Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

Podwładny pani prezes .

retrofood 15 May 2021 17:27 5778 133
Legrand
  • #91
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Najbardziej z tego wszystkiego zaciekawił mnie jednak salon, gdzie też wróciłem, aby przyglądnąć się wprowadzonym tutaj zmianom. Bardzo interesujący był kominek, usytuowany na byłej zewnętrznej ścianie, teraz jednak znajdującej się wewnątrz obiektu. I nie była to atrapa, bo zerwana podłoga ujawniała ślady fundamentu komina, przebijającego strop i śmigającego gdzieś ponad dach.
    - Na jakie to ma być paliwo? – zapytałem Kuźnika.
    - Naturalne, drewniane – odpowiedział z uśmiechem. – Wie pan co? Chyba odszedłbym z tej budowy, jeśli musiałbym firmować w takim miejscu jakieś gazowe czy też elektryczne imitacje. Proszę zobaczyć! Zwyczajny, prawdziwy komin, wymurowany jak należy, wprawdzie z odpowiednio nowoczesnym wkładem wewnątrz, ale tego już nie widać, więc nad dachem wyglądać to będzie imponująco. Wprawdzie pan Robert podłączył tu jakieś swoje rurki, ale ja zastrzegłem, że to nie prawa być widoczne i w niczym naruszać takiego normalnego, tradycyjnego użytkowania kominka.
    - A co pan podłączał? – zwróciłem się do Zwardały.

    - Tego, niestety, do końca to i ja nie wiem. Miałem rysunek wykonawczy i tyle – przyznał bezradnie. – To wygląda tak, że niby ja odpowiadam za całość projektu, ale przecież nie jestem alfą i omegą. Część instalacyjną robią moi projektanci branżowi, a ja to firmuję formalnie, mając niewielką wiedzę w tych zagadnieniach, szczególnie takich najnowszych technologii. Oni się tu pojawiają w miarę potrzeb, szczególnie gdy występują jakieś problemy u wykonawcy, ale przecież nie będę ich trzymał tutaj stale.
    Jeśli pan życzy sobie omówienia tych zagadnień szczegółowo, to nie widzę problemu, można zorganizować takie spotkanie w uzgodnionym czasie i ja jestem do dyspozycji.
    - Pan projektował przebudowę domu pani prezes w Podkowie? – zapytałem, zmieniając nieco temat.
    Przez kilka sekund nie kojarzył, ale po chwili załapał, że chodzi o dom Dorotki.
    - Tak – spojrzał na mnie z jakimś niedowierzaniem. – Dużo pan wie!
    - Nie, nie wiem – uśmiechnąłem się lekko. – Widzę tylko, że pewne rozwiązania są podobne. Ale skoro doszliśmy do instalacji, to rzeczywiście, chciałbym poznać je dokładniej. I chętnie spotkam się z pańskimi projektantami, bo to mi umożliwi lepszą orientację w życiu codziennym. Zostawmy to jednak, skontaktuję się z panem później i coś uzgodnimy, dobrze?
    - Jestem do pana dyspozycji – zapewnił.
    - Dziękuję zatem i chyba nie mam więcej pytań.
    - Obawiam się, że ja będę jeszcze miał. Mam tutaj pewien spór z panem Andrzejem i czas najwyższy, aby ktoś go rozstrzygnął.

    - O! To niespodzianka. Panowie się kłócicie?
    - Niejeden raz! – przyznał ze śmiechem. – Ale sytuacja jest poważna.
    - Zatem słucham panów.
    - Chodzi o te ekologiczne rozwiązania. Pan Andrzej kwestionuje umieszczenie paneli na dachu, a tym bardziej budowę konstrukcji stacjonarnej od strony południowej.
    - Panie dyrektorze, to jest profanacja obiektu! – oznajmił Kuźnik. – Jak można drewniany dach, z ceramiczną dachówką, upstrzyć taką ozdobą?
    - A co z ekonomiką? – wtrącił Zwardała.
    - Co mnie to obchodzi? Tu jest coś za coś! To tak, jakby na zabytkowej elewacji dokleić styropian, bo będzie cieplej i taniej. Tak się nie da! Albo mamy wzorzec budowlany, pamięć o dawnych latach, o tamtej architekturze, albo nie! Te pieniądze skierowane na odbudowę naszej tradycji, nie mogą trafić w próżnię! To wewnątrz możemy sobie kształtować powierzchnię według własnych upodobań, ale na zewnątrz, powinniśmy jednak trzymać się kanonów regionalnych!

    - Panie Andrzeju! Ogólnie ma pan rację – przyznałem. – Tym niemniej, rozmawiamy teraz o stronie południowej, prawda?
    - Zgadza się. O to mi chodzi.
    - Strona południowa dachu jest niewidoczna z kierunku hotelu, a dodatkową konstrukcję dla paneli dom zasłania zupełnie. Dlatego też, tamtą stronę pozostawiamy do dyspozycji pana inżyniera Roberta, a pan koncentruje się na przyszłym widoku od strony północnej. Może tak być?

    Nie odpowiedział od razu, moja propozycja bardzo nie przypadła mu do gustu.

    - Ja rozumiem, że to się kłóci z pańskim poczuciem estetyki, ale inaczej jednak się nie da! – oznajmiłem. – Panie inżynierze, proszę zrozumieć, bo to jest moja ostateczna decyzja. Z tego co się orientuję, panele mają być uzupełnieniem całego systemu energetycznego i nie ma prawa ich nie być! Dlatego też, te sprawy proszę pozostawić w gestii inżyniera Zwardały. Tak być musi!

    - Trudno! – rozłożył ręce. – Jeśli mam takie dyspozycje, to się nim podporządkuję, chociaż ich nie rozumiem i nie pochwalam.
    - Panie inżynierze… a czy pierwszy raz, spotyka to pana w życiu?
    - Nie… niekoniecznie… Jednak łapię się na tym, że w takich sytuacjach… brakuje mi zwyczajnie argumentów…
    - Nic pan na to nie poradzi – przerwałem mu. – Dlatego też, mimo mojego wielkiego uznania dla pańskiej znajomości tematu, sprawy paneli i nowych technologii powierzam panu inżynierowi Robertowi i to jego decyzje w tym zakresie są dla wszystkich wiążące. Proszę zatem, by pan uznał w tym zakresie jego nadrzędność.
    - Jeśli muszę…
    - Musi pan. Ponadto w saunie musi zostać wprowadzony alternatywnie piec elektryczny. Panie inżynierze! – zwróciłem się do Zwardały. – Proszę bardzo pilnie przesłać mi pełną dokumentację dotyczącą ekologicznych rozwiązań energetycznych całego domu. Chcę to mieć najpóźniej w poniedziałek, adres poczty mailowej ma pan na wizytówce.
    - Oczywiście! – potwierdził. – Zrobię to nawet dzisiaj.
    - Czy pani prezes ma jakieś uwagi, bo dotąd nie zabierała głosu?
    - Nie, nie mam. Nie widzę takiej potrzeby! – głośno i flegmatycznie oznajmiła Lidka. – Jesteś wystarczająco dobrym recenzentem naszych poczynań, a resztę drobiazgów będziemy dogrywać na bieżąco.

    Nie skomentowałem tego, bo pożegnania i ostanie wymiany poglądów skupiły moją uwagę na panach inżynierach. Dopiero kiedy zdaliśmy kaski i wyszliśmy z terenu budowy we dwoje, mogłem odetchnąć jakby innym powietrzem.
    - Coś ci nie odpowiadało? – zapytałem tuż za bramą. – Nie jesteś ze mnie zadowolona?
    - Co mówisz? – była zamyślona i w pierwszej chwili nie zrozumiała moich słów. – Nie, nie! Przepraszam, próbowałam jakoś ułożyć program na resztę dnia – tłumaczyła. – Dlaczego nie miałabym być z ciebie zadowolona? Wszystko jest w absolutnym porządku, możemy kontynuować wizyty.
    - Chodźmy na chwilę pod wiatę, dawno tam nie byłem, a widzę, że coś się dzieje.
    - Nie ma problemu, możemy nawet posiedzieć przez chwilę.

    Wiata pozostała na zewnątrz terenu budowy i stale była dostępna dla hotelowych gości. Teraz też pod strzechą i obok niej kłębił się tłum kilkudziesięciu młodych ludzi płci obojga, trochę już hałaśliwych, ale na razie było to w normie. Część z nich opróżniała duże plastykowe kubki piwa, serwowanego obok z beczki przez barmana, część natomiast z zainteresowaniem przyglądała się wszystkiemu, a szczególnie przygotowaniom czynionym przez personel.
    Szykowała się jakaś impreza pod gołym niebem.
    - Co to za feta?
    - Jaka feta! – Lidka wydęła wargi lekceważąco. – Pewnie wieczorek integracyjny. Któraś z korporacji ma się tutaj integrować do niedzieli i stąd cały zamęt. Jakbym w końcu dostała zgodę na budowę hotelu przy stadninie za lasem, to już bym nie wpuszczała tutaj takiego towarzystwa. Ale na razie muszę, bo z czegoś Liman musi się utrzymywać.

    Usiedliśmy na ławie przy naszym pamiętnym stole, obok szaf chłodniczych. Wszystko było bardzo podobnie jak wtedy, ubiegłego lata, tylko nie było jeszcze much i liści na drzewach. Ale słońce operowało już śmiało i nawet zdjąłem kurtkę, kładąc ją obok siebie.
    - Napijesz się czegoś? – zapytała.
    - Wody mineralnej, jeśli można.
    Lidka przekazała zamówienie jednej z kelnerek i po chwili przed nami zmaterializowało się zamówienie, czyli dla mnie woda, a dla niej coca cola.
    - Przyjemnie dzisiaj – rzuciłem retorycznie, wystawiając twarz na orzeźwiający podmuch lekkiego wiatru.
    - Ja natomiast jestem zmęczona – odparła. – A jeszcze niemało przed nami, wypadałoby odwiedzić Zbyszka…
    - Jakiego Zbyszka?
    - Zbysia! Wójta naszego. Może będzie miał jakieś informacje…
    - Jakie znowu informacje?
    - O tym naszym projekcie.
    - Co znowu? – zniecierpliwiłem się. – O czym mówisz? Gadaj tu konkretnie, a nie jeździsz gdzieś po opłotkach!

    Wtedy wyprostowała się i lekko odwróciła, spoglądając mi w oczy.
  • Legrand
  • #92
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Nie piszą, nie są ciekawi jakie kurwiki Lidka miała w oczach...
  • Legrand
  • #93
    jestam
    Automation specialist
    Tniesz na odcinki jak reklamowy wyga ;-)
    Dawaj o tych oczach !!!
  • #94
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Tomek! To jest największy w Polsce, eksperymentalny projekt współpracy prywatno – samorządowej, obejmujący cały szereg zagadnień ekologiczno – turystyczno – rozwojowych. Łączy sześć gmin, jeden powiat i osiem firm prywatnych, z czego jedna to Liman, a drugą jest mój ośrodek w Czyżynach. Sześć innych to pozostałe ośrodki wypoczynkowe, w gminach nim zainteresowanych.
    Tylko w przygotowanie założeń i sporządzenie wniosku, utopiłam dotychczas ponad półtora miliona złotych. Bez jakiejkolwiek gwarancji, że to się uda i pozwoli na realizację zamierzeń. Drugie półtora miliona poszło na niezbędne zakupy ziemi, bo jeśli projekt wejdzie w stadium realizacji, to nie będzie mnie na nią stać, musiałam kupić to wcześniej. I teraz czekam na decyzje. Jeśli będzie aut, to trzy miliony złotych pójdą się pieprzyć.
    - A jeśli nie?
    - To mamy cholernie mnóstwo pracy, na co najmniej dwa lata naprzód i niezłe perspektywy na przyszłość.
    - Długo już czekasz?
    - Siódmy miesiąc.
    - Czyli rozwiązanie porodu niemal za pasem! – zaśmiałem się.

    Nie podzieliła mojej wesołości.
    - Oby… jestem już tym zmęczona, chociaż byłam motorem całej inicjatywy. Bo to ja, czasem niemal na siłę, montowałam koalicję. Ja przekonywałam innych, że musimy spróbować póki jest szansa i ja poniosłam dotychczas większą część kosztów przygotowań.
    - A co wchodzi w zakres całości?
    - Trudno to opowiedzieć tak w dwóch słowach. Przede wszystkim chodzi o kompleksowe, wspólne rozwiązywanie wszystkich problemów z zagospodarowaniem i korzystaniem z terenu. Reforma administracyjna wykroiła gminy, nie przejmując się konfiguracją terenu. Na przykład jezioro Omszałe graniczy z trzema. Jeśli każda z nich będzie prowadzić niezależną politykę chociażby w śmieciowym zakresie, to już powstaje bałagan, którego przejawy mamy teraz na każdym kroku. Inne są taryfy, inne opłaty, inne zasady dla ośrodków, inna polityka dotycząca inwestorów prywatnych na terenach otaczających jeziora…
    - I chcesz to wszystko zmienić?

    - Tak! Sprawa jest w zasadzie przesądzona organizacyjnie i tutaj wielka zasługa Zbyszka, bo udało mu się namówić kolegów wójtów do powołania ciała koordynującego plany i projekty gminne, mogące mieć wpływ na sąsiadów.
    Otóż jeszcze w ubiegłym roku została utworzona rada obszaru jezior Omszałe i Ondyna, której zadaniem jest właśnie koordynacja polityki gmin w tym zakresie. Rada ma już umocowanie prawne, bo poszczególne Rady Gmin zaakceptowały jej status, podejmując odpowiednie uchwały, a w dodatku inicjatywie przyklasnął starosta powiatowy, dołączając się do porozumienia w swoim zakresie. Wsparł też radę organizacyjnie i lokalowo, wydzielając u siebie pomieszczenia do pracy oraz jeden etat. Pozostałe cztery finansują gminy, a ja dołożyłam jeszcze dwa. Pracuje tam już siedem osób.
    - I co robią?
    - Składają pracowicie do kupy to wszystko, co gminy przez lata smażyły na własnych patelniach, czyli próbują złączyć w jedno chociażby założenia do planów zagospodarowania przestrzennego, dla całego obszaru tych dwóch jezior, wszelkie opracowania ekologiczne, plany i projekty komunalne, oraz różne inne opracowania. Po to, by nie dublować rozwiązań, tylko je uzupełniać.
    Czy ty wiesz, że w każdej z trzech gmin sporządzono kiedyś plany budowy zakładu utylizacji odpadów? Na jaką cholerę, skoro śmieci z całego powiatu nie zapewnią nawet opłacalności ekonomicznej jednego? Takich kwiatków jest więcej, bardzo dużo w zakresie ekologii, gdzie każdy zbój na… swój strój.
    A w tym zakresie to nie tylko żabki i kwiatki, ale nawet takie drobiazgi, jak skład mieszanki do posypywania dróg w zimie. Cóż z tego, że u nas zrezygnowaliśmy z soli, jeśli pozostałe dwie gminy nadal ją stosują nad jeziorem? Dochodzi tutaj jeszcze niezależność administracyjna zarządów lasów państwowych, których plany bywają nieznane, chociaż starosta przyrzeka temperowanie ich zapędów. Tyle, że niewiele może…

    - I chcesz to wszystko opanować? Lidka! Jak? Przecież to są kolosalne pieniądze!
    - Właśnie. Dlatego też, złożyliśmy wspólny, skomasowany wniosek o dofinansowanie w osiemdziesięciu procentach kosztów, zarówno opracowania planów zagospodarowania przestrzennego dla całego obszaru, cząstkowych rozwiązań ekologicznych, zachowujących dotychczasowe, naturalne walory poszczególnych siedlisk i skupisk fauny czy też flory, ale również inwestycji komunalno – przemysłowych, pozwalających na zachowanie charakteru tego obszaru.
    - A gdzie tu miejsce dla prywatnych inwestorów? Gdzie jest twój interes?
    - Nie mój, tylko nasz – sprostowała. – Otóż podstawą funkcjonowania tych gmin jest i pozostanie turystyka. Dlatego zgłoszone projekty przewidują wszechstronny rozwój usług z nią związanych, ale dopóki nie ma uchwalonych planów, wszystko siedzi na rzyci. Teraz już nie da się załatwiać tak, jak zrobiłam z Limanem, tamte lata minęły.
    Nie będę tutaj opowiadała ci szczegółów, bo ludzie słuchają. Tym niemniej, powtórka nie wchodzi w grę. I to pomimo absolutnego poparcia Zbyszka, oraz jego kolegi, wójta sąsiadów. Już niewiele mogą w tych sprawach. Dlatego jestem w kropce, próbowałam pomagać na ile mogłam, aby wszystko przyspieszyć, jednak efektów na razie nie ma. Wiem, że sprawdzanie wniosku trwa, ale że aż tak długo… z tego nie zdawałam sobie sprawy.

    Niespodziewanie nam przerwano.

    - Skąd jesteście? – jakaś wesoła para, jeszcze nie trzydziestolatków, dzierżąca w dłoniach kubki z piwem, usiadła obok.
    - Z Warszawy – odparła niezmieszana Lidka, zanim ja, mocno zaskoczony, pozbierałem i przeorientowałem myśli.
    Dziewczyna przez mgnienie oka wydała mi się jakaś znajoma. Jej ruchy i gesty były znajome. Ale przecież to bezsens… Miała zbyt mało lat, byśmy kiedykolwiek się spotkali. Chociaż… Justyna też, nie tak zresztą dawno, okazała się siostrą Dorotki…
    Ale kiedy uważniej na nią spojrzałem, odkryłem swój błąd. Uśmiechała się tylko podobnie jak Joasia. Poza tym miała inną sylwetkę, inny wygląd… No cóż, bywa i tak. Życie płata nam nieziemskie figle.
    - Nie widziałam was w naszym autokarze – oznajmiła lekko zdziwiona. – Co tu mają nam serwować, znacie program zajęć?
    - Niestety, nie – zareagowałem i ja, uśmiechając się do niej. – A tak naprawdę, my we dwoje, jesteśmy z innej rzeczywistości i nie należymy do waszej grupy.
    - Och, przepraszam! – roześmiała się. – Mówili, że wynajmujemy cały hotel i nikogo spoza firmy tu nie będzie.
    - Tak ono i jest! – potwierdziła Lidka. – Hotel jest do waszej dyspozycji, dlatego nawet dla nas nie ma już w nim miejsca.
    - A państwo kim jesteście? – dociekała.
    - Jego właścicielami! – Lidka aż pochyliła się ku niej. – Bo to jest nasz hotel!

    Dziewczyna przez sekundę nie dowierzała, a potem parsknęła histerycznym śmiechem. Zerwała się z ławy, wyskakując na środek wiaty i aż zginała spazmatycznie, klepiąc rękami o uda. Jakby usłyszała najlepszą anegdotę sezonu.
    Jej partner pospieszył za nią, zachowując się podobnie i za chwilę obydwoje stali się głównym punktem zainteresowania grupy. Śmiechu mieli co niemiara, obejrzeli nas dokładnie, a potem zaczęły padać propozycje, chociaż zaczęło się niewinnie.

    Jeden z mężczyzn, całkiem sympatyczny, złożył propozycję Lidce.
    - To ja jestem gotów przenocować panią u siebie! Naprawdę! – głosił wszem i wobec. – Umyję tylko pani plecy i kimnę sobie potem gdzieś na krześle…
  • #95
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Pan chyba nie zauważył, że nie jestem tutaj sama – odparowała Lidka. – Dziękuję zatem za propozycję, ale nie skorzystam.
    - Z mężem to ja pani nie wezmę – zastrzegał ktoś z tłumu.
    - Braknie dla ciebie miejsca? – żartował inny.
    - Tak właściwie… ten pan jest wprawdzie mężem, ale nie moim – Lidka prowokowała ich, doskonale się przy tym bawiąc. – Niestety, ten pan kocha wyłącznie pewną amerykańską milionerkę, więc nie mam u niego najmniejszych szans!
    - Perfidna złośliwość! – zaprotestowałem, nie uściślając zarzutu.
    - Jeśli milionerka, to mogłaby być nawet tłusta! – padł jakiś głos.
    - I szczerbata! – usłyszałem poparcie.
    - Nawet kulawa, albo stara! – temat się rozwijał.
    - Ja to bym nawet wolał taką po osiemdziesiątce – oznajmił jakiś flegmatyk. – Taka byłaby najlepsza!
    - Co wy się tutaj tak zachwycacie, to wcale nie musi być prawdą! – zauważył jakiś sceptyk. – Skąd wiadomo, że to nie blef? Nie znacie zasad handlowych?

    Ogólne wrzaski połowy zgromadzonych, były mu odpowiedzią, jednak druga część ekipy, spoglądała w naszą stronę z wyraźnym zainteresowaniem. Ktoś wreszcie wpadł na pomysł z przepytaniem kelnerek, dopinających wokół wiaty przygotowania wieczoru i słowa Lidki o władaniu hotelem znalazły potwierdzenie. Zrozumieli, że nie żartowała.
    - Ale fajnie, że nawet dyrekcja firmy spotyka się z nami – dziewczyna z kubkiem piwa powróciła za stół. – Przepraszam za moją reakcję, ale byłam tak zaskoczona, że nie dałam rady opanować jej skutków.
    - Beata, to zaproś pana na nocleg, w ramach przeprosin! – padło gdzieś z tłumu.
    - Przykro mi, ale przywykłam sypiać sama – oznajmiła głośno podpowiadaczowi.
    - Proszę się nie tłumaczyć, nie ma powodów, nic takiego się nie stało! – bagatelizowałem sprawę. – Pani zaskoczenie jest zupełnie zrozumiałe, a my sobie jakoś poradzimy, proszę się tym nie martwić, za niedługo stąd wyjeżdżamy.
    - Mimo wszystko, przepraszam! – uśmiechnęła się uprzejmie, po czym dodała. – Mam wrażenie, że gdzieś, kiedyś… już pana widziałam. Nie potrafię jednak przypomnieć sobie sytuacji…
    - Nie sądzę! – przeciąłem jej wywód również z uśmiechem, ale zdecydowanie. – Ja…

    - A co się znajduje za tym dużym płotem? – przerwała mi pytaniem druga młoda kobieta, zajmująca miejsce na ławie tuż za Beatą. Za nią usiadł jakiś mężczyzna i wokół nas zrobiło się zdecydowanie ciaśniej.
    - Teren budowy, a dokładniej mówiąc, teren przebudowy.
    - Będzie drugi hotel? – padały zewsząd pytania. – Może jakieś garaże?... Nie, pewnie gorące łaźnie… Bardzo ciasno się tutaj zrobi… Można tam zaglądać?
    - To tylko jeden dom, w dodatku drewniany – wyjaśniałem. – Nie będzie więc ciaśniej nad jeziorem, jeśli ktoś z państwa zechciałby tutaj przyjechać latem. Miejsca wystarczy. A czy można zaglądać… obawiam się, że tylko przez szpary ogrodzenia. Kierownik budowy dość rygorystycznie trzyma się przepisów.
    - Ładnie tutaj jest, podoba mi się… – usłyszałem kolejny damski głos, jednak dalsze słowa stłumiły głośne męskie uwagi i po chwili całe zbiegowisko przeniosło się w okolice grilla, na przeciwległą stronę wiaty i nagle zostaliśmy z Lidką sami.

    - Jakiś dowódca się zameldował i robi zbiórkę – wyjaśniła. – Ty, co miałeś na myśli mówiąc o likwidacji szlabanu?
    - Zlikwidujcie to jak najszybciej. Proszę! Lidka, masz fantastyczną restaurację i ograniczanie do niej dostępu jest strzelaniem sobie w stopę. Poza tym kogo ty chronisz przed zakłócaniem ciszy, takie wrzaskliwe grupy? To bez sensu! Miejscowi już zaspokoili ciekawość, pieszym wędrowcom wystarczy informacja o hotelu i już nie przyjdą, dla zmotoryzowanych zaś postaw znak, że droga kończy się po pięciuset metrach i też bez potrzeby nie wjadą. To jest zbędny wydatek, wprowadzający tylko zamieszanie i utrudnienia. Może na początku miało to jakiś sens, ale ten okres minął.
    - Niezupełnie, bo w czasie strzelania na tym małym poligonie i tak muszę wystawiać posterunki.
    - Po co? Bo ktoś może dostać farbą? Zresztą, to wtedy wystawiajcie, przynajmniej jest tego jakieś uzasadnienie, ale po zabawie zdjąć wszystko i cześć! Robisz imprezy promujące kuchnię i ograniczasz do niej dostęp… Nie! Tak być nie może!
    - Dobrze, załatwimy to wieczorem.
    - Czemu nie zaraz?
    - Bo oni jeszcze dzisiaj pójdą sobie postrzelać. Przynajmniej jedna grupa.
    - Jak chcesz, ale ja bym z tego zrezygnował natychmiast. Będą oszczędności na kosztach i pozbędziesz się głupich sytuacji, które mogą ludzi zniechęcać.
    - Dobrze, panie dyrektorze, tak zrobię. Czy jeszcze coś?
    - Może obiad?

    - A ja mam inną propozycję. Najpierw wpadnijmy na kilka minut do Zbyszka, od niego wrócimy na obiad i dopiero później pojedziemy do Kierewiczów.
    - Może być, tylko czy po tych wojownikach zostanie coś jeszcze w kuchni?
    - No wiesz co? Nie obrażaj mnie, a tym bardziej Baśki!
    - Dobrze już, dobrze, rozwiałaś moje obawy, możemy jechać. Pozwolisz, że będę teraz twoim służbowym kierowcą?
    - Ależ proszę, czuję się wręcz zaszczycona!

    Żartując i dowcipkując, ruszyliśmy w stronę hotelowego parkingu, gdzie uruchomiłem jeepa i kierowany jej podpowiedziami, zajechałem przed budynek wójtowej siedziby.
    Budynek nie był zbyt okazały, powiedziałbym nawet, że brzydki, architekturą nawiązujący do wczesnych lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Lat sztampy i seryjnych, ogólnopolskich projektów, kompletnie nie pasujący do stylu budownictwa miejscowego. Ale cóż, taki był i trudno. Wójt musiał gdzieś pracować.

    - Jak mogli postawić tutaj taką szkaradę? – zapytałem, rozglądając się wokół, kiedy już wysiedliśmy z auta.
    - Prawda? – Lidka roześmiała się. – Gierkowskie oszczędności… Nie wspominaj o tym Zbyszkowi, bo kiedyś mówił, że codziennie rano zgrzyta zębami, zanim wejdzie do środka. Ma wielką ochotę wybudować nową siedzibę urzędu, ale kasa, misiu, kasa…
    - Kasy to pewnie do końca wieku miał nie będzie.
    - I tu się mylisz, misiu!
    - Więc skąd weźmie?

    - Ano właśnie! – pokiwała głową tajemniczo. – Zbyszek też jest bardzo zainteresowany przyjęciem naszego planu do realizacji, bo to oznacza ogromne pieniądze dla gminy.
    - Jakim cudem?
    - Później ci opowiem, wejdźmy do środka.
    - Poczekaj… – coś mnie tknęło.

    - Lidka… Spójrz, samochody z warszawską rejestracją.
  • #96
    kkknc
    Level 43  
    retrofood wrote:
    Nie piszą, nie są ciekawi jakie kurwiki Lidka miała w oczach...

    A w ........ Chcesz?😙
    Wstawiaj odcinki a nie komentarze. 😋
  • #97
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    nie mam odcinka...
  • #99
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - To nierzadki tutaj widok, warszawiacy zaczynają odkrywać Czyżyny.
    - Aż tylu jednocześnie?
    - Nie przesadzaj, twój jeep jest czwarty, nic specjalnego. To co, idziemy?
    - Niech ci będzie…

    Korytarze urzędu ziały pustką, jakby tutaj nikogo nie było, a i w sekretariacie panowała cisza, gdy weszliśmy.
    - Dzień dobry, pani Krystyno! – Lidka już od drzwi oznajmiała swoje nadejście.
    Sekretarka szeroko uśmiechnęła się na jej widok i przestała stukać palcami w klawiaturę komputera.
    - Dzień dobry! O, pani prezes we własnej osobie! Witamy, witamy w naszych skromnych progach!
    - Co dobrego i nowego słychać? – Lidka bez zaproszenia usiadła na krześle stojącym przy sekretarskim pulpicie. – Pan Zbyszek na miejscu?
    - Pani Lidio! – sekretarka zniżyła głos do głośnego szeptu. – Wójt ma gości z Warszawy. I nie tylko z Warszawy, bo jest też starosta i wicemarszałek…
    - Długo rozmawiają?
    - Już prawie godzinę…
    Lidka zastygła.

    - Czyżby coś drgnęło w temacie naszego planu? – zapytała.
    - Nie wiem, ale może i tak… – sekretarka szeptała nadal. – Pani Lidko, wyślę do wójta sms-a, że pani przyjechała…
    - A z Warszawy kto się zjawił? – Lidka zlekceważyła jej stwierdzenie.
    - Jest nasz poseł, pan Madelski i jakaś kobieta. Lechnowicz, o ile dobrze słyszałam…
    - Może Lechowicz, nie Lechnowicz? – wtrąciłem.
    - Może i tak – ożywiła się. – Z tego co mówili, ona jest przewodniczącą tej komisji gdzie jest i Madelski…
    - Komisja rozwoju regionalnego – znowu podpowiedziałem.
    - Bardzo możliwe – przyznała.
    - Czemu tak dociekasz, coś ci to nazwisko mówi? – zapytała Lidka, wyczuwając moje niezwyczajne emocje.
    - Może nawet mówi… Lidka! Lepiej się nie przyznawaj przy niej, znaczy przy tej pani poseł… że cokolwiek nas łączy. To może być dla ciebie zabójcze…
    - Aż tak?
    - Nie aż tak, a znacznie gorzej. Naprawdę! Możesz się wyłożyć bez mydła. I nie będziesz miała możliwości powrotu. Przykro mi! Ta sprawa jest beznadziejna.
    - Dobrze, że mnie uprzedziłeś, jakby coś, to jesteś moim kierowcą.
    - Mogę być – roześmiałem się.
    - A tak naprawdę, to kim? – zainteresowała się pani Krystyna, spoglądając niepewnie to na mnie, to na Lidkę.
    - Pani Krystyno, to jest mój przyszły szef, proszę go zapamiętać, bo będzie się tutaj panoszył nad jeziorami. Ze Zbyszkiem kiedyś się poznali, chciałam sprawdzić czy Zbyszek nie zapomniał, ale skoro ma gości, to musimy dzisiaj z tego zrezygnować.
    - Zatem witamy pana w Czyżynach! – uśmiechnęła się do mnie.
    - Kłaniam się nisko jeszcze raz, miło panią poznać! – odparłem. – A Lidka przesadza, jak zwykle zresztą. Nie jestem żadnym jej szefem, bardziej znajomym.
    - Pani Krystyno, mówiąc prywatnie, jest to szwagier pani doktor Kierewicz, wybieramy się później do leśniczówki w odwiedziny.
    - Czyli pan jest właściwie nasz, taki swój! – wesoło udawała, że oddycha z ulgą.

    Zaraz też przestała się mną interesować. Widocznie jej ciekawość została zaspokojona. Nieoczekiwanie wpadła na inny pomysł i zwróciła się do Lidki.
    - Może nie będę do niego dzwoniła, tylko wejdę i położę karteczkę, że pani przyjechała…
    - Tak będzie lepiej – zgodziła się Lidka.
    Sekretarka błyskawicznie napisała coś na małym karteluszku, po czym wstała i weszła do gabinetu, zamykając za sobą drzwi. Po kilku sekundach była z powrotem, ale zaraz za nią z gabinetu wyszedł wójt. Od razu też wyciągnął dłoń do Lidki, a kiedy mu podała swoją, bezceremonialnie ją objął.
    - Lidka, eureka! Wygraliśmy! – wołał, całując ją w obydwa policzki. – Projekt nie tylko zaakceptowany, ale mamy też piętnaście procent dodatku! Razem osiemdziesiąt pięć procent dofinansowania! Siedemdziesiąt urzędowych, a piętnaście dodatku za najlepszy projekt w kraju! – stał teraz i w geście euforii podrzucał obydwie ręce w górę. – Chodź do nas, wejdź! Nie spodziewałem się ciebie i nie wiedziałem, że oni przyjadą… wejdź! Muszą cię poznać!
    Obrzucił mnie spojrzeniem i jakby się zawahał …
    - Dzień dobry panu! – skłoniłem głowę.
    - Dzień dobry! – odparł zdziwiony i wyciągnął rękę. – Pan Tomasz, dobrze pamiętam?
    - Bardzo dobrze! – odparłem, ściskając mu dłoń. – Proszę sobie nie przeszkadzać, ja tu jestem dzisiaj w charakterze Lidki kierowcy, nie trzeba się mną zajmować.
    Pokręcił głową, widać było, że ma dylemat, ale obowiązki zwyciężyły. W dodatku Lidka wchodziła już do jego gabinetu.
    - Pani Krysiu! – rzucił jeszcze do sekretarki. – Gdyby nasz gość zażyczył sobie herbatę czy kawę, to proszę częstować!
    - Oczywiście, panie wójcie! Jestem do dyspozycji!
    - Dziękuję! – skinął głową i wszedł do środka, zamykając drzwi.
    Zostałem w sekretariacie sam.

    - Czego się pan napije? – zapytała pani Krystyna.
    - Nie, dziękuję, proszę nie robić sobie kłopotów. Jedziemy z Lidką prosto z hotelu, więc jesteśmy najedzeni i napojeni – wyjaśniłem.
    - Pani Lidka wątpiła, czy pan wójt pana pamięta, ale nie zapomniał! – stwierdziła z niejaką dumą.
    - Też jestem troszeczkę zdziwiony, bo to było… niemal dziewięć lat temu, kiedy się poznaliśmy. Zresztą, u Lidki w domu, na jej imieninach. Pan Zbyszek podrywał wtedy moją żonę, bo jeszcze nie była żoną… wesoło się bawiliśmy! – podsumowałem, nie chcąc wchodzić w szczegóły. Ale to jej wystarczyło, przestała się mnie obawiać.
    - Na pewno było to dawno, bo teraz pan wójt jest bardzo grzeczny, chociaż słyszałam, że kiedyś był nieco inny. Ale ja tu pracuję dopiero szósty rok, więc niczego o tamtych czasach nie wiem. A czemu pani Lidka powiedziała, że pan będzie jej szefem, przecież sama jest prezesem firmy?
    - Firmy miewają czasem radę nadzorczą, która powołuje prezesa, a ja mam być jej szefem. No nic! – westchnąłem. – Nie będę pani przeszkadzał…
    - Ależ wcale mi pan nie przeszkadza! – zaprotestowała.
    - Zawsze to wprowadza zamieszanie – uśmiechnąłem się do niej. – Gdyby Lidka pytała, to proszę przekazać, że będę przy samochodzie, na parkingu. Rozprostuję trochę kości, bo wyjechaliśmy rano, więc siedzenia mam pod dostatkiem.
    - Dobrze, jak pan sobie życzy.
    - Do zobaczenia zatem, miło było panią poznać!
    - Dziękuję, do zobaczenia – odparła, a ja wyszedłem na zewnątrz.

    Miałem ku temu niemałe powody…
  • #100
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Nie chciałem mówić przy sekretarce, ale posłanką, która siedzi teraz w gabinecie u wójta, jest prawdopodobnie nie kto inny, tylko… Anna. Anna Lechowicz. Moja była dziewczyna, jeszcze z czasu studiów. Ta sama Anna, która przed laty, w akademiku, uczyła mnie seksu. Anna, którą permanentnie zdradzałem i którą pozostawiłem kiedyś w swoim pokoju razem z Grażyną, kiedy wydało się, że sypiam z nimi obydwiema na przemian.
    Grażyna nie wybaczyła mi tego do dzisiaj, o czym dowiedziałem się podczas naszego spotkania latem, ale to był mały pikuś. Grażyna była znacznie słabsza psychicznie od Anny i dawała się kształtować bez większego trudu. Podejrzewam, że gdybym nieco pokręcił się przy niej, to i dzisiaj poszłaby ze mną do łóżka.
    A jeszcze zagrywka Dorotki sprawiła, że i tak musiała mnie prosić o pozytywną opinię ich firmowego, inwestycyjnego projektu, co skrzętnie wykorzystałem w lutym, ciągnąc ją wtedy za język. I z tego czego się dowiedziałem wynikało, że Anna zapowiedziała mi zemstę. A jej słów nie należało lekceważyć. To nie Grażyna.

    Od samego początku przewidywałem, że Anna nie daruje mi sposobu, w jakim się rozstaliśmy, oraz samego faktu, że ją zdradzałem. Że ośmieszyłem ją w oczach otoczenia. I nie miało już żadnego znaczenia, że nie ja aranżowałem ich spotkanie z Grażyną, tylko tak się zwyczajnie zdarzyło. Ale to ja byłem tegoż powodem, więc i ja ponosiłem winę. Kobiety takie jak Anna, podobnych sytuacji nie tolerują.
    Zresztą, wcale się jej nie dziwiłem. Kiedy po latach analizowałem całą sytuację, sam nie mogłem znaleźć dla siebie usprawiedliwienia. Co tu ukrywać, cała wina leżała po mojej stronie. Tylko wtedy nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek się spotkamy, więc i możliwość zemsty z jej strony, uważałem za zerową. A tu taka niespodzianka! Życie płata jednak straszne figle…

    Anna była posłanką trzecią już kadencję. Mocno weszła do polityki, chociaż nie brała udziału w harcach na pierwszej linii partyjnych zmagań. Rzadko też występowała publicznie i pewnie dlatego jej nazwisko znalazłem w gazecie dopiero wtedy, kiedy sam zostałem bezrobotnym i z nudów czytywałem gazety od deski do deski. Była to jakaś analiza, w której ze zdumieniem odkryłem, że ma bardzo wysokie notowania wśród dziennikarzy. Chwalili jej kompetencje i zaangażowanie w żmudnych pracach komisji.
    Pewnie dlatego nie zrezygnowano z niej w kolejnych wyborach i teraz została wybrana przewodniczącą komisji. O wszystkim wiedziałem, bo wyszukałem informacje w internecie, jednak nawet przez myśl mi nie przyszło, żeby próbować skorzystać z takiej znajomości. Niczego dobrego nie mogłem się spodziewać z jej strony, a nawet gorzej, o czym pomyślałem właśnie dzisiaj.
    Anna może spróbować storpedować projekt mnie na złość, jeśli się dowie, że w jakiś sposób jestem z nim związany. Do tego była zdolna i według słów Grażyny, a spotkały się kilkakrotnie w ciągu ostatnich lat, jej nienawiść do mnie wcale z czasem nie osłabła. Dlatego też, wolałem żebyśmy nie spotkali się w sekretariacie i nie kojarzyła Lidki ze mną. To się mogło źle skończyć…

    Narada u wójta trwała jeszcze kilkanaście minut, które spędziłem siedząc w aucie. Nie pamiętałem położenia okien gabinetu i nie chciałem żeby mnie ktoś przypadkowo przez nie zobaczył. Dlatego, wbrew własnym słowom skierowanym do pani Krystyny, wcale się nie gimnastykowałem. Siedziałem cicho jak zając pod miedzą i czekałem. No i doczekałem się telefonu od Lidki.
    - Jest pan na dole? – zapytała oschle. Czyli coś się wydarzyło.
    - Tak, czekam w samochodzie.
    - Dobrze, bo schodzimy i jedziemy na obiad.
    - Jestem do pani dyspozycji! – zameldowałem. Lidka przerwała połączenie.
    Po chwili, z drzwi wejściowych urzędu, wyłoniła się grupa notabli, wesoło dyskutujących ze sobą. Jedni przystawali, inni kierowali się w stronę samochodów, ale nie wsiadali, tylko wracali do grupy… Kompletny chaos i pomieszanie. Jednak wśród nich wyróżniało się kilka osób, które w zasadzie opóźniały wyjście, przystając co chwila i dyskutując ze sobą. To była Lidka z wójtem, Anna i jeszcze jeden mężczyzna, którego nie znałem.

    Przyglądałem się jej. W biodrach była chyba jeszcze szersza niż kiedyś, a poza tym niewiele się zmieniła. Owszem, widziałem ją w telewizji, w jakiejś migawce, kilka lat temu, ale to nie to samo. Teraz stała kilkanaście metrów od jeepa i śmiała się rozkosznie wraz z innymi, czyli nastrój panował odpowiedni.
    Wiedziałem, że nie jest w stanie mnie zobaczyć, bo szyby jeepa na to nie pozwalały, dlatego nie krępowałem się w obserwacjach. Te jednak musiałem zakończyć, bo nagle coś tam uzgodnili i szybko rozpierzchli się, niczym stado kur na podwórku, podchodząc do swoich pojazdów. Również Lidka wsiadła do jeepa i od razu zatrzasnęła drzwi.
    - No, cholera! – przywitała mnie, nieprzyzwoitymi słowami. – Ruszaj powoli do hotelu, żeby zdążyli za nami i melduj natychmiast co wiesz!
    - O Annie?
    - Nie, o świętym Michale! Masz szczęście, że mnie uprzedziłeś…
    - Czemu?
    - Tomek! Jak ona usłyszała twoje nazwisko, to aż jej włosy stanęły na głowie. Skąd ty ją znasz?
    - Z łóżka. To jest Anna, moja nauczycielka seksu, moja była dziewczyna, którą kiedyś, jeszcze na studiach, bezczelnie porzuciłem, wystarczy?
    - Ja pierdolę! Jest gdzieś jakaś baba której nie trachałeś?
    - Jest, siedzi obok mnie.

    - I to przez przypadek, bo ci się wtedy nie chciało – zaśmiała się. – Słuchaj, wszystko było w porządku, już byliśmy w sekretariacie i nagle Zbyszek rozejrzał się dookoła i pyta mnie „A gdzie jest ten twój towarzysz, pan Barycki, o ile dobrze pamiętam”. A ta wtedy zamieniła się w słup soli. „Kto?” powiedziała tak dobitnie, że mnie ruszyło. Od razu skojarzyłam z twoimi słowami i musiałam się ratować. Powiedziałam Zbysiowi lekceważąco, że to tylko kierowca i nie Barycki, tylko Borycki, a Krystyna zaraz dodała, że zszedłeś do samochodu. Wtedy zadzwoniłam do ciebie, a pani posłanka wyraźnie odetchnęła, słuchając mojej przemowy, no i wyszliśmy. Ty, nie wiem co, ale coś mi tu śmierdzi.
    - Później ci opowiem, ona nie ma prawa zobaczyć ciebie ze mną, bo wam położy ten projekt na złość mnie. Weź czym prędzej Zbyszka na bok, żeby się nie ważył wspominać mojego nazwiska dopóki nie odjadą.
    - To będzie trudne, bo po obiedzie wszyscy wracamy na naradę.

    - Po co?
    - A po to, że niezadługo zaczyna się kampania wyborcza, rozumiesz? Ta twoja kochanka przyspieszyła prace nad projektem dlatego, żeby decyzje zapadły przed wyborami, ale nie ma niczego za darmo. Chcą teraz wykorzystać ten fakt, zapewniając sobie darmową reklamę przedwyborczą i my musimy się ugiąć.
    Z tego też powodu, po obiedzie zawiozę cię do Justyny i będziesz musiał sam prowadzić rozmowy z dyrektorami Lasów, a ja muszę tu wrócić. Mam nadzieję, że dasz mi samochód?
    - Anna nie jest moja kochanką, nie przesadzaj.
    - Tomek! – warknęła. – Przestań się wygłupiać! W grze są teraz setki milionów złotych! Jeśli to upadnie, przez twoje dawne pieprzenie pani posłanki, to ja ci własnoręcznie oberżnę jaja, rozumiesz?
    - Opanuj się! Skończyłem się z nią pieprzyć ponad dwadzieścia pięć lat temu i nie widzę powodu dla którego miałbym teraz za to odpowiadać. Przedawniło się!
    - Zobaczymy…

    - Ty się ciesz, że cię uprzedziłem, bo mogłoby być gorzej.
    - Słuchaj, Dorota o niej wie?
    - Oczywiście, jeszcze od tych dawnych, niepamiętnych czasów. Nie obawiaj się, w moim życiu nie ma już zdarzeń, których by nie znała.
    - Czekaj, cicho! Zadzwonię do Baśki, żeby w razie o ciebie nie pytała.
    - Ty, a kim jest ten facet, który z wami wyszedł? Z tobą, Zbyszkiem i Anną?
    - Dyrektor jej biura poselskiego, nikt ważny, cicho bądź!
  • #101
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Lidka porozumiała się z Baśką, efektem czego miałem zjeść obiad gdzieś na tyłach kuchni, nie będąc przez nikogo widziany.
    - Ale mnie pani prezes wita w nowej roli! – skomentowałem sytuację, podjeżdżając na parking przed hotelem. – Zamiast przyjmować nowego szefa z fanfarami, to muszę się kryć, niczym nielegalny dostawca towaru…
    - A chcesz? – zastygła w aucie. – Mogę ci sprawić powitanie o jakim marzysz…
    - Idź już, idź! – roześmiałem się. – Weź tylko telefon, bo jadę zaraz na tyły.
    - Dobrze zrobisz – mruknęła. – Zniknij stąd jak najszybciej.
    - Słuchaj wszystkiego uważnie, bom bardzo ciekaw jej postawy. Lidka, a tak naprawdę to nie pamiętasz tej naszej historii?
    Pokręciła przecząco głową.

    - Możesz wierzyć, albo nie, jednak Dorota opowiadała mi wyłącznie o waszych relacjach we dwoje. Do żadnych twoich zwierzeń nie nawiązywała, niczego nie powtarzała, to zostało tylko pomiędzy wami. Owszem, znam to, co wydarzyło się podczas i w okolicach balu, albo to w czym brałam udział częściowo, a wy potem zostawaliście sami, jednak twoje życie znam o tyle, ile mi sam powiedziałeś. Od Doroty niczego w tym zakresie nie wiem.
    - To znowu będę miał ci co opowiadać…
    - Ja też. Na razie bywaj i zaraz odjeżdżaj stąd, żebym nie musiała się tłumaczyć.
    - W porządku.

    Samochody zjeżdżały na parking, notable wysiadali, a ja usłyszawszy tylko trzaśnięcie drzwi, natychmiast ruszyłem i znikłem im z oczu za rogiem hotelu. Podjechałem pod wejście zaopatrzeniowe, zaparkowałem tak, by najmniej przeszkodzić ewentualnym dostawcom i poszedłem znanym już sobie wejściem do biura Barbary. Nie było tu nikogo, ale ktoś tam z personelu dostrzegł obcą osobę i niemal natychmiast postarał się przywołać mnie do porządku.
    - Proszę pana! – usłyszałem za sobą głos, jednak nie zareagowałem. Usiadłem za biurkiem na Baśki krześle i czekałem na pojawienie się delikwenta, bo był to męski głos.
    - Proszę pana! – powtórzył młody człowiek w białej kurtce i czapce. – To jest wejście techniczne i nie wolno tu przebywać osobom niezatrudnionym. Dlatego proszę opuścić to pomieszczenie.
    - Skąd pan wie, że nie jestem zatrudniony? – zapytałem.
    Lekko się zmieszał, ale nie stracił rezonu.
    - Wszyscy nowi pracownicy są przedstawiani pozostałym, a ja pana nie znam.
    - Był pan wtedy na innej zmianie – wyjaśniłem. – A teraz niech pan zechce poprosić tutaj panią Basię, czyli swoją przełożoną, będę panu wdzięczny.
    Przyglądał mi się jeszcze przez kilkanaście sekund, ale ani się nie awanturowałem, ani nie demolowałem niczego i wreszcie się zdecydował. Wybiegł jak oparzony, a po paru minutach wrócił w towarzystwie Baśki.

    - Ty mi tu nie stresuj załogi! – powitała mnie ze śmiechem. – Mam wystarczająco dużo problemów, żeby jeszcze zajmować się leczeniem ich lęków.
    Młody chłopak stał skromniutko przy drzwiach i obserwował sytuację, a widząc, że awantura nie grozi, próbował się wycofać.
    - Halo, halo! Proszę pana! – zawołałem. – Pan pozwoli tutaj.
    Wrócił pełen obaw, co było widać na kilometr. – Basiu, daj temu panu pochwałę za czujność, zachował się właściwie, a ja byłbym zadowolony, gdyby teraz podał mi obiad.
    - Obiad podam ci sama – oznajmiła z uśmiechem. – A ty w zamian opowiesz mi, co znowu nawywijałeś.
    - Skąd takie twierdzenie? Ja byłem grzeczny!
    - Dobrze… chcesz obiad?
    - Dlaczego pytasz?
    - A chcesz?
    - Oczywiście! A od ciebie będzie mi smakował podwójnie.
    - I co, żałujesz mi opowieści?
    - Nie żałuję, nieprawda. Powiem wszystko co tylko zechcesz.
    - Tak należało mówić od początku! – roześmiała się. – Teraz pozwól, że jeszcze na kilka minut odejdę, aby przygotować twoje dania, a potem będę ci towarzyszyła, zgadzasz się?
    - Na wszystko! – uśmiechnąłem się do niej kokieteryjnie. – Będę cierpliwie czekał.

    Nie minęło kilka minut, kiedy na jej zwyczajnym biurku, pojawiła się zastawa na dwie osoby. Czyżby Baśka postanowiła posilić się razem ze mną?
    - Mów mi tu zaraz, co znowu wymyśliłeś.
    - Z czym?
    - Czemu nie jesz obiadu z innymi?
    - Lidka ci nie powiedziała?
    - Oznajmiła jedynie, że tak ma być, a ja to przyjmuję do wiadomości, bo w podobnych sytuacjach nie ma czasu na pytania.
    - Dobrze jest mieć pewne zaplecze… ja ci też dziękuję, jesteś wspaniała!
    - Ty mi tu nie bajeruj!
    - Basiu… czy ja ciebie kiedykolwiek okłamałem?
    - Nie, tego ci nie zarzucam – odpowiedziała spokojnie. – Byłeś aż nadto szczery, nie pozostawiając mi żadnej nadziei.
    - Tym niemniej, nie dworowałem sobie z twoich emocji ani zaangażowania…
    - Przecież powtarzam, że nie czuję się urażona. Nie chciałeś, chemia nie zadziałała, ja wprawdzie myślałam o tym przez jakiś czas, ale sam wiesz co z tego wyszło. Teraz jest już po zawodach, masz czego chciałeś, ja też znalazłam rozwiązanie i przyznam się, że dostaję nawet więcej niż oczekiwałam.

    - Pan Andrzej jest fenomenalny, skąd ty wzięłaś takiego gościa? Ja jestem pod wrażeniem naszej dzisiejszej rozmowy.
    - Skąd? – zaśmiała się. – Ze schroniska dla bezdomnych. Szukał pracy na budowie, szedł, ale dawno nie jadł i odpoczywał, oparty o mój płot. Zabrałam go do domu, nakarmiłam, wykąpałam i tak już został. Wystarcza mi.
    - On jest rewelacyjny!
    - Cieszę się, że go doceniasz, ale wróćmy na ziemię. Opowiadaj co się wydarzyło, bo to nienormalne…
    - Wszystko ci powiem, chociaż nie jest to dla mnie korzystne, bo muszę przedstawić tutaj swoją gorszą stronę.
    - Niby jaką?
    - Taką, związaną z męskim ego. Zaliczyć i zapomnieć, albo coś w tym stylu.
    - Nie rozumiem – zaśmiała się. – Dla mnie jesteś wzorcem wierności, Lidka mi mówiła, że kiedyś spała z tobą i jej nie tknąłeś…
    - To rzeczywiście jest prawdą, spałem nie z nią, a sypialiśmy obok siebie. I mówiąc wulgarnie, nigdy w życiu się nie pieprzyliśmy. A sama wiesz jak się zachowujemy, otoczenie może mieć różne pomysły i domysły.
    - Więc skąd ta dzisiejsza ceremonia?
    - Przecież nie o Lidkę tu chodzi, lecz o panią posłankę.
    - Co ty opowiadasz? A co ty do niej masz?
  • #102
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Basiu… pani posłanka była kiedyś moją dziewczyną, którą niegodnie porzuciłem i dlatego przysięgła mi zemstę, bo… zrobiłem to paskudnie. Ale cóż, ma rację! Do niektórych spraw trzeba dorosnąć, trzeba dystansu… Ja wtedy takowego nie miałem, to było jeszcze za studenckich czasów. Byłem wtedy jeszcze zbyt głupi, żeby traktować to wszystko tak poważnie, jak ona. No i z pewnych źródeł wiem, że nigdy mi tego nie wybaczyła, wręcz przeciwnie.
    Dlatego też, gdyby zobaczyła mnie z Lidką, mogłaby nawet udupić cały projekt za którym Lidka biega. Ja się po prostu usunąłem, żeby nie być zawadą w tych planach. Ot, masz i powód, dlaczego siedzę teraz przy twoim biurku.
    - Ale jaja… – Baśka odezwała się po chwili milczenia. – Tomek, tu nad jeziorem była już jakaś twoja dawna kochanka, czy mi się tylko wydaje?
    - Nie wydaje, przecież była Grażyna.
    - No właśnie, coś sobie przypominam…
    - Tylko nie wiesz, że ona też zna panią posłankę i nie wiesz, jak się obydwie poznały. Otóż spotykając się w moim pokoju akademika…
    - Z obydwiema się umówiłeś?
    - Nie żartuj. Przyszły same. Bez umawiania się. Zawsze tak lawirowałem, żeby to się nie zdarzyło, a jednak nastąpiło! One wtedy obydwie siedziały w pokoju na piętrze, a ja byłem na dole z tą trzecią, czyli moją byłą żoną. No cóż… bywa i tak.

    - Ależ ty jesteś kozak! Nie znałam cię od tej strony.
    - Basiu, to prehistoria. Ja ci opowiadam o czasach kiedy miałem dwadzieścia lat. Chyba przyznasz, że wtedy inaczej się myśli, inaczej zachowuje i inaczej ocenia zachowanie.
    - No tak… ja wtedy też inaczej myślałam…
    - Nie żałowałabyś sobie, gdybyś wiedziała jak to się wszystko potoczy? – zażartowałem.
    - Prawdopodobnie masz rację.
    - Czyli rozumiesz. Niestety, w moim przypadku ma to ponadczasowe konsekwencje, Anna nie zamierza mi przebaczyć, nawet po kilkudziesięciu latach i stąd całe to zamieszanie, oraz różne takie, nietypowe zachowania. Muszę znikać jej z oczu, dopóki Lidka nie będzie miała przyklepanego projektu. A wtedy się ujawnię, niech mnie więcej nie poszukuje.
    - I co, przeprosisz?
    - Żeby to wystarczyło, dawno bym ją przeprosił… nie wiem! Nie wiem co zrobię, ale mam nadzieję, że mi wtedy powie. Wcale nie jest miło wiedzieć po latach, że…
    - Dobrze już dobrze, nie musisz kontynuować – przerwała mi. – Powiedz mi prawdę, zaglądniecie do nas wieczorem?

    - Basiu… przysięgam, że nie wiem. Nie wiem nawet co będzie po obiedzie, a przecież planowaliśmy jechać do Justyny. Lidka zdążyła mi powiedzieć, że u wójta będzie kontynuacja narady na której być musi, a co ustalą przy stole, tego chyba jeszcze nawet i Pan Bóg nie wie.
    - Ależ wy macie zamotany żywot…
    - Prawda? Cóż zrobić, tak było od zawsze, pamiętasz?
    - Oj, pamiętam, pamiętam…
    - Dzień dobry państwu! – inżynier Kuźnik zbliżył się do naszego stołu.
    - Siadaj przy biurku! – Baśka poderwała się i pobiegła do kuchni. Okazało się, że drugie nakrycie było dla niego.
    - Zechce pan się rozgościć – rozglądałem się w poszukiwaniu krzesła, ale znalazł je wcześniej niż ja je zauważyłem. – Przepraszam za warunki polowe, jakoś tak się dzieje…
    - O nic pana nie pytam, ani niczego nie chcę wiedzieć, to nie są moje sprawy – oznajmił pewnym i zdecydowanym głosem.

    - To i dobrze, moim relacjom z Basią też się pan nie dziwi?
    - Nie, absolutnie. W zupełności wystarcza mi to, co o panu wiem od niej.
    - Czyli jest pan w stanie odróżnić prawdziwą, dorosłą przyjaźń, od umizgów na boku…
    - Ależ jestem! – przerwał mi. – Panie dyrektorze, w dodatku czasem też, lepiej jest nie wiedzieć zbyt wiele.
    - Powtarza pan moje młodzieńcze twierdzenia, jednak to chyba tak nie jest. Ja ulokowałem teraz uczucia pod jednym adresem i nie czuję już żadnej potrzeby szukania innego, chociaż wcześniej różnie z tym bywało.
    - Tylko pozazdrościć, chociaż ja zrobiłem to samo. Basia jest dla mnie wszystkim!
    - A dla mnie jest dawną, wspaniałą… – Barbara właśnie podchodziła do nas. – …Chciałbym powiedzieć przyjaciółką, ale to się zaraz ludziom źle kojarzy. Tym niemniej przyjaźnimy się, prawda? – zwróciłem się do niej.
    - Chyba nawet więcej – spojrzała na mnie. – I co ciekawsze, chyba właśnie dlatego, że nigdy ze mną nie spałeś.

    - Bardzo możliwe. Lidka nie zwraca na to uwagi, a przecież z nią też się nigdy nie przespałem. Czy dorosły mężczyzna może przyjaźnić się z dorosłą kobietą, która nie jest jego żoną ani kochanką?
    - To zależy od ich partnerów – odezwał się Andrzej. – Ludzie mogą mieć własne zdanie, ale jeśli ten pierwszy, czy też pierwsza, założą szlaban na kontakty, to będzie „po ptokach”. Żadna bezinteresowna przyjaźń nie przetrwa interesów małżeńskich.
    - Coś w tym jest – potwierdziłem. – No cóż… dobrze nam dywagować… Basiu, ten ich obiad długo jeszcze potrwa?
    - Nie spiesz się, oni mają czas, a ja nie będę ich popędzała.

    - Chciałbym już być w domu…
    - Wcale ci się nie dziwię! Nowa, młoda żona czeka…
    - Nie żartuj. Dorotka jest w Nowym Jorku.
    - Z dziećmi?
    - Nie, chłopcy wyjechali ze szkołą na narty. Właśnie dlatego Lidka wyciągnęła mnie tutaj, bo Romek też poleciał do Ameryki, więc mam nieco luzu w pracy i w domu. Dorotka nie dałaby mi spać poza domem, gdyby była w kraju.
    - To gdzie teraz pracujesz, byłeś ponoć w Moskwie?
    - Byłem, ale od Wielkanocy pracuję w Warszawie. Jestem dyrektorem gabinetu prezesa banku, czyli prawą ręką Dorotki i spędzamy ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę.
    - Ty wiesz, że klapnęłam na podłogę, kiedy Lidka do mnie zadzwoniła i powiedziała, że się oświadczyłeś i zostałeś przyjęty? Zaskoczenie totalne, nie mogłam w to uwierzyć!
    - Ja jeszcze teraz czasami nie mogę w to uwierzyć, nic to!
    - Jakim cudem się dogadaliście, przecież dzieliły was tysiące kilometrów!
    - Oj, tam… Spotykaliśmy się przecież, chociażby na balu…
    - Coś słyszałam, że odbył się bal, ale szczegółów nie znam, tym niemniej to ja wybierałam i organizowałam dostawę ryb! – zaśmiała się.
    - Bal był wspaniały, byłem na nim z moją dotychczasową żoną. Dorotka ją poznała, imprezowaliśmy razem jeszcze w niedzielę i poniedziałek… bardzo sympatyczne dni.

    - A twoja żona o niej wiedziała?
    - Nie, absolutnie! Wtedy nie było nawet mowy o czymkolwiek… Basiu wybacz, nie chcę teraz o tym mówić, to zbyt świeże.
    - Przepraszam, nie chciałam być niegrzeczna. Możesz jednak być pewien, że to o czym mówimy, nie wyjdzie poza te ściany. Ja nie mam przyjaciółek oprócz Lidki, a także zwyczaju paplania i zajmowania się plotkami.
    - Wiem, jednak to są kwestie ostatnich tygodni, jeszcze sam nie spojrzałem na to wszystko z dystansu.
    - A twój związek z panią Dorotą jest już prawny?
    - Nie, ale jest przesądzony. Dorotka bez wahania zameldowała mnie w swoim domu i od wielkanocnego piątku jesteśmy już razem. Chłopcy też się dowiedzieli, że to ja jestem ich tatą, wieczorami bawimy się doskonale, chodzą w Warszawie do amerykańskiej szkoły i tak powoli nasze życie staje się zwyczajne i przewidywalne. Jak każdej rodziny.
    - To gdzie teraz mieszkacie?
    - W dwóch miejscach. Dorotka ma duży dom pod Warszawą, ale tam przyjeżdżamy na weekendy, a cały tydzień spędzamy w służbowym apartamencie, niedaleko banku. Nie da się inaczej, bo z Podkowy tracilibyśmy zbyt dużo czasu na dojazdy. Pani Helena pilnuje nam gospodarstwa…
    - Zadowolona z ciebie?
    - Mam wrażenie, że tak. Ty wiesz coś o tym?
    - Niewiele. Do mnie nigdy niczego nie mówiła, ale widziałam, że za Johnem na pewno nie przepadała.
    - Zostawmy już to, bo go czkawka dopadnie. Niech mu się kariera w Londynie układa jak najlepiej, nie uważam go za wroga. Moja córka była jego asystentką i chwali go jako szefa. Dorotce krzywdy nie zrobił, a że sypiał z nią przez te kilka lat… trudno odmawiać mężowi takich praw. Było i się zakończyło, teraz jest inaczej i mam nadzieję, że już się nie zmieni.
    - Szczerze wam tego życzę!
  • #103
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Nieoczekiwanie, do pomieszczenia weszła Lidka.
    - Dobrego apetytu! – oznajmiła na przywitanie.
    Andrzej poderwał się i zaoferował krzesło, ale położyła dłoń na jego ramieniu.
    - Dziękuję, nie będę siadała, nie mam czasu. Tomek, zapłacisz za te wszystkie dzisiejsze obiady, dobrze?
    - Masz ci los! – roześmiałem się. – Wygonili mnie do kuchni i jeszcze każą płacić!
    - Jesteś najbogatszy z domu, ciebie na to stać – podsumowała. – Baśka, weź tu przynieś terminal, podlicz wszystkie wydatki i przypilnuj, żeby Tomek je zatwierdził.
    - Teraz?
    - Tak, teraz! Tomek, kończ i jedziemy do Justyny. Aha, Basiu! Oni przyjdą tutaj jeszcze na kolację, więc z góry dołóż te wydatki do rachunku.
    - Spać też będą?
    - Nie, bo nie ma miejsc, zarezerwowałam im hotel w Olsztynie, a tam niech się martwią sami. Jutro będą też obradować, ale ja się wymigałam z obecności, więc mam spokój.
    - To ile jest na rachunku? – dopytywałem.
    - Nie marudź! – Lidka się skrzywiła. – Ile by nie było, to i tak jesteś olbrzymie pieniądze do przodu.
    - Ja?
    - Ano, ty też.
    - Ja dziękuję za towarzystwo! – Kuźnik podniósł się z krzesła. – Było mi bardzo miło pana poznać, a teraz wracam do pracy.
    - Mnie również! – podniosłem się, podając mu dłoń. – Cieszę się, że to pan dogląda budowy, jestem pewien, że sam nie zrobiłbym tego lepiej.
    - Dziękuję! Będę się starał nie zawieść pańskiego zaufania.
    - Powodzenia zatem!
    Uścisnęliśmy sobie dłonie, Kuźnik ukłonił się również Lidce, po czym wyszedł.

    - Pojechali już? – zapytałem ją, mając na myśli obiadowych gości.
    - Nie wiem, wychodzili wprawdzie, ale mogą być jeszcze na parkingu. Zbyszka uprzedziłam, wiedzą też że ja się spóźnię, tu już nie powinno być problemów. Zapłać i jedziemy do Justyny.
    - Więc na ile opiewa rachunek, pytam poważnie?
    - Tomek! – skrzywiła się. – Jakie to ma znaczenie? Zrozum, że ja nie mogę zapłacić tego rachunku. Moje konto, a także nazwisko, nie może się zetknąć z tą sprawą w jakimkolwiek momencie, to jest wykluczone. Tak samo jest ze Zbyszkiem, a przecież Liman nie jest instytucją charytatywną.
    - Ktoś może mieć dostęp do takich spraw?
    - Normalnie nie ma, ale należy dmuchać na zimne. Wyjaśnię ci po drodze.
    - Nie mów do mnie „cipo”!
    - Znowu zaczynasz? – spojrzała na mnie skwaszona.

    Na moje nieszczęście wróciła wtedy Baśka z elektronicznym, bezprzewodowym terminalem do kart.
    - Baśka, dołóż mu z kilka tysięcy złotych na zapas, bo mi tu zaczyna brykać.
    - Ja tak nie mogę! – krygowała się. – Nie będzie pokrycia w daniach.
    - Więc podziel to na dwie transakcje, rachunek za obiady i zaliczka na zaś.
    - Chyba, że na trzy? Bo kolacje muszę kasować oddzielnie.
    - Zrób na trzy – zgodziła się Lidka. – Będzie na drugi raz wiedział, żeby mnie nie drażnić.
    - A jeśli nie wstukam PIN-u?
    - To nigdzie nie pojedziesz!
    - Marzę wręcz o tym, chętnie bym się teraz przespał…
    - Z posłanką Anną? – zapytała złośliwie.
    - Sam, jeśli cię to interesuje.
    - Patrz Baśka, a całą drogę mi truł, że chce się przespać ze mną… dawaj tę kasę, bo widzę, że masz obiekcje.
    Lidka przejęła terminal. – Ile było obiadów?
    - Dziewięć.
    - Po ile?
    - Prawie sto pięćdziesiąt złotych.
    - Uuu… drogo u was – skomentowałem.

    - A co myślałeś! Czyli dziesięć razy dwieście pięćdziesiąt… – Lidka mruczała pod nosem. – Plus dziesięć kolacji po sto pięćdziesiąt… plus alkohol dwa tysiące, plus zaliczka na trzeźwienie… razem wyniesie… osiem tysięcy dwieście dwadzieścia złotych. Uwzględniając napiwki… dziewięć tysięcy dwieście, zgadza się panie dyrektorze?
    - Wasza matematyka jest jakaś taka nowoczesna… daj już ten kwit i nie marudź!
    - Daj najpierw kartę.
    - Jeszcze mi jej nie oddałaś.
    - A, rzeczywiście! – roześmiała się i odszukała kartę jeepa w torebce. – Sprytny jesteś! To będzie lepsze niż myślałam! Masz, proszę!
    Umieściła kartę w czytniku i podała mi klawiaturę do wpisania kodu, a kiedy to zrobiłem, poczekała na zatwierdzenie przez system, po czym z zadowoleniem skinęła głową.
    - Widzisz, że nie bolało? Jesteś lżejszy o kilka tysięcy a ja mam problem z głowy.
    - Jaki znowu problem?
    - Zaraz się wszystkiego dowiesz, powoli!

    Zatrzymała jeepa na poboczu, jak tylko ostatnie zabudowania zniknęły za zakrętem. Teraz byliśmy w lesie, gdzie nikt nie mógł nas usłyszeć ani zobaczyć, bo szyby okien nie pozwalały na to obserwatorom, z rzadka przejeżdżających tędy samochodów. Taką miały właściwość, że pozwalały wyłącznie na widoczność jednostronną.
    - Tomek, plany mojego życia zaczynają się właśnie krystalizować. To co ci teraz powiem, jest moją najgłębszą tajemnicą, o której nie wie nawet Romek, nie wiedzą też rodzice…
    - A Dorotka? – przerwałem jej.
    - Dorota je zna, zna założenia, chociaż raczej ogólnie. Nie miała czasu i nie chciała zagłębiać się w szczegóły, pozostawiając wszystko na mojej głowie. Tym niemniej, jest w to dość mocno zaangażowana finansowo i będzie spijać śmietankę razem ze mną. To nasz wspólny projekt, ja go wymyśliłam, a Dorota swoimi pieniędzmi umożliwiła jego realizację. Ryzykowałam niemało, już ci wspominałam, ale opłaciło się!
    - To ten wielki projekt?
    - Tak, właśnie o niego chodzi.
    - Ja dalej nie wiem gdzie tu wasz wielki interes…
    - Dużo jeszcze nie wiesz… Ale przecież pamiętasz moje imieniny i pierwsze spotkanie ze Zbyszkiem?
    - Oczywiście. Omal mi wtedy nie odbił Dorotki!

    - Żeby tylko… słuchaj i nie przerywaj. Ze Zbyszkiem zaczęliśmy potem współpracować. Ojciec niby grał pierwsze skrzypce, ale Zbyszek już wtedy preferował spotkania ze mną. Przy czym wcale nie miał na myśli mnie, tylko Dorotę. Dokładnie tak samo, jak Romek swego czasu. Chcieli trafić do niej poprzez mnie. Nawet kiedy dowiedział się, że wyszła za mąż za Johna, jeszcze ułatwiał mi wszystko z „Limanem”. To również dzięki niemu ten hotel powstał, bo gdyby się uparł na przeszkadzanie, nie dałabym rady. Miał mnóstwo możliwości, do rzucania kłód pod nogi, jednak wręcz sam je usuwał, często na granicy prawa. No i udało się wszystko doprowadzić do końca. Liczył za to na jej specjalne traktowanie, ale kiedy przyjechała, to podziękowała mu zdawkowo na jakimś oficjalnym spotkaniu i to wszystko. A wtedy strasznie się na mnie wkurzył.

    - Dlaczego na ciebie?
    - To nawet trudno wytłumaczyć… wiesz, nie kocha się posłańców złych wiadomości. Mnie nie podrywał chyba ze względu na tatę, ale powoli, powoli, doszliśmy w koleżeńskich kontaktach dość daleko. On znał niemal wszystkie moje plany i problemy z budową, ja poznałam jego poglądy, jego nastawienie w pracy, jego samego i jego żonę… powiem ci też, że od początku dogadywałyśmy się nieźle.
    - I to ona nabruździła?
    - Nie wiem, możliwe, poczekaj. Zbyszek wiedział też, że za budową stoją pieniądze Doroty. Imponowała mu bardzo, ten hotel pozwolił mi zbudować właśnie dla niej, a ja to wszystko zepsułam. Kiedyś nieopatrznie powiedziałam, żeby się nie łudził, bo wtedy gdy była na imieninach, to spała z tobą i że nie ma u niej szans.
    - No fajnie…
  • #104
    Mierzejewski46
    Level 32  
    Doskonałe. To się czyta jednym oddechem. Z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki.
  • #105
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Niestety… moja niewyparzona gęba… Kiedy zrozumiał, że to może być prawdą, zaczął mi piętrzyć przeszkody nawet w codziennym życiu. Na całe szczęście, to był już koniec sezonu. Dorota wyjechała, dom był wolny i wtedy udało mi się go zaprosić na poważną rozmowę we dwoje. Jego żona o niczym nie wiedziała i do dzisiaj chyba nie zna powodu tego spotkania.
    - Spałaś z nim?
    - Tak jak z tobą. Obok. Był tak pijany, że do niczego niezdolny, byłam sprytniejsza.
    - I dogadaliście się?
    - To jest mało powiedziane. Wtedy powstał nasz trwały sojusz, o którym nikt nie wie, ale wielu go wyczuwa. Bo ja mu finansuję wybory, które wygrywa w cuglach, a za to zostaję radną gminy i wiceprzewodniczącą. Nie chcę być szefową, gdyż to oznacza zbyt duże obowiązki, a ja nie mam czasu. W każdym razie, opanowaliśmy władzę i rządzimy wspólnie.
    - I gdzie ten wasz interes?

    - Właśnie… tu się zaczyna cała epopeja. Na tym spotkaniu w domu, Zbyszek zaczął od wielkich pretensji pod moim adresem, że ryzykował dla nas niemało, naginał prawo, żeby się nam udało, a teraz my się cieszymy, a on ma z tego kontrole i drżenie rąk, że mógł gdzieś przesadzić i czekają go problemy. Poza tym, nie ma żadnego zaplecza, partia go nie ceni, nie ma tam przebicia i jego los jest niepewny.
    Natomiast ja miałam już rozpracowany plan, lecz nie mogłam się ujawnić, bo spaliłabym go na panewce. Widziałam szansę tam, gdzie jej nikt jeszcze nie zobaczył, a czas mijał…
    - Co to było?
    - Tereny! Wtedy upadły pegeery, upadł też sąsiedni kombinat i mnóstwo hektarów było do zagospodarowania. Tego było tak dużo, że wszyscy jakby zgłupieli, nie wiedząc co z tym zrobić, bo na hektar to pieniądze by były, ale na kilkanaście tysięcy? Takiej kasy do zamrożenia nie miał nikt, dlatego zapadła cisza.
    - Mów dalej, mów!
    - Kiedy Zbyszek był już zmiękczony, bo początkowo piliśmy równo, naskoczyłam na niego, że nie ma nam czego zazdrościć, tylko niech ruszy łbem! Doroty nie dostanie, ale ma okazję zarobić sam, zrobić kasę dla gminy i jeszcze zapisać się w pamięci potomnych, jako najlepszy gospodarz tego terenu w dziejach, no i wyłożyłam mu swój plan.
    - Jaki? Mów wreszcie!

    - Przecież mówię! Kupimy ziemię od Agencji Terenów Rolnych, bo ona nie ma pomysłu co z nią zrobić, a potem opracujemy plan, jak ją zagospodarować.
    - I to wszystko?
    - Uważasz, że mało?
    - Nie wiem…
    - Tomek… kupowałam tę ziemię po parę tysięcy złotych za hektar i to na raty. Mam ponad sześćset hektarów, z czego większość nad jeziorem Ondyna, ale i nad Omszałym wydębiłam kilkanaście.
    - Ile to teraz warte?
    - Się okaże. Działki nad jeziorem nie zejdą poniżej dwudziestu tysięcy za ar… a ja mam półtora kilometra linii brzegowej…
    - Pieprzysz! To masz więcej kasy niż Dorotka!
    - Nie, to nie tak! – roześmiała się. – Nie ja to mam, a Liman, więc Dorota ma w tym swój niemały udział. Ale jesteśmy bogate, teraz już nie martwię się o nic, sprawa jest przesądzona. Nawet twoja Anna, już nie byłaby teraz w stanie tego zmienić.
    - Na pewno?
    - Na pewno, informacja została dzisiaj ogłoszona, mówili o tym w rozgłośniach ogólnopolskich, zresztą, obejrzymy wieczór dzienniki w telewizji.
    - No poczekaj, a Zbyszek? Co on z tego ma?

    - Widzisz… Zbyszka przekonałam, żeby darował sobie zajmowanie się utrudnianiem mi życia, tylko wziął się za siebie i za gminę. Załatwiłam mu kredyt u Doroty, za który kupił trzydzieści hektarów, gmina zaś przejęła ponad tysiąc…
    - Też na kredyt?
    - Jasne! Niby skąd miał mieć pieniądze? Jako radna gardłowałam tak długo, aż się reszta zgodziła na zadłużenie.
    - Kamikadze…
    - Nie tylko my! – zaśmiała się. – Zwróć uwagę, że kiedy już załatwiliśmy wszystko notarialnie, Zbyszek zrobił rundę wizyt u kolegów, których też namówił na takie inwestycje.
    - I wykupiliście wszystkie grunty?
    - Wszystkie nie, ale te perspektywiczne, to chyba wszystkie. Tylko zauważ, że największymi beneficjentami są i tak gminy jako takie. Dysponują teraz niezwykle atrakcyjnymi terenami, które częściowo mogą przeznaczyć pod budownictwo i sprzedać za niemałe pieniądze, a że ja byłam najszybsza, to mam najlepsze i te najdroższe.
    Mało tego, razem z przyjęciem całego planu, zostały zaakceptowane założenia do planu zagospodarowania przestrzennego i na ich podstawie gminy mogą zacząć wydawanie warunków zagospodarowania działek. Sytuacja się odblokowała i można działać!
    - Nie boisz się, że ktoś to podważy?

    - Boję się. Różne rzeczy bywają, przecież ktoś ciekawski szybko odkryje, że wcześniej kupiłam niemało gruntów. Wprawdzie obok tych atrakcyjnych, również tereny na których niczego zmieniać nie wolno, ale to mi i tak odpowiada. Zrobię tam ścieżki spacerowo – turystyczne. Wiesz, mnie nie są w stanie niczego zrobić, żadne dochodzenia niczego mi nie zarzucą prawnie, bo ja kupiłam te działki przed tym wszystkim. Ale jakiś niesmak wtedy pozostanie.
    W dodatku, przeznaczenie niektórych terenów pod zabudowę letniskową jest lekko dyskusyjne, ekologom nie było to w smak. Tyle, że są to teraz tereny gmin i najwyżej nie osiągną one planowanych dochodów ze sprzedaży.
    - A jeśli ktoś się wkurzy, że najlepsze kąski zostały wcześniej sprzątnięte?
    - Przecież rozreklamowaliśmy to głośno, jako plan współpracy samorządowo – prywatnej! Wcale się z tym nie kryjemy, że ludzie mają tutaj swoje własne, prywatne interesy. Inaczej się nie da, niech ktoś spróbuje. Za co ja zapieprzam przez tyle lat, płacę za pracowników, angażuję swoje kontakty i ryzykuję własnymi pieniędzmi?
    Mówiłam ci, że utopiłam w to trzy miliony, nie licząc kosztów własnych. Proszę bardzo, niech ktoś też zaryzykuje taką kwotę, nie mając pewności jej odzyskania. Dorka robi takie inwestycje na rynku Forex, ale ona to potrafi, ja bym się nie odważyła. I skoro dotychczas też nie było odważnych, a mnie udało się zebrać wszystkich do kupy oraz namówić na wspólne działanie, to chcę też mieć z tego profity, bo czekam na to niemal cztery lata.
    - Ale oni mają więcej niż ty…

    - Ja nie jestem aż tak zachłanna. Poza tym musiałam zostawić gminom jakiś kawałek tortu, bo też musiały mieć perspektywiczną możliwość dzielenia fruktów. Nie zapominaj również, że wszystkich czeka niemało roboty, a Ondyna leży już w większości nie w naszej gminie. Muszę więc dogadywać z wójtem Jackiem, dlatego on też dostał niemało. Też ma teraz czym dysponować.
    - To tam chcesz postawić drugi hotel?
    - Tak. I za dwa tygodnie będę mogła już wystąpić o wydanie warunków zabudowy. Życie jest piękne! A na budowę chyba nawet nie będę zaciągać kredytów, sfinansuję to ze sprzedaży działek. Albo wezmę kredyt, pod zastaw działek, zobaczymy co Dorka na to powie.

    - Czyli pan Zbyszek będzie miał kasę na zbudowanie nowej siedziby…
    - Jasne! Tomek, nie tylko na siedzibę! Ty chyba nie zdajesz sobie sprawy, jakie są czasy. Właśnie teraz trzeba mieć trochę pieniędzy, mówię o gminie, żeby zacząć inwestycję, a dofinansowanie się znajdzie. I o te „trochę” chodzi! Jeśli je znajdziemy, to popchniemy wiele spraw do przodu i to bardzo szybko. Te tereny zostaną uzbrojone, zbudujemy szutrowe drogi dojazdowe i sprzedamy to za ogromne pieniądze! Chętnych nie braknie, nie obawiam się tego, bo głód terenów na Mazurach jest ogromny.
    - A jeśli inni zmałpują wasz projekt i ceny spadną?
    - Niech próbują! – roześmiała się. – Niech się znajdzie druga Lidka, która pije wódkę z wójtami, ma kasę na ich drobne zachcianki, obłaskawia ich żony… żebyś ty wiedział ile zależy w takim przedsięwzięciu od prywatnych, osobistych kontaktów… naprawdę, gdyby nie Zbyszek, to sama nie dałabym rady… – kiwała głową. – Przekonałam go na drugi dzień wtedy, kiedy zasnął w waszej sypialni. Obudził się rano, kompletnie zdziwiony, ja od dawna nie spałam i przygotowałam mu lekarstwa, jak kiedyś tobie Baśka. I tak siedzieliśmy, spoglądając na siebie. Byłam w piżamie, nie ubierałam się celowo, a on był chyba tylko w slipkach, nie sprawdzałam. Jednak kiedy już nawodnił się nieco, zapytałam czy nadal wierzy, że jestem mu wrogiem.
    - I co odpowiedział?
  • #106
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - To nieważne, szczegółów nie pamiętam, ale jego głowę zaprzątały wtedy inne myśli. Po pierwsze nie wrócił do domu, do żony, a po drugie, nie pojawił się w pracy.
    - Czuję, że go ratowałaś…
    - A jakże! Oznajmiłam mu wprost, że przed nią go usprawiedliwię i pojadę także do urzędu, żeby się nie martwili.
    - Zrobiłaś to?
    - Oczywiście! Przeprosiłam Bożenkę, muszę ci powiedzieć, że nie miałam z nią żadnych problemów, była mi bardzo wdzięczna. Zbysiowi nawet później nie wspominała o niczym, a w gminie powiedziałam, że musiał nagle pojechać na delegację i już.
    - I za to się zgodził?
    - Nie, ale doszło do niego, że wojna ze mną niczego mu nie da. Zrobił się bardziej otwarty, argumenty zaczęły do niego docierać i później szybko się dogadaliśmy.
    - Poczekaj, to jaką wartość mają teraz te wasze grunty? Orientacyjnie.
    - Oj tam… jakąś mają, te nad jeziorem ponad sto razy większą, a reszta… się zobaczy! Bo te trzysta hektarów nie jest jednolite. Tak naprawdę, dopiero teraz nadszedł czas na liczenie, przyglądanie się wszystkiemu i szacowanie. Z tym, że jeszcze nie dzisiaj. Dzisiaj mam wielką ochotę się upić, lecz dopóki nie pożegnam gości, nie mam do tego prawa.

    - A wrócisz dzisiaj do Justyny? Ja tam nie chciałbym zostawać…
    - Wrócę, przecież mówię, że na razie nie będę piła, zresztą dajesz mi niezły pretekst do odmowy, bo zostaję bez kierowcy. A ten argument, na szczęście, zamyka usta prowokatorom.
    - Więc co, jedziemy?
    - Nie, opowiedz mi dokładniej o tej Annie.
    - A cóż tu opowiadać? Sypiałem z nią kiedy kończyła studia, a na koniec spotkała się z Grażyną w moim pokoju i wszystko się wydało.
    - Jaką Grażyną?
    - To jest kobieta, z którą rozmawiałem w lecie w restauracji, kiedy weszłaś, pamiętasz? Siedziała przy stoliku z mężem, który przyjeżdża tutaj na golfa.
    - Ach, księgowa z tej firmy gumowej?
    - Tak. Pamiętasz jak po balu Dorotka zmusiła ich do zlecenia mi konsultacji? Miałem wtedy możliwość porozmawiania z nią, okazało się, że z Anną podtrzymuje luźną znajomość. I nie wiem do końca, czy mnie straszyła, czy mówiła prawdę, ale stwierdziła, że jeśli przetnę jej ścieżki, to Anna mnie wykończy. Że nigdy mi tego nie wybaczyła i nie wybaczy.
    W sumie nie wiem czy to prawda, bo oba warianty są możliwe. Mogła koloryzować, żeby mnie postraszyć i cieszyć się zakłopotaniem, ale może być to także prawdą, gdyż Anna to jest taki właśnie typ psychiczny. Bardzo twarda i konsekwentna dziewczyna, trochę jak Dorotka. Zaciśnie zęby i idzie naprzód.
    Na wszelki wypadek dowiedz się czegoś, bo jakoś niewiele informacji można o niej odnaleźć w necie. Na stronach sejmowych zamiast życiorysu jest tylko krótka notka biograficzna jaką uczelnię kończyła, ale to akuratnie wiem od dawna – roześmiałem się. – I o tym co robiła oraz obecnie robi w sejmie. Nie ma natomiast informacji czy jest mężatką, czym zajmuje się jej mąż, ile ma dzieci, czym się zajmuje oprócz posłowania, w ogóle żadnych informacji prywatnych nie ma.

    - Zaprosić ją na któryś weekend do hotelu?
    - Jak najbardziej. Mogę zapłacić za jej pobyt. Słuchaj, a tak naprawdę, to ile kosztował ten ich dzisiejszy obiad?
    - Z tysiąc złotych, raczej nie więcej.
    - To ładnie mnie naciągnęłaś!
    - Trochę musiałam, bo takich sytuacji mam niemało…
    - Myślałem, że te czasy już minęły.
    - Coś ty, wiesz jakie to urzędnicze towarzystwo zrobiło się łase na darmowy obiadek albo kolacyjkę? Niby nie wołają, ale gdy zaproponować, nigdy nie odmawiają. Wszelkiej maści kontrole, inspekcje, przeglądy…
    - Ja bym ich odciął.
    - Tak zrobimy, muszę się tylko zabezpieczyć, Marek robi dokumentację filmową na wszelki wypadek, gdyby zaczęli bruździć, ale gdy skompletuje, wtedy damy im szlaban. Zostaną mi jedynie niektórzy radni i wójtowie, ale za nich zapłacę sama.
    - Radni też?
    - Wstyd mówić, jednak mam kilku takich, co koniecznie chcą ze mną konsultować swoją opinię przed każdym posiedzeniem rady. Musimy ich ze Zbyszkiem wyciąć w najbliższych wyborach.
    - Jedna, wielka korupcja…

    - Nieprawda, nie ma wielkiej. Ci na świecznikach są ostrożni i w zasadzie płacą za siebie. Problemem natomiast są szaraczki, to im się w głowach miesza. Ale skończę z tym.
    - No a dzisiaj posłowie nie płacili za obiad?
    - Nie musieli, gdyż to Zbyszek ich zaprosił i wziął koszty na siebie. Tylko że on nie ma takich możliwości, przecież nie wrzuci konsumpcji w koszty funkcjonowania urzędu. Liczył na mnie i nie mogłam go zawieść. Z nim jest w porządku, on nie przegina, robi tak tylko wtedy kiedy nie ma innego wyjścia.
    - Niech będzie. To co, jedziemy?
    - Tak, telefon miej pod ręką, uprzedzę cię przed przyjazdem.
    - A oni pojadą jeszcze do Warszawy?
    - Nie, mówiłam przecież, że jadą do Olsztyna. Jutro mają omawiać jakieś przygotowania przedwyborcze.

    - Ty, a jak mam rozmawiać z tym leśnym dyrektorem?
    - Tomek, chodzi mi głównie o możliwości skorzystania z tego co oni mają. Jakieś ambony, uroczyska, gdzie można wziąć zapalonego miłośnika błota i czekania, żeby go nadgryzły komary i ucieszył się jakimś widokiem albo nawet samymi odgłosami…
    Może gdzieś chodzą dziki, może inne zwierzęta, nie wiem! Może mają jakieś skupiska rzadkich roślin, jakieś kamienie czy coś innego…
    - Rozumiem, spotkanie sondażowe.
    - Tak. Skoro unormowały się relacje z Justyną, to chciałabym spróbować wzbogacić swoją ofertę, a w zamian mogę im zaoferować to co mogę. Hotel, zabiegi, spa, golf, jezioro, łódki, konie… Ach, nie wiesz pewnie, ośrodek w Czyżynach wejdzie w skład Limana. Zbyt dużo czasu pochłania mi oddzielne zarządzanie, oszczędzę też na kosztach, no i gdy Dorka wróci, musimy pomyśleć o Stefanie. Bo za chwilę wartość jednego udziału w Limanie wzrośnie niebotycznie, trzeba więc wcześniej uporządkować strukturę właścicielską i przekształcimy Limana w spółkę akcyjną. A za niedługo wystawię ją na giełdę, sprzedamy około dwudziestu procent akcji i pomyślimy co dalej. Mam nadzieję, że wtedy nie będę się już szczypać, że nie stać mnie na nowe auto.
    - Jasne… pieniądz robi pieniądz…
    - Tak właśnie jest! Gdyby nie Dorota, nadal biłabym się z myślami, skąd wziąć kasę na spłatę rat za ośrodek nad Omszałym.

    - Jeszcze go nie spłaciłaś?
    - Coś ty, już dawno! – roześmiała się. – Ciekawie to wyszło, bo zapomniałam o jednej racie i przysłali mi wezwanie do natychmiastowej spłaty całego kredytu…
    - Czemu się śmiejesz?
    - Bo tak normalnie, wcześniej nie wolno było mi tego zrobić. Należało najpierw spłacić pełne odsetki, początkowo naliczone za cały okres kredytowania. Ale gdy przysłali wezwanie, to już ich nie mogli naliczyć, więc w sumie byłam do przodu o niemałą kwotę. Dorka wtedy natychmiast uruchomiła mi kredyt pomostowy, zadłużenie pogasiłam po czym wypięłam się na nich, przenosząc rachunek bieżący do banku Solution. Tyle ze mną wygrali. Teraz pewnie plują sobie w brodę, bo firma rośnie, a oni obchodzą się smakiem przez to, że jakiś niedorobiony referent, zamiast do mnie zadzwonić, to napisał wezwanie.
    - A co to za bank?
    - Nasz miejscowy, spółdzielczy. Trochę jest mi to nie na rękę, bo przecież mają placówkę na miejscu, ale wypinam się na nich, mimo że prezes namawia mnie chociażby na subkonto. Pewnie w końcu ulegnę, Markowi i Baśce będzie wygodniej, ale muszę mu pograć na nerwach, żeby na drugi raz pomyślał zanim coś podpisze… O! Zapamiętaj ten zjazd, tutaj się skręca do Justyny.
    - Poczekaj, zatrzymaj się!

    Lidka przystanęła, a potem cofnęła kilka metrów. – Przed tą drogą masz znak, skrzyżowanie z drogą bez pierwszeństwa, a potem drugi z jelonkiem. A tutaj – wskazała na pobocze – masz tablicę o leśniczówce. Nie można się pomylić.
    - Daleko jeszcze?
    - Kilkaset metrów.
    - Drogę mają równiutką – zauważyłem.
    - A za leśniczówką jest zakaz ruchu, oczywiście nie dotyczy pojazdów upoważnionych.
    - Nie zalewa cię krew na te ograniczenia?
    - Zalewa, chcę od dyrektora co najmniej dwie przepustki na te ich drogi. Jedna dla mnie, a druga na okaziciela.
    - Bogdan nie może ich podpisać?
    - Nie wiem, zorientuj się. W święta nie rozmawialiśmy o tym, wolałam nie ruszać takich tematów, zapraszałam tylko Justynę do hotelu na zabiegi.
    - Była już?
    - Nie, nic mi Marek nie mówił, a jest uprzedzony, żeby jej wszystko umożliwić.
    - Czyli mogę ponowić zaproszenie…
    - Oczywiście! Ty nie zapominaj, że to jest Doroty siostra! Chyba widziałeś, że Dorka chce zrobić wszystko, aby ich siostrzane relacje wróciły do normy, więc nawet się nie zastanawiaj.
    - Wiem, pamiętam, nie martw się
  • #107
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    W zieleniejącej ścianie lasu nastąpił nagle mały wyłom i samochód zbliżył się do dużego, piętrowego budynku, stojącego pośród wysokich jesionów. Zbudowany z muru pruskiego, otoczony gęstym, drewnianym płotem, spoglądał w stronę drogi wąskimi, wysokimi oknami, a wykusze na piętrze przypominały niemal strzelnice. Brama wjazdowa była teraz otwarta, a kiedy Lidka w nią wjechała, ujrzałem zwyczajne podwórko, po którym spacerowały leniwie kury, a wśród nich biegał jakiś kundel.
    Całość terenu od południa zamykał spory budynek gospodarczy, do którego od wschodu dostawiono wiatę garażową z kilkoma stanowiskami, a po zachodniej stronie dostrzegłem ogród, sięgający aż za budynek gospodarczy, kiedyś pewnie owocowo – warzywny, ale teraz królowały tu drzewa, kwiaty, trawa i różne, dość egzotyczne rośliny. Niedaleko domu znajdował się też cały zestaw rekreacyjny, pozwalający na wygodny letni odpoczynek, czyli wyłożone kamieniami miejsce na ognisko, murowany grill, drewniany stół z ławami, huśtawka i podobne bajery. Warzyw nie dostrzegłem, nikomu pewnie nie opłacało się ich uprawiać.

    Kundel błyskawicznie zareagował szczekaniem na nasz widok, jednak Kasia, która wybiegła z domu, schwyciła go niemal natychmiast i zamknęła w specjalnym kojcu obok wiaty. Stała teraz i wskazywała nam miejsce postoju.
    Miejsca tutaj nie brakowało, mój jeep był trzecim samochodem przed domem, czwarty osobowy stał pod wiatą, tam też drzemała zielona terenówka Lasów, pewnie służbowy wózek Bogdana i jeszcze coś, czego nie zidentyfikowałem.

    Przywitałem się z Kasią porządnym uściskiem i pocałowaniem w czubek głowy, nie chcąc jej peszyć innymi formami. Miała już figurę kobiety i nie miałem pojęcia czy mogę sobie pozwolić na większe z nią poufałości, by sobie źle nie pomyślała o powitaniu przez nowego wujka, który tak niedawno się objawił. Wystarczająco się mnie krępowała, kiedy na powitanie w Podkowie opowiedziałem jej, jak to wiele lat temu oblała mnie sokiem, dzięki czemu rozpoczęła się nasza epopeja z Dorotką. Miałem nadzieję, że na własnych śmieciach będzie bardziej naturalna.
    - Dzień dobry! Ależ macie tu sielskie życie! – zachwycałem się, rozglądając dookoła. – Tylko pomarzyć o takim spokoju!
    - Dzień dobry! Wujku, nawet spokoju można mieć dość. Ja wolałabym miasto, zwyczajne kino i dyskoteki na przykład…
    - Normalna dziewczyna – posumowała ją Lidka, które wyszła już z auta. – Witaj, Kasiu! A ty nie w szkole?
    - Ja dojeżdżam, tata mnie codziennie przywozi.
    - Czyli już jest w domu?
    - Tak, proszę! Są wszyscy.

    Zabrałem z bagażnika dyplomatyczne prezenty, czyli kwiaty dla Justyny, które wyjąłem ze specjalnego termosu, oraz butelkę whisky i cygara dla Bogdana, po czym weszliśmy do środka. Resztę prezentów, te wybrane przez Dorotkę, postanowiłem wręczyć im przy odjeździe, aby nie powstała niezręczna sytuacja, związana z obecnością dyrektora. Być może nie chcieliby, żeby on o tym wiedział, a poza tym, dla niego niczego nie miałem, mogłoby wszystko trochę głupio wypaść.
    Zaraz też przy drzwiach natknęliśmy się na Justynę, która właśnie wychodziła do drzwi.
    - Witajcie w naszych skromnych progach! Proszę! – wołała i szerokim gestem dłoni zapraszała do wejścia.
    Wręczyłem jej kwiaty, uścisnąłem dłoń, a potem poufałym gestem przyciągnąłem ją całą do siebie i wycałowałem w policzki.
    - Ech, szwagierka, ciągle laska…
    - Nie przymilaj się, masz tam w domu młodszą! – chichotała zadowolona i niezmieszana, po czym przywitała się z Lidką.
    - Opuściła mnie i poleciała do Niujorku, muszę chociaż na ciebie spojrzeć, bo tęsknię okrutnie…
    - Dobrze, dobrze, już nie udawaj. Widziałam jak pijecie sobie z dzióbków niczym ptaszki!

    Następnie przywitaliśmy się z Bogdanem, który też do nas wyszedł, wręczyłem mu prezent i zaraz obydwoje zaprosili nas na pokoje.
    - Kłaniam się panu! – Lidka nie czekała na prezentacje i sama podeszła do mężczyzny, który wstał na jej widok.
    - Lidia Dalerska – przedstawiła się.
    - To jest właśnie pani prezes spółki Liman – zdążyła dodać Justyna.
    - Miło panią poznać, Tobiasz Zaremba – przedstawił się, a Bogdan dodał. – Mój szef, czyli pan dyrektor okręgowy Lasów. A to, panie dyrektorze, jest mój nowy, przyszły szwagier…
    - Tomasz Barycki – przedstawiłem się.
    - Miło pana poznać! Ponoć Bogdan wlepił panu kiedyś mandat za jazdę po leśnej drodze…
    - Ma u mnie za to przechlapane – odparłem ze śmiechem. – Odroczyłem mu jednak retorsje, bo obiecał się poprawić więc pewnie zastosuję nawet amnestię…
    - Siadajcie, proszę! – krzątała się Justyna. – Pewnie jesteście głodni?
    - Nie żartuj nawet! Nie rób sobie kłopotów – zawołała Lidka. – Po pierwsze, my jesteśmy po obiedzie, a po drugie, wyszła mało przyjemna dla mnie sytuacja, za którą bardzo przepraszam, no i muszę wracać z powrotem. Przywiozłam Tomka, bo przecież nie znał drogi, ale tak się dzisiaj złożyło…
    - Co się stało? – Justyna zaniepokoiła się nie na żarty.

    - Nic strasznego, po prostu przyjechała do naszej gminy poselska delegacja na dość wysokim szczeblu. Niezapowiedziani, zrobili nam wszystkim taki numer…
    - Kto taki? – zainteresował się dyrektor.
    - Pani posłanka Lechowicz, przewodnicząca komisji rozwoju i nasz poseł Madelski. Poza tym mamy też starostę i wicemarszałka województwa.
    - A cóż to za zlot?
    - To jest właśnie przyczyną tego, że nie może mnie tam nie być. Otóż nasz międzygminny projekt zintegrowanego rozwoju został zaakceptowany przez wszystkich świętych i delegacja przyjechała właśnie dlatego, żeby nam to oznajmić. Ja pana bardzo przepraszam, jestem również wiceprzewodniczącą rady gminy i naprawdę nie mogę zostać! Proszę mi wybaczyć, zdaję sobie sprawę, że to ja prosiłam Bogdana o możliwość spotkanie z panem…
    - No cóż, trudno! – przerwał jej. – Przecież świat się dzisiaj nie kończy, mam nadzieję, że jeszcze parę dni nam zostaje.
    - Jeśli sytuacja pozwoli, to przyjadę jeszcze dzisiaj…
    - A jeśli pan to zaakceptuje, ja zastąpię Lidkę w rozmowach – wtrąciłem.
    - Pan też z tej firmy?
    - Nie, ale znam tematykę, wszystko panu wyjaśnię.
    - Porozmawiać można zawsze, tym bardziej z Bogdana szwagrem…
    - Pozwolę więc sobie, jeszcze dzisiaj zaglądnąć tutaj, Justynka, nie masz nic przeciwko? – Lidka nie zwracała uwagi na moje słowa.
    - Nie bądź niepoważna, oczywiście, że możesz! Zawsze i wszędzie!
    - Więc na razie się nie żegnam, tylko do zobaczenia!
    - Owocnych obrad z Anną! – mrugnąłem do niej.
  • #108
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Gdzie macie dzieci? – zapytałem Justynę, kiedy zamieszanie się skończyło i usiedliśmy znowu.
    - Kasia jest pewnie u siebie, a chłopcy pobiegli gdzieś z psami. U nas życie wygląda trochę inaczej niż w waszej samotni, basenu nie mamy, za to lasy wokół, więc chłopaki nie mogą się lasu bać. Psy natomiast nie dadzą im zrobić krzywdy.
    - Układane?
    - Oczywiście, innych nie wypuściłbym do lasu – wyjaśnił Bogdan.
    - Gdzie masz Dorotę? Czemu nie przyjechaliście razem? – Justynę interesował inny temat. – Kawę, herbatę? – zapytała wstając, ale czekała na moją odpowiedź.
    - Kawę poproszę, a Dorotka poleciała służbowo, na dwa dni. W sobotę powinna wrócić, a najpóźniej w niedzielę.
    - Ty, coś mi tato mówił o jakiejś dziewczynce, którą jakoby miała zabrać do kliniki w Nowym Jorku – Justyna nie odchodziła i niespiesznie ustawiała na stole nakrycie.

    Musiałem opowiedzieć im całą historię o Letycji. Justyna przycupnęła na krześle obok, słuchała uważnie i tylko czasem potakiwała głową, kiedy wymieniałem nazwiska, albo miejsca czy też sytuacje związane z naszym pobytem w ich domu, wizytą w szkole i późniejszymi działaniami Dorotki. Rzadko mi przerywała, właściwie tylko półsłówkami, czasem o coś zapytała, panowie natomiast zachowywali milczenie.
    - Przeproś panów i chodź ze mną do kuchni na minutkę – poprosiła podnosząc się z krzesła, kiedy zakończyłem relację. – Panie dyrektorze, to tylko chwilka… – uśmiechnęła się do niego.
    - Ależ pani Justyno, proszę bardzo! – padła odpowiedź. Wstałem wtedy i przeprosiwszy panów, poszedłem za nią.

    - Ty wolisz z ekspresu o ile pamiętam – bardziej stwierdziła niż zapytała, jeszcze po drodze, a kiedy potwierdziłem, już bezceremonialnie zapytała. – Opowiadaj jak wam poszło z mamą, nie chciałam żeby on tego słuchał – wskazała wzrokiem drzwi. – To rodzinne sprawy.
    - No cóż… – zacząłem kwaśno, a potem w dużym skrócie, bo jak inaczej, opowiedziałem jej całą sytuację i jej przebieg.
    - Nie wiem, sama już tego nie rozumiem. Mama zamknęła się również przede mną, od czasu kiedy zadzwoniłam do niej od was i opowiedziałam, że Dorota się odnalazła i jest w Polsce. Dzwoniłam od świąt jeszcze kilka razy, owszem rozmawia ze mną o wszystkim, pyta o dzieci, o nasze życie, ale wasz temat jest tabu. Milknie wtedy albo udaje, że nie zrozumiała i opowiada coś innego tak, że niczego nie mogę z niej wydobyć. Pojechać do niej nie mam jak, w najbliższym czasie na to się nie zanosi, a ona przyjechać tutaj nie chce. Próbowałam, ale nie potrafię Dorocie pomóc.
    - Tak samo wasz tato rozkładał ręce, nie wiedząc co robić. Nic to, my na razie musimy zająć się organizowaniem naszego, codziennego życia, bo wpadliśmy w niesamowity kierat…

    - Ej, przesadzasz, wy przynajmniej macie inne możliwości.
    - Jakie możliwości, o czym ty mówisz? Justynka, obydwoje mamy nową pracę i żeby ją ogarnąć, to trzeba się postarać, bo na rutynie pojechać się nie da, gdyż jej nie ma! Wszystko nowe, wszystko świeże… Dodaj jeszcze do tego przeprowadzkę, nową szkołę dla dzieci… mało jeszcze? Całość życia musimy organizować od zera, a tu się jeszcze trafiają różne przyległości… Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę z tego, ile czasu poświęciła Dorotka tej Letycji? O pieniądzach nie wspominam, bo dla Dorotki to niewiele, ale czas!
    Teraz ja, urwałem się z banku żeby zapoznać się z naszą budową nad jeziorem, bo Dorotka chce to zepchnąć na mnie, gdyż sama będzie miała coraz więcej obowiązków. Jesteśmy bardzo zapracowanymi ludźmi, aż się nie chce wierzyć.
    - No i po co to wam? Nie macie już pieniędzy?
    - Przecież nie o to chodzi, słyszałaś przecież, że byłem bezrobotnym kiedy się poznaliśmy. Ja wiem jak się człowiek wtedy czuje…
    - Justyna, Tomek!... – Bogdan zajrzał do nas, wyraźnie zdegustowany.
    - Już, już! Idziemy! – dostała nagle wigoru. Ja tak samo schwyciłem filiżankę i ruszyłem do drzwi.
    W międzyczasie okazało się, że Bogdan wyjął prezenty z torebki i obydwaj panowie żywo zainteresowali się pudełkiem cygar.

    - Tomek, musisz mi jeszcze raz pokazać jak się to obcina, bo nie pamiętam! – Bogdan był rozbrajający. – A tak w ogóle, napijesz się czegoś?
    - Nie, dziękuję, wieczorem będę musiał jechać. Natomiast mam propozycję abyśmy zeszli na dół, usiądziemy na twoich ławach ogrodowych i tam zapalimy cygara, może tak być? Takie ciepło dzisiaj, piękny wieczór…
    - Czemu nie! – dyrektor był zgodny, a wtedy zapadła decyzja. Bogdan zabrał cygara i wyszliśmy na zewnątrz.
    Pięknie tu było. Las nam grał całą gamą różnorodnych dźwięków, a ogród zaczynał rozkwitać. Wiosna prezentowała tutaj swoje najprzyjemniejsze oblicze.
    Objaśniłem im całą obsługę i ceremoniał, nie kryjąc wcale, że nie jestem taki mądry i sam poznałem to zaledwie trzy miesiące wcześniej. A kiedy wypuściliśmy pierwsze kłęby dymu, Justyna dostarczyła nam kawę i drobną przekąskę.
    - Zapalisz? – zapytałem.
    - Dorota pali? – odpowiedziała pytaniem, siadając obok.
    - Coś ty, mowy nie ma.
    - To i ja sobie daruję. Wiesz Tomek? Dużo o was myślałam od świąt. Jak się wam to wszystko ułożyło teraz? Gdzie mieszkacie?

    - Kołowrót straszny… Mieszkamy natomiast w Warszawie, w apartamencie niezbyt daleko od banku i tylko na weekendy wracamy do domu. Inaczej się nie da, bo tracilibyśmy jeszcze około dwóch godzin na dobę. Chłopcy już się w szkole zadomowili, z tym akuratnie nie było większych problemów.
    - A jak w pracy? Wszystko według zamierzeń?
    - Tak, powoli wszystko się normalizuje. Przede wszystkim dla Dorotki to nie jest miejsce obce, a i ja znałem wcześniej kilka osób, z którymi teraz współpracuję. Dość wygodny układ.
    - Przepraszam, a co to za praca, jeśli to nie sekret? – zapytał flegmatycznie Zaremba.
    - Pracuję w banku Solution, zostałem niedawna dyrektorem gabinetu prezesa zarządu.
    - O! To chyba niezła posada – bardziej stwierdził niż zapytał.
    - Tak, szczególnie wtedy, gdy z prezesem dzieli się jeszcze łóżko po pracy! – roześmiała się Justyna, przerywając nasz dialog.
    Zaremba cofnął się nieco na ogrodowym krześle, a oczy powiększyły mu się dwukrotnie.
    - Szefie, prezesem jest właśnie Dorota, siostra mojej żony – wyjaśnił, śmiejąc się, Bogdan. – Dlatego też, brzmi to nieco śmiesznie, ale sytuacja jest jak najbardziej prawdziwa – kontynuował.
    - Jakoś, początkowo, nieswojo się poczułem… – przyznał, spoglądając to na mnie, to na niego. – Chętnie bym się czegoś teraz napił i już żałuję, że nie wziąłem kierowcy. Biez wodki etawo nie razbieriosz!

    - Przecież może pan u nas zostać, jaki problem? – Justyna nie miała obiekcji. – Mamy pokoje gościnne, bylibyśmy radzi, gdyby skorzystał pan z zaproszenia.
    - Tylko nie wiem, co na to moja żona.
    - Następnym razem proszę zabrać również żonę! A co, paniom to się już nic nie należy? Ja do niej zadzwonię, jeśli pan pozwoli, a ty Tomek przecież masz kierowcę. Nie odmówisz mi chyba, prawda? – prowokowała.
    - Niech stracę. Lidka mnie zabije, ale nie odmówię. Natomiast jeśli miałbym jakiś wybór, to poproszę o żubrówkę, mogę?
    - Swój człowiek! – skomentował Bogdan z uśmiechem, podnosząc się z miejsca.
    - Chodź, pomożesz mi. Przepraszamy na chwilę! – Justyna również wstała i obydwoje ruszyli w stronę domu.
  • #109
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Pięknie tutaj, prawie jak u nas nad jeziorem, chociaż to nieco inne klimaty – zagaiłem rozmowę, gdyż Zaremba milczał.
    - O jakim jeziorze pan mówi? – zainteresował się.
    - Takie malutkie, na uboczu od wsi Pokrzywno. Miejscowi nazywają go Wylewa. Łączy się z Omszałym maleńkim przesmykiem.
    - Nie znam, niestety, a co pana z nim wiąże?
    - Bardzo dużo. To jest właśnie główny temat rozmowy, którą miała zamiar przeprowadzić z panem Lidka.
    - Czyli pani Dalerska?
    - Tak, przepraszam! – roześmiałem się. – Znamy się od tak dawna, że ja o niej nie myślę jako o pani prezes, coraz poważniejszej i z każdym rokiem większej firmy, lecz tak zwyczajnie, jak o dobrej znajomej. To jest koleżanka mojej żony… Przyszłej żony, żeby być w zgodzie z faktami. Dorotka jeszcze nie jest formalnie moją żoną, jednak to nastąpi wcześniej albo później. Jak pan widzi, sytuacja jest na pozór mocno skomplikowana, ale to złudzenie, wszystko jest na dobrej drodze i wszystko się z czasem unormuje.

    - Powiedzmy, że rozumiem zależności prywatne, natomiast proszę mi powiedzieć, jaki jest pana związek z samą firmą Liman.
    - Tu dochodzimy do sedna. Zacznijmy od tego, że spółka Liman ma kilku udziałowców, ale większościowy pakiet jest własnością mojej przyszłej żony. I Lidka jest prezesem zarządu z jej nadania, chociaż sama również ma niemałe udziały. Natomiast ja w tej spółce mam być, po przekształceniach, szefem rady nadzorczej. Tym niemniej już dzisiaj jestem reprezentantem mojej Dorotki. Mówię panu o tym otwarcie, żeby nie było nieporozumień.
    - I czego państwo oczekujecie? Na czym wam zależy, bo przyznam się, że przyjąłem zaproszenie Bogdana z pewnym niedowierzaniem. Chyba się pan nie dziwi, że prywatnie jesteśmy po imieniu.
    - Nie, skądże.
    - Bogdan też nie potrafił mi tego wyjaśnić i tak naprawdę, jestem w kropce.
    - Ależ tu nie ma niczego podejrzliwego, ani naruszającego prawo. Liman jest spółką nastawioną na obsługę turystów z kasą, takich turystów nietypowych, którzy mają różne zachcianki. I byłoby bardzo dobrze, gdyby nasz hotel był ich bazą, a możliwości spędzania dni były jak najszersze.
    Na razie oferuje strzelaninę na farby, grę w golfa, jazdę konną, zaplecze sportowe, spa, zabiegi wodno – lecznicze i kosmetyczne, ale przecież można by rozszerzyć ofertę. Lasy mają przecież możliwość udostępnienia takim niewielkim grupom czy też pojedynczym osobom, obserwację zwierzyny, może jakieś skupiska roślin, może miejsca ciekawe samym swoim urokiem, jakieś strumyczki, wodospady… nie wiem! Pan to na pewno lepiej zna, przecież macie również swoich turystów…

    - Mamy, udostępniamy i nie bardzo wiem, co by to nam dało, gdybyśmy wpuścili do lasu w takie miejsca tłumy.
    - A kto mówi o tłumach? To ma być oferta dla wybranych, może nawet z przewodnikiem. Tylko wtedy musielibyście państwo przygotować ofertę profesjonalną.
    - I co z tego będziemy mieć?
    - Kwestia umowy. Oferujecie swoim turystom na przykład spa?
    - Nie, ale mamy miejsca noclegowe w lesie.
    - Więc wymieńmy się naszą ofertą! My wam podeślemy amatorów leśnych wrażeń, a wy skierujecie do nas waszych. Kiedy już się nasycą czystą naturą, to u nas przejdą do etapu adaptacji w kierunku codzienności. Zabiegi kosmetyczne, wędkarstwo, jazda konna i tak dalej.
    - No… mogłoby to być, może i ma pan rację… Bogdan co o tym myślisz?

    Od jakiegoś czasu Justyna, przy pomocy Bogdana, nakrywała stół i obydwoje od czasu do czasu przysłuchiwali się rozmowie.
    - Na pewno załatwilibyśmy przy tym sprawy edukacyjne, bo pani prezes Lidia może nam bez trudu zorganizować szkoły w gminie i to w niejednej.
    - To już coś.
    - A reszta zabiegów się nie liczy? – zawołałem. – Przecież tu w grę wchodzą miłośnicy, a nie szkodnicy. Ludzie dla których jest to pasją, którzy cierpią niewygody, byle by coś zobaczyć, usłyszeć, albo i przeżyć. Nie trzeba wam takiej reklamy? Przecież to bardzo pozytywny wizerunek.
    - Tomek, wszystko pięknie, ale liczą się koszty – zastopował mnie Bogdan.
    - Dajże spokój, jakie koszty? Kto chce od was jakichś kosztów? Nic podobnego!
    - Czyli jak sobie pan to wyobraża? – zwrócił się do mnie dyrektor.
    - A tak zwyczajnie! – odpaliłem, bo mnie lekko zdenerwował. – Wystarczy, że ujawnicie nam swoje ciekawe miejsca, pozwolicie wyszkolić przewodnika a potem dojechać blisko autem i tyle. My weźmiemy na siebie dbałość o dotrzymanie wymaganych standardów i utrzymanie porządku. Gdzie tu wasze koszty?

    - A co my będziemy z tego mieć?
    - Ciągle to samo…
    - Pan mnie źle zrozumiał. Ja nie domagam się łapówki, lecz pytam co będą z tego mieć Lasy? Jaka będzie korzyść dla mojej firmy?
    - Woli pan chaotycznych amatorów i zatrudnianie tłumu strażników? Przecież jeśli postawi się na drodze szlaban, to ludzie ominą go bokiem. Mało macie z tym problemów? Po co Bogdan się awanturował i wlepił mi mandat? Gdyby była taka możliwość, to poczekałbym grzecznie, wykupił bilet i obejrzał wszystko jak należy.
    Wy nie macie i nie będziecie mieć nigdy wystarczającej liczby strażników, żeby przypilnować wszystkiego. I amatorzy mogą wam pomóc! Zaangażowani amatorzy, idealiści, którzy sami niczego nie zepsują i jeszcze przypilnują innych, w imię swojej idei. My nie zamierzamy wypychać tam nikogo na siłę, lecz udostępnić możliwość tym, którzy tego bardzo chcą. I to wam powinno na nich zależeć. Bo oni są waszymi sprzymierzeńcami, a nie wrogami, wy natomiast traktujecie wszystkich pod linijkę, sztampowo, nie nasz, to wara! Wara od drogi, wara od wiedzy, wara od obserwacji…
    - Spokojnie, spokojnie! Tomek… chyba się zbytnio zapaliłeś! – przerwał mi Bogdan. – Jest żubrówka według twoich życzeń, proszę! – uniósł kieliszek.

    Spojrzałem dokoła. Justyna mu towarzyszyła, dyrektor też nie odmawiał… nie było wyjścia. Wypiłem, ale wciąż byłem nastawiony bojowo i zaraz obróciłem się do Bogdana.
    - Niekoniecznie, nie zapaliłem się. Tylko cały ten wasz świat, jest dość hermetyczny. Macie państwową firmę, która jest ponad wszystko, macie klan myśliwych, którego nic nie jest w stanie pokonać…
    - A ty nie jesteś myśliwym? – przerwał mi.
    - Ja? – roześmiałem się na głos. – Kiedyś omal nie zostałem, ale to dawne dzieje.
    - Spokojnie, ja pytam poważnie. Podpisuj tu zaraz kwity, przyjmę cię na staż kandydacki.
    - Mnie? Daruj sobie! – zaśmiałem się – Wprawdzie kiedyś w Rosji zapraszali mnie na polowanie w Archangielskoj obłasti, ale uznałem że jest tam za zimno. Poza tym nie lubię strzelać.
    - A kto ci każe strzelać? To bardziej zabawa i ceremoniał, ale to się bardzo liczy. Czytaj i podpisuj! – podsunął mi pod nos jakieś papiery.
    - Co to jest?

    - Słuchaj, wypij jeszcze jednego… – podsunął mi kieliszek – … A teraz wypełnij wniosek i podpisuj. Szwagier, ja ci dobrze radzę!
    - Ile to kosztuje?
    - Grosze, stać cię na to, nie przejmuj się. Naprawdę, nie podsuwam ci niczego złego, uwierz mi!
    - Dobrze, w takim razie pokazuj mi co i gdzie mam pisać…

    I tak zostałem stażystą – kandydatem w kole łowieckim.

    - Teraz możemy już porozmawiać jak w rodzinie! – roześmiał się Zaremba, gdy Bogdan poskładał i zabrał podpisane przeze mnie dokumenty. – Jak pan sobie wyobraża taką współpracę pomiędzy nami i prywatną spółką?
    - Zwyczajnie. Podpisuje się ramową umowę o współpracy, ubarwiając ją w piękne deklaracje o edukacji, szkoleniu, poznawaniu i te de. A na jej podstawie realizowane są konkretne projekty, w których obydwie strony rozliczają się normalnie i to wszystko.
    - Więc po co umowa?

    - A po to, żeby nam jakiś pan gajowy albo i leśniczy nie stanął nagle okoniem, bo on w swojej zagrodzie nie lubi obcych, na przykład. Mamy papier, że działamy w ramach porozumienia i on wtedy nie ma lęku przy uzgadnianiu szczegółów. Przecież nie będziemy pana angażować do każdej głupoty, którą zgłoszą nam goście.
    Poza tym, oczekiwałbym, że wasze służby podpowiedzą nam, co macie ciekawego i same nakierują na określone trasy. A może zabierzecie się za oznaczenie dostępnych szlaków pieszych, tak jak w górach? Może podpowiemy wam coś innego w przyszłości? Możliwości jest wiele…
    Jeszcze jedno muszę panu powiedzieć. To spotkanie, na które musiała wyjechać Lidka, przepraszam, pani prezes Dalerska, oznacza, że projekt zintegrowanego rozwoju gmin został zaakceptowany. Wszedł w stadium szczegółowego opracowania i będzie realizowany. Ja go nie znam dokładnie, ale tam są też jakieś fragmenty dotyczące Lasów, więc współpraca jest i tak nieunikniona, a jak będzie wyglądała, to się okaże.
  • #110
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Ale pan jest natchniony! – uśmiechnął się. – Tak w sumie, to ja się z tym zgadzam, bo takie działania są nam potrzebne, kwestią zasadniczą jest natomiast to, aby jakiś dyletant nie narobił szkód.
    - Przecież to można w umowie zastrzec.
    - Zgadzam się z panem, można, rozumiem też, że mam do czynienia z ludźmi bardzo świadomymi, kreatywnymi i odpowiedzialnymi. Dlatego podpiszemy taką umowę, kwestią natomiast pozostaje jej treść. Bogdan, ty będziesz odpowiedzialny za ostateczny kształt porozumienia. Uruchomisz wydział organizacyjno-prawny żeby wydelegowali kogoś do opracowania tekstu w porozumieniu z partnerami i jedziemy! Wolałbym nawet, żeby takie coś podpisać w miarę szybko, powiedzmy, że nie później niż za miesiąc. Może być? – spojrzał na mnie.
    - Sądzę że to dobra decyzja. Nam zależy na trwałości działania i rozszerzania profilu usług, a to oznacza brak tolerowania złych zachowań, co jest zgodne i z waszymi wymaganiami. Ta oferta nie ma być przeznaczona dla tłumów, lecz dla koneserów. I niech tak zostanie.
    - Słusznie, czyli nadajemy na tej samej fali. Odkąd został pan kandydatem na myśliwego, od razu pana inaczej rozumiem! – roześmiał się na cały głos.

    - A tak naprawdę, jakie to ma znaczenie? – zapytałem naiwnie.
    - Oj, Tomek… teraz jesteś nasz! – wyjaśnił Bogdan. – Niczym legionista, kolegom ze służby należy pomagać! Tylko jest taki warunek, na umowie musi znaleźć się również twój podpis. Zadbaj, żebyś miał tam jakieś umocowanie prawne, nieważne stanowisko, ale sama parafka Lidki to będzie za mało.
    - Aż taki zakon? – zdziwiłem się.
    - Dużo jeszcze nie wiesz.
    - W porządku, a do kogo mam pisać podanie o przepustkę na leśne drogi?
    - Do mnie! – roześmiał się na głos. – Teraz ci się już należy organizacyjnie, nie musisz nawet prosić.
    - Jak to? Dlaczego?
    - Ktoś musi zwierzynę dokarmiać! I to jest zadanie stażystów, dlatego dostają przepustkę z automatu, żeby mogli poznać las, drogi i dróżki dojazdowe, żeby się później nie zgubili w lesie.

    - No i masz piękny przykład ekspedycji zimowej dla kilkorga turystów. Bierze sobie taki stażysta kilka osób, zawożą te wiktuały dla zwierzyny na miejsce, turyści są wniebowzięci, a przecież las nie poniósł żadnej szkody.
    - Tak też zrobimy – odezwał się dyrektor. – Przedstawcie nam wasze propozycje, my pomyślimy o swoich… Prawdą jest, że można sprzedawać banalne zajęcia, przecież w zasadzie nikt obcy ich nie zna.
    - A my możemy rewanżować się hotelem, golfem, rybami…
    - O tym też pomyślę – uśmiechnął się. – Panie dyrektorze, uważam, że dogadaliśmy się! – wyciągnął do mnie rękę. A ja ją pochwyciłem i uściskałem.
    - Zupełnie się z panem zgadzam. Bogdan, dołącz do porozumienia!
    - Gdybyś nie podpisał akcesu, to miałbyś figę! – schwycił nasz dłonie i uśmiechnął się do mnie. – Tylko teraz masz przyjechać tutaj, kiedy wyślę ci sygnał, bo inaczej nie zaliczę ci stażu. No i obowiązkowo musimy to teraz oblać!
    Kolejne kieliszki zostały opróżnione.

    - Wow! A jeśli mi żona nie pozwoli?
    - To już twoje zmartwienie – kpił. – Na polowaniu nie ma żon!
    - Justyna, ty słyszysz? – zawołałem.
    - Ja już przywykłam. Z nimi nie podyskutujesz na ten temat.
    - Trudno mi w to uwierzyć.
    - Masz za krótki staż małżeński, jeszcze przywykniesz.
    - To ile ma pan naprawdę tego małżeńskiego stażu? – zapytał wesoło Zaremba.
    - Jakieś trzy tygodnie…
    - Pan żartuje! – zakrzyknął.
    - Ani trochę! – Justyna panowała nad sytuacją. – Mogę opowiedzieć, jak mnie Tomek załatwił przy naszym pierwszym spotkaniu, kiedy się poznaliśmy. Proszę sobie wyobrazić…

    No i popłynęła opowieść o tym, jak to spotkaliśmy się w warszawskim hotelu przed świętami, o tym, że Justyna od dawna znała moją siostrę i jak spędzaliśmy później święta.
    Zaremba słuchał tego niczym bajki z tysiąca i jednej nocy.
    - Wyobrażasz sobie do czego nas zaprosili? – dołączył się Bogdan. – Wielki dom, ze czterysta metrów kwadratowych, basen z podgrzewaną wodą, jedzenie i rozrywki dostarczane na telefon…
    - Szczerze powiedziawszy, to ja preferuję naszą regionalną kuchnię – wtrącił dyrektor, niezbyt zachwycony.
    - Zapraszam zatem do naszej hotelowej restauracji – spróbowałem z innej strony.

    - Dziękuję, ale jakoś nie przepadam za posiłkami unifikowanymi…
    - Dlatego też, długo nie potrafiliśmy się porozumieć – spoglądałem mu w oczy. – Pan sobie wyobraża że ja odżywiam się hamburgerami? Justynka, ty znasz Baśkę, szefową kuchni Limana?
    - A skądże! Wiem tylko, że zaanektowaliście panią Helenę do swojej kuchni.
    - Lidka zorganizowała jesienią festiwal kulinarny, w którym oprócz naszych, wzięło udział kilku mistrzów kuchennych z zagranicy, komponujących dania z płodów tej ziemi. Nie było innych ograniczeń i to ich decyzją, Baśka wygrała te zawody. Jej kołduny litewskie są nie do pobicia!
    - Dawno czegoś takiego nie jadłam.
    - Nie ma ich na co dzień w menu, trzeba się umówić, bo to ekskluzywne danie. Ale wie o tobie, o was, zadzwoń, zadzwońcie, będzie do waszej dyspozycji. Płacić też nie musisz, nie krępuj się, zastrzegliśmy to sobie z Dorotką, że macie tam mieć pełny serwis. Spróbujcie kiedyś! Zaproście pana dyrektora z żoną, kwestią jest tylko wcześniejsza rezerwacja miejsc, bo dzisiaj wyszło tak śmiesznie, że nawet dla nas z Lidką, wolnych łóżek zabrakło. Wszystko jest zarezerwowane.

    - Przecież możecie spać u nas.
    - Nie, daj spokój. Nie planowaliśmy w ogóle tutaj spać, nie o to chodzi. Musimy jechać, chciałem tylko uczulić cię, że jeśli się nie zarezerwuje miejsc wcześniej, to bywa tak, że ani święty boże nie pomoże. Nie ma i już!
    - Ty, a gdzie wy macie chłopców? – Justyna oprzytomniała na koniec opowieści.
    - Gdzieś w Alpach, uczą się jazdy na nartach. Pojechali wczoraj z całą klasą.
    - Jaka to szkoła wysyła dzieci w Alpy? – zainteresował się Zaremba.
    - Taka amerykańska, która funkcjonuje przy ambasadzie – wyjaśniłem. – Tysiąc dolarów miesięcznie za jednego ucznia, ale za to dbają o wszystko.
    - No tak… – Justyna pokiwała głową.
    - No tak! Ty wiesz, że my obydwoje wracamy do domu około osiemnastej? Kto się ma zajmować dziećmi? Chyba lepiej zapłacić i mieć pewną, profesjonalną opiekę. I tak demolują mnie później, spragnieni bliskości, a ja nie mam prawa protestować. Dorotka siedzi wtedy na sofie i tylko pokpiwa sobie ze mnie.
    - Musisz odrobić zaległości.
    - Ano muszę, muszę… wiem o tym doskonale, chociaż nie zawsze mi w smak. Ale dam sobie radę, jak na razie rozumiemy się świetnie, Dorotka jest cudowna i tylko tak dalej!

    - A ja zupełnie tego nie rozumiem… kilka tygodni stażu i dzieci już na nartach? – dyrektorowi nie wszystko się zgadzało.
    - Tak też bywa w życiu, dzieci fundnęliśmy sobie przed czasem, żeby potem dojrzewać do wspólnego życia. Ale dojrzeliśmy i dalsze zmiany nie są planowane, a nawet są wykluczone! No, chyba że się czegoś jeszcze dorobimy – roześmiałem się.
    - Przydałaby się wam córka! – Justyna żartowała.
    - Wiesz, że moja Joasia jest Dorotki asystentką? – zapytałem. Szczegółów nie musiałem wyjaśniać, Justyna znała moją życiową historię.
    - Nie, skądże! – spoważniała. – Skąd mam wiedzieć. I jak się układa współpraca?
    - Nie wiem, na razie niby normalnie.
    - Oby, ale to niezbyt zdrowy układ.
    - Tak uważasz?
    - Tak mówią podręczniki. Nie chciałabym być złą wieszczką.
    - Ale moje relacje z córką były dotąd wręcz wzorcowe. Świetnie się rozumiemy…

    - Rozumieliście! – zaakcentowała. – Ty się skonsultuj ze swoją siostrą, powie ci to samo. A teraz panów przeproszę, bo muszę zająć się dziećmi.
    - Ja również przeproszę – skorzystałem z okazji. – Zadzwonię do opiekunów, dowiem się czy przypadkiem śniegu nie zabrakło – wyjaśniłem.
    - Proszę bardzo! – Bogdan nie widział przeszkód, a dyrektor aprobująco skinął głową.
    Odszedłem wtedy kilka metrów od stołu i wybrałem numer telefonu wychowawcy.
  • #111
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Połączenie trwało zaledwie kilka minut. Opiekun uspokajał mnie, że wszystko jest w najlepszym porządku, zakupy dokonane, a chłopcy są jeszcze na stoku wraz z instruktorem, dlatego rozmawiać z nimi nie mogłem. Sam również jakoś nie palił się do rozmowy, pewnie mój angielski wciąż pozostawiał niemało do życzenia, dlatego poprosiłem tylko, by przekazał bliźniakom wiadomość iż dzwoniłem, całuję ich, po czym rozłączyłem się.
    Panowie w tym czasie trwali przy stole, pogrążeni w ożywionej rozmowie. Usiadłem w milczeniu na swoim miejscu, gdyż temat ich debaty był wyraźnie służbowy, nic w nim do powiedzenia nie miałem. Na szczęście wymienili jeszcze kilka zdań, zgodzili się co do konkluzji i zamilkli. Bogdan zwrócił się wtedy do mnie.
    - I jak, wszystko w porządku?
    - Tak, Chłopcy pobierają jeszcze nauki, ale wychowawca stwierdził, że cały plan jest realizowany w stu procentach. Mieliśmy z Dorotką trochę obiekcji, bo o tych nartach nie wiedzieliśmy wcześniej…
    - Dlaczego? – wtrącił dyrektor. – Taka niespodziewana wycieczka?
    - Proszę uwzględnić fakt, że to my jesteśmy tam niespodziewani – wyjaśniłem. – Cały, roczny rozkład wszelkich zajęć, został przedstawiony jeszcze na początku roku szkolnego i zatwierdzony przez rodziców w jesieni, a my go przecież nie znaliśmy.
    - Ach, rozumiem! – roześmiał się. – To oczywiste.
    - No właśnie, dlatego też chłopcy pojechali bez nart i bez stosownego wyposażenia, to wszystko opiekunowie mieli kupić im już na miejscu
    - I kupili?
    - Z rozmowy wynika, że tak, jest już po zakupach, czyli wszystko w porządku. Jutro mam zadzwonić wpół do dziesiątej, wtedy będę mógł rozmawiać bezpośrednio z nimi.

    - To nie daliście im telefonów? – dopytywał Bogdan.
    - Mają, ale Dorotka wyraźnie zabroniła im dzwonić.
    - Dlaczego?
    - Po pierwsze, prawdopodobnie przeszkadzaliby nam w pracy. A po drugie, niech się nie uczą na maminsynków. Tak samo w szkole, telefony mają, jednak wiedzą, że dzwonić wolno wyłącznie w sytuacjach awaryjnych.
    - I bardzo dobrze – poparł mnie dyrektor. – Wyglądałoby to absolutnie niepoważnie, gdybym przyjmował jakąś delegację, a tu nagle dzwoni komórka, po czym zaczynam nerwowo tłumaczyć dziecięciu, że stłuczone kolano do wesela się zagoi.
    - A jak pan rozwiązał ten problem? – zapytałem.
    - Ja dzieciom w ogóle nie ujawniłem swojego służbowego numeru. Znają numer telefonu sekretariatu i to wszystko. Jak pani Madzia uzna, że to pilne, to mnie informuje.
    - Też dobre rozwiązanie – przyznałem. – A w ogóle, to jaki bank prowadzi rachunek bieżący waszej firmy? Może przeniesiecie się do nas?
    - Widzę, że chce pan upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – roześmiał się. – To jest niemożliwe! – pokręcił głową, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. – Obsługuje nas bank resortowy i mowy nie ma, żeby sobie wybrać kogoś innego.
    - Przy waszych obrotach, których skali nie znam, jednak jakieś tam wyobrażenie mam, moglibyście u nas dostać całkiem indywidualne warunki…
    - Gdybyśmy byli samodzielną firmą, to już dawno pozbyłbym się tej bankowej opieki, jaką obecnie mamy – przyznał. – Tam wszystko jest jeszcze rodem z PRL-u. Wiedzą, że jesteśmy do nich przypisani i pozwalają sobie na wiele. Cóż, my jesteśmy tylko dyrekcją okręgową, czapkę mamy w Warszawie i to ona decyduje, a może nawet jeszcze wyżej.

    - Niestety, szwagier! – wtrącił Bogdan. – Gdybyś pracował w firmie państwowej, też byś musiał uśmiechać się do polityków, inaczej byś nie istniał. Często do durniów, których ktoś postawił na świeczniku, a którzy nie mają pojęcia o dziedzinie, którą nadzorują i więcej szkodzą niż pomagają.
    - Bogdan!... – padło ostrzegawcze syknięcie.
    - Szefie, to swój człowiek! – Bogdan zrozumiał syknięcie. – Tomek nie jest związany z żadną opcją, a po drugie, jest od nich niezależny.
    - I tak, i nie! – zabrałem głos.
    - Dlaczego tak mówisz? – spojrzał na mnie. – W Podkowie sam tak twierdziłeś.
    - Ale nieco się zmieniło – próbowałem wyjaśnić. – Zwróć uwagę na nieobecność Lidki, ten cały plan jest niby samorządowy, bez powiązania z partiami, ale diabła tam. Sądzisz, że dadzą nam spokój? W życiu! Wszyscy będą próbowali coś przy tym ugrać, a ja będę z wszystkim powiązany i to dość dokładnie. Co mi poradzisz?

    - Niech się pan zda na nas – odparł spokojnie dyrektor.
    - Partia myśliwych? – spojrzałem mu w oczy.
    - Trochę pan jednak wie i refleks też posiada… – zauważył.
    - Czytałem w życiu to i owo.
    - Z dużymi przekłamaniami, ale coś tam z prawdy w tym jest – przyznał. – Z czasem, Bogdan wprowadzi pana w tematykę. Proszę się nie obawiać, nie będzie ani utaczania krwi, ani innych, tajemnych ceremoniałów. Natomiast kwestią zasadniczą jest koleżeństwo i uczciwość. Jeśli nie możesz pomóc, to przynajmniej nie przeszkadzaj.

    Mój jeep objawił się niespodziewanie, chociaż wcześniej niby słyszałem jakiś pomruk silnika, jednak rozmowa przy stole była tak zajmująca, że przestaliśmy zwracać uwagę na otoczenie. Lidka wjechała na podwórko i zatrzymała się tuż przy przejściu na ogród, po czym błyskawicznie do nas dołączyła i usiadła obok mnie.
    - Jestem! – zameldowała. – Gości odprawiłam, wszystko w porządku i ma się ku lepszemu. Co natomiast słychać w leśniczówce?
    - Ptaszki śpiewają! – wyjaśnił Bogdan.
    - Ale ty jeszcze nie, jak widzę…
    - Swoim głosem to ja samiczek raczej nie wabię, mogę je tylko przepędzić ze swojego terytorium! – zaśmiał się. – Więc skoro nie śpiewam, to możesz tu zostać.
    - Dzięki, łaskawco! – uśmiechnęła się do niego. – A co panowie ustalili?
    - Bogdan przyjął mnie do koła łowieckiego, jako chłopca na posyłki – pochwaliłem się.
    - Och, gratuluję! – śmiała się na głos. – Wreszcie ktoś cię docenił! Zajęcie w pełni odpowiadające twoim kwalifikacjom…
    - Zaraz spuścisz nos na kwintę – oznajmiłem pewnym tonem, spoglądając jej w oczy.

    - Coś się stało? – śmiech zamarł na jej twarzy.
    - Bo my pomagamy tylko naszym… – Bogdan wyjaśnił jej otwartym tekstem. – Tomek jest nasz, więc jeśli on podpisze porozumienie, to i my je podpiszemy. Ale z tobą… nie da rady!
    Lidka zastygła na moment.
    - Czy mogę rzucić mięsem? – zapytała słodziutko po chwili.
    - To niczego nie zmieni – Bogdan nie przejął się jej słowami. – W takiej sytuacji, nie da się zrobić niczego więcej.
    - Dobrze, więc i mnie zapisz! – oznajmiła krótko. Ale Bogdan się skrzywił.
    - Chcesz nam przynosić pecha?
    - Boguś… – Lidka była już nabuzowana. – Uważaj, bo pójdę zaraz do Justyny…
    - To też niczego nie da – powiadomił ją dyrektor. – Pani prezes, ja mam dla pani inną propozycję.
    - Mianowicie? – zapytała krótko.
    - Co pani powie, gdybyśmy w to miejsce przyjęli na staż pani męża?
    - Co mam powiedzieć? A nic panu nie powiem. Tylko, że ja bywam tu często, on znacznie rzadziej.
    - Dobrze. W takim razie… Bogdan, to co, masz jeszcze formularze?
    - Zaraz się wydrukują. Lidka, zastanów się, bo będziesz musiała wykonywać niewdzięczne prace o różnych porach roku.
    - Się o mnie nie martw, nie takie roboty wykonywałam. Dawaj te papiery! Czyli co, panie dyrektorze, były jakieś rozmowy o naszej propozycji?
    - Oczywiście, już się dogadaliśmy z panem Tomaszem…
    - Ale ty jesteś w gorącej wodzie kąpana – spojrzałem na nią. – Piłaś coś, czy jak?
    - Nie drażnij mnie! Widzisz chyba, że siedzę za kółkiem.
    - I co tam wymyśliliście?

    - Ech, Tomek… – potrząsnęła głową z jakąś rezygnacją w głosie. – Będę chyba musiała zupełnie przeorientować swoje życie. Znowu i po raz kolejny…
    - Zakochałaś się może?
  • #112
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Tobie tylko jedno w głowie…
    - Więc mów konkretami, a nie wzdychasz tu i wzdychasz, jakbyś chciała wywołać wieczorny wiatr. Wystarczy, że w dzień wiało! Teraz potrzeba ciszy i spokoju.
    - Zabiję cię dzisiaj…
    - Najpierw opowiedz co i jak było, bo skoro mam umierać, to nie chcę w nieświadomości.
    - I taki człowiek pracuje w amerykańskim banku… Już wiem skąd ten kryzys w tamtej gospodarce. Jeśli się jeszcze paru podobnych specjalistów trafiło, to nie ma siły…
    - A w polskiej gospodarce? – przerwałem jej. – Szczególnie w tej komunalnej, takiej nieco międzygminnej!
    - Ech!... – znowu westchnęła. – Wiesz co oni wymyślili?

    - Nie mam pojęcia.
    - Ja też nie miałam, do czasu! Ta twoja, pie… znaczy, pani posłanka Anna, wymyśliła, że musimy powołać operatora całego przedsięwzięcia, który będzie pilnował realizacji całości projektu, w ciągu dwóch lat. Tylko dwóch lat, rozumiesz to? Gdyż w razie jakiegoś niedociągnięcia, trzeba by było zwracać całą, unijną dotację.
    W dodatku, po obiedzie dojechali wszyscy zainteresowani wójtowie, odbyło się głosowanie, no i klamka zapadła. Na bazie tego zespołu koordynacyjnego, który już funkcjonuje, ma być powołana spółka, której zadaniem będzie pilnowanie wykonania projektu od a do zet.

    - No dobrze – wtrącił dyrektor. – A jakie umocowanie prawne będzie miała taka spółka?
    - Pani poseł wyjaśniła to dość obrazowo. Skoro rząd powołał narodowego operatora do koordynacji przygotowań do Euro 2012, tak samo gminy, starostwo, a także marszałek, również podobnego operatora mogą powołać. Chociażby po to, by te nadzwyczajne zadania nie dezorganizowały ich zwykłej, codziennej pracy. I na rzecz takiej spółki mają scedować swoje uprawnienia władcze w temacie, a funkcje kontrolne wykonywać poprzez udziały.
    - A w czym ci to przeszkadza? – nie rozumiałem. – Niech działa! To nawet lepiej, że wszystkie nitki będą się łączyły w jednym miejscu.
    - I ty, Brutusie, przeciwko mnie? – spojrzała na mnie z krzywym uśmiechem.
    - Coś ty! Przecież wiesz, że cię kocham! – powiedziałem to takim tonem, że nikt nie miał wątpliwości co do wątłej powagi tego stwierdzenia.
    - Ty mnie kochasz… – roześmiała się ironicznie. – Łżesz jak pies!
    - Najwyżej taki malutki pudelek… – nie zamierzałem się poddać tak po prostu, jednak Lidka nie kontynuowała konwencji.
    - Tomek, wystarczy na dzisiaj dowcipów, sprawa jest daleko bardziej poważna.
    - Więc mów! – oznajmiłem, również poważniejąc. Wypity alkohol natychmiast wyparował mi z głowy.

    - Chcą mnie zmusić do wyrażenia zgody na objęcie funkcji prezesa tej spółki. I to ja mam się tym zająć, oraz odpowiadać za realizację całego projektu.
    Ochota do kpin natychmiast mi przeszła. Lidka została wkręcona w duże przedsięwzięcie, a kto niby ma się zająć jej interesami? A przecież jej interesy są też interesami Dorotki! Ale numer…
    - Zgodziłaś się na to?
    - Przecież mówię, że próbowali mnie zmusić.
    - Nie jest ci to potrzebne, weź ich sprowadź na ziemię! Masz w dodatku zwykły konflikt interesów…
    - Prywatnie nie mam, bo wszystko kupił „Liman”. Moje nazwisko nigdzie nie funkcjonuje, oprócz funkcji prezesa „Limana”, a to nie jest żadna przeszkoda. W dodatku, kiedy Zbyszek zaproponował mnie na stanowisko koordynatora, nawet mowy już nie było o innych kandydaturach. Gdybym od razu odmówiła, położyłabym cały projekt, taka była atmosfera. I co ja mam teraz zrobić, rozdwoić się?

    - Ale numer… z Dorotką rozmawiałaś?
    - Nie. Czekam aż sama zadzwoni, nie chcę jej przeszkadzać.
    - Lidka, spokojnie! Prześpij się z tematem, rano ochłoniesz i na pewno znajdziesz jakieś wyjście – prorokował Bogdan.
    - Dobrze ci mówić…
    - Lidka… – analizowałem sytuację. – Powiedz mi coś więcej o tym wszystkim. Kto będzie udziałowcem, kto da pieniądze na funkcjonowanie, kto będzie pracował i jak długo. I kto ma zamiar tam rządzić? Po co w ogóle jest to potrzebne?
    - Pani posłance i panu marszałkowi bardzo się spodobał nasz zespół koordynacyjny i wpadli na znakomity, według nich, pomysł, że należy go wzmocnić, umocować prawnie i wtedy postawić na straży całości zagadnienia. Bo gdyby coś wyszło nie tak, musielibyśmy, niestety, zwracać całą dotację, a do tego dopuścić nie wolno. Więc gminy mają się oficjalnie złożyć na udziały i ma powstać spółka pilnująca całości. No i Zbyszek wpadł na znakomity pomysł, że ja najlepiej nadaję się do tego, szlag by go nie wziął.
    - Ty się do tego nie nadajesz.
    - Sama o tym wiem, nie musisz mnie tu publicznie doceniać.

    - Nie złość się, nie mam zamiaru ci dokuczać, natomiast to wszystko jest nie na twój temperament.
    - Dlaczego? – zainteresował się dyrektor.
    - Panie dyrektorze, to będą przede wszystkim procedury. Pilnowanie terminów, przetargów i diabli wiedzą czego jeszcze, natomiast nie będzie żadnego procesu twórczego. Do tego jest potrzebny sprawny urzędnik, a nie menadżer. Lidka, a jak z finansami? Kto wyłoży pieniądze na działalność spółki?
    - Wszyscy mają się złożyć.
    - To ile miesięcy minie, zanim będą podjęte stosowne uchwały? Ile, zanim przeleją pieniądze? Skąd je wezmą przede wszystkim, skoro budżety uchwalone są już dawno?
    - Ja mogę choćby jutro…
    - To możesz ty! Ale oni potrzebują uchwał, prawda?
    - Prawda, prawda…
    - I kwartał minie zanim spółka rozpocznie działalność, potem miesiąc, zanim opracuje warunki przetargu, następnie miesiąc zanim ogłosi przetarg i parę tygodni będzie czekała na oferty, później zaczną się odwołania… Ile czasu jest na całe zadanie?
    - Dwa lata i ani dnia więcej.
    - Czyli pierwszy rok będzie stracony, zostanie rok. Kto ci w takim czasie opracuje tak rozległy plan zagospodarowania? Gdzie są konsultacje z gminami, mieszkańcami, gdzie odwołania, gdzie interwencje chociażby ekologów, albo, co o wiele gorsze, zainteresowanych inwestorów… To wszystko jest nierealne!
    - Też tak to widzę, masz inną propozycję?
    - Mam.

    - O! A to ciekawe! – roześmiała się. – Więc proszę, słucham! – zaśmiewała się ironicznie.
    - Do tego jest potrzebny, jak już wspominałem, bardzo sprawny urzędnik. Znawca przetargów i administracyjnych procedur. Tyle od niego wymagamy, do reszty ma się nie wtrącać, znajdziesz takiego?
    - Powiedzmy… powiedzmy, że znajdę i co dalej?
    - W ciągu tygodnia zwołujesz swoich udziałowców spółki, bierzesz notariusza i tworzycie spółkę z podstawowym kapitałem, aby wszyscy mogli go opłacić od razu. W ten sposób wygrywasz z czasem, a dokapitalizowanie można uchwalić później.
    - No to z czego mamy żyć?
    - Spokojnie! Prezesem spółki zostaje twój urzędnik, ale ty również wchodzisz do zarządu, jednak tylko jako członek, w dodatku nieetatowy. I teraz jest kilka wariantów. Albo ty wkładasz swój duży udział od razu, albo zwracacie się do nas o kredyt bieżący na działalność. Kredytu udzielamy, jednak bank żąda na okres kredytowania miejsca w zarządzie dla swojego przedstawiciela, aby pilnował właściwej alokacji środków…
    - Ten kredyt to na ładne oczy? – wtrąciła. – Skąd niby zabezpieczenie?
    - Pod weksle. Gmin, albo twoje. Przecież gminy nie dadzą kasy w tym roku, bo jej nie mają, nie ma się co łudzić! Tym niemniej weksel na sumę swojego udziału, wójtowie mogą podpisać. Zaplanują taki wydatek na rok przyszły i szafa gra.
    - A w zarządzie ty zasiądziesz w imieniu banku?
    - Nie inaczej, ktoś musi cię popierać.

    - Sprytne… Nie wiem tylko, czy to jest prawnie dopuszczalne. A poza tym, jak unikniesz procedur przetargowych?
    - Gminy zlecą spółce zadanie, a jak będzie wykonane, to już nie ich cyrk. Zresztą, może trochę fantazjuję, ale jutro kontaktujemy się z Damianem, rzucamy mu temat i niech wymyśla rozwiązanie. Ma u siebie specjalistów również prawa administracyjnego, a jak będzie trzeba, to i jego tutaj ściągniemy, przecież rozwiązanie musi się znaleźć.
    - I to mi się podoba! – zawołała. – Zostawmy to, tutaj potrzebny jest specjalista od tych klocków, a nie nasze o nich wyobrażenia. Mnie zresztą wystarcza to, co już jest. Założenia zostały przyjęte, skierowane do realizacji i starosta ma już ręce związane.
    - Specjalistę można wynająć i to za zupełnie niewielkie pieniądze.
    - Wiem, ale zostawmy już to, na dzisiaj mam dość wszelkich analiz, głowa mi puchnie…
  • #114
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - A wniosek podpiszesz, czy jeszcze nie dzisiaj? – objawił się Bogdan, z papierami w dłoni. Nawet nie zauważyłem, jak się one tam zmaterializowały.
    - Oczywiście! – Lidka znowu zapałała entuzjazmem. – Masz u siebie jakieś materiały dla początkujących?
    - Mam, wszystko dostaniesz – zapewnił. – Wy nie sądźcie, że to tylko formalność, o nie! – również mnie obrzucił spojrzeniem. – Cały program stażu należy zaliczyć, a potem jest egzamin i dopiero wtedy możemy przyjmować nowych członków.
    Egzamin jest zewnętrzny, komisja całkiem niezależna, więc znajomości na nic. Materiały teoretyczne dostaniecie, zakres i harmonogram zajęć praktycznych również, zostaje tylko wykonanie i zaliczenie stażu. To nie będzie bardzo ściśle określone, że jakaś tam data, konkretny dzień. Niemniej będą okresy, w których trzeba się zmieścić z zadaniami, bo to jest przyroda i to do niej musimy się dostosować. Myślę jednak, że jakoś sobie z tym poradzicie.
    - Oczywiście, że poradzimy – Lidka nie kryła entuzjazmu. – Przecież wiesz, że ja las lubię. A jeśli nie wiesz, to zapytaj swoją żonę, jak ją w dawnych czasach wyprowadzałam latem w różne leśne ostępy…

    - Bogdan, chwileczkę! – wtrącił dyrektor. – Pani Lidio, mówi pani, że ten wasz projekt obejmuje również jakiś teren lasów, podległy nam?
    - Owszem, ale nad nimi nadzór administracyjny pełni starosta. Nie są tam przewidywane jakieś zmiany, wręcz przeciwnie, chodzi o zachowanie starodrzewu, który występuje wokół jeziora, czyli blokadę jego ewentualnego wycięcia w przyszłości.
    - Bogdan… a może dołączymy do tego porozumienia, co? Jak myślisz?
    - Co nam to może dać?
    - Pan Tomasz mnie przekonał, musimy bardziej otworzyć się na turystów. I to nawet nie na tych unikalnych, ale też na takich zwyczajnych
    - W jakim sensie? – zapytałem zdziwiony.
    - Zaszczepił mnie pan tymi szlakami wycieczkowymi. Gdybyśmy opracowali kilka takich dróg pieszych, a może też i rowerowych, oraz biegowych, to przy dofinansowaniu na takim poziomie jak deklarowane, bylibyśmy w stanie przygotować je najdalej w ciągu dwóch lat!
    - Tylko jak je objąć tym planem zagospodarowania? – zastanawiałem się. – Przecież one pobiegną przez wasze, nienaruszalne tereny.

    - Niekoniecznie – zauważył. – I tak muszą się zaczynać i kończyć w miejscach ogólnie dostępnych. A poza nimi, częściowo mogą przebiegać w otulinie terenów chronionych, tych przyjeziornych, objętych waszym planem. I jeszcze jedno zastrzeżenie. Mówiąc o ścieżkach biegowych i rowerowych, nie mam na myśli żadnej kostki brukowej, ani niczego podobnego.
    Byłaby to zwykła droga ziemna, wcześniej odpowiednio wyfrezowana i przygotowana, tym niemniej bez żadnego uzbrojenia, taka polna dróżka. Oczywiście, na szlakach byłyby przygotowane sanitariaty, miejsca na odpoczynek, niektóre z nich biwakowe, wszędzie odpowiednia informacja o otoczeniu… Bogdan, co ty na to?
    - A co będziemy z tego mieli?
    - Świetną prasę i reklamę! – Lidka wpadła mu w słowo. – A nawet możecie uzyskać dotację na wykonawstwo. Jeśli sądzisz, że odpowiednio pozytywny wizerunek nie jest wam potrzebny, to się mylisz! Nam wszystkim jest bardzo, ale to bardzo potrzebny.

    - Pani prezes ma rację! – niespodziewanie poparł ją dyrektor. – Nie możemy udawać, że tkwimy w starym zaścianku, skoro świat pędzi do przodu. Owszem, wyniki gospodarcze mamy dobre, ale to się nie przekłada na opinię o samej instytucji. Nie ma się co czarować, notowania mamy nie najlepsze i najwyżej obojętne. Więc jeśli skrzyknie się kilku lekko sfrustrowanych polityków, żeby oblać firmę łajnem, to nikt nas bronił nie będzie. Dlatego jakie jest wyjście z sytuacji? Ano czas na zmiany!
    Musimy bardziej się otworzyć i nie czekać, aż ktoś nam udowodni, że wciąż jesteśmy niereformowalni, czas wziąć inicjatywę w swoje ręce! Dlatego też wyjdziemy naprzeciw nie tylko waszym oczekiwaniom.
    - Teraz to pan mówi jak natchniony! – odgryzłem się.
    Roześmieliśmy się obydwaj.
    - Wie pan, nasza praca jest tak specyficzna i monotematyczna, że rzadko jest okazja, aby spojrzeć na to z zupełnie innej strony. Tej nieprofesjonalnej, takim spojrzeniem zwykłego człowieka, szarego obywatela…
    - Widzicie las, ale zauważyć jedno drzewo jest trudniej…

    - O, to, to! Mniej więcej o to chodzi! – potwierdził, rozbawiony. – Zbyt dużo mamy wskaźników do wykonania, za które ściśle nas rozliczają… a zresztą – westchnął. – Nie będę się skarżył na przełożonych, bo pewnie też by znaleźli podobne usprawiedliwienie. Tym niemniej deklaruję, że przystąpimy w jakiejś mierze do tego projektu – zwrócił się do Lidki. – Możecie liczyć na nasze konsultacje i poparcie w sprawie stref nietykalnych w waszym planie, ja zresztą spróbuję osobiście zapoznać się z tymi założeniami, może coś wam podpowiem, może przyłączymy się oficjalnie… a poza tym nasze porozumienie wprowadzimy w życie niezależnie i to bez zbędnej zwłoki. Bogdan, zadbaj o to, dobrze?
    - Tak jest, szefie!

    - Jestem pod wrażeniem! – oznajmiła Lidka, nie kryjąc zadowolenia. – A jeśli chodzi o kwestię wizerunkową, to przypuszczam, że darmowej reklamy będziemy mieć teraz niemało i dlatego byłoby nieźle, gdyby pan natychmiast oddelegował kogoś do zajmowania się całością zagadnienia. Ja go wprowadzę do zespołu, żeby zapoznał się z założeniami, a potem będzie na bieżąco informowany o postępach. W ten sposób będzie pan miał podgląd całości w dowolnej chwili.
    - Uważam, że tutejsze nadleśnictwo powinno się zaangażować i koordynować całość, prawda? – zwrócił się do Bogdana. – Tym bardziej, że starosta i tak trochę ich przyciśnie, to chyba oczywiste.
    - Zgadzam się w zupełności, czyli nadleśniczy Kordelis zostanie naszym łącznikiem – zwrócił się do Lidki. – A kogo wyznaczy do poszczególnych zadań związanych z umową, to już uzgadniajcie na bieżąco. Ramową umowę przygotuję, poproszę go oczywiście na jej podpisanie, żeby nie miał wątpliwości co do naszych intencji…
    - Zapraszam zatem na jej podpisanie do „Limana”.

    - Nie! – zaprotestował dyrektor. – Pani prezes, to jest wykluczone!
    - Dlaczego?
    - Właśnie ze względów wizerunkowych. Umowę podpiszemy w naszej siedzibie i będzie pani musiała pofatygować się do nas. Uważam, że jest to nam potrzebne, a nawet niezbędne, żeby ewentualnym przeciwnikom zamknąć usta.
    Pani działa w zupełnie innym układzie i mimo niewątpliwych sukcesów, jakie osiąga wasza firma, gdyby postawić panią na moim miejscu, przepadłaby pani z kretesem. Nie te warunki, nie te zasady, nie te zależności. Tak na marginesie powiem też, że pan Tomasz, według mnie, ma absolutną rację, odradzając pani kierowanie tą przyszłościową spółką. To są całkowicie inne reguły, a nie wolna gra rynkowa. Tutaj przepis jest ważniejszy od wszystkiego, nawet zdrowego rozsądku. Również taki najbardziej idiotyczny, a kontrole nie mają żadnego miłosierdzia, zapewniam panią.
    - Trochę się z panem zgodzę, jednak proszę nie zapominać, że od wielu lat jestem wiceprzewodniczącą rady gminy, więc i takie administracyjne obostrzenia nie są mi nieznane. Stykam się z nimi na bieżąco i muszę je uwzględniać w swojej działalności. Chociaż jest faktem, że początkowo reagowałam na to bardzo emocjonalnie, przynajmniej na niektóre z nich. Doświadczenie jednak i staż robią swoje, teraz przestawiam się bez trudności na prace rady i nic mnie już nie dziwi.
    Jednak w sumie ma pan rację, podobnie jak i Tomek. Szkoda mojego czasu na pilnowanie pracowników i procedur, mam ważniejsze rzeczy do zrobienia. Nie będę na razie podejmowała żadnych decyzji, wróci Dorota, wtedy się naradzimy i jakieś postanowienia zapadną. Parę dni trzeba sobie zostawić do namysłu.

    - Czyli mam rozumieć, że pani Dorota odgrywa w tym wszystkim zupełnie niepoślednią rolę… – stwierdził filozoficznie, acz celnie.
    - Owszem! – przyznałem, zanim zareagowała Lidka. – Tym niemniej proszę nie brać jej pod uwagę w żadnych swoich wypowiedziach, czy też działaniach, to jest niepożądane.
    - Mogę wiedzieć dlaczego?
    - Moja żona unika jak ognia wszelkich wydarzeń publicznych, nie udziela wywiadów, nie zgadza się na publikowanie wizerunku, w ogóle trzyma się z daleka od wszystkiego, co pachnie politykę i reklamą. Niewątpliwie nie chciałaby również, żeby jej osoba była kojarzona z czymkolwiek, co się tutaj będzie działo. Takie ma zasady i bardzo pana proszę, żeby je pan uszanował.
    - Rozumiem.
    - Natomiast nie ma żadnych przeszkód, gdyby pan zechciał przyjąć nasze zaproszenie i spotkać się z nami prywatnie. Z przyjemnością będziemy pana gościć! – wyjąłem „złotą” wizytówkę i mu wręczyłem. – To jest kartonik, która otwiera panu drogę do mnie w banku – tłumaczyłem tak, jak kiedyś mi Dorotka. – Proszę jej nie zgubić, bo jej okaziciela ochrona dostarcza bezpośrednio do mojego sekretariatu, bez jakichkolwiek pytań. Poza tym, jest na niej prywatny, bezpośredni telefon, którego normalnie, nikomu się nie udostępnia. Więc jeśli podczas pobytu w Warszawie, będzie pan dysponował wolnym czasem, zapraszam do nas do pracy. Albo też do domu, jeśli to będzie po godzinach. W dniach roboczych mieszkamy niemal w centrum, w służbowym apartamencie, natomiast na weekend wyjeżdżamy do domu, do Podkowy. Jeśli to będzie w tych dniach, to również pana zapraszam!
    - Dziękuję! – sięgnął do swojego portfela i wręczył mi swoją. – My wprawdzie nie mamy takich złotych zasad, tym niemniej z przyjemnością spotkam się z panem, gdyby jakieś drogi zaprowadziły pana na prowincję.
  • #115
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Proszę nie zapominać, że ma pan stałe zaproszenie do naszego hotelu – wtrąciła Lidka, również wręczając mu wizytówkę. – I to nie samotnie, proszę odwiedzić nas z żoną! Bogdan, a wy? – zwróciła się do niego. – Mieliście sprawdzić hotel…
    - Lidka, to nie teraz – odezwała się Justyna, która już jakiś czas dołączyła do nas, jednak nie zabierała głosu, nie chcąc widocznie przeszkadzać. – Ja tam sama nie pojadę, bo nie jestem przyzwyczajona do takich luksusów…
    - Co ty opowiadasz! – zaprotestowałem. – Masz możliwość korzystania…
    - Nie będę i już! – przerwała mi. – Tomek, wy jesteście z innego świata, dla was to normalne, a my tu żyjemy cicho i spokojnie. Dla nas luksusem jest własne ujęcie wody i to, że mamy w domu łazienkę.
    - Przesadzasz. Jesteś lekarką, świetną specjalistką, na bieżąco z wszystkimi osiągnięciami medycyny, a Bogdan też jest fachowcem, nie wypadł sroce spod ogona…
    - Tylko że my jesteśmy domatorami. Lubimy nasz las, czystą naturę, jej wspaniałości…
    - Mówisz tak, jakbyś nigdy w hotelach nie nocowała.
    - Nocowała, to jest właściwe określenie. Tak naprawdę, to oprócz wyjazdów do rodziców, pierwszy raz, wszyscy razem, bez żadnych obowiązków, byliśmy dłużej poza domem właśnie u was. Całkiem niedawno.
    - No i co, nie podobało ci się?
    - Tomek, o czym ty mówisz? Podobało, owszem, ale to przecież nie nasze światy! Nasza codzienność jest inna, popatrz dookoła, rozejrzyj się!

    - A jeszcze nie tak dawno szalałaś za tym, cudownym światem – zakpiła Lidka.
    Justyna w lot zrozumiała jej słowa, ale wcale się nie obraziła.
    - Co ty tu porównujesz dawne, gówniane lata do dzisiejszych czasów… Sama to niby nie chciałaś mieć księcia? Mam ci przypomnieć te nasze zabawy?
    - Wszystkie chciałyśmy! – Lidka parsknęła śmiechem. – Ależ to były piękne dni!
    - Były. Zwróć uwagę na ten wyraz.
    - O, nie! – Lidka zaprotestowała. – Zmieniło się coś? Przecież masz swojego księcia, sama go wybrałaś!
    - I ty podobnie – odpaliła Justyna. – Różnica tylko taka, że księżniczki nie zajmują się planami gospodarczymi, ani nie boksują z NFZ-em, tylko siedzą na wieży i wzdychają do księcia.
    - To by jednak było nudne – zaoponowała Lidka. – Szkoda, że nie ma tutaj Dorki, ona by ci wszystko wytłumaczyła.
    - Już mi obydwoje z Tomkiem tłumaczyli, jednak do dziś niewiele z tego rozumiem… wybacz Tomek, ja wszytko przyjęłam do wiadomości, ale nie znaczy, że cokolwiek jestem mądrzejsza.
    - Sądzisz, że ja wszystko wiem? – roześmiałem się. – Mylisz się. Dla mnie to było nie mniejszym zaskoczeniem niż dla kogokolwiek. I prawdę powiedziawszy, cały czas wszystko jest nowością, a w dodatku bardzo mało jestem podobny do księcia.

    - Same nowości – podsumował Bogdan.
    - Żebyś wiedział! Gdybym miał teraz dwadzieścia lat, to chociaż bym udawał.
    - To se ne vrati, pane Havranek! – podsumowała Lidka. – Tomek, muszę ci o czymś przypomnieć.
    - Pewnie nawet wiem o czym.
    - Niestety! Nasz czas jest ograniczony…
    - Nawet nie chcę słyszeć podobnych słów! Zostaniecie u nas, pokoje gościnne są wolne i miejsce się znajdzie – Justyna raczej stwierdziła, niż zapytała. – Noc już za pasem, gdzie teraz będziecie się wybierać?
    - Nawet nie próbujcie się wykręcać! – Bogdan ją poparł.
    - Bogdan, nie da rady! – odparłem zdecydowanie. – Nie możemy! Muszę być jutro rano w Białymstoku, a jeśli teraz zostaniemy, będzie to już nierealne. A ja nie mogę sobie na to pozwolić.

    - Co pan ma tam takiego ważnego? – zapytał dyrektor.
    - Kontrolę oddziału naszego banku – wyjaśniłem. – Bardzo ważna sprawa. Poprzednia wizytacja, którą prowadziłem w innym oddziale, zakończyła się trzęsieniem ziemi i jutro czeka mnie coś podobnego. W dodatku innym terminem nie dysponuję. To musi być jutro, dlatego nie możemy zostać.
    Bardzo żałuję, bo mam przyjemność gościć tutaj pierwszy raz, w dodatku w znakomitym towarzystwie, jednak jeszcze zbyt krótko pracuję, żeby mieć jakieś dni „zaoszczędzone” i móc inaczej zorganizować sobie pracę. Jeszcze zbyt mało o wszystkim wiem, za mało znam ludzi, nie znam powiązań, układów, zależności…
    - Rozumiem.
    - Ale jeszcze nie uciekasz? – zapytał Bogdan.
    - Jeszcze nie, bez przesady. Tyle tylko, że jestem uzależniony od Lidki, bo dzisiaj włada kierownicą niepodzielnie…
    - Dzisiaj i koniec! Więcej na taki układ z tobą nie idę!
    - Na jaki? – zainteresował się dyrektor.
    - Namówił mnie, żebym zostawiła swój samochód w domu, bo „on mnie zawiezie”! Widzi pan jak to zawożenie wygląda? Pomijam już nawet fakt, że parę kilometrów za Warszawą oznajmił, iż jest bardzo senny, po czym oddał mi kierownicę. A teraz siedzi, delektuje się żubrówką, a ja nadal nic…

    - Gdybyś była moją żoną, to już dzisiaj brałbym z tobą rozwód! Tylko narzekasz na mnie.
    - Nie masz szans, żebyś został moim mężem! – roześmiała się na głos.
    - A cóż to za deklaracje? – nawet nie zauważyłem, że Justyna odeszła na chwilę, a teraz powróciła. Nie była świadkiem poprzednich kilku zdań. – Lidka, jakieś przemeblowania się szykują?
    - Tomek mi obiecuje, że już dziś brałby ze mną rozwód, gdyby miał taką żonę…
    - A co mu nie odpowiada?
    - Justynka, jak można słuchać wiecznego kwękania? – przyglądałem się Lidce. – Nigdy mnie nie pochwaliła, tylko wieczne pretensje… co za kobieta!
    - Ty… – Lidka spojrzała na mnie z przekąsem. – Masz szczęście, że jeszcze nie piłam i nikt mi nie zarzuci, że zrobiłam to przypadkiem.
    - Już nie żyję?
    - Mniej więcej…
    - Ale zawieziesz mnie dzisiaj?
    - Żałuję! – westchnęła. – Dałam jednak słowo, więc cię zawiozę. Żebyś znał, jak działa poważna firma.

    - Nigdy nie kwestionowałem "poważności" twojej firmy! – zauważyłem.
    - Czyżby zaczynał się podobny dialog jak w Podkowie? – przerwał nam Bogdan. – Ja już was słyszałem i prawdę mówiąc, to początkowo wziąłem te kłótnie na poważnie. Myślałem nawet, że zaraz będzie awantura. A tu sielsko, anielsko, zaraz pewnie będziecie się przytulać.
    - A wiesz, że Romek zorientował się w tym wszystkim już od pierwszych chwil, kiedy tylko się poznaliśmy? – roześmiałem się, przypomniawszy sobie nasze ognisko przed laty. – Wtedy jeszcze był tylko kandydatem na narzeczonego, ale już się nie dawał podpuszczać Lidce podobnymi tekstami.
    Bo tak naprawdę, to my się kłócimy pasjami zawsze, przy czym lubimy jeszcze bardziej, prawda? Maleńka, chyba nie zaprzeczysz?
    Lidka spojrzała na mnie niczym byk na czerwoną tkaninę.
    - Tę „maleńką” to odczujesz boleśnie, zapewniam cię…
  • #116
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Przecież cię kocham!
    - Czyli państwo znacie się doskonale, całymi rodzinami – zauważył dyrektor.
    - Ależ naturalnie! – potwierdziła Justyna. – Tak naprawdę, to przecież ja znam Lidkę od dzieciństwa, mimo że pochodzę z południa Polski, natomiast Tomka dotychczas z Bogdanem nie znaliśmy, ale się okazało, że moja rodzona siostra zna go doskonale i mają ze sobą dwoje dzieci. Lidka tak samo zna Tomka od lat, jej mąż również, ja z kolei od dawna znam Tomka siostrę, bo niejednokrotnie spotykałyśmy się na różnych lekarskich zjazdach, szkoleniach i sympozjach… świat jest mały!
    - Oj tak! – zgodził się Bogdan.

    - Panie dyrektorze! – Lidka wyraźnie pospieszała. – Bardzo mi miło, że mogłam pana poznać i ogromnie żałuję, ale musimy dzisiaj już jechać. Tak się to wszystko poukładało…
    - Cóż! Ja też żałuję, bo jest pani znakomitą rozmówczynią, pełną pasji i zaangażowania. Zapraszam do mnie przy okazji i mam nadzieję, że będziemy mieli okazję współpracować dłużej niż nasze spotkanie…
    - Tomek, wy to wszystko mówicie poważnie? Naprawdę nie zostaniecie? – Justyna chyba jeszcze miała jakąś nadzieję.
    - Nie, nie możemy! – pokręciłem głową. – Justyna, to wszystko wyszło tak w ostatniej chwili… natomiast obiecuję, że przyjedziemy do was wszyscy i to już niebawem. Lato niemal za pasem, my się zdążymy ustatkować i wtedy będziemy dysponować większymi rezerwami czasu. Jeszcze tylko jedno, pozwól ze mną do auta… – podniosłem się z ławy.
    - A co tam masz? – wstała również.
    - Nie bój się, nic strasznego!
    Lidka w lot zrozumiała mój zamysł i bez słowa podała mi kartę oraz kluczyki do jeepa. Podeszliśmy tam z Justyną, a wtedy otwarłem bagażnik i wyjąłem zwykłe, duże reklamówki, nie zdradzając ich zawartości.

    - To są prezenty dla dzieci od Dorotki – wyjaśniłem. – Wszystko jest wewnątrz opisane, co dla kogo przeznaczone, więc pomóż mi tylko je zanieść i nie zaglądaj do środka, zanim nie odjedziemy. Mogę cię o to prosić?
    - Zwariowała… – Justyna wręcz zamarła. – Po co i na co?
    - Tego nie wiem. Justynka, proszę!
    - No dobrze… – wzięła dwie torby i ruszyła w stronę domu, a ja zabrałem resztę i pomaszerowałem za nią.
    - Powiedz Dorocie że jej dziękuję, ale na drugi raz, niech się lepiej ze mną skonsultuje wcześniej – tłumaczyła po drodze.
    - Powtórzę, obiecuję! I naprawdę przepraszam was jeszcze raz, ale musimy już wyjechać.
    - Trudno! – odparła, stawiając reklamówki za drzwiami ganku. Zgodnie z umową, nie zaglądała do nich. – Nie trzeba wam czegoś na drogę? – zapytała jeszcze.
    - Nie, nie sądzę…
    - Ciągle myślę o Dorocie i o mamie… wiesz, nie mam pojęcia skąd to wszystko…
    - Zostawmy to – westchnąłem. – Sami niczego nie zmienimy, może z czasem coś się zmieni. Wiesz co? – przypomniałem sobie rozmowę o jeepie.
    - Nie wiem.
    - Dorotka proponowała ojcu, żeby wziął od niej jeepa, taki sam jak mój, tylko pół roku starszy. Stoi bezsensownie u nas w garażu, marnuje się, jednak ojciec go nie chciał. Może Bogdan by go zabrał, co? Nie przydałby się wam na te leśne drogi?
    - Pytaj Bogdana, to nie dla mnie! Ja jeżdżę swoim gruchotem i na razie mi wystarcza.
    - A zapytam! Chodźmy do nich!

    Przypadek? Zbieg okoliczności? Transcedentalna wymiana myśli? Nie wiem. Kiedy jednak zeszliśmy z ganku, cała trójka biesiadników oglądała właśnie jeepa. Nie zamykałem go po wyjęciu bagaży, przecież nie było powodu do takiej ostrożności, dlatego Lidka pootwierała teraz drzwi, mimo braku kluczyków i umożliwiła im również oglądanie wnętrza.
    - Takie wozy powinniśmy mieć na naszych drogach i bezdrożach – westchnął Bogdan, zwracając się do dyrektora.
    - A masz z tym jakiś problem? Kiedy taki chcesz dostać? – zapytałem.
    - Mowa! – zawołał. – A co ty, auta rozdajesz? Dzisiaj poproszę!
    - Tego nie dostaniesz, bo to mój egzemplarz, spójrz na tablicę rejestracyjną.
    - TOMMY – przeczytał. – Rzeczywiście, wygląda na twój, chociaż brzmi cudzoziemsko.
    - Zapytam Dorotkę, bo dokładnie taki sam model, stoi u nas w garażu. Jest wprawdzie o te parę miesięcy starszy, ale ma mniejszy przebieg i ciągle wygląda jak spod igły. Dorotka miała zamiar podarować go ojcu, jednak nie wyraził zainteresowania i sprawa upadła. Zadzwoń w niedzielę, to ostatecznie wyjaśni się sprawa z ojcem. I jeśli potwierdzi, że go nie chce, to auto będzie twoje. Za darmo, jednak nie będziesz mógł go zarejestrować na siebie.
    - Dlaczego?

    - A co odpowiedziałbyś na pytania skarbówki? – wtrąciła Lidka. – Skąd wziąłeś pieniądze na pojazd kosztujący sto kilkadziesiąt tysięcy dolarów? Poza tym musiałbyś zapłacić zaległe cło i podatki.
    - Jakie znowu podatki?
    - Te samochody zostały zakupione w USA i sprowadzone do Polski na podstawie cichego, międzyrządowego, porozumienia, przy czym zostały zwolnione z cła. Nie pobrano też VAT-u, ani innych podatków i opłat. Dlatego też, mogą być rejestrowane wyłącznie przez obywateli amerykańskich. Natomiast ich sprzedaż osobom krajowym, wiąże się z opłaceniem wszystkich zaległych należności. A są niemałe, zapewniam cię.
    - Skąd takie zawiłości? Nie słyszałem o czymś takim – zainteresował się dyrektor.
    - To jest taki mały odprysk polsko – amerykańskiej współpracy wojskowej – wyjaśniła Lidka. – Ktoś tam nad Tomahawkiem wymyślił, że tutaj w ogóle nie ma dróg, więc takie, wszędobylskie auta, bardzo się przydadzą. A że Amerykanie byle czym jeździć nie lubią, więc padło głównie na ten, najbardziej komfortowy model jeepa. Bank Solution natomiast, obsługujący od samego początku tę wojskową współpracę, wykorzystał to porozumienie i już.
    - Rozumiem…

    - To nie wszystko! – odezwałem się. – Jest tam jeszcze niemało różnych niuansów, gdyż bank Solution obsługuje rachunek bieżący koncernu w USA, a tam współpraca jest bardziej złożona i zaawansowana. Stąd, między innymi, wspólna emisja czarnej karty kredytowej dla VIP-ów, takiej właśnie – wyjąłem kartę z portfela. – Jej posiadaczowi przysługuje nawet pierwszeństwo wejścia do samolotu w większości amerykańskich linii lotniczych, oraz w wielu innych, nie mówiąc już o przywilejach przy zakupach, dokonywanych w salonach światowych sieci handlowych. To taka przepustka do, wymarzonego przez wielu, świata VIP-ów. I jak się już zorientowałem, nawet w dość podrzędnych miejscach, ta karta robi wrażenie.
    - Czarne karty wszędzie robią wrażenie, znam ten system – zapewnił mnie.
    - A ja go poznałem dopiero wtedy, kiedy zacząłem jeździć jeepem – westchnąłem. – No cóż, nie wszystkim jest dane urodzić się księciem Karolem, ani innym Williamem…

    - Nie narzekaj! – zawołała Lidka. – Nie wiem kogo miałeś wtedy przy kołysce, ale inni mieli o wiele gorzej i też muszą sobie radzić.
    - Ja wcale nie narzekam, chciałem tylko podkreślić, że ciągle muszę się uczyć.
    - Wszyscy musimy – podsumował Bogdan. – Słuchaj, o tym aucie ty mówisz serio?
    - Jak najbardziej. Ono naprawdę nam zawadza, zajmuje miejsce i… się kurzy po prostu! Nie chciałbym tutaj wchodzić w kompetencje Dorotki, bo to jej własność, ale uważam i będę ją namawiał, żeby ci go podarowała, jeśli ojciec znowu odmówi. A jestem przekonany, że tak zrobi, bo wyciągnęliśmy wobec niego najważniejszy argument, czyli miejscowe górki, tyle że nas wyśmiał. Już nigdzie tak daleko nie jeździ, pacjenci raczej przyjeżdżają do niego i tak dalej. Nie chce po prostu uczyć się czegoś nowego, bo jednak obsługa jeepa jest nieco bardziej skomplikowana, niż zwykłego auta. Ma o wiele więcej możliwości i wypadałoby z nich korzystać, a instrukcji po polsku nie ma.
    - A w ogóle ten samochód jest dostępny na europejskim rynku? Bo jakoś się z nim nie spotkałem w żadnych wydawnictwach.
    - Nie jest – przyznałem. – Nie wiem dlaczego, pewnie rynek nie byłby zbyt wielki i firma doszła do wniosku, że to się jej nie opłaci. W Polsce taki model posiada kilku pracowników ambasady, kilkunastu amerykańskich oficerów i dwie sztuki ma Dorotka, to chyba wszystko.
    Natomiast serwis wykonuje jedna, jedyna warszawska stacja i nie wolno w niczym samemu grzebać, bo dowiedzą się o tym. Zresztą, oni mogą skontrolować wszystko, nawet odtworzyć trasę z wczorajszego dnia. Ten GPS, który jest tu zainstalowany, ma dostęp do drugiego poziomu, całkowicie wyłączonego dla cywilów.
    Wprawdzie ja, jako polski kierowca, również mam go wyłączony, jednak wszystkie dane i tak zapisują się w pamięci, dlatego też stacja, na uwierzytelnione żądanie, może do nich sięgnąć i odtworzyć wszystkie informacje. Tak jak z czarnej skrzynki samolotu.

    - Nie można tego wyłączyć?
    - Nie. Taki był podobno powód sprowadzenia tego auta bez podatków. Jest bardzo dokładnie sprawdzane technicznie, czyli odporne na usterki, zabezpieczone przed ich powstawaniem przy złych warunkach drogowych, dobrze zabezpieczone przed kradzieżą i zapewniające komfort użytkownikowi. Jedno z ostatnich aut o takich walorach.
    - Wszystkie alarmy dają się rozbroić – odezwał się sceptycznie dyrektor.
    - Owszem, jednak najpierw należy je znaleźć – odparłem. – A z tego co wiem, to każdy egzemplarz tego auta. na danym rynku, ma wszystko rozmieszczone inaczej i nawet serwis nie ma dostępu do ogólnej bazy danych. Dopiero konieczność interwencji wymaga wszczęcia określonej procedury, uwierzytelnienia uzyskania dostępu, a to jest cały proces. Dlatego też, tylko jeden serwis ma takie możliwości i nikt inny miał ich nie będzie. W dodatku, po wyjeździe z serwisu, wszystkie kody są na życzenie kierowcy zmieniane, a nowe, dobrze strzeżone, znów pozostają tylko w bazie danych centrali.
    - A pan, jako kierowca, je zna?
    - Skądże! Na panelu wyświetla się tylko informacja, że zmiana został dokonana i to wszystko. Tak kolejno się wyświetla, gdyż zmiana wymaga uruchomionego silnika, czyli zostaje zmieniony kod kluczyka, kod pastylki i kod karty, którą muszę wtedy włożyć do czytnika, żeby zapoznać się z nowym PIN-em, bo na dotychczasowym, karta już nie podziała. Skomplikowana procedura, z Alzheimerem nie da się tym autem jeździć, niestety.
    - Czyli to nie jest samochód cywilny…

    - Ależ oczywiście, że nie jest! Nasze egzemplarze są wprawdzie pozbawione dostępu do części wojskowej, jednak nie mam żadnych wątpliwości, że ten model został opracowany na potrzeby armii amerykańskiej i jej rozsianych po świecie jednostek. System kontroli tych pojazdów jest tak precyzyjny, że praktycznie żaden nie może zostać skradziony. Bo gdyby nawet komuś się to udało, to wciąż istnieje możliwość kontroli położenia oraz zdalnego wyłączenia mu funkcji życiowych.
    - A jeśli ktoś znajdzie i rozbije nadajnik GPS?
    - To już go nie uruchomi. Jednym z warunków pracy silnika jest określenie pozycji.
  • #117
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - A jeśli silnik zawiedzie na przykład w tunelu? Nie ma dostępu do położenia…
    - Ja tego nie znam dokładnie, jednak już na poziomie cywilnym są jakieś tam analizy, porównanie z mapami i jeśli to naprawdę tunel, to system ignoruje brak sygnału. Nie wiem natomiast jak jest na poziomie wojskowym i tego się raczej nie dowiem. Podejrzewam, że o wiele dokładniej analizują wszelkie dane, więc nawet nie ma o czym rozmawiać.

    - Przydałby się nam taki samochód, przynajmniej zawsze wiedziałabym gdzie jest Bogdan – odezwała się, milcząca dotąd Justyna.
    Parsknęliśmy śmiechem jak na zawołanie.
    - To tak nie działa! – pierwsza odezwała się Lidka. – Porzuć marzenia!
    - Dlaczego? – Justyna nie rozumiała.
    - Takie analizy są uruchamiane wyłącznie podczas przypadków nadzwyczajnych, takich jak wypadek, katastrofa albo wydarzenie podobnego charakteru. Natomiast ich uruchamianie dla spraw cywilnych jest zabronione i praktycznie niemożliwe. To zostało ponoć zastrzeżone w umowie i bez dochodzenia prokuratorskiego, jedynie posiadacz pojazdu może się zwrócić do stacji o, na przykład, odtworzenie przebiegu wczorajszej trasy. A nasza policja może mieć dostęp do tych danych, wyłącznie za zgodą wojskowych władz amerykańskich. Więc porzuć nadzieje, to ci niczego nie da! Nawet Dorota nie jest w stanie się dowiedzieć gdzie jeździł Tomek, chociaż jest właścicielką samochodu.
    - A to ciekawe. Z jakiego powodu?
    - Z takiego, że Tomek ma swoją prywatną kartę dostępu do samochodu, którą dostał na jej wniosek. I teraz samochód może uruchomić zarówno on, jak i Dorota, każde mając inne kody, a system dokładnie odróżni trasy. I na pewno nie zdradzi jednemu tras drugiego. Taka bestia! – Lidka zaśmiała się. – Amerykanie dokładnie zadbali o poufność. Tylko ich służby mają do tego dostęp, w razie potrzeby i koniec! Nikomu tłumaczyć się nie zamierzają. Chcesz jeździć takim autem, więc musisz się temu poddać, innej opcji nie ma. Finito!

    - To ja nie chcę takiego samochodu – zadecydowała Justyna.
    - A niby dlaczego? – zdziwił się Bogdan. – Ani mniej, ani więcej informacji niż dzisiaj, natomiast większa pewność, że wyjechałbym bez problemów z jakichś podmokłych dziur i zakamarków.
    - Masz rację – zapewniłem. – Jest dokładnie tak, jak powiedziałeś. Istnieje wprawdzie malutki dodatek, czyli awaryjna pomoc drogowa i techniczna, ale to niuanse. W codziennym użytkowaniu jest to po prostu zwykły, chociaż komfortowy wóz terenowy. Terenowy, powtarzam, czyli w takim zakresie ma niemałe możliwości techniczne.
    - Jakie na przykład? – zapytał.
    - Możesz nawet wystrzelić kotwicę, a potem uruchomić wciągarkę, żeby wydostać się z miejsca, gdzie napęd 4x4 nie da rady – wyjaśniałem. – Tak naprawdę, to jeszcze nie znam wszystkich możliwości tego auta, mój angielski nie jest zbyt perfekcyjny.
    - A od czego masz asystentkę dwujęzyczną? – wtrąciła Lidka. – Czas już, żebyś miał instrukcję po polsku.
    - To nie jest moja asystentka, lecz Dorotki. Ja nie mogę jej wydawać takich poleceń.
    - Załatwię ci to, tylko dasz mi tekst źródłowy, niech stracę.
    - Jesteś wspaniała!
    - I ciągle przez ciebie nie doceniana. Tomek…
    - Rozumiem, musimy jechać.

    Pożegnaliśmy się z trudem,. Sam czułem się wręcz głupio, bo szwagrostwo przygotowali się szczerze do mojej wizyty, ale innego wyjścia nie było. Po różnych zabiegach, w końcu ruszyliśmy w drogę powrotną.

    - Ty pamiętasz, że musimy zameldować się jeszcze u Baśki? – zapytała Lidka, kiedy dojeżdżaliśmy do Pokrzywna.
    - Wiem, dlatego nawet nie wspominałem o tym Justynie, żeby się nie obraziła.
    - Dobrze zrobiłeś, ale sam widzisz, życie jest bardziej intensywne, niż nawet nasze o nim wyobrażenia.
    - O! Wzięło cię na filozofię?
    - Na co mnie wzięło, tego ci teraz nie powiem, bo jeszcze prowadzę pojazd. Ale gdy zostawię kierownicę… nie oczekuj wtedy niczego miłego.
    - Kiedy przestaniesz mnie drażnić?
    - Wpuściłeś mnie dzisiaj w takie maliny…
    - Sama tego chciałaś. Do kogo masz pretensje?
    - Miałam na myśli kilkanaście, no, powiedzmy kilkadziesiąt kilometrów. Ale, że zrobisz ze mnie prywatnego, całodobowego kierowcę…
    - Jutro się poprawię, to ja będę ciebie woził.
    - Jutro, to ty będziesz zajęty, a jeśli nie wykonasz zadań, to okłamiesz Justynę. Kiedyś to może wyjść na wierzch, nie radzę.
    - Wiem, dlatego jeszcze dzisiaj pojedziemy do Białegostoku. Baśka też będzie musiała poczekać.
    - A taki tort ci upiekła…

    - Kawałek zawsze możemy zjeść.
    - Rozmawiałaś z Dorotą?
    - Nie, umówiliśmy się, że nie będę dzwonił. Zadzwoni sama, jak tylko będzie już wolna.
    - To tak jak i ja, do mnie też nie dzwoniła.
    - Jeśli do mnie zadzwoni najpierw, to mówić jej o akceptacji waszego projektu?
    - Nie wolno! Chyba mi tego nie zrobisz! Sama jej wszystko oznajmię, a poza tym teraz nigdzie już nie odjeżdżam, więc nie próbuj nawet.
    - Coś ty taka nastroszona, jakbym ci jakąś krzywdę zrobił.
    - Oj, przestań już, jestem po prostu zmęczona.
    - I nie masz Romka pod ręką, żeby się wyładować?
    - Guzik prawda – mruknęła obojętnie, nie podnosząc głosu. – Czas, kiedy mu dokuczałam, dawno już minął, teraz jest pod ochroną. Jest głową rodziny, muszę o niego dbać!
    - To i mnie weź pod ochronę.
    - Niech stracę, wezmę, ale tylko dzisiaj – oznajmiła zrezygnowana.
    - Teraz ci wierzę, że jesteś już zmęczona – roześmiałem się.

    Dojechaliśmy do domu Baśki. Lidka zatrzymała się na chwilę, jednak nic nie wskazywało, że gospodarze są w domu. Nie paliło się żadne światło i wszędzie panowała cisza.
    - Jedziemy dalej, Baśka pewnie jeszcze w hotelu – zdecydowała po chwili obserwacji.
    - A Andrzej? Siedzi tam z nią?
    - Dziwisz się? Po co miałby przychodzić tutaj sam? On się jej trzyma tak jak i wy, bez niej by nie istniał.
    - A jak sanepid wpadnie?
    - Zaskoczę cię, ma książeczkę zdrowia! – uśmiechnęła się. – Baśka nie w ciemię bita, o tym też pomyślała. A tak w ogóle, zmieniła się teraz nie do poznania. Tej Baśki, którą spotkałeś latem, już nie ma.
    - Nabrała pewności siebie?
    - Raczej takiej specyficznej… – nie wiedziała jak to określić. – Baśka nie miała w pracy wahań, dobrze wiedziała co robi, ale w relacjach towarzyskich…
    - Mówiła mi, że młodzi pracownicy biorą ją za dziwaczkę.
    - Właśnie. Dobre określenie. Ale to już przeszłość i wcale bym się nie zdziwiła, jeśli teraz zastaniemy ich pod wiatą.

    - Ale Andrzej nie pije?
    - Obydwoje nie piją. On nie może, a Baśka go wspiera, więc zrezygnowała z używania alkoholu. Jednak nie chowa się już przed światem i lubią sobie czasami posiedzieć nad jeziorem.
    - Jedźmy więc, załatwmy i to, bo czas nagli. Mam nadzieję, że mnie przed nią wesprzesz z usprawiedliwieniami.
    - A mam inne wyjście?
    - Nie bardzo.
    - Co ja z tobą mam… – westchnęła.
    - Wszystko, oprócz dzieci – odparłem.
    - Jeszcze by tego brakowało! – skontrowała. – Wystarczy ci zajęcia z tymi co masz.
    - Oj, tam… chodzi o sam proces tworzenia.
    - Ty… – spojrzała na mnie z przekąsem. – Jeszcze miesiąc nie minął, a już przewraca ci się w głowie?
    - Nic podobnego. Pytałaś o teorię, więc ci odpowiedziałem, nie mieszaj do tego praktyki.
    - Coś ty tutaj kombinujesz – stwierdziła, kręcąc głową. – Szkoda twojego czasu, już ja cię przypilnuję. Jedziemy! – oświadczyła nagle, po czym uruchomiła jeepa i podjechaliśmy na parking przed hotelem.
  • #118
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Z wnętrza, nawet tutaj dobiegały dźwięki dyskotekowej muzyki, czyli integracyjna impreza trwała w najlepsze. Baśki raczej tam nie było, dlatego też, od razu ruszyliśmy spacerkiem w stronę wiaty. I rzeczywiście, pod strzechą przebywało niemało osób, a kiedy podeszliśmy bliżej, Baśka się odnalazła. Siedziała z Andrzejem przy naszym ulubionym stole, w nielicznym, nieznanym mi towarzystwie i dopiero po chwili rozpoznałem wśród nich inżyniera Zwardałę.
    Otoczony był głównie dość młodymi kobietami, których twarze niczego mi nie mówiły. Nie wyglądało to jednak na imprezę rozrywkową, gdyż na stole nie było alkoholu.
    Lidka już na wstępie przejęła inicjatywę i wyręczyła mnie w prezentacjach, dzięki czemu zorientowałem się, że całe zgromadzenie jest zasługą Zwardały. Dowiedziawszy się o akceptacji jej wielkiego planu, ściągnął tutaj swój najbliższy zespół współpracowników i czekali teraz, by na gorąco poznać jej najbliższe, najpilniejsze zamierzenia.
    Mną się w zasadzie nie interesowali, co szybko wykorzystała Baśka.
    - Nic tu po nas – oświadczyła głośno, ściskając dłoń Kuźnikowi, po czym przeniosła wzrok na mnie. – Pójdziesz ze mną nad jezioro? – zapytała retorycznie.
    - Oczywiście! – nie dałem się prosić, poderwawszy się niczym na sprężynie.

    Ruszyła wolnym krokiem w stronę wody, ja zaś szybko do niej dołączyłem, ale do samego obniżenia terenu niedaleko brzegu, nie padło ani jedno słowo.
    - Chcesz się może kąpać? – zażartowałem, chcąc przerwać ciszę. – Nie za zimno?
    - Nie żartuj sobie ze mnie, tu jest ławeczka – oznajmiła. – Usiądźmy na niej, wolałabym, żebyśmy byli widoczni spod wiaty, nie chciałabym zostać powodem plotek.
    - O, jakaś nowość! Nie widziałem jej wcześniej.
    - A widzisz, przydała się. Andrzej ją tutaj postawił. A pod klonem jest stół i ławy, podobne jak pod lipą.
    - I eksperymentujecie na tym stole? – zapytałem bezczelnie.
    - Nie! – odparła zdecydowanie, ale bez emocji. – Wyobraź sobie, że ja jestem wielką konserwatystką i oprócz łóżka nic innego mi nie odpowiada.
    - To niedobrze, troszeczkę innowacji bywa przydatne…
    - Zostawmy to, szkoda czasu na takie teorie. Lidka już mi powiedziała, że dzisiaj nie zostaniecie, więc nie będę cię molestowała, ale w zamian opowiedz mi, jak to wszystko z wami wyszło na twoje. Opowiesz?
    - Dobrze, tylko nie wiem co wiesz, a czego nie – spoważniałem.
    - Wiem tylko tyle, że przed świętami zamieszkaliście razem i to, co powiedziałeś mi wcześniej. Natomiast jestem ciekawa, jak do tego doszło.
    - Lidka ci nie mówiła?
    - Wiesz, ja znam relacje Lidki z panią Dorotą i nie chcę w nie włazić z butami, bo wiem że się nie zmienią. A zbyt cenię sobie swoją znajomość z Lidką, aby stawiać ją w niezręcznym położeniu. Dlatego też nie pytam, jeśli nie mówi sama. Ciebie natomiast pytam, bo… sam wiesz. Znam to, czego inni nie wiedzą i chciałabym wierzyć, że postąpiłam wtedy właściwie.
    - Masz rację, wybrałaś wtedy optymalny wariant, chociaż długo o tym nie wiedziałem.
    - A ty w końcu co zrobiłeś? Dogadaliście się?
    - Wyłącznie służbowo i to poprzez pośredników. Już się wtedy nie spotkaliśmy, w końcu wyjechałem do Moskwy i stamtąd utrzymywałem z Dorotką łączność. Początkowo bardzo oficjalną, w końcu to dla niej pracowałem, ale z czasem… jakoś zrobiło się mniej sztywno. A spotkaliśmy się dopiero na balu, pod koniec stycznia.
    - Ale na balu, była jeszcze z Johnem?
    - Tak, w dodatku stwierdziła publicznie, że mnie nie zna! – parsknąłem śmiechem.
    Baśka spojrzała na mnie podejrzliwie.

    Opowiedziałem jej dość dokładnie, chociaż w skrócie, przebieg jubileuszowego balu i późniejsze dni, kiedy Dorotka towarzyszyła nam z Martą. Nie wspomniałem tylko o tym, że kochaliśmy się zarówno na balu, jak i później, już w gabinecie Johna. To nie było konieczne.
    - Poczekaj, czyli rzeczywiście, twoja żona poznała Dorotę i co, niczego się nie domyśliła?
    - Coś czuła, owszem, ale ulokowała swoje podejrzenia w Lidce. Wiesz przecież, jak my we dwoje się zachowujemy. A że Lidce obecność Marty w niczym nie przeszkadzała…
    - No tak, gdybym nie wiedziała, to sama miałabym niemałe wątpliwości. Romek nie był zazdrosny?
    - Nie, z Romkiem wyjaśniliśmy sobie sytuację już dawno, jeszcze wtedy przed laty. A że on zna Lidkę doskonale i zna jej zachowania… – wzruszyłem ramionami. – Teraz mamy okazję współpracować na bieżąco i mówię ci, rozumiemy się znakomicie.
    - No a jak to się stało, że sytuacja tak diametralnie się zmieniła?

    No cóż, znowu popłynęła moja opowieść o tym, jak wracałem na święta z Moskwy i co się wtedy wydarzyło. Baśka tym razem reagowała bardziej impulsywnie i niemal przeżywała wszystko razem ze mną. A kiedy opowiadałem, jak spotkaliśmy się w hotelu z Iwoną oraz Justyną, pokładała się ze śmiechu.
    - Bajeczny scenariusz! – podsumowała ze śmiechem, ale ten szybko zniknął z jej twarzy. – No cóż, moja odpowiedź na to wszystko będzie jedna. Chciałam z tobą porozmawiać nie z czystej ciekawości, ale dlatego, by być pewną swojego wyboru i słuszności swoich decyzji.
    - Nie bardzo cię rozumiem, jakich decyzji?
    - Zapomniałeś? Ja tę pracę przecież kiedyś już rzuciłam!
    Zmartwiałem. Czyżby Baśka chciała stąd odejść???
    - Ale przecież wróciłaś… i powiedziałaś mi, żebym pogodził się z Dorotką…
    - Właśnie. Dokładnie tak ci powiedziałam! A skoro udowodniła, że wygrała ze mną w uczciwej walce, moje zastrzeżenia wobec niej uznaję za niebyłe i je kasuję. Jeśli tylko się tu pojawi, to natychmiast przeproszę ją za wszystko i przyrzeknę, że już nigdy w życiu nie zrobię jej żadnej złośliwości. Możesz jej to otwarcie powiedzieć. Powiedz, że posypuję głowę popiołem i oznajmiam, że się myliłam.
    - Nic z tego nie rozumiem…
    - Zapytaj Lidkę, wytłumaczy ci w drodze do Białegostoku.
    - Jedziemy, bo musimy, chociaż chętnie upiłbym się tutaj z kimś, ale wszyscy nie piją!

    - Nie wywołuj wilka z lasu, ja piję.
    - Nie zauważyłem…
    - Bo nie chcę ci przeszkadzać! Słuchaj, Andrzejowi zapowiedziałam, że będę go wspierała w trzeźwości i odkąd jesteśmy razem, nie wypiłam ani kropli. Tym niemniej, zastrzegłam sobie, że jeśli będę miała okazję pobawić się z tobą, to będzie i alkohol. Tak więc mam na ciebie dyspensę.
    - Szkoda, że nie wiedziałem tego wcześniej…
    - Nie, dzisiaj to bez sensu, może kiedyś będziesz miał więcej czasu.
    - Powiesz mi coś o nim?
    - Mogę powiedzieć, ale to nic interesującego.
    - Nieprawda! Jak taki inteligentny człowiek został bomżem? Co się stało?
    - Wódka! Niestety, jeśli się traci nad sobą kontrolę, to już jest koniec.
    - Ale przecież ludzie nie są znikąd, mają dom, rodzinę…
    - Andrzej nie ma niczego – westchnęła. – Zabił człowieka. Jechał autem, mając ponad dwa promile…
    - O, kurwa…

    - Ano… rozsądek wraca po czasie. Dostał pięć lat, z tego odsiedział trzy i pół, a że już wcześniej miał na pieńku z rodziną, to żona w międzyczasie wzięła rozwód, dzieci się go wyrzekły i został sam. Kiedy wyszedł z paki, do domu go nie wpuścili, a że to była dziana familia, więc zagrozili mu dodatkowo fizycznym unicestwieniem, gdyby ich nagabywał. Dlatego wylądował w schronisku.
    Ale i tam nie było wesoło, bo Andrzej jest zbyt mało brutalny. Zresztą, chyba dzisiaj to zauważyłeś. Zawsze stara się wszystko tłumaczyć, tam natomiast panują trochę inne zasady i działają inne argumenty. A więc i tam nie miał co robić. Dlatego wyruszył w dworcowy świat, jeżdżąc po kraju, chcąc w ten sposób uwolnić się od prześladowców. Jednak i tu nie potrafił się przebić. Było coraz trudniej o jedzenie i dach nad głową. Konkurencja niemała i żadnych kumpli. Wszędzie miał wrogów.
    Przypadkowo też wylądował na moim płocie, niemal w tym samym miejscu gdzie kiedyś ty, chociaż z drugiej strony. Zauważyłam go, po jakimś czasie pewnie, wyszłam i pytam co się stało, a on mi mówi, że jest głodny…
    No wiesz, na inne słowa chyba bym nie zareagowała, ale że dorosły człowiek jest głodny, jakoś nie mogłam uwierzyć. Jednak gdy powtórzył i zobaczyłam, że jest zwyczajnie słaby, niepewnie stoi na nogach, to po prostu wyszłam i zaciągnęłam go do domu. Niewiele mu wtedy dałam do jedzenia, żeby sobie nie zrobił krzywdy. Obiecałam tylko, że jeśli dobrze będzie się czuł, to jutro dostanie do syta, po czym pościeliłam mu na ganku.
    Nawet nie wiem, dlaczego to zrobiłam i dlaczego się nie bałam, przecież oprócz ciebie i Stefana, wcześniej nie wpuszczałam do domu nawet listonosza!
    - I co dalej?

    - A nic, zwyczajnie. Rano był zupełnie inny, sam już mnie zapytał, czy mógłby się gdzieś umyć, bo czuje swoją woń, więc zaprowadziłam go do łazienki, po czym zadzwoniłam do hotelu, że się spóźnię i przygotowałam śniadanie. Byłam normalnie ciekawa rozwoju sytuacji! – śmiała się.
    - Czyli zjadł śniadanie…
    - Nie! Zjedliśmy razem. Celowo poczekałam, żeby go ośmielić, nie mając niczego innego na myśli. To miało być dla niego zachętą, żeby powiedział coś o sobie, ja naprawdę nie planowałam wtedy nic ponadto.
    - Ale się zdarzyło…
    - Nie, absolutnie. Do tego było jeszcze daleko.
  • #119
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - A po drodze?
    - Po drodze… nie, długiej drogi już nie było. Po śniadaniu, Andrzej, odziany w coś tam, zapytał o możliwość wyprania swojej odzieży, a wtedy coś mnie ruszyło. Przecież widziałam wczoraj w co jest ubrany, to była tragedia. Dlatego powiedziałam mu otwarcie, żeby wrzucił swoje szmaty do worka na śmieci, a ja w zamian dam mu coś niecoś do ubrania. W końcu niczego nie wyrzuciłam po moim byłym mężu, to było używane, ale wyprasowane i czyste.
    W dodatku zażartowałam, że jeśli mu czegoś zabraknie, to mu kupię! Rzucił się wtedy do całowania moich rąk, ale go osadziłam i zażyczyłam sobie, żeby opowiedział mi coś o sobie, bo to nierówne szanse, kiedy on ma okazję wiedzieć o mnie wszystko, a ja nie wiem o nim niczego.
    - I pewnie się zaciął…

    - Żebyś wiedział. Nie chciał, wstydził się, rzucił kilka obojętnych faktów, jednak wtedy byłam cierpliwa. Kierowałam się zwykłym, ludzkim podejściem, trzeba było człowiekowi pomóc i to wszystko. A skoro był taki oporny, to już myślałam, jak go wyposażyć i wyprawić dalej, bo wprowadził zamieszanie w moim harmonogramie zajęć i nie mogłam tego przedłużać. To było ważne.
    - A jak się skończyło?
    - Do końca było jeszcze daleko. Andrzej wyraźnie przedłużał swoje odejście, coś tam kombinował, kręcił, wreszcie zapytał mnie otwarcie, czy to prawda, że tu w pobliżu jest jakaś budowa.
    - Czyli jeszcze tam nie doszedł?
    - A skąd! Opowiadam ci historię jego pojawienia się, na razie dotarł do mojego domu i ani metra dalej.
    - I co mu odpowiedziałaś?
    - Że jest, a jeśli chce tam pracować, to nie ma problemu, mogę mu to załatwić. Ucieszył się wtedy i poprosił o pomoc, więc zadzwoniłam do Zawilca, był wtedy kierownikiem robót. Zwróć uwagę, że całość budowy była jeszcze w okresie wylewania fundamentów, no i poprosiłam, żeby przyjął nowego pracownika.

    - Czyli pilotujesz budowę od początku! – zauważyłem ze śmiechem.
    - Przecież mówiłam ci latem, że do kuchni dochodzą wszystkie wiadomości, nie ma z tym problemów. Słuchaj dalej, bo to było interesujące. Poszliśmy razem, pokazałam mu budowę, powiedziałam gdzie ja pracuję i jak ma mnie odnaleźć po pracy, no i zajęłam się swoimi problemami, zapominając o wszystkim.
    Aż tu po obiedzie, przychodzi do mnie Zawilec, zły jak osa i mówi, że nie przyjmie go do pracy na stałe. Andrzej obraził go wobec pracowników i on nie chce go więcej widzieć.
    Próbował się przede mną usprawiedliwiać i tłumaczył, że budowa jest dla niego ważna, więc nie może sobie pozwolić na takie zachowania, podważające jego autorytet. Ja natomiast nie widziałam problemów, skoro człowiek nie nadaje się na budowę, to pomyślałam, że może znajdę mu gdzieś zajęcie przy hotelu i machnęłam na wszystko ręką. Zawilec odszedł zadowolony, że nie stawałam okoniem, a po kilkunastu minutach pojawił się Andrzej. Już wyrzucony i bez prawa powrotu za ogrodzenie.
    Nie rozmawialiśmy wtedy, bo nie miałam czasu. Dałam mu tylko jeść i kazałam poczekać na zapleczu, aż zakończę pracę. No a potem poszliśmy do domu.

    - Nie powiedział co się wydarzyło?
    - Powiedział w drodze. I wiesz, ja nie jestem specjalistką budowlaną, ale przy wznoszeniu hotelu trochę się osłuchałam z różnymi terminami i w pewnej chwili zdałam sobie sprawę, że on przemawia do mnie jak specjalista. Przy czym relacjonował wszystko z taką pewnością siebie i z takim zaangażowaniem, że coś mnie ruszyło.
    Zapalił się do tej budowy niczym kibic do ukochanej drużyny. Jakby go coś olśniło, jakby to było jego własne. Snuł rozważania, że chciałby obejrzeć projekt, zobaczyć współczesne rozwiązania i takie, różne jeszcze teksty.
    - Ale co się wydarzyło na budowie?
    - Nic specjalnego. Zwrócił uwagę Zawilcowi, że coś tam robi nie tak, że to ma wyglądać inaczej. Tyle, że zrobił to publicznie, więc Zawilec pokazał mu kto na budowie rządzi. Nie pamiętam o co chodziło, bo się na tym nie znam, ale to były techniczne sprawy budowlane.

    - Czyli wróciliście do ciebie…
    - Tak, wróciliśmy, usiedliśmy sobie spokojnie i wtedy go zapytałam, skąd się bierze jego przekonanie, że ma rację? Przecież nie wygląda na budowlańca, więc może wypadałoby zaufać specjaliście.
    Spojrzał na mnie wtedy z politowaniem i po kilkunastu sekundach milczenia oświadczył dumnie, że kiedyś był inżynierem budowlanym i architektem, wziętym specjalistą w takiego typu budownictwie, szefem odnowy wielu zabytków, więc wie co mówi. Zapytałam wtedy, czy ma jakieś dokumenty, ale zmieszał się i odparł, że nie.
    - Znając jego przeszłość, wcale się nie dziwię, że nie miał niczego…
    - Teraz, to i ja wiem, ale wtedy jeszcze jej nie znałam. Zapytałam więc delikatnie gdzie kończył studia, gdzie pracował, a on odpowiadał w miarę płynnie. Dopiero kiedy zapytałam skąd więc taki jego wygląd, wtedy zamilkł. I długo milczał, odmawiając odpowiedzi.
    Coś mnie wtedy oświeciło, że budowanie jest jego pasją i należy podać mu przynętę, dlatego posłużyłam się Lidką. Powiedziałam mu otwarcie, że jeśli chce tutaj pracować, to ja znam szefową całego przedsięwzięcia i pracę mogę mu ponownie załatwić, ale warunek jest jeden. Chcę znać jego życiorys, bo nie będę ściągać szefowej nadaremno. Jeśli uznam, że warto, to ją ściągnę, a wtedy dostanie normalną pracę i normalną zapłatę. Jeśli zaś będzie ukrywał swoje tajemnice, to niestety, nie podejmę takiego ryzyka.

    - Uwierzył?
    - Nie od razu. Zapytał kim ja jestem, więc powiedziałam otwarcie, że szefową kuchni w hotelu, ale znam inwestorkę przebudowy domu i mogę ją sprowadzić. Byle nie nadaremno.
    - Rozumiem, że Lidkę ściągnęłaś…
    - Owszem, chociaż jak pierwszy raz słuchałam Andrzeja życiorysu, to mi włosy dęba stawały.
    - Ma coś jeszcze na sumieniu oprócz tego wypadku?
    - Nie, nie! Ale gdy opowiadał mi o tych pijaństwach, które kiedyś urządzali… brr! Zgroza!
    - Czyli przyjechała Lidka i …
    - Nie tak hop, siup. Lidka przyjechała nie od razu, bo nie miała czasu. Natomiast ja chodziłam normalnie do pracy, Andrzej zostawał w domu…

    - Sam?
    - Wyobraź sobie, że sam. I nie potrafię wytłumaczyć ci, dlaczego zdecydowałam się na to niemal bez wahania, jakby to była oczywistość i zrobiłam to bez lęku. Nie wiem dlaczego.
    - Nie myślałaś o przyszłości z nim?
    - Nie. I to jest nawet dla mnie dziwne. Zupełnie nie brałam tego pod uwagę, jeszcze wtedy był dla mnie jak… nie wiem. Znajomy, kuzyn, siostrzeniec… nie wiem!
    - A kiedy się to zmieniło?
    - Minął chyba z tydzień… może i więcej, nie pamiętam. Andrzej doszedł już do siebie, zadbał o swój wygląd, po czym chyba z nudów zaczął się zajmować różnymi naprawami i poprawkami w domu. Tu coś podkleił, tam coś załatał, w końcu przyszłam kiedyś, a ja mam cały salon przeorganizowany. Poprzestawiał meble i najpierw nieco się zdenerwowałam, ale kiedy spokojnie mi wytłumaczył co i jak, dlaczego tak, a nie inaczej, musiałam przyznać mu rację. Pochwalił się wtedy, że wyjmował wszystkie butelki z barku, kiedy przestawiał szafki i ułożył je później z powrotem, przy czym nie wypił nawet kropli z ich zawartości. Wtedy pocałowałam go pierwszy raz i doszłam do wniosku, że to jest całkiem, całkiem…
    - I skończyło się…

    - Nic się nie skończyło. Andrzej dopiero tego wieczoru się przyznał, gdzie spędził ostatnie lata. Że ma sumieniu ludzkie życie i że sobie ślubował nigdy więcej nie pić.
    - Ile czasu minęło wtedy od jego wyjścia z paki?
    - Osiem miesięcy. Osiem miesięcy spędził w podróżach, nie wiadomo gdzie.
    - Nie pił w tym okresie?
    - Twierdzi, że nie.
    - A tak w ogóle, to kogo zabił?
    - Staruszkę. Kobietę, która zawahała się na pasach. Mówił, że liczył, iż pójdzie tempem w jakim szła, ale się nagle zatrzymała i zahaczył ją zderzakiem.
    - A przed paką się nie leczył?
    - Ponoć próbował, ale okazji było wtedy zbyt wiele…

    - Basieńka, powiedz mi teraz, po co mi to wszystko mówisz? Czego ode mnie oczekujesz? A może oczekujecie, bo przecież jesteście razem.
    - Z jednej, prostej przyczyny – nawet się nie skrzywiła. – Chcę, żebyś od razu wiedział wszystko i nie chlapnął czegoś publicznie z jego życiorysu. Nie jest całkiem chwalebny, to prawda, ale idzie ku lepszemu. Ja dałam mu szansę i proszę, byście i wy mu dali. Natomiast otoczenie nie musi tego znać, bo nawet na zatarcie wyroku przyjdzie jeszcze poczekać niemało lat.
    Lidka mnie uprzedziła, że będziesz miał teraz dostęp również do akt personalnych, więc chciałam zapobiec jakimś twoim gwałtownym ruchom odnośnie Andrzeja. Mogę na to liczyć?
  • #120
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Sprytne jesteście, ale oczywiście, masz moje pełne poparcie. Twój Andrzej zrobił na mnie dzisiaj duże wrażenie, jest świetnym fachowcem i ja go na pewno nie tknę. Będę też milczał na temat jego przeszłości, odpowiada?
    - Owszem! Kiedyś cię za to pocałuję, ale teraz siedzimy zbyt publicznie, więc nie mogę.
    - Zanotowałem w pamięci i na pewno z tego nie zrezygnuję! – roześmiałem się. – Ale rzeczywiście, biorąc pod uwagę to co mówisz, postawiłaś gościa na nogi, ale on jest wart tego. Naprawdę, świetny fachowiec!
    - To Lidki zasługa – Baśka się uśmiechała. – Przyjechała wtedy, po moim telefonie i przenicowała go doszczętnie. Ode mnie wiedziała już o najważniejszych tematach, ale musiał to wszystko opowiedzieć jej od nowa i to ze szczegółami. Nie pozwoliła mu na żadne omijanie wątków, wymagała wręcz samooskarżenia, niczym na klasycznych spotkaniach AA.
    Andrzej pękł wtedy i opowiedział dosłownie wszystko. O studiach, o swojej byłej rodzinie, o pracy, o pijaństwie, o wypadku, o pobycie w pace, o swoim życiu po wyjściu… katharsis po prostu. Zrobił spowiedź z całego swojego życia. I wtedy Lidka zawarła z nim układ. Zabrała go do Warszawy…

    - Andrzej pochodzi z Warszawy?
    - Nie, ale tam studiował. Tam się ożenił i tam pracował. Dlatego Lidka zabrała go ze sobą, odwiedzili uczelnię, izbę i dawną firmę, Lidka wszystko opłaciła, natomiast Andrzej otrzymał nowe dokumenty, potwierdzające jego kwalifikacje, no i wrócił na budowę!
    - Do tego Zawilca? – roześmiałem się.
    - Żebyś wiedział! – Baśka też się roześmiała. – Tylko już nie jako pracownik fizyczny, ale inspektor nadzoru inwestycyjnego. Mający kompetencje decyzyjne wobec kierownika robót.
    - I Zawilec to ścierpiał?
    - Coś tam podobno protestował, ale to Lidka wprowadziła Andrzeja na budowę, a chyba wiesz jak sobie radzi. U niej, jeśli ktoś ma inne zdanie, to brama jest otwarta i to w jedną stronę. Nikomu nie pozostawia wątpliwości.
    Poza tym ściągnęła Roberta, polecając mu wprowadzenie zmian w projekcie według sugestii Andrzeja, no i sytuacja była już czysta. Andrzej wsiadł, jak się okazało, na swojego ulubionego konika, spala się wręcz na tej budowie, żyje nią, ale to dobrze. I dla niego, i dla mnie. Ja mam swoją działkę, on ma swoją, wieczorem zaś odpoczywamy, mam wreszcie z kim zamienić parę słów, ja nie jestem sama, on nie jest sam…
    - To akuratnie rozumiem doskonale – wtrąciłem.

    - Co ty wiesz… – przerwała mi.
    - Ejże! – niemal wykrzyknąłem. – Skąd twój sceptycyzm? Uważasz, że ja nie wiem o co w tym wszystkim chodzi?
    - A niby skąd?
    - Oj, Basieńka… Na tyle miesięcy i lat, które zupełnie samotny spędzam za granicą…
    - Rzeczywiście… jakoś nie kojarzysz mi się z samotnym mężczyzną – roześmiała się.
    - Niestety, nawet wśród tłumu bywa się samotnym.
    - To fakt… Tomek, czyli co, dogadaliśmy się?
    - Dlaczego masz wątpliwości? Basiu, przecież wiesz, że bardzo cię lubię.
    - Więc mam do ciebie jeszcze jedną prośbę.
    - Jestem do dyspozycji.
    - Przekaż twojej nowej żonie moją prośbę, aby również nie omawiała publicznie życiorysu Andrzeja…
    - Przestań już! To jest naprawdę niesmaczne.
    - Dlaczego? Co w tym dziwnego?
    - Oj, nie przesadzaj! Basiu, po pierwsze, Dorotka nie ma czasu na takie sprawy, a po drugie, to w razie wątpliwości będzie pytała najpierw mnie. I nikogo więcej. Dlatego dobrze, że powiedziałaś mi o tym, ale ją zostaw w spokoju, bo mam wrażenie, że mimo twoich deklaracji, jednak gdzieś w podświadomości żywisz do niej urazę.

    Odezwała się dopiero po dłuższej chwili.
    - Może… może masz rację… Sama nie wiem. Wiesz… może zbyt długo żywiłam do niej niechęć, zbyt długo była mi nie tylko rywalką, ale też rywalką grającą nieczysto…
    - Niestety, w jakiejś części są to twoje wyobrażenia, działa twoja wyobraźnia, a nie fakty. Czy Dorotka cię kiedyś skrzywdziła?
    - Dobrze, nie rozmawiajmy o tym. Wszystko jest w porządku.
    - A co usiłujesz zamieść pod dywan?
    - Aj, Tomek… Proszę!
    - Jestem w kropce…
    - Dlaczego?
    - Bo na wstępie złożyłaś deklarację odnośnie Dorotki, a teraz…
    - Nie, źle mnie zrozumiałeś. Panią Dorotę, bo nigdy nie przeszłyśmy na „ty”, przeproszę natychmiast, jak tylko się tu pojawi. Za to, że uważałam, iż gra z tobą niecnie. Okazało się, że nie miałam racji, jej zamiary były szczere, więc nie mogę mieć do niej pretensji.
    - Czyli o co chodzi?
    - A to już nie twoja sprawa, z tobą nie ma niczego wspólnego.

    - Basiu… to jest już moja żona. I sprawy z nią związane, dotyczą również mnie. Bezpośrednio mnie dotyczą.
    - Dobrze. Skoro chcesz… Przegrałam z nią, rozumiem, że to był też twój wybór, jednak na ciebie nie potrafię się gniewać. Może dlatego moja niechęć skoncentrowała się na niej…
    Długo byłam przekonana, że robi mi na złość, ciebie prowokuje, nie oferując niczego w zamian. Po to tylko, byś nie skierował swojego zainteresowania na mnie. Brałam to za czystą złośliwość.
    - Przecież wiesz, że było i jest inaczej.
    - Wiem, ale to siedzi we mnie zbyt głęboko. Zbyt wiele lat żyłam z takim przekonaniem i już nie potrafię się od tego uwolnić. Tym bardziej, że twoja żona nigdy nie uznała mnie za równą sobie. Mam o to do niej żal i nie potrafię się przełamać. Rozum mówi jedno, a wewnątrz siedzi coś innego.
    Dlatego tak jak powiedziałam, przeproszę ją za wszystkie podejrzenia, natomiast nie każ mi jej pokochać, bo to się nie uda. Mogę pokochać wasze dzieci, bo to są też twoje dzieci, ty sam masz u mnie konto otwarte. Oczywiście, z wyjątkiem łóżka, tego ci nie zaoferuję, ale wobec twojej żony będę zawsze tylko poprawna. Zrobię to, co będzie sobie życzyła, albo co mi zleci, jednak… powiedzmy, zrobię to bez uczucia, bez serca.
    - Nie powiedziałem ci… kochałem się z nią nawet podczas balu…

    - Pieprzysz! – zawołała. – Jakim cudem?
    - Ano… niemal cudem – pokiwałem głową w zadumie.
    - I nikt się nie zorientował? Gdzie była twoja żona? Gdzie jej mąż?
    - To teraz nieistotne. Chciałem ci tylko przekazać, że to co robiliśmy latem i o co wtedy zapytałaś, nie było żadnym przypadkiem. Zapytaj Lidkę, jeśli nie wierzysz. Dlatego uważam, że oceniasz Dorotkę niesprawiedliwie. Zapomniałaś, że wtedy, przed laty, nie była nikim ważnym. Była bezrobotna tak jak i ja, więc nie mogła się wywyższać. To jest tylko twoje wyobrażenie.
    - Ależ je nie mówię inaczej, zrozum! To wszystko siedzi gdzieś w mojej podświadomości, a nie w głowie. Na logikę, to ja nie mam żadnych pretensji, tylko nie potrafię jej pokochać.
    - A ja ją kocham, więc skoro mnie lubisz, to pokochaj też moją partnerkę.
    - Żeby to było takie proste… cóż! Życzę wam wszystkiego najlepszego i jeśli będę wam potrzebna, to na pewno nie odmówię, złośliwa też nie będę… może z czasem się ułoży…
    - Oby! Ja wam życzę też wszystkiego co najlepsze. Jeśli odnalazłaś swoje przeznaczenie, to tylko przyklasnąć. Powiedz Lidce, żeby wyjęła teczkę Andrzeja z kadr…
    - Już mówiłam, na samym początku. Lidka obiecała, że ma ją w swoim sejfie.
    - I bardzo dobrze!

    - Bardzo bym chciała, żeby nam się jakoś ułożyło… Tomek, ja naprawdę byłam już w wielkim dołku psychicznym. Pamiętasz naszą rozmowę latem w hotelu?
    - Jasne, że pamiętam. Chodzi ci o dziwaczkę?
    - To też, ale to tylko słowo, jakieś tam określenie. Zwróć natomiast uwagę na atmosferę, na moje zachowanie, na niemal mechaniczne zachowania i reakcje.
    - To prawda, dawało się zauważyć, że jakbyś nie była sobą, ale nie umiałem ci pomóc.
    - Nie byłeś w stanie, zrozumiałam to już wtedy, kiedy Lidka do mnie zadzwoniła.
    - Wtedy, kiedy dzwoniła z hotelu w Białymstoku?
    - Tak, wtedy. Jak usłyszałam, że wróciliście do swoich dawnych… zabaw, zrozumiałam nagle wszystko. I postanowiłam wrócić pod skrzydła Lidki, bo tylko u niej miałam szansę na przeżycie. Tomek, chyba wiesz ile ja mam lat…
    - To ma jakieś znaczenie?
    - A ma, ma! – roześmiała się. – Panowie mogą jeszcze poszaleć w tym wieku, jak ty na przykład, ale dla kobiet to już łabędzi śpiew. Czułam się stara, wypalona i nikomu już niepotrzebna.
    - A teraz wiesz, że to nieprawda, że to było tylko twoje wyobrażenie.
    Baśka śmiała się.
    - Coś w tym jest, bo personel od razu komentował zmiany mojego zachowania.
    - Sama więc widzisz, że to w nas wszystko siedzi.
    - A widzę. I liczę, że mi teraz tego nie odbierzecie.
    - Oj, nie musisz powtarzać. Załatwione! Po starej znajomości! – schwyciłem i ucałowałem jej dłoń.