Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
NOVATEK-ELECTRO POLSKA SP. Z O.O.NOVATEK-ELECTRO POLSKA SP. Z O.O.
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

Znaczy, nie tylko ŚK dla elektryków to bagno...

26 Mar 2021 17:08 954 14
  • Moderator of the Technical section
    Narzekamy (i słusznie), że świadectwa kwalifikacyjne uzyskuje się za cenę opłaty kilkugodzinnego "kursu", czyli de facto takiej łapówki dla organizacji firmującej Komisję Egzaminacyjną. A jak jest w innych branżach? Oto ciekawy przypadek.
    Quote:

    Nikt nie sprawdza moich uprawnień, umowy ani badań. Z kabiny widzę, jak w dole robotnicy przypinają ogromną ścianę do łańcuchów. Ja mam to podnieść? Jeszcze nigdy ładunku nie podnosiłem! A co, jeśli kogoś zabiję? Robi mi się gorąco.

    Sprawdziliśmy, jak wygląda praca operatorów żurawi. Tych wielkich, kilkudziesięciometrowych molochów, bez których nie stanie żaden budynek.

    Operator Rafał: – Przed egzaminem to może z 3 godziny pojeździłem na dźwigu.

    Dariusz: – Widziałem katastrofy budowlane, po których nie została nawet notatka.

    Paweł: – Słyszysz: „Rób, ......... Żuraw jest sprawny i koniec”.

    Bogdan: – To jest presja, jak ktoś 11 godzin na ciebie przez radio wrzeszczy.

    Tomek: – Przyjrzyjcie się, w jakim stanie są te maszyny. I ile jest wypadków.

    Teoria
    Spróbuję zostać operatorem. Wybieram kurs w największym ośrodku w Bydgoszczy. Koszt: 2700 złotych. Czas trwania: 24 godziny teorii i 48 godzin praktyki.

    Najpierw teoria. Wykładowca pokazuje 300 pytań. Do każdego proponowane cztery odpowiedzi. Instruktor dyktuje poprawne rozwiązania. Rzadko kiedy coś wyjaśnia. W 3 godziny zaliczymy wszystkie pytania.

    Przerwa na badania. Pani doktor mierzy ciśnienie, każe czytać drobniutkie litery z zasłoniętym jednym okiem. – Cukrzyca, padaczka? Nie? To dziękuję – szybko wypisuje kwit. Teoretycznie powinienem jeszcze przejść psychotesty i badania wysokościowe, ale okaże się, że mój ośrodek szkoleniowy ich nie zapewnia.

    Tydzień później drugie zajęcia. Do sali wchodzi inny mężczyzna i... zaczyna dyktować te same odpowiedzi. Bardzo się przy tym spieszy, musi wyjść wcześniej. Gdy próbujemy o coś dopytać, mówi: – Dowiecie się na następnych zajęciach.

    Ale następnych zajęć już nie będzie.

    Dla mnie cała nauka teorii zamknie się w 6 godzinach. Żadnej książki, nawet kserówek, jedynie pytania do wykucia. O konstrukcji żurawia, rodzajach zawiesi, dopuszczalnych udźwigach nie wiem nic.

    Praktyka

    Plac budowy w centrum Bydgoszczy. Z ziemi wyrastają czteropiętrowe bloki. Wspinam się na 50-metrowy dźwig. Mocno ściskam drabinkę, staram się nie patrzeć w dół.

    To żuraw firmy, której szefem jest Robert R. – dźwigowy potentat w Bydgoszczy i Toruniu. W kabinie czeka już operator Marek. – Złota robota. Prosta jak .......... Jakbyś w grę grał cały dzień. Oprócz tego, że musisz szczać do butelki, to jest OK. Albo idziesz się odlewać na tył, zawsze parę kropel na tych Ukraińców poleci. Ostatnio pokazywali mi, tak na migi, żebym już nie lał z dźwigu, bo im kapie na kaski! – śmieje się.

    Marek na dźwigu codziennie spędza po 9-10 godzin, choć przepisy mówią, że może pracować tylko 8.

    – Dostaję 18 złotych za godzinę. Jak ......... dużo godzin, tak z 230 miesięcznie, to wyjdzie czwórka na rękę. Na umowie mam najniższą krajową, żeby alimentów nie płacić. Reszta w kopercie.

    Obserwuję, jak podnosi płyty i kosze z betonem, rusza gałkami: lewo – prawo, przód – tył i góra – dół. Po kilku godzinach przerwa na budowie, siadam w fotelu operatora. Jeżdżę na sucho, czyli bez podczepionego ciężaru. Próbuję hakiem trafić a to w kontener, a to w palety.

    – Ciężaru ci nie podczepię, bo taka płyta to waży z 500 kilo. To zabić możesz. Do przodu patrz. Musisz wyczuć dźwig. Jak ja zaczynałem, w innej firmie, to od razu mnie rzucili na głęboką wodę. Przez pierwsze dni szef był ze mną na górze, a potem zostawił samego. A ja nawet papierów nie miałem. Na początku się bałem, robiłem strasznie wolno, choć mnie wszyscy poganiali przez radio. Tak naprawdę to nauczyłem się jeździć pół roku po egzaminie.

    Marek powinien przerwać pracę, jeśli prędkość wiatru przekroczy 10 m/s przy ładunkach wielkowymiarowych, w innych przypadkach przy 15 m/s. Tak mówi prawo. – Ale na budowie mało kto na to patrzy. Szef każe pracować powyżej 15 m. Inaczej będą opóźnienia na budowie, a on od tego płaci kary – opowiada Marek.

    Przychodzę do niego jeszcze przez dwa dni. Łącznie za sterami spędzę 3-4 godziny. Tu oficjalne szkolenie się kończy.

    Egzamin

    Jutro egzamin. Zakuwam na pamięć odpowiedzi na 300 pytań. Za cholerę nie rozumiem, o co chodzi.

    Rano melduję się w szkole. Do pokoju wchodzi egzaminator z Urzędu Dozoru Technicznego. Rozdaje kartki z 15 pytaniami. Kończę po 10 minutach. Zaliczone! Czas na praktykę. Jadę na żuraw. W kabinie czeka na mnie doświadczony operator Daniel.

    – Nie przejmuj się. Ja będę z tobą w kabinie, a on do góry pewno nie będzie wchodził – uspokaja. – Oni nigdy prawie nie wchodzą.

    – Jak coś, to ci pomogę, no przecież o to chodzi, żebyś miał uprawnienia, nie? Czas na naukę będziesz miał na budowie.

    – No, weź tak przyłóż tylko rękę – łapię drążek, a Daniel kładzie swoją rękę na moją. – Widzisz? Wystarczy, że się tak oprę, nie widać z dołu, że ja steruję. Ja już tak trzy egzaminy zdałem za ludzi.

    Egzaminator faktycznie zostaje na dole. Z pomocą Daniela najeżdżam hakiem perfekcyjnie nad kosz z betonem. Test praktyczny trwa 5 minut.

    Schodzę z dźwigu i już witam się z gąską, ale urzędnik nie odpuszcza.

    – Dobra, powie mi pan, jak by pan sprawdzał ogranicznik udźwigu.

    – Eee... ogranicznik udźwigu? – dukam, bo nie mam pojęcia, o co chodzi. Nie odpowiadam na żadne pytanie. Jestem pewien, że obleję.

    – Ale to wie pan, że jeszcze musi się pan trochę douczyć, nie? Potem my jedziemy na badania, a operator nie wie, co ma robić.

    – Chyba zaczniemy zabierać te uprawnienia. Chociaż z drugiej strony was jest za mało rynku. Dobra, wszystko na dzisiaj. Zdane. Tylko się douczyć.

    Właśnie zdobyłem uprawnienia na żurawie wieżowe. Czas poszukać roboty.

    375 godzin

    Operatorów nie zatrudniają firmy budowlane. Robią to pośrednicy, którzy odpowiadają za kontakt operatora z budową. Zwykle to oni również wynajmują żurawie firmom budowlanym. Obdzwaniam kilkunastu z nich. Większość nie ma dla mnie pracy, trzech proponuje umowę po krótkim doszkoleniu z ich operatorem. Wszyscy obiecują robotę po 10-12 godzin dziennie.

    – Nijak to się ma do przepisów – przyznaje szczerze Robert R., znamy mi już potentat z Bydgoszczy. – Ale nie znam budowy, która by pracowała 8 godzin. A ja nikogo nie znajdę na te parę godzin po południu. Jak ktoś chce pracować zgodnie z przepisami, to będzie miał ciężko.

    Na parkingu McDonald’s rozmawiam z Karolem O. To jeden z większych pośredników w Warszawie.

    – Młody operator to się musi nauczyć odporności. Są budowy takie, że naprawdę jest tempo. Kołchozy. Na pewno coś tam pójdzie nie po twojej myśli, kogoś z łańcucha znokautujesz czy ze zblocza w plecy. Dobry operator to jest po dwóch latach. To, że coś uderzysz, komuś .......... – nie znam operatora, który by czegoś nie ..........

    Pytam, co z prędkością wiatru.

    – Są firmy takie, co rygorystycznie pilnują przepisów, że te 15 m/s nie może być przekroczone. W sumie to tylko dwie: Warbud i Skanska. Gdzie indziej to wszystko leci na wyczucie. Jeżeli widzisz, że nie dajesz rady – nie ma co pajacować. Ale jak jest niski dźwig, to nawet przy większym wietrze możesz robić.

    – A jeszcze bym zapytał o badania lekarskie.

    – Ja się tym zajmę. Będziesz miał wszystkie papiery, BHP, szkolenia, co tam jeszcze potrzeba. Nie musisz nigdzie jeździć.

    – A po ile godzin się pracuje?

    – Jak ja to mówię – od skowronka do żabek. Są budowy, co robią po 12, 13.

    – Tak w miesiącu to operator ile wyrobi?

    – Średnio koło 200-230 godzin. Ostatnio mi operator robił po 280 godzin, a jeszcze mu stówę dokleili, bo miał dobre kontakty z kierownikiem. Więc wyszło, że robi 375 godzin.

    – A to nie chodzą jakieś kontrole?

    – Chodzą, ale co z tego?

    Kierownik budowy mówi, że jest 8. Na papierach wszędzie jest 8. Jak jeszcze my mamy RODO wprowadzone, to tam nawet nazwiska nie ma, kto na dźwigu siedzi. Państwowa Inspekcja Pracy wie, że jest walone, wszyscy wiedzą, ale udają, że tematu nie ma.

    Wynagrodzenie na początek – 18 złotych za godzinę. Umowa o pracę.

    – Jedziemy na najniższym ubezpieczeniu, tak żeby był tak zwany dupochron do szpitala czy coś takiego. Na konto wchodzi to, co jest na umowie, a reszta idzie, wiadomo, z koperty.

    Kolejny pośrednik załatwia mi robotę w Łodzi. Nie pyta o doświadczenie, nie prosi o uprawnienia i badania. Nie podpisuje żadnej umowy, nawet nie widzi mnie na oczy, tylko SMS-em wysyła adres, na który mam się stawić.

    Do góry, do góry!

    O siódmej rano melduję się na budowie bloku na łódzkim Polesiu.

    Majster Andrij dopytuje: – Ty nowy dźwigowy? Długo pracujesz?

    – Niedługo. Zaczynam dopiero.

    – ......... – martwi się. – Kolega, co był przed tobą, to... ........... się na górze. Nie chciał zejść. Z godzinę czekaliśmy, przyjechała policja. Wydmuchał 1,4 promila.

    Zaglądam jeszcze do kierownika budowy.

    – No, tutaj się musimy dostosować do tych Ukraińców – instruuje. – Czyli że raz jest pan od siódmej do osiemnastej, ale nieraz można się z nimi dogadać i sobie to odbić jakoś. Dobra, to niech pan tam wskakuje, bo jakąś ścianę chcą otwierać, a za chwilę beton. Taki chrzest bojowy.

    Nikt nie sprawdza moich uprawnień, umowy ani badań. Na 50-metrowy dźwig wchodzę niemal z ulicy. Nie wiem nawet, jak go włączyć. Tego na kursie nie uczyli. Na naukę nie mam czasu, bo przez radio pogania mnie już Andrij.

    – Dawaj do przodu.

    – Sekundę jeszcze, dobra? – proszę i dzwonię do zaprzyjaźnionego operatora.

    – Przekręć czerwony guzik wystający. Odskoczył? Dobra. To teraz taki czarny. Nie ma? A jakie są? Zielone? To ten drugi zielony – instruuje mnie kolega.

    Hak zaczyna się poruszać. Jadę powoli do przodu. Andrij nie daje czasu na naukę.

    – Co tam, będzie pracował dzisiaj czy nie?

    – No już, sekunda, poczekajcie. To jest nowy dźwig dla mnie.

    – Co poczekamy? Nie rozumiem. Dlaczego czekać? Do przodu, do przodu dajesz i siadasz koło tej ściany. Dobra, siadaj, siadaj, siadaj! Siadasz czy nie, no jak to? Dobra, jedziesz do góry. Do góry, do góry!!!! Jadę czy nie jadę, jak to będzie? Będzie dzisiaj robione czy nie? – Andrij krzyczy bez przerwy, ja manewruję, jak mogę, widzę, jak robotnicy przypinają ogromną ścianę do łańcuchów. Ja mam to podnieść? Jeszcze w życiu ładunku nie podnosiłem! A co, jeśli kogoś zabiję? Robi mi się gorąco. Wyłączam radio i schodzę na dół. Czeka na mnie Andrij i kierownik.

    – To jest moja pierwsza budowa, sorry, ale ja was jeszcze pozabijam – tłumaczę.

    – No to w takim razie dziękujemy – mówi zrezygnowany kierownik.

    Pośrednika, który mnie zatrudnił, nie zraża najwidoczniej ta porażka. Zadzwoni jeszcze kilka razy z propozycją pracy. Nie skorzystam.

    Zdał za mnie operator

    Michał z Podkarpacia: – Firma, która mnie szkoliła, obiecywała 30 godzin teorii. A miałem 3. Praktyczne zajęcia miałem dwa razy. Bujaliśmy się na sucho, bez ładunku. Egzamin zdawałem dźwigiem sterowanym z ziemi, z pilota, nawet nie wszedłem do góry! Po kursie rzuciłem ogłoszenie na facebookowe grupy operatorów. Od razu dostałem trzy oferty pracy.

    Rafał z Ełku: – Przed egzaminem to może z 3 godziny pojeździłem na dźwigu. Zresztą, jaki egzamin! Ja nawet na górę nie wszedłem. Z innymi kursantami podjechałem na plac budowy, stoimy pod żurawiem, czekamy na egzaminatora. Dwie godziny później dzwoni babka z firmy szkoleniowej. Dziękuję, zdaliście panowie egzamin, możecie jechać do domu. Jakoś to załatwili z egzaminatorem.

    Bogdan z Warszawy: – Jest taka firma, która robi szkolenie w sześć dni. Zaraz po kursie dostałem pracę. Pierwszego dnia to ja się dopiero uczyłem operowania. A ile się nasłuchałem przez radio: „Szybciej, nie jesteśmy na wakacjach, włącz trzeci bieg”. To jest presja, jak ktoś 11 godzin przez radio na ciebie wrzeszczy. Na budowie powinien być jeden hakowy, czyli osoba, co wydaje mi polecenia. W praktyce każda ekipa: zbrojarze, murarze, cieśle – ma swoje radio. I każdy chce, żebyś do niego podjechał jak najszybciej. Robisz w pośpiechu, nad głowami budowlańców – chociaż nie wolno nad głowami ludzi jeździć. Ale nikt tego nie pilnuje. A ty zaczynasz dopiero, to nie będziesz protestował, nie?

    Marcin z Bydgoszczy, zdawał w tej samej szkole co ja: – Teorii miałem może z 10 godzin. Instruktor czytał książkę, a my to przepisywaliśmy do zeszytu. Na praktykę wysłali mnie też do Roberta R. Po trzech dniach R. mówi: „Słyszałem, że ci dobrze idzie, to daję cię na dźwig”. I mnie zostawił samego na 70-metrowym żurawiu, choć nie miałem uprawnień. Kazał mi okłamywać kierownika budowy. Po dwóch dniach mówię, że nie chcę tak więcej pracować. Na to R.: „To ja ci gwarantuję, że nie zdasz egzaminu”. Ale potem mi wybaczył, bo obiecałem, że będę pracował u niego. Egzamin był u niego w firmie. Panowie z Urzędu Dozoru Technicznego gawędzili sobie z R., nie wchodzili na dźwig. Ćwiczenie za mnie zdał taki Jarek, operator. Od razu R. chciał mnie pchać na budowę, bo mu brakowało ludzi. Kazał pisać w książce pracy, że robię po 8, a nie 11 godzin. Nie chciałem tak pracować. Zgłosiłem to do Urzędu Dozoru Technicznego i Państwowej Inspekcji Pracy. Nie wiem, czy coś zrobili, bo odmówili mi informacji. Rzuciłem R. i całą tę branżę w cholerę.

    Kontrola inspekcji wykazała, że jeden z operatorów Roberta R. w trakcie pracy nie miał przy sobie uprawnień.

    Czysty zysk

    Tomek Klarkowski, operator i członek związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza, prowadzi na YouTubie kanał o pracy operatorów. Po którymś z kolei filmie o przekrętach w branży szefowie firm nie chcieli go już zatrudniać. Wyjechał do Austrii.


    Link


    – Wszystkim poza operatorami zależy, żeby szkolenia były masowe i marnej jakości. Bo to jest czysty zysk. Urząd Dozoru Technicznego zarabia na egzaminach, firmy szkoleniowe zarabiają na kursantach. Pośrednicy też się cieszą, bo mają rynek zalany tanimi pracownikami, którzy będą pracować za każde pieniądze, by zdobyć doświadczenie – mówi. – Rynek psuje też napływ ukraińskich pracowników, którzy nie mają polskich uprawnień.

    To związek zawodowy Tomka domagał się rozporządzenia w sprawie pracy operatorów żurawi. Odnieśli sukces. Od lutego 2019 roku operator nie może przebywać w kabinie więcej niż 8 godzin. Tylko co z tego, skoro przepis jest martwy?

    – Pracodawcy marudzą, że budowy chodzą po 10-12 godzin dziennie, więc niemożliwe, żeby operator pracował mniej. A nikt nie przyjdzie go zmienić na 2 godziny – dopytujemy Tomka. – Operatorom też nie w smak te wasze przepisy, bo mniej zarobią. Po co wam to?

    – Przed rozporządzeniem dźwigowi pracowali po 12-14 godzin albo więcej. Często pili i brali narkotyki, żeby podołać. To się trochę ukróciło – mówi Tomek. – A że operatorzy mniej zarobią? Nieprawda. To bajki pośredników. Teraz za grosze operatorzy robią, po 16 złotych za godzinę. Gdyby tego prawa przestrzegano, to budowy pracowałyby szybciej i wydajniej, a operatorzy mieliby czas na odpoczynek, do tego większe zarobki. Mówisz, że nikt nie będzie chciał pracować tak krótko. Powinieneś dodać: „Za taką kasę”. Chcesz mnie zatrudnić na 4 godziny? To zapłać mi jak za 8, ja przyjdę i będę dostępny przez 8.

    – To zrujnujesz przedsiębiorców.

    – Bez żartów. To pośrednicy zatrudniają operatorów i wynajmują żurawie. Biorą od budowy od 13 do 20 tysięcy netto. Miesięcznie. Za sam fakt, że żuraw stoi. Drugie tyle za montaż i demontaż. Do tego od 30 do nawet 50 złotych za każdą godzinę pracy operatora. Jedna firma ma kilkadziesiąt dźwigów. Naprawdę stać bidulków, żeby zapłacić więcej.

    – Konserwacja żurawi też kosztuje.

    – No to się przyjrzyjcie, w jakim stanie są te maszyny. I ile jest wypadków.

    Bez ubezpieczenia

    Wrzesień 2019 roku. Na budowie apartamentowca w Międzyzdrojach, tuż nad głowami pracujących robotników, pękła stalowa lina dźwigu. 2,5-tonowy pojemnik z betonem spadł prosto na Witalija Ionasa. Mężczyzna zmarł na miejscu.

    – Byłem w pierwszych sekundach przy nim, aż go nie zabrał helikopter – opowiada brat Witalija, Sasza. – Pracował jako hakowy, bezpośrednio pod dźwigiem. To był mój młodszy brat. Czyli ja byłem za niego odpowiedzialny.

    To Sasza półtora roku temu namówił brata na podróż z Mołdawii do Polski. Sześcioletni syn Witalija zmarł na białaczkę, później mężczyzna rozstał się z żoną. W Polsce chciał zacząć nowe życie. Pracował na budowach po 300 godzin miesięcznie. Zarabiał około 15 złotych netto za godzinę.

    – Czy właściciel dźwigu rozmawiał z tobą, przeprosił? – pytamy Saszę.

    – Nawet nie podszedł do mnie.

    Budowlaniec Jarek: – Zgłaszaliśmy przetarcia tej liny, która szorowała o metal, ale według serwisu to nie miało wpływu na bezpieczeństwo. Konserwator nawet nie wszedł na górę. Oglądał go z dołu.

    Dotarliśmy do operatora, który kilka tygodni przed śmiercią Witalija odmówił pracy na tym samym żurawiu.

    – Jak lina trze o konstrukcję, to w pewnym momencie pęknie. Nie ma cudów. Już wcześniej widziałem na niej parę pęknięć. Pracodawca to wiedział – opowiada.

    W sprawie śmierci Witalija toczą się dwa śledztwa. Dotąd nikomu nie postawiono zarzutów. Dźwig, pod którym zginął Witalij, został parę miesięcy wcześniej odebrany przez Urząd Dozoru Technicznego. Urzędnicy tłumaczą, że wszystkie dowody znajdują się w prokuraturze. Na razie nie można więc stwierdzić, jakie były przyczyny wypadku.

    Maszynę wynajmował Grzegorz H. W Wielkopolsce jest gigantem od żurawi, ma ponad 25 maszyn rozstawionych w całym kraju.

    – Do pracowników zwraca się: „śmiecie”, „pedały”, „frajerzy” – mówi Darek, który przepracował u H. parę lat. – Zatrudnia prawie samych Ukraińców. Są ludzie, którym od miesięcy nie płaci.


    Według pracowników Grzegorz H. ma także nonszalanckie podejście do zasad BHP. Kilka miesięcy temu podczas składania żurawia w Warszawie jeden z pracowników spadł z kilku metrów i obił się o metalową konstrukcję. Miał pękniętą czaszkę i krwiak mózgu. Świadkowie wypadku opowiadają, że zdarzenie nie zostało nigdzie zgłoszone, nie słyszała o nim Inspekcja Pracy. Mężczyzna – obywatel Ukrainy – jest trwale niezdolny do pracy, a nie ma nawet ubezpieczenia. Grzegorz H. nie podpisał z nim żadnej umowy.

    Inny z jego konserwatorów stracił palec podczas pracy na budowie.

    Pod koniec lutego tego roku na terenie firmy Grzegorza H. podczas załadunku dźwigu zginął 30-letni obywatel Ukrainy. Prokuratura prowadzi śledztwo w tej sprawie.

    Żuraw Grzegorza H. zbudował też od fundamentów blok w Środzie Wielkopolskiej – mimo iż urządzenie trzykrotnie nie przeszło odbioru Urzędu Dozoru Technicznego.

    H. odmówił rozmowy z nami.

    Dopuszczone przez Urząd Dozoru

    Śmierć Witalija nie jest niestety wyjątkiem.

    Opole, 2016 rok. Link Złamało się ramię żurawia. Jeden z pracowników budowy ginie na miejscu, drugi w szpitalu.

    Kraków, 2016 rok. Nocą w centrum miasta przewraca się żuraw. Firma budowlana przekonuje dziennikarzy i służby, że był to planowy demontaż.

    Kraków, 2017 rok. Link Operator dźwigu po skończonej pracy spada z kilku metrów. Jego ciało zostaje znalezione następnego dnia rano.

    Łódź, 2017 rok. Link Zaraz obok OFF Piotrkowskiej przewraca się dźwig z operatorem w kabinie. 23-letni mężczyzna umiera w szpitalu. Ojciec chłopaka udziela wywiadu youtuberowi Tomkowi Klarkowskiemu. Twierdzi, że inspektor przy odbiorze nawet nie wszedł na żuraw.

    Żerań, 2019 rok. Podczas budowy elektrociepłowni od dźwigu odrywa się ramię. Operator jest ranny. – Facet zatrudniony był na pół etatu przez pośrednika, reszta pod stołem. Brał zastępstwa, nocki, żeby więcej zarobić – opowiada mężczyzna, który pracował na tej samej budowie. – A ten żuraw był fatalny, przy obrocie kabina cała się trzęsła, jakby miała się oderwać. Gość poleciał z trzy przęsła w dół, miał złamaną nogę, z przemieszczeniem. Cud, że przeżył. Operacja, drutowanie. Co najmniej rok siedział na zwolnieniu.

    Wrocław, 2019 rok. Na budowie osiedla TBS przewraca się żuraw. Maszyna upada na kontenery budowlańców. Cudem nikt nie ginie. Żuraw miesiąc wcześniej odebrany przez UDT.

    Tychy, 2020 rok. Link Pęka jedna ze śrub zabezpieczających 45-metrowy dźwig. Żuraw przechyla się nad budynki mieszkalne. Ewakuowano 140 osób. Żuraw raptem dwa dni wcześniej był badany przez urzędników.

    Gdańsk, 2021 rok. Z powodu wady technicznej pęka podstawa dźwigu. Tym razem również obywa się bez ofiar.

    We wszystkich wyżej wymienionych przypadkach dźwigi zostały odebrane przez Urząd Dozoru Technicznego. W żadnej z tych sytuacji urzędnicy nie doszukali się swojej winy. Co więc według UDT było przyczyną wypadków? Błędy przy eksploatacji i utrzymanie w niewłaściwym stanie technicznym (tak było np. w Łodzi i Tychach), niestabilne podłoże (Kraków w 2016 roku), wady materiałowe (Żerań), przeciążenie żurawia przez operatora (Wrocław).

    Według różnych statystyk w ciągu ostatniej dekady w Polsce doszło nawet do 181 wypadków śmiertelnych podczas pracy na dźwigach. Prawdziwej liczby zdarzeń nie zna nikt. Dane różnych urzędów są niespójne i wszystko wskazuje na to, że wiele wypadków jest ukrywanych.

    Montowałem niesprawne dźwigi

    Doświadczony konserwator: – Ja w żurawiach robię 16 lat. W tej branży wszystko jest robione na hura. Nie ma zachowanych żadnych zasad bezpieczeństwa. Montowałem już niesprawne dźwigi na budowie albo na niestabilnym podłożu. Mówiłem o tym szefowi, a on mnie i tak poganiał, bo miał umowy z deweloperami i bał się kar. Jak mocno wieje i żuraw powinien przerwać pracę, to szef na ciebie krzyczy: „........ na górę i rób!”. Widziałem dużo zdarzeń, poprzewracanych dźwigów, a nie było o tym żadnej wzmianki, nawet notatki. Gdybym nie był na miejscu, tobym nie miał pojęcia, że coś takiego się działo.

    Bogdan, operator z Warszawy: – Te maszyny, które budują piękne, nowoczesne osiedla, mają po 30 i więcej lat. One już dawno powinny zostać przetopione w hucie. Dam przykład: w dźwigu stanął mi termostat, tak było gorąco. Przestaję pracować, czekam na konserwatora. Dzwoni kierownik budowy, wrzeszczy, żebym robił, bo wstrzymuję budowę. Za chwilę dzwoni konserwator: „Żurawie tak mają, że jak jest gorąco, to się wyłączają”. Odpowiadam, że jak tak mają, to je na szrot oddajcie. A konserwator do mnie: „Jak nie chcesz robić na szrotach, to sobie znajdź inną pracę”. I koniec, po temacie. Albo robisz, albo wezmą kogoś innego.

    Budowlaniec Jarek: – Budowy potrzebują konserwatorów, którzy wszystko podbiją. Oni nawet nie muszą tych dźwigów oglądać. Bo jak konserwator stwierdzi, że lina przetarta albo są luzy gdzieś, to dźwig trzeba zatrzymać. A na to firma budowlana sobie nie pozwoli, bo ma napięte terminy. Za przestój dźwigu nikt im nie zapłaci.

    Paweł z Trójmiasta: – Jeździłem na żurawiu, w którym bujał się cały wysięgnik, taki był luźny. Dzwonię do konserwatora, a on do mnie: „Rób, ........ Żuraw jest sprawny, ja tu jestem konserwatorem i koniec”. Albo Bydgoszcz, firma Roberta R. Wchodzę na dźwig. Pęknięta rama, numer seryjny zamalowany farbą. Mam zdjęcia, chętnie pokażę. Dlaczego Urząd Dozoru Technicznego to odbiera? Przecież oni się znają. Zawsze na budowę przyjeżdża ten sam inspektor. Zawsze.

    Tomek Klarkowski: – Polskie dźwigi kupowane są w Niemczech, często „na części”, w cenie złomu. W Polsce są potem składane lub malowane. Taki dźwig traktuje się u nas jako pełnowartościową maszynę. Pokażę wam na OLX ogłoszenie, żuraw kupisz za 150 tysięcy. To jest cena samochodu osobowego. W mniejszych miastach masz jedną firmę z dźwigami i dwóch urzędników z Urzędu Dozoru Technicznego.

    – Oni się wszyscy znają. Inspektorzy często nie wchodzą na górę. Odbierają żurawie z dołu. Kwadrans i dziękuję, stempel.

    Budowlaniec Jarek: – Byłem świadkiem, że UDT-owiec odebrał żuraw z biura. Przez telefon porozmawiał z konserwatorem i podbił pieczątkę.

    Inspekcja pracy: Bawimy się w kotka i myszkę

    Dzwonimy do Roberta R., bydgoskiego potentata. Chcemy zapytać o pękniętą ramę, pracę po 12 godzin, przy silnym wietrze, operatorów bez uprawnień. Przedsiębiorca wszystkiemu zaprzecza.

    Szef firmy szkoleniowej z Bydgoszczy nie dowierza: czy ja na pewno mówię prawdę o szkoleniu? Przecież zawsze są cztery dni teorii, i to z doświadczonymi instruktorami! Do tej pory nie mieli skarg. A za część praktyczną odpowiadają firmy budowlane, z którymi szkoła ma podpisane umowy. To one przygotowują kursantów, którzy zresztą chwilę później znajdują w tych firmach zatrudnienie. Pracodawcy pomagają kursantom nabyć doświadczenie. Nikt przecież nie zostaje Niki Laudą czy Schumacherem po kursie prawa jazdy.

    Jakub Chojnicki, dyrektor departamentu nadzoru i kontroli Państwowej Inspekcji Pracy, opowiada nam, że 4 tysiące żurawi w całym kraju kontroluje raptem 150 osób. Inspektorzy mogą wystawić firmie budowlanej mandat. W wypadku recydywy – maksymalnie 5 tysięcy złotych.

    – Pracownicy budowlani nie skarżą się do nas.

    – A wie pan czemu? Bo się boją, że stracą pracę.

    – Wiem. Bawimy się w kotka i myszkę, by ustalić prawdę. My wchodzimy na plac budowy, widzimy książkę dyżurów operatora, wpisane ósemki. Operator potwierdza, że tyle dziennie pracował, bo się boi utraty źródła dochodów. Dla nas to jest koniec tematu. Nie jesteśmy policją, nie możemy założyć podsłuchu. My nie możemy nawet zdjęć robić, zanim oficjalnie nie zaczniemy kontroli. W momencie wejścia na budowę i okazania legitymacji oficjalnie rozpoczyna się kontrola i dopiero wtedy mamy prawo zbierać dowody.

    Dyrektor Chojnicki dodaje, że zapewne operatorzy pracują dłużej niż 8 godzin dziennie, jednak udowodnienie tego na placu budowy graniczy z cudem.

    Rzecznik prasowy Urzędu Dozoru Technicznego Maciej Zagrobelny w rozmowie z „Dużym Formatem” i „Superwizjerem” TVN tłumaczy, że UDT nie miał sygnałów o wadliwych egzaminach.

    – Pan wierzy, że te egzaminy weryfikują umiejętności ludzi?

    – Nie posiadamy danych, żeby było inaczej.

    Opowiadamy o wypadkach, o odbieraniu przez urzędników dźwigów z ziemi albo z biura.

    – Takie sytuacje nie mają miejsca. Do nas nie dochodziły nigdy takie sygnały. Nie sądzę, żeby jakikolwiek inspektor świadomie podejmował złe decyzje. On wie, że ponosi za to odpowiedzialność.

    – Mamy długą listę wypadków...

    – To są pojedyncze zdarzenia.

    Rzecznik podaje dane: w zeszłym roku na 4 tysiące zarejestrowanych żurawi raptem 120 nie było dopuszczonych do eksploatacji. To oznacza, że urządzenia z roku na rok są coraz sprawniejsze.

    – Albo że kontrole są robione byle jak, a żurawie są w fatalnym stanie.

    – To są państwa twierdzenia. Ja uważam, że z pracą Urzędu Dozoru Technicznego wszystko jest w porządku. Po wyłączeniu kamery „Superwizjera” pracownicy UDT będą zarzucać nam kłamstwo. Rzecznik wyjaśni nam, że z dźwigami jak z samochodami – wypadki będą się zdarzać. Nic nie poradzimy.

    Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione

    Reportaż "Dźwigi, wypadki, szara strefa" pokaże również "Superwizjer" TVN. Emisja w sobotę 27 marca o godz. 20.00 na TVN24, we wtorek 30 marca o godz. 23.30 w TVN


    Link
  • NOVATEK-ELECTRO POLSKA SP. Z O.O.NOVATEK-ELECTRO POLSKA SP. Z O.O.
  • Moderator of HydePark/Cars
    retrofood wrote:
    A jak jest w innych branżach?

    W większości tak samo, masz kasę to płacisz i dostajesz "papier". Kiedyś pracując jeszcze w UR przy rozbudowie firmy potrzebowaliśmy dźwigu samojezdnego, od znajomej firmy użyczyliśmy takowy ale bez operatora. Mój szef wpadł na pomysł żebym to ja zrobił "papiery" i wysłał mnie na kurs do Gdańska bodajże. Tydzień czasu po kilka godzin rano teorii a od 12-tej do 16-tej zajęcia praktyczne (budowa, podstawy obsługi, rodzaje zawiesi, sposoby podczepiania ładunku, BHP etc.). Po egzaminie z 50 kursantów zdało tylko 10 (w tym ja). Po odejściu z firmy operowałem dźwigiem może z 2-3 razy (nawet nie pamiętam gdzie "papiery" mam). Ale co się dziwić, podobnie jest z kierowcami ciężarówek. UP sponsoruje prawo jazdy w "zaprzyjaźnionej" szkole nauki jazdy ze zdawalnością 100% i absolwent (świeżo upieczony "tirowiec") wsiada za kółko 40 tonowego zestawu i po trzech godzinach jazdy zasypia... (taki przypadek w jednej ze znajomych firm ostatnio był). Ale "lejce" ma! Do wykonywania każdego zawodu oprócz "papieru" trzeba jeszcze mieć odpowiednie predyspozycje a to jest ostatnimi czasy całkowicie olewane. Kasa Misiu, kasa...
  • NOVATEK-ELECTRO POLSKA SP. Z O.O.NOVATEK-ELECTRO POLSKA SP. Z O.O.
  • Moderator of the Technical section
    ArturAVS wrote:
    retrofood wrote:
    A jak jest w innych branżach?

    W większości tak samo,

    No nie jest, bo sam piszesz, że z 50 zdało 10. Zresztą przed laty uczestniczyłem w kursie nabycia uprawnień UDT i chociaż dowiedziałem się, że poziom przestrzegania przepisów w kraju jest gorszy niż w firmie gdzie pracowałem, to jednak kurs trwał przepisowe trzy tygodnie i nikt zajęć nie olewał. Ani wykładowcy, ani uczestnicy. 140 godzin odbębniliśmy bez żadnych skrótów. I egzamin też nie był parodią. Poza tym niedawno (z 15 lat temu) ukończyłem kurs pisania programów na CNC. I też wszystko było na poziomie zapowiadanym. Fakt, że dofinansowywała to UE i kurs kontrolowano kilka razy, ale wykładowcy wcale nie odstawiali kaszany i wszystko było prawdziwe, nawet zajęcia praktyczne, gdzie trzeba było wykonać detal w napisanym przez siebie programie. Tylko egzamin był formalnością, bo szef kursu oznajmił, że wystarczająco poznał nas podczas zajęć żeby wystawić oceny. I to właściwie było prawdą.

    Dlatego dla mnie taki tekst to jednak szok! Takie przekręty w tak niebezpiecznej materii...
  • Moderator of HydePark/Cars
    retrofood wrote:
    No nie jest, bo sam piszesz, że z 50 zdało 10.

    Ale kiedyś (na przełomie wieków), teraz to po przeczytaniu tekstu który wkleiłeś włos na głowie się jeży.
  • Heating systems specialist
    Moje pierwsze świadectwa kwalifikacyjne G1 uzyskałem w 1986r. Z grupy 24 osób za pierwszym podejściem zdało nas tylko czworo w tym ja. Ale wtedy egzamin był w formie testu i egzaminatorzy nie byli w stanie "przymknąć oka" na niewiedzę, bo test pozostawał jako dokument.
    Późniejsze egzaminy były już formą swobodnej pogadanki. Bywało, że jak egzaminowany nie znał odpowiedzi to egzaminator za niego odpowiedział i egzaminowany zdawał :)
  • Level 25  
    Około trzydzieści lat temu również zdawałem egzamin na "mały" dźwig i nie było mowy o tego rodzaju "kursach i egzaminach". Kurs i egzamin składał się z części teoretycznej i praktycznej. Kto zdał egzamin miał kurs i egzamin opłacony przez zakład pracy. Kto nie zdał, płacił z własnej kieszeni.
  • Level 28  
    Fakt iż w innych branżach dzieje się podobnie nie jest ani powodem do dumy ani do akceptacji takiego stanu rzeczy.
    Stan pandemi pogorszył jeszcze sprawę bo "komplecik" kwalifikacji online ludzie bez pojęcia zdają i to na potęgę. Ważne aby budżet zasilić..
  • Level 20  
    Jak kolega wyżej zauważył... KASA
    Nie jeden kurs robiłem we wziętej na tapetę Bydgoszczy (mieszkam tu i pracuję) i nie każdy był traktowany po macoszemu. Miałem różne szkolenia zagraniczne i tam "omawianie" odpowiedzi też jest dość częste. KASA, KASA, KASA. To samo dotyczy szkół, kiedyś na technika elektronika startowało ok 60 osób a kończyło 24. Dziś inżynierów jest jak psów.
  • Level 34  
    Quote:
    Znaczy, nie tylko ŚK dla elektryków to bagno...

    Ktoś tu się odhibernował ...
  • Level 43  
    Mnie to zastanawia ze ludzie sie frajerzą za grosze. Z uprawnieniami , narazaja zycie jak handlarze dragami czy zlodzieje , ale bez szans na kasę

  • Level 38  
    Strumien swiadomosci swia wrote:
    Mnie to zastanawia ze ludzie sie frajerzą za grosze. Z uprawnieniami , narazaja zycie jak handlarze dragami czy zlodzieje , ale bez szans na kasę

    Przecież to dlatego, że te uprawnienia są za proste do zdobycia, ich "wartość" jest znikoma - nie podstaw aby za ich pomocą "się cenić".
  • Moderator of the Technical section
    Chris_W wrote:
    Strumien swiadomosci swia wrote:
    Mnie to zastanawia ze ludzie sie frajerzą za grosze. Z uprawnieniami , narazaja zycie jak handlarze dragami czy zlodzieje , ale bez szans na kasę

    Przecież to dlatego, że te uprawnienia są za proste do zdobycia, ich "wartość" jest znikoma - nie podstaw aby za ich pomocą "się cenić".


    Ja myślę, że jest nieco inaczej. Zwyczajnie, nie ma nikogo, kto nie byłby "umoczony". Chodzi oczywiście o egzaminatorów. Bo kto mu udowodni, że zdający niczego nie potrafił? Kolega? Przecież to niewielkie środowisko, wszyscy się znają, niezależnych nie ma. Więc egzaminujący zupełnie się nie przejmuje, że wypuszcza bubla. Niech sobie radzi sam. Jak nie da rady, to nikt mu płacić nie zechce i sam się wykruszy, ale kasa za kurs i egzamin wzięta.
    A w razie wypadku, biegłymi też będą koledzy. I co mu zrobią?

    Moja Ś.P. Babcia mawiała: "Ku.wa ku.wie łba nie urwie!" Więc wszystko się zgadza.
  • Level 35  
    No to spróbujcie zdać na "uprawnienia" które dają łatwy zarobek na wolnym rynku. Na przykład uprawnienia budowlane. Albo pójść "prywatnie" do szkoły jazdy na C+E albo D. Albo uprawnienia do kontroli gaśnic. Na kominiarza, na diagnostę samochodowego. Itd.
    Jak potrzeba ludzi "do roboty" to uprawnienia nie są problemem, do malowania słupów świadectwa wypisywali pod słupem.
  • Moderator of HydePark/Cars
    stomat wrote:
    Albo pójść "prywatnie" do szkoły jazdy na C+E albo D.

    Miałem ostatnio propozycję od znajomego który takową szkołę prowadzi. Zdawalność 100% a mówi do mnie; - No Artur, ty stary fachowiec od ciężarówek i lejców nie masz? Wstyd. A ja mu na to; - do napraw mi nie potrzebne, a jazdę testową mogę i na placu zrobić. Z drugiej strony moje obecne warunki fizyczne nie pozwalają na jakąkolwiek jazdę (ledwo do kabiny wlazę). ŚK elektryczne i energetyczne zdawałem osobiście będąc na egzaminie (oj lata temu) w dwóch różnych miejscach ("E" i "D").

    retrofood wrote:
    "Ku.wa ku.wie łba nie urwie!" Więc wszystko się zgadza.

    ŻYCIE!