić nam to z głowy, jednak ich starania kończyły się jeszcze większą konspiracją i tyle.
    Nie ostatnią rolę odegrała też Justyna, starsza od nas te kilka lat. Kiedy próbowałyśmy jakieś informacje wyciągnąć od niej, od razu leciała z tym do matki, czego efektem było właśnie to, że coraz bardziej trzymałyśmy się razem ignorując ją, co było nawet po jej myśli. Miała większą swobodę w zajmowaniu się swoimi własnymi podrywami.
    Justyna miała też z Dorotą niemały zgryz, bo wprawdzie była ładną dziewczyną, niemal w pełni rozkwitłą, my natomiast byłyśmy jeszcze patykowate, to jednak powoli i nasze kształty się zmieniały, a Dorota zaczęła zapowiadać się na wyjątkową piękność! Helena, kiedy tylko miała czas, to ją czesała, kąpała, nacierała, uczyła dbać o paznokcie, podpowiadała jak ma się ubierać, malować i w ogóle Dorka była u niej oczkiem w głowie! Naprawdę, wywarła na nią niemały wpływ, a w dodatku pozyskała jej zaufanie. I coraz częściej to u niej Dorka szukała rady, jej się zwierzała, a z czasem Helena poznała chyba wszystkie jej grzeszki i to lepiej niż ktokolwiek inny. Śmiem twierdzić, że Helena poznała Dorotę lepiej niż pani Ola, a na pewno miała z nią lepszy kontakt. Mam też wrażenie, że niektóre fobie Doroty, pochodzą bezpośrednio właśnie od Heleny i są skutkiem jej nauk.
    - Poważnie?
    - Nie ma w zasadzie innego powodu, innej przyczyny. Wiedząc i znając Doroty temperament, próbowała pewnie uchronić ją przed skutkami przedwczesnych eksperymentów z chłopakami i wyszło to co wyszło! Może też i nauczyła ją czegoś… tego do końca nie wiem, raczej się domyślam. Ale nie zapominaj, że Helena też kiedyś była młoda i jakoś musiała sobie radzić! W każdym razie w pewnych sprawach mają zadziwiająco zbieżne poglądy, co już nie może być dziełem przypadku.

    - No dobrze, a co to ma wspólnego z Johnem i ze mną?
    - Związek jest bardzo prosty. Helena dzieciom Doroty chciałaby nieba przychylić. I robi co może, ale może niewiele. Przez większość część roku wcale ich nie widzi, a tutaj, w Pokrzywnie, główną rolę wciąż odgrywa Diana. Więc Helena w każdej sytuacji stara się oddziaływać jak najlepiej, według własnego mniemania i to wszystko!
    - Nie bardzo chwytam myśl, więc chwycę za kieliszek – powiedziałem.
    - Nie krępuj się, może zrozumiesz…

    - Mów dalej! – poprosiłem.
    - Wspomniałam ci, że Helena niezbyt lubi Johna. A głównym tego powodem jest fakt, że… tak sobie założyła! Że męża Doroty nie będzie lubiła i już! Poza tym jest jeszcze jeden, drobniejszy powód. Nie potrafi się z nim dogadać, bo nie zna angielskiego. I to ją drażni. Ot, cała tajemnica.
    - Nie rozumiem tego… Zazdrosna o nią? To bez sensu!
    - Poczekaj, nie biegnij! Jaka zazdrosna? Głupstwa pleciesz!
    - To już niczego nie rozumiem.
    - Tomek, powoli! Dorka nawet Helenie nie zdradziła kto jest ojcem chłopców. Zazdrośnie też ukrywała akty urodzenia i wszelkie dokumenty z tym związane. Oprócz nas z Romkiem nikt tego nie wiedział! Tak samo nie dopuszczała do sytuacji, żeby gdzieś musiała głośno o tym mówić.
    Początkowo ta sprawa nikogo nie interesowała. Nikt o nic nie pytał. Przecież wszystkich interesują imiona dzieci, a nie ich nazwisko. I wszystko toczyłoby się normalnym trybem, gdyby nie ta historia z matką…
    - No właśnie, zaczynasz to już któryś raz.
    - To siedź cicho, teraz może skończę.
    - Dobrze już, dobrze, będę cicho…
    - Początki były wtedy, kiedy Dorota mimo nacisków matki, nie chciała zaprosić rodziców Kamila. A pani Ola kilkakrotnie u nich była, chwaląc się wnukami. I w pewnym momencie Dorota, ciągle zresztą pouczana przez matkę, nie wytrzymała i odmówiła jej wprost.
    - Dorota mi mówiła, że kiepsko jej się u nich mieszkało, kiedy jeszcze Kamil żył.
    - To też – Lidka pokiwała głową. – Ponadto weź pod uwagę fakt, że Dorota długo skrywała swoją rzeczywistą sytuację małżeńską nawet przede mną. To, o czym rozmawiałyśmy wtedy jadąc z tobą do Pokrzywna, nie było żadnym udawaniem! Tak naprawdę było jeszcze gorzej, niż wtedy mówiła. Ja dowiedziałam się prawdy dopiero po śmierci Kamila, kiedy przesiadywałam z Dorką wieczorami u niej w mieszkaniu. Nikt inny jej wtedy nie odwiedzał, bo nikogo nie chciała widzieć, a przecież była psychicznie wykończona sytuacją z Kamilem, bieganiną po klinikach, wreszcie samym pogrzebem…

    Wtedy też straciła resztki szacunku do teściów, bo o wszystko mieli pretensje do niej i dlatego przysięgła, że jej dzieci nie będą nosiły ich nazwiska. Oczywiście, oprócz mnie nikt niczego nie wiedział, Dorota umiała zacisnąć zęby i sunąć naprzód jak czołg. Nikomu się nie skarżyła, niczego nie rozpowiadała, działała jak zaprogramowany automat. Praca, zakupy, dom, kuchnia, telewizor najwyżej, albo prace z banku. Nic więcej jej nie interesowało.
    W każdym razie, kiedy wróciła do domu z dziećmi, jeszcze jakoś z matką jej się układało. Może i pani Ola była delikatniejsza… ale i tak pewne zgrzyty pomiędzy nimi były. Dlatego też kiedy doszła do siebie i twardo stanęła na nogi, spokojniutko wyprawiła mamusię do domu. To się jeszcze odbyło całkiem elegancko i nie było problemem. Gorzej było później, gdy Dorota zaczęła chodzić do pracy, a pani Ola zostawała w domu z dziećmi sama.
    - No właśnie, krążysz i krążysz…
    - Bo chcę ci zobrazować całą sytuację. Wyobraź sobie teraz rozmowę pomiędzy nimi, kiedy pani Ola po raz kolejny domaga się zaproszenia swatów, a Dorota kolejny raz odmawia. I nie mogąc już uwolnić się od matki żądań, oświadcza jej spokojnie, patrząc prosto w oczy, że to nie są dziadkowie chłopców, bo Kamil wcale nie jest ich ojcem i ona niczego im nie zawdzięczając, nie ma też najmniejszej ochoty ich oglądać. Mało tego, gdyby przyszli, to nie wpuści ich za próg.
    - A wtedy co?
    - Możesz sobie wyobrazić! Pani Ola omal nie dostała zawału, ale jakoś się pozbierała i zarzuciła Dorocie kłamstwo. Wtedy Dorka sięgnęła po dokumenty po czym pokazała jej akt urodzenia chłopców z nieznanym bliżej nazwiskiem ojca. No i się zaczęło…

    - Co się zaczęło?
    - Cała awantura. Przecież wiesz, że Dorota pochodzi z regionu, gdzie króluje, powiedziałabym, mentalność tradycyjna. A jej matka jest wzorcowym przedstawicielem takiego pojmowania świata. Więc kiedy odzyskała oddech, obrzuciła Dorotę wszelakimi wyzwiskami, z kurwami i dziwkami na pierwszym planie, a kiedy ta próbowała ją uspokoić bo dzieci wrzeszczały, to podbiegła do jakiejś szafki i wyciągnęła z zakamarków wibrator, jako dowód najgorszego prowadzenia się Doroty i świadectwo jej całkowitego upadku. Oczywiście, przy okazji przypomniała też jej wszystkie sprawy sprzed lat, od dzieciństwa począwszy, te o których ci wspominałam.
    W takiej sytuacji, tak naprawdę, to Dorka nie miała innego wyjścia. Zdała sobie sprawę, że matka pod jej nieobecność, zamiast zajmować się dziećmi, penetruje mieszkanie, szukając bóg wie czego i cholera wie po co. A tego tolerować już nie mogła. Więc ekspresowo spakowała mamusię i poprosiła o natychmiastowy odjazd do domu. Tyle, że powstał mały problem, bo zrobiła to dość obcesowo, nie biorąc pod uwagę rozkładu jazdy pociągów, no i pani Oli przyszło czekać na dworcu te kilka godzin. A to dodatkowo nastroiło ją przeciwko Dorocie.
    - I co, trwają tak w niechęci przez tyle lat?
    - Poczekaj, to nie koniec! Bo za parę dni przybyła Justyna i zażądała przeproszenia matki. Dorka jej odpowiedziała, że owszem, przeprosi, jeśli matka przyzna, że zachowała się nie tak, jak na matkę przystało. Bo nie życzy sobie, żeby w jej własnym domu ktoś nazywał ją kurwą! Nawet jeśli to jest własna matka! Nie ona zaczęła, matki nie obrażała, a wystawić ją za drzwi była zmuszona. No i dalej wiesz, Justyna w ramach solidarności z matką zerwała z Dorką kontakty, w rewanżu Dorka nie zawiadomiła ich o swoim zamążpójściu, potem z kolei wyszła ta historia ze zdjęciami u Johna…

    - Coś mi Dorotka wspomniała.
    - Też idiotyzm niesamowity! – kręciła głową jakby z niedowierzaniem. – Te zdjęcia to ja robiłam, dlatego mnie na nich nie było. W kilka dni po ich ślubie. Tak zwyczajnie, pstrykałam Dorotę w posiadłości Johna, gdzie mieli mieszkać. Dorka była ubrana bez rewelacji czyli w dżinsy, no i pewnie dlatego Justyna skomentowała je tak, jak skomentowała. Wiesz, nawet mnie wtedy zatkało i nie wiedziałam co odpowiedzieć. A Dorotę szlag trafił gdy jej to powtórzyłam i kategorycznie zabroniła udzielania im jakiejkolwiek informacji o niej i o Johnie. Nawet mojej mamie i ojcu. Tylko Helena wie, bo przecież w lecie tutaj bywa.
    - I co, powiesz może, że nikt u ciebie w ośrodku nie wie o Dorocie? Nie wiedzą o jej pobytach?
    - Zdziwisz się, ale nie! Mamie powiedziałam tylko, że Dorota wyszła za mąż i po jakimś czasie to wyciekło do pani Oli. Dlatego teraz mocno się pilnuję. Nie mieszam załóg w hotelu i ośrodku, zresztą, to różne firmy. Stary ośrodek jest oddzielną firmą i nie należy do „Limana”.
    - A rodzice nie dziwią się skąd masz na wszystko pieniądze?
    - Kredyty! Zresztą, zgodnie z prawdą. Dorota dobrze wie, jak unikać płacenia podatków. Daje pieniądze do banku na może mniejszy procent, ale za to nie płaci od nich podatku, co w sumie i tak wychodzi jej więcej niż na najlepszej lokacie. A w dodatku pieniądze pracują, bo pod lokatę bierze się kredyt. To wyższa szkoła jazdy, nie ma dzisiaj czasu na te opowieści.
    - Właśnie, wróć zatem do Heleny i mojego pierwszego pytania.
    - O jej przychylności?
    - Dokładnie! Mówiłaś o jej filozofii życiowej.
    - Tak… Helena długo nie wiedziała o tym, że chłopaki nie są Kamila. Wiesz, już na studiach Dorota nie spędzała u nas tak dużo czasu, poza tym czuła się dorosła i jej relacje z Heleną trochę jednak się rozluźniły, a spotkania były o wiele rzadsze. Jednak dla Heleny wciąż pozostawała tym, kim była wcześniej. Skrzyżowaniem córki, wnuczki, prymuski, maskotki, pupilki i hrabianki.
    - Poczekaj, przecież i ty jesteś dla niej „panienką”!
    - Ja to raczej załapałam się na takie miano przy Dorocie – roześmiała się. – Świeciłam bardziej odbitym blaskiem, niż własnym światłem. Owszem, nie mogę na Helenę narzekać, mnie też traktuje bardzo łaskawie, ale gdyby nie Dorota, to pewnie niczego takiego by nie było. Nie przerywaj mi jednak, niech skończę.
    - Dobrze, ale napij się i ty, bo ci w gardle zaschnie…
    Lidka bez protestu zrobiła sobie drinka.

    - Nawet już moja mama wiedziała o tym i próbowała ode mnie wyciągnąć coś na temat…
    - O czym mówisz?
    - O waszych dzieciach i ich nieznanym ojcu. Mama próbowała dowiedzieć się czegoś ode mnie, ale konsekwentnie milczałam i wymawiałam się, że niczego nie wiem. Oczywiście, pani Ola twojego nazwiska nie zapamiętała i w tej sytuacji mamie nic do głowy nie przychodziło. Więc uznała, że chwalić się nie ma czym, dlatego też Helena dowiedziała się o tym dopiero ode mnie, tuż przed Dorki wyjazdem. Bo przecież polecieliśmy wtedy z nimi razem. Dla moich rodziców to był wyjazd turystyczny i tylko Helenie zdradziłam, zresztą na życzenie Doroty, że jedziemy na jej ślub.
    - I już wtedy Johna nie lubiła?
    - Zgadza się. Widzisz, dla Heleny John jest uzurpatorem. Jej nie imponują ani pieniądze, ani żadne stanowiska, ani amerykańskie obywatelstwo. Uważała, że skoro Dorota ma dzieci z żyjącym mężczyzną, to powinna zadbać przede wszystkim o to, żeby z nim być i żeby dzieci miały ojca. Ja jej tłumaczyłam, że Dorka właśnie to robi, że John będzie dla nich ojcem, ale zupełnie jej nie przekonałam. Odpowiadała mi, że to nigdy nie będzie to samo i już. Z takim też poglądem pozostała. Potem bardzo chętnie dała się od nas zabrać nad jezioro, żeby im gotować, ale wobec Johna pozostała nieprzekonana do dzisiaj i traktuje go z rezerwą. Owszem, nie odważa się okazać mu niechęci, ale robi to tylko dla Doroty. No i czasami krzywi się nawet na nią choćby o Dianę, uważając, że to zgroza, aby chłopaków wychowywały same baby.
    - A wie, że John niezbyt się nimi interesuje?
    - Przecież już na pierwszych wakacjach to zauważyła! Wtedy jeszcze nie było Diany, tylko Wilma, która się nimi opiekowała. Helena czasem jej pomagała a jak nie było potrzeby, to i tak pilnowała, czy tamta któregoś nie krzywdzi. Ona swoje uczucia wobec Doroty roztoczyła jeszcze na chłopców i boleje, że nie ma jak zająć się ich wychowaniem. Nie ufa nikomu!
    - A mnie tak od razu zaufała?
    Lidka roześmiała się, jakbym powiedział dowcip.

    - Przecież ty jesteś ich ojcem! Skoro uzyskała tego potwierdzenie, to właśnie ciebie uznała za prawowitego gospodarza tamtego domu i Doroty partnera! W dodatku mówisz, że snuliście sobie we dwójkę wspomnienia, przekomarzali z Dorotą niczym zakochane małolaty… a Helenie tylko w to graj! Przekonała się na własne oczy, że Dorota nadal czuje do ciebie miętę, zobaczyła jak zajmujesz się chłopcami, jak traktujesz Dorotę, że Dorka wciąż ma maślane spojrzenie i nie ma do ciebie żadnych pretensji o całą sytuację, więc to jej wystarczyło! Jestem na tysiąc procent pewna, że będzie teraz marudziła jej o tobie przez cały czas. Bo od dawna jej mówi, że chłopakom niezbędna jest w domu męska ręka. Może być kanciasta, ale ma być przyjazna! Nie może być nijaka albo żadna.
    - Czyli mówisz, że znowu wszystko zawdzięczam chłopakom?
    - Mniej więcej, chociaż to za mocno powiedziane. Dobro dzieci jest najważniejsze. Więc zobacz, Helena tworząc wam warunki na noc, próbowała stworzyć fakty dokonane i udowodnić Dorocie swoje racje. Po pierwsze, że to z tobą powinna sypiać, skoro kochać się lubi, ciebie zna i już kiedyś ci zaufała, a po drugie niech to w końcu robi z kimś, kto zajmie się dziećmi! Bo to jego krew! Nikogo lepszego nie znajdzie! No i po trzecie, czuje się teraz pewnie tak, jakby pokazała Johnowi język. Po prostu spłatała mu figla niczym licealistka. Będzie w duchu zadowolona, bo zrewanżowała mu się za to, że zabrał jej pupilkę bez należytej akceptacji i wbrew teorii, którą sobie wymyśliła. No cóż! Takim drogami biegnie rozumowanie Heleny i tego nie da się zmienić! – rozłożyła ręce. – Helena jest teraz w stanie wpuścić ciebie po cichu do jakiegoś pokoju, zwabić tam Dorotę, a potem stanąć w drzwiach i wszystkim, a szczególnie Johnowi mówić, że pomieszczenie jest puste! Nikogo tam nie ma! Dla Heleny, to ty powinieneś ożenić się z Dorotą, a nie John! Wtedy byłaby szczęśliwa. Dlatego też zachęciła i ciebie, żebyś skosztował trochę Dorotki, przypomniał sobie jak było kiedyś i nie znikał z horyzontu. Żebyś sam tęsknił.
    - Nie żartuj! Przecież mnie zupełnie nie zna!
    - I co z tego? Wcale nie musi! Ważne, że Dorota kiedyś ciebie zaakceptowała.
    - Johna tak samo! – zauważyłem.
    - Nie! Nie tak samo! Na Johna by się zgodziła, gdyby Dorota nie była mamą. Ale jest! I według niej, Dorota przedłożyła interesy swoje nad interesy dzieci. A to jej się nie podoba. Owszem, Helena to nie pani Ola. Jej sprzeciw jest innej natury, taki bardziej wewnętrzny. Jednak swoje wie i marudzi od czasu do czasu, nawet Dorocie. Tak więc, masz teraz u Heleny bezterminowy kredyt zaufania, ograniczony tylko jednym warunkiem. Nie wolno ci skrzywdzić ani dzieci, ani Doroty, bo to będzie koniec. Reszta działa wyłącznie na twoją korzyść.

    (Dokończenie niedługo)
  • #11
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Obiad miał się ku końcowi, kiedy ponownie usłyszeliśmy pukanie. Chciałem wstać, jednak Lidka powstrzymała mnie gestem, po czym sama otwarła drzwi, a wtedy do pokoju wjechał drugi stoliczek, prowadzony przez tę samą dziewczynę. Z pomocą Lidki rozładowała go na ten pierwszy, po czym dziewczyna opuściła apartament. Lidka natomiast porządkowała nasz stół.
    - Jak będziesz gotowy, to podam kawę i deser.
    - Może być już, nie będę więcej jadł.
    - A nie upijesz się? Zbyt dużo to ty nie zjadłeś.
    - Nie, przecież wiesz, że nie lubię dużo jeść przy alkoholu. I nie upijam się w towarzystwie pięknych kobiet.
    Lidka znieruchomiała, po czym obdarzyła mnie przeciągłym spojrzeniem, mrużąc przy tym lekko jedno oko.
    - Ty, już ci przechodzi? Coś zaczynasz szczebiotać! – zakpiła.
    - Każdy komplement przyjmujesz jako propozycję? – odbiłem piłeczkę.
    - Nie, ale od ciebie się tego nie spodziewałam! Czyżbyś zaczynał widzieć coś poza Dorotką?
    - Widzieć, to ja widzę wszystko i zawsze. Tyle tylko, że nie pożądam. Niczego i nikogo oprócz niej. I pewnie tak już zostanie.
    - To mówisz, że nie masz jeszcze dość ? – zapytała retorycznie, siadając na swoim poprzednim miejscu. Znad stołu unosił się przyjemny aromat kawy, oraz inny bliżej mi nieznany, egzotyczny zapach. Pewnie od deseru lub owoców, albo był wypadkową tego wszystkiego.
    - Niestety! – westchnęła. – W tej sprawie, to ja ci nie mogę pomóc. Dorota chyba doszła do wniosku, że lepiej już nie będzie i jak na razie trzymają się z Johnem mocno. Owszem, bywają między nimi gorsze i lepsze momenty, ale bez przekraczania, ba! Nawet bez dochodzenia do barier! Mam też wrażenie, że rozumieją się lepiej niż jeszcze przed paru laty. Sądzę, że u Doroty, w pewnym sensie, działa tutaj mechanizm podobny do tego, który zadziałał z tobą. Nie mając gdzie lokować swoich uczuć, ukierunkowała je na tych, którzy są najbliżej, są dostępni. Jej naprawdę brakuje normalnych relacji z matką i resztą rodziny. Może by się nie zamykała w takim własnym, niemal hermetycznym świecie?

    - Nie namawiałaś jej do przełamania się? Dlaczego jest taka uparta?
    - Bo to jest cała Dorotka! Maksymalistka! Wszystko, albo nic! To dlatego powiedziałam ci, że czasami bywa gorszą cholerą niż jej matka. Ja nie widziałam, żeby pani Ola była aż tak zawzięta. Owszem, miewała swoje fochy i to nierzadko. Ale mimo wszystko, u niej to nie trwało latami. Dniami i tygodniami najwyżej.
    - To dlaczego sama nie szuka porozumienia?
    - Nie ma jak! Dorota wyjechała, adresu nie zna, o tym, że Dorka dość często bywa w Polsce, nie ma zielonego pojęcia. Więc ma związane ręce!
    - A do was nie przyjeżdżała?
    - Nie, oni już dawno nie byli. Wiesz, teraz jest zupełnie inna sytuacja i to już nie jest ten sam ośrodek co kiedyś. Rodziny już nie przyjeżdżają, chyba, że na jakiś turnus poza sezonem, bo takie też organizuję; różne rehabilitacje, integracje i podobne zabawy. Ale w sezonie to głównie single, pary, grupy, oraz młodzież. Rodzinom nie odpowiada towarzystwo, a już pary starsze, to zupełnie się nie odnajdują. Takie czasy nastały.
    - To pewnie dlatego w Pokrzywnie nie ma miejsc.
    - Oczywiście. Gdybym wpuściła małolatów do Pokrzywna, to wypłoszyliby mi klientów. A tak, dzięki zaporowym cenom, panuje względna równowaga.
    - A jakbyś tak po cichu coś jednak przekazała matce Doroty? Jakąś informację o niej?
    - Tomek… – pokiwała głową z politowaniem. – Nie z Dorotą takie numery. Uznała by to za zdradę i byłabym w takiej samej sytuacji jak ty dzisiaj rano. Tego by mi nie darowała! Kiedyś zresztą, chyba dwa lata temu, przyjechała do mnie Justyna. I bez ceregieli zapytała o Dorotę, twierdząc, że na pewno coś na ten temat wiem.
    - Co wtedy zrobiłaś?
    - Powiedziałam jej otwarcie, że przecież zna Dorotę i wie, że jestem jej przyjaciółką. A przyjaciół się nie zdradza. Gdy Dorota zechce, to sama się z nią skontaktuje.
    - I co, dała ci spokój?
    - No wiesz, Justyna to jeszcze większe ziółko, próbowała mi nawet grozić. Chodziła do mojej mamy, wypytywała Helenę i inne kobiety, ale w końcu dała spokój. Dorota wysyła im kartki na święta, czyli wiedzą że żyje i to wszystko.
    - Ciągle jednak nie mogę zrozumieć, że nic się stąd nie wydostało przez tyle lat.

    - Prawda? Weź jednak pod uwagę, że to wszystko o czym ci opowiadam, jest znane bardzo wąskiej grupie ludzi i w dodatku jedynie fragmentami. W zasadzie to tylko ja wiem wszystko. Poza tym trochę wie Helena, ale tylko o tym co dzieje się tutaj. O pobytach Doroty w Warszawie, kiedy wpada służbowo na kilka dni, nawet nie ma pojęcia. Tak samo jak i Baśka. Romek wie, kiedy Dorota przyjeżdża, ale nie zna tła tych wszystkich domowych spraw. Paweł Dedejko wie jeszcze mniej. Dorota perfekcyjnie zaciągnęła zasłonę na swoje prywatne sprawy i nikomu nawet do głowy nie przychodzi, że może mieć coś do ukrycia. Dlatego nie udzielała nigdy żadnych wywiadów, nigdy nie zgodziła się na publikacje swoich zdjęć…
    - A miała takie propozycje?
    - Oczywiście, chociażby w prasie fachowej. Zwróć uwagę, że w momencie, kiedy została dyrektorem takiego departamentu, to czytelników tabloidów ten fakt raczej nie zainteresował, ale czytelników „Dziennika Bankowego” i owszem! Tym bardziej, że ma również polskie obywatelstwo. W tym światku takie wydarzenia są śledzone z dużym zainteresowaniem, bo przekładają się na niemałe pieniądze. Ale Dorota, poza spotkaniami służbowymi nie zgodziła się na rozmowę z nikim i nigdy! Wszelkie prośby o komentarz czy opinię ucinała krótko i zdecydowanie. Nie, bo nie! Owszem, w wydawnictwach branżowych kilkakrotnie odnotowano jej obecność w Warszawie oraz komentowano prowadzone rozmowy, ale przecież to nazwisko nikomu z rodziny niczego nie mówi! A na zdjęcia nie zgodziła się nigdy. Teraz nawet gdy przyjeżdża, to zaprasza swoich rozmówców do banku, żeby żaden fotoreporter przypadkowo gdzieś jej nie ujął. Ostatnio, już po awansie, bez namysłu odrzucała zaproszenia na wszelkie uroczystości, a przecież miała ich trochę, bo wszyscy starali się ją jakoś zmiękczyć, gdyż w rozmowach biznesowych jest nieprzejednana i pragmatyczna wręcz do bólu.
    - Poczekaj, mówiłaś, że Johna nie nadzoruje.
    Lidka potakująco skinęła głową.

    - Co nie znaczy, że nie reprezentuje banku w konkretnych rozmowach. Ostatnio to właśnie ona najczęściej przylatuje z Nowego Jorku, gdyż „Solution” finansuje kilkanaście dużych projektów w ramach polsko – amerykańskiej wymiany offsetowej i spraw na styku interesów wcale nie jest mało. A w centrali przekonali się już, że polskie obywatelstwo nie stanowi dla niej żadnej przeszkody, jest wręcz przeciwnie! Dorota nigdy nie stosuje taryfy ulgowej dla swoich polskich rozmówców, a znajomość miejscowego języka pozwala jej na tak precyzyjne prowadzenie rozmów, że jakiekolwiek późniejsze niedomówienia nie mają już miejsca.
    Dlatego też, jak ci powiedziałam, nie może sobie pozwolić, aby ktoś tutaj wiedział o niej za dużo i wyciągnięcie na widok publiczny tej historii z chłopcami, poważnie zagroziłoby jej pozycji, chyba zdajesz sobie z tego sprawę. Wielu menadżerów i wysokich urzędników bardzo by się z tego ucieszyło.
    - To od kiedy jest dyrektorką?
    - Gdzieś od jesieni ubiegłego roku, bo planowała wtedy przylecieć na święta do Polski, ale ze względu na awans, nic z tego nie wyszło. Byłam trochę zła na nią, bo planowałyśmy spędzić je wspólnie, razem z dziećmi. U Doroty miejsca nie brakuje, miałam zabrać jeszcze Helenę, no i klops!
    - To jaki mają ten dom?
    - Nie mają, a ma. Dom, a raczej rezydencja, jest wyłączną własnością Doroty. Wiesz, w tych sferach rozdzielność majątkowa jest w zasadzie obligatoryjna. A dom? Duży, prawie czterysta metrów samej powierzchni mieszkalnej, oprócz tego część pomocniczo – rekreacyjna, basen z podgrzewaną wodą, rozsuwanymi ścianami i podobne bajery.
    - Z podgrzewaną wodą? A czym ona to podgrzewa? W dodatku nie mieszkając na stałe? Przecież to straszne pieniądze!
    - Tomek, tam są wszelakie instalacje z rodzaju tych nowoczesnych. Pompy ciepła, panele słoneczne i podobne zabawki, ja się na nich szczegółowo nie znam. Jednak to wszystko powoduje, że nie płaci znowu aż tak wiele. Jak na Dorotę to drobiazg.
    - No a kto to utrzymuje, pilnuje, konserwuje?
    - Ja, a dokładniej moja firma. Przecież mówiłam ci, że kupiliśmy w Warszawie firmę, która obsługuje VIP-ów. Dom jest sprzątany, przeglądany, konserwowany i zawsze gotowy na powrót Doroty. Zresztą, John tam czasem bywa, ale nigdy z kontrahentami. Zaprasza tylko znajomych z ambasady lub też innych gości z Ameryki. Mają taki ustronny zakątek do wypoczynku i relaksu.
    - A co wtedy jedzą? Masz tam kucharkę?
    - Nie, a po co? Catering, kochany! Dzwoni się wtedy do pana Wojtka, ustala menu i wszystko przywożone jest na miejsce, razem z obsługą.
    - Tego Wojtka, który jest teraz w Pokrzywnie?
    - Tego samego. Mam umowę cateringową z hotelem, gdzie pracuje, więc to daje się załatwić w ciągu godziny, a najwyżej dwóch. Największy problem jest z korkami na drogach, ale jakoś sobie radzimy.
    - Trochę go to chyba szarpie po kieszeni…
    - No wybacz, stać go na taki styl. W dodatku pewnie i tak wrzuca koszty w reprezentację i za wszystko płaci bank, a na pewno za większość wydatków. W dodatku John przeleciał już tyle kilometrów liniami lotniczymi, że ma najwyższy VIP-owski status oraz priorytet na lotniskach. Ale to ma on, a bank i tak płaci normalną cenę za jego lotnicze bilety. I to w biznesowej klasie. Na szczytach dbają o własne interesy i nikt nie ma zamiaru z czegokolwiek rezygnować. Należy się i już. Dorota tak samo już się do tego przyzwyczaiła. Mnie za ich pobyt i wszelkie brewerie w Pokrzywnie płaci bank. Za was ze Stefanem też zapłaci. A im pewnie i tak zostanie jeszcze trochę z limitu na wypoczynek.
    - No tak…

    - Ano tak! Łatwo się przyzwyczaić jak się ma do czego. Ja to wiem nawet po sobie. I chociaż milionerką jestem taką bardziej papierową, bo gotówki wiecznie mi za mało, to jednak dziesięć lat temu rozumowałam inaczej niż teraz. Już zapominam, że ktoś może nie mieć pieniędzy na przeżycie do końca miesiąca.
    - Ja jeszcze nie zapomniałem.
    - Ty też się przyzwyczaisz. Przecież do Moskwy nie jedziesz charytatywnie.
    - A jak nie pojadę?
    - To przyjedź do mnie. Naprawdę, zawsze jestem w stanie znaleźć ci pracę. Wprawdzie na miliony liczyć nie możesz, ale te dwie średnie krajowe będziesz miał na starcie. Zresztą, jeśli wszystko się uspokoi i zacznie przebudowa domu Stefana, to koordynatora inwestycji będę potrzebowała od wczoraj.
    - Ja się nie znam na budowach.
    - A ja się znam? I muszę sobie poradzić! Więc co to za problem dla ciebie? Przecież masz techniczne wykształcenie, łatwiej ci łapać niektóre problemy…
    - Tam bardziej potrzeba biegłego w prawie administracyjnym.
    - To też – zgodziła się. – Ale od szczegółów są specjaliści, a ja przede wszystkim potrzebuję kogoś ze zdrowym rozsądkiem, kto nie panikuje i komu będę wierzyła. I nie da się tam postawić dwudziestolatka. Zresztą, w innych miejscach też mam jeszcze luki, mógłbyś wybierać. Tyle, że nie dzielmy skóry na niedźwiedziu, bo ja jestem przekonana, że do Moskwy pojedziesz. Dorocie zbyt zależy na zadaniach Anki, żeby z tego zrezygnowała tak łatwo.
    - A właśnie. Ty znasz Ankę?
    - Mniej więcej.
    - Jaka ona jest tak normalnie, bez tych oficjalnych min?
    - W zasadzie w porządku, ale to jest oko i ucho Doroty. Będzie jej wszystko przekazywała o tobie.
    - Donosicielka?
    - Nie, to nie o to chodzi.
    - A o co?
    - Słuchaj, zacznijmy od tego, że od tamtej historii z następczynią Doroty…
    - Którą wyrzuciła z pracy?
    - No tak, wyrzuciła, ale to jest powiedziane zbyt ostro. Ją było za co wyrzucić, tylko John się wahał, chciał jej jeszcze dać szansę. Natomiast Dorota po prostu to przecięła. Od tego czasu wszystkie kandydatki na asystentki, a było ich trzy albo cztery, egzaminowała sama. I to ona podejmowała decyzję która dostanie pracę.
    - Chcesz powiedzieć, że szykowała sobie wtyczki obok Johna?
    Lidka pokręciła głową.
    - Nie, skądże. Ale wybierała takie, których charakter ona zaakceptowała. Nawet jeśli były ciut gorsze merytorycznie. I potem, przy okazji swoich przyjazdów zawsze z nimi rozmawiała, rozpytywała o wrażenia, czy są zadowolone i podobne drobiazgi. Zyskiwała dzięki temu mocną pozycję, bo po pierwsze wiedziały, że to od niej zależało otrzymanie pracy, a później sądziły, że Dorota i tak wszystko wie, bo trzyma rękę na pulsie. W rzeczywistości Dorota nie miała czasu na ich sprawdzanie i kierowała się wrażeniem jakie zostawiały po rozmowie.
    - A jaki to ma związek z Anką?
    - Już ci mówię. Dorota później już nie chciała bawić się w kadrową, ale dziewczyny i tak nie zagrzewały długo miejsca. Jedna poszła chyba na macierzyński i już nie wróciła, jednej nie chciał John, bo okazała się kiepska organizacyjnie, zresztą ponoć została w banku, tylko poszła do jakiegoś działu, a ostatnia wyszła za mąż i wyjechała z Polski. Wtedy trafiła tam Anka. I rozmowę z Dorotą zaczęła bardzo spięta.
    Dorka mówiła, że czuła się jak profesor egzaminujący zahukaną studentkę. Anka była tak zatkana, że zapominała języka w gębie. I to było widać. Natomiast Dorotę zaciekawił powód takiego zachowania. Przeszła więc na polski, poleciła podać herbatę i zaczęła z Anką normalną rozmowę, opowiadając jej o tym, że kiedyś sama była tu asystentką, też taką rozmowę przechodziła i tak dalej. Anka w końcu przestała się trząść, Dorota wróciła do angielskiego i pod pozorem sprawdzania słownictwa, wypytała ją o przeszłość. Okazało się, że to biedniutka, skromniutka dziewczynka, bez wiary w siebie, ale bardzo dobrze przygotowana merytorycznie. I pracę dostała.
    Od tego czasu jest zapatrzona w Dorotę jak w obrazek i zachowuje się, jakby to Dorota ją zatrudniła prywatnie, a tylko czasowo oddelegowała do obsługi Johna. Wszystko wykonuje jak najsumienniej, ale najwyższym przełożonym jest dla niej Dorota.

    - Czyli w jej mniemaniu niczego nie donosi, tylko składa relacje?
    - Dobrze to określiłeś! Ona zdaje sprawozdania. Na ciebie nie będzie donosiła, tylko opowie Dorocie o wszystkim, a ty gdzieś tam będziesz elementem całości. I nie wyobraża sobie, żeby mogło być inaczej. Gdyby o tobie nie opowiedziała, to relacja byłaby niepełna, a na to jej sumienność nie pozwala. Anka zawsze angażuje się w pracę na poważnie i tu charakterem przypomina Dorotę.
    - Ciekawe. Dorotka mnie uprzedziła, że Anka jest pod jej osobistym patronatem.
    - Ty się nie śmiej! Nawet Dorocie Anka zaimponowała, dlatego też postanowiła jej pomagać. I to bezinteresownie, o czym Anka wie. Po skończeniu studiów w Yale, które Dorka jej sfinansuje, nie będzie musiała zwracać pieniędzy i nie będzie miała żadnych zobowiązań. Zrobi co zechce. Ale to tym bardziej przyciąga ją do Doroty. I z czasem zrobiła się jak piesek podwórkowy. Jak Dorota powie żeby warowała, to waruje, jak zabroni gryźć, to nie gryzie, ale gdyby kogoś poszczuła, to Anka ugryzie.
    - Tak ją tresuje?
    - A skądże! Anka robi to z własnej inicjatywy i do tego jeszcze merda ogonkiem. Dorota czasem ją wykorzystuje w drobnych sprawach, chociażby jak teraz w Pokrzywnie, czyli w takich bardziej poufnych. Za to stara się jej pomagać. Teraz na przykład finansowała jej studia ekonomiczne, żeby Anka miała jakieś podstawy wiedzy specjalistycznej i nie zaczynała w Ameryce od zera.
    - Anki nie stać na opłaty? Tak mało zarabia? Dorotka jak mi opowiadała o swojej pracy, to raczej nie skarżyła się na zarobki.
    - Dorka miała swoje mieszkanie w Warszawie, a Anka musi je wynajmować, to raz. A po drugie, nieważne ile zarabia, tylko Dorka nie chciała, żeby musiała wydawać cokolwiek. Anka pochodzi gdzieś z głębokiej prowincji…
    - Wszyscy tak pochodzimy!
    - Ale ja nie o tym…
    - Tak powiedziałaś!
    - Cicho! Nie chodzi mi o jej pochodzenie społeczne ani geograficzne, tylko o przedstawienie otoczenia. Tam nie ma przemysłu, a możliwości znalezienia pracy są niemal żadne. I to miałam na myśli. W dodatku, o ile dobrze pamiętam, jej ojciec już dawno zmarł. Więc musisz przyznać, że same studia były wielkim wysiłkiem finansowym dla całej rodziny, a ma jeszcze młodsze rodzeństwo. Cóż się zatem dziwić Dorocie, że ją dofinansowała? Przecież Anka musi teraz pomagać matce! Dla Doroty to drobny pryszcz, nawet nie zauważy. Dla Anki mogłoby stać się problemem. A tak, nie bolała ją głowa, więc i uczyła się pilniej.
    - I uwielbienie dla Doroty rosło.
    - Zgadzam się, ale czy mogło być inaczej? Mając takie zaplecze, Anka jest zupełnie inna niż kiedyś, na początku pracy. Nikomu już nie daje się zapędzić w kozi róg, chociaż w Pokrzywnie, przy was, była trochę zdezorientowana. No bo Pani patrzy na was łaskawym okiem, a ona jeszcze was nie zna. Nie obwąchała i z niczym nie kojarzy. W dodatku przekonuje się ze zdziwieniem, że Pani pozwala wam na wiele. O wiele więcej niż komukolwiek innemu. A wy w dodatku nie jesteście wobec niej tak uniżeni jak inni. I macie śmiałość nawet dokuczać jej w żartach.
    - Anka, zaraz na początku pierwszego dnia, zauważyła jak Dorota wycierała mnie swoim ręcznikiem. Wtedy, kiedy poszliśmy nad jezioro.
    - A to spryciara! – śmiała się Lidka. – Widzisz jaka spostrzegawcza? Ja bym na to nie zwróciła uwagi.
    - Usiłowała wtedy dowiedzieć się kim jestem dla Dorotki.
    - I co jej powiedziałeś?
    - Że dawnym znajomym. Sprzed lat.
    - Ciekawe, czy odważyła się zapytać o to Dorotę.
    - Dorotka sama jej potwierdziła, kiedy rozmawialiśmy o wyjeździe do Moskwy. Powiedziała, że jestem jej dawnym znajomym do którego ma pełne zaufanie i dlatego powierza ją mojej „opiece”.
    - Acha, czyli oznajmiła, że masz prawo wydawać jej polecenia. Bez tego Anka stosowałaby wobec ciebie bierny opór. Słuchałaby cię tak, że zawał miałbyś bardzo prawdopodobny.
    - Znaczy się, Johna też słucha tylko dlatego?
    - Wiesz, pewnie się nad tym nie zastanawiała, bo nie była postawiona przed takim dylematem, ale gdyby tak Dorota zażądała od niej wyboru, to bez wahania wybrałaby ją. Uzależniła się od Doroty i zrobiła to sama, bez żadnych nacisków.

    - To Dorota jednak ma przy Johnie swoje, jak powiedziałaś, oko i ucho?
    - Nie wiem czy tak często się kontaktują, bo przecież to nie jest Dorki koleżanka, tylko w jakimś sensie podwładna. Więc i kontakty pomiędzy nimi przypominają bardziej służbowe, ale ja myślę, że Dorota tego nie potrzebuje. John jest dość stateczny, o czym dawno się przekonała, ma tam w Warszawie krąg swoich amerykańskich znajomych, z którymi często spędza wieczory przy szklance whisky, a wiesz, jest zbyt szczwanym i starym lisem, żeby zawierać jakieś znajomości, które mogłyby mu zaszkodzić w karierze, albo porywać się na inne wygłupy.
    - A skąd on w ogóle pochodzi?
    - Tak do końca nie wiem, ale na pewno już jego rodzice mieli tę rezydencję, gdzie mieszkają z Dorotą. Przodkowie natomiast pochodzą z Anglii. Tylko nie pamiętam czy to są dziadowie, czy pradziadowie. I nie wyjechali za chlebem, bo na pewno już wtedy zaliczali się do klasy średniej. Rezydencję ma dużą obszarowo, w bardzo dobrej lokalizacji, więc żyć nie umierać. Mam trochę fotografii, jak się nam trafi okazja, to ci je pokażę.
    - I mówisz, że żyją sobie tam jak u Pana Boga za piecem…
    - Hm… Jakby ci to powiedzieć…
    - Prosto z mostu!
    - Tomek, ale ja przecież tam nie mieszkam! Ja nie wiem jak wygląda ich zwykłe życie. Widziałam jakiś fragment wtedy, kiedy byłam gościem, kiedy to mną się zajmowali, ale to nie jest obraz codzienności, tylko wyjątku.
    - Ale mówisz, że się zgadzają…
    - Owszem, uważam, że przywykli do siebie i nie ma pomiędzy nimi większych tarć.
    - No a chłopcy?
    - Tu zaczynają się schody.
    - Jednak?
    - Przecież powiedziałam ci, że ten temat spadł całkowicie na barki Doroty. A przecież znasz przysłowie, że małe dzieci – mały kłopot. Jednak dzieci rosną i problemy też. Dorka zaczyna się martwić, że chłopcy są hodowani, a nie wychowywani. W dodatku ona nie ma większych doświadczeń, bo braci nie miała, facetów unikała, ciągle zajęta, bo praca, nauka, dojazdy, to wszystko wymaga czasu! A John, co by nie mówić, to w domu jest gościem, chociaż w jego przypadku pięciodniowy tydzień pracy jest mitem. On w poniedziałki przylatuje do Warszawy, a do Nowego Jorku wylatuje często już w czwartek. Tym niemniej, kiedy jest, to oczekuje, że Dorota jemu poświęci czas, bo przecież się nie widzieli. I dla chłopców zostaje jej wcale nie tak dużo.
    - Oni z dziećmi razem nigdzie nie chodzą?
    - Bardzo rzadko. Jego irytuje ich ruchliwość, bieganie, konieczność ciąłego pilnowania… On jest takim typowym golfistą. Powoli, z namysłem i dokładnie. Na nauczyciela absolutnie się nie nadaje, zaraz by osiwiał.
    - A Dorotka mi mówiła, że gdy się jej oświadczał, to obiecywał zastąpić im ojca…
    - Słuchaj, według niego, on właśnie zastępuje! Jeszcze Dorota nie miała swoich pieniędzy, gdy on, od razu po ich ślubie, założył chłopakom lokaty po milionie dolarów, z których będą mogli korzystać po osiągnięciu pełnoletniości lub rozpoczęciu studiów. Czyli zabezpieczył ich przyszłość. A poza tym nie można powiedzieć, że nie próbował. Starał się, ale wychodziło tak, że Dorota odpuściła, bo to nie miało sensu. Chociaż jeśli trzeba coś dla nich załatwić, to nie dyskutuje. Z tym nie ma żadnych problemów.
    - Poczekaj, a może dlatego nie mają własnych dzieci?
    - Oczywiście! Najpierw on kategorycznie nie chciał, a potem Dorota sama doszła do wniosku, że tak będzie lepiej.
    - A ma jakieś rzeczywiste problemy z chłopcami, czy tylko martwi się na zapas?
    - Wiesz, takich wielkich jeszcze nie ma, bo to nie ten wiek. Ale drobne już się pojawiają. Kiedy Diana woziła ich do jakiegoś przedszkola, żeby łatwiej mieli później w szkole, to od razu popadli w konflikty z rówieśnikami. I wtedy, jakiś dziecięcy psycholog lekko Dorotę postraszył, dlatego zaczęła o tym myśleć na poważnie. Dokładniej tych spraw nie znam, będziesz musiał sam ją o to zapytać…

    Przeciągła melodyjka dzwonka telefonu przerwała nam rozmowę, zanim zdążyłem otworzyć usta i przypomnieć, że Dorotka odmówiła mi możliwości dialogu. W dodatku nie był to mój telefon, nie taki mam sygnał wołania. Lidka sięgnęła po aparat, spojrzała na ekranik i jej twarz przybrała gest zdziwienia. Dodatkowo wzruszyła ramionami. Pewnie numer dzwoniącego nie wyświetlił się na ekranie. Tym niemniej odebrała rozmowę.
    - Słucham! – padło krótko.
    W jednej sekundzie wyraz jej twarzy zupełnie się przeistoczył. Wyrażał teraz radość, a jeszcze dodatkowo uniosła wolną rękę w geście triumfu.

    Dodano po 13 [minuty]:

    - Witaj, panienko! Gdzie jesteś?… Tak? … I co, przewietrzyłaś się?… Nie, nie jestem w domu. Ja nie mam czasu na wypoczynek… O to już inni dbają, żebym się aby nie nudziła… Tak, nawet w weekendy…
    Nieoczekiwanie jej twarz spoważniała.
    - Słuchaj, Dorka! Posłuchaj mnie uważnie!… Nie! Jeśli teraz pojedziesz do Czyżyn, to od jutra szukasz sobie prezesa firmy… Nie, nie przesłyszałaś się… A to już nie na telefon… Dorka, posłuchaj!... Posłuchaj mówię! Muszę z tobą porozmawiać… O czym, to się dowiesz, to nie na telefon, powiedziałam… Dorka, uprzedzam! Albo zaczynasz robić to co ja mówię, albo składam rezygnację!…

    Lidka westchnęła z jakąś rezygnacją i pokręciła głową, posyłając mi spojrzenie.
    - Posłuchaj mnie uważnie. Jeśli pojedziesz do Czyżyn po Helenę, to tak jak powiedziałam… Nie interesuje mnie co będziesz jadła! Idź do najbliższego baru na żurek, albo kup sobie pizzę w budce… Słuchaj, jak sobie pościeliłaś… Dorota! Mało dzisiaj spieprzyłaś? Pytam, jeszcze ci mało?... Dowiesz się, przecież chcę ci to powiedzieć… Nie będę mówiła przez telefon!… Dorota! Masz jechać do Pokrzywna i tam na mnie czekać… Ja Helenę przywiozę, chyba herbatę potrafisz sobie zrobić bez niej… Dorota, nie osłabiaj mnie, bo mam dość! Pieprznę to wszystko i taki będzie finał!… No, wreszcie mówisz ludzkim głosem… Tak, widzimy się w Pokrzywnie… Nie obawiaj się, nikogo nie spotkasz, Tomek pojechał już do domu… Nie, pociągiem. Jeepa zabrał Romek…
    Lidka znowu westchnęła.

    - Nie trzeba było wyłączać telefonu… Nie musiałaś, mogłaś zadzwonić do mnie… Dobrze… Nie musisz, ja będę najwcześniej za godzinę… W Białymstoku, obydwoje z Romkiem… Potem ci powiem, to nie na telefon… Dobrze, tylko pamiętaj! Jestem dzisiaj daleka od żartów… Za pięć minut będę w drodze… Tak, do zobaczenia!
    Rozmowa była skończona.

    - Musimy na tym zakończyć – oznajmiła, podnosząc się z krzesła. Wstałem również.
    Świadomość, że rozmawia z Dorotką przyspieszyła bicie mego serca, ale już się uspokajałem. Teraz będę sam i pozostanie mi tylko oczekiwanie na efekt ich spotkania. Jak długo? Od ich rozmowy zależało wiele. Bardzo dużo.
    - Nie mogłam inaczej z nią rozmawiać.
    - Domyślam się.
    - Słuchaj, spróbuję zadzwonić do ciebie najszybciej jak to będzie możliwe i wierzę, że Dorka też będzie już z tobą rozmawiała. Co jej od ciebie przekazać? Że się na nią złościsz?
    - Nie. Nie złoszczę się. Jest mi tylko smutno, że nie ma do mnie zaufania, że tak łatwo je straciła. Powtórz jej, że jeśli chodzi o chłopców, to nigdy nie będę stawiał żadnych warunków. I przyślij mi wzór tego upoważnienia. Odeślę tak, jak się umawialiśmy. A reszta, to sama wiesz. Wszystko zależy od jej stanowiska w tych sprawach. Natomiast mój prywatny do niej znasz. Cóż mogę więcej powiedzieć? Wybrała Johna, mnie szans nie dała, trudno. Nic więcej nie mogę zrobić. Słuchaj, tylko nie wiem jak się zachować, jeśli telefonu nie będzie. Ja tego jeepa nie chcę. I jutro pojadę pociągiem.
    Lidka podeszła i uścisnęła moje dłonie.
    - Tomek, takiej opcji w ogóle nie biorę pod uwagę. Nie blefowałam mówiąc, że jedziemy na jednym wózku. A na dłuższe zawirowania nie mogę sobie pozwolić. W poniedziałek rano firma ma funkcjonować stabilnie, albo beze mnie. Dorota też musi to przyjąć do wiadomości.
    - Myślisz, że się przestraszy?
    - Nie. Uważam, że powinna zrozumieć. Ale prztyczek w nos jej nie zaszkodzi. Za Baśkę też. Zbyt długo sobie pozwalała, a ja nie potrafiłam tego przeciąć. Nic, zabieram się, bo czas na mnie.

    Wzięła torebkę i poszła do łazienki, więc usiadłem ponownie. Do wieczora było jeszcze trochę czasu, a ja nie miałem żadnego pomysłu jak do niego dotrwać. No cóż, pomyślę kiedy odjadą. Może wtedy łatwiej mi będzie zebrać myśli, bo na razie miałem w głowie chaos. Mieszaninę nieuporządkowanych opisów i faktów. Lidka miała rację mówiąc, że powinienem sam wyciągać wnioski z tego co widziałem i co wiem. Nie byłbym wtedy tak zaskakiwany wydarzeniami.
    Byłem w zasadzie trzeźwy. Obiad w dużej mierze zneutralizował poprzednio wypity alkohol, a teraz nie piliśmy już od dłuższego czasu. Butelka była ledwo napoczęta i spokojnie stała na stoliku. Na wódkę nie miałem ochoty, ale czegoś mi brakowało.
    Lidka powróciła, włożyła szpilki i uprzątnęła obiadową zastawę na wózek.
    - Odprowadzisz mnie?
    - Jasne, po co pytasz?
    - To chodźmy, szkoda czasu.

    Na dole zaglądnęliśmy do restauracji, ale Romka nie było. Siedział w samochodzie, którym przyjechaliśmy z Lidką.
    - Kochanie, szykuj się, bo musimy jechać! – Lidka wyrwała go z półdrzemki. Wyszedł z samochodu, gdyż zajmował fotel pasażera, ze znacznie opuszczonym oparciem.
    - Jak wam poszło? – zapytał wesoło. – Szczytowałaś?
    Lidka pokręciła głową.
    - Niestety, skarbie. Tomek poza Pokrzywnem jest przereklamowany. Będziesz musiał postarać się wieczór, żeby nadrobić za niego i jeszcze odrobić za siebie.
    - A nie wolałabyś gdzieś teraz … tak po drodze?
    - Może i bym wolała, ale nie mamy czasu. Dorka na mnie czeka.
    - Znalazła się?
    - Prawie. Jednak nadal ma tak durne pomysły, że ktoś musi wylać jej kubeł zimnej wody na głowę. Im wcześniej tym lepiej. Dlatego musisz poczekać, nie ma wyjścia, inaczej braknie nam kasy na chleb. A wtedy nawet twoje pieszczoty nie pomogą.
    - To co, nie dogadałaś się z nią?
    - Romek, przecież nie będę przez telefon paplała o takich sprawach. Nawet nie zaczynałam. Ale za to – uśmiechnęła się do niego – mam rozwiązany temat Baśki!
    - Wróciła?
    - Jeszcze nie, ale obiecała od jutra.
    - To jednak jakiś szczyt był! – roześmiał się i on.
    - Mały jak na mnie – skrzywiła się – chociaż dobra i taka górka.
    - Czyli co, jedziemy do Pokrzywna?
    Lidka poprawiała fotel, dopasowując go do swoich wymagań.
    - Tak. Tam mnie wysadzisz i pojedziesz do Czyżyn po Helenę.
    - Ale mnie eksploatujesz!
    Podrapał się w głowę z udawanym zmartwieniem, po czym podszedł do mnie, wyciągając rękę.
    - No cóż, robiłem co mogłem…
    - Wiem, postawię ci piwo.
    - Kurcze, nie obiecuj! Najpierw Lidka, teraz ty. Jeszcze mnie głowa rozboli od nadmiaru szczęścia! Ale trzymam za słowo, przyjeżdżaj do Warszawy a uczcimy to porządnie.
    - Może…
    - Przyjedź, przyjedź! Będzie weselej.
    Lidka podeszła no nas.
    - To co, trzymaj się i czekaj na mój telefon. Zadzwonię tak szybko jak będę mogła. I liczę, że przekażę ci dobre wieści – objęliśmy się, po czym cmoknęła mnie w policzek.
    - Oby! – przycisnąłem ją do siebie jeszcze raz.
    Wsiedli do samochodu, a po chwili zostałem na parkingu sam.

    Zastanawiałem się co robić, aby odpocząć od myśli, które zaprzątały mi głowę. Chociaż na jakiś czas. Samotne przebywanie w zamknięciu nie jest najlepszym pomysłem w takich sytuacjach, tym bardziej, że na wódkę nie miałem najmniejszej ochoty. Tym bardziej na picie solo. Przyszła mi jednak do głowy restauracja i piwo, które kosztowałem pod wiatą, jeszcze razem z Dorotką. Tutaj chyba jest dostępne…
    Było. Pierwsze wypiłem dość szybko, nad drugim posiedziałem już z pół godziny, obserwując restauracyjne życie. Nie było tutaj tłoku, nie działo się nic ekscytującego i czułem, jak moje ciało powoli ogarnia znużenie. Byłem zmęczony i senny. Nie było większego sensu męczyć się przy stoliku, przecież mogłem się położyć. Zamówiłem więc dostawę kilku butelek do apartamentu, podpisałem rachunek i pojechałem na górę.
    Dostawa była niezwłoczna, zanim jeszcze zdążyłem się rozebrać, co mnie ucieszyło, bo coraz bardziej padałem z nóg. Zamknąwszy więc drzwi za kelnerem, szybko pozbyłem się odzieży i z butelką w dłoni wyciągnąłem na łożu. Ale opróżnić jej nie zdążyłem. Dobrze, że ostatnim wysiłkiem woli udało mi się postawić ją na nocnej szafce, bo inaczej spałbym w piwie.

    Mój sen nie był jednak ani mocny, ani kolorowy. Chodziłem w nim po ulicach wielkiego miasta i szukałem Dorotki. Bo ktoś mi powiedział, że być może, tutaj ją znajdę. Szamotałem się więc, obserwując potoki przechodzących ludzi, przemierzałem skrzyżowania, łapałem kobiety za ręce, żeby przekonać się o pomyłce, a niepokój we mnie cały czas narastał…
    Próbowałem obserwować też przystanki autobusowe i tramwajowe. Może przyjedzie skądś, wysiądzie i wtedy ją zobaczę? Ale los mi nie sprzyjał. Tramwaje podjeżdżały, ludzie wysiadali, inni wsiadali, po czym dzwonek obwieszczał, że drzwi się zamykają… I znowu nic… I znowu nic… A dzwonki cały czas dzwoniły… I jakiś lęk zaczynał mnie paraliżować…

    Kiedy zerwałem się na równe nogi, było już niemal ciemno. Trochę spocony, nadal zmęczony, w pierwszej chwili nie wiedziałem gdzie jestem i co ja tutaj robię. Jednak wspomnienie snu i Dorotki, szybko naprowadziło mnie na właściwe tory. Tak, jestem w hotelu i śniłem o niej… Dzwonki tramwajów… Boże, pewnie to Lidka dzwoniła!!! Gdzie jest telefon?
    Fala gorąca przepłynęła przez całe moje ciało. Cudem chyba odnalazłem wyłącznik i zapaliłem światło. Gdzie jest telefon? Jak w malignie zacząłem biegać, przewracając wszystko co tylko się dało. Dlaczego nie położyłem go na szafce? Dlaczego się nie przygotowałem? Wreszcie … jest! Co za ulga! Był po koszulą. Gorączkowo nacisnąłem przycisk wyświetlacza i… nic! Nacisnąłem jeszcze raz…

    To co zobaczyłem, odebrało mi wszelkie siły. Złapałem się krawędzi stołu, jednak kolana tak się ugięły, że wylądowałem na krześle, a telefon wypadł mi z dłoni. Jego ekran był ciemny i martwy. Wcześniej ożywił się tylko na niecałą sekundę, aby bezlitośnie oznajmić: BATERIA ROZŁADOWANA.

    Ładowarki z domu nie brałem. Przecież pojechałem tylko na jeden dzień…


    KONIEC