Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

Podwładny pani prezes .

retrofood 08 May 2021 16:24 6015 133
Optex
  • #61
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Przestańcie już! – odezwała się Dorotka. – Romek, mam do ciebie poważną sprawę.
    - Słucham ciebie, szefowo! – odpowiedział.
    - Tomek zdał mi relację z wyjazdu i doszliśmy do wniosku, że sprawa jest bardzo pilna. Musisz natychmiast, nie czekając nawet do rana, zablokować dostęp do systemu panu Wielickiemu, zastępcy dyrektora oddziału śląskiego. Podejrzewamy, że to właśnie on stoi za tymi niespłacalnymi kredytami. Możesz to zrobić?
    - Jeśli Lidka pozwoli, oczywiście, że tak.
    - Więc proszę, na moje polecenie zrób to już!
    - A gdzie rekompensata dla mnie? – odezwała się Lidka. – Najpierw zajęli się sobą i teraz wymyślają! A ja nie miałam wcześniej tyle czasu.
    - Lidka… a dostanę za to chociaż buzi? – prowokowałem.
    - Ty bacz, byś nie dostał po buzi! I to od Dorki! – odpyskowała. – Na razie jesteś mocno podpadnięty i to wszystko, co mogę ci obiecać.
    - Żałuj zatem, a tak chciałem poprawić ci humor…
    - Ty mnie nie drażnij! Jak masz coś do powiedzenia to mów! Ja tam skąpa w nagrodach nie jestem i o dobroczyńcach nie zapominam.
    - Słuchaj więc…
    - Słucham, ale powoli tracę cierpliwość.
    - Wytrzymaj jeszcze troszeczkę… Otóż…
    - Zabiję!
    - Nie rób tego, bo się nie dowiesz.
    - Tomek, przeginasz – oznajmiła prawie normalnym tonem.
    - Dobrze, już wyjaśniam! – odparłem pojednawczo. – Rozmawiałem ze Stefanem i jest gotów wnieść chatę do spółki. Dojrzał i czeka na twoją propozycję.
    Zapadła cisza.

    - Nie mówiłeś mi o tym – odezwała się Dorotka, przerywając milczenie.
    - Słoneczko, kiedy miałem to zrobić? – próbowałem się tłumaczyć. – Nie zdążyłem nawet opowiedzieć o wszystkim…
    - Oj, nie mam pretensji! – próbowała się uśmiechnąć, ale widziałem, że to nie było jej w smak. Przesłałem zatem przepraszający pocałunek wargami. Nie chciałem niczego mówić, bo wciąż byliśmy na linii.
    - Tomek, dzięki za wiadomość – usłyszeliśmy poważny głos Lidki. – Trochę to późno, ale o wiele lepiej niż wcale. Oczywiście, przygotuję mu propozycję, chociaż pogadamy o niej najpierw we własnym gronie, bo jest jeszcze przy tej okazji kilka spraw do załatwienia. Buzi dostaniesz przy okazji, jeśli oczywiście Dorka nie skomentuje tego podrapaniem twojej facjaty. No i chyba teraz dla was najważniejsze, jeszcze dzisiaj i teraz, pozwolę Romkowi na grzebanie w komputerze.
    - Lidka, to było konieczne – wtrąciła Dorotka.
    - Przecież wiem, że nie dzwonisz dla zabawy – wykazała się zrozumieniem. – A jeśli nawet, to i tak jeszcze nie śpimy. Słyszałam, że zabierasz mi Romka za wielką wodę? – zmieniła temat.

    - Muszę. Tak naprawdę nie mam innego wyjścia.
    - To podrzuć mi Tomka w zastępstwie.
    - A kto się będzie zajmował naszymi dziećmi?
    - Moimi jakoś się nie przejmujesz…
    - Prezesko, nie wkurzaj mnie!
    - To ty, druga prezesko, mnie nie wkurzaj!
    - Nienormalna kobieta… – westchnęła Dorotka.
    - Ty normalna cholero, jeszcze mnie poprosisz o pomoc!
    - I co, odmówisz mi?
    - Nie, nie odmówię. Ale postawię warunek, że będziesz musiała przyjechać i pocałować mnie w rękę.
    - Myłaś dzisiaj?
    - A po co? – Lidka roześmiała się. – Właśnie podrapałam Romka po niewymownych…
    - To sobie podsuń ją pod nos i śpij! Ja wcześniej umyłam Tomka pod prysznicem.
    - Romek sam potrafi się umyć, nie muszę go pilnować. Wielkie mi rzeczy!
    - I dlatego tych wielkich rzeczy nie znasz. Bo ich nie widzisz, to raz… – Dorota wpadła w świetny nastrój. – A poza tym, trzeba je poczuć w dłoni!
    - Ty, małoletnia… zamilczę w tym miejscu, bo mój, całkowicie konstytucyjny mąż, właśnie zakończył swoje obrzędy i teraz uważnie ciebie wysłuchuje. A te twoje teksty, wcale nie są mu do życia potrzebne.
    - Dorota, bo ja je wszystkie znam – zawołał Romek. – Lidka już dawno wypróbowała na mnie to, co przed chwilą od ciebie usłyszała. Nie przejmuj się!
    - Zdrajca!

    - Jak tam sobie chcecie – Dorotka nie traciła rezonu. – Macie więc całkiem wesoło.
    - Się nie martw. Romek, zdaj relację!
    - Zadanie wykonano, pani Wyrocznio. Wicedyrektor Wielicki ma zablokowany dostęp do systemu i to na każdym poziomie. Podpisałem się twoim poleceniem.
    - Dziękuję! Kupię ci za to coca-colę w Nowym Jorku.
    - A ja nie wypuszczę Romka, jeśli mi nie zaoferujesz w zamian towarzystwa Tomka.
    - Musisz teraz marudzić?
    - Nie muszę, tylko chcę! Po to, żebyś wiedziała.
    - Po co ci Tomek? Przecież na weekend wrócimy.
    - Wrócicie, albo i nie… Nie zjem ci Tomka, obiecuję. Oddam go w całości.
    - Kto cię tam wie…
    - Co za małpiszon… Idź już spać, bo nie wytrzymam.

    - To popuść! – podpowiedziałem. – Trzymanie tego w jelitach nie jest rekomendowane przez lekarzy.
    - Ty… figlarzu… Jeszcze masz u mnie okres ochronny, więc nie skomentuję. Znaj moje szlachetne serce i nie próbuj tego nie docenić. Jak się lepiej zadomowisz, to wrócimy do tematu, a wtedy pożałujesz tych swoich zabaw w doktora.
    - Miałem nadzieję, że taką zabawę masz zamiar mi zaproponować.
    - Mało ci jeszcze? Dorka, weź go tam do wiwatu, żeby mu wybić takie głupie myśli z głowy. Na felczera brak kwalifikacji, a doktora chciałby udawać.
    - Oj, nie stresuj się tak! – nadal panowałem nad sobą. – Jakby co, to kupiliśmy nową miotłę, będziesz mogła odlecieć niezauważona…
    - Wetknij ją sobie, wiesz gdzie! – nie spuściła z tonu. – Nie gadam z tobą! Odsuń się od mikrofonu i daj Dorkę.
    - Jestem przez cały czas.
    - Dorka! Mówiąc już poważnie, to pomyślałam, że Tomek bez ciebie będzie się tylko szwendał po banku. Dlatego postanowiłam znaleźć mu zajęcie.
    - Spudłowałaś, ale nawijaj, nawijaj!
    - Poważnie? Już się wczuł w rolę?
    - Kochana, nawet Romka potrafił spacyfikować.

    - Niestety… – dobiegł nas głos, nieco z oddali. – I nawet na piwo nie chce chodzić.
    - Nie wierzę… Czyli co, mam zrezygnować?
    - Ale o czym w ogóle mówisz?
    - Bo pomyślałam, że moglibyśmy pojechać do Pokrzywna. Tomek zapoznałby się wreszcie ze stanem prac, może wniósłby jakieś uwagi, a wiesz, to jest dzień zwykłej pracy. Wprawdzie załoga zasuwa i w soboty, ale nadzór jest w weekend raczej niekompletny. A ja chciałabym, żeby Tomka poznali już teraz. To mi pomoże w utrzymaniu porządku.
    - Załatwione. Tylko jaki masz pomysł na chłopców?
    - Mój tato może ich odebrać ze szkoły, już go o to pytałam.
    - Nawet go tam nie wpuszczą! I dzieci mu nie wydadzą. Lidka, to jest teren zamknięty, Amerykanie są przewrażliwieni na punkcie bezpieczeństwa. Ja sama miałam wręcz problem z załatwieniem tematu dla Tomka, bo przecież nie ma amerykańskiego obywatelstwa. Jedynie dzięki moim znajomościom, Tomek może tam wchodzić i ochrona go toleruje. Ale nawet Tomka nie posłuchają, gdyby próbował kogoś upoważnić do zabrania dzieci. Nie wolno im tego zrobić!
    - Jasne, rozumiem… A masz jakiś inny pomysł?

    - Mam. Zabierajcie jutro swoje dzieci i jedźcie do Podkowy. Z opiekunką, tatą, mamą i z kim jeszcze chcesz. My przyjedziemy jutro po pracy, przywożąc chłopców i panią Helenę. Po prostu nie pójdą do szkoły i już! Nic się nie stanie. Natomiast mam nadzieję, że w tyle osób dorosłych, jakoś zapewnisz im opiekę.
    - Będę musiała i zrobię to. Dam ci z firmy jakąś dziewczynę gratis do pomocy pani Helenie…
    - Jeśli nie będzie znała angielskiego, to nie będą jej słuchali. Wiesz, oni po polsku przyjmują polecenia tylko od Heleny.
    - I ode mnie – wtrąciłem.
    - Moje też – odparła, przytulając się. – Ale nas przecież nie będzie. Lidka, załatw catering, bo nie obciążę Heleny przygotowaniem jedzenia dla tylu osób, skoro ma pilnować chłopców.
    - To oczywiste. Tym się nie martw. I angielskim panienki też się nie przejmuj. To ma być ktoś nie od konwersacji, tylko od pilnowania i sprzątania.
    - Czyli temat załatwiony?
    - Mniej więcej.
    - Lidka, tylko żeby była pełna jasność. Całość musi funkcjonować już jutro, bo wszyscy wieczorem wracamy do Warszawy. Wy też. I już rano kołowrót będzie niesamowity, na poprawki może zabraknąć czasu. Dlatego nie możemy ryzykować postojów w korkach na drodze.

    - Nie pouczaj mnie, siostrzyczko, niczym barana. Jestem przytomna i gotowa do wyzwań!
    - Jak ci się znudzi „Liman”, to przyjmę cię na kasjerkę w banku. Lubię takie spolegliwe postawy…
    - Kurwa mać! Teraz to poleciałaś daleko poza bandę! Naprawdę! Mnie robić kasjerką?! Mnie?! Kurwa mać!!! No nie…
    - Kocham cię, siostrzyczko! – Dorotka nie traciła rezonu.
    - Ale poleciałaś… – padła odpowiedź zdyszanej Lidki. – Kasjerka… Ty cipo bankowa! Poczekaj! Trafiłaś mnie dzisiaj, ale ja ci się zrewanżuję! Masz to jak w banku i to nie w swoim! Bezpieczne i bez twojego nadzoru! Jeszcze mnie popamiętasz!
    - Ja zawsze ciebie pamiętam i o tobie myślę! – Dorotka nie przejęła się pogróżkami. – I w dodatku, zawsze myślę pozytywnie! Nigdy byle komu nie oferowałam pracy…
    - Ty cipo! Jeszcze mnie popamiętasz… ale dość na dzisiaj! – Lidka wróciła do poważnego tonu. – Może wam nie chce się jeszcze spać, ale mnie na dzisiaj wystarczy. Trzymamy się zatem ustaleń, szczegóły uzgodnimy jutro.
    - Lidka, większość spraw uzgodnię jeszcze w dzień, z Romkiem – Dorotka zupełnie naturalnie przejęła sposób mówienia Lidki. – Dzwoń do mnie tylko wtedy, jeśli wystąpią jakieś nagłe, nieprzewidziane przeszkody.
    - Już mnie nie ucz, kasjerki też czasem myślą.
    - Pocałuję cię przy okazji, a kasjerkę już odpuść, nie będę taka drobiazgowa!
    - Nie da rady, zapamiętałam solidnie. Bywajcie i spokojnej nocy!
    - Śpijcie dobrze!
    Dorotka aż westchnęła, wyłączając rozmowę.

    - Co ona znowu wymyśliła? – zapytałem, zniecierpliwiony.
  • Optex
  • #62
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Bardzo dobry pomysł! – padła krótka i szybka odpowiedź. – Powinieneś pojechać do Pokrzywna i wszystko pooglądać.
    - Chcesz mnie w tym dniu pozbyć się z banku?
    - Nie żartuj teraz – spojrzała na mnie, zaciskając usta. – I nie próbuj doszukiwać się jakichś teorii spiskowych.
    - Przepraszam, nie chciałem.
    - Słuchaj, Lidki plan jest jak najbardziej na miejscu. Tam też potrzeba pilnie pokazać, że budowa jest pod specjalnym nadzorem i żadne fuszerki nie będą tolerowane. Póki jest jeszcze czas, póki nie jest za późno. Pańskie oko konia tuczy, nie zapominaj o tym. Trafia się dobra okazja, bo w banku tematy będą już szły siłą rozpędu, więc taki jeden dzień możesz wykorzystać. Sprawa budowy jest bardzo ważna, dlatego od razu zdecydowałam się poświęcić chłopców szkołę. Naprawdę!
    - W porządku. Jeśli tak uważasz, to ja się zgadzam.
    - Tak, właśnie tak uważam. Jedź tam, zapoznaj się z dokumentacją, zobacz co zrobiono, przemyśl na spokojnie przyjęte rozwiązania i spróbuj je ocenić. Przecież to ma służyć nam! Pakuję w to niemałe pieniądze i chcę, byśmy później czuli się komfortowo. Tam mamy odpoczywać, a nie zajmować się jakimiś pierdołami, czy niedoróbkami.
    - No nie, przecież nie będę pilnował robotników…
    - Powiedziałam to symbolicznie, chyba rozumiesz. Ale spojrzyj na układ pomieszczeń, na przyjęte rozwiązania techniczne, zadawaj pytania, niech wiedzą, że pilnujemy, że śledzimy i kontrolujemy ich działania, bo będzie jak w śląskim oddziale. Brakło prezesa na niecałe trzy miesiące i już zakwitły kwiatuszki.
    - Dobrze, Słoneczko. Kocham cię!
    Rozkoszne pomruki, rozchylone usta i nagłe przytulenie się, stanowiło całą jej odpowiedź.

    Środa zaczęła się w zasadzie zwyczajnie. Lekko niedospani, ale w dobrych nastrojach, zawieźliśmy chłopców do szkoły, uprzedziliśmy wychowawcę, że chłopcy muszą jutro zostać w domu, po czym, lekko spóźnieni, podjechaliśmy pod bank. A tu nagle okazało się, że moje, oznaczone miejsce parkingowe, zajęło wypasione, sportowe Porsche jakiegoś matoła.
    Rzecz niesłychana. Auto charakterystyczne, nie zauważyłem go dotychczas na parkingu, więc albo któryś z pracowników sprawił sobie nowiutki wózek i chciał się nim pochwalić, co było możliwe lecz niewiarygodne, albo ten pojazd był własnością jakiegoś obcego gościa.
    W pierwszej wersji, ten ktoś musiałby być samobójcą, żeby świadomie zaparkować na miejscu prezesa. Bo na co więcej mógł liczyć? Że ze mną wygra? Tutaj i teraz? Takiej opcji nie było nawet w teorii! Nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł mieć co do tego najmniejszych wątpliwości.
    Pozostawała więc druga wersja, że zrobił to ktoś obcy; ktoś albo nieuważny, albo chcący mi coś przekazać. Od razu też pomyślałem o wojewodzie Wielickim. On mógłby być taki bezczelny.
    Tylko od czego jest ochrona? Wszak to zamknięty parking. Tutaj nie ma wjazdu z ulicy, a goście muszą uzyskać przepustkę. Jak mu pozwolili zająć moje miejsce?

    - Czy ty to widzisz? – zapytałem Dorotkę, zatrzymując się niemal zderzak w zderzak z intruzem.
    - Widzę – odparła spokojnie. – Nie mamy gdzie zaparkować.
    - Nieprawda! – odparłem. – Mylisz się. Mamy!
    Uruchomiłem silnik, włączyłem napęd na cztery koła i powoli, powolutku, wypchnąłem zderzakiem czerwonego Porsche kawałek za drogę dojazdową, pomimo tego, że miał zaciągnięty hamulec, albo był pozostawiony na biegu. Mój jeep nie z takimi rzeczami sobie radził.
    - I temat rozwiązany! – oznajmiłem radośnie, wycofując się na miejsce i wyłączając zapłon. – Jesteśmy na miejscu, szanowna pani prezes! Można wysiadać.
    - Tomek, czyj to samochód? – zapytała spokojnie.
    - To już mnie mało interesuje – odparłem. – Zaraz jednak zadzwonię do Pawła, że jakiś wóz blokuje drogę pożarową i przy okazji dowiem się wszystkiego. A nawet zostanę na miejscu, żeby zobaczyć tego kogoś. Jedź na górę sama, potem ci wszystko opowiem.
    - Nie wiem, czy dobrze zrobiłeś – pokręciła głową, jednak podeszła do szybu windy.

    Nie zdążyłem zadzwonić, bo ochrona budynku jednak zadziałała. Jak tylko winda uniosła Dorotkę do góry, zjawił się przy mnie ochroniarz.
    - Dzień dobry panu! – przywitał się pięknie. – Przepraszam bardzo, nie zauważyłem, że ten samochód został na drodze. Nie będzie blokował panu wyjazdu?
    - Owszem, ale na razie nie zamierzam wyjeżdżać. A jak będzie taka potrzeba, to ja sobie poradzę, proszę się o to nie martwić.
    Uśmiechnął się, ośmielony moim swobodnym tonem.
    - Nie mam co do tego wątpliwości, ja już miałem okazję poznać zalety takiego jeepa, jakim jeździ pan dyrektor.
    - Czyj to samochód? – zapytałem krótko, gasząc jego wesołość.
    - Pana dyrektora Mielewicza.
    - A kto to jest?
    Zrobił głupią minę.
    - Przecież… to jest… dyrektor Domu Inwestycyjnego banku Solution! Dlatego nie interesowaliśmy się samochodem, gdy tutaj wjeżdżał.
    W jednej chwili zrozumiałem jego postawę.
    - Rozumiem. Przecież nie mam do pana pretensji. Mało tego. Niczego pan nie widział i niczego pan nie wie, dobrze?
    - Oczywiście! – zgodził się bez namysłu.
    - Jak się czuje dyrektor Bałucki? – zmieniłem temat. – Ma pan jakieś informacje?
    - Pan dyrektor przyjechał dzisiaj do pracy, więc chyba wszystko w porządku…
    - Bardzo mnie to cieszy. Dziękuję panu – podałem mu rękę. – A dyrektora Mielewicza sam powiadomię, żeby sprzątnął ten wrak, dobrze? – zażartowałem.
    - Tak, oczywiście – uśmiechnął się, ściskając mi dłoń. Zrozumiał, że coś tu jest grane i ma siedzieć cicho, niczego nie widząc i nie wiedząc. Będą z niego ludzie – pomyślałem.

    Fakt, o Jacku Mielewiczu dawno słyszałem, ale jeszcze go nie widziałem i nie poznałem. Niemal rówieśnik Dorotki, bardzo sprawny menadżer, od czterech lat kierował operacjami giełdowo – inwestycyjnymi banku Solution Poland S.A. jako dyrektor Domu Inwestycyjnego.
    To była jednostka organizacyjnie niezależna od banku, bo takie były wymagania prawne, tym niemniej prezes banku Solution Poland S.A. pełnił w niej funkcję jakby rady nadzorczej. Czyli w każdej chwili mógł zrobić wszystko, co uznał za stosowne i właściwe. I mógł przy tym posługiwać się wszystkimi bankowymi służbami dla osiągnięcia celu, który zaplanował.
    Mówiąc prościej, zarząd banku w pełni odpowiadał za wyznaczenie kierunku polityki inwestycyjnej i obszaru działania Domu, który swoje zadania realizował głównie poprzez operacje giełdowe, uwzględniając przy tym opinie bankowego departamentu analiz.

    Dom Inwestycyjny Solution S.A. był na własnym rozrachunku, przy czym chociaż prowadził operacje na światowych rynkach finansowych bez stałego nadzoru zarządu banku, to jednak przed nim odpowiadał. A osiągane tutaj zyski miały niemały wpływ na roczny, skonsolidowany wynik bilansowy grupy kapitałowej Solution w Polsce.
  • #63
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Tak naprawdę, to dzięki jego działalności operacyjnej, z jego zysków, bank Solution mógł pokrywać niezbyt porywające wyniki w swojej działalności detalicznej i oferować różne promocje, aby utrzymać dotychczasowych klientów, a także przyciągać nowych. Bo przecież konkurencja była niemała, posiadała też znacznie lepiej rozwiniętą sieć placówek i w tym segmencie nie mieliśmy równych z nią szans.
    Chcąc utrzymać się na powierzchni, trzeba było szukać innych źródeł dochodów. I nasz Dom był właśnie takim źródełkiem. Od dawna sterowanym zdalnie przez Dorotkę, która przekonawszy Johna do swoich teorii, wprowadzała je w życie właśnie tutaj. Ze świetnymi rezultatami. To dlatego bank Solution S.A. nie wpadł w dołek podczas światowego kryzysu, a John wyrósł na męża opatrznościowego w korporacji i teraz zmagał się z programem naprawczym londyńskiej, zachodnioeuropejskiej grupy.

    Jak ja mogłem zapomnieć to nazwisko? Nie skojarzyć… Mielewicz… Przecież Dorotka kiedyś opowiadał mi o nim. I to z zachwytem, jakby był jej pupilkiem. Fakt, mówiła o Jacku, nie wymieniając nazwiska, ale ono gdzieś tam wtedy padło w tle. I to niejeden raz. A ja je zlekceważyłem… On był pierwszym, który w teoriach Dorotki zauważył szansę. Tak mi wspominała.
    John był wtedy o wiele bardziej sceptyczny, wahał się, bo pomimo kilkuletniego pobytu w Polsce, jeszcze nie czuł tak dobrze odrębności w funkcjonowaniu gospodarek państw wschodnich. A poza tym, nie bardzo rozumiał różnice pomiędzy oplecioną regulacjami prawnymi gospodarką unijną, a wolnym systemem amerykańskim. Bywało nawet, że czasem kwestionował opracowania ekspertów przy dużych projektach kredytowych, bo dla niego pewne sprawy były oczywiste, a tutaj okazywało się, że nie do końca tak jest.

    Summa summarum, pozwolił im, czyli Dorotce z Mielewiczem zrealizować jeden mały projekt operacji na rynkach, a gdy wszystko się udało i przyniosło zyski, dał przyzwolenie na realizację kilku następnych. I wtedy okazało się, że to działa niemal tak, jak zaplanowano. Jak w teorii. Dochody z operacji przeszły najśmielsze oczekiwania.
    To wtedy zaczął się błyskawiczny i niesłychany awans Dorotki. To wtedy, w ciągu niewielu miesięcy, stała się osobą wręcz nietykalną, wyrocznią i głównym ekspertem korporacji Solution do spraw rynków wschodniej Europy. Wtedy też szefowie korporacji powierzyli jej oficjalnie kierowanie departamentem inwestycji wschodnich. I nie zawiedli się. Mimo światowego dołka, mimo braku wielkich zysków, jej działka nie przynosiła strat. Obroniła się sama, bez sztucznego wsparcia i korporacja Solution nie musiała korzystać z programu sanacyjnego.

    Kiedy sylwetka ochroniarza znikała gdzieś w strumieniu światła, padającego od wjazdu na podziemny parking, sprawdziłem jeszcze raz zamknięcia jeepa, zabrałem teczkę i chciałem podejść do szybu windy, ale nie zdążyłem.
    Winda właśnie zatrzymała się i wypluła ze swojego wnętrza młodego mężczyznę, który zrobił kilka szybkich kroków i nagle się zatrzymał. Playboy, pomyślałem, widząc jego ruchy. Nie miał czterdziestki, ale pozował na trzydziestolatka. Ujrzawszy swoje czerwone autko na drodze, najwyraźniej się zdenerwował. Wykonał kilka nieskoordynowanych ruchów głową, spojrzał na mnie przelotnie, następnie otaksował jeepa i zdecydowanie zaczął świdrować mnie wzrokiem.

    - Pan przyjechał tym samochodem? – zapytał, kierując wzrok na jeepa.
    - Tak – odpowiedziałem spokojnie.
    - Ale ja tu zaparkowałem. Dlaczego pan usunął stąd mój samochód? Jak się pan nazywa?
    - Niczego nie usuwałem – wzruszyłem ramionami. – Było miejsce, to zaparkowałem. Zresztą, to jest moje miejsce. Jest opisane, numer mojego samochodu jest widoczny na asfalcie.
    - Pana nazwisko? – rzucił wściekły.
    - Nazywam się Tomasz Barycki.
    - Kim pan jest?
    - Pracownikiem banku. Chyba mam prawo korzystać z tego parkingu?
    - To się jeszcze okaże, czy będzie miał pan takie prawo – rzucił, po czym zrezygnował z poświęcania mi uwagi i podbiegł do swojego cudeńka.

    Pooglądał go dokładnie, kilkakrotnie przejechał palcem po rysach na zderzaku i widziałem, jak się gotuje. Pomyślałem, że wprawdzie nie powinno tam być żadnych rys ode mnie, ale kto wie… Jeep miał zderzak oblany jakąś masą plastyczną, przy powolnych ruchach nie mógł przyczynić żadnych szkód. Ale jeśli gdzieś tam pozostało na nim ziarnko piasku…
    Odwrócił się i zobaczył, że stoję nadal, obserwując jego ruchy.
    - Tomasz Barycki, tak? – rzucił krótko i zdecydowanie.
    - Tak, proszę pana.
    - Dobrze, zobaczymy…
    - Co pan chce zobaczyć?
    - Tego dowie się pan później – oznajmił, otwierając drzwi i wyjmując coś ze skrytki. Następnie zamknął samochód, odwrócił się i skierował w stronę windy, pozostawiając auto na drodze. Podszedłem do windy i ja.
    - Jak mam rozumieć pana słowa? – zapytałem naiwnie.
    - Nie mam przyjemności z panem rozmawiać! – stwierdził, odwracając się tyłem, jakbym mu śmierdział. No cóż… sam tego chce…
    Rzucił się do drzwi natychmiast, kiedy zatrzymała się na piętrze i od razu pobiegł w stronę sekretariatu. Pozwoliłem się wyprzedzić i kiedy ja tam wszedłem, już go nie zobaczyłem. Pewnie zdążył wejść do Dorotki. A ja się już nie spieszyłem. Wszedłem do swojego gabinetu, spokojnie powiesiłem w szafie płaszcz, zostawiłem teczkę, przejrzałem się w lustrze, poprawiłem krawat i dopiero wtedy zdecydowałem się pójść do Dorotki na kawę.

    Od samego początku, na porannej kawie omawialiśmy we dwoje zadania dnia. Dorotka krótko przedstawiała mi swój planowany harmonogram zajęć, oraz oczekiwania dotyczące moich działań. Było to świetne, bo pozwalało zmieniać nasze relacje, na takie całkowicie służbowe. Przestawialiśmy się na pracę i sprawy naszego związku nie wchodziły wtedy w grę. Rozmawialiśmy wyłącznie o pracy i o tym, jak najlepiej wypełnić swoje obowiązki. I na taką, codzienną kawę poszedłem…

    Obydwoje siedzieli w fotelach. Dorotka własnie nalewała mu kawę z dzbanka, mając bardzo wesołą minę.
    - Dzień dobry państwu! – przywitałem się, podchodząc bliżej. – Nie przeszkadzam?
    - O! To właśnie ten pan! – rzucił krótko. Widocznie zdążył już opowiedzieć o swojej krzywdzie.
    - Nie wygłupiaj się, siadaj z nami! – spojrzała na mnie, nie zmieniając wyrazu twarzy i napełniając kawą filiżankę na miejscu obok siebie. – Właśnie słyszę, że podpadłeś panu dyrektorowi i będę musiała cię ukarać! – zaśmiewała się.
    - Nie bierzesz pod uwagę możliwości rewanżu? – zapytałem spokojnie, zajmując miejsce w sąsiednim fotelu.

    Twarz Mielewicza zastygła i była jak maska. Teraz niczego nie przedstawiała.
    - No właśnie mam wątpliwości. Pozwolisz się ukarać bez retorsji?
    - Tobie? – zapytałem retorycznie, z błyskiem w oczach. – Zawsze! – oznajmiłem cichym, namiętnym głosem. – Nawet zaraz teraz!
    Ale jej reakcja była błyskawiczna.
    - Uspokój się – spojrzała na mnie krzywo.
    - Przecież jestem spokojny.
    - Ty wiesz...
    - Wiem, wiem, już nie będę… Przedstaw mi tylko pana dyrektora, bo wprawdzie przedstawiałem mu się na parkingu, jednak bez wzajemności.
    - Naprawdę? – roześmiała się. – To jest pan dyrektor Jacek Mielewicz, opowiadałam ci te historie naszej współpracy.
    - Pamiętam, pamiętam. Kłaniam się panu, panie dyrektorze!

    Już wcześniej podniósł się z fotela, chciał może nawet coś powiedzieć, ale nie śmiał przerywać Dorotce, a teraz ja też wstałem i podaliśmy sobie dłonie ponad stolikiem.
    - Miło pana poznać! – oznajmiłem pierwszy. – Od dawna słyszę o panu same pozytywne opinie, tym większa moja przyjemność poznać ich źródło. Proszę tylko nie zajmować mojego miejsca na parkingu, a wtedy będziemy bardzo dobrze się dogadywali.
    - Mnie również miło i przepraszam pana za te podejrzenia tam na dole…
    - Nie ma o czym mówić! – zapewniłem.
    - Czyli znam pana imię i nazwisko, tym niemniej wciąż nie wiem, kim pan jest. Czuje się pan tutaj dość swobodnie…
    - Oj, panie Jacku… – Dorotka roześmiała się. – Przecież to żadna tajemnica. Tomek jest dyrektorem mojego gabinetu, szefem zespołu doradców, a prywatnie moim mężem. Nie wiedział pan tego?
    - Nie… – wybąkał i spojrzał na mnie.

    Gdyby miał możliwość zabijania wzrokiem, to już bym nie żył.
  • #64
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Chyba się z panem Jackiem nie zaprzyjaźnimy.

    - Zostawmy zabawy na wieczór, a teraz omówmy zadania na dziś – przerwałem swoje obserwacje, zwracając się do Dorotki. – Kto kontroluje dzisiaj działania na południu?
    - To już twoje zadanie. Słuchaj, zdążyłam wysłać formalną decyzję uzupełniającą działania Romka, oczywiście ze swoim podpisem, a także zaprosić pana Wielickiego do Warszawy. Ma przyjechać jeszcze dzisiaj i będzie u Pawła, a może też u ciebie, to już sam zdecydujesz. Pawła wysłuchaj, ale decyzję podejmiesz sam. Nie musisz dzisiaj, działajcie powoli i z rozwagą.
    Ja natomiast spotykam się dzisiaj najpierw z panem Jackiem i resztą jego zespołu, aby wypracować naszą strategię inwestycyjną na najbliższe tygodnie, a później z naszymi departamentami bankowymi. I jeśli mógłbyś mnie uwolnić od bieżącego zarządzania, to byłabym ci bardzo wdzięczna.
    - Co robimy z oddziałem podlaskim?
    - Na razie poczekaj, odkładamy temat do przyszłego tygodnia. Trzeba sprawnie zakończyć to co zaczęte, podsumować wyniki i wtedy weźmiemy na tapetę ich. Trzymaj też rękę na pulsie remontu. Wszelkie ważne telefony do mnie, dziewczyny będą kierowały na ciebie. Mnie nie ma dla nikogo, chyba, że zadzwoni prezydent. korporacji, albo Rzeczypospolitej, czego w ogóle nie przewiduję – uśmiechnęła się.
    - Bałucki jest dzisiaj w pracy.
    - Odwiedź go więc i przekaż ode mnie najlepsze życzenia zdrowia. Nie mam czasu, bo sama bym to zrobiła.
    - Kontaktowałaś się z konsulem?
    - Och, nie… Zaraz zadzwonię. Joasia niech na dzisiaj zamówi sobie samochód z kierowcą, bo będzie musiała pojeździć za mnie. Zresztą, przecież wy możecie wejść tutaj zawsze, chociaż spróbujcie mnie oszczędzać, bo niezbyt lubię takie zmiany tematyki, gdy jestem na czymś skupiona. A gdyby wyszły jakieś problemy… – odwróciła się i wcisnęła klawisz łączności z sekretariatem.
    - Pani Kasiu, mogę prosić do nas? – rzuciła krótko.
    Sekretarka zameldowała się niemal natychmiast.

    - Usiądź proszę!
    Prośba została natychmiast spełniona.
    - Za kwadrans możesz już wszystkich wpuszczać. A ponieważ cała narada potrwa przynajmniej dwie godziny, zamówcie na miejsce jakiś catering.
    - Pani prezes, ja proponuję inne rozwiązanie.
    - Jakie?
    - Tutaj tylko kawa i suche przekąski, a w przerwie wyjście na lunch do naszej stołówki. Tak będzie lepiej. Wszystkim przyda się chwila wytchnienia i odbędzie się to bez poważnego bałaganu w pani gabinecie. A informatyk już czeka, żeby uruchamiać telebim.
    - Słyszałem, że całość ma trwać dwie godziny – zauważyłem. I nadziałem się na kontrę.
    - Panie dyrektorze! – Kasia nie skrywała rozbawienia. – To są takie umowne dwie godziny! To się skończy około drugiej, trzeciej i zaraz będzie następna nasiadówka. Ja to słyszałam już zbyt wiele razy…
    - Ładnie! – podsumowałem, ale Dorotka nie wytrzymała.
    - Kasiu! – spojrzała na nią zgorszona. – Nie wyjawiaj tajemnic bankowej kuchni wobec naszych gości.
    - Oj, przecież pan dyrektor Mielewicz nie jest tutaj obcym gościem! – niby się tłumaczyła, ale zrobiła to tak demonstracyjnie i z takim wdziękiem, że nabrałem podejrzeń.
    Chyba była w nim zakochana.

    W głowie zapaliło mi się czerwone światełko. Oj, będę musiał na to zwrócić Pawła uwagę. Niedomówienia na takim szczeblu mogły się różnie skończyć. Kasia była przecież dawną koleżanką Dorotki i jej powierniczką. I nieważne, że teraz dzieliło je wiele. Dawny sentyment ciągle dawał o sobie znać i Dorotka ufała jej bardziej niż innym. A co będzie, jeśli Mielewicz poskarży się do niej na mnie? Czy tylko ja będę miał wroga w sekretariacie?
    - Kasiu! – Dorotka kontynuowała, nie zwróciwszy uwagi na jej zachowanie. – Nie licząc uczestników narad, wstęp do gabinetu macie dzisiaj tylko wy obydwie, Tomek oraz Joasia. Poza wami niech nikt nam nie przeszkadza, nawet szefowie pionów. Ze wszystkimi sprawami bieżącymi mają się zwracać do dyrektora Baryckiego. To chyba wszystko…
    - Miałaś dzisiaj omówić z Romkiem sprawy wyjazdowe – przypomniałem.
    - Pamiętam o tym – zgodziła się. – Ale to później, spotkam się z nim po naszej odprawie. Bo ta tematyka nie może już dłużej czekać. Masz coś jeszcze?
    - Poproś Joasię i może sama przekażesz jej zadania?
    - Masz rację. Kasiu…
    - Już… – padła odpowiedź.
    Kasia wybrała numer na trzymanym w dłoni aparacie i przekazała Joasi wezwanie. A ja doszedłem do wniosku, że moja dalsza tutaj obecność staje się zbędna.
    - Idę już – oznajmiłem, podnosząc się z miejsca. – Jakby coś, będę pod telefonem.
    - Od czego zaczynasz? – zapytała.
    - Idę teraz do Pawła. Nurtuje mnie takie drobne usprawnienie, dlaczego na naszych kartach identyfikacyjnych nie ma zakodowanej daty ich ważności. Przecież to doskonale ułatwiłoby nam wszystkim życie. Czytniki same zmuszałyby do przestrzegania terminów badań.
    - Zgadzam się. Powodzenia! – podniosła się z fotela, podeszła bliżej i ucałowała mnie w policzek. Nietypowo, nie bardzo wiedziałem co chce tym podkreślić, ale przytuliłem ją na moment i oddałem pocałunek.
    - Powodzenia, radźcie skutecznie! – uśmiechnąłem się ciepło, po czym wyszedłem z gabinetu.
    Ten Mielewicz bardzo mi się dzisiaj nie spodobał.

    Zauważyłem, że Dorotka traktuje go zupełnie inaczej niż wszystkich innych, potencjalnych amantów. Nawet to, że przyjmowała go na kawie przed wszystkimi świadczył o tym, że cieszy się jej względami. I wcale tego nie kryła. A on, w podziemnym parkingu, też był całkowicie pewien jej poparcia. Sposób w jakim ze mną rozmawiał nie pozostawiał tutaj cienia wątpliwości. Ciekawe, czy to dla niej sprawił sobie taki wózek, czy dla kogoś innego. Cóż, trudno, nie będę się teraz wygłupiał, ale przy okazji trzeba będzie przeglądnąć jego dossier.

    Paweł Dedejko był u siebie. Jego posągowa sekretarka odpowiedziała na powitanie zupełnie miłym i nie całkiem służbowym uśmiechem, oznajmiając przez telekom moje przybycie, a uzyskawszy aprobatę, poprosiła bym wszedł do gabinetu.
    - Witam pana dyrektora! – Dedejko wstał zza biurka i wyszedł naprzeciw. – Właśnie wybierałem się w rejony gabinetów „naczalstwa”.
    - Dzień dobry! Panie Pawle, może w końcu przejdziemy na mniej oficjalne formy obcowania? Co pan na to? – zapytałem, ściskając mu dłoń.
    - Nie miałbym nic przeciwko – roześmiał się.
    - Bo tak jakoś bywa różnie, czasem mówimy sobie po imieniu, czasem oficjalnie… taki mętlik…
    - Panie Tomku, do mnie może pan zawsze zwracać się po imieniu. Nie przywiązuję zbyt wielkiego znaczenia do formy, a jeszcze w dodatku pochodzącej z pana ust…
    - To tak jak i ja. Jestem Tomasz! – oznajmiłem, po czym ponownie wyciągnąłem rękę w jego stronę.
    - A ja Paweł! – odpowiedział uściskiem dłoni.
    - No i jedną sprawę mamy za sobą – roześmiałem się.

    - Dobre i to – zauważył. – Zawsze to jakiś sukces. Chociaż nie podejrzewam, że tylko to miałeś na głowie kierując kroki w moją stronę. Proszę. Usiądźmy! – wskazał fotele.
    - Czyżbyś znał życie? – zażartowałem.
    - Oj, znam je, znam! Chyba nawet lepiej niż przewidujesz w najczarniejszych myślach. Ale cóż… Nie mogę powiedzieć, że sam tego nie wybrałem, więc żalić się nie mam powodu, ani nie mam do kogo kierować pretensji. Tak już musi być i tyle. Sam chciałem i sam sobie zgotowałem taki los!
    - Czyżbyś pił też do mnie? – zainteresowałem się nagle.
    - Nie, absolutnie! – wybuchnął śmiechem. – Coś ty! – powoli cichł. – Tak naprawdę, to ciebie podziwiam. Z mojego punktu widzenia jesteś prawy i niesłychanie konsekwentny. A w tym to już jesteśmy do siebie podobni. Różnica jest tylko taka, że ty w drugim rozdaniu dostałeś to czego pragnąłeś i teraz możesz się cieszyć swoim wyborem, a ja niestety, niekoniecznie. Ale to już tylko moja sprawa.
  • #65
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Paweł, masz dzieci?
    - Mam. Z pierwszego małżeństwa. Syna i córkę. Jednak moja dawna żona dość skutecznie odseparowała je ode mnie, a ja wtedy nie chciałem z nią walczyć. I teraz jest już za późno. Ja w zasadzie dla nich nie istnieję. Wiedzą, że żyję, bo przekazuję jej co miesiąc jakieś nędzne pieniądze, ale nie walczyła o podwyżkę alimentów. Nie wiedzą też, że każdemu z nich założyłem konto i teraz regularnie wpłacam tam niemałe kwoty. Jak się usamodzielnią, będą miały jak znalazł.
    - Gdzie mieszkają?
    - W Niemczech. Dawno wyjechała z nimi do jakiejś dalszej rodziny, tam otrzymała też obywatelstwo i chyba ułożyła sobie życie od nowa, ale nie znam szczegółów i nie chcę ich znać.
    - Ciekawy gość jesteś, przyznam się, że nigdy nie potrafiłem cię rozgryźć.
    Roześmiał się swobodnie.
    - Panie Tomku… przepraszam, Tomek… nie mogłem ci pozwolić się rozgryźć. To było wykluczone! Przeciwnie, to ja musiałem gromadzić o tobie wszelkie informacje, nawet takie, o których do dzisiaj nie wiesz.
    - Dalej gromadzisz? – zapytałem z głupia frant.
    - Nie, teraz jesteś już poza obszarem moich zainteresowań. No chyba, że sam wchodzisz mi w paradę, wtedy muszę coś z tym zrobić.
    - A co się zmieniło? Czy ja wpadłem w sidła konkurencji?
    - Tu nie chodzi o konkurencję.
    - A o co?

    - Tomek… czy ty, tak powiedzmy… na przykład… zdajesz sobie sprawę z tego, że podczas jubileuszowego, styczniowego balu, hotelowe kamery zarejestrowały twoje harce z ówczesną żoną prezesa?
    - Jakie harce? – zapytałem z miną niewiniątka, chociaż przeszył mnie dreszcz.
    - Na przykład to, co robiliście w tym saloniku, gdzie palono cygara.
    - Pieprzysz! Tam miało nie być kamer!
    - Ale były. Były wszędzie, poza pokojami. Na szczęście, udało mi się skasować nagrania zanim je ktokolwiek przejrzał, chociaż to nie był nasz system rejestracji. One dzisiaj nie istnieją, ale zapewniam cię, że takie były. Gdybym nie znał waszych życiorysów, to… wiesz co? Moim obowiązkiem było wtedy ogłoszenie najwyższego alertu w korporacji! Sam wiesz najlepiej, dlaczego tego nie zrobiłem – roześmiał się. – I jak się okazało, miałem rację.
    - Kto jeszcze o tym wie?

    - Nikt. Siedziałem osobiście, sam jeden za pulpitem operatorskim, słyszałem nawet twoją, już nawet nie wiem czy wcześniejszą, czy też późniejszą rozmowę z Romkiem, kiedy ci mówił, że ja tu gdzieś jestem.
    - Ja pierdolę, co za czasy! Tu w banku też wszystko nagrywasz?
    - Prawie wszystko – roześmiał się ponownie. – Nagrania są przechowywane przez miesiąc. Jeśli nikt ich wcześniej nie zdejmie, są kasowane następnymi.
    - Zaplecze gabinetu Dorotki też?
    - Nie, nie. Tam jest to niedopuszczalne. Ale sam gabinet jest w zasięgu kamery, jak również sekretariat. Tomek, tak być musi!
    - Mój gabinet też?
    - Nie, twój jeszcze nie. Nie jesteś członkiem zarządu, ale niewykluczone, że otrzymam inne dyspozycje, a wtedy kamerę ci załączę. Jest zamontowana, chociaż na razie nieaktywna. Tomek, to są kwestie bezpieczeństwa, ja to muszę robić.
    - Nie zgadzam się. Do nagrań mają dostęp technicy, a po co im te wiadomości?
    - Nikomu nie daję dostępu, a ja umiem milczeć, chyba się o tym przekonałeś.
    - A jeśli ciebie zabraknie? Co się z tym stanie?
    - Nie ma takiej opcji.

    - Więc się zastanów. Przemyśl to wszystko, bo jak na znanym portalu pojawią się filmiki z naszymi figlami, to cię zaduszę własnymi rękami! Jasne? A teraz wróćmy do szarej, ponurej rzeczywistości, bo mamy o czym mówić.
    - Owszem, mamy, ale poczekaj, bo chyba się nie zrozumieliśmy. Zakończmy najpierw jeden temat.
    - A co jeszcze masz?
    - Mam dla ciebie pakiet informacyjny…

    Dedejko wstał i podszedł do kasy pancernej, stojącej w rogu pomieszczenia. Wyjął z niej pokaźną kopertę po czym powrócił na miejsce.
    - To dla ciebie – oderwał od niej arkusz papieru, położył na stoliku, a kopertę mi wręczył. – Podpisz mi zwrotkę, z datą, kiedy otrzymałeś.
    - Co to jest? – zapytałem krótko.
    - Kody dostępu, oraz instrukcje do moich tajnych i poufnych materiałów. Wolno ci je poznać wyłącznie wtedy, kiedy mnie by tu zabrakło. Pieczęć możesz złamać wyłącznie w obecności prezesa zarządu, kimkolwiek by on nie był. A gdybyś ty stąd odchodził, jesteś zobowiązany zwrócić mi nienaruszony pakiet, albo przekazać go swojemu następcy. Za pokwitowaniem! W żadnym wypadku nie wolno ci naruszyć pieczęci bez zgody prezesa! A najlepiej złóż kopertę w swojej kasie i możesz zapomnieć, że tam jest – roześmiał się.
    - Wow! Aż taka poważna procedura?

    - Takie wytyczne dotyczące bezpieczeństwa obowiązują w korporacji. Romek swoje kody obligatoryjnie składa na przechowanie u mnie, a ja z kolei musiałem kogoś wybrać. Nie może to być osoba z zarządu banku, gdyż uważa się, że są postaciami zbyt zajętymi i na świeczniku, ale musi to być ktoś piastujący wysokie stanowisko i w pełni wiarygodny. Dlatego też wybrałem ciebie.
    Przy czym zwróć uwagę na to, że jest to decyzja poufna, będzie ją znała pani prezes i nikt poza tym nie powinien o niej wiedzieć. Nawet Romek. Miejsce przechowywania zapasowych kodów dostępu jest informację niejawną trzeciego stopnia.
    - Dużo masz tych tajnych materiałów?
    - Trochę tego jest – pokiwał głową. – Ostatnio przeglądnąłem archiwum dość dokładnie, sporo materiałów usunąłem trwale, między innymi większość tych, dotyczących ciebie i pani Doroty, gdyż uznałem, że nie ma potrzeby, aby jeszcze istniały. Część dotyczy osób, których tutaj już nie ma, ale zdecydowałem, że powinny jeszcze pozostać, jednak zasadnicza część dotyczy osób obecnie zatrudnionych. Rzadko z tego korzystamy, ale przy rozważaniach awansów na wyższe stanowisko, moje zdanie musi być brane pod uwagę.

    - Filmy też tam masz?
    - Tak, ale poczekaj. Nie sądzisz chyba, że ja codziennie bawię się w jakiś lokalny festiwal filmowy, prawda?
    - No właśnie. Jak to z tym jest?
    - Wiesz, cały monitoring w banku jest podzielony na trzy obszary. Tereny przed bankiem, wejścia i windy, oprócz windy szefowej, a także wszystkie sale operacyjne, są kontrolowane przez ochronę na bieżąco. Dostęp do podglądu z tych kamer ma wiele osób, a nagrania przechowywane są przez dwa lata.
    Druga strefa to korytarze i pomieszczenia ogólne części pracowniczej, a także różne inne, wybrane z jakichś powodów. Tutaj dostęp jest różny. Ja i moi szefowie działów mamy dostęp zarówno do podglądu, jak i do materiałów archiwalnych, a do wybranych części podglądu, mają też kierownicy tych jednostek. Na przykład mogą sobie pooglądać pracę podwładnych na swoim monitorze. Ale tylko swoich. I najdłużej przez miesiąc. Bo nie archiwizujemy tego dłużej, chyba że ktoś zgłosi swoje zastrzeżenia, wtedy nagranie wędruje do moich materiałów i pozostaje w nich już na stałe, albo do czasu mojej innej decyzji.

    Natomiast do trzeciej części, czyli sekretariaty głównych specjalistów, zarządu i dostęp do nich, oraz kamerę windy i gabinetu prezesa, kontroluję ja i wyłącznie ja. Muszę mieć taką możliwość, bo takie są zasady bezpieczeństwa. Oczywiście, w normalnych sytuacjach nawet nie przeglądam tych nagrań, a jeśli to robię, to jedynie wyrywkowo i pod kątem kontroli jakości obrazu oraz dźwięku, a nie treści nagrania. Mnie treści nie interesują, to nie moje sprawy, natomiast jestem odpowiedzialny za sprzęt, gdyby zaszło jakieś wydarzenie. Wtedy nagranie staje się ważnym dowodem i chyba sam wiesz co to oznacza.
  • #66
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Mniej więcej. W oddziałach też tak jest?
    - Podobnie, chociaż gabinety dyrektorów nie są monitorowane. To zależało od nich, a większość kamer nie chciała. Jak więc widzisz, system bezpieczeństwa został w taki sposób opracowany i tak to funkcjonuje. Teraz stałeś się jednym z jego trybików, jako depozytariusz dostępu do moich tajemnic.
    - No właśnie… Karmisz mnie tu szeregiem przestróg, a gdy wyjdę od ciebie, wszyscy zobaczą, że niosę coś opieczętowanego.
    - Dam ci zwykłą, kartonową teczkę, włożysz do niej kopertę i będzie po problemie.
    - Może masz i rację – przyznałem. – A jednak na złodzieju czapka gore. Już sobie wyobrażałem, że wszyscy będą się we mnie wpatrywać.
    - Bywa, bywa – uśmiechnął się.
    Rzadka okoliczność, Paweł nieczęsto tak robił.

    - To mówisz, że miałeś okazję przyłapać nas na balu in flagranti…
    - Miałem… – westchnął. – W dodatku, zamiast przyglądać się wtedy waszemu zbożnemu dziełu, wpadłem w panikę. Gdybyśmy się nie znali, miałbym podstawy wszcząć najwyższy alarm. Ale przecież wiedziałem, że wasz związek nie jest wymierzony w bank. Sypialiście ze sobą jeszcze wtedy, kiedy żadne z was o banku Solution nie słyszało. W dodatku teraz ty też pracowałeś w korporacji, więc z mojego punktu widzenia, jedynie bym się ośmieszył takim alarmem. A jednocześnie groziła wam wpadka, ujawnienie na zewnątrz kontynuacji związku, co mogłoby wpłynąć na wizerunek prezesa i całej organizacji. Bo za ten wizerunek szefa, w jakiejś części odpowiadałem również ja. John mógłby mieć do mnie słuszne pretensje, że go nie uprzedziłem, że nie wiedziałem… ba! Że wiedziałem i milczałem!
    - Sam mnie tam zaciągnął.
    - Wiem! – zaśmiał się. – Ale zrozum też mnie. Gdyby wtedy do pomieszczenia monitorów wszedł ktoś z ochrony hotelowej i zobaczył to co ja… chyba rozumiesz. Ja wtedy zrobiłem coś, co nie przysporzyło mi u nich wielu zwolenników, nie są przecież głupcami.
    - Mianowicie?

    - Tomek… wszystkie zawody mają swoje tajniki. Kierowcy, tokarze, ślusarze, kucharze... wszyscy! I niechętnie dzielą się sekretami poza swoją bandą. Ja też takie znam, ale tutaj nie miałem innego wyjścia. Nic nie wchodziło w grę, poza prostym wyjęciem i zabraniem dysku z serwera. Inaczej się nie dało! Popełnili błąd, że zastawili mnie samego, ale patrząc na to z drugiej strony… po co mieli ze mną siedzieć? To jest bardzo nudne! Awantury zdarzają się raczej na zakończenie imprez, a jakby coś, to przecież obraz i tak był zapisywany…
    - Zabrałeś im dysk?
    - Tak! Przy okazji też inne. Nie widziałem innego wyjścia. Miałem dyski zastępcze, przecież wcześniej uczestniczyłem w przygotowaniach do balu, więc sprawdzałem również ich sprzęt. Musiałem przewidzieć wszystko. Każdą sytuację. Podmieniłem je i całość działała.
    Później jednak zorientowali się, że to nie jest to. System wydrukował zmiany, nie zgadzały się numery sprzętu, to wszystko było zrobione dość ordynarnie. W końcu oddałem im własność, całkowicie oczyszczoną, nawet Romek sprawdzał je wcześniej i niczego nie znalazł. Ale dostali go z powrotem, działał i formalnie nie mają o co bić piany, chociaż oni wiedzą, że ich wyrolowałem. Nagrań z balu nie mają i mieć nie będą.

    - Podejrzewam, że wcześniej wszystko skopiowałeś?
    - Owszem, ale fragmenty z wami usunąłem właśnie z materiałów archiwalnych. Nie ma już niczego na ten temat.
    - Wierzysz w to, że nic się nie zachowuje?
    - Tomek, używam niszczarki plików najnowszej generacji, którą dostałem do Romka. Nie potrafię ci powiedzieć jak to działa, ale jest stosowana w naszej korporacji. Aplikacja wykrywa wszelkie próby kontaktu z plikiem, rozprzestrzenia się po adresach, które się nim interesują i zamieszcza wtedy na komputerze źródłowym takie nożyczki, które wycinają go przy każdej próbie otwarcia, wprowadzając w to miejsce na dysku absolutny chaos. Działa też na wszelkich kopiach i obrazach. Podobno, jak dotąd, nie ma niczego lepszego na świecie, system jest opracowaniem informatyków bankowych i nie jest ogólnie dostępny. Jego twórcy dostali solidną kasę za zrzeczenie się praw autorskich i siedzą teraz cicho, bo to Solution jest jej właścicielem. Dlatego mam postawy twierdzić, że jeśli coś skasowałem, to tak właśnie jest. Nagrania już nie ma!
    - Oby… – westchnąłem. – Bo jesteś kolejnym, który miał okazję podglądać nas w trakcie. Ciekawe, kiedy to się skończy.

    - O! – roześmiał się. – Naprawdę? Cóż ja mogę zrobić. Musicie unikać publicznych miejsc i to wszystko.
    - A tam, głupstwa pleciesz. Przecież ani jezioro, ani nasze podwórko, nie było miejscem publicznym.
    - I tam was podglądali?
    - Oczywiście. Masz co do tego wątpliwości? Przecież nas znasz z tamtych czasów. Zresztą, chyba i wtedy nie myślałeś inaczej. A ja dostałem po latach dość dokładne relacje z tego co wtedy robiliśmy.
    - Ciekawe…
    - A co w tym ciekawego? Znane, powtarzalne sprawy. Czym one się różnią? Technicznie niczym, różnica tylko w uczuciach i emocjach.
    - No tak, masz rację. Tym niemniej dla wielu są bardzo pociągające.
    - I dla wielu bardzo zdradliwe, wiem o tym. Tym niemniej, wyszliśmy już na prostą z naszym związkiem i teraz niczego się nie boję.

    - A jak poprzedni?
    - Lekko nie będzie, ale kiedyś się to zakończy – westchnąłem. – Słuchaj, kiedy wczoraj rozmawialiśmy o tej śląskiej kontroli, pomyślałem właśnie o was. O tobie i twojej żonie. Bo nie znam wszystkich szczegółów, ale coś do mnie dochodziło, że masz domowe problemy. I pomyślałem, że mógłbym mieć dla was propozycję.
    - Jaką?
    - Nie wiem, czy dla twojej żony jest to zalecane, ale podejrzewam, że tak. Chodzi mi o pływanie i przebywanie w wodzie.
    - Owszem, to jest wskazane.
    - Więc jest taka sytuacja, że nasz basen stoi nieużywany przez cały roboczy tydzień, bo my jesteśmy w apartamencie. Wracamy do Podkowy tylko na weekendy. A tam jest mnóstwo miejsca. Więc po pierwsze, moglibyście z niego korzystać w dni powszednie wedle swoich chęci, możliwości i upodobań. Bez świadków. Po drugie, tam można nawet zamieszkać w pokojach gościnnych i mieć basen do swojej dyspozycji. Z ciepłą, podgrzewaną wodą.
    Oczywiście, też tylko w tygodniu, bo na weekend przyjeżdżamy z dziećmi i wprawdzie nie będziecie nam przeszkadzać, ale wyłączności już ci nie zaoferuję. Bo my też z niego chcemy korzystać.

    - To zrozumiałe.
    - Więc przemyśl to, oferuję ci wszystko za darmo, problemem będzie tylko twój dojazd do pracy, bo korki stamtąd są nieziemskie.
    - Dziękuję! – uśmiechnął się. – Musiałbym to jednak omówić najpierw z żoną.
    - Omawiajcie. Oczywiście, wyłoni się problem aprowizacji… kto u was o to dba?
    - Może nie uwierzysz, ale dajemy sobie radę. Mieszkanie mamy przystosowane do jazdy wózkiem i kuchnię też. Agnieszka znakomicie sobie z tym radzi.
    - No i bardzo dobrze. Tylko musielibyście dogadać się jeszcze z panią Heleną. Bo oddzielnej kuchni na pokoje gościnne u nas nie ma. Bez zgody Heleny, musielibyście korzystać z cateringu…
    - To nie wchodzi w rachubę – przeciął jednoznacznie.
    - Tym niemniej, Helenę znasz. Wiesz kim jest, twojej Agnieszki wprawdzie nie zna, ale sam oceń, czy dopuści ją do swojej kuchni przy salonie, bo do tej drugiej, to raczej nie. Spróbuj, jeśli uważasz to za możliwe. Oferuję ci wszystko co mogę, bo mam wrażenie, że zaskorupiłeś się zbytnio w swoim zamkniętym światku, a przecież doskonale wiesz, że nie jesteśmy tutaj ani terrorystami, ani głupkowatymi nowobogackimi.
    Znasz nas z czasów, kiedy byłem bezrobotnym, kiedy chciałeś mnie zamknąć na dołku, a jednak możemy dzisiaj rozmawiać ze sobą spokojnie i bez urazy. Uwierz zatem, że i z twoją żoną będę w stanie rozmawiać tak, jak przystało na cywilizowanego człowieka. I nie zamykaj jej przed światem, bo robisz jej krzywdę.
  • #67
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Zbyt mało o nas wiesz, dlatego tak sądzisz.
    - Paweł… – rozłożyłem bezradnie dłonie. – Jesteś dużym chłopczykiem i ja nie będę cię uczył nowych zabawek. Przypomną tylko, że oprócz losów banku, odpowiadasz też za swój własny. I swoich najbliższych.
    - No… teraz dałeś!
    - A co w tym dziwnego?
    - Nie znałem cię od takiej strony.

    - Jakiej? Cywilizowanej? Oj, oj! Blefujesz teraz! Przecież wiesz doskonale, że Dorotka była u mnie od zawsze na pierwszym miejscu, a ja podobnie, też cieszyłem się jej względami. Wprawdzie skrywanymi, ale one istniały.
    - I tego właśnie nie rozumiem. Widziałem, ale nie wiem skąd to wszystko…
    - Widocznie tak miało być – zadecydowałem w jednej chwili. – Nie musisz tego o nas wiedzieć i koniec! Mamy już swój związek w zasadzie oficjalnie, mamy dzieci i nie próbuj grzebać w naszych relacjach.
    - Jestem od tego bardzo daleki! – zapewnił.
    - W porządku. Przemyśl więc moją propozycję, porozmawiaj ze swoją żoną, przekonaj, że nie musi mieć żadnych obiekcji, a sam skoncentruj się nad logistyką tematu. Bo organizacja tego wszystkiego spada na ciebie. I tylko na ciebie Ja ci mogę pomóc przy technicznej realizacji, ale nie przy planowaniu waszych, albo tylko twoich dojazdów.
    Siedział spokojnie i niemal niezauważalnie kiwał głową, ściągnąwszy usta.
    - Szefowa zaakceptuje to? – zapytał wreszcie.
    - Pytasz teraz, jakbyś nas nie znał i nie wiedział, że znamy się niemal od podszewki. Jeśli coś mówię, to jestem pewien jej akceptacji. Zresztą, jesteśmy tam decydentami równymi sobie, to nie jest bank.
    Jaszcze przez chwilę myślał.
    - Dzięki! Tomek, rozważę to wszystko później.
    - I bardzo dobrze. Teraz wróćmy wreszcie do obowiązków dnia. Jak przebiega kontrola na Śląsku, masz jakieś informacje?
    - Mam, ale to wszystko jest wstępne. Jeszcze bez żadnych podsumowań. To się dopiero zaczęło i przez jakiś czas potrwa.

    - Jakie masz zdanie na temat naszego dyrektora Marejczyka?
    - Tomek, musisz tutaj rozróżnić dwie sprawy, dwa kierunki. Moja ocena kogokolwiek, nie będzie oceną merytoryczną. Ja się nie znam na przedmiocie ich działań. To ty musisz najpierw zapoznać się z ich dokonaniami w temacie, a dopiero później ja mogę przeważyć opinię w jedną, lub drugą stronę. Bo jeśli powziąłbym informację alarmową, to oczywiście, zawiadomię cię bez zwłoki, nie czekając na okazję. Jednak to są raczej rzadkie przypadki.
    - A mimo wszystko, twoja ocena?
    - Pozytywna. Jak dla mnie jest to człowiek na swoim miejscu.
    - W porządku. A teraz coś ekstra. Podczas naszej wczorajszej, nocnej rozmowy, doszliśmy z Dorotką do wniosku, że należy zawiesić w obowiązkach zastępcę dyrektora oddziału, pana Wielickiego. Wiesz coś o tym?
    - Nie wiem. Skąd mam wiedzieć?
    - Dlatego przyszedłem ci to wyjaśnić. Bo na polecenie Dorotki, Romek jeszcze w nocy zablokował mu dostęp do systemu, a rano, zaraz po przyjściu do pracy, Dorotka zawiesiła w obowiązkach i wezwała do nas. Ma się zgłosić u ciebie.
    - I co mam z nim zrobić?
    - Zapytać o kilka spraw.

    Wyjaśniłem mu całą sytuację z wczorajszego dnia, omówiłem też swoje podejrzenia, a kiedy skończyłem, napotkałem palące spojrzenie.
    - Kiedyś omal cię nie zamknąłem, bo byłeś zbyt przewidujący – oznajmił dość wesoło. – Teraz też, to co mówisz, niby ma ręce i nogi, tym niemniej, takie obwinienie ociera się o zarzuty prokuratorskie i nie wolno ci go wypowiadać pochopnie. Przestrzegam cię, bo to może mieć poważne konsekwencje.
    - To oczywiste, ale co proponujesz w zamian?
    - Możesz mi to zostawić? Mam wystarczającą ilość informacji, żeby po rozmowie z nim, podjąć konkretne decyzje.
    - Z wielką chęcią. A co przewidujesz?
    Spojrzał na mnie i orzekł.
    - Już ci kiedyś mówiłem, byłbyś niezłym śledczym, gdyby ktoś nauczył cię odpowiednich technik przesłuchań i zbierania dowodów. Instynkt masz wrodzony, ale powstrzymuj się, bo narobisz więcej szkody niż pożytku. I bez pośpiechu w takich sprawach. Niecierpliwość jest złym doradcą.
    - Dobrze, zrobię jak radzisz. Czyli pan Wielicki zostaje do twojej dyspozycji, a ja dzisiaj nie muszę o nim myśleć.
    - Jak najbardziej. Ekip kontrolnych też nie popędzaj, nie naciskaj, one sobie poradzą. A wyniki ich pracy dostaniesz kiedy będą gotowe, bądź tego pewien.

    - Mówisz, że przesadzam?
    - Nie angażuj się zbytnio w szczegóły, bo braknie ci czasu na spojrzenie całościowe, na refleksję. Od szczegółów mamy pracowników; biorą za to pieniądze, niech więc działają! My mamy wytyczać im kierunek, a interweniować tylko w niektórych przypadkach.
    - Wiesz co? Ja już byłem kiedyś dyrektorem, a nawet prezesem. Zarządzania też się uczyłem. Więc podstaw nie musisz mnie uczyć. Tym bardziej, że jakoś twoje zasady tutaj nie zadziałały…
    - Zadziałają! Przepraszam, że tak przyjąłeś moje słowa, nie miałem zamiaru cię pouczać, ale w większości codziennych spraw wystarcza sama świadomość nadzoru, czego w tym przypadku przez te parę miesięcy zabrakło. Pojawiła się jednak znowu, czyli wszystko wróci na swoje miejsce. Poradzimy sobie.
    - Ok. Niech i tak będzie. Ale jest inna sprawa.

    - Mianowicie?
    - Jutro Dorotka leci z Romkiem do Nowego Jorku, a ja wyjeżdżam z Lidką do Pokrzywna i nie będzie mnie przez cały dzień. Kto podczas nieobecności prezesa odpowiadał za firmę?
    - A co zrobicie z dziećmi? – wtrącił.
    - Chłopcy będą w Pokrzywnie z Heleną i rodzicami Lidki. Ale wróćmy do mojego pytania.
    - Nie było takiej osoby. Każdy zajmował się swoją działką i za nią odpowiadał.
    - Ale nasze prawo mówi inaczej.
    - John miał własne zasady. Wszystkie sprawy na niego czekały, albo załatwiał je zdalnie. W dzisiejszych czasach nie jest to problemem. A nominalnie, pierwszą osobą był wtedy główny ekonomista banku, dyrektor Adam Worlandow. Jednak o ile wiem, nie miał okazji skorzystania z uprawnień.
    - A, już wiem, rozmawialiśmy kiedyś przez parę minut. Możesz mi coś o nim powiedzieć?
    - Niewiele ponad to, co możesz wyczytać z jego akt. Nie pcha się do rządzenia, zresztą już kilka razy słyszałem jak mówił, że on tu jest od zarządzania pieniądzem, a nie ludźmi. A w tym jest świetny. Solidnie wykształcony, staże zagraniczne w Wiedniu i londyńskim City, w tych tematach był prawą ręką Johna.
    - Dlaczego więc nie objął kierownictwa, gdy Johna zabrakło?

    - Faktów nie znam, ale domyślam się, że były dwa powody. Pierwszy jest taki, że sam tego nie chciał, a drugi, bo nie ma żadnych układów z kimkolwiek w korporacji. W Nowym Jorku był kilka razy po parę dni i to wszystko. Nie ma tam żadnego zaplecza. Ma kontakty tylko w Europie. Ale pani Dorota go zna i wydaje mi się, że tutaj współpraca będzie się układała. Nadają na tych samych falach.
    - Czyli to jemu powinna powierzyć obowiązki na czas wyjazdu?
    - Jeśli ciebie nie będzie, to chyba tak. Przynajmniej nie narobi szkód. A ja nieformalnie zwiększę czujność, postawię ochronę w stan alertu i będzie dobrze.
    - Oj, nie przesadzaj! – roześmiałem się.

    - Jasne, że teraz przesadzam – odpowiedział, również uśmiechnięty. – Tym niemniej… Tomek, wiesz co? Dawno już nie było początku tygodnia tak bogatego w różnorodne wydarzenia. A ja jestem przesądny… chociaż nie, to żaden przesąd. To wynika z mojego, życiowego doświadczenia. Niczym prawo Murphy’ego. Jak już coś zaczyna się pieprzyć, to pieprzyć się będzie. Dlatego też, naprawdę stawiam dzisiaj swoich ludzi w stan gotowości, zastrzegę, że nawet w domu mają być trzeźwi i gotowi do przyjazdu, bo… bo mogą być potrzebni.
  • #68
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Postaw jeszcze Artura do pionu.
    - Jasne, że to zrobię! I chwała pani Dorocie za to, że podporządkowała mi formalnie pion ochrony teleinformatycznej. Bo z Romkiem dogadywaliśmy się zawsze tak po cichu, obydwaj niezależni, ale gdyby między nami coś zaiskrzyło, to powstałaby luka w zabezpieczeniach. Teraz luki już nie ma i nie będzie. Teraz ja odpowiadam za wszystko głową, a chociaż Kostrzyński jest lepszym specjalistą w szczegółach, to ja niewiele mu w nich ustępuję i w dodatku potrafię różne zdarzenia lepiej interpretować. To było dobre posunięcie pani prezes.

    - Ty jesteś informatykiem? – spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
    - Możesz się zdziwić, ale tak.
    - Więc jak wylądowałeś w policji?
    - Właśnie jako informatyk. Bo policja była wtedy niczym dziecko we mgle, zaskoczona rozwojem nowych technologii, bez pojęcia o tym co się dzieje. Pamiętasz te gangi warszawskie w początku lat dziewięćdziesiątych?
    - Owszem.
    - Widzisz. Oni nie mieli ograniczeń technologicznych, korzystali z nowości. A nasza policja… minimum dziesięć lat do tyłu! Jak miała z nimi wygrać? Ograniczona skromnym budżetem, ze starymi krzesłami z lat pięćdziesiątych, z maszynami do pisania „Łucznik”… z czym do ludzi?!
    - Było tak, było… – westchnąłem.
    - Ktoś się wtedy opamiętał, zaoferowano absolwentom szkół świetlaną przyszłość, więc ja, nie mający domowego zaplecza, ujrzałem swoją szansę. Podpisałem cyrograf, przeszedłem następne szkolenia, bo już je zorganizowano i zacząłem działać! Powiem w dodatku, że nie bez sukcesów.
    - A dlaczego zakończyłeś karierę? – zapytałem bez ogródek.
    Zawahał się.

    - Jeśli ci powiem, że byłem zbyt mądry dla swoich szefów, jak to przyjmiesz?
    - Nie wiem! – uśmiechnąłem się. – Wiesz, ja sam o sobie czasem tak myślę, że swoich szefów przerastałem, dlatego większość z nich mnie nie lubiła.
    - Już ci powiedziałem, że w wielu sprawach jesteśmy do siebie podobni. Otóż po kilku latach, kiedy zasuwałem jak mały samochodzik za jednak marne pieniądze, zaczął we mnie narastać sprzeciw. Nie muszę ci chyba opowiadać jak to się dzieje, bo to wszystko było standardowo, jak w dawnych czasach. Przy awansach liczyły się układy, a nie wiedza i osiągnięcia. Mało tego, ci młodzi, wykształceni, którzy protestowali głośno, dostawali w dupę najmocniej i tak przykładowo, żeby inni nie próbowali się wychylać.
    Ja dość długo siedziałem cicho, dlatego dorobiłem się stopnia, ale kiedy podrosłem, dostałem drobną, tym niemniej dość trudną sprawę, w której znalazłem sprawców i wtedy kazano mi to wszystko zamieść pod dywan. Tego nie wytrzymałem. Ujawniłem wszystko, czym jednocześnie spaliłem za sobą mosty. Sprawcą był syn komendanta w komendzie wojewódzkiej.
    Od tego czasu, pozostając w policji, mogłem już tylko wegetować. Złamałem solidarność środowiska. Niestety, tak to się jeszcze działo. Fakt, że teraz młodzi wygryźli już tamte ekipy, już te układy zanikły, ale i ja się zestarzałem.

    - Kiedy Lidka powiedziała mi latem, że pracujesz jako dyrektor ochrony banku Solution, byłem bardzo zaskoczony, ale tylko przez chwilę. Pomyślałem, zaraz, zaraz, a niby dlaczego nie? Masz niemałe doświadczenia, Dorotka cię znała…
    - I chwała za to pani Dorocie, że mi zaufała, pomimo waszych ze mną doświadczeń. Bo ja wtedy naprawdę byłem wobec was bardzo wyrozumiały. Mało oficjalny, a już na pewno nie złośliwy.
    - I mówiłeś nam prawdę?
    - Tomek... uwierz mi, ja wiem jak zachowują się winni. Psychologii też nas uczyli. I w zasadzie od samego początku zrozumiałem, że to nie było tak, jak mam w zeznaniach, ale musiałem się dowiedzieć jak było naprawdę! A ty zacząłeś wtedy stawiać mi opór, nie szło się dogadać, dlatego nie miałem innego wyjścia. Musiałem tobą wstrząsnąć! Nie miałem czasu, żeby spędzać na rozmowach kilka dni i czekać, aż zechcesz mi łaskawie coś oznajmić. To nie wchodziło w grę.
    - I zamknąłbyś mnie, gdybym milczał?
    - Jasne! To standardowa procedura. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak rano ludzie miękną.

    - Przede wszystkim ze względu na brak informacji o znajomych.
    - Oczywiście. Skąd to wiesz?
    - Z życia wzięte. Nie w Polsce, tylko na wschodzie. Mnie byś nie zaskoczył.
    - Jesteś lepszy niż myślałem – roześmiał się na głos. – Kiedy to było?
    - Dawno, dawno temu. Miałem jeszcze taki handicap, że to nie było pokłosie awantury z gliniarzami, tylko z ochroną hotelu. Więc mundurowi byli wobec mnie obojętni. Robili co musieli, a ja nie stawiałem oporu. Dlatego też rano dogadaliśmy się bez trudu i odwieźli mnie swoim autem do hotelu, bo mróz był tęgi i zmarzłbym po drodze.
    - Dobry jesteś! – zaśmiewał się. – Z tego co mówisz, domyślam się nawet tematu tego nieporozumienia…
    - Raczej się nie mylisz – tym razem ja się uśmiechnąłem.
    - Ja pochodzę z tamtych stron i wschodnią mentalność znam. Jeśli było poparcie drugiej osoby…
    - Było. Ochroniarz był wspólnym wrogiem.
    - To nie ma nawet o czym mówić! Czym się wyłgałeś?
    - Nie pamiętam dokładnie, ale to było jakieś sto czterdzieści rubli sztrafu, czyli mniej więcej równowartość paczki papierosów a potem dołożyłem im tysiąc do kieszeni za samochód do hotelu.
    - Standardowo! – zakpił. – Podejrzewam, że żadnych innych sankcji nie było?
    - A niby za co? – udałem zdziwienie.
    - Normalne – zgodził się ze mną. – Przecież nie podważałeś ustroju!
    - W żadnym wypadku! – zapewniłem wesoło.

    Pośmieliśmy się jeszcze przez chwilę, ale w pewnym momencie przyszła mi do głowy myśl, że należy wyczyścić do końca nasze z nim relacje.
    - Paweł, jest jeszcze taka sprawa.
    - Mianowicie?
    - Chodzi o nas, czyli o mnie i Dorotkę.
    Spoważniał.
    - Jak mam to rozumieć?
    - Jak chcesz. Oznajmiam ci tylko, że Dorotka zna wszystkie epizody z mojego życia i nikt ją niczym nie zaskoczy. Takie drobiazgi też zna.
    - Dlaczego mi o tym mówisz?
    - Na wszelki wypadek. Bo mógłbyś kiedyś spotkać się na przykład z groźbami szantażu. Otóż nie wahaj się wtedy ujawniać jej wszystkiego, ja nie mam przed nią tajemnic.
    - Spodziewasz się czegoś?

    - Nie, to na wszelki wypadek. Bo mieliśmy jedno zdarzenie, jeszcze w lecie, gdy po stronie poważnych wnioskodawców wystąpiła… no… jedna z moich dawnych partnerek. Dorotka wie o niej.
    - Wiem o kogo chodzi – pokiwał głową. – Pani Dorota mi to wtedy zgłosiła. Miała taki obowiązek, to był zbyt poważny kontrakt i musiał zostać prześwietlony dokładnie przed jego podpisaniem. Nie tylko od strony ekonomicznej.
    - Czyli John też się o tym dowiedział?

    - A niby skąd? – roześmiał się. – Tomek, to nie działa tak jak myślisz. Moim obowiązkiem jest ochrona banku i jego interesów, a nie ocena prywatnych zachowań pracowników, choćby najwyższego szczebla. Dopóki nie wpływa to na interesy firmy, nie mam prawa nikogo informować o jakimkolwiek zdarzeniu. Mało tego. Nawet jeśli mam inną wiedzę, że takowy konflikt może wystąpić, to zaznaczam tylko swoje wątpliwości, bez podawania szczegółów i podstawy moich stwierdzeń. A we wspomnianej sytuacji, masz przykład niemal wzorcowej postawy pani Doroty.
    - Czyli powiadomiła ciebie, że to jest osoba, która może próbować skorzystać z naszej wcześniejszej znajomości?
    - Może nie aż tak, bo przecież nie byłeś wtedy w banku nikim ważnym z punktu widzenia całości operacji, a przypominam, że chodziło o kwotę rzędu niemal miliarda dolarów, nie można tego nie uwzględnić! Taki kredyt to nie byle co, nawet dla banku Solution.
    Dlatego też, postąpiła bardzo odpowiedzialnie informując mnie o twoim dawnym związku właśnie po to, żeby nikt, nigdy nie zarzucił jej ukrywania jakichkolwiek faktów, mogących przynajmniej w teorii, mieć wpływ na proces decyzyjny. Dlatego też, moja opinia dotycząca kredytu była bardzo krótka. Aprobująca.
  • Optex
  • #69
    ArturP
    Level 22  
    Jak bym za długo pisał, to proszę o usunięcie mojego posta.
    Nigdy nie czytałem "harlekinów", nie oglądam seriali w TV. W literaturze wciągają mnie tylko powieści SF (syfy) i DS (data service), ale to co tu się stało przekracza wszelkie granice. Czuję się jak w ukrytej kamerze. Gębę mam cały czas rozdziawioną, łzy śmiechu i rozterki na policzkach i zapartym tchem czytam każdą literę trzy razy.
    Mam pytanie, czy takie objawy są zdrowe? Może to nowa odmiana wirusa covid-21 "literatka"? Jest jeszcze możliwość, że objawy te są skutkiem "strzelania" defibrylatorem we mnie, po każdym z czterech zawałów. Hm, muszę to przemyśleć.
    A Wy co na to?
  • #70
    clubber84
    Level 29  
    ArturP wrote:
    A Wy co na to?

    To normalne w tym wątku (i poprzednim).
    I czytam dalej.
  • #71
    jestam
    Automation specialist
    Literatką zwalcza się wirusy przez dezynfekcję wewnętrzną. Tutaj jest po prostu dobrze napisana historia.
    :-)
  • #72
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Jakby ktoś pytał, to początek... zwyczajnie mi się przyśnił. :D Naprawdę. Spotkanie pięknej dziewczyny w pociągu to był sen. Tylko zanim do niej zagadałem, to się obudziłem i... wkurzyłem się! Dlaczego rzeczywistość jest tak okrutna? Dlaczego..., dlaczego..., dlaczego... Stąd dalsze jego i jej losy. :D
  • #73
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Chcesz powiedzieć, że nawet prezes nie zna materiałów stanowiących podstawę twoich decyzji? To ty jesteś panisko!
    - Nie, nie! – zaprotestował. – Prezes nie zna tych materiałów, dopóki wszystko kręci się bez problemów. Jednak gdyby takowe wystąpiły, to pojawia się ekipa kontrolna, której jestem zobowiązany udostępnić wszystkie materiały źródłowe, a także moje analizy, opracowania, testy i wtedy rozstrzygana jest kwestia winy oraz odpowiedzialności. Kto zawiódł i w jakim miejscu. A także dlaczego.
    No i prezes wtedy je poznaje, bo przecież to on odpowiada nominalnie za wszystko. Poznają je również mocodawcy i wtedy decydują, czy prezes został wprowadzony w błąd przez szefa ochrony, albo przez inne służby, a może sam, pomimo zastrzeżeń, podjął określoną decyzję. Tak też może się zdarzyć.
    Jak więc widzisz, ja nie mogę być nieodpowiedzialny, a zarazem nie jestem upoważniony do grzebania w ludzkich sumieniach i duszach. Dysponuję paskudną wiedzą, wykraczającą nawet poza wiedzę księdza spowiednika i to daleko! Nie dziwię się zatem, że u nich jest tyle dewiacji. To nie jest sytuacja psychicznie komfortowa, zapewniam cię. Trzeba naprawdę przejść w życiu wiele, żeby móc się z tym zmierzyć.
    - Wierzę ci. Przeżyłem już trochę lat i mam pewien dystans do życia, a jednak ciągle mnie zaskakuje.
    - Nie narzekaj…
    - Przecież nie narzekam! – roześmiałem się, wstając z fotela. – Idę już, bo chociaż świetnie mi się z tobą rozmawia, to mam jeszcze niemało spraw do załatwienia.

    - Wiesz ilu pracowników chciałoby być w twojej sytuacji? – zapytał jeszcze, również wstając.
    - Ejże! Mówisz o naszym związku z Dorotką? – spojrzałem na niego z przekąsem.
    - Oczywiście – odparł beznamiętnie.
    - Połowa?
    - Nie zgadłeś! – uśmiechnął się. – Chyba wszyscy, wyjąwszy oczywiście kobiety.
    - Nie przesadzaj… ty też? – wystrzeliłem.
    - Wiesz co… Ja was obydwoje znam zbyt długo, żeby mieć jakieś wątpliwości, natomiast naszym młodym lwom wydaje się, że skoro ty wygryzłeś Johna, to każdy z nich też ma dzisiaj taką szansę.
    - Bo są młodsi i bardziej macho, bardziej jurni!
    - Mniej więcej – skinął głową. – Chciałbym, żebyś o tym wiedział. Jak na razie te dyskusje pomiędzy nimi nie wykraczają poza pewne standardy i ja je kontroluję, jednak jeśli zaczną przesadzać, będę zmuszony do reakcji. I nie wiem tylko, czy informować o tym ciebie, czy od razu panią Dorotę.
    - Proponuję najpierw mnie. Dorotka nie będzie wyrozumiała, nie lubi tego.
    - Wiem o tym, dlatego i pytam.
    - Jeśli będzie jakiś konkret, to mnie powiadom, a wtedy wspólnie coś uradzimy, dobrze?
    - W porządku! – zgodził się, po czym uścisnęliśmy sobie dłonie.

    - Ach, Paweł, jeszcze jedno! – opamiętałem się niemal przed drzwiami. – Zapomniałbym, z czym do ciebie przyszedłem.
    - Słucham cię uważnie.
    - Słuchaj więc! – wróciłem na fotel. On również usiadł. – Dlaczego w kartach identyfikacyjnych nie ma zakodowanej daty ich ważności?
    - Nie wiem – odparł, wzruszając ramionami. – To jest obszar działania informatyków.
    - To wydaj stosowne zarządzenie szefa ochrony, wyznacz termin na wymianę wszystkich kart i w możliwie najkrótszym czasie wprowadź to w życie. W całym banku i wszystkich oddziałach. Termin ważności ma wyznaczać twoja data dopuszczenia do pracy. Poza tą datą, karta staje się nieaktywna.
    - Rozumiem. Dobry pomysł!
    - Premia dla szefa ochrony śląskiego oddziału. Twierdzi, że dawno zgłaszał taki pomysł.
    - Na pewno nie do mnie.
    - Może swojemu dyrektorowi – zgodziłem się. – Nic to, nagroda mu się należy.
    - Załatwione. Ale słuchaj, mam to zrobić poza wiedzą szefowej?
    - Dorotka temat zna i akceptuje. Nie zawracaj jej głowy i edytuj zarządzenie jako twoje własne. Masz do tego prawo.
    - Dobrze!
    Jeszcze raz uścisnęliśmy sobie dłonie, zabrałem teczkę, zawierającą kopertę z jego kodami i wróciłem do siebie.

    Nawet Paweł zauważył, że ten tydzień jest bardzo bogaty w wydarzenia. Tym niemniej, kiedy usiadłem za swoim biurkiem, miałem wrażenie, że trochę się uspokoiło. Kasia poinformowała mnie o zaledwie kilku pilnych telefonach, w poczcie nie miałem żadnych awaryjnych spraw, a u Dorotki wciąż trwała nasiadówka finansowa. Joasia też nie zgłaszała nadzwyczajnych problemów i wydawało mi się, że w sumie opanowaliśmy sytuację.
    Załatwiłem więc bieżące sprawy, przyjąłem delegata związku bankowców, który przyniósł zaproszenie dla Dorotki i pojechałem windą odwiedzić dyrektora Bałuckiego, który chociaż mocno potłuczony, nie zrezygnował jednak z przyjścia do pracy.

    Trzymał się dzielnie, opowiedział mi swój punkt widzenia z wczorajszego wypadku, a potem odwiedziliśmy we dwóch ekipy remontowe na piętrze, gdzie wyrwano już wszystkie trefne kable ze ścian i prace postępowały w najlepsze. Tym razem widziałem, że nikt tu nie próbuje wstawiać fuszerki, nikt też niczego nie próbuje ukryć, a całość nadzorowana jest na bieżąco. Wyglądało to dość optymistycznie.
    I nawet sprawdzająca się przepowiednia Kasi, że odprawa u Dorotki przeciągnie się ponad wszelką miarę, nie wywołała mojego niepokoju, kiedy mocno spóźnieni, wyjechaliśmy z pracy po chłopców.
    Nie było w tym nic nadzwyczajnego, sytuacja była normalna i dopuszczalna. To nie była polska szkoła i nie była to szkoła publiczna. Tu obowiązywały zupełnie inne zasady. Płacisz, więc masz prawo i wymagać.
    Ale też, nie była to szkoła zupełnie prywatna, gdyż utworzono ją dla dzieci amerykańskiej elity w Polsce. I podstawy jej funkcjonowania opłacane były z funduszy ambasady. Tym niemniej, żeby zapewnić dzieciom pełen komfort wszelakich form nauki i relaksu, rodzice opodatkowali się dodatkowo, tworząc na sposób amerykański świetną placówkę, wszechstronnie zajmującą się rozwojem dziecka.

    Kwota opłaty była niemała, bo wynosiła miesięcznie tysiąc dolarów od ucznia, ale za to oferowano im wszystko. Od podręczników, przyborów i materiałów szkolnych, poprzez odpowiednio dobrane posiłki, dodatkowe zajęcia specjalistyczne, kształtujące i wychwytujące zdolności indywidualne, opiekę lekarską, zajęcia korekcyjne, gdyby okazały się niezbędne i wszystko, wszystko, co tylko można, aby rodzice nie martwili się, że coś jest nie tak.
    Mogliśmy spóźnić się z odbiorem chłopców nawet o kilka godzin i nikt z opiekunów nie miał prawa mruknąć, że coś mu się nie podoba. Tutaj najważniejsze było dobro dzieci, a nie interesy wychowawców.
    Nie spieszyłem się zatem, bo im później, tym korki na trasie do Podkowy będą malały, jednak to co się stało, osłabiło nas zupełnie.

    Zajechaliśmy pod szkołę i wyjątkowo, bo było późno, poszliśmy po chłopców we dwoje. Chcieliśmy być razem, oznajmiając wychowawcom, że jutro dzieci w szkole nie będzie, żeby sobie nie pomyśleli czegoś głupiego. No i przeżyliśmy szok!
    - Proszę pani! – odpowiedział osłupiały wychowawca, kiedy Dorotka oznajmiła mu naszą decyzję. – Przecież cała klasa wyjeżdża dzisiaj do Szwajcarii na ostatni w tym roku obóz narciarski! I państwa synowie powinni zameldować się tutaj o dwudziestej pierwszej, gotowi do wyjazdu!
  • #74
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Co??? – Dorotka zamarła. – Dlaczego ja o tym nie wiem?
    - Proszę pani, przecież wszystkim wręczaliśmy harmonogram zajęć, obozów i wyjazdów. Działamy według dawno opracowanego planu, wszystko jest przygotowane i nie ma powodu, żeby z tego nie korzystać.
    - Tomek, ty coś z tego rozumiesz? – zwróciła się do mnie po polsku.
    - Tyle, że dostałaś kiedyś jakiś harmonogram. Ja takowego nie widziałem.
    - Poczekaj…

    Sięgnęła do swojej torebki, przez chwilę prowadziła poszukiwania, ale znalazła. Arkusz papieru zeszytowej wielkości. Spojrzała nań, przeczytała i pokiwała głową.
    - Ale dałam plamę…
    - Nic się nie stało, poczekaj – odparłem spokojnie. – Zapytajmy najpierw chłopców, czy chcą jechać.
    To już nie było żadnym problemem, bo właśnie przybiegli, domagając się zainteresowania, pomimo obecności innych osób. Wchodzili już w wiek, kiedy byli na skraju takich zachowań, jednak długi pobyt w szkole widocznie stłumił ich wstydliwość.
    - Pozwoli nam pan porozmawiać? – Dorotka spojrzała na wychowawcę.
    - Ależ oczywiście! Będę do państwa dyspozycji za drzwiami numer pięć. Proszę wchodzić bez pukania.
    Odwrócił się i odszedł.

    Rozmowa z bliźniakami nie pozostawiała cienia wątpliwości. Chcieli jechać z całą klasą i trudno było znaleźć argumenty przeciwne. Dorotka spojrzała na mnie już po pierwszych, pełnych zachwytu ich opowieściach o tym, co działo się na takim obozie w marcu, a czego dowiedzieli się od kolegów.
    - Tomek, poproś pana wychowawcę. Przecież jesteśmy do tego zupełnie nieprzygotowani.
    - Słoneczko… a to nie jest w razie ich zmartwienie?
    - Tomek! – rzuciła groźnie. – Ja mam gdzieś ich dobre samopoczucie. Dzieciom można wmówić wszystko i będą zachwycone!
    - Czego oczekujesz?
    - Według tej kartki, mają się uczyć jazdy na nartach. Ale przecież nie mamy tutaj nart, rozumiesz to? Kiedy miałam o tym pomyśleć? Przecież przyjechaliśmy tylko na Wielkanoc!
    - Poczekaj. Proszę!

    Pan wychowawca rozwiał nasze wątpliwości.
    - Proszę państwa, żadne z dzieci nie zabiera ze sobą sprzętu narciarskiego i niczego od nikogo nie wymagamy. Wszystko wypożyczamy na miejscu! Jedziemy do ośrodka, który jest od dawna naszą stałą bazą treningową, ośrodkiem sprawdzanym przez amerykańskie służby, bo korzysta z niego wielu naszych dyplomatów, dlatego też możemy tam zapewnić im pełne bezpieczeństwo.
    - Ja się nie obawiam o los dzieci, tylko o umiejętność jazdy na nartach.
    - Jeśli ich umiejętności będą odbiegały od średniej, dostaną osobnych instruktorów i specjalne lekcje, proszę się nie martwić! Jesteśmy przygotowani na każdą sytuację, mamy wystarczające doświadczenie, bo z tego ośrodka korzystamy już od sześciu lat. Zresztą, chłopcy przywiozą materiały filmowe ze swojego pobytu, wszystko państwo sprawdzicie później. Czy to wystarczy?
    - Dla mnie może i wystarczy – przeciąłem dyskusję. – Nie jestem tylko pewien, czy nie popełnimy błędów w wyposażeniu. Proszę zrozumieć, nie mamy takich doświadczeń, a po drugie, nie mamy już czasu na korektę. Kto jedzie z dziećmi w charakterze opiekunów?

    - Z naszej szkoły jadą trzy oddziały, w sumie jest to dwudziestu dziewięciu uczniów i czterech wychowawców, czyli ja i trzy panie. Do tego trzeba też doliczyć lekarza oraz trzech kierowców. Przy czym, oczywiście, kierowcy nie będą zajmować się dziećmi.
    Autokar jest komfortowy, sprawdzony przez służby ambasady, fotele wyposażone w pasy bezpieczeństwa przystosowane dla dzieci, umożliwiają również dość wygodne spanie, dlatego też jedziemy właśnie w nocy, żeby dzieci spały, a przed południem będziemy na miejscu.
    Natomiast wyposażeniem proszę się nie martwić. Tak jak wspomniałem, cały sprzęt narciarski dostosowany dla dzieci jest w ośrodku, a gdyby pojawiły się jakieś potrzeby, to przecież za państwa zgodą, wszystko możemy kupić na miejscu…
    - Właśnie o to chodzi – przerwała mu Dorotka. – Jestem tak zaskoczona, że nie potrafię nawet pozbierać myśli. Nie wiem co powinnam przygotować, a jutro wylatuję do Nowego Jorku i głowę mam nabitą swoimi przygotowaniami…
    - Proszę państwa, umówmy się zatem tak. Przywozicie państwo chłopców tutaj o dwudziestej trzydzieści, po kolacji, ze zwykłym wyposażeniem na cztery dni plus dwa komplety bielizny dodatkowo. Bo przemoczyć wszystko nie jest problemem – roześmiał się. – I tyle! Żadnych kanapek, żadnych napojów i żadnych słodyczy. Wszystko dostaną tutaj.

    - Ale tam jest chyba chłodniej, prawda?
    - Tak, odzież zimowa, ale bez przesady. Temperatura na stoku wynosi około minus trzech do minus pięciu stopni i ma się tak utrzymywać.
    - Ale oni nie mają tutaj kombinezonów narciarskich! – Dorotka nadal była niezadowolona.
    - Proszę pana, a moglibyśmy dogadać się, żebyście państwo kupili im tam odpowiednią odzież? Przecież my dzisiaj nie zdążymy tego zrobić! Zostawimy panu ze dwa tysiące dolarów, a gdyby zabrakło, to przecież pokryjemy wydatki!
    - No właśnie… – Dorotka spoglądała na niego z nadzieją.
    - Nie widzę żadnego problemu – odpowiedział. – Jeśli taka jest państwa deklaracja, to tak zrobimy. Oczywiście, teraz żadnych pieniędzy nie wezmę, natomiast po naszym powrocie przedstawię państwu rachunki i wtedy przelejecie odpowiednią kwotę na rachunek szkoły. Tak będzie wygodniej. Na miejscu mamy otwarte linie kredytowe, więc gotówka zupełnie nie jest mi potrzebna.
    - Czyli umowa stoi – stwierdziła Dorotka. – Proszę zapewnić chłopcom wyposażenie na odpowiednim poziomie, a ja jeszcze dzisiaj przeleję na rachunek szkoły kilka tysięcy dolarów.

    - Nie, nie! Proszę tego nie robić! Dopiero, gdy przedstawię rachunki. Inaczej, pani wpłata zostałaby potraktowana jako darowizna i przyszłoby zapłacić jeszcze raz! – śmiał się.
    Dorotka machnęła lekceważąco dłonią.
    - Rozumiem, że akceptuje pani zakupy z wyższej półki cenowej?
    - Kryterium wyboru ma stanowić jakość, a nie cena. Bardzo proszę o to zadbać.
    - Tak też będzie! – zapewnił. – Czyli spotykamy się dzisiaj ponownie około dwudziestej trzydzieści, tak?
    - Skoro trzeba…
    - Powrót jest planowany w niedzielę. Wyjeżdżamy po wcześniejszym obiedzie, a później to już jak się ułoży. W każdym razie, po przekroczeniu polskiej granicy, wysyłamy sms-y z prognozowaną godziną przyjazdu.
    - Dobrze, w niedzielę będziemy raczej w domu.
    - A więc, w zasadzie wszystko mamy uzgodnione.
    - Zatem do zobaczenia wieczorem!
    - Do zobaczenia!

    Chłopcy niemal szaleli z niecierpliwości, kiedy szliśmy na parking do samochodu.
    - Czyli mamy nagłą zmianę planów – zauważyła cicho Dorotka.
    - Dzwoń do Lidki, bo wścieknie się jak nic.
    - Ale zawierucha! Już dawno nie miałam takiego tygodnia, kiedy połowa zdarzeń jest dla mnie absolutną niespodzianką. W dodatku, muszę się do nich dostosować.
    - Zapomniałaś, jak się żyje w Polsce – zakpiłem.
    - Może i tak… – roześmiała się kwaśno.
    I nagle, kiedy już ruszyłem, zmieniła temat rozmowy.
    - Tomek, wiesz co? Pomyślałam dzisiaj, że dobrze byłoby awansować Jacka Mielewicza na członka zarządu banku. Co o tym myślisz?

    Zesztywniałem. O ja pierdolę! Ale propozycja! I to w tak odpowiednim czasie!
  • #75
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Prowadzę teraz samochód, w którym przewożę całe swoje szczęście, czyli najdroższą mi żonę, oraz najukochańsze dzieci, dlatego proszę mi nie przeszkadzać, gdyż to ja odpowiadam za ich bezpieczeństwo!
    - Dziękuję, rozumiem! – moja odpowiedź wyraźnie ją zdenerwowała.
    - Dorotka, przestań! To nie jest pora na takie rozmowy.
    - Dobrze już, dobrze…
    Czyli mieliśmy następny problem.

    Zamilkła wtedy i już do końca drogi byłem nieobecny w jej telefonicznych rozmowach ze światem. Do czasu, kiedy zaparkowałem auto w podziemiach naszego apartamentowca.
    Na przeszkodziło jej to w rozmowach z innymi. Jeszcze podczas jazdy wytłumaczyła powstałą sytuację Lidce, wysłuchała odpowiednich komentarzy, ale fason trzymała. Zresztą, nie mieliśmy innego wyjścia. Wszystkie nasze plany wzięły w łeb, zostało na tym, że Segdowie zastanowią się czy pojechać do Podkowy i sami o tym zdecydują. My nie mieliśmy powodu nawet tam zaglądać. Pozostawała tylko kwestia Heleny.
    - Tomek, odwieziesz jutro Helenę do Podkowy? – zapytała, kiedy wyszliśmy już z auta.
    - Jeśli zechce, to oczywiście, ale martwisz się przedwcześnie. Poczekaj, niech sama się wypowie. Może nie będzie chciała jechać?
    - Dobrze – zgodziła się ze mną. Chłopcy wygłupiali się, szarpiąc jej płaszcz, ale nie reagowała. Była jakoś niecodziennie zamyślona.

    Z panią Heleną nie mieliśmy najmniejszego problemu. Kiedy tylko dowiedziała się o wyjeździe chłopców, natychmiast zgłosiła swoją gotowość pomocy i skompletowania ich garderoby, uwalniając tym samym Dorotkę od dodatkowych obowiązków. Odmówiła też wyjazdu do Pokrzywna twierdząc, że da sobie radę tutaj. Dlatego też obiad zjedliśmy w zupełnym spokoju, bez pośpiechu i na zupełnym luzie. A potem Helena zabrała chłopców pod pretekstem jakiejś zabawy i przez jakiś czas mieliśmy okazję do wymiany poglądów na tematy nierodzinne.
    Dorotka nie omieszkała wykorzystać okazji, zaciągnęła mnie do sypialni, ale tym razem nie miało to niczego wspólnego z seksem.

    - Czemu się tak zjeżyłeś, kiedy wspomniałam o Mielewiczu? – zapytała bez ogródek.
    - Słoneczko, będę jak zwykle szczery – westchnąłem, kładąc się na łóżku. – Po pierwsze, chyba widzisz, że jesteś dla niego nie tylko partnerką służbową, ale też potencjalną ofiarą. On ma wielką ochotę zjeść ciebie żywcem. Ale powiedzmy, że dasz radę trzymać go na dystans i tutaj moje wątpliwości nie mają racji bytu. Cóż, kiedy zaraz wpadamy na drugą przeszkodę.
    - Jaką?
    - Jesteś zbyt niecierpliwa. John przez osiem lat nie potrzebował innych członków zarządu, a ty po kilku tygodniach próbujesz nowych rozwiązań. Po co? W imię czego? Według mnie jest to przedwczesne. Masz dyrektorów pionów, głównych specjalistów, niech działają!
    Rozliczaj ich z obowiązków, bez nadawania nowych uprawnień. Takie jakie mają, są według mnie wystarczające, poczekajmy na efekty ich pracy i nie spieszmy się z nowymi nadaniami.
    - Powiedzmy że masz rację, ale zauważ, że za kilka tygodni, będę musiała połowę swojego czasu poświęcić zagadnieniom pozakrajowym. A wtedy nie dam rady kontrolować na bieżąco operacji giełdowych.

    - A Mielewicz, będąc tylko i aż dyrektorem Domu Inwestycyjnego, nie gwarantuje ci wystarczającej kontroli? Gdy zostanie członkiem zarządu, coś się zmieni?
    - Jego odpowiedzialność znacznie wzrośnie.
    - A po co ci jego odpowiedzialność? Chyba nie chcesz powiedzieć, że już teraz szukasz dupochronu, prawda?
    - Tomek! Jesteś niemiły!
    - Nie, nieprawda. Dorotko, wysłuchaj mnie proszę, tylko spokojnie.
    - Dobrze, słucham!
    - Proszę jeszcze, nie przerywaj mi, dopóki nie skończę. Ja nie znam jego kompetencji finansowych, one mogą być świetne, ale teraz nie mają znaczenia. Bo to jest gość, który na razie jest gotów dla ciebie zrobić wszystko. Cierpiał, widując was z Johnem, ale ponieważ taką ciebie ujrzał, jakoś się z tym pogodził wierząc, że kiedyś sytuacja się zmieni, a wtedy cię zdobędzie. No i się zmieniła, ale nieoczekiwanie, u twojego boku ujrzał mnie. Teraz więc jest loteria.
    Znaczy, co do mnie, nie mam wątpliwości, jestem i zostanę już jego osobistym wrogiem. Natomiast loteria dotyczy ciebie. Czy nadal będzie cierpliwie czekał, czy już dzisiaj poprzysiągł ci zemstę za to, że zainteresowałaś się kimś innym, a nie nim? Zdajesz sobie z tego sprawę? Ja nie żartuję! Dorotko, Słoneczko, widziałem już trochę w życiu i czuję, że to nawet nie jest Zielonik! Zielonik miał ochotę, ale natknął się na twój odpór i porażkę przełknął. Bo twoja odmowa wcale go nie obrażała. Bywa tak, po prostu. Byłby idiotą, gdyby obraził się na kobietę za to, że mu odmówiła.
    Natomiast Mielewicza, według jego mniemania oczywiście, najpierw ja upokorzyłem na parkingu, a potem wykpiłaś go ty, kiedy zwrócił się o pomoc w ukaraniu mnie. To są już inne sprawy, zauważ to. W ten sposób może ciebie „przykleić” do mojej osoby, ale niespełniona miłość dość szybko lubi zamienić się w nienawiść. I to nienawiść ogromną. Dlatego uważam, że ryzykujesz bardzo dużo.

    - Ale pojechałeś! Tomek, nie przesadzaj! Ciągle dopatrujesz się jakichś spisków…
    - A jakie masz wspomnienia ze swojej dawnej pracy w Polsce? Nie zapomnij też, że teraz jesteś nie tylko piękna, ale też cholernie bogata! I w dodatku wpływowa. Jeśli ten człowiek zorientuje się, że nie stwarzasz mu prywatnej szansy, to nawet się nie łudź, że będzie dla ciebie pracował! Dorotko, jeśli nie pójdziesz z nim do łóżka, to szybko cię znienawidzi, a wtedy poznasz konsekwencje jego działań.
    - Tomek… pojechałeś chyba za daleko…
    - Nie! Słoneczko! Trzymaj go z daleka od siebie, to najlepsze co możesz zrobić. Niech będzie najlepszym specjalistą, jednak niech pracuje w innym miejscu, a nie w banku. Ja nie mam zamiaru tolerować go w swoim otoczeniu, bo wiem, że będzie dezorganizował nam pracę. W tej sytuacji musisz po prostu wybrać.
    - Czyli jego awansu nie zaakceptujesz…

    - W żadnym wypadku. I sądzę, że jego awans będzie też hamulcem dla ciebie. Nawet gdyby mnie zabrakło, bo to jest taki charakter, że nie znosi lepszych od siebie. Tak sobie myślę, że przed Johnem się kłaniał, bo John był Amerykaninem, ty byłaś żoną prezesa, więc i ciebie podziwiał, a jednocześnie budował sobie bazę do dalszych występów.
    - Tomek, przesadzasz!
    - Słoneczko… szkoda, że nie widziałaś jego spojrzenia. Ono powiedziało mi wszystko. A poza tym, przypominam ci, że zostałem szefem twoich doradców ze względu na instynkt. Ach, i jeszcze jedno. Rozmawialiśmy sobie dzisiaj z Pawłem Dedejko. Też się zgodził, że miałem „nosa” w kilku przypadkach. Dlatego też, nie lekceważ moich opinii.
    Widziałem już wiele i teraz rzadko się mylę. Oczywiście, zrobisz jak zechcesz, bo masz pełnię władzy w firmie, ale oświadczam ci, że ja z nim współpracował nie będę.
    - Stawiasz mnie w trudnym położeniu – oznajmiła, rozciągając się na łóżku obok.

    - Dałaś mu jakieś obietnice? – zapytałem z niedowierzaniem.
    To byłoby poniżej wszelkich standardów.
    - Nie, skądże! – zaprzeczyła zdecydowanie. Coś za szybko. – Jednak na bazie zasad mojej rozprawy zbudowaliśmy całkiem zgrabną teorię, która się sprawdziła, mam w nim wiernego zwolennika, jak również praktyka, dobrze się rozumiemy…
    - Gdyby się tak nie ślinił na twój widok, nie miałbym nic przeciwko waszym teoriom – przerwałem jej. – I twojej z nim współpracy, nawet w banku. Jednak uważam nadal, że nie jest dobrym kandydatem do zarządu banku.

    - Tomek, a na jakiej podstawie mi nie ufasz? – zapytała spokojnie. – Czy kiedykolwiek dałam ci podstawy do jakichkolwiek podejrzeń?
    - Nie! Nie o to chodzi. Nigdy też nie będę się dopominał o jakieś gwarancje. Kocham ciebie taką, jaka jesteś i bez względu na to co zrobisz.
    - A więc teraz posłuchaj mnie. I nie przerywaj, może tak być?
    - Proszę!
    - Musisz zrozumieć, że tak jak wtedy przed laty, nad jeziorem, zmieniłam się nagle z grzecznej, niemal cnotliwej panienki w demona seksu, tak teraz, z czasem, moje poglądy na damsko – męskie tematy, bardzo się ustabilizowały. Po pierwsze, głównie dzięki tobie, wiem już jakie są i mogą być tego granice, po drugie, przecież ja dojrzałam! Okres poszukiwań i buntu mam za sobą i zupełnie nie potrzebuję nowych doznań. Uwierz mi, że wystarczasz mi w zupełności, bo tak naprawdę, to nadal tylko ciebie się nie boję! Tamte dawne moje lęki wcale nie przeminęły, ja je tylko spacyfikowałam na jakiś czas, trochę o nich zapomniałam przy Johnie, ale kiedy się rozeszliśmy, one wróciły!

    Słuchałem tego jak bajki z tysiąca i jednej nocy. Ale wiedziałem, że to nie jest bajka…
  • #76
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Tomek… – przytuliła się. – Miałam niemały dylemat, kiedy rozstałam się z Johnem. Tobie nie mogłam o tym powiedzieć, to było wtedy wykluczone, a jednocześnie… znowu zdałam sobie sprawę z tego, że… z nikim nie jestem w stanie pójść do łóżka. Bałam się! Te dawne lęki sprzed lat wróciły…
    - Do Moskwy przyjechałaś przed rozstaniem, czy po? – zapytałem.
    - Po rozstaniu. Byliśmy już po rozprawie pojednawczej, a że między nami nie było sporów finansowych, skończyło się na następnej.
    - Dlatego mówiłaś, że przyjechałaś dla mnie?
    - A było inaczej? – mrugnęła do mnie okiem i znowu przytuliła się na moment. – Przecież Lidka zdradziła ci wszystkie moje tajemnice, więc chyba rozumiesz. Żeby mieć kontakt z żywym mężczyzną, musiałam przelecieć tyle tysięcy kilometrów!
    - Słoneczko…
    - Dość już, wystarczy! – kolejny raz mnie objęła. – Nie byłam w stanie przespać się z żadnym obcym człowiekiem. Musisz zrozumieć, że moje fobie i lęki wciąż działają. Dlatego nie chcę, żebyśmy kochali się na zapleczu gabinetu, bo mam tam trudności z koncentracją. To miejsce inaczej mi się kojarzy i koniec. A ja nie potrafię się przełamać. I tak samo nie potrafię się przełamać wobec znajomych i kolegów. Nigdy, żaden z nich, nie będzie moim kochankiem i sam dobrze wiesz dlaczego. To nie wchodzi w grę.
    - Kocham cię! – zwinąłem ją w swoich objęciach.

    Pobaraszkowaliśmy troszeczkę na łóżku, bez zrzucania odzieży. Na intymniejsze chwile przyjdzie czas później.
    - Dorotko… – mruknąłem, układając ją, ubraną, w pozycji jak do spania.
    - Cicho! – skrzywiła się. – Tak mi dobrze…
    - Pani prezes…
    Poderwała się natychmiast.
    - Mam ci wrzucić wiązankę autorstwa Lidki? Czemu psujesz mi tak romantyczną chwilę? Jesteś bez serca!
    - Słoneczko! Przepraszam, ale nie zakończyliśmy rozmowy.
    Spojrzała na mnie dość niepewnie, jednak natknęła się na surową, prawie nieprzeniknioną minę.
    - Chciałeś coś dodać?
    - Owszem! I nadal nie żartuję.
    - Proszę zatem.
    - Skarbie, ja naprawdę chciałbym, żebyś rozważyła to poważnie…
    - Po co te wstępy? – przerwała mi.
    - Proszę, wysłuchaj! – zaczynałem się niecierpliwić. – Jeszcze nie skończyłem!
    - Przepraszam…

    - Nic nie mów! Otóż mam inny argument przeciwko nominacji Mielewicza. Bo według tego co mówisz, on jest zwolennikiem twojej teorii.
    - A to źle?
    - Nie, nie o tym mowa…
    - Więc o czym?
    - Zwykłe, podstawowe zasady zarządzania. Po co ci w zarządzie ktoś, kto zawsze będzie ci klakierem? Kto będzie realizował tylko uzgodnione kierunki działań? Przecież to potrafi zrobić byle sekretarka. A on tylko z twoich opracowań będzie korzystał.
    - Dostanie ogólne i jest na tyle sprawny, że potrafi przetworzyć je na ciąg działań. Bardzo zyskownych działań.
    - Więc daj mu premię, a nie stołek w zarządzie.
    - Tomek, mam wrażenie, że kieruje tobą wyłącznie zazdrość! – zdenerwowała się.
    - Nieprawda! – zakrzyknąłem. – Mylisz się!
    - Więc słucham.
    - Słoneczko… ty jesteś prezesem banku! Całego banku, z jego kredytami, detalem, za chwilę nowoczesnym e-bankiem, a nie tylko prezesem banku inwestycyjnego! W dodatku masz tutaj Mielewicza, którego działania znasz, więc co to za sukces, że go ustawisz i skontrolujesz? A gdzie reszta? Gdzie polityka kredytowa? Gdzie detal? Masz kadry do e-banku? Na twoim miejscu, jeśli chcesz dzielić się odpowiedzialnością, to powołałbym do zarządu raczej Worlandowa. Bo używając terminologii futbolowej, ty grasz na skrzydle w parze z Mielewiczem, dobrze się rozumiecie i strzelacie niemało bramek, ale jeśli nie dostaniecie piłki, to będzie jedna klapa, a gdy w porę nie cofniesz się pod bramkę, to będzie gol dla przeciwnika. Natomiast tacy ludzie jak Worlandow na tej obronie trwają i pilnują innego skrzydła. A Mielewicz robi ci świetny teatr, ale przy okazji odciąga też od reszty zadań.
    - Ale się uparłeś!

    - Nie! Zauważ, że porzuciłem poprzednie argumenty. Spróbuj odpowiedzieć na nowe. Po co chcesz w zarządzie specjalistę od spraw, na których ty się znasz najlepiej? Nie zauważasz konfliktu?
    - I to jest argument, masz rację.
    - Tobie potrzebne jest wsparcie w dziedzinach, które masz słabiej opanowane. Poza tym proponuję, żebyś w ogóle zostawiła w spokoju wszelkie decyzje kadrowe oprócz nagłych przypadków. Przyglądnijmy się funkcjonowaniu całości, zobaczmy co jest dobre, co wymaga poprawy, a co trzeba zmienić całkowicie. Kadrowe zmiany też mam na myśli. Bez pośpiechu!
    I wiesz co? Porozmawiałem dzisiaj z Pawłem, a potem zgodziłem się z nim, że oprócz jakiejś awarii, nie należy postępować pochopnie. Kuria rzymska jest powolna, ale chrześcijaństwo trwa już ponad dwa tysiące lat i ma się całkiem dobrze, mimo powolnej reakcji na jakiekolwiek wydarzenia.
    - Zgadzam się z tobą – oznajmiła. – Zresztą, wspominając o Mielewiczu, również nie miałam na myśli jego natychmiastowego awansu. Dopóki nie będzie miał lepszego następcy, jego fotel jest niezagrożony.

    - Nie ma zastępcy?
    - Ma, ale to sceptyk, zbyt powoli podejmuje decyzje. Na głównego szefa się nie nadaje.
    - Jednak w tandemie się uzupełniają?
    - Właściwie, to tak! – roześmiała się. – Wyhamowuje Mielewicza czasami i to jest na pewno pozytywne.
    - Sama widzisz! Dorotko, zawsze potrzebny jest ktoś, kto nie zawaha się ściągnąć szefa z obłoków na ziemię. Owszem, nie może to być smerf Maruda, bo taki położy każdy pomysł, ale odrobina realizmu jest absolutnie przydatna. Niczym pieprz do rosołu.
    - W porządku, już nie pieprz, jakby to powiedziała Lidka – zachichotała. – Przyjmuję też resztę twoich argumentów i będę trzymała Mielewicza z daleka od siebie. Powiem ci też, że Worlandowa nigdy nie przewiduję w roli członka zarządu. Przy mnie jest to wykluczone.

    - Dlaczego?
    - Bo nie!
    - Mogłabyś potraktować mnie poważniej?
    - Dobrze. Właśnie Worlandow próbował kiedyś mnie podrywać.
    - Dawno?
    - Dawno, wtedy, kiedy byłam jeszcze asystentką.
    - I nadal mu to pamiętasz?
    - Nadal. Bo tylko on swoim zachowaniem przypominał mi poprzednią pracę.
    - A później jak się zachowywał?
    - Siedział cicho, pewnie bał się Johna, dlatego o nim zapomniałam.
    - A teraz?
    - Mam wrażenie, że chętnie powtórzyłby propozycję, ale z kolei boi się ciebie.
  • #77
    ArturP
    Level 22  
    Poszedłem na spacer, wracam.... uupss, jaka niespodzianka, kolejny odcinek. Świetne zakończenie dnia. Dzięki.
  • #78
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - To jest już raczej konfabulacja. Pytałem Pawła, dlaczego nie został p.o. prezesa, skoro nominalnie zastępował Johna podczas jego nieobecności.
    - To była formalność. John mu zapowiedział, żeby nie ważył się skorzystać z uprawnień i dziewczyny w sekretariacie też doskonale o tym wiedziały, więc ani nie dostawał poczty, ani nie wchodził do Johna gabinetu.
    - A ty kogo postawiłaś na czele?
    - Nikogo, jestem pod telefonem, a Kasia zadecyduje, czy jest coś takiego, co nie może na mnie poczekać i wtedy mnie zawiadomi. Z kolei ja nie spodziewam się żadnych monitów, bo w Nowym Jorku wiedzą, że przylatuję, dlatego niczego wysyłać nie będą. Poza tym wszyscy wiedzą co mają robić.
    - Tak mi też Paweł mówił.
    - Widzę, że zaczynasz z nim kumplować? – zaśmiała się.

    - Czy ja wiem… – odparłem wymijająco. – Ma tu sporo doświadczeń, a jeszcze więcej spostrzeżeń… wiesz co? Paweł dał mi zapieczętowaną kopertę z kodami do swoich tajnych materiałów. Powiedział, że tylko ty możesz wiedzieć, iż jest przechowywana u mnie.
    - W porządku. Mnie o tym nie wspominał, pewnie jeszcze nie zdążył. Ale dobrze, że wybrał ciebie. Powołanie do zarządu ci nie grozi, więc miejsce jest dobrze wybrane.
    - Jeszcze jedno. Zaproponowałem, żeby w dniach roboczych korzystali z naszego basenu w Podkowie.
    - Po co?
    - Wiesz, dla rehabilitacji jego żony. Ona powinna pływać, a gdzie ma to zrobić?
    - Dobrze zrobiłeś. Pana Wojtka nie ma, basen i tak jest przez cały tydzień nieużywany.
    - Jakiego pana Wojtka?
    - Naszego sąsiada. Tego który śpiewał na balu.
    - A gdzie jest?
    - W Nowym Jorku. Dzwoniłam do niego i… – potarła mi nos. – Jutro jestem zaproszona na kolację.
    - Sama? A Romek?
    - Wezmę i Romka, zazdrośniku – zachichotała. – W dodatku sama za nas zapłacę.
    - Aż tak?
    - A tak! Takie mam zasady. Ty też stosuj się do tej maksymy i nie oszczędzaj, nawet jeśli jesteś przez kogoś zapraszany. Płać za wszystko, albo przynajmniej za siebie.

    - A gdybym tak odwiedził Justynę? – spojrzałem na nią z przekąsem. – Chyba nie będę jej proponował zwrotu kosztów kawy…
    - Aaa… łobuzy! Beze mnie pojadą! – zawołała ze smutkiem.
    - Tak pomyślałem, że skoro będziemy blisko, to wypadałoby ich odwiedzić.
    - Słusznie! – pochwaliła moją decyzję. – Możesz wziąć dla Bogdana to pudełko cygar, które masz w zapasie. Przywiozę ci nowe. Bardzo go interesowały, kiedy u nas byli.
    - A dla Justyny?
    - Przygotuję ci coś dla niej, chodźmy do salonu! – wstała z łóżka.

    Ten dzień jeszcze się dla nas nie zakończył. Dorotka włączyła się w przygotowania czynione przez Helenę, no i obydwie doszły do zgodnego wniosku, że chłopcom brakuje wiele elementów wyposażenia narciarskiego.
    Nie wiedziałem wprawdzie skąd pani Helena zrobiła się nagle taką wielką specjalistką od jazdy na nartach, ale tylko raz spróbowałem się wtrącić, kiedy ujrzałem sporządzony przez Dorotkę, spis rzeczy do kupienia. Powiedziałem wtedy spokojnie, że nie ma sensu tego kupować, bo chłopcy chyba do niedzieli będą chodzili z opiekunami po sklepach. Na narty nie zdążą do samego wyjazdu.
    Mocno tego pożałowałem. Nie wiem skąd się wzięła taka reakcja, ale na całe szczęście, zdążyłem uciec poza zasięg jej rąk, a rzucony but minął mnie o włos.
    Potem już milczałem i obchodziłem obydwie z daleka, nie chcąc od którejś oberwać.

    - Ty, dowcipnisiu! – Dorotka dawała sygnał, że i tak kontroluje moje położenie. – Nie krąż tu, niczym jakiś satelita, tylko też się spakuj.
    Wzruszyłem ramionami.
    - Ja, w odróżnieniu od ciebie, nie jadę na oficjalne gale. Zatem mogę sobie pozwolić na turystyczny luz.
    - Tere-fere! – oderwała się od plecaków. – Tomek, tym razem nie żartuję! Masz wziąć ze sobą co najmniej dwa garnitury, bo nigdy nie wiadomo w jakiej roli przyjdzie ci wystąpić.
    - No dobrze, jeden wezmę…
    - A jeśli gołąb narobi ci na kołnierz, to w co się przebierzesz? – zapytała spokojnie, po czym kontynuowała, nie czekając na odpowiedź. – Dwa garnitury, dwie koszule zapasowe i podwójny komplet bielizny. Jeden, to możesz mieć płaszcz, ale weź też kurtkę. Przyda się do mniej oficjalnego występu. Masz taki staż w delegacjach i ja mam cię wszystkiego uczyć?
    - Nie musisz – zaśmiałem się. – Ale muszę udawać, bo jesteś taka dumna i rozpalona, wydając mi dyspozycje…

    Tym razem nie zdążyłem uciec. Była szybsza. Może gdybym mniej się śmiał…
    Obydwoje wylądowaliśmy na parkiecie, przy czym niestety, ja na dole, czyli potłukłem się bardziej. Dorotka jednak nie zważała na nic i tylko interwencja Heleny spowodowała, że sytuacja nie zakończyła się zgwałceniem mnie na podłodze. Cóż, wcale nie byłoby to takie niemiłe…

    Chłopców odwieźliśmy o czasie. Cała sytuacja przypomniała mi dawne dzieje, kiedy to wyprawiałem Joasię na wycieczki i harcerskie obozy. Podobne zbiegowisko rodziców oraz dzieci, tyle że teraz rozmawiano po angielsku.
    Dorotka była tutaj znana i jak się okazało, dość popularna. Pozdrawiali ją przyjaźnie, ale też i na mój widok, jakoś nikt się nie skrzywił. Przeciwnie, kilku panów przypomniało sobie zaraz, że widzieliśmy się latem nad jeziorem w Pokrzywnie i w sumie atmosfera była całkiem sympatyczna, chociaż wcześniej obawiałem się, że będą mnie lekceważyć. Nic takiego nie miało jednak miejsca.
    W dodatku sprawa wypadku małej Letycji była znana kilku osobom, które zarzuciły nas pytaniami, a niektórzy wręcz chwalili się, że wsparli akcję wpłatami na konto. Był też konsul, który wystawiał wizy. Dorotka miała okazję mu podziękować i obiecała wszystkim, że po powrocie z kliniki opowie im wszystko ze szczegółami, co spotkało się z pełną aprobatą zebranych. Amerykanie widocznie lubią takie akcje.
    I kiedy autokar już odjechał, Dorotka zaatakowała jednego z konsulów żartobliwymi pretensjami, że ja dotąd nie mam amerykańskiej wizy. Musiała się jednak poddać gdy zapytał, kiedy złożyłem wniosek. Bo taki fakt nie miał jeszcze miejsca.
    Pośmialiśmy się wtedy przez kilka minut, słuchając jego wynurzeń dotyczących ciekawych rozmów z kandydatami na wyjazd do USA. Mają Polacy fantazję, oj, mają! Musiałem i ja to przyznać.

    Kiedy wyjeżdżaliśmy ze szkoły, byłem przekonany, że jedziemy do domu. Jednak gdy włączyłem kierunkowskaz, Dorotka zaprotestowała.
    - Ty gdzie?
    - Jak to „gdzie”? Do domu.
    - Zaraz, zaraz! Powoli! Nie masz prezentu ani dla Justyny, ani dla dzieci. Jedziemy więc do galerii, bo musimy coś kupić. Przecież nie pojedziesz do nich z pustymi rękami!
    Westchnąłem tylko, bo wiedziałem, że protesty na nic się nie zdadzą.
  • #79
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Dorotko, o szóstej rano musimy wyjechać na lotnisko.
    - Wiem o tym. I wyjedziemy! A teraz opanuj się i spokojnie skręć na prawo, w stronę „Żelaznej Mary”. Krąży opinia, że teraz tam są najlepsze butiki.
    Roześmiałem się. Jakoś skojarzyłem jej słowa z dawnym tekstem o „Iron Lady” w tym brukowcu, gdzie zamieszczono nasze zdjęcie z kolacji po balu, wraz z odpowiednim komentarzem.

    - Zauważyłaś, że po powrocie do Polski nikt o tobie nie napisał?
    - Gdzie? Kto? Co miał napisać?
    - W ogóle! Zostałaś prezesem banku, a oprócz tego artykułu o Letycji w „Wiadomościach Podkarpackich”, inne portale informacyjne jakoś niczego nie zauważyły.
    - Martwisz się tym?
    - Przeciwnie – pokręciłem głową. – I mam przekonanie, że ty tak samo, nie czujesz się zbytnio pokrzywdzona.
    - Słuszne przekonanie – odparła. – Ale na twoim miejscu nie próbowałbym wyciągać z tego zbyt daleko idących wniosków. To jest raczej cisza przed burzą.
    - Tak sądzisz?
    - No daruj. Już teraz kwestia wyjazdu z dziewczynką jest opisywana, a jutro, założę się, na Okęciu będą na nas czekali. Tomek, wiem o tym i wiem też, że to nieuniknione. Zaraz też, ktoś bardziej umysłowo sprawny cofnie się do moich początków, potem ktoś odnajdzie tamten artykuł i tamtą fotografię…
    - A my boimy się czegoś?
    - Nie sądzę – odparła wesoło. – Trzymaj tylko w zanadrzu jedną zasadę. Nie zgadzasz się na jakąkolwiek publikację o sobie i o chłopakach. Masz takie prawo, bo w odróżnieniu ode mnie, nie pełnisz żadnej funkcji publicznej. Ja nie mogę z tego prawa skorzystać, bo będąc prezesem banku, nie podlegam tej kodyfikacji. Ale poradzę sobie. Na jutro rano zamówiłam agencję ochrony.
    - Dla siebie? – zdziwiłem się.
    - Nie no, nie przesadzaj! Chodzi mi przede wszystkim o Letycję. Ją chciałam zabezpieczyć przed próbami sfotografowania.

    - Oby! – westchnąłem. – A jak pan redaktor? Odzywa się?
    - Dzwonił do Joasi z prośbą o możliwość zamiany kilku zdań przed wylotem. Wiem też, że rozmawiał z matką dziewczynki, no i podsyłał mi wszystkie gazety. Są w porządku, a leżą na stoliku w gabinecie, gdybyś był w piątek to je przeglądnij.
    - Będziesz z nim rozmawiała?
    - Raczej tak. Doszłam do wniosku, że skoro ma u nas pracować, to niech wyrabia sobie nazwisko i w Warszawie. Przydadzą mu się kontakty, które teraz nawiąże.
    - Całkiem słusznie, chociaż najważniejsze, żeby operacja się udała.
    - Będzie dobrze, ja w to wierzę, zresztą, obiecałam to pani Karolinie.

    Dojechaliśmy do galerii i potem nie było już tak miło. Nie cierpiałem zakupów, w dodatku zupełnie nie udawało mi się przestawić myślenia na sposób człowieka bez finansowych problemów. Ceny mnie przerażały, ale Dorotka nawet nie mrugnęła okiem, kiedy regulowała rachunki.
    Dla Justyny kupiła dużą, bajerancką torebkę najlepszej firmy, za kilka tysięcy złotych i zapełniła ją wypasionym laptopem oraz telefonem najnowszej generacji. Dla Kasi podobnie, tylko torebka miała inny fason, dołożyła tam też jakieś kosmetyki dla młodzieży, natomiast dla reszty były telefony, oraz gry i różne gadżety komputerowe.
    - Na pewno trafiłaś w upodobania? – zapytałem.
    - Uważam, że tak – odparła. – Rozmawialiśmy trochę w święta i obiecałam dzieciakom nowe telefony. A Justyna też niech ma coś nowego, bo używa to, czego dzieci już nie chcą. Tak na sobie oszczędza, że aż mi wstyd. Bogdan zarabia nieźle, ona też niemało, a jakoś tego wszystkiego nie widać.
    - Więc ściągnij ją do Warszawy, pochodzicie sobie po sklepach…
    - Tak zrobię, ale na to potrzeba czasu. Jedźmy już! Muszę dokończyć pakowanie.

    Do szóstej brakowało piętnastu minut, kiedy zatrzymałem się na skraju lotniskowego, ogólnego parkingu. Wprawdzie loty były opłacone ze ścieżką dla VIP-ów, ale na razie nie mogliśmy z tego skorzystać. Letyńska była jeszcze w drodze.
    Po chwili dołączyli do nas Romek z Lidką, zjawił się też jego informatyk, zameldowała się również ochrona. Dorotka wysłała ich szefa, aby zaraz po przyjeździe pani Karoliny zapewnił im przejazd do strefy zamkniętej, ale z samochodu nie wysiadała.
    Wreszcie, za pięć szósta, pojawił się długo oczekiwany samochód z Letyńskimi. Prowadził oczywiście… redaktor Protasiuk, ale był też lekarz. I wtedy poszło już błyskawicznie. Jeden z ochroniarzy rzucił hasło, po czym powoli wyjechał na drogę, a my, niemal zderzak w zderzak, ruszyliśmy za nim. Drugi samochód ochrony zamykał konwój.

    Wszystko odbyło się sprawnie i bez problemów. W saloniku dla VIP-ów powitała nas bardzo grzeczna obsługa, ale my z Lidką nie skorzystaliśmy już z ich oferty. Pożegnałem się z Dorotką czułymi pocałunkami, po czym opuściliśmy z Lidką lotnisko, nie czekając na odlot.
    Przed nami było niemało drogi, a Dorotka była i tak zajęta. Nawet tutaj musiała wszystkiego pilnować, przy czym ja już nie mogłem jej pomóc.

    - Jedziesz swoim autem, czy pojedziemy jednym? – zapytałem Lidkę przez telefon. Byłem tuż za nią i tak naprawdę nie wiedziałem gdzie się kieruje.
    - Właśnie o tym pomyślałam – roześmiała się. – I zastanawiam się jak to wszystko zrobić.
    - Jedźmy moim. Bo jeśli będę sam, to się zatęsknię na śmierć.
    - Już ci uwierzę! Ciekawe, kiedy tak się zdążyłeś do niej przyzwyczaić.
    - Sam się dziwię, ale jakoś nieswojo i smutno poczułem się jeszcze w saloniku. Dobrze, że szybko wyszliśmy, bo nie lubię długich pożegnań.
    - Też nie lubię, dlatego wolałam uciec. Wiesz co? Jednak zostawię auto w domu i pojedziemy razem, może tak być?
    - Jasne! Tak będzie najlepiej!
    Ale nie obyło się bez zgrzytów. Ochrona nie chciała mnie wpuścić na zamknięty teren osiedla.

    - Przypominam, że ja opłacam dwa miejsca parkingowe! – irytowała się Lidka. – A jeden z samochodów stoi w miejscu pracy męża, więc miejsce jest wolne!
    Ochroniarz był jednak niewzruszony.
    - Proszę pani, ja rozumiem argumenty, ale mam swoje wytyczne i jeśli ich nie dochowam, to ktoś się poskarży, a mnie zwolnią z pracy. Numer tego pojazdu nie figuruje w wykazie.
    - Lidka, daj spokój – mitygowałem ją. – Nie ma problemu. Pakuj swoje bagaże tutaj i pojedziesz tylko zaparkować…
    - A potem mam tutaj biegać? – denerwowała się. – Nie, nie ma tak! Muszę zrobić porządek z tym zarządcą, bo to jest nie do wytrzymania!
    Ochroniarz w końcu się poddał.
    - Jeśli na chwilę, to proszę jechać.
    - Oczywiście, że na chwilę. Zaraz wyjeżdżamy z powrotem.
    - To proszę! – podniósł szlaban.

    W podziemiach przepakowała swoje rzeczy do jeepa, zamknęła samochód i wyjechaliśmy pod bramę, gdzie mimo podniesionego szlabanu, kazała mi zatrzymać auto. Zdziwiony ochroniarz wyszedł z budki.
    - Czy coś się stało? – zapytał.
    Lidka uchyliła szybę.
    - Muszę zapamiętać pański wygląd, bo jeśli pana zwolnią z mojego powodu, to zatrudnię pana u siebie.
  • #80
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - A dziękuję! – uśmiechnął się. – Będę pamiętał. A jaka to firma?
    - „Liman”. Słyszał pan o takiej?
    - Owszem, słyszałem – wesołość znikła mu z twarzy. – Pani mówi to poważnie?
    - Jak najbardziej, ale widzę, że pan raczej nie reflektuje…
    - Nie, dlaczego? Tylko mówią, że nie jest łatwo tam się dostać.
    - No widzi pan, a ja oferuję panu znajomość z pierwszej ręki. No nic, jedziemy! Ale o tej pracy, mówiłam zupełnie poważnie.
    Sięgnęła do torebki i wyjęła wizytówkę.
    - Proszę!
    Wziął ją do ręki, a kiedy przeczytał, jego twarz z otwartymi ustami wyrażała niebotyczne zdumienie.
    - Jedź! – popędziła mnie.

    - Ale go załatwiłaś – roześmiałem się, ruszając z miejsca. – Jeszcze mu kawka wpadnie do gęby, zanim ją zamknie.
    - Muszę rzeczywiście zrobić akcję na rzecz zmiany zarządcy, bo coraz mniej mi się tutaj podoba. Przegrałam przetarg na ochronę, gdyż inni dali właśnie tutaj ceny żałosne, więc chłopy na bramie zmieniają się co parę dni i ciągle mam z nimi problemy. Teraz na parę tygodni wystarczy, a potem będę musiała znowu powtórzyć manewr.
    - To nie było pierwszy raz?
    - Jasne, że nie. Przecież tato jak przyjeżdża, to już mam problem. Trzeciego miejsca nie chcą mi sprzedać, a regulamin zabrania parkowania na zewnątrz.
    - My podobno mamy trzy, ale najczęściej sam tam parkuję.
    - Tomek, miałam właśnie powiedzieć ci o tym.
    - O czym?
    - Czas najwyższy, żebyście zatrudnili do banku kierowcę. I kupili porządny wózek. Dorka nigdy nie nauczy się dobrze jeździć, zresztą, nawet niech nie traci czasu na naukę. Bo to nie ma sensu. Ale powinna i musi mieć porządne auto, oraz kierowcę na każde skinienie. To jest niezbędne dla jej wizerunku prezesa! Nie może jeździć do pracy jeepem, nawet wypasionym, a tym bardziej, jeśli przyjdzie udawać się jej na jakieś oficjalne spotkanie bankowców.
    - Skąd takie przemyślenia?
    - Nie powiem ci, kto to powiedział, ale wzięto ciebie za Dorki kierowcę.
    - To moja strata, a nie jej! – zaśmiałem się.
    - To wpływa na całość – nie podzieliła mojej wesołości. – Przyglądałam się wam bez komentarzy, porozmawiałam z Romkiem i takie są moje wnioski. Mało tego! Oddaję ci autorstwo tego pomysłu i to bezpłatnie. Zrób jej małą niespodziankę i postaw przed faktem dokonanym. Powtarzaj też, że sam to wymyśliłeś po wypadku. Ja nikomu nie zdradzę, że o tym rozmawialiśmy, bo Romek tego nie wie.
    - A jeśli mnie opieprzy?
    - Wytrzymasz. A po drugie, nie ma takiej opcji. Jest teraz w okresie, kiedy zrobi dla ciebie wszystko. Poza tym ja cię poprę i z czasem sama przyzna, że miałeś rację. Naprawdę!
    - Muszę się z tym przespać…

    - Oczywiście. Ale uwierz, że nie kpię, ani nie żartuję. Nie możecie ciągle jeździć razem. Każde z was traci w tym układzie mnóstwo czasu. A Helena też nie musiałaby dźwigać tyle zakupów.
    - Wow! O tym nawet nie pomyślałem…
    - Wiesz, nie mam do was pretensji, bo jakoś musieliście spróbować poskładać to wszystko do kupy, ale nie mogę też bez końca dbać bezpłatnie o wasze zaopatrzenie!
    - Poczekaj. Jak to bezpłatnie?
    - A zastanawiałeś się skąd bierze się papu w waszej lodówce i na stole?
    - Nie.
    - Więc widzisz. Kiedy wy jesteście w pracy, mój pracownik zabiera ją do „Talizmana”, gdzie pani Helena wybiera sobie wiktuały z różnych dostaw. Następnie jeździ po Warszawie w sobie tylko wiadome miejsca, odwiedza różne sklepy i giełdy, gdzie zaopatruje się w resztę, po czym, obładowana, wraca do domu.
    - A czemu nie obciążasz nas tymi kosztami?
    - Sądziłam na początku, że to wyjątkowo, więc refakturowałam tylko koszty surowca. Ale nie mogę bez końca zatrudniać kierowcy do obsługi pani Heleny.

    - Mówiłaś o tym z Dorotką?
    - Nie. Mówię o tym z tobą. Ktoś tu jest głową rodziny, prawda?
    - Lidka… wiesz jak ja się niepewnie czuję? To wszystko jest nowe, nieznane…
    - Pieprzysz teraz! Romek mi opowiada, że w banku wszedłeś w temat jak stary wyga! Rządzisz tam niepodzielnie od pierwszego dnia!
    - Nie przesadzaj.
    - Mówię poważnie! Romek jest pod wrażeniem. Opowiadał mi, że pod nieobecność Johna zaczęły tworzyć się stronnictwa, jakieś namiastki koterii, nikt nie był pewien przyszłości… I nagle, wróciła Dorota, przywiozła ze sobą miotłę w twojej postaci i wszystko ucichło, jak nożem uciął! Ponoć zrobiłeś jakieś porządki gdzieś na Śląsku?
    - Musiałem.
    - No i fama poszła!
    - Co ty pieprzysz, przecież oprócz Pawła Dedejki, nikomu niczego nie mówiłem! Najwyżej jeszcze Romek o tym wie.

    - Tomek… struktury poziome istnieją i działają. Zresztą, powiem ci skąd o tym wiem. Dowiedziałam się w Talizmanie.
    - Niby od kogo?
    - I to jest clou przedstawienia. Jeden z nowych pracowników miał tam w banku kuzyna, jakiegoś ciotecznego brata. I nie znając naszych, a także moich z wami związków, opowiadał jak jakiś srogi dyrektor z Warszawy, dyscyplinarnie wyrzucił go z pracy. Pytał też, niby pół żartem, pół serio, o możliwości zatrudnienia dla niego w restauracji.
    - Konfabulacja. Nikogo z pracy nie wyrzucałem.
    - Więc co tam zrobiłeś?
    - Zażądałem przywrócenia porządku! Wyobraź sobie, że wszyscy pracownicy działu, nie mieli dopuszczenia do pracy od służb ochrony. Od ponad pół roku. Uważasz to za normalne?
    - Nie – stwierdziła z uśmiechem. – I jaka była twoja decyzja?
    - Zwykły szlaban. Brak możliwości wykonywania pracy i zakaz wstępu do banku.
    - Wszyscy? Cały dział?
    - Nie, jeden pracownik miał dostęp. Mianowałem go kierownikiem, bo przecież ktoś musi podejmować decyzje. Wiesz kim on jest?
    - Skąd mam wiedzieć.
    - To Stefan. Paweł prześwietlał go latem, więc dopuszczenie ma aktualne jeszcze przez ponad rok.

    Lidka zaniosła się śmiechem.
    - Ale numer! – chichotała. – A co z szefostwem?
    - Dyrektor dostał zawału jeszcze w banku, więc wylądował w szpitalu, zastępca mi się nie spodobał, więc Romek blokował mu w nocy dostęp do systemu, a ja mianowałem p.o. dyrektora, obecnego głównego ekonomistę. No i to wszystko!
    - I mówisz, że niczego nie zrobiłeś – kręciła głową.
    - Słuchaj… coś musiałem zrobić! Dyrektor nie był w stanie kierować placówką, zastępcy nie było kiedy przyjechałem… jakie miałem wyjście? Zostawić to wszystko bez jakiejkolwiek decyzji? Nie przesadzajmy! Wyszedłby z tego zupełny burdel na kółkach. Przyjechał całkiem nieodpowiedzialny facet z Warszawy, rozpieprzył wszystko i odjechał… No nie! Na taką renomę nie mogłem sobie pozwolić. Każda, nawet najgłupsza decyzja, była w tej sytuacji lepsza niż brak decyzji. Dlatego nie wahałem się specjalnie. Obsadziłem fotele i już! Dopiero nominatom poleciłem zrobienie porządków.

    - Tia… Bardzo słusznie i wygodnie. A ty się kiedyś dziwiłeś, gdy oferowałam ci pracę. Ja wiedziałam co robię, chociaż mi nie wierzyłeś.
  • #81
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Przecież mnie nie znałaś od tej strony.
    - Ale poznałam ciebie samego. I to nie najgorzej. Podejrzewam nawet, że znam ciebie lepiej niż Dorka i niż ty sam siebie znasz.
    - Nie przesadzasz teraz?
    - Nie wiem, ale chyba nie. Przynajmniej mam takie przekonanie.
    - Od kiedy?
    - Zdziwisz się, kiedy ci to powiem.
    - Nie bądź taka tajemnicza.
    - Kobietę musi okrywać tajemnica. Tomeczku! Czyżbyś już przestawał być mężczyzną? Prawdziwym mężczyzną?
    - Prowokatorka! – zaśmiałem się. – I po co takie teksty?

    - Otóż właśnie – zmieniła ton na poważny. – Tomek, musimy uzgodnić pewne sprawy, dotyczące dzisiejszego wyjazdu, bo nie wszystko się ułożyło jak chciałam.
    - Opowiadaj – zachęciłem.
    Jak dotąd, jechałem w ciemno. Lidka wszystko organizowała, a ja nie wiedziałem z kim mam się spotkać, o czym rozmawiać, ani czego ode mnie oczekuje.
    - Najważniejsze jest to, że prawdopodobnie nie mamy gdzie spać. Hotel jest zapełniony na sto pięć procent.
    - Ja się wybieram na wieczór do Justyny.
    - Naprawdę? – spojrzała na mnie ironicznie. – U Justyny mamy zaplanowane rozmowy i to obydwoje.
    - Z kim? – zdziwiłem się.
    - Z Bogdana szefem, czyli dyrektorem okręgu. Bogdan jest jego zastępcą. Uzgodniłam, że zaprosi go dzisiaj do siebie i o osiemnastej musimy tam być.
    - O czym chcesz z nim rozmawiać?
    - O możliwościach współpracy. Zresztą, dowiesz się wszystkiego bo to spotkanie wstępne, na razie wiem tyle co i ty. Czyli rzuciłam Bogdanowi w święta taką propozycję i postanowiliśmy spróbować pogadać. Jeśli coś się z tego wykluje, to będzie dobrze. A jeśli nie, to trudno.

    - A hotel kto opanował?
    - Jakaś firma się integruje do niedzieli, nie pytałam o szczegóły, bo i po co? W każdym razie wolnych pokoi nie ma. Ja wprawdzie mam tam swoje kojko na zapleczu, ale to są warunki polowe. Jeśli przyjdzie ci skorzystać z jego połowy, to w żadnym wypadku nie chciałabym, abyś uznał to za jakąś propozycję z mojej strony.
    - Mówisz poważnie? – roześmiałem się. – Będziemy spać razem?
    - Nie wiem czy będziemy – sprostowała. – Chodzi mi o to, żebyś jakiejkolwiek sytuacji nie wziął za propozycję czegokolwiek innego niż sen.
    - Ło matko, czemu się tak zastrzegasz, czujesz do mnie wstręt? A może masz jakieś inne obawy? Dlaczego? Nigdy ci niczego nie zrobiłem, nie przesadzaj!
    - Nie kombinuj już.
    - No co? Naprawdę czuję się teraz mało przyjemnie.
    - Myślałby kto, że jesteś taki delikatny.
    - Oj, tam. To nie było potrzebne.
    - Może i nie, ale chciałam, żeby sytuacja była jasne, bo naprawdę nie wiem co będzie.

    - A jak apartamenty nad Omszałym?
    - Wszystko zapełnione. Część miejsc zajmują budowlańcy, a reszta jest wynajęta. Firmy powariowały, ale to jest dla mnie kasa!
    - A twój dom?
    - Przecież dom jest wynajęty, mama mieszka w Warszawie, a tata w ośrodku.
    - I co, będziemy szukać noclegu u konkurencji?
    - Tego mi chyba nie zrobisz! Ja cię wezmę choćby do własnego łóżka, tylko uprzedzam, że to nie jest równoważne z propozycją, rozumiesz?
    - Jasne. Nie łudź się! Jestem niemal wykończony tymi cymesami. Dorotka nie odpuszcza mi niczego. Wczoraj, kiedy wróciliśmy z zakupów, to biegiem skończyła pakowanie, a potem…
    - Przestań! Nie interesuje mnie wasza sypialnia.
    - Więc ty też nie prowokuj.
    - Oj, dobrze już, dobrze…
    - Przyjmuję. Pax, pax!

    Dalsza jazda pozwoliła nam na zapoznanie się z problemami budowlanymi Pokrzywna.
    - Tak naprawdę, to po co mam tam dzisiaj jechać?
    - Przede wszystkim musisz poznać ludzi i oni muszą poznać ciebie. A także zapoznać się ze stanem istniejącym, oraz zgodnością zaawansowania robót z harmonogramem.
    - A po co?
    - Ja nie mam czasu z tobą jeździć! Mam też inne zajęcia. Więc jeśli będziesz chciał kiedyś wybrać się sam, to chciałabym, żebyś nie krążył wokół ogrodzenia, tylko szedł prosto. Mamy tam swojego inspektora nadzoru, kierownika budowy, a mniej więcej o dwunastej umówiłam projektanta. Muszą wiedzieć kim jesteś, ty musisz poznać ich, a przy okazji zapoznasz się z projektami, może będziesz miał jakieś uwagi.

    Kiedy omawiała to, co ostatnio zrobiono, poczułem znużenie. Zajęty prowadzeniem samochodu, coraz mniejszą uwagę zwracałem na jej monotonne słowa. W pewnej chwili zauważyłem, że oczy mi się kleją. To już było niebezpieczne.
    - Lidka, wystarczy. Jestem tak zmęczony i niedospany, że zaczynam nie kojarzyć.
    - Oj, mięczaku! – zaśmiała się. – Zatrzymaj się, ja poprowadzę.
    - A masz! – zdecydowałem, hamując na poboczu.
    - Prawie jak wtedy – zakpiła, kiedy wyszliśmy z auta na zewnątrz. – Tylko Dorki teraz nie ma. No i ja, w odróżnieniu od niej, na pewno mam majtki, czyli nie będziemy dochodzić powodu ich braku.
    - Ale pamiętasz! Przecież wtedy był początek lata, a nie wiosny.
    - Pogoda była podobna… – rozmarzyła się. – Czemu to mi tak weszło do głowy? Tomek, przecież tyle lat minęło.
    - Skąd mam to wiedzieć? Ale pamiętam że najpierw byłaś mi przyjazna, a potem zupełnie nieoczekiwanie postawiłaś się okoniem, chociaż w sumie jakoś cię później przekonałem.

    - Oj, przekonałeś, chociaż nie bez pomocy Dorki. Widzisz, w odróżnieniu od Baśki, ja znałam Dorotę od zawsze. I widziałam, jak się zmienia w twojej obecności. Powiem ci o swoich podejrzeniach, bo całej prawdy sama nie znam nawet teraz. Otóż przypuszczam, że Dorota miał wtedy początki jakiejś psychozy. Albo czegoś w rodzaju paranoi.
    - Skąd taka teza?
    - Bo zerwała wtedy kontakty nawet ze mną! Pamiętasz, że pytałam ją jeszcze w samochodzie o najprostsze sprawy? A dlaczego pytałam? Bo nie odbierała telefonów, nie odpisywała na listy i na maile, dokładnie nic. Zaszyła się w jakiejś swojej, wydumanej bańce powietrza i sama kisiła się z własnymi problemami. Więc jeśli nawet ze mną nie chciała o tym rozmawiać, to było już bardzo źle. Dlatego doszłam do wniosku, że wszystko inne, choćby najbardziej zwariowane, będzie dla niej lepsze niż nic.
    - Mówiła mi o tym zupełnie podobnie, chociaż nie tak to nazywała.
    - Bez przesady, niby jak miała nazwać? Który wariat przyzna, że zwariował?
    - Nie obrażaj jej!
    - Przecież nie obrażam. Tomek! Dorota jest dziewczyną wyjątkową. Wybitną i naprawdę bardzo utalentowaną. A wszyscy wielcy ludzie mają jakieś odchyłki od normy w innych obszarach osobowości. Mniejsze lub większe, widoczne, albo nie. Przecież sam wiesz, ile dowcipów opowiada się o roztargnieniu profesorów, dla których świat poza obszarem ich badań jest niewarty większej uwagi. Z Dorotą jest podobnie.
  • #82
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Myślisz o sprawach łóżkowych?
    - Łóżkowych, macierzyńskich i całym obszarze żeńskich cech płciowych.
    - Nie zauważyłem, żeby jej czegokolwiek brakowało w tym względzie.
    - Wiesz co mi kiedyś powiedział Romek? Usłyszał w toalecie kpinki dwóch małolatów, że Dorota jest górą lodową, której nikt nie przeleciał, dlatego została prezesem.
    - I co zrobił? – roześmiałem się.
    - Poczekał aż wyszli z kabin, wziął na dywanik i uprzedził, że za to wylatuje się z pracy. Ma ich nazwiska i tyle.
    - Nie bardzo rozumiem co chcesz tym powiedzieć.
    - To gówniażeria, nowe pokolenie, nie pamiętające Doroty i mające wielkie wyobrażenie o sobie. Próbują zmieniać świat wedle swoich upodobań, ja to znam z własnych doświadczeń.

    - Ale co z tego wynika?
    - Po pierwsze, ona taki nimb roztacza wokół siebie, całkiem nieprawdziwy, o czym ty wiesz najlepiej. A po drugie, Dorota, o ile wiem, natychmiast wyrzuciłaby ich z pracy. Sam wiesz, że nie toleruje i nie będzie tolerowała takiego zachowania.
    - To oczywiste i ja ją w tym popieram. Nawet my we dwoje nie zajmujemy się w pracy seksem, tylko pracą.
    - Otóż to! Ale dzięki tobie, Dorka przestała tropić nieprawomyślne zachowania, skupiła się na zarządzaniu i pewnie znowu wygra. Jesteś jej dobrym duchem, odgradzasz ją od głupstw i tak też trzymaj. Przecinaj takie tematy, bo wtedy się wścieka i rozpieprza wszystko dookoła. Wtedy, nad jeziorem, przywróciłeś jej psychiczną stabilizację, chociaż chyba nie wiesz do dzisiaj, że była wtedy na granicy wariactwa.
    - Nie wiem, bo niby skąd?
    - Powtórzę więc. Przywróciłeś jej wiarę w siebie. Ja to zrozumiałam nieco za późno, tym niemniej zrozumiałam jeszcze w porę. No i nadałeś jej życiu sens…
    - W postaci chłopców?
    - Jak najbardziej. Ależ wtedy wszystko się zmieniło! Dorota później stała na nogach twardo niczym skała. I pracowała rzeczywiście jak najlepsza maszynka.
    - Opowiadała mi o tym…
    - No i powoli dochodziło do niej, że tak naprawdę… znowu czeka na ciebie!
    - Teraz opowiadasz bajki – roześmiałem się. – Wsiadaj, jedźmy już!

    - To nie są żadne bajki – zauważyła, ze spokojem sadowiąc się za kierownicą i regulując ustawienia lusterek. – Nie mówiłam ci tego w Białymstoku, bo wtedy jeszcze nie wiedziałam wszystkiego, chociaż miałam swoje spostrzeżenia. Ale pamiętasz chyba, jak odjechałam z Romkiem do Pokrzywna, kiedy się odnalazła.
    - No właśnie. Nie napisałaś mi niczego o całej tej waszej rozmowie, a Dorotka, kiedy już kontaktowałem się z nią w Moskwie, była bardzo sztywna i oficjalna. Szczególnie na początku. I nigdy nie poruszaliśmy tego tematu.
    - Bo to było właśnie z gatunku nie do ruszenia. Gdybym próbowała coś powiedzieć, to już musiałabym omówić wszystko, a tego mi zabroniła.
    - Nie pobiła cię wtedy?
    - Byłam za sprytna. Wzięłam ze sobą Helenę i Romka. Romek zabrał chłopaków, odwiózł pod opiekę Diany, a my we dwie wzięłyśmy się za nią bez świadków.

    - Gdzie wtedy była? Gdzie wyjechała?
    - Przed siebie. Nie miała żadnego planu, mówiła że niczego nie widziała, jechała po prostu drogą. Dopóki chłopaki nie zaczęli już tak marudzić, że musiała się zatrzymać.
    - I co jej zrobiłyście?
    - Nic. Najpierw krzyżowy ogień pytań, a potem Helena ją przytuliła i… cóż! Popłakała się, opowiedziała nam wszystko i tyle. O tym, że małżeństwo z Johnem będzie trwało jeszcze siłą rozpędu, że najchętniej wzięłaby rozwód już teraz i że nie może zgodzić się na to, abyś ty się rozwiódł... Dlatego też, nie mogłeś dowiedzieć się niczego o tej rozmowie.
    - Mnie mówiła, że John ją zdradził podczas wypadu z Hammersem wtedy po balu…
    - To był tylko gwóźdź do trumny ich związku, praktycznie bez znaczenia. Przecież Dorota, trzymała fason głównie ze względu na jego wizerunek. Przed Jacobem i innymi członkami zarządu korporacji. Pamiętasz jak mówiłam ci o Johna marzeniach? Że Londyn to minimum jego oczekiwań i aspiracji. I jak jej kombinacje z aktem urodzenia oraz paszportami chłopaków spowodowały, że musiał siedzieć cicho i się nie wychylać. Głośnych pretensji o to do niej nie miał, ale Dorka wiedziała, że jest mu coś za to winna i dlatego czuła się zobowiązana.

    - No, a moje upoważnienie miało rozwiązać sytuację.
    - I rozwiązało. John odetchnął, ochlapanie błotem przestało mu grozić, zaczął więc kręcić się za czymś nowym.
    - Dorotka o tym wiedziała?
    - Wiedziała, ale już nie reagowała, bo chemia między nimi tak naprawdę nigdy nie była zbyt mocna, a po spotkaniu z tobą, po prostu wygasła. Znowu skupiła się na pracy, a jedyne czego od niego zażądała, to zorganizowania balu na jubileusz. Bo i tak było wiadomo, że niedługo później on odejdzie z Warszawy.
    - To był jej pomysł?
    - Który?
    - Z tym balem?
    - Jasne że tak! I możesz wierzyć albo nie, ale ten bal naprawdę był po to, aby mogła z tobą się spotkać i potańczyć! – zaśmiała się. – Ja wspomniałam o balu żartem, kiedy przyleciała do Warszawy w październiku i rozmawiałyśmy tak ogólnie o koncepcji obchodów jubileuszu. Ale tak się do tego pomysłu zapaliła, tak wbiła sobie do głowy, że koniec świata! To tango tańczylibyście w każdej wersji, nawet gdyby nie było aukcji.

    - A John wiedział o tym? Znaczy o mnie?
    - Słuchaj, on nie jest głupkiem. Może i nie wiedział na pewno, ale domyślał się wiele. Nie zapominaj, że też miał okazję poznać Dorotę na co dzień. Ze wszystkimi jej zasadami i przekonaniami. Tyle, że w tej sytuacji najbardziej mu zależało na świętym spokoju. Była okazja zaprosić szefa, więc postanowił to wykorzystać, a Dorota mu to ogromnie ułatwiła. Zresztą, taki warunek jej postawił. Jeśli uda się jej uzyskać od Hammersa potwierdzenie przybycia do Polski, to daje jej wolną rękę w całej organizacji. Mogła robić co tylko zechce.
    - Tak… Wiesz co? Byłem świadkiem ich rozmowy na balu, kiedy prezes oznajmił, że zabiera Johna do Londynu. Miałem wtedy wrażenie, iż to wszystko jest ukartowane, a teraz zaczynam nabierać pewności, że tak właśnie było. Oni we dwóch zaplanowali to wcześniej, nic nie było dziełem przypadku.
    - Dorka doszła do podobnego wniosku – oznajmiła. – Po czasie, ale jednak. Johnowi jeszcze wcześniej, w Nowym Jorku, stworzyła się okazja do kilku, bardziej prywatnych rozmów z Jacobem i chyba to wykorzystał. Stąd też moje twierdzenie, że John tak samo domyślał się trwałości waszych kontaktów.

    - No, ale ja byłem wtedy z żoną.
    - Nie przesadzaj! – zachichotała. – Ten fakt dawał mu tylko niejaką gwarancję, że z Dorką nie zrobicie niczego publicznie, więc nikt się o niczym nie dowie. Czyli honoru nie straci. A to mu wystarczało do realizacji planów.
    - Poczekaj. Więc jak to w końcu było? Leciał z Hammersem do Londynu wiedząc o swoim awansie? Po jakiego grzyba to ukrywali?
    - Nie, to nie tak.
    - A jak?
    - Przecież relacji mi nie zdawali, wiem tylko tyle, ile powiedziała mi Dorota, bo od dnia balu nie widziałam się z Johnem.

    - Czyli co ci powiedziała?
    - Według niej, Hammers wybierając się do Warszawy, nie wiedział nawet, że John pracował kiedyś w Londynie. Nie zapominaj, że prezesem jest dopiero trzeci czy czwarty rok, a w korporacji pracuje krócej niż John. Poza tym, na początku wylądował w Singapurze, czy gdzieś tam na Dalekim Wschodzie, a przecież John nie był wcześniej w Londynie nikim wielkim. Szefem obszaru zaledwie, lub coś w tym stylu. Ale, że to był obszar obejmujący wschodnią Europę, więc powierzono mu kierowanie nowym bankiem, kiedy postanowiono poważniej tu zainwestować. Jak takie drobiazgi mogły zainteresować wtedy Hammersa, przebywającego gdzieś na końcu świata?
  • #83
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Poczekaj, bo czegoś nie rozumiem. Kto w końcu miał w korporacji ważniejszy stołek? John czy Dorotka?
    - Dorota! – roześmiała się. – W Nowym Jorku, zdecydowanie Dorota! Owszem, to John załatwił jej pracę i to nie od najniższego szczebla, bo o ile pamiętam, to zaczynała już jako specjalistka, ale resztę stanowisk wywalczyła sama. Natomiast fotel prezesa jednego z wielu banków krajowych, nikogo tam specjalnie nie ekscytował.
    - Czyli Johna ego cierpiało…
    - Jeszcze jak! W dodatku on nie miał takiego dostępu do Hammersa, jaki miała Dorota. Nie wiem czy wiesz, ale Johna nadzorował szef departamentu nowych banków, znaczy ktoś równy stanowiskiem Dorocie.
    - Ale w Polsce…
    - I to jest właśnie ciekawe. W Polsce, tak naprawdę, od niego zależało znacznie więcej niż od Doroty. Bo on jej nie podlegał, jakoś mu tutaj ustąpiła, ale to on dysponował kasą. Dorota mogła tylko mówić „tak” albo „nie” i tyle. A on mógł wszystko cieniować. I decydować o szczegółach i niuansach.
    - Czyli teraz wcale nie awansowała?
    - Źle myślisz. Awansowała. Po pierwsze, pozostał jej departament wschodni, a po drugie, bank warszawski przeszedł do innej kategorii. Teraz podlega bezpośrednio zarządowi, a fotel prezesa jest równoważny dyrektorowi departamentu.

    - Znaczy, John i tak ją teraz przeskoczył.
    - Tak, teraz tak. To nadal jest inna kategoria wagowa. Warszawa nie może równać się Londynowi, nie ta skala operacji.
    - Wróćmy do głównego wątku. Czyli Dorota ułatwiła udział Hammersa w balu…
    - Właśnie. To było jej głównym obowiązkiem! I przede wszystkim, John tego od niej oczekiwał. Nie wiem czy zauważyłeś, ale ja jestem przekonana, że Hammers ma do niej wyraźną słabość. Podejrzewam, że niebagatelną rolę odgrywa tu jej uroda, ale z tego co mówiła Dorota, zaimponowała mu również pracą i konsekwencją, również w obronie swoich tez, które wcale nie były popularne.

    Dorota też, bardzo umiejętnie, doprowadziła do jego spotkania ze swoimi profesorami, co zaowocowało zacieśnieniem kontaktów biznesowo – uczelnianych. Korporacja coś tam zaczęła finansować, a Dorota wyszła na matkę chrzestną całego przedsięwzięcia. Ma teraz układy i na uniwersytecie, i w korporacji. W dodatku przysłużyła się przecież Johnowi.
    - Czyli Hammers przyleciał do Warszawy…
    - I tak naprawdę, dopiero wtedy John miał okazję do rozmawiania z nim w cztery oczy. Pojechali też do ambasady, pogadali z ambasadorem, a potem Dorka zaprosiła wszystkich do Podkowy. Spędzili tam cały piątkowy wieczór i jeszcze w sobotę zjedli śniadanie. Do hotelu przenieśli się później.
    - Tego nie wiedziałem… Znaczy, dogadali się dopiero w piątek?
    - Prawdopodobnie. Wiesz, zagranie z ambasadorem, też było pomysłem Johna. Przecież pracownicy ambasady mają w Pokrzywnie świetną, podręczną bazę do golfa. Miałam tam nawet inspekcję ich służb. Nie będę ci zdradzać szczegółów, bo mnie do tego zobowiązali, ale miej to na uwadze.

    - A po co mu był potrzebny ambasador?
    - Żeby wygłosił parę pochwał! To całkiem inteligentny gość, a John złożył mu wizytę zaraz drugiego dnia, kiedy ten tylko objął placówkę. Wiesz jak się lubi takich ludzi? Ktoś całkiem swój w obcym kraju, mający o nim wiedzę i w dodatku żaden podwładny. Ktoś na poważnym stanowisku, inteligentny, kulturalny, mogący być partnerem chociażby do rozmów o niczym, ale też rozmów na konkretne, miejscowe tematy… John miał dla niego same zalety! Szybko też się zaprzyjaźnili, a John później występował w roli eksperta, kiedy mieli tam różne wizyty…
    - Czyli dostał wsparcie i z tej strony!
    - Jasne! Sam wiesz, że taka atmosfera sprzyja przyjaznym rozmowom. Dorka twierdzi, że też się nie wychyliła z prywatnymi problemami, chwaląc profesjonalizm Johna i zwracając uwagę Hammersa na wskaźniki. A te, w skali korporacji może nie były aż tak wielkie, ale jeśli zanalizowało się naszą giełdę…
    Podejrzewam, że Hammers pierwszy raz w życiu dowiedział się, że w Warszawie jest giełda! – zachichotała. – Otóż umiejętna prezentacja osiągnięć Johna jest naprawdę imponująca! Bo zrobił niemało, a gdy jeszcze odpowiednio to zestawić… I chyba wtedy się dogadali. John wiedział o kłopotach Londynu, pochwalił się pewnie, że kiedyś tam pracował, Hammers zaś szukał rozwiązania, a tu… przyszło samo! John był dla niego wybawieniem z kłopotów!
    - Zakumplowali tak, że nawet polecieli razem na dziwki…
    - A co w tym dziwnego? Fotel szefa londyńskiego City jest równoważny stanowisku członka zarządu w korporacji! Hammers miał więc odpowiednie towarzystwo, no a John przecież nie mógł mu w takiej sytuacji odmówić. Nawet Romkowi bym wybaczyła, oczywiście, dopiero po przejściu odpowiednich badań lekarskich.

    Parsknąłem śmiechem.
    - Teraz to dałaś…
    - Mam nadzieję, że mu tego nie powiesz.
    - Nie mam takiego zamiaru – śmiałem się.
    - Masz szczęście. A odnośnie Johna… po prostu spróbowałam wczuć się w jego sytuację. Słuchaj, ja jestem babą z biznesu i wiem jakie zasady tym kręcą. Od początków świata, babska dupa jest na czele bodźców, dzięki którym funkcjonuje cała gospodarka. Tak było zawsze, tak jest i tak będzie do końca świata. Amen!
    - Ależ złota myśl! – śmiałem się serdecznie.
    - Twój śmiech niczego nie zmienia – odparła spokojnie. – Ludzie są tylko ludźmi. Mnie też może się to nie podobać, albo na odwrót, wręcz zachwycać, jednak muszę uwzględnić, że niczego tutaj nie zmienię. Czy to prezesi, czy prezydenci, albo też biskupi… to jest bez różnicy! Kwestia tylko, czy tacy ludzie potrafią rozładować napięcie w sposób cywilizowany, czy też nie. Otóż, według mnie, oni wybrali nie najgorszy wariant. Polecieli tam, gdzie jest to profesją i nikogo nie skrzywdzili. Za usługę zapłacili, obydwie strony zadowolone i finisz.
    - Te strony nie były całkiem równe.

    - A kiedy i gdzie są? Czy w jakimkolwiek biznesie strony są równe? Tomek! To są urojenia socjalistów! Równość będzie w niebie, albo i tam jej nie będzie! Ja zapieprzam od dawna, ale i tak nie mogę sobie pozwolić na to, co ty teraz możesz kupić bez trudu, chociaż wcale na to nie zapracowałeś. I możesz tylko dlatego, że jedna z najbardziej atrakcyjnych dup na świecie, bo nie tylko w tym kraju, kiedyś postanowiła przespać się właśnie z tobą, a teraz to kontynuuje. I w dodatku, jest z tego niesłychanie zadowolona.
    - Uważasz, że ja w życiu nie pracowałem?
    - Pracowałeś, owszem, ale nie o to mi chodzi. Słuchaj, przecież nie możesz powiedzieć, że masz teraz takie same możliwości finansowe jakie miałeś miesiąc temu, prawda? A ilość twojej pracy się nie zmieniła. Ta wielkość nie ma znaczenia!
    - Ale ja nie umiem z tego skorzystać. Czuję się fatalnie…
    - To jest duży błąd! Nawet Dorka by cię teraz opieprzyła. Wszedłeś między wrony, więc kracz jak i one. Masz teraz obowiązek wizerunkowy i masz też finansowe możliwości, żeby temu sprostać. To nieważne, że tych pieniędzy ty nie zarobiłeś, bo one są wasze, a nie tylko jej. I ty masz do niej dorównać! To ty masz się podciągnąć ze wszystkiego, żeby nie musiała się ciebie wstydzić. I bez żadnych tutaj obiekcji, co do finansów!

    - Dobrze ci mówić. Będę miał zobowiązania wobec Marty…
    - Duże?
    - Większość rocznych zarobków w banku.
    - No… to jest jakiś problem. Finansowo żaden, ale podatkowo dość znaczny. Dorka nie cierpi płacenia podatków, nie tylko w Polsce.
    - Więc sama widzisz, że moja sytuacja nie jest komfortowa.
    - W porządku. Zostałeś szefem rady nadzorczej, więc przelejemy ci jakąś legalną kasę na utrzymanie rodziny.
    - Jakim szefem?
    - W „Limanie”. To, o czym już rozmawialiśmy, Wiesz przecież…
    - Niby wiem, ale to wszystko jest takie dziwne…
    - Jak robiłeś rozpierduchę na Śląsku, to nie było dziwne?
    - Też się głupio czułem.
    - Spoko! Przyzwyczaisz się! – zakpiła.
  • #84
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - No tak… A jak Johnowi teraz leci? Wiesz coś o tym?
    - Johnowi? Ponoć całkiem nieźle. Romek czytuje płatne serwisy finansowe, jego zapytaj, albo sam poczytaj. Bo ja jeszcze nawet nie wiem, jak się wam żyje, a co dopiero mówić o Johnie.
    - Niby co mam powiedzieć? Raj po prostu!
    - Dorka też kwitnie. Ty nie masz skali porównawczej, ale ja taką mam. Zaobserwowałam was dzisiaj na lotnisku i więcej mi nie trzeba. Jest szczęśliwa i zadowolona. Nie zepsuj tego, bo Dorka potrzebuje ciebie jak wiosennego deszczu i jeśli ty jej nie zdradzisz, będzie ci wierna zawsze!
    - Nie mam zamiaru niczego psuć. Lidka, ja nie mam dwudziestu lat.
    - Wiem o tym. Ale wiem też, że znalazłeś się w zupełnie nowej sytuacji, z całkiem innymi możliwościami i zagrożeniami. Panienki będą za tobą chodziły stadami! Uczulam cię na to.
    - Ale wymyśliłaś! – roześmiałem się. – Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że w Moskwie podsuwano mi nawet szesnastoletnie piękności, jednak z żadnej takiej oferty nie skorzystałem, czekając na Dorotkę. Rozumiesz to?
    - Szacun! – wyciągnęła dłoń w moim kierunku. – Tego nie wiedziałam. A skoro tak, to chyba wiesz o co mi chodzi.

    - Wiem. I nie mam żadnego zamiaru szukać innych przygód, nawet z tobą.
    - To mnie bardzo cieszy – roześmiała się, znowu szukając mojej ręki. – Czyli tak naprawdę, znowu rozumiemy się doskonale! – ponownie uścisnęła mi dłoń.
    - Zupełnie nie rozumiem, dlaczego miałaś pod ty względem jakieś wątpliwości.
    - Różnie to bywa – odparła wymijająco.
    - Znowu coś kombinujesz, ale już nie kumam. Lidka, nie gniewaj się, chcę po prostu spać.
    - Śpij, nie przeszkadzaj sobie – usłyszałem jej głos. – Opuść tylko oparcie fotela.
    Zrobiłem co podpowiadała i chyba upłynęła minuta, kiedy odleciałem w niebyt.

    Budziłem się po drodze kilkakrotnie, ale tylko na sekundy. Dopiero w Pokrzywnie powróciłem do pełnej świadomości.
    Na początku drogi prowadzącej nad jezioro trwał szlaban, tak jak kiedyś. Ale obok niego wyrosła budka. I szlaban był opuszczony. Lidka stała przed nim i zanosiła się histerycznym śmiechem. Obok niej, młody chłopak w uniformie, starał się coś jej wytłumaczyć.
    Wygramoliłem się z auta i próbowałem zrozumieć o co chodzi.
    - Dzień dobry! – pozdrowiłem ochroniarza. – Co się tutaj dzieje?
    - Bardzo państwa przepraszam, ale numeru tego samochodu nie mam w wykazie. To jest droga wewnętrzna i tylko pojazdy upoważnione mogą dalej wjeżdżać.
    - Lidka! – roześmiałem się, zrozumiawszy sytuację. – Ale sporządziłaś na siebie bat! Nie masz przypadkiem przepustki?
    - Została w moim samochodzie. Ja nie mogę! – zanosiła się śmiechem. – Ale numer!
    - Jaki znowu numer? – dopytywał ochroniarz, dziwnie niepewny swoich decyzji. Jego zdumiona mina tylko spotęgowała nasz śmiech. – Proszę wycofać pojazd i nie blokować drogi! – zdenerwował się nagle.

    Zrozumiałem jego zachowanie, kiedy ujrzałem samochód dostawczy, grzecznie ustawiający się za moim jeepem.
    - Może by już panu wystarczyło? – zapytałem go z przekąsem.
    - Co ma mi wystarczyć? Ten samochód nie przejedzie, bo nie ma go w wykazie! Proszę zgłosić się do dyrekcji spółki i uzyskać przepustkę. Bez przepustki nie wjedziecie państwo na teren ośrodka.
    - Naprawdę?
    - Jak najbardziej! – zapewnił.
    Nagle Lidka przestała się śmiać i wyjęła telefon. Szybko też uzyskała połączenie.

    - Witam pana dyrektora! – zaanonsowała demonstracyjnie, pełnym głosem. – Marek, do kurwy nędzy, czy ja mam zostawiać na szlabanie swoje fotografie w formie listu gończego? Czy do jasnej cholery, kiedy zapowiadam się z wizytą, mając w towarzystwie nowego szefa rady nadzorczej, musisz mi organizować reklamę w formie zatrzymania już na wjeździe? Na szlabanie? Co chcesz mi w ten sposób zademonstrować? A może nie panujesz nad sytuacją? Czy ja, kurwa mać, mam się tutaj tłumaczyć w obecności dostawców pieczywa? Nie popierdoliło ci się we łbie przypadkiem? A może znudziła ci się praca? Wkurwiłeś mnie dzisiaj nadzwyczajnie i bacz, żebyś nie miał innych wpadek, bo rozpierdolę cię doszczętnie!
    - Otwieraj! – rzuciłem ochroniarzowi, który w skupieniu słuchał kwiecistej mowy Lidki.
    - Człowieku, trzymasz na szlabanie panią prezes firmy! – w dyskusję włączył się kierowca dostawczaka. – Jak chcesz tutaj pracować, to lepiej podnieś tę tyczkę, ja ci dobrze radzę.
    Chyba coś go tknęło, bo już nie protestował.
    - Zaraz, zaraz! – Lidka zatrzymała jego zapędy. – Chodź no tutaj!
    - Po co? Ja pani nie znam!
    - Ty lepiej nie pyskuj! – podszedłem, obejmując go ramieniem. – Ta pani jest prezesem zarządu spółki „Liman” i teraz tylko od jej woli zależy twój los. Powiedz mi, czy uprzedzono cię o naszym przyjeździe?

    Zrozumiał. Drżał cały, ale próbował się tłumaczyć.
    - Ja mam w wykazie numery samochodów pani prezes… ale takiego numeru nie było!
    - Tomek! Odpuść go! – rzuciła Lidka. – Szkoda czasu na pierdoły.
    - Jestem za! – odparłem. – Pan niech zanotuje numer jeepa, a jeszcze lepiej niech zapamięta nasze twarze, bo będziemy tutaj pojawiać się częściej i być może różnymi wózkami. A drugie takie zdarzenie może się dla was zakończyć marnie. Nie należy nas lekceważyć.
    - Przepraszam! – zdołał wykrztusić.

    Lidka podjechała pod wejście do hotelu, wyłączyła zapłon i gestem rezygnacji, oparła ręce na kierownicy. Była nabuzowana jak czajnik.
    - Kurwa mać! Zawsze próbuję wszystko przewidzieć, a i tak się pieprzy…
    - Według mnie, to on miał rację – zauważyłem.
    - Pewnie, że miał! – wykrzyczała. – Tylko Marek mógł dzisiaj postawić na szlabanie kogoś bardziej inteligentnego.
    - Liczył, że przyjedziesz swoim autem… – zauważyłem.
    - I tak to bywa! – westchnęła. – Kurwa, przez to wszystko nawet nie spojrzałam na pole golfowe…
    - Oj, dobrze! Powiedz mi jak wyglądają twoje dzisiejsze plany, bo ja jestem głodny i mam zamiar iść teraz do Baśki.
    - A ja to co? Iron lady? Wyście się gzili przez pół nocy, a ja to niby wypoczywałam? I tak dałam ci zmianę za kierownicą!
    - Też się gziłaś? – zapytałem niewinnie.
    - Ty… Nie ryzykuj! – omal nie zabiła mnie wzrokiem. – Musiałam wyposażyć i wyprawić takiego jednego twojego kolegę. A rano jeszcze zawieźć go na lotnisko.
    - Nie odczuwałaś przy tym przyjemności?

    Spojrzała na mnie tak, że musiałem parsknąć śmiechem.
    - Kurwa! Profesor zmysłowej, bagażowo-biletowej mniemanologii seksualnej się objawił! Małżeńskiej w dodatku. Kiedy otwierasz poradnię? Będę do ciebie przychodziła. Doktorat to chyba sam sobie nadasz, bo innych specjalistów w tej dziedzinie jakoś nie kojarzę…
    - Czyli wiesz, że moje drzwi zawsze stoją przed tobą otworem... – zapewniłem przytomnie.
    - A za drzwiami stoi Dorka z maczugą w dłoni… nie, nie! Ja dziękuję.
    - Co ty powiedziałaś? Z jaką maczugą? Kiedy taką trzymała? Wiesz coś o takim przypadku? – bawiłem się w kabaret.
    - Wiem, nie wiem… może to nawet była twoja… Dlatego nie bądź taki skromny. Niewiele ci brakuje do tej mitologicznej, dlatego zostaw ją dla Doroty, mnie do tego nie mieszajcie.
    - O czym ty mówisz?
    - Już dobrze, wystarczy! – zdenerwowała się lekko. – Na drugi raz mnie nie prowokuj, bo zrobię ci publiczną reklamę możliwości, chcesz?
    - A po co?
  • #85
    ArturP
    Level 22  
    Za Twoją sprawą Retro, mam znowu cudnie zakończony dzień i myślenie o dalszych losach bohaterów.
    Czekam(y) z niecierpliwością na ciąg dalszy.......
  • #86
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Nie zdążyła odpowiedzieć, bo z hotelowych drzwi wyprysnął pan dyrektor Marek. Nie pamiętałem nazwiska, ale jego postać dokładnie wryła mi się w pamięć ubiegłego lata, kiedy próbował umizgiwać się do Dorotki. Ciekawe jak mnie teraz potraktuje, bo chyba już wie kim jestem.
    Lidka wyszła z samochodu, a kiedy ją ujrzał, podbiegł niemal w ukłonach, jednak nie zrozumiałem o czym mówili, chociaż gwałtowna gestykulacja Lidki sugerowała dużo. Dałem jej kilka minut na wymianę stosownych „uprzejmości” i dopiero wtedy opuściłem jeepa.
    - Dzień dobry panie dyrektorze! – przerwałem mu w pół zdania, podchodząc bliżej i wyciągając rękę w jego kierunku. Odpowiedział mi uprzejmie, ukłonił się i uścisnęliśmy sobie dłonie, czyli wszystko było normalnie.

    - Ależ pan zaporę zorganizował na wejściu – zagaiłem.
    - Bardzo pana przepraszam, tego posterunku w tym roku jeszcze nie było, postawiłem go na wyraźne życzenie zamawiającego, gdyż cały hotel jest zajęty i takie było ich oczekiwanie. Żeby im nikt nie przeszkadzał. Przepraszam, to wynikło z braku doświadczenia ochrony, nie spodziewałem się tego samochodu i nie podałem numeru w wykazie… moja wina, jeszcze raz przepraszam!
    - Wie pan co? Zostawmy to i nie zajmujmy się epizodami, gdyż ja mam inne spostrzeżenie raczej natury ogólnej. I ono nie całkiem mi się podoba.
    - Nie rozumiem…
    - Wiem. Bo to widać.
    - Przepraszam, co pan ma na myśli?
    - Całą koncepcję posterunku drogowego. Według mnie jest całkowicie zbędny i należy go czym prędzej zlikwidować.
    Lidka spoglądała na mnie z niedowierzaniem.
    - Ty, co znowu wyśniłeś po drodze?
    - Chodźmy gdzieś, bo przecież nie będziemy tu stać jak na weselu. Zaraz wam wyłożę swoją teorię. Teraz jestem głodny i zły.
    - Ależ zapraszam! – Marek szerokim gestem potwierdził swoje słowa i ruszyliśmy w kierunku hotelowej restauracji.

    Była niemal pusta, co nie było dziwne o tej porze dnia. Hotelowi goście dopiero mieli się zjawić, na razie jednak panowała tu cisza, tylko dwie kelnerki pojawiły się nie wiadomo skąd i zachowywały tak, jakby nas oczekiwały. Nic dziwnego, byłem przecież w towarzystwie dyrektora i prezeski firmy, niemal właścicielki tego obiektu.
    Marek wszedł z nami, poczekał gdy wybieraliśmy stolik, ale nie zajął przy nim miejsca, wymawiając się obowiązkami. Lidka chyba darowała mu już ten szlaban, bo rozmawiali przy tym normalnie, umawiając się na później. Po chwili odszedł, a my zostaliśmy we dwoje.
    - Nie ma stołu szwedzkiego? – zdziwiłem się.
    - O tej porze? – Lidka uniosła brwi. – Chciałbyś jeść zeschnięte resztki? Lepiej powiedz, czy masz jakieś ekskluzywne życzenia – odpowiedziała, wzdychając znacząco. – Bo nie wiem, czy się wyrobię z kosztami.
    - Czy ja ciebie prosiłem, żebyś za mnie płaciła? Nie przypominam sobie tego – odparłem dumnie. – A życzenia, owszem, mam.
    - Mianowicie?
    - Moim marzeniem jest zobaczyć Basię. Weź mi to załatw.
    - To akuratnie nie jest zbyt kosztowne – mruknęła, ale skinęła na jedną z dziewczyn, której przekazała moją prośbę. I po chwili, na sali pojawiła się Baśka…
    Aż mną ruszyło!

    Ubrana niby standardowo, jak wymagają tego przepisy sanitarne, ale to było fantazyjne i dopracowane! Stylowy, biały kostium, niczym u chirurga, dokładnie opinał jej ciało, uwydatniając kobiece kształty. Na głowie miała natomiast fantazyjną, białą czapkę z kaszkietem, która znacznie ją odmładzała. Niesamowity zestaw! Zauważyłem też, że mocno wyszczuplała od naszego ostatniego spotkania, latem ubiegłego roku. Była teraz zgrabna i bardzo atrakcyjna. Niesamowite!
    Nie podeszła od razu do naszego stolika, lecz przystanęła tuż po wejściu na salę, pozwalając mi taksować się wzrokiem. Widziała, że na nią patrzę, że podziwiam, bo nasze spojrzenia się spotkały, jednak dopiero kiedy wstałem z krzesła, podeszła bliżej.

    - Basieńka! Moje ukłony! – wyciągnąłem do niej ręce. – Wyglądasz prześlicznie!
    - Ach, dziękuję ci, panie dyrektorze! – odparła z uśmiechem, pozwalając się objąć i nawet przytulić. – Bardzo się cieszę, że cię widzę, że zdecydowałeś się wreszcie zaglądnąć na nasze pustkowie. I jeśli mogę być szczera – spojrzała mi w oczy – to nawet stęskniłam się za tobą! Mam też dla ciebie propozycję, a nawet dwie.
    - Jakie?
    - Pierwsza to taka, że sama skomponuję wam śniadanie, a na drugą musisz poczekać do wieczora, wtedy się przekonasz.
    - Muszę dostać zgodę Lidki, bo dzisiaj jestem pod jej wpływem.
    - Ze mną się nawet nie przywitała – Lidka udawała niezadowolenie. – Baśka, siadaj tutaj i nie róbcie przedstawienia. Tomek jeszcze o niczym nie wie, więc jak mu dolne zęby opadną, to też lepiej żeby na stolik a nie na podłogę.
    - Teraz to podpadałaś na całego! – wysyczałem w jej kierunku. – Czego nie wiem? Jadę z tobą od rana i jeszcze masz przede mną jakieś tajemnice? Duży minus zapisuję.

    - Nie trzeba było koncentrować się na mojej dupie, ja cię uprzedzałam.
    - Wow! – Baśka włączyła się w dialog. – Widzę, że było wesoło w podróży! Nie oberwę tutaj przypadkiem? Może lepiej już sobie pójdę?
    - Nie, nie! – zaprotestowałem. – Zaraz, tak nie można! Najpierw obiecujesz, a potem zostawiasz mnie, niezaspokojonego. Tak się nie robi!
    - Ech! – Baśka schwyciła mnie palcami za policzek i potargała żartobliwie. – A ty jak ze mną robiłeś? Zapomniałeś już jak mnie zostawiałeś?
    Mówiła to z uśmiechem i nawet cień nie przemknął wtedy przez jej twarz. Czyżby to znaczyło, że już się z tym pogodziła?
    - Po pierwsze, to pożegnałem się z tobą nawet z całusem, po drugie, nie zostawiałem cię z workiem tajemnic, zawsze wiedziałaś wszystko.
    - Powiedzmy… – uśmiechnęła się. – Ale dobrze, niech ci będzie.
    - Więc siedzę i czekam – oznajmiłem.
    - Na co czekasz? – Lidka próbowała mnie drażnić.
    - Basiu, nie zwracaj na nią uwagi. Powiedz natomiast co nowego u ciebie.
    - Dużo różnych rzeczy – powiedziała spokojnie. – Po pierwsze, wyszłam za mąż…
    - Co?! Gratuluję ci! – rzuciłem się do jej ręki, poniosłem do ust i ucałowałem. – A kim jest twój mąż? Znam go?
    - Nie sądzę… chyba go jeszcze nie widziałeś. Tomek, zostawmy te sprawy na później, dobrze? Żeberka na wieczór są dobrze zamarynowane, wy natomiast przyjechaliście teraz zmęczeni i głodni, a ja zamiast podać coś na stół, siedzę i czekam aż mnie Marek wyrzuci z pracy. Pozwólcie, że zajmę się waszym śniadaniem, dobrze?

    - Wiesz na co mamy ochotę? – zapytałem dwuznacznie.
    - Na kogo ty masz ochotę, to ja doskonale wiem! I bardzo się cieszę, że ta ochota nie okazała się beznadziejną. Tomek, naprawdę gratuluję ci z całego serca, a o innych sprawach, mam nadzieję, porozmawiamy wieczorem. I żebyś mi gdzieś nie uciekł, to ci oświadczam, że czeka na ciebie tort. Sama go upiekłam! A teraz pozwólcie, muszę wracać do kuchni.
    - Przyjdź jeszcze do nas! – zawołała za nią Lidka.
    Baśka podniosła dłoń w geście, że usłyszała i po chwili zniknęła w przejściu.
  • #87
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Ale Baśka się zmieniła! – próbowałem podzielić niedowierzanie z Lidką – Skąd to się wzięło? Jeszcze latem była taka zrezygnowana…
    - Zapomniałeś? – skomentowała krótko.
    - Co niby miałem zapomnieć?
    - A co ci powiedziała przez telefon w Białymstoku, pamiętasz? Żebyś pogodził się z Dorotą… Ona wtedy zrozumiała, że nie ma szans i przestała na ciebie czekać.
    - Pieprzysz teraz.
    - Głupi jesteś! Baśka też czekała na ciebie. Wierzyła, że kiedyś wrócisz nad jezioro i to dla ciebie została w tym grajdole, chociaż mogła wyjechać za granicę. Dla ciebie została, żebyś mógł ją odnaleźć. Dla ciebie się uczyła, dla ciebie zacisnęła zęby i próbowała o siebie dbać. Ale z czasem to wszystko zaczęło się rozjeżdżać, ty się nie pojawiałeś, lata mijały, a jej zapał robił się coraz słabszy. I kiedy przyjechaliście ze Stefanem, była już na granicy zgorzknienia.

    - Coś mi wtedy mówiła, że mają ją za dziwaczkę…
    - Otóż to! Byłam w tym czasie jedynym jej oparciem i naprawdę nikomu nie życzę takiego stanu psychicznego. Wtedy też nastąpił przełom.
    - Niby kiedy?
    - Po twojej historii z Dorotą. Baśka dostała potwierdzenie, że Dorota z tobą sypia i zrozumiała, że się pomyliła. Zrozumiała też, że czeka na ciebie nadaremnie i tylko traci czas.
    - Powiedziała mi wtedy, żebym się z nią pogodził.
    - Już ci to mówiłam, Baśka zrozumiała, że pomyliła się również co do Doroty. No i zmieniła się wtedy diametralnie. Pamiętasz moją z nią rozmowę przez telefon? Jak obiecała, że wraca do pracy?
    - Jasne, że pamiętam, przecież dlatego mówię o zmianie. Prezentuje się zupełnie inaczej.
    - To teraz wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam ją następnego dnia. Baśka przestała być emerytką i zrobiła się na laskę. Żadnych szlochów, żadnych sentymentów, kwaśna mina odeszła w niebyt jak nożem uciął! Nie kwękała, nie rozpamiętywała, spokojna, swobodna, robiła to co należy i nawet więcej.
    - Pytałaś może, na ile jest to sztuczne?
    - Owszem, pytałam. Ale mnie zaskoczyła. Powiedziała, że rozumie, wie i na nic już nie liczy. Dlatego będzie się teraz bawić i już, bo tyle jej zostało.

    - A skąd ma tego faceta?
    Lidka się roześmiała.
    - Poznasz go. Jest na budowie inspektorem nadzoru z ramienia inwestora, czyli reprezentuje nasze interesy. A przyjechałam mu oznajmić, że zatrudniam go w firmie na stałe, na stanowisku kierownika nadzoru inwestorskiego.
    - Żartujesz?
    - A skądże! Tomek, to jest świetny fachowiec i mam nadzieję, że sam się zorientujesz jakie ma kompetencje. Będą z niego ludzie, od dawna taki ktoś był mi potrzebny, ale nie potrafiłam go znaleźć. Dopiero Baśka mi go odkryła.
    - Jakim cudem? – nie mogłem uwierzyć.
    - To dłuższa historia, niech ci sama opowie. A w ogóle to całkiem miły gość, wdowiec, spokojny, sympatyczny, ma trochę odchyłki, jak każdy specjalista w swojej dziedzinie, o budownictwie opowiadałby godzinami, ale da się wytrzymać. Baśka w każdym razie wygląda na zadowoloną.
    - W jakim jest wieku?
    - Trochę od ciebie straszy, ale nie tak wiele.
    - A skąd pochodzi?
    - Z sąsiedniego powiatu, jednak mieszka teraz u Baśki, więc budowę ma pod nosem, czasu mu nie brakuje i pilnuje wszystkiego jak należy. Ja przynajmniej jestem bardzo zadowolona, bo wypełnił w firmie lukę, która długo nie dawała mi spokoju. Z kolei Baśka nadzoruje jego i powstał w miarę stabilny układ, z szansami na długie przetrwanie. Tylko go nie zepsuć.
    - Niby jak go nadzoruje? – zdziwiłem się, a Lidka jakby dostała zadyszki.
    - Oj, chyba pojechałam zbyt daleko…
    - Co znowu?

    Śniadanie od dawna stało na stole, jedliśmy niespiesznie, a Lidka zachowywała się teraz jakby coś chlapnęła. Pomilczała chwilę, podłubała widelcem w talerzyku…
    - W zasadzie, też musisz to wiedzieć… – oznajmiła jakby z trudnością. – Wprawdzie obiecałam Baśce, że zachowam tajemnicę, ale inaczej się nie da. Otóż pan inżynier Andrzej Kuźnik jest ze strefy AA. Nie pije teraz od kilku lat, ale przeszłość ma niezbyt chlubną, która go przecież do tego stanu doprowadziła.
    - Różne bywają losy, sam kiedyś byłem chyba niezbyt daleko od takiego wariantu.
    - Tak prawdę mówiąc, to tamtego lata, gdy Dorka odjechała i ujrzałam ciebie później, miałam zupełnie podobne myśli. Wyglądałeś wtedy okropnie! Ale Baśka w ciebie wierzyła wtedy, oj wierzyła! Ona ma złote ręce i jestem przekonana, że tego faceta też będzie w stanie utrzymać na poziomie. Bo to niegłupi gość i byłoby szkoda, gdyby się zmarnował.
    - Jeśli zobaczy, że rozmawiam z Baśką, to nie będzie miała problemów?
    - Nie sądzę. Tomek, ten Andrzej jest człowiekiem na poziomie! To naprawdę inteligentny fachowiec i właściwie, to nie wiem jak mu się w życiu noga gdzieś powinęła, aż go zepchnęło do poziomu gleby… W każdym razie, do Baśki przeniósł się ze schroniska dla bezdomnych.
    Nie pytałam o szczegóły, on też nie przejawiał wylewności, więc jest jak jest. Z Baśką zaś nie rozmawiam o tym, bo jej nie pytam o nic. Jeśli chce, to powie mi sama, a jeśli nie, to nie mam zamiaru włazić w jej życie z butami. Jest dorosłą dziewczynką, mamy wprawdzie we dwie swoje tajemnice, ale one nie dotyczą nikogo na zewnątrz. To są tylko nasze, własne sprawy. Dlatego też, wiem co wiem i chociaż to jest daleko nie wszystko, jednak musi nam wystarczyć.

    - A ma odpowiednie uprawnienia budowlane?
    - Ma i to jakie! Pełne, bez ograniczeń, architektoniczne, konstrukcyjne, do kierowania robotami i jeszcze jakieś… Tomek, on skończył dwa fakultety! Jeden to architektura, a drugi budownictwo lądowe. Musiałyśmy tylko na początku opłacić mu reaktywację uprawnień w Izbie Budowlanej, bo przecież nie miał pieniędzy nawet na ubezpieczenie, ale już je oddał, więc żebyś nie wyskoczył w razie z jakąś sensacją.
    - W porządku, przecież chyba nie myślisz, że chcę zrobić Baśce jakąś przykrość.
    - Wiem że nie chcesz, ale chodzi o to, byś nie zrobił tego bezwiednie. To dlatego zdradzam ci ich tajemnice, chociaż jest możliwe, że o wszystkim opowie ci sama, przecież wyraźnie zaplanowała na wieczór jakąś imprezę.
    - Rozumiem i doceniam twoją szczerość. Żebyś zawsze taka była…
    - A nie jestem?
    - Oczywiście, że nie.
    - Skąd takie twierdzenie?

    - To bardzo proste. Kiedyś, przed laty, mówiłaś przy mnie, jeśli miałaś ochotę na faceta. A teraz gdy jesteśmy sami, milczysz nieładnie…
    - Jeszcze jedno słowo, a zadzwonię do Dorki. Chcesz tego?
    - I co jej powiesz?
    - Że nie nadajesz się na swoje stanowisko, bo zamiast myśleć o czekających zadaniach, masz tylko dupę w głowie, w dodatku obcą.
    - Przesadziłaś teraz! Jaka znowu obca? Dla kogo? Dla ciebie czy dla mnie? Ech, nie chcesz się przyznać do własnej rzyci…
    - Rzucić ci wiązankę? Przestań już o tej dupie! Zajmijmy się konkretami.
    - Dobrze, skoro tak bardzo tego chcesz, zajmę się konkretnym śniadaniem. Ten amur wygląda dość sympatycznie, nie uważasz? – wskazałem na półmisek.
    - Toż to szczupak, specjalisto za dwa złote!
    - Włożyć ci?
    - Wsadź go sobie do gęby aż po struny głosowe i bądź już cicho, bo nie ręczę za siebie!
    - Lubisz rozmiar po struny głosowe? To bardzo poetycka długość…
    Lidka rzuciła sztućce na talerz. – Kurwa! Przestaniesz czy nie? Jeszcze jedno słowo a wracam do Warszawy!
    - Udało mi się ciebie rozjuszyć? Śliczna jesteś taka wściekła, wiesz? A czym pojedziesz?

    Roześmiała się bezradnie.
    - Nie odzywam się do ciebie!
    - Jak długo?
    Nie odpowiedziała, tylko odwróciła krzesło i usiadła tyłem do stolika.
  • #88
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Niemal w tej samej chwili otwarły się drzwi wejściowe, więc odruchowo spojrzałem w tamtą stronę. Lidka pewnie też, bo teraz miała je naprzeciwko. A do restauracji zaglądnęła męska głowa, obrzuciła wzrokiem nasz stolik i zaraz też na sali pojawiła się kompletna postać, kierująca kroki w naszą stronę.
    - No i wpadłem, ale nie będę już uciekał, niczym gimnazjalista – oznajmił mężczyzna, podchodząc do Lidki.
    Dość wysoki, kostyczny i szczupły, żeby nie powiedzieć wprost o chudości, w biurowym fartuchu nałożonym na zwyczajną odzież. Ujął jej dłoń, po czym ceremonialnie ją ucałował.
    - Moje uszanowanie, pani prezes! Ja przepraszam, nie było pani dość długo i pomyślałem, że potem będę pewnie zajęty, więc może zdążę zjeść śniadanie wcześniej, no i wpadłem! Wyszło na to, że w godzinach pracy odwiedzam restaurację…
    - Witam pana, panie Andrzeju, proszę z nami usiąść. Tomek! – odwróciła się do stolika. – To jest pan inżynier Andrzej Kuźnik, inspektor nadzoru na naszej budowie.

    Wstałem z krzesła i podałem mu dłoń. Wymieniliśmy grzeczności, po czym Kuźnik bez żadnego skrępowania zapytał.
    - Czyli to pan jest tym dyrektorem z Warszawy?
    - A co, już pana mną straszyli?
    - Nie, nie! – roześmiał się, jakby zaskoczony moimi słowami. – O straszeniu nie było mowy, tylko pani prezes uprzedzała, żebym przygotował prezentację zmian w projekcie, które pan Robert wprowadził w międzyczasie. Mam nadzieję, że to jest korzystne dla całości, zarówno jeśli chodzi o wygląd architektoniczny, dostosowany do tego dawnego, spotykanego w najbliższej okolicy, jak też dla funkcjonalności i wygody w korzystaniu z poszczególnych pomieszczeń, a także zwykłej urody obiektu. To nie ma straszyć, lecz być przyjemne dla oka.
    - Panie Andrzeju! – przerwała mu Lidka. Spojrzał na nią z lekkim zaskoczeniem. – Panie Andrzeju! – powtórzyła. – Po pierwsze, pan dyrektor jeszcze nie zna podstawowego projektu, więc nie może w tej chwili ocenić funkcjonalności zmian, a po drugie… miał pan zjeść śniadanie, prawda?
    - Zgadza się, przepraszam! – łypnął na mnie, jakby mi zrobił jakąś przykrość.

    - Proszę się rozgościć – zachęciłem, gdyż kelnerka i tak stawiała już dla niego nakrycie. – A kto to jest pan Robert? – zapytałem retorycznie.
    - Pan inżynier Robert Zwardała, jest głównym autorem projektu przebudowy domu – wyjaśniła Lidka.
    - Dobry architekt i projektant, ale raczej od cegły i betonu – uzupełnił Kuźnik z przekąsem. – Drewna nie czuje, na szczęście większość błędów udało nam się wspólnie jakoś usunąć, zanim było za późno. Przyjechał już, jest na budowie i czeka na państwa.
    - Więc może zaczniemy naradę od śniadania? – zaproponowałem. – Może pan się z nim jakoś skontaktować?
    - Tak, mogę po niego zadzwonić. Sądziłem jednak, że zechce pan najpierw obejrzeć budynek, bo to była i nadal jest ciekawa architektura…
    - Panie inżynierze, umówmy się co do jednego – spojrzałem mu w oczy. – Załóżmy, że rysunek techniczny to ja znam, budowlany również, a w dodatku doskonale wiem, jak ten dom wyglądał na starcie przebudowy. Mało tego, znam jego niektóre tajemnice, które pewnie ujawniono dopiero w trakcie prac. Dlatego też, możemy najpierw postudiować dokumentację, a później zdążymy wszystko pooglądać, może tak być?
    - Ależ oczywiście, jak pan sobie życzy!
    - Proszę zatem w naszym imieniu poprosić pana projektanta i kogo jeszcze? – zwróciłem się teraz do Lidki.
    - Kierownik Bajarek jest dzisiaj? – zapytała.
    - Tak, niedawno go widziałem.
    - Rozumiem, że to strona wykonawcza?
    - Zdecydowanie.
    - Więc jego może trochę później? – zaproponowałem. – Na razie omówmy projekt.
    - Tak byłoby lepiej – Kuźnik skwapliwie zgodził się ze mną. – Te sprawy jego nie dotyczą, nie musi wszystkiego znać.

    Jak na człowieka niedawno odratowanego, zachowywał się z dużą pewnością siebie i pomyślałem, że to pewnie znajomość tematyki dodaje mu skrzydeł. Nie doceniłem jednak innego czynnika.

    - Mam nadzieję, że śniadanie smakuje i trafiłam w wasze upodobania – usłyszałem nieoczekiwanie głos Baśki. Podeszła od tyłu do krzesła Kuźnika i wsparła ręce na jego ramionach. Usiłował się podnieść, ale jej dłonie nakazały mu pozostanie na miejscu.
    - Mnie smakuje wybornie, tylko Lidka ma jakieś zastrzeżenia… chyba co do długości tej ryby na półmisku… – zakpiłem.
    - Tomek, uprzedzam. Wrócisz do domu na piechotę!
    - O ła! Już milczę.
    - Co to miało oznaczać? – zapytała zdumiona Baśka.
    - Basiu, nie przejmuj się. Lidka ma chandrę, bo Romek poleciał do Nowego Jorku.
    - Akurat! Ty się lepiej martw o swoją żonę, a nie o Romka.
    - Kto ci powiedział, że się o niego martwię? Ja mu zazdroszczę.
    - Ejże, Tomek! – Baśka porzuciła męża i zabrała krzesło od sąsiedniego stolika, po czym usiadła między nami. – Co ty jesteś taki rozbrykany?
    - Baśka, wybacz mu. Pierwszy raz się wyrwał spod nowego pantofla i usiłuje tu grać gieroja… To już łabędzi śpiew!
    - Nagram to na płytę i ci ofiaruję, bo widzę że lubisz taką muzykę.
    - Ten jednostajny łomot o rzyci? Ty to nazywasz muzyką? Ale się muzykolog znalazł! Jedno ucho przebite słoniową nogą, a w drugim kontrabas można zmieścić.
    - Przez delikatność nie wspomnę o… Milczę już! Niczego nie powiedziałem o żadnej objętości w żadnym miejscu…

    Lidka wlepiła we mnie wzrok, po czym odezwała się spokojnym głosem.
    - Mam nadzieję, że skończyłeś na dzisiaj.
    - Owszem, zatem proponuję pokój. Przy czym oczywiście jeden, wspólny pokój, prawda? Żebyś ty wiedziała jak mi się chce… – zanuciłem starą, dawną melodię.
    - Toaleta za drzwiami, ta z trójkątem. Tam na prawo! – Lidka nie odpuszczała.
    Baśka natomiast zanosiła się śmiechem.
    - Gdybym was nie znała, to chyba pisałabym już testament – oznajmiła. – Natomiast ty, Andrzejku, nie zwracaj na to uwagi i udawaj, że niczego nie słyszysz. To nie są twoje sprawy.

    - Z panem dyrektorem też jesteś po imieniu? – zapytał, zdumiony.
    - Owszem, chociaż nie wiem… Tomek, mam nadzieję, że się nie obraziłeś na mnie? – zapytała, przysuwając się nieco w jego kierunku, chociaż spoglądała w moją stronę.
    - Skąd te wątpliwości? – odpowiedziałem pytaniem. – Zdaje się, że bruderszaft kiedyś już piliśmy i nie było wtedy mowy o jakichś uwarunkowaniach. Jest mi bardzo miło, że nie zapomniałaś o mnie, bo ja ciebie zawsze wspominam z sympatią i życzliwością.
    - Ja ciebie też i naprawdę bardzo się cieszę, że wyszło na twoje. To co, zostaniesz dzisiaj wieczór, prawda? No powiedz, że zostaniesz!
    - Basiu, tak naprawdę to nie wiem, bo później jedziemy jeszcze z Lidką do Justyny, mojej nowej szwagierki, a ponieważ dotychczas u nich nie byłem, więc nie potrafię przewidzieć rozwoju sytuacji. Gościliśmy ich u nas przez święta wielkanocne, czyli mogą być teraz nieco urażeni tym, że wpadam tylko na godzinę i mówię, iż nie mam więcej czasu.
    - Rozumiem… no cóż, tort czeka! Lidka, ciebie też dotyczy zaproszenie, nie kręć głową.
    - Spróbowałabyś mnie nie zaprosić… Po nocach bym cię straszyła!
    - Ja atakuję najpierw Tomka, bo jego widuję raczej rzadko, ty przyjeżdżasz częściej.
    - Nie tłumacz się już, bo i tak ci nikt nie uwierzy, lepiej zorganizuj coś jeszcze do jedzenia, bo dzwonię po pana Roberta. Skoro narada wstępna ma się odbyć tutaj, to niech i on zje, bo później nie będzie na to czasu – wyjęła telefon i wybrała numer.
  • #89
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Pan Robert okazał się młodym mężczyzną, sprawnie poruszającym się po problemach budowlanych, ale Kuźnik miał rację. Pierwotna wersja projektu, mimo że niby uwzględniała charakter zabudowy, była dość surowa i schematyczna. On natomiast, opierając się na wersji pierwotnej, tłumaczył mi kolejne zmiany, jakie zaproponował, a Zwardała tylko potakiwał. W końcu nie wytrzymał i po którymś z kolei moim komentarzu, zaczął się tłumaczyć.
    - Panie dyrektorze, co tu dużo mówić, na studiach nie ma już wykładów z budownictwa regionalnego, a same konstrukcje drewniane też są traktowane per noga. Natomiast inżynier Kuźnik studiował w innych czasach, wtedy nie było jeszcze tego co jest dzisiaj, dlatego mieli czas również na klasykę. To coś mniej więcej tak, jak łacina na kierunkach humanistycznych. Ja się tego próbowałem nauczyć sam, w budownictwie drewnianym jestem w zasadzie samoukiem i śmiem twierdzić, że w okolicy nie ma lepszego specjalisty w tej dziedzinie.
    Oczywiście nie biorę pod uwagę pana inżyniera, bo pojawił się dopiero po rozpoczęciu przebudowy. Ale dobrze że się pojawił, bo wniósł naprawdę dużo dobrego i ja, pomimo że formalnie jestem autorem projektu, z wieloma jego zastrzeżeniami musiałem się zgodzić. Dlatego też, zrezygnowałem już z nadzoru autorskiego, informując o tym panią prezes, bo to nie miało sensu. Inżynier Kuźnik ma moją ogólną aprobatę do wprowadzania wszelkich zmian w projekcie, ja natomiast zastrzegłem sobie tylko to, że chcę otrzymać do wglądu wersję końcową. Chociażby po to, żeby mieć się z czego uczyć. I to wszystko!

    - No nie, panie inżynierze, przecież mamy też dalsze, wspólne plany projektowe! – odezwał się zadowolony Kuźnik.
    - Owszem, mamy, ale na tej budowie ja już panu nie pomogę – Zwardała zaśmiał się kwaśno. – Brakuje mi wiedzy.
    - O jakich planach mowa? – zapytała Lidka.
    - Mam na myśli ten hotel, który ma stanąć przy stadninie. Skoro zleciła pani opracowanie założeń projektowych, to według mnie, inżynier Kuźnik powinien być jego współautorem już na tym etapie, bo późniejsze odkręcanie niektórych spraw może być zbyt kosztowne. Dlatego też, po zakończeniu przebudowy, zaproponowałem panu inżynierowi stanowisko projektanta w moim zespole.
    - Nic z tego – oznajmiła Lidka.
    - Nie rozumiem…

    - Panie Robercie, inżynier Kuźnik może być pana konsultantem, ale pracownikiem nie będzie, bo zostaje u mnie.
    - Tak?...
    - Panie inżynierze! – zwróciła się do Kuźnika. – Proponuję panu stanowisko szefa działu nadzoru inwestorskiego w spółce „Liman”, czyli na stałe zajmowałby się pan tym, co pan lubi. Jak panu odpowiada moja propozycja?
    - A dlaczego pani prezes nie widzi pana inżyniera u mnie? – zainteresował się Zwardała.
    - Z jednego głównego powodu. Panie Andrzeju – zwróciła się do Kuźnika. – Jak u pana ze znajomością programów projektowych? Jak wychodzi panu rysowanie na ekranie?
    - Nie bardzo – przyznał. – Ja mam ołówek i papier, a komputera się nie nauczyłem…
    - I to jest główny powód! – odparła w stronę Zwardały. – Szybko miałby pan problemy w pracowni, bo pańscy komputerowo sprawni czeladnicy, mieliby od razu pretensje o nierówne traktowanie. Dlatego ja proponuję panu lepszy wariant, będzie pan dostawał rysunki poglądowe, a pańscy ludzie zrobią z tego projekt techniczny, sprawdzany i kontrolowany przez pana Andrzeja. Tak będzie efektywniej. Pan Andrzej nie będzie tracił czasu na rysowanie, tylko zajmie się całością zagadnienia, a pan dostanie życzliwego recenzenta i zarazem przewodnika. Jednocześnie ja będę mieć trochę spokojniejszą głowę z tej strony. Odpowiada panu taki wariant?
    - Czemu nie? – wzruszył ramionami. – Tylko widzi pani, zachęcony naszą dobrą współpracą przyjąłem już dwa zlecenia na przebudowę drewnianych obiektów, w tym jedno z nich na dom kultury, a drugie na kościół i jeśli pani ograniczy panu Andrzejowi możliwość współpracy ze mną, to średnio na tym wyjdę, a przecież u pani zrezygnowałem nawet z wynagrodzenia za nadzór autorski, bo nie lubię brać pieniędzy za darmo.

    - A kto powiedział, że ograniczam wam możliwość współpracy? Przeciwnie. Jestem za tym! Tylko podstawowy etat proponuję jednak u mnie, a poza tym pan Andrzej jest wolny. Zrobi z czasem co zechce. Panie inżynierze, więc jak, przyjmuje pan moją ofertę?
    - Ja… nie wiem co powiedzieć… – zauważyłem, że Baśka ścisnęła mu dłoń. – Oczywiście, że przyjmuję i bardzo pani dziękuję!
    - Baśka, dopilnujesz papierów, musicie więc przyjechać do Warszawy. Chciałabym, żeby pan Andrzej obejrzał przy okazji klub Talizman, bo tam trzeba już zaplanować remont, a jeśli chodzi o wynagrodzenie… ile pan oczekuje?
    - Nie wiem, naprawdę… to co mam teraz, zupełnie mi wystarcza…
    - Dobrze, nie ukrzywdzę pana. Na razie będzie to w okolicach pięciu tysięcy plus premia i może jakieś dodatki, po sezonie natomiast zrobimy remanent i zobaczymy co się okaże. Może tak być?
    - Ja… jeszcze tyle nie zarabiałem…
    - To czas, żeby zacząć zarabiać. Dobrze! Panowie, posilcie się, proszę, bo chcemy też obejrzeć postępy robót. Lipiec za pasem!

    - Mamy około dwóch dni wyprzedzenia harmonogramu – oznajmił Zwardała. – I to pomimo wprowadzonych zmian.
    - To dużo czy mało? – włączyłem się do rozmowy, gdyż jak dotąd, tylko słuchałem ich wynurzeń.
    - I tak, i tak – uśmiechnął się. – Dużo, gdyż harmonogram był sporządzany jednak dla trochę innego projektu, a poza tym, ja nie preferuję popędzania pracowników, gdyż to się odbija na jakości robót. Natomiast mało, bo nie mamy bufora, który pozwoliłby nam zamortyzować jakieś nieoczekiwane zdarzenia. Niby wszystko jest dograne, ale ponieważ nawet dostawy materiałów są niemal na styk, ryzykujemy troszeczkę. A lipiec za pasem, jak pani prezes stwierdziła.
    - I kary umowne – wtrąciła Lidka. – Ale o tym będziemy już mówili z panem Bajarkiem. Panowie! Proszę spokojnie dokończyć śniadanie, ja już dziękuję i będę czekać na zewnątrz, na parkingu. Baśka, będziesz uprzejma mi towarzyszyć?
    - Ależ oczywiście! – poderwała się. – Życzę wszystkim dobrego apetytu, a gdyby komuś czegoś brakowało, to dziewczyny są do dyspozycji.
    - Piękna oferta! – mruknąłem. – Powiedz mi tylko, która z nich jest do mojej dyspozycji.
    - Wszystkie! – roześmiała się, ale Lidka tylko pokręciła głową.
    - Ale sobie grabisz, ale grabisz…
    Obydwaj moi towarzysze przy stoliku uśmiechnęli się, ale nie podjęli tematu, pilnując zawartości talerzyków.

    - Przepraszam pana – odezwał się nagle Zwardała. – Nie do końca zrozumiałem w jakim charakterze pan tutaj występuje.
    - Ja? Panie inżynierze, powiedzmy, że mam być użytkownikiem tego obiektu.
    - Pan? – wzruszył ramionami.
    - Nie wyglądam na takiego?
    - Nie o to chodzi – wzruszył ramionami. – Jednak z tego co słyszałem kiedyś, w lipcu miał się do niego wprowadzić pan prezes Warwick z rodziną. Przecież bywali tu w każde wakacje i to pod dyktando pani prezesowej projektowałem całą przebudowę.
    - Wszystko się zgadza, proszę się nie martwić – odpowiedziałem mu spokojnie. – Tylko widzi pan, panie inżynierze, to jest niemal tak jak z wieścią radia Erewań o rozdawaniu samochodów na Placu Czerwonym w Moskwie. A potem okazało się, że to nie samochody, a rowery, nie w Moskwie, lecz w Leningradzie i nie rozdają, ale kradną!
    - Mam rozumieć, że pan to wykupił? – nie odpuszczał.
    - Ależ nie! – tym razem to ja roześmiałem się na głos. – Tylko że, na wakacje przyjedzie tutaj nie pani prezesowa, lecz pani prezes. Bo pani Dorota Warwick objęła niedawno stanowisko prezesa zarządu banku. I właśnie mnie powierzyła wszelkie funkcje kontrolne, również na tej budowie.
    - Czyli pan jest takim superintendentem?
    - Nie. Jestem po prostu jej mężem!

    Widelec z głośnym szczęknięciem wypadł mu z dłoni na talerzyk.
  • #90
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Lidka czekała na nas, dyskutując wesoło z Baśką, przy czym obydwie zachowywały się jak pobudzone nastolatki. Chichotały, przytulały się do siebie, chwytały dłonie i widać było, że to nie biznesowe sprawy zaprzątają ich uwagę. Nawet kiedy nas spostrzegły, nie zmieniły zachowania.
    - Jesteśmy – zgłosiłem, podchodząc bliżej. – A wy jak, zakończyłyście już sabat?
    - Tomek! – chichotała Baśka. – Właśnie Lidka przypomniała, że niedawno była noc Walpurgii. A ja nie pamiętałam!
    - Na następny rok kupię ci nowy pojazd, wtedy nie zapomnisz.
    - Tomek ma wprawę w ścinaniu brzozowych gałązek, taką sprytną machinę może ci nawet sam wyprodukować – Lidka zachodziła się ze śmiechu. – Dasz mu jedno piwo latem i masz jak w banku!
    - Zapomniałaś, że to musi przejść przez saunę. A wtedy trzeba zachować się odpowiednio.
    - Niby jak odpowiednio? – naiwnie zainteresowała się Baśka.
    - Zwyczajnie, jak to w saunie. Trzeba się rozebrać i nie wstydzić nagości.
    - O, ho, ho! Myślisz, że mazurskie dziewczyny wstydzą się rozbierać? Niedoczekanie twoje! – zaatakowała mnie ze śmiechem. – A poza tym, bania już teraz jest gotowa na występy, prawda Andrzejku?

    - Prawda – potwierdził Kuźnik. – Bardzo ładny obiekt. I bardzo funkcjonalny, a także ekologiczny. Nie poszliśmy na żadne ersatze, na żaden gaz, wszystko jest w drzewie, jest normalny piec, zwyczajna topolowa kabina z trzema dużymi półkami…
    - A zaplecze? – zapytałem.
    - Rozbudowane, odnowione, ale układ ten sam, bez wielkich zmian. Ja się koncentrowałem na wyglądzie zewnętrznym, bo to wołało o pomstę do nieba. Panie dyrektorze, szkło i metal w bani? W takim budynku? Zgroza!
    Poprawiliśmy też pomost, by był bardziej funkcjonalny, ma teraz schodki z obydwu stron, nie tylko od czoła, rezerwowe są jeszcze przy brzegu… piękny obiekt powstał! Zachęcam do korzystania.
    - A pozwoliłby pan Basi iść ze mną do sauny?
    - Proszę pana, skoro zna pana już od kilku lat, to czym mam się martwić teraz? Dała sobie radę dotychczas, to może i teraz nie zginie!
    - Zupełnie słuszne rozumowanie – roześmiałem się na głos. – Czyli jesteśmy umówieni – odwróciłem się ku kobietom. – W lipcu konstruuję dla was pojazdy, przy czym własności materiału najpierw sprawdzamy w saunie.
    - Już widzę, jak się Dorka na to zgodzi, ale możesz się przez jakiś czas łudzić – Lidka sprowadziła mnie na ziemię i szybko spoważniała. – Skończmy może żarty i chodźmy już na budowę, bo czas ucieka.

    Przed wejściem na szczelnie ogrodzony plac otrzymaliśmy białe kaski budowlane, które musieliśmy nałożyć na głowy i zaczęło się zwiedzanie. Kuźnik pełnił teraz rolę przewodnika, co czynił z wielkim zapałem, czasem powtarzając to co mówił już wcześniej, ale przekazywał też nowe informacje, wskazując nam różne szczególne miejsca domu.
    Słuchałem go niezbyt uważnie. Jakoś bezwiednie zastosowałem stary sposób kontroli kontrahentów w Moskwie, gdzie zderzałem się z bardzo pięknie przygotowanymi bajkami, serwowanymi przez utalentowanych specjalistów, dlatego uruchamiałem wtedy raczej swój nos i oczy, uszy mając na dalszym planie. Perfekcję przygotowań i obietnic oceniałem bardziej organoleptycznie niż na podstawie pięknych wskaźników i ekonomicznych obietnic.
    Tutaj wprawdzie nie wchodziło to w grę, kwalifikacje inżyniera Kuźnika były dla mnie wystarczająco dobre już w restauracji, mimo to, trochę tak dla zabawy, postanowiłem jednak zastosować moją własną metodę kontroli, nie przewidywaną przez żadną ekonomiczną teorię.
    No i szok! To działało! Pierwsze wrażenie było powalające!

    Plac budowy za płotem prezentował się niczym w wojskowej jednostce. Wszystkie materiału ułożone porządnie, część prowizorycznie zadaszona, inne zaś były foliowane. Kontenery biurowe i magazynowe stały z boku, nie kolidując z transportem po placu, nic się nie walało przypadkowo, pod płotem stały pojemniki na odpady… Niemal ideał!
    Nigdy nie zapomniałem anegdoty zasłyszanej kiedyś w dzieciństwie, nie wiem nawet gdzie i w dodatku nie wiedziałem czy pamiętam ją dokładnie, jednak przesłanie które niosła, głęboko zapadło mi do głowy.
    Otóż było dwóch agentów kredytowych w banku, z których jeden był bardzo pilny i dokładny, drugi zaś leniwy i na pozór lekceważył pracę totalnie. A ponieważ rzecz się działa w Ameryce, to w dodatku ten leniwy ciągle żuł gumę i nie przejmował się niczym. Nie żądał dokumentów od klientów, a kredyty przydzielał po uważaniu. Raz dawał, raz nie dał, jego kolega nie widział w tym żadnej prawidłowości.
    A jednak po roku okazało się, że ten leser ma wskaźniki zwrotu lepsze niż on, który tak dbał o dokumenty i dowody wiarygodności klientów. Zapytał w końcu kolegę w czym tkwi tajemnica jego sukcesu, a ten odpowiedział mu rozbrajająco, że zawsze patrzy najpierw na buty klienta. Jeśli ma wyczyszczone, to kredyt dostaje, a jeśli nie, to choćby miał sto zaświadczeń, on mu kredytu nie przyzna.

    W Rosji stosowałem bardzo zbliżoną metodę analizy klientów, czego nikt nie wiedział, a dzięki czemu, kilka razy nie zmoczyliśmy rzyci. Bo po moich negatywach, Dorotka nagle zaczynała mnożyć warunki, klienci się zniechęcali, szli do konkurencji i potem to właśnie konkurencja miotała się z problemami. Było przynajmniej trzy takie przypadki, kiedy uchroniłem firmę przed wdepnięciem w łajno, dlatego chociaż wcześniej wątpiłem w sens mojej tam pracy, teraz wiedziałem, że nie za darmo brałem pieniądze. Zarobiłem je uczciwie.

    Stary dom Jesionka, prezentował się z zewnątrz rewelacyjnie. Z podcieniami zamiast ganku, z o wiele większą bryłą, przy czym dobudowa nie świeciła świeżym drewnem, dach ozdobiony wykuszami… moje pierwsze wrażenie było pełne niedowierzania.
    - Jak to możliwe? – zapytałem, przystając przy narożniku i wskazując na nową ścianę, niemal równą „starością” jak i sąsiednie. – Przecież tego nie było!
    - Panie dyrektorze, uważne oko wychwyci zmiany – Kuźnik roześmiał się, wyraźnie zadowolony z siebie. – Ale to dobra ułuda, prawda? Zastosowano tutaj specyficzną metodę starzenia zewnętrznej powierzchni drewna, opracowaną niegdyś w naszym państwowym instytucie konserwacji zabytków. W dawnych latach ich osiągnięcia były ogólnie dostępne, nie patentowano ich, starano się nawet je rozpowszechniać różnymi metodami, a jednak mało kto je zna. No cóż, takie czasy. Ja to pamiętałem jeszcze z młodości i… przydało się!

    Wymiękłem. O czym ja mogłem rozmawiać z tym gościem? W czym go kontrolować? Przecież nie miałem żadnych szans, fachowo nie dorastałem mu do pięt. Nie miałem tu co robić, on sam lepiej zadba o tę całą chatę niż moja nawet bardzo wnikliwa kontrola.
    - A co jest teraz na tapecie, bo na zewnątrz jakoś cicho, mam wrażenie, że nikogo tu na budowie nie ma.
    - Wykończeniówka – oznajmił beznamiętnie. – Wewnątrz pracuje w tej chwili około dwudziestu osób. Proszę, wejdźmy do środka.
    Oczywiście żartowałem, bo chociaż ludzi nie widziałem, to odgłosy nie pozostawiały wątpliwości. Śpiewne granie elektronarzędzi było mi doskonale znane i zamknąwszy oczy, mógłbym nawet próbować określić charakter prowadzonych prac. Ale obejrzenie tego wszystkiego było dla mnie ciekawe. Bo chyba nikt z tych ludzi nawet nie pomyśli, że wiele razy w życiu byłem na ich miejscu. U siebie w mieszkaniu, u znajomych i rodziny… kiedyś prawie wszystko robiło się własnymi siłami.

    Wewnątrz przywitał nas, jak się okazało, pan Zygmunt Bajarek, kierownik budowy, czyli szef tutejszych pracowników. Od razu też zauważyłem, że do Kuźnika zwraca się z niemal nabożnym szacunkiem i bez protestów przyjmuje jego polecenia. Teraz też bardziej słuchał jego uwag niż nawet moich, chociaż tak naprawdę już nie próbowałem się wymądrzać. Raczej oglądałem tylko, bo wnętrza też były ciekawe.

    Mała sypialnia przy wejściu znikła, razem ze ścianką dzielącą ją od salonu, dzięki czemu salon był teraz powiększony o kilkanaście metrów kwadratowych. Znaczna różnica! Poza tym tak zgrano otwory wejściowe z kuchnią, że znajdowały się teraz dokładnie naprzeciwko siebie. Miały być tutaj zainstalowane jakieś specjalne, rozsuwane drzwi, pozwalające niemal połączyć wzajemnie te pomieszczenia, jak również odizolować je od siebie. Ciekawe jak to się sprawdzi w życiu.

    Główna nasza sypialnia za kuchnią została zachowana praktycznie bez zmian, zburzono natomiast dobudowaną łazienkę, a na jej miejscu powstało całe skrzydło, zintegrowane z resztą budynku. Część jego pomieszczeń była dostępna wyłącznie z sypialni, nazwano je jako garderoba, łazienka, gabinet do pracy i rekreacji oraz jakieś „dziuple”, mało określonego przeznaczenia.
    Natomiast dawny korytarz łączył się z drugą wydzieloną częścią, gdzie powtórzono niemal przeznaczenie pomieszczeń. Tylko że tym razem łączyły się one z już dobudowaną częścią, mieszczącą jeszcze dwie niezależne sypialnie, oraz schody na poddasze, gdzie już nie zaglądałem. Tam też podobno były dwie sypialnie, łazienka z pełnym wyposażeniem, oraz niewielkie zaplecze kuchenne i mały pokoik jeszcze nieokreślonego przeznaczenia. Do pracy, albo do ćwiczeń fizycznych, taka mini siłownia.