Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

Podwładny pani prezes .

retrofood 26 Apr 2021 09:33 5994 133
Optex
  • #1
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Poprzednie losy bohaterów
    https://www.elektroda.pl/rtvforum/topic3799379.html

    retrofood © Wszelkie prawa zastrzeżone.

    **********************************************************

    - Dość już… dość! Ja was proszę! – wystękałem płaczliwie. – Ja już nie mam sił! Wykończycie mnie… Ratunku!
    Moje krzyki, oczywiście, wywołały efekt zupełnie przeciwny do zamierzonego. Oprócz wzmocnionej salwy śmiechu poczułem, że zamiast dwóch kolan, ugniatających dotychczas kości mojego kręgosłupa, mam ich teraz na plecach jakby nieco więcej. Czyli przeciwnik skonsolidował siły i obydwaj moi ciemiężyciele przystąpili do ataku.
    Pomyślałem, że argumentacja nie była jednak trafna, bo zupełnie ją zlekceważyli. Cóż! – naszła nowa myśl. – Sam sobie zgotowałeś ten los. Czego więc chcesz? Przecież sam ich tego nauczyłeś!

    Bliższą znajomość z nimi zawarłem w okresie świąt wielkanocnych, ponad rok temu, w bardzo podobnych okolicznościach. Znaczy, leżąc na podłodze. Tak samo w salonie, ale nie w tym. Tamten był jeszcze większy i wypełniony gośćmi, których wtedy nieoczekiwanie spotkaliśmy i zaprosiliśmy z Dorotką na święta, do jej rezydencji. Goście siedzieli więc przy stole, a my we trzech, troszeczkę ignorując resztę towarzystwa, leżeliśmy na parkiecie, próbując sklejać modele samolotów, które przywiozłem im w prezencie. Piotruś i Pawełek. Bliźniacy. Dopiero tamtego dnia świadomie spędzali czas ze swoim ojcem. Czyli ze mną.

    Znali mnie wcześniej, bo przecież bawiłem się z nimi w lecie nad jeziorem, ale wtedy, byłem dla nich tylko mamy znajomym. Teraz, kiedy powiedziała im jasno, że to jest tatuś, który będzie tu już mieszkał, podeszli do tego bez emocji, jakby z pewnym zdziwieniem, ale też bez lęku. Powiedziałbym, że raczej zaskakująco obojętnie. Jeszcze nie wiedzieli co to oznacza mieszkać na co dzień z tatusiem.
    Podobnie było, kiedy wręczyłem im prezenty. Pudełka z modelami samolotów do sklejania.
    Długo zastanawiałem się wcześniej co im kupić, wiedziałem przecież, że się spotkamy, bo Dorotka jeszcze w Moskwie zaprosiła mnie na święta. Sugerowała nawet, żebym niczego nie przywoził, bo mieli mieć już wszystko. Ja jednak pamiętałem, jak opowiadała o ich plastycznych zapędach. I trafiłem w dziesiątkę!
    Najważniejsze jednak było to, że zaproponowałem im wtedy swoją pomoc przy sklejaniu. Przecież byli jeszcze zbyt mali, żeby samodzielnie podołać temu zadaniu, trzeba było im pokazywać to i owo, pomagać, pilnować precyzji wykonania, dlatego się zaangażowałem. A wtedy lody pękły. Tatuś okazał się dobrym towarzyszem zabawy, pomocnikiem, który zignorował nawet innych wujków i ciocie, żeby być z nimi. Zaakceptowali wtedy moją bliskość, bezpośredni kontakt z ich ciałami, bo już wtedy jako przerywnik skupienia i cierpliwości przy klejeniu, pozwalałem im, by na mnie siadali, trochę też dokuczaliśmy sobie łaskotaniem i… poszło!
    Od tamtego dnia uwielbiali, gdy kładłem się z nimi na podłodze, stając się partnerem w ich zabawach. Wręcz domagali się tego, gdy przez kilka dni nie miałem ochoty być obiektem ich coraz bardziej wymyślnych tortur.

    Leżałem na parkiecie brzuchem na dół, z bezładnie rozłożonymi rękami i ciężko dyszałem. Nie chciało mi się nic. Z góry, przy większej odległości, musiałem wyglądać jak stara, rozdeptana żaba, ale chłopcom wcale to nie przeszkadzało. Nie mieli zamiaru niczego mi darować.
    Z dużym wysiłkiem próbowałem podnieść się na łokciach i kolanach, a wtedy nacisk na kręgosłup jakby zelżał. Na chwilę. Bo gdy się podniosłem, dwóch niezwykle ruchliwych jeźdźców natychmiast mnie dosiadło i nie dało się już odpędzić. Z takim też ciężarem na plecach, okrążyłem na czworaka leżący obok dywanik, po czym padłem niemal na twarz, nie reagując już nawet na ich kopnięcia piętami, udające dźganie wierzchowca ostrogami. Byli wyraźnie zawiedzeni, że zlekceważyłem ich nowy pomysł. Zeszli więc ze mnie, tym niemniej podwójny, perlisty śmiech oznajmiał, że i tak czują się zwycięzcami. Musiałem się z tym pogodzić i w duchu przyznać im rację. Wygrywali ze mną dzisiaj. Nie pierwszy raz zresztą.

    Byłem zmęczony. Lato w tym roku przyszło nieco za wcześnie i chociaż był dopiero początek czerwca, temperatura dniem przekraczała trzydzieści stopni, a nocą utrzymywała się w okolicach dwudziestu. I chociaż zarówno w banku jak i w samochodzie, a takżet tutaj, w salonie, klimatyzacja działała bez zarzutu, to każde wytknięcie nosa poza jej strefy, skutkowało wystąpieniem potu na całym ciele.
    A przecież nie mogłem sobie pozwolić na paradowanie w pracy bez krawata i w krótkich spodenkach! Dorotka, moja przełożona, bezpardonowo wygoniłaby mnie do domu!

    Dorotka… Najpiękniejsza dziewczyna pod słońcem, która kiedyś wygrałaby wszystkie konkursy piękności, gdyby tylko w nich wystartowała. Która kiedyś nie widziała potrzeby, aby obdarzyć mnie chociażby przelotnym spojrzeniem.
    Dorotka… Czternaście lat ode mnie młodsza, wyglądająca jeszcze młodziej, która mimo wszystko, przed laty została moją wakacyjną kochanką i owoce tamtego związku ciągle mnie teraz szarpały po plecach, domagając się następnej przejażdżki…
    Dorotka… Amerykańska milionerka od dawna, od pięciu miesięcy doktor nauk ekonomicznych uniwersytetu Yale, od piętnastu miesięcy – prezes banku Solution Poland S.A. i od dwóch lat – moja bezpośrednia przełożona w pracy…
    Dorotka… Od czterech dni moja, jak najbardziej oficjalna, legalna żona. Dzisiaj był czwartek, a w poniedziałek, w miejscowym ratuszu, zawarliśmy cichy, formalny związek małżeński, o którym niewiele osób wiedziało…

    Przypomniałem sobie, jak przed wieloma laty wyglądało nasze pierwsze zetknięcie się w pociągu. Gdy w świetle paskudnego, sinego światła wagonowej lampy, na jej serdecznym palcu ujrzałem obrączkę. Zastanawiałem się wtedy, jak od strony mężczyzny wygląda życie z tak nieziemsko piękną dziewczyną. Cóż! Teraz już wiedziałem. Już się przekonałem co to oznacza, bo mieszkaliśmy razem piętnasty miesiąc.
    I nie mogę powiedzieć, że byłem na to przygotowany… Co za paradoks!

    Siedziała niedaleko nas, na skórzanej sofie. Nogi podkurczyła pod siebie, a na kolanach umieściła laptop, na ekranie którego przeglądała bieżące serwisy wiadomości giełdowych i finansowych. To był jej cowieczorny rytuał, bo tylko wtedy miewała wolne chwile na takie i podobne w typie zajęcia.
    Od czasu do czasu odrywała wzrok od ekranu i obrzucała nas dobrotliwym, dumnym uśmiechem. Była zadowolona i szczęśliwa, obserwując nasze zabawy. Czasami mówiła mi to wprost, kiedy się kochaliśmy, ale nie potrzebowałem jej słów. Czułem to wewnętrznie i wiedziałem. Widziałem i wiedziałem, że moja obecność w tym domu, coś w jej życiu wyprostowała. I zdjęła z barków niemały ciężar.
    Niestety, to się niemal namacalnie przekładało na jej zaangażowanie zawodowe. Im więcej rodzicielskich obowiązków z niej zdejmowałem, tym bardziej poświęcała się pracy zawodowej. A przy okazji mnie, szefa zespołu jej doradców, eksploatowała w firmie niemiłosiernie, zupełnie bez taryfy ulgowej.

    Pamiętam kolację w klubie „Talizman”, jakieś półtora roku temu, gdy Dorotka opowiadała Marcie, mojej poprzedniej żonie, jak wygląda życie amerykańskiej milionerki w Nowym Jorku. Bo wtedy tam mieszkała. Powiedziała jakoś tak: „praca, dzieci, dom, sen, praca, dzieci, uczelnia, dom, sen, praca… i tak na okrągło”.
    Przyjąłem to wtedy trochę obojętnie, sądząc po cichu, że lekko przesadza, jednak myliłem się. Kiedy zamieszkaliśmy razem, szybko zrozumiałem, że to nie były żarty. W Polsce, jej powszednie dni wyglądały bliźniaczo podobnie. Praca, dom, sen, praca, dom, dzieci, sen…
    A nie! Doszedł jeszcze jeden czynnik. Seks przed snem. Nie wyobrażała sobie wieczoru bez seksu. No i zajmowanie się dziećmi, z coraz bardziej widoczną ulgą, spychała na mnie, bez najmniejszych ceregieli. A gdy kiedyś spróbowałem protestować, burknęła tylko.
    - Odrób chociaż trochę z tych lat, kiedy mieli wyłącznie mnie. Niech się tobą nacieszą!
    No i próbowali się mną nacieszyć. Najczęściej bezpardonowo, nie zwracając najmniejszej uwagi ani na moje zmęczenie, ani nastrój do zabawy. A ja przecież zbliżyłem się w tym roku do pięćdziesiątki! I coraz częściej bywałem zmęczony. Bo tempo, które narzucała w pracy, było niesamowite.


    Tekst nie jest zmieniony, chociaż musiałem go wkleić ponownie, gdyż wszystkie znaki interpunkcyjne oprócz kropki, zmieniły się w pytajniki. Nie wiem dlaczego.
  • Optex
  • #2
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Kiedyś, gdy po latach niewidzenia spotkaliśmy się ponownie, Dorotka sama opowiadała o tym. A pracowała w centrali banku, w Nowym Jorku. Zawsze była maksymalistką i we wszystko angażowała się całkowicie. Miałem zresztą tego dowód, bo przecież wcześniej spędziliśmy razem całe wakacje. Widziałem jak się zachowuje i znałem jej poglądy. Ale to było lato, czas urlopowy, czyli niewiele obowiązków, za to dużo przyjemności.
    O tym samym opowiadała też Lidka, gdy spotkaliśmy się po moim wyjeździe. I nawet sam przekonywałem się już w Moskwie, kiedy z Dorotką współpracowałem i beształa mnie czasem za telefony o niewłaściwej porze dnia.
    Przyjmowałem wtedy to wszystko spokojnie, ale wewnętrznie z niedowierzaniem. Bajki jakieś. Kto wytrzymałby taki reżim? – myślałem. – W dodatku żeby samemu sobie taki narzucać? W imię czego? Pracy dla firmy? I co z tego ma? Dla banku zarobiła setki milionów dolarów, a sama zarabiała kilkaset tysięcy rocznie… Ułamek tych dokonań!
    A jednak to ona miała rację.
    Niczym pracowity futbolista, którego talentu nie odkryli trenerzy w juniorskim wieku, dość przypadkowo „załapała się” do wiodącego klubu i już własnym staraniem, z głębokich rezerw, dopracowała debiutu w pierwszym zespole. I to w ważnym meczu! Co więcej, na początku pierwszej połowy, po samodzielnym rajdzie zdobyła gola. Cud? Takie cuda w tej branży nie bywają. Przypadek? Może i tak…
    Ciągle pamiętałem jednak wróżbę moskiewskiej Cyganki. Dobrze nam wtedy wróżyła.

    Mnie powiedziała, że nie mam już domu… Skąd to wiedziała? Skąd wiedziała, że Marta wystawiła mnie do wiatru? Przecież nikt tego jeszcze nie wiedział. Nie zrozumiałem wtedy wypowiadanych słów, jednak się sprawdziły! Całe otoczenie się zmieniło, wiatr wymienił wokół mnie powietrze, wszystko było teraz inne.
    Ale z Dorotką, Cyganka nie bawiła się w dwuznaczności. Pamiętam jak poderwała ręce, kiedy ich dłonie się zetknęły. Jakby ją sparzyły. Po czym wyłożyła kawę na ławę. Że los będzie jej posłuszny. Że da nawet to, o co głośno nie poprosi, a tylko zechce w myślach. Że sama jest panią swojego losu, a on się jej boi, chociaż lubi brykać. Tak się też dotąd działo. Dorotka dostawała niemal wszystko co chciała. Przypadek?
    Owszem, przypadek. Tylko, jak powiedział kiedyś pewien znany generał, istota geniuszu wodza polega na tym, aby potrafić cierpliwie czekać na tę jedną, jedyną okazję, żeby następnie ją wykorzystać. I Dorotka tak robiła. Wykorzystywała pierwszą, która jej się nadarzała. I to jak! Chociażby sprawa zatwierdzenia jej awansu…
    Cieszyłem się wtedy wraz z nią, bo miałem w tej historii swój maleńki udział. Sprawy sprzed roku, która zaowocowała kupnem takiego małego, niszowego Alba Banku.

    Zgodnie z warunkami kontraktu, który niedawno mi pokazała, Dorotka, będąc prezesem banku Solution przez niecałe półtora roku, gdyby teraz chciała odejść z pracy, otrzymałaby kilkanaście milionów dolarów odprawy z tytułu wzrostu wartości jego akcji. Uzyskanej w czasach ogólnego kryzysu branży bankowo – finansowej. Szok! Takich wyników nie miał nikt, nawet starzy wyjadacze!
    Nic więc dziwnego, że jej rozprawa doktorska, którą w styczniu opublikowano, spotkała się z ogromnym zainteresowaniem w branży i posypały się zaproszenia na wykłady.

    Nieoczekiwanie Dorotka odłożyła sprzęt, przeciągnęła się nieznacznie, po czym w kilku susach znalazła się na podłodze obok mnie.
    - Mój maleńki, wykończony… – objęła mnie łaskawie. – Mam nadzieję, że jakiś fragment życia w tobie pozostał – gryzła mnie w ucho. – Zostaw jakąś iskierkę na później!
    Objąłem ją i przytuliłem do siebie, a wtedy… zapach… zapach jej perfum, doskonale mi znany od lat, wtargnął do mojego nosa. Zapach, który działał na mnie bardziej niż viagra. I jednoznacznie się kojarzył…
    Wsunąłem kolano pomiędzy jej uda. Miała na sobie krótką spódniczkę, która zupełnie w tym nie przeszkadzała. Rozchyliła nogi ułatwiając mi zabiegi a potem silnie ścisnęła udo. Leżeliśmy teraz spleceni tak ciasno, jak tylko było można. A chłopcy natychmiast wydrapali się na nas, szczęśliwi z nowych możliwości zabawy.
    - Uch, czuję twój koniec! – stwierdziła ze śmiechem, rozluźniając uścisk. – Zrobię ci później striptiz, chcesz? – szepnęła mi jeszcze do ucha, odsuwając się odrobinę.
    Potwierdziłem ochotę kilkukrotnym mrugnięciem powiek, wpatrując się w jej twarz. Moja Dorotka, moje szczęście, moja ukochana! Żyliśmy razem od piętnastu miesięcy i jeszcze się nie pokłóciliśmy. Niesłychane!

    Kilkukrotne chrząknięcie gdzieś z boku, wywołało tylko gwałtowny śmiech u Dorotki.
    - Podnieś się, bo pani Helena nie będzie rozmawiała z leżącym! – zakpiła.
    Wstaliśmy więc z dywanu, śmiejąc się i podtrzymując wzajemnie.
    - Bo kto to widział uprawiać takie brewerie przy dzieciach! – kwękała dobrodusznie. – Panie Tomaszu, kiedy podać kolację?
    - Nie wiem. Kiedy Dorotka zechce.
    - To pan jest głową rodziny i to pan decyduje! – padła niezmienna odpowiedź.
    Dorotka znowu parsknęła śmiechem.

    Scenariusz był niezmienny od zawsze. Od samego początku. Od tamtego, kwietniowego dnia, kiedy Dorotka oznajmiła pani Helenie, że od tej chwili będę jej życiowym partnerem i współgospodarzem domu. I że mam takie same prawa, jakie ma ona sama. A przecież Helena tylko na to czekała…
    Przecież wtedy w Pokrzywnie, jeszcze latem, niemal zmusiła Dorotkę, żeby pod nieobecność Johna, jej ówczesnego męża, zostawiła mnie na noc w domu, jako swoistego gwaranta bezpieczeństwa. Innymi słowy mówiąc, popchnęła ją, żeby się ze mną przespała. I później była z tego bardzo dumna!
    Dopiero Lidka wyjaśniła mi pobudki, którymi się kierowała. Wtedy bowiem pierwszy raz spotkałem się z chłopcami. I byłem w ich sypialni, kiedy już spali. Helena widziała moje zachowanie i doszła do wniosku, że tylko ja będę dla nich prawdziwym ojcem, a zatem tylko ja powinienem być Dorotki mężem. Odtąd robiła wszystko, żeby tak się stało, aż dopięła swego. I teraz byłem dla niej udzielnym księciem.
    Jak mi tłumaczyła Lidka, czar pryśnie, jeśli odważę się skrzywdzić dzieci albo Dorotkę. Wtedy Helena mnie znienawidzi. Tyle, że ja nie miałem najmniejszego zamiaru niczego takiego czynić. Bo kochałem zarówno Dorotkę, jak i naszych chłopców. Takie kruszyny…

    Dziwna, zagadkowa kobieta. Niby oschła, ale za Dorotkę i jej dzieci, czyli za naszych chłopców, dałaby się pokroić żywcem. A odkąd zrozumiała, że na zupełnie poważnie zaakceptowałem swoje ojcostwo, dołączyła mnie do grona swoich faworytów. I służyła nam ze wszystkich swoich sił.
    Zarówno w rezydencji podwarszawskiej, gdzie spędzaliśmy weekendy, jak i tutaj, w warszawskim apartamencie, nikomu nie pozwalała chociażby zaglądać do naszej sypialni i jej przyległości. Począwszy od sprzątaczek po najważniejszych gości. A bywało, że stan tych pomieszczeń pozostawał bardzo różny.

    Dorotka niczego nie utraciła z tamtych czasów, kiedy bez żenady oznajmiała mi, że „jej się chce zawsze”. Wręcz odwrotnie. Odkąd zamieszkaliśmy razem, ciągle rozwijała swoje talenty w tej dziedzinie, a potrzeby miała jakby coraz większe. Nie było mowy o tym, żebyśmy się jakiegoś wieczoru nie kochali, a bywało że i rano domagała się pieszczot oraz zaspokojenia.
    Mawiała, że to pozwala jej skupić się w pracy.
    A przecież fizycznie niewiele się zmieniła od tamtych czasów. Jej wygimnastykowane ciało było ciągle bez zarzutu. Regularne bieganie i pływanie, oraz systematyczne ćwiczenia w domowej siłowni, pozwalały jej zachować tamtą, niesłychaną sprawność, o której mało kto wiedział, oraz idealną sylwetkę.

    Przy okazji dbała również o moją kondycję, nie pozwalając na opuszczanie ćwiczeń.
    I wszystko to wykorzystywała potem w łóżku, urozmaicając jeszcze nasze igraszki różnymi gadżetami. Najchętniej erotyczną bielizną, która często pozostawała potem bezładnie porozrzucana po kątach, bo na sprzątanie nie mieliśmy już ani sił, ani czasu.
    Przywracaniem sypialni do ładu, pani Helena zajmowała się osobiście. Nigdy na to nie narzekała, nigdy też nie zrobiła najmniejszej uwagi, ani nie wypowiedziała aluzji na ten temat. A kiedy wracaliśmy do domu po pracy, sypialnia wręcz lśniła. Wszystko było uporządkowane, wyrównane, poskładane lub odłożone na miejsce.
  • #3
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Zresztą, sama też zajmowała się praniem naszej pościeli i garderoby. Kiedy Dorotka próbowała ją namówić, żeby większą część tych prac zlecała paniom utrzymującym porządek w pozostałe pomieszczeniach naszych domów, niemal się obraziła. – Niech łapy trzymają przy sobie! – burknęła. – Jeszcze czego? Żeby paplały potem tygodniami?

    Dlatego dojeżdżające sprzątaczki zajmowały się dywanami, obrusami i firankami, a Helena pilnowała, żeby nie pchały nosa w nie swoje sprawy. W ten sposób kwestia zainteresowań seksualnych i temperamentu mojej żony, pozostawała ogółowi nieznana. Dorotka nadal uchodziła za kobietę wyjątkowo atrakcyjną, ale niemal całkiem zimną, poświęcającą się dzieciom i pracy, albo tylko pracy.
    Nigdy publicznie nie rozmawiała na tematy dotykające erotyki, nie opowiadała i nie słuchała dowcipów, a swoich ewentualnych wielbicieli, którzy próbowali prawić jej komplementy, gasiła szybko i bezpardonowo. Nawet fakt, że byłem od niej sporo starszy, tłumaczono sobie chyba podobnie. Wybrała sobie gościa mało już mogącego, żeby nie zamęczał jej wieczorami i nocami. Ech, gdyby ktoś wiedział jak jest naprawdę…
    Tylko cztery osoby miały taką wiedzę. My we dwoje z Dorotką, pani Helena, oraz, oczywiście, Lidka. Nikt z nas jednak nie zamierzał się tym chwalić.

    - Pani Heleno! – próbowałem tłumaczyć kwestię pory posiłków. – Dorotka zarabia więcej ode mnie, w pracy jest moją przełożoną, więc jak ja mam się wypowiadać? Przecież to ona zawsze o wszystkim decyduje.
    - Tu nie jest bank! – odparła stanowczo. – Ja wiem co robię. Decyzja należy do pana!
    Dorotka oparła się o mnie plecami i podrygiwała w jakimś mimicznym tańcu, bawiąc się moim, tradycyjnym zakłopotaniem. Objąłem ją i przez chwilę udawałem, że chcę ją pożreć, przy okazji demolując uczesanie.
    - Zwariowany! – wołała. – A jeszcze niedawno krzyczał, że jest wykończony!
    - Umarłego byś ożywiła, gdybyś tylko zechciała. Prawda, pani Heleno?
    - Ja niczego nie wiem. Pytam tylko kiedy podać kolację – odparła niewzruszenie.
    Roześmieliśmy się obydwoje i zgodnie osunęliśmy na dywan, całując się przy okazji. Ale to była krótka chwila. Uwolniłem się od Dorotki i usiadłem.
    - Pani Heleno, jutro wybieram się z chłopcami do Pokrzywna. Pojedzie pani z nami?
    Wzruszyła ramionami.
    - Jeśli pan tak zarządzi, to oczywiście, że pojadę!

    Dorota jakby połknęła sprężynę. Usiadła w momencie i wpiła we mnie hipnotyzujące spojrzenie, milcząc przez kilka sekund. A potem zapytała.
    - A co, moje zdanie już nikogo nie interesuje?
    Odpowiedziałem jej, z lekko kpiącym uśmieszkiem.
    - A po co nam twoje zdanie? Zapomniałaś, że lecisz jutro do Zurychu? Kota w firmie nie będzie, więc myszy zaplanowały grasowanie! Idziemy z chłopcami na wagary, bo dałaś mi ostatnio takiego łupnia, że trudno się połapać. Przy okazji sprawdzimy przygotowania letniska do urlopu, bo to już niedługo. Na cholerę nam niespodzianki!
    Padła na dywanik niczym kłoda.

    Po paru sekundach uniosła tułów, unosząc do góry zaciśniętą pięść.
    - O jasna... mać! – zawołała, krzywiąc się.
    - O, matulu! – westchnąłem.
    - Dorotko! – usłyszałem głos Heleny. – Tak się nie godzi mówić!
    - Jasna cholera! – Dorotka zerwała się z dywanu na równe nogi, obciągając spódniczkę. – Zapomniałam! Naprawdę zapomniałam! Jestem nieprzygotowana do wykładu!
    - Więc kiedy mam podać kolację? – padło niewzruszone pytanie Heleny.
    - Za pół godziny! – odparła, nieco zniecierpliwiona.
    - Co pan Tomasz na to? – Helena ze stoickim spokojem nie rezygnowała.
    - Pani Heleno, poproszę! Za pół godziny!
    - Będzie według pana życzenia! – oznajmiła dobitnie, po czym wyszła z salonu.
    Dorotka w milczeniu odprowadziła ją wzrokiem, po czym usiadła mi na kolanach i zwyczajnie się roześmiała.
    - Cudownie! – stwierdziła. – Kiedyś musimy o tym porozmawiać, bo to jest zjawisko nie z tej ziemi, ale teraz jestem w niedoczasie. Chodź, myjemy dzieci, żeby zdążyć na kolację.

    Kiedy chłopcy poszli już do łóżek, Dorotka wróciła do tematu jutrzejszego wykładu. Zaproszenie wprawdzie otrzymała od konkretnej uczelni, ale uprzedzali ją, że na wykładzie na pewno będą też osoby z zewnątrz. Zurych to przecież miasto finansów.
    Wcześniej planowała tam pobyt dwudniowy, teraz jednak głośno zastanawiała się, czy go nie skrócić.
    - Może w sobotę do was dołączę? Jak myślisz? A nie wiesz przypadkiem czy Joasia kupiła mi bilety?
    - Kupiła – skinąłem głową. – Leżą na moim biurku. Tylko dlaczego mnie o to pytasz? Przecież to twoja asystentka, a nie moja.
    Tym razem to Dorotka przez chwilę milczała.
    - Właśnie dlatego, że leżą na twoim biurku, a nie na moim. Tomek, nie mamy wyjścia. Musimy ten problem rozwiązać i w dodatku jest to pilne, bo zaczyna mi doskwierać. Wiesz co? Zabierz ją jutro do Pokrzywna. I spróbuj porozmawiać. Niech wreszcie podejmie jakąś decyzję. Ja zaakceptuję każdą, tak jak się umawialiśmy. I jeszcze jedno. Nie musisz jej mówić, że chcę ją zwolnić. Powiedz, że muszę to zrobić, bo zostałeś formalnie moim mężem, dlatego w tej sytuacji jest to jedyny powód. Naprawdę wolałabym nie dawać Marcie nowego powodu do nienawiści.
    Pokiwałem głową ze zrozumieniem, ale milczałem. Sam nie wiedziałem jak to ugryźć.

    Nie było okazji by o tym porozmawiać, ale już wczoraj zdawałem sobie sprawę, że ich współpraca szybko musi się zakończyć. Po to, żeby nie stało się coś nieodwracalnego.
    Wczoraj, tuż po dwunastej, zadzwoniła do mnie Dorotka, że została pilnie poproszona do ambasady. Więc skoro i tak musi jechać, to sama odbierze chłopców ze szkoły, a ja po pracy mogę jechać prosto do domu.
    Przeważnie jeździliśmy wszyscy razem. Moim jeepem. Razem odwoziliśmy chłopców do amerykańskiej szkoły przy ambasadzie, a potem jechaliśmy do banku. Ale, tak na wszelki wypadek, jeep Dorotki stał na wewnętrznym, bankowym parkingu. I w podobnych sytuacjach bywał przydatny. Dlatego w całej sytuacji nie było niczego nienormalnego.
    Nie minęło jednak kilkanaście minut, kiedy do gabinetu wdarła się Joasia. Asystentka Dorotki i moja rodzona córka.
    - Tato, co tu się dzieje? – wykrzyczała niemal od drzwi. – Szefowa powiedziała mi, że dzisiejszy kalendarz anuluje i wszystkie zadania mam odwołać. Drugi raz w tym tygodniu! Jak ja to mam zrobić?
    - Cicho, dziecię! Siadaj! – powiedziałem flegmatycznie. – Odwołać, to odwołać! Czyżbyś nie znała swojej szefowej?
    - Za to ty ją znasz doskonale! – odpysknęła, niezadowolona.
    - Córeczko! – warknąłem. – Nie zapominaj się! Jesteś teraz w pracy! I masz wykonywać polecenia przełożonych! Skoro Dorotka poleciła ci odwołać wszystko z reszty dzisiejszego kalendarza, to masz to zrobić!
    - A co, znowu gdzieś wyjeżdżacie? Jak ja mam świecić oczami przed ludźmi?
    - Spokojnie! – zawołałem. – Nie zachowuj się jak amatorka!
    - Tato…
    - Dość! – zawołałem, wstając z fotela. – Ty nie jesteś od oceniania postępowania swojej przełożonej, tylko od wykonywania jej poleceń, jasne?! I nie do ciebie należy świecenie oczami! Efekt odwołania nie ciebie dotyczy, rozumiesz? Ty jesteś przekaźnikiem i nikt nie może mieć do ciebie pretensji! Więc o co ci chodzi?
    - Bo… to tak, jakby…
    - Tak, czy inaczej, siadaj na telefon i wykonaj zadanie! Możesz siadać u mnie, możesz iść do siebie. Ale przed końcem dzisiejszej pracy przyjdź do mnie, bo chciałbym z tobą porozmawiać. Mamy parę spraw do załatwienia. I potraktuj to jako polecenie służbowe!

    Wyszła z gabinetu, a ja usiadłem w fotelu i schwyciłem głowę w dłonie. Ta sprawa nie układał się tak, jakbym tego chciał. Joasia nie potrafiła zaakceptować Dorotki jako mojej żony i życiowej partnerki. Jakoś podświadomie ustawiała się do niej okoniem.
  • #4
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Dorotka już kilka razy wspominała mi o tym, że ich współpraca, delikatnie mówiąc, zgrzyta. Co znaczyło, że nie ma przed sobą przyszłości. Dziwne, bo John na Joasię nigdy nie narzekał. Wtedy umiała wszystko. Ale czy naprawdę to jest aż taką niespodzianką? Przecież problemy zaczęły się od samego początku…
    To wtedy popełniłem błąd. Nie przygotowałem jej dobrze na całą sytuację. Ale jak i kiedy miałem o tym myśleć? Wtedy cała rzeczywistość i dla mnie była niemałym zaskoczeniem.

    Pamiętny teatr przed Iwoną i Justyną, który odegraliśmy z Dorotką w hotelu, zaowocował w sumie bardzo ładnie. Zarówno Iwona ze Stefanem, jak i Justyna z Bogdanem, spędzili u nas święta wielkanocne. Mało tego! Bogdan pojechał w sobotę do domu i przywiózł dzieci. Oj, ale był szał! Kasia odrobinkę mnie pamiętała, a zadowolona Dorotka obiecywała jej cuda! Na szczęście schwyciłem ją wtedy i wytłumaczyłem gdzieś na boku, że obiecywanie dzieciom mercedesów i szklanych domów nie ma sensu. Niech zostawi obiecanki na trzeźwiejszy i bardziej realny dzień.
    Najlepsze było to, że Justyna mnie wtedy poparła. I ja byłem zadowolony. Bo pieniądze Dorotki można było przecież wydać bardziej sensownie, niekoniecznie na zabawki.
    Natomiast z Joasią nie poszło nam tak gładko. Bo kiedy mieliśmy ją uprzedzić?

    Nie dzwoniłem do niej przez całe święta, nie chcąc się naprzykrzać i przecież byliśmy zajęci. Mieliśmy w domu gości, a w poniedziałek przyleciał jeszcze Wiliam Bernet, wiceprezes korporacyjny, którym musieliśmy się zająć. Na telefony do Joasi nie było czasu.
    Odebraliśmy go z lotniska i zawieźli do hotelu, a wtedy wyraził zainteresowanie domem Dorotki. No i musiała go zaprosić. Czyli mieliśmy dodatkowe obciążenie. Wprawdzie późnym wieczorem wyprawiliśmy go taksówką z powrotem, ale o Joasi już nie myślałem. Dopiero rano we wtorek uprzedziłem ją, że zaczynam pracę w banku, a do Moskwy już nie pojadę.
    Zapytała mnie wtedy gdzie mieszkam, więc odparłem krótko, że u Dorotki, ale wcale tego nie skomentowała. Z wyrazu twarzy domyśliłem się, że mi nie uwierzyła, przyjęła to zapewne jako taki sobie żart. Na dłuższą rozmowę nie było czasu, byliśmy bardzo zabiegani i zajęci sprawami organizacyjnymi.
    Później też nie było czasu. Pojechaliśmy z Bernetem do ambasady, gdzie obydwoje z Dorotką mieli krótkie spotkanie z szefem misji, zapisywaliśmy chłopców do amerykańskiej szkoły, no i w końcu musieliśmy zająć się przenosinami do apartamentu. Przecież od jutra mieliśmy tu zamieszkać. Codzienne dojeżdżanie z Podkowy nie wchodziło w grę.
    Na szczęście Lidka ze swoją firmą włączyła się w naszą częściową przeprowadzkę i noc spędziliśmy już w Warszawie. Dlatego też dopiero następnego dnia porozmawiałem o wszystkim z Joasią. O jeden dzień za późno. Wczorajszy dzień oddałem Marcie niemal walkowerem i później wiele razy z tego powodu plułem sobie w brodę.

    Kiedy omawialiśmy z Dorotką moje problemy i powiedziała, że doda Marcie jeszcze sto tysięcy dolarów, jeśli zgodzi się na nasz szybki rozwód, wszystko wydawało się proste. Sam w to uwierzyłem. Bo wychodziła ze sprawy mając jeszcze więcej niż chciała. Zachowywała wszystkie moje pieniądze z konta, całą sumę ze sprzedaży mieszkania, a nawet te z konta kredytowego, które ja teraz musiałem w ciągu dwóch miesięcy zwrócić. Dostawała jeszcze sto tysięcy dolarów gratis. Czego chcieć więcej?
    W dodatku jeszcze w święta, Dorotka załatwiła adwokata, który wyposażony w stosowne pełnomocnictwa, już we wtorek skontaktował się z pełnomocnikiem Marty. I właściwie to się dogadali. Gdyby wtedy Joasia nie porozumiała się z Martą, wszystko poszłoby według naszego planu. Wieczorem adwokat odwiedziłby ją i porozumienie mogłoby zostać zawarte.
    Ale Marta była w pracy, adwokat nie chciał jej przeszkadzać, natomiast Joasia zadzwoniła. I o wszystkim opowiedziała. A szczegóły poznała od Romka, który przekonany, że to już nie jest tajemnicą, wprowadził ją we wszystko. I zaczęła się heca.

    W osobach bliźniaków, Marta dostała do rąk konkretne i oczywiste dowody mojej niewierności, ale samo to, jeszcze by chyba przeżyła. Tak samo fakt, że jej uderzenie trafiło w próżnię. Że chociaż ograbiła mnie ze wszystkiego, udało mi się wylądować na cztery łapy. Coś innego zaćmiło jej umysł. Nie mogła pogodzić się z myślą, iż to nie Lidka okazała się moją kochanką!
    Przecież była przekonana, ba! Właściwie stuprocentowo pewna, że mam romans z Lidką! Wściekała się wtedy po balu o mój wyjazd na Mazury, przekonana iż wybłagałem u Dorotki zlecenie na jakąś możliwość spotkania się z Lidką sam na sam. Odrzuciła też z mety zaproszenie Lidki do ośrodka. Natomiast na Dorotkę spoglądała z podziwem, pewną zazdrością, ale też dumą. Że taka piękna i bogata kobieta na wysokim stanowisku, traktuje ją jak równą sobie, nie wywyższa się i wręcz obdarza przyjaźnią. Że mówi otwarcie, jak wiele w życiu zawdzięcza jej mężowi.
    No a teraz wyszła na ślepą, głuchą i durną idiotkę.

    Nie umiała się z tym pogodzić, co mogłem zauważyć podczas pierwszej, pojednawczej sprawy rozwodowej, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy od czasu mojego wyjazdu do Moskwy, po pamiętnym balu w hotelu Patisson. Rozprawy, na którą przyszło nam poczekać prawie pół roku. Wyłącznie przez jej upór.

    O żadnej ugodzie nie mogło być mowy. Marta nie wycofała swoich żądań. Na rozprawie starała się na mnie nie patrzeć, a jeśli już, to jej oczy niemal biły piorunami. I sędzia nie miał innego wyjścia. Wyznaczył nam następny termin.
    Adwokat mi powiedział, że i tak mam szczęście, gdyż sprawę prowadził mężczyzna. Twierdził, że gdyby to była kobieta, wywlokłaby z niej wszystko przeciw mnie. A jemu udało się przekonać Martę, oczywiście za pośrednictwem jej mecenasa, że eksponowanie faktu posiadania małoletnich dzieci z inną kobietą, sąd może potraktować na moją korzyść.
    Nasze własne dzieci są dorosłe, więc jakby ich nie było. A nowy związek, właśnie ze względu na dobro dzieci, wymaga ochrony. Więc to może jej tylko zaszkodzić, a na pewno nie pomoże. Dlatego też, Marta niczego nowego przed sądem nie powiedziała. Pozostała przy starym materiale dowodowym.
    Bo wszystko było oczywiście prawdą, ale niosło też za sobą niebezpieczeństwo dla mnie. Nowe fakty, nowe dowody mogły oznaczać coraz bardziej odległe terminy. Marta mogłaby przeciągać sprawę w nieskończoność. A mnie zależało przede wszystkim na czasie. Tego nie mogła się dowiedzieć. Mój adwokat doskonale to rozumiał.

    Spotkaliśmy się wtedy po rozprawie we czwórkę. W zwykłej, miejscowej restauracji. Adwokatom udało się ją przekonać, że nienawiść nie jest najlepszym doradcą i zawsze można porozmawiać. Więc na rozmowę się zgodziła, ale osiągnąłem bardzo niewiele. W sumie dowiedziałem się tylko, że skoro ja żyję z milionerką, to ona nie czeka na ochłapy z naszego stołu. Jej apetyt znacznie urósł.
    Nie przyjmowała do wiadomości, że sama sobie zgotowała ten los. Że Dorotka nie traktuje jej jak wroga i nigdy tak o niej nie myślała. Że nigdy by ze mną nie zamieszkała, gdybym to ja złożył pozew. I nawet nie ja jej o tym powiedziałem, tylko adwokat, którego słuchała chętniej.
    Oczywiście, odrzuciliśmy też jej żądania. W końcu pieniądze Dorotki nie są moje i nigdy moje nie będą. Dorotka nawet z Johnem miała rozdzielność majątkową i obydwaj adwokaci jej to uzmysłowili. Ale była uparta. Wymyśliła, że skoro teraz pracuję na wysokim stanowisku, to jej się też coś należy. I nie chciała od tego odstąpić.

    Bezsensowne żądanie. Niby dlaczego mam jej płacić za to co będzie w przyszłości? Zabiera wszystko, czego dorobiliśmy się we dwoje, ma moje zapewnienie, że dzieci mogą na mnie liczyć w przyszłości, a przecież ja jeszcze niewiele zarobiłem. Na razie pospłacałem długi, które mi pozostawiła. Musiałem nawet zapłacić podatek od sprzedanego przez nią mieszkania. Z czego i za co mam jej płacić w przyszłości?
    Było oczywistym, że szuka sposobu, aby dokuczyć Dorotce. Znienawidziła ją jeszcze bardziej niż mnie. Skoro ta zaoferowała sto tysięcy, to znaczy, że taką kwotę już odżałowała. Odda i się nie skrzywi. Więc Marta postanowiła nie brać. Niech odda więcej!
  • #5
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Nic się nie liczyło. Nawet to, że Joasia nadal jest bezpośrednią podwładną Dorotki. Marta była tak zaślepiona nienawiścią, że miała kłopoty z logiką myślenia. Mój adwokat tłumaczył jej, że nie jest w stanie prawnie wydusić ze mnie niczego więcej. Bo zabierała wszystko z naszego związku, poza tym pracowała, nie była też niepełnosprawna. Jaki sąd może orzec, że w przyszłości coś się jej ode mnie należy? W imię czego? Może gdyby sytuacja się zmieniła i byłby jakiś związek pomiędzy nową sytuacją a dawnymi czasy. Na pewno jednak nie teraz.

    A przecież moja propozycja była sensowna. Zostawiam jej wszystko, dodaję sto tysięcy w zielonych i nie drążymy tego, kto jest winien, bo to niczego nie zmieni. Nadal pozostajemy przyjaciółmi, a wtedy zawsze może na nas liczyć. W przeciwnej sytuacji, jedyne co osiągnie, to dalszy wzrost ciśnienia krwi po obydwu stronach. I po co to wszystko?
    Nadaremnie. Próbowała się odgryźć, rzucając cichą wiązankę pod moim adresem, ale adwokat ją uprzedził, że może to wykorzystać i zamilkła. Dalsze rozmowy nie miały sensu.

    Ponownie spotkaliśmy się po niemal trzech miesiącach. Marta była teraz znacznie bardziej opanowana. Może w jakiejś części sprawił to upływ czasu, ale niemały wpływ miały też rozmowy, które przeprowadził mój adwokat. Pojechał do jej pełnomocnika i zaproponował spotkanie bez mojego udziału. Oczywiście, za moją pełną wiedzą i zgodą.
    Podobno była wtedy o wiele bardziej logiczna. Dzięki temu, że nie musiała mnie oglądać, dawało się z nią rozmawiać. I mecenas przywiózł nadzieję na porozumienie.

    Nie odstąpiła od żądania, żeby wymusić na mnie swoistą rentę, którą miałem jej płacić do końca życia. Miesięcznie, w wysokości średniej płacy krajowej. W zamian, rezygnowała z domagania się ustaleń kwestii mojej niewierności i wyrażała zgodę na rozwód bez orzekania o winie. Oczywiście, jeśli ja zrezygnuję z postępowania o podział majątku, który pozostaje jej wyłączną własnością.
    Nie zrezygnowała też z oferty Dorotki. Tę kwotę potraktowała już jak własną i otrzymaną. Jej pazerność była przerażająca! Skąd to się wzięło?

    Dorotka skomentowała to krótko.
    - Tomek, twoja żona zaczyna mnie drażnić. Ale trudno. Weź jej zaproponuj kolejne sto tysięcy dolarów i ani centa więcej! Niech sobie ulokuje to na koncie, niech ma dochód z odsetek i niech z tego korzysta. Przecież nikt rozsądny nie będzie pamiętał o comiesięcznych wpłatach, nawet gdyby to zlecić bankowi.
    Poza tym, ty nie masz pracy ani płacy zagwarantowanej do końca życia. Nie możesz brać na siebie zobowiązań, które w dowolnym momencie mogą ciebie przerosnąć. Dlatego niech bierze co dają, niech sobie żyje, niech się bawi, ale z tym jej podejściem… podejrzewam, że teraz miałabym trudności z tolerowaniem jej obecności. Niech w przyszłości nie liczy na moje zaproszenie. Miałabym obawy nawet o życie naszych chłopców. A kiedyś wyobrażałam sobie, że mogłybyśmy zostać przynajmniej dobrymi znajomymi… Skorzystałaby na tym o wiele więcej.

    Rozprawa trwała bardzo krótko. Sąd przyjął do wiadomości zgodne oświadczenia stron, że osiągnęły porozumienie i rezygnują z kwestii orzekania o winie. Uważają także, że nie ma już potrzeby roztrząsania całego złożonego materiału dowodowego oraz dociekania przyczyn.
    Poza tym obydwie strony wniosły zgodnie o stwierdzenie ustania związku.

    Ale dostaliśmy prztyczka w nos. Niezawisły sąd stwierdził, że jest zadowolony postępem w normalizacji kontaktów i zapytał, tak niemal mimochodem, czy strony osiągnęły pełne porozumienie w kwestiach majątkowych. No i Marta tego nie potwierdziła. A wtedy sąd nie udzielił nam rozwodu, dając w zamian jeszcze trochę czasu do namysłu. Cóż, jasna cholera! Sąd jest sądem! Manewry Marty przynosiły zatrute owoce.

    Byłem wściekły jak cholera, ale cóż mogłem zrobić? Kiedy wyszliśmy z budynku, uprzedziłem jej adwokata, że z każdą rozprawą, moje oferty będą malały. Skoro Marta chce powalczyć, ja też mogę. Niech nie drażni lwa! Nam pieniędzy na pewno nie zabraknie! Niech nie zapomina, że na razie niczego nie dostała i może niczego nie dostać! A jemu płacić musi!
    Zrobiłem to w taki sposób, żeby wszystko słyszała. I wtedy coś w niej pękło. Rozpłakała się i aż zwinęła, przykucając w narożniku parkingu.
    Rzuciłem się żeby ją podnosić, a mecenasi do mnie dołączyli. I w sumie, do dzisiaj nie wiem, jak to wszystko się stało. Pomogłem jej, lecz i tak tłukła pięściami w moją pierś w bezsilnej złości, a ja przyciągałem ją do siebie, żeby skrócić dystans. Bez rozpędu nie mogła mi zrobić żadnej krzywdy.
    Oni tak samo niby próbowali ją powstrzymać, niby próbowali utrzymać w pionie, a Marta i tak wylądowała z twarzą wtuloną w mój płaszcz. Z rękami opartymi o miejsce, gdzie mnie biła. A ja przyciskałem ją do piersi…

    Mecenasa poprosiłem, żeby sam wracał do Warszawy taksówką, doliczając koszty do ogólnego rachunku. Jej adwokat odjechał wtedy sam, ale zabrał mojego na postój taksówek. Obiecałem mu, że zadbam o powrót Marty, bo przecież z nim przyjechała. I zostaliśmy na parkingu we dwoje.

    Była spokojna i szybko doszła do siebie, jednak nie chciała zostać. Rozumiałem to, bo widziałem, że nie nadaje się do miejsc obecności wielu ludzi. Ze swoim rozmazanym makijażem i śladami płaczu, wzbudzalibyśmy niemałą sensację. Na poprawę zaś nie było miejsca i możliwości. Dlatego, kiedy zażyczyła sobie bym odwiózł ją do domu, nie wahałem się ani chwili.
    W drodze spróbowała nawiązać do naszych tematów, ale poprosiłem, żeby tego nie robiła. Powód podałem prosty. Droga jest zatłoczona, więc moja uwaga była skierowana na coś innego. Nie potrafiłbym skupić się na jej słowach. Zamilkła wtedy i niemal do końca podróży nie zabierała głosu.
    Dopiero w naszym mieście wynikła kwestia, w jakie miejsce mam ją zawieźć. Przecież nie wiedziałem gdzie mieszka.
    - Jedź na stary adres – podpowiedziała
    Podjechałem, zaparkowałem i wtedy dowiedziałem się, że ma teraz mieszkanie tuż obok. W sąsiednim bloku. Ze wspólnym parkingiem.
    Było luksusowo wyposażone. Eleganckie, dobrze wykończone. Całkiem inne niż tamto, w którym przeżyliśmy razem ponad dwadzieścia pięć lat. Jednak przekroczyłem jego próg, będąc jeszcze jej mężem.

    - Wejdziesz? – zapytała krótko, kiedy wyszliśmy z jeepa.
    Korzystając z resztek dziennego światła, rozglądałem się dookoła, szukając zmian w okolicy. Ale wszystko wyglądało jak dawniej.
    - Nie wiem – odparłem. – Nie chciałbym ci przeszkadzać, bo ponoć przysięgałaś, że mnie nie wpuścisz za próg…
    - Pytam jeszcze raz, czy wejdziesz? – odezwała się oschle.
    - Dziękuję, prowadź!
    Odwróciła się na pięcie i w milczeniu ruszyła przed siebie. Poszedłem za nią.
    W przedpokoju zrzuciłem kurtkę i zdjąłem buty. Zaproponowała mi wtedy pantofle, ale podziękowałem, postanawiając pozostać w skarpetkach. Nie skomentowała tego.
    - Proszę, wejdź tutaj – wskazała kierunek gestem dłoni. – Ja, niestety, muszę skorzystać z łazienki.
    - Dziękuję, nie krępuj się.
    - Wejdź! – powtórzyła, odwróciła się i zniknęła za drzwiami. Wszedłem więc sam.
  • Optex
  • #6
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Salon nie był przesadnie duży, ale czegóż oczekiwać po mieszkaniu w bloku? Natomiast jak na warunki powierzchniowe, było tu całkiem przytulnie. Marta miała jednak niezły gust, chociaż zbyt mało wiary w siebie.
    Usiadłem w fotelu i wykorzystując okazję, zadzwoniłem do Dorotki. Powiedziałem jej o wynikach rozprawy, o tym gdzie jestem i że zamierzam nocować w hotelu. Zaakceptowała wszystko bez pytań o szczegóły i nie przedłużała rozmowy, dlatego udało mi się ją zakończyć przed powrotem Marty.
    - Napijesz się czegoś? – zapytała, pojawiając się w drzwiach. Wyglądała teraz całkiem w porządku.
    - Kawę poproszę! A wódkę masz?
    Spojrzała na mnie zdziwiona.
    - Jeździsz po wódce, czy planujesz tutaj zostać? – zapytała sztywno.
    - Nie liczę na to – skrzywiłem się. – Chętnie natomiast napiłbym się z tobą. A o mój nocleg się nie martw. Nie będę ci się naprzykrzał.
    - Nie jesteś przesadnie miły – skomentowała, po czym wyszła do kuchni.
    Ot, damskie myślenie. Utopiłaby cię w szklance wody, ale gdy powiesz wtedy, że jej nie chcesz, od razu stajesz się jeszcze gorszym wrogiem.
    Atmosfera jakby zgęstniała.

    Myliłem się chyba. Podała nam kawę i bardzo grzecznie poprosiła o wybór trunku. A drzwiczki barku ledwie się domykały. Wybór był ogromny.
    - Weź zapodaj normalną wódkę, bez waszych nalewkowych wynalazków. Przecież wiesz doskonale co ja pijam.
    - Nie mów! – zaśmiała się ironicznie. – Jeszcze nie zmieniłeś swojego podniebienia na amerykańskie?
    - Marta…
    - Coś nie tak?
    - Nie wiem. Ale jeśli ci przeszkadzam, to powiedz od razu. W każdym razie, nie przyjechałem tu po to, żeby ci dokuczać, ale też nie chciałbym wysłuchiwać. I jedno twoje słowo wystarczy.
    - Jakie słowo?
    - Jeśli powiesz „wyjdź” to wyjdę, nie obawiaj się.
    - Wiesz co… – spojrzała na mnie z wyrzutem w oczach.
    - Proszę, słucham!
    Przez kilka sekund wpatrywała się we mnie, a potem odwróciła głowę.
    - Nieważne… – machnęła ręką.
    Ot, cały sens rozmowy z kobietą. Lekko mnie rozdrażniła.

    Niczym wypchnięty sprężyną, energicznie wstałem z fotela i podszedłem do barku. A ujrzawszy butelkę żubrówki, bezceremonialnie ją wyjąłem, jak prawdziwy gospodarz. Przy okazji, zupełnie niechcący, lekko ją potrąciłem, gdyż widząc co robię, wyjmowała stojący obok sok jabłkowy.
    - Przepraszam, to nie było zamierzone – tłumaczyłem, nie zważając na jej osłupienie i kontynuowałem działanie. Postawiłem butelkę na stoliku, a następnie wyjąłem z szafki kieliszki, mocno niedobrane do trunku, za to mające sporą pojemność, po czym je napełniłem. A na koniec, ustawiwszy wszystko pod ręką, wróciłem na fotel.
    - Napijesz się? – zapytałem, mocno retorycznie, sadowiąc się wygodnie.
    Długo się we mnie wpatrywała. Wreszcie, westchnąwszy, ujęła kieliszek.
    - Napiję! Poświęciłam ci całe moje życie, całą młodość i całą dojrzałość, masz jeszcze i to! – wychyliła go do dna.
    A mnie z wrażenia kieliszek wypadł z dłoni…

    Rzuciłem się do wycierania. Ta podłoga nie tolerowała cieczy. Mogłaby spuchnąć.
    - Zostaw! – padło krótkie polecenie. Zauważyłem, że niespecjalnie się skrzywiła i niczym nie popiła.
    - Nie można tego tak zostawiać! – zaprotestowałem.
    - Komu to potrzebne… – wyznała z rezygnacją.
    Zamilkłem. Zaraz też usłyszałem.
    - Idź już! Jedź do niej! Ona czeka na ciebie!
    - Marta! – powstałem z podłogi. – Nie będziesz żałowała, że się z tobą nie napiłem?
    - Będę! A czy to ma dla ciebie jakieś znaczenie? Od dawna nie chciałeś mieć ze mną niczego wspólnego! – wybuchnęła.
    Zagryzłem zęby.

    - I co, będziemy się licytować kto ile chciał? Ty czegoś chciałaś? Po co to wszystko? Też mogę ci zarzucić, że byłaś mi żoną najwyżej dwie noce w roku. Uważałaś, że to mi do szczęścia ma wystarczyć? Czy ja ciebie zdradzałem wtedy, kiedy sypialiśmy razem? Nawet przez myśl mi to nie przeszło!
    - Chyba cię pogięło! To znaczy, że ja miałam utrzymywać cały dom i jeszcze dawać dupy leserowi? Któremu nie chciało się kiwnąć palcem, bo się zakochał w jakiejś moskiewskiej kurwie? I na nią wydawał pieniądze które zarabiał? To ty zejdź na ziemię! Jeśli powiem o tym twojej Amerykance, to leżysz! Będziesz skończony!
    - Po co mi to mówisz? Marta! Przecież sama nie wierzysz w skuteczność swoich słów! I dowiedz się, że możesz mówić co tylko chcesz. Dorotka zna mój życiorys i niczym jej nie zaskoczysz. A teraz pozwól, że powycieram to dokładniej – schyliłem się ponownie, wyjmując z kieszeni chusteczki.
    Podeszła wtedy do mnie z otwartym pudełkiem serwetek i szybciutko, całkiem zgodnie i w zupełnym milczeniu, przywróciliśmy porządek na stoliku i podłodze. Marta pozbierała zużyte strzępy i wyniosła do śmieci. Kiedy wróciła, stałem nadal. Nie wiedziałem co mam zrobić.
    - Nie wiem… chyba już pójdę – powiedziałem.
    - Jak chcesz, chociaż ja cię nie wypędzam – wzruszyła ramionami.

    Zaciśnięte usta świadczyły, że już się opanowała i na płacz się nie zanosi, ale ostatnio dość łatwo przechodziła z jednego stanu do drugiego. Zacząłem się zastanawiać, czy mnie nie zaatakuje czasem. Chociażby po to, żeby podrapać mi twarz. To nie byłoby zbyt miłe.
    - Przyjąłem twoje zaproszenie, mając nadzieję, że porozmawiamy jak dorośli ludzie – westchnąłem, siadając ponownie. Ona również usiadła. – Chyba sama rozumiesz, że to co się stało, już się nie odstanie. Gdybyś…
    - Co „gdybyś”? – przerwała mi. – Ciągłe „gdybyś” i „gdybyś”! A może skierowałbyś to do siebie? Tak pod swój adres? Gdybyś to ty pomyślał o tym „gdybyś”? Gdybyś nie szlajał się ciągle z dziwkami? Gdybyś wiedział, że jednak masz żonę i rodzinę? Powiedz, jak ty mnie traktowałeś?
    - Proszę, uspokój się!
    - Jestem spokojna! – warknęła, ale zamilkła. Po czym schwyciła butelkę, napełniła swój kieliszek i natychmiast wypiła zawartość.

    Ty razem nie poszło jej tak gładko, bo przepiła sokiem i musiała wyrównać oddech. W tym czasie ja tak samo wypiłem pełny kieliszek. A co, też potrzebowałem dopingu.
  • #7
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Będziemy dalej się licytować, czy spróbujemy poszukać wyjścia z tej sytuacji? – zapytałem. Mnie alkohol przeszedł bezproblemowo.
    Opuściła głowę. Milczała przez dłuższą chwilę. Ja też się nie odzywałem. Sytuacja zmieniła się jak w kalejdoskopie.

    - Nie mam już siły – odparła spokojnie, z zupełną rezygnacją, prostując się w fotelu. – Powiedz mi tylko, czego ona od ciebie oczekuje? Po co ty jesteś jej potrzebny? Chłopów na świecie zabrakło? Przecież stać ją na każdego!
    - Nie zapominaj, że mamy ze sobą dwoje dzieci…
    - Czyli jednak przeleciałeś ją wtedy, kiedyś odwiozłeś je z dyskoteki. Ale grzeczny Tomek! Któremu tak dużo zawdzięcza! – zaśmiała się ironicznie. – Ty sobie lepiej zrób testy DNA i im też – pokpiwała. – Skąd wiesz, że to twoje?
    - Marta… mam do ciebie prośbę…
    - Tak? Słucham!
    - Jeśli chcesz coś wiedzieć, po prostu zapytaj. Nie wiem, czy odpowiem ci na wszystkie pytania, ale jeśli będziesz obrażać Dorotkę, to wstanę i wyjdę.
    - O! A to ciekawe…
    - Marta! Dorotka nie jest twoim wrogiem, kiedy ten fakt do siebie dopuścisz? Powtórzę słowa, ktore mówił ci mój adwokat. Od samego początku traktowała ciebie z pełnym szacunkiem i wręcz zabiegała o poprawne relacje…
    - Tak? Od jakiego początku? Kiedy dawała ci dupy i robiłeś jej te niby wasze dzieci? Nie przypominam sobie tego…
    - Stop! – zawołałem. – Ponownie proszę, abyś jej nie obrażała. Jest tak samo matką moich dzieci, jak i ty. Weź to wreszcie pod uwagę! Tu już nigdy, nic się nie zmieni. Tak jest i tak będzie! Dlatego proszę po raz ostatni, nie stawiaj mnie w sytuacji z jednym wyjściem. Tym przez drzwi!

    Chyba się uniosłem i powiedziałem to zbyt głośno, ale umilkła. Wykorzystując sytuację, trochę drżącymi rękami znowu napełniłem kieliszki. I od razu wypiliśmy wszystko do dna.

    Taak… znaliśmy to obydwoje. Różnie kończyły się takie nasze rozmowy przy wódce. Przed laty, w początkach małżeństwa, najczęściej w łóżku. Jednak ostatnio już niekoniecznie. A właściwie w łóżkach, ale oddzielnych.
    - Marta, posłuchaj! To nie jest tak, że nagle zapomniałem o tobie i o tym, co nas łączyło przez lata. Dorotka też to zna i akceptuje. Chce pomóc tobie i naszym dzieciom. Chciałaby, żeby wasze relacje były poprawne. Zrobiła już dużo, aby tak było. Więc dlaczego ciągle stajesz okoniem? Dlaczego to na nią obróciłaś swoją nienawiść? Zupełnie bez powodu…
    - Tak, bez powodu! – roześmiała się. Ale teraz powiedziała to jakby spokojniej i z pewnym namysłem. – Mówisz, że chce poprawnych relacji ze mną… Więc powiedz mi teraz, jak mogła spoglądać mi w oczy wtedy, kiedy byliśmy na balu? Jak mogła się uśmiechać i opowiadać banialuki? Wielka, fałszywa dama! – prychnęła.
    - Poczekaj! – uniosłem dłoń. – Nie zapominaj, że wtedy nie było mowy o naszym rozstaniu i Dorotka wcale do tego nie dążyła. Przeciwnie, uprzedziła mnie, że jeśli bym się odważył wystąpić o rozwód, to zerwie ze mną kontakty i zostanie w Ameryce razem z dziećmi. A tam nie miałbym szansy nawet ich zobaczyć.
    Ja ją znałem i wiedziałem, że mówi prawdę. Dlatego fałszywie oceniasz sytuację z balu. Bo tak naprawdę, ojcem dzieci Dorotki zostałem kiedyś, trochę przez przypadek. I wcale jej nie gwałciłem. Natomiast Dorotka, kiedy i ja się o tym dowiedziałem, czuła swoją winę wobec mnie i ciebie, a nie mogąc wszystkiego ujawnić, zaczęła próbować jakoś to rekompensować.
    - A niby dlaczego nie mogła? – przerwała mi. – Ty tego nie wiedziałeś?
    - Przecież wiesz, że ponownie spotkaliśmy się dopiero po latach. Słuchaj, to wszystko, co o nas od niej wiesz, jest prawdą. Owszem, prawdą niepełną, bo wiele spraw i momentów pominęliśmy milczeniem. A to, że Dorotka nie mogła ci opowiadać wszystkiego, wynika również z innych powodów, istniejących poza nami.
    - Niby z jakich?
    - Tu nie ma prostej odpowiedzi – westchnąłem. – Najważniejsze są związane z pracą i jej charakterem. Nie mogę ci o tym mówić.
    - To dlaczego kłamała, że te nasze przywileje są za to, że ją uratowałeś?
    - Nie kłamała. To jest prawdą! Dawno mi to powiedziała, tak samo jak i tobie. Że z czasem dojrzała do właściwej oceny sytuacji. Byłaby nikim i niczym, a może już by nie żyła, gdyby wtedy została zgwałcona. Uznała, że na część jej dorobku zasłużyłem również ja.
    - Ale poszła z tobą do łóżka i nic się nie działo? To jej nie przeszkadzało?
    - Marta… Wchodzimy w tematykę, o której nie mogę opowiadać. Ale tak właśnie było!
    - Tu nie możesz, tam nie chcesz…
    - Jeszcze raz powtórzę. Jeśli pozwolisz mi opowiadać spokojnie, to powiem ci wszystko, co tylko mogę. Tym niemniej, nie chciałbym już, żeby adwokaci i skarbówka na nas żerowali. Po co nam te wszystkie koszty? Już musiałem zapłacić sporo podatku, a szykuje się więcej.
    Tak samo zapłacisz i ty, jeśli zechcesz zrealizować swoją wersję. Dlatego mam inną propozycję. Wszelkie ustalenia finansowe, jeśli jakieś dzisiaj poczynimy, a chciałbym tego, powierzę opiece Damiana. To oczywiście będzie nieformalnie, tym niemniej chyba nie sądzisz, że nasz własny syn kogoś oszuka. Ja mu wierzę, nie wiem jak ty.
    - A to jest takie ważne?
    - Oczywiście. Twój adwokat zażyczy sobie procentów od wywalczonej kwoty. Swoje weźmie też urząd skarbowy, bo będziesz wtedy obcą osobą. Natomiast jeśli mi nie ufasz, ja proponuję, że uzgodnioną sumę, złożę jako depozyt w kancelarii Damiana. On ci niczego nie zabierze. Chociaż lepiej by było, gdybyśmy dogadali się i bez tego. Wtedy zminimalizujemy koszty, a ty swoje będziesz miała.
    - Zastanowię się! – stwierdziła, po czym napełniła kieliszki.
    Wypiła swój do połowy, nie czekając na mnie, po czym wstała, przeprosiła i wyszła z salonu. Domyśliłem się, że chce zadzwonić do syna.

    Dopiłem swój kieliszek do dna i próbowałem zebrać myśli. Damian, chociaż to on dostarczył mi informacje o pozwie rozwodowym Marty, zachowywał potem właściwą równowagę wobec nas obydwojga. Byłem mu za to nie tylko wdzięczny, ale i dumny z bardzo profesjonalnej postawy. Bo Damian, bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz, szedł jak burza. Niczym Dorotka. Jeszcze nie mając trzydziestu lat, skonsolidował w stolicy kilka mniejszych kancelarii adwokackich i stanął na ich czele. Szkoda, że żaden z jego mecenasów, nie mógł mnie bronić.
    Damian nas nie oceniał. Powiedział mi jedno proste zdanie: ma dwoje rodziców, obydwoje kocha i nigdy nie będzie niczego rozgrywał. Prosi też, aby nikt od niego tego nie wymagał.
    Kiedy po tej pamiętnej Wielkanocy powrócili z austriackiego urlopu, natychmiast do mnie zadzwonił. To była już sobota następnego, poświątecznego tygodnia. Skrócili sobie urlop, bo, jak powiedział mi potem, coś go dręczyło. Oczywiście, najbardziej interesowało go to, co się z nami dzieje.
    Odpowiedziałem mu krótko, że sytuacja lekko się zmieniła, rozmowa nie jest na telefon, po czym podałem adres kontaktowym i poprosiłem, żeby przyjechali obydwoje. Na ulicę Sosnową szesnaście. W Podkowie, oczywiście.

    To już był weekend. Byliśmy po pierwszym tygodniu pracy i wielkanocnym szaleństwie. W banku sytuacja powoli się klarowała, za tydzień planowaliśmy wyjazd do Dorotki rodziców, więc chcieliśmy zebrać siły, a tak naprawdę, mieliśmy zamiar wyskoczyć gdzieś na tańce, bo Dorotka o tym marzyła. Szybko jednak spasowała, kiedy powiedziałem jej o telefonie i o tym, że zaprosiłem syna z żoną. Natychmiast zmieniła plany i zamówiła catering. Oczywiście, z kuchni od pana Wojtka. Tam wystarczyło nam zadzwonić.

    Damian z Beatą byli oszołomieni. Nie mogli uwierzyć w to co zobaczyli.
  • #8
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Zresztą, prawdę mówiąc, sam pomyślałem wtedy przez chwilę, że Dorotka bardziej pasowałaby wyglądem do Damiana, a nie do mnie. Ale mimo tego, że traktowała ich bardzo miło i wręcz poufale, to nie pozwoliła na najmniejsze wątpliwości, kto w tym domu jest najważniejszą dla niej osobą. Poza dziećmi, oczywiście.
    Damian dzieci lubił. Był przecież niezłym i wyrozumiałym opiekunem Joasi. Pamiętałem też, kiedy jako młodzieniec zabawiał maluchy znajomych. I teraz tak samo, bez problemów znalazł wspólny język z chłopcami. Na koniec zabaw obiecali mu, że będą go uczyli prawdziwego angielskiego. Już wiedzieli, że wybraliśmy dla nich amerykańską szkołę również po to, żeby nie tracili amerykańskiego akcentu.

    Przez cały wieczór, pomimo tego, że napomykaliśmy o całej sytuacji, rozmowa zbaczała na bardziej wygodne i neutralne dziedziny. Prawnicy, cholera! Unikali jak mogli zgrzytów. A ponadto umieli rozmawiać, byli fantastycznymi biesiadnikami. I tak jakoś zeszło…
    Dopiero, kiedy odjeżdżali i żegnaliśmy się na podjeździe, Damian spojrzał na mnie i nie zważając na obecność Dorotki, westchnął tylko.
    - Tato, tak naprawdę, to nie wiem co mam ci teraz powiedzieć…
    - Nie mów nic. Znasz adres warszawski, zaglądajcie do nas, z czasem wszystko się jakoś ułoży i wszyscy będziemy trochę mądrzejsi.
    - Moje zdanie jest podobne – wtrąciła Beata. – Ale zapraszamy i do nas!
    - Dziękujemy! – odpowiedziała jej Dorotka. – Jak tylko troszeczkę się ustatkujemy, to was odwiedzimy.
    - A teraz chciałbym tylko jednego – kontynuowałem. – Byś uwierzył, że nie jesteśmy mamy wrogami. Ani ja, ani Dorotka. Przeciwnie. Jesteśmy w stanie jej pomagać. Nie wiem czy wiesz, że mama zna Dorotkę…
    - Nie bardzo… – pokręcił głową.
    - Byliśmy razem na balu pod koniec stycznia. Wtedy, kiedy odwiedziliśmy was obydwoje i później odwoziłeś nas do hotelu. To Dorotka była wcześniej z mamą i Joasią na zakupach.
    - Acha, pamiętam. W porządku, tato. Ja się postaram wam nie mieszać.
    - Dzięki! – podałem mu rękę.
    Pożegnaliśmy się i odjechali. Bywali potem u nas, czasami nawet w warszawskim apartamencie, ale częściej wpadali do Podkowy. Damian nie krył wtedy, że odwiedzają również Martę, ale od razu zastrzegał, że nie rozmawiają z nią na temat rozwodu. I ze mną też nie chcieli o tym rozmawiać.

    Marta wróciła, zajęła miejsce w fotelu i wypiła resztę z kieliszka.
    - Jak wygląda twoja propozycja?
    Westchnąłem i też się napiłem.
    - Jeśli zgadzasz się na rozwód bez żadnych zastrzeżeń, to ja za kilka dni wpłacam ci na konto sto tysięcy dolarów jako darowiznę. Zgłosisz to w urzędzie skarbowym, zapłacisz minimalny podatek i sprawa będzie czysta. Na razie jesteś żoną, więc i podatek będzie minimalny.
    - Mało – odparła lekceważąco.
    - Poczekaj, jeszcze nie skończyłem! Na razie wyjaśniam ci mechanizm. Dla ciebie to mało, ale ja i tak muszę wziąć kredyt na taką sumę. I znowu sam będę go musiał spłacać, tak jak i poprzedni…
    - Sam tego chciałeś.
    - Dobrze, chciałem… wysłuchaj do końca. Drugie sto tysięcy dolarów dostaniesz w formie lokaty na koncie. Zostanie wpłacona na moje konto, do którego masz pełnomocnictwo. Tylko mam prośbę. Nie opróżniaj konta na jeden raz! Zrozum, że wszystkie transakcje powyżej dziesięciu tysięcy euro, bank musi zgłaszać i skarbówka je prześwietla. Jednorazowo przelewaj nie więcej niż dziesięć tysięcy dolarów. I jeśli mi uwierzysz, cała suma będzie również twoja. Ja z tego konta nie wezmę ani centa.
    - Co dalej?
    - Dalej to proponuję normalizację relacji. Byśmy nie musieli rozmawiać przez adwokatów. A wtedy możesz liczyć na naszą zwyczajną, ludzką życzliwość. Nie chcemy ci szkodzić, będziemy z Dorotką pomagać naszym dzieciom, a może też i tobie, jeśli tego zechcesz. Jednak warunkiem jest kwestia uporządkowania naszych relacji.
    - Jakich relacji? O co ci chodzi?
    - Nie chciałbym, na przykład, żebyś mnie próbowała publicznie bić, tak jak dzisiaj przed budynkiem sądu. Niepublicznie zresztą też. Ja nie byłem damskim bokserem i nigdy cię nie uderzyłem. Po co takie reakcje na mój widok?
    - Głupi byłeś, głupi jesteś i głupim zostaniesz! – pokręciła głową, znowu wypiła pół kieliszka, po czym wstała i w milczeniu wyszła. Z dobiegających tutaj odgłosów domyśliłem się, że znowu poszła skorzystać z łazienki. Albo tylko udawała.

    Korzystając z okazji, też nie pożałowałem sobie żubrówki. Dawno nie piłem większych ilości alkoholu i wydawało mi się, że ciągle jestem zupełnie trzeźwy. Ale kiedy ujrzałem, że w butelce było już nie tak wiele do dna, lekko osłupiałem. Przecież ostatnio jadłem jeszcze przed południem! Marta pewnie tak samo. Dlatego, kiedy wchodziła do salonu, ja powstałem.
    - Marta, chciałbym cię zaprosić na kolację do restauracji. Przyjmiesz zaproszenie?
    - Mam chleb w domu – odparła obojętnie. – Mogę zrobić kanapki, jeśli jesteś głodny.
    - Wiem że możesz, ale tym niemniej, ponawiam zaproszenie. Proszę cię!
    - Nie jestem odpowiednio ubrana, ani nie mam nastroju – podeszła do swojego fotela.
    - Tu będziesz miała lepszy nastrój? M oże jednak pójdziemy między ludzi? Bardzo cię proszę!
    Świdrowała mnie wzrokiem i nagle zdecydowała.
    - Dobrze! – oznajmiła. – Przyjmuję zaproszenie. Ale musisz stąd wyjść, bo chciałabym się przebrać.
    - Oczywiście – zapewniłem skwapliwie. – Tylko jeśli mógłbym skorzystać z łazienki…
    - Proszę! Drzwi są oznaczone. Znajdziesz – skinęła głową.

    Kiedy ubierałem się już do wyjścia, w przedpokoju jej nie było.
    - Marta! – zawołałem.
    Wyjrzała z drzwi salonu.
    - Czekam obok jeepa, ale pojedziemy taksówką. Nie martw się, że będę prowadził.
    - Dobrze. Niedługo będę – zapewniła spokojnie, zamykając za mną drzwi. Zaraz też usłyszałem szczęk zamka. Po co ta cała demonstracja? – pomyślałem.

    Wyszedłem na parking i otwarłem drzwi jeepa. Jakoś głupio się czułem, nie mając żadnej bazy. Chociażby wnętrze auta…
    A reszta poszła szybko. W końcu teren znałem doskonale, a doświadczenie w tym miałem też niemałe. Jeszcze kiedy pracowałem u Szwedów, nierzadko miewaliśmy taką sytuację. Numery radio taxi też znałem na pamięć. Więc na cito zamówiłem taksówkę z dwoma kierowcami, bo jeepa nie chciałem tu zostawić. Wprawdzie do hotelowej restauracji było nie więcej niż czterysta metrów, mogliśmy się nawet przespacerować, ale nie zamierzałem tutaj wracać. Wiedziałem, że zostanę już w hotelu. Martę odprawię do domu taksówką, a jeep niech stoi pod bokiem.

    Kiedy wyszła z budynku, odpaliłem jeepa, jeden z taksówkarzy zajął miejsce za jego kierownicą, a na nas czekał mercedes. Zawiózł nas pod samo wejście do hotelu.
  • #9
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Cały wieczór przebiegał spokojnie i powiedziałbym nawet, że chociaż początkowo było sztywno, z czasem zrobiło się sympatycznie. Nie rozmawialiśmy o rozwodzie, lecz o znajomych, trochę o sytuacji w kraju i na świecie, trochę też o tym, co działo się dookoła nas. Nie było to nic szczególnego, ale jakoś nas bawiło. Marta, ubrana naprawdę elegancko, czuła się teraz całkiem swobodnie i była zupełnie dobrym kompanem na wieczór.
    Próbowałem nawet, wzorem Dorotki, poznać szefa miejscowej kuchni, ale najwyraźniej nie miałem jej siły przebicia, ani też tego wdzięku. Mimo kilkakrotnych zaproszeń przekazywanych kelnerowi, szef się nie pojawił. Raczej nie miał się czym pochwalić, chociaż pieniędzy bym nie skąpił. Musieliśmy się zadowolić dość pospolitymi daniami, ale to też jakby bardziej jej odpowiadało.
    Nie wybierałem najdroższych dań z karty, bo te, jak podpowiadało życie i doświadczenie, w takich lokalach były przeważnie przeterminowane. Za mały obrót. Ale zamawianymi trunkami zadziwiłem obsługę. I pilnowałem, żeby nas nie bujali.

    No i niestety, skończyło się tym, że Marta ululała się niemal kompletnie. A ja przy niej też. Kiedy w okolicach północy prowadziłem ją w kierunku recepcji, musiałem mocno pracować, żebyśmy nie wylądowali na podłodze.
    Wynająłem jeden z dwóch apartamentów, bo tylko dwa tutaj były, od razu zapłaciłem kartą, ale recepcjonista pokręcił głową, kiedy próbowaliśmy odejść obydwoje. Marta w dodatku chichotała wtedy niczym nakręcona i nie dawała się uspokoić
    - Proszę pana! – zatrzymał mnie głosem, kiedy zmierzaliśmy do windy.
    - Co się panu nie podoba? – rzuciłem w jego kierunku.
    - Ale pani nie jest u nas zameldowana! – odparł kwaśno.
    - To moja żona, nie wierzy pan?
    - Jakoś nie całkiem…
    - Masz dowód przy sobie? – zapytałem.
    - A jakże! – wypięła dumnie biust. – Co? Ja nie jestem twoją żoną? Ja? Jeszcze jestem… Co ten głupek wie! – energicznym ruchem otwarła torebkę, wysypując jej zawartość na kontuar. Wiele tam nie było, zauważyłem całkiem markowe kosmetyki i inne, damskie utensylia, ale na szczęście, dowód był również.
    Podniosła go i podetknęła mu pod oczy, palcem pokazując odpowiedni wers.
    - Czytaj, jeśli umiesz. Barycka czy nie Barycka?! I co teraz powiesz? – triumfowała.
    - Ale muszę wpisać to do książki…
    - A wpisuj pan! – zniecierpliwiłem się. – Tomasz Barycki z żoną Martą. Wystarczy już? Chodź, Martuś! Mają tu nawalone, ale nie będziemy tracić czasu! – rzuciłem na odchodne.
    Marta zgarnęła zawartość z powrotem do torebki i zgodnie się podtrzymując, doszliśmy w końcu do windy.

    A kiedy znaleźliśmy się w środku, objąłem ją w talii i przyciągnąłem do siebie. Zarzuciła mi ręce na szyję i zaczęliśmy się całować. Tak jak kiedyś, jak dawniej. Zachłannie i całkiem erotycznie. Tyle, że dzisiaj to był tylko łabędzi śpiew. Na więcej nie starczyło nam sił.
    Złączeni uściskiem, mieliśmy poważne kłopoty z utrzymaniem równowagi. Kilka razy musieliśmy się rozłączyć, wreszcie Marta pomachała rękami i stwierdziła, że chce do toalety. Podprowadziłem ją do drzwi, a kiedy wyszła, już niewiele kontaktowała.
    Próbowała położyć się na podłodze, miałem jednak na tyle jeszcze rozsądku i siły, żeby ją zawlec do sypialni, a tam położyć na łóżku. I zanim odzyskałem oddech z wysiłku, stwierdziłem, że najzwyczajniej śpi. Kompletnie ubrana, ze szpilkami na nogach.

    Byłem w niewiele lepszym stanie, ale zachowałem chociaż przytomność. I myślałem. Co też powie Dorotka, kiedy jej to opowiem? Jak zareaguje? To nie zapowiadało się ciekawie.
    Mogłem zostawić Martę w takim stanie do rana, ale przecież będzie wyglądała jak wypluta z wyżymaczki. Tylko co powie, kiedy się przekona, że ją rozebrałem? Jak zareaguje? Mam do tego prawo? Czy mąż ma prawo rozebrać żonę? – zaśmiałem się ironicznie w duchu.
    O żadnym seksie nie było wprawdzie mowy; w moim stanie, to i Dorotka nie skorzystała by ze mnie, nawet po całym flakoniku perfum. W stanie upojenia alkoholowego nie byłem zdolny do niczego. Ale prawo zna pojęcie „inne czynności seksualne”. A jeśli Marta mnie o to obwini? Jednak z drugiej strony…
    Korciło mnie, żeby zobaczyć ją w bieliźnie. Jak się teraz ubiera, jak wygląda… tak naprawdę, to nie widziałem jej nagiej od czasu balu. Wtedy też, na drugi dzień, kochaliśmy się ostatni raz w życiu. Nawet kiedy wróciliśmy do domu, już nie poszła ze mną do łóżka. Wtedy jej głowę zajmowała Lidka i moje, zupełnie wyimaginowane z nią zdrady. Ależ to wymyśliła!
    Wykonałem wtedy prace zlecone przez Dorotkę, wróciłem do domu, ale pozostała nieprzejednana. Do Moskwy poleciałem więc, mając w pamięci tylko rozstanie z Dorotką. I nasz ostatni raz, na zapleczu gabinetu Johna, jej męża. Jeszcze męża.
    Marta siedziała wtedy w pomieszczeniu dla oczekujących na parterze banku i jakoś nie wpadło jej do głowy to, co na górze robię. Nadal była Dorotką zachwycona. Do czasu…

    Zajrzałem do lodówki. Dobrze. Była i mineralna, i różne inne napoje. Przynajmniej nie będę musiał dzwonić. Zabrałem kilka butelek i wróciłem do sypialni. Marta oddychała ciężko i leżała bez zmian. Wypiłem trochę wody i wtedy podjąłem decyzję.
    Najpierw rozebrałem się sam, a potem powoli, delikatnie, obrałem ją ze wszystkiego, każdą sztukę odzieży wieszając i układając dokładnie, żeby do czegoś jeszcze się nadawała. I chociaż przez cały czas musiałem ją przewracać, bo leżała niczym kłoda, niczego mi nie ułatwiając, to kiedy na jej biodrach zostały jedynie fikuśne figi, zaczęła się jakoś wiercić. Wtedy bezceremonialnie wepchnąłem ją pod kołdrę, bo i mnie zaczynało być zimno.
    Oczywiście, sam też tam wskoczyłem i zaczęliśmy ogrzewać się ciałami.

    Nie reagowała na nic, chociaż przez kilkanaście minut pieściłem całe jej ciało, oprócz części intymnych. Obejmowałem ją, gładziłem ramiona, plecy, biodra, pieściłem i całowałem biust, który miała naprawdę znakomity jak na swój wiek. Wszystko dlatego, żeby rozgrzać się sam, a i ją przy okazji. Nie z innych powodów. Byłem po prostu świadomy swoich żadnych możliwości. Nie podniecała mnie. Nic nie było w stanie mnie podniecić i to nie była jej wina. To ja byłem zbyt pijany.
    Wreszcie oczy zaczęły mi się kleić, zostawiłem więc zabawy i ułożyłem się wygodnie…
    - Popieść mnie jeszcze – usłyszałem w uchu i poczułem, jak jej ręce mnie obejmują, a kolano rozsuwa mi nogi…

    Nad ranem sądziłem że obudziłem się pierwszy, bo nadal smacznie spała, ale gdy ujrzałem szklankę z wodą na jej nocnej szafce, zrozumiałem pomyłkę. A jednak wstawała w nocy i mnie nie budziła. Nie założyła też bielizny, co wyczułem, przeciągnąwszy leciutko dłonią po łuku jej biodra.
    Miałem solidnego kaca i nie chciało mi się wstawać. Zresztą, jeszcze nie było szóstej. Po co się więc męczyć? Dzisiejszy dzień i tak będę musiał spisać na straty. Wypiłem szklankę mineralnej i ponownie wsunąłem się pod kołdrę, przytulając się do niej. Leżała odwrócona do mnie tyłem, moja męskość trafiła na jej udo i… zareagowała! Poczułem nieoczekiwany napływ pożądania i… znieruchomiałem.
    Nie zmieniła rytmu posapywania. Albo jej nie obudziłem, albo w udawaniu doszła do perfekcji. A ja nieoczekiwanie poczułem, jak moje pożądanie rośnie i rośnie…
    Co za durna sytuacja! Leżałem nagi obok swojej własnej żony, kompletnie rozebranej i przypomniałem sobie, jak było wtedy rankiem w hotelu Patisson. Sytuacja kropla w kroplę podobna do dzisiejszej. Leżała dokładnie w takiej samej pozycji, a ja wtedy po cichutku przytuliłem się i zrobiłem wszystko od tyłu…

    Tylko że myślałem wtedy o Dorotce. Tylko Dorotki pragnąłem. Zamykałem oczy i szalałem… A teraz? Teraz chciałem jej samej! Czyli Marty, mojej żony! To z nią chciałem się kochać, chociaż wiedziałem, że Dorotka będzie wiedziała. Może już się domyśla…
    To było silniejsze ode mnie. Przytuliłem się, wtuliłem usta i nos we włosy, po czym sięgnąłem dłonią do piersi…
    Nie drgnęła nawet, chociaż oddech ucichł. I sutki zaczęły się podnosić. Przez kilka minut leżała bez ruchu, chociaż zauważyłem, że kilka razy uniosła powieki. A potem powoli, powoli, pozwoliła się obrócić i… ułatwiła mi wszystko.
    Wszystko też otrzymała.
  • #10
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Nie poszła nawet do łazienki. Uda powycierała chusteczkami, które wyjęła z torebki i wróciła do pozycji horyzontalnej. Nie odezwała się też ani słowem. A moją dłoń, cały czas delikatnie pieszczącą jej pierś, nagłym ruchem odrzuciła od siebie, po czym znowu znieruchomiała. Nie przejmując się swoją nagością i nie próbując okrywać kołdrą.
    Ja leżałem tak samo. Wyczerpany, ale zaspokojony. Chociaż teraz było mi głupio wobec Dorotki. Nie musiałem nawet do niej dzwonić. Domyśli się wszystkiego…

    - Popatrz, jaki ty jesteś wiarołomny! – odezwała się nagle, jakby czytając moje myśli. – Nawet ją zdradziłeś! Zdradziłeś nawet ten swój ideał, taki młody, piękny, bogaty, mający to swoje wręcz idealne ciało, a nie sterane, tak jak moje… Ona ma je gładziutkie, pachnące… Ale ty nie przepuszczasz żadnej okazji! – pokręciła głową.
    - Pudło. Nie masz racji!
    - Ja zawsze jej nie miałam…
    - Marta… Odrzucam wszystkie okazje. Tylko dla ciebie zrobiłem wyjątek. Chciałem ci udowodnić, że nie pozostajesz dla mnie nikim. Że nadal jesteś atrakcyjną kobietą, także dla mnie. I nie zapomnę o tym, co nas łączyło. Tamtych lat nie da się skasować w pamięci, niczym na twardym dysku.
    - Ale ja nie upoważniłam cię wczoraj do tego, żebyś mi zdejmował majtki. Rozumiesz? Ja nie żartuję!
    - Przecież nie ja ci je zdjąłem… – westchnąłem. – Zrzuciłaś je sama. Ale nie przejmuj się, wczoraj do niczego nie doszło. Nie wykorzystałem cię, więc nie zaszłaś w ciążę! Byłem zbyt pijany!
    - Kretyn! – skomentowała kwaśno.
    Może i miała rację. W jej wieku zajść w ciążę… ależ byłby to ewenement!

    Usiadła na łóżku, po czym osłaniając się hotelowym szlafrokiem, pobiegła do łazienki. Dziwne to wszystko – pomyślałem. – Czemu zawsze tak się przede mną osłania… I zawsze krępuje. Mnie, swojego męża…
    Przecież mnóstwo razy w życiu kochaliśmy się, a potem leżała na łóżku naga. Oglądałem ją całą, całowałem, pieściłem… wtedy nie miała zahamowań. Dopiero gdy wstawała z łóżka… Zawsze szukała osłony i krygowała się. Po co i na co? Przede mną? Przed swoim mężem? W imię czego?
    Dawniej próbowałem z tym walczyć, rozmawiać, tłumaczyłem, że to mnie drażni, ale zupełnie bezskutecznie! Uparła się i już. A wszelkie pytania ucinała swoim standardowym tekstem. Nie, bo nie! I nie zmieniła się nigdy.
    To był chyba jeden z gwoździ do trumny naszego związku. Jak też inne, jej bezsensowne i nieustępliwe zachowania, którymi próbowała mnie „wychowywać”. Niestety, wszystkie zagrały zupełnie odwrotne role.

    A z tymi majtkami, to była prawda. Sama je zrzuciła. I w nocy, zupełnie się mnie nie krępowała, kiedy ja chciałem już spać, a jej zachciało się pieszczot. Nie pamięta tego czy tylko udaje? Dziwny jest ten świat…
    Zabawami z Dorotką dopracowałem się finezji w tej dziedzinie, co dla Marty było, być może, małą niespodzianką. I pewnie dlatego zareagowała nadzwyczajnym podnieceniem na moje pieszczoty. Nie wyczułem tego, bo byłem przytępiony, poza tym zawsze potrafiła się kamuflować, więc i nie kierowałem dłoni pomiędzy jej uda. Jednak kiedy zrozumiała, że mam zamiar pieszczoty zakończyć, zaprotestowała.
    Czyli wcale nie była wtedy taka pijana jak udawała. Nawet na początku, kiedy weszliśmy do apartamentu. I kiedy ją rozbierałem. Czekała co zrobię. Jak zwykle.
    Bo nigdy mi nie powiedziała, że jej się chce. Że chciałaby się kochać. Wyjąwszy parę przypadków na początku naszego związku. Kiedy była po alkoholu. Normalne? Nie wiem…
    Wczoraj też najwyraźniej czekała. Na co? Przecież wiedziała, że po tak dużej wódce, jestem do niczego. A jednak chciała…
    Kiedy się wtedy odezwała, już nie leżała nieruchomo. Nie ukrywała też podniecenia i sama nakierowała moją dłoń pomiędzy swoje uda. Ponieważ tkanina fig mi przeszkadzała, bez wahania je zrzuciła i posłała w niebyt sypialni. No i się udało! Dostała to co chciała!
    Później leżała nieruchomo, nie odpychając mnie, ale w końcu odsunęła się i zasnęła. Ja też.
    A teraz próbowała udawać niewiniątko…

    - Która godzina? – zawołała, wpadając do sypialni. Zrzuciła z siebie szlafrok i nerwowo zaczęła szukać biustonosza.
    - Za dziesięć siódma – odpowiedziałem. – Nie możesz dzisiaj wziąć wolnego?
    - Szlag trafił! – zawołała. Zrozumiałem, że to odniosła do godziny.
    - Zadzwoń do pracy, żeby ci dali urlop.
    - Przestań! – zgrzytnęła zębami, ale sięgnęła po telefon.
    Błyskawicznie zadzwoniła do koleżanki mówiąc, że spóźni się piętnaście minut i nie przestawała gorączkowo się ubierać. Krytycznie też oglądała garderobę, kręcąc głową, ale cóż! Nie miała możliwości jej zmienić. Będzie w pracy wieczorowo…
    - Marta… naprawdę musisz? – zapytałem jeszcze raz.
    - Muszę! – przystanęła. – Gdybym nie musiała, to wróciłabym teraz do siebie i się upiła. Ale nie mogę sobie na to pozwolić tak jak ty!

    Siedziałem na łóżku, ciągle zupełnie nie ubrany. Jej odpowiedź trochę mnie wkurzyła. Nie spodziewałem się takiego zakończenia straconego dnia i erotycznej nocy. Adrenalina mnie ośmieliła.
    Stała teraz przed lustrem i usiłowała doprowadzić do porządku makijaż.
    - Marta, a w kwestiach rozwodowych dojdziemy do porozumienia? – wystrzeliłem.
    Dokończyła nakładanie pomadki na wargi i jakby po chwili namysłu, odwróciła się w moją stronę.
    - Nie będę stawała ci na drodze – oznajmiła cicho. – Nie będę też żądała od ciebie gwarancji. Zrób, jak uważacie za słuszne. Tylko powiedz swojej lady, że bardzo mnie obraziła stwierdzeniem, iż bałaby się zostawić ze mną wasze dzieci. Może wydarłabym wcześniej ślepia jej, chociaż teraz mi przeszło, ale żeby mnie podejrzewać o próbę zemsty na dzieciach? Idiotka! Szkoda, że ma tak wysokie stanowisko, bo jest głupia jak stodoła! I nie musisz jej mówić, że się ze mną pieprzyłeś i ją zdradziłeś. Ja się nie przyznam. Wystarczy, że wiem to sama!
    - Marta…
    - Zostaw mnie w spokoju, bo się spieszę!
    - Chcesz taksówkę?
    - A po co? – posłała mi ironiczne spojrzenie.
    Miała rację. Z tego hotelu miała do pracy niecały jeden przystanek autobusowy. Mniej niż pięć minut swobodnym spacerkiem.
    Podniosłem się z łóżka i założyłem slipy. Jakoś głupio byłoby żegnać się na golasa…

    Obejrzała jeszcze sypialnię, czy czegoś nie zostawiła, zajrzała do łazienki, po czym przystanęła, spoglądając mi w oczy.
    - Żegnaj – powiedziała cicho. Spróbowałem ją objąć, ale wyśliznęła się.
    - Marta…
    - Nie pora i nie czas! – przerwała mi. – I tak będziesz miał u niej przechlapane. Tylko nie prowadź auta nietrzeźwy. Masz dzieci i nie zapominaj o nich!
    - Nie będę jeździł nietrzeźwy! – zapewniłem, stojąc nieruchomo i spoglądając jej w oczy.

    Przez kilka sekund staliśmy jak słupy, a potem jakoś samo tak się stało, że padliśmy sobie w objęcia. Marta złożyła głowę na moje ramię, ale szybko ją poderwała, ucałowaliśmy się i wtedy mnie odepchnęła.
    - Wystarczy – oznajmiła. – Idę już, życzę ci przyjaznej drogi.
    - Dziękuję, ja też życzę ci powodzenia!
    - Żegnaj! – zawołała i wyszła.
    Było dziesięć po siódmej.
  • #11
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Do Warszawy wróciłem w południe. Oczywiście, z wynajętym szoferem za kierownicą, a druga taksówka jechała za nami, żeby go odwieźć z powrotem. Natomiast z Dorotką rozmawiałem króciutko przez telefon, gdyż nie miała czasu. Jak zwykle, zresztą. Powiedziałem jej tylko, że nie nadaję się dzisiaj do pracy i będę leczył się w domu.
    Przyjęła to dość sympatycznie, pokpiwając sobie ze mnie i nawet obiecała, że dzieci też dzisiaj przywiezie, żebym nawet po południu nie musiał ryzykować jazdy samochodem. Kochana dziewczyna!
    Natomiast pani Helena próbowała namówić mnie na różne mikstury, ale się nie dałem. Wytłumaczyłem jej, że w zasadzie to nic mi już nie jest, potrzebuję tylko snu i trochę płynów. Zgodziła się wreszcie ze mną, przyniosła jakąś mieszankę soków i dała mi spokój. Poszedłem spać.

    Dorotka, po powrocie z pracy, zapytała mnie tylko o rezultat rozprawy. Opowiedziałem jej jak przebiegała, niczego nie kryjąc. Ale kiedy doszedłem do wydarzeń na parkingu, po których odprawiliśmy mecenasów, przerwała mi.
    - Potem opowiesz resztę. A teraz posłuchaj o sprawach firmowych, bo jutro będziesz mi bardzo potrzebny!
    Zrelacjonowała obydwa dni, omówiliśmy zadania na jutro, a potem zajęła się wieczornym przeglądaniem serwisów. Ja natomiast odrabiałem zaległości w bytności z chłopcami. Bo tu, z czasem, zaczynał się pojawiać niejaki problem. Zaczynali już wyrastać z dzieciństwa, ale jakoś jeszcze nie do końca. I sami nie wiedzieli, czy mają się bawić ze mną jak dawniej, czy może wypada im zachowywać większy dystans. Całkiem śmiesznie to czasem wyglądało, ale co tam! Za rok, dwa, to wszystko im przejdzie.
    Dopiero późnym wieczorem, kiedy w sypialni zakończyliśmy tradycyjny seans, przytuliła się do mnie i zapytała o dalszy ciąg wczorajszych wydarzeń. Opowiedziałem jej, w miarę dokładnie, swoją podróż z Martą, naszą rozmowę w mieszkaniu, aż do momentu, kiedy po kolacji weszliśmy do apartamentu. I chyba wtedy wyczuła jakieś zawahanie w mojej relacji.
    Uścisnęła mnie wtedy i poważnym tonem oznajmiła.
    - Tomek, domyślam się tych wydarzeń. Trudno! Jakoś to przełknę, bo rozumiem waszą sytuację, a szczególnie rozgoryczenie Marty. Dlatego nie czyń wyrzutów ani sobie, ani jej. Ja w każdym razie tego robić nie będę. I nie mam do was pretensji. A jeśli jeszcze efektem tego będzie wasze ucywilizowane rozstanie, będę nawet zadowolona.
    Jednak proszę, oszczędź mi szczegółów waszej nocy, jedynie dopowiedz sytuację do końca. Chcę wiedzieć jak i czym to wszystko się zakończyło.

    Opowiedziałem więc, zgodnie z życzeniem. O Marty obietnicach, kiedy się już ubierała i o gorzkich słowach, które skierowała pod jej adresem. Nie mogłem tego nie powiedzieć.
    - No cóż! – podsumowała. – Wygląda na to, że Marta dochodzi do równowagi. Dlatego też powtórzę – zaczęła mnie łaskotać. – Daruję ci ten wczorajszy wyskok. Może jej to było niezbędnie potrzebne… – uspokoiła się, bo łapałem ją za dłonie. I wtedy wyznałem.
    - Wiesz co? Muszę ci to powiedzieć. Marta była niesłychanie z tego zadowolona. Według niej, ja ciebie upokorzyłem. Powiedziała o tym wręcz otwartym tekstem. I sądzę, a nawet jestem niemal pewien, że dotrzyma teraz słowa. Wyglądała, jakby zeszło z niej napięcie.
    Dorotka skrzywiła się.
    - Nie musiałeś mówić tak otwarcie. Niby zdaję sobie z tego sprawę, ale wolałabym jednak nie słyszeć…
    - Słoneczko… to jeszcze ciągle jest moja żona. Mną też szarpały wątpliwości, ale kiedyś mi mówiłaś, że o Martę nie jesteś zazdrosna.
    - Wtedy nie miałam co ciebie żadnych praw! Tomek, można mówić i myśleć co się chce, ale natura jest jedna. Teraz też myślę, że od strony naszego wspólnego interesu, zrobiłeś w sumie dobrze, ale przecież jestem tylko kobietą… Samicą, zazdrosną jak cholera! Dającą ci wszystko nie po to, żebyś szukał jeszcze czegoś na boku… Ech, sama już nie wiem…

    - A ja ciebie kocham! – powiedziałem, całując jej oczy. – I wiesz co? Sam się wczoraj zastanawiałem, jak nazwać mój stosunek do Marty. Bo niewątpliwie, ta nasza dawna miłość wygasła, między nami nagromadziło się zbyt wiele niedomówień, żeby można było przejść nad tym do porządku dziennego. Marta była jeszcze ze mną raczej siłą bezwładu, trochę z przyzwyczajenia, a może nawet z bezsilności.
    Dopiero wtedy kiedy wyliczyła, że może sobie pozwolić na samodzielny byt, kiedy otrzymała dostęp do pieniędzy pozwalających o tym pomyśleć, dostała zastrzyk energii i rozpoczęła działanie. I chyba się przeliczyła…
    Nieoczekiwanie zobaczyłem ją taką bezradną, jakby opuszczoną… przecież nie mogę powiedzieć, że jest dla mnie nikim! To też jest matka moich dzieci. Wprawdzie dorosły i są samodzielne, ale są!
    - Wiem, kotku – pogłaskała mnie. – A jak się teraz ubiera? – zapytała nieoczekiwanie, zmieniając temat. – Dba o siebie?
    - Ubrana była całkiem elegancko. Nie mam tutaj zastrzeżeń.
    - Ma kogoś? Nic nie wyczułeś? A może się pochwaliła?
    - Nie wygląda na to. W mieszkaniu nie zauważyłem męskiej obecności. Ale byłem tylko w salonie, no i przez chwilę w łazience.
    - Nie było męskich kosmetyków?
    - Nie wiem – przyznałem. – Nie myślałem wtedy o tym i nie rozglądałem się. Chociaż… zauważyłbym, gdyby coś było. Ale wiesz co?
    - Mianowicie?
    - Gdyby kogoś miała, to próbowałby się z nią skontaktować. Albo sama by zadzwoniła. Jednak od wyjścia z sądu, jej telefon milczał. Nie zadzwonił nikt. Ani wtedy, ani później, przez cały wieczór. Ona tak samo nigdzie nie dzwoniła, kiedy zaprosiłem ją na kolację. Nie uzgadniała tego z nikim.
    - Bingo! – oznajmiła. – Zawsze cię doceniałam! Jesteś dobrym obserwatorem i niezłym analitykiem. Chociaż zawsze może być lepiej… – roześmiała się.

    Potarmosiliśmy się przez chwilę, a kiedy zauważyłem, że zaczęła układać się już do snu, cicho zapytałem.
    - Słoneczko…
    - Co jeszcze?
    - Naprawdę jesteś aż tak bardzo zazdrosna?
    Odwróciła się wtedy energicznie i objęła mnie za szyję.
    - Lepiej by było… żebyś się o tym nie przekonał.
    - Nigdy tego nie zauważyłem.
    - Bo nie dawałeś mi powodów do zazdrości. Ja potrafię odróżnić ziarno od plew. I jeśli chodzi o ciebie, to pomyliłam się tylko jeden raz; wyłącznie dlatego, że później już się nie widzieliśmy, pamiętasz? Chodziło o Lidkę.
    - Oczywiście, że pamiętam.
    - A dzisiaj dopuściłam możliwość, że spałeś z Martą, bo to było dość oczywiste. I w łóżku przekonałam się, że tak też było. Nie obroniłbyś się. A skąd to wiem, tego ci nie powiem.
    - Nie miałem zamiaru niczego ukrywać. Zawsze mówię ci prawdę.
    - I za to cię kocham! – pocałowała mnie. – Albo inaczej, za to też cię kocham. A teraz przytul mnie jak zawsze i śpijmy. Jutro czeka nas zwyczajny, pracowity dzień.

    Taka była Dorotka. Moja kochana Dorotka. Zachowywała się niczym wytrawny szachista, siedzący tyłem do szachownicy, lecz przez całą rozgrywkę pamiętający położenie każdej bierki; każdego pionka, każdej figury i zawsze potrafiący użyć tej niezbędnej wtedy, kiedy była potrzebna. I to używać celnie!
    Pod warunkiem, że to nie dotyczyło rodziny. Jej własnej rodziny.

    Tu nie wszystko ułożyło się tak, jak tego chciała. W pewnym sensie poniosła porażkę. Ale czy zawinioną? I czy naprawdę była to porażka? Sam już nie wiedziałem. I tak później przekuła to w sukces.
  • #12
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    To był drugi weekend po tamtej Wielkanocy. W banku wszystko zaczynało się układać. Kilkoma prostymi decyzjami, Dorotka już drugiego dnia opanowała chaos i trzeba przyznać, że zdecydowana większość załogi odetchnęła z ulgą. Ludzie jednak lubią jasny, wytyczony kierunek i są pełni zapału, kiedy im go wskazać. Kiedy widzą optymizm i pewność siebie swojego wodza, który ma ich poprowadzić w przyszłość. Kiedy stwarza im szansę na sukces i daje nadzieję jego osiągnięcia. Wtedy nie trzeba ani batów, ani gróźb, żeby wykrzesać z nich sięgnięcie po ostatnie, wewnętrzne rezerwy, często uśpione stanem marazmu i zwątpienia.
    Bardzo szybko zorganizowała otwarte spotkanie nie tylko z dyrektorami i szefami pionów, ale również z niższym nadzorem i wcale niemałą reprezentacją szeregowych pracowników.
    Większość zebranych ją znała, albo przynajmniej o niej słyszała, dlatego nie czuła obaw, a i Dorotka była przecież jak na starych śmieciach. Chociaż miotłą była nową.
    W obcej instytucji może by jej nie uwierzyli. Taka młoda osóbka… – pomyślałem w pewnej chwili, spoglądając na nią z boku i słuchając słów, które wypowiadała. Tak też, złudnie, mógłby pomyśleć ktoś z zewnątrz. Ale nie w tym banku, tu była znana, tu nikt nie śmiał jej lekceważyć.
    Szybko też wyłożyła swoje credo, zapowiadając i dyscyplinę, i zmiany, ale wszystkich kupiła oświadczeniem, że ma nowe spojrzenie na przyszłość banku. I będzie je realizować!
    Zawiesiła też wszelkie decyzje poprzedniego zarządu, które jeszcze nie weszły w życie, w tym wypowiedzenia z pracy, zapowiedziała ponowną analizę decyzji niedawno podjętych, dając jakąś nadzieję już zwolnionym i w ogóle, stworzyła wizję zupełnie nowych porządków.
    Wszystkim też dała szansę na nowe otwarcie, taką drugą możliwość startu z czystym kontem, zapowiadając swoistą opcję zerową. Odtąd w ocenach najbardziej miało liczyć się to, co ktoś wypracował sobie już za jej kadencji. Kto wcześniej raz się potknął, mógł liczyć na amnestię, obarczoną niemałymi warunkami, ale jednak. I ludzie przyjęli to z zapałem. Takie sygnały bardzo szybko do nas dotarły.

    A przecież, kiedy przed świętami spotkałem się z Romkiem na Okęciu, był bardzo zniesmaczony sytuacją w firmie. Tak samo opowiadał później Dorotce, kiedy już podjęła decyzję, że przyjmie ofertę kierowania bankiem. On tak samo teraz odetchnął i z zachwytem rzucił się do realizacji nowych wyzwań, wymyślając czasem karkołomne wizje.
    Musiałem go czasami ściągać na ziemię, tym niemniej nie rezygnował. I dobrze! Zaowocowało to, między innymi, połknięciem przez Solution Poland S.A. małego Alba Banku trzy miesiące temu, za co dostaliśmy obydwaj niemałe premie.
    I w tamten, drugi poświąteczny weekend, postanowiliśmy obydwoje pojechać w kierunku Bieszczad, do jej rodzinnego domu, pod Sanokiem. Obiecaliśmy to Justynie jeszcze w święta, zresztą, sama Dorotka teraz już nie potrzebowała zachęt ani nacisków. Od dawna planowała, że po uporządkowaniu relacji pomiędzy nami, spróbuje wyprostować resztę. A najważniejsze było pogodzenie się z matką.

    Z Justyną, w święta, poszło nam nienajgorzej. Jej żale wobec siostry, te niby prawdziwe i te, w przeważającej części całkiem wyimaginowane, wyblakły z czasem i jakby się skurczyły. Mieszkając daleko od matki, w dużej mierze pozbyła się jej przekonań i poglądów, a przynajmniej zdecydowanie je stępiła. I wcale nie była aż tak ortodoksyjna, jak Lidka przedstawiała mi to wcześniej.
    A może na jej zachowanie i szybką akceptację mojej osoby wpłynęła uprzednia znajomość Iwony? Trudno było się zorientować. W każdym razie, siostrzany temat został „załatwiony” niemal z marszu i mieliśmy nadzieję że już na zawsze. Dorotka z Justyną powróciły w święta do normalnych, siostrzanych relacji i wszystko z tej strony zapowiadało się normalnie. A może nawet lepiej niż normalnie, bo i Lidka skorzystała na tym.
    Przed wyjazdem od nas, Justyna była pod takim wrażeniem, że w zasadzie przyjmowała sugestie Dorotki niczym własne. Jak to doszło, tego nie wiedziałem, bo miały wiele okazji rozmawiania w cztery oczy, a w mojej obecności starały się nie poruszać tych spraw.
    Tym niemniej, Justyna jeszcze w piątek powiadomiła rodziców o spotkaniu z Dorotką, bez opisywania im szczegółów, za to zapowiadając jej wizytę we własnej osobie. A przed odjazdem przyrzekła nam, że w razie kontaktów z rodziną, też na razie niczego nie ujawni.
    Wyjaśnienie kim jest teraz Dorotka, zostawiła jej samej.

    W takiej sytuacji było wiadomo, że niezbyt mogła nam pomóc, przygotowując jakoś nasze spotkanie i szczerze mówiąc, zdawała sobie z tego sprawę. Nie była optymistką, chociaż życzyła nam powodzenia. Dorotka może wiedziała więcej o powodach jej niewiary, ale tym razem, swoimi przemyśleniami nie podzieliła się ze mną. Ja zaś, szanując jej prawo do prywatności, nie wypytywałem o nic. Jeśli zechce, powie sama. Nie powiedziała mi jednak niczego.
    Tak samo jak Helena, która dowiedziawszy się gdzie zamierzamy jechać, zażyczyła sobie swojego uczestnictwa w wyprawie. Dorotka bez wahania na to przystała, ja tak samo pomysł zaakceptowałem. Helena na pewno nam nie zaszkodzi, ani nie będzie przeszkadzać. A w razie czego, będziemy mieli opiekunkę dla chłopców – pomyślałem. Jednak powodów chęci swojego uczestnictwa w wizycie, Helena nie zdradziła, wykręcając się ogólnikami.
    Dlatego w piątek, po pracy i po odebraniu chłopców ze szkoły, podjechaliśmy pod nasz apartament, żeby zabrać przygotowane przez panią Helenę bagaże i ją samą. A potem bez zwłoki ruszyliśmy na południe. Do Rzeszowa.

    Taki scenariusz zaproponowałem Dorotce i o dziwo, po krótkim namyśle, całkowicie się z nim zgodziła. Musieliśmy zrobić sobie przystanek po drodze, żeby nie zjawiać się w nocy, stawiając gospodarzy w trudnym położeniu. Dlatego wybrałem Rzeszów, ostatnie miasto przed Sanokiem, dysponujące hotelami na odpowiednim poziomie. Bo przecież, na wszelki wypadek, nie mogliśmy sobie pozwalać na noclegi w schroniskach turystycznych. Wizerunek też był bardzo ważny.
    Zresztą, taka odległość od Warszawy, to było wszystko co chłopcy mogli wytrzymać. Pod koniec podróży marudzili już niemożliwie, nudząc się wyraźnie. Gdybyśmy nawet mieli inne plany, to w takiej sytuacji bałbym się kontynuować jazdę. W naszym jeepie, mimo jego komfortu i przestronności, zrobiło się dla nich za ciasno.

    Dorotka, mimo że starała się trzymać fason, przez całą drogę wyglądała, jakby upuszczono z niej powietrze. Zupełnie nie przypominała sprawnej, dobrze zorganizowanej i pamiętającej o wszystkim szefowej banku. Była jakaś zamyślona, ospała i chociaż próbowała tego nie pokazywać po sobie, niezupełnie jej się udawało.
    Wprawdzie nikt niezorientowany nie zauważyłby zmian, jednak znaliśmy się zbyt dobrze, abym ja tak sądził. Miała podły nastrój, jakby coś przeczuwała.

    Już po kolacji, kiedy chłopcy poszli do łóżek, zapytałem czy ma ochotę na tańce. Zawahała się wtedy, ale pani Helena podchwyciła moją propozycję i niemal zmusiła ją do wyjścia. Szybko też zajęła się przygotowaniem garderoby i Dorotka nie miała wyboru. Widziałem, że przygotowuje się starannie, lecz jakby automatycznie. Jej myśli błądziły gdzie indziej…
    - Nie gniewasz się na mnie? – zapytała cicho, kiedy wchodziliśmy do restauracji. Miejsce zamówiliśmy telefonicznie, więc teraz zdaliśmy się na obsługę, która prowadziła nas do stolika.
    - Słoneczko! – podniosłem do ust jej dłoń. – Za co mam się gniewać? Widzę, że nie masz nastroju, ale próbuję cię rozruszać.
    - Tomek… A jak się nie uda?
    - Dlaczego jesteś pesymistką?
    Przystanęła, ściskając mi dłoń i kładąc głowę na mojej piersi.
    - Mama jest chora – wyrzuciła z siebie. – Poważnie chora! I mam do siebie pretensje, że trwałam w tym tak długo…
    Kelner stał z boku i przyglądał się nam. Na pewno tych słów nie słyszał, dlatego stał, jakby zdziwiony. Nie dość, że zablokowaliśmy przejście, to przecież nie doszliśmy jeszcze nawet do stolika! A w głowie miał pewnie oklepany standard, ładna dziewczyna, to albo kochanka, albo utrzymanka jakiegoś dorobkiewicza, siwego już nieco, odpowiednio traktowana i znająca swoje miejsce. A tu nagle… wyglądało nieco inaczej. Pewnie coś się nie zgadzało z jego doświadczeniami.
    - Zapraszam państwa, bardzo proszę! – ukłonił się profesjonalnie, gestem ręki wskazując nam kierunek.
    Chcąc, nie chcąc, poszliśmy za jego wskazaniami aż do stolika.
    Podał nam menu, jednak Dorotka nie chciała nawet otworzyć okładki.
    - Nie chce mi się ani jeść, ani pić.
    - Zastanów się, bo wyjdziemy na studentów, którzy zamawiają w takich lokalach butelkę coli na dwoje…
    Uśmiechnęła się i znowu przytuliła na chwilę. Ale nie zmieniła zdania. Nawet nie chciała poczytać swojej karty. Cóż! Otworzyłem swoje menu i cicho mrucząc pod nosem, przeczytałem pełną ofertę, po każdej pozycji spoglądając na Dorotkę. Ale za każdym razem, kręciła przecząco głową. Doszedłem tak do ostatniej strony i na koniec oznajmiłem.
    - …Poleca Piotr Dedro, szef kuchni. Zaraz, zaraz… skąd ja znam to nazwisko? Wiesz co? Ten pan chyba brał udział w konkursie kucharzy w Pokrzywnie.
    - Naprawdę? – ożywiła się, jakby ktoś ją ukłuł w siedzenie. – Pokaż to! – niemal wyrwała mi menu z rąk. Zmiana jej zachowania była niesamowita.
    - Tam nic o tym nie pisze, ale kojarzę, że Lidka kiedyś mi o tym opowiadała i być może, wymówiła też to nazwisko. Albo Baśka… sam już nie wiem.
    - Więc zapytamy – postanowiła i zwróciła się do kelnera, który cierpliwie oczekiwał na zamówienie.
    - Czy pan szef Piotr jest w tej chwili obecny?
    - Powinien być – odparł zdziwiony. – Czy coś od państwa przekazać?
    - Nie. Proszę tylko zorientować się, czy jest na pewno.
    - Dobrze, proszę pani! – skłonił się i już go nie było. Po niecałej minucie powrócił.
    - Pan szef jest obecny i pyta, w czym może być pani pomocny?
    Dorotka roześmiała się.
    - Proszę zatem przekazać panu szefowi pozdrowienia od właścicieli hotelu „Liman” w Pokrzywnie, na Mazurach, oraz zapytać, czy mógłby nas dzisiaj nakarmić czymś spoza karty, czymś bardziej oryginalnym.
    Kelner skłonił się i natychmiast odszedł.
  • #13
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Już po minucie, obok nas pojawił się nieco korpulentny, dość ciekawy człowiek, w białej czapce i takiej też kurtce.
    - Moje uszanowanie państwu! Nazywam się Piotr Dedro i jeśli mnie wzrok nie myli, to mamy przyjemność gościć panią dyrektor Dorotę Warwick we własnej osobie, prawda? – przywitał się i zamilkł, jakby oczekując na potwierdzenie, z wzrokiem utkwionym w Dorotce.
    - Proszę usiąść! Pan mnie zna? – zapytała, wyraźnie zaskoczona. – Mnie przecież nie było wtedy, podczas konkursu.
    Roześmiał się lekko, jakby uspokojony. – Taka niespodzianka! Będę musiał przytargać tutaj księgę pamiątkową. I nie żartuję teraz! Dobry wieczór panu! – skłonił się w moim kierunku. – Przepraszam, ale pana ze zdjęć nie zapamiętałem…
    Uśmiechnąłem się do niego i wyciągnąłem dłoń.
    - Tomasz Barycki – stwierdziłem krótko, kiedy ściskaliśmy sobie dłonie, ale Dorotka szybko uzupełniła za mnie.
    - Panie Piotrze, to jest mój mąż, który przejmuje ode mnie większość udziałów w tym biznesie czyli, mówiąc prosto z mostu, będzie przewodniczącym jury następnego festiwalu kuchennego.
    Nie zrozumiałem jej wtedy i chyba dobrze, że się nie odezwałem, bo mógłbym coś pokręcić z nieświadomości i głupio by wyszło.

    - Miło pana poznać i gratuluję! – spojrzał na mnie z podziwem. – Znakomity hotel! I z przyjemnością go odwiedzę, jeśli tylko otrzymam zaproszenie. A jak się miewa pani Basia?
    - To jest Tomka wielbicielka – Dorotka łypnęła w moją stronę swoim łobuzerskim uśmieszkiem. – Czeka tam niecierpliwie na niego.
    - Ale mnie wkopujesz… W dodatku czeka na nas, chciałaś powiedzieć! – podkreśliłem twardo, również się uśmiechając. Pierwszy raz zabrałem głos, niech pan Piotr nie sądzi, że nie mam tu nic do powiedzenia. Bo tych udziałów, które mam mieć, nadal nie rozumiałem.
    - Dobrze, dobrze… – Dorotka roześmiała się wesoło i swobodnie.
    - A co za podkarpackie wiatry skłoniły państwa do odwiedzin naszego skromnego lokalu? – zmienił temat. – Na dłużej, czy przejazdem? Bo jakoś kojarzę, że pani pracuje w Stanach… Przepraszam, że pytam, ale mam zamiar pokarmić państwa na poziomie!
    - Panie Piotrze, właśnie dlatego pozwoliłam sobie pana niepokoić. Mam nadzieję, że nie będzie miał mi pan tego za złe.
    - W żadnym wypadku! – zapewnił. – Proszę tylko wyjawić swoje życzenia, zajmę się tym osobiście!
    - Jest pan wspaniały! Lidka opowiadała mi o was, o panu również…
    - Lidka, czyli pani głównodowodząca?
    - Tak! – uśmiech znowu zagościł na jej twarzy. – Głównodowodząca, czyli prezes naszej firmy. Jeszcze długo będzie jej prezesem, proszę się nie zamartwiać. Jej plany pozostają w mocy. Również te festiwalowe. A poza tym, w tym roku, obydwoje z mężem weźmiemy w nim udział, prawda? – uśmiechnęła się do mnie zalotnie.
    - To znakomicie! Biznes rozwija się wtedy, kiedy jest stabilny. Może to brzmi cokolwiek paradoksalnie, ale jednak tak jest. Czyli państwo spędzicie tutaj u nas…
    - Panie Piotrze! Będziemy tu bywać od czasu do czasu – zabrałem głos i to zupełnie poważnym tonem. – Wprawdzie jutro po śniadaniu wyjeżdżamy, ale na kolację i noc powrócimy. A jesteśmy z dziećmi. Poza tym, jeśli nie sprawiłoby to panu trudności, ja chętnie wymieniłbym się z panem numerami prywatnych telefonów. Uprzedzimy pana o planach przyjazdowych…
    - Doskonale! – przerwał mi. – Tak byłoby najlepiej. Ale ja swojego numeru nie pamiętam, zatem pozwolę sobie zajrzeć do państwa później. Natomiast proszę oznajmić swoje życzenia na teraz, bo czas mija…
    - Panie Piotrze! – wtrąciła Dorotka. – Pozostawimy to pana kunsztowi i pana decyzji! Prosimy o przygotowanie czegoś smacznego, niecodziennego i niezbyt wiele, bo dzisiaj nie dysponujemy nadmiarem czasu. I proszę koniecznie jeszcze do nas podejść, chciałabym z panem zamienić później kilka słów.
    - Z przyjemnością! – zapewnił, wstając z krzesła. – Tyle, że… nie ośmieliłbym się proponować państwu standardowej sieczki, więc przygotowanie potrwa... powiedzmy… około… dwudziestu kilku minut.
    - Poczekamy! – Dorotka jakby złagodniała.
    - Zatem proponuję kieliszek szampana jako aperitif i życzę miłego wieczoru!
    - Oczywiście i dziękujemy! – skinęła głową, potwierdzając zamówienie.

    - Co ty wymyśliłaś z jakimiś udziałami? – zapytałem ją, kiedy zostaliśmy sami.
    Nasz kelner gdzieś się ulotnił, siedzieliśmy przy pustym stoliku i tylko ogniki zapalonej świeczki migotały błyskami światła na leżących sztućcach. Czułem się trochę dziwnie, tym bardziej, że większość stolików była zajęta. To niesamowite! Tak droga restauracja, a nie narzekała na brak klienteli.
    Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że stała się modna po dużym wydarzeniu politycznym, bo właśnie tutaj jadali prezydenci kilku krajów i apartament, który sobie zażyczyliśmy, też jednemu z nich służył. Cóż, jak się bywa poza krajem, takie informacje ulatują gdzieś bokiem. Jeszcze nie byliśmy na bieżąco z polityką.
    - Tomek, nie było na to czasu! – odpowiedziała. – Sądziłam, że twoje sprawy z Martą rozstrzygną się w miarę szybko, ale na to się nie zanosi. I muszę błyskawicznie wprowadzić w życie plan „B”.
    - Co to oznacza?
    - Posłuchaj. Będąc prezesem banku, nie mam prawa posiadać udziałów w firmie, która w jakikolwiek sposób jest z nim związana. Nawet jeśli ma w nim tylko rachunek bieżący. O kredytach nawet nie wspominam, bo to chyba oczywiste. A przecież znasz sytuację…
    - Znam. Więcej od Lidki niż od ciebie, ale orientuję się. Masz udziały zdecydowanie większościowe i możesz zrobić co zechcesz…
    - Nic z tego! – przerwała mi. – To nie jest tak.
    - Więc jak?
    - Owszem, mam w „Limanie” zdecydowaną większość kapitału, ale według statutu, nie mogę nim rozporządzać wedle własnego uznania. Pozostali udziałowcy mają prawo weta. I to jest klops!
    - Spokojnie. Ja też znam prawo. Statut można przecież zmienić.
    - Można – zgodziła się ze mną. – Ale na to potrzebny jest czas. A ja go nie mam! Lidka już mnie zawiadomiła, że będą problemy ze strony Bielawy.
    - Trzeba go wyrzucić z zarządu.
    - Tak też zrobimy. Ale jeszcze ma możliwości sporo namieszać. Cóż! Wybrał los. Miał szanse pozostać w spółce, gdyby położył uszy po sobie…

    Na naszym stole pojawił się szampan i tym razem dwóch kelnerów zaczęło wokół nas niemal tańczyć. Zwilżyliśmy usta, nie przerywając rozmowy.
    - Co zatem wymyśliłaś?
    - Jestem w niemałym przymusie, bo udziałowcom przysługuje prawo weta do każdej transakcji zbycia udziałów. Oprócz przekazania ich najbliższej rodzinie. W dodatku, każde zbycie poza ten krąg, jest obarczone nie dość, że obowiązkiem podatkowym, ale też utratą preferencji w głosowaniu. W tej chwili, to ja wszystko kontroluję. Ale straciłabym swoją pozycję, bo głosy zaczynałyby się liczyć nie według ilości udziałów, tylko w stosunku jeden do jeden. Licząc udziałowców. Czyli każdy głos miałby taką samą siłę, niezależnie od wielkości zaangażowania.
    - To w końcu ilu jest udziałowców w spółce?
    - A właśnie… Bielawa i jego żona mają po dwa procent. Razem zaledwie cztery procent! I wyobraź sobie, że staliby się równowagą dla mnie i Lidki! Niedorzeczność, prawda? A jeśli ja w dodatku przekażę swoje udziały do funduszu powierniczego, który z zasady nie wtrąca się w zarządzanie, to mają przewagę dwa do jednego i uzyskują pełną kontrolę nad firmą! Rozumiesz? Mając cztery procent kapitału, rządzą spółką jak chcą! I Lidka wylatuje z posady wręcz natychmiast i to z wielkim hukiem!
    - Żartujesz chyba? – wtłoczyłem się w oparcie krzesła. – Jak mogłyście pójść na taki układ?
    - Przegapiłyśmy temat, a w zasadzie to prawnik Lidki go przegapił. Przecież ja tego nie kontrolowałam. Został już zwolniony i ma u nas wilczy bilet, ale mleko się wylało. Chociaż tak naprawdę, w działalności firmy nie miało to dotychczas większego znaczenia. I właśnie dlatego się przemknęło. Natomiast teraz zrobił się problem.
    Dostałam od Jacoba miesiąc czasu na uporządkowanie tych spraw i liczyłam, że będziemy już wtedy małżeństwem. Bo wtedy oddaję ci wszystko i nikt nie ma nic do powiedzenia. Ale teraz wygląda to nierealnie. Nie dostaniesz rozwodu tak szybko. Pozostało dwa tygodnie, żeby coś z tym zrobić.
    - A o Justynie nie myślałaś? – zapytałem naiwnie.
    - Przestań! – zmarszczyła usta. – Po pierwsze rodzeństwo nie wchodzi w grę, tylko rodzice i dzieci, a poza tym… przecież Justyna nie ma pojęcia o biznesie! Szybko by ją wyautowali, skoro nawet na Lidkę założyli sidła. To nie są amatorzy i bezwzględnie muszę się ich pozbyć! Lidka ma już upatrzony garnitur zastępczy na ich miejsce.
    - Ale numer… A gdybyś zwołała nadzwyczajne walne zgromadzenie i zmieniła statut?
    - Nie zdążę! Bielawa jest kuty na cztery łapy z procedur i na żadne ustępstwa nie pójdzie. Będzie pilnował terminów i zasad jak niepodległości. Albo ma prawnika pod ręką, albo sam jest taki dobry, bo jak dotąd nie popełnił błędu.
    - Czemu nie korzystasz z usług prawników bankowych?
    - Tego też nie mogę. Tomek! Chcesz, żeby na początku mojej pracy ktoś pisnął w banku, że ja mam jakieś problemy? Jak ja to potem ogarnę? Gdzie będzie moja wiarygodność? To nie wchodzi w grę!
    - Czyli pozostał nam Damian – oznajmiłem spokojnie.
    Dorotka zastygła jak figurka, z dłonią sięgającą po kieliszek.
  • #14
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Bingo! Jak mogłam o tym zapomnieć? Wybacz, proszę cię! – pocałowała mnie w policzek. – I niech prywatne, rodzinne problemy, będą mi usprawiedliwieniem. Naprawdę już nie wyrabiam na zakrętach.
    - Opowiesz mi o nich? – zapytałem cicho.
    Odpowiedzią był jeszcze mocniejszy uścisk jej rąk.
    - Opowiem. Komu mam o tym powiedzieć? – zapytała retorycznie. – Próbowałam cię chronić, bo zdaję sobie sprawę z natłoku różnych spraw, z jakimi się zderzyliśmy przez te kilkanaście dni… A to będzie kolejne obciążenie i kolejne zadanie dla nas. Głównie dla mnie, ale ty i tak swoje odczujesz.
    - Mogłabyś bardziej otwarcie?
    - Mogę. Moja mama jest chora i nie wiem jaki będzie rezultat naszej wizyty.
    - Na co chora? Jak? O co chodzi?
    - Justyna nie chciała mi powiedzieć. Taki był warunek naszych rozmów. Obiecała, że nie zdradzi szczegółów o mnie, żebym to ja mogła mamie wszystko opowiedzieć, pochwalić się, a w zamian nie powiedziała mi też, co mamie dolega.
    - Wniosek jest taki, że to nie żadna gwałtowna trauma, a coś, co wiąże się z wiekiem, albo też okolicznościami. Różnymi, prawdopodobnie geriatrycznymi, być może mającymi genetyczne podłoże.
    - Prawdopodobnie. Też tak pomyślałam, bo rozmawiałam przez telefon z tatą. Mówił ogólnikami, ale ja się domyślam…
    - Dobrze, nie mówmy teraz o tym, proszę! Niczego już nie zmienisz, na konkrety przyjdzie czas jutro, a my mamy za sobą naprawdę ciężkie dni. Spróbuj się rozluźnić chociaż na te kilka godzin. Przecież taki reżim jaki narzuciłaś i sobie, i mnie, nie jest dobry dla zdrowia.
    - Musiałam…
    - Rozumiem to, ale muszą być przerwy. Tak się nie da żyć! Nawet oddziały na froncie, podczas wojny, mają chwile wycofania się na tyły.
    - Nie byłam w wojsku, więc tego nie znam.
    - To wyłączmy podgląd otoczenia i skupmy się na muzyce. Coś tam grają…

    Dokładnie wtedy kelnerzy zaczęli gorliwie nakrywać stół, więc nasz dialog umarł śmiercią naturalną. I do tańców nie doszło. Chociaż atmosfera wygładziła się.

    Dania były przepyszne. Pan Piotr stanął na wysokości zadania i rzeczywiście się postarał. Dorotka znowu była w dobrym nastroju. A w dodatku, za niedługo, dołączył do nas.
    - Jak państwa wrażenia smakowe? – zapytał na powitanie.
    - Wspaniale! – odparła Dorotka. – Wiedziałam, że pan ma wielkie talenty. Ale to chyba coś z kuchni ukraińskiej?
    - No… niekoniecznie. Bo to zbitek, albo mówiąc inaczej, styk kuchni ukraińskiej, ormiańskiej, nieco żydowskiej, huculskiej, a tak naprawdę to lwowskiej. Bo tam się to wszystko mieszało, przeplatało i uzupełniało. Galicyjskie kulinaria.
    - Odnalazłam ślady tych smaków i aromatów – zapewniła go Dorotka. – Może tylko jakieś przyprawy nie tak całkiem…
    - Pani? – zdziwił się. – Przepraszam, a skąd pani rodem?
    - Z Sanoka, panie Piotrze.
    - Pani??? – niemal go unieruchomiło. – Pani?... Z tych okolic?... – powtórzył.
    - A z tych, z tych. Naszych niedalekich. Teraz pan może się domyślać, dlaczego będziemy tu bywać od czasu do czasu. Będziemy tam jeździć z Warszawy. Całą rodziną. I musimy mieć przystanek po drodze, bo też potrzebujemy wypoczynku. W dodatku bez świadków. Dlatego bardzo pana proszę, nikomu nie ujawniać kim my jesteśmy.
    - Oczywiście Nie ma problemu. Zresztą… ja tak naprawdę nie wiem kim państwo jesteście.
    Miałem wizytówki w kieszeni. Te Dorotki również. Podałem mu obydwie, spojrzał, uniósł brwi i skłonił się.
    - Dziękuję bardzo! Jestem nieco zaskoczony, bo coś chodzi mi po głowie, jakoby pani pracowała w Stanach…
    - Dobrze pan pamięta, ale wróciłam dwa tygodnie temu – wyjaśniła. – I jeszcze jedno, nie mam romansu z doradcą, bo to jest mój mąż! – zapewniła go. – Wprawdzie nazwiska mamy różne, ale dzieci wspólne – roześmiała się
    - Nawet nie pomyślałem o tym – wyznał, rewanżując się swoimi wizytówkami. – Proszę dzwonić przed planowaną wizytą, a postaram się w miarę swoich możliwości…
    - Dobrze, dziękujemy zatem i polecamy się już jutro wieczór. Aha, mam jeszcze do pana prośbę.
    - Proszę uprzejmie – przystanął.
    - Jest z nami pani, która zajmuje się codziennym gospodarowaniem w naszym domu. Czy mogłaby zgłosić się do pana rano i przygotować nam śniadanie? Ona wie co rano jadamy, wie co lubią dzieci, a wolelibyśmy rano nie schodzić na dół…
    - Będę od siódmej rano, więc zapraszam!
    - Dziękuję. Ma na imię Helena.
    - Zapamiętam. A zatem pozwolę sobie państwa pożegnać i zapraszam jutro.
    - Dziękujemy!
    Pan Piotr oddalił się, a my posiedzieliśmy jeszcze z godzinę i wróciliśmy do apartamentu, nie zatańczywszy ani raz. Chłopców nie było, widocznie pani Helena zabrała ich do siebie, żeby nam nie przeszkadzali.

    Muszę przyznać, że pod rodzinny dom Dorotki zajeżdżałem z podwyższonym ciśnieniem i przyspieszonym oddechem. Jak zostaniemy tutaj przyjęci? Jak mnie potraktują? Byłem wypełniony wątpliwościami.
    Stereotypowy, chociaż dość duży, piętrowy dom, z zewnątrz docieplony, z garażem w podpiwniczeniu, stał pomiędzy drzewami na całkiem sporej działce. Brama wjazdowa była szeroko otwarta, zajechałem więc aż pod wjazd do garażu, obok którego kilkustopniowe schodki prowadziły do głównego wejścia. A kiedy wyszliśmy z auta, drzwi się otwarły i elegancki, szpakowaty mężczyzna, w swetrze i granatowych spodniach, wyszedł z domu.
    Nawet się nie zatrzymał, żeby zamknąć drzwi, tylko zbiegł po stopniach i rozłożył ręce, a Dorotka rzuciła mu się na szyję. Wyściskali się i wycałowali, a kiedy podszedłem bliżej, przedstawiła mnie. Powitanie już nie było takie wylewne.
    - To jest Tomek, tatuś chłopców i mój przyszły mąż.
    Mężczyzna, nie mrugnąwszy nawet okiem, wyciągnął ku mnie rękę.
    - Tomasz Barycki – przedstawiłem się, ściskając mu dłoń.
    - Grzegorz Tarnawa – odparł, spoglądając mi prosto w oczy. – Miło pana poznać!
    - Ja również bardzo się cieszę.
    - Chodźcie przywitać się z dziadziem! – namawiała chłopców.
    Przystanęli nieco z boku, uważnie wszystko obserwując, ale na słowa Doroty, podeszli bez wahania. Pan Grzegorz uściskał im małe rączki, przytulił do siebie, ucałował, pogłaskał, a na koniec przywitał się z panią Heleną, która dotąd skromniutko stała z boku.
    - Pani Heleno, pani się ciągle nie zmienia! – żartował. – Wygląda pani tak jak wtedy, kiedy panią poznałem!
    - Pan doktor raczy sobie żartować – uśmiechała się, zadowolona z jego słów. – Pani Dorota to tak! A nie ja.
    - Ślicznie wyglądasz, córeczko – uśmiechnął się do niej. – Proszę! Proszę wejść! – gestami rąk zachęcał nas do przekroczenia progu. Dorotka zatrzymała się obok niego.
    - Dziękuję. Mama jest? – zapytała cicho. Pokiwał głową twierdząco.
    - Jest, ale poszła na górę.
    Nie wiedziałem co to oznacza, ale na chwilę odetchnąłem. Wolałem, że to powitanie rozłoży się w czasie. A może to źle? Niech tam… Co będzie to będzie.

    Dorotka zmusiła mnie, abym wszedł pierwszy. I absolutnie nie zdejmował butów. Pan Grzegorz zaś potwierdzał to żartując, że w jego domu nikt nie pozbawia gości obuwia.
  • #15
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Kierowany ich słowami, pierwszy przekroczyłem drzwi salonu. Właściwie to był pokój gościnny. Wyglądał dość zwyczajnie. Mieszczańsko, ale jednocześnie jakoś spokojnie. Nie najnowsze meble, ciężki, zupełnie staroświecki stół, stateczne krzesła, przy jednocześnie dębowym parkiecie, stwarzały nastrój powagi i stabilności. Wszystko tu dobrze nadawało się do domu lekarza, a mogło być też wnętrzem dla pisarza albo nawet bankiera. Solidność i stabilizacja – powtórzyłem w myślach. – I brak nadążania za wszelką modą.
    - Tato… – niepewnie zapytała Dorotka, kiedy już usiedliśmy, spoglądając na niego z oczekiwaniem. – Może pójdę na górę?
    Pokręcił głową przecząco.
    - Lepiej jeszcze nie idź… – odparł, jakby z zakłopotaniem. – Za chwilę sam się tym zajmę. Napijecie się czegoś? Zmęczeni? Głodni? – dopytywał.
    - Panie doktorze! To może ja? Tylko proszę mnie zaprowadzić – nieoczekiwanie wtrąciła Helena, podnosząc się z krzesła.
    - Nie wiem!... – rozłożył bezradnie ręce, patrząc na Dorotkę. – Poczekajcie… Napijcie się chociaż kawy, pewnie jesteście zmęczeni podróżą.
    - Dobrze! – zadecydowała Dorotka. – Odłóżmy to na razie. Tomek, chcesz kawy?
    - Poproszę.
    - A Piotruś i Pawełek coś chcą?
    - Nieee… – padły zgodne słowa.
    - Wy to pewnie byście pobiegali? – zapytałem. Pokiwali głowami. Czuli się jednak dość niepewnie.
    - Można zamknąć bramę? – zapytałem doktora.
    - Ja zamknę! – zapewnił skwapliwie, sięgając do leżącej na krześle saszetki, skąd wyjął pęk kluczy. Próbował uruchomić napęd przez okno, ale to się nie udało, wyszedł więc przed dom, a chłopcy za nim. Po chwili brama była zamknięta.

    Postanowiłem też się przewietrzyć i teraz byliśmy na zewnątrz we czwórkę.
    - Psa tutaj nie ma?
    - Nie, nie! – zaprzeczył. – Pies to obowiązki, a ja ich mam wystarczająco dużo. W zasadzie dla dzieci powinno być bezpiecznie. Nie ma studni, dołów, budynki są pozamykane, a działka w całości ogrodzona.
    Skinąłem głową. – Pawełku, Piotrusiu, nie szalejcie zbytnio, dobrze?
    Zgodnie potaknęli głowami.
    - Dobrze, tatusiu! – zakrzyknęli i z wojennymi okrzykami pobiegli gdzieś na tyły domu. Ruszyłem za nimi, nie zważając na pana doktora. – Poczekajcie! – wołałem.
    Zatrzymali się niezbyt chętnie, rozpierani kipiącą w nich energią.
    - Chłopcy, tu są grządki, rosną kwiaty i nie ma mowy o ich deptaniu, rozumiemy się?
    - Tak jak u nas – zauważył Pawełek. – Będziemy uważać!
    - Mam nadzieję! – odpowiedziałem z uśmiechem.
    Pamiętali. Rezydencja Dorotki była bardzo ukwiecona i po pierwszym dniu, kiedy w swoich szaleństwach połamali niemało kwiatów, ostra reprymenda jaką im później sprawiła, spełniła swoje zadanie. Bawili się potem o wiele uważniej i nie mieliśmy już z tym problemów.

    Pan doktor cierpliwie mnie oczekiwał.
    - Świetnym wozem pan jeździ – zauważył, kiedy do niego podchodziłem. – Ale chyba to nietutejsze, bo jakoś nie przypominam sobie, bym widział podobne.
    - Owszem, dobry samochód na dłuższe wyprawy. Komfortowy i bardzo wygodny. Jeśli pan chce taki model, to sprowadzimy go w ciągu dwóch, trzech tygodni. Chce pan takie auto? – zapytałem. A wtedy się roześmiał.
    - Jest pan dealerem marki? Nieee… – pokręcił głową. – Nie byłoby mnie stać na taki pojazd. Przecież widzę, że to wyższa półka.
    - Nie jestem dealerem samochodowym, bo pracuję w banku. Ale dla pana, możemy z Dorotką mieć takie auto powiedzmy… za darmo! – oświadczyłem wesoło.
    - No nie! – roześmiał się. – W to nie uwierzę. Takich cudów nie bywa. Ja znam reklamy. Chociaż… jeśli pan pracuje w banku… A co pan robi konkretnie?
    - Jestem dyrektorem gabinetu prezesa i szefem zespołu jego doradców – sięgnąłem do kieszeni i podałem mu wizytówkę. Podziękował, przestudiował ją i jakby odetchnął.
    - Teraz to zrozumiałe. Stać pana na wiele. Już się nie dziwię, skąd taki wóz.
    - Panie doktorze! – spojrzałem na niego spokojnie. – Ja zapytałem poważnie! Jeśli samochód się panu podoba, to są dwa wyjścia. Mamy w domu drugi, taki sam, którym czasem jeździ Dorotka. Ma już wprawdzie rok, ale przebieg niewielki i prawdę mówiąc, marnuje się. Do wzięcia od zaraz. A jeśli chciałby pan nowy, to sprowadzimy! Tylko to troszeczkę potrwa. Tak jak mówiłem, dwa, trzy tygodnie. Dostanie pan nowy, spod igły. Którą wersję pan wybiera?
    Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Jakiś facet opowiada mu banialuki. Zacząłem podejrzewać, że wziął mnie za niezrównoważonego. Zastanawiał się kim jest ten podsiwiały facet, który sypia z jego córką, a opowiada bzdety i zachowuje się niczym rozmarzony licealista. Fakt, po co mi to wszystko było? Nie mogłem poczekać?
    Dorotka wyszła z domu, zaniepokojona naszą nieobecnością.

    - Myślałam, że już przepadliście całkiem. Gdzie chłopcy? – zapytała, ale nieskładne okrzyki dobiegające zza domu, nie wymagały komentarza.
    - Dorotko, zaoferowałem twojemu tacie jeepa, jednak… – roześmiałem się – jakoś nie chce uwierzyć, że moglibyśmy mu taki ofiarować…
    - Chciałbyś mieć taki samochód? – zapytała go poważnym głosem. – Nie ma problemu! Chcesz nowy, czy weźmiesz mój? Ma dopiero rok.
    Pan doktor cofnął się o krok.
    - Co wy tutaj… A skąd ty masz taki wóz? – świdrował ją wzrokiem.
    - Kupiłam – oznajmiła beznamiętnie – Niby skąd samochody biorą się u ludzi? Trzeba zamówić, zapłacić, a potem to już sami przywiozą.
    - I następnie rozdajesz?
    - Nikomu nie rozdaję. Ciebie pytam, czy chciałbyś taki. I nikogo więcej. Dlatego nie przesadzaj. Nikomu nie rozdawałam, ale jeśli zechcesz, to ci taki dam. Albo inny, jeśli wolisz.
    - Córeczko… masz tyle pieniędzy?
    - Mam! Nie martw się.
    - To przeznacz je na leczenie mamy. Mnie mój volkswagen wystarczy.
    - Przeznaczę, ale inne. Przepraszam… – odwróciła się do mnie.
    - Tomek! – zarzuciła mi ręce na szyję. – Wybacz, że cię o to poproszę, ale zostaw nas samych. W twojej obecności będzie mi o wiele trudniej…
    - Nie ma problemu! – pocałowałem ją. – Wszystko jest w najlepszym porządku. Powiedz mi tylko w którą stronę powinienem pójść, żeby chłopców zaciekawić wycieczką.
    - Nie wiem… teraz o tym nie myślę. Jest jeszcze buro i brudno… nie wiem co ich może zaciekawić.
    - O której mamy wrócić?
    - Na pewno na obiad. Tylko wyładuj pojemniki pani Heleny, bo zostaniemy głodni.
    Rzeczywiście, nasze walizki nadal tkwiły w przestronnym bagażniku.
  • #16
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Zdążyła jeszcze uzupełnić ubranie chłopców i poszliśmy we trzech drogą ku miastu. Tak najpiękniej, to tu nie było. Ale i pora roku odciskała teraz swoje piętno. Do majowych kwiatów było jeszcze daleko, a zima już odeszła i zdążyła odsłonić to, co dotąd kryło się pod śniegiem. Mimo to, cieszyłem się chwilą.
    Miałem okazję pobyć z synami sam na sam, umacniając nasze więzi, a poza tym byłem zadowolony z samego przyjazdu. Jaki będzie ostateczny rezultat spotkania Dorotki z matką, taki będzie, ale raz na zawsze pozbędziemy się niepewności. Wiedząc na czym stoimy, łatwiej jest planować życie. Czas był najwyższy aby do tego doszło.
    - Tatuś, gdzie idziemy? – zapytał Pawełek.
    - Chcę wam pokazać miejsce, w którym żyje dziadzio Grzegorz i gdzie mieszkała mama. To tutaj się wychowywała i tutaj chodziła do szkoły. Tak jak wy teraz.
    - Mama chodziła do szkoły? – powątpiewał Piotruś. – A gdzie jest babcia Ola?
    - Babcia jest niezdrowa i źle się poczuła – tłumaczyłem. – Musi teraz odpocząć, dlatego nie można jej przeszkadzać. A my korzystamy właśnie z wolnego czasu, żeby miała spokój. To co, biegniemy? – prowokowałem.
    - Taaak! – wrzasnęli i już mnie wyprzedzili. W płaszczu, nie miałem zamiaru ścigać się z nimi, ale trochę ruchu też mi się przyda. Niemało godzin spędziłem ostatnio za kierownicą.

    Do centrum miasta było chyba ze dwa kilometry. A podskakujący i biegający naokoło mnie chłopcy, zrobili pewnie ze dwa razy więcej. Nic dziwnego, że po pierwszych chwilach euforii nowym otoczeniem, szybko zaczęli się nudzić. No i marudzić, bo zmęczenie zaczynało brać górę. Spojrzałem wtedy na zegarek. Dochodziła druga. Trzeba było wracać. Zatrzymałem przejeżdżającą taksówkę.
    - Dokąd mamy jechać? – usłyszałem pytanie, kiedy usadowiliśmy się wewnątrz.
    - Tak naprawdę, to nie wiem – wyznałem bezradnie. – W ciasnej gęstwinie uliczek, które przeszliśmy, zgubiłem nawet kierunek i teraz zupełnie nie wiedziałem gdzie jesteśmy. Czy wie pan, gdzie mieszka doktor Tarnawa?
    - Wiem.
    - To poproszę nas tam zawieźć.
    - Czy coś się stało? – zapytał ostrożnie.
    - Nie, nie. – zaprzeczyłem. – To nasz rodzina. Chłopcy są wnukami pana doktora, a ja zostawiłem tam samochód. Wyszliśmy po prostu na wiosenny spacer, a że nie jesteśmy stąd… Pan rozumie?
    - Rozumiem! – skinął głową i uruchomił silnik.
    Po kilku minutach byliśmy pod bramą.
    - Ile płacę? – zapytałem.
    - Nic! – pomachał rękami. – Życzę wszystkiego dobrego!
    - Jak to? – zdziwiłem się, nieco zaskoczony.
    - Pan doktor też ode mnie nie wziął – wytłumaczył. – Numer boczny dwadzieścia cztery. Proszę przekazać panu doktorowi wyrazy szacunku!
    - No wie pan… stać mnie na taksówkę.
    - W to akuratnie nie wątpię. Dlaczego jednak chce pan mnie pozbawić przyjemności? Dziękuję i wszystkiego dobrego!
    - Dziękuję zatem i ja! – wyciągnąłem dłoń, którą skwapliwie uścisnął. – Szerokości życzę!
    - Podziękowania! – odparł.
    Stałem i obserwowałem jak odjeżdża. Jego słowa były dla mnie pewną niespodzianką. Świadczyły o tym, że pan doktor Tarnawa cieszył się autorytetem w swoim środowisku. Bardzo mi się to podobało.

    Dorotka już na nas czekała, tak jak i pani Helena. Kiedy tylko doprowadziliśmy się z chłopcami do porządku, podały obiad, po czym usiadły z nami. Jednak pani Oli przy stole nie było. I nic nie świadczyło o jakimkolwiek porozumieniu.
    Nie pytałem o nic, a Dorotka nie nawiązywała do sprawy. Jakby ta nie istniała. Nie omieszkałem tylko wspomnieć panu doktorowi o niespodziance, którą zafundował nam taksówkarz z numerem bocznym dwadzieścia cztry.
    - Cóż mogę powiedzieć… – doktor wzruszył ramionami. – Tak naprawdę, to nie wiem teraz o kogo chodzi i z czym to się wiąże. Ja po prostu nie brałem i nie biorę łapówek, chociaż ludzie nieraz próbują wciskać mi je na siłę. Wiele razy odnajdowałem w kieszeniach jakieś banknoty, których nie potrafiłem z nikim i z niczym powiązać. Bezsens! Jestem lekarzem, moim zadaniem jest udzielanie pomocy potrzebującym, dlatego staram się jej udzielać w miarę moich skromnych umiejętności. I nie potrzebuję do tego żadnych „zastrzyków” od pacjentów, bo przecież otrzymuję wynagrodzenie. A że kiepskie… Inni mają podobnie. Cóż, mnie to wystarczało.
    Nie wykształciłem w sobie potrzeby posiadania złotych klamek, to co miałem i mam, uważam za wystarczające do godnego życia, a że czasem trochę brakuje… to już oddzielna historia. Czasy się zmieniły.
    - Tomek! – odezwała się Dorotka, widząc chyba, że zamierzam coś odpowiedzieć. – Zostawmy te sprawy na później, dobrze?
    - Tak jest, proszę pani! – łypnąłem okiem w jej stronę.
    - Ty… ciebie to chyba dawno nikt nie sprowadził do pionu.

    Uśmiechnąłem się do niej. Miałem zbyt dobry nastrój, żeby przejąć się tymi słowami, bo coś mi mówiło, że tematyka samochodu nadal nie została rozstrzygnięta.
    - Panie doktorze, pytał pan wcześniej o moją pracę.
    - Tak…
    - A jeśli ujawnię, że mój prezes jest dla mnie bardzo miły, czasem nawet całujemy się w pracy, to co pan o tym pomyśli?
    - Tomek! – zawołała Dorotka. – Zamorduję!
    Doktor zastygł bez ruchu. A potem spojrzał na mnie z niewyraźną miną.
    - No tak… teraz nie wiem co powiedzieć… – wyglądał na zdezorientowanego. – Ale pan jest ojcem chłopców, tak? Naprawdę?
    - Oczywiście.

    - Panie doktorze! – zabrała głos Helena. – Przekomarzają się jak zwykle. Proszę mnie posłuchać. Pana córka jest prezesem i pracuje razem z panem Tomaszem. Więc cóż w tym dziwnego, że się czasem pocałują? Pan też pewnie kiedyś całował się w pracy z panią Olą, nieprawdaż?
    - Bywało – przyznał. – A jakim prezesem jesteś? – zwrócił się do Dorotki.
    W odpowiedzi wyjęła z torebki wizytówkę i wręczając mu, obrzuciła mnie groźnym spojrzeniem.
    - Uduszę cię! Na to był czas po obiedzie.
    - Dorotko… ty jesteś… prezesem zarządu… banku? – wystękał pan doktor.
    - Tak, tato! – odparła spokojnie. – Na razie pełnię tylko obowiązki prezesa, bo muszę być zatwierdzona przez polską, bankową komisję nadzorczą, ale jest to jedynie kwestią czasu.
    - A skąd u ciebie takie zainteresowania? – niewiele do niego dochodziło. – Przecież studiowałaś filologię angielską.
    - Tato, sporo lat już minęło… Zjedzmy, proszę, potem usiądziemy i opowiem ci o swoim życiu.
    - Ja przepraszam – odezwałem się cierpko. – Sądziłem, że już to zrobiłaś.
    Pokręciła głową.
    - Nie było możliwości… jedz, proszę!
  • #17
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Dopiero po obiedzie, przy kawie z torcikiem, który przywiozła nieoceniona pani Helena, w miarę dokładnie przedstawiliśmy panu doktorowi naszą obecną sytuację. Dowiedział się wreszcie kim naprawdę jest jego młodsza córka, chociaż fakty nie docierały do niego gdy oświadczała, że jest teraz milionerką. Poznał też w zarysie historię jej obecnego nazwiska, życiorys od czasów tamtego, naszego lata w Pokrzywnie, usłyszał także jasną deklarację, że tylko ze mną planuje swoje dalsze życie i nic w tej sprawie zmieniać nie zamierza.
    Muszę przyznać, że pani Helena wcale nie była tutaj osobą z drugiego planu. To raczej ja taką byłem. Bo w większości milczałem, kiedy obydwie rozmawiały z panem Grzegorzem.

    Helena zawsze przy tym brała stronę Dorotki, kiedy ta tłumaczyła motywy swojego postępowania.
    Nie musiała tego robić. Pan doktor, jak obserwowałem, był bardzo tolerancyjnym człowiekiem. Delikatnym i wyrozumiałym. Niczego nie miał jej za złe. Ale Helena chciała chyba podkreślić wobec niego swoją opiekę nad Dorotką i swój status wyroczni, innej niż pani Ola, która nawet po obiedzie nie pojawiła się na dole. I nie było komentarzy, dlaczego tak jest. Zorientowałem się wtedy, że przełomu w rozmowach nie ma.

    Chcąc pozostawić im swobodę działań, ponownie wybrałem się z chłopcami przejść się, ale nie oddalaliśmy się zbytnio od działki. Po pierwsze, chłopcy już nie chcieli spaceru, a po drugie, sam byłem bardziej ciekawy otoczenia, niż miejskich rewelacji. Dlatego też Dorotka, kiedy wyszła z domu, od razu nas ujrzała.
    - Wracajcie tutaj! – zawołała.
    Chłopcy z entuzjazmem pobiegli w jej kierunku, a ja pospieszyłem za nimi.
    - Stało się coś? – zapytałem, podchodząc bliżej.
    - Niestety, nic! – westchnęła. – Będziemy musieli wracać dzisiaj do hotelu.
    - Powiesz mi? – zapytałem ogólnie.
    - Oczywiście, ale nie teraz. Słuchaj, zostawimy chłopców pod opieką pani Heleny i dziadka, a sami pojedźmy do centrum. Chciałabym pokazać ci miejsca ważne w moim życiu, chcesz?
    - Zawsze! – zapewniłem. – Myśmy już tam byli z chłopcami.
    - Ale nie wiesz co, kiedy, jak i dlaczego – wytłumaczyła. – W porządku, idę się ubierać, a ty przygotuj samochód. Gdzieś go tam zaparkujemy i pochodzimy z godzinę.
    Właściwie na spacery nie miałem już dzisiaj ochoty, ale przełknąłem tę pigułkę. Nie mogłem sprawić jej zawodu.

    Samochód zostawiłem we wskazanym miejscu, nie mając najmniejszego pojęcia gdzie to jest. Jakaś ustronna, ciasna uliczka. Dopiero kiedy już na piechotę, wróciliśmy do głównej, okazało się, że wszędzie mamy blisko. Kroczyliśmy teraz powolutku, przez cały czas mając splecione dłonie, tak jak kiedyś… jak wtedy, kiedy się poznaliśmy. Dorotka z zapałem objaśniała mi znaczenie mijanych po drodze miejsc i obiektów. Gdzie się uczyła, ćwiczyła, trenowała, chodziła, gdzie były dobre lody, a gdzie ciastka…
    Kiedy jednak zapytałem gdzie się pierwszy raz całowała, przystanęła zgorszona, spoglądając na mnie z wyrzutem.
    - Całowałam? Wtedy? Zapomnij! Wprawdzie kiedyś próbowałam z Lidką nad jeziorem, ale wcale mi się to nie spodobało.
    - To dawaj buzi, trzeba to nadrobić!
    Wycałowaliśmy się wtedy na chodniku, ale szybko pociągnęła mnie za rękę.
    - Spójrz! To jest budynek liceum, które ukończyłam – oznajmiła. – I wyobraź sobie, że od chwili kiedy wyjechałam na studia, już nigdy tu nie byłam! Nie wiem jak funkcjonuje, nie wiem co się tutaj dzieje…
    - Czyli, całując się pod szkołą, wyrównałaś dawne zaległości – zażartowałem. – A tym, że tutaj nie byłaś, to się nie przejmuj. Większość tak ma – uspokoiłem ją. – Ja mam niemiłe wspomnienia ze szkoły, dlatego nawet wołami mnie do niej nie zaciągną.
    - A ja odczuwam pewien sentyment – westchnęła.

    Przed bramą wejściową do obiektu zatrzymał się wypasiony, jak na lokalne warunki samochód. Wysiadła z niego młoda kobieta, mająca już lekką nadwagę, ale starająca się trzymać fason. To była chyba górna, miejscowa półka. Kobieta odwróciła się ku nam, a samochód odjechał na pobliski parking.
    - Dorota, to ty? – odezwała się nagle do nas. A podszedłszy bliżej, pozbyła się wszelkich wątpliwości.
    - Ale jesteś laska! Ja nie mogę! Jak ty to robisz? Witaj, dzioucha!
    - Cześć, Agnieszka. Kopę lat!
    Objęły się demonstracyjnie, ale po barwie głosu Dorotki zorientowałem się, że akuratnie to spotkanie nie jest dla niej najmilsze. Dlatego milczałem.
    - Co u ciebie słychać? Co porabiasz? Gdzie przebywasz? – tamta atakowała lawiną pytań, ledwo musnąwszy mnie wzrokiem. – Słyszałam, że wyjechałaś do Ameryki?
    - Owszem, byłam i w Ameryce – Dorotka powiedziała to jakoś tak skromnie. – Ale wróciłam. A co u ciebie? Widzę, że masz czym jeździć…
    - A nie przeczę, nie przeczę! – roześmiała się. – Mój Krzysio jest dyrektorem banku, więc musi trzymać poziom! – chlapnęła.
    - Jakiego banku? – Dorotka zastygła.
    - Naszego, spółdzielczego!
    - O! Gratuluję! A ty gdzie pracujesz?
    - Ja? W urzędzie miasta. Nie mogłam zostać w banku, kiedy ożenił się ze mną, ale Krzysio mi to rekompensuje! – zarzuciła biustem. – A miałyście mnie w klasie za taką sierotkę!
    - Co ty opowiadasz? – Dorotka zaprotestowała. – Chyba nie o mnie mówisz. Zawsze traktowałam ciebie normalnie.
    - Ale inne… Szkoda gadać. A ty co robisz? Gdzie się podziewasz?
    - Dwa tygodnie temu wróciłam ze Stanów…
    - I jak ci się podoba tu w kraju? Masz jakieś widoki na pracę?
    - Zobaczymy.
    - Lekko ci nie będzie, ale z twoimi warunkami… zawsze dasz sobie radę.
    - Sugerujesz coś? – poczułem jak Dorotki dłoń zaciska się na mojej.

    W międzyczasie podszedł do nas mężczyzna, który zaparkował samochód.
    - Dzień dobry! – przywitał się. – Widzę, że żona spotkała znajomych…
    - Krzysiu, to jest Dorota, moja dawna koleżanka z klasy!
    Uścisnęli sobie dłonie, a Dorotka wtedy przedstawiła mnie.
    - Tomek, mój mąż! – oznajmiła krótko.
    Nie zrobiło to na nim wrażenia. Podał mi dłoń i miałem wrażenie, że jego zainteresowanie na tym się zakończyło. Dobrze myślałem.
    - Agnieszka, musimy już iść… – niecierpliwił się.
    - Poczekaj chwilę… To co, spotkamy się jutro na zlocie?
    - Na jakim zlocie? – zapytała Dorotka.
    - To ty niczego nie wiesz? Nie przyjechałaś na zlot?
    - Na jaki zlot?
    - Przecież jutro jest zjazd absolwentów naszego liceum. Nie wiesz o tym?
    - Nie…
    - Więc skąd się tu znalazłaś?
    - Przyjechałam dzisiaj do rodziców. Przypadek.
    - Masz ci los!... Ale przyjdź, co tam… zmieścisz się!
    - Nie mogę. Dzisiaj wieczorem wyjeżdżamy, a poza tym to pewnie obowiązuje jakieś wpisowe…
    - To można uregulować na miejscu, ja jestem w komitecie organizacyjnym, mogę ci to załatwić! – roześmiała się.
    - Nie, nie dam rady… Wieczorem musimy wyjechać, jesteśmy z dziećmi.
    - To ile masz dzieci?
    - Dwóch chłopców, bliźniaki. Chodzą już do szkoły.
    - A my mamy trójkę… Szkoda, że ciebie nie będzie! Z naszej klasy mało kogo widuję, większość wyjechała i rzadko zagląda. Muszę już iść, bo mamy dzisiaj zebranie awaryjne.
    - Co to za awaria?
    - Ktoś podpowiedział Grodzickiej, żeby na zjeździe zorganizować zbiórkę pieniędzy na operację jej wnuczki i szukają sposobu jak to przeprowadzić zgodnie z prawem.
    - Jaką operację?
    - Tego też nie słyszałaś?
    - Co miałam słyszeć? Przyjechałam kilka godzin temu!
    - Czyli nie wiesz?
    - Kompletnie niczego.
    - A widzisz. I o wypadku nie słyszałaś?
    - Jakim wypadku?
    - Wow! Autokar dowożący dzieci do szkoły miał kraksę…
    - I co się stało?
    - Paskudna sprawa. Wnuczka Grodzickiej, tej naszej sorki od angielskiego, ma strasznie pokancerowaną twarz!
    - Boże… a reszta dzieci?
    - Nie! Tak naprawdę, to wielka tragedia się nie stała. Jeszcze tylko kilka osób ma złamania i siniaki. Ale ta dziewczynka… wyobrażasz sobie? Dziewięć lat i całą gębę ma przeoraną, niczym dwuskibowym pługiem! Jakąś blachę rozerwało i ona na to poleciała głową. Bardzo przykra sprawa. Przecież ona jest skończona!
    - O matko!
    - W dodatku to córka córki Grodzickiej, a tamta, też nauczycielka, uczy w naszej podstawówce i gimnazjum. Dlatego… wiesz, córka nauczycielki, wnuczka nauczycielki, więc z okazji zjazdu, ktoś rzucił hasło zbiórki na operację plastyczną, bo pewien doktor ze szpitala powiedział, że w Ameryce jest jakaś klinika, która robi takie operacje i musimy teraz spróbować technicznie to zorganizować…
    - Agnieszka! – mąż naszej rozmówczyni tracił cierpliwość.. – Oni już tam są!
    - Krzysiu, sekunda! – odpowiedziała.
    - A jakie są problemy? – zainteresowała się Dorotka.
    - Mnóstwo wszelakich! Przede wszystkim chcieliby, abym robił to za darmo! – wtrącił się pan Krzysio. – A ja nie jestem aż tak samodzielny, żebym mógł na to przystać. To zbyt duże ryzyko dla banku.
    - Dlaczego? – zapytała Dorotka.
    - To zbyt złożony problem, aby pani zrozumiała. Specjalistyczne sprawy bankowo – finansowo – podatkowe.
    - Acha, rozumiem… – krótko odparła Dorotka. Widziałem, że gość ją wkurzył. – A możemy pójść z wami na to zebranie? – zapytała jeszcze spokojnie.
    - No… nie wiem! – Agnieszka się zawahała. – Mamy tam właśnie rozstrzygnąć, czy zbiórka będzie ogłoszona, czy nie. To raczej kuchnia…
    - Kto jest uczestnikiem zebrania? – Dorotka nie odpuszczała.
    - Kieruje tym burmistrz – odpowiedział pan Krzysztof. – Będzie też dyrektor szkoły i naprawdę, chętnie zrobilibyśmy dużo, ale nie da się przeskoczyć niektórych spraw. Jesteśmy bardzo ograniczeni przepisami.
    - Pani Grodzicka tam jest? – Dorotka upewniała się.
    - Powinna być. Bo matka dziewczynki jest przy niej, w szpitalu.
    - Tomek! Idziemy tam! – rzuciła Dorotka. – I nie próbujcie nas zatrzymać!
  • #18
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    W budynku szkoły orientowała się doskonale, dlatego bezbłędnie trafiliśmy do gabinetu dyrektora. Sekretarek wprawdzie nie było, ale uchylone drzwi nie pozostawiały wątpliwości. Trwała za nimi zażarta dyskusja.
    - Dzień dobry państwu! – Dorotka pozdrowiła zebranych, przekraczając próg. I nie zważając na milknące głosy ożywionego dotąd gwaru, oznajmiła głośno. – Dowiedziałam się o tragedii jaka dotknęła panią Grodzicką. A ponieważ uważam, że będziemy w stanie dołożyć jakąś cegiełkę do rozwiązania tematu, pozwoliliśmy sobie przyjść tutaj bez zaproszenia.
    - Kim państwo jesteście? – przerwał jej mężczyzna siedzący za stołem. Na te słowa powstała z krzesła starsza pani i niemal podbiegła do Dorotki.
    - Dorotka! – objęła ją, po czy odwróciła głowę w stronę mężczyzny. – Dyrektorze, to jest córka pana doktora Tarnawy!
    - Dobrze, ale co z tego? – zapytał.
    - Mógłby pan chwileczkę zaczekać? – Dorotka posłał mu swoje uprzejme spojrzenie. – Zadeklarowałam, że być może, będziemy w stanie państwu pomóc. Nie chcemy i nie będziemy przeszkadzać! Jest pan w stanie przyjąć to do wiadomości?
    - No dobrze… – zrezygnował. – A w czym może pani pomóc?
    - Najpierw muszę się dowiedzieć o stan spraw. W czym macie państwo problemy i co należy zrobić?

    - Wszystko! – oznajmił pan Krzysztof, mąż Agnieszki, bo już weszli za nami. – Trzeba zebrać pieniądze i wysłać dziewczynkę do kliniki na operację plastyczną. Bardzo proste zadanie. Schody pojawiają się, jeśli ktoś zapyta jak to zrobić, żeby nie zapłacić więcej kar niż się zbierze datków. Kto opłaci koszty dodatkowe, a w dodatku, na wszystko zostaje zaledwie kilka dni. Takie są zalecenia chirurgów.
    - Kto jest w stanie opowiedzieć mi całościowo i konkretnie o sprawie? Tylko bez żadnych upiększeń. Chcę znać wszystko od początku! – Dorotka obeszła od tyłu krzesło dyrektora i wyraźnie przejmowała kierownictwo narady. A ujrzawszy jak odwraca się w jej kierunku, uprzedziła jego słowa.
    - Proszę zamilknąć! Przeszkadza mi pan!
    Był tak zaskoczony, że się nie odezwał.

    Wyszło na to, że najpełniejszą relację zdał prezes banku, czyli mąż Agnieszki. Ktoś tam dorzucił coś z boku i z całości wyłonił się obraz dość nieciekawy.
    Dziewczynka miała mocno pokiereszowaną twarz, co wprawdzie nie zagrażało jej życiu, ale na przyszłość wykluczało ze społeczności kobiet. Bo jaki mężczyzna zechce wiązać swoje życie z maszkarą? Sprawa niemal beznadziejna…
    Ktoś tam wiedział o istnieniu kliniki w Nowym Jorku, która specjalizuje się w wykonywaniu plastycznych rekonstrukcji twarzy w takich przypadkach. Ale należało działać bardzo szybko, bo późniejsze zrosty i blizny już by ją utrudniały, albo i wykluczały. Tyle, że kosztowało to krocie! W grę wchodziła kwota powyżej pięćdziesięciu tysięcy dolarów. W dodatku, bez gwarancji finansowych, dla nieznanych zleceniodawców, klinika nawet nie chciała przeprowadzić wstępnych analiz.

    Na założenie fundacji, która zebrałaby pieniądze, nie było już czasu. Użycie prywatnych kont nie wchodziło w grę ze względów podatkowych. I wtedy ktoś wymyślił, żeby użyć do tego subkonta burmistrza miasta, albo dyrektora szkoły, ale to okazało się równie nieproste. Bo jeśli nie udałoby się zebrać pełnej kwoty i do operacji by nie doszło, burmistrz lub dyrektor musieliby zwracać pieniądze wszystkim ofiarodawcom, opłacając z własnych źródeł każdy, najmniejszy nawet przelew. A na to się nie godzili, bo nadzór uznałby taki fakt za niegospodarność.
    Poza tym, prezes banku nie godził się na rezygnację z opłat za operacje na koncie, z podobnych przyczyn. Bank był zbyt mały, aby stać go było na podobnego typu szczodrość. W dodatku, jeśli coś miało wyjść ze zbiórki, numer konta musiałby być znany już jutro, czyli przed zlotem. Bo jak go później ludziom przekazać?

    W dodatku, rozwiązanie tych wszystkich organizacyjnych problemów stanowiło zaledwie początek drogi. A do kliniki było jeszcze bardzo daleko. Mniej więcej tyle, ile Sanok dzieliło od Nowego Jorku.

    Dorotka zwróciła się do burmistrza.
    - Czyli, jeśli dobrze zrozumiałam, wyrazi pan zgodę na założenie subkonta, jeśli będzie pełna gwarancja zwolnienia wszystkich czynności z opłat?
    - Nie tylko. Proszę zrozumieć, cały problem pojawi się wtedy, kiedy nie zbierzemy pełnej kwoty. Zwracać wszystkim każdą wpłatę… Kto to zrobi? Skąd weźmiemy numery kont ofiarodawców? Kto to opłaci? Z jakich środków? Dlatego jedynie w przypadku gwarancji przeprowadzenia operacji, oraz zwolnienia konta z opłat, byłoby możliwe skorzystanie z konta miejskiego. W innym przypadku nie mam prawa ryzykowania utraty funduszy miejskich. Zresztą, to samo dotyczy pana dyrektora banku.
    Proszę zrozumieć, wypadek poruszył nas również i nawet obciąża, bo to był szkolny autobus. Chcemy jakoś pomóc, ale pewnych spraw ja również nie mogę przeskoczyć. No i jesteśmy w sytuacji patowej. Chyba, że teraz pani znajdzie jakieś wyjście…
    - Tak, znajdę! – oświadczyła krótko Dorotka, odwracając się od niego.
    - Pani profesorko, czy ktoś kontaktował się już z kliniką?
    - Tak! – odparła zrezygnowana Grodzicka. – Doktor Karega, chirurg w naszym szpitalu, miał jakiś kontakt z lekarzem w rzeszowskiej klinice, który w Nowym Jorku był na stażu. I to od niego dowiedzieliśmy się kilku szczegółów. Ale nie wiem jak to będzie… – kobieta skrzywiła się jak do płaczu.

    Dorotka podbiegła i objęła ją.
    - Wszystko będzie dobrze! Pani profesorko, proszę się uspokoić! Wszystko zorganizujemy i załatwimy! Tomek, zadzwoń do Romka, dobrze? Wiesz co masz zrobić?
    - Myślę, że wiem – sięgnąłem do kieszeni.
    - Mam jeszcze kilka pytań, czy pan burmistrz dysponuje podpisem elektronicznym?
    - Niestety, nie.
    - Czy ktoś pomyślał o wizach dla dziewczynki i jej matki?
    - A skąd, przecież nie wiemy co z tego będzie.
    - Wszystko będzie! – powiedziała spokojnie. – Tylko że… w poniedziałek będzie pan musiał pofatygować się do Rzeszowa, w towarzystwie pani profesor, celem złożenia wzorów podpisów do konta. Tego nie unikniemy. Ale później, to już wszystko przez Internet.
    - Pani to mówi poważnie? – był pełen wątpliwości.
    - W jakim banku ma być to konto? – zapytał prezes spółdzielczego.
    Dorotka uciszyła go podniesieniem dłoni i skupiła uwagą na mnie. A ja miałem na linii Romka.

    - Romek, możesz wejść do systemu?
    - Mogę, ale to jest rejestrowane.
    - Z polecenia najwyższych czynników.
    - A, to już inna sprawa. Co wam potrzeba?
    - W oddziale podkarpackim załóż konto na urząd miejski w Sanoku. Konto dla celów charytatywnych, zwolnione z wszelkich opłat, operacje na nim też bezpłatne, a koszty pokrywane z naszych funduszy promocyjnych. Dysponentami zebranych środków będą pan… – spojrzałem na burmistrza. – … Tadeusz Filarski – powtórzyłem podpowiedzi zebranych – oraz pani… Teresa Grodzicka. Obydwa podpisy łącznie. Wzory złożą w poniedziałek, w siedzibie oddziału. Wtedy też podadzą pozostałe dane personalne. Natomiast ty prześlij zaraz numer konta na maila Dorotki, bo jutro musi być wiadomy i ogłoszony publicznie, a uruchomienie konta ustaw na poniedziałek, ósma zero jeden, bo rano mogą być już wpłaty.
    - Mogę ustawić na ósmą i jedna sekunda „po” – odpowiedział.
    - Może być. Zapisz też w uwagach, że działasz tutaj na polecenie pani prezes. I czekamy na wiadomość.
    - W porządku, zaraz dostaniecie.
    - Dzięki, bywaj!
    - A jak wam poszło w domu?
    - Nie mogę teraz.
    - To cześć! – rozłączył się.
  • #19
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    W międzyczasie Dorotka zadzwoniła gdzieś, ale odezwała się po angielsku. Po chwili zrozumiałem, że rozmawia z… Johnem.
    - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam… John, mam prośbę do ciebie… O ile pamiętam, miałeś jakieś kontakty z szefem kliniki Gemini… tak… nie, to nie o mnie… nie żartuj! Bardzo mi zależy na kontakcie… Właśnie o to mi chodziło… John, a mógłbyś do niego zadzwonić i uprzedzić, że będę próbowała nawiązać kontakt? Bo może zignorować rozmowę z nieznanego numeru, a ja pilnie potrzebuje konsultacji… Nie, mówiłam że to nie ja! Wnuczka mojej byłej nauczycielki, mała dziewczynka, po strasznym wypadku… Dziękuję i czekam.
    Odłożyła smartfon i rozejrzała się po sali.

    - Pani profesorko! Najlepiej w poniedziałek, a najpóźniej we wtorek, muszę otrzymać wypełnione wnioski wizowe dla dziewczynki i jej matki. Najlepiej, gdyby pani córka przyjechała do mnie sama. Natomiast tutaj ktoś musi zająć się tłumaczeniem dokumentacji medycznej. Co konkretnie, zaraz się dowiem, ale to też muszę mieć jak najszybciej. Każdy dzień się liczy, dlatego poruszcie niebo i ziemię, aby jutro zrobiono jej niezbędne badania, a pani zajmie się ich tłumaczeniem. Gdybym dostała to razem z wnioskami, byłoby najlepiej.
    Jej aparat odezwał się. Odebrała rozmowę.
    - Tak… Dziękuję ci… Dziękuję! Jestem zobowiązana… Dobrze! – roześmiała się i zakończyła rozmowę. Potem odczytała coś na ekranie, a następnie wybrała numer. I znowu rozmawiała po angielsku.

    - Czy pan doktor Radley? Nazywam się Dorota Warwick… Nie, nie… Była żona! – roześmiała się. – No właśnie, bywa… panie doktorze pozwalam sobie pana niepokoić, bo potrzebuję pilnie konsultacji. Otóż mamy tutaj przypadek poważnych ran twarzy u dziewięcioletniej dziewczynki. I chciałam zlecić wam jej operowanie… Tak, ja będę gwarantem finansowym… tak, tak, wiem, że to pilne… dlatego też chciałabym wiedzieć jakie badania przeprowadzić, co jest panu potrzebne do analizy przypadku… tak, rozumiem… ja osobiście tym się zajmę… tak… tak… dobrze. Czy w poniedziałek… tak, tak… dobrze. Przygotuję! Tak… dobrze! A mógłby pan przesłać mi potwierdzenie przyjęcia zlecenia?... Tak… Tak! Bo inaczej będą trudności z wizami dla nich… Tak… Dziękuję panu, profesorze… Dziękuję! Do poniedziałku zatem, miłego weekendu życzę! Do usłyszenia!
    Zakończywszy rozmowę, obrzuciła wzrokiem zebranych.

    - Proszę zanotować! – poleciła nie wiadomo komu, ale dyrektor natychmiast sięgnął po długopis i notatnik. – Potrzebna jest tomografia głowy, oraz fotografie twarzy, jej stan obecny i jak najpóźniejsze zdjęcia twarzy dziewczynki przed wypadkiem. Następnie historia obecnego leczenia, jego pełna dokumentacja, wypis szpitalny z zaleceniami i ograniczeniami, informacja o uczuleniach, ewentualnych przebytych chorobach zakaźnych i zabiegach, wykaz szczepień, zaświadczenie anestezjologiczne o braku przeciwwskazań do znieczuleń, oraz zaświadczenie dopuszczające transport lotniczy pacjentki. Tomografia i zdjęcia w poniedziałek, a reszta może być później, najlepiej jest zabrać ze sobą polskie oryginały i wersje przetłumaczone. Zdjęcia wyłącznie w formie elektronicznej, adres poczty jest na mojej wizytówce, a ja to już dalej prześlę. Czy o czymś zapomniałam? – spojrzała na mnie.
    - Rzucił jakimś terminem? – zapytałem.
    - Termin ustalimy w poniedziałek, ale chciałby jeszcze w tym tygodniu.
    - Zdążysz z wizami?
    - Właśnie! Musimy się dowiedzieć. Czy pani córka i wnuczka mają ważne paszporty? – zapytała profesorki.
    - Mają. W ubiegłym roku były na wycieczce w Grecji.
    Dorotka skinęła głową i znowu uruchomiła telefon. Rozmowa ponownie potoczyła się po angielsku.

    - Kłaniam się panu konsulowi! – zaśmiała się do słuchawki. – Mam nadzieję, że bardzo nie przeszkadzam… W końcu jest weekend, święta rzecz… Ja? Niestety… Różne przypadki chodzą po świecie… Tak i właśnie dlatego pozwoliłam sobie panu przeszkodzić… Właśnie! Mam do pana taką pilną sprawę. Jest tu dziewczynka dziewięcioletnia, która musi mieć pilną operację twarzy w klinice Gemini w Nowym Jorku. Tak, po wypadku. Wypadek autobusu dowożącego dzieci do szkoły. Poleciałaby tam z matką… Ja jestem gwarantem finansowym operacji i całości pobytu… Tak! Ja sama… Ja również będę pilotowała to w klinice. Tak, oczywiście… Wizy niezbędne, ale nawet nie wiem… nie wiem co z fotografią. Przecież służby imigracyjne muszą to z czymś porównać… A wie pan co? Da się to załatwić tak, żeby wyleciały w tym tygodniu?... Nie! To jest kwestia medyczna, czas to blizny i zrosty, z każdym dniem zwłoki, efekty operacji będą coraz gorsze… Tak, gwarancje kliniki będą. Czyli najpóźniej w czwartek… Dobrze… dobrze… Znaczy, będę u pana w poniedziałek… Bardzo się cieszę. Jestem bardzo zobowiązana… Oj, tam! Spotkamy się w Pokrzywnie! A jeździcie na golfa?... Mnie też się tam podoba… Cieszę się!... Do zobaczenia zatem! – zakończyła rozmowę.
    W gabinecie panowała cisza, jak makiem zasiał.

    - Teraz czas na podsumowanie tematu! – oznajmiła, rozglądając się po zebranych.
    - Sprawdź, czy masz numer konta…
    - Oczywiście! – wróciła do aparatu, przesunęła palcami po ekranie, a po chwili zwróciła się do dyrektora. – Mogę poprosić pana notatnik?
    Podsunął jej notes, a wtedy przepisała numer konta na papier. Sprawdziła jeszcze raz i wstała z krzesła.
    - Zatem problem na tym etapie jest rozwiązany. Proszę ogłaszać zbiórkę, wpłaty będą przyjmowane na podane tutaj konto. Konto bez opłat, jak państwo słyszeliście, opłaty pokryje bank z funduszu reklamowego. Opłaty innym bankom za przelewy, również. Ponadto, jeszcze dzisiaj – zwróciła się do profesorki – proszę dostarczyć mi wnioski wizowe pani córki i wnuczki. Druki i wyjaśnienia jak je wypełnić, znajdziecie na stronie ambasady. W poniedziałek rano chcę mieć w poczcie fotografie o których mówiłam. Jestem też umówiona z konsulem i postaram się błyskawicznie załatwić wizy. Powinny być we środę, a najdalej we czwartek rano. Bilety lotnicze kupię sama i jeszcze we czwartek lecimy do Nowego Jorku. Ja polecę z nimi i zawiozę je bezpośrednio do kliniki. A tam będziemy już potem decydować o wszystkim w porozumieniu z pani córką. Proszę zadbać o dokumenty, o których wspominałam.
    Teraz tak. Znajdziecie mnie państwo u rodziców, ale proszę się pospieszyć, bo chcemy jeszcze dziś wyjechać do Warszawy.

    - Czyli to, co pan mówił o koncie, jest prawdą? – powątpiewał prezes.
    - Tak! – odparła. – Dlaczego ma być nieprawdą?
    - A właściwie, to kim pani jest? – zapytał.
    Dorotka sięgnęła do torebki, wyciągając z niej plik wizytówek. – Proszę! – porozdawała obecnym, przedostatnią swojej koleżance, a ostatnią podała nauczycielce. – Pani profesorko, proszę się już nie martwić! Zrobię wszystko co jest możliwe, aby dało się to naprawić. Bardzo pani współczuję!
    - Dorotko, ależ ty świetnie mówisz po angielsku! – odpowiedziała kobieta, nawet nie zaglądając w kartonik. – Słuchałam, jak rozmawiałaś przez telefon…
    Dorota roześmiała się.
    - Pani profesorko! Przecież ja ukończyłam filologię angielską. I to na piątkę! W Warszawie.
    - Na Uniwersytecie?
    - Tak!
    - No oczywiście, tam jest wysoki poziom… A co teraz robisz?
    - Pracuję w banku.
    - Ach, w banku… Po filologii? – zapytała nagle, jakby tknięta inną myślą.
    - Trzyma pani w dłoni moją wizytówkę – podpowiedziała jej Dorotka. – Pani profesorko, proszę połączyć się teraz z córką, przekażę jej moje potrzeby.
    - Dobrze, dobrze, już… – sięgnęła po telefon, nadal nie zaglądnąwszy do treści kartonika. Wybrała ze spisu numer i połączyła się.

    - Karolinko, jest tutaj jedna pani, moja była uczennica, która chce ci coś powiedzieć. Proszę! – podała Dorotce aparat.
  • #20
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Dobry wieczór pani! Dowiedziałam się o wypadku, który spotkał pani córkę, bardzo wam współczuję i chciałam jej pomóc na ile będę mogła. Dlatego bardzo proszę wejść na stronę ambasady amerykańskiej, ściągnąć i wypełnić wniosek wizowy dla pani, oraz dla córki, wydrukować i bardzo pilnie mi go dostarczyć… Tak, dzisiaj i teraz! Proszę dokładnie przeczytać instrukcję jego wypełniania. Proszę również zabrać ze sobą paszporty i zdjęcia. Ja jestem córką doktora Tarnawy i będę w domu, ale najdalej za dwie godziny wyjeżdżamy. Do tego czasu muszę to mieć! Resztę spraw przekaże pani mama, albo pan dyrektor, bo jestem teraz w szkole. Tylko wolałabym spotkać się z panią, bo w czwartek wylatujemy do kliniki i ze wszystkim musimy zdążyć… Tak, proszę przyjechać osobiście. Za pół godziny będę już w domu.
    Dorotka oddała telefon.

    - Czy ktoś ma jakieś pytania?
    - Tak, ja mam – odparł prezes. – Z wizytówki wynika, że pełni pani obowiązki prezesa zarządu banku Solution Poland S.A. Renomowanego banku. A co pani zrobi, jeśli do czwartku na naszym koncie bankowym nie będzie pięćdziesięciu tysięcy dolarów?
    - Skąd się wzięła ta kwota? – odpowiedziała pytaniem.
    - Takie informacje przekazał nam pan doktor. Oczywiście, to jakaś szacunkowa wielkość, statystyczna.
    - Właśnie. Statystyczna. Może być zarówno więcej, jak i mniej. Rachunek wystawi klinika po fakcie i dopiero wtedy poznamy rzeczywiste cyfry.
    - Więc jak przeprowadzą operację bez pieniędzy?
    - Udzielę im gwarancji bankowej.
    - A jeśli nie uzbieramy sumy, jakiej klinika zażąda?
    - Trudno, będę musiała dopłacić!
    - Stać panią na to?

    - Panowie i panie, czy ja rozmawiam z dziećmi? Oczywiście, że mnie stać! Mogłabym sama sfinansować tę operację. Ale czy mam prawo dokładać ciężaru córce pani Grodzickiej w postaci obowiązku zapłacenia podatku od tej sumy? Byłaby to niemała kwota! Nie wiem, czy starczyłoby jej rocznych zarobków, żeby rozliczyła się z fiskusem.
    Dlatego przyklaskuję idei zbiórki funduszy poprzez celowe konto powiernicze, a ponieważ wypadek nastąpił w drodze do szkoły, to i zbiórka na pokrycie udokumentowanych kosztów leczenia będzie zwolniona z podatku. Dlatego proszę jej nie kończyć po trzech dniach. To, że ja udzielam gwarancji, pozwala jedynie na przyspieszenie terminu operacji. Natomiast zapłatę trzeba będzie uiścić.
    Co do terminu, jeszcze się zastanowię, bo teraz nie mam na to czasu. Ale taki czas daję wam! Przecież rada miasta może przeznaczyć jakąś część rezerwy na wsparcie konta, może to zrobić bank spółdzielczy, mogą jakieś instytucje, przedsiębiorstwa miejskie, handlowcy, zakłady komunalne, firmy ubezpieczeniowe wreszcie… Każda złotówka jest cenna! Dałam wam narzędzia do działania, więc działajcie! A kiedy przyjdzie pora, poproszę pana burmistrza i panią profesorkę do podpisania przelewu na rachunek kliniki i temat rozliczymy!
    Przecież doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że na jutrzejszym zjeździe absolwentów nie da się uzbierać takiej sumy. Agnieszka, ilu będzie uczestników? Sto osób, czy dwieście?
    - Zgłosiło się niemal trzystu absolwentów.

    - Niech będzie trzysta! I niechby każdy przeznaczył sto złotych, w co wątpię, to będzie dopiero rząd dziesięciu tysięcy dolarów. Niemało, ale zabraknie na pewno. Dlatego proszę nie spoczywać na laurach i korzystać z różnych możliwości. Nie wiem, czy jest tu lokalna prasa, może radio czy telewizja, jest internet…
    - Coś znajdziemy – wtrącił burmistrz.
    - Doskonale! Spróbujcie nagłośnić temat akcji, bo jest medialny, sprawa poruszająca serca, nie obrażę się też, jeśli padnie przy tym nazwa naszego banku, gdyż, jak wspominaliśmy, wszelkie koszty obsługi rachunku pokryjemy z naszego funduszu reklamowego. Uda się, ja w to wierzę i tego wszystkim nam życzę! Jeszcze ktoś ma pytania?

    - Czy ja dobrze zrozumiałem, że pani sama kupi bilety i poleci do Nowego Jorku? – dopytywał burmistrz.
    - Tak! Ze względu na to, że dość często korzystam z usług linii lotniczych, mam pewne preferencje u przewoźników, a państwo mielibyście kłopoty z kupnem biletów w ostatniej chwili. Poza tym, jestem obywatelką amerykańską i znam zarówno Nowy Jork, jak też klinikę Gemini. Dlatego polecę z panią… przepraszam, nie znam nazwiska…
    - Karolina Letyńska – podpowiedział burmistrz. – A dziewczynka to Letycja.
    - …Z panią Letyńską i jej córką. Tam na miejscu zadecydujemy co dalej, ja prawdopodobnie wrócę zaraz do Polski. O ich pobyt proszę się nie martwić, przy klinice są pokoje hotelowe, stołówka, koszty opiekuna są wliczane do rachunku, niczego nie trzeba dopłacać. Natomiast jeśli pojawiłoby się coś nadzwyczajnego, to ja sobie poradzę, proszę się nie obawiać.

    - A jaki czas, tak orientacyjnie, należy przeznaczyć na zbiórkę?
    - Nie wiem. Naprawdę, nie zastanawiałam się jeszcze nad tym.
    - Miesiąc, dłużej nie ma sensu – podpowiedziałem. – Temat wyblaknie, znormalnieje, poza tym będzie już po operacji, wszystko będzie na dobrej drodze, więc i zapał w narodzie na pewno ostygnie.
    - Masz rację – przyznała. – Chyba, że uznacie państwo inaczej, to można będzie coś skorygować. Ale przeciągać nie ma powodu, lepiej rozliczyć, zamknąć i skupić się na nowych rzeczach, bo na pewno w trakcie całego zamieszania pojawią się różne pomysły.

    - A kiedy odwiedzi nas pani ponownie? – zapytał dyrektor.
    Dorotka uśmiechnęła się.
    - Niestety, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Prezesem banku jestem dopiero dwa tygodnie, dopiero dwa tygodnie mieszkam w Polsce, mnóstwo spraw do uporządkowania… nie wiem! Jeszcze wszystko jest dla mnie zaskakujące i mało ustabilizowane. Natomiast korzystając z okazji, prosiłabym pana dyrektora o wyrażenie zgody, byśmy mogli z mężem pooglądać sobie szkołę. Zobaczyłabym co się zmieniło…
    - Ależ proszę! – zawołał. – Nie mam nic przeciwko. Chciałem jeszcze tylko zapytać… Pani jest absolwentką naszego liceum?
    - Tak.
    - A który rocznik, bo ja pani nie kojarzę. A mam dobrą pamięć do twarzy, tym bardziej panią zapamiętałbym na pewno!
    - Siedemnaście lat temu, panie dyrektorze. Ja również pana nie pamiętam, znaczy nie było pana wtedy w szkole.
    - Zgadza się… Jestem tu dwunasty rok, od ośmiu lat dyrektoruję… – kręcił głową. – Zapytałem dlatego, bo nie wydało mi się możliwe, żeby pani miała więcej niż dwadzieścia pięć lat. Może dwadzieścia osiem. Więc z prostego wyliczenia… – rozłożył bezradnie ręce. – Przepraszam, że to powiem, ale pomyślałem przez chwilę, jak można w tym wieku zostać prezesem dużego banku…

    - A ta dzisiejsza sytuacja i cała narada, nie naprowadziła pana na trop? – tym razem to ja z niego zakpiłem.
    - Tak, oczywiście! – przyznał. – Ma pani niemałe talenty przywódcze i organizacyjne. Zastanawiam się też, dlaczego nie ma pani w szkolnym klubie wybitnego absolwenta? Bo przeczytawszy wizytówkę, musiałem przyznać, że pani nazwisko niczego mi nie powiedziało. Nie spotkałem się z nim. Przecież to jakieś niedopatrzenie!
    - A kto mnie tutaj pamięta? Nie byłam w Sanoku przez osiem lat! Przecież ja pracowałam w Nowym Jorku. Kilka razy w roku bywałam wprawdzie w Warszawie, dzień lub dwa, ale to były wyjazdy służbowe, na prywatne sprawy nie było czasu.
    - I czym zajmowała się pani w Stanach?
    - Pracowałam w centralnym banku korporacyjnym. Byłam i jestem nadal dyrektorem departamentu inwestycji dla Europy wschodniej i południowej. Czyli bankowy nadzór inwestycyjny we wszystkich nowych krajach unijnych, plus Rosja i Austria. Wciąż pełnię tę funkcję, bo departament został teraz przeniesiony do Warszawy. I to jest kolejny chaos, jak zwykle przy przeprowadzce – zaśmiała się. – Nic to! Miesiąc, dwa i ogarniemy wszystko, prawda? – położyła dłoń na mojej. – Tomek na przykład, jeszcze dwa tygodnie temu był głównym specjalistą do spraw inwestycji w Moskwie…

    - Ale ja nie jestem absolwentem tego liceum! – zauważyłem.
    - Rzeczywiście, czyli nie masz szans na wpis! – zażartowała.
    - Przykro! – zrobiłem zawiedzioną minę.
    - Pani prezes, a jak można się z panią skontaktować? – zapytał. – Bo jakoś muszę to nadrobić! Poprzez te telefony na wizytówce?
    - Nie, nie! Znaczy… to są numery telefonów do sekretariatu i do mojej asystentki. Albo proszę skontaktować się z moim mężem. Tomek, możesz być tak uprzejmy?
    - Dla ciebie wszystko! – uśmiechnąłem się i podałem dyrektorowi swoją wizytówkę.
    - Proszę pytać sekretarki o męża, z nim się łatwiej połączyć. A że Tomek ma do mnie dostęp w dzień i w nocy, więc na pewno wszystko mi przekaże. Ja zresztą, postaram się tu zaglądnąć przy okazji najbliższego przyjazdu do rodziców, ale nie chciałabym tego panu przyrzekać, bo może się nie udać.
    Ponadto, na zaszczytach i honorach niezbyt mi zależy, natomiast mogłabym z panem usiąść i na spokojnie zastanowić się, jak dałoby się wesprzeć czy to szkołę, czy na przykład zdolnych i pracowitych uczniów. Nie ukrywam, że mam spore możliwości finansowe, a szkoła zapisała się dość ciepło w mojej pamięci, mogłabym pomyśleć o jakimś rewanżu.
    Tylko, że to wszystko chyba dopiero po wakacjach. Jesteśmy tak zajęci bieżącymi sprawami, że naprawdę, zaczynamy zaniedbywać już nawet nasze prywatne, chociażby codzienne, sportowe zajęcia. Brakuje nam czasu!

    Przerwaliśmy, gdyż do gabinetu wszedł jakiś mężczyzna. Pozdrowił wszystkich ogólnie, rozejrzał się i jego wzrok bezbłędnie osiadł na naszych twarzach. Mojej i Dorotki. Spojrzałem po zebranych. Prezes banku i jego żona, wyglądali na mocno zadowolonych. Coś się za tym kryło.
  • #21
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Witamy pana, redaktorze! – oznajmił głośno burmistrz. – Prosimy! Mamy dla pana ciekawe wiadomości.
    Mężczyzna podziękował zdawkowo i podszedł do nas.
    - Państwo pozwolą, że się przedstawię. Nazywam się Jacek Protasiuk, jestem miejscowym reporterem „Wiadomości Podkarpackich”.
    Nie wyciągnął ręki, tylko skłonił się lekko. Ale Dorotka wysunęła dłoń w jego kierunku.
    - Miło pana poznać! Jestem Dorota Warwick, córka doktora Tarnawy.
    Skwapliwie uścisnął jej dłoń i zrobił przy tym wielkie oczy, wyraźnie zdziwiony.
    - Naprawdę? Tego nie wiedziałem.
    - Nie ma to jak zaskoczyć reportera! – roześmiałem się na głos i wstałem z krzesła. Mężczyzna przeniósł swoją uwagę na mnie.
    - Tomasz Barycki! – przedstawiłem się.
    - Miło pana poznać – odparł, zupełnie nie tracąc rezonu. – No cóż! Niespodzianka za niespodziankę. Mam nadzieję, że teraz to mnie uda się państwa zaskoczyć.
    - Podpadliśmy „Wiadomościom Podkarpackim”? – zażartowałem. – Darowalibyście nam!
    - Zastanowimy się… – rzucił zagadkowo, sięgając do teczki i wyjmując jakąś gazetę.
    Była dziwnie złożona, nie można było zobaczyć tytułu, ale kiedy położył ją przed nami na stole…

    A to cholernik! Przed sobą mieliśmy pamiętne „Realia” z naszym wspólnym zdjęciem. Z kolacji w hotelu „Patisson”. Po tamtym, niezapomnianym balu.
    Spojrzałem na Dorotkę. Była wściekła.
    - Po co pan to przyniósł? – wysyczała. – Drażnić się ze mną? Nie cierpię wścibskich pisarczyków, włażących z butami w cudze, prywatne życie, przeglądających kosze na śmiecie i wąchających znalezione tam podpaski. Nie udzielam wywiadów i nie będę z panem więcej rozmawiała!
    Dłuższą chwilę stał bez ruchu, wpatrując się w nią.
    - Pani słowa mnie krzywdzą – oznajmił. – Nie miałem i nie mam zamiaru zajmowania się pani życiem prywatnym; ani osobistym, ani rodzinnym. Nigdy też nie grzebałem w cudzych koszach! Moim celem jest opisanie inicjatywy ratowania wyglądu tej biednej, młodej dziewczyny, tak przykro doświadczonej przez los. I o pani wpływie na jej sytuację. A ten temat przecież interesuje miejscową społeczność! Pan burmistrz powiadomił mnie, że być może dzięki pani, rozwiązano dzisiaj niemało problemów z tym związanych, szansa jej powrotu do normalnego życia stała się bardziej realna, dlatego chciałbym o tym napisać.

    - Więc po co pan to przyniósł? – wskazałem wzrokiem leżącą gazetę.
    - To nawet nie jest moje – rzucił krótko.
    - Dorota, ja cię przepraszam! – odezwała się jej koleżanka, Agnieszka. – Miałam tę gazetę w domu i zadzwoniłam do dzieci, żeby podały ją panu Jackowi. I naprawdę nie wiem, co cię tak złości. Przecież tam niczego nie ma!
    - Ale z jakiegoś powodu pani ją zachowała! – zauważyłem przytomnie.
    - Bo zobaczyłam wtedy zdjęcie i pomyślałam… Dorota, nie Dorota… ale przecież podobna! Nazwisko wprawdzie zupełnie obce, jakieś futurystyczne funkcje… Skąd by Dorota miała pojęcie o jakichś finansach? Przecież wiedziałam, że wybierała się na filologię.
    Pokazałam to Krzysztofowi, ale mnie wyśmiał, więc na wszelki wypadek schowałam i postanowiłam, że przy okazji zapytam. I dopiero dzisiaj, kiedy dostałam wizytówkę, przypomniałam sobie o gazecie. A że pan burmistrz dzwonił do pana Jacka, to poprosiłam, żeby podjechał do naszego domu…

    - Ja natomiast zdążyłem pooglądać zdjęcie i pobieżnie przeczytać tekst. Niczego więcej na ten temat nie wiem. Dlatego jestem zdziwiony reakcją pani dyrektor…
    - Bo zarówno zdjęcie, jak i tekst, są zmanipulowane – wyjaśniłem. – Przecież w tej kolacji uczestniczyły trzy osoby. Widzi pan gdzieś tę trzecią?
    - Nie bardzo – przyznał.
    - A ten głupawy tekst… Po co to? Moja żona, jak zresztą napisali zgodnie z prawdą, reprezentowała w rozmowach amerykańską stronę. Więc miała zostawić swój profesjonalizm gdzieś w szatni i przystawać na coś, co nie miało rąk i nóg? W imię czego? Pana pracodawca też wymaga od pana profesjonalizmu, wiedzy i rzetelności, prawda?
    - Prawda. Tylko, że ja nie mam zamiaru małpować „Realiów” bo preferuję inne zasady. A gazetę zabrałem, bo mówiła mi cokolwiek o osobach, z którymi chciałbym porozmawiać, bo dotąd nie miałem w tym temacie wiedzy. Dlatego proszę przeanalizować jeszcze raz swoje podejście do tej sprawy. Ja zamierzam napisać uczciwie, bo sam jestem poruszony sprawą wypadku. I wiem, że tak zwana ulica o tym mówi! Oraz chce nowych wiadomości. Dlatego powtarzam, nie mam zamiaru bawić się w paparazzi, nie będę państwa śledził, występuję z odkrytą twarzą i chciałbym uzyskać jakieś informacje, żeby następnie przekazać je społeczeństwu.

    - Dobrze! – odezwała się Dorotka. – Wszystkie informacje poda panu pan burmistrz. Proszę też przygotować dla mnie komplet egzemplarzy pańskiej gazety, te papierowe wydania. Kilka poprzednich i te następne. Jeśli po ich przejrzeniu uznam, że wykonał pan dobrą robotę, chodzi mi tutaj o dziewczynkę, to udzielę panu ekskluzywnego wywiadu. Jak dotychczas, odmawiałam wszystkim redakcjom, poza „Przeglądem bankowym”, a i tam znalazła się jedynie krótka wzmianka o zmianie zarządu i przejęciu zarządzania bankiem.
    Byłby pan zatem pierwszym dziennikarzem, któremu ujawnię coś więcej. Jeśli pan przyjmuje warunki, to ja dotrzymam słowa. Ale na razie, jestem zbyt zmęczona, żeby z panem rozmawiać. I jeszcze jedno… Panie dyrektorze! – odwróciła się w druga stronę. – Bardzo pana proszę, aby temat o którym rozmawialiśmy, znaczy ten związany ze szkołą, pozostał na razie między nami. Wrócimy do niego jesienią.
    - Postaram się! – przytaknął ruchem głowy.
    - Czyli jesteśmy umówieni! – uśmiechnęła się w jego kierunku i podniosła z krzesła.
    - No cóż! Wypada nam się pożegnać, gdyż jesteśmy w głębokim niedoczasie. Wszystkich państwa proszę o pilnowanie uzgodnionych spraw, a ja spróbuję przypilnować swoich. Mam nadzieję, że spotkam się z państwem po zakończeniu całej kuracji. Życzę powodzenia!

    Pożegnaliśmy się i nie oglądając już nawet wnętrza szkoły, wyszliśmy na zewnątrz. Tylko Agnieszka wybiegła za nami.
    - Dorota, ja cię przepraszam! Nie sądziłam, że będziesz o to zła…
    - Daj spokój, nic się nie stało! – Dorotka ją uspokajała.
    - Ale ty jesteś… Skąd ty masz taką fuchę? – dopytywała. – Ty wiesz, jaka będzie jutro sensacja, jak ja to opowiem w klasie?
    - Nie musiałabyś opowiadać… Agnieszka, musimy już iść! Dzieci na nas czekają!
    - Może Krzysiek was podwiezie?
    - Nie trzeba! – zaoponowałem. – Na następnej, poprzecznej ulicy, mamy swój samochód.
    - Agnieszka! – Dorotka zatrzymała się. – Pa! Jak przyjadę następnym razem, to cię odszukam. Opowiesz mi wydarzenia ze zjazdu. A teraz musimy iść. Cześć!
    - Do zobaczenia! – pomachała nam dłonią.
  • #22
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Czyli w czwartek zostawisz mnie samego? – zapytałem, kiedy kierowany jej wskazówkami, prowadziłem auto w stronę domu.
    - Tomek, muszę! – położyła dłoń na moim ramieniu, nie blokując możliwości manewrowania kierownicą. – Czy możesz sobie wyobrazić dziewczynkę, która za kilka lat ma zostać kobietą, a która ma twarz przeoraną blachami od uszu aż po zęby? I to z obydwu stron? To i tak szczęście, że oczy ma całe!
    - Zęby ma wszystkie?
    - A skąd! Ale zęby to głupstwo, wszędzie można wstawić implanty. Natomiast twarz… rzeczywiście, niewiele klinik jest w stanie wykonać to sensownie.
    - Ty znasz tę klinikę Gemini?
    - Oczywiście. Tylko to nie jest klinika, a zespół klinik. W tych zwykłych pracownicy Solution Inc. mają przecież opiekę lekarską. Natomiast kliniki chirurgii plastycznej nie znam, bo nigdy tam nie byłam. Ja nie mam silikonu w cyckach, ani botoksu pod skórą. Przecież oglądałeś mnie przed wyjazdem do Ameryki i oglądasz teraz. Nie korzystałam z ich usług i na razie nie zamierzam.
    - Skąd w takim razie John?
    - Wiesz, John ma od dawna swoje męskie przyjaźnie, golfowe, cygarowe i diabli wiedzą jakie. Poza tym wiedziałam, że kilka razy kontaktował z Radleyem swoje bankowe klientki. Wiesz, dla bankowych VIP-ów załatwia się i takie sprawy. Nie mam nawet zamiaru dociekać teraz, czy coś się za tym nie kryło. Ale wiedziałam, że zna szefa kliniki, ma do niego prywatny telefon, no i teraz to się przydało.

    - A jak ci się z nim rozmawiało dzisiaj?
    - Całkiem w porządku. Wiesz… John poznał mnie na tyle dobrze, że dokładnie wie co ja mu powiedziałam.
    - A co powiedziałaś?
    - Że było i się skończyło. Możemy pozostać teraz znajomymi i to wszystko. Wystarczy?
    - Nie bardzo…
    - Nie męcz mnie dzisiaj. I tak mam już dość.
    - Dobrze. O mamę też nie pytać?
    - Możesz pytać. Mama nie chce widzieć ani mnie, ani ciebie, ani naszych dzieci. Coś jeszcze?
    - Byłaś u niej?
    - Byłam. Nie odezwała się ani słowem.
    - Jak to wyglądało?
    - Zwyczajnie. Weszłam, chciałam podejść i ją objąć, ale osłoniła się rękami, a potem podeszła do drzwi, otworzyła je i pokazała ręką, że mam wyjść.
    - Mówiłaś coś do niej?
    - Pewnie, że mówiłam. Przeprosiłam ją, pokajałam się, ale bez skutku. Jedyną reakcją był gest dłoni nakazujący mi opuszczenie pokoju.
    - A pani Helena?
    - Podobnie, a właściwie to samo. Tylko Heleny nie wypędzała. Ale udawała, że jej nie ma i też się nie odezwała. Nie zauważała po prostu.
    - A jak tato reaguje?
    - Mama mu to zapowiedziała. Że nie chce mnie widzieć i znać, a jeśli przyjadę, to już jest jego sprawa. Zabrała sobie na górę jakieś jedzenie i nie schodzi stamtąd przez cały dzień. Boję się, że teraz i jemu zacznie sprawiać problemy.
    - Ja w niczym nie mógłbym pomóc?
    - Coś ty! Skoro nawet chłopców nie chce widzieć ani znać…
    Dorotka po prostu rozpłakała się. Siedząc za kierownicą, nie miałem szansy choćby jej przytulić, więc w milczeniu dojechaliśmy na miejsce.

    Był już najwyższy czas, bo bliźniacy znowu zaczęli dokazywać. Odpoczęli trochę, a że energia ich rozpierała… cóż! Pan Grzegorz nie czuł się kompetentny do zaprowadzenia porządku, a panią Helenę troszeczkę zlekceważyli.
    Dorotka szybko postawiła ich na miejsca i zaczęła się narada z panem Grzegorzem. O zadaniach ją czekających, w związku z podjętymi zobowiązaniami. Na szczęście, pani Letyńska okazała się nader sprawną osobą i wraz z mężem, niezadługo do nas dołączyli.

    Dorotka szybko naświetliła jej całą sytuację. Po czym bez wahania wyjęła portfel i wcisnęła zaskoczonej kobiecie plik studolarowych banknotów. A kiedy tamta się wzbraniała, zagroziła po prostu, że się na nią obrazi. Przekazała jej też numer swojego prywatnego, bezpośredniego telefonu, zabrała wizowe wnioski i spisała, jakie dokumenty będą im w klinice niezbędne. Po czym umówiły się na kontakt we środę i na wyjazd we czwartek.
    Dorotka zapewniła, że z nimi poleci i dowiezie do celu.

    Jej mąż siedział milczący i prawie nie zabierał głosu. Wcale mu się nie dziwiłem. Wejść ze słowem pomiędzy tak zaangażowaną matkę jak Letyńska i tak konkretną jej partnerkę jak Dorotka… Do tego potrzebne byłyby niemałe zdolności!
    Ale nie było takiej potrzeby. Córka pani profesorki o wiele mocniej stała na nogach niż jej matka i wyglądało na to, że bez trudu sobie poradzi. Angielski znała znacznie lepiej niż ja…
    Ucieszyłem się, bo Dorotka miała szansę wrócić ze Stanów już w piątek.

    Dopiero po ich odjeździe, wróciliśmy do naszych, rodzinnych problemów. Tym razem bez takiego omijania konkretów, jak na początku. Pani Helena zabrała gdzieś chłopców i w salonie zostaliśmy we trójkę.
    - Tato! – zagaiła Dorotka. – Bardzo bym chciała, żebyś zaakceptował Tomka w roli mojego męża, bo nie mam zamiaru zmieniać zdania.
    - Córeczko! – podszedł do niej i objęli się. – Czy ja kiedykolwiek narzucałem ci swoje wybory? Jeśli jesteś szczęśliwa, to i ja się cieszę!
    - Dziękuję, tatku! Wiedz, że z Tomkiem znamy się od dawna. Noszę teraz nazwisko Warwick, po moim drugim mężu, którego nie poznałeś, ale Tomka znałam już wcześniej. I Tomek naprawdę jest biologicznym ojcem moich chłopców. Niestety, był wtedy żonaty…
    Potem w naszych kontaktach była dość długa przerwa, a gdy spotkaliśmy się ponownie… ja już wiedziałam, że inaczej nie chcę.

    - A rodzina pana Tomasza? – zapytał przytomnie.
    - Znam poprzednią żonę Tomka
    - A dzieci? Innych dzieci nie ma?
    - Dzieci mam dorosłe – odezwałem się. – Córka jest Dorotki asystentką, pracuje u nas w banku. A syn jest samodzielny, prowadzi kancelarię prawniczą w Warszawie.
    - Tato, ja nikogo nie skrzywdziłam, a jeśli nawet, staram się jakoś to zrekompensować.
    - Dorotko! – odezwał się wstając. – Dziecko! Chodź do mnie! Niech cię uścisnę! Kocham cię taką, jaką jesteś i mogę tylko życzyć ci szczęścia, co i robię! Jeśli ty jesteś szczęśliwa, to i moje ciśnienie nie wzrasta!
    - Tato! Ja też was kocham! Kocham ciebie, kocham mamę, chociaż nie chce się do mnie nawet odezwać…
    - Ja też jej nie rozumiem. Już nie rozumiem… – zwiesił na chwilę głowę.

    - Tato, Tomek powinien to znać i o tym wiedzieć. Proszę! Nie ukrywaj niczego przed nami, a tym bardziej przede mną. A jeśli się wahasz, to wiedz, że nie mam przed Tomkiem tajemnic, więc i tak mu wszystko opowiem. Bo nasze dzieci są naszym wspólnym interesem.
    - Wiem, dziecko, wiem! Pani Helena już mi zrobiła pranie mózgu.
    - Więc jak wygląda sytuacja z mamą? Tylko nie omijaj faktów opłotkami…
    - Córeczko! To nie jest takie proste! I wcale nie próbuję wykręcić się od odpowiedzi…
    - Wierzę ci.
    - Tutaj nakłada się kilka spraw. Kilka chorób o różnym stopniu zaawansowania, od mało znaczących do zupełnie poważnych, ale prawidłową diagnozę uniemożliwia jej bezbrzeżny upór w stosunku do ciebie! Dlatego nie pozwala się zbadać, ani przeprowadzić żadnych poważniejszych analiz.
    - Tato… a jak wy żyjecie? Mama przyjmuje jeszcze pacjentów?
    - Nie, skądże!
    - A ty?
    - Ja jeszcze pracuję, ale już tylko w przychodni, chociaż do domu też ktoś czasem się zapędzi, tym niemniej to już łabędzi śpiew.

    - A jednak taksówkarz przywiózł nas z chłopcami dzisiaj za darmo, kiedy powiedziałem mu, że to wnuki pana doktora.
  • #24
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Dziękuję! :D



    - No… – westchnął filozoficznie. – Widocznie są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie…
    - Tatuś… – Dorotka wstała i zaczęła chodzić po salonie. To oznaczało najwyższy stopień jej skupienia. – Posłuchaj mnie uważnie! Nie sądziłam, że będzie aż tak źle. Na pewno nie jestem bez winy w tym przypadku, ale też nie mam czasu na to, żeby kontemplować bez końca jej zachowanie. Musimy jechać i musimy żyć! Nasze dzieci chodzą do szkoły i ja zwyczajnie, muszę o nie dbać. Niezależnie od tego, że moja mama uważa je za bękarty, niegodne przestąpienia progu rodzinnego domu. Natomiast chciałam cię zapytać o inną rzecz. Jest jakaś możliwość leczenia? Są jakieś szanse złagodzenia tego? Chociażby w stosunku do ciebie.
    - A kto to wie? Leki kosztują tysiące złotych…
    - Więc jeśli dam ci do dyspozycji… milion?
    - Oszalałaś chyba! Zaczęłaś pracę i już chcesz robić przekręty?
    - Tato! Przestań!

    - Panie doktorze! – zawołałem, zorientowawszy się, że wyleciał z rzeczywistości. I rzeczywiście, usłyszawszy mój głos szybko się uspokoił.
    - Panie doktorze! – powtórzyłem. – Proszę wysłuchać do końca! Przecież Dorotka mówiła już panu, że ma niemało pieniędzy.
    - Tato! Ja nie mówiłam o pieniądzach z banku. Ja mówiłam o moich własnych, które już mam. To są moje pieniądze, zupełnie legalne. I bardzo duże.
    - A skąd je masz?
    - Tato… jestem dobrze wykształconą specjalistką od zarabiania pieniędzy. I między innymi, z tego powodu mianowali mnie prezesem banku. Żebym zarabiała również dla innych. Ale to nie przeszkadza temu, że zarabiam również dla siebie. O wiele więcej, niż ci się wydaje. Więcej niż zarabiałeś ty, albo mama. A ponieważ wiele wam zawdzięczam, bez wahania podzielę się tym, co dzięki wam osiągnęłam. I mam nadzieję, że to zaakceptujesz.
    - No… dobrze. Czyli… ty pieniędzy nie potrzebujesz?
    - Nie, tato! Nie potrzebuję! – uśmiechnęła się. – Na pewno nie potrzebuję!
    - A ja przygotowałem dla ciebie pewną kwotę…
    - Nie, nie, nie! Dziękuję, ale nawet nie myśl o tym, żebym wzięła od ciebie jakieś pieniądze. Daj mi lepiej numer swojego konta, to podeślę ci w poniedziałek jakąś sumę na leki dla mamy, a zresztą, na wszystko czego potrzebujesz. Z samochodem jak będzie? Chcesz nowy samochód?
    - W zasadzie ten mi wystarcza… – odparł rozwlekle.
    - Tato, a może mógłbyś do nas przyjechać? Jeśli mama nie zechce, to przyjedź sam. Dasz radę zostawić ją bez opieki? Wybrałbyś sobie wtedy jakiś samochód…
    - Nie wiem. Mama właściwie takiej codziennej opieki medycznej nie wymaga, ale… nigdy jej nie zostawiałem.
    - Sama jeszcze gotuje?
    - Tak, chociaż przychodzi do nas pani Adela, raz w tygodniu robi większe porządki, a w lecie to nawet częściej, bo kopią wtedy w ogródku we dwie.
    - Może zostałaby z mamą?
    - Musiałbym zapytać.
    - Zorientuj się. A jeśli się nie uda, to poproszę Justynę żeby przyjechała.
    - Cieszę się, że dogadałyście się obydwie. Naprawdę się cieszę!
    - Justynie też pomogę i siostrzenicom również. Niedługo wybierzemy się do nich, wtedy uzgodnimy konkrety. Mój telefon zapisałeś?
    - Tak, tak!
    - Poszukaj jakiegoś swojego rachunku z numerem konta, to sobie zapiszę.

    Pan Grzegorz wyszedł z pokoju, a Dorotka westchnęła, spojrzawszy na mnie.
    - Nie zapomniałam o czymś?
    - Przypomnij tacie, by dzwonił przed ewentualnym przyjazdem, bo możemy się rozminąć.
    - Oczywiście!
    - A może spróbowałby wejść na górę, co? Powiedziałby, że odjeżdżamy…
    - Słusznie. Porozmawiam z nim.
    Tak też się stało. Pan Grzegorz wyruszył z misją ostatniej szansy, ale gdy wrócił po kilku minutach, nie miał wesołej miny.
    - I jak? – zapytała Dorotka.
    Pokręcił głową, krzywiąc twarz.
    - Chyba nie chciałabyś wiedzieć…
    - A jednak chcę!
    - Powiedziała, że czeka z utęsknieniem na wasz wyjazd. I nie życzy sobie dalszych wizyt w przyszłosci.
    - Nie będziesz miał przykrości po dzisiejszym dniu?
    - Nie wiem, ale dam sobie radę, nie martw się o mnie.
    - Zrobię wszystko, żeby ci pomóc! Dobrze, zbieramy się zatem – Dorotka wstała, a ja za nią.
    - Pojedziecie w nocy?
    - Nie, w Rzeszowie mamy hotel. Chłopcy są zbyt zwierceni, żeby aplikować im podróż bezpośrednio do Warszawy. Dla nich to zbyt długo.
    - Właściwie, to tu też miejsca by wystarczyło…
    - Wiesz sam, że to nierealne – zarzuciła mu ręce na szyję. – Wierzę jednak, że kiedyś się porozumiemy. Tato, spróbuj się dowiedzieć co mogłabym zrobić. Ja naprawdę nie wiem jak i czym mogłabym to zmienić. Spróbujesz?
    - Spróbuję! – westchnął. – Oczywiście, że spróbuję. Ale mama nie chce o tobie rozmawiać. W jakimkolwiek sensie. Ani źle, ani dobrze… Wcale!
    - W takim razie przyjedź do nas. Może dłużej porozmawiamy i coś nasunie się na myśl.
    - Zorientuję się czy będzie to możliwe. I powiadomię was kiedy, ale raczej nieprędko. To wszystko musi się jakoś ułożyć.

    *
  • #25
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Tak zakończył się nasz ówczesny pobyt w Sanoku. Pozbieraliśmy się, pożegnali serdecznie pana doktora Grzegorza i ruszyliśmy do Rzeszowa, niewiele rozmawiając ze sobą po drodze. Tylko chłopcy byli jeszcze zbyt aktywni i rozrabiali z Dorotką oraz panią Heleną, bo ja nie pozwoliłem sobie przeszkadzać. Wiozłem przecież całe moje szczęście i odpowiadałem za ich bezpieczeństwo.
    Co zresztą nie przeszkodziło mi, żebym w trasie nie zapłacił trzystu złotych mandatu za przekroczenie prędkości. Tylko szesnaście kilometrów, ale jednak. Niestety, albo na szczęście, jeep był zbyt cichym i komfortowym autem, żebym odczuwał prędkość. No i się zagapiłem.
    Zapłaciłem bez dyskusji, żeby nie opóźniać zbytnio podróży, ale i tak Dorotka sobie później ze mnie pokpiwała. Ot, mała rozrywka podczas nużącej podróży.

    Tym razem, na kolację w hotelowej restauracji wybraliśmy się do wszyscy. Łącznie z panią Heleną. Nasze apartamenty czekały zarezerwowane, gdyż rano zapłaciłem za cały weekendowy pobyt, więc zostawiwszy bagaże i odświeżywszy się nieco, zjechaliśmy na dół. I muszę przyznać, że prezentowaliśmy się tutaj nieco egzotycznie. Z dziećmi, ubrani bardziej podróżnie i niezbyt wieczorowo.
    A jednak obsługa była zorientowana. Szybko poproszono nas do wydzielonego, trochę ustronnego stolika, a gdy zajęliśmy miejsca… pojawił się pan Piotr. I wtedy przeżyliśmy niemałe zaskoczenie! A później było jeszcze ciekawiej!
    Okazało się, że pani Helena poznała szefa tutejszej kuchni w Pokrzywnie! I mieli okazję poznać wzajemnie swój warsztat. A przecież Dorotka prosiła wieczorem pana Piotra, żeby pozwolił rano pani Helenie skomponować dla nas śniadanie…

    Nie przyznała się przez cały dzień, że miała okazję odnowić znajomość, bo tak też się umówili i teraz brylowała z dumną miną, że sprawiła taką niespodziankę! Przyznała też, że kolacyjne menu ułożyli jeszcze rano i teraz pozostało nam tylko podporządkować się jej decyzjom. Ależ była szczęśliwa, że sprawiła nam psikusa!
    Pan Piotr był przygotowany, przysiadał się do nas i oprócz cudownych komentarzy, poszczególne dania urozmaicał specyficznymi trunkami, przygotowanymi przez siebie, co wyraźnie podkreślał. Nie było i nie bywało ich nigdy w karcie, bo częstował nimi wyłącznie swoich, wybranych gości.
    Helena próbowała wszystkiego i tylko kiwała głową, w geście aprobaty. Widać było, że rozumieją się doskonale, czasami miałem wrażenie, że to my jesteśmy ich gośćmi, a nie odwrotnie.
    Musieliśmy też wpisać się do księgi pamiątkowej, którą pan Piotr nam udostępnił. Rozumiałem, że to jest ważne dla niego, dlatego pochwaliłem kuchnię, tak samo jak i Dorotka. Ale Helena nas przebiła. Bo wyraziła mu wielkie uznanie, podpisując się pod tekstem tak: „To jest ocena kucharki Heleny – kiedyś rywalki i konkurentki. Pokonanej, ale pełnej wiary, że kiedyś jeszcze z Tobą wygra. Piotrze! Jesteś znakomity!”
    I wszystko stało się jasne…

    Tego wieczoru znowu nie zatańczyliśmy ani jeden raz. Z kolacji wróciliśmy we czwórkę, a chłopcy tym razem spali w naszym apartamencie, bo Helena gdzieś się nam zawieruszyła…
    Ależ byłem bardzo zadowolony z wydarzeń!

    Dorotka natomiast była tak rozbawiona sytuacją, że całe jej napięcie po wizycie w domu rodzinnym, gdzieś się ulotniło.
    - Wiedziałaś coś o tym? – zapytałem, kiedy zanurzyliśmy się w fotelach. Chłopcy byli już ułożeni w bocznym pokoju apartamentu i mieliśmy wreszcie chwilę spokoju.
    - A skądże! – chichotała. – I pomyśleć, że sama wysłałam rano panią Helenę do niego. Całkiem sympatyczny gość, nie uważasz?
    - Owszem, owszem… Wczoraj mnie troszkę zastanowiło, skąd ma takie, dość dokładne informacje o tobie, ale jakoś je przepuściłem.
    - Wysyłał sygnały, że to Lidka… no nic! Pani Helenie też się coś od życia należy. Zasługuje na to! – powstała. – Chodźmy pod prysznic i idziemy spać. Zobaczymy rano, czy nie będziemy musieli szukać jakiejś nowej gospodyni.

    Nie musieliśmy. Późnym rankiem, Helena osobiście wprowadziła wózek ze śniadaniem do naszego apartamentu i już z nami pozostała, chociaż sama niczego nie jadła, bo jak nam oznajmiła, jest nie tylko po śniadaniu, ale nawet przygotowała już półprodukty na obiad, który dokończy i poda nam w domu.
    Wcale mi nie przeszkadzała, bo przecież na co dzień nie bywaliśmy przesadnie skrępowani jej obecnością. I chociaż bywało, że miewała w domu pretensje o niezbyt reprezentacyjny ubiór przy posiłkach, teraz nie zamierzałem się tym przejmować. Tym bardziej, że Dorotka miała na sobie wyłącznie szlafrok, ja zaś byłem już w spodniach i jakiejś koszulce na grzbiecie. Zupełnie też nie komentowaliśmy wczorajszych wydarzeń.

    Dopiero pod koniec posiłku, Dorotka delikatnie nawiązała do wczorajszej sytuacji.
    - Oj, Dorotko! – odpowiedziała swobodnie. – Spotkaliśmy się, porozmawiali… o czym tu mówić! Wszystko jest bardzo dobrze i pozostaje na swoich miejscach. Nic się nie zmieniło!
    To też było swoistą specyfiką. Ta forma zwracania się do Dorotki. Pani Helena nigdy nie pozwalała sobie na poufałości wobec niej, w obecności innych osób. A od czasu, kiedy Dorotka oznajmiła jej o związku ze mną, porzuciła też formę „panienko”, chociaż jeszcze czasem jakoś jej się to przyplątywało. Ale teraz było to głównie „pani Dorota”, albo samo „pani”, natomiast o mnie mówiła „pan Tomasz”. W domu wprawdzie opuszczała imię, ale z „pana” nie rezygnowała. I chociaż próbowałem ją przekonać, żeby nie była taka oficjalna, to wydymała tylko wargi, absolutnie lekceważąc moje słowa i nie przyjmowała ich do wiadomości.

    Natomiast z Dorotką bywało różnie. W domu, Helena mówiła i „pani Doroto”, i „Dorotka”, i „panienko”, w zależności od sytuacji i tematu, którego dotyczyła rozmowa. W tych najbardziej osobistych i sympatycznych, mówiła do niej „Dorotko”, niczym matka. Ciepło i opiekuńczo. Chociaż to były rzadkie sytuacje.
    Dorotka nigdy nie sprzeciwiała się żadnemu określeniu. A ja o to nie pytałem, bo Lidka dawno mi uzmysłowiła, kim jest dla niej Helena. I nie zamierzałem ingerować w te ich związki. Im było z tym dobrze, więc po co miałem się wtrącać?

    - Pani Heleno, rozumiem, że pani wraca z nami do Warszawy?
    - A nie chciałby pan? – zgasiła mnie krótko.
    - Oj, tam, pani Heleno! Wręcz przeciwnie! Ja już nie wyobrażam sobie naszego życia bez pani!
    - Więc mogę pana uspokoić. Jeszcze się panu naprzykrzę. Bez obaw.
    Dorotka roześmiała się i oparła o mnie. – Jeśli chcesz żyć, to nie zadzieraj z panią Heleną, ja ci dobrze radzę!
    - Absolutnie nie mam takiego zamiaru – wyjaśniłem. – Tylko wczoraj, pan Piotr zapytał jaki podkarpacki wiatr nas tutaj przywiał, więc próbuję się dowiedzieć, czy pani Helena nie dostała się pod jego wpływy.
    - Panie Tomaszu… ależ jak najbardziej! – odparła swobodnie Helena. – Tym niemniej poczuje pan ten wiatr dopiero podczas obiadu, który będzie typowo galicyjski. A więcej na razie niczego nie powiem.
    - I nie trzeba – podsumowała Dorotka.
  • #26
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    To był ostatni, w miarę spokojny dzień tego tygodnia, chociaż Dorotka i tak nie dała nam próżnować. Zaraz po powrocie do domu skontaktowałem się z Damianem i namówiłem go na pilny przyjazd do nas, a Dorotka ściągnęła Lidkę i Romka. Musieliśmy omówić sprawy „Limana”, żeby nie przegapić terminów i nie pokpić sprawy.
    Wtedy też, podczas relaksu w basenie, wymyśliliśmy wspólnie rozwiązanie, podszlifowane jeszcze przez Damiana, które później udało się wprowadzić w życie przed upływem terminu wyznaczonego przez Jacoba.
    Otóż Dorotka zwołała nadzwyczajne walne zgromadzenie, które diametralnie zmieniło statut spółki, wprowadzając trzyosobową radę nadzorczą.

    Siedem dni musieliśmy wprawdzie odczekać, aby Bielawa z żoną nie mogli kwestionować ważności zgromadzenia, ale i tak zdecydowanie sprzeciwiali się wprowadzeniu takiego modelu zarządzania. Próbowali powoływać się na prawo weta, ale Damian szybko im wykazał, że możliwość sprzeciwu dotyczy wyłącznie kwestii zbycia udziałów. Dlatego zostali przegłosowani.
    Przy czym, głosami Dorotki i Lidki, ja zostałem wybrany przewodniczącym rady, a Romek i jeden z adwokatów kancelarii Damiana – członkami. W ten sposób zapewniliśmy sobie pełną kontrolę nad wyborem zarządu spółki, niezależnie od poglądów Bielawy.
    Następnie walne zgromadzenie zajęło się akceptacją przekazania udziałów Dorotki firmie „Lido”, którą ona wcześniej specjalnie utworzyła w tym celu. Bielawowie znowu nie mogli niczego zrobić, bo firma stanowiła jej stuprocentową własność i z punktu widzenia statutu „Limana”, prawa weta znowu nie dało się uruchomić.
    Takie też postanowienie udziałowców spółki znalazły się w protokole zgromadzenia, sporządzonym przez notariusza. Dorotka pozbyła się udziałów bezpośrednio, zachowując wciąż kontrolę nad spółką.
    A po dwunastu dniach, sąd rejestrowy „zaklepał” zmiany w statucie. Prawnie, tak czy inaczej, były one nie do podważenia, ale przyspieszenie rozpatrzenia wniosku o rejestrację było już zasługą Damiana. Jak to zrobił, tego nie powiedział. Twierdził nawet skromnie, że w ogóle niczego w tym temacie nie wie, dlatego są to jedynie moje domysły. Jednak, tak czy inaczej, problem Dorotki został definitywnie rozwiązany.
    W spółce „Lido” mogła dowolnie rozporządzać udziałami, z czego natychmiast skorzystała, przekazując je mnie. W ten sposób, formalnie nie miała już żadnych bezpośrednich związków z „Limanem”, chociaż w rzeczywistości zachowaliśmy pełną kontrolę nad firmą. Chociaż formalnie, to ja zostałem najważniejszą osobą w całym przedsięwzięciu, posiadającą praktycznie pełnię władzy. Nad Lidką też.
    Co sama skomentowała płaczliwie i żartobliwie.
    - Taka jest różnica pomiędzy mną a Dorotą. Ja oferowałam ci pracę do stanowiska mojego zastępcy włącznie, a ona od razu zrobiła cię moim szefem! I jeszcze mojego własnego męża postawiła nade mną. To jest niesprawiedliwe!
    - Wreszcie będę mógł normalnie napić się piwa w hotelowej restauracji – podśmiewał się Romek. – A jak będziesz marudziła, to ci zagrożę dymisją!

    Z Lidką mogliśmy sobie żartować, ale z Bielawą nie żartowałem. Kiedy wszystkie zmiany były już przez sąd zatwierdzone, poprosiłem go do gabinetu rady nadzorczej, który Lidka błyskawicznie zorganizowała w siedzibie spółki i bez żadnych wielkich wstępów, przeszedłem do sedna.
    - Panie dyrektorze! Powinien pan zrozumieć, że sytuacja, kiedy mając cztery procent udziałów w spółce, próbuje pan wykiwać tych, co mają ich dziewięćdziesiąt sześć, nie nastraja tych osób optymistycznie do problemu dalszej współpracy. Dlatego zostałem upoważniony do zaproponowania panu odsprzedaży udziałów.
    - Niczego nie zamierzam sprzedawać! – odpowiedź była z gatunku kategorycznych. – I nikogo nie próbowałem wykiwać! – protestował. – Korzystałem tylko i wyłącznie z przysługujących mi praw! Chyba pan nie zaprzeczy, że działałem legalnie…
    - Może i tak – przerwałem mu. – Tylko, wie pan, próba narzucenia swojej woli komuś, kto spłacił pańskie długi, a poza tym włożył w ten biznes kilkanaście razy więcej niż pan…
    - To ja zakładałem tę firmę! Ja ją stworzyłem!
    - Może pan i tworzył, ale kiepsko rozwinął. Poza tym zadłużył.
    - To były zwykle długi, miałem jeszcze płynność…
    - Wyłącznie dlatego, że wierzyciele nie wiedzieli o sobie nawzajem. I na zyski też szans nie było.
    - Kryzys dotknął nie tylko mnie, inne podmioty również…
    - Dobrze. Odsprzeda pan udziały?
    - Nie zamierzam tego zrobić.
    - Trudno… Korzystał pan ze swoich praw, dlatego nie powinien być pan zdziwiony, kiedy ja skorzystam z moich – sięgnąłem do leżącej na stole teczki, otwarłem ją i złożyłem podpis na pierwszym arkuszu, który następnie mu podałem.
    - Rada nadzorcza, niniejszym ,odwołuje pana z funkcji członka zarządu spółki „Liman”. Natomiast kwestia dalszej pracy pana na stanowisku dyrektora, pozostaje do rozważenia przez prezesa zarządu spółki. Proszę złożyć na kopii potwierdzenie otrzymania decyzji!

    Nie spodziewał się tego. Machinalnie złożył podpis na podsuniętym papierze, nawet nie czytając pisma. A później siedział nieruchomo. Sprawę miałem z głowy.
    Miał szansę zostać. Kiedy tu wszedł, na dokumencie brakowało mojego podpisu i to ja miałem podjąć decyzję, czy można go zostawić. Gdyby odsprzedał udziały, byłby już nieszkodliwy i mógłby pracować. Teraz jednak musi zostać spacyfikowany. Wprawdzie, przy istnieniu rady nadzorczej, jako zwykły udziałowiec stracił dostęp do wrażliwych dokumentów handlowych spółki, ale wiele informacji mógłby pozyskać zachowując stanowisko dyrektora. Dlatego musiał zostać pozbawiony takich możliwości.
    - Dziękuję panu, z mojej strony to wszystko! – pożegnałem go.
    Wstał i bez słowa wyszedł z pokoju. A ja poszedłem do Lidki.

    Miała w gabinecie jakiegoś człowieka, ale bardzo się spieszyłem, więc kiedy sekretarka oznajmiła, że gościem jest pracownik firmy, bezceremonialnie wszedłem do środka.
    Człowiek został odesłany z zaleceniem, że niedługo znowu zostanie poproszony, a ja przekazałem jej teczkę.
    - I po Bielawie – oznajmiłem. – Zwolnij go jak najprędzej, żeby nie wyniósł ci z firmy istotnych informacji.
    - Od dawna nie miał do nich dostępu, a zebrań zarządu nie organizowałam od czasu, kiedy zdecydowaliście o zmianach. Przewidywałam, że jak się zacznie jakiś ruch, to mógłby sięgnąć i po coś takiego. Słuchaj, powiedz Dorocie, żeby do mnie zadzwoniła, bo nie chcę jej przeszkadzać. Musimy omówić nowy skład zarządu.
    - Poczekaj do soboty. Na nic nie mamy czasu. Ja też już wracam do banku.
    - Dobrze, ale przyjeżdżamy z dziećmi.
    - Możesz wziąć nawet mamę i tatę.
    - Tak też zrobię, żebyś wiedział!

    Ale w tamten niedzielny wieczór, kiedy przyjechaliśmy z Sanoka, wszystkie plany dotyczące Limana były dopiero omawiane. W różnych innych wariantach też. I to był główny temat wieczoru. Lidka pytała nas wprawdzie o wizytę w domu, ale zbyliśmy ją ogólnikami. Nie było sensu opowiadania o wszystkim w obecności Damiana, tak samo jak nie chciałem przy Lidce poruszać spraw wciąż trwającego małżeństwa z Martą. Zresztą, Damian również ich nie tykał. Mogliśmy się zatem skupić na temacie głównym.
  • #27
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Tylko Dorotka czasem gdzieś wychodziła, chociaż dziećmi zajmowaliśmy się sami, ale nie pytałem gdzie. Dopiero wieczór, już w sypialni, powiedziała mi, że załatwiła z szefem kliniki imienne potwierdzenie planów wykonania operacji, co ułatwi jej przyspieszone uzyskania wizy dla Letyńskich. Czyli nie zapominała.
    Dlatego od poniedziałku rozpoczął się ten zwariowany tydzień…

    Jeszcze w drodze do banku zahaczyliśmy o wydział konsularny ambasady, gdzie Dorotka zostawiła formularze i paszporty. A w banku zaczęło się niby zwyczajnie. Jednak tylko zaczęło.
    Tuż przed cotygodniową odprawą, zajrzał do mnie Paweł Dedejko i poprosił o zwykłą radę. Otóż analiza wykresów wariografu poddawała w wątpliwość lojalności inspektora nadzoru prac remontowych i montażowo – instalacyjnych piętra, gdzie miał być ulokowany przenoszony z Nowego Jorku departament. A mieliśmy jeszcze niewiele ponad miesiąc na zapięcie wszystkiego na ostatni guzik. Trzeba było przebudować niektóre pomieszczenia i zainstalować zupełnie nową teleinformatykę, całkiem oddzieloną od sieci bankowej.

    Oczywiście, to nie my zajmowaliśmy się remontem, lecz firma administrująca budynkiem, której zleciliśmy wykonanie niezbędnych prac. Żeby jednak mieć nad tym jakąś kontrolę, zatrudniliśmy zewnętrzną firmę inżynieryjną do kontrolowania, czy wykonawcy zachowują nasze wymogi techniczne. Takich inspektorów nadzoru, reprezentujących nasz bank. Bo w budownictwie wiele rzeczy można ukryć i zaszpachlować, szczególnie przy pracach wykończeniowych. Na przykład rodzaj i gatunek użytych materiałów.
    Nie byli oni pracownikami banku, ale jako że mieli nas reprezentować, w dodatku czasowo dysponowali możliwością dość swobodnego wstępu do bankowej siedziby, zastrzegliśmy w umowie, że muszą przejść standardową, bankową procedurę sprawdzającą, na co firma ta przystała.

    - Wariogram pokazuje pewne odchylenia w zakresie pytań związanych z dochodami – informował Dedejko spokojnym, wypranym z emocji głosem. – Ja sobie zdaję sprawę, że na budowach bywa bardzo różnie, ale wolę dmuchać na zimne niż się sparzyć. Dlatego też, nie informując oczywiście o powodach, zwróciłem się do pana Kostrzyńskiego z pytaniem, czy mógłby w jakiś sposób zweryfikować ich działania, czyli mówiąc prościej, skontrolować jakość wykonywanych prac.
    - Artura? Przecież to informatyk. Nie zna się na instalacjach.
    - Wiem o tym – wstrzymał mnie gestem dłoni. – Tym niemniej znalazł w swoim zespole kogoś z odpowiednim sprzętem, a moi ludzie umożliwili im dyskretne wykonanie kilku pomiarów. Niestety, wyniki są złe. Wprawdzie ja tego nie potrafię ocenić, ale ich opinia jest zgodna. Instalacja nie spełnia wymogów i będzie powodować zakłócenia w funkcjonowaniu.
    - Za czterdzieści dwa dni ma się zacząć montaż sprzętu.
    - Ja również o tym wiem. I uważam, że czas powiadomić o tym panią prezes – spojrzał na mnie wyczekująco.

    A ja milczałem. Znałem temat zupełnie pobieżnie, podobnie zresztą jak i inne. Tu ciągle wszystko było dla mnie nowe. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że Dorotka ma po uszy innych zajęć. Poznanie pełnej sytuacji tak dużego banku, jego mocnych i słabych stron, nie było zadaniem na dwa tygodnie. Analiza portfeli, ocena kadr, uruchomienie planów na przyszłość… W dodatku doszła jej teraz ta sytuacja z dziewczynką…
    Cały, kompletny sprzęt systemu informatycznego miał przylecieć ze Stanów w określonym dniu. Wraz z ludźmi odpowiedzialnymi za jego montaż i uruchomienie. Ale, do jasnej cholery, przecież oni nie będą przeciągać kabli i malować ścian! A tu się okazało, że nasze firmy nie dość, że dostały zlecenie na niemałą kasę za przyjęcie robót jako bardzo pilnych, to próbują jeszcze po cichu dorobić się na fuszerkach…

    - Co dyrektor Howel na to? – zapytałem.
    Dedejko pokręcił głową.
    - Jeszcze niczego nie wie. Na razie temat zgłaszam panu, bo zerwanie umowy spowoduje problemy prawne, no i, według Kostrzyńskiego, wszystko trzeba będzie robić od nowa. A czasu jest coraz mniej. Pani Dorota powinna o tym wiedzieć.
    - Dobrze! – podjąłem decyzję. – Teraz ma być odprawa, a kiedy będzie się kończyć, powiadomię pana. Nie wszyscy muszą o tym wiedzieć.
    - Zupełnie słusznie – zgodził się. – Jestem za.
    - A Romek wie? – zapytałem.
    - Nie informowałem go – przyznał. – Skoro nie zajmuje się już bieżącym zarządzaniem, to nie chciałem zawracać mu głowy.
    - Oj, podejrzewam, że będzie trzeba. Ale to nic, zdążymy. Czyli przy końcu odprawy dzwonię do pana.
    - Będę czekał – odpowiedział krótko.

    Jednak i po odprawie, trudno było znaleźć chwilę czasu. Dorotka zajęła się rozmową z Joasią i dyktowała jej zlecenia. A ta, nie będąc wprowadzona w dziwną tematykę pomocy nieznanej Letycji, musiała uważnie notować wszystko, żeby później nie popełnić błędu. Chociażby przy zakupie biletów dla dziewczynki i jej matki.
    Bilety w klasie biznesowej, aby mogły skorzystać z wejścia dla VIP-ów i uchronić małą poszkodowaną przed ciekawskim tłumem gapiów, oraz możliwością dokonania odprawy paszportowo – celnej w sposób dyskretny, nie potęgujący jej stresu. A później Joasia miała zredagować i wysłać zlecenie do kliniki Gemini na przysłanie we czwartek, na lotnisko w Nowym Jorku, specjalistycznej karetki do przewozu osób wraz z opiekunami. Jak również o lekarza, który odbierze pacjentkę z samolotu.
    Dopiero później przyszedł czas na nas.

    Dorotka, wysłuchawszy relacji, zapytała mnie krótko.
    - Co o tym myślisz?
    - Normalnie – odpowiedziałem bez wahania. – Paweł poprosi ich na rozmowę, ale i tak muszą wylecieć.
    - Dowody są tak mocne?
    - Jeśli potwierdzą się wyniki pomiarów, to tak. Tylko musimy zrobić to oficjalnie, na uznanym sprzęcie, przez osobę posiadającą stosowne uprawnienia.
    - I co dalej? – drążyła.
    - To Romka działka. Niech coś wymyśli. Ale wygląda na to, że wszystko trzeba będzie zrobić od nowa.
    - A wykonawca?
    - Zagrozimy karami umownymi. A jeśli się nie spręży, to za kilka dni sam znajdę wykonawcę.
    - Czyli wiesz co robić i masz moje błogosławieństwo! – nacisnęła przycisk telekomu. – Pani Stello! Poproszę do mnie!
    Sekretarka weszła niemal natychmiast.

    - Proszę skontaktować się z Joasią i przekazać jej, że będą potrzebne jeszcze dwa bilety. Jeden w klasie biznes, a drugi zwykły. Dla dyrektora Dalerskiego i kogoś, kto pojedzie z nim. Osobę sam wskaże. Więc rezerwacja bez nazwiska. I to absolutnie koniecznie!
    - Dobrze, proszę pani! – odparła krótko i wyszła.
    - Weźmiesz Romka ze sobą?
    - Nie mam wyjścia. Romek musi na razie odłożyć projekt nowego systemu i zaangażować się w nadzór nad tym, co się dzieje. Nie chciałabym, żeby z Nowego Jorku przyjechali ludzie ze sprzętem, a instalacja była w lesie.
    - A ten drugi?
    - Niech kogoś oddeleguje, albo zatrudni. Ma wolną rękę, ale niech to będzie człowiek, który weźmie sobie zadanie do serca. I niech obydwaj już kompletują ekipę! Biorę ich po to, żeby poznali wszystkie wymagania i wiedzieli co mają robić. To nie jest moja specjalność i nie mam zamiaru nimi sterować. Tym niemniej oczekuję efektów. I to już zaraz. Przepływ informacji technicznych musi się zacząć od dziś!
    Teraz jeszcze jedno. Będą nam potrzebne cztery mieszkania dla wyższych specjalistów departamentu, w miarę komfortowe, oraz jeden apartament klasy luks. Co najmniej sto dwadzieścia metrów. Dla mojego zastępcy. To wszystko trzeba znaleźć i wynająć już teraz, aby za miesiąc były dostępne. Jeśli będzie trzeba – doposażyć z naszych środków. Popędź Howela, szefa administracji, a kontrolę wykonania pozostawiam na twojej głowie.
    - Dobrze, skarbie.
  • #28
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Czyli, wracając do tematu, konkluzja jest taka. Panie Pawle, proszę z tym wszystkim zwracać się do Tomka. Niech pan jeszcze raz spróbuje ich prześwietlić, czy nie mają tutaj kogoś im sprzyjającego, a potem na aut! I zajmijcie się tym sami, ja mam dość zajęć. Nie chcę już niczego o tym wiedzieć! Tomek, masz pełnię władzy. I przeczołgaj tego, jak mu tam… Howela. To on ich tu sprowadził. Nie ma lepszych ludzi? Ja mam za niego szukać?
    Acha, zostaje mecenas Talarek. Wprowadźcie go w sprawę, niech wciśnie im pięść w gardło! Renomowana firma, cholera! – zaśmiała się. – Będzie wiedział co robić. I panie Pawle… dyrektor Howela tak samo do przeglądu! Za dużo tu przypadków!
    - Dobrze już, dobrze. Jedna głupia sprawa, a tyle problemów… – westchnąłem.
    - Takich głupich spraw jest o wiele więcej – zauważyła. – Słyszałeś na odprawie o sytuacji w kredytach.
    - Słyszałem. Paweł znowu będzie miał zajęcie – spojrzałem na Dedejkę.
    - Ja zawsze mam zajęcie – westchnął. – Rzeczywiście, trudno się nudzić.
    - I tak to się toczy… – westchnęła Dorotka, uśmiechając się do mnie. – Nie spodziewaj się więc, że jutro poleżysz w pracy! – roześmiała się wstając i podchodząc blisko. Cmoknęła mnie w policzek, po czym powiedziała łagodnie. – Idź już! Idźcie! Muszę zająć się teraz analizami i potrzebuję spokoju. A niemało zajęć jeszcze dzisiaj mnie czeka.
    - Pa! – odpowiedziałem krótko, posłałem jej całusa i wyszliśmy z gabinetu.

    - Może wejdziemy do mnie? – zaproponowałem, jeszcze w sekretariacie.
    - Nie lepiej od razu pójść do Romka? – zastanawiał się.
    - Pani Kasiu! – zapytałem drugiej sekretarki. – Proszę sprawdzić, czy dyrektor Dalerski jest u siebie.
    - Już, panie dyrektorze! – odparła krótko.

    Pani Kasia. Ta sama, która kilka miesięcy temu, chciała mnie wypędzić z sekretariatu, bo nie figurowałem na liście osób, które tego dnia miała przyjąć Dorotka…
    Już pośmialiśmy się wspólnie z tego wspomnienia, wiedziała, że absolutnie nie mam o to do niej pretensji, tym niemniej teraz starała się być wobec mnie perfekcyjna i gotowa na każde skinienie. Niemal ideał sekretarki. Kompetentna i dyskretna. Dorotka dobrze o tym wiedziała, kiedy powierzyła jej zakładanie tamtego konta dla Marty. Wypełniła wtedy zadanie bez zarzutu i zbędnych pytań. Teraz też temat dla niej nie istniał.
    - Dyrektor jest u siebie – zameldowała po jakichś rozmowach.
    - To my będziemy u niego.
    - Będę pamiętała.

    Romek nie brał udziału w regularnych, cotygodniowych odprawach. Powiedział Dorotce, że tematy oszczędności, kredytów, inwestycji i pochodnych, interesują go mniej niż średnio i szkoda mu czasu na pierdoły. Ja natomiast musiałem, bo sobie tego zażyczyła. Abym oswoił się z problematyką działalności banku.
    Poza tym personel miał się przyzwyczaić do tego, że będę tutaj osobą do różnych zadań specjalnych. Z niemal nieograniczonymi pełnomocnictwami. Wprawdzie duża część kadry poznała mnie w dniu, kiedy prezes Wiliam Bernet wprowadzał Dorotkę na funkcję prezesa zarządu i zaraz też dowiedziała się, że jedną ze swoich pierwszych decyzji mianowała mnie dyrektorem gabinetu oraz szefem zespołu swoich doradców, ale mogła potraktować to nieco lekceważąco. Nic bardziej mylnego...
    Od razu też zaczęła mnie używać jako swoistego odkurzacza, takiego nieformalnego zastępcę od wykonywania czarnej roboty, bo sama nie miała na to czasu, ani ochoty. Ja byłem złym policjantem, a ona tym dobrym. Musiała też pilnie zająć się finansami, bo te wyglądały nie najlepiej. Przecież narzekania Romka na lotnisku, nie wzięły się z niczego.

    Kilkumiesięczny brak stabilnego zarządcy narobił troszeczkę szkód. I chociaż dyscyplina była formalnie zachowana, tym niemniej od razu ujawniły się przypadki braku nadzoru średniego szczebla, a to, chociaż jednostkowo błahe, zsumowało się nieciekawie. I wszystkie wskaźniki poleciały na łeb, na szyję.
    Gdyby teraz był bal, nie byłoby się czym chwalić. Na nasze szczęście, do końca roku jeszcze daleko, chociaż bilans półrocza nie będzie imponujący.

    Romek, posiadający status głównego specjalisty i doradcy prezesa zarządu, odpowiadał teraz głową za nowy projekt e-banku, z całodobową realizacją internetowych zleceń płatności w czasie rzeczywistym. Rzecz niespotykana na polskim rynku, gdzie wieczorne, internetowe przelewy, musiały czekać na nastanie nowego dnia, aby zostały zaksięgowane.
    Miał już swój nowy gabinet i sekretarkę Urszulę. Niemłodą, ale doświadczoną osobę, co rzucało się w oczy. Pewna i opanowana, mogłaby nawet pracować w gabinecie ministra.
    - Pan dyrektor rozmawia z jednym z pracowników, ale prosił, żeby panowie weszli – oznajmiła nam po powitaniu.

    Kiedy przekroczyliśmy drzwi, obydwaj powstali z foteli. Między nimi, na stoliku, pozostał brulion z jakimiś odręcznymi zapiskami. To był młody człowiek, dwudziestokilkuletni. Zanim wyszedł, Romek uprzedził go, że później poprosi go znowu.
    Przywitaliśmy się po męsku, uściskami dłoni.
    - Coś się chyba dzieje, bo taki skład… proszę! Siadajcie! – jak zwykle, był bezpośredni.
    - Nad czym tak debatowaliście? – zainteresowałem się, sadowiąc w fotelu.
    - Ja pracuję, proszę cię! – odpowiedział dobitnie. – Tomek, ja pieprzę! Małolaty zaczynają mnie wyprzedzać.
    - Też mi rewelacja! – zaśmiałem się. – Dawno ci o tym mówiłem. W twojej branży to oczywiste.
    - Ale do cholery, staram się być na bieżąco i nie daję rady!
    - Dlatego wrzuć na luz. Powiedzieć ci, dlaczego Dorotka wyrzuciła cię ze stołka nadzorcy bankowej informatyki? Sam jej to podpowiedziałem.
    - Ty??? Ty mi to zrobiłeś???
    - Oczywiście, że ja! Marnowałeś się tam. Przeżuwanie tematów dawno już skosztowanych i skonsumowanych… zrozum! Teraz dostałeś szansę komponowania nowych dań.

    - Właśnie próbuję to robić… – westchnął. – A ten małolat jest niezły. Tomek! Jest taka sprawa. Jeśli przyszłoby zatrudnić młodą ekipę całą grupą…
    - Jak liczną grupą?
    - Posłuchaj! Znalazłem zespół takich samych nawiedzonych zapaleńców, jakimi kiedyś byłem sam z kumplami. Ale to jest już inne pokolenie. Nie dają się rozdzielić i stawiają mi warunek, że albo wszyscy, albo nikt.
    - Więc bierz ich wszystkich! – odpowiedziałem obojętnie.
    - A co mam powiedzieć kadrom?
    - Że kadry pracują w banku Solution Poland S.A. Możesz też zapytać, czy jeszcze chcą nadal tutaj pracować…
    - Pierdolisz! Dorota się na to zgodzi?
    - Jasna cholera! Czy ty zrozumiesz wreszcie, że przestałeś być chłopcem do bicia? Romek! Odpowiadasz teraz za cały pion teleinformatyczny, za jego przeszłość, przyszłość i funkcjonowanie na dziś! Dlatego masz w rękach instrumenty, którymi możesz się posłużyć! I to twoja wola z których i jak skorzystasz!
    - Kadrowe też? – zapytał niepewnie.
    - Wszelkie! Wielkie nieba… Romek… o ilu osobach mowa?
    - Jest ich dziewięciu.
    - Więc jaki masz problem? – skrzywiłem się. – Czy Solution zawali się przez płace dziewięciu osób? Nie żartuj nawet. Oczywiście, umowa o pracę czasowa, pierwsza na trzy miesiące, druga na kolejnych dziewięć, czyli w sumie do roku, a jeśli będziesz z nich zadowolony, to trzecia już stała, na czas nieokreślony. I tylko od ciebie zależy, czy coś komuś skrócisz, czy też wydłużysz…
    - Mógłbyś mnie coś wydłużyć… – burknął.
    - Lidka by cię nie poznała, pozostań przy tym co masz! – strzeliłem bez namysłu.
  • #29
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Nie zawieramy teraz umów o dzieło? – Dedejko wrócił do poprzedniego tematu.
    - Ależ nie o to chodzi – wyjaśniłem. – Nasz wizerunek musi być jasny. Nie ma mowy o relatywizacji prawa. Oczywiście, jeśli chodzi o pojedyncze tematy, kiedy zadania są dokładnie określone, to powinna być umowa zlecenie, czy też o dzieło. Ale rozmawiamy o kwestiach zatrudnienia, a tutaj Dorotka nie życzy sobie żadnych wykrętów.
    Zwykłych pracowników ma obowiązywać procedura trzech etapów. Umowa wstępna na trzy miesiące, ocena przełożonych i jej przedłużenie do roku, a potem decyzja ostateczna.
    Oczywiście, można te okresy skrócić, ale nigdy wydłużyć! I nie będzie bezpłatnych staży, ani podobnego wolontariatu. Za pracę się płaci, bo to pozwala oceniać jej efekty i wyliczać koszty. Oraz, co najważniejsze, wystawiać właściwą ocenę kandydatom. Bo wolontariatu nie da się oceniać bezstronnie. A bank nie jest instytucją charytatywną.
    - Czyli coś się jednak zmienia – zauważył Dedejko.
    - Mam nadzieję, że pan to akceptuje? – zapytałem retorycznie.
    - Nie inaczej, panie Tomaszu! – zapewnił. – Jestem pod wrażeniem!
    - Dziękuję. Tak na marginesie… Mam do pana sprawę prywatną, ale to później. Na razie wróćmy do zagadnień służbowych.
    - Powtórzę, że jestem do pana dyspozycji.
    - Kawa czy herbata? – zapytał Romek. – Siedzimy tu jak na pustyni…
    - Nie sądź, że moja sekretarka parzy gorszą kawę niż twoja! – odgryzł się Dedejko.

    Roześmieliśmy się, bo wszyscy mieliśmy kawę z automatów. Nienajgorszą, ale jednak standardową. Tylko Dorotka, no i ja przy okazji, dysponowaliśmy w pracy innymi możliwościami w tym zakresie. Ale teraz inna kawa nie wchodziła w grę.
    - Romek, lecisz we czwartek z Dorotką do Nowego Jorku – oznajmiłem bez ogródek.
    - A po co?
    - Zostajesz pełnomocnikiem do spraw informatyki, w pełni odpowiedzialnym za zgranie, wdrożenie i uruchomienie teleinformatyki departamentu wschodniego. Poza tym mamy inne kłopoty, ale to już zadanie Pawła.
    Zamyślił się, przeciągnął dłonią po brodzie i przeleciał po nas wzrokiem.
    - W czym są problemy?
    - Ujawniono fatalne kable… – odezwał się Dedejko.
    - Co? Już teraz? To gratuluję! – Romek roześmiał się. – Premia dla tego, kto to odkrył! Potem byłyby niewąskie jaja.
    - Ale to ty masz znaleźć rozwiązanie. Inspektorzy nadzoru prawdopodobnie dali dupy i jeszcze dzisiaj stąd wylecą. Musimy cały temat wziąć na siebie i na twoich ludzi, rozumiesz?
    - I co, do cholery, ja się mam rozdwoić czy roztroić? Mam wykonywać nadzór nad tym co funkcjonuje, wymyślać program wirtualnego banku na przyszłość i teraz jeszcze drugi system korporacyjny? Tomek, to są zupełnie różne rzeczy! To musi się zgrać z nimi, a nie z naszym, europejskim porządkiem. To coś zupełnie oddzielnego i wymaga oddzielnej obsługi.
    - Czy ktoś mówił inaczej?

    - No nie… – nagle spuścił z tonu. – Dobra, powiedzcie mi o co chodzi?
    - Masz się zająć tym, co najpilniejsze. A ja zostałem koordynatorem tych działań. I dwa tematy są bardziej niż gorące. Po pierwsze, potrzebujemy kogoś, kto zaraz, z marszu, prześwietli to co już zrobiono w budynku, a drugi wygląda tak, że potrzeba utworzyć zespół informatyczny, zajmujący się departamentem. Który tam już zostanie. I ty jesteś za to odpowiedzialny. Za całe jego funkcjonowanie, od opracowania zasad i regulaminów, po jego skład personalny. Nie mówiąc nawet o fachowości! Rób co chcesz, ale wiedz, że to ciebie Dorotka później rozliczy.
    - Tak… – westchnął. – I ja kiedyś myślałem, żeby ją poderwać… – przyznał filozoficznie, łapiąc się za głowę w bezradnym geście. – Dumałem nawet o ożenku!

    - Nie jest tak źle, mówię ci! – odpowiedziałem mu wesoło. – Można przeżyć!
    - Widocznie jesteś bardziej wytrzymały niż ja… – mruknął. – Co proponujesz na teraz? – zmienił ton na poważny.
    - Poszukajcie z Arturem kandydata na szefa działu i weźmiesz go w czwartek ze sobą. Artur niech jak najszybciej poda Joasi jego personalia.
    - A z tym przekrętem?
    - No właśnie. Co ty proponujesz?
    - Co tu można proponować? Miernik, pomiary i to wszystko! Kable i pozostały osprzęt były dokładnie wyspecyfikowane w podpisanej notatce. Więc jeśli nie ma certyfikatów i zastosowano zamienniki, to wszystko musi być zrobione od nowa.
    - Poproś panią Urszulę niech ściągnie tu Artura i dyrektora Howela. Z Talarkiem sam później porozmawiam.
    - Jak chcesz…

    Nie minęło pół godziny, kiedy całą ekipą wkroczyliśmy na wydzielone, czwarte piętro. W towarzystwie kierownika robót, wyznaczonego przez zarządcę obiektu. I nawet nie trzeba było niczego mierzyć.
    Artur poprosił wykonawców o przedstawienie atestu zastosowanych kabli i jeden rzut oka mu wystarczył. To był o wiele tańszy zamiennik. Innej kategorii i znacznie gorszej jakości. A ponieważ wcześniej razem z mecenasem Talarkiem przestudiowaliśmy nasze zamówienie, oraz notatki z uzgodnień korygujących, wniosek był oczywisty. Próbowano zrobić na nas niemałe „oszczędności”, narażając jednocześnie na duże straty i niefunkcjonalność systemu informatycznego.
    - Kto podjął decyzję o odstępstwie? – zapytałem kierownika remontu. – Nasze zamówienie wyraźnie opiewa na inne materiały.
    - Przecież to nie ma znaczenia – odparł, wzruszając ramionami. – To jest odpowiednik i zawsze można tak zrobić.
    - Nie można! – powiedziałem z naciskiem. – Jest to wyraźnie zaznaczone w zamówieniu! Każde odstępstwo musi być uzgodnione z naszymi specjalistami. Panie inżynierze Kostrzyński, czy ktoś z panem to uzgadniał?
    - Nie! – padła krótka odpowiedź.
    - Uzgodniliśmy to z panem inspektorem! – wskazał gestem stojącego obok człowieka.

    - Czy pan jest specjalistą od instalacji teleinformatycznych? – zapytał mnie „nasz” inspektor.
    - Nie jestem – przyznałem. – Dlatego to właśnie panu powierzyliśmy reprezentację naszych interesów. Pańskim zdaniem taka zamiana jest dopuszczalna?
    - Proszę więc nie wypowiadać się w tematach, w których nie posiada pan wiedzy! – pouczył mnie wyższością. – Ja nie przychodzę do pana wtrącać się w pańskie sprawy!
    - Może i nie… – westchnąłem.

    Gość był na tyle bezczelny, że sprowokował mnie do ostateczności.
    - Pańska opinia, panie inżynierze? – zwróciłem się do Artura.
    Wyjął wtedy z teczki wydruk z miernika, podpisany i opieczętowany, jako oficjalny dokument.
    - Pomiary kontrolne elementów i fragmentów wykonywanej instalacji nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Parametry rażąco odbiegają od żądanych i wskazanych w zamówieniu, czyli instalację należy wykonać od nowa. Tego nie da się poprawić, bo zastosowane materiały na to nie pozwalają. Ich jakość jest niedostateczna.
    - Co pan pieprzy! – zirytował się inspektor. – Kto to mierzył i czym? Na tym trzeba się znać! To nie jest dla amatorów!
    - Proszę! – Artur podał mu wydruk. – Tam jest podpis i numer uprawnień. Proszę to sobie zachować na pamiątkę! – dodał, podając podobny egzemplarz kierownikowi.
    - Moja decyzja jest następująca – oznajmiłem sztywno, nie czekając już na żadne wykręty. – Panie dyrektorze! – zwróciłem się do Dedejki. – Pan inspektor nie ma już prawa wstępu do części administracyjnej banku. Od zaraz teraz!
    - Rozumiem! – odparł, potakując ruchem głowy.
    - Poza tym wszyscy mają opuścić piętro, a ochrona niech zabezpieczy dostęp, aby nikt nie mógł tu wejść!
    Odpowiedzią było skinienie głową.
  • #30
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Natomiast pan – spojrzałem na Howla. – Proszę natychmiast skontaktować się z firmą pana inspektora i powiadomić ich o powstałej sytuacji. Umowa o nadzór zostaje zawieszona i będziemy domagać się odszkodowania. Kontakt u pana mecenasa Talarka. Poza tym skontaktuje się pan z zarządcą i zawiadomi o wstrzymaniu wszelkich prac ze względu na stwierdzone i udowodnione oszustwo. Niech jak najszybciej zgłosi się u mnie razem z certyfikatami i fakturami na wszystkie zastosowane materiały. Nawet farby podkładowe, bo teraz mam prawo podejrzewać, że tu także na nas zaoszczędzono!
    I proszę go powiadomić, że zamierzam zlecić ekspertyzę biegłemu sądowemu, której koszty odliczymy od kontraktu. Niech też nie zapomni przeczytać wcześniej klauzuli o finansowych skutkach niedotrzymania terminu zakończenia robót. Może pan również dodać, że nie wyobrażam sobie ujrzenia tutaj dotychczasowego kierownika robót. To wszystko!
    - Ja tu zostanę przez jakiś czas – odezwał się Dedejko, wyjmując telefon.
    - Oczywiście! – zgodziłem się. – Proszę do mnie zaglądnąć, kiedy będzie pan wolniejszy.
    - Tak jest! – rzucił krótko, wybierając jakiś numer.
    Jeden z ochroniarzy pozostał z nim, a my ruszyliśmy w stronę wind.

    Było wpół do pierwszej, a ja nie zrobiłem jeszcze niczego z zadań na dzień dzisiejszy. I nawet nie zjadłem śniadania.
    - Jest ktoś u szefowej? – zapytałem, powróciwszy do sekretariatu.
    - Inspektor Alicki z naszej kontroli wewnętrznej.
    Czyli Dorotka była zajęta. Ciekawe, czy sama już jadła…
    Wszedłem do jej gabinetu. Siedziała przy swoim biurku, mając naprzeciwko siebie niemłodego mężczyznę.
    - Dzień dobry panu! – pozdrowiłem go, zauważywszy, że przerwał swoją wypowiedź.
    - Dzień dobry! – odparł, podnosząc się.
    - Proszę siedzieć, ja jestem niewidoczny – zażartowałem, kierując się w stronę prywatnej części gabinetu.
    - Tomek, zaraz do ciebie dołączę – odezwała się. – Ja też jeszcze nie jadłam.
    - Więc poczekam – usiadłem skromnie w fotelu.
    Wymienili jeszcze kilka zdań i mężczyzna wyszedł. Dorotka poinformowała sekretarki, że jest zajęta i razem przeszliśmy na zaplecze.

    Wszystko zostało tu po staremu. Tylko Johna rzeczy zniknęły, a pojawiły się nasze. Była tu zapasowa bielizna, odzież i kosmetyki, można było się umyć, wykąpać, przespać, a nawet zamieszkać przez jakiś czas. Był też stół, na którym kochaliśmy się wtedy, po balu…
    Teraz zrobiliśmy to tylko jeden raz. Drugiego dnia po objęciu funkcji przez Dorotkę i to bardziej symbolicznie niż z potrzeby. Nie było na to czasu. Wieczorem, już w domu, kiedy byliśmy odprężeni, wychodziło nam znacznie lepiej.
    - Co załatwiasz? – zapytałem, kiedy rozstawiała talerzyki. Śniadania dla całego banku dostarczała w cateringu kuchnia „Talizmana”. Dla nas był to oddzielny pojemnik.
    - Słyszałeś na odprawie o kredytach…
    - Coś się pogorszyło?
    - Wskaźnik kredytów przeterminowanych w ciągu trzech miesięcy bardzo poleciał w dół. Kiedy dział kontroli przyglądnął się temu, okazało się, że dwa oddziały wyraźnie wpłynęły na całość wyników. A jednym z nich jest śląski. Słuchaj, może wybierzesz się tam, co? Przyglądniesz się im, a potem porozmawiasz ze Stefanem. Chciałabym poznać prawdziwą atmosferę w nim panującą.
    - Mówiłaś Stefanowi, żeby nie chwalił się w banku naszą znajomością.
    - Porozmawiacie u niego w domu. W banku rzeczywiście byłoby lepiej, gdybyście nie afiszowali się rodzinnymi powiązaniami.

    - A inspektorzy coś wykryli?
    - Czy wykryli… wiesz, oni kontrolują dokumenty. I w papierach wszystko się niby zgadza. Kwestia ryzyka uwzględniona, zabezpieczenia są, ale jak się okazało, w kilku sytuacjach te niby zabezpieczenia są wirtualne i w zasadzie nie do ugryzienia. Trzeba jeszcze sprawdzić, czy skład decydentów w tych sprawach jest podobny, czy decyzje podejmowała ta sama osoba. Nie sprawdzono tego, bo wnioski z analiz przyszły później, a w naszych materiałach tego nie ma. To trzeba sprawdzić na miejscu.
    - Nie możesz wysłać inspektora?
    - Mogę, ale inspektor nie pozna kuchni. A ja chciałabym, żebyś dowiedział się czegoś od Stefana. Przecież on jest wewnątrz!
    - Kiedy mam jechać?
    - Nawet jutro. Bo później nie będzie czasu.
    - Nie wiem czy załatwię z tym remontem…
    - A jak to wygląda teraz?
    - Przerwałem prace, zerwaliśmy umowę z nadzorem, inspektor wyrzucony, kierownik robót też. Czekam teraz na administratora, który ma wcześniej przeczytać o karach umownych za niedotrzymanie terminu.
    - I bardzo dobrze. Czyli dzisiaj to załatwisz?
    - Może… Ale miałem wstępnie rozmawiać z kandydatami na twoich doradców!
    - To może zaczekać. Mamy pilniejsze sprawy.
    - A mówiłaś, że jesteś tak dokładnie zorganizowana, zaplanowana…
    - To należy dopiero zrobić! – roześmiała się. – Zorganizować i rozplanować! Bo na razie jeszcze gasimy pożary! Czyli jutro jedziesz do Stefana – spojrzała na mnie w oczekiwaniu na potwierdzenie.
    - Jeśli chcesz, to oczywiście, że pojadę.
    Wtedy uruchomiła wewnętrzną łączność.

    - Pani Stello, poproszę do mnie ponownie pana Alickiego za… powiedzmy piętnaście dwadzieścia minut, dobrze?
    - Dobrze. Pani prezes, dzwoni dyrektor rzeszowskiego oddziału i mówi, że ma pilną sprawę z jakimś kontem…
    - Proszę mu odpowiedzieć, że konto charytatywne jest legalne, wiem o nim, pan burmistrz i pani Grodzicka mają złożyć podpisy i niech mnie już dzisiaj nie drażni.
    - Naprawdę tak powiedzieć?
    - Dokładnie tak! Teraz jem i nie będę rozmawiała. Jeśli ma jeszcze wątpliwości, to proszę go skontaktować z dyrektorem Baryckim.
    Wyłączyła telekom.