Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

I... PO BALU .

retrofood 04 Mar 2021 23:01 1005 11
Legrand
  • #1
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Opowiadanie jest kontynuacją tematu "Rejterada znad jeziora".
    https://www.elektroda.pl/rtvforum/topic3773421.html

    ****************************************************

    Marta wstała od stołu i zaczęła uprzątać zbędną już zastawę. Nie chciała, żebyśmy jej pomagali. To był jej wieczór. Sama przygotowała niemal wszystkie dania i sama chciała nas dzisiaj obsługiwać, gdyż obydwoje z Joasią byliśmy w domu tak naprawdę gośćmi.
    Na stole pozostało tylko nakrycie dla niespodziewanego wędrowca, oraz nasze deserowe talerzyki. Oczywiście, stał też dzbanek wypełniony kompotem z suszu owocowego, gdyż w wigilię Bożego Narodzenia obowiązywał u nas tradycyjny zakaz spożywania innych napojów chłodzących. Wyjątkiem była tylko woda mineralna.
    W drodze powrotnej z kuchni, przyniosła paterę z domowym ciastem. To były pyszności. Wypieki robiła znakomite, chociaż zawsze twierdziła, że się na tym nie zna. Ale to pewnie tylko przez nadmiar skromności. Nie przypominam sobie sytuacji, żeby jakiś „placek” był nieudany, mimo że dawniej eksperymentowała bardzo często. Za to niezmiennie oczekiwała pochwał, a także wyrazów uznania, o czym obydwoje z Joasią wiedzieliśmy doskonale.
    Przed chwilą zakończyliśmy pierwszą, najważniejszą część wigilijnej wieczerzy i teraz, już rozleniwieni, mogliśmy trochę się odprężyć oraz spokojnie porozmawiać. Przedświąteczna gonitwa była za nami. A nie należy zapominać, że przecież nie widzieliśmy się w takim składzie od wakacji, bo byłem w domu dopiero od dwóch dni. Joasia pewnie przyjeżdżała czasami z Warszawy, ale ja nie byłem ani razu, odkąd w końcu sierpnia wyjechałem do pracy w Moskwie. To był mój pierwszy przyjazd do kraju.

    Tak, tak, wyjechałem. Jednak wyjechałem. Czasem wspominam tamten dzień, a właściwie wieczór, który o tym zadecydował. Jak straciłem głowę i omal nie pokrzyżowałem Lidki starań, gdy okazało się, że mój telefon nie działa. Nie wiedziałem wtedy co robić. Numeru jej telefonu nie pamiętałem, a wyświetlić go na aparacie nie mogłem. I wpadłem w panikę, zamiast próbować wziąć się w garść.
    Zastanawiam się, czy tak było naprawdę, ale chyba pomogła mi kawa. Została w dzbanku po obiedzie, który jedliśmy z Lidką. Nie uprzątnięto go, gdyż cały kawowy serwis, oraz wszelkie płyny, Lidka przestawiła na nasz stolik. Wypiłem wtedy trochę zimnego już, smolistego napoju i po kilku minutach moje myśli wreszcie zaskoczyły. Przecież w szafie miałem telefon służbowy!
    Gorączkowo go wtedy odszukałem i błogosławiłem Romka za to, że przykleił do aparatu karteczkę z kodem aktywującym. Telefon bez trudu dał się uruchomić, a w jego pamięci miałem wszystkie potrzebne numery. Do Lidki też.

    Kiedy się z nią połączyłem, sklęła mnie na powitanie najwymyślniejszymi epitetami, nawet nie próbując słuchać żadnych tłumaczeń, po czym oznajmiła, że dzwoniła do mnie bezskutecznie przez ponad godzinę. I mam teraz zapłacić jej za ten stracony czas, a tani on nie jest. Po czym wymieniła sumę, która przekraczała moje miesięczne dochody. Dodała też, że mam siedzieć bez ruchu z telefonem w dłoni i czekać, a jeśli i tym razem zawiodę, to własnoręcznie mnie zamorduje, a na pogrzeb nie przyjdzie.
    Nastrój nieco mi się wtedy poprawił, bo te wyzwiska oznaczały, że ma dobre wiadomości, chociaż do euforii ciągle mi było daleko. Cały czas przeżywałem na nowo to wszystko co się rano wydarzyło, a swoje zrobiła też rozmowa z Lidką. Niektóre jej frazy zupełnie nie chciały opuścić mojej głowy.

    Dorota zadzwoniła dopiero po kilkudziesięciu minutach, kiedy porzucałem już wszelkie nadzieje. Przeprosiła mnie za całe zajście, za swoje zachowanie i słowa, którymi nas obydwoje z Baśką potraktowała. Prosiła też, abym to wszystko wyrzucił ze swojej pamięci na zawsze. Ja z kolei obiecywałem jej, że wcale nie czuję się obrażony i nie mam zamiaru do tego wracać. Poza tym dobitnie podkreśliłem, że z Baśką nie spałem nigdy, nie tylko ostatniej nocy. Powtórzyłem też to, co mówiłem Lidce, że nie będę jej stawał na drodze, jeśli będzie potrzebowała ode mnie czegoś dla chłopców i to jest przyrzeczenie bezwarunkowe. Dotyczy zarówno spraw bieżących, jak i przyszłych. Niezależnie od naszych relacji osobistych.
    Rozmowy nie przeciągała. Wyjaśniła jeszcze, że była na pożegnalnej kolacji dla gości Johna i nie miała ze sobą telefonu, dlatego wszystko to trwało tak długo, a poza tym początkowo próbowała z rozpędu wybierać mój prywatny numer, co dodatkowo zabrało jej trochę minut.
    No i na koniec podtrzymała swoje propozycje pracy dla nas obydwojga z Joasią i zapowiedziała, że już we wtorek czeka na nią w banku. Natomiast gdyby jej przyjazd był niemożliwy, żeby powiadomić Ankę, albo chociaż Romka, bo sama, jak przecież widziałem, nie lubi na wakacjach telefonu.

    I na tym rozmowę zakończyliśmy. Bez wyznań, westchnień i wielkich słów. O naszych dzieciach nawet nie wspomniała. Nie powiedziała czy chłopcy pytali o mnie, czy narzekali, że nie zrealizowałem swoich obietnic, nie pochwaliła się dzisiejszą wycieczką z nimi… nic! Ja jej życzyłem udanego urlopu, ona mi w zamian szerokiej drogi i to wszystko. Tak, jakby mówiła do przeciętnego znajomego. Miałem też wrażenie, że chyba nie była wtedy sama. Całe jej zachowanie było jakieś takie sztuczne, jakby wiedziała, że ktoś nas podsłuchuje. Chyba, że celowo rozmawiała ze mną w czyjejś obecności.
    Nie pozostało to bez wpływu na mój nastrój. Miałem później ochotę upić się do lustra, jednak nazajutrz czekała mnie długa droga za kierownicą. Więc o piciu nie mogło być mowy. Dlatego zjechałem tylko na dół, do restauracji na szybką kolację, a po powrocie wypiłem butelkę piwa. To wystarczyło bym spokojnie zasnął, tym razem już bez sennych koszmarów.

    Jak się jednak później przekonałem, atmosfera tej rozmowy raczej nie była przypadkowa. Nasze późniejsze relacje poważnie się ochłodziły. Zresztą, już do końca wakacji w ogóle się ze mną nie skontaktowała. Nie spotkałem jej również w banku, gdzie kilkakrotnie przyjeżdżałem, załatwiając wszystkie formalności, niezbędne do wyjazdu. Kiedy zapytałem o nią Ankę, wzruszyła tylko ramionami i odpowiedziała, że szefowa wyjechała do Nowego Jorku, więc nie ma jej w Polsce.
    Dopiero w Moskwie nawiązałem łączność, kiedy wysłałem mailem informację, iż jestem na miejscu i proszę o telefon. Odpisała mi, że czas na telefony to ma wtedy, kiedy ja już śpię, więc nie będzie mnie budziła. I raczej żebym tego nie oczekiwał, gdyż w godzinach kiedy ja jestem aktywny, ona pracuje i jest bardzo zajęta. Miałem tamtego dnia ochotę na rzucenie tego wszystkiego w diabły i powrót do domu, ale zagryzłem zęby, postanawiając jeszcze poczekać. Jednak z czasem zmieniało się niewiele.

    Przez cały pierwszy miesiąc rzadko do mnie pisała, nie dając w ogóle żadnych konkretnych zleceń. Miałem tylko poznawać pracę banku, a szczególnie wydziału analiz, oglądać telewizję, czytać gazety, przeglądać miejscowe portale w internecie, rozmawiać z ludźmi oraz umożliwiać Ance poznawanie miasta, w tym zasady bezpiecznego poruszania się po nim. Jak wyjaśniała, chodzi jej o to, abym powrócił do czasów, kiedy myślałem po rosyjsku. I dopiero po kilku tygodniach zaczęła kierować do mnie bardziej szczegółowe instrukcje, chociaż ciągle oficjalnym, urzędniczym językiem.
    Nic więc dziwnego, że pewnego wieczoru nie poszedłem do Anki, tylko wypiłem do lustra kilka pięćdziesiątek, po czym usiadłem do komputera i przelałem na klawiaturę wszystkie swoje żale i pretensje. O wszystko, począwszy od naszej telefonicznej rozmowy latem i stylu, w jakim ją prowadziła. Nie kryłem też, że rozważam powrót do Polski, gdyż oględnie mówiąc, nie tak wyobrażałem sobie naszą współpracę. Napisałem o tym, że pozbawiła mnie wszystkich bliskich i znajomych, nie dając niczego w zamian, bo liczyłem przynajmniej na informacje i relacje o naszych dzieciach, o których nawet nie wspomina. Że sama ma obok siebie męża, dzieci i dom, a ja nie mam tutaj nikogo. Dniami i nocami jestem sam jak palec, a i tak żałuje mi chociażby kilku miłych słów. Posumowałem zaś gorzkim stwierdzeniem, że tracę wiarę w jej zapewnienia, jakoby zapomniała o naszym ostatnim spotkaniu w Pokrzywnie, przy Baśki płocie. Tak jak mi to obiecywała przez telefon. I przez cały czas w swoim postępowaniu wobec mnie, kieruje się tamtymi słowami, które wtedy, w gniewie z siebie wyrzuciła.

    To były te godziny, kiedy Dorota powinna być w pracy i zapewne była, bo po kilku minutach dostałem odpowiedź. Bardzo krótką. Składała się zaledwie z trzech słów, przy czym jedno z nich napisała z błędem. A odpowiedź brzmiała dokładnie tak: TOMECZEK JEST GUPI!
    Ciśnienie znacznie mi spadło, kiedy to przeczytałem. Ten błąd był absolutnie zamierzony i miał powiedzieć mi to, co powiedział. Miałem wrażenie, że zrobiliśmy duży krok na drodze ku porozumiewaniu się bez słów, tak jak dawniej…

    c.d.n.
    Kamery 3D Time of Flight - zastosowania w przemyśle. Darmowe szkolenie 16.12.2021r. g. 10.00 Zarejestruj się
  • Legrand
  • #2
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Wstałem od stołu i zajrzałem do barku. Butelek było sporo. Oprócz mocniejszych alkoholi, które przywiozłem ze sobą, przeważały wina. Zdziwiłem się. Marta dotychczas nie przepadała za winami. W dodatku części etykiet nigdy nie widziałem i niczego mi one nie mówiły.
    - Może napijemy się czegoś? – zapytałem. Marta jednak szybko mnie zgasiła.
    - Daj spokój – usłyszałem. – Jestem zbyt najedzona i zmęczona.
    To nie musiało być prawdą, bo po chwili złagodziła swoją wypowiedź. – No, chyba, że kieliszek jakiegoś likieru.
    - Ja też chcę! – Joasia szybko i z entuzjazmem dołączyła swój głos.
    - To ja pasuję – odpowiedziałem spokojnie. – Nie cierpię słodkich alkoholi.
    - Więc odejdź stamtąd i nie przeszkadzaj nam! – głos Marty był stanowczy ale jednocześnie ton końcówki wypowiedzi zabrzmiał nieco żartobliwie, złagodziła więc znaczenie swoich słów. – Damy sobie radę same!
    Podeszła do barku i wyjęła wysmukłą butelkę z mleczno-białą zawartością.
    - Tego na pewno jeszcze nie piliście! – oznajmiła tajemniczo.
    - A co to jest? – zainteresowała się Joasia. – Ja już chcę! – wołała niecierpliwie.
    - To jest koktajl, który przywiozłam z San Marino. Zachwalali, że to jedyne miejsce na świecie, gdzie można go kupić.
    - Wasze zdrowie! – odparłem, udając zrezygnowanie. – Mnie wystarczy kompot. Już dawno nie piłem czegoś równie pysznego.

    I wcale nie udawałem. Niby znałem Rosję z dawnych lat, wiedziałem co tam się jada, ale teraz, kiedy się już starzałem, coraz bardziej brakowało mi smaku domowych potraw. Nawet tych prostych i niewyszukanych. Wprawdzie w Moskwie znowu pojawiało się coraz więcej polskich produktów spożywczych, jednak smak tamtejszego chleba zupełnie odbiegał od tego, do którego przywykłem w kraju. I jeśli kiedyś, przed laty, przez kilka pierwszych miesięcy pobytu tam, zupełnie mi to nie przeszkadzało, tak teraz tęskniłem za naszym chlebem już od dnia przyjazdu. Tyle, że nie miałem wyboru. Musiałem pogodzić się z tym co jest. Nie wszystko bywa tak, jakby się chciało.

    Praca, którą miałem dzięki Dorocie, okazała się w sumie dość ciekawa i niezbyt dla mnie trudna. Jeśli pominąć początkowy okres, który psychicznie mnie dołował, to później dawałem sobie radę bez problemu. Szkoda tylko, że straciliśmy prawie dwa miesiące na zwykłe nieporozumienia. Ale czy na pewno to było jedynie nieporozumienie? Ciągle o tym myślałem. Czy naprawdę było tak, jak mi później wyjaśniała?
    Okres ten zakończył się jej pamiętnym mailem, który oznajmiał, że „TOMECZEK JEST GUPI!” Bo dla mnie, to błędnie napisane słowo, błyskawicznie skojarzyło się z tamtą Dorotką, która w Pokrzywnie wkładała palec do buzi niczym mała, rozżalona dziewczynka, aby następnie przytulić się w łóżku plecami i znaleźć schronienie pod opieką moich ramion. Demonstrowane pełnym zadowoleniem, pocałunkami i całkowitym oddaniem. Miałem wrażenie, iż wywołała to moje skojarzenie zupełnie świadomie i swoją krótką odpowiedzią taki właśnie efekt chciała osiągnąć. Zagadką była natomiast szybkość odpowiedzi. Bo jeśli wpadła na taki pomysł przypadkowo, to miała wielkie szczęście. Ale jeśli przypadku nie było… oznaczało to, że diametralnie się mylę w ocenie jej stosunku do mnie. I rzeczywiście ją krzywdzę.

    Wieczorem otrzymałem od niej drugą wiadomość, a właściwie polecenie, bym nazajutrz kupił sobie w sklepie zwykły, miejscowy laptop, zainstalował na nim Skype, przesłał jej adres, a wtedy skontaktuje się ze mną. Tak też się stało. I następnego wieczoru rozmawialiśmy ze sobą bezpośrednio. Pierwszy raz od tamtych, letnich wydarzeń, od czasu jej tamtego telefonu gdy byłem w Białymstoku, mając teraz w dodatku okazję do oglądania swoich postaci.
    Nie chciała wdawać się ze mną w długie dyskusje z czego wynika takie a nie inne jej zachowanie, powiedziała tylko, że służbowy sprzęt musi mieć możliwość kontroli. Dlatego też w żadnym wypadku nie może go wykorzystywać do przesyłania prywatnych, a tym bardziej intymnych wiadomości, bo kiedyś ktoś może tam zaglądnąć. I żebym takiego stylu jej poleceń nie brał sobie zbytnio do serca, bo tak być musi. Zapewniała także, że źle odczytuję jej milczenie, źle sobie to wszystko tłumaczę, w dodatku sam nie dotrzymuję danego słowa. Nie dbam o siebie tak jak obiecywałem, nie biegam, jednak bliższych wyjaśnień skąd ma takie informacje, już nie chciała udzielić.
    Tylko w jednej sprawie nie próbowała się tłumaczyć i przyznała mi całkowitą rację. Chodziło o naszych synów.

    Usprawiedliwiała się, że nikt nigdy nie potrzebował o nich informacji, więc jakoś tak na co dzień z przyzwyczajenia nie myśli o tym, iż teraz ja z niecierpliwością mogę tego oczekiwać. A kiedy ma czas na refleksję i nawet chciałaby podzielić się ze mną swoimi radościami i zmartwieniami, to u mnie jest już noc i ja śpię. Tym niemniej obiecała solenną poprawę na przyszłość i coś nawet jakby na kształt radości z moich zarzutów, przewijało się w jej słowach.
    Atmosfera wtedy znacznie się ociepliła i pozwoliliśmy sobie wreszcie na parę żartów oraz skojarzeń, nawiązujących do naszych dawnych, wspólnych dni. Dlatego też, nie chcąc już niczego psuć, nie drążyłem tego, czego nie chciała powiedzieć sama. Nic by mi to nie dało. Może z czasem dowiem się i czegoś więcej, a najbardziej interesowały mnie jej plany na lato, kiedy miałem wystąpić oficjalnie w roli tatusia bliźniaków. Ciekawe, czy o tym pamięta.
    Rozmowa nie trwała przesadnie długo i nie całkiem mnie zadowoliła, ale uznałem, że lepszy rydz niż nic. Dziwne lody zostały przełamane i teraz miało być już tylko lepiej. W dodatku prosiła mnie na koniec o wyrozumiałość, gdyż ma tak napięty grafik dnia, że rozmowy ze mną może prowadzić tylko kosztem czegoś. W jej rozkład zajęć nie da się już niczego wcisnąć. Tym niemniej obiecała, że gdy tylko pojawi się jakaś możliwość bezpośredniego kontaktu, będzie mnie powiadamiała. Dlatego w lepszym nastroju i z większym zaangażowaniem, zająłem się i pracą, i współpracą z Anką.

    Nasze ogólne relacje, mimo że na pewno informowała Dorotę o moim życiu, układały się całkiem dobrze, a może nawet jeszcze lepiej. Mieszkaliśmy w dwóch sąsiadujących ze sobą lokalach i czasami nawet żartowaliśmy, że w zasadzie to sypiamy ze sobą bliżej niż niejedno małżeństwo. Bo tak się złożyło, że nasze sypialnie dzieliła jedynie ściana, więc nocna odległość pomiędzy nami nie była znów taka wielka.
    Oczywiście, takie skojarzenia omawialiśmy dopiero później, początkowo Anka była sztywna i zasadnicza niemal jak w Pokrzywnie. Jednak z czasem udało mi się ją obłaskawić, a niemałą rolę odegrało to, że poprosiłem ją, aby udzielała mi lekcji języka angielskiego.
    Zgodziła się chętnie, jednak kiedy po kilku zajęciach chciałem jej za to zapłacić, kategorycznie odmówiła wzięcia jakichkolwiek pieniędzy i niemal się na mnie obraziła.
    Taki układ niezbyt mi odpowiadał, nie lubię być niczyim dłużnikiem, więc pytałem jak i czym mogę się zrewanżować. Trochę wstydziła się powiedzieć, ale w końcu wyznała, że… nie umie tańczyć. I żebym w zamian spróbował ją czegoś nauczyć.
    A wtedy już nam poleciało. Bardzo często organizowaliśmy sobie wieczory we dwoje, ucząc się, tańcząc, dyskutując o naszej pracy, czasem nawet wypijaliśmy trochę alkoholu, albo też zwyczajnie oglądaliśmy telewizję. Dogadaliśmy się również w sprawach posiłków, gotując na przemian dla dwóch osób, a od kilku tygodni chodziłem też do niej na śniadania. Gdyż była znacznie lepsza ode mnie w wynajdowaniu wartościowych produktów na miejscowych bazarach.
    Mięso, które kupowała miało lepszy smak niż to, które ja przynosiłem, warzywa przeważnie nie psuły się tak szybko, dysponowała większym asortymentem produktów i nigdy nie brakowało jej żadnych przypraw. Korzystanie z jej wiedzy żywieniowej i dokładności, oszczędzało mi mnóstwo czasu i jeszcze więcej wysiłku. Rewanżowałem się zaś transportem, wożąc ją autem do pracy, na zakupy i wszędzie, gdzie tylko zechciała. Sama, chociaż miała prawo jazdy, w ogóle nie odważyła się wyjechać na moskiewskie ulice. Zresztą, ponoć każdy Polak próbujący tutaj stale jeździć, w ciągu pierwszego miesiąca zalicza swoją pierwszą stłuczkę, jeśli już nie coś gorszego.

    Wszystko to co robiliśmy, przebiegało bez żadnej próby nawiązania do seksu albo czegoś intymnego. Nawet podczas tańców, kiedy przecież musieliśmy się obejmować, Anka na mnie nie działała w tej sferze. I pewnie ja na nią też. Nasze relacje zaczęły przypominać stosunki ojca z córką. Bardzo blisko, niemal rodzinnie, ale z wyraźną i nieprzekraczalną barierą. Oraz dużym marginesem osobistej wolności; bez intymnych rozmów i poufnych zwierzeń.
    Nawet kiedy czasami wypiliśmy nieco, takich tematów nie poruszaliśmy nigdy. Dlatego Anka nadal nie wiedziała co naprawdę łączy mnie z Dorotą. Tak jak i ja nie znałem jej życia prywatnego.
    Dopiero przed samymi świętami sytuacja uległa małej zmianie. Anka wprawdzie niczego mi nie powiedziała, ale kiedy przed kilkoma dniami długo do mnie nie zaglądała, zapukałem do niej i… okazało się, że ma gościa! Wycofałem się wtedy szybciutko, śmiejąc się w duchu i nawet go nie poznałem. A na drugi dzień w pracy, łowiąc moje lekko kpiące, ironiczne uśmieszki, udała urażoną moim zachowaniem i nie chciała niczego o nim powiedzieć. Jednak mnie nie mogła zwieść. Skoro wpuściła go do swojego mieszkania, nie był dla niej byle kim. Po świętach należało spodziewać się dalszego ciągu. Chyba jednak będę musiał sam zacząć dbać o swoje śniadania...

    Marta napełniła dwa niewielkie kieliszki likierem i obydwie z Joasią zwilżyły w nich usta. Pochwaliły, że smakuje wyśmienicie, po czym Joasia wstała i podeszła do choinki. Stały pod nią duże, kolorowe torebki ze świątecznymi prezentami. To też była nasza tradycja.
    Oznaczone imionami, stały tam już od rana i każdy kto chciał, mógł do nich włożyć prezent dla konkretnej osoby. Nikt nie sprawdzał kto, co i komu chce podarować. Dopiero po wigilijnej wieczerzy następowało gremialne sprawdzanie ich zawartości.
    - Muszę zobaczyć, czy byłam grzeczna w tym roku i czy Mikołaj to docenił. Bo ja tak bardzo się starałam!
    - Dawaj, dawaj! – ponagliła ją Marta. – Może i mnie coś się dostało, może i ja byłam grzeczna?
    Wreszcie! Siedziałem udając spokój i patrzyłem na nie. Sam nie wiedziałem, co dostały pod choinkę. Ba! Nie wiedziałem nawet, co ja dostałem...

    c.d.n.
  • Legrand
  • #3
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Cała sytuacja była zwariowanym pomysłem Doroty. Jeszcze w listopadzie powiadomiła mnie, że przygotowała prezenty pod choinkę dla wszystkich członków mojej rodziny i żebym nie ważył się już niczego dokładać, bo to mogłoby wzbudzić podejrzenia. Nadmiar prezentów nie zawsze bywa pożądany. Powtórzyła to później jeszcze kilkakrotnie, więc bez sprzeciwu dostosowałem się do tych życzeń, zdając się całkowicie na jej wybór.
    A kiedy Romek odbierał mnie na Okęciu i tak samo jak w Białymstoku wręczył klucze i kody do jeepa, pakunek Doroty był już w bagażniku. Oczywiście, Romek nie znał jego zawartości, powiedział tylko, że dostał to od Johna z konkretną dyspozycją. Tak miało być, Dorota zapewniła mnie, że wszystko będzie w porządku. Tym niemniej, jeszcze w drodze, rozciąłem ochronne taśmy, aby sprawdzić jego zawartość. Wszystko wyglądało jak najlepiej. Elegancko zaklejone pakuneczki, zaadresowane imiennie zwykłym komputerowym drukiem, przewidywały pełny skład mojej rodziny za świątecznym stołem. Niestety, dzisiaj nie było z nami Damiana i jego żony, gdyż tym razem spędzali Wigilię w domu jego teściów. Do nas mieli zawitać w drugim dniu świąt. Dopiero wtedy dowiedzą się co też Mikołaj przewidział dla nich w tym roku.

    Nieoczekiwanie Joasia była bardziej cierpliwa, niż to zapowiadała i nie zajęła się swoimi prezentami, tylko na początek wyjęła spod choinki kopertę. Białą, taką niemal jak pocztowa. Zaadresowana była na nas oboje z Martą.
    - To dostałam od pana prezesa dla was pod choinkę. Co zawiera, tego nie wiem. Nie chciał powiedzieć! – śmiała się.
    - Więc otwórz! – Marta rozsiadła się wygodnie w fotelu i pewnie nie chciało się jej nawet ruszać. Miała prawo czuć znużenie dzisiejszą krzątaniną.
    Joasia przyniosła nożyk do papieru i w naszej obecności rozcięła kopertę, po czym wyjęła z niej elegancki, złożony arkusik czerpanego papieru. Otworzyła go na sekundę, spojrzała i westchnęła z podziwem, po czym natychmiast zamknęła, a jej wzrok powędrował w sufit.
    - Co tam jest? – dopytywała Marta.
    - Mamo…
    - Cóż znowu?
    - Macie zaproszenie na bal!
    - Jaki znowu bal? – Marta roześmiała się, z niedowierzaniem.
    - Bal z okazji dziesięciolecia funkcjonowania naszego banku. Jubileuszowy!
    - Co? Pokaż to!
    Marta wzięła w ręce kartonik i zaczęła głośno czytać.
    - Zarząd i Rada… banku… mają zaszczyt… – mruczała, omijając jakieś fragmenty tekstu. – …zaprosić państwa Martę i Tomasza… uroczysty… odbędzie się w dniu… w salach balowych hotelu Patisson w Warszawie… Co to jest? – zapytała zdumiona, patrząc na mnie.
    - Fiu, fiu, fiu! – Joasia kręciła głową z niedowierzaniem i udawała, że gwiżdże. – Ale macie chody u szefa, ja nie mogę! U nas w banku zaproszenia dostało prawdopodobnie nie więcej niż czterdzieści osób, właściwie to bez stanowiska dyrektora departamentu albo głównego specjalisty nie było na co się oglądać.
    - A z oddziałów nie zapraszają? – pomyślałem o Stefanie. Ale szybko pozbyłem się złudzeń.
    - Tylko dyrektorów. Poniżej tego stanowiska chyba nie ma nikogo.
    - No a ty? – zapytałem szybko, przełykając ślinę.

    Byłem zaskoczony nie mniej niż Marta. Nie miałem pojęcia o balu! Dorota, chociaż nasze kontakty powróciły już niemal do dawnej atmosfery, nie pisnęła nawet słowem! I nikt inny też! A musieli o tym wiedzieć, chociażby Anka! Ciekawe, dlaczego Dorota trzymała to w takiej tajemnicy…
    - Ja? Niby z jakiej okazji? Ani stażu, ani stanowiska, ani zasług. Nawet jeśli tam będę to wyłącznie służbowo. I nie będę mogła Maćka zaprosić.
    - Jaki bal? Co to za bal? – Marta dopytywała się chaotycznie. – Ja mam iść na jakiś bal? W Warszawie? To już lepiej idźcie we dwoje! Ja nie mam w czym chodzić na bale!
    - Oj, mamo, nie przesadzaj! – Joasia protestowała. – Przyda się wam trochę urozmaicenia od codzienności…
    - Jakiego urozmaicenia? – to stwierdzenie rozśmieszyło Martę, ale śmiała się ironicznie. – Dziecko, czy ty w ogóle wiesz jak wygląda tutaj codzienność? Jakie problemy ja muszę pokonywać? Więc po co mam stwarzać sobie nowe?
    - Przesadzasz! Jakie znowu nowe problemy?
    - A w czym mam się pokazać ludziom, nie wiesz przypadkiem? – Marta nadal była na „nie”. – Pomyślałaś o tym ile to wszystko by kosztowało? Ty na starcie swojej pracy zarabiasz pewnie ze trzy razy więcej niż ja, z kilkudziesięcioletnim stażem. A cały dom jest na mojej głowie i nikt nie chce cen obniżyć. Chyba, że przewidziałaś mi rolę kopciuszka, to jakoś sobie poradzę, tylko że w zaproszeniu nie ma ani słowa o balu kostiumowym…
    - Mamo, nie narzekaj już, coś wymyślimy! – Joasia bagatelizowała jej obawy. – Czemu tak od razu rezygnujesz?
    - Wymyślimy, wymyślimy… – Marta nadal burczała. – A nie wiesz za co mamy wymyślać? Z pustymi kieszeniami to można wymyślać!
    - Przecież chyba mamy coś na koncie, prawda? – tym razem to ja jej przerwałem, bo ten opór zaczynał mnie drażnić. – Wszystkie moje pieniądze przelewałem regularnie.
    - No to co? Przepracowałeś raptem parę miesięcy i już? Już ma na wszystko wystarczyć? Chyba wiesz ile zarabiałeś poprzednimi laty. Dużo z tego odłożyłeś? Było z czego? Mieszkanie nie remontowane, meble przedpotopowe, jeździć nie ma czym… – Marta zdawała się być nieugięta. – Nie masz pojęcia jak mieszkają nasi byli znajomi i jak są ubrane kobiety u mnie w pracy. Nie pomyślisz tak czasem jak ja przy nich wyglądam?
    - Więc dlaczego nie kupisz sobie czegoś?
    - Bo mnie na to nie stać! – odwarknęła. – Ty musisz mieć nowe garnitury, bo wyjeżdżasz, Joasia musi mieć nowe rzeczy, bo zmieniła pracę i mieszkanie, a ja jak zwykle. Jakiś ochłap mi czasem zostanie, albo tylko sama radość, że nie będę spłacała kolejnego kredytu...
    - To fakt, jakieś auto by się nam przydało! – Joasia nieoczekiwanie ją poparła.
    - A po co nam teraz samochód? – usiłowałem ją przekonać. – Kto będzie nim jeździł? Mama przecież nie ma prawa jazdy. Natomiast ja, jeśli przyjadę do Polski kilka razy w roku, to mogę wziąć samochód z banku. Mam kupić swój, żeby stał i rdzewiał? To mogłem zostawić stary. Jeszcze szybciej szlag by go trafił!

    Zirytowała mnie. Prawdę dozowała wybiórczo, nie była w tym gorsza ode mnie. Ja przecież nie przyznałem się, że mam do dyspozycji prywatnego jeepa Doroty. Joasi powiedziałem, że to samochód z banku, natomiast Marty zupełnie nie zainteresowało czym przyjechałem. Wiedziała, że niczym swoim. Mnie natomiast bardzo ciekawiło skąd te wina kupione w San Marino, za co te jej kilkudniowe wypady po Europie… Praga, Bułgaria, Chorwacja, Rzym, Wenecja, Sycylia, Paryż… Jakoś nie wspomniała o tym, kto finansuje te wszystkie wycieczki.

    Teoretycznie znałem wycieczkową grupę jej znajomych, jednak czy byli przyjaciółmi, tego nie odważyłbym się powiedzieć. Przynajmniej nie wszyscy. Jednak tolerowali się wzajemnie i ponoć wspólnie organizowali sobie wolny czas, natomiast o zestawie par u nich nie wiedziałem niczego.

    Poznałem ich, gdy kiedyś byłem z Martą na zabawie zakładowej, organizowanej przez związki zawodowe w jej firmie. Zajmowali kilka sąsiednich stołów, które niemal natychmiast zsunięto razem i tak pozostało już do rana. Razem pili, razem tańczyli i śpiewali, prawie jak w harcerstwie. I tak właściwie, to oprócz nas dwojga, występujących razem jako małżeństwo, nie mogłem zorientować się, czy są jeszcze jakieś stałe pary w tej grupie. Mieszali się, zmieniali miejsca przy stole, chodzili tańczyć w najróżniejszych układach, a nawet ściskali się żartobliwie raz z tym, po chwili z kim innym partnerem… zupełny miszmasz!
    W dodatku, jak się później dowiedziałem, większość panów to były osoby zaproszone, nie będące pracownikami firmy. Marta twierdziła, że słabo ich zna. Cóż, taki pewnie los sfeminizowanych firm.
    Tym niemniej podobno wszyscy utrzymywali ze sobą stałe kontakty i wyglądało na to, że stanowią trzon tej grupy, bo przy stole zastrzegali, że są otwarci na nowych uczestników i nie stawiają żadnych warunków na wejście. Mnie zresztą też zapraszali. Jak twierdzili, ich celem jest turystyka i poznawanie świata.

    Przywódczynią grupy była rozwódka Maryla, Marty znajoma z pracy i jej była szkolna koleżanka. Znałem ją już wcześniej, bo bywała u nas w domu, kiedy jej małżeństwo po zaledwie paru latach istnienia chwiało się w posadach. Bardzo silna osobowość. Fachowo cieniutka, mająca olbrzymie luki w rzetelnej, a nawet podstawowej i szkolnej wiedzy, przychodziła do Marty po nauki. Gdy słyszałem wtedy jej wypowiedzi, to mnie zgroza ogarniała, że można czegoś tak prostego nie znać. Czysta żenada.
    A przecież to nie była moja dziedzina, nie moja specjalność; tematykę znałem o tyle, że bywałem świadkiem dyskusji Marty z jej starszą siostrą, pracującą w tym samym zawodzie. One przynajmniej omawiały realne problemy, a nie podstawy fizyki ze szkoły podstawowej.
    Jakież było moje zdziwienie, kiedy po kilkunastu latach dowiedziałem się, że z biegiem czasu Maryla stworzyła wokół siebie w środowisku nimb wybitnego specjalisty! Mało tego! Uzyskała nawet państwowe uprawnienia rzeczoznawcze! I teraz Marta była przy niej szarą myszką, chociaż czasami nadal jej po cichu doradzała.
    Było o czym pomyśleć, bo Marta od dawna nie powiedziała o niej złego słowa. Kiedyś, ale tylko kiedy byliśmy we dwoje, nie kryła swojej opinii o umiejętnościach i inteligencji koleżanki, natomiast na zewnątrz nigdy jej nie krytykowała. Zawsze jednak zazdrościła tego tupetu i tej przebojowości, której ponoć w szkole jeszcze nie prezentowała. Co się zatem teraz zmieniło? Koleżanka nagle nabrała wiedzy, czy też Marta znajdowała się pod jej przemożnym wpływem? I co się z tym wiązało? Od dawna nie miałem żadnej nowej wiedzy o tej grupie. A może już nie istnieje? Może teraz wszystko jest inaczej?

    - Tatku, a tak właściwie to skąd ty masz takie auto? – Joasia niemal mnie zastrzeliła. – Ja podobnego samochodu nigdy u nas w banku nie widziałam.

    c.d.n.
  • #4
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Czyli masz jeszcze trochę do zobaczenia! – przytomnie zbiłem ją z tropu. – Nie moje zmartwienie. Takim samochodem Romek przyjechał po mnie na Okęcie, takie mi zostawił, więc to nie jest mój problem.

    Ale problem istniał. Bank miał na stanie niewiele samochodów osobowych. Wolał płacić za używanie własnych pojazdów do służbowych celów. I Joasia pewnie też o tym wiedziała. Albo się dowie.
    - Co to za Romek, o kim mówisz? – Marta zainteresowała się naszym dialogiem.
    - Szef naszego pionu informatyki – Joasia wyjaśniła szybciej. – Bardzo sympatyczny pan. Chwalił mi się kiedyś, że przed laty imprezowali z tatą dość… skutecznie, powiedziałabym.
    - Nieprawda, nic podobnego! – zaprotestowałem. – Nie było żadnych skutków ubocznych, ani innych niestrawności. Najwyżej The Day After.
    - Nie bądź już taki drobiazgowy! – Joasia zachichotała. – A w ogóle, to na początku, gdy przejmowałam od Ani obowiązki, to pan Romek tak mi się przedstawił, że nie wiedziałam, co mam o tym myśleć.
    - Czyli jak?
    - Podszedł do mnie, powiedział jak się nazywa i zażyczył sobie swobodnego dostępu do szefa, bo, jak mi oświadczył, po pierwsze zna ciebie, a po drugie zna też szefa. I stanął z taką zadowoloną miną, że mnie zatkało.
    - I okazało się, że zna naprawdę!
    - Właśnie, ale ja myślałam, że sobie żartuje! Dopiero Anka mi później potwierdziła, że tak jest naprawdę. Ty go dobrze znasz?
    - Trochę. Nie wiem co rozumiesz pod słowem „dobrze”. Czemu pytasz?
    - Bo on ma jakieś układy z prezesem. Jak są sami, to zwraca się do niego po imieniu. Może to on załatwił wam zaproszenie?
    - E tam, to niemożliwe – zaoponowałem. – Jaki miałby w tym interes? A poza tym, to nie zajmuj się plotkami, bo w tym banku bardzo tego nie lubią.
    - Przecież nie jestem w banku, tylko w domu!
    - Na razie. Jednak rób swoje i lepiej nie wtykaj nosa w inne sprawy. Asystentki przez te dziesięć lat dość często się zmieniały – próbowałem ją postraszyć. Ale trafiłem jak kulą w płot!
    - A jedna z nich została nawet żoną prezesa! – oświadczyła mi dumnie, jakby w połowie to była jej zasługa.
    Poczułem mrowienie gdzieś na plecach. To nie był mój ulubiony temat na dzisiejszą, wigilijną rozmowę z żoną i córką.

    - Tak? – nieoczekiwanie Marta się roześmiała. – Masz ochotę ją wygryźć?
    - Mama, coś ty! – Joasia też się śmiała. – Nie mam przy niej szans! To jest taka laleczka, że słońce zachodzi. Ma pewnie z dziesięć lat więcej niż ja, ale wygląda jakby dopiero co skończyła szkołę. Pójdziecie na bal, to ją zobaczysz i sama się przekonasz.
    - To pan prezes ma żonę w Polsce? – Martę temat wyraźnie zainteresował.
    - Dokładniej to z Polski, bo pani prezesowa mieszka i na stałe pracuje w Nowym Jorku. Ale czasem też przylatuje do Polski.
    - Aż tak za nim tęskni?
    - Tego to już nie wiem, bo dotychczas bywała raczej służbowo. Wiem, bo szef polecał mi uzgadnianie godzin spotkań jej rozmówców.
    - Służbowo? To taka pani pracuje? I czym się ona zajmuje?
    - Mamuś, no przestań! Ma bardzo wysokie stanowisko, bo jest dyrektorem departamentu w centrali banku w Nowym Jorku, a u nas jest oficjalnym doradcą prezesa. Nawet ma swój gabinet z drugiej strony sekretariatu, tuż obok szefa. Więc, jak widzisz, u nas bywa raczej nie z tęsknoty.
    - Skąd ty wiesz, że była kiedyś asystentką prezesa? – zapytałem, udając zwykłą ciekawość. Postanowiłem nie przeszkadzać w tych wynurzeniach. Dobrze byłoby wiedzieć, na ile orientuje się w układach osobowych.
    - Bo mi powiedziała! – padło dumne stwierdzenie.
    Przytkało mnie. Dorota o niczym takim nie wspominała.
    - To kiedy z nią rozmawiałaś?
    - Ostatnio? Gdzieś na początku grudnia. Ale o tej asystentce to mówiła na samym początku, kiedy jeszcze egzaminowała mnie przed przyjęciem do pracy.
    - To nie prezes ciebie egzaminował? – udawałem zdziwienie.
    - Nie, skądże! Pani prezesowa! W dodatku zagrała wtedy tak… – zawiesiła głos.
    - Jak? – dopytywała się Marta. – Nic mi o tym nie mówiłaś.
    - Mamuś, nie było kiedy! – tłumaczyła się ze śmiechem. – Ale naprawdę, miałam wtedy przez chwilę wrażenie, że pora już wracać do domu. Że nie mam szans. A tu okazało się, że to tylko pani prezesowa troszeczkę sobie ze mnie zakpiła.
    - Żartujesz?!
    - Ani trochę! Bo kiedy tam przyjechałam, to Anka, moja poprzedniczka, wprowadziła mnie do jakiegoś gabinetu, posadziła przy konferencyjnym stole i sobie poszła. Więc siedzę, rozglądam się trochę i czekam. A wtem wchodzi jakaś dziewczyna, urodziwa nieziemsko, ubrana jak z żurnala, jakby wróciła właśnie z Paryża. Oho! – pomyślałam sobie. – Będą problemy, mam konkurentkę. I to rasową! Ale przecież nie będę się poddawała bez walki!
    - Prawidłowo! – pochwaliłem ją.
    - Poczekaj! Ta spokojniutko mówi do mnie „dzień dobry”, ja jej „dzień dobry”, usiadła obok, na sąsiednim krześle, wyjęła z torebki telefon i coś tam kombinuje, nie zwracając na mnie uwagi, jakby mnie tam w ogóle nie było. Pytam grzecznie czy pani też na egzamin asystentki prezesa, a ta roześmiała się i mówi, że tak, na egzamin, oczywiście. Po to tutaj przyszła. I dalej coś tam wpisuje, nie interesując się niczym więcej. W końcu schowała ten telefon, czy też smartfon, spojrzała na mnie i pyta, czy chciałabym pracować jako asystentka prezesa. Więc ja udając, że patrzę na nią z góry, bo co też taka może umieć, odpowiadam dumnie, iż po to tutaj przyjechałam. Trochę ciepło mi się zrobiło, jednak po niej niczego się nie spodziewałam, była po prostu za ładna na dobrą znajomość angielskiego. A ta nagle przeszła na angielski, mówi do mnie, że ukończyła anglistykę na Uniwersytecie Warszawskim i pyta gdzie studiowałam. Wtedy tak z rozpędu odpowiadam jej też po angielsku, rozmawiamy sobie niemal jak znajome, ale cały czas słyszę, że ona jest znakomita! I uszy mi opadają. Język zna lepiej niż ja, zewnętrzne atrybuty ma lepsze… Pomyślałam, że jak tu wreszcie ktoś przyjdzie, to nawet mnie słuchać nie zechcą. No i w pewnym momencie ona wstała, podeszła do stojącego w głębi biurka, coś tam nacisnęła i słyszę jak mówi do jakiegoś Johna, żeby do niej zaglądnął.
    - A John to kto? – Marta nie wytrzymała.
    - Poczekaj, wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Natomiast po chwili do gabinetu wszedł sympatyczny pan, uśmiechnięty, zadowolony, podał mi rękę na powitanie i przedstawia się po angielsku. Że nazywa się John Warwick, jest prezesem zarządu banku i wita mnie w charakterze swojej asystentki. Ja stoję, z taką głupią miną, nie bardzo rozumiejąc o co chodzi, a oni obydwoje się śmieją!
    - Jego żona też?
    - Ona przede wszystkim! Bo prezes zaraz wyszedł i wtedy znowu usiadłyśmy razem, po czym od razu zaczęła mi wyjaśniać na czym ma polegać moja praca, czyli wprowadzać w zakres obowiązków.
    - I wtedy ci powiedziała, że asystentką to już była?
    - Tak, a kiedy oznajmiła ile lat temu to było, aż mnie zatkało. W życiu bym tak nie pomyślała! Ale okazała się całkiem w porządku. Ściągnęła potem Ankę, poleciła wprowadzać mnie we wszystkie sprawy bieżące, abym niedługo mogła prowadzić je sama i zapowiedziała, że będzie okresowo przyglądać się życzliwie mojej pracy.
    - Co to znaczy „życzliwie”? – zapytała Marta. – Jakiś amerykański wynalazek?
    - Tego właśnie nie wiedziałam – Joasia chichotała. – I prawdę powiedziawszy, to nie wiem do dzisiaj.
    - Ale co, dokucza ci? – zapytałem.
    - Nie, jednak pewnych spraw do końca nie rozumiem. Jest właśnie bardzo miła i uprzejma, chociaż jak dla mnie, czasami bywa zbyt wścibska. Dopytuje się o moje sprawy prywatne, o życiowe plany…
    - To ci przeszkadza?
    - No wiesz… Nie rozumiem po co miałabym akuratnie jej się zwierzać. Zauważyłam też, że w rozmowach z kontrahentami jest bardzo zasadnicza. Podobno narzekają na nią i to bardziej niż na prezesa. Natomiast u nas, w takich wewnętrznych sprawach, zachowuje się na luzie, bez jakichś tam wielkich ceremonii.
    - Czyli da się z nią wytrzymać.
    - Oj, nie przesadzaj, ja nie narzekam, chociaż teraz znowu naciskała na mnie, żebym podjęła studia podyplomowe i to z bankowości.
    - Tak jak Anka?
    - No właśnie. Jesteś w Moskwie z Anką, rozmawiasz z nią i wiesz co o tym myśli, bo ponoć zaliczyła już jakieś kursy przygotowawcze. Ma to sens? O co w tym wszystkim chodzi?

    Byłem w kropce. Wiedziałem wszystko, ale ile z tego mogę powiedzieć własnej córce, żeby się nie wkopać? Z drugiej strony, skoro Dorota poruszała z nią taki temat, to jakąś wizję przyszłości też musiała jej przedstawić. I to musiało być spójne z tym, co i ja wiedziałem.
    - Dobrych rad warto słuchać. Na twoim miejscu ja bym się nie wahał. Spróbuj, żebyś kiedyś nie żałowała zaniechania.
    - Tato, ale to wszystko kosztuje!
    - Brakuje ci? Więc ja to sfinansuję, nie martw się o pieniądze. Ile potrzebujesz?
    - No patrz! – Marta skrzywiła się ironicznie. – Twój tato już poczuł się dwumiesięcznym milionerem. Ale niech się stara! Skoro ci obiecał, to ja nie mam nic przeciwko!
    - Damy sobie radę! – bagatelizowałem jej komentarz, ale wolałem zmienić nieco temat. – Tylko czy dasz radę organizacyjnie? – zwróciłem się do Joasi. – Jak jest teraz? Bo początki zaliczyłaś, masz już jakieś doświadczenie, wiesz jak ci się pracuje i mieszka w Warszawie.
    - Bardzo dobrze! Szef jest konkretny i zawsze spokojny. Nie krzyczy, nie marudzi, nie ciska się, sam jest dobrze zorganizowany i wymaga systematyczności oraz porządku. Chaos, bieganina, to nie u nas. Zadania są oczywiste i wystarczy je wykonywać, aby nie było problemów.
    - A jaką masz umowę o pracę?
    - Teraz już normalną, na czas nieokreślony. Najpierw dostałam stażową, taką na trzy miesiące, ale zanim jeszcze się skończyła, to prezes mi powiedział, że staż zaliczyłam i podpisze nową. Dlatego już od początku listopada jestem stałym pracownikiem banku.
    - Czyli jesteś zadowolona z tej pracy? – Marta sygnalizowała uważne słuchanie naszej wymiany zdań.
    - Oczywiście! Pracuje mi się nieźle, a w dodatku za konkretne pieniądze. Nie mam powodów do narzekań.
    - To znaczy, że wreszcie tatuś na coś ci się przydał!
    - Mamo!... – Joasia była zdegustowana tymi słowami. – Nie mów tak! Święta są!

    Udałem, że tego nie słyszałem. Wtedy, w lecie, niemal zmusiłem Joasię, żeby pojechała do Warszawy, bo za nic nie chciała opuszczać Krakowa. Mieliśmy małe spięcie po moim przyjeździe do domu, ale dała się przekonać argumentem, że przecież niczego nie traci, próbując sprostać nowym wymaganiom. Dałem jej pieniądze na podróż i pobyt, żeby nie narzekała na koszty, wyposażyłem we fragmenty wiedzy które mogłem jej przekazać, wyprawiłem z domu i… jakoś poszło!
    - A jak z mieszkaniem? – kontynuowałem tematy poboczne, dla mnie bezpieczniejsze. – Nie masz tam problemów? Nie jest zbyt daleko? Jak z komunikacją?
    Mogłem tak blefować, bo przecież fizycznie nigdy w nim nie byłem. Pytanie nie mogło wzbudzić podejrzeń.

    Sprawę mieszkania dla Joasi znałem, bo Dorota nie zapomniała o niczym. Wyprawiając Ankę do Moskwy, zażyczyła sobie aby oprócz miejsca pracy, przekazała też Joasi swoje warszawskie mieszkanie. By Asia nie musiała niczego szukać. I tak też się stało.
    Dopiero w Moskwie dowiedziałem się, że Anka od dłuższego czasu zajmowała… dawne mieszkanie Doroty! Jej własne, w którym przebywała z Kamilem i jeszcze wtedy, kiedy była Johna asystentką. Teraz go nie potrzebowała, ale też i nie pozbyła się. Było przydatne. Kiedyś zakpiłem z niej na Skype, że zrobiła z niego hotel dla asystentek prezesa, ale to określenie niezbyt jej się spodobało, bo przypomniałem też, że to tam zaciągnęła Johna na ich pierwszą noc…
    Joasia nie wiedziała jednak kto jest jego właścicielem, bo rozliczała się z Anką i to według zasad, które ta jej narzuciła. Oczywiście, pod Doroty dyktando.

    - Coś ty, wszystko w porządku – odparła. – Wprawdzie Anka zostawiła w jednym pokoju trochę swoich rzeczy, ale ja go na co dzień nie potrzebuję. No i mam bajecznie tanio jak na Warszawę. Za pięćset złotych miesięcznie, na pewno niczego lepszego bym nie znalazła. A tak, mam warunki niemal komfortowe. Ładne meble, pełne wyposażenie i świetne położenie.
    - Czyli masz wszelkie możliwości, żeby spróbować jeszcze czegoś więcej. Pani Dorota nie miała łatwiej, a jednak po kilku latach, jak sama się przekonałaś, awansowała wysoko. Z kolei Anka też przecież nie pojechała ze mną do Moskwy na wygnanie, tylko na pewnego rodzaju staż, a potem zamierza wyjechać na studia do USA. Teraz ty masz przed sobą perspektywy! Asystentki Johna robią kariery, masz tego jasne przykłady! I ponieważ wcale nie jesteś od nich głupsza, czy też mniej pracowita, to spróbuj! Widziałem w domu, że potrafisz się uczyć i potrafisz rozdzielać obowiązki od przyjemności.
    - Tata, a ty skąd wiesz, że pani prezesowa ma na imię Dorota?

    c.d.n.
  • #5
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Jasny grom strzelił z nieba. W płucach zabrakło mi tchu, na szczęście olśnienie przyszło niemal natychmiast. Udawanie, że się nie znamy, może tylko pogorszyć moją sytuację. Wcześniej czy później, a już na pewno na balu, Marta i tak dowie się o tym.
    - Po pierwsze, to nie zapominaj, że pracuję z twoją poprzedniczką. Wprawdzie nie jest zbyt wylewna, tym niemniej przekazała mi parę informacji o banku i osobach w nim pracujących.
    - A po drugie? – Joasia pilnowała tematu.
    - A po drugie, to znam panią Dorotę osobiście! I to od dawna!
    Zagryzłem wargi, po czym potrzasnąłem głową niby z dumą.
    - Chrzanisz! – Joasia nie do końca mi uwierzyła.
    - Skąd ją znasz? – Marta była bardziej dociekliwa.
    - Przecież rozmawialiśmy parę razy w Pokrzywnie, gdy byłem tam latem ze Stefanem – wyjaśniłem mętnie. – Miała wtedy wakacje.
    - To w Polsce spędzała urlop? Amerykanka? – Marta nie mogła uwierzyć.
    - Bogaci ludzie mają swoje kaprysy! – odparłem wymijająco. – Kto im zabroni?
    - Niby też prawda! – zgodziła się ze mną.
    Jakoś umknęła jej druga część mojego stwierdzenia, że znam ją „od dawna”. – Mówiłem ci przecież, że spotkałem kogoś, kto zaoferował mi pracę w Moskwie; to się nie wzięło znikąd. U nas w mieście nie ma oddziału banku, żebym pracował na miejscu, jak to udało się Stefanowi. A innej propozycji nie było. Więc wziąłem to co oferowano, nie zaglądając koniowi w zęby i mam nadzieję, że w sumie to raczej nie narzekasz. Miałem nadzieję, że udobrucha ją przypomnienie znacznego dopływu gotówki na nasze konto, jednak przeliczyłem się.
    - Oczywiście, że nie narzekam, gdzieżbym śmiała! – Marta żachnęła się, ironicznie komentując moje słowa.
    - Tobie to zawsze jest źle! – odpyskowałem, nie zdzierżywszy kolejnej prowokacji.
    Przesadziła już drugi raz w ciągu zaledwie kilkunastu minut. I znowu chodziło o pieniądze! A przecież dostała niemałą kwotę!

    Co by nie mówić o niesnaskach z Dorotą, to w kwestiach finansowych trzymała równy poziom od samego początku. Polegał on na tym, że miałem obowiązek nie naruszania własnego konta dla celów utrzymania się i pobytu w Moskwie. Dlatego też, zarówno moja moskiewska płaca jak i dochody z polskiej umowy, w pełnej wysokości i bez żadnego uszczuplenia, lądowały na koncie, które miałem wspólnie z Martą. Natomiast dla własnych potrzeb, posługiwałem się VIP-owską, czarną kartą od jeepa, którą Dorota oficjalnie wyrobiła na moje nazwisko, abym nie miał gdzieś jakichkolwiek problemów. I wszelkie moje wydatki pokrywała sama, ostatnio nawet marudząc, że chyba jestem chory, bo jakoś niewiele na tym koncie ubywa.
    Nie miało kiedy ubywać, taka była prawda. Moskwa była wprawdzie drogim miastem, ale to pojęcie stało się dla mnie teraz dość względne. Mieszkanie opłacał bank, czyli nie wydawałem ani jednego rubla, a sprawy aprowizacyjne załatwialiśmy wspólnie z Anką, dzieląc się kosztami po połowie. I chociaż kilka razy, tak dla odmiany, zaprosiłem ją do restauracji, to mój Boże! Ileż w końcu mogłem wydać? Kilkaset dolarów? Śmieszna kwota jak na Dorotę i sama tak to określiła, kpiąc potem delikatnie z naszych „szaleństw”.
    Na większe wygłupy natomiast nie miałem żadnej ochoty. Wystarczyło mi kilka służbowych wizyt delegacyjnych w firmach, starających się o kredyt w naszym banku, żebym później miał się na baczności. Szybko się zorientowałem, iż są ludzie, którzy koniecznie chcą mnie w coś wmanewrować. Usiłowano nawet podstawiać bezpłatnie szesnastolatki, które jakoby akuratnie pomyliły pokoje w hotelu, gdzie się zatrzymałem.
    Takie numery to ja znałem sprzed lat i chociaż nie skorzystałem z ani jednej takiej oferty, to zdawałem sobie sprawę, że przecież w końcu ktoś bardziej inteligentny może się zabrać za neutralizację mojej osoby. Wolałem więc nikomu do niczego nie dawać okazji. W dodatku duch Leny ciągle gdzieś tam unosił się nad miastem, podcinając mi skrzydła i czasami nawet wspominałem ją przed snem.

    To już nie była ta panika, która kiedyś absolutnie mnie paraliżowała, ale jednak... nie tak rzadko wracałem myślami do tamtych czasów, kiedy pracowałem w Moskwie po raz pierwszy. Dokąd wtedy wyjechała? Jak teraz żyje beze mnie?...
    Jeden raz zadzwoniłem nawet na jej dawny, domowy numer telefonu, ale kiedy usłyszałem obcy, zdenerwowany głos jakiejś kobiety, szybko i bez słowa odłożyłem słuchawkę. To nie był głos Leny. Nie wróciła do tego mieszkania, czyli jednak sprzedała go, jak twierdziła Marina.
    Przecież od naszego rozstania minęło już dobrych kilkanaście lat…

    A kartę dostałem od Lidki. W zaklejonej kopercie, z przypisaną do niej drugą, zawierającą nowy PIN. Cała ceremonia odbyła się niemal według zwykłych bankowych procedur. Musiałem nawet podpisać jakieś oficjalne dokumenty odbioru, tyle tylko, że papiery oddałem Lidce, nie jakiemuś urzędnikowi. Ale kartę sprawdziłem w aucie i zadziałało! Samochód pozwalał się normalnie uruchomić, GPS działał, wszystko było w porządku.

    Z Lidką spotkałem się w Warszawie, kiedy przyjechałem do banku, żeby załatwiać z Dedejką przedwyjazdowe formalności związane z uzyskaniem certyfikatu dostępu do informacji poufnych i niejawnych. Ten rytuał przejść musiałem, nie dało się go pominąć. Tak samo, jak i badań lekarskich, wcale nie takich pobieżnych.
    Aby je przebrnąć, byłem zobowiązany dostarczyć do specjalistycznej, prywatnej kliniki, mającej z bankiem umowę na leczenie pracowników, kopie swojego pełnego dossier zdrowotnego. Czyli skopiować dotychczasową dokumentację lekarską, oraz poddać się wszelkim procedurom, które dla mnie wymyślą lekarze koordynujący na miejscu. Na szczęście, szanowano tam nie tylko swój, ale również mój czas. I gdy zameldowałem się w wyznaczonym dniu, przejęła mnie dyżurna pielęgniarka i przeprowadziła przez wszystkie gabinety zabiegowe, rentgeny, laboratoria, gabinety specjalistów… i wszyscy mieli dla mnie czas! Nigdzie nie czekałem dłużej niż parę minut.
    Więc chociaż utoczono ze mnie trochę krwi, przejęto próbki moczu i kału, pobrano wymazy z gardła, a później kładziono mnie pod różnymi kosmicznymi aparatami, przypinając jakieś elektrody do najróżniejszych miejsc na całym ciele, a w dodatku kilka, ubranych w białe kitle osób płci obojga, życzyło sobie bym zwierzał się im z różnych swoich obecnych i dawnych przypadłości, to jednak po kilku godzinach wyszedłem stamtąd bez żadnych widocznych uszkodzeń, nic mnie więcej ani mniej nie bolało, a wstępne orzeczenie o mojej przydatności do grona żyjących, miano wystawić po kilku dniach. Pełne natomiast w następnym miesiącu.
    Na całe szczęście, na razie nie byłem im więcej potrzebny. Zapewnili też na pożegnanie, że dalej poradzą sobie sami, a jeśli będę ciekawy efektów, to mogę się zgłosić osobiście, albo skorzystać z opcji dostępu do informacji poufnej, za pomocą kodów swojej karty, którą mi wydano. Ewentualnie skorzystać z własnego elektronicznego podpisu.
    Bo to też musiałem sobie załatwić.

    Natomiast Dedejko podszedł do swoich badań jeszcze bardziej rygorystycznie i bez pardonu przetestował mnie na wariografie tak, jak uprzedzał jeszcze w Pokrzywnie. Oczywiście, z tego też wyszedłem bez szwanku, chociaż zestaw pytań był chyba ściągnięty z testów do CBA, albo podobnych służb. Nie brakło w nim drażliwych pytań między innymi o sytuację rodzinną, zainteresowania seksualne, intymne związki pozarodzinne, kontakty z narkotykami i osobami je zażywającymi, ewentualne inne nałogi, a także o możliwe związki z zagranicznymi służbami wywiadowczymi.
    Miał ułatwioną sytuację, bo dysponował już wtedy moim dokładnym życiorysem, napisanym przeze mnie według wymaganego wzorca, a także ankietą personalną, w której musiałem dokładnie opisać swoje życie zawodowe i nie tylko, bo wszystko należało zacząć już od szkoły średniej. Z pełnymi nazwami, adresami i telefonami szkół oraz zakładów pracy, a także nazwiskami kierownictwa, ważnych kolegów, jak również przełożonych. Musiałem także ujawnić wszelkie swoje kontakty z innymi bankami, łącznie z określeniem tych, w których posiadam konta. Dotyczyło to nawet kont posiadanych wspólnie z współmałżonkiem. Dobrze, że oszczędzili chociaż resztę rodziny, bo miałbym kłopoty z wypełnieniem tej ankiety.

    Całe to ostateczne badanie było dla mnie bajką, skoro przeszedłem wypełnianie papierów, bo nad tym ślęczałem w domu przez dobrych kilka dni. I chociaż Dedejko przygotował wiele zaskakujących pytań, to właściwie odprężyłem się w jego trakcie. Bo cóż nowego mógł chcieć o mnie wiedzieć? Wszystkiego dowiedział się przecież w Pokrzywnie, tam poznał moje i nie tylko moje tajemnice. Więcej ich przed nim nie miałem. I pewnie ta cała aparatura to potwierdziła, bo kiedy zakończył pytania i zdjął ze mnie sieć przewodów, zakończonych przyssawkami, jeszcze przed oficjalnymi wynikami złożył mi gratulacje i życzył sukcesów w pracy.
    Podziękowałem mu wtedy, że używa przyssawek bez żelu, bo chyba musiałbym się kąpać po takim badaniu i zapytałem z głupia frant, czy poszedłby teraz ze mną na piwo. Roześmiał się tylko i powiedział, że bardzo chętnie, ale dzisiaj musi z żalem odmówić, bo wcześniej obiecał żonie wyjazd pod Warszawę i nie dysponuje wolnym czasem.
    Dopiero Lidka uświadomiła mi później, że jego żona jest poważnie chora i coraz częściej porusza się wyłącznie na wózku. Tak mnie to wtedy zaskoczyło, że o szczegóły nawet już nie zapytałem.

    Czekałem wtedy na jej opowieść o tamtej rozmowie z Dorotką; chciałem wiedzieć jakich argumentów użyła, czym ją przekonywała, co naprawdę robiła i gdzie pojechała. Niestety, Lidka wymówiła się brakiem czasu. Rozmawialiśmy w cztery oczy zaledwie przez kilkanaście minut, na więcej nie pozwoliły okoliczności.
    Przekonywała mnie tak na chybcika, że wszystko wróciło na swoje miejsca. I chociaż zdążyłem jej napomknąć, że nie takiej wymiany zdań wtedy oczekiwałem, że nie tego się spodziewałem, to bagatelizowała moje obawy stwierdzeniami, iż jestem nadwrażliwy. Zapewniała, że jeśli byłaby taka potrzeba, będzie próbowała sondować Dorotę, ale nie przewidywała tego. Według niej, wszystkiego dowiadywał się będę osobiście i to bezpośrednio z Nowego Jorku. Jej pośrednictwo będzie zbędne.
    Wtedy też, przekazałem jej obiecane notarialne upoważnienia dla Doroty, które pozwalały na wyrobienie chłopcom polskich paszportów, o czym rozmawialiśmy w Białymstoku. Natomiast Lidka zaskoczyła mnie właśnie drugą kartą do jeepa. Taką, której nie musiałem już oddawać Romkowi, a która stanowiła dostęp do jednego z kont Doroty i możliwość swobodnego z niego korzystania. Jakoś nie dochodziło do mnie, że w tamtej chwili skończyły się moje życiowe problemy finansowe. Jeszcze w to nie wierzyłem, jeszcze nie potrafiłem tego zrozumieć. Ale z czasem bajkowy obraz tej sytuacji okazywał się realnością, a nie snem. Chociaż ciągle byłem bardzo ostrożny.
  • #6
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Lidka przekazała mi dyspozycje Doroty, abym wyposażył się na wyjazd, korzystając właśnie z tej karty. To nią miałem płacić za wszystko, a polecenia były kategoryczne. Miałem skorzystać z usług poleconego krawca, aby uszył mi kilka garniturów, a pomniejsze zakupy jak koszule, buty, czy też bieliznę, nabywać wyłącznie w ściśle określonych salonach.
    Skorzystałem wtedy z pomocy Anki, a także Romka, bo sam byłem zbyt cienki, aby sobie z tym wszystkim poradzić. Szczególnie z odszukaniem określonych adresów. I doszło do tego, że większości z zakupionych rzeczy nawet na chwilę nie przywiozłem do domu. Zabrałem je do Moskwy bezpośrednio z Warszawy, a przechowywał je Romek. Ponoć Lidka chwaliła nasz wybór, kiedy je oglądała, jednak z nią też już się nie zobaczyłem. Zawsze była poza Warszawą, kiedy byłem z Romkiem w ich mieszkaniu.

    I teraz przyjechałem do domu z jednym tylko garniturem. Nie widziałem sensu zabierania ze sobą czegoś więcej. Po co? Na kilka dni? O możliwym balu sylwestrowym nie pomyślałem. Tym bardziej o balu bankowym. Pewnie znowu trzeba będzie na gwałt zamawiać coś ekstra.
    Ogólnie wyszło na to, że Marta o niczym nie wiedziała i niczego się nie domyślała. Nie policzyła nawet, że tych moich pieniędzy jest na koncie raczej zbyt dużo. Więcej niż być powinno. Ale jej i tak było za mało.

    - Tatku, a prezesa dobrze znasz? – Joasia usiłowała nie dopuścić do naszej słownej utarczki z Martą, forsując swój temat rozmowy.
    Zapadła cisza. Nienormalna. Musiałem szybko ją przerwać.
    - Znać, to znam, ale dobrze, to chyba nie. Rozmawialiśmy ze sobą dwa razy, obydwie rozmowy były krótkie, bo pewnie wiesz, że po polsku to on raczej nie jest tęgi…
    - W mówieniu rzeczywiście ma problemy, ale rozumie niemal wszystko – przerwała mi.
    - Więc zdajesz sobie sprawę… takie to i były rozmowy. Zdawkowe, powiedziałbym. Więcej rozmawiał z wujkiem Stefanem. Ja nie znam angielskiego, on polskiego i to wszystko.
    Widziałem, że moje słowa nie przekonały Joasi. Coś nie dawało jej spokoju. – Dlaczego pytasz? Zachowuje się wobec ciebie jakoś nie tak?
    - Nie, nie o to chodzi.
    - A o co? – Marta zaniepokoiła się. Ja zresztą też.
    - On jest przesadnie grzeczny i bardzo uprzejmy wobec mnie. Jeśli na przykład ma jeść z kimś lunch, to czasami życzy sobie, abym dotrzymywała mu towarzystwa. A to już raczej nie jest normą w biznesowym świecie. Bo my, asystentki, zasadniczo powinnyśmy być na drugim planie. Jednak szef ciągnie mnie na salony i już! Jakbym była dla niego kimś więcej niż asystentką.
    - Może chodzi mu o to, abyś wyłapywała jakieś niuanse wypowiadane po polsku?
    - Nie, w takich sytuacjach nie prowadzi się poważnych rozmów służbowych, więc to nie może mieć znaczenia.
    - A może cię po prostu podrywa?
    - No wybacz! – spojrzała na mnie z dezaprobatą. – Chyba nie sądzisz, że będę konkurować z jego żoną?
    - Nie, ja tak nie sądzę! Tylko nie wiem co on o tym sądzi.
    - Wygłupiasz się! – Joasia zamachała rękami. – Nic z tych rzeczy! To nie wchodzi w rachubę. Prezes jest w całkowitym porządku, zawsze zachowuje się elegancko i z klasą.
    - To jaki masz problem? – zapytałem retorycznie.
    Wbrew sobie, usiłowałem zakończyć ten temat. Bo zbaczaliśmy w niedobrą stronę…

    Oj, gdyby wiedziała to co ja, zrozumiałaby, że spokojnym być nie mogę. Bo jak można być spokojnym, kiedy przespało się z żoną szefa swojej córki? Zresztą, Dorota przecież mówiła mi, że wobec niej też zachowywał się początkowo bardzo powściągliwie i z wielką atencją. W dodatku Joasia była tak samo moją córką, jak i moimi byli synowie Doroty, którymi niby się opiekował. O czym przecież doskonale wiedział.
    I teraz miałem dylemat. Traktuje Joasię jak kogoś więcej niż zwykłą asystentkę, ze względu na nasze powiązania, czy jako potencjalną zemstę na mnie? Czyżbym dał mu do ręki granat, który nas wykończy? Może już wyjął zawleczkę? Nie, to nie może tak być!
    Czyżbyśmy popełnili błąd? Gdzie jest tu Dorota? Przecież przyjeżdża i obserwuje, zarówno jego zachowanie jak i postawę Joasi. Jest bystra, ale… Czyżby coś umykało jej uwadze? Zna Johna najlepiej, domyśliłaby się… Czy aby jednak na pewno? Nie ma takich kontaktów z Joasią, jakie miała z Anką…
    Nic tu nie było proste.

    - Skończcie już o tych bankach, bo nikt wam nie płaci za nadgodziny! – Marta lekceważąco przerwała naszą rozmowę, przypadkowo mi pomagając. – Wigilia jest, kolędy śpiewać, a nie ciągle tylko o pracy.
    - Słusznie! – zgodziłem się z nią bez namysłu. – Czas najwyższy obejrzeć prezenty.
    Miałem na dzisiaj dość rozmowy o panu prezesie i pani prezesowej, toteż z ulgą powitałem fakt, że Joasia bez sprzeciwu zabrała torebki spod choinki, po czym rozpoczęliśmy przegląd ich zawartości. Każdy zaglądał do swoich pakunków. Teoretycznie.
    Tak miało być, ale tu znowu czekała mnie niespodzianka. Ochy i achy, wydawane przez Joasię po rozcięciu ozdobnego opakowania, przykuły zarówno uwagę moją, jak i Marty. Musieliśmy najpierw obejrzeć jej prezent, swoje zostawiając na później. I było co oglądać!

    Dorota bardzo przesadziła. Rozcięte opakowanie ujawniło kunsztowną, jubilerską szkatułkę, z precyzyjnie wytłoczonymi napisami. Nazwa firmy niczego mi nie mówiła, za to jej siedziba już wiele. Antwerpia stanowiła przecież światowe złotnicze centrum, nie wspominając już nawet o diamentach. W mig zrozumiałem, że obojętnie co znajduje się w środku, jest to wyższa półka jubilerskich wyrobów. Ciekawe jak wytłumaczę skąd wziąłem pieniądze na taki prezent…
    Joasia długo nie dotykała przycisku zameczka. Obydwie z Martą oglądały ją z zewnątrz, jakby sama w sobie stanowiła podarunek. Próbowały odczytywać złocone napisy, zachwycały się kształtami… A może rzeczywiście tak pomyślały? Chyba jednak nie, bo w pewnym momencie Joasia odebrała Marcie puzderko, zamknęła oczy i… wieczko odskoczyło!

    Zawartość nawet mnie oszołomiła, chociaż mogłem domyślać się tego, co znajduje się wewnątrz. A była tam piękna kolia, wysadzana opalizującymi kamieniami, z kolczykami w komplecie. Rewanż Doroty za bursztynową biżuterię, którą dostała ode mnie przed laty w Pokrzywnie. W dniu swoich imienin.
    Joasia zamarła na moment, jednak Marta nie próżnowała, przysuwając ku sobie jej dłonie, ściskające szkatułkę.
    - Jakie śliczne! – zawołała. – Pokaż to!
    Joasia nadal milczała, a jej twarz, z wysoko uniesionymi brwiami, wyrażała bezbrzeżne zdumienie. Marta natomiast delikatnie wyjęła naszyjnik, oglądnęła go, a po chwili zapięła córce na szyi.
    - A cóż cię tak zamurowało? Nie siedź jak słup soli, chodź do lustra! – zadysponowała. – Piękne! – powtórzyła.
    Joasia odzyskała wreszcie zdolność ruchów. Mało tego. Najwyraźniej spóźniony nieco zastrzyk adrenaliny dostał się do jej krwiobiegu.
    - Mamo, poczekaj! To trzeba oglądać razem z kolczykami! – mówiła z wyraźnym drżeniem w głosie, energicznie się krzątając.
    Nie chciała jednak ryzykować ich zakładania na pamięć, bo zabrała wszystko i obydwie poszły do przedpokoju, gdzie znajdowała się toaletka z dużym lustrem, przeznaczona do damskich zabiegów kosmetycznych. Sam ją zresztą zrobiłem. Z halogenowymi lampami bezcieniowymi, niemal jak na szpitalnej sali operacyjnej, z ruchomymi, bocznymi lustrami, umożliwiała użytkowniczkom pełną kontrolę wykonywanych czynności, łącznie z oglądaniem uszu. Starsza siostra Marty, która czasem nas odwiedzała, nie lubiła jej, bo stwierdziła, że zbyt dokładnie widzi tam wszystkie zmarszczki na swojej twarzy.

    Zanim do nich dołączyłem, Joasia oglądała się w lustrze, przybierając najróżniejsze pozy. Wszystkie lampy były załączone i światło, bajecznymi tęczowymi iskierkami, wygrywało w kamieniach naszyjnika swoją kolorową, tajemną melodię. To naprawdę było przepiękne!
    Marcie nie spodobała się jednak Joasi bluzka, która niedostatecznie odsłaniała szyję. Poszły więc do jej pokoju, a po chwili wróciły i Joasia była już ubrana niemal wizytowo, oraz odpowiednio do takiej biżuterii. Teraz naprawdę wszystko prezentowało się znakomicie!
    - Piękne! – zachwycała się Marta. – No, ty już mogłabyś iść na bal! Ciekawe czy to jest tylko szkło, czy prawdziwe kamienie.
    - Ale to jest przecież złoto! – zauważyłem.
    - Tyle, to i ja widzę – odpowiedziała zdegustowana. – Nie masz tam żadnych dokumentów w pudełku?
    Joasia zerknęła do szkatułki. – Nie ma niczego – stwierdziła początkowo, ale po chwili zmieniła zdanie. – Coś jest! – zawołała triumfalnie, wyjmując z kieszonki górnej części lakierowany papier.
    - E, po angielsku!... – skrzywiła się Marta. Joasi to jednak nie przeszkadzało.
    - Mamo… – sączyła powoli, zgłębiając tekst. – Tu są prawdziwe opale, hiality… turkusy i jeszcze jakieś chryzo… coś tam. To nie jest szkło! – wykrzyknęła.
    Nagle odłożyła wszystko na blat toaletki, spojrzała na mnie, po czym podeszła i objęła za szyję, zupełnie nie jak córka swojego ojca.
    - Dziękuję, Mikołaju! – uśmiechnęła się radośnie, całując mnie w usta, po czym wcisnęła głowę pod moją brodę w geście, symbolizującym pełne zaufanie, bezgraniczne zawierzenie i poddanie się mojej opiece.
    - Podziękuj Mikołajowi! – udawałem, że niczego nie wiem na ten temat, chociaż z wielką czułością i przyjemnością przycisnąłem ją do siebie. Moja kochana córcia, moja krew! I zaraz poczułem przeszywający mnie dreszcz.
    Joasia przytulała się niemal dokładnie tak samo, jak dawniej robiła to Dorota…
  • #7
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Zawsze mogła na mnie liczyć i nigdy nie zapominałem o tym, że nawet jako kilkumiesięczne, niczego nieświadome niemowlę, uśmiechała się na mój widok i wyciągała maleńkie rączki. Jej wczesne dzieciństwo przypadło na okres, kiedy najczęściej nie było mnie w domu. Byłem wtedy tylko gościem, pracując w ciągłych delegacjach, dla pomyślności firmy i jej właścicieli, którzy potem się na mnie wypięli.
    Oczekiwała mnie wtedy chyba nawet bardziej niż Marta. Nigdy mnie nie zapominała i nie miałem problemów z nawiązaniem kontaktu, nawet po dłuższej nieobecności. Damian był starszy, rozumiał o wiele więcej, a jednak zawsze mijało kilka dni, zanim odnajdowaliśmy odpowiednie relacje, bo początkowo bywał jakiś spięty. Z Joasią to się nie zdarzało. Zawsze witała mnie radośnie, ściskając rączkami i pozwalając się podrzucać do góry, a potem, gdy miała już parę lat, sama namawiała, byśmy poszli na spacer. Polegał na tym, że jeździliśmy wózeczkiem do niedalekiej piwiarni. Kupowałem jej coca-colę i jakieś ciastka, a sam spokojnie wypijałem piwo lub dwa. I nigdy nie powiedziała o tym Marcie.
    Tak naprawdę, to nie mieliśmy z nią żadnych większych problemów. Uczyła się dobrze, szaleństw unikała, dość wcześnie zainteresowała się harcerstwem i trwało to dość długo. Miała i ma do dzisiaj wiele koleżanek, a także kolegów z tamtych czasów; spotykają się nadal przy różnych okazjach, chociaż już poza organizacyjnymi ramami. Nawet na ostatnich wakacjach, gościliśmy w domu cały zestaw ekstrawaganckich młodych ludzi płci obojga, którzy demonstrowali swoje dość zwariowane i niecodzienne pomysły na życie.
    Wszystko jednak odbywało się w granicach przyzwoitości i dobrego smaku. Bawili się doskonale, a przy nich i my z Martą mieliśmy okazję powspominać nasze dawne imprezy. I musiałem przyznać, że znajomi Joasi byli bardziej grzeczni niż my w tamtych czasach, czego oczywiście głośno nie powiedziałem.

    - Mamo, dawaj swoją, zobaczymy co ty dostałaś! – Joasia szybko i nieoczekiwanie zmieniła obiekt zainteresowania.
    Obydwie, jak na komendę niemal pobiegły do torebek z prezentami.

    Marta dostała pierścionek z brylantem. Ze stosownym certyfikatem autentyczności, o czym poinformowała ją Joasia. Z tej samej, belgijskiej firmy. Cieszyłem się, że nie od nowojorskich jubilerów, bo chyba bym się nie wytłumaczył.
    - Śliczny! – zachwycała się, włożywszy go na palec. – Czuję się prawie jak po zaręczynach!
    - Już nie narzekaj, przecież zaręczynowy dostałaś!
    Tak przecież było. Pierścionek nie był nadzwyczajny, ale był! Tylko obrączki kupowaliśmy wtedy już wspólnie.
    - Ja nie narzekam! – tłumaczyła się pojednawczo. – Tylko poczułam się tak jakoś młodziej… – podeszła kołysząc biodrami, niczym tancerka przed striptizem. Zarzuciła mi ręce na szyję i obdarzyła namiętnym pocałunkiem, prawie takim jak przed laty.
    - Ale Mikołaj się postarał w tym roku! No, no! Skąd ty wziąłeś na to pieniądze? Bank okradłeś, czy jak? – pytała, cały czas wspierając głowę na moim ramieniu.
    - Ujarzmiłem dżina w butelce! – zażartowałem.
    - No tak! – zawołała, prostując się i zabierając swoje dłonie. – Gin to już kiedyś preferowałeś, taki z tonikiem! Nie nadążałam wynosić pustych butelek!
    - Cicho! – Joasia czuwała nad nami. – Tatku, a ty co dostałeś? – dopytywała się. – Nie mów, że byłeś niegrzeczny! Ja w to nie wierzę! Pokaż swoje prezenty!
    - A jeśli jednak? – krygowałem się, wyraźnie żartując. Ich dobry nastrój i mnie się udzielił, więc ta powściągliwość była wyraźnie udawana.
    Joasia nie zawracała na nią uwagi i również żartując, zmusiła mnie do wyjęcia pakuneczków z kolorowej torby.

    Pierwszy zawierał portfel. Skórzany, elegancki, z grosikiem „na szczęście” wewnątrz. Ten jeden grosz był stałym zwyczajem Marty, miałem więc wskazówkę, kto jest autorem prezentu. Nie omieszkałem tego wykorzystać i szczerze ją wycałowałem, co wyraźnie ucieszyło Joasię. A potem wyjąłem pakunek od Doroty.
    To był szwajcarski zegarek z limitowanej serii. Świetnej marki, kosztował pewnie niemało i zacząłem poważnie się obawiać, że Marta znowu zapyta o pochodzenie pieniędzy na zakup, jednak na całe szczęście certyfikat zaświadczający autentyczność pochodzenia, znajdował się oddzielnie i nie musiałem go wyjmować. Dorota przytomnie wyjęła go z pudełka, domyślając się chyba problemów, jakie może mi przysporzyć. Od razu też odłożyłem torebkę na bok, żeby któraś z moich dam tam nie zaglądnęła.
    Trzeci pakunek zawierał zestaw krawatów. Jedwabne, eleganckie i na pewno kosztujące niemało. Czyli to Joasia o mnie pomyślała. A teraz z radością przyjęła moje dziękczynne ucałowania, mrucząc z zadowoleniem, niczym głaskana kotka.
    Nie zamierzała jednak tracić zbyt wiele czasu, nie wszystko jeszcze obejrzała.
    - No, mamuś, pokaż resztę! – podeszła do Marty.

    Tymczasem Marta wyjmowała właśnie pozostałe pakunki ze swojej torebki.
    - To było razem z pierścionkiem – oznajmiła bez emocji, odkładając na bok niewielkie pudełeczko z lakierowanego kartonu. Nie miało żadnych napisów. Jedynie jego przednią ściankę ozdabiał rysunek posążku Buddy.
    - Pokaż, co to jest? – Joasia usiłowała je wziąć, ale Marta zabrała jej sprzed nosa.
    - Poczekaj! – schowała rękę z pudełkiem za siebie, mierząc ją wzrokiem. – Swoje sobie obejrzyj, a nie moje! Ja sobie poradzę!
    Miała rację, Joasia wyjęła dotychczas tylko biżuterię, reszta podarków czekała wciąż na rozpakowanie. Ale nie zamierzała się poddawać.
    - A jeśli nie zdołasz? – zapytała zaczepnie.
    - Poradzę sobie, zapewniam cię! – powtórzyła. Po czym spokojnymi ruchami wydobyła z pudełka niewielką buteleczkę z ciemnego szkła, o dość finezyjnych kształtach. Nie było na niej żadnych napisów.

    Już wiedziałem czego się spodziewać i ogarnął mnie niepokój. Joasia może się zorientować, że to są perfumy Doroty! Przecież spotykała się z nią i będzie pamiętała ten zapach. Jak mam to wytłumaczyć?

    - Co to jest? – Joasia znowu zostawiła swój pakuneczek i skupiła uwagę na buteleczce Marty. Obrzuciła mnie tylko przelotnym, pytającym spojrzeniem, ale wzruszyłem ramionami udając, że niczego nie wiem.
    I zaczęło się otwieranie, ostrożne wąchanie najpierw buteleczki, a potem przyłożonej do nich palców… Marta oczywiście dopuściła Joasię do tych badań i szybko ustaliły, że to są właśnie perfumy.
    - Ale fantastyczny zapach! – zachwycała się Joasia, dając mi do powąchania wewnętrzną stronę nadgarstka, gdzie umieściła ich maleńką kropelkę. – Ja już kiedyś spotkałam się z podobnym…
    Zapach był zbliżony do perfum Doroty, ale nie identyczny! Tym niemniej poczułem dziwny dreszcz w dole brzucha, związany z narastającym pożądaniem. Mój nos dał się oszukać i ciało oczekiwało Doroty… Marta tymczasem delikatnymi ruchami palca zwilżyła perfumami kolejno miejsca za jednym uchem, a potem za drugim. Joasia przytuliła się do niej, a potem nieoczekiwanie wypaliła.
    - No, teraz już nie wymigasz się od balu! Ale będziesz seksowna!
    - Niby dlaczego? To ty dostałaś balową kolię, a nie ja!
    - Spoko! Pożyczę ci!
    - Już ty mi nie pożyczaj! – Marta odepchnęła ją łagodnie. – Musiałabyś mi pożyczyć jeszcze i szyję, bo na moją takie coś już się nie nadaje.
    - Nie przesadzaj! – Joasia protestowała.
    - Daj się obwąchać! – poprosiłem wstając i zbliżając się do nich.
    Marta znieruchomiała, po czym pozwoliła się objąć. Przytuliłem nos do jej głowy i niemal natychmiast, gdy wypełnił się tym dziwnym aromatem, poczułem też, jak moje spodnie robią się niebezpiecznie ciasne.
    - Bardzo przyjemny! – pochwaliłem, odsuwając się na bok.

    Gdyby nie obecność Joasi, to zaciągnąłbym ją teraz do łóżka. Próbowałbym nawet na siłę gdyby się opierała, chociaż ani wczoraj, ani dzisiaj nie miałem żadnej ochoty na seks. I ciągle od czasu tych ostatnich figli w jeziorze z Dorotą, nie spałem z nikim, nawet z własną żoną…
    Ech, Dorota chyba wiedziała co robi. Chciała takiego efektu, co do tego nie miałem żadnych, najmniejszych nawet wątpliwości. I osiągnęła go!
    Ironią losu było tylko to, że Marta nie będzie wiedziała komu zawdzięcza moje nagłe zainteresowanie jej osobą. A jeśli mi dzisiaj odmówi, to chyba wyprowadzę się z domu. Albo pójdę do burdelu, tfu! Agencji towarzyskiej.
    Tylko czy dzisiaj będzie otwarta?...

    c.d.n.
  • #8
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Następnie Marta wyjęła z torebki turystyczny GPS. Z pytań Joasi zorientowałem się, że pewnie sama go sobie kupiła. Nie widziałem w tym większego sensu, ale skoro uważała, że jest jej potrzebny, niech ma.
    Śmiały się obydwie, że nie chce się zgubić podczas swoich wojaży, wzorem jednego z naszych znajomych, który ponoć jesienią jeździł rowerem do pobliskiego lasu na grzyby, wyposażony właśnie w GPS.
    - Dlatego policja nigdy nie musiała go szukać! – tłumaczyła Marta. – A grzybów przynosił zawsze tyle, że nawet znajomych obdarowywał!
    Oj, pociągnęła się opowieść o jesieni, o grzybobraniach, na które przeważnie brakowało mi czasu, chociaż i tak robiłem co mogłem.

    Obydwoje z Martą uwielbialiśmy zbieranie grzybów od zawsze. Bywało tak, że wyjeżdżaliśmy do lasu przedkładając to nad każdą inną przyjemność, a zdarzało się, że nawet ponad bieżące domowe obowiązki. Kiedyś, przed laty, niemal każdy taki wypad był połączony z kochaniem się gdzieś na polance, wypełnionej leśnymi aromatami, a czasem nawet robiliśmy to przez przypadek na ścieżkach mrówek. Wszystko stanowiło dodatkowy smaczek, który urozmaicał nam współżycie.
    Później, te wyprawy odbywały się już bez seksu, ale ciągle były! Jakimś dziwnym zwyczajem, obydwoje potrafiliśmy w lesie rozmawiać normalnie, bez szukania ukrytych podtekstów w usłyszanych słowach, bez wzajemnych pretensji i wyrzutów, co bywało trudne do osiągnięcia w domu. Tam ufaliśmy sobie i chociaż nie chodziliśmy tuż obok siebie jak kiedyś, to sama świadomość bliskiej obecności partnera, szczególnie Marcie dodawała odwagi. Beze mnie rzadko zapuszczała się gdzieś dalej i nawet wypady do najbliższego lasu nie były dla niej wielką przyjemnością.
    Z zebranych grzybów cieszyliśmy się już mniej, chociaż też bywało różnie. Bo to i mnóstwo pracy przy ich obieraniu, czego oboje nie cierpieliśmy, no i częsta konieczność odrobienia zaległości, których by nie było, gdybyśmy byli w domu. To było bardzo ważne wtedy, kiedy mieliśmy jeszcze małe dzieci, bo każda godzina naszej nieobecności, oznaczała późniejszy galimatias i konieczność ponownego postawienia wszystkiego na swoje miejsce. Teraz już mogliśmy o tym nie myśleć, to było poza nami, tyle że znowu mnie nie było jesienią i o wyprawach z Martą na grzyby mogłem tylko pomarzyć oraz powspominać dawne…

    Ostatnimi prezentem w jej torebce były zimowe, futrzane rękawiczki.
    - Śliczne! – pochwaliła Joasię. – W sam raz do mojego płaszcza!
    - Tak właśnie pomyślałam, kiedy je zobaczyłam! – odparła Joasia z udawaną skromnością. – Że będą pasowały idealnie!
    Marta wyjęła z szafy swój wizytowy płaszcz, nałożyła na siebie, a potem schowała dłonie w rękawiczkach.
    - Doskonałe! – potwierdziła, po czym przytuliła Joasię.

    Nigdy bym nie wpadł na taki pomysł. Skąd te kobiety pamiętają o kolorach, odcieniach czy też fasonach? I w pamięci potrafią dopasować coś do czegoś? Nie miałem takiej wyobraźni. Dla mnie pozostawało to czarną magią. Moja córka miała znacznie większe zdolności, niż sądziłem.
    Czasem zastanawiałem się, skąd i od kogo to się wzięło. Wprawdzie mnie słoń zbytnio na ucho nie nadepnął, potrafiłem śpiewać i trochę fałszować na muzycznych sprzętach, ale Joasia miała o wiele większe muzyczne zdolności. Śpiewała w harcerskim chórze, uczyła się gry na keyboardzie, z niezłymi rezultatami przecież. I wprawdzie później to zarzuciła, jednak znała się na muzyce i tak lepiej niż ja. W dodatku całkiem nieźle rysowała i malowała.
    W mojej rodzinie nie było nigdy plastycznych talentów, przynajmniej nikt o takowych nie wspominał. Marta zaś ani trochę nie była w tym lepsza ode mnie, chociaż miała jakiegoś wujka, obdarzonego malarskimi zdolnościami. I nagle podobne objawiły się u Joasi! Nie rozwijała ich, bardziej zainteresowana życiową prozą, chociaż bywało, że wzięła do ręki zwykły ołówek i chcąc przekazać coś, o czym rozmawiała, rysowała nagle, niczym niezapomniany profesor Zin, to o co jej chodziło. Jakieś światłocienie, jakieś załamania… abstrakcja dla mnie! Ale robiła to bardzo skutecznie! Może marnowała teraz talent…

    Marta schowała płaszcz do szafy i zaatakowała Joasię.
    - No, kobieto! Chwal się tymi prezentami, bo tak do końca, to nie jestem przekonana, że byłaś grzeczna! Coś tu próbujesz się wyłgać!
    - Grzeczna byłam! – Joasia protestowała płaczliwym tonem licealistki, ale posłusznie sięgnęła po swoją dużą torebkę.
    Najpierw było znowu niewielkie pudełko. Już się obawiałem, czy to znowu nie jest jakaś niespodzianka od Doroty, ale kiedy przeczytały na opakowaniu napis Chanel, odetchnąłem z ulgą. To były klasyczne perfumy. Pewnie prezent od Marty. Przywiozła je z tych swoich zagranicznych wojaży.
    Zaraz też zaczęło się porównywanie zapachów, dyskusja o tym, które są bardziej zmysłowe i tak dalej. Nie brałem w niej udziału, zresztą nie zgłaszały zapotrzebowania na moją obecność w rozstrzyganiu ich sporu. Całkiem słusznie. Nie byłbym tutaj neutralnym arbitrem. Dobrze, że o tym nie wiedziały, uważając mnie po prostu za ignoranta w tej dziedzinie. I dobrze, że nie żądały ode mnie ponownego wypełniania nosa perfumami Marty, bo wciąż wyczuwałem w powietrzu ten zapach, pobudzający do życia moje hormony.
    A kiedy już nasyciły się swoim sporem, wypijając po drodze kolejne kieliszki likieru, Joasia wyjęła z torebki płaski pakiet, oznajmiający coś z odzieży. Zaprezentowała go w opakowaniu i zaraz wyszła do swojego pokoju, a po chwili wróciła, przebrana w bardzo elegancką bluzeczkę.
    - No i jak? – wyginała się niczym modelka.
    - Poczekaj! – Marta szybko zareagowała wstając i otwierając jej szkatułkę.
    Joasia nie zdjęła dotąd kolczyków, ale kolia była już ułożona w etui. Teraz Marta ją wydobyła i założyła na jej szyję.
    - Tomek, zapal światło! – zawołała.
    Podekscytowany, zerwałem się z fotela i załączyłem pełne oświetlenie, bo dotychczas paliło się tylko kilka lampek, no i oświetlenie choinki.
    - Nie, to nie jest to! – zawołała Marta. – Kobieto, siadaj przed lustrem i rób makijaż!
    - Jaki makijaż? – Joasia protestowała. – Przecież jestem umalowana!
    - Ale nie wieczorowo, rób co mówię! – Marta ciągnęła ją do przedpokoju.
    Niewiele zdążyłem zauważyć, ale chyba Marta miała rację. Taka biżuteria wymagała o wiele mocniejszej oprawy. Zresztą, w Moskwie kobieta z delikatnym makijażem uważana jest za nieumalowaną. Do tego przyzwyczajałem się już po raz drugi.

    Joasia zaprezentowała się rewelacyjnie. Kiedy weszły z Martą do pokoju, tylko westchnąłem i pokręciłem głową.
    - Nie ruszaj się, zaraz wrócę! – zawołałem i wybiegłem po aparat. Ten w smartfonie uznałem za niegodny fotografowania takiego zjawiska.
    Wyglądała bardzo dobrze! Była po prostu piękna! Włosy ułożone, bo wybierała się później do swoich znajomych, Marta bardzo korzystnie zaostrzyła jej makijaż… Cudowny widok! Przynajmniej górnej połowy, bo dolna, odziana w dżinsy, była raczej zwyczajna…
    Marta spoglądała na nią z błyskami w oczach. Była dumna i bardzo szczęśliwa, tego nie dało się nie zauważyć! Zresztą, może i ja miałem podobną minę.

    Kiedy zrobiłem kilkanaście ujęć, nieoczekiwanie podeszła, zarzucając mi ręce na szyję.
    - Widzisz stary, jaką masz piękną córkę? – zapytała retorycznie. – Jak ci się to udało, tego do dzisiaj nie wiem.
    - O ile ja pamiętam, to bardzo tego chciałaś!
    - Owszem, chciałam, nigdy też nie żałowałam, że chciałam!
    - A ja nie żałuję, że mam takich kochanych rodziców! – Joasia niespodziewanie podeszła i objęła nas oboje tak, że stworzyliśmy złączony rękami trójkąt. – I czas najwyższy, żebyście już przestali się na siebie boczyć! – przytulała się, sprawiedliwie rozdzielając między nas pocałunki. – Święta są, przestańcie już, wystarczy! – prosiła.
    - A tobie o co chodzi? – Marta wyłamała się z trójkąta, stając w obronnej pozie.
    - Mamo… – Joasia była zdegustowana. – Ja już ukończyłam przedszkole, zwróć na to uwagę!
    - I co z tego, że ukończyłaś? – Marta oznajmiała, że nie przejęła się jej słowami. – To na razie przedszkole, poczekaj aż skończysz resztę szkół!
    - Ale jesteś! – warknęła Joasia, po czym odeszła od nas.
    Opuściliśmy ręce, spoglądając na siebie bardzo niepewnie.
    - Napijesz się ze mną? – zapytałem cicho, chcąc jakoś załagodzić sytuację.
    - Czemu nie! – usłyszałem w odpowiedzi.
    Ta odpowiedź padła po pewnym wahaniu, ale jednak została podparta bardzo zmysłowym westchnieniem.
  • #9
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    To była ta informacja, której oczekiwałem. Marta sygnalizowała, że dzisiaj mnie akceptuje. Była szansa, że pójdzie ze mną do łóżka i nie będzie stwarzać problemów. Mało tego. Jej dobroduszny ton wskazywał, że też ma na to ochotę i nie będzie się dla mnie poświęcać. Po raz pierwszy od wielu miesięcy mogłem mieć nadzieję na normalne, zwyczajne przespanie się z własną żoną! Niesłychane wydarzenie!

    - A co byś chciała? – kontynuowałem rozmowę. Miałem na myśli rodzaj alkoholu.
    - Och, bardzo dużo! – usłyszałem.
    Wykonywała jakiś dziwny taniec do wyimaginowanej melodii, która pewnie grała jej gdzieś w głowie. To sygnalizowało, że ma w tej chwili dobry nastrój, ważne było, żebym go nie zepsuł. Wabiła mnie, jakby nie była pewna mojego zainteresowania. Nie wiedziała, że na nią czekam.
    Otworzyłem drzwiczki barku i spojrzałem na jego zawartość.
    - Więc co konkretnie? – rzuciłem, odwracając się do niej.
    - To co chcesz! – odpowiedziała zdecydowanie. – Będę piła to samo co ty!
    Sytuacja wyjaśniała się jeszcze bardziej. Rzadko pijała ze mną w domu alkohol, kiedyś bywało to częściej. I w zasadzie tylko w takich sytuacjach szliśmy potem do łóżka i wtedy nie udawała, a naprawdę reagowała na moje pieszczoty. Na trzeźwo już dawno nie próbowałem, bo jeśli nawet nie przegoniła mnie z mety, to leżała niczym deska, co i tak kończyło się przeważnie na etapie rozpięcia biustonosza i pogłaskania piersi. Jeśli nie zauważałem odzewu, to wychodziłem z sypialni, bo kontynuowanie nie miało żadnego sensu. Więc skoro dzisiaj chciała się wstawić, to znaczyło, że będzie czekała na dalszy ciąg. Joasia pewnie wybierze się na pasterkę, a my pójdziemy do łóżka.

    - A masz tu jakąś swoją nalewkę? – zapytałem, nie mogąc zdecydować się na wybór.
    - Mam, ale nie tutaj! – odkrzyknęła, i niemal pobiegła w stronę kuchni. Za chwilę wróciła, niosąc dużą butelkę z ciemną zawartością.
    - Zapomniałabym! Dobrze, że mi przypomniałeś – niemal śpiewała, zadowolona.
    - Co to jest?
    - Moja orzechówka. Taka o niedużej koncentracji orzechów, bo ta lecznicza jest gorzkawa. Wprawdzie pisali, żeby kosztować dopiero po nowym roku, ale tydzień wcześniej może nam nie zaszkodzi. I tak dojrzewała przez całych sześć miesięcy!
    Nalała trunku do kieliszków.
    - Joasia, a ty chcesz? – zawołała głośniej, bo córka poszła do siebie. Pewnie znowu się przebierała.
    - Nie, dziękuję! – Joasia odpowiedziała z przedpokoju. – Wychodzę później z domu, nie będę spacerować po ulicach w stanie wskazującym.
    - I słusznie! – skomentowała Marta. – Dzieci powinny jeszcze pijać mleko. Natomiast my wypijemy toast za twoje zdrowie! – podniosła kieliszek.
    - O, nie! – Joasia wtargnęła do pokoju. – Mnie też nalej! – zaordynowała. – I na drugi raz nie pozwalaj sobie na takie żarty! – dowcipkowała do Marty.
    - Chyba będę musiała to zrobić – Marta z wykrzywioną twarzą udawała zasmucenie i rezygnację.

    Orzechówka przyjemnie grzała gardło. Smak miała przyjemny i bardzo łagodziła wrażenie picia alkoholu.
    - Ile to ma woltów? – zapytałem, spoglądając na Martę.
    Jak zwykle, wypiła tylko połowę ze swojego kieliszka, chociaż Joasia wysączyła wszystko. Zaraz też wyszła do przedpokoju.
    - Normalnie, jak wódka. Około czterdziestu, chociaż ja nigdy nie mierzę składników dokładnie.
    - Wydaje mi się, że to jest łagodniejsze.
    - Bo tak ma być! – roześmiała się. – Inaczej nie byłoby sensu robić nalewek, tylko pilibyśmy czystą.
    - I musiałabyś przepijać, psując sobie smak!

    Roześmieliśmy się obydwoje. To był stary jak świat numer mojej siostry, która dawno temu, dowodziła mamie, że wódkę przepijają tylko alkoholicy. Im wódka nie smakuje – twierdziła – ale pić muszą, bo są chorzy. Więc przepijają, żeby zabić w ustach nienawistny dla nich posmak. Natomiast smakosze nie zapijają, bo alkohol po prostu lubią! Tak samo jego smak!
    To też wydarzyło się w święta, a siostra została wtedy niedawno młodym lekarzem i wygłupiała się, powołując przy tym na autorytet medycyny. Miała pewnie tyle lat, co teraz Joasia. A ja byłem jeszcze młodszy; chyba pierwszy raz dopuszczono mnie w domu do wódki za stołem.
    Pamiętam mamę. Siedziała wtedy z kieliszkiem w dłoni i śmiała się z Iwony wywodów. Sama pijała po kropelce, bo zwykle jeden kieliszek wystarczał jej na cały wieczór więc dla Iwony stanowiła doskonały dowód na potwierdzenie jej wydumanej teorii.
    Potem już często powtarzaliśmy różnym znajomym twierdzenie, że wódkę zapijają tylko alkoholicy. Smakosze nie robią tego nigdy!

    - Tomek, ty poważnie myślisz o tym balu? – nieoczekiwanie Marta ujawniła co jej leży na wątrobie. Wpatrywała się we mnie niczym kobra w zdobycz.
    Potaknąłem głową flegmatycznie.
    - Słuchaj, zwróć uwagę na formę doręczenia zaproszenia. Prezes zrobił to niemal osobiście. Bo wprawdzie przez Joasię, ale jej rola jest podwójna. Jako jego asystentki, czyli z jednej strony zrobiła to w jego imieniu, bo sam nie mógł, ale z drugiej strony, Joasia uosabiała nas. I wręczając zaproszenie jej, wręczył go nam. Więc pomyśl, czy takie zaproszenie można zlekceważyć. Ja uważam, że w żadnym wypadku. Zrobilibyśmy Joasi dużą przykrość.
    - Ale jak tam pójść… ty masz wyobrażenie? Po pierwsze nie mam w czym, po drugie gdzie się zatrzymamy? U Joasi jest podobno dość ciasno.
    - Przecież można porozmawiać z Damianem, od dawna nas zapraszają! – przekonywałem.
    - Nie rozumiesz! – przerwała mi. – Gdzie i kiedy umówię się chociażby do fryzjera? Mam stąd jechać już uczesana? W jaki dzień wypada ten bal?
    Sprawdziłem w kalendarzu.
    - W sobotę.
    - To co, uważasz, że uczeszę się w piątek, prześpię i pojadę prosto na bal? Ty zejdź na ziemię!
    - Marta, nie szukaj przeszkód, tylko spróbuj znajdywać rozwiązania. Czyżby w Warszawie nie było fryzjerów? Nie może Joasia zarezerwować gdzieś miejsca na określoną godzinę i dzień? Jeszcze ponad miesiąc czasu, chyba nie mają aż takiego obłożenia.
    - A wiesz ile kosztuje warszawski fryzjer?
    - Nieważne ile kosztuje, zapłacę! – podniosłem lekko ton.
    - Ooo… nie wiedziałam, że mam męża milionera! – zakpiła. – Jakoś dotychczas nie ujawniałeś się! Czemu tak wszystko skrywasz przede mną? – przytuliła się do mnie bokiem, niczym markietanka. – Skoro masz teraz takie możliwości… – udawała kokietowanie w stylu panienki z agencji towarzyskiej.
    - Marta, przestań! – odwróciłem się do niej i mocno przyciągnąłem do siebie.

    Drażniła mnie. Przybliżając się, swoim zapachem pochodzącym od perfum, potęgowała we mnie pożądanie samca. I zupełnie nie zdawała sobie z tego sprawy! Dla niej to był chyba tylko przyjemny, egzotyczny aromat. A we mnie krew zaczynała wrzeć!
    Owszem, to nie były perfumy Doroty. Miały albo czegoś więcej, albo mniej, albo też inny zestaw pobocznych składników. Jednak ten podstawowy działał na mnie zupełnie identycznie! I jednoznacznie mi się kojarzył! Chciałem się kochać i to już! Zaraz! Teraz!
    Schwyciłem ją pod pachy i pociągnąłem ku sobie. Nie protestowała. Niemal bez oporu ułożyła się na mnie plecami i nie oderwała dłoni, kiedy objęły jej piersi, ale wzrokiem uciekła w stronę drzwi, do przedpokoju. Jasne, Joasia mogła tu wejść w każdej chwili.
    Z nosem wtulonym we włosy, schwyciłem wargami ucho i delikatnie zacząłem je szarpać, ni to ssąc, ni całując… To w tych okolicach zapach perfum był najbardziej intensywny. Byłem już zdeterminowany.
    Tym bardziej, że Marta wyraźnie oczekiwała pieszczot. Poddawała się moim zabiegom z wyraźną przyjemnością i oczekiwałem, że za chwilę wyciągnie ręce do tyłu, przyciskając moje biodra do swoich pośladków, chcąc poczuć, czy naprawdę jestem podniecony. I zrobiła to! Ale wtedy usłyszeliśmy dźwięki zwiastujące nadejście Joasi.
  • #10
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Oderwała się natychmiast, obracając się w stronę otwartych drzwi. Ja natomiast odszedłem w stronę choinki. Nie chciałem, żeby wchodząca córka zauważyła wybrzuszenie spodni. Udając przytomność i opanowanie spróbowałem też kontynuować balowy temat, żeby ukryć zmieszanie, chociaż głos miałem jakiś taki nie swój.
    - A może by tak pomyśleć o jakimś balu sylwestrowym? Dawno nigdzie nie byliśmy. Przecież jakieś miejsca jeszcze się znajdą.
    - To nie wracasz do Moskwy przed nowym rokiem? – spokojnie zapytała Marta.
    - Nie, mam zlecenie na małą robótkę pod Warszawą. Zajmie mi to jakieś dwa dni, potem drugie dwa na opracowanie sprawozdania i już będzie nowy rok.
    - Ale ja nie mam w czym pójść na taką zabawę.
    - A masz jeszcze urlop?
    - Mam. I co z tego?
    - Więc mogę po świętach zawieźć was z Joasią do Warszawy. Ja pojadę robić swoje, a wy będziecie mogły poszperać po sklepach.
    - Tak, ciekawe kto mnie da wolne – Joasia dołączyła do naszego dialogu. – Tato, przecież ja normalnie pracuję!
    - Załatwię ci dwa dni wolnego – zapewniłem, z wyższością w głosie.
    Blefowałem, ale tylko to przyszło mi na myśl. Może naprawdę udałoby się jakoś załatwić coś takiego z Dorotą? Mogłaby poprosić Johna w moim imieniu. A właściwie… Mogłem i ja z nim spróbować.
    - Dobrze! – Joasia podchwyciła myśl. – Jeśli załatwisz to z prezesem, to zgadzam się i jestem na tak.
    - Spróbuję, chociaż gwarancji nie daję…
    - Teraz się nie wycofuj! – Joasia zapalała się do pomysłu coraz bardziej. – Obiecałeś!
    - Powiedziałem, że spróbuję!
    Naszą rozmowę przerwały dzwonki telefonów. I to obydwa niemal jednocześnie. Pewnie dzwonili znajomi moich pań z życzeniami świątecznymi. Miałem chwilę czasu na refleksje…

    Do mnie nikt nie dzwonił. Pobyt w Moskwie, oprócz rozluźnienia więzów rodzinnych, spowodował również osłabienie relacji towarzyskich i. Nawet moja siostra wolała rozmawiać telefonicznie z Martą, a nie ze mną, bo wiedziała, że Marta rozmowę odbierze, a ja niekoniecznie. Polski telefon wyłączałem już na granicy, żeby nie narażać znajomych na wysokie koszty roamingu, a w Moskwie posługiwałem się wyłącznie służbowym telefonem miejscowym, który przysługiwał mi z racji stanowiska. W kraju niewiele osób znało jego numer. Dlatego mocno się zdziwiłem, kiedy po chwili usłyszałem znajomą melodyjkę, oznajmiającą nadejście rozmowy. Znaczy i mnie ktoś tutaj dopadł i niepokoił. Ciekawe kto. Może ktoś z Rosji? Albo Anka…

    Wyszedłem do przedpokoju, bo aparat zostawiłem tam, na półce pod lustrem. A kiedy spojrzałem na ekranik, nie było na nim nazwy dzwoniącego, ani numeru. Czyli abonent miał dane zastrzeżone. Pewnie to pomyłka, jednak rozmowę odebrałem. W końcu były święta.
    - Słucham! – rzuciłem do mikrofonu.
    - Witaj Tomku! – usłyszałem wesoły głos Doroty. – Mam nadzieję, że nie przerwałam wam wieczerzy wigilijnej.
    - Witaj, słoneczko! – ten drugi wyraz niemal szepnąłem do słuchawki, przechodząc do swojej sypialni. Nie chciałem, żeby któraś mnie usłyszała. Wprawdzie zajęte były własnymi rozmowami, ale licho nie śpi. – Nie, jesteśmy już po! Nawet prezenty pootwierane…
    - I jak? Spodobały się twoim damom?
    - Owszem, nawet bardzo, dziękuję za wszystko, ale chyba przesadziłaś. Jak ja wytłumaczę się z takiej kasy? To dobrze, że na razie są zaskoczone, ale gdy ochłoną…
    - Coś tam wymyślisz! – śmiała się, zupełnie nie słuchając moich zastrzeżeń. – I tak masz szczęście, bo miałam podrzucić twojej żonie flakonik moich perfum. W ostatniej chwili jednak zrezygnowałam z tego.
    - Szalona dziewczyno! I tak są bardzo podobne!
    - To świetnie! Mam nadzieję, że jesteś zadowolony. A tobie dziękuję za kwiaty! – nie dopuszczała mnie do słowa. – Są naprawdę piękne i zabieram je do domu. Będą mi towarzyszyły przez święta, które tutaj są krótsze niż w Polsce.

    No tak. To było jedyne, co mogłem zrobić. Długo nie miałem pomysłu na świąteczny prezent, więc zamówiłem dla niej w międzynarodowej poczcie kwiatowej ogromny kosz herbacianych róż. Nie znając jednak adresu posiadłości, podałem namiary do banku. Na szczęście to wystarczyło.
    - Bardzo się cieszę, że ci się spodobały.
    - Bardzo! Naprawdę są piękne. Tomek, a zaglądałeś do skrytki jeepa?
    - Nie. Do jakiej skrytki?
    - Po prawej stronie, przed fotelem pasażera, jest skrytka. Nie otwierałeś jej?
    - Nie. Nie mam zwyczaju szperania po zakamarkach.
    - To zaglądnij! Zostawiłam tam coś dla ciebie! – roześmiała się niemal zalotnie. – Takie małe uzupełnienie choinkowego prezentu.
    - A czemu tam? Mogłaś przecież włożyć do pudełka.
    - Zobaczysz i zrozumiesz. Nie mogłam inaczej. Chciałam cię też przeprosić za taką właśnie formę, ale tak było korzystniej.
    - Ale co tam jest, bo nie kojarzę o czym mowa…
    - Sam zrozumiesz! – przerwała mi. – Powiedz mi jeszcze tylko jak twoja żona przyjęła zaproszenie na bal.

    Nie mogła zapytać w gorszym momencie. Marta zakończyła swoje rozmowy i zaglądnęła do pokoju, pytając uniesieniem brwi z kim rozmawiam. Pomachałem jej ręką żeby nie przeszkadzała, ale przecież wiedziałem, że będzie teraz słuchała tego co mówię. Musiałem się pilnować.
    - Określiłbym to jako na dwoje babka wróżyła…
    - Coś ty taki oficjalny, nie możesz swobodnie rozmawiać?
    - Tak właśnie jest.
    - No dobrze. Tomek, twoja w tym głowa, aby zmieniła zdanie – Dorota spoważniała. – Ja was chcę widzieć na balu i nie przyjmuję żadnych tłumaczeń. Możesz ją nawet postraszyć, że cię wyrzucę z pracy, jeśli was nie będzie. Dostałeś dodatkową premię, jeszcze jej nie masz na koncie, ale przed końcem roku będzie. Oprócz tego masz do dyspozycji kartę z jeepa, konto jest uzupełnione, możesz się nie krępować. Czyli kupuj żonie suknię, coś do niej i macie tu być. Hotel wam zarezerwuję, a rachunki zapłaci bank. I poproś żonę, aby zaplanowała sobie chociaż ze dwa dni urlopu po balu. Ja będę wtedy w Warszawie i mam zamiar trochę poszaleć. A wy będziecie mi potrzebni. Tylko na razie o tym ani słowa. To ma być dla niej niespodzianka.
    - Dobrze, proszę szanownej pani, ale będzie ciężko – odparłem. Dorota zaprotestowała.
    - Nie wyjeżdżaj mi tu z „panią”! A Joasię też możesz uspokoić. Dostanie zaproszenie, takie na dwie osoby. Nie chciałam dawać jej wcześniej niż wami, bo to miała być mała niespodzianka – chichotała. – Ale cię załatwiłam z tymi prezentami…
    - Dokładnie tak samo o tym pomyślałem! – mówiłem poważnym głosem. – Ale jest jeszcze jeden problem. Joasia potrzebuje dnia wolnego po świętach, albo i nawet dwóch. Na zakupy, oczywiście.
    - To co, nie może sobie tego załatwić?
    - Właśnie nie wiem.
    - Mam to zrobić za nią? Czy za ciebie?
    - Jeśli mógłbym poprosić.
    - No dobrze, mógłbyś sam się pofatygować, ale skoro prosisz…
    - Jestem wniebowzięty!
    Moim słowom towarzyszył wybuch śmiechu po drugiej stronie słuchawki. – Czyli nie macie już żadnych usprawiedliwień, klamka zapadła!
    - Na to wygląda. Spróbuję!
    - Bardzo się cieszę! Tomku, zatem życzę wam wszystkim wesołych świąt!
    - Ja również. Proszę ucałować bliskich.
    - Twoich bliskich, czy moich?
    - Jednych i drugich. Naszych.
    - Od ciebie?
    - No przecież! Ale od reszty też.
    - Okay, ucałuję ich, ucałuję, możesz być tego pewien.
    - Składam tą drogą serdeczne podziękowania.
    - Ale się wygłupiasz! Jednak dzisiaj ci wybaczam, tyle że to ostatni raz! A powiesz mi gdzie idziecie na bal sylwestrowy?
    - Jeszcze niczego nie wiem.
    - Załóżmy, że uwierzyłam. Ok. Zadzwonię do ciebie za parę dni i oczekuję już jasnej deklaracji odnośnie naszego balu, a właściwie tylko potwierdzenia. A teraz nie przeszkadzam. Wszystkim wam jeszcze raz życzę spokojnych i wesołych świąt!
    - Nawzajem! Powiesz mi jeszcze coś miłego?
    - Lubię cię, ty łobuzie!
    - Ja też! Jesteś niezrównana! Życzę wam wszystkiego dobrego!
    - Pa!
    Dorota przerwała połączenie, a ja wróciłem do wigilijnego stołu.
  • #11
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Kto to dzwonił? – spokojnie zapytała Marta. Nie widziałem powodu, żeby ukrywać prawdę.
    - Moja szefowa. Życzyła nam wszystkim wesołych świąt.
    - To z szefową tak rozmawiałeś? – zdziwiła się Joasia.
    - Jak? – zainteresowała się Marta.
    - Jesteś z nią na ty?
    - Nie opowiadaj! – Marta nie uwierzyła. – Ja nie słyszałam.
    - Ty słyszałaś zakończenie rozmowy, a ja początek.
    - I co z tego? – przerwałem jej. – Jakie to ma znaczenie? Ważniejsze jest to, co mówiła.
    - A co powiedziała?
    - Że mamy iść na bal.
    - Ho, ho, ho! Nie rozpędziła się zbytnio? – retorycznie zapytała Marta. – Mnie nie płaci i na bal nie dała mi pieniędzy.
    - Dała. Dostałem premię. Będzie na koncie po świętach.
    - Taaak? – ta wiadomość nieco przystopowała Martę. Nie wiedziała co ma odpowiedzieć.
    - A o mnie nie mówiła? – Joasia ożywiła się sztucznie, pewnie bez nadziei na moją pozytywną odpowiedź.
    - Mówiła.
    - Co takiego?
    - Też idziesz na bal. We dwoje.
    - Naprawdę, czy sobie żartujesz?
    - Nie żartuję. Wigilia to nie jest dobra pora na głupie żarty.
    - Tato, ja pytam poważnie!
    - A ja zupełnie poważnie odpowiadam. Zaproszenie dostaniesz po świętach.
    - Wow! – Joasia wyrzuciła ręce do góry w triumfalnym geście. Jednak po chwili doszła pewnie do wniosku, że coś jej się nie zgadza. – Tatku, a skąd twoja szefowa wie o balu? Kim ona jest?
    - Taka jedna pani…
    - Rosjanka?
    - Niekoniecznie. Nazywa się Dorota Warwick.
    Aż ciepło mi się zrobiło, kiedy wypowiedziałem jej nazwisko. Nie wiedziałem, jaka będzie ich reakcja.
    - Co? Pani prezesowa? To ona jest twoją przełożoną? – Joasia spoglądała na mnie podejrzliwie.
    - Tak! Ta sama! Anka niczego ci nie mówiła?
    - Nie…
    - Przecież Anka idzie tą ścieżką, którą pani prezesowa proponuje też tobie. I my jesteśmy w Moskwie pod jej osobistym nadzorem. I obydwoje z Anką dla niej pracujemy.
    Joasia nie kryła zaskoczenia.
    - Poczekaj, to ty ją znasz?
    - Owszem. Przecież już mówiłem! To od niej dostaję zadania do realizacji. A to, o którym mówiłem, że mam je wykonać pod Warszawą, również jest na jej zlecenie.
    - To takie buty!... – Joasia coś analizowała.
    Oj, gdyby wiedziała, że Dorotka jest mamą jej dwóch przyrodnich braci…

    Miałem nadzieję, że jakoś wybrnąłem z całej sytuacji, chociaż milczenie Marty i jej wnikliwe wysłuchanie wszystkiego było zastanawiające. Też pewnie była zaskoczona, ale nie miała takiego przeglądu sytuacji jak Joasia. Dla Marty to wszystko było pewną nowością, miałem więc nadzieję, że nie poskłada wszystkiego zbyt dokładnie i te puzzle jej się nie ułożą. Ale i tak mnie zaskoczyła.

    - To o czym tak długo rozmawialiście? – usłyszałem nagle. – Bo to nie wyglądało na dyskusję o sprawach służbowych.
    - Nie, to były sprawy prywatne. Powiedziała, że jak nas nie będzie na balu, to żebym pożegnał się z pracą, bo mnie zwolni.
    - Poważnie? Ja nie mogę! – Joasia zaśmiała się. – Tatku, ale jakoś nie wyglądasz na bardzo zmartwionego.
    - A czym się mam z góry martwić? – wzruszałem obojętnie ramionami. – Tobie nie groziła, więc może chociaż ty się utrzymasz. Jakoś przeżyjemy…
    - Tomek, ty to mówisz poważnie? – Marta patrzyła na mnie niepewnym wzrokiem.
    - Bardzo poważnie – zarzuciłem ręce na jej szyję. – Masz już zarezerwowany hotel i szefowa prosiła cię, abyś załatwiła sobie kilka dni urlopu na okres po balu.
    - A po co? – wyrwało się jej, lekceważącym tonem. Nagle roześmiała się w głos. – Ktoś mi tu bajki opowiada.
    - To nie są bajki! – odpowiedziałem spokojnie. – A po co to wszystko, tego nie wiem. Może tak na wszelki wypadek? Przecież szefowa nie wtajemnicza mnie we wszystkie swoje plany. Może chce z nami porozmawiać…
    Nieoczekiwanie wpadłem w dobry humor. Na horyzoncie widziałem przełamanie oporów Marty.
    - Coś ty tatku kręcisz – odezwała się Joasia. – Ja sobie nie wyobrażam takich prywatnych rozmów w naszym banku.
    - W jakim sensie? – zapytałem zaskoczony.
    - U nas się o tym nie rozmawia! – Joasia zaczęła tłumaczyć to, co od dawna znałem. – Ja tam pracuję prawie cztery miesiące, a niczego nie wiedziałam o twojej szefowej, bo mnie to nie dotyczyło.
    - A kto mówi, że chodzi o sprawy prywatne? – zaoponowałem żywiołowo. – Przecież szefowa może na przykład chcieć ze mną w poniedziałek porozmawiać o sprawach zawodowych. Jestem sam w Moskwie i przecież jest tego świadoma. I skoro już pofatyguje się do Polski, to pewnie z zamiarem wykorzystania pobytu do maksimum. A pogoda może być wtedy różna. Ja bym musiał w niedzielę jechać do domu i zaraz wracać do Warszawy, żeby na poniedziałek rano być w banku. To chyba nie miałoby wielkiego sensu i nie było zbyt bezpieczne.
    - No tak, to jest logiczne i jasne, ale… – Joasia przerwała i popatrzyła na mnie. – A kto płaci za hotel?
    - Podobno mamy mieć zarezerwowany – mruknąłem w odpowiedzi. – O to się nie martw. Wstawię koszty do delegacji. I jeszcze jedno. Załatwiłem ci dwa dni wolnego na zakupy.
    - Naprawdę? Jak fajnie! – Joasia aż skakała z radości. – Tak ci powiedziała?
    Pokiwałem głową potakująco.

    - Widzę, że ja tutaj mam najmniej do powiedzenia – gderała Marta. – Ciekawe skąd ja na to wszystko wezmę pieniądze.
    - Oj, mamuś! – Joasia z zapałem zaczęła przekonywać Martę. – Już nie narzekaj! Zaraz po świętach rozejrzę się za czymś w Warszawie…
    - Przypominam, że ja wyjeżdżam do Moskwy dopiero po Nowym Roku, więc mogę was zawieźć do Warszawy.
    - Ale teraz, przed Sylwestrem, będzie wszędzie drogo i ciasno – Marta nadal szukała samych przeszkód.
    - Mamo, ale teraz będzie największy wybór. No i może będę miała trochę więcej czasu, żeby przeglądnąć wszystko dokładniej…
    - Słuchajcie! – wtrąciłem się do rozmowy. – Ustalcie sobie to wszystko, a ja zaraz wrócę – wstałem od stołu z zamiarem wyjścia.
    - Gdzie się wybierasz? – Marta spoglądała na mnie podejrzliwie.
    - Nigdzie. Zejdę na chwilę na dół, do samochodu. Sprawdzę, czy wszystko w porządku – odparłem w miarę obojętnie.
  • #12
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Aż mnie skręcało, żeby zobaczyć, co też takiego Dorota zostawiła w skrytce. Zabrałem z pokoju kluczyki, moduł i kartę, po czym zarzuciłem na siebie kurtkę, wyszedłem z mieszkania i zjechałem windą w dół.
    Dookoła skrzył się śnieg, w oknach płonęły światełka choinek, gdzieniegdzie rozlegały się dźwięki kolęd, atmosfera była naprawdę świąteczna. Nawet tutaj, na przyblokowym parkingu, czuło się, że wreszcie są święta.
    Jeep stał dumnie tuż za drogą osiedlową. Takiego pojazdu nie było w okolicy. Wewnątrz był wygodny, niczym luksusowa limuzyna, a z zewnątrz lśnił chromem oraz czernią lakieru. Prezentował się bajecznie, bo i był wielkim krążownikiem szos. To była nowa maszyna. Oglądałem przecież dowód rejestracyjny, jeszcze w Pokrzywnie. Tegoroczny model. Z marca bieżącego roku. Dorota chyba nie zdążyła się do niego przyzwyczaić.
    Po wyłączeniu zabezpieczeń, otwarłem drzwi. Wewnątrz zapaliło się światło, a monitor uaktywnił i zażądał uwierzytelnienia osoby wchodzącej. Wsunąłem kartę kodową do czytnika i na dotykowym ekranie wybrałem ręcznie kod operacji. Samochód miał zabezpieczenia ze zmiennymi kodami, a w związku z tym nie bardzo nadawał się do jazdy po mieście. Jego każdorazowe uruchamianie było skomplikowane. Ale za to ponoć nie ukradli w Polsce jeszcze ani jednego takiego pojazdu. Bo w niewłaściwych rękach samochód zwyczajnie nie dawał się uruchomić. I tylko jedna stacja w Warszawie miała prawo jego serwisu. To była stacja, która obsługiwała również pojazdy amerykańskiej ambasady.
    Kiedy byłem już pewien, że auto mnie przyjęło, że nic tu się nagle nie zatrzaśnie, blokując mi nawet wyjście, otwarłem skrytkę pod deską rozdzielczą. Wewnątrz znajdował się zwinięty, zafoliowany rulon. Wyjąłem go i rozwinąłem… a w miarę czytania, zamieniałem w słup soli.

    To nie był tamten samochód Doroty! Miałem w ręku notarialny akt, sporządzony po polsku i z tekstem angielskim, dotyczący innego egzemplarza jeepa, również będącego własnością Doroty. Dokument czynił mnie pełnoprawnym użytkownikiem pojazdu i jego dysponentem w kraju, oraz za granicą. Łącznie z możliwością sprzedaży i z prawem udzielania dalszych pełnomocnictw. Coś tu nie grało! Zrobiło mi się gorąco i nieswojo…
    Odłożyłem dokument i gorączkowo sięgnąłem po dowód rejestracyjny. Jeep Doroty miał prosty numer WA DORIS. Nie pozostawiający wątpliwości co do osoby właściciela. A tutaj… jak byk widniało WA TOMMY! O cholera! Otwarłem usta i gwałtownie wciągałem powietrze… Właścicielem była Dorota, jednak data rejestracji była październikowa… że też Romek niczego mi nie powiedział!
    Ponownie schwyciłem lekko rozwinięty rulon i chociaż wewnątrz samochodu było zimno, niemal spocony czytałem dalej.
    Ewentualny nowy użytkownik był w przyszłości pozbawiony możliwości darmowego serwisu. Tylko ja byłem wymieniony imiennie i ja miałem na zawsze zachować prawo zlecania całej obsługi na rachunek właściciela, czyli Doroty. Jednak dopiero za dwa lata. Na razie auto było objęte pełną gwarancją i wszelkie działania, przeglądy i ewentualne naprawy, obejmował bezpłatny serwis producenta. Użytkownika nie obchodziło nic innego oprócz nalewania benzyny.

    Siedziałem wewnątrz jak mumia, chociaż czasami wstrząsały mną dreszcze. Trochę z powodu zimna, ale również z emocji. Nawet wtedy, kiedy Dorota ot tak, kazała mi jechać jeepem do domu i przyjechać potem do Warszawy, to nie czułem się jakoś z nim związany. Nawet nie pozwoliłem sobie na luksus marzenia o takim wozie. To nie było auto z mojej półki. Nawet półki marzeń. A teraz…
    Zaraz, zaraz… coś mnie tknęło. Gwałtownie otwarłem drzwi i wyszedłem na zewnątrz, aby sprawdzić tablice rejestracyjne… Wszystko się zgadzało. WA TOMMY widniało zarówno z przodu jak i z tyłu. Jak ja mogłem nie zauważyć tego w Warszawie? Tak mnie Romek zbajerował? I dziwne, bo kartę przecież miałem tę samą!
    Chwileczkę… przecież kartę mu dawałem, żeby odjechał z lotniska… I nie pomyślałem, że jakoś tam przyjechał! Dlaczego wziął moją ode mnie?
    Nerwowo wsiadłem do samochodu, bo wewnątrz paliła się lampka. Wyjąłem kartę z kieszeni…

    To nie była moja dawna karta. Była niemal taka sama, ale nie ta sama. Ciekawe że PIN był identyczny, bo już skorzystałem z niej w bankomacie… Reszty kodów nie byłem w stanie sprawdzić. Będę musiał zadzwonić do Romka i dowiedzieć się wszystkiego o tym numerze, który mi wykręcił, żebym nie nadział się na coś niemiłego. Musi mi to wszystko wyjaśnić.

    Z jednej strony czułem się głupio, a z drugiej byłem zachwycony. Dorotka podarowała mi taki samochód! Bo realnie tak to się przedstawiało. Wspominając wcześniejsze z nią rozmowy, oraz tę ostatnią z Lidką, od razu zrozumiałem, że cały ten ceremoniał z użytkownikiem jest wyłącznie po to, abym nie zapłacił podatku. Zdawałem sobie sprawę, że Dorota nie rzuca słów na wiatr. I skoro zrobiła tyle wysiłku, aby taki papier przygotować, to na pewno się nie cofnie. A przecież doskonale wiedziałem, że na taki prezent niczym sobie nie zasłużyłem! Po co ona to zrobiła? Przecież to były kosmiczne pieniądze! Mogła mi go czasem użyczać, jak dotąd… ja przecież nie potrzebowałem samochodu. Do Moskwy go nie zabiorę, bo i po co?

    Pukanie w szybę przywróciło mi świadomość. Wróciłem do rzeczywistości i otwarłem drzwi.
    - Witam świątecznie! – usłyszałem głos sąsiada. – Kurczę, co to za maszyna? Jeszcze takiej w życiu nie widziałem! – zaglądał do środka.
    Wyszedłem na zewnątrz nie zmykając drzwi. Przywitaliśmy się, po czym zaproponowałem mu pooglądanie wnętrza. Usta mu się nie zamykały.
    - Ale bryka, ja pierniczę! To twoja? – zapytał po dłuższej chwili. Postanowiłem mówić niemal prawdę. Wiedziałem, że i tak nie uwierzy.
    - Wygląda na to, że moja! – wycedziłem powoli. – Dostałem ją właśnie pod choinkę.
    - Nie mów! – roześmiał się. – Od kogo? Chyba nie powiesz, że od żony! – zakpił, spoglądając na mnie wesoło.
    Też się roześmiałem. Nasze żony niejeden raz wspólnie narzekały na mizerny stan domowej kasy oraz małość naszych dochodów.
    - Pewnie, że nie! – śmiałem się nadal. – To od takiej jednej… mojej kochanki… milionerki…
    Teraz już śmiał się pełnym głosem.
    - To w Rosji są takie hojne kochanki?
    - Bywają! – wyjaśniałem dalej, dotrzymując mu wesołości. – Czasem można taką spotkać.
    - Pewnie stara i paskudna, ale masz rację! Za takie auto, to ja bym kochał i wiedźmę!
    - Pudło, sąsiedzie! – oświadczyłem z wyższością w głosie. – Jest młoda, przepiękna i bardzo, bardzo bogata! W dodatku kocha mnie nad życie!
    Teraz to już całkiem go zastrzeliłem. Długo śmialiśmy się zgodnie i serdecznie.
    - Że też na mojej drodze nigdy się takie nie pojawiają! – kręcił głową, niby zawiedziony, ale jednocześnie rozbawiony niemal do łez. – Musisz mieć jakieś swoje tajemne ścieżki.
    - No właśnie miałem taką! – podjąłem temat. – Ale wiesz… ja bym ci nawet tę ścieżkę pokazał, tyle, że to działa jednorazowo. Raz się uda, a potem już nic! Jak w totolotku!
    - Czyli mówisz… – nadal się śmiał – … że to działa jak złota rybka. Jedno życzenie spełnione i koniec! Dalej nie da rady.
    - Niestety! – potwierdziłem. – Trzeba potem takiej ścieżki szukać od nowa, w innym miejscu. Ja tam nie szukam, bo ta jedna mi wystarczy. Ale na tej ścieżce nie ma drugiej wygranej…

    Powygłupialiśmy się w tym stylu jeszcze przez jakiś czas, po czym wróciłem do domu.
    Ech, gdybym przewidział, że wszystko wypaple swojej żonie, a później okaże się, iż właśnie wtedy, w wigilijny wieczór, na przyblokowym parkingu, własnoręcznie założyłem sobie pętlę na szyję…

    W mieszkaniu czekały mnie wyrzuty i powrót do tematyki balowej. Zanim zdążyłem powiesić kurtkę w przedpokoju.
    - Tatku, co z tobą? – zaatakowała mnie Joasia – Już się bałyśmy, że gdzieś wyjechałeś.
    - Nie jeżdżę po alkoholu – zapewniłem ją. – To wszystko przez sąsiada – tłumaczyłem się. – Dopadł mnie na parkingu i musiałem mu pokazać samochód. Tak mu się podobał…
    - I cóż się zachwycać cudzym autem – odezwała się ironicznie Marta. – Jak się samemu na takie nie zarobiło.
    Joasia podeszła do mnie i cmoknęła w policzek.
    - Tatku, dziękuję ci za kolię, jest piękna! I mamie też się podoba!
    - A co ja mam z tym wspólnego? – zapytałem głupawo, bo Marta zwarzyła mi nastrój. – Podziękuj Mikołajowi! Będziesz miała na bal jak znalazł!
    - Czyli biżuterię na bal już mamy – skomentowała Marta. – Jeszcze tylko kiecka, buty, torebka, płaszcz… i to nie jedna para butów. A i sukienkę trzeba przebrać, czyli potrzebna jest druga. O majtkach i reszcie nawet nie wspominam. Tomek! – zwróciła się do mnie. – Czy ty zdajesz sobie sprawę ile to będzie kosztować? A i Joasi trzeba by pomóc, bo sama nie da sobie rady. Ty też nie masz w czym pójść, wypadałoby mieć jakiś konkretny, nowy garnitur…
    - Mamo, ja niczego od was nie chcę! – Joasia była zdeterminowana. – Dam sobie radę sama.
    - Marta, ja wiem, że to niemałe pieniądze – tłumaczyłem. – Ale zrozum, te wydatki pozwolą nam mieć dochody w przyszłości. Skoro szefowa powiedziała, że nie chce nawet słyszeć o jakichś próbach usprawiedliwiania nieobecności, to tak ma być. Z nią się nie dyskutuje.
    - Czyli ty tak samo o tym wiesz – Joasia była naiwnie rozbrajająca. – A już myślałam, że masz z nią jakieś swoje układy.
    - Mam i nie mam. Zależy z której strony się spojrzy.
    - Już się tak nie chwal! – spojrzała na mnie z wyższością. – Zobaczymy na balu kto jest ważniejszy! – spojrzała na mnie łobuzersko.
    - Ano, zobaczymy! – westchnąłem filozoficznie i raczej z rezygnacją w głosie, nie mając zamiaru przerzucać się teraz argumentami.

    - Zobaczymy! – powtórzyłem w myślach jeszcze raz, odchodząc do pokoju. Musiałem na chwilę położyć się w samotności, aby przetrawić wszystko, co się dzisiaj wydarzyło.

    KONIEC