OldSkull napisał:
Ale taka jest idea świadectw kwalifikcyjnych. Jesli ideą jest bezpieczeństwo, to ustawodawca powinien działać ze względu na nie.
oraz
OldSkull napisał:
No ja z tych kilku egzamino-kursów na któych byłem, to widziałem, że zdarzają się wszystkie skrajności, ale częściej ta ostatnia. Szczytem było jak ludzi testujących urządzenia jednofazowe zasilane z gniazdka (produkowane u nas w fabryce) męczył (i to mocno) z topologii sieci TN, gdzie nikomu to do absolutnie niczego potrzebne nie było, zamiast uczyć ważnych rzeczy. No i oczywiście standardowo mówią niewchodzeniu w trakcie deszczu do stacji transformatorowych i niedotykaniu iskrzących ogrodzeń. Jak się tą samą opowieść słyszy 4 razy z rzędu ciężko zachować szacunek do tych ludzi na wysokim poziomie. To raczej wygląda, jakby mieli do przeczytania wszyscy to samo (starsi już znają na pamięć) i puszczenia ludzi do pracy.
Widzisz, sam sobie zaprzeczyłeś
clubber84 napisał: To takie pytanie ode mnie w związku z ww. zdaniem:
- Czy egzaminator, to też czynny zawodowo elektryk, np. kolega po fachu, ale z innego miasta czy egzaminator, to taki a'la "majster z cechu", co ma tytuł inżyniera, uprawnienia, ale nie pracuje w zawodzie, tylko pierdzi w stołek w cechu?
Swoje świadectwa zawsze odnawiałem tylko w warszawskim oddziale SEP.
Nie mam doświadczenia z innymi firmami i organizacjami przeprowadzającymi egzaminy, więc moje zdanie będzie opierać się tylko o SEP.
W komisjach zawsze byli starsi panowie na emeryturach. Nie mogę powiedzieć, że byli nie na czasie. Nie. No może jeden lub dwa przypadki ale to pewnie tak jest wszędzie.
Pozostali zawsze byli na bieżąco ze wszystkimi nowinkami technicznymi.
Zwykła rozmowa typu - co pan by zrobił w takiej sytuacji lub jak zachował się gdyby to i tamto...
Standardowe pytanie o udzielanie pomocy.
Czasami miałem sytuacje, gdzie ewidentnie nie zgadzałem się z egzaminatorem ale lepiej było mu przyznać racje, niż się kłócić. Wiadomo o co chodzi
Raz w życiu (20-śca lat temu) postanowiłem pójść na kurs dla pomiarowców z egzaminem końcowym. Większość kursantów to studenci z PW - ze 40-stu ich było. Elektryków może z sześciu?
Czułem się jak na maturze. Część pisemna, zadania, obliczenia, a później część ustna... Maglowali i maglowali.
Zdać zdałem ale nigdy już nie popełniłem więcej tego błędu ze szkoleniem.
Lepiej iść prosto na sam egzamin, wtedy traktują Cię jako elektryka, a nie kursanta żółtodzioba.
10 lat temu zdawał zemną pewien facet - w SEP zawsze zdaje się w dwójkę.
Gość nie potrafił odpowiedzieć na jakieś pytanie odnośnie układów sieciowych, powiedział egzaminatorowi prosto z mostu, że w tym roku stracił w wypadku obojga rodziców, a uprawnienia potrzebne są mu tylko aby w firmie wymieniać żarówki.
Egzaminator tylko zerkną na stare "uprawnienia" i wypisał nowe bez żadnej dyskusji.