Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

To wizyta, czy wizytacja? Kolejna część opowiadania.

retrofood 10 Apr 2021 19:52 2913 77
  • #1
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Kontynuacja tematu https://www.elektroda.pl/rtvforum/topic3784909.html

    ® Wszelkie prawa zastrzeżone
    ********************************************************

    Zima w Moskwie nie ustępowała, chociaż dzień sporo się już wydłużył. Do polskich Świąt Wielkanocnych pozostawało zaledwie trzy tygodnie. Jednak te kilka stopni mrozu w ciągu dnia, utrzymywało się od dłuższego czasu, a w nocy było jeszcze zimniej. Jednak dzisiaj, kiedy wyszedłem z mieszkania na ulicę, nie czułem tego zimna. Byłem podekscytowany tak jak kiedyś, za dawnych, niemal zapomnianych już lat. Dzisiaj do Moskwy przylatywała przewodnicząca Rady Dyrektorów naszego banku, czyli po prostu Dorotka.

    Był wczesny poranek przedostatniego, marcowego czwartku. Przed chwilą zadzwonił do mnie Igor Stiepanowicz Lemiechow, prezes Promtorginvest Banku, znaczy mój szef, abym schodził na dół. Już podjeżdżali, żeby zabrać mnie na lotnisko. Tak umówiliśmy się wczoraj.
    Zaszczyt wyjechania na powitanie razem z prezesem zawdzięczałem temu, że wg niego byłem jedyną osobą, która Dorotkę znała, a więc będę potrafił rozpoznać ją w tłumie na lotnisku. O tym, że Anna też ją doskonale zna, Lemiechow jakoś nie skojarzył.
    Tak samo zupełnie nie zdawał sobie sprawy z charakteru naszej znajomości. Ja mu zresztą nigdy o niczym nie mówiłem, a i Dorotka w mailowych, czy też telefonicznych kontaktach z nim, rzadko o mnie wspominała. Chociaż, gdyby był sprytniejszy, mógłby się czegoś domyślać po tym incydencie, o którym wspominała mi po balu. Że kiedy jesienią zasugerował jej zwolnienie mnie z pracy, to szybko otrzymał króciutką odpowiedź, że mój ostatni dzień pracy będzie również jego ostatnim dniem w fotelu prezesa. Położył wtedy uszy po sobie i całkowicie zmienił taktykę wobec mnie. Niemal zupełnie przestał mnie zauważać i nawet nie próbował kontrolować.
    I tak właściwie, po paru tygodniach, gdy Dorotka pomijała ten temat milczeniem, jego czujność została chyba uśpiona. Dopiero mój awans, kiedy wróciłem po balu do Moskwy, zmienił sytuację. Na zdecydowanie dla mnie gorszą.

    Dopóki byłem p.o., czyli pełniącym obowiązki, trochę mnie lekceważyli, ale i nikogo nie kłułem zbytnio w oczy. Mało mnie zauważali. Kiedy jednak Dorota wysłała Lemiechowowi sugestię, a właściwie polecenie awansowania mnie na głównego specjalistę ds. analiz inwestycyjnych, wtedy komuś tam na górze zrobiło się ciepło. Bo „Polaczek” niemal im dorównywał. A pierwsze skrzypce w tym wszystkim grał Paweł Wasiliewicz Grycynin, główny specjalista ds. analiz rynkowych. No bo w tej sytuacji, nasze kompetencje formalnie zachodziły na siebie. Ja miałem stanowisko takie jak on, tylko troszkę inaczej nazwane, tak na wszelki wypadek. Nawet sekretariat mieliśmy teraz wspólny i aż współczułem Tatianie Aleksandrownie, dość młodej dziewczynie, która miotała się pomiędzy nami, próbując nikomu nie podpaść, chociaż Grycynin wręcz żądał od niej lekceważenia moich poleceń. On mnie nie zauważał, ja schodziłem mu z drogi, ale na dłuższą metę sytuacja stawała się coraz bardziej nieprzyjemna i utrudniająca mi pracę.

    Grycynin był niezłym fachowcem. Poza tym miał już trzy lata stażu na tym stanowisku i zdążył zorganizować sobie kilkunastoosobowy, dość solidny dział, który przygotowywał mu materiały. I o te materiały poszło. Kiedy zacząłem domagać się od Lemiechowa dostępu do nich, Grycynin postawił się okoniem. Oświadczył, że ja nie tylko nie udostępniam mu swoich opracowań, bo niewiele tego jest w systemie informatycznym banku, ale nawet te które są, to nie są napisane ani po angielsku, ani po rosyjsku, więc są zupełnie nieprzydatne dla jego ludzi. I dlatego postawił warunek wzajemności. On udostępni mi swoje, jeśli będzie wiedział co tworzę ja.
    Było to oczywistą bezczelnością, bo ja dostawałem zadania bezpośrednio od Dorotki i Lemiechow powinien tak to potraktować. Jednak nie zrobił tego, bo nasze nieporozumienia były mu na rękę. Mógł mi utrzeć nosa, udając, że nie może tu nic zrobić bez mojej deklaracji.
    Ale cała sprawa miała też jeden plus. Otóż teraz było jasne, że Grycynin ma dostęp do moich materiałów i sprawdzał je bez mojej wiedzy. Czyli nie wolno mi było istotnych wiadomości pozostawiać na bankowych serwerach.
    Udawałem, że tego nie zauważyłem, jednak zaraz wieczór powiadomiłem o tym Dorotkę. Miała dowód na to co wyczuwała od dawna. Jej intuicja była jednak bezbłędna. Tym niemniej, oficjalnie nie reagowała. Mnie też poleciła przez kilka dni siedzieć cicho. I kiedy po kilkunastu dniach zażądała dla mnie tego dostępu, to jednego dnia okazało się, że własnie tego dnia szef informatyków poszedł na urlop i nie miał kto zmienić mi kodów, no a potem informatyk miał inne, pilne zadania… Lemiechow zwyczajnie sabotował to polecenie.
    Nie wykonywałem wtedy żadnych gwałtownych ruchów, ale Dorotka sama zrozumiała po raportach. że moja praca w banku staje się bezprzedmiotowa. Mogłem zajmować się tylko tym, co zlecała mi na zewnątrz. Czyli budowaniem kontaktów poza bankowych. Bo o ile wcześniej bez trudu dogadywałem się z pracownikami Grycynina i bezpośrednio od nich dostawałem to co chciałem, tak teraz pewnie dostali szlaban na kontakty ze mną. Wykręcali się jak tylko mogli, gdy o coś prosiłem, więc zrozumiałem, że boją się podpaść. Musiałem dać im spokój.
    Wtedy Dorotka postanowiła przylecieć do Moskwy i osobiście zrobić z tym porządek. Nie na darmo jeszcze na balu została mianowana przewodniczącą Rady Dyrektorów, czyli po naszemu szefem rady nadzorczej moskiewskiego banku. Miała teraz w ręku wszystkie niezbędne instrumenty do ustawiania polityki i strategii działania. Także do realizacji zmian kadrowych.
    I raczej nie będzie się wahała zrobić z nich użytku, jeśli taka konieczność zajdzie.

    Nie chciała jednak, aby Lemiechow zorientował się co jest ubocznym celem jej przyjazdu. Dlatego zażądała przede wszystkim przygotowania analiz inwestycji finansowych oraz analiz rozwoju samego banku, no i okresowego sprawozdania z działalności. Zresztą, mówiono też o tym, że Solution Inc. chce kupić jeszcze jeden moskiewski bank, mówiło się w dodatku dość głośno, więc jej przyjazd nie był niczym niezwykłym. O mnie nikomu nie wspominała, a nawet po cichu sugerowała, bym nieco usunął się w cień.
    Dlatego najczęściej w banku bywałem jedynie z samego rana, a potem wyruszałem na miasto. Czasami spotykałem się z jakimiś ludźmi, obserwowałem giełdę, brałem gazety do domu, robiłem sobie prasówkę, wieczór oglądałem TV, niektóre programy informacyjne nagrywałem, a potem co ciekawsze opinie odsyłałem Dorocie z mojego laptopa, który przygotował mi Romek. Oczywiście, doskwierał mi brak różnych danych, które kiedyś miałem z działu Grycynina, ale cóż miałem zrobić?
    Lemiechow w tym czasie siedział cicho, nie czepiał się mnie, nie utrudniał niczego, ale też nie kiwnął palcem, żeby coś z tym zrobić i mi pomóc. Zresztą, żadne z pozostałej dwójki członków zarządu również. Wszyscy uważali mnie za kukułcze jajo, czyhające na ich posady. A ja nie miałem zamiaru wyprowadzać ich z błędu.

    Dopiero pod koniec ubiegłego tygodnia, kiedy pewnego dnia zjawiłem się w banku, Tatiana Aleksandrowna poinformowała mnie, że Lemiechow kazał mi pilnie przyjść do niego, jak tylko się zjawię. Zaglądnąłem wtedy do Anny, zapytać co jest grane, ale okazało się, że ona o niczym nie wie. Nie wiedziała nawet o planowanej wizycie Dorotki! Ech, Lemiechow pilnie strzegł tajemnicy. I najprawdopodobniej nie wiedział, że ja znam ją lepiej niż on.
  • #2
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Gdy wróciłem do sekretarek, przywitały mnie równie obojętnie jak wcześniej. Nie potrafiły, albo nie chciały nic powiedzieć na temat powodu wezwania. Lemiechow na razie był zajęty i musiałem trochę poczekać, a potem okazało się, że pilnie musi wyjechać i nadal nie miał czasu na rozmowę ze mną. Poprosił tylko, żebym dzisiaj nigdzie nie wychodził i był w banku, bo chce ze mną zamienić kilka słów po powrocie, po czym wyszedł.
    Wróciłem więc do swojego gabinetu i spokojnie zająłem się lekturą gazet. Dzisiaj, z tego co czytałem, jeszcze coś niecoś wchodziło mi do głowy. Ale wiedziałem, że z każdym dniem będzie tylko gorzej. Nie mogłem doczekać się czwartku i spotkania z Dorotką. Czy będzie miała czas dla mnie? Jaki w ogóle ma program pobytu? Pytałem ją o to w mailach, ale odpisywała, że sama jeszcze nie zna dokładnie scenariusza. A wczoraj napisała, że już w sobotę musi wracać do Nowego Jorku. Czyli będzie tutaj tylko dwa dni…

    Dopiero przed siedemnastą Tatiana Aleksandrowna zadzwoniła, że Lemiechow na mnie czeka. Bez entuzjazmu powlokłem się tam i o dziwo, czekała mnie niespodzianka. Powitał mnie dość sympatycznie, zaproponował koniak, tyle że musiałem odmówić, wymawiając się prowadzeniem samochodu. Wtedy od razu przeszedł do istoty rzeczy.
    - Panie Tomaszu, nikomu tego wprawdzie nie mówiłem, ale pan chyba wie, że w przyszłym tygodniu będziemy mieli gościa? – patrzył na mnie w napięciu. Czekał na moją reakcję.
    - Wiem! – odpowiedziałem krótko i skinąłem głową potakująco. Nie miałem zamiaru kluczyć ani udawać. Gdyby teraz zapytał mnie o rodzaj znajomości z Dorotką, to chyba bym mu wypalił, że „bardzo bliski”. Ale nie zapytał.
    - Tak myślałem – stwierdził filozoficznie, niby obojętnym tonem. Nie wyglądał na zmartwionego i po chwili zmienił trochę temat. – Wie pan… bo w związku z tym, miałbym do pana prośbę.
    - Słucham pana prezesa! – skłoniłem się uprzejmie w jego stronę. Skrzywił się trochę. Moje ukłony najwyraźniej go nie bawiły.
    - Panie Tomaszu… – zebrał się wreszcie. – Bo mamy tu problem. Nikt z nas nie wie, jak wygląda pani przewodnicząca, a paradowanie po hali przylotów z tabliczką… pan rozumie, uważam za mało eleganckie w tym wypadku.
    - Całkowicie się z panem zgadzam – przytaknąłem.
    - Dlatego mam pytanie. Czy mógłby pan pojechać ze mną w czwartek na lotnisko? – wydukał wreszcie. – Pan podobno zna panią przewodniczącą Doris Warwick…
    - Oczywiście, że pojadę! – zapewniłem. – Nie ma z tym żadnego problemu – dodałem bez wahania.
    - Ale pytam dlatego, że będzie to bardzo wcześnie – przerwał mi nerwowo.
    - Nie szkodzi! – oświadczyłem. – Zresztą, przyznam się panu, że i tak miałem jechać we czwartek na Szeremietiewo.
    - Mogę wiedzieć po co? – zapytał ostrożnie.
    - Właśnie w celu powitania gościa – uśmiechnąłem się.
    - A czym pan chciał jechać? – zawołał przestraszony. – Tym swoim volkswagenem?
    - Przecież samochód zostaje na parkingu, a na salę przylotów wchodzi się bez auta – wzruszyłem ramionami.
    - No nie! Absolutnie! Proszę nie robić nam anty-reklamy – gwałtownie zaprotestował. – Skoro pan tak bardzo chce jechać, to pojedziemy tam razem. Pan się przywita, tak jak pan chce, a ja przynajmniej będę miał pewność co do osoby i to bez tabliczki – zaproponował.
    - Nie ma żadnego problemu! – powtórzyłem. – Będę gotowy na dowolną godzinę, tylko proszę mnie uprzedzić.
    - To mogę panu powiedzieć już teraz, gdyż sprawdzaliśmy. Samolot przylatuje około ósmej rano. Więc najpóźniej o wpół do siódmej trzeba wyjeżdżać. Sprawdzimy jeszcze jak zatłoczona jest rankami Leningradzkoje szosse, bo tam mogą być problemy. Ale to się okaże na początku tygodnia. W każdym razie proszę, by w czwartek był pan gotowy na szóstą rano.
    - Będę gotowy! – zapewniłem, przytakując głową.

    Myślałem, że to koniec rozmowy i oczekiwałem, że wstanie z fotela, ale nic takiego nie nastąpiło. Siedział i spokojnie patrzył na mnie w milczeniu. Kurczę, niezły z niego zawodnik. Opanowany, jak mało kto.
    - Panie Tomaszu… – zaczął znowu. – A może pan mi coś powiedzieć o pani przewodniczącej? Jaka ona jest? Skąd ją pan zna?
    „Tu cię mam!” – pomyślałem. – „Trzeba było martwić się trochę wcześniej”. Teraz nie zamierzałem w niczym ułatwiać mu życia. Zbyt wiele nerwów kosztowały mnie te dwa miesiące ich lekceważenia mojej osoby.
    - Jest piękną i elegancką damą! – podkreśliłem. – A o damach ja nie plotkuję. Zresztą, to przecież pan ma na bieżąco kontakt z panią dyrektor, a nie ja. Do mnie nie dzwoni, ani ze mną nie rozmawia – blefowałem. – Dostaję czasem od niej polecenia w poczcie, wysyłam też swoje raporty i to wszystko. Tyle tych moich kontaktów – łgałem bez zmrużenia okiem.
    Nie miałem zamiaru ujawniać, że większość naszych kontaktów przechodzi przez mój prywatny laptop, który nawet gdyby wpadł komuś w ręce, to miał mieć szyfry nie do złamania, przynajmniej tak zapewniał mnie Romek. A nieliczne rozmowy prowadzę przez prywatną komórkę, której numeru nikt w banku nie zna. Nieliczne, bo jednak różnica czasu dawała się we znaki. Dorotka zaczynała pracę, kiedy my kończyliśmy. Dzwoniła więc rzadko, często dopiero wtedy, kiedy zabierałem się do spania.

    Lemiechow milczał chwilę, wyraźnie się zastanawiając. Po czym mruknął, wyraźnie niezadowolony.
  • #3
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Czyta to ktoś? Bo nie wiem czy pisać.
  • #5
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - No cóż, nie chce pan mówić, to trudno. Nie zmuszę pana. Bo co do tego, że pan wie o wiele więcej, to ja nie mam żadnych wątpliwości – znowu przerwał, myśląc o czymś, po czym nieoczekiwanie dla mnie dodał – Za bardzo jest pan chroniony.
    Aha... zaczynał myśleć. Szkoda, że tak późno.
    - To dlaczego pan robi takie błędy, skoro pan to rozumie? – zapytałem chyba zbyt ostro, patrząc mu bezczelnie w twarz. Wytrzymał moje spojrzenie.
    - Pan mi grozi? – zapytał nieoczekiwanie.
    - Nie, w żadnym wypadku! – zapewniłem go pospiesznie. – Nawet gdybym mógł, to nigdy bym tego nie zrobił. Więc nikomu nie grożę. Tym bardziej panu. Nie ma pan żadnych powodów do obaw.
    - A jakie moje błędy ma pan na myśli? – zapytał znowu, spoglądając na mnie uważnie.
    - Panie prezesie… – zacząłem powoli. – Pan stoi na czele banku głównie inwestycyjnego. I to pan musi właściwie prognozować oraz oceniać sytuację. Tu brak trafienia może skutkować wywrotką. Pan przecież o tym doskonale wie! – wstałem z fotela. – Dwa miesiące temu powiedziałbym panu znacznie więcej. Ale pan mnie słuchać nie chciał. A teraz… nawet nie wiem jak mam to wszystko skomentować.
    - Mówi pan, że pana nie doceniłem? – zapytał zdziwiony. – Przecież miał pan wolną rękę. I robił pan wszystko, co tylko chciał.
    - Niestety, nie wszystko co chciałem. Ale wystarczy o tym. Nie przyszedłem tu się skarżyć. A w czwartek od rana jestem do pana dyspozycji – próbowałem zakończyć rozmowę.
    Lemiechow też wstał.
    - No cóż… – odezwał się pojednawczo. – Dziękuję i za to.
    Wyciągnął do mnie rękę. Uściskaliśmy sobie dłonie i wyszedłem z jego gabinetu.
    Nie był to zły facet, tylko niepotrzebnie, w ramach nacjonalistycznych ambicji, dał sobie wmówić otoczeniu, że ja, jako nie-ruski, stanowię dla nich jakieś zagrożenie. Mylili się, oj mylili!

    Był jeszcze szary przedświt, kiedy dwie lśniące, czarne limuzyny Audi A8, wjechały na Leningradzki prospekt, kierując się w stronę wyjazdu z Moskwy. Pomimo sporego ruchu, gnały przed siebie z dość dużą prędkością. Trzylitrowe silniki pozwalały kierowcom na płynne manewry na drodze.
    W pierwszym z samochodów jechał Lemiechow wraz ze mną, a w drugim była jego „asysta” jak to określał. Czyli po prostu ochrona. Zresztą i tutaj, w „naszym” aucie, przedni fotel obok kierowcy zajmował ktoś w przyciemnionych okularach. Nie znałem tych ochroniarzy, nigdy im się zbytnio nie przyglądałem. Wystarczyło mi to, że oni szybko się do mnie przyzwyczaili i traktowali jak powietrze, zupełnie nie poświęcając mi uwagi. Tak było najlepiej.

    To Lemiechow zaproponował, żebyśmy na lotnisko jechali razem, jednym pojazdem. Może chciał jeszcze porozmawiać? Nie wiem. Od tamtego spotkania w jego gabinecie nic się nie działo i nic się nie zmieniło. Nadal nie miałem dostępu do materiałów z działu Grycynina, ani żadnych innych. Ale milczałem, niczego się nie domagając. A teraz z kolei milczał Lemiechow. Może nie wiedział jak zacząć rozmowę? Postanowiłem mu to ułatwić.
    - Igor Stiepanycz – zwróciłem się do niego. – A gdzie zakwaterujemy naszą szefową?
    - W hotelu Sheraton, tu przy ulicy Twerskiej–Jamskiej – odpowiedział mi spokojnie. – Apartament jest już od dawna zarezerwowany.
    - Znam ten hotel – skinąłem głową. – Myślę, że to dobry wybór.
    - Mają u nas rachunek bieżący, znam więc też dyrektora. Czasem nawet ich kredytujemy – ciągnął dalej. – A poza tym, to niedaleko od naszej siedziby. Nie trzeba będzie przepychać się przez te wszystkie uliczne korki .
    - To też dobrze – potwierdziłem. – Bo pani przewodnicząca nie będzie miała zbyt dużo czasu.
    - Skąd pan to wie? – zapytał podejrzliwie. Roześmiałem się.
    - Panie prezesie! Przysłano mnie tutaj również po to, żebym co nieco wiedział. Więcej nie mogę panu powiedzieć, prócz tego, że nie robię niczego, co jest niezgodne z prawem. No, chyba, że czasem naruszę przepisy ruchu drogowego jak jestem za kierownicą. Ale myślę, że w tym, to chyba wszyscy grzeszymy.
    - Trudno nie grzeszyć, jeśli często inaczej się nie da – niespodziewanie łatwo zgodził się ze mną.

    Byłem trochę zaskoczony, ale zaraz zrozumiałem jego postawę, kiedy zapytał dość pojednawczo.
    - To jak, panie Tomaszu, powie mi pan coś o naszej pani przewodniczącej?
    Spojrzałem na niego uważnie. Nie wyglądało na to, że próbuje coś grać. Chyba naprawdę chciał się czegoś dowiedzieć.
    - Panie prezesie, a co pan już wie? – odpowiedziałem pytaniem.
    - Co ja wiem? – zastanowił się głośno. – Niewiele. Wiem, że jej mąż jest prezesem banku w Warszawie od kilku już lat, wiem, że ma bardzo miły, energiczny głos… i w zasadzie to wszystko. Swoją funkcję pełni od niedawna, a ja w tym czasie nie byłem w Nowym Jorku, więc nie miałem okazji poznać jej osobiście. Znam właśnie tylko jej głos i podpis. Nie wiem ile ma lat, nie wiem jak wygląda, nie wiem jakie ma zapatrywania i poglądy, nie wiem czym się interesuje… po prostu wiem że nic nie wiem.
    Pani Warwick została przewodniczącą rady dyrektorów dość nieoczekiwanie dla mnie. Było niby wszystko normalnie, aż któregoś dnia okazało się, że osoba, z którą ja kiedyś rozmawiałem, która zaproponowała mi tę pracę, nagle odeszła i to pani Dorota jest teraz na tym miejscu. Jej męża kiedyś poznałem, przy okazji mojej wizyty w centrali. Ale do głowy mi wtedy nie przyszło, że jego żona też jest związana z bankiem. A jeszcze, że zostanie kiedyś moją rzeczywistą przełożoną… – Lemiechow z niedowierzaniem kręcił głową.
    - Tak… to faktycznie, niewiele pan wie – stwierdziłem mało filozoficznie. – Ale mogę pana zapewnić, że to naprawdę miła i bardzo sympatyczna osoba.
    - W jakim wieku? – zapytał bezceremonialnie.
    - Nie lubię liczyć wieku kobietom – odpowiedziałem zdecydowanie. Ale po chwili postanowiłem trochę go rozweselić. – Mogę tylko powiedzieć, że na pewno jest młodsza od pana.
    - Cooo??? – niemal podniósł się na chwilę z kanapy. – Pan nie żartuje?
    - Nie, nie żartuję – odpowiedziałem mu spokojnie. – Ile pan ma lat? – zapytałem.
    - Trzydzieści osiem – odparł. – Trzydzieści dziewięć ukończę we wrześniu.
    - Więc tak jak mówię, ma mniej lat niż pan – potwierdziłem.
    - A ile mniej? – dopytywał dalej, wyraźnie mi nie dowierzając. Tyle, że ja nie chciałem kontynuować tematu.
    - Niczego więcej nie wiem – skłamałem. – Panie prezesie, za chwilę pan wszystko zobaczy i o wszystko będzie mógł pan zapytać sam.
    - No tak – mruknął ironicznie. – Na pewno zapytam ją ile ma lat…
    Niby zamilkł, ale po chwili, na nowo ożywiony, zmienił temat.
    - A proszę mi jeszcze powiedzieć… Tak naprawdę, to kto jest pańskim przełożonym?
    - Tutaj? – byłem zdziwiony pytaniem. – Oczywiście, że pan nim jest.
    - Niech pan sobie nie żartuje – żachnął się. – Jak tylko próbowałem pana tknąć, to zaraz dostawałem po łapach.
    - Ach, jeśli o to panu chodzi, to przełożoną mamy wspólną – skinąłem głową w jego stronę.
    - I to jej pan podlega?
    - Tylko jej – potwierdziłem.
    - A nie pracuje pan na przykład dla… polskiego banku?
    - Nie! – pokręciłem przecząco głową. – Polski bank nie ma tutaj żadnych interesów. Za to ma bardzo dobre wyniki finansowe w Polsce.
    - Ale przecież ma pan oddelegowanie właśnie z banku warszawskiego – Lemiechow drążył temat.
    - To kwestia czysto formalna – bagatelizowałem sprawę. – Po prostu z kilku względów jest to dla mnie korzystne i upraszcza wiele formalności. Jednak moja zależność od Warszawy jest żadna. Jestem pracownikiem nowojorskiego pionu pani Warwick i to w zasadzie wszystko. To ona podejmuje decyzje i ona określa moje obowiązki. Także rozlicza mnie z nich. Zapewniam pana, że nie ma tu niczego więcej, tym bardziej jakichś tajemnic, czy też kombinacji – zapewniłem.

    Lemiechow milczał. W samochodzie zrobiło się cicho. Wyjrzałem przez przyciemnioną szybę samochodu. Nasze audi chyba już zjechało z Leningradzkoje szosse na Mieżdunarodnoje szosse, czyli na trasę prowadzącą już do lotniska. Za kilkanaście minut będziemy na miejscu.
  • #6
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Pozostałą część drogi przebyliśmy w milczeniu. Lemiechow siedział spokojnie i nad czymś myślał. Ale nie uzewnętrzniał swojego nastroju. Nie wiedziałem, czy jego spokój jest rzeczywisty, czy tylko udaje. On naprawdę umiał trzymać nerwy na wodzy.
    Nic więc nie zakłócało ciszy wewnątrz samochodu, kiedy podjeżdżaliśmy pod strasznie brzydką, betonową bryłę Szeremietiewa 2. Popatrzyłem na zegarek. Mieliśmy jeszcze prawie pół godziny luzu. Na razie nie miałem ochoty wysiadać i wchodzić do hali przylotów. Byłem tu już wiele razy i chociaż nie uważałem siebie za wielkiego estetę, to jednak brzydota tego miejsca zawsze mnie przygnębiała. Nic mi się tutaj nie podobało.
    - Panie Tomaszu – odezwał się wreszcie Lemiechow, kiedy samochód się zatrzymał. – W drodze powrotnej ja usiądę tutaj z panią Warwick, a pana proszę o zajęcie miejsca w drugim samochodzie, dobrze? – zaproponował. Spojrzałem na niego i wzruszyłem ramionami.
    - Jak pan sobie życzy – odparłem zagryzając wargi. Cholera, nie pomyślałem wcześniej o tym. Jakoś naturalnym wydawało mi się, że będziemy jechać razem, obok siebie, a może pocałujemy się jak kiedyś w Toyocie Lidki… No i teraz Lemiechow sprowadził moje marzenia na ziemię. Adrenalina wsączała mi się do krwi…
    Nie da się ukryć, że zaczęło być mi ciepło. I chociaż powtarzałem w myśli, że powinienem uczyć się opanowania choćby od Lemiechowa, niewiele to pomogło. Szlag by jasny trafił!
    Sytuację niechcący, częściowo rozwiązał dyżurujący milicjant, który widząc, że nikt nie wysiada z samochodu, podszedł i przegonił naszego kierowcę na parking. Tu można było zatrzymać się, ale bez postoju. I kiedy auto znów znieruchomiało, zdecydowałem się wysiąść żeby poszukać gdzieś kwiatów. Chciałem, nie bacząc na mróz, powitać Dorotę kwiatami. A przy okazji odgryźć się Igorowi, bo nie zamierzałem o tym nawet wspominać.
    Wysiadłem z samochodu, zakładając zdjęty uprzednio płaszcz. Suche, niezbyt mroźne powietrze wpompowałem w płuca i od razu poczułem się lepiej. Jak na tę porę roku, pogoda była znakomita. Przede wszystkim w powietrzu nie było dużo wilgoci, ani wiatr nie dmuchał zbyt mocno. Poranek był rześki i słoneczny.
    „Po co mi teraz kwiaty?” – pomyślałem. – „Przecież będą tylko przeszkadzać w drodze. Lepiej dostarczyć je do apartamentu”. I zrezygnowałem z nabycia kwiatów.

    Tuż obok nas parkowało drugie audi. Jego kierowca spokojnie siedział za kierownicą, ale ochroniarz dawno już wysiadł i rozglądał się wkoło, stojąc przy drzwiach naszego wozu. Był spokojny. Na razie nie było dużego ruchu. Na to było jeszcze zbyt wcześnie.
    - Panie prezesie! – odezwałem się do wysiadającego z drugiej strony Lemiechowa. – Przejdę się i zobaczę co w środku słychać.
    - Proszę zaczekać, pójdziemy razem – Lemiechow pokrzyżował moje plany.
    - Miałem zamiar tylko się rozglądnąć – tłumaczyłem niezbornie.
    - Ale nie będziemy przecież tutaj marznąć – wyjaśnił krótko, po czym ruszyliśmy w stronę wejścia.

    W hali przylotów przeprosiłem go i podszedłem bliżej tablicy rejsów. Samolot z Nowego Jorku jeszcze nie wylądował. Sprawdziłem miejsce odpraw – terminal F, czyli byliśmy we właściwym miejscu. Należało tylko poczekać. Po chwili Lemiechow dołączył do mnie.
    Staliśmy teraz obaj w milczeniu, co chwilę spoglądając na zmieniające się litery i cyferki na tablicy. I nie trwało długo, kiedy pojawił się na niej komunikat, że samolot z Nowego Jorku wylądował. Serce trochę mi przyspieszyło, ale przecież było za wcześnie. To jeszcze musi potrwać, najpierw będzie odprawa paszportowa, a potem kontrola bagażu. Przy pewnej dozie szczęścia, można było zobaczyć pasażerów przed odprawą celną, ale nie wcześniej. No i jeszcze wypełnianie tych wszelkich deklaracji…

    Nie wiem dlaczego Dorotka zrezygnowała ze ścieżki VIP-owskiej odprawy celno – paszportowej i w ogóle postanowiła przylecieć w roli zwyczajnego pasażera. Chciała sprawdzić na własnej skórze jak to wygląda? Nie wiedziałem co o tym sądzić, ale teraz to już nie miało znaczenia.
    Podeszliśmy z Lemiechowem trochę bliżej stanowisk odpraw. Ale widziałem tylko kłębiący się tłum, nie rozpoznając nikogo. Dopiero po jakichś dziesięciu minutach zwróciłem uwagę na czyjeś, uniesione do góry ręce, niby machające w moją stronę. Jednak machającym okazał się młody mężczyzna, przy którego boku… była Dorotka!!! Serce omal nie wyskoczyło mi z żeber. Skąd przy niej jakiś obcy facet? Teraz obydwoje wolno przesuwali się w stronę stanowiska odpraw i obydwoje machali do nas rękami.
    Też im pomachałem, ale mój entuzjazm szybko wygasał. Moje marzenia dostały potężny cios. Cóż ja, stary głupek, sobie wyobrażałem? .

    Od pamiętnego, styczniowego balu, pielęgnowałem wspomnienia i nimi się karmiłem przez cały czas pobytu tutaj. Nikt inny dla mnie nie istniał. Nie interesowałem się żadnymi paniami ani panienkami, starałem się rzetelnie wypełniać wszelkie służbowe polecenia, ograniczyłem nawet moje sentymentalne próby prywatnych rozmów z nią, bo rozumiałem, że to grozi dekonspiracją. Pojechaliśmy po bandzie na balu, a także później w banku i zdawałem sobie sprawę, że los może się kiedyś na nas wypiąć. Nie można igrać z ogniem zbyt długo, a my chyba wyczerpaliśmy wszelkie limity szczęścia. Bo inaczej nie potrafiłem sobie wytłumaczyć tego, że nikt nas dotąd nie nakrył.
    Wtedy, na balu, niby zamykałem drzwi pokoju wypoczynkowego, ale zamek nie zaskoczył! To cud, że nikt tam nie wszedł, kiedy kochaliśmy się na sofie! Przecież Dorotka była pewna, że John śpi, a ja wierzyłem że moja żona świetnie się bawi. A jak było naprawdę? Wolne żarty.
    Mieliśmy ogromne szczęście, że to Lidka weszła tam pierwsza już po wszystkim, a znając nas, podniosła i schowała Dorotki bieliznę, walającą się na podłodze pod stolikiem. A co było we wtorek w banku? Czy ktokolwiek mógłby się domyślać, że nieugięta i bezkompromisowa pani dyrektor Warwick, pomiędzy jedną a drugą biznesową rozmową z prezesami polskich przedsiębiorstw, zaprosi mnie do gabinetu Johna, swojego męża a także prezesa banku, a tam, na zapleczu, będziemy kontynuować wątek, który ćwiczyliśmy kiedyś wielokrotnie? Czysta perwersja!
    Wreszcie miałem co wspominać. Po raz pierwszy rozstaliśmy się wtedy nie na zawsze, lecz z tęsknotą w oczach. Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy w stanie od siebie uciec. Można było próbować kombinować, ale to było bez sensu. Wcześniej, albo później, los nas i tak zetknie. Ten wariant Dorotka już przećwiczyła. Bezskutecznie. Bo przecież mieliśmy dwoje dzieci. Dwóch dorodnych synów.

    Dorotka zatrzymała się, przedkładając coś tam celnikowi, ale nie trwało to długo. Taśma wypluła walizki, blondynek zabrał dwie, Dorotka wzięła jedną i… po kilku minutach byli już po tej stronie. Zeszli zaraz z przejścia na bok i zatrzymali się. Podszedłem do niej.
  • #7
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Witaj w Moskwie, Dorotko! Bardzo, bardzo się cieszę, że już jesteś! – patrzyłem na nią trochę smutno i ze strachem. Nie byłem pewien reakcji. Nie wiedziałem co ten blondyn robi przy jej boku.
    - Witaj, Tomku! – podała mi dłoń. Pachniała jak dawniej. – Później cię wycałuję – usłyszałem jeszcze jej cichy, wesoły głos, a oczy śmiały się łobuzersko. – Teraz nie mogę…

    Wyglądała rewelacyjnie. Zdawałem sobie sprawę, że jej podróż trwała sporo godzin, ale po niej nie było widać zmęczenia. Elegancko ubrana, dyskretnie umalowana, zupełnie nie wyglądała na kobietę po trzydziestce.
    Nie będę ukrywał, że po jej słowach nastrój w lot mi się poprawił. Dorotka zawsze wiedziała na co może sobie pozwolić, z kim i kiedy. Skoro teraz nie chciała się ze mną afiszować, widocznie tak musiało być. Jednak w niczym nie przekreślało to moich szans na wieczór i dzień następny.
    - Mam dla ciebie prezent od prezesa Hammersa – odezwała się głośniej, przechodząc na angielski. – Ale wcześniej chciałam ci przedstawić pana Marka Tornthona z ambasady amerykańskiej. Przywitaj się z nim ładnie, bo to dzięki niemu prezent nie został oclony – posłała blondynowi uwodzicielskie spojrzenie.
    Podałem mu rękę.
    - Sam lubię cygara! – odpowiedział, uśmiechając się przyjaźnie, a potem sięgnął do kieszeni i wręczył mi swoją wizytówkę. Podziękowałem skwapliwie, lekko zawstydzony faktem, że swoich nie mam przy sobie. Musiałem się tłumaczyć.
    - Nic nie szkodzi – przerwała mi po polsku Dorota. – Dasz mi później, mam być dziś wieczór w ambasadzie, to doręczę. A teraz bądź uprzejmy przedstawić mi pana prezesa.

    Odwróciłem się, odsuwając trochę na bok. Lemiechow zrozumiał, że nadeszła jego kolej. Podszedł do Doroty, w wtedy dokonałem ceremonii prezentacji. Po chwili i z Markiem wymienili grzecznościowe formuły, przez jakiś czas panowało małe zamieszanie, a ja nieoczekiwanie znalazłem się jakby poza kręgiem witających się osób. Lemiechow wyraźnie oddzielił mnie od Doroty.
    Uznał widocznie, że moja rola już się zakończyła. Trudno, przecież nie będę się z nim bił o prawo jej towarzyszenia. Niech i on się ucieszy. Żałowałem tylko, że nie zaobserwowałem jego miny, gdy do niej podchodziłem. Będę musiał zapytać, czy widziała, jakie zrobiła na nim wrażenie. Może popatrzyła na niego?
    Nie wierzę, żeby zdołał ukryć zaskoczenie. Przecież Dorotka ciągle wyglądała bardziej jak czirliderka, a nie bankowo – biznesowa wyrocznia, rozdająca inwestycyjne karty w krajach wschodniej Europy. Przecież wielu jej rozmówców nie chciało początkowo w to wierzyć.

    Stałem trochę z boku i nie bardzo wiedziałem co mam zrobić. Na szczęście zauważyłem, że jakiś mężczyzna dyskretnie daje znaki blondynowi. Ten również to zauważył, skinął tamtemu ręką na potwierdzenie, że gesty zauważył, ale powrócił do rozmowy. Ta, na szczęście, nie trwała już długo. Wreszcie pożegnał się z Dorotką, chociaż jak na mój gust, zrobił to zdecydowanie zbyt ciepło. Na jego szczęście, nie próbował się z nią całować, chociaż spoglądał jej w twarz niczym jakiś hipnotyzer albo myśliwy polujący na zwierzynę. A i Dorotka traktowała go chyba z sympatią, tak jakby kokietując. Czyżby… jednak? – pomyślałem, lekko już rozgoryczony.
    Odprowadziłem wzrokiem amerykańskiego blondyna, który poszedł za oczekującym go mężczyzną. Pewnie kierowcą, który po niego wyjechał. Pomyślałem z ulga, że w każdym razie zostaliśmy sami. Wracałem do rzeczywistości.

    Lemiechow gestem ręki prosił Dorotkę do wyjścia, a w międzyczasie chyba zlecił bagażowemu przewóz bagażu, gdyż została jej tylko torebka i… kwiaty! Jak on to zrobił? Chyba któryś z ochroniarzy mu dostarczył. Nie zauważyłem tego, wpatrzony w blondyna.
    No nie, taka plama z mojej strony! Było jednak za późno, ograł mnie. Zdołowany, ruszyłem za nimi do wyjścia. Przed drzwiami Lemiechow dyskretnie wyjął komórkę i powiedział do niej tylko kilka słów. Zaraz też nasze samochody zatrzymały się przed drzwiami aeroportu. Wyszliśmy przed budynek.
    Kierowca Igora już otwierał bagażnik i po chwili walizki wylądowały w samochodzie, a Lemiechow otwierał drzwi, zapraszając Dorotę do środka. Ale tu spotkała go niespodzianka. Zatrzymała się i zapytała o mnie. I chociaż Lemiechow nalegał, żeby wsiadała do pierwszego auta, pokręciła przecząco głową i podeszła do drugiego, przyzywając mnie gestem. Zdziwiony ochroniarz otworzył jej drzwi i po chwili obydwoje siedzieliśmy na tylnej kanapie, zaś ochroniarz zajął przedni fotel. Samochód ruszył.

    - No, to załatwiłaś prezesa! – powiedziałem do niej półgłosem po polsku, przysuwając się trochę w jej stronę. – A już w drodze mi zapowiadał, że mam sam jechać tym autem, bo on chce jechać z tobą.
    - Ale ja z nim nie chcę jechać – roześmiała się i dyskretnie wsunęła swoją dłoń do mojej, po czym zapytała z rozbrajającym uśmieszkiem.
    - Pewnie się złościłeś, gdy mnie zobaczyłeś z Markiem, przyznaj się!
    - Ty się ciesz, że nie oberwał zaraz przy powitaniu – mruknąłem w jej stronę. – Co się tak do niego przymilałaś?
    Chichotała w głos.
    - Ale cię ruszyło! Widziałam, jak przygryzałeś wargi – przytuliła się bokiem do mnie na kilka sekund. Kiedy jednak się wyprostowała, była już poważna.
    - Żarty żartami, ale Mark pomógł mi na lotnisku przy walizkach i potem się przedstawił, bo ja go do wczoraj nie znałam. Pracuje w ambasadzie amerykańskiej w Moskwie. A ponieważ mam interes do ambasady, więc zaczęliśmy rozmawiać na całkiem poważne tematy. Może faktycznie poczuł się zbyt mocno zobowiązany do opieki nade mną, bo nie dał mi już spokoju przez cały lot. Ja leciałam w klasie biznesowej a on nie, tym niemniej jakoś dogadał się ze stewardessami i pozwoliły mu przyjść. Siedział obok mnie przez cały lot – wyjaśniała. – Miało to swoje dobre strony, bo miałam czasem do kogo gębę otworzyć, ale trochę mi też przeszkadzał. Nic to. Ma mi dziś przygotować spotkanie w ambasadzie z radcą handlowym, bo tę wizytę zaliczyć muszę. Miałam to zrobić jutro, ale jeśli załatwię dziś, to jutro będę miała cały dzień wolny.
    Spojrzała na mnie, a po chwili potrząsnęła dłonią. – Słyszysz? Cały dzień wolny! Będziesz moim przewodnikiem po Moskwie. Chcę się zabawić w turystkę i pospacerować z tobą, pooglądać zabytki, zaglądać w ciekawe miejsca …
  • #8
    jestam
    Automation specialist
    Szanowny Autorze!

    Ten tekst jest dobry, nawet bardzo dobry. Historia jest spójna, bohaterowie pełnokrwiści, a ich postępowanie wiarygodne. Język płynny, potoczysty, czyta się z dużą przyjemnością. Erotyka bez wulgarności.

    "Lato" bez dalszego ciągu było - może - trochę monotematyczne, ale po uzupełnieniu o motywacje Doroty przez "Dyskotekę" i "Hotel" znacznie zyskało w odbiorze, stało się niezbędną częścią całości. Wierzę, że brakujące fragmenty uda się kiedyś odtworzyć.

    Dialogi są rewelacyjne! Dynamika, humor, wzajemne interakcje bohaterów - to niejednokrotnie perełki.

    Autorze, pisz proszę!
  • #9
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Bardzo dziękuję!

    ********************

    Ścisnąłem jej dłoń i delikatnie pociągnąłem do siebie, ale natychmiast się odsunęła. Jej oczy pokazały mi ochroniarza i kierowcę, ale jednocześnie mówiły, że chciałaby więcej. Ja też bym chciał. I teraz wreszcie uwierzyłem, że wszystko będzie dobrze. Teraz mogłem już czekać. Już jej wierzyłem.
    - Powiedziałaś, że miało to swoje dobre strony, a czy miało też złe? – zapytałem podchwytliwie, chociaż oczywiście żartobliwie. Dorotka znowu się uśmiechnęła.
    - Poczekaj, poczekaj, jest jeszcze jedna dobra strona, bo pomógł mi z walizkami I z prezentem dla ciebie. Sam prawie nie miał bagażu, więc było mu łatwiej. No a trochę źle… on faktycznie chyba coś sobie ubzdurał, albo zamarzył, że ma u mnie jakieś szanse. Naiwny, jak wielu.
    - No to ma szczęście, pozwolę mu żyć – zapewniłem ją dobrodusznie. Dorota nie traciła humoru.
    - Widzę, że złagodniałeś w tej Moskwie – kpiła ze mnie. – Stałeś się niemal pacyfistą. Powiedz mi lepiej dokąd nas wiozą?
    - Do Sheratona. A właściwie nazywa się to Sheraton Palace Hotel. Niezbyt duży, ale elegancki. Będziesz tam miała piętrowy apartament do dyspozycji, taki z wewnętrznymi, kręconymi schodami. Tylko po kilku drinkach nie chodź tamtędy, bo w głowie ci się może zakręcić. Za to z okien wychodzących na 1-szą Twerską – Jamską będziesz mogła oglądać znakomitą panoramę Moskwy.
    - A ty jak daleko mieszkasz od tego hotelu?
    - Ja? – zdziwiłem się pytaniem. – Sporo. Niemal dokładnie po przeciwnej stronie centrum miasta.
    - Ania też?
    - Oczywiście. Mieszkamy przecież obok siebie.
    - No to przeniesiesz się na dwa dni do Sheratona. Chcę żebyś był blisko mnie. Ania też.
    - No, chyba żartujesz. Do ciebie?
    - Już byś chciał. Do mnie. Zamarzyło mu się! – Dorotka wykpiwała i rozwiewała moje złudzenia. – Wynajmiesz sobie pokój… albo nie! Ja wynajmę obydwa. Dla ciebie i dla Ani.
    - Kurczę, a już się łudziłem – pociągałem nosem i udawałem, że pochlipuję. – Ale ty mnie nie lubisz – popatrzyłem na nią z wyrzutem w oczach. Mój głos zresztą mówił to samo.
    Dorotka przyglądała mi się spokojnie.
    - Tylko się tu nie rozpłacz! – zgasiła mnie krótko. – Bo auto zalejesz.
    - Niedobra jesteś – nie poddawałem się.
    - No dobrze, poprawię się – pogłaskała mnie po wierzchu dłoni. – Później!

    Usiłowałem schwycić jej rękę, ale zabrała ją i odsunęła się.
    - Tomek, nie teraz! – pokręciła głową i zrobiła marsową minę. Patrzyłem na nią bez ruchu. – Jeśli prezes zbyt wcześnie będzie wiedział o naszych relacjach, to nic dobrego z tego nie wyniknie. W dodatku to może mi mocno utrudnić działanie i nie będę mogła rozegrać tego tak jak chcę. Mam nadzieję, że raczej mi pomożesz, a nie że będziesz przeszkadzał – bardziej stwierdziła, niż zapytała.
    - Więc co mam robić? – odpowiedziałem pytaniem.
    - Przede wszystkim wstrzymaj się z tymi publicznymi całusami. Przyjdzie na to pora. I ja zadecyduję kiedy to będzie. Wytrzymasz do wieczora?
    - Jeśli muszę… – powiedziałem smętnie. Znowu się roześmiała.
    - No nie rób takiej cierpiętniczej miny – chichotała cichutko. – Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to jutro będziemy mieć cały dzień do dyspozycji. Obiecuję ci! – znowu pogłaskała moją dłoń leżącą na kanapie i natychmiast wróciła do wyprostowanej pozycji.
    - Ale… przecież prezes coś jednak pomyśli, skoro wybrałaś ten samochód i jazdę ze mną – miałem wątpliwości co do jej pomysłu.
    - Niech myśli. Przecież głupi nie jest i wie, że pracujesz dla mnie. Więc jakieś swoje sprawy musimy omówić. Natomiast jakie to sprawy, tego nie może być pewny. I to już jest dobrze.
    - Niech ci będzie dobrze – przytaknąłem. – Słoneczko, powiedz jakie masz plany, bo niedługo będziemy na miejscu – patspoglądałem przez szybę samochodu. – Zdaje się, że jesteśmy już na Leningradzkim prospekcie. I powiedz, co ja mam wtedy robić.
    - Na razie cały czas masz być ze mną. Pójdziemy nawet do apartamentu i tam wszystko omówimy. Bo ja chcę kawy i prysznica.
    - Pod prysznic też mam iść z tobą? – zapytałem bezczelnie, patrząc na nią z przymrużonym jednym okiem. Ale ani jej nie zaskoczyłem, ani nie speszyłem.
    - A chcesz? – odpowiedziała pytaniem, z tym swoim milusim uśmieszkiem na buzi.
    - Mowa… – odburknąłem. – Jak w ogóle możesz w to wątpić!?
    - Zawsze warto się upewnić! Muszę się zastanowić… Jak dotąd nie brałam tego pod uwagę, chociaż…? Kto wie, kto wie?
    Popatrzyłem na nią zaskoczony. Kpi sobie ze mnie, czy co?
    - Czy ty musisz mnie dręczyć? – zapytałem. Jednak w odpowiedzi roześmiała się lekko i umknęła wzrokiem. Dlaczego? Coś było nie tak? Raczej dobrze zrozumiała o co mi chodzi, jednak jej odpowiedź niczego nie wyjaśniła.
    - Tomku, dość na teraz. Proszę! Nie mamy już czasu na przekomarzania. Gdy wysiądziemy z samochodu, to ja biorę kwiaty i pozwalam się poprowadzić prezesowi do hotelu. Mam nadzieję, że są tu jacyś szwajcarzy? – popatrzyła na mnie. Skinąłem głową potakująco. – Więc proszę, zadbaj żeby wzięli wszystkie moje bagaże i odprowadź mnie do apartamentu.

    - A o tych pokojach dla nas, to mówiłaś poważnie?
    - Jak najbardziej – zapewniała pospiesznie. – Ja naprawdę nie chcę żebyś nigdzie chodził, chcę byś każdego dnia był ze mną jak najdłużej. I wybacz, ale nie mogę cię oficjalnie przenocować u siebie. Chyba sam to rozumiesz.
    - Oczywiście, że rozumiem. Przecież nie zgłaszam pretensji, tylko zastanawiam się jak technicznie zrobić z tymi pokojami.
    - Oj, z tym to nie będzie żadnych problemów. Podejdziemy do recepcji, wynajmę pokoje i to wszystko.
    - A kiedy zamierzasz wybrać się do firmy?
    - Najwcześniej za jakieś dwie godziny. A ty pojedziesz ze mną.
    - Ja? A po co?
    - Po to, żebyś pojechał do siebie i wziął trochę swoich rzeczy do hotelu. Bo ani dzisiaj, ani jutro, nie wrócisz do domu. A wieczór chcę pójść z tobą gdzieś na tańce. Mam nadzieję, że mi nie odmówisz? – powiedziała to takim tonem, że odmowa byłaby śmiertelną obrazą. Tyle, że nie miałem najmniejszego zamiaru tego robić.
    - Miód mi lejesz na serce, Słoneczko! – uśmiechnąłem się do niej. Znowu ścisnęła moją rękę w swoich dłoniach.
    - Więc zabierz garderoby na dwa dni, a może nawet i na sobotnie przedpołudnie. W sobotę około południa odlatuje mój samolot. Dzięki różnicy czasu, w domu będę jeszcze w sobotę, w drugiej części dnia. A to mi najzupełniej wystarczy.
    - Nie mów o odlotach – przerwałem jej zniecierpliwiony. – Jeszcze dobrze nie wylądowałaś a już chcesz się żegnać.
    - Już nie będę, nie będę – pogładziła moją dłoń, lekko się śmiejąc.
  • #10
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Samochód nagle skręcił ostro w prawo i zatrzymał się. Spojrzałem zaniepokojony przez okno, ale szybko odetchnąłem, bo zobaczyłem wejście do hotelu.
    - Dorotko, jesteśmy na miejscu – oznajmiłem i otwarłem swoje drzwi. Ale chociaż szybko wysiadłem, to nie zdążyłem obejść auta, kiedy ochroniarz z przedniego fotela już otworzył jej drzwi. Z pełną elegancją, obojętny jak posąg, przytrzymał je, kiedy wysiadała. Tak samo zresztą wyglądał samochód przed nami, z którego wysiadł Lemiechow.
    - Podaj mi wiązankę – poprosiła. Ale nie musiałem tego robić, bo kierowca już wydobywał je ze środka auta. Nie ma co, Lemiechow miał sprawnych ludzi i całkiem nieźle przygotował ich do tej wizyty. Dorota odbierała kwiaty, kiedy podszedł do niej prezes i gestem ręki poprosił aby poszła przodem.
    - Pani przewodnicząca, zapraszam! – usłyszałem jego głos. Na mnie nawet nie spojrzał.
    Dorota ruszyła w stronę drzwi, a on szedł pół kroku za nią. Spojrzałem na samochody. Kierowcy wyjmowali walizki Doroty, które przejmowali hotelowi szwajcarzy. Jeden rzut oka wystarczył mi, aby upewnić się, że zabrali wszystko, więc ruszyłem do hotelu. Nie mogłem pozwolić na to, żeby nie kontrolować sytuacji i pozwolić się zdominować Lemiechowowi.

    Kiedy podchodzili do recepcji, drogę zastąpił im jakiś mężczyzna, kłaniając się Dorocie. Lemiechow chyba go znał, bo wyglądało na to, że go jej przedstawia. Podała gościowi dłoń na powitanie, a po chwili cała trójka podeszła do recepcji. Rozmawiali po angielsku, więc trzymałem się skromnie z tyłu, bo Lemiechow nie wiedział dotąd, że sporo się już nauczyłem. Kiedy mnie zauważył, dyskretnie się wycofał, podchodząc bliżej.
    - Panie Tomaszu, pani przewodnicząca jeszcze pana potrzebuje?
    Spojrzałem na niego ironicznie. Jednak niczego nie zrozumiał. I bardzo dobrze.
    - Panie prezesie, już pan mnie chce stąd wypędzić? – zapytałem, uśmiechając się pod nosem, po czym wypaliłem mu prosto w oczy. – Nie da rady! Ja tu zostaję!
    Znieruchomiał i jeszcze chwilę wpatrywał się we mnie uważnie, po czym wzruszył ramionami, odwrócił się i ponownie podszedł do Dorotki, która tymczasem wymieniała jakieś uwagi z recepcjonistką. Mężczyzna, który towarzyszył nam od wejścia, tokował coś przy niej pełen zapału, ale nie rozumiałem z tego nic, bo nie chcąc prowokować Lemiechowa, wycofałem się pod stojące przy ścianie fotele.
    Szybko jednak osiągnięto jakieś porozumienie, bo uśmiechnięta Dorotka kiwała głową aprobująco, a obaj mężczyźni też wyglądali na odprężonych. Wtem obejrzała się za mną i gestem oczu przywołała do siebie.
    - Tomek, jest mały problem – oznajmiła bez ceregieli, kiedy się zbliżyłem.
    - Jaki znów problem, szanowna pani? – zapytałem wesoło, chociaż z lekkim zdziwieniem. Lemiechow i drugi mężczyzna wpatrywali się we mnie, zaskoczeni. Nic z tego nie rozumieli, bo rozmawialiśmy po polsku.
    - Nie przezywaj mnie, proszę cię już kolejny raz! – próbowała zrobić marsową minę. Szybko jednak z tego zrezygnowała i powiedziała normalnym głosem. – Wolne pokoje na szóstym piętrze, czyli w okolicy mojego apartamentu, będą wolne dopiero od południa.
    - No i dobrze, przecież wcześniej nie są nam potrzebne – zbagatelizowałem jej wypowiedź. – Powiedz lepiej co to za gość.
    - Nie zorientowałeś się? – aż podniosła brwi. – To jest szef tego obiektu. Mój krajan zresztą. Och, przecież nie zostałeś mu przedstawiony…

    Dyrektor nazywał się Chris Briggs, czy jakoś tak. Nie wiem dokładnie, bo nie wymieniliśmy się wizytówkami. Ani on ich nie miał przy sobie, ani ja. Tyle, że… całą moją konspirację diabli wzięli.
    To nie był bankowiec, tylko hotelarz. Umiał czytać między wierszami, a mimika naszej rozmowy z Dorotą, wiele mu powiedziała. W dodatku kaleczył rosyjski i kiedy nagle zaczął mówić po angielsku, ja bez namysłu odpowiedziałem mu też w tym języku… Refleksja przyszła za późno.
    Tym niemniej, dogadaliśmy się świetnie; Briggs od razu się domyślił, że lekceważyć mnie nie należy, pewnie dostałem wtedy u niego jakiś status, bo przez następne dni personel hotelowy traktował mnie jak jajko. Jednak przy okazji było po zawodach. Lemiechow wiedział już za dużo. Wcześniej mógł się tylko tego domyślać, a teraz miał konkretny dowód.

    Tematy kwaterunkowe załatwiliśmy szybciutko, Dorota podziękowała Briggsowi, a my zostaliśmy we trójkę. Lemiechow jeszcze przez chwilę perorował coś z Dorotą, coś jej tłumaczył, a potem próbował wręczyć jakiś telefon komórkowy.
    - Co to takiego? – zapytałem go po rosyjsku. Spojrzał na mnie, ale już bez lekceważenia. Chyba coś do niego docierało.
    - Tutejszy telefon do dyspozycji pani przewodniczącej – odpowiedział spokojnie. – Tam są zapisane i zakodowane telefony do mnie, do ochrony i do kierowcy. Oczywiście, można również wybierać wszelkie inne numery, oraz korzystać z internetu. Tak samo oddaję pani Warwick do wyłącznej dyspozycji jeden samochód. Oczywiście z kierowcą i ochroniarzem. Na cały okres jej pobytu.
    - Dorotko, zrozumiałaś? – zapytałem.
    - Mniej więcej. Nawet mi to odpowiada, bo po co mam dzwonić na przykład do ambasady przez Nowy Jork? Ale Tomek… proszę, weź kwiaty ode mnie.
    Zabrałem wiązankę. Dorotka odzyskała swobodę ruchu. Chwilę jeszcze rozmawiała z Lemiechowem, który w końcu ukłonił się jej i poszedł w stronę wyjścia. Natychmiast z foteli podniosło się dwóch jego ochroniarzy i ruszyli: jeden przed nim, a drugi za nim. Po chwili cała trójka opuściła hotel. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła dziewiąta. Nie było źle.
    Później, w ciągu dnia, cała podróż z lotniska trwałaby dwa razy dłużej.

    - To co, jedziemy do góry? – zapytała Dorota, kiedy zostaliśmy sami.
    - Przecież ty tu rządzisz! – odpowiedziałem krótko. – Po co więc pytasz?
    - Przestań! – wyraźnie nie miała nastroju do żartów. – Jestem trochę zmęczona. Zastanawiam się teraz, czy lepiej zamówić śniadanie gdzieś tutaj, czy przez telefon.
    - Jeśli chcesz, to mogę zapytać, chociażby w recepcji.
    - Pytaj zatem. Chcę dobrej kawy, a jak już ją wypiję, będę głodna. A ty jadłeś śniadanie?
    - Nie żartuj! – roześmiałem się. – Kiedy? Przecież Lemiechow podjechał po mnie tuż po szóstej. A tutaj nie ma zwyczaju zrywać się tak wcześnie, bo pracę zaczynamy o dziewiątej.
    - Więc zamawiaj do numeru. Na dwie osoby.
    Podszedłem do recepcji. Dziewczyny bez wahania przyjęły zamówienie, ale podpowiedziały, że następne lepiej będzie realizować jednak telefonicznie. Numer był w spisie w każdym pokoju, więc nie powinno być z tym problemów. Teraz już załatwiwszy wszystko na dole, mogliśmy iść do wind.
  • #11
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Samochód nagle skręcił ostro w prawo i zatrzymał się. Spojrzałem zaniepokojony przez okno, ale szybko odetchnąłem, bo zobaczyłem wejście do hotelu.
    - Dorotko, jesteśmy na miejscu – oznajmiłem i otwarłem swoje drzwi. Ale chociaż szybko wysiadłem, to nie zdążyłem obejść auta, kiedy ochroniarz z przedniego fotela już otworzył jej drzwi. Z pełną elegancją, obojętny jak posąg, przytrzymał je, kiedy wysiadała. Tak samo zresztą wyglądał samochód przed nami, z którego wysiadł Lemiechow.
    - Podaj mi wiązankę – poprosiła. Ale nie musiałem tego robić, bo kierowca już wydobywał je ze środka auta. Nie ma co, Lemiechow miał sprawnych ludzi i całkiem nieźle przygotował ich do tej wizyty. Dorota odbierała kwiaty, kiedy podszedł do niej prezes i gestem ręki poprosił aby poszła przodem.
    - Pani przewodnicząca, zapraszam! – usłyszałem jego głos. Na mnie nawet nie spojrzał.
    Dorota ruszyła w stronę drzwi, a on szedł pół kroku za nią. Spojrzałem na samochody. Kierowcy wyjmowali walizki Doroty, które przejmowali hotelowi szwajcarzy. Jeden rzut oka wystarczył mi, aby upewnić się, że zabrali wszystko, więc ruszyłem do hotelu. Nie mogłem pozwolić na to, żeby nie kontrolować sytuacji i pozwolić się zdominować Lemiechowowi.

    Kiedy podchodzili do recepcji, drogę zastąpił im jakiś mężczyzna, kłaniając się Dorocie. Lemiechow chyba go znał, bo wyglądało na to, że go jej przedstawia. Podała gościowi dłoń na powitanie, a po chwili cała trójka podeszła do recepcji. Rozmawiali po angielsku, więc trzymałem się skromnie z tyłu, bo Lemiechow nie wiedział dotąd, że sporo się już nauczyłem. Kiedy mnie zauważył, dyskretnie się wycofał, podchodząc bliżej.
    - Panie Tomaszu, pani przewodnicząca jeszcze pana potrzebuje?
    Spojrzałem na niego ironicznie. Jednak niczego nie zrozumiał. I bardzo dobrze.
    - Panie prezesie, już pan mnie chce stąd wypędzić? – zapytałem, uśmiechając się pod nosem, po czym wypaliłem mu prosto w oczy. – Nie da rady! Ja tu zostaję!
    Znieruchomiał i jeszcze chwilę wpatrywał się we mnie uważnie, po czym wzruszył ramionami, odwrócił się i ponownie podszedł do Dorotki, która tymczasem wymieniała jakieś uwagi z recepcjonistką. Mężczyzna, który towarzyszył nam od wejścia, tokował coś przy niej pełen zapału, ale nie rozumiałem z tego nic, bo nie chcąc prowokować Lemiechowa, wycofałem się pod stojące przy ścianie fotele.
    Szybko jednak osiągnięto jakieś porozumienie, bo uśmiechnięta Dorotka kiwała głową aprobująco, a obaj mężczyźni też wyglądali na odprężonych. Wtem obejrzała się za mną i gestem oczu przywołała do siebie.
    - Tomek, jest mały problem – oznajmiła bez ceregieli, kiedy się zbliżyłem.
    - Jaki znów problem, szanowna pani? – zapytałem wesoło, chociaż z lekkim zdziwieniem. Lemiechow i drugi mężczyzna wpatrywali się we mnie, zaskoczeni. Nic z tego nie rozumieli, bo rozmawialiśmy po polsku.
    - Nie przezywaj mnie, proszę cię już kolejny raz! – próbowała zrobić marsową minę. Szybko jednak z tego zrezygnowała i powiedziała normalnym głosem. – Wolne pokoje na szóstym piętrze, czyli w okolicy mojego apartamentu, będą wolne dopiero od południa.
    - No i dobrze, przecież wcześniej nie są nam potrzebne – zbagatelizowałem jej wypowiedź. – Powiedz lepiej co to za gość.
    - Nie zorientowałeś się? – aż podniosła brwi. – To jest szef tego obiektu. Mój krajan zresztą. Och, przecież nie zostałeś mu przedstawiony…

    Dyrektor nazywał się Chris Briggs, czy jakoś tak. Nie wiem dokładnie, bo nie wymieniliśmy się wizytówkami. Ani on ich nie miał przy sobie, ani ja. Tyle, że… całą moją konspirację diabli wzięli.
    To nie był bankowiec, tylko hotelarz. Umiał czytać między wierszami, a mimika naszej rozmowy z Dorotą, wiele mu powiedziała. W dodatku kaleczył rosyjski i kiedy nagle zaczął mówić po angielsku, ja bez namysłu odpowiedziałem mu też w tym języku… Refleksja przyszła za późno.
    Tym niemniej, dogadaliśmy się świetnie; Briggs od razu się domyślił, że lekceważyć mnie nie należy, pewnie dostałem wtedy u niego jakiś status, bo przez następne dni personel hotelowy traktował mnie jak jajko. Jednak przy okazji było po zawodach. Lemiechow wiedział już za dużo. Wcześniej mógł się tylko tego domyślać, a teraz miał konkretny dowód.

    Tematy kwaterunkowe załatwiliśmy szybciutko, Dorota podziękowała Briggsowi, a my zostaliśmy we trójkę. Lemiechow jeszcze przez chwilę perorował coś z Dorotą, coś jej tłumaczył, a potem próbował wręczyć jakiś telefon komórkowy.
    - Co to takiego? – zapytałem go po rosyjsku. Spojrzał na mnie, ale już bez lekceważenia. Chyba coś do niego docierało.
    - Tutejszy telefon do dyspozycji pani przewodniczącej – odpowiedział spokojnie. – Tam są zapisane i zakodowane telefony do mnie, do ochrony i do kierowcy. Oczywiście, można również wybierać wszelkie inne numery, oraz korzystać z internetu. Tak samo oddaję pani Warwick do wyłącznej dyspozycji jeden samochód. Oczywiście z kierowcą i ochroniarzem. Na cały okres jej pobytu.
    - Dorotko, zrozumiałaś? – zapytałem.
    - Mniej więcej. Nawet mi to odpowiada, bo po co mam dzwonić na przykład do ambasady przez Nowy Jork? Ale Tomek… proszę, weź kwiaty ode mnie.
    Zabrałem wiązankę. Dorotka odzyskała swobodę ruchu. Chwilę jeszcze rozmawiała z Lemiechowem, który w końcu ukłonił się jej i poszedł w stronę wyjścia. Natychmiast z foteli podniosło się dwóch jego ochroniarzy i ruszyli: jeden przed nim, a drugi za nim. Po chwili cała trójka opuściła hotel. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła dziewiąta. Nie było źle.
    Później, w ciągu dnia, cała podróż z lotniska trwałaby dwa razy dłużej.

    - To co, jedziemy do góry? – zapytała Dorota, kiedy zostaliśmy sami.
    - Przecież ty tu rządzisz! – odpowiedziałem krótko. – Po co więc pytasz?
    - Przestań! – wyraźnie nie miała nastroju do żartów. – Jestem trochę zmęczona. Zastanawiam się teraz, czy lepiej zamówić śniadanie gdzieś tutaj, czy przez telefon.
    - Jeśli chcesz, to mogę zapytać, chociażby w recepcji.
    - Pytaj zatem. Chcę dobrej kawy, a jak już ją wypiję, będę głodna. A ty jadłeś śniadanie?
    - Nie żartuj! – roześmiałem się. – Kiedy? Przecież Lemiechow podjechał po mnie tuż po szóstej. A tutaj nie ma zwyczaju zrywać się tak wcześnie, bo pracę zaczynamy o dziewiątej.
    - Więc zamawiaj do numeru. Na dwie osoby.
    Podszedłem do recepcji. Dziewczyny bez wahania przyjęły zamówienie, ale podpowiedziały, że następne lepiej będzie realizować jednak telefonicznie. Numer był w spisie w każdym pokoju, więc nie powinno być z tym problemów. Teraz już załatwiwszy wszystko na dole, mogliśmy iść do wind.
  • #12
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Kiedy tylko kabina ruszyła do góry, wsunąłem wolną rękę pod rozpięty płaszcz Dorotki i objąłem ją w talii, przyciągając jednocześnie do siebie. Wsparła wtedy dłonie na moim torsie i opuściła głowę. Mogłem najwyżej pocałować włosy na czubku jej głowy, co też i zrobiłem. Ale przecież nie o to mi chodziło. Milczeliśmy, przytuleni, przez całą drogę. Próbowałem ją ożywić, jednak natknąłem się na pancerz. Odrzuciła w milczeniu moje próby intymnej poufałości. A przecież jechaliśmy sami…
    Na szóstej kondygnacji uwolniła się z moich objęć i wyszła na hall. Szybko odnalazła wejście do apartamentu, otwierając kartą drzwi. Bagaże już na nią czekały.
    Położyłem kwiaty Igora pod lustrem i pomogłem jej uwolnić się z płaszcza, a potem z ulgą zrzuciłem swój. Przez chwilę staliśmy bez ruchu i patrzyliśmy na siebie, a potem… objąłem ją i zacząłem całować te włosy, oczy, aż wreszcie wessałem się w kochane usta…

    Niby mocno obejmowała mi szyję, ale kiedy szum w głowie zaczął narastać, nagle zabrała ręce, zdecydowanie mnie odpychając.
    - Tomek… proszę… dość! – szeptała kategorycznie, próbując uwolnić się z objęć. W końcu opuściłem ręce, a wtedy odsunęła się ode mnie. Zdyszani, spojrzeliśmy sobie w oczy.
    - Nie rób tego teraz, proszę… – przysunęła się i oparła głowę na mojej piersi. – Wiesz, że to może się źle skończyć.
    Nie rozumiałem, ale cóż… Nagle podniosła głowę, mówiąc z ożywieniem.
    - Teraz mamy tu mieć naradę wojenną, a na pieszczoty będzie czas później.
    Widziałem i wiedziałem, że chwila jej słabości minęła. Znowu była opanowana i kontrolowała sytuację. Ale nie dawałem za wygraną.
    - Obiecujesz? – zapytałem prosto z mostu.
    - Czy kiedyś cię okłamałam? – odparła raczej wesoło. – A spróbuj się wtedy uchylać od obowiązków… tatuśku! Myślisz, że mnie to już nic od życia się nie należy?
    - Nie jestem twoim tatuśkiem! – zaprotestowałem niemrawo. Szybko mi przerwała. Schwyciła moją głowę w dłonie i potarła nos swoim noskiem.
    - Moim nie jesteś, ale jesteś tatuśkiem moich, a dokładniej mówiąc naszych dzieci. Nie zapominaj o tym. Chłopcy są fantastyczni, ale o nich pomówimy później. Teraz musimy zająć się sprawami bieżącymi.
    Zabrała dłonie i odeszła do stołu. Rozejrzała się po salonie, wypatrzyła jakiś flakon i włożyła do niego kwiaty. Potem usiedliśmy przy stole.
    - Tomek, ustalamy dzisiejszy harmonogram zajęć – odezwała się poważnym głosem. – Ja, około jedenastej, planuję wyjazd do banku. Zajmie mi to cztery godziny, może pięć. I wtedy zrobię zebranie z zarządem na podsumowanie kontroli, a potem zaproszę na zebranie ciebie. No i Grycynina. A także Ankę, jako mojego tłumacza. Absolutnie koniecznie musisz wtedy być w banku, żebym nie musiała czekać. To potrwa nie dłużej niż kilkanaście minut, ale musi pójść sprawnie. I po tym wszystkim będziesz wolny, a ja pojadę do ambasady.
    - Do swojego Marka? – zapytałem skwaszony.
    - Tomek! – Dorota podniosła głos. – Ja cię proszę!
    - Kurczę, nic mi nie wolno – zacząłem narzekać. No i tym razem złagodniała.
    - Tomek, zostaw… jutro się powygłupiasz. Nie mam teraz nastroju do takich rzeczy, bo muszę przygotować się do pracy i muszę być skoncentrowana.
    - Przepraszam Słoneczko, już nie będę! – pochyliłem się i pocałowałem ją delikatnie w policzek. Nie zareagowała.

    Nieoczekiwanie rozległo się pukanie do drzwi.
    - Otwórz – powiedziała. – Pewnie wreszcie jest kawa.
    Kiedy uchyliłem drzwi, kelner wjechał wózkiem do salonu. Chciał podawać sam, ale Dorotka odprawiła go gestem ręki. Zauważyła jednak, że przywiózł tylko kawę, śniadania jeszcze nie było.
    - Zapytaj o śniadanie – rzuciła w moją stronę. Zapytałem po rosyjsku. Odpowiedział, że zaraz przywiezie. Skinąłem głową i wyszedł. Dorotka w tym czasie rozstawiała filiżanki i nalewała napar z dzbanka.
    - Może być – skomentowała, upiwszy mały łyczek.
    - Dorotko – też skosztowałem kawy. – Ale ja tu nie mam samochodu – wróciłem tematem do naszej wcześniejszej rozmowy. – Gdy pojedziemy do banku, to będziesz musiała wydać dyspozycje kierowcy, żeby mnie zawiózł do domu, poczekał, aż się spakuję i przywiózł do hotelu. Inaczej to ja mogę nie zdążyć. No i nie chcę brać auta tutaj pod hotel, bo po pierwsze, nie jest to model dla ozdoby, a po drugie nie ma go gdzie postawić. Tam natomiast stoi na strzeżonym parkingu, więc mam spokój.
    - A ty nie możesz wydać mu dyspozycji?
    - Nie da rady – roześmiałem się. – Lemiechow tak wytresował wszystkich, że nie odważą się zrobić niczego bez wiedzy i zgody dysponenta. Jeśli kierowca został oddany do twojego rozporządzenia, to tylko ciebie będzie słuchał. Albo Lemiechowa.
    - A zna angielski? Bo mój rosyjski jest raczej taki sobie.
    - Tego nie wiem. Nigdy nie sprawdzałem. Jednak myślę, że powinien znać. Lemiechow chyba przecież wie co robi.
    - Więc nie ma problemu. Jak tylko zajedziemy, to później, do piętnastej będzie wolny. Ty powinieneś do tego czasu zdążyć, prawda?
    - Oczywiście. Nie przewiduję komplikacji. A jeśliby nawet, to zapas czasu jest spory.
    - Czyli mamy to z głowy. Program dnia jest ustalony.

    - A co z programem wieczoru? Kiedy planujesz powrót z ambasady?
    - Po godzinie. Najdłużej po godzinie. Mam zamiar złożyć tam tylko wizytę kurtuazyjną. Wprawdzie Mark obiecywał, że poinformuje o moim przyjeździe swoich przełożonych, ale czym się to skończy, tego przecież nie wiem. Jak daleko stąd jest ambasada?
    - Niby niezbyt, ale tak naprawdę, to nie wiem gdzie masz jechać. Bo są trzy różne miejsca. Ambasada jest w jednym, a przedstawicielstwo handlowe w dwóch. Chociaż leżą od siebie dość blisko, jednak są to całkiem różne obiekty. Pokażę ci na mapie w necie.
    - Dobrze, ale potem. Na razie nie ma potrzeby.
  • #13
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Ponownie zapukano do drzwi. Kiedy otwarłem, do środka wjechał wózek ze śniadaniem. Dorota znowu odprawiła kelnera i zajęła się przeglądaniem zawartości. Po chwili jednak machnęła ręką lekceważąco.
    - Wiesz co? Ty jedz, a ja idę do łazienki. Umyję się i dopiero wtedy do ciebie dołączę – wypiła resztę kawy z filiżanki, po czym wstała z krzesła.
    - A czemu nie zjemy razem? – zapytałem.
    - Oj, czemu, czemu… kolację będziemy jeść razem. Mam nadzieję, że mnie gdzieś zaprosisz. Na taką z tańcami, przypominam! – potargała mi włosy na głowie.
    - Pewnie, że cię zaproszę! – zapewniłem skwapliwie. – Tylko żebyś mi nie odmawiała.
    - No wiesz co?

    Kręciła się po salonie, trochę się rozbierając, a trochę przeglądając zawartość jednej z walizek. Po chwili zauważyłem, że spaceruje… w samym biustonoszu i spódniczce.
    - To ja przyjeżdżam do Moskwy specjalnie po to, żeby z tobą potańczyć – śmiała się – a ty mi tu takie teksty nadajesz… Jak możesz mi tak nie wierzyć?
    - Biust masz teraz większy, czy mi się tylko wydaje? – wpatrywałem się w nią uważnie.
    Przechwyciła moje spojrzenie, ale nawet nie drgnęła, żeby się zasłonić.
    - A większy, większy – odparła spokojnym głosem, patrząc na mnie. – W porównaniu z dawnymi czasy. Twoi chłopcy zadbali o to. Ponad rok karmiłam ich piersią.
    - A zostawili coś dla mnie?
    Roześmiała się na cały głos. Moja bezczelność wcale jej nie zmieszała.
    - Nie pytałam ich. Ani nie sprawdzałam.
    - To może ja sprawdzę? – zaproponowałem.
    - Tomeczkuuu…! – pogroziła mi palcem.
    Intonacja jej głosu nie pozostawiała wątpliwości; potraktowała moje słowa jako niezbyt wyszukany żart. Tyle, że ja naprawdę miałem ochotę rzucić się na nią i schwycić pierś w usta.
    - Mam wrażenie, że gdybyś coś zjadł – kontynuowała – twoje myśli trochę by się uspokoiły.
    Podeszła i pogłaskała mnie po głowie. Ale teraz nie wytrzymałem; przyciągnąłem ją do siebie, a mój nos wylądował dokładnie pomiędzy piersiami. Pocałowałem górną część po jednej i po drugiej stronie, te miejsca, które wystawały z miseczek stanika. Pachniało tutaj jak za dawnych lat. I nieoczekiwanie… zdałem sobie sprawę, że Dorota wcale się nie broni, a jej dłonie mierzwią moje włosy na głowie… A jednak nagle uwolniła się z objęć i wycofała, zatrzymując dopiero poza zasięgiem moich rąk.
    - Czym ty się zajmujesz w czasie pracy? – bardziej stwierdziła, niż zapytała, patrząc mi prosto w oczy. – Molestujesz swoją przełożoną, nie pozwalając jej przygotować się do pracy. Co ja z tobą mam! – westchnęła ciężko.
    - Wszystko ze mną masz – odpowiedziałem spokojnie. – Nawet dzieci!
    - To fakt – pokiwała głową. – Nie da się ukryć.
    Udawała zrezygnowaną, jednak nieoczekiwanie znowu się ożywiła.
    - Dobrze. Tomek, dość na razie. Naprawdę, zostawmy żarty na boku. Jedz śniadanie, a ja idę pod prysznic.
    - Umyć ci plecy? – zapytałem słodziutko, chociaż patrzyłem na wózek ze śniadaniem i przymierzałem się do przeniesienia jego zawartości na stół.
    - Jedz i na razie nawet nie myśl o moich plecach – zastopowała mnie bez namysłu. – Ja mówię poważnie i proszę byś tego nie lekceważył – dodała kategorycznie, po czym zniknęła w sypialni.

    No cóż, chyba wszystkie moje próby wkręcenia się pod prysznic zawiodły. Nie powiem, bym z tego powodu był szczęśliwy. Jednak obietnice wieczoru wstrzymywały moją ostrzejszą reakcję. Musiałem na razie ustąpić. Nie pozostawało mi nic innego, jak zabrać się do jedzenia.
    Po kilkunastu minutach dołączyła do mnie, usiadłszy za stołem. Była w szlafroczku i miała jeszcze trochę mokre włosy. Szybko zabrała się do smarowania pieczywa pod kanapki z kawiorem.
    - Może gdybym nie wiedziała, że ty już jesz, to nie byłabym taka głodna – śmiała się wesoło. – Ale już nie mogłam się powstrzymać. Potem dosuszę włosy.
    - Wiesz jak wygląda twój apartament? Byłaś tam na górze? – zapytałem trochę nie na temat, ale właśnie o tym myślałem zanim przyszła.
    - A skądże! Niby kiedy miałam być?
    - To może ktoś na górze czeka na ciebie? - zażartowałem.
    - I ty byś na to pozwolił? – przerwała na chwilę przygotowania. – Mam nadzieję, że mnie obronisz.
    - Jeśli tylko nie będziesz protestowała, to możesz na mnie liczyć – zapewniłem pospiesznie.

    Ciągle nie mogłem zrozumieć jej gry. Niby mnie odpychała, niby wyślizgiwała się z moich objęć, a jednak wciąż prowokowała, wciąż obiecywała i dawała nadzieję. A poza tym…
    Przecież już złamała kilka zasad, którymi tak swobodnie raczyła mnie jeszcze w Warszawie, po balu. Przecież ciągle mam w uszach jej słowa, że „pod nieobecność męża, żaden mężczyzna nie może wejść do mojego apartamentu. Nawet ty nie możesz”. A dzisiaj? Sama zażądała, żebym wszedł i został. Czy dlatego, że to jest inne miejsce, inna miejscowość? Inny kraj? Czy dlatego, że tam byłem z Martą i tekst przeznaczony był dla jej uszu? A może przez te dwa miesiące jednak i u niej samej coś się zmieniło? Nie znałem odpowiedzi na żadne z tych pytań. I pewnie żadna odpowiedź teraz nie padnie. Moją próbę skierowania rozmowy na te tory, zapewne znowu ukróci, tłumacząc się czekającymi ją zadaniami. Trudno, poczekam do wieczora. Może wtedy…

    Dorotka spokojnie i powoli jadła śniadanie, nad czymś się zastanawiając i spoglądając nieobecnym wzrokiem gdzieś w dal. Przez chwilę milczeliśmy obydwoje. Niespodziewanie zwróciła się do mnie i wtedy słowa wyjaśniły o czym myślała.
    - Tomek, powiedz mi coś o pozostałych członkach zarządu. Bo w zasadzie nigdy się z nimi nie kontaktowałam i niczego o nich nie wiem. Jacy to ludzie?
  • #14
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - W sumie to i ja niewiele o nich wiem – odpowiedziałem jej, przełykając kawę. – Są raczej zdominowani przez Lemiechowa. Olga Zwieriewa odpowiada za bieżącą obsługę firm, kredyty i te trochę detalu, które teraz mamy i które próbuje powiększać, natomiast Borys Wichariew za projekty i fundusze inwestycyjne, ich analizy finansowe oraz za rozwój. Przy czym oni w tę naszą rozgrywkę nie bardzo się angażowali, bo Grycynin podlega bezpośrednio pod Lemiechowa. Dlatego taki mocny się poczuł.
    - A dlaczego nie podlega pod Wichariewa?
    - O to musisz zapytać prezesa. Ja wiem tylko tyle, że tak było wcześniej, ale kiedy ja się zjawiłem i wydałaś dyspozycje odnośnie mojego tu usytuowania, właśnie wtedy Lemiechow dokonał zmian w schemacie organizacyjnym. Nie wiem, czy z własnej inicjatywy, czy go ktoś namówił. W każdym razie jest tak jak jest.
    - W jakim oni są wieku?
    - Wichariew w podobnym jak Igor, a Zwieriewa trochę starsza, raczej w moim wieku, czyli około pięćdziesiątki. Spokojna kobieta, bystra i dokładna. Z tego co wiem, to Igor ściągnął ją tutaj gdzieś z moskiewskiego Sbierbanku.
    - Tego dawnego molocha?
    - Tak, właśnie stamtąd. Przecież to było większe, niż kiedyś u nas PKO BP. Taki wszech ogarniający niby bank, obejmujący całe życie obywateli i przedsiębiorstw. Zwieriewa zna się na tym co robi, ma niemałe doświadczenie, ale myślę, że tutaj trochę się dusi. Jej potrzeba by było znacznie więcej detalu. Gdyby tak przynajmniej jeszcze kilkanaście oddziałów, to chociaż miałaby co robić. Natomiast obsługa nowych firm, raczej niezbyt jej leży. Chodzi mi o obce firmy. Ona dość kiepsko zna angielski, nie lubi się nimi zajmować.
    - Może coś da się zrobić, tylko na razie trochę za dużo chcą za ten bank, który mamy ochotę kupić… Powiedz mi jeszcze coś o Wichariewie.
    - No cóż, nie wiem o nim zbyt wiele, ale myślę, że to jest kumpel Igora.
    - A gdybym musiała odwołać Lemiechowa, to dałby sobie radę?
    - Sądzę, że tak, tylko co by to dało? Jeśli odwołasz Lemiechowa, wtedy musi tutaj przyjść ktoś z zewnątrz. A oni powinni odejść obydwaj. W zasadzie to tylko Olga mogłaby zostać.
    - To już coś, bo totalna rewolucja nie jest specjalnie dobra.
    - Zgadzam się z tobą. Ale tak naprawdę, na razie uważam, że nie ma potrzeby nikogo ruszać. Wystarczy trzepnąć ich po pazurkach i postawić na swoje miejsca. Jeszcze będą z nich ludzie. Zresztą, gdybym dostał dostęp do ich materiałów to dość szybko mógłbym ocenić, czy zajmują się pierdołami, czy rzeczywiście coś z tego będzie. Potrzebuję jednak co najmniej dwóch tygodni do miesiąca czasu.
    - Dostaniesz wszystko, tak jak pisałeś. Dostaniesz nawet więcej, bo chcę, żebyś miał również dostęp do analiz finansowych. Co z tego wywnioskujesz – nie wiem, ale próbuj. Wiesz, Tomek… – na chwilę zamilkła.
    Przestała też jeść i znieruchomiała, patrząc mi tylko w oczy.

    - Tomek, to jest nie do powtarzania. Nawet Ani, czy też twojej Joasi, żebyś się z niczym nie wygadał. Bardzo cię o to proszę. Sytuacja u nas, znaczy w Nowym Jorku, wygląda tak, że mogę zostać zmuszona do przyjścia tutaj, kiedy zapadnie decyzja o zwiększeniu naszego zaangażowania i kupna innego banku. Bo w Nowym Jorku chętnych na ten fotel nie ma. Znasz chyba ubiegłoroczny wstępny bilans?
    - Coś słyszałem, ale nieoficjalnie. Rewelacyjny ponoć nie jest.
    - No właśnie. Nie jest. Ale nie jest też tragiczny. Więc szefostwo ma dylemat. Co zrobić po ewentualnym połączeniu banków? Mało kto czuje nosem tutejszą atmosferę, mimo wszelkich pionów analiz i korzystania z najróżniejszych materiałów. Kto będzie dobry do kierowania o wiele większą jednostką? I zaczęło się patrzenie na mnie. Bo zawsze szli mi na rękę, bo mi pomagali kiedy miałam małe dzieci, pomagali gdy studiowałam i wreszcie przecież to ja przygotowywałam całą strategię wschodnią. Czyli niech ją teraz zrealizuję! Grozi mi więc, że jeśli kupimy tutaj ten bank detaliczny, to ja będę musiała przyjechać i objąć zarząd połączonych jednostek! Bo przecież trzeba będzie je połączyć. To dlatego mam absolutnie wolną rękę jeśli chodzi o wprowadzanie zmian. Ale przecież jeśli nawet tak się stanie, w takim przypadku będę musiała z kimś pracować! Więc demolka załogi przy pierwszej wizycie także mi nie odpowiada, bo to się rozniesie w tym światku.
    - Takie buty… – przerwałem jej monolog.
    - A takie, takie. Nie będę teraz tego tematu rozwijała, bo nie mamy czasu, ale dużo się zmieniło od balu i od jubileuszu. Bardzo dużo. Więcej niż myślisz. A przecież upłynęło jedynie dwa miesiące. Tylko dwa…
    - Dorotko… – coś mnie tknęło. Zatrzymała na mnie spojrzenie, a ja też nie spuszczałem z niej wzroku. – Czy… w domu też masz zmiany?
    - To nie jest tematem naszej rozmowy – krótko osadziła mnie w blokach startowych, ale nie wytrzymała spojrzenia i odwróciła głowę. – Przynajmniej teraz – dodała już ciszej, patrząc gdzieś w stronę ściany.

    Czyli było nie najciekawiej. Czerwona lampka zapaliła mi się w głowie. Znaczy nie tylko ja miałem problemy z Martą po balu. Oj, chyba to wszystko nie poszło tak, jak Dorotka sobie wtedy zaplanowała.
    - Będziesz jeszcze jadła? – zapytałem, siląc się na spokojny, obojętny głos.
    - Nie, chyba nie – odparła odruchowo. – Ale niech to wszystko jeszcze zostanie. Idę się ubierać.
    Wstała od stołu i wyszła do sypialni. Po chwili wróciła znowu w szlafroku, ale tym razem z paseczkiem niezwiązanym w talii, za to w stringach i z biustonoszem. Nie widziałem wiele ciała, ale wystarczająco dużo, by zauważyć, że nadal było bez zarzutu. Miała tę samą figurę co dawniej. Nie krępowała się mnie, ale też nie wpatrywałem się w nią zbyt natarczywie.

    Początkowo byłem chyba bardziej speszony niż ona. Wreszcie nie wytrzymałem.
    - Dorotko…
    - Proszę – odezwała się, nawet nie spojrzawszy na mnie. Szukała czegoś.
    - Mogłabyś szlafrok rozsunąć bardziej? Chciałbym się na ciebie napatrzeć.
    Spojrzała na mnie ze zdziwieniem i roześmiała się.
    - No widzisz, nawet zapomniałam, że powinnam się ciebie wstydzić – założyła poły szlafroczka na siebie i zawiązała pasek.
    - O to przecież nie prosiłem! – zaprotestowałem.
    - Wiem! Ja sama, z własnej inicjatywy też czasem coś robię – powiedziała to słodko-złośliwym tonem. – Tak będzie lepiej, skoro cię rozpraszam – dodała.
    Przesadziła teraz. A ja się, głupi, już łudziłem… Hamulce mi puściły.
    - Nie dość, że zaordynowałaś mi wiele lat ścisłego postu, to jeszcze teraz znęcasz się nade mną! – powiedziałem zrezygnowany. – Co się z tobą dzieje? Strasznie ortodoksyjna się zrobiłaś. Kiedyś taka nie byłaś.
    Zaskoczona, zatrzymała się w pół kroku, spoglądając na mnie niepewnie.
    - O co ci chodzi? Do czego pijesz?
    - Poważnie nie rozumiesz? Przecież z tobą nawet pożartować teraz się nie da. Aż tak cię ta praca pochłania? Przecież ty się przedwcześnie wykończysz, dziewczyno!
    Wpatrywała się we mnie w milczeniu. A potem nagle podeszła do stołu, schwyciła krzesło, przysunęła je bliżej i usiadła, łapiąc mnie za ręce.
    - Naprawdę tak myślisz?
    - Przecież mówię to zupełnie poważnie.
    - I mówisz, że to widać?
    - Widzę różnicę w twoim zachowaniu. Dawno nie mieliśmy okazji przebywać razem, więc to się rzuca w oczy.
    Puściła moje dłonie, wyprostowała się i odwróciła głowę.
  • #15
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Wiesz… – zaczęła cicho. – Czasem się zastanawiam, czy ja nie robię się już moją matką – powróciła do poprzedniej postawy i pochyliwszy głowę, oparła ją na mojej piersi. Objąłem ją delikatnie, a wtedy mówiła dalej. – Widzisz, ten obowiązek, te nawyki, które mi wpojono w dzieciństwie, ciągle dają o sobie znać. To fakt, jestem tytanem pracy. Ja muszę mieć wszystko akuratnie poukładane, nauczone, załatwione, bo inaczej nie umiem przejść do innego tematu. Nawet spać wtedy nie mogę. Muszę być skoncentrowana na jednym. Wszystko co obok, co mnie rozprasza, jest odrzucane.
    - No właśnie chciałem to powiedzieć i zapytać. Co ty musisz mieć dzisiaj tak przygotowane, że nie możemy nawet swobodnie porozmawiać o niczym? Przecież niech oni się martwią, a nie ty! Ty masz podsumować ich działania, a nie swoje!
    Wyprostowała się na krześle i delikatnie kiwała potakująco głową.
    - Ja o tym wiem, ale to teoria. Ja muszę być przygotowana perfekcyjnie. Inaczej nie umiem.
    Podniosła się, ale było widać, że jest wytrącona z rytmu przygotowań. Nie wiedziała co ma w tej chwili robić.
    - Dorotko, może ci pomóc?
    - W czym? – patrzyła na mnie roztargniona.
    - Na przykład ubiorę ci jakąś bluzeczkę – zaproponowałem – bo widzę, że masz z tym niejakie problemy.
    Wreszcie oprzytomniała. Rozejrzała się po salonie, spojrzała na mnie, na siebie, a potem spokojnie powiedziała.
    - Nie mam z tym problemów!
    Po czym poszła do sypialni.

    Wróciła po kilku minutach, ubrana niemal kompletnie. Brakowało jej tylko żakietu albo damskiej marynarki, butów oraz płaszcza i chyba mogłaby wychodzić. Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Jak ona to zrobiła tak szybko? Ale nie skończyła makijażu, bo podeszła jeszcze do lustra i coś poprawiała w tej swojej oszałamiającej urodzie.
    - Dorotko, mamy jeszcze sporo czasu – zauważyłem.
    - To nic – rzuciła od lustra. – Jak będę gotowa, to przynajmniej się uspokoję. I jeszcze porozmawiam z tobą.
    - Cieszę się, bo miałem wrażenie, że raczej nie masz już na to ochoty.
    Znieruchomiała a potem powoli odwróciła się w moją stronę. Uśmiechnąłem się do niej, żeby rozładować atmosferę i udać, że to był żart.
    - Daruj, normalnie mnie krzywdzisz! – wróciła do korekty makijażu. – Nie zrobiłam nic takiego, żebyś czuł się przy mnie źle. Znowu, jak przed laty, sama ci się narzucam, żebyś nie miał wątpliwości z kim chcę tutaj spędzić czas.
    Pooglądała się w lustrze, odłożyła swoje zestawy i przybory, po czym podeszła do mnie. Przystanęła obok krzesła i zapytała, patrząc mi w oczy.
    - Jak ci się podobam? Może tak być? – po czym zademonstrowała kilka figur spotykanych raczej wśród modelek, a nie pomiędzy bizneswoman.
    - Jesteś rewelacyjnie śliczna, jak zresztą zawsze – odpowiedziałem jej poważnym głosem, wyciągając ręce. A kiedy podeszła, objąłem ją w talii i przytuliłem głowę. Dorota potargała mi włosy, po czym symbolicznie, leciutko, musnęła ustami moje czoło.
    - Puść, bo zaraz pozlizujesz mi makijaż i będę musiała wszystko poprawiać – powiedziała rozluźniona, delikatnie uwalniając się od moich dłoni.
    - Ale mnie dzisiaj odpychasz, ale odpychasz – mruczałem niezadowolony.
    Pachniała jak przed laty. A ja tak chciałem poprzytulać się do niej…

    - Wcale nie! – zrobiła swoją minkę urażonej nastolatki, minę, którą tak dobrze kiedyś znałem. – Ale pisałeś mi kiedyś, że Rosjanki malują się dość intensywnie, więc i ja trochę dzisiaj przesadziłam. To łatwo zepsuć.
    - A gdzież tam przesadziłaś! – zaprzeczyłem. – Nie widziałaś kobiet na ulicy?
    - Ty wiesz co? – parsknęła śmiechem. – Kiedy miałam je widzieć? A poza tym, to ja idę do banku, a nie na ulicę.
    - No nie… – teraz ja się roześmiałem. – O to ciebie akuratnie nie podejrzewałem.
    - O co? – zapytała, patrząc na mnie ze zdziwieniem.
    - Nieważne – machnąłem ręką. Żart, który tutaj sam się nasuwał, był niezbyt elegancki. Ale Dorota po chwili sama zrozumiała, jak zabrzmiały jej słowa.
    - Paskudny jesteś! Takie bezeceństwa o mnie przychodzą ci do głowy?
    - Przecież ja nic nie mówiłem! – broniłem się. Pogroziła mi palcem.
    - I tylko to cię uratowało! – spojrzała nieoczekiwanie na zegarek. – Tomek, właściwie moglibyśmy już jechać. Co ty na to?
    - Jak sobie życzysz – odparłem. – Jednak szybko zapomniałaś, że przed chwilą obiecałaś mi chwilę rozmowy…
    Przystanęła na moment. Potem szybko podeszła, zarzuciła mi ręce na szyję i pocałowała tak jak kiedyś. Przytuliłem ją do siebie. Przez chwilę trwaliśmy w takim ciasnym uścisku.
    - Przepraszam – wyszeptała. – Usiądźmy!
    - Chodź na sofę – powiedziałem. – Na tych krzesłach jest niewygodnie.
    Nie oponowała. Po chwili siedzieliśmy obok siebie. Dorota odwróciła się do mnie plecami, opierając się lekko, a moja dłoń spoczęła na jej brzuchu.

    - Co chcesz wiedzieć? – zapytała wreszcie.
    - Przede wszystkim powiedz coś o chłopcach. Jak się mają? Pytają o mnie? O Stefana?
    Odwróciła się do mnie, wyraźnie ożywiona.
    - Oczywiście! Już się nie mogą doczekać lata, bo na początku powiedziałam im, że ani ty, ani Stefan, nie możecie przyjechać do Stanów, ale w Pokrzywnie będziecie na pewno. Teraz wszystko wygląda inaczej, jednak opowiem ci o tym jutro, dobrze? Obiecuję, że nawet ze szczegółami. Bo to dłuższy temat, dzisiaj nie mamy już czasu.
  • #16
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Nie sprawiają kłopotów wychowawczych?
    - Nie, coś ty! W tym wieku? Przeciwnie, są wspaniali! Nakręcają się wzajemnie i dopingują. Muszę przyznać, że gdy się urodzili, miewałam obawy, czy sobie z nimi poradzę. Czasami dawali mi tak popalić, że traciłam siły. Ale teraz? Teraz wiem o ile miałabym gorzej, gdyby był tylko jeden. Bywa i tak, że nawet mnie nie potrzebują. Wiesz jakie ostatnio mają ulubione zajęcie? Budowanie i rysowanie. I wcale nie chcą, żeby im pomagać. Ciekawe po kim te zdolności, bo w mojej rodzinie, nie przypominam sobie żadnego artysty.
    - No nie wiem, moja siostra coś tam kiedyś próbowała rysować, ale ja… – śmiałem się. – Ja to jestem raczej antytalent plastyczny. I w ogóle nie mam wyobraźni wzrokowej.
    - Ja próbowałam na ten temat znaleźć coś w encyklopediach, ale dowiedziałam się tylko, że takich umiejętności przeważnie nie dziedziczy się bezpośrednio, tylko z przeskokiem. Czasami nawet po kilku pokoleniach nagle rodzi się ktoś obdarzony talentem.
    - A nie uważasz, że trochę za wcześnie jest myśleć takimi kategoriami? Może im to zainteresowanie przejdzie po paru miesiącach?
    - Oj tam, przejdzie, nie przejdzie, wiedzieć warto – bagatelizowała. – Nie sądź, że już wybrałam dla nich drogę życiową. Do tego mi bardzo daleko. Niech sobie sami kiedyś wybierają. Nie mam zamiaru ich terroryzować moimi pomysłami, wymaganiami czy wyobrażeniami. Zresztą, amerykańskie szkoły są pod tym względem znacznie lepsze od polskich, bo właśnie inspirują do własnych poszukiwań. Nie martw się więc, będą przygotowani odpowiednio.
    - No i bardzo dobrze! Opiekuj się nimi, mamuśka, opiekuj!
    - Tatuśku! Muszę coś wykombinować, żebyś i ty miał zajęcie. Jutro wrócimy do tematu.
    - Ty już lepiej nic nie kombinuj – przerwałem jej. – Niemało wykombinowałaś i może lepiej poprzestańmy na tym co już jest.
    Odwróciła się i spojrzała mi w oczy.
    - A co, boisz się?
    - Niby czego mam się bać? – odpowiedziałem spokojnie. – Tak naprawdę, to cały czas się zastanawiam jak i kiedy doprowadzisz do tego, że chłopcy poznają prawdę.
    Dorota spoważniała.

    - Zbliżamy się do tego dnia. Mam pewne propozycje i chciałabym, żebyś je zaakceptował, ale szczegóły zostawmy na jutro. Może będziesz to widział inaczej? Może masz lepsze pomysły? Przecież wiesz, że dobro chłopców jest dla mnie nadrzędne i nie chciałabym, żeby przeżyli jakiś wstrząs. Tomek, ja ich bardzo, bardzo kocham!
    - A mnie? – zapytałem niby żartobliwie.
    - Ciebie? – wlepiła we mnie spojrzenie. Po chwili wstała i odeszła na kilka kroków, cały czas mnie obserwując. – Ty się lepiej zastanów, czy na pewno chcesz znać odpowiedź. Pamiętasz jak mnie uczyłeś, żeby nie zadawać niektórych pytań?
    - Dorotko, na pewno chcę usłyszeć odpowiedź! – powiedziałem, bardzo poważnym tonem. – Mam sto procent pewności – powtórzyłem. Ale nie ruszałem się ze swojego miejsca.
    - Ok. Więc jutro wieczór ją usłyszysz. A teraz wstawaj, zabieramy się do banku. Chcę jak najszybciej mieć to z głowy.

    - Poczekaj chwilkę, podsumujmy nasze zadania. – szybko dostosowałem się do nowego tematu, podnosząc się z miejsca. – Ty zostajesz w banku, a ja jadę do siebie, zabieram rzeczy na dwa dni i melduję się w hotelu, czy tak to ma być?
    - Tak, ale ty pojedziesz z Anią. Ania ma się zameldować w drugim pokoju. Nie wiem, czy będzie mi potrzebna czy nie, ale chcę, żeby też była blisko.
    - Oczywiście, a o trzeciej, obydwoje z Anną, mamy być w banku.
    - Tak. Potem spotykamy się z Zarządem i na koniec ja pojadę do ambasady, a co wy robicie, okaże się w zależności od tego co będzie, chociaż to dotyczy raczej Anny. Ty, w każdym razie, masz tu wrócić i czekać na mnie w hotelu. Dam ci nawet kartę do apartamentu i będziesz mógł czekać tutaj u mnie – uśmiechnęła się zalotnie.
    - Jak mi jeszcze pozwolisz się rozebrać i przespać w twoim łóżku, to uwierzę w cuda – kręciłem głową z niedowierzaniem.
    Dorotka tylko się śmiała. – Pozwalam ci przespać się w moim łóżku – stwierdziła. – Tylko proszę, nie kręć się za bardzo, bo nie lubię zmiętych prześcieradeł.
    - Koniec świata! – westchnąłem z niedowierzaniem. – Ale ja w cuda nie wierzę… i tak mnie stamtąd wygonisz gdy wrócisz, prawda?
    - Oczywiście, że tak – wzruszyła ramionami. – Zapomniałeś, że zapraszasz mnie na kolację. I to z tańcami!
    - Nie zapomniałem, ale myślałem, że wrócisz z ambasady wcześniej. I do kolacji jeszcze trochę potu z siebie wyciśniemy.
    - A o której tu się chodzi na kolacje?
    - Dorotko, wieczory zaczynają się nie wcześniej niż o dwudziestej. A przed dwudziestą to jest popołudnie.
    - Ale fajnie! No to faktycznie możesz się trochę zdrzemnąć. A wiesz już gdzie pójdziemy?
    - Nie wiem – odparłem bezradnie.
    - Ty sobie nawet nie żartuj, bo pomyślę, że mnie lekceważysz – była jakby troszkę rozczarowana. – I to świadomie lekceważysz.
    - Dorotko, sorry, lepiej mnie posłuchaj. Jesteśmy tutaj pomiędzy dwoma stacjami metra: Białoruską i Majakowską – pokazywałem jej na stole wizualizację moich słów. – Od jednej do drugiej można przejść piechotą w ciągu, powiedzmy piętnastu, najwyżej dwudziestu minut. Na tym odcinku mamy tylko przy głównej ulicy, czyli Pierwszej Twerskiej – Jamskiej, dwanaście restauracji z muzyką i tańcami. Czyli jak wyjdziemy z hotelu, to mamy sześć w jedną stronę i sześć w drugą. Przy ulicach bezpośrednio równoległych do niej jest drugie dwanaście takich lokali. Powiedz, kiedy ja miałem to wszystko posprawdzać? No i z kim? Dlatego nie mam pojęcia do której cię zaprosić. Pewnie do tej, która ci się spodoba. Dużo czasu na sprawdzenie nie stracimy. Ja nie umiem wybrać. Jak chcesz dokładniej, to dawaj laptop, pokażę ci wszystko na mapie.
    - Mówisz, że nie miałeś z kim? – była wyraźnie odprężona. Zrozumiała chyba, że moje intencje były dobre, tylko naprawdę nie miałem szans na ich realizację. – Może mi jeszcze będziesz wmawiał, że sam tu spędzasz czas? – śmiała się beztrosko. – O ile cię znam, to raczej szybko zawierasz znajomości.
    - Przestań! – żachnąłem się. – To się nawet nie nadaje już do żartów. Ani mnie nikt nie chce, ani ja nie chcę nikogo.
    - Szkoda że zrezygnowałeś, bo ja na przykład ciebie chcę! – wypaliła bez zmrużenia oka, tak jak kiedyś. W jednej chwili przypomniałem sobie tamtą sytuację.
    - Nie pocieszaj mnie, to już było. Dawno było. A powiadają, że nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki.
    - Jak tam wolisz. Nie będę cię przecież zmuszała. Dzwoń do naszego kierowcy, że ubieramy się i wychodzimy.
  • #17
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - To już lepiej mu powiem, że po prostu za chwilę wychodzimy – zauważyłem spokojnie. – Jeśli mu powiem, że się ubieramy, to może sobie głupio pomyśleć.
    Dorota parsknęła śmiechem.
    - Wy, mężczyźni, zaraz macie jednoznaczne skojarzenia.
    - Cóż się dziwisz, czyżbyś uważała, że ty panów już nie szokujesz?
    - Ja? Szokuję? A niby dlaczego miałabym szokować? – zastygła i stała nieruchomo, z oczami wlepionymi we mnie.
    - Dlaczego? Urodą szokujesz! – podszedłem i schwyciłem jej dłonie. – Myślisz, że się zmieniłaś od tamtych lat? Ja takich zmian nie zauważyłem. Nadal znacznie bliżej jest ci do studentki niż matrony.
    Przypomniałem sobie Lemiechowa i roześmiałem się. – Wiesz, Lemiechow dopytywał się o ciebie przez całą drogę na lotnisko, ale nic mu nie chciałem powiedzieć. I żałuję, że nie widziałem jego miny, kiedy podchodziłem do ciebie na lotnisku. On spodziewał się chyba kogoś w rodzaju Olgi Zwieriewej, statecznej, starszawej pani, coś w stylu angielskiej guwernantki…
    Dorota też się śmiała. – Rzeczywiście, rzuciłam wtedy na niego okiem, bo wydawało mi się, że staliście razem. Minę miał nieszczególną, no i nie powiem, żeby była mądra.
    - Ja mu wprawdzie powiedziałem, że jesteś młodsza od niego, ale nie mówiłem o ile młodsza. A on ma trzydzieści osiem lat. Dotychczas chyba nie wyobrażał sobie, że może być ktoś młodszy od niego i tak wysoko w hierarchii.
    - Teraz pewnie uwierzył.

    Jeszcze przez chwilę chichotała, przeglądając torebkę. Potem na krótko podeszła znowu do lustra, sprawdziła makijaż i wróciła do wyjścia.
    - Bierzesz coś ze sobą? – zapytała krótko.
    - Nie. Po co. Przecież mam raczej tu przywozić.
    - To weź mój laptop. Oddasz mi go tam w firmie. Będę musiała dysponować tam niektórymi materiałami, więc się przyda.
    - Ok. Rozejrzyj się jeszcze, czy czegoś nie zapomnieliśmy. Jedzonko nie sprzątnięte…
    - Posprzątają jak wyjdziemy. Poczekaj, sprawdzę jeszcze sypialnię.

    Zadzwoniłem po kierowcę. Kiedy wróciła, podałem jej płaszcz, po czym sam się ubrałem i wyszliśmy na korytarz. Dorotka, zgodnie z tym co obiecywała, oddała mi kartę służącą do otwierania drzwi. Czyli naprawdę miałem czekać na nią wewnątrz. Mówiąc prawdę, niezbyt rozumiałem po co to wszystko, ale… gdyby było inaczej, to pewnie wściekałbym się, że wróci tutaj na przykład z tym Markiem. Dlaczego akurat on mi tak przeszkadzał? Nie wiedziałem, ale nie lubiłem faceta od pierwszego spojrzenia.
    Na parterze szwajcar otworzył nam drzwi i natychmiast podjechało nasze audi. Ochroniarz otworzył Dorotce prawe, tylne drzwi auta, a ja obszedłem je z tyłu i usiadłem z lewej strony. Kierowca ruszył, kiedy tylko drzwi się zamknęły.

    Dorotka z zainteresowaniem patrzyła przez okno na Moskwę. A o tym, że nie zapomniała o mnie, świadczyła tylko jej ręka, która odnalazła moją dłoń i teraz ściskała ją lekko.
    Siedzieliśmy na swoich miejscach prosto, żeby nie utrudniać kierowcy obserwacji jezdni w lusterku wstecznym. Ruch o tej porze był już ogromny i prowadzenie samochodu wymagało dużego skupienia.
    Przez całą drogę odezwała się tylko kilka razy, pytając mnie przeważnie o obiekty, obok których przejeżdżaliśmy. Trochę jej odpowiadałem, gdyż poznałem te okolice podczas moich poprzednich pobytów w rosyjskiej stolicy. Teraz, od lata, niemal wcale nie interesowałem się miastem. Jakoś nie czułem takiej potrzeby. A może podświadomie się bałem? Tego, że wróci historia z Leną?
    W tej chwili jednak, dla Dorotki, moja znajomość miasta była i tak wystarczająca, gdyż prędkość jazdy nie pozwalała na szczegółowe opisy. A kiedy samochód zwolnił, nie było już co opowiadać. Dojeżdżaliśmy na miejsce.
    Zapytałem kierowcy, czy wie, że do piętnastej ma być w mojej dyspozycji, ale nie wiedział. Wyjaśnił, że bez zgody Lemiechowa i tak nie może opuścić miejsca przed bankiem, chociaż wolałby jeździć niż czekać. Dorotka tylko pokiwała głową i zapewniła mnie, że zaraz porozmawia o tym z prezesem i sprawa będzie rozwiązana. Odpowiadało mi to, więc temat na razie się zakończył.

    Wysiedliśmy niemal przed drzwiami wejściowymi. Ochrona, odpowiednio poinstruowana, niemal stawała na baczność, wskazując nam drogę. Weszliśmy szybko na drugie piętro, gdzie były biura zarządu i po chwili byliśmy w sekretariacie Lemiechowa, a on sam wyszedł na spotkanie. Ponownie przywitał się z Dorotą i zapraszał ją do gabinetu, jednak powstrzymała go zapytaniem o samochód. Z malującym się na twarzy zdziwieniem rzucił wtedy na mnie okiem, po czym wyjął komórkę, wybrał numer i powiedział kilka słów. Dorotka odwróciła się do mnie.
    - Czyli do piętnastej jesteś dysponentem samochodu.
    - Ok. Dzięki. Idę do Anki i zaraz wychodzimy.
    - Fajnie, trzymajcie się! – posłała mi uśmiech, po czym dyskretnie kiwnęła palcami podniesionej dłoni, jakby w geście pożegnania, a następnie weszła do gabinetu. Lemiechow wszedł za nią, zamykając drzwi.
    Sekretarki zauważyły uśmiech i ten drobny gest dłonią, który zrobiła Dorota, dlatego przyglądały mi się teraz z dużym zaciekawieniem.
    - Panie Tomaszu, to jest naprawdę ta amerykańska, nasza przewodnicząca? – zapytała jedna. Była to Swietłana. Starsza z nich dwóch i o wiele bardziej doświadczona.
    - Tak, Swietłano Władimirowna, właśnie tak. To jest naprawdę ta pani przewodnicząca.
    - Taka młodziutka? – zapytała zdziwiona. – Przecież ona ma najwyżej dwadzieścia pięć lat! Jakim cudem tak wysoko awansowała?
    - Tego to już nie wiem – pokpiwałem sobie nadal. – Wiem tylko, że z wyróżnieniem ukończyła Yale University, tę samą uczelnię co Hillary Clinton, amerykańska sekretarz stanu. Więc pewnie jakieś kwalifikacje ma.
    - A pan ją zna? – z niedowierzaniem zapytała druga, młodsza z nich. Miała na imię Alona i na pewno nie ukończyła trzydziestu lat. Podejrzewałem, że to z nią Lemiechow spędza wieczory i noce, ale specjalnie się tym nie interesowałem. Mnie to nie przeszkadzało.
    - Czy ją znam? – powtórzyłem głośno i powoli ruszyłem do drzwi wyjściowych. Nie wiedziałem co powiedzieć. Przyznać się, czy zaprzeczyć? Ale od kłopotu wybawił mnie Lemiechow. Otworzył drzwi i polecił, żeby kobiety po pierwsze ściągnęły do gabinetu Zwieriewą i Wichariewa, a ponadto przygotowały kawę i coś na stół.
    W takiej sytuacji pozostawało mi tylko nie przeszkadzać im dłużej, więc wyszedłem na zewnątrz, nie udzielając żadnej odpowiedzi.
  • #18
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Z Anią szybko się dogadałem, bo gdy usłyszała, że ma się przenieść na dwa dni do hotelu, natychmiast postanowiła ze mną jechać, by spakować swoje rzeczy. Nie widziałem problemu, więc we dwoje wyszliśmy z banku, kierując się w stronę samochodu. Tu Ania wsiadła na miejsce Dorotki, a ja zająłem swoje, po lewej stronie. Miejsce ochroniarza tym razem pozostało wolne. Nam ochrona nie przysługiwała.
    Kiedy uzgodniłem z kierowcą docelowy adres i auto ruszyło, postanowiłem pożartować sobie z mojej współpracownicy.
    - Aniu, siedzisz teraz na miejscu szefowej, bo w takim układzie jechaliśmy do banku. Ciekawe co też pan kierowca pomyśli sobie o mnie, tak się dzisiaj dziewczyny przy mnie zmieniają.
    - Ma pan dzisiaj szczęście, panie Tomku – śmiała się. – Niech pan jednak powie co słychać u pani szefowej, co też wymyśliła z tym hotelem? Po co to wszystko?
    - Dorotka? – nadal było mi wesoło. – Nie wiem co wymyśliła. Ale Dorotka znowu jest młodsza o rok. Nie mam pojęcia jak ona to robi. Wiesz, rozmawiałem przez chwilę z sekretarkami Igora i Swietłana powiedziała, że Dorotka nie ma nawet trzydziestu lat.
    - Znakomicie! – śmiała się Anna – Ale naprawdę chciałabym wiedzieć na czym polega jej sekret . Bo to jest niesamowite. Jak jeszcze pracowałam w Warszawie, przecież przez kilka lat miałam okazję przyglądać się jej i to z przerwami, bo często przecież nie przyjeżdżała. I nic się nie zmieniała.
    A najlepsze było właśnie w Pokrzywnie. Wiem jak bywa z rana, bo sama mam z tym problemy, kiedy budzę się bez makijażu, włosy sterczą każdy w swoją stronę. Nawet w lustro nie chce się wtedy spojrzeć. Natomiast pani Dorota bez żadnych zabiegów wybiegała sobie raniutko w stroju sportowym, pobiegała trochę, nagimnastykowała i zawsze prezentowała się rewelacyjnie! Wiem, bo kilka razy dopiero później szła do łazienki i czasem nawet przy mnie się malowała.

    Spuściłem wzrok, bo przypomniały mi się te poranki, które spędzaliśmy z Dorotką na biegach, pływaniu i ćwiczeniach. Mało tego, mógłbym Ani opowiedzieć jak Dorotka wyglądała rano, kiedy otwarła jedno oko, a drugie trzymała jeszcze zamknięte. Na pewno była wtedy bez makijażu, czy innego „upiększania”. I rzeczywiście, wyglądała bez zarzutu.
    - Panie Tomaszu, pan mi nie wierzy? – spoglądała na mnie z dezaprobatą.
    - Ależ skąd, Aniu, co też przychodzi ci do głowy! – zaprzeczyłem szybko. – Mało, że ci wierzę – znów mimowolnie się roześmiałem. – Ja nawet mogę to potwierdzić. I to z autopsji!
    - Pan? – Anna nie kryła zdziwienia. – Przecież pana nigdy tam nie było. Jeszcze pan mówił, że wtedy w lecie spotkał się pan z szefową po wielu latach…
    - To, że rzadko się widujemy, wcale nie oznacza, że mało o sobie wiemy. Ale dość już. Nie mogę mówić tego, czego Dorotka mówić nie chce. Jeśli zadecyduje inaczej, sama ci powie. I myślę, że będzie okazja do dłuższych rozmów we trójkę. Bo po co te pokoje w hotelu dla nas? Przecież nie po to, żebyśmy w nich się zamknęli i siedzieli.
    A tak w ogóle, to dzisiaj z Dorotką wybieramy się na kolację i nie jestem pewien, czy ciebie też zaproszenie nie obejmie. Nawet razem z twoim Krzysztofem. Tak na wszelki wypadek wysonduj go, jakie ma plany na wieczór, bo może być ci potrzebny.
    - Naprawdę? Dobrze, że pan mi to teraz mówi – wyglądała na lekko przestraszoną. – Przynajmniej poszukam czegoś do włożenia na siebie wieczorem.
    - Właśnie dlatego cię uprzedzam – zgodziłem się z nią. – Mnie to w ogóle szefowa zapowiedziała, że mam zabrać wszystko, co mi do soboty, czyli do jej wylotu z Moskwy będzie potrzebne. Mam w hotelu pokój obok ciebie i do soboty będę tam mieszkał. Co znaczy, że wieczorami będziemy tańczyć i popijać. Ty tak samo, szykuj się na dwa dni.
    - Panie Tomaszu, co pan mówi! Pani Dorota i alkohol?
    - A co, uważasz, że Dorotka nie pije alkoholu?
    - Ja przynajmniej tego nie widziałam… nie, przepraszam, jeden raz widziałam. Wtedy, gdy pan był w Pokrzywnie.
    - No widzisz! – roześmiałem się. – Przy mnie nauczycie się wszystkiego. Zresztą, odrobinę już się nauczyłaś.
    - O nie, ja przeważnie udaję, że piję, przecież pan wie.
    - No wiem, wiem, niech będzie. Nie będę ciebie męczył.

    Dojeżdżaliśmy do naszego bloku. Ochrona zatrzymała kierowcę. Uchyliłem okno i pokazałem się ochroniarzom. Bez słowa podnieśli szlaban i wjechaliśmy na teren naszego mini osiedla. Tu już pilotowałem kierowcę aż pod samą klatkę schodową.
    - Aniu, ile ci czasu potrzeba?
    - Pół godziny powinno wystarczyć – padła szybka odpowiedź.
    - Ok. mnie też. Zatem za pół godziny spotykamy się na klatce i wychodzimy.
    Przekazałem kierowcy informację, że po trzydziestu minutach odjeżdżamy i poszliśmy do swoich mieszkań. Ale ja nie potrzebowałem połowy godziny. Wystarczyło niecałe dwadzieścia minut bym miał już zniesiony do samochodu pokrowiec z garniturami i neseser z resztą bagażu. Miałem nadzieję, że nie zapomniałem niczego, co mi będzie niezbędne do soboty. Przecież przed przyjazdem Dorotki przygotowałem się i uzupełniłem nie tylko garderobę. Teraz wszystko się przydawało i było jak znalazł. Również zawsze spakowany niezbędnik delegacyjny, gdzie miałem swoje kosmetyki podróżne i wszystkie rzeczy potrzebne na wyjazdach. Na takie potrzeby był nieoceniony, bez konieczności sprawdzania zawartości.
    Jeszcze tylko raz wszedłem na górę i tym razem poczekałem, aby pomóc Ani. Dobrze zrobiłem, bo sama pewnie nie dałaby rady. Znieśliśmy jej bagaże i mogliśmy jechać.
    Z zameldowaniem nie było teraz problemów. Nasze pokoje na szóstym piętrze już czekały, bagaże nam zaniesiono i kiedy recepcjonistki oddały paszporty, mogliśmy spokojnie pojechać na górę pooglądać miejsce kwaterunku. Znowu mieliśmy z Anią sąsiednie pokoje. Ja wybrałem ten, z którego było bliżej do apartamentu Dorotki. Nie wiem dlaczego. Chyba tak na wszelki wypadek…

    Kiedy wszedłem do środka, usiłowałem przypomnieć sobie, czy w nim już kiedyś byłem. Przecież przed laty odwiedzałem ten hotel bardzo często. I bywałem tu w wielu pokojach. Wtedy, jeszcze nie był to Sheraton. Nazywał się Palace Hotel i nie należał do amerykańskiej sieci. A ja nie byłem tu hotelowym gościem. Bywałem w tych pokojach raczej mało legalnie, ale znałem Lenę i to do niej przychodziłem.
    Lena Aleksiejewna zawiadywała działem, do którego należała m.in. dbałość o całe wyposażenie i wszystko co w pokojach było, łącznie z zawartością lodówek. Jej również podlegał cały personel z tym związany, wszystkie pokojówki, hotelowe sprzątaczki i sam nie wiem kto jeszcze. Zresztą, nie to mnie wtedy najbardziej interesowało. Mnie interesowała sama Lena.
  • #19
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Poznałem ją na początku swojego pierwszego pobytu w Moskwie. To były czasy! Miałem swoje trzydzieści parę lat… mniej nawet, niż Dorotka ma teraz…
    Wtedy, prawie trzy miesiące spędziłem w hotelu Salut, wielkim molochu, wybudowanym przed olimpiadą moskiewską w 1980 roku. Nudziłem się tam wieczorami, więc, gdy po pracy wracałem do niego, wcale nie spieszyłem się do swojego numeru, tylko prawie zawsze zatrzymywałem przy recepcji. Pracowały tam ładne dziewczyny, a ja nie miewałem okazji poznać gdzieś innych, więc chociaż tutaj pocieszałem oko przyjemnymi widokami.
    One natomiast szybko zauważyły, że jestem jednym z nielicznych gości, którzy są tutaj prawie stale. Inni się meldowali, wymeldowywali, mieszkali najwyżej przez kilka dni, a ja powracałem codziennie około osiemnastej. Była wtedy jesień, dzień nie był zbyt długi i samotny facet naprawdę nie miał co robić wieczorami na ulicy. A Moskwy jeszcze wtedy zupełnie nie znałem, nie miałem tu znajomych, w pracy na razie w zasadzie się uczyłem. Tak samo nigdzie jeszcze nie jeździłem po terenie, jak zdarzało się później. Jak zwykle, na początku wszystko było nudne i powtarzalne.
    Przez pierwsze dni robiłem wprawdzie małe rekonesanse po hotelowych kondygnacjach, odkryłem na nich ogromną ilość barów, ale trochę bałem się nadużywać zarówno alkoholu, jak i tych wypraw, bo naprawdę można było tutaj zabłądzić, albo i się zgubić. Hotel był ogromny. A jeszcze windy grupami obsługiwały tylko połowę kondygnacji. Jeśli wsiadło się do niewłaściwej, to wywiozły gdzieś wysoko i potem trzeba było zjeżdżać z powrotem na sam dół, odnaleźć tę właściwą, żeby móc dojechać na moje, ósme piętro.

    I tak mijały wieczory, rozpoznawałem już który zestaw pań będzie na której zmianie, ale jedna kobieta nie pasowała mi do tych zmian. Ona bywała tu niemal zawsze. I to właśnie ona najbardziej mnie zainteresowała. A może dlatego zwróciłem na nią uwagę, bo była na miejscu częściej niż inne? Nie wiem. W każdym razie, kiedy dobiegał końca drugi czy trzeci tydzień mojego tutaj pobytu, niespodziewanie dziewczyny w recepcji były wieczorem bardziej rozmowne niż poprzednio. Może coś wypiły? Może miały jakieś święto? Nigdy się tego nie dowiedziałem.
    Zresztą, wiedza ta nie była mi potrzebna. Ważne, że Lena – bo tak mi się wtedy przedstawiła – chciała ze mną rozmawiać. I chociaż wypytywała o wszystko, o powód, a także czas mojego pobytu, o to jak mi się tutaj podoba i o co tylko można, przecież robiła to z wdziękiem. Poza tym była bardzo miła i sympatyczna.
    Zapraszałem ją na drinka do któregoś z barów, jednak zdecydowanie odmówiła.
    Tłumaczyła mi, że jest w pracy i nie może tego zrobić, ale zostawiła nadzieję, obiecując, że może kiedyś skorzysta z propozycji. W każdym razie spędziłem wtedy przy recepcji ponad godzinę, wesoło paplając z nią i jej koleżankami.
    Już po dwóch dniach ta obietnica się zmaterializowała i spędziłem z nią cały wieczór. Z nią i jej koleżanką Mariną. U siebie w pokoju.
    Tak właśnie zaczęło się wtedy moje życie z Leną.

    Lenę, niemal tradycyjnie, zastałem tamtego wieczoru w recepcji. Rozmawialiśmy już znacznie swobodniej niż na początku, a kiedy znowu domagałem się spełnienie obietnicy, niespodziewanie powiedziała, że się zgadza i że przyjdzie do mnie z koleżanką. Za pół godziny. Do baru iść nie chciała, bo jak twierdziła, tu przecież ją znają i ona nie może tak po prostu pić alkoholu w towarzystwie gości hotelowych. To groziłoby jej utratą pracy.
    Rozumiałem uwarunkowania, ale nie bardzo wiedziałem jak mam się przygotować do tej wizyty. W pokoju oprócz butelki wódki i jakiegoś soku, niczego więcej nie miałem, dlatego otwarcie zapytałem co mam przygotować. Odparła, że piją najchętniej szampana, ale wódkę czasem też, więc wybór pozostawiają mnie. A co jest na przekąskę w barach, tego nie wiedzą, więc nie będą miały do mnie pretensji o skromne menu. Czyli wszystko pozostawiły w moich rękach. I dobrze. Biegiem zaliczyłem dwa bary, kupiłem to co wpadło mi pod rękę i wróciłem do siebie. A tuż po oznaczonym czasie, przyszły obydwie.
    Marina okazała się jedną z recepcjonistek, ale dzisiaj nie pracowała. Powiedziały, że obydwie zaczynają pracę od rana. No i się zaczęło! Dość szybko wprowadziliśmy się w wesoły nastrój, trochę nawet tańczyliśmy pod muzykę z telewizora, ale w sumie było to w zasadzie dość pokaźne pijaństwo. Kiedy grubo po północy wszyscy mieliśmy dość alkoholu, dziewczyny postanowiły przespać się u mnie.
    Mieszkałem sam, a pokój był dwuosobowy. Jedno łóżko było wolne. Miałem nadzieję, że wyląduje na nim sama Marina, ale się przeliczyłem. Lena nie pozwalała mi na żadne poufałości i w końcu poszły spać razem, a ja spałem sam, na swoim łóżku. Dopiero rano, kiedy się obudziły i doprowadziły do porządku, na pożegnanie od obydwu dostałem całusa.
    Od Mariny zdawkowego, a od Leny bardziej obiecującego. I nic więcej. Na tym impreza się zakończyła.

    Obydwie spotkałem wieczorem, tego samego dnia, kiedy wracałem do hotelu. Marina była jeszcze w recepcji, natomiast Lena powiedziała, że jest już po pracy. Śmiała się, że pokojówki wniosły na mnie skargę za ogromny bałagan w pokoju, ale je udobruchała i na razie nikt mnie z hotelu wyrzucać nie myśli.
    Kiedy zaproponowałem powtórkę wczorajszego wieczoru, odmówiła. Powiedziała, że obydwie muszą pomieszkać trochę we własnych ścianach, ale nic więcej na ten temat mówić nie chciała.
    Tak naprawdę, to niczego o niej nie wiedziałem. Nie wiedziałem czy jest mężatką, czy nie, czy ma dzieci, ile ich ma… wszelkie moje napomknienia na ten temat zbywała żartami i w ogóle tematy osobiste omijała szerokim łukiem. Jedynie kiedy pytała ile mam lat, a usłyszawszy że trzydzieści dwa, skomentowała to mówiąc, iż jest cztery lata młodsza. Więc rachunek wskazywał na dwadzieścia osiem. Na więcej zresztą nie wyglądała.

    Powtórka imprezy była po trzech dniach i Lena sama zaproponowała ją dzień wcześniej. Wtedy też wpadłem na pomysł, aby zostawić jej trochę kasy i poprosić o przygotowanie, czy też kupienie czegoś do konsumpcji, wedle ich upodobań. To był świetny strzał! Dziewczyny przygotowały wszystko co chciały, mnie pozostawiwszy tylko zaopatrzenie w napoje.
    Na tej imprezie było już znacznie lepiej niż za pierwszym razem. Mieliśmy teraz talerzyki, sztućce, odpowiednie kieliszki, konkretne przekąski, no i wszyscy czuliśmy się pewniej. Przecież pierwsze lody zostały przełamane trzy dni temu. Rozmowa toczyła się znacznie żywiej, ja nabierałem wprawy w rosyjskiej wymowie… Dogadywaliśmy się wyśmienicie, humor nam dopisywał, no i… chyba dlatego dziewczyny już się tak nie kontrolowały.

    A po północy okazało się, że Marina zwyczajnie się upiła. Trzeba było położyć ją do łóżka, gdzie szybko zasnęła. Zostaliśmy z Leną we dwoje. I za niedługo… też wylądowaliśmy w łóżku.
  • #20
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Właściwie, obiecywaliśmy sobie wcześniej, że będziemy grzecznie spać, ale gdzież tam! Byłem zbyt wyposzczony i nawet niemała dawka alkoholu nie stępiła mojej ochoty na seks. Dotąd ją pieściłem i napastowałem, aż ustąpiła. No i stało się! Zresztą, tej nocy niemal w ogóle nie spaliśmy. Kochaliśmy się potem co kilkadziesiąt minut. Skąd miałem tyle siły? Nie mam pojęcia. A właściwie, to chyba jednak mam…
    Lena na początku trochę się broniła, co tylko wzmagało mój zapał, chociaż jej opór był bierny, a nie czynny. Nie pomagała mi w niczym, ale też nie przeszkadzała, kiedy ją rozbierałem. Ale to było tylko na początku. Kiedy jednak poczuła już mnie w sobie, jej zahamowanie rozpłynęło się gdzieś we mgle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zmieniła się diametralnie. Zniknęło całe skrępowanie, zniknął wstyd, przestała też tłumić swoje reakcje…
    Kochała się jak dziecko natury, otwarta jak księga. Od pierwszego razu wiedziałem gdzie ją pieścić, na co reaguje najlepiej, sama zresztą próbowała kierować moimi rękami, sama przejmowała inicjatywę, ale… nie było to potrzebne. Trafiałem bez pudła we wszystkie jej czułe punkty. To było niesamowite! Jakbym wcześniej znał jej ciało, jakbym uczył się go od dawna… Przyjmowała mnie tak spontanicznie, że chyba dlatego byłem tej nocy gotów kilka razy, aby ją uszczęśliwić. I robiłem to już z jej pełną aprobatą.

    Obydwie uciekły ode mnie przed siódmą rano, tak jak poprzednio. I tak jak poprzednio, nie było ich w recepcji, gdy wychodziłem do pracy. Ale tym razem nie było ich także wieczorem, kiedy powróciłem. Nie miałem pojęcia, co się dzieje. Dziewczyny w recepcji powiedziały mi tylko, że Marina źle się dzisiaj czuła i wzięła sobie wolne. O Lenie nic nie wiedziały, albo nie chciały mi powiedzieć. Byłem zdezorientowany. Czy coś się stało? Nie wiedziałem co robić.
    Trwało to kilka dni. Leny wciąż nie było, ani żadnej informacji o jej losie. Naprawdę się wtedy o nią bałem. Dopiero czwartego dnia zobaczyłem Marinę. Nie była taka wesoła jak wcześniej, ale i nie unikała mnie. Była zajęta, kiedy do nich podszedłem i tylko poprosiła, abym usiadł na fotelach w foyer, a kiedy będzie wolna, wtedy to do mnie podejdzie. No i po kilkunastu minutach spełniła obietnicę.
    Na moje pytanie odpowiedziała bez ogródek, że Lena jest u jednej ze swoich koleżanek i płacze. Nie, nie dlatego, że ją skrzywdziłem, ale dlatego, że jestem żonaty. Marina stwierdziła jeszcze, że trochę Leny nie rozumie. Ona, Marina znaczy się, gdybym tylko chciał, to może się ze mną przespać i na pewno płakać z tego powodu nie będzie. A Lena pewnie jutro do pracy przyjdzie, tylko czy zechce ze mną rozmawiać, ona tego nie wie. Po czym cmoknęła mnie w policzek na pożegnanie i wróciła do recepcji.
    Posiedziałem jeszcze chwilę, przemyślałem to i owo, po czym podszedłem znów do Mariny, żeby umówić się na późniejszą pogawędkę. Ale ona kończyła pracę i wybierała się do domu. Nic z tego nie wyszło.

    Rano, kiedy szedłem do pracy, Leny jeszcze nie było. Kiedy zaś wróciłem, dziewczyny w recepcji rozkładały ręce. Niedawno była, ale chyba poszła do domu, bo już z pół godziny jej nie było. Jedna z nich nawet poszła sprawdzić Leny biuro, ale drzwi były zamknięte.
    Nie miałem siły sterczeć tam przed recepcją, więc zrezygnowany powlokłem się do swojego pokoju. Najwyraźniej nie chciała się ze mną widzieć. Trzeba będzie przełknąć tę gorzką pigułkę i zapomnieć. Bo niby co miałem robić? Postanowiłem upić się na smutno. Sam.
    Jeszcze nie zdążyłem dobrze włożyć pantofli na nogi, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. A za nimi stała… Lena. Nie chciała wchodzić, jednak pociągnąłem ją za rękę i zamknąłem drzwi. Powiedziała, że przyszła się pożegnać.
    Poprosiłem, żeby usiadła i spokojnie ze mną porozmawiała. Krzywiła się wtedy i opierała, jak w łóżku kilka dni temu, ale w końcu usiadła i zaczęliśmy rozmowę.

    Wyglądało na to, że Lena tym razem nie kokietuje, ani niczego nie skrywa. Powiedziała mi wprost, że łóżka ze mną nie planowała, chociaż od dawna bardzo jej się podobam. I od dawna sprawdza o mnie wszystkie informacje, jakie tylko może znaleźć. Przychodziła tu do pokoju również pod pretekstem kontroli pokojówek, żeby się zorientować, czy nie ma gdzieś śladów pobytu kobiet. I chociaż docenia fakt, że powiedziałem jej otwarcie, iż jestem żonaty i naprawdę było jej ze mną dobrze, to ona nie potrafi tak żyć i ciągle myśleć o tym, że jest tą drugą.
    Nie chciała alkoholu, więc początkowo sam wypiłem kilka kieliszków wódki, po prostu z nerwów. Niby rozmawialiśmy spokojnie, ale była jak zaczadzona. Coś sobie wbiła do głowy i nie mogła się tego pozbyć. Próbowałem potem przytulić ją delikatnie, ale wszystko na nic. Nie sprzeciwiała się, nie awanturowała, ale była jak kłoda drewna. Nie przejawiała żadnej aktywności.
    Chociaż nie, pomagała mi w nakryciu stołu i zrobieniu kawy. I nawet pogroziła palcem za prywatny, elektryczny imbryczek, który służył mi do zagotowania wody. Dopiero kiedy spokojnie wypiliśmy kawę, kiedy tematy naszej rozmowy zeszły na moją pracę, na hotel, na plany, trochę się rozchmurzyła i nawet uśmiechnęła kilka razy.
    A potem, udało mi się ją namówić na jeden kieliszek, po kilkunastu minutach na drugi… a potem… potem nasze ręce spotkały się przy robieniu kanapek na kolację…
    Zaskoczeni dotykiem, spojrzeliśmy sobie w oczy i… porzuciwszy wszystko zaczęliśmy się całować jak opętani. Nic się już nie liczyło, nic nie było ważne, niczego więcej nam nie było trzeba… zaraz też wylądowaliśmy w łóżku.

    Tym razem Lena ani myślała o jakimś oporze. Nawet nie dała się rozbierać, tylko szybko rozebrała się sama. A na moje pieszczoty reagowała z taką zachłannością, jakbyśmy nie widzieli się miesiącami. Nic więc dziwnego, że szybko dotarliśmy do mety. A potem długo leżała wtulona we mnie, nic nie mówiąc i zmuszając mnie do milczenia. Tylko mojej dłoni pozwoliła gładzić leniwie jej ciało.
    Kolację zjedliśmy późno, ubrani tylko w moje podkoszulki. Lena zachowywała się teraz tak, jakby od zawsze była tu gospodynią. Ale była całkiem spokojna i dość czuła. To mnie ośmieliło do zapytania o jej sytuację rodzinną. Odpowiedziała, że tutaj się urodziła, mieszka z matką, a w ogóle to jest bezdzietną rozwódką. Od prawie dwóch lat. Z mężem się rozstała, bo za dużo pił i próbował na nią podnosić rękę.
    Nie była zbyt wylewna. Wypowiadała się jakby z przymusem, tak ogólnie, bez wdawania się w szczegóły. Nadal nie wiedziałem gdzie mieszka i jaki ma numer telefonu. Ale nie naciskałem. Skoro nie chce mówić sama, mogłem poczekać. Wypiliśmy jeszcze trochę alkoholu i spokojnie poszliśmy spać. A rankiem sama mnie obudziła i sprowokowała do kochania się. Trochę nam to czasu zajęło i potem szybko uciekała, żeby nie spóźnić się do pracy. Brzmi to nieco śmiesznie, ale tak właśnie było! Pracę miała osiem kondygnacji niżej i żeby jeszcze się spóźnić…

    Ale gdy wychodziła, sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej niż za pierwszym razem. Zapowiedziała, że wieczorem będzie na mnie czekała.
  • #21
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Kiedy wróciłem do hotelu, Leny w recepcji nie było. Zapytałem o nią żartobliwie, jednak żadna z dziewczyn niczego nie wiedziała. Powiedziały, że do domu raczej nie pojechała, bo jeszcze niedawno była, ale więcej niczego nie wiedziały.
    To była inna zmiana. Nie chcąc ich wtajemniczać w nasz związek, udałem lekceważenie i obojętność, po czym sztywno podszedłem w stronę wind. Nie muszą wszystkiego wiedzieć. Lena obiecywała, że wieczorem będzie czekać…
    Tak właśnie było. Siedziała w fotelu i oglądała program telewizyjny. Na stoliku stała przygotowana kolacja, a w szafie na półkach leżały wyprasowane i równiutko złożone, moje porzucone wcześniej koszule. Na wieszaku zaś wisiały wyprane i wyprasowane spodnie.
    Zapytałem kto to robił. Odparła, że jej dziewczyny i trzeba będzie im coś odpalić za taką przysługę. Jednak kwota, jaką wymieniła, była tak śmiesznie niska, że dałem jej chyba z pięć razy więcej, aby je nagrodziła. I już do końca pobytu miałem zapewnioną opiekę serwisową związaną z odzieżą. Ponoć tylko nieliczne miały zaszczyt zajmować się moimi koszulami.

    Pukanie do drzwi przywróciło mi świadomość. Zorientowałem się, że po wejściu nawet nie usiadłem na krześle. Cały czas stałem i wpatrywałem się w to wielkie, podwójne łoże, które było tu standardowym wyposażeniem pokojów. A przecież jeszcze bagaże miałem zupełnie nie rozpakowane.
    - Proszę wejść! – zawołałem. To mogła być tylko Anka, więc wołałem po polsku. Ale pukanie powtórzyło się. Spojrzałem na drzwi… no tak, mogłem wołać długo. Zamki nie pozwalały na otwarcie drzwi od zewnątrz za klamkę. Musiałem podejść do drzwi i otworzyć je sam.
    - Ja już jestem gotowa – zameldowała. – Wszystko poukładane i mogę jechać z powrotem. A pan?
    - A ja jeszcze nie kiwnąłem palcem – odpowiedziałem jej spokojnie. Roześmiała się, ubawiona.
    - Och, ciekawe nad czym pan się tak zamyślił!
    Sądziła pewnie, że sobie zażartowała. I chyba nie wierzyła, że trafiła w sedno…
    - Masz rację, zamyśliłem się – odpowiedziałem. – A o czym myślałem? Aniu, chyba nie uwierzysz. Zastanawiałem się, czy w tym pokoju już byłem.
    - Pan? Pan tutaj był? – nie ukrywała zdziwienia.
    - Aniu, ja w tym hotelu poznałem chyba wszystkie jego zakamarki. Ale to dawne dzieje, nie będziemy teraz o tym mówić. Poczekaj chwilkę, rozłożę swoje rzeczy, żeby się nie mięły i zaraz wychodzimy.
    Szybko porozkładałem garderobę na półkach w szafie. Anka w tym czasie prześliznęła się wzrokiem po wnętrzu.
    - Pan ma taki sam układ jak i u mnie – powiedziała.
    - Chyba jednak nie – odparłem. – Ty masz lustrzane odbicie. Tak tu jest, niemal w całym hotelu, o ile dobrze pamiętam. Te pokoje występują naprzemiennie. Oprócz apartamentów i numerów przewidzianych dla osób niepełnosprawnych.
    Zastanowiła się i przyznała mi rację.
    - To chyba ten fakt, że tutaj są takie same meble, sugeruje identyczność układu.
    - Masz rację. Ja po prostu o tym pamiętam więc się nie mylę.
    - A nie wie pan który pokój ma szefowa?
    - Wiem – odpowiedziałem. – Ale to nie pokój. To duży apartament. Chcesz zobaczyć?
    - Teraz? A niby jak?
    - Zwyczajnie! – roześmiałem się. – Otworzymy drzwi, wejdziemy i pooglądamy.
    - Tutaj można otwierać cudze drzwi?
    - Jeśli ma się właściwą kartę, to można. Szefowa mi ją zostawiła – wyjaśniłem, widząc jej zdumioną minę.
    Była kompletnie zaskoczona.
    - Ale pan to ma układy z szefową!
    - E tam, zaraz układy – bagatelizowałem jej słowa. – To tak dla wygody. Po prostu wróci dzisiaj później niż ja i poleciła mi na siebie czekać.
    - W swoim apartamencie?
    - A dlaczego nie? – zdziwiłem się. – Przecież chyba kiecek jej nie zabiorę!
    Anna parsknęła śmiechem i aż usiadła na łóżku.
    - No nie… wyobraziłam sobie pana w sukience… – śmiała się w głos.

    U Dorotki było posprzątane, a po naszym śniadaniu nie było śladu.
    - Tu jest salon – tłumaczyłem – obok łazienka, a z tej strony sypialnia. A za łazienką są schody na piętro. Tam też jest łazienka, mały przedpokoik i jeszcze dwie sypialnie…
    - Skąd pan to wie? – przerwała mi. Jej głos wyrażał niedowierzanie. – Pan już to oglądał?
    - Teraz nie, ale mówiłem ci, że ja ten hotel znam doskonale z dawnych lat.
    - A wie pan, że wtedy, w Pokrzywnie, jakoś nie mogłam uwierzyć, że pan w ogóle zna Moskwę. Nie potrafiłam przyjąć do wiadomości, że w ogóle ktoś mógł tu przebywać i mieszkać. Moi znajomi zawsze nas wschodem straszyli. Że tu strzelają, że biją, że bieda, że strasznie…
    - Więc teraz sama widzisz. Nie słuchaj ludzi. Ja też to słyszałem przed laty. Mało tego, byli tacy, co już po moim powrocie opowiadali mi, jak tutaj jest. I tłumaczyli, że oni dobrze wszystko wiedzą. A jakich rad udzielali! Z czasem, to już nawet nie mówiłem, że ja właśnie stąd wróciłem i sam najlepiej wiem jak wygląda rzeczywistość. Bo moje relacje mało kogo interesowały. Było w nich za mało sensacji, natomiast przede wszystkim była normalność. A to ludzi nie interesuje.
    - Ja też zorientowałam się już w tym wszystkim. I o ile na początku, naprawdę miałam wątpliwości, to teraz czuję się tu zupełnie bezpiecznie.
    - I bardzo dobrze. Chodźmy, pojedziemy do siebie. Pogadamy sobie na miejscu. Dzwoniłaś do swojego Krzysztofa?
    - On jeszcze nie jest mój! – zaprotestowała, ale wyraźnie żartobliwie. – Na razie tylko się o mnie stara.
    - Nieważne, to są szczegóły, które mnie akurat mało interesują. Ważne jest to, że być może wieczorem będziesz potrzebowała towarzystwa. A do tego celu, może ci posłużyć.
    - A może, może…
    - Więc zaproś go, chociaż na razie tylko warunkowo. Jeśliby coś uległo zmianie, niech przypadkiem się nie obrazi. Jakby coś, to kiedyś mu to odrobię i zaproszę was obydwoje. Możesz go zapewnić.
    - Może lepiej niech pan już nie odrabia, co?
    - Nic mu się nie stanie, będzie żył! – śmiałem się z jej zastrzeżeń.
    Wyszliśmy z apartamentu i zamknąłem drzwi. A potem zjechaliśmy na dół.

    Samochód wciąż czekał, ale jazda nie poszła nam tak gładko.
  • #22
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Ogromny ruch w centrum powodował, że co chwilę zatrzymywaliśmy się w korku. I dopiero tuż przed drugą byliśmy w banku. Ale i tak było jeszcze sporo czasu do godziny wyznaczonej przez Dorotkę.
    Zajrzałem do sekretariatu Lemiechowa i zapytałem co się zmieniło. Kobiety odparły, że nic. Nadal wszyscy siedzieli w gabinecie. Znaczyło to, że Dorotka realizuje swój plan. I bardzo dobrze.

    Mieliśmy jeszcze godzinę czasu, dlatego wyciągnąłem Ankę do pobliskiej kafejki na jakąś przekąskę. Znajdowała się po przeciwnej stronie ulicy. Zjeść coś było trzeba, bo nie wiadomo, kiedy będziemy mieli na to czas. Wróciliśmy tuż przed trzecią i teraz już spokojnie można było oczekiwać na wezwanie.
    Było dwadzieścia minut po piętnastej, kiedy doczekaliśmy się. Tatiana Aleksandrowna powiadomiła nas, że jesteśmy proszeni do prezesa Lemiechowa. Rozmowę trzeba było zakończyć w pół zdania i zameldować się w sekretariacie. Ale zauważyłem, że Grycynin nas wyprzedził. Czyli pierwszy dowiedział się o wezwaniu.

    Swietłana Władimirowna bez wahania wskazała na drzwi gabinetu. Weszliśmy do środka i zobaczyłem, że Dorotka siedzi za stołem konferencyjnym obok Lemiechowa, przy niej bankowa tłumaczka, a dalej Olga Zwieriewa i Wichariew. Grycynin po wejściu usiadł obok Wichariewa. Natomiast wolne miejsca pozostawały po drugiej stronie stołu. Dorotka wskazała Ani miejsce właśnie tam, a ja usiadłem obok. Trochę bliżej końca stołu.
    Zaczęła Dorotka. Mówiła po angielsku, a tłumaczka półgłosem przekładała to na rosyjski.
    - Ponieważ są jakieś problemy z dostępem do materiałów źródłowych działów analiz oraz do opracowań, poprosiłam tutaj państwa, aby poznać te problemy i je rozwiązać. Proszę pana prezesa o przedstawienie całej sprawy.

    Pierwszy raz słyszałem Dorotkę podczas oficjalnego wystąpienia, nie licząc jej przemówienia na bankiecie i spotkań po balu. I od razu pomyślałem, że lepiej jej nie mieć po przeciwnej stronie. Głos miała miły, lecz nie pozostawiający nikomu cienia wątpliwości, kto tutaj rządzi.
    - Właściwie… to nie ma większych problemów – pojednawczo zaczął Lemiechow. – Chodzi tylko o to, że skoro mamy dwa piony, to one powinny wymieniać się informacjami bazowymi. A pan Tomasz zamieszcza w systemie swoje materiały albo po polsku, albo wcale… no i jeśli nawet coś jest, to dla naszych pracowników jest zupełnie nieprzydatne. Gdyby one były po rosyjsku, albo angielsku…
    - Czy jeszcze ktoś chce zabrać głos w tym temacie? – przerwała mu Dorota. Zapadła cisza. Ani Olga, ani Wichariew nie przejawiali ochoty na dyskusję. Chyba coś czuli.
    - Panie prezesie – kontynuowała Dorota. – Skoro nikt nie ma nic do dodania, to ja pana poproszę o udzielenie mi kilku informacji. Parę tygodni temu wydałam polecenie udostępnienia panu Baryckiemu materiałów działu analiz. Dlaczego moje polecenie nie zostało wykonane?
    - Ja pani już meldowałem, mieliśmy problemy z informatykiem, wyjechał na jakiś czas… – tłumaczył się Lemiechow.
    - To wiem. Jeszcze coś? – Dorota bezceremonialnie rozdawała karty w tej grze, nie bawiąc się w grzeczności. Grycynin podniósł rękę.
    - Proszę mówić Pawle Wasiliewiczu – popisała się pamięcią.
    - Dlaczego pan Tomasz ma mieć dostęp do wszystkiego, co wypracowali moi ludzie, a sam nie chce udostępnić niczego z tego co on wie?
    - Dziękuję, czy jeszcze ktoś chce coś dodać? – Dorota nadal nie pozwalała na paplaninę. Ucinała sprawy króciutko. Rzuciła okiem na wszystkich dookoła, mnie nie wyłączając, ale trwała cisza. Nikt się nie wychylał.

    - Więc proszę pań i panów, odpowiadam wszystkim po kolei – zaczęła. – Pana, Pawle Wasiliewiczu informuję, że w tym banku strategię działania, jak również to wszystko co z tej strategii wynika, ustala właściciel. I to właściciel decyduje między innymi o tym kto i w jakim zakresie uzyskuje dostęp do informacji niejawnych oraz poufnych. I na razie, to ja reprezentuję właściciela i ja wydaję polecenia. Nie tylko jako przewodnicząca rady dyrektorów tego banku, ale również jako szef departamentu w korporacji Solution Inc., nadzorującego wszystkie inwestycje w tym regionie.
    Dlatego też ja zadecydowałam, że pan Barycki ma mieć swobodny dostęp do tego wszystkiego, co wypracują pana ludzie, bo to bank im płaci, a nie pan. Czy to jest jasne? I jeszcze jedno. Jeśli się dowiem, że stwarza pan jakiekolwiek trudności w kontaktach pana Tomasza z pracownikami pana działu, to zażądam od Igora Stiepanycza odwołania pana ze stanowiska. To samo dotyczy kontaktów pani Anny. Nie po to pracują tutaj daleko od domów i rodzin, by tracić czas na dziecięce podchody z panem i z pana poglądami. A o tym, czy pan i inni będą mieli dostęp do ich materiałów, również zadecyduję ja. I nie sądzę, bym wyraziła zgodę, więc proszę jej nie oczekiwać. To nie są materiały przeznaczone dla pana, a wyłącznie dla mnie. A ja nie mam zamiaru dzielić się nimi z panem.

    Nastąpiła krótka przerwa i cisza niemal sterylna. Gdyby tu były muchy, to na pewno byłyby najbardziej słyszalne. Ale nie trwało to długo, Dorota wzięła oddech i kontynuowała.
    - Pana, Igorze Stiepanyczu, informuję o moim postanowieniu i czynię odpowiedzialnym za jego wykonanie. A to postanowienie brzmi następująco: Pan Tomasz i pani Anna najdalej od najbliższego poniedziałku mają mieć dostęp do wszelkich informacji bankowych, oprócz obsługi finansowej bieżącej, czyli detalu i kredytów klientów. To im niepotrzebne. Poza tym, powtarzam, do wszystkiego, łącznie z kredytami inwestycyjnymi. Czyli zarówno do informacji pionu Pawła Wasiliewicza, jak i do analiz finansowych Borysa Nikołajewicza. I zapowiadam, że jeżeli w poniedziałek rano nie zobaczę na swoim biurku w Nowym Jorku pana sprawozdania o wykonaniu mojej decyzji, to tolerowania tego stanu nie może się pan spodziewać. Najwyżej może pan wykorzystać różnicę czasu pomiędzy Moskwą a Nowym Jorkiem, więc jeszcze raz: poniedziałek wieczór tutaj, to dla mnie rano i początek pracy. I na początek dnia chcę dostać od pana meldunek o wykonaniu polecenia. Myślę, że to jest dla pana zrozumiałe? – spojrzała na Lemiechowa.
    - Czyli mam jeszcze poszerzyć dostęp w porównaniu z pani poprzednią decyzją? – upewniał się Lemiechow.
    - Tak, panie prezesie. Dokładnie tak! – potwierdziła Dorota. I zaraz mówiła dalej. – Chcę, żebyście państwo zrozumieli, że Tomasz i Anna są mi tu bardzo potrzebni i nie po to, żeby wam patrzyć na ręce. Oni się wami zupełnie nie zajmują. A co tutaj robią, to jest już moja sprawa. Mogę tylko dodać i was zapewnić, że nie robią niczego, co byłoby naruszaniem prawa Federacji Rosyjskiej.
    I powiem wam jeszcze jedno. Otóż pełnicie panie i panowie swoje funkcje dlatego, że mam do was zaufanie. Gdy tego zaufania mi zabraknie, nie będzie tu was ani jednego dnia dłużej. A skoro ja wam ufam, to proszę również o minimum zaufania do mnie i do moich decyzji. I proszę więcej nie lekceważyć moich instrukcji, bo na to sobie nie pozwolę. Tego wszyscy państwo możecie być pewni.
  • #23
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Mam też jeszcze jedną sprawę z tym związaną. Otóż proszę już teraz wystąpić do odpowiednich władz o przedłużenie wiz pobytowych dla Anny i Tomasza, oraz o zezwolenia na ich pracę. Być może jeszcze też dodatkowo dla trzeciej osoby. Jej dane przekażę nieco później, kiedy ostateczna decyzja zapadnie. I zapowiadam, że jeśli ktoś coś zaniedba, albo będą jakieś wewnętrzne trudności z załatwieniem tych spraw, to nie zawaham się przed wyciągnięciem konsekwencji w stosunku do całego zarządu. Niech nikt nie szuka tu pretekstu do załatwiania jakichś swoich wyimaginowanych problemów i nie próbuje utrudnić mi realizacji planów.
    Mam nadzieję, że więcej nie będę musiała się tym zajmować i obejdzie się bez niespodzianek. Czy jeszcze ktoś chciałby czegoś się dowiedzieć?
    W gabinecie panowała cisza.

    - Skoro nikt nie chce niczego mówić, to i ja pominę milczeniem pytanie, skąd ogólnie wiadomo, co pan Tomasz ma w swoich zasobach i w jakim języku jest to napisane? Przecież kod dostępu powinien mieć tylko pan prezes, no i pan Tomasz, prawda? – Dorotka patrzyła na Lemiechowa. Ten siedział w milczeniu. – W ogóle, to cieszę się, że wypływ informacji niejawnych miał miejsce tylko w obrębie banku. Chyba zdajecie sobie państwo sprawę z tego, że gdyby tak wypłynęły informacje o klientach, a jeszcze poza bank… Wtedy raczej nikogo z was tu już by nie było. Mam nadzieję, że jestem dobrze rozumiana – Dorota znów spojrzała po zebranych. – I chyba już nie znaleźlibyście państwo pracy w sektorze bankowym.
    Dlatego nie sądzę, że będzie zaskoczeniem, jeśli na koniec zażyczę sobie przeglądu kwestii dostępu do tajemnicy bankowej, stosowanych tutaj procedur, oraz ich przestrzegania. Jak się panie i panowie w zarządzie podzielicie tym zadaniem, to już wasza sprawa, ale po dwóch, a najpóźniej po trzech tygodniach, czyli po dwudziestu jeden dniach, chcę otrzymać raport o analizie całego tematu, o przyczynach zaistniałego zaniedbania, a także o proponowanych zmianach w procedurach, oraz kwestię wyciągnięcia wniosków łącznie z zastosowanymi konsekwencjami wobec osób winnych. I również proszę tego nie zbagatelizować. To nie są żarty, chciałam wszystkich uprzedzić. Wszyscy członkowie zarządu proszeni są o podpisanie raportu. Powtarzam, wszyscy!
    Zapowiadam też, że do banku zostaną skierowani przedstawiciele Solution Inc do spraw bezpieczeństwa, w celu sprawdzenia i analizy systemów wewnętrznych. Kim oni będą i kiedy to nastąpi, tego jeszcze nie wiem. O wszystkim będę informowała pana prezesa na bieżąco. Na razie jedynie sygnalizuję temat, bo stał się problemem.
    I jeśli nie ma już innych spraw, to ja wszystkim dziękuję, chyba, że pan prezes coś jeszcze chciałby dodać.
    Lemiechow rozejrzał się po siedzących.
    - Ja również dziękuję już przybyłym. Jednak prosiłbym jeszcze panią przewodniczącą o chwilę spotkania z samym zarządem.
    Wstałem od stołu. Nic tu po mnie.
    - Tomek! – usłyszałem cichy głos Dorotki. Popatrzyłem w jej stronę. – Poczekaj na mnie.
    Skinąłem głową na znak, że zrozumiałem i wyszedłem. A za mną Anna i Grycynin. Po nich zaś tłumaczka. Nie zatrzymywali się w sekretariacie, przechodząc obok w milczeniu, ja jednak przystanąłem, bo nie bardzo wiedziałem gdzie mam czekać.

    Kiedy drzwi za nimi się zamknęły, zrobiło się jakoś cicho. Sekretarki spoglądały na mnie z zainteresowaniem.
    - Jak się panu spodobała pani przewodnicząca, bardzo ostra? – konfidencjonalnym tonem i tak jakoś łagodnie zapytała Swietłana. Aż się zdziwiłem, bo dotychczas nie prowadziliśmy takich rozmów. Ale miałem świetny nastrój, więc postanowiłem pobawić się z nimi odrobinę.
    Pokręciłem głową, jakbym sam nie dowierzał.
    - Igor Stiepanycz to przy niej łagodna owieczka – odparłem. – Naprawdę! Ależ ta jej uroda jest myląca – westchnąłem. – Jaka ładna, taka ostra. Niczym skalpel!
    - Rzeczywiście, jest bardzo ładna, to trzeba przyznać. Modelka po prostu – przyznała Swietłana. Była teraz znacznie łaskawsza dla mnie, jakby przeczuwała wynik narady.
    - Mnie też się ona bardzo podoba – udawałem, że żartuję. – Chętnie bym się z nią ożenił!
    - Ho, ho, ho… wysoko pan zamierzył, panie Tomaszu! – roześmiała się. – A nie zapytał pan przypadkiem pani przewodniczącej, co ona o tym myśli?
    - O ożenku ze mną? Jeszcze nie zapytałem, ale myślę, że powinna się zgodzić.
    - Taki pan pewny? Pewnie niejeden by tego chciał – lekceważącym i ironicznym tonem zauważyła Alona, włączając się do naszej rozmowy.
    - Alona, panowie w pewnym wieku to zawsze tak… są tacy bojowi! – Swietłana nie kryła tego, jakie ma zdanie o moim pomyśle.
    - Ciekawe, jak długo by się śmiała, gdyby pan naprawdę tak zrobił! – głośno zastanawiała się Alona.
    - Myślę, że wcale! – odparłem krótko, udając naiwnego. – Bo to przecież poważna decyzja. Wręcz życiowa!
    Obydwie roześmiały się na cały głos.
    - Niech pan uważa, bo jak się zgodzi, to będzie miał pan poważny kłopot! – Swietłana kpiła sobie w żywe oczy, a Alona wciąż chichotała. Ja jednak nadal grałem swoją rolę.
    - A tam zaraz kłopot… Nie z takich kłopotów się wychodziło w życiu.
    - To ile razy był już pan żonaty? – Swietłana drążyła temat nadal. – Proszę się przyznać.
    - Tylko jeden – odparłem, bezradnie rozkładając ręce. – Od dzieciństwa mam ciągle jedną i tę samą żonę.
    Znów się roześmiały.
    - O, to wcześnie pan zaczynał! – stwierdziła Alona.

    Szczęk otwieranych drzwi gabinetu przerwał jej wypowiedź. Z gabinetu wyszli Zwieriewa i Wichariew, a za nimi Dorotka w towarzystwie Lemiechowa. Jeszcze idąc, dopinała płaszcz, czyli było po nasiadówce. Pewnie teraz pojedzie do ambasady. Wszyscy mieli dość spokojne miny, czyli tematy ostatnio poruszane nie należały do najtrudniejszych.
    Poza pobieżnym rzutem oka w moją stronę, nie poświęcała mi specjalnej uwagi, więc wyszedłem z sekretariatu, ale nie zamykałem drzwi. Słyszałem teraz, jak Lemiechow dzwoni gdzieś z komórki, pewnie dzwonił po jej samochód, potem jeszcze chwilę rozmawiali, wreszcie Dorotka pożegnała się po rosyjsku z sekretarkami i wyszła na hall, gdzie na nią czekałem.
    - Jesteś – powitała mnie cichym głosem. – Słuchaj, mamy małą zmianę planów.
    - Oho, coś się jednak wydarzyło?
    - A żebyś wiedział! – uśmiechnęła się. – Musiałam się zgodzić, żeby im trochę osłodzić mój występ. Wiesz, samym batem daleko się nie zajedzie. Trzeba też dać trochę marchewki.
    - To mów o co chodzi, bo pewnie się spieszysz.
    - Ale jesteś niegrzeczny, tak mnie popędzać – aż cofnęła się o krok, patrząc na mnie z przymrużonym jednym okiem.
    - Jeszcze jak niegrzeczny! – potwierdziłem ironicznie. – Przed waszym wyjściem z gabinetu, powiedziałem sekretarkom, jak bardzo mi się podobasz i że chętnie bym się z tobą ożenił.
    - A one co na to?
    - Powiedziały, żebym bardzo ostrożnie zapytał ciebie, co o tym sądzisz.
    - Dlaczego ostrożnie?
    - Dlatego… żebyś nie padła ze śmiechu.
    - No widzisz, nie padłam – roześmiała się. – Szkoda, że wcześniej tego nie wiedziałam.
    - A po co miałabyś wiedzieć?
    - Chociażby po to, żeby ciebie objąć w sekretariacie. Nie chciałbyś? – patrzyła na mnie uważnie. Ale całą frazę powiedziała tak sztucznie, że nie wiedziałem jak to potraktować. Jako żart, czy jakąś próbę wysondowania mojej opinii. Udałem, że w to wierzę.
    - Chciałbym. Pewnie, że chciałbym. Ale by im szczęki opadły!
    - No właśnie. Zrobię to, ale innym razem – skomentowała moje słowa beznamiętnie. – Nie będziemy teraz tam wracać. Chodź, odprowadź mnie do samochodu, wszystko opowiem ci po drodze.

    Ruszyliśmy, a Dorotka kontynuowała.
  • #24
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Po pierwsze, idę dzisiaj na kolację z zarządem. Nie wypadało odrzucić zaproszenia, więc je przyjęłam, ale jako dwuosobowe, z osobą towarzyszącą. Pewnie nie planowali tego wcześniej, ale skwapliwie się zgodzili. Więc idziemy, a właściwie jedziemy wieczór na kolację i tym razem to ja nie wiem gdzie. O wpół do ósmej ma czekać na nas samochód. To jest pierwsza sprawa. A druga jest taka, że poprosiłam ich również o zaproszenie Ani z jej partnerem, pod pretekstem tego, że chcę go poznać. Nie będę miała kiedy tego zrobić, bo wszystko miałam zaplanowane na dzisiejszy wieczór. Więc przyjęto to wprawdzie bez zachwytów, ale i bez problemów. Dlatego idź zaraz do Ani, niech załatwia to jak chce, ale wpół do ósmej mają być gotowi we dwoje z tym Krzysztofem.
    - A Lemiechow nie uważa, że wybierasz się na kolację z tym Markiem?
    - Pewnie tak, ale teraz mało mnie interesuje co on sobie myśli. Ja miałam na myśli ciebie i na kolację wybieram się z tobą. Jasne? A w ogóle, to powiedz mi jak ci się podobało całe zebranie?
    - O Boże, jakbym nie widział i nie słyszał, to chyba bym nie uwierzył. Myślałem, że ja ciebie znam, a tu guzik! Takiej Dorotki to jeszcze nigdy nie widziałem!
    Zaśmiała się serdecznie.
    - Widziałeś, widziałeś, tylko przy tobie nigdy tak długo nie przemawiałam.
    Odwróciła się na pięcie i przytrzymując mnie za rękaw, lekko uścisnęła moją dłoń. Po chwili wyszliśmy z budynku.

    Samochód już czekał na podjeździe. Ochroniarz otworzył drzwi, Dorota wsiadła i przez otwarte drzwi pomachała mi ręką.
    - Jedźcie z Anią do hotelu i zajmijcie się przygotowaniami.
    - W porządku, będę czekał!
    Też pomachałem jej ręką, ale drzwi szybko się zamknęły i samochód odjechał. Poprzez ciemne szyby audi nie widziałem nawet jej sylwetki.
    Wszedłem na górę, zahaczając o pokój Anki. Przekazałem jej informację i wtedy zaczęła zbierać się do wyjścia. Nie miała zbyt szczęśliwej miny. Samochodu nie mieliśmy i przyszło nam do hotelu pojechać metrem. Chociaż mnie to niespecjalnie przeszkadzało. Nawet lubiłem metro, pomimo ogromnego tłoku i konieczności niewygodnego stania w wagonie podczas jazdy. Przypominało mi dawne czasy, kiedy często podróżowałem z Leną i na ruchomych schodach całowaliśmy się tak samo, jak mnóstwo innych par...

    Pamiętam jak byłem zaskoczony pierwszym razem, gdy Lena poleciła mi stanąć o stopień niżej i odwrócić się do niej, a potem zarzuciła mi ręce na szyję, jednocześnie wpijając się w usta. A gdy oderwałem się od niej łapiąc oddech, powiedziała, bym rozejrzał się dookoła.
    Rzeczywiście. Nieważne, czy na schodach jadących w dół, czy do góry, mnóstwo par stało tak jak my, czule się obejmując. I nikomu nie przeszkadzała obecność innych ludzi. Mało tego, nikt nie zwracał na ich uwagi, a jeśli już, to patrzono na takich z sympatią.
    Tym razem byłem z Anią, więc żadnego całowania nie było. W dodatku mieliśmy sporo problemów, żeby trzymać się niedaleko siebie, bo tłok był potężny, jak zwykle zresztą. Ale w końcu udało nam się dojechać do stacji Majakowskaja i wydostać na powierzchnię. A tutaj spacer od stacji do hotelu był już czystą przyjemnością. Przypominałem sobie te wszystkie budynki po drodze. Jak ja dawno tu nie byłem! W dodatku dzisiaj, wszystko to mogłem już oglądać spokojnie. Postać Leny już mnie nie straszyła.

    W hotelu rozeszliśmy się do swoich pokojów. Nie dlatego, żebym próbował kamuflować się przed Anką, tylko chciałem zabrać swoje kosmetyki i coś do odziania. Bo postanowiłem wziąć prysznic w apartamencie i najspokojniej zdrzemnąć się w jej sypialni. Niech się dzieje co chce. Najwyżej mnie wyrzuci. Należało jednak wcześniej zadbać o koszule i spodnie na wieczór. Zadzwoniłem po pokojówkę, a kiedy przyszła, poprosiłem, aby wszystko mi wyprasowała. I kiedy jej płaciłem, zaczęliśmy ze sobą rozmawiać.
    Dowiedziałem się, że pracuje tutaj czwarty rok. Czyli Leny nie znała, bo znać nie mogła. Na wszelki wypadek zapytałem jednak czy zna kogoś, kto pracuje tutaj od początku, bo potrzebuję informacji o kimś, kto pracował przed laty. Uzyskałem tyle, że obiecała spróbować czegoś się dowiedzieć. Z identyfikatora dowiedziałem się, że na imię ma Roksana, więc jeszcze tylko obiecałem , że jutro też będę miał dla niej zlecenie i zabrawszy przygotowane rzeczy, wyszedłem z pokoju. Roksana miała klucz uniwersalny, więc da sobie radę sama.
    Poszedłem do apartamentu. Zaniosłem kosmetyki do łazienki, rozebrałem się i wszedłem pod prysznic. Woda leciała mi na głowę a ja zastanawiałem się dlaczego właśnie Lena ciągle przychodzi mi na myśl? Przecież to już tyle lat minęło! W dodatku nawet wtedy zbyt intensywnie jej nie szukałem...

    Po wysuszeniu włosów i ogoleniu się, włożyłem jeden ze szlafroków i opuściłem łazienkę. Zbliżała się piąta, mogłem przez chwilę poleżeć. Garnitur miałem już przygotowany, koszule też, pozostawało tylko wiązanie krawata, a z tym nigdy nie miałem kłopotów. Wyrabiałem się w pół minuty. Poszedłem więc do sypialni i zrzuciwszy szlafrok, nago zanurkowałem w chłodną pościel ogromnego, podwójnego łoża. Było chyba większe, niż te w naszych pokojach. I większe nawet niż tamto w Pokrzywnie…
    Zachowywałem się teraz trochę bezczelnie, bo tak naprawdę, nie wiedziałem które ze słów Dorotki były prawdziwe, a które miały być ironią. Ale pomyślałem, że nawet jeśli przesadzam, to przecież głowy mi nie urwie, najwyżej wyśmieje. A od tego się nie umiera.

    Na co miałem czekać? Od lat nie byliśmy tylko we dwoje. I od miesięcy nie spałem z żadną kobietą. Nie interesowały mnie, bo czekałem nie wiadomo na co. Przecież Dorotka nie robiła mi w zasadzie żadnych nadziei. Aż do dzisiaj… Zresztą, czy było to naprawdę, dopiero się okaże. Jednak przed samym sobą nie musiałem ukrywać, że pożądanie czułem już na lotnisku, na sam jej widok. I ten oszałamiający zapach perfum…

    Przez chwilę leżałem, wspominając tamte wieczory i noce w Pokrzywnie, aż oczy mi się zamknęły i zasnąłem. Wtedy przyśniła mi się… Lena. We śnie ją odnalazłem, po tamtym jej telefonie do Polski… i obiecywała mi, że wróci… A przecież wtedy nie wróciła. I nigdy jej nie odnalazłem.
  • #25
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Wszystko wydarzyło się po ponad trzy i pół rocznej, wspólnej idylli, zakończonej tak gwałtownie, pełnym krachem.

    Na początku, jeszcze w Salucie, zaczął się wręcz bajkowy okres mojego tam pobytu. Dwa na trzy wieczory, Lena spędzała ze mną, a kiedy w ten jeden jej nie było, gdyż jechała do domu, do matki, to zawsze w pokoju czekała na mnie gotowa kolacja i coś na śniadanie. Obiady natomiast jadałem w kafejce, niedaleko mojego miejsca pracy.
    Bo przyjechałem do Moskwy, aby przejąć przedstawicielstwo naszej firmy po koledze, który zjeżdżał do Polski. Miałem miesiąc, żeby wszystkiego się nauczyć i wszystko od niego przejąć. I po miesiącu zostałem tutaj szefem. Miałem do pomocy tylko jednego tubylca, który zresztą z pochodzenia okazał się Ukraińcem, oraz dojeżdżających okazyjnie później kolegów z firmy. Ale na razie sam miałem wszystko na głowie. Zarówno pilnowanie realizacji podpisanych już kontraktów, czyli terminów dostaw, wysyłek, realizacji płatności, załatwianie dodatkowych dokumentów, których nagle życzyli sobie celnicy, prowadzenie za rączkę nowych, przyjeżdżających kierowców TIR-ów, którzy nie znali tutejszych zwyczajów, jak i szukanie nowych możliwości handlu, negocjowanie kontraktów, podtrzymywanie starych kontaktów, czyli przeważnie mniejsze, albo i większe pijaństwa, oraz bieganie po wszystkich targach, prezentacjach i wystawach gospodarczych.

    Bardzo różnymi sprawami się tu zajmowałem. I byłem bardzo zadowolony, że Lena mnóstwo tematów organizacyjnych zdjęła mi z głowy. Chociażby pranie i prasowanie koszul. Traciłbym sporo czasu, a teraz nawet o tym nie myślałem.
    To był okres jeszcze przed rosyjską reformą walutowo - gospodarczą. Tutejsze ceny i zarobki były jeszcze socjalistyczne, ja natomiast zarabiałem w walucie. Każdego dnia miałem w kieszeni co najmniej dwa razy więcej niż wynosiła średnia miesięczna płaca w Rosji. Dlatego na wiele rzeczy mogłem sobie pozwolić. Jak dawniej Amerykanie w Polsce.

    Niestety, pobyt w hotelu nie trwał znowu tak długo. Mojej dyrekcji nie podobały się rosnące koszty zakwaterowania i dostałem zalecenie wynajęcia sobie mieszkania. Parę dni to trwało, bo mieszkanie po wyjeżdżającym koledze nie wchodziło w rachubę. Jednak Lenie udało się znaleźć dla mnie całkiem fajne, dwupokojowe lokum w bardzo dogodnym punkcie, bo blisko stacji metra, położonej na jej trasie do hotelu. I wtedy trochę się zmieniło.
    Mieszkaliśmy sobie po prostu we dwoje. Lena jeździła do pracy, ja jeździłem do pracy, a gdy zdarzało się, że jechała do domu „pomieszkać z matką”, przeważnie następnego dnia urywałem się z pracy i to ja jechałem do niej, do hotelu. Wtedy sprawdzała, który pokój jest wolny i tam się zamykaliśmy, odrabiając w łóżku zaległości.

    W tym czasie kończono budowę „Palace Hotel” i prowadzono nabór pracowników. Lena złożyła aplikację i przyjęli ją do pracy! Dostała tu znacznie wyższe wynagrodzenie, ale przybyło jej też obowiązków. Nie miała teraz tyle wolnego czasu. Znacznie wyższy standard hotelu wymuszał o wiele większą dbałość o klienta i dokładne wykonywanie zadań. Lena najczęściej pozostawała po godzinach, dlatego teraz ja przychodziłem z pracy pierwszy. A ponieważ nie chciałem sam siedzieć i gapić się w telewizor, to kilka razy pojechałem z pracy prosto do niej.
    Początkowo trochę się obawiałem, że może mieć jakieś kłopoty związane z moimi odwiedzinami, ale nic takiego nie nastąpiło. To były późne, wieczorne godziny, dzienna administracja już nie pracowała, a Lena była zadowolona, że przy niej jestem. Personel też szybko mnie poznał z widzenia i nawet z ochroniarzami nie miałem kłopotów. Dlatego po pewnym czasie zaczęliśmy tutaj robić to samo, co wcześniej w Salucie.
    I chociaż Lena coraz częściej jeździła do domu, bo jej matka chorowała, to kochaliśmy się w wolnych pokojach, a potem rozjeżdżali w różne strony. Ona do domu, ja do siebie. Ale bywało też, że zostawaliśmy w jakimś pokoju do rana.

    W ogóle, był to chyba mój najlepszy okres w Moskwie. Wprawdzie pracę miałem dość intensywną, ale obywało się bez większych nerwów i stresu. Dyrekcja była daleko, ja nieźle dawałem sobie radę, poza tym miałem regularne łóżko, niezłe jedzenie bez konserw, czyli bez przekleństwa pracy na delegacji, no i dość urozmaicone weekendy. Lena zabierała mnie ze sobą na imprezy do swoich znajomych, chcąc pewnie odreagować okres, kiedy była sama.
    Zaliczaliśmy urodziny, rocznice i wszystko, co tylko było okazją do jakiejś zabawy. Zresztą, my też organizowaliśmy kilka imprez u mnie. Jedna nawet skończyła się interwencją milicji… ktoś nas podkablował, że w nocy za głośno śpiewamy. Skończyło się na łapówce dwudziestodolarowej i stróże porządku sobie poszli.
    Była to równowartość miesięcznej pensji miejscowego urzędnika.

    Wszystko między nami układało się wtedy niemal wzorcowo. Prawie nigdy się nie kłóciliśmy. Lena nie dawała mi powodów do zazdrości, ja też nie oglądałem się za innymi kobietami. Nawet jej koleżanki na imprezach, czy też znajome z pracy, dziwiły się naszej harmonii i zazdrościły stabilizacji. Ale one nie wszystko wiedziały…

    Na tym niemal idealnym wizerunku były głębokie rysy. Jeździłem do Polski zaledwie cztery razy w roku. I najdłużej na dwa tygodnie. Ale już na kilkanaście dni przed każdym odjazdem, Lena zaczynała robić się nerwowa. Już mi dogryzała i widać było, że nie potrafi nad sobą zapanować ani o tym nie myśleć. Czyli o moim przyszłym spotkaniu z żoną. I o tym, że będę z nią spał.
    Wprawdzie przypadkowo odkryłem, że jej niechęć nie obejmuje mojej malutkiej Joasi, o której zawsze wyrażała się pieszczotliwie, pomagała mi wybierać w sklepach zabawki i dobierała różne dla niej prezenty, ale gdy tylko jakiś temat zahaczył o moją żonę, jej dobry nastrój diabli brali i długo nie mogła się wyluzować. Gołym okiem było widać, że gdybym był tu z córką, to z wielką radością by jej matkowała. Ale konkurencję by zniszczyła.

    Oczywiście, nigdy Lenie nie zaproponowałem żeby pomagała mi kupić jakiś prezent dla Marty. Wyjechałbym chyba co najmniej bez zębów.
    Zresztą, kiedyś po szampanie, żartowała sobie, że odetnie mi instrument gdy będę się szykował do wyjazdu i zostawi go sobie w szkatułce. Bo u niej będzie miał najlepiej.
  • #26
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Pierwszy mój wyjazd do domu na święta trwał dwanaście dni. Razem z podróżą. Jak Lena to przetrwała, dowiedziałem się dopiero po paru tygodniach od powrotu. Najpierw dość spokojnie odprowadziła mnie na dworzec Białoruski, a gdy pociąg odjechał, udała się do jednej ze swoich koleżanek i płakała przez cały wieczór, tak jak wtedy po naszej pierwszej nocy w „Salucie”.
    Na całe szczęście, tylko jeden dzień nie poszła do pracy i jakoś jej się upiekło. W każdym razie, podobno pokojówki w pracy bały się przez następne dni do niej podchodzić. A kiedy przed wyjazdem z Polski zadzwoniłem z pytaniem, czy zechce przyjść na dworzec, aby się przywitać, odpowiedziała krótko że jest zajęta, więc nie ma czasu na głupstwa.
    I nie przyszła.

    Pociąg przyjeżdżał około południa czasu moskiewskiego, więc kiedy zawlokłem się do mieszkania, było jeszcze stosunkowo wcześnie. Było pusto i na pierwszy rzut oka było widać, że dawno nikt tutaj nie zaglądał. Lena miała swój klucz, który dorobiliśmy gdzieś w kiosku przy metrze, ale najwyraźniej z niego nie korzystała. Lodówka straszyła bielą ścian, na półkach leżało tylko trochę zeschniętych resztek jakiegoś jedzenia. Nie było tu co robić.

    Poszedłem do pracy. Oleg, który tu dyżurował, ucieszył się na mój widok. Zaraz zarzucił też całą stertą informacji, z których każda była pilniejsza od drugiej. Kiedy zapytałem o Lenę, odparł, że nie zaglądała tutaj, ani nie dzwoniła. Machnąłem więc ręką na wszystkie meldunki i powiedziałem mu, że z ich treścią zapoznam się jutro. A dzisiaj jestem zbyt zmęczony, aby pracować. I to była prawda.
    Nie potrafiłem na niczym się skupić. Byłem w stanie myśleć tyko o Lenie. Musiałem jechać do niej do hotelu, bo co mi pozostawało? Niepewność? Jak długo? Wiedziałem, że ona sama nie przyjdzie. Należało przeciąć sprawę, albo tak, albo tak. Wprawdzie hotel jako miejsce na podejmowanie takiej decyzji niezbyt mi odpowiadał, ale cóż… Tego też nie mogłem wybierać.
    A tam powitano mnie normalnie. Ochroniarz nie wiedział wprawdzie, gdzie mogę ją znaleźć, ale recepcjonistka podpowiedziała, że jest u siebie w gabinecie. Więc udałem się do niej, chociaż było to w strefie przeznaczonej wyłącznie dla personelu.

    Lenę zastałem siedzącą spokojnie za biurkiem i coś tam piszącą. Później się przyznała, że siedziała nad jakimiś starymi papierami i pisała głupstwa, żeby udawać pracę, bo nie mogła się na niczym skoncentrować. Ale wtedy tego nie wiedziałem. Grzecznie ją przywitałem i podszedłem, próbując pocałować w policzek. Usiłowała się odwrócić, ale nie zdążyła.
    Natomiast nie chciała patrzeć mi w oczy. Na moje pytania odpowiadała półsłówkami, trzymając głowę opuszczoną, a kiedy zapytałem czy źle się czuje, odpowiedziała, że nic jej nie jest. Widać było na kilometr, że nie chce ze mną rozmawiać. Nawet nie zaproponowała, żebym usiadł. Jeszcze ponowiłem kilka prób, starając się pytać o sprawy neutralne, takie o których można mówić z każdym, ale nadal tylko mi odburkiwała.

    W końcu nie wytrzymałem. Przeprosiłem za to, że zabrałem jej cenny czas i powiedziałem, że skoro nie ma dla mnie nawet krzesła, to nie będę jej więcej przeszkadzał i wyszedłem na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Zaraz przystanąłem na chwilę, żeby ochłonąć, ale to nic nie dawało. Ciśnienie miałem takie, że serce niemal wyskakiwało mi z żeber. Brakowało mi powietrza. Musiałem oprzeć się o ścianę.

    Nieoczekiwanie otwarły się za mną drzwi i wybiegła z nich Lena. Zobaczywszy mnie podeszła i zaproponowała, żebym wrócił. Nie opierałem się, poszedłem z powrotem na drżących nogach, bo czułem się fatalnie.
    Ale tym razem była zupełnie inna. Poprosiła bym usiadł i zaproponowała herbatę. Kiedy potakująco kiwnąłem głową, zaczęła mi się przyglądać, a po chwili zapytała co mi jest. Odparłem, że nic. Wtedy zamilkła i zaczęła się krzątać, opróżniając biurko z papierów i stawiając na nim jakieś ciasteczka, cukier… Co chwilę też ukradkiem sprawdzała mój wygląd. A mnie powoli, powoli, oddech się wyrównywał.
    Nie da się ukryć, że przed chwilą wkurzyła mnie potężnie. A teraz byłem po prostu zbyt słaby, by się na niej odgrywać. Nie miałem siły. Milczeliśmy więc obydwoje, aż na biurku pojawiły się filiżanki z herbatą. A potem usiadła naprzeciwko.

    Wreszcie spojrzeliśmy sobie w oczy. Długo patrzyła. Żadne nie odezwało się ani słowem. Po chwili położyła swoją dłoń na mojej, leżącej na biurku. A wtedy drugą ręką mocno pociągnąłem tę dłoń ku sobie. Musiała wstać, obejść biurko i podejść. A wtedy posadziłem ją na kolanach i uściskałem...
    Po kilku minutach brałem prysznic w łazience jednego z pokojów, a ona myła mi plecy.

    Przez kilkanaście następnych dni nie padło ani jedno słowo na temat mojego przyjazdu. Rozmawialiśmy tak, jakby tego nigdy nie było. I z czasem Lena się rozluźniła. Wtedy również przyznała się do niektórych swoich zachowań, kiedy byłem w Polsce. Resztę opowiedziała mi Marina, z którą kiedyś porozmawiałem na jednej z imprez weekendowych.
    Od Mariny też dowiedziałem się, że poprzednie związki Leny rozpadały się przeważnie dlatego, że zawsze była bardzo zaborcza i zazdrosna. A teraz jej znajomi po cichu się dziwią, że nie kłócimy się publicznie, nie obrzucamy wymówkami i nasz związek spokojnie sobie trwa, bo Lena potrafi trzymać nerwy na wodzy. Wtedy zrozumiałem, że skoro na co dzień nie demonstruje zazdrości, to pewnie cała jej „zazdrosna” energia ukierunkowała się i skoncentrowała na moich wyjazdach. Nie było to zbyt optymistyczne na przyszłość.

    Na razie jednak, nie miałem żadnych powodów do narzekań. Lena dbała o mnie znacznie lepiej niż żona. Była takim skrzyżowaniem matki, żony i kochanki. Zawsze starała się, żebym wszystko miał na czas. Nawet wtedy, kiedy jechała do domu, to dzwoniła i przypominała co mam zrobić. Na przykład wrzucić pranie do pralki, albo coś tam kupić, czy nawet obejrzeć ciekawy program w telewizji. I sama prasowała moje koszule, chociaż często powtarzała, że jest to najbardziej nielubiane przez nią zajęcie na świecie.
    Ale takie rozstania zdarzały się nam coraz rzadziej. W końcu zaprosiła mnie do domu i przedstawiła matce. Kilka razy zostawałem też u niej na noc, chociaż przeważnie jednak sypialiśmy u mnie, albo w hotelu. A jeśli chodzi o seks…

    To w ogóle był ewenement. Lena uważała, że seks należy się mężczyźnie jak psu zupa i facet nie ma prawa wychodzić z domu niezaspokojony. Nigdy jej nie „bolała głowa”, ani nigdy się nie tłumaczyła, że jest niedysponowana, wręcz przeciwnie. Jeśli wiedziała, że następnego wieczoru nie spędzimy razem, to chociaż kochaliśmy się wieczór, rano też mnie prowokowała, żebym, jak to mawiała, „nie wpadł pod samochód, oglądając się za byle dupą na ulicy”.

    Coraz częściej też przychodziła do mnie, do pracy. I dość szybko nawiązała przyjazne kontakty z Olegiem, z którym później lubiła zwyczajnie porozmawiać. Oleg od razu zaczął ją traktować jako oczywistą i nieodłączną ode mnie osobę, no i szybciutko wypaplał do kogoś w firmie, z kim ja tu jestem związany.
    Potem się tłumaczył, że nawet nie pamięta do kogo i kiedy to mówił, bo dla niego ja sam, czy my we dwoje, zrobiło się jedno i to samo. W każdym razie, mój związek z Leną szybko stał się w firmie tajemnicą poliszynela, co szefostwo wykorzystało później, zmuszając mnie do pozostania w Moskwie na „drugą kadencję”.
  • #27
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    O tej „kadencji”, sami żartobliwie mawialiśmy w firmie. Był to planowany okres pobytu w przedstawicielstwie za granicą i wynosił w zasadzie dwa lata. Na dłuższe okresy mało kto wyjeżdżał, bo odbijało się to zbyt negatywnie na życiu domowym i rodzinnym. Nawet sporo wyższe zarobki najczęściej tego nie rekompensowały. Dlatego na wyjazdy nie było aż tak wielu chętnych.
    A mieliśmy w firmie pięć takich przedstawicielstw i dyrekcja ciągle miała problemy z ich obsadą. Rodzin nie wysyłano, gdyż było to zbyt kosztowne i skomplikowane organizacyjnie. Bo niby kto miał szukać pracy dla współmałżonka, często bez znajomości języka? Co mieli robić ze szkołą dla dzieci? I tak dalej. W sumie, nie wchodziło to w grę.

    Skoro więc mieli już na mnie „haka” w postaci wiedzy o związku, to nie zawahali się go użyć pod postacią „argumentu”, że przecież prowadzę tutaj regularne, niemal rodzinne życie. Dlatego nie powinienem narzekać na ofertę spędzenia tutaj drugiej „dwulatki”. I tak naprawdę nie miałem wyjścia, musiałem się zgodzić.

    Nawet nie mówiłem o tym Lenie, ale pewnie i tak dowiedziała się wszystkiego od Olega. Tyle, że wtedy była już bardziej powściągliwa przy rozstaniach, już nie poddawała się tak łatwo emocjom.
    Co zresztą dało się zauważyć przy moim drugim wyjeździe do Polski. Na kilkanaście dni przed, Lena znów była rozdrażniona i rozkojarzona. Ale zagryzała wargi i lojalnie obiecywała, że tym razem nie będzie wariowała i cierpliwie poczeka na mój powrót. A jeśli tylko będzie mogła urwać się z pracy, to nawet jest gotowa oczekiwać na dworcu przyjazdu pociągu.
    I rzeczywiście czekała.

    Kiedy na „Białoruskim” wysiadłem z wagonu, rzuciła mi się na szyję i długo całowaliśmy się na peronie. Aż również czekający Oleg zniecierpliwił się, że z nim wcale się nie przywitałem. Lenie tym razem było trochę łatwiej, bo podczas mojego pobytu w Polsce przychodziła do niego i razem dzwonili wtedy do mnie do firmy. Moja nieobecność była więc łagodzona kilkukrotną rozmową telefoniczną. Jednak „łatwiej”, to nie znaczy, że było jej łatwo. Na całe szczęście próbowała nad tym zapanować.

    Tym razem wszystko między nami szybko wróciło do normy. Było już ciepło, niedługo miały kwitnąć bzy, a my coraz częściej porzucaliśmy znajomych i weekendowe imprezy, aby tylko we dwoje włóczyć się po Moskwie tam, gdzie tylko oczy poniosą. Wychodziliśmy z domu po śniadaniu bez żadnego planu, bez uzgodnień, szliśmy do metra i jechaliśmy, gdzie nam się akuratnie zachciało.
    Potem wychodziliśmy na powierzchnię na jakiejś stacji i zwiedzaliśmy okolicę. Wszystko co było. Jeśli bazar, to bazar, jeśli muzeum, to muzeum. Często Lena wiedziała, co w danej okolicy jest ciekawego, ale bywało tak, że obydwoje spacerowaliśmy po ulicach, wypatrując interesującego obiektu. A jeśli niczego takiego nie było, to też nie było powodem do zmartwień. Chodziliśmy trzymając się za ręce, przystawaliśmy, żeby się pocałować, kupowaliśmy sobie lody, albo jakieś owoce, no i zaglądaliśmy do najróżniejszych sklepów, które były na naszej drodze. Udało nam się w ten sposób kupić naprawdę wiele ciekawych rzeczy. Dla mnie rosyjskich, ale takich, których przeciętny turysta nie ma szans spotkać na oznakowanych szlakach, a z kolei Lena upolowała wiele zagranicznych, których w godzinach popołudniowych często już nie było w sprzedaży.

    Najciekawsze jednak było to, że nasze publiczne pocałunki i przytulania, czy to w metrze, czy na ulicy, spotykały się zawsze z życzliwością przechodniów i podróżnych. Często ze zdziwieniem stwierdzałem, że nawet dość wiekowe osoby przyglądają się nam z uśmiechem i gdy nasz wzrok się spotykał, dyskretnie biją brawo, wyrażając swoją aprobatę dla naszych zachowań. Bardzo mi się to podobało. I nawet myślałem sobie, że w Polsce uznane by to było za wysoce niestosowne a także naganne, po prostu nie do przyjęcia. A szczególnie w wykonaniu takich dojrzałych ludzi jak my.

    Tak mijały lata, wiosny i zimy, a nasze życie niewiele się zmieniało. Bardzo już przyzwyczailiśmy się do siebie niczym stare, dobre małżeństwo. I dobrze nam było ze sobą. Nigdy tego nie odważyłem się Lenie powiedzieć, ale podczas wyjazdów do Polski ze zdziwieniem zauważałem, że we własnym domu czuję się nieswojo. Robiłem się tu obcy! Coraz bardziej się bałem, że do Marty zacznę mówić „Lena”. Podobno kiedyś w nocy rzeczywiście tak powiedziałem.
    Zresztą, Marta zauważyła te zmiany i bez ogródek mówiła mi, że jestem zupełnie kimś innym niż byłem przed wyjazdem. Ech, gdyby Lena wiedziała, jak rzadko wtedy z Martą sypiałem … Ona nie paliła się do tego, a i ja nie byłem zbyt natarczywy. To zresztą wtedy zaczęliśmy sypiać oddzielnie, bo najczęściej bywałem wieczorami po prostu nietrzeźwy.
    Czasem nawet celowo prowokowałem wcześniej jakieś alkoholowe sytuacje, żeby mieć później wymówkę, iż jestem niedysponowany a poza tym chce mi się spać.

    Tymczasem Lena wymyśliła sobie, że moje wyjazdy do Polski wiążą się wyłącznie z moją pracą oraz koniecznością odwiedzenia córeczki i teraz aktywnie włączała się w moje przygotowania do każdego wyjazdu. Nie unikała też tej tematyki, mało tego, po moim przyjeździe domagała się od razu pokazania nowych fotografii córki i chętnie też słuchała opowiadań co u niej nowego. Dopytywała się także o znajomych, bo kilka razy przyjeżdżali do mnie koledzy z firmy, a jeden raz, na targi przyjechał również mój szef.
    Leny nie dało się ukryć, bo wszyscy przyjeżdżający mieszkali u mnie. I damskie ciuchy w szafie, oraz kosmetyki w mieszkaniu, od razu rzucały się w oczy. Dlatego nawet nie próbowałem niczego ukrywać i koledzy ją poznali. Dzięki temu wszystkiemu, łatwiej znosiła okresy naszej rozłąki. Przynajmniej tak mi się wydawało. Bo przez cały ten okres, właściwie pokłóciliśmy się tak naprawdę tylko raz. Jeden, jedyny raz. A nawet wtedy, tak właściwie to zupełnie nie było o co.

    Był letni, gorący weekend, kiedy wybraliśmy się na plażę w Sriebrianym Borze. W zakolu rzeki Moskwy. Mieliśmy trochę problemu z Olegiem, bo koniecznie wtedy wpraszał się na naszą wyprawę, ale Lenie udało się zaprosić Marinę, no i pojechaliśmy we czwórkę. Sam Oleg tylko by nam przeszkadzał. I wszystko byłoby fajnie; leżeliśmy sobie spokojnie na kocach, gdyby nie to, że niedaleko nas jakaś grupa zapragnęła poodbijać piłkę. Taką zwykłą, do siatkówki.
    Było tam dwóch dorastających chłopaków i kilka dziewczyn, takich dziewiętnasto- albo dwudziestoletnich. Bardzo opalonych dziewczyn i bardzo skąpo ubranych. Chciałem się trochę rozruszać i zapytałem Lenę, czy mogę z nimi trochę pograć. Wzruszyła tylko obojętnie ramionami i to była cała jej odpowiedź. Ani nie pozwoliła, ani nie zabroniła. I może bym nie poszedł, ale piłka akuratnie spadła tuż obok mnie. Wstałem więc, zaserwowałem do nich… a potem podbiegłem i przyłączyłem się do zabawy.
  • #28
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Po kilku minutach zorientowałem się, że to jakieś międzynarodowe towarzystwo, bo mówili w różnych językach i sami się nie całkiem rozumieli. Ale grało nam się fajnie a potem doszło jeszcze kilka panienek… Było na co popatrzeć. Nawet Oleg nie wytrzymał i też do nas dołączył.
    Ja kiedyś, jeszcze w szkole grałem w siatkówkę amatorsko, więc nie byłem tu najgorszy. Oleg też był wysportowany. Byliśmy znacznie lepsi od tych małolatów i obaj z Olegiem czuliśmy się bardzo dumni!

    Po jakiejś godzinie, Marina zauważyła, że znad lasu nadchodzi ogromna, czarna chmura. Zaraz też zerwał się silny wiatr i z trudem, w ostatniej chwili, pozbieraliśmy wszystkie nasze rzeczy żeby schować się pod daszek jakiegoś kiosku. Ale Lena już się do mnie nie odzywała.
    Cały ten mój występ uznała za lekceważenie swojej osoby i porzucenie jej dla zabawy z jakimiś siksami. I mimo tego, że burza była potężna, a miejsca pod daszkiem mało, odsuwała się ode mnie jak tylko mogła. A po burzy, tacy zmoknięci, musieliśmy wszyscy jechać do mnie, bo dziewczyny na plażę nie brały wielu swoich rzeczy, które zostały w mieszkaniu. Zresztą, była sobota, więc wcześniej planowaliśmy wieczorem posiedzieć trochę przy wódce i szampanie.

    Ale Lena weszła tylko na chwilę, pozbierała wszystko i natychmiast chciała wychodzić, nawet nie poprawiając zmokniętej fryzury. Z wielkim trudem i przy pomocy Mariny udało mi się ją zatrzymać. Tylko Oleg, widząc co się dzieje, pojechał do domu. Nie zatrzymywałem go. Zostałem sam z obydwiema dziewczynami. Teraz przynajmniej mogłem rozmawiać.

    Tyle, że Lena nie chciała ze mną rozmawiać. Siedziała nie patrząc na mnie, a odzywała się jedynie do Mariny. Więc ja z kolei tłumaczyłem się Marinie. Że przecież nigdzie nie chodziłem, że przecież cały czas Lena była obok, że mogła po prostu mnie zawołać, mogła powiedzieć, albo zapytać, czy nie mam dość, a nie czekać do końca, żeby się potem obrazić.
    Marina przyznawała mi rację, że bardzo prosto można było moją grę przerwać, jednak Lena była nieubłagana. Odpowiadała Marinie, że to mężczyzna (nie mówiła o mnie, tylko ogólnie!!!) sam powinienem o niej myśleć, a nie od razu lecieć na pierwszy lepszy widok młodego, gołego brzucha. Niby miała rację, ale i ja ją miałem. Czyli jak zwykle, prawda leżała pośrodku. Ale Lena nie chciała tego uznać.

    Oj, pomogła mi wtedy Marina, bardzo pomogła. Nawet nie tym, że przekonywała Lenę, tylko samą swoją obecnością. Gdyby nie Marina, to Lena na pewno pojechałaby obrażona do domu i nie wiem, czym by się to wtedy zakończyło. Ale teraz nie wypadało jej uciekać, zostawiając mnie samego z Mariną. Dlatego zagrałem va banque.
    Poprosiłem Lenę, żeby pomogła mi w kuchni coś przygotować na zakąskę. Jednak nie zareagowała. W ogóle nie patrzyła na mnie, kiedy do niej mówiłem. Więc wzruszyłem ramionami i zwróciłem się o pomoc do Mariny. A Marinie nie wypadało odmówić! Ona nie miała powodu obrażać się na mnie, dlatego poszła ze mną do kuchni.
    Teraz Lena nie mogła mieć pretensji do Mariny, ale przecież TO LENA BYŁA TU GOSPODYNIĄ!!! Która gospodyni będzie spokojnie siedzieć i pozwoli, żeby ktoś się szarogęsił w kuchni? Nawet, gdy jest to koleżanka?

    Nie zdziwiłem się więc, kiedy po kilkunastu sekundach pojawiła się w drzwiach i zażądała, żebym po prostu stąd wyszedł i już nie przychodził. Bardzo mi to odpowiadało, więc bez słowa opuściłem kuchnię i zająłem się rozstawianiem kieliszków, szklanek oraz butelek w pokoju.
    Po kilku minutach Marina zaczęła przynosić przekąski, a kiedy napełniłem kieliszki, obydwie dziewczyny wróciły. Lena chwilę się zastanawiała czy ze mną pić, ale niedługo. Wypiła równo z Mariną a i potem sobie nie żałowała. Jednak konsekwentnie nie rozmawiała ze mną. Obydwoje zwracaliśmy się tylko do Mariny.

    Musiało to komicznie wyglądać, gdyby ktoś tego wieczoru obserwował nas z boku. Nawet Marinę kilka razy to zdenerwowało i apelowała do nas, żebyśmy przestali. Ja odpowiadałem krótko, że ja się nie gniewam, więc to nie ode mnie zależy. A Lena wzruszała ramionami i pomijała apele milczeniem.
    Upiliśmy się wszyscy tego wieczoru. Tyle że Lena, nawet mocno nietrzeźwa, nie złagodniała ani grama. Spała z Mariną w dużym pokoju, tu gdzie piliśmy wieczór, a ja przespałem się w naszej sypialni sam.

    Kiedy rano chciałem pójść do łazienki, usłyszałem, że ktoś w niej jest. Zajrzałem do nich. Marina spała. Znaczy, że w łazience jest Lena. Poszedłem tam. Stała w wannie i myła się pod prysznicem. Ale kiedy mnie zobaczyła, rzuciła krótko, żebym wyszedł. I kiedy zamknąłem drzwi, usłyszałem, jak zatrzaskuje zamek od wewnątrz.
    Wtedy szlag mnie trafił, jak przy pamiętnej rozmowie w hotelu. Jednak się opanowałem. Wziąłem kartkę papieru i napisałem krótko, że bardzo ją przepraszam, jeśli czuje się obrażona i zapewniam, że nie miałem zamiaru jej obrażać. Ponadto dopisałem: „Czy gdybym szedł w stronę przepaści, to też patrzyłabyś na to w milczeniu? A CZY POTEM MIŁO BY CI BYŁO OBSERWOWAĆ JAK SPADAM? Czy według ciebie na tym polega miłość? Czy twoja reakcja na mój błąd jest reakcją osoby kochającej? Bo to był najwyżej błąd, a nie świadome, złośliwe działanie. A w rewanżu otrzymałem właśnie złośliwość i działanie świadome. Wrócę w południe. Zastanów się do tego czasu, czy naprawdę nie chcesz ze mną rozmawiać.” Po czym położyłem kartkę na stole w pokoju, ubrałem się, zabrałem klucze, dokumenty, trochę pieniędzy i poszedłem na miasto.

    Wróciłem niewiele po południu, niemal tak jak zapowiadałem. Ale byłem w stanie agonalnym. Bo cały ten czas spędziłem przy wejściu do metra, gdzie wielka ilość całodobowych kiosków oferowała alkohole z całego świata. Wódkę ciężko pić samemu, więc na początku kupowałem drinki puszkowane, zresztą polskiej produkcji. A potem, kiedy było już mi dość wesoło, trafiłem na sprzedawcę, który chwalił się, że często jeździ z kumplem do Polski w celach zaopatrzeniowo – handlowych.
    Szybko zawarłem z nim znajomość poprzez nabycie dwóch butelek, a on wpuścił Polaka, czyli mnie, na zaplecze, gdzie z tym kumplem osuszyliśmy te butelki i coś jeszcze więcej. Co to było – nie pamiętam. W głowie została mi tylko myśl o tym, że po południu mam wrócić, więc gdy nadeszła pora, żegnali mnie miło, a ja przyrzekałem, że odtąd tylko u nich będę się zaopatrywał. Miałem jednak spore trudności z chodzeniem, stąd też przekroczyłem nieznacznie wyznaczony sobie limit czasu.

    Obydwie dziewczyny jeszcze były i siedziały w dużym pokoju. Zaglądnąłem tam, pozdrowiłem je, ale zaraz zawróciłem do sypialni, gdzie zwaliłem się na łóżko. Tyle wyszło z mojej południowej rozmowy z Leną.
  • #29
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Kiedy się obudziłem, było ciemno, a w mieszkaniu panowała cisza. Słyszałem tylko ściszony dźwięk telewizora z dużego pokoju. Czułem się fatalnie i najpierw pobiegłem do łazienki wsadzić głowę pod kran z zimną wodą. A kiedy przemyłem oczy i rozejrzałem się dokoła, zauważyłem suszącą się Leny bieliznę. Na półce stały też jej kosmetyki. Czyli jeszcze się nie wyprowadziła. Nie powiem, poczułem się znacznie lepiej. Ja naprawdę bardzo do niej przywykłem. I szczerze powiedziawszy, bez niej nie wyobrażałem sobie już tutaj życia. A jeszcze rozstanie się przez takie głupstwo? To by była totalna porażka!
    Nieco uspokojony, rozebrałem się i wziąłem prysznic. Przez to wszystko nie myłem się od wczoraj. Czas był najwyższy, bo lepiłem się od potu. A potem, w samych slipkach, poszedłem wreszcie do dużego pokoju. A tu…

    Lena, w pełni ubrana i zwinięta w kłębek, spała w fotelu przed telewizorem. A Marina, również ubrana, posapywała na kanapie. Zaś sytuacja na stole nie prezentowała się lepiej niż pewnie wczoraj wieczór. Puste butelki po alkoholach, do połowy napełnione szklanki, filiżanki z resztkami kawy, przewrócone kartony z rozlanym sokiem, talerzyki z nieokreśloną zawartością, walające się, porozrzucane sztućce… ogólny obraz nędzy i rozpaczy.

    Dziewczyny najzwyczajniej upiły się, niczym ja przed południem! Wziąłem Lenę na ręce i zaniosłem do sypialni. Nie obudziła się. Więc rozebrałem ją do bielizny i przykryłem kołdrą. Mariny nie rozbierałem, ale próbowałem obudzić. Bez rezultatu. Okryłem ją więc tylko kocem i zabrałem się za sprzątanie. W międzyczasie wypiłem kawę i próbowałem nawodnić organizm jakąś wodą, ale dziewczyny wszystko wykończyły, bo nic nie znalazłem. W lodówce też królowały pustki… Nie było wyjścia. Musiałem się ubrać i maszerować gdzieś do kiosku. Dobrze, że jeszcze nie było bardzo późno, północ nie minęła.
    Kiedy wróciłem, nic się nie zmieniło. Dokończyłem zmywanie naczyń, pościerałem w pokoju stół i podłogę i wreszcie mogłem spokojnie posiedzieć, choćby przed telewizorem. Ale znów złapałem się na tym, że jakby tak Lena wstała, to znowu może mnie obwinić o Marinę… poszedłem więc do sypialni i położyłem się obok niej. A potem ręka jakoś sama odruchowo poszukała jej biustu…

    Nie reagowała, więc zdjąłem jej biustonosz i figi, a sam też zrzuciłem slipki. Jak już chce mnie opuszczać, to niech się jeszcze raz nacieszę jej popieszczeniem.
    Dopiero po dłuższej chwili, jej ciało zaczęło odpowiadać na moje zabiegi. Reagować normalnie, tak jak powinno. Nie wiedziałem, czy robi to świadomie, czy przez sen, ale było mi teraz wszystko jedno. Pieściłem jej plecy i biodra, całowałem szyję, ssałem biust i czułem, jak przebiegają przez nią wzbudzane moimi rękami prądy…

    Nieoczekiwanie jednak odwróciła się i powiedziała żebym ją wypuścił, bo musi wstać. Nie mogłem się temu sprzeciwić, więc podniosłem się, a wtedy pomaszerowała do łazienki. Wróciła po kilku minutach, podeszła do szafy i założyła nocną koszulę. A potem bez słowa położyła się obok. Kiedy jednak położyłem rękę na jej biodrze, zdecydowanym ruchem zabrała ją stamtąd i odrzuciła. Było po pieszczotach.

    Rano, kiedy obydwie były już w miarę trzeźwe a także wyspane, wykąpane i ubrane, razem przygotowały śniadanie, które zjedliśmy niemal w milczeniu. I kiedy miały już wychodzić do pracy, pomiędzy mną a Leną odbyła się mniej więcej taka rozmowa:
    - Przyjdziesz wieczór? – zapytałem ją otwarcie.
    - Nie, chyba nie. Pojadę do mamy.
    - Pojechać z tobą?
    - Nie, pojadę sama.
    - Przyjść do ciebie, do pracy?
    - Nie, nie przychodź.
    - A jutro przyjdziesz?
    - Nie wiem, raczej nie.

    Nawet Marina, która była świadkiem tej rozmowy, rzuciła się na nią, otwarcie zarzucając idiotyczne postępowanie. A mnie po prostu zamurowało. Poczułem się wyśmiany i zlekceważony. Nie widziałem już sensu ponawiania prób porozumienia. Odwróciłem się na pięcie i poszedłem do dużego pokoju, zamykając za sobą drzwi. Słyszałem jeszcze jak Marina coś tam krzyczała na pożegnanie, ale Leny nie usłyszałem. Wyszła bez słowa. W mieszkaniu zapanowała cisza.

    Gwaru zresztą nie było do końca dnia. Ani we wtorek i w środę też. Lena nie pokazała się, tak jak zresztą zapowiadała. Jednak tym razem zacisnąłem zęby i też nie zadzwoniłem do niej. Trwał pat. Wiedziałem, że kiedyś przyjść do mnie musi, bo nawet gdyby chciała zakończyć znajomość, to miała tutaj sporo swojej garderoby, którą pewnie chciałaby zabrać.
    Ale równie dobrze mogła to zrobić jak ja byłem w pracy. Miała swoje klucze, a ja nie miałem zamiaru wymieniać zamków. Byłem na nią wściekły, ale nie chciałem robić niczego, co byłoby nieodwracalne i co mogłoby uniemożliwić nam porozumienie.

    We środę musiałem pojechać do Odincowa. To takie miasto niedaleko Moskwy. Mieliśmy tam jedną firmę, z którą współpraca coś ostatnio szwankowała. Należało wyjaśnić i przeciąć wszelkie wątpliwości.
    Niby to niedaleko, do Odincowa jeździł miejski, moskiewski transport, ale trochę mi z tym zeszło. Kiedy już mogłem wracać, zapadał zmrok. Wprawdzie to było tylko pół godziny jazdy podmiejskim pociągiem, ale one nie jeżdżą co minutę. I w sumie droga powrotna zajęła mi prawie półtorej godziny. Dlatego też do domu dotarłem około dwudziestej drugiej.

    I tu niespodzianka. Kiedy wszedłem do środka, z pokoju na spotkanie wyszła… Lena. Grzecznie się przywitaliśmy, ale bez całusów. I wtedy zapytała czy jestem głodny, a kiedy potwierdziłem, poszła do kuchni zrobić herbatę. No i już nie pozwoliła mi wchodzić do kuchni, tylko podała kolację do pokoju. Kiedy zacząłem opowiadać, że byłem w Odincowie, przerwała mi, że wie o tym, bo dzwoniła do mnie do pracy i rozmawiała z Olegiem.
    Zapytałem wtedy co u mamy, co w pracy, ale odpowiadała zdawkowo i rozmowa niezbyt nam się kleiła. Dopiero, gdy poszliśmy później do łóżka, a potem jeszcze poleżeliśmy trochę przytuleni do siebie, zrobiło się jakoś lżej i od czwartku sytuacja między nami wróciła do normy.

    Wprawdzie potem jeszcze kilka razy Lena, przeważnie po jakichś imprezach, zarzucała mi nadmierne zainteresowanie chwilowymi sąsiadkami, czy też innymi rozmówczyniami, ale to już nigdy nie wykraczało poza ramy najwyżej kilkugodzinnego dąsania. I to wyłącznie w cztery oczy. Publicznie nie zdarzyło się już nigdy.
    Dlatego wśród znajomych Leny uchodziliśmy za wyjątkowo dobraną parę i większość koleżanek zazdrościła jej takiego partnera jak ja. Zazdrościła tego, że się nie kłócimy, że nie jestem agresywny po alkoholu, że piję niezbyt często, no i tego, że… nie zdradzam jej! Długo o tym nie wiedziałem, ale kiedyś okazało się, że to Marina opowiada wkoło, że chciała mnie pocieszać, ale nie skorzystałem z oferty.
  • #30
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    I jak zwykle, jeśli jest już bardzo dobrze, to znaczy tyle co cisza przed burzą. A to nawet nie była burza. To był grom z jasnego nieba.
    Pierwsze uderzenie, a właściwie to uprzedzenie, było zupełnie niewinne. Tak jak zwyczajne było służbowe polecenie przyjazdu do Polski. Na kilka dni.
    Nic wielkiego się nie stało. Zwyczajna służbowa sytuacja. Przyjechali do nas goście z St. Petersburga i na polecenie szefa, miałem ich poznać, a oni mnie. Cel był oczywisty, to na mnie spadnie obowiązek końcowego wynegocjowania i podpisania późniejszego z nimi kontraktu oraz przypilnowania jego realizacji.
    Nie miałem wyjścia. W ciągu dwóch dni musiałem być w Polsce. Z pewnych względów było to korzystne, bo Lena nie miała czasu na nerwy, ale tak myślałem kiedy jechałem do Polski. Bo później była tragedia.

    Już drugiego dnia pobytu w kraju, dostałem telefon od Olega, że nieoczekiwanie zmarła Leny matka. Nie mogłem wtedy zrobić niczego i jechać do Moskwy, żeby być razem z nią! Nie mogłem jej w niczym pomóc! Wprawdzie prosiłem Olega, żeby starał się coś zrobić w razie potrzeby, ale niczego od niego nie chciała.
    W każdym razie, Lena, chociaż niczego mi później nie zarzucała, to gdzieś głęboko w sercu miała do mnie żal o tę nieobecność. O to, że mnie wtedy przy niej nie było. Niby po powrocie wszystko pomiędzy nami układało się normalnie, jednak czasami sam wyczuwałem, że myślami jest jakaś nieobecna.
    Bagatelizowałem to, uważając jej zachowanie za przejściowe. Tym bardziej, że znów była okazja do urozmaicania sobie życia. Kiedy miałem jechać do Petersburga Lena brała w pracy urlop i jechaliśmy tam razem. A wieczorami, kiedy uwolniłem się od obowiązków, zwiedzaliśmy miasto tak, jak kiedyś Moskwę. Bez planu, na wesoło, odwiedzając po drodze knajpy, knajpki, pijąc trochę alkoholu i wygłupiając się niczym licealiści.
    Raz nawet w jednej z kawiarenek, wystąpiłem w roli perkusisty w zespole muzycznym. Oj, chwilami bardzo wesoło nam było. A kochaliśmy się wszędzie, gdzie tylko się dało. Nawet w przedziale kolejowym, chociaż były w nim jeszcze dwie osoby… Na szczęście, było to w nocy i pewnie nikt tego nie widział, chociaż czy nie słyszał Leny westchnień, to już głowy dać nie mogę.

    Tak minął jakiś czas. Przyszła pora na następny, zwyczajny wyjazd do Polski. Kontrakt z Petersburgiem został zrealizowany, w Moskwie miałem chwilę oddechu, wszystko szło swoim normalnym trybem. Trzeba było pojechać, bo nie wiadomo, czy później będzie taka możliwość. No i szczerze powiedziawszy chciałem się zorientować nieco, jakie plany mają w stosunku do mnie w firmie, bo cztery lata w Moskwie mijały za parę miesięcy.

    Lena pożegnała mnie na dworcu normalnie. Była czuła i serdeczna. Poprzedniego wieczoru długo się kochaliśmy, a potem jeszcze przez pół nocy rozmawialiśmy o tym wszystkim, co chciała, abym przywiózł jej do Moskwy. Bo wtedy u nas w sklepach był znacznie większy wybór towarów niż tutaj. To był okres szczytowego rozwoju handlu turystycznego Rosjan i większość towaru na moskiewskich bazarach pochodziła z Polski, z Chin, albo z Turcji. O dobre jakościowo rzeczy nie było łatwo. Dlatego starałem się w pełni realizować jej zamówienia, bo bardzo lubiłem chwile, gdy cieszyła się nowym nabytkiem, gdyż niemało jej zawsze przywoziłem.
    Po przyjeździe, najczęściej dawałem Marcie przygotowaną listę zakupów, tłumacząc, że to wszystko jest towarem przeznaczonym dla gospodyni u której wynajmuję mieszkanie. I zamiast pieniędzy ona chce towar, więc muszę ją zaopatrywać.
    W zasadzie było to prawdą, przecież towar był dla gospodyni tego mieszkania. Nie mówiłem jedynie, że z tą gospodynią sypiam. Zresztą, musiałem prosić o pomoc, bo ja nie wiedziałem nawet gdzie to można kupić.

    Tak było i tym razem. Po przyjeździe zadzwoniłem do Leny, że dojechałem do domu i uważałem, że pierwsze sprawy mam załatwione. Marta biegała po sklepach, a ja chodziłem do firmy. Czasami chodziłem, prawdę mówiąc.
    Bo w firmie wytworzyła się dziwna sytuacja. Mieliśmy nową, obszerną siedzibę, ale… ja tam nie miałem już miejsca! Nie było dla mnie ani biurka, ani krzesła… Ani dla żadnego z szefów przedstawicielstw. Pokojami zawładnęli nowi, obcy mi ludzie, młodzi handlowcy, a o nas, starych „wygnańcach”, jakby zapomniano.
    Był też nowy schemat organizacyjny, nowe działy… Jednak to wszystko mało mnie obchodziło. Na początku, chyba drugiego dnia, zdałem relację z ostatniego okresu pobytu wiceprezesowi, szefowi pionu, potem przekazałem przywiezione dokumenty bezpośredniemu szefowi i nikt niczego więcej ode mnie nie chciał. Miałem jeszcze tylko przed wyjazdem zgłosić się po nowe instrukcje i zalecenia, po delegację, pieniądze na wyjazd i to wszystko. Tutaj nie byłem nikomu potrzebny.

    Na moją wzmiankę o biurku i krzesłach, szef tylko się roześmiał. Po czym spokojnie mi odpowiedział, że biurka w Moskwie nikt zabierać mi nie myśli. Czyli bez mojej wiedzy, bez pytania o zgodę, a nawet bez uprzedzenia, szykowali dla mnie pobyt na kolejne dwa lata…
    Na razie nawet nie śmiałem wspominać o tym Marcie.

    I dobrze, że nie wspominałem. Bo po tygodniu mojej bytności w domu, wieczorem, jakoś tak trochę przed dziennikiem telewizyjnym, w mieszkaniu zadzwonił telefon. To był telefon z rodzaju tych, które zmieniają ludzkie życie. I moje też zmienił. Diametralnie.

    Siedziałem wtedy w salonie, bawiąc się z Joasią i jednym okiem czasem spoglądając na ekran telewizora. Dlatego telefon odebrała Marta, siedząca w fotelu przy stojącym na ławie aparacie. Ale zaraz spojrzała na mnie i oddała słuchawkę, mówiąc spokojnie, że dzwoni jakaś moja kochanka.
    Mieliśmy wtedy nowoczesny aparat bezprzewodowy, wziąłem więc słuchawkę, po czym usiadłem na swoje miejsce. I ze zdziwieniem usłyszałem bardzo spokojny głos Leny.
    Przywitała się zupełnie zwyczajnie, ale i tak coś mnie tknęło. Lena dzwoniła do mnie do domu? Dlaczego? Co się stało? Wprawdzie od dawna znała mój numer telefonu, ale… przecież wiedziała czym się może dla mnie skończyć taki dzwonek.

    Na rozwiązanie zagadki nie musiałem długo czekać. Oznajmiła krótko, iż nie chce, abym dowiadywał się o tym od kogoś innego. Dzwoni z mojego moskiewskiego mieszkania, spakowała już wszystkie swoje rzeczy i za chwilę stąd wyjdzie. Przyszła po raz ostatni. Bo poznała innego mężczyznę, jest już z nim i nigdy do mnie nie powróci. Widzieliśmy się przed moim wyjazdem po raz ostatni. Żegna mnie, dziękując za wszystko i życzy mi szczęścia w życiu.