Kontynuacja tematu https://www.elektroda.pl/rtvforum/topic3784909.html
® Wszelkie prawa zastrzeżone
********************************************************
Zima w Moskwie nie ustępowała, chociaż dzień sporo się już wydłużył. Do polskich Świąt Wielkanocnych pozostawało zaledwie trzy tygodnie. Jednak te kilka stopni mrozu w ciągu dnia, utrzymywało się od dłuższego czasu, a w nocy było jeszcze zimniej. Jednak dzisiaj, kiedy wyszedłem z mieszkania na ulicę, nie czułem tego zimna. Byłem podekscytowany tak jak kiedyś, za dawnych, niemal zapomnianych już lat. Dzisiaj do Moskwy przylatywała przewodnicząca Rady Dyrektorów naszego banku, czyli po prostu Dorotka.
Był wczesny poranek przedostatniego, marcowego czwartku. Przed chwilą zadzwonił do mnie Igor Stiepanowicz Lemiechow, prezes Promtorginvest Banku, znaczy mój szef, abym schodził na dół. Już podjeżdżali, żeby zabrać mnie na lotnisko. Tak umówiliśmy się wczoraj.
Zaszczyt wyjechania na powitanie razem z prezesem zawdzięczałem temu, że wg niego byłem jedyną osobą, która Dorotkę znała, a więc będę potrafił rozpoznać ją w tłumie na lotnisku. O tym, że Anna też ją doskonale zna, Lemiechow jakoś nie skojarzył.
Tak samo zupełnie nie zdawał sobie sprawy z charakteru naszej znajomości. Ja mu zresztą nigdy o niczym nie mówiłem, a i Dorotka w mailowych, czy też telefonicznych kontaktach z nim, rzadko o mnie wspominała. Chociaż, gdyby był sprytniejszy, mógłby się czegoś domyślać po tym incydencie, o którym wspominała mi po balu. Że kiedy jesienią zasugerował jej zwolnienie mnie z pracy, to szybko otrzymał króciutką odpowiedź, że mój ostatni dzień pracy będzie również jego ostatnim dniem w fotelu prezesa. Położył wtedy uszy po sobie i całkowicie zmienił taktykę wobec mnie. Niemal zupełnie przestał mnie zauważać i nawet nie próbował kontrolować.
I tak właściwie, po paru tygodniach, gdy Dorotka pomijała ten temat milczeniem, jego czujność została chyba uśpiona. Dopiero mój awans, kiedy wróciłem po balu do Moskwy, zmienił sytuację. Na zdecydowanie dla mnie gorszą.
Dopóki byłem p.o., czyli pełniącym obowiązki, trochę mnie lekceważyli, ale i nikogo nie kłułem zbytnio w oczy. Mało mnie zauważali. Kiedy jednak Dorota wysłała Lemiechowowi sugestię, a właściwie polecenie awansowania mnie na głównego specjalistę ds. analiz inwestycyjnych, wtedy komuś tam na górze zrobiło się ciepło. Bo „Polaczek” niemal im dorównywał. A pierwsze skrzypce w tym wszystkim grał Paweł Wasiliewicz Grycynin, główny specjalista ds. analiz rynkowych. No bo w tej sytuacji, nasze kompetencje formalnie zachodziły na siebie. Ja miałem stanowisko takie jak on, tylko troszkę inaczej nazwane, tak na wszelki wypadek. Nawet sekretariat mieliśmy teraz wspólny i aż współczułem Tatianie Aleksandrownie, dość młodej dziewczynie, która miotała się pomiędzy nami, próbując nikomu nie podpaść, chociaż Grycynin wręcz żądał od niej lekceważenia moich poleceń. On mnie nie zauważał, ja schodziłem mu z drogi, ale na dłuższą metę sytuacja stawała się coraz bardziej nieprzyjemna i utrudniająca mi pracę.
Grycynin był niezłym fachowcem. Poza tym miał już trzy lata stażu na tym stanowisku i zdążył zorganizować sobie kilkunastoosobowy, dość solidny dział, który przygotowywał mu materiały. I o te materiały poszło. Kiedy zacząłem domagać się od Lemiechowa dostępu do nich, Grycynin postawił się okoniem. Oświadczył, że ja nie tylko nie udostępniam mu swoich opracowań, bo niewiele tego jest w systemie informatycznym banku, ale nawet te które są, to nie są napisane ani po angielsku, ani po rosyjsku, więc są zupełnie nieprzydatne dla jego ludzi. I dlatego postawił warunek wzajemności. On udostępni mi swoje, jeśli będzie wiedział co tworzę ja.
Było to oczywistą bezczelnością, bo ja dostawałem zadania bezpośrednio od Dorotki i Lemiechow powinien tak to potraktować. Jednak nie zrobił tego, bo nasze nieporozumienia były mu na rękę. Mógł mi utrzeć nosa, udając, że nie może tu nic zrobić bez mojej deklaracji.
Ale cała sprawa miała też jeden plus. Otóż teraz było jasne, że Grycynin ma dostęp do moich materiałów i sprawdzał je bez mojej wiedzy. Czyli nie wolno mi było istotnych wiadomości pozostawiać na bankowych serwerach.
Udawałem, że tego nie zauważyłem, jednak zaraz wieczór powiadomiłem o tym Dorotkę. Miała dowód na to co wyczuwała od dawna. Jej intuicja była jednak bezbłędna. Tym niemniej, oficjalnie nie reagowała. Mnie też poleciła przez kilka dni siedzieć cicho. I kiedy po kilkunastu dniach zażądała dla mnie tego dostępu, to jednego dnia okazało się, że własnie tego dnia szef informatyków poszedł na urlop i nie miał kto zmienić mi kodów, no a potem informatyk miał inne, pilne zadania… Lemiechow zwyczajnie sabotował to polecenie.
Nie wykonywałem wtedy żadnych gwałtownych ruchów, ale Dorotka sama zrozumiała po raportach. że moja praca w banku staje się bezprzedmiotowa. Mogłem zajmować się tylko tym, co zlecała mi na zewnątrz. Czyli budowaniem kontaktów poza bankowych. Bo o ile wcześniej bez trudu dogadywałem się z pracownikami Grycynina i bezpośrednio od nich dostawałem to co chciałem, tak teraz pewnie dostali szlaban na kontakty ze mną. Wykręcali się jak tylko mogli, gdy o coś prosiłem, więc zrozumiałem, że boją się podpaść. Musiałem dać im spokój.
Wtedy Dorotka postanowiła przylecieć do Moskwy i osobiście zrobić z tym porządek. Nie na darmo jeszcze na balu została mianowana przewodniczącą Rady Dyrektorów, czyli po naszemu szefem rady nadzorczej moskiewskiego banku. Miała teraz w ręku wszystkie niezbędne instrumenty do ustawiania polityki i strategii działania. Także do realizacji zmian kadrowych.
I raczej nie będzie się wahała zrobić z nich użytku, jeśli taka konieczność zajdzie.
Nie chciała jednak, aby Lemiechow zorientował się co jest ubocznym celem jej przyjazdu. Dlatego zażądała przede wszystkim przygotowania analiz inwestycji finansowych oraz analiz rozwoju samego banku, no i okresowego sprawozdania z działalności. Zresztą, mówiono też o tym, że Solution Inc. chce kupić jeszcze jeden moskiewski bank, mówiło się w dodatku dość głośno, więc jej przyjazd nie był niczym niezwykłym. O mnie nikomu nie wspominała, a nawet po cichu sugerowała, bym nieco usunął się w cień.
Dlatego najczęściej w banku bywałem jedynie z samego rana, a potem wyruszałem na miasto. Czasami spotykałem się z jakimiś ludźmi, obserwowałem giełdę, brałem gazety do domu, robiłem sobie prasówkę, wieczór oglądałem TV, niektóre programy informacyjne nagrywałem, a potem co ciekawsze opinie odsyłałem Dorocie z mojego laptopa, który przygotował mi Romek. Oczywiście, doskwierał mi brak różnych danych, które kiedyś miałem z działu Grycynina, ale cóż miałem zrobić?
Lemiechow w tym czasie siedział cicho, nie czepiał się mnie, nie utrudniał niczego, ale też nie kiwnął palcem, żeby coś z tym zrobić i mi pomóc. Zresztą, żadne z pozostałej dwójki członków zarządu również. Wszyscy uważali mnie za kukułcze jajo, czyhające na ich posady. A ja nie miałem zamiaru wyprowadzać ich z błędu.
Dopiero pod koniec ubiegłego tygodnia, kiedy pewnego dnia zjawiłem się w banku, Tatiana Aleksandrowna poinformowała mnie, że Lemiechow kazał mi pilnie przyjść do niego, jak tylko się zjawię. Zaglądnąłem wtedy do Anny, zapytać co jest grane, ale okazało się, że ona o niczym nie wie. Nie wiedziała nawet o planowanej wizycie Dorotki! Ech, Lemiechow pilnie strzegł tajemnicy. I najprawdopodobniej nie wiedział, że ja znam ją lepiej niż on.
® Wszelkie prawa zastrzeżone
********************************************************
Zima w Moskwie nie ustępowała, chociaż dzień sporo się już wydłużył. Do polskich Świąt Wielkanocnych pozostawało zaledwie trzy tygodnie. Jednak te kilka stopni mrozu w ciągu dnia, utrzymywało się od dłuższego czasu, a w nocy było jeszcze zimniej. Jednak dzisiaj, kiedy wyszedłem z mieszkania na ulicę, nie czułem tego zimna. Byłem podekscytowany tak jak kiedyś, za dawnych, niemal zapomnianych już lat. Dzisiaj do Moskwy przylatywała przewodnicząca Rady Dyrektorów naszego banku, czyli po prostu Dorotka.
Był wczesny poranek przedostatniego, marcowego czwartku. Przed chwilą zadzwonił do mnie Igor Stiepanowicz Lemiechow, prezes Promtorginvest Banku, znaczy mój szef, abym schodził na dół. Już podjeżdżali, żeby zabrać mnie na lotnisko. Tak umówiliśmy się wczoraj.
Zaszczyt wyjechania na powitanie razem z prezesem zawdzięczałem temu, że wg niego byłem jedyną osobą, która Dorotkę znała, a więc będę potrafił rozpoznać ją w tłumie na lotnisku. O tym, że Anna też ją doskonale zna, Lemiechow jakoś nie skojarzył.
Tak samo zupełnie nie zdawał sobie sprawy z charakteru naszej znajomości. Ja mu zresztą nigdy o niczym nie mówiłem, a i Dorotka w mailowych, czy też telefonicznych kontaktach z nim, rzadko o mnie wspominała. Chociaż, gdyby był sprytniejszy, mógłby się czegoś domyślać po tym incydencie, o którym wspominała mi po balu. Że kiedy jesienią zasugerował jej zwolnienie mnie z pracy, to szybko otrzymał króciutką odpowiedź, że mój ostatni dzień pracy będzie również jego ostatnim dniem w fotelu prezesa. Położył wtedy uszy po sobie i całkowicie zmienił taktykę wobec mnie. Niemal zupełnie przestał mnie zauważać i nawet nie próbował kontrolować.
I tak właściwie, po paru tygodniach, gdy Dorotka pomijała ten temat milczeniem, jego czujność została chyba uśpiona. Dopiero mój awans, kiedy wróciłem po balu do Moskwy, zmienił sytuację. Na zdecydowanie dla mnie gorszą.
Dopóki byłem p.o., czyli pełniącym obowiązki, trochę mnie lekceważyli, ale i nikogo nie kłułem zbytnio w oczy. Mało mnie zauważali. Kiedy jednak Dorota wysłała Lemiechowowi sugestię, a właściwie polecenie awansowania mnie na głównego specjalistę ds. analiz inwestycyjnych, wtedy komuś tam na górze zrobiło się ciepło. Bo „Polaczek” niemal im dorównywał. A pierwsze skrzypce w tym wszystkim grał Paweł Wasiliewicz Grycynin, główny specjalista ds. analiz rynkowych. No bo w tej sytuacji, nasze kompetencje formalnie zachodziły na siebie. Ja miałem stanowisko takie jak on, tylko troszkę inaczej nazwane, tak na wszelki wypadek. Nawet sekretariat mieliśmy teraz wspólny i aż współczułem Tatianie Aleksandrownie, dość młodej dziewczynie, która miotała się pomiędzy nami, próbując nikomu nie podpaść, chociaż Grycynin wręcz żądał od niej lekceważenia moich poleceń. On mnie nie zauważał, ja schodziłem mu z drogi, ale na dłuższą metę sytuacja stawała się coraz bardziej nieprzyjemna i utrudniająca mi pracę.
Grycynin był niezłym fachowcem. Poza tym miał już trzy lata stażu na tym stanowisku i zdążył zorganizować sobie kilkunastoosobowy, dość solidny dział, który przygotowywał mu materiały. I o te materiały poszło. Kiedy zacząłem domagać się od Lemiechowa dostępu do nich, Grycynin postawił się okoniem. Oświadczył, że ja nie tylko nie udostępniam mu swoich opracowań, bo niewiele tego jest w systemie informatycznym banku, ale nawet te które są, to nie są napisane ani po angielsku, ani po rosyjsku, więc są zupełnie nieprzydatne dla jego ludzi. I dlatego postawił warunek wzajemności. On udostępni mi swoje, jeśli będzie wiedział co tworzę ja.
Było to oczywistą bezczelnością, bo ja dostawałem zadania bezpośrednio od Dorotki i Lemiechow powinien tak to potraktować. Jednak nie zrobił tego, bo nasze nieporozumienia były mu na rękę. Mógł mi utrzeć nosa, udając, że nie może tu nic zrobić bez mojej deklaracji.
Ale cała sprawa miała też jeden plus. Otóż teraz było jasne, że Grycynin ma dostęp do moich materiałów i sprawdzał je bez mojej wiedzy. Czyli nie wolno mi było istotnych wiadomości pozostawiać na bankowych serwerach.
Udawałem, że tego nie zauważyłem, jednak zaraz wieczór powiadomiłem o tym Dorotkę. Miała dowód na to co wyczuwała od dawna. Jej intuicja była jednak bezbłędna. Tym niemniej, oficjalnie nie reagowała. Mnie też poleciła przez kilka dni siedzieć cicho. I kiedy po kilkunastu dniach zażądała dla mnie tego dostępu, to jednego dnia okazało się, że własnie tego dnia szef informatyków poszedł na urlop i nie miał kto zmienić mi kodów, no a potem informatyk miał inne, pilne zadania… Lemiechow zwyczajnie sabotował to polecenie.
Nie wykonywałem wtedy żadnych gwałtownych ruchów, ale Dorotka sama zrozumiała po raportach. że moja praca w banku staje się bezprzedmiotowa. Mogłem zajmować się tylko tym, co zlecała mi na zewnątrz. Czyli budowaniem kontaktów poza bankowych. Bo o ile wcześniej bez trudu dogadywałem się z pracownikami Grycynina i bezpośrednio od nich dostawałem to co chciałem, tak teraz pewnie dostali szlaban na kontakty ze mną. Wykręcali się jak tylko mogli, gdy o coś prosiłem, więc zrozumiałem, że boją się podpaść. Musiałem dać im spokój.
Wtedy Dorotka postanowiła przylecieć do Moskwy i osobiście zrobić z tym porządek. Nie na darmo jeszcze na balu została mianowana przewodniczącą Rady Dyrektorów, czyli po naszemu szefem rady nadzorczej moskiewskiego banku. Miała teraz w ręku wszystkie niezbędne instrumenty do ustawiania polityki i strategii działania. Także do realizacji zmian kadrowych.
I raczej nie będzie się wahała zrobić z nich użytku, jeśli taka konieczność zajdzie.
Nie chciała jednak, aby Lemiechow zorientował się co jest ubocznym celem jej przyjazdu. Dlatego zażądała przede wszystkim przygotowania analiz inwestycji finansowych oraz analiz rozwoju samego banku, no i okresowego sprawozdania z działalności. Zresztą, mówiono też o tym, że Solution Inc. chce kupić jeszcze jeden moskiewski bank, mówiło się w dodatku dość głośno, więc jej przyjazd nie był niczym niezwykłym. O mnie nikomu nie wspominała, a nawet po cichu sugerowała, bym nieco usunął się w cień.
Dlatego najczęściej w banku bywałem jedynie z samego rana, a potem wyruszałem na miasto. Czasami spotykałem się z jakimiś ludźmi, obserwowałem giełdę, brałem gazety do domu, robiłem sobie prasówkę, wieczór oglądałem TV, niektóre programy informacyjne nagrywałem, a potem co ciekawsze opinie odsyłałem Dorocie z mojego laptopa, który przygotował mi Romek. Oczywiście, doskwierał mi brak różnych danych, które kiedyś miałem z działu Grycynina, ale cóż miałem zrobić?
Lemiechow w tym czasie siedział cicho, nie czepiał się mnie, nie utrudniał niczego, ale też nie kiwnął palcem, żeby coś z tym zrobić i mi pomóc. Zresztą, żadne z pozostałej dwójki członków zarządu również. Wszyscy uważali mnie za kukułcze jajo, czyhające na ich posady. A ja nie miałem zamiaru wyprowadzać ich z błędu.
Dopiero pod koniec ubiegłego tygodnia, kiedy pewnego dnia zjawiłem się w banku, Tatiana Aleksandrowna poinformowała mnie, że Lemiechow kazał mi pilnie przyjść do niego, jak tylko się zjawię. Zaglądnąłem wtedy do Anny, zapytać co jest grane, ale okazało się, że ona o niczym nie wie. Nie wiedziała nawet o planowanej wizycie Dorotki! Ech, Lemiechow pilnie strzegł tajemnicy. I najprawdopodobniej nie wiedział, że ja znam ją lepiej niż on.