Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

'Mąż pani prezes' - kolejna część opowiadania.

retrofood 29 May 2021 22:14 3249 86
Optex
  • #31
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Dobrze. Jestem już poważny. Zacznijmy od propozycji. Dostałaś szansę wejścia na listę, tyle że nie wiesz na jakiej będziesz pozycji. Jaki numer w kolejce zajmiesz.
    - Cholera… nie wiem!
    - Właśnie. Czy będzie to miejsce mandatowe, czy nie. Bo jeśli mandatowe, wtedy prawdopodobnie zostaniesz posłem. Ale jednocześnie nabruździsz dotychczasowym bonzom i notablom, oraz staniesz się dla nich wrogiem. Szczególnie dla tych, których będziesz miała blisko za sobą. Na kolejnych miejscach. A przecież każdy z nich zbudował wokół siebie jakiś układ, który przez jakiś czas będzie działał. Nawet kiedy ich samych ewentualnie nie stanie.
    - O tym myślałam.
    - Jeśli natomiast dostaniesz miejsce niemandatowe, to możesz spotkać się z sytuacją, że ludzie przestaną ci wierzyć.
    - Tego nie rozumiem. Co masz na myśli?

    - To proste. „Naszą” Lidkę dali gdzieś na poślednim miejscu, czyli w „naszą” nie wierzą. A więc, na wszelki wypadek nie będziemy na nich głosować. A poza tym, „nasza” chyba przestaje się liczyć…
    - To jest możliwe.
    - Właśnie! A teraz wróćmy do korzeni. Jeśli zechcesz zostać posłem, to prawdopodobnie będziesz musiała zrezygnować z Limana.
    - Nie ma takiego przymusu! – zaprotestowała.
    - Będziesz miała czas na poważne kierowanie firmą?
    - Jakimś problemem może to być.
    - I kto ciebie zastąpi?
    - Szef rady nadzorczej, czyli ty.
    - Nie miałaś czasem wypadku drogowego podczas tego spaceru? – zapytałem ironicznie.
    - Nie! – chichotała.
    - Lidka, ja też umiem się wygłupiać.
    - No dobrze już, dobrze… Co mi w takim razie doradzisz?

    - Nie wiem. Rozmawiałem z Dorotką. Nie chciałaby, abyś porzuciła Limana. A tak w ogóle, przecież ty masz tutaj większe pieniądze niż dieta poselska.
    - Tomek! Wiem o tym. Nie mam zamiaru zostawiać komukolwiek „Limana”, bo to jest moje dziecko! Hodowałam go sama, zostawiłam w nim litry potu i nie wyobrażam sobie sytuacji, że mogłabym tu przyjechać i oglądać coś, co mi się nie podoba. Dopuszczam taką sytuację wyłącznie wtedy, kiedy będę niesprawna i, lub, zbankrutuję. Inaczej do tego nie dopuszczę!
    - Chwała ci za to.
    - Więc powiedz mi, co ja mam powiedzieć im?
    - Nie da się wykorzystać sytuacji, że nie znasz swojego miejsca na liście?
    - Nie, żadne takie decyzje prawdopodobnie jeszcze nie zapadły.
    - Otóż to. Pora na takie manewry przyjdzie później, ale ty nie będziesz miała na to najmniejszego wpływu. Jesteś bezpartyjna i nikt cię na posiedzenia określonego gremium decyzyjnego nie zaprosi.
    - Właśnie.

    - Ale cię podeszli! – zauważyłem, sięgając po następny kieliszek.
    Lidka dotrzymała mi towarzystwa, jednak nie pozwoliła odpocząć.
    - I co?
    - A nie mogłabyś odmówić otwarcie?
    Spojrzała na mnie z politowaniem.
    - Czyżby ci się wydawało, że marszałek województwa i przewodnicząca ważnej komisji sejmowej, uganiają się po kraju zupełnie przypadkiem? Tak dla turystyki?
    Pytanie było retoryczne, dlatego je pominąłem.
    - Obiecywałaś im coś? Jak do tego doszło? Od czego się zaczęło?
    - To nie były obietnice. Były konkretne rozmowy o regionie, o tym co robimy, o moich planach, o zamierzeniach i o całej tej mojej determinacji…
    - Czyli podeszli cię z zaskoczenia, jak pierwszą naiwną.

    - Niestety, ale tak. Dużą polityką niespecjalnie się interesowałam. Wydawało mi się, że to wszystko co robię jest czyste, a największe zagrożenie jest w tym, żeś się kiedyś pieprzył z panią posłanką Anną… Ty słuchaj, a jakbyś ją teraz przeleciał?
    - Daruj sobie.
    - Ciekawe, czy by ci odmówiła.
    - I ty to mówisz? Koleżanka Dorotki?
    - Oj, nie przesadzaj, teoretyzuję teraz. Ja już niemal głupieję od tego wszystkiego i każde rozwiązanie biorę pod uwagę.
    - Z dwojga złego, wolałbym się przespać z tobą.
    - Dziękuję za uznanie, ale przypominam ci, że jesteś wyłącznie teoretykiem. Sypiałam z tobą nie jeden raz i jakoś… – spojrzała ze złośliwym uśmieszkiem – …bez efektu! Już mi nie obiecuj!
    - Małpiszon.
    - Miło pana poznać, Lidka jestem! A teraz skup się na prozie życia.

    - I tak źle, i tak niedobrze…
    - Wiem. Gdyby było inaczej, nie potrzebowałabym rady.
    - A jak sądzisz, masz szansę na miejsce mandatowe?
    - Raczej nie. A właściwie, nie ma takiej opcji. Tomek, nie zapominaj, że jest tu całkiem niemałe stado lokalnych działaczy partyjnych, którzy czepią się każdej posady, byle była państwowa. Bo niczego innego nie potrafią. Dlatego zrobią wszystko, aby mnie w takiej sytuacji uziemić. Kiedyś Zbyszek o tym wspominał.
    - Rozmawiałaś z nim na takie tematy?
    - Uprzedzał mnie. Byli w województwie na jakiejś odprawie samorządowej i opowiadał, że pan marszałek potraktował go wtedy bardzo przychylnie. Co nie jest dziwne, bo on należy do stronnictwa. Interesował się wtedy moim wynikiem w wyborach.
    - Czyli dobrze się domyślałem, to jest właściwy powód ich zainteresowania twoją osobą.
    - Zbyszek sugerował coś podobnego. Powiedział, że źle mu to pachnie, że coś kombinują, jakąś transakcję w stylu coś za coś. Będą nas dalej wspierać i hołubić, ale nie za darmo. Że niewątpliwie dalsze poparcie uzależnią od czegoś. I dzisiaj się dowiedziałam.

    - Czyli masz być dostarczycielem głosów na listę, twoja kandydatura ma zapewnić ich zwycięstwo co najmniej w powiecie.
    - No i jakieś środki finansowe na kampanię, ale to pryszcz. Odżałowałabym.
    - Dobrze, podsumujmy zatem. Na miejsce mandatowe w rzeczywistości nie masz szans, więc...
    - Stop! Spokojnie. Rozpatrzmy każdy wariant, a więc i taki, że to miejsce mi zaoferują. Bo co wtedy? Wolałabym być przygotowana.
    - Niech będzie. Zatem otrzymujesz na liście miejsce mandatowe. Czyli zarząd krajowy, bo to jest jego działka, widzi ciebie w Sejmie. I co wtedy? Według mnie, będziesz musiała pożegnać się z niezależnością, bo takiego miejsca nie dadzą osobie z zewnątrz. Musisz zostać członkiem stronnictwa…
    - To nie będzie tragedią, właściwie miałam taki zamiar. Zbyszek mnie namawiał.
    - W porządku. Ale ponadto będziesz raczej musiała zrezygnować z Limana, gdyż wizerunkowo nie będzie im to odpowiadało. Byłabyś nie tylko nowa, ale też finansowo niezależna, a więc i mało sterowalna. Starzy działacze się na to nie zgodzą. Pozostaje jeszcze sytuacja w regionie. Na razie nie masz żadnej pozycji w strukturach regionalnych stronnictwa, a jeszcze z mety narobisz sobie wrogów. Diabli wiedzą jak i gdzie usytuowanych.

    - Czyli w takiej wersji, ponoszę niemal same straty?
    - Owszem. Jesteś mocno zajęta i nawet fakt, że będzie to przeważnie w Warszawie, nie zmieni obrazu waszego życia rodzinnego. Poza tym mocno stracisz finansowo, a Liman tym bardziej. Kwestia przekazania komuś udziałów, jawne zeznania majątkowe, podatkowe…
  • Optex
  • #32
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - No wiesz, jakieś tam zaplecze mi pozostanie.
    - Ale bez rozwoju. Przypomnij sobie gdzie byłaś cztery lata temu, a gdzie jesteś teraz. Mogłabyś to zrobić będąc przez cztery lata posłem?
    - Jasne, czyli w takim przypadku radzisz mi po prostu odmówić.
    - Nie będziesz miała innego wyjścia. Wariant jest mało prawdopodobny, bo gotowych głosów nie wnosisz, to są tylko przypuszczenia. Ale gdyby zaistniał, to stracisz więcej niż zyskasz. Ale nie mówmy hop, rozpatrzmy inne możliwości.

    - Czyli dostaję ofertę z miejsca pośledniego.
    - Tak. Tutaj posłem nie zostajesz. Będziesz tylko na krótko zajęta kampanią, stracisz też nieco kasy, ale powstaje pytanie, czy wizerunkowo to ci się opłaci. Będziesz już umoczona w stronnictwo, nawet jeśli pozwolą ci zostać poza nim, co jest mało prawdopodobne. Raczej będziesz musiała tam wstąpić. Ale nie zostając posłem, nie będziesz mogła korzystać z parasola ochronnego wojewódzkiego zarządu i różni ambitni mogą ci to mieć za złe. Tym bardziej, że nie wiadomo co powiedzą mieszkańcy w terenie.
    - Właśnie o tym myślałam. Czy na takiej wolcie nie stracę zaufania tych szaraczków, którzy oprócz głosowania, niewiele więcej mogą. Oni nie lubią partii, co najlepiej pokazują wybory lokalne i powstaje pytanie, jak na to zareagują. Na razie mi wierzą, bo dałam im to, czego oczekiwali, czyli pracę i uczciwe warunki ich traktowania. Ale jeśli zaczną powtarzać, że się sprzedałam, czyli w ich wersji politycznie skurwiłam, bo tak w miejscowym slangu określają polityków…
    - Otóż to. W takiej wersji też niczego nie zyskujesz, jedynie tracisz. Kwestia natomiast, jak wielka jest strata.
    - No nie, tak też nie można mówić.

    - A co zyskujesz?
    - Jakąś rozpoznawalność. W moim przypadku jest to ważne.
    - Guzik prawda! Tam, gdzie jest ci potrzebna, wszyscy cię znają. A tam, gdzie to jest niepotrzebne, po co ci ona? Miewasz problemy z dotarciem do odpowiednich ludzi?
    - Czasami miewam.
    - To chyba dawniejsze czasy, jakoś ostatnio nie pamiętam, żebyś coś takiego mówiła.
    - Może i tak… Czyli cholera ich nadała! Żadne wyjście nie jest dla mnie dobre, bo jeśli odmówię wprost, będę miała u nich przesrane, a wraz ze mną całe Czyżyny i okolice. Natomiast jeżeli się zgodzę, to im zrobię dobrze, a sama strzelę sobie w kolano. Ale mnie podeszli! Szlag by ich nie dymał! Jeszcze muszę zapłacić za ich pobyt w hotelu i uśmiechać się do twojej dawnej kochanki udając, że niczego o was nie wiem. A tak chciałam się dzisiaj odprężyć!
    - Więc po co ich do nas zapraszałaś?

    - A zapytałeś, czy miałam inne wyjście? Ni z tego, ni z owego, dzwoni do mnie Marek i oznajmia, że przyjechał pan marszałek województwa i pyta o mnie w bardzo ważnej sprawie. Co miałam zrobić? Przecież już wiedział, że tutaj jestem. A poza tym, przecież nie będę się z nim bawiła w harcerskie podchody!
    Idę zatem do hotelu, zapraszam ich dalej, a twoja była lady mówi, że dzisiaj jest taki ładny dzień, ble, ble, ble… może porozmawialibyśmy tak gdzieś na powietrzu… Zapraszam ich zatem nad jezioro, ale po drodze znowu spogląda na wasz dom i wspomina, że bardzo się jej podoba. Wtedy pomyślałam, raz kozie śmierć! Przecież kiedyś trzeba to przeciąć! A może jak się zorientuje, że ty tutaj jesteś, to dadzą mi święty spokój?
    I wtedy jej mówię, że moja znajoma jest dzisiaj obecna, dom jest otwarty, czyli nie powinno być problemów. No i jezioro już jej nie interesowało. Szła do ciebie niemal jak ćma do świecy!
    - A teraz siedzi i żałuje, natomiast ciebie to i tak nie uratowało.
    - Niestety!
    - Słuchaj… A ja widzę jeszcze inne, trzecie wyjście.
    - Jakie??? Mów, cholero!

    - Słuchaj, miejsca mandatowego nie dostaniesz i koleżanką Anny nie będziesz, to jest w zasadzie pewne. Jednocześnie wiesz i rozumiesz, że nie bardzo możesz im odmówić. Więc zgódź się na propozycję kandydowania, ale z zastrzeżeniem, że obejmiesz ostatnie miejsce na liście kandydatów. Wtedy, działacze stronnictwa nie będą mogli ci zarzucać nawet w myślach, że kogokolwiek chciałaś wygryźć. Natomiast ty sama, na ewentualne zarzuty, że się sprzedałaś, będziesz odpowiadać, że zrobiłaś to dla dobra projektu. I wcale nie pchasz się do sejmu, gdyż sama zażyczyłaś sobie ostatnie miejsce, czemu nikt nie będzie mógł zaprzeczyć. Pewnie też, nikt wtedy nie będzie na ciebie mocno naciskał, żebyś przystała do stronnictwa. Im wystarczą głosy twoich sympatyków na listę. A kasę jakoś przebolejesz, to nie są znów takie straszne sumy.
    - Kasa to gówno, dam im ją i tak. To już dawno zaprogramowałam w kosztach. Ale to co mówisz ma ręce i nogi…

    - Lidka, wyobraź sobie spotkania przedwyborcze po wsiach, bo będziesz musiała w nich uczestniczyć. Czy chcesz tego, czy nie. Tam się ludzie nie cackają. Nikt im nie zrobi niczego, nawet gdy cię zapytają o preferencje seksualne. Żebyś wyszła z nich bez tej opinii, o której wspominaliśmy, czyli że się sprzedałaś…
    - Skurwiłaś. Wprawdzie politycznie, ale jednak. Gadaj bez ogródek.
    - O to mi chodziło. Ja uważam, że marszałek takiemu warunkowi nie odmówi, gdyż w przeciwnym razie dostajesz do ręki argument, żeby nie angażować się w wybory zupełnie! Bo niby dlaczego oni mają cię rozgrywać? W imię czego? Miejsca mandatowego ci nie dadzą, więc i argumentów nie będą mieli.
    A zarząd wojewódzki, złożony z tych drżących o posady tłuściochów, z wielką ochotą to przyklepie. Znaczy, to ostatnie miejsce. Pomyślą sobie, że ot, trafiła się im naiwna małolata. Wycyckamy ją trochę z pieniędzy i nawet będziemy się uśmiechać, bo jest nieszkodliwa! A pomóc troszeczkę może! Ty natomiast, po tych paru miesiącach kampanii, będziesz miała święty spokój!
    Byłaś w wybory zaangażowana, swoje odbębniłaś. Na wizerunku również nie stracisz, bo każdemu sceptykowi na zebraniu i również później, po wyborach, odpowiesz z podniesioną głową, że poświęcałaś się dla społeczności lokalnej. Ktoś musi to robić i wszystko! Sama się tam nie wpychałaś, do stronnictwa cię nie zapisali i całość pozostanie jak jest!

    Lidka siedziała i w milczeniu kręciła głową.
    - Co ty na to? – zapytałem.
    - Tego to nawet po tygodniowym pijaństwie bym nie wymyśliła. Jesteś cholero genialny! Czemu ty nie pracujesz u mnie, tylko u Dorki?
    - Bo ty mnie nie kochasz! – zażartowałem, jednak tym razem Lidka nie podniosła rękawicy.
    - Ale to ja proponowałam ci pracę od zawsze, a nie dopiero teraz.
    - Dorotka zrobiła to skuteczniej.
    - I ty się marnowałeś przez tyle lat…
    - Prawda? – roześmiałem się. – Tamtego lata, gdy jechałem w pociągu i z kanapy pod oknem obserwowałem Dorotkę, też miałem takie filozoficzne myśli. Dlaczego ja się tak marnuję? Dlaczego nikt mnie nie chce docenić? W czym jestem gorszy od tego, który tak pięknej dziewczynie założył na palec obrączkę? W czym gorszy od innych, których dokładnie znałem. Byli kiepscy, a mieli większe osiągnięcia ode mnie! Więcej pieniędzy, lepszą pracę i mniej problemów...
    - Kiedyś ci odpowiem na te dylematy, dzisiaj nie mamy czasu. A tak w ogóle, gdybyś przy różnych okazjach naszych spotkań we dwoje, przestał pieprzyć wciąż o seksie, to mielibyśmy znacznie więcej czasu na wymianę poglądów. Bo ja lubię z tobą rozmawiać.
    - O seksie też?
    - Też, ale wtedy czas ucieka i już go na nic nie ma. Na poważne rozmowy tym bardziej – odparła bez zająknienia. – Powinieneś nieco dokładniej zainteresować się moimi relacjami z Romkiem, tam leży klucz do odpowiedzi na twoje wątpliwości.
    - Romek ma inny charakter niż ja.
    - Oczywiście! – zgodziła się. – Zupełnie inny. Dlatego też nieźle się dogadujemy. Gdybym była z tobą, to chyba garnki latałyby po kuchni naprawdę.
    - E tam, przecież wiesz, że ja jestem łagodny jak baranek.
    - Ale drażnić się lubisz, a ja nie po to wracam do domu, aby mąż dodawał mi adrenaliny. Mam jej pod dostatkiem przez cały dzień pracy i czego innego wtedy potrzebuję.
    - W tym... podobno też jestem zupełnie niezły...
    - Ponoć. Wolę wam wierzyć, niż spróbować. Już ci to kiedyś mówiłam, przy czym nie jeden raz.
    - No dobrze, widzę, że znowu nic. W takim razie może już pójdziemy?
    - Możemy iść. Dawaj jeszcze po jednym maluszku, bo przy stole nie wiadomo czy będzie wypadało, a teraz nam się należy! Mamy wyjście z sytuacji i potem cię za to wycałuję! Jestem już znacznie spokojniejsza.
    Wypiliśmy za powodzenie pomysłu i zadowoleni, uśmiechnięci, wracaliśmy pod wiatę.

    Któż mógł wtedy przewidzieć, że los, tradycyjnie, zadrwi sobie ze mnie i Lidka będzie jeszcze głośno przeklinała moje rady…
  • Optex
  • #33
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    To się stało jednak dopiero w październiku, na razie wiata i jej światła odbijały się w toni jeziora. Piękny był wieczór! Nieoczekiwanie dostrzegłem, że Dorotce towarzyszy… ktoś nieznajomy. Co za cholera?
    - Mamy gości! – oznajmiła mi z uśmiechem, kiedy podeszliśmy do stołów.

    Nie musiała tego robić, gdyż wcześniej rozpoznałem prezesa Zielonika. Dziwne, skąd on się tu znalazł?
    - Uszanowanie dla pana prezesa! – potwierdziłem jej słowa skinieniem głowy. – Dobry wieczór! Jest mi bardzo miło widzieć pana z nami! – wyciągnąłem ku niemu rękę.
    - Kłaniam się panu, panie Tomaszu! – wstał i uścisnęliśmy sobie dłonie. – Kłaniam się również pani prezes! – zwrócił się do Lidki. – Przepraszam, że najpierw przywitałem się z panem Baryckim, ale przy takim święcie… mam nadzieję, że mi to pani wybaczy!
    - Och, panie prezesie! – Lidka, która wypiła przecież kilka kieliszków, kokietowała go modulowanym głosem. – Zupełnie się z panem zgadzam! W takim dniu! Dzisiaj wszystko jest tu dla nich i we wszystkim mają pierwszeństwo!
    - Mam podobne zdanie jak pani! – oświadczył, po czym zajęliśmy miejsca za stołem.
    - Tomek, pan prezes był tak uprzejmy, że postanowił pofatygować się osobiście, żeby nam właśnie dzisiaj złożyć życzenia – powiedziała Dorotka.
    - Powiedzmy, że teraz mnie pani przeceniła, gdyż dowiedziałem się o wszystkim będąc już niemal w drodze. Ale mimo tego, iż pojawiłem się u państwa bez zaproszenia, wierzę jednak, że życzenia państwo przyjmiecie! – przerwał jej. – Bo są szczere, najlepsze na jakie mnie stać! Z całego serca życzę państwu wszystkiego tego, co sobie państwo sami życzycie!
    - Bardzo dziękujemy! – odpowiedzieliśmy niemal razem. – I zapraszamy na wieczór do nas! – dodała Dorotka.
    - Dziękuję! Chciałbym też pozwolić sobie wręczyć państwu taki skromny prezent, dla upamiętnienia tej okazji…
    Skinął na kogoś, albo dał inny znak, nie zauważyłem. Jednak niemal jak spod ziemi, obok nas, wyrósł młody mężczyzna. Zielonik odebrał z jego rąk płaski pakunek, po czym dostarczyciel zniknął, jak zdmuchnięty wiatrem.

    - Panie prezesie! – zaprotestowała Dorotka. – Ale my z tej okazji nie przyjmujemy ani kwiatów, ani prezentów. Zapowiadaliśmy gościom, że jeśli czują potrzebę, niech wspomogą zaprzyjaźnioną fundację, czyli bank dawców szpiku i to wszystko!
    - Wspomogę i bank, bez obaw! – odrzekł niezbyt taktownie, zupełnie niezmieszany, zmagając się z opakowaniem. Miał z nim niejakie trudności. Po chwili, z niebytu wyłonił się dostarczyciel pakunku i szybkimi ruchami zdjął jakieś warstwy zabezpieczające, no i wyłoniło się eleganckie, drewniane pudełko. Było płaskie, prostokątne, chociaż boki miały ponad półmetrowy wymiar.
    - To tylko kolejne opakowanie – szybko wyjaśnił, po czym, już bez problemów otworzył jakieś zamki i wyjął całkiem zgrabną miniaturę. Olejny obraz, przedstawiający zimowy krajobraz, z rosyjską trojką w centrum.
    - Proszę przyjąć ten skromny symbol i wyraz mojej sympatii dla państwa, na pamiątkę tej dzisiejszej uroczystości! – oświadczył, wręczając obraz Dorotce. Mnie zaś podał pudełko.
    - W wewnętrznej kieszeni jest certyfikat i dokument pochodzenia – dodał. – To jest autentyk, w pełni legalny, nie chciałbym powodować żadnych wątpliwości. Od tej chwili jest państwa własnością.

    Spojrzałem na obraz, który Dorotka podsunęła w moją stronę. Dziewiętnastowieczny, polski malarz. Tyle dowiedziałem się z podpisu, bo tylko taką orientację miałem w tego typu tematach. Ile to było warte, nie miałem pojęcia. Na moje szczęście, Dorotka szybko podjęła decyzję.
    - Bardzo panu dziękujemy! – powiedziała. – Nie będę już protestować, to bardzo miła i sympatyczna niespodzianka.
    - A ja jestem bardzo zadowolony, że trafiłem w gust! – wyznał z uśmiechem. – Przyznam się, że w pani gabinecie zauważyłem taki piękny samowar i pomyślałem, że te dawne, nostalgiczne klimaty, doskonale by do niego pasowały. Przecież to ta sama epoka!
    - Jest pan spostrzegawczy! Dziękuję jeszcze raz! I zapraszamy!
    - Z przyjemnością! – usiadł obok Dorotki, po jej prawej ręce.

    Miejsce było wolne, gdyż znowu za stołem było tylko kilka osób. Didżej pracował już w najlepsze, prezentując dawne przeboje z lat mojej młodości, więc nic dziwnego, że i tańce od razu zaczęły cieszyć się popularnością. A że przy stole panowała zasada, iż nikt nie miał stałych miejsc…

    Nakrycia były zmieniane natychmiast, gdy tylko gość przestawał się nimi interesować. Na stole nie było żadnych, w połowie napełnionych kieliszków bez właściciela, żadnych szklanek, albo talerzyków z resztkami. Kto odchodził od stołu, mógł być pewien, że niczego „swojego” już nie znajdzie. Gdy usiadł ponownie, w dowolnym miejscu, nieodmiennie dostawał nowe nakrycie i to wszystko!

    Pod tą wiatą nie mogła się powtórzyć tamta sytuacja sprzed lat, gdy Dorotce i Lidce dosypano coś do drinka na dyskotece. Tutaj było to niemożliwe! Wszystko, od czego goście odchodzili, bez wahania lądowało w pojemnikach i koszu, a na stole pojawiała się świeża zastawa. Kelnerzy za zaniedbanie tej zasady mogli stracić pracę. Dlatego też, nikt nie miał stałego miejsca przy stole. Wszyscy mogli zajmować dowolne, gdzie komu odpowiadało w jakimś momencie i żadnych problemów nie było. Nikt się nie martwił o swój kieliszek, czy też talerzyk, bo zawsze dostawał czysty.
    Tym niemniej, mieliśmy następnego, nieplanowanego gościa na naszej, w sumie prawie rodzinnej imprezie.

    - Bogatym, to i diabeł dzieci kołysze… – rzuciła nostalgicznie Lidka, zająwszy miejsce po mojej lewej stronie.
    Zielonik usłyszał, może nawet Lidka powiedziała to z myślą o nim…
    - Pani prezes! – odwrócił się w jej kierunku. – Ja się wybrałem tutaj również z myślą o pani! – oświadczył. – Proszę mi jednak wybaczyć, dzisiaj nie chciałbym być niegrzecznym wobec tak miłych gospodarzy i z przyjemnością porozmawiałbym z panią jutro przed południem, co pani na to?
    - O, ła! – zawołała Lidka. – Widzę, że zaczynam być popularna…
    - Jest pani tym zdziwiona?
    - Już niczego nie wiem. Na razie jestem tylko wstawiona, a w dodatku nikt nie proponuje niczego nowego…

    Nieco przesadzała, gdyż na stole przed nami pojawiły się już kompletne nakrycia.
    - A co pani preferuje? – zapytał, po czym odwrócił się w stronę Dorotki, lecz nie zdążył.
    - To ja zapytam, czego się pan napije? – odpowiedziała.
    - Tego co pan Tomasz – spojrzał na mnie.
    - Lidka, szarlotkę? – zapytałem.
    - Ty wiesz, co ja lubię! – odpowiedziała kokieteryjnie.
    W innej sytuacji, jej tekst bym wykorzystał na docinki, ale nie tym razem. Wolałem milczeć.
    - Więc dla mnie to samo! – zdecydował prezes, a wtedy Dorotka zwróciła się do niego.
    - Pan wytrzyma te ich regionalne trunki?
    - Będę się starał! – roześmiał się. – Wszystko jest dla ludzi. Proszę spojrzeć na otoczenie, tu się bawi moja załoga i kadra kierownicza jednej z moich firm.

    - To całe towarzystwo pod wiatą? – nie mogłem uwierzyć.
    - Ależ tak, panie dyrektorze! – roześmiał się. – Tak się złożyło. Przyjechałem spotkać się również z nimi. Z konieczności, piekę tutaj trzy pieczenie na jednym ogniu. Przy czym proszę się nie obrażać, gdyby nie państwa święto, nie upiekł bym ani jednej.
    - Nie mam zamiaru się na pana obrażać. Wręcz przeciwnie, jest nam bardzo miło!
    - Mam taką nadzieję – westchnął. – Mówię szczerze, mnie osobiście ta informacja o państwa związku naprawdę ucieszyła! Dlatego też, porzuciłem wszystkie swoje zajęcia i zjawiłem się tutaj…
    - A ma pan gdzie spać? – przerwała mu Lidka.
    - Tam, mam. Oczywiście, że mam! Apartament był zarezerwowany znacznie wcześniej, gdyż wariantowo był plan, bym tu przyjechał.
    - I nie zaszły jakieś przeszkody? – dociekała Lidka.
    - Nie, proszę się nie obawiać – uspokajał. – Już mam tam swoje bagaże, więc chyba mnie nikt nie wypędzi.
    - Och, pytam dlatego, że kwaterowałam dzisiaj niespodziewanych gości…
    - Proszę bez obaw, wszystko jest w porządku, miejsca zamawialiśmy znacznie wcześniej.
    - Trochę mi ulżyło… – westchnęła Lidka.

    - Och, najwyżej wzięłaby mnie pani do siebie – zakpił żartobliwie.
    - Mam już kolejkę do swojego łóżka – skrzywiła się pogardliwie. – Dopiero co wspominał o tym Tomek, i… wie pan co? On już dziesięć lat czeka! – zawołała. – I nic!
    - Lidka! – naganny głos Dorotki niemal zlał się ze słowami Zielonika.
    - Ależ ja nie o tym! – udał, że żartu nie słyszał. – Miałem na myśli jedynie nocleg w pani domu, nie w łóżku.
    Lidka błyskawicznie się zreflektowała.
    - No to dałam plamę… Proszę mi wybaczyć, ale ostatnio jestem w permanentnym stresie, a jeszcze dzisiaj mnie zaatakowano takimi propozycjami nie z tej ziemi…
    - Jakimi?
    - Żebym kandydowała do Sejmu. Po co to komu? – siedziała oklapła, zupełnie jak nie ona.
    - A to jest nowość! – zainteresował się Zielonik. – Tego nie wiedziałem!

    - Wrócą nasi goście z tańców, to się pan dowie – podpowiedziała mu Dorotka. – Mam tylko do pana prośbę. Proszę nie rozwijać dzisiaj takich tematów, dość polityki! Jeśli ktoś sobie życzy, to jutro jest na to pora.
    - Jestem wyłącznie „za” – oświadczył. – Pani życzenie jest dla mnie rozkazem!
    - Dziękuję panu!

    Taa… żeby to wszystko było takie proste…
  • #34
    Mierzejewski46
    Level 34  
    Doskonałe. Nawet jeden wers nie jest nudny. Skąd Ty bierzesz pomysły na ciągle nowe wątki? Chyba z własnego życia..
  • #35
    clubber84
    Level 28  
    Mierzejewski46 wrote:
    Chyba z własnego życia..

    W którymś poście (w jednym z rozdziałów) o tym wspomniał - że niektóre wątki były z jego udziałem. Reszta to wiadomo...
  • #36
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    clubber84 wrote:
    Mierzejewski46 wrote:
    Chyba z własnego życia..

    W którymś poście (w jednym z rozdziałów) o tym wspomniał - że niektóre wątki były z jego udziałem. Reszta to wiadomo...


    Przecież na trzeźwo się tego nie wymyśli... :D
  • #37
    clubber84
    Level 28  
    Dlatego napisałem, że niektóre wątki były z kolegi udziałem 😎
  • #39
    jestam
    Automation specialist
    kkknc wrote:
    retrofood wrote:


    Przecież na trzeźwo się tego nie wymyśli... :D

    Tu młodzież zagląda, a gdzie przyzwoitość? 😙


    Niech się młodzież uczy życia ;-)
  • #40
    Mierzejewski46
    Level 34  
    Zróbmy zrzutkę na kratkę tych "regionalnych specjałów" i niech kolega pisze. Jak najwięcej. Taka moja propozycja.
  • #42
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Z tańców powracali niektórzy goście i Zielonik bez pudła rozpoznał marszałka oraz panią posłankę. Natychmiast też nas przeprosił i udał się na sąsiadujące z nimi miejsca, tam też skoncentrowała się uwaga kelnerów, którzy dwoili się i troili, żeby wszystko na stole przed nimi znalazło się w porę.
    - Zatańczymy? – zapytała Dorotka.
    - Z wielką chęcią! – przyznałem. – Mam już serdecznie dość tych wszystkich organizacyjnych zabiegów. Mieliśmy mieć czas wyłącznie na zabawę, a tu… masz ci los!
    - Mam podobnie, ale cóż! I tak bywa – roześmiała się, nieco gorzkawo.
    Nie zwracając uwagi na powracających członków rodziny, poszliśmy na parkiet. Niech robią co chcą, mogą przecież wszystko, my chcieliśmy potańczyć. Bo to wszystko zaczęło stawać się dla mnie męczące.

    Na parkiecie spędziliśmy kilkanaście minut. Powoli przypominaliśmy sobie dawne, trochę zapomniane sekwencje i układy kroków, ciesząc się swoją bliskością i niemal bezwiednie wspominając tamte, niezapomniane chwile.
    - Po co oni się zjawili – marudziłem, szepcząc jej na ucho. – Dobrze mi z tobą sam na sam, mogliby już gdzieś pójść…
    - Coś mi się wydaje, że wypiłeś jednego drinka za dużo – śmiała się. – Tamte czasy nie wrócą! Ani ja nie jestem już anonimowa, ani ty. I nawet jezioro nigdy już nie będzie tylko dla nas, tylko nasze.
    - A źle nam było? Powiedz! Słoneczko, no proszę, powiedz!
    - Niby nie wiesz, dlaczego tu jesteśmy. Wszyscy razem, łącznie z naszymi dziećmi. Nie zapominasz o nich?
    - Przez chwilę zapomniałem, przyznaję.
    - No właśnie. Nie zapominaj! Oni tak samo są uczestnikami również tamtych wydarzeń. Wprawdzie tego nie pamiętają, ale już tu byli. To jest i twoja zasługa, ty ich wtedy powołałeś do życia, w tym właśnie miejscu. A ja jestem ci za to niesłychanie wdzięczna.

    - Nie będę ukrywał, że robiłem to z przyjemnością.
    - W to nie wątpiłam nigdy! – chichotała, jednak w pewnym momencie lekko mnie zmitygowała. – Skup się na tańcu, bo rozmawiasz ze mną jak z Lidką. A tak na marginesie, wyglądaliście na mocno zadowolonych.
    - Chyba znaleźliśmy rozwiązanie.
    - Mianowicie?
    - Chodź, zejdziemy na chwilę z parkietu, porozmawiamy gdzieś spokojnie.
    Dorotka skinęła głową, po czym tanecznymi krokami zeszliśmy z platformy, kierując się w stronę przeciwną do wiaty, w stronę hotelu. Aż do najbliższej ławeczki. A tam, wróciłem do zaczętego tematu.
    - Skoro Lidka nie może im odmówić, to wymyśliłem, aby zażądała ostatniego miejsca na liście. Nikomu się nie narazi, a zadanie wykona i dadzą jej spokój.
    - Zgodziła się?
    - Z radością.
    - To dobrze. Bałam się, że straci głowę i zacznie kalkulować na poważnie, a to nie jest nam potrzebne. Zupełnie!
    - Wie o tym. Zadeklarowała, że w żadnej sytuacji nie zrezygnuje z kierowania Limanem.
    - Znakomicie! O to mi chodziło. Mamy tu rozpoczęte interesy znacznie ważniejsze od jej posłowania. W Sejmie byłaby pionkiem, tutaj jest figurą i to z poważnymi zadatkami na hetmana. W dodatku coś mi się wydaje, że Zielonik nie pojawił się tutaj przypadkiem, a to oznacza, że wiąże z tym terenem jakieś plany.

    - To dobrze, czy źle?
    - Jeszcze nie wiem, mam wrażenie że dobrze. Powoli też, zmieniam też swój osąd jego postaci, na taki bardziej pozytywny.
    - Ja mam podobne spostrzeżenia. Współpraca w Alba Banku układa się nam całkiem w porządku.
    - Nie zapominaj też, że jaki by nie był, to wciąż ma kilkadziesiąt razy więcej pieniędzy niż ja. Co oznacza także możliwości inwestycyjne zupełnie nie na moją skalę. W dodatku inwestuje z głową. Mimo spadku wartości indeksów, jego portfel zyskał. Owszem, nie tyle co mój, ale to i tak jest imponujące w kryzysie. Wszak nie jest wykształconym profesjonalistą, raczej zwykłym samoukiem.
    - Po prostu ma węch.
    - Nie tylko. Ma również doradców, a że jest inteligentny, wyłapuje od nich to, co najlepsze.
    - A jeśli znowu zaproponuje nam jakieś interesy?

    - Trzeba będzie poważnie się zastanowić. W tym sektorze Zielonik ma intuicję kto wie, czy nie lepszą nawet od mojej, a na pewno o wiele bogatsze doświadczenie. Siedzi w temacie od początku polskiej transformacji. Wprawdzie pierwsze, najtłuściejsze konfitury przespał, bo jeszcze się wahał, nie potrafił zaryzykować, ale to przebrzmiałe czasy. Teraz ma wiedzę lepszą od wielu ministrów, potrafi przewidywać zdarzenia niczym szachista, a jego stałe zainteresowanie Alba Bankiem to nic innego, tylko wąchanie, skąd w przyszłości powieje wiatr. Nie zdziwiłabym się, gdyby przy prezentacji kolejnego bilansu okazało się, że sam wykupił kilkanaście nowych firm. Trzyma rękę na pulsie i już nie powtórzy tego błędu z początków swojej kariery, gdy nie przewidział kierunku rozwoju wydarzeń. Mało tego, dostał wtedy ofertę pod nos i ją odrzucił, jako zbyt ryzykowną.
    - Słyszałem o tym, podobno miał okazję wejść w pierwszą telefonię…
    - Właśnie. Ale skoro inicjatywę popierał rząd i angażowały się w nią państwowe firmy, wypiął się na wszystko, czego pewnie później ciężko i nie jeden raz żałował. Dzisiaj byłby niewątpliwie na samym szczycie polskiej top-listy.
    - Wiesz co? Nie mogę zrozumieć jednej rzeczy.
    - Mianowicie?
    - On jest w dziesiątce najbogatszych ludzi w Polsce. Dlaczego cała reszta czołówki go nie cierpi?

    - Uważasz, że oni w ogóle się lubią?
    - No wiesz, kochać się nie muszą. Słyszałem jednak, że nawet na jakichś oficjalnych galach, jest ignorowany przez resztę towarzystwa. Ktoś kiedyś powiedział, że najwięksi podobno nie chcą nawet podawać mu ręki i robią wszystko, aby ich drogi się nie przecięły.
    - Ja również coś podobnego słyszałam, ale to nie jest tak. Owszem, czołówka pożeniła się z naszą dawną arystokracją, ale nie jest to nic nowego. Tak bywało od najdawniejszych lat! Arystokraci z czasem ubożeli i często pozostawało im tylko szlachectwo, a pieniądze były gdzie indziej, Wokulski jest tutaj najlepszym przykładem.
    Tylko że dzisiaj nie ma już naiwnej Izabeli, lekko odrzucającej miliardy kandydujące do jej łona. Nie ma takiej opcji! Dzisiaj Wokulski nie miałby żadnych problemów. Więc miliardy potrzebują uszlachcenia, a magnaci potrzebują pieniędzy. Bo jest tak, że najczęściej, pomimo błękitnej krwi w żyłach, wiodą żywot zwykłych urzędników, czy też innych, najemnych wyrobników. Często ich jedyną cennością jest herb, nazwisko, pierścień lub jakiś obrazek i to wszystko! Trudno się zatem dziwić, że z radością przystają na takie mariaże, bo to oznacza koniec kłopotów finansowych i ponowne wypłynięcie na bardzo szerokie wody. Czasami wręcz na ocean możliwości!
    Nic też dziwnego, że po takich mariażach, niektórzy z miliarderów od razu poczuli w swoich żyłach błękitną krew i zadzierają nosa, tutaj nie różnią się niczym od zwykłego Kowalskiego, który kupił lepsze auto niż ma sąsiad.

    - A Zielonik takiego związku nie ma…
    - Nie ma i nigdy do takowego nie pretendował. Zresztą, tak do końca nikt nie wie czy jest to prawdą. Czy na przykład nie dostał kosza po cichu. Ale jest też inna pogłoska.
    Kiedyś zdarzyła się sytuacja, że na jakimś przyjęciu, pozwolił sobie otwarcie wyrazić swoje mało dyplomatyczne zdanie, na temat niezbyt nachalnej urody jakiejś arystokratki z rodziny gospodarzy. I towarzystwo mu to zapamiętało! Na arystokratycznych salonach stał się persona non grata. Przestał być też zapraszany na spędy arystokracji i milionów, a ostracyzm przeniósł się również na projekty biznesowe. To dlatego w grupie najbogatszych nie może liczyć na żadne pobłażanie. Nikt nie będzie mu partnerem, nie kontaktują się z nim, jest dla nich pariasem. Nawet gorzej, bo z plebsem rozmawiają, a z nim nie chcą. Ot, co znaczy urażona ambicja starego, arystokratycznego rodu.
    Tym niemniej, podczas jakichś oficjalnych spotkań, gdy są na nich dziennikarze, a tym bardziej telewizja, nie pokazują tego i rękę podają mu zawsze. Jednak to są tylko pozory. Oni nie lubią czytać o sobie w gazetach. Takie sprawy załatwiają sami, we własnych szeregach i trzeba przyznać, że robią to bardzo skutecznie.
    - I ta zmowa obowiązuje wszystkie rodziny?
  • #43
    Mierzejewski46
    Level 34  
    Golnął sobie i to nieźle. Zaczyna być bestseler.
  • #44
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Praktycznie wszystkie. Wiesz, każda banda może się żreć między sobą, ale jeśli ktoś zaatakuje z zewnątrz, to zwiera szeregi. Nic nowego. Jeśli jeden członek rodziny da ci rekomendację, będą ją szanować wszyscy inni członkowie, oraz wszyscy zaprzyjaźnieni. Nie pytając o nic. Ale to samo działa też w drugą stronę. Jeśli podpadłeś u jednego, informacja jest natychmiast przekazywana dalej i wszyscy pokażą ci plecy. Bez możliwości wytłumaczenia. Infamię może zdjąć tylko ta osoba, która ją nałożyła.
    - Z tego wniosek, że Zielonik szuka towarzystwa mniej błękitnej krwi.
    - To oczywiste, innego wyjścia raczej nie ma. Dla mnie jednak najważniejszym jest to, że stara się udowadniać swoją stałość w biznesie. Nie szarpie się, nie panikuje i nie ma ośmiu myśli na sekundę. Jeśli nawet bywają zachwiania na rynkach, jest partnerem obliczalnym i przewidywalnym. To bardzo rozsądne i dlatego, jeżeli ma dla Lidki jakieś propozycje, to będę optować za ich poważnym rozważeniem. Dla mnie staje się coraz bardziej wiarygodny i nie mam zamiaru go lekceważyć.

    - A tak w ogóle, jak jest z tą błękitną krwią u ciebie? – zapytałem.
    Dorotka zaniosła się śmiechem.
    - Rychło w czas sobie o tym przypomniałeś! – zakpiła. – Nasze dzieci skończą szkołę, a ty nie będziesz wiedział jaki kolor krwi mają… no nie! Rozbawiłeś mnie setnie!
    - A tak w realu? – nie podzieliłem jej wesołości. – Ile i co wiesz o swoich przodkach?
    - Tak naprawdę, to bardzo niewiele – przyznała, poważniejąc. – Nigdy mnie to zbytnio nie interesowało. Wiem tyle, że jeśli mam w sobie błękitną krew, to chyba jedynie ze strony władców szałasów karpackich, bo innych rodowych posiadłości sobie nie przypominam. – roześmiała się w głos. – U nas w domu o tych sprawach się nie mówiło, a może to mnie wtedy nie interesowało, sama nie wiem.
    - Raczej to drugie – zauważyłem. – Mnie też żadna przeszłość długo nie interesowała, ale z czasem zacząłem się nad tym zastanawiać i szukać informacji.

    - I co ciekawego znalazłeś?
    - Ogólnie niewiele, jednak dla mnie okazało się to interesujące, kiedyś ci opowiem.
    - A czemu nie teraz?
    - Nie mamy aż tyle czasu, to jest dość skomplikowane. W każdym razie nitki mojego pochodzenia po mieczu prowadzą gdzieś w okolice Morza Czarnego. W dodatku przodkowie byli prawosławni, albo uniccy. Natomiast linia po kądzieli, jest bardziej zagmatwana, jednak ma niezwykle duże skupisko w okolicach Lwowa. Przy czym nie w samym mieście, lecz w tych mniejszych, satelickich miejscowościach.
    - Czyżbyś miał przodków szlacheckich? – żartobliwie odsunęła się ode mnie.
    Roześmiałem się.
    - Wszystko wskazuje na to, że byli nie szlachcicami a sługami szlachciców, chociaż w niektórych przypadkach dość bliskimi. Niestety, wojna przerwała taką normalną wymianę wspomnień między pokoleniami. Moi rodzice nie rozmawiali w domu o przeszłości, zresztą, przecież opowiadałem ci o tym jeszcze tamtego lata.

    - Ale coś się od tamtego czasu dowiedziałeś?
    - Może, ale to opowieść nie na dzisiaj. Chociaż bardzo interesującym jest fakt, że przodkowie z obydwu stron byli, jak na to wskazują niektóre fakty, dobrymi i cenionymi specjalistami od ujeżdżania koni. Prawdopodobnie przygotowywali je też dla wojska.
    - Ale ty nie masz pałąkowatych nóg kowboja! – zawołała ze śmiechem.
    - Chyba już nie jestem takim dobrym specjalistą…
    - Co ty tutaj robisz? – Dorotka się uniosła. – Powinieneś być teraz w stadninie za lasem! Tam jest twoje przeznaczenie! – śmiała się.
    - Lepiej nie żartuj! Kiedyś, mając kilka, albo najwyżej kilkanaście lat, jeździliśmy z kolegami na oklep, dosiadając stare, leciwe kobyły i tyle tego było. A teraz nie te czasy, arlekinie, nie te czasy! Tym niemniej, nie mam żadnych lęków w kontaktach z tymi zwierzakami. Lubię je i one to rozumieją.

    - Wiem, wiem – westchnęła, już całkiem poważnie. – A swoją drogą, musimy pilnie odwiedzić mojego tatę, dawno nas tam nie było. I obiecuję ci, że spróbuję go wypytać o nasze genealogiczne drzewo. Dlaczego mi to nigdy dotąd nie przychodziło do głowy? Chyba już się starzeję…
    - A może dopiero teraz zanika ci młodzieńczy bunt? Poczekaj z tą starością, masz jeszcze mnóstwo czasu!
    - Mówisz?
    - Jestem tego pewien! Takie śliczne dziewczyny się nie starzeją!
    - Dziękuję ci, dziękuję! – pocałowała mnie, obejmując za szyję.

    - A mnie? – zapytał jeden z grupy przechodzących mężczyzn, zatrzymując się nagle, pochylając i wystawiając ku niej policzek. Pozostali również przystanęli i podśmiewając się, obserwowali scenkę.
    - Jeśli zostanie pan kiedyś moim mężem, to czemu nie! – odpowiedziała mu Dorotka, nie cofając ręki z mojej szyi.
    - Bardzo chętnie! – wyprostował się, spoglądając na nią bezczelnie. – Jestem gotów zostać pani mężem choćby dziś! – wykrzyknął ze śmiechem, uderzając się pięścią po żebrach aż zadudniło.
    Towarzystwo było już pod dobrą datą.

    - Tak, męża pani całuje – stwierdził ironicznie kolejny. – Nie wiadomo czyj, ale mąż! – podkreślił stwierdzenie głośnym śmiechem.
    - Taka ładna dziewczyna, a z mężem przyjeżdża do hotelu? – ujawnił się następny sceptyk. – Coś mi tu nie gra!
    Weselili się w najlepsze, więc nie chciałem psuć im zabawy.
    - Słusznie panu nie gra – wtrąciłem wesoło. – Bo my nie przyjechaliśmy do hotelu, lecz mieszkamy w tamtym domu – ruchem głowy wskazałem budynek.
    - Jasne! – parsknął śmiechem któryś z nich – My też tam mieszkamy, więc później się spotkamy! Chodźcie chłopaki, nie chcą z nami gadać, to nie! Niech sobie tam mieszkają!
    - Ty patrz, cicho! Stójcie! To jest chyba… Walkiewicz! – wskazał dłonią w kierunku wiaty. – Panowie…
    - No i co z tego?
    - Jeśli jest Walkiewicz, to i Zieleniak tutaj przyjechał!
    - No i co z tego, nawet gdyby był? Nie możemy się dzisiaj napić, czy jak?
    - Przyjechał, przyjechał! – wtrąciłem się w ich dyskusję. – Tylko pan Zielonik bardzo nie lubi, gdy ktoś nazywa go tak, jak panowie byli uprzejmi to zrobić…
    Zniknęli, jakby ich zdmuchnęło.

    - I tak byli całkiem, całkiem uprzejmi – skomentowała całe zdarzenie Dorotka. – Bywało, że spotykałam się z gorszymi sytuacjami.
    - Teraz też się zdarza?
    - Oczywiście, tylko jestem już odporniejsza. Chodźmy stąd!
  • #45
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Zaliczyliśmy jeszcze kilka tańców i wróciliśmy pod wiatę, gdzie trwała impreza w polsko – amerykańskim stylu. Czyli polskie miejsca za stołami, lecz amerykańskie grupki dyskusyjne, niemal nie związane z miejscami siedzącymi. Stefan i Andrzej Kuźnik dyskutowali z Zielonikiem na stojąco, pilnując słupa konstrukcji dachu. Iwona z Justyną, Baśką i Anną okupowały ławy narożnika stołów. Natomiast Damian z Joasią odeszli nieco dalej, na trawę, a poza tym świeciły pustki. Państwa Segdów nie było, tak samo jak Lidki, Romka, a także Bogdana i marszałka.

    Ujrzawszy nas, Iwona porzuciła rozmówczynie i przysiadła się bliżej.
    - Ależ jesteście rozchwytywani – zauważyła. – Nie dają wam spokoju nawet w sobotni, świąteczny wieczór.
    - Niestety – przyznała Dorotka. – Iwona, ja was przepraszam, ale sama widzisz jak to u nas czasami się dzieje.
    - Nie przepraszaj, nic się nie dzieje! – siostra uśmiechnęła się. – Doskonale rozumiem, że i dla was niektóre zdarzenia są dzisiaj niespodzianką.
    - I to niemałą! – potwierdziła Dorotka.
    - O czym tak zawzięcie dyskutowałyście? – zainteresowałem się, ściszając głos.
    Gwar pod wiatą był taki, że po drugiej stronie stołu nie powinienem być rozumiany.
    - Wypytujemy tę panią Basię o przepisy – wyszeptała Iwona, po czym wybuchnęła gromkim śmiechem. – Babskie konsylium obiadowo – kolacyjne się zebrało i próbuje rozgryźć tajniki niektórych dań. Bardzo ciekawa jest ta wasza kuchnia.

    - Niestety, moja znajomość tej tematyki jest niemal żadna – przyznała Dorotka. – Nawet tego co umiałam kiedyś, już teraz nie pamiętam. Gdyby nie Helena, musielibyśmy żywić się po restauracjach.
    - Pani posłanka zna się na kuchni? – zapytałem Iwonę szeptem.
    - Całkiem, całkiem. Nawet wyraziłam jej swoje uznanie – przyznała. – A czemu ty tak szepczesz?
    - Wolałbym, żeby nie słyszała, że o niej rozmawiamy.
    - No właśnie. Tak się jakoś dziwnie zjeżyła na wasz widok, wcześniej rozmawiałyśmy zupełnie swobodnie…
    - Ty chyba nie wiesz kim ona jest – wtrąciła Dorotka.
    - Jak to nie wiem? Posłanką. Jest coś jeszcze?
    - Owszem, teraz posłanką. Wcześniej jednak była Tomka kochanką – tym razem to Dorotka szepnęła.
    - O ja pieprzę! – Iwona spojrzała na mnie zabójczym wzrokiem.
    - Nie była kochanką, tylko moją dziewczyną! – zaprotestowałem, patrząc Iwonie w oczy. – To było jeszcze na studiach. No i przegrała w finale z Martą, czego nie może mi darować, a dzisiaj spotkaliśmy się pierwszy raz po wielu, wielu latach. W dodatku ona nie wiedziała, że mnie tu spotka.
    - O jasna cholera! Wcale się jej nie dziwię… Oj, braciszku, czyli nie byłeś taki grzeczny, jak to wtedy opowiadałeś o sobie – Iwona świdrowała mnie wzrokiem.
    - Nikt mnie o to nie pytał – broniłem się. – A poza tym, ty też nie byłaś wtedy zbyt wylewna, prawda?
    - Ja nie miałam czego opowiadać – roześmiała się, a my obydwoje wraz z nią.

    - Tak, tak! – filozoficznie zauważyła Dorotka. – Ja też nie miałam wtedy o czym opowiadać, dopiero teraz przyznałam się, co przed laty wyprawialiśmy tutaj z Tomkiem.
    - A kiedy Tomek przyznał ci się do tamtego romansu? – ciągnęła Iwona.
    - Dawno! – odparła Dorotka beznamiętnym głosem. – W czasach, kiedy mogłeś swobodnie opowiadać mi cały swój życiorys, prawda, kochanie? – na chwilę przytuliła się bokiem.
    - Prawda. Może nawet jeszcze dawniej.
    - A tak w ogóle, to jak się wam razem pracuje? – Iwona nagle zmieniła temat.
    - Przyznam, że mnie doskonale! – pochwaliła się Dorotka. – Tomek bardzo szybko i bez większych problemów wszedł w swoje obowiązki i już od pierwszych dni miałam w nim wielkie oparcie. A teraz przygotowujemy małą reformę zarządzania bankiem…
    - Powiedz prawdę. Przyznaj, że przepuściłaś mnie niczym przez wyżymaczkę! Iwona, ja sobie dotychczas nie wyobrażałem, że można w ciągu dnia zajmować się aż tak wieloma różnymi sprawami, przy czym w każdej z nich trzeba podjąć jakąś decyzję. A wszystko musi mieć w dodatku ręce i nogi!
    - Nie narzekaj! – Dorotka się skrzywiła.

    - Właśnie nie dałaś mi skończyć. Kiedy wczoraj wieczór nie mogłem spać, myślałem o tym wszystkim i doszedłem do wniosku, że mimo tak dużego obciążenia, wcale nie jestem psychicznie wypalony. Nie ma czegoś takiego jak dawniej, że zmęczenie pracą przeważa i w domu już mi się niczego nie chce.
    - Czyli widzisz sens tego co robisz! – Iwona kiwała głową potakująco.
    - Tomek, czyli teraz rozumiesz, dlaczego nasi mocodawcy nie żałują prezesom pieniędzy na wypoczynek. Przecież ten dom jest utrzymywany w gotowości z pieniędzy bankowych, a nie naszych prywatnych!
    - Tak? Nie wiedziałam! – Iwona odpowiedziała za mnie.
    - Musimy się regenerować bez względu na koszty – wyjaśniła Dorotka. – Tomek ma rację w tym, że obciążenie pracą jest olbrzymie, a ja mam na głowie jeszcze departament inwestycji wschodnioeuropejskich. I to wszystko muszę zmieścić w pięciu dniach! Gdyby więc nie było możliwości pełnego relaksu w weekendy, ryzyko błędnych decyzji rosłoby wykładniczo. Dlatego bankowi nie opłaca się ścinanie kosztów w tym miejscu. Zwyczajnie się nie opłaca!

    - Szkoda, że do mnie tak nie podchodzą – Iwona udawała pokrzywdzoną. – To jest niesprawiedliwe! Przecież ja również, każdego dnia podejmuję ileś tam decyzji mających wpływ na zdrowie i życie ludzkie. Moja pomyłka też może mieć dalekosiężne skutki!
    - Jest jednak pewna różnica – zauważyła Dorotka. – Twoja błędna decyzja może mieć wpływ na zdrowie i życie jednego człowieka, najwyżej kilku. Natomiast moja, może się odbić na losach dziesiątków tysięcy, jeśli nie więcej. I z całym szacunkiem dla twojej profesji, ale wy, lekarze, nawet przy braku dobrej woli, pojedynczo nie jesteście w stanie wpływać na losy świata! Chyba, że… ktoś jest lekarzem… nie wiem… Stalina, albo kogoś podobnego. W innych przypadkach – nie! To będą zawsze losy pojedynczych osób i najwyżej ich rodzin.
    Natomiast moje zaniedbanie, moje zaniechanie, a tym bardziej świadome, szkodliwe działanie, mogłoby narobić bigosu, z konsekwencjami wykraczającymi bardzo daleko poza sferę bankową!
    - Tu masz rację – przyznała Iwona. – Wiesz co? Kiedy cię poznałam, kiedy byliśmy u was w Podkowie pierwszy raz, obserwowałam ciebie wtedy na basenie i myślałam, Boże, jak taka młoda laska może poradzić sobie z zarządzaniem bankiem! Przecież to jest absurd!

    Wybuchnęliśmy śmiechem.
    - I do jakich konkluzji doszłaś? – dopytywała się Dorotka.
    - Do mnie to jeszcze nie docierało! – wyjaśniała Iwona. – Tak prawdę mówiąc, dopiero kiedy Stefan wrócił z pracy i powiedział, że wpadł tam Tomek, poprzestawiał kierownictwo, wysyłając dyrektora do szpitala, to zaczęłam we wszystko wierzyć. Wiecie dlaczego?
    - Nie! Dlaczego?
    - Bo ten dyrektor trafił do nas na oddział! – Iwona parsknęła śmiechem. – Miałam z nim okazję później porozmawiać…
    - I co ci powiedział?
    - To było ciekawe. Pamiętał nazwisko Stefana i sam mnie drugiego czy trzeciego dnia zapytał, czy to jakaś rodzina. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że jest byłym dyrektorem waszego oddziału – wyjaśniała.

    - Bardzo na mnie pomstował? – nie kryłem ciekawości.
    - Nie. W ogóle, to nie powiedziałam mu, że jesteś moim bratem, mimo że wspominał twoją wizytę dość neutralnie i nie zgłaszał jakichś pretensji. Najbardziej był zniesmaczony tym swoim zastępcą, że tak długo dał się mu wodzić za nos. Prosił mnie wtedy, żeby odwiedził go Stefan.
  • #46
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - I co, był u niego?
    - Był, rozmawiali ze sobą.
    - To dlaczego nic mi o tym nie powiedział?
    - Tego to już nie wiem. Jego pytaj.
    - I wtedy uwierzyłaś, że ten bank jest prawdziwy? – zapytała Dorotka.
    - Tak! Wtedy zaczęło się to przesączać do mojej głowy! – śmiała się Iwona. – Wiesz, ja mam dość często w szpitalu przypadki pobytu notabli z różnych firm czy też instytucji, a jeśli ktoś się nimi bardzo interesuje, to dla mnie jest najlepszy dowód, że firma jednak istnieje!
    - Czyli jego odwiedzali?
    - Oczywiście! Początkowo wręcz procesja, jednak on nie leżał długo, to nie był zbyt ciężki przypadek.
    - Dowiadywali się, że nie jest już dyrektorem…
    - Tak to bywa, niestety – westchnęła Dorotka.

    - A powiedz mi jeszcze – zwróciła się do niej Iwona. – Tak od początku dałaś Tomkowi prawo zmieniania i mianowania dyrektorów w terenie?
    - Tak, a dlaczego pytasz?
    - Z czystej ciekawości – tłumaczyła się Iwona. – Po prostu nie wiem jak to u was funkcjonuje i chciałam się czegoś dowiedzieć.
    - Funkcjonuje jak każda inna organizacja we współczesnym świecie, czyli szef odpowiada za nią głową. Ale też, skoro ponosi pełną odpowiedzialność, ma również prawo i obowiązek wykorzystania w zarządzaniu jednostką wszystko to, co uzna za stosowne. Nie ma tutaj żadnych ograniczeń, żadnych ustaw, żadnych przepisów. To szef jednostki tworzy takie zasady, jakie chce i uzna za stosowne. Nadaje i odbiera uprawnienia komu chce, ich zakres też jest tylko w jego gestii. Ot i wszystko!

    - Ale przecież są jakieś zewnętrzne przepisy?
    - O tym nie rozmawiamy. Oczywiście, każdy podmiot funkcjonuje w jakimś otoczeniu zewnętrznym, gdzie prawo reguluje i stanowi ktoś inny, więc każdy musi się do niego dostosować. My rozmawiamy o organizacji pracy wewnątrz jednostki. Tutaj owszem, szef podlega ograniczeniom ogólnym, takim jak wszystkie inne podmioty, nie tylko gospodarcze, ale kwestie jak ma organizować pracę firmy w tych ramach, już nikomu nie podlegają, tylko jemu! Ja mam nakreślone zadania, czego w pewnej perspektywie czasowej oczekują ode mnie mocodawcy, a wybór drogi, którą będę podążała, należy już tylko do mnie! Tak samo jak wybór ludzi, którymi będę się otaczała i na których sceduję cząstki swoich uprawnień. Nikt tu nie ma niczego do gadania! Liczy się tylko i wyłącznie moja wola i moja decyzja!
    - Ale ja się tak zastanawiałam, bo wiesz… każda instytucja, to jednak pewnego rodzaju organizm, weźmy chociażby pod uwagę szpital. Tak się składa, że w tym gdzie pracuję, dyrektorem jest teraz mój dawny kolega, jeszcze z okresu studiów. Spotykamy się czasami nieformalnie, czasami też rozmawiamy w pracy i on się skarży, że gdyby wiedział z iloma głupotami będzie musiał codziennie się zmagać, to chyba nie stawałby do konkursu.

    - Wcale mu się nie dziwię! – uśmiechnęła się Dorotka. – Iwona, to są inne światy! Weź pod uwagę Lidkę. Gdyby była szefem instytucji państwowej, tego hotelu prawdopodobnie jeszcze by nie było. Tak, tak! Widzisz… ja mam przełożonych, którzy doskonale znają branżę i wiedzą czego można oczekiwać. Nikt mi nie stawia zadań z księżyca i nie dyktuje przy tym, którą jego ciotkę mam zatrudnić i na jakim stanowisku.
    A teraz porównaj władzę dyrektora szpitala. Mocodawcę ma rozmydlonego, bo to niby jakaś jednostka samorządowa, ale za jej szyldem kotłuje się mnóstwo ludzi, o sprzecznych najczęściej interesach, a także oczekiwaniach. Na każdego musi uważać, żeby nie nadepnąć mu na odcisk. Teraz kwestia gospodarki. Musi trzymać się ściśle przetargów, przepisów, czyli całe biurowe działy produkują wyłącznie papiery – dupochrony i nic więcej. A to, niestety, kosztuje! W dodatku on musi się tym wszystkim zajmować, bo naruszenie zasad jest niemal zbrodnią, więc nic dziwnego, że jest zniesmaczony.
    Porównaj teraz sposób działania firmy Liman. Lidka nie przeżywa stresów, bo głównych mocodawców zna dokładnie. To jesteśmy my obydwoje z Tomkiem i ona sama. Nie tłumaczy się nam nigdy z wyboru dostawcy papieru toaletowego do hotelu, bo ja na głowę nie upadłam. Nikogo z rodziny nie wciskam jej też do firmy. Nie musi organizować wielomiesięcznych przetargów, gdyż wysyła tylko zapytania ofertowe, albo ogłasza przetarg i jest też komisją wybierającą wykonawcę. Najczęściej jednak, oferenci sami pchają się do niej drzwiami i oknami, bo ma renomę pewnego i wiarygodnego płatnika. Który owszem, jakość lubi, ale wtedy nie targuje się zbytnio o cenę. Więc zarobić da, chociaż postarać się trzeba. Oto cała różnica w postrzeganiu różnych biznesów!

    - Zważ przy tym, że wymagania Lidki wobec pracowników, a także firm zewnętrznych są raczej większe niż w urzędach, czy jednostkach państwowych, ale jakoś nikt głośno tutaj nie protestuje – dodałem. – Wiesz może jaki wynik uzyskała Lidka w miejscowych wyborach samorządowych? Przecież jest radną w gminie Czyżyny.
    - Nie, no skąd mam wiedzieć?
    - Ponad osiemdziesiąt procent głosów! Ewenement na skalę krajową!
    Iwona złapała się za głowę.
    - Ach, to dlatego te delegacje i polowanie na nią?
    - Bezwzględnie! Jak mogą zlekceważyć taką lokomotywę wyborczą?

    - Rozumiem teraz – Iwona kiwała głową. – A ten pan, który podarował wam obraz, kim on jest?
    - Pan miliarder Zielonik. Z dziesiątki najbogatszych ludzi w Polsce, mówi ci to coś?
    Iwona otwarła usta.
    - O ja nie mogę! – wydyszała. – Takich macie znajomych?
    - To jest znajomy w pewnym sensie – spokojnie tłumaczyła Dorotka. – Jest klientem naszego banku. Klientem bardzo ważnym, jednym z najważniejszych, niemniej, tak prywatnie nic nas z nim nie łączy.
    - Skąd więc taki prezent?
    - Tego się nie dowiemy, miał po prostu kaprys.
    - A w ogóle, to gdzie jest ten obraz? – zapytałem.
    - Poprosiłam jedną z pań, żeby przekazała go Helenie, czyli jest w dobrych rękach – odparła Dorotka.
    - O! – zameldowała nieoczekiwanie Iwona. – Wracają goście!
    Odwróciłem się. Rzeczywiście, do wiaty zbliżali się Lidka z Romkiem, oraz Bogdan z marszałkiem Zarębskim. Gdzie oni byli przepadli?

    - Zaspokojona? – zaatakowałem Lidkę na wejściu.
    - Nie tak jak ty, gdy byliśmy za oknem waszej sypialni, ale… ale… owszem, tak powiedzmy… chwilowo! Resztę zostawiliśmy sobie na później.
    Iwona roześmiała się na cały głos.
    - Czy wy macie opracowane jakieś typowe scenariusze na okoliczność swoich spotkań? – zapytała.
    - Jakie scenariusze? – Lidka niemal idealnie się oburzyła. – Człowiek pyta, więc ja mu szczerze odpowiadam. Firma transparentna, nie ma nic do ukrycia i niczego nie musi się wstydzić! A że klient nasz pan…
  • #47
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Jestem zachwycony poziomem usług! – zapewniłem. – Proszę, usiądźcie państwo, a także panowie! – spojrzałem na Bogdana z marszałkiem.
    - Już myślałem, że i do nas zwrócisz się per „państwo” – zrecenzował mnie Bogdan.
    - Domyślam się, że wtedy nie zdałbym egzaminu na myśliwego…
    - Oj, jak ty dobrze mówisz, młody! – Bogdan rechotał, popisując się znajomością tekstu z „Siekierezady”.
    - Oj, Bogdan, jesteś mało postępowy jak na dzisiejsze czasy – zaśmiała się Iwona.
    - To nie ja! Taka jest przyroda! – oznajmił ustami w ciup, udając bezsilność. – Obserwuję ją już dziesiątki lat, nawet w domu zagląda mi do okien i jest bardzo leniwa, jeśli rozpatrujemy jakieś większe zmiany. Owszem, bywa gwałtowna, ale tylko w pewnym zakresie zachowań, gdyż lubi czasem rzucać piorunami tak samo jak i my. Ale potem, już nieodmiennie pojawia się słońce…
    - I tęcza! – zauważyła Lidka.
    - Ty, kandydatka… nie ryzykuj!
    - Masz ci los! – Lidka złapała się za głowę. – To co, ile jeszcze dzieci mam urodzić by udowodnić, że nie zamierzam zmieniać płci?
    - Czy ja ci bronię zmieniać płeć? – zdziwił się Bogdan.
    - Więc o co ci chodzi?
    - O to, że nie mam tu ze sobą czystego formularza, a zmieniając płeć, musiałabyś wypełnić nowy!
    Oznajmił to tak dobitnie, że pokładaliśmy się ze śmiechu.

    Muszę przyznać, że takiego Bogdana dotychczas nie słyszałem. Nie tylko doskonale nas ubawił, ale tak jak księżyc, zaprezentował swoją nieznaną stronę. Może pozbył się już garbu zastępcy? Niektóre charaktery tak mają, że nie potrafią się odnaleźć w takiej roli. Dopiero pełna niezależność wyzwala w nich te prawdziwe możliwości, którymi dysponują. I Bogdan, od kiedy awansował na okręgowego dyrektora, tak jakby dojrzał.
    To już nie był ten aparatczyk, który kiedyś przyłożył nam mandat. Teraz wszystko analizował na spokojnie i zupełnie nie mógłbym nazwać go konserwatystą. Był otwarty na wizje Lidki i nawet sam jej podpowiadał niektóre rozwiązania, a bywało, że wiązały się z jego większym obciążeniem! Zaintrygowała go swoimi pomysłami, brał je jak swoje, rozwijał i wiedzieliśmy, że mamy w nim wielkiego sprzymierzeńca!
    Ja byłem wciąż jego przeciwieństwem. Tylko wtedy, kiedy miałem nad sobą szefa, potrafiłem wykrzesać z siebie najróżniejsze pomysły i sposoby działania. Ale też, niemal natychmiast oczekiwałem ich oceny. Jeśli nie miał ich kto podsumować, traciłem animusz i zapał. Może właśnie dlatego, nasz tandem z Dorotką od dawna działał właściwie bez zarzutu, gdyż z racji stanowiska musiała komentować moje postanowienia. Nawet jeśli nie były one formalne, gdyż często nie mogły takie być.
    Papierowo wszystko było w porządku, gdyż miałem odpowiednie, nadzwyczajne jej pełnomocnictwa. Ale one nie mieściły się w schemacie organizacyjnym banku. I jeśli początkowo nikogo to nie dziwiło, jednak z czasem zaczęły się dyskusje, czy jest to odpowiedni sposób zarządzania, o czym meldował nam Paweł Dedejko. A przecież nie chodziło o szeregowych pracowników, lecz o wyższy dozór, więc o ludzi, którzy są świadomi swoich praw i obowiązków.
    Na szczęście, dotychczasowe nasze wyniki ucinały wszelkie dyskusje. Takiego wzrostu na giełdzie nie miał żaden bank, więc i rozmowa była bezprzedmiotowa. To jednak nie musiało trwać wiecznie. Dlatego też, niezadługo bank miał przejść niemałą reorganizację, a moja wszechwładza miała zostać znacznie okrojona.
    Cieszyłem się z tego, gdyż i odpowiedzialność Dorotki miała się zmniejszyć i rozłożyć na jeszcze dwóch członków zarządu. Jeszcze ich nie znaleźliśmy, wieczorami dyskutowaliśmy nad kandydatami, ale do lipcowego urlopu podjęcie decyzji stawało się koniecznością. Przecież i tak Dorotka będzie odpowiadała za wszystko. Może tylko moralna i prawna odpowiedzialność się zmniejszy, ale Hammers nie pozostawił jej cienia wątpliwości. Przed nim odpowiada sama za całość wyników! Nie było wyjścia.
    Nasza poślubna impreza miała być przerywnikiem przed podjęciem najważniejszych decyzji, a tutaj też się szykują wielkie postanowienia…

    Korzystając z ogólnego zamieszania, Iwona skinęła na mnie dyskretnie i wyszliśmy spod wiaty gdzieś na trawę.
    - Nie wiem wprawdzie, czy dzisiaj wypada… – zagaiła nieśmiało.
    - Czyli o Marcie – wpadłem jej w słowo. – Dawaj naprzód!
    - Domyślny jesteś. Owszem, kilka dni temu zadzwoniła Marta i zapytała, czy mogłaby do mnie przyjechać. Oczywiście, zaprosiłam ją.
    - Towarzysko, czy ma problemy ze zdrowiem? – przerwałem jej wywód.
    - No wiesz… to już nie jest twoja sprawa, a ja jestem lekarzem!
    - Niech ci będzie, ale bardzo dobrze, że ją zaprosiłaś – oświadczyłem. – Chyba nie sądzisz, że nagle zapomniałem kim była dla mnie przez wiele lat. Mało tego, ostatnie nasze spotkanie było bardzo spokojne, bo już wcześniej doszliśmy do porozumienia w kwestiach majątkowo – finansowych, więc nie widzę żadnego powodu, aby nie utrzymywać kontaktów. Gdyby tylko pozwoliła się zaprosić, to mogłaby nawet tutaj przyjechać.

    - Wasze obecne relacje nie mają już znaczenia, prawnie jesteście sobie obcy, a ja mówię ci o tym tylko jak bratu. Ryzykując wykluczenie z zawodu.
    - Oj, nie kombinuj! Słuchaj, o co chodzi?
    - Przecież tego jeszcze nie wiem.
    - Ale coś ci mówiła, prawda?
    - Prawda.
    - Iwona! Nie będę ciebie o nic pytał. Tym niemniej, jeśli byłyby potrzebne pieniądze, to ja się nie zawaham! Zapłacimy tyle, ile będzie potrzeba, gwarantuję!

    - Nie przesadzaj, powoli! – osadziła mnie. – Nic takiego nie wchodzi w grę.
    - Ale nie chcesz powiedzieć, że Marta zaszła w ciążę? – zażartowałem.
    Nieoczekiwanie podeszła do nas Dorotka.
    - Czy ja dobrze słyszałam? Boisz się, że Marta jest z tobą w ciąży?
    - Bawił nie będzie, niech się nie martwi! – chichotała Iwona. – Nie, nie, uspokójcie się… widzę, że i ja narobiłam wam dzisiaj zamieszania…
    - Oj, tam. Nie przejmuj się! – bagatelizowałem. – Od ciebie, jak od siostry, przyjmę wszystko na klatę i nawet się nie skrzywię.
    - A spróbowałbyś inaczej! – zawołała, zanosząc się śmiechem.

    - Iwona, wiesz co?
    - Nie wiem!
    - Siostra… pocałowałbym cię, ale chyba głupio by to wyglądało, nie uważasz?
    Spojrzała na mnie zgorszona.
    - Już tego nie chcę – kręciła głową. – Nie ma tak dobrze!
    - Niby co?
    - Dorota! Do ciebie też przemawia takim językiem?
    - Dyplomatycznie odpowiem, że nic nie będę mówić! – Dorotka chichotała.
    - Widzisz, braciszku? Na drugi raz uważaj co i jak mówisz do kobiety. Nawet do tej, która jest twoją rodzoną siostrą.
    - A co ja takiego złego powiedziałem?
    Iwona opuściła ręce w niemym wyrazie rezygnacji.

    - Boże, ty widzisz i nie grzmisz!
    - Daj mu dzisiaj żyć – wtrąciła Dorotka. – Ja też jestem niemal tak samo skołowana…
    - Wiesz co? – zaśmiewała się Iwona. – Niedawno, bardzo mi się spodobał taki fragment reklamy jakiegoś programu, w którym jedna z naszych najbardziej znanych prezenterek telewizyjnych opowiada, jak to zetknęła się ze swoją wielbicielką. I ta, w wielkim zachwycie, mówi do niej tak: Już moja babcia zachwycała się panią, niestety, babcia dawno umarła! Ależ to był komplement!
    - Znakomite! – Dorotka zaśmiewała się do łez.
  • #48
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - A co w tym dziwnego? – zapytałem z udawaną naiwnością. – Skoro była dobra w tym fachu, to pozostaje dobra mimo upływu lat! I nawet na młodych może to podziałać!
    - Braciszku… – Iwona załamała ręce.
    - Oj, dobrze, przestań już! – przeciąłem jej próbę poważnych wywodów. – Młodzi zawsze potrzebują wzorców.
    Spojrzała na mnie z rezygnacją.
    - Mam nadzieję, że teraz to już tylko żartowałeś.
    - Owszem i wiem już, że to nie było najwyższych lotów – przyznałem się bez bicia.
    - Przynajmniej jesteś szczery! – podsumowała mnie z cichą satysfakcją. – A swoją drogą, to bardzo ciekawie dostać na imprezie taką propozycję, jaką otrzymała Lidka.

    - Miałabyś znajomą w Sejmie – zauważyłem.
    - Prawda? Tylko dlaczego mówisz „miałabyś”, przecież wyborów chyba jeszcze nie było.
    - Namówiłem Lidkę, żeby zażądała ostatniego miejsca na liście, więc wybór raczej jej nie zagrozi.
    - Dlaczego? Nie chcecie mieć znajomej posłanki?
    - Po co jej to? – zauważyła Dorotka. – Uważasz, że jeszcze zbyt mało ma zajęć?
    - Ale apanaże poselskie, pozycja, bliskie kontakty z władzą…
    - Nie żartuj! – Dorotka nawet się nie uśmiechnęła. – Niczego takiego Lidka nie potrzebuje. A już najmniej tych apanaży, bo potrafi zarobić znacznie więcej. Tyle tylko, że nie może też odmówić im wprost, stąd i całe zamieszanie. Nie rozmawiajmy już o tym, lepiej zdradź nam jak ci się tutaj podoba. W końcu to miejsce jest również wyborem Stefana! Jeszcze nie byłaś tutaj, prawda?

    - No… powiem ci, że podoba mi się! – Iwona podkreśliła swoje stwierdzenie dość mocną intonacją głosu. – Te twoje zdjęcia rzeczywiście pomogły mi jakoś odczuć tamten dawny klimat tej okolicy. Taki surowy, niezagospodarowany, ale bardzo urokliwy. I kiedy później Lidka zrobiła nam wycieczkę po terenie, a Stefan jeszcze dopowiadał swoje opinie, to muszę przyznać, że przez chwilę pożałowałam swojego dawnego braku zainteresowania tą okolicą. I na pewno jeszcze przyjedziemy tutaj latem, może nawet namówię też córkę na wyjazd.
    - A mieliście tu przez lata, według umowy, dwa tygodnie darmowych wczasów – przypomniałem. – Poznałabyś Dorotkę wcześniej…
    - Mogłeś mi przecież powiedzieć, że czeka tam na mnie przyszła szwagierka! – Iwona wybuchnęła śmiechem.
    - Musiałbym o tym sam wiedzieć – studziłem jej wesołość.
    - Swoją drogą, to ciekawe, czy próbowałabyś w takiej sytuacji ze mną rozmawiać – Iwona spojrzała na Dorotkę, ale ta wzruszyła ramionami.
    - A dlaczego miałabym tego nie zrobić? – zdziwiła się. – Z czystej ciekawości bym rozmawiała! A po drugie, przecież Stefan na pewno musiałby poznać się z Lidką, jako przedstawicielką realnej firmy dzierżawiącej dom i niewątpliwie również z nami, jako jego mieszkańcami. A skoro on, to i ty też. No i… znasz już Lidkę, bez wahania powiedziałaby wtedy również coś o Tomku. Może nie wszystko od razu, ale nie wątpię, że miałabyś powody do późniejszych przemyśleń.
    - Słuchajcie, przepraszam was, ale wróćmy do stołu – przerwałem. – Mam wrażenie, że robi się tam ciasno i wszyscy na nas czekają.

    Zorientowałem się, że Iwona nie powie mi już o Marcie niczego więcej, dlatego też chętnie powróciłem za stół, gdzie wreszcie, jednocześnie, zebrali się niemal wszyscy nasi goście. Z ulgą skonstatowałem też, kiedy zajęliśmy miejsca, że wieczór rozluźnił tematykę rozmów,. Przestano mówić tylko o nas, tematy były teraz zupełnie rozrywkowe i wręcz banalne. Goście zajmowali się sobą, co mi bardzo odpowiadało i wtedy pomyślałem, że jeśli teraz nie trafi się okazja do rozmowy z Anną, to chyba już nigdy.

    Dorotka bez pudła odgadła moje zamiary.
    - Czyżbyś coś planował? – nieoczekiwanie szepnęła mi do ucha. Musiała chyba śledzić spojrzenia, które kierowałem czasem w tamtą stronę.
    - Nie wiem – odpowiedziałem bezradnie. – Wydaje mi się, że powinienem dzisiaj z nią porozmawiać, ale jeśli nie chcesz…
    - To nie to. Nie jestem zazdrosna, rób jak uważasz – oznajmiła. – Tylko nie przesadź, wasze zniknięcie będzie obserwowane nie tylko przeze mnie, chyba zdajesz sobie z tego sprawę.
    - Owszem, zdaję – przyznałem, wzdychając. – I tak źle, i tak niedobrze.
    - Nie mogę ci w tym pomóc – przyznała z uśmiechem na twarzy.
    - Wiem…
    - Poproś ją do tańca, tylko nie demonstracyjnie, podejdź wcześniej do nich i spróbuj włączyć się do rozmowy, może wyczujesz sytuację – podpowiadała.
    - A ty?
    - Ja sobie poradzę, masz dyspensę na te kilkanaście minut – oświadczyła. – Idź, bo ci ją zaraz ktoś wyjmie.

    Miała rację. Anna była zajęta mocno frywolną dyskusją z marszałkiem i Bogdanem, a Justyna udawała, że jest nią zdumiona, chociaż co chwila wtrącała jakieś swoje zdanie.
    - Ja sobie tego nie wyobrażam! – usłyszałem jej ostatnią kwestię.
    - Czego? – zapytałem, podchodząc do niej z tylu ławy.
    - Wyobrażasz sobie koedukacyjne akademiki? – zwróciła się do mnie.
    - O tym rozmawiacie? – zdziwiłem się.
    - Owszem, o tym – oznajmiła. – Wyobrażasz sobie taką sytuację?
    - Hm… jakby to powiedzieć… Przecież takie już istnieją i to od bardzo dawna.
    - Tylko nie mów, że znasz to na pamięć! – Bogdan parsknął śmiechem.
    - Dlaczego pan tak powiedział? – zapytała chłodno Anna.
    - To przypadek – śmiał się. – Tomek przymknął oko i jakoś mi się to skojarzyło ze starym dowcipem, kiedy pytano dlaczego kogut pieje zawsze z zamkniętymi oczami. Otóż dlatego, że melodię zna na pamięć i chce to udowodnić!
    - Nie rozumiem…
    - Pani poseł… pozwoli pani… czy mógłbym panią zaprosić do tańca?

    Anna obrzuciła mnie niechętnym spojrzeniem, ale podniosła się z ławy i nie podając ręki, ani na mnie nie patrząc, ruszyła powoli w stronę parkietu. Obserwowałem to, czekając nie wiadomo na co. Kiedy jednak odeszła na kilka metrów, zrozumiałem co chciała mi zademonstrować i poczułem nagły wysyp adrenaliny do krwi. Podążyłem za nią, z zębami zagryzionymi niemal do krwi, jednak zmilczałem. Nie miała dotąd we mnie wroga, ale chyba się tego doczeka. Grabi sobie na własne życzenie.

    Dogoniłem ją przed parkietem i próbowałem objąć w talii, ale gdy tylko poczuła dotyk, nagłym unikiem otrząsnęła się, po czym przystanęła i odwróciła się.
    - Nie dotykaj mnie! – oznajmiła sucho. – Masz kogo obmacywać, więc zostaw mnie w spokoju!
    - Przepraszam! Ja ciebie nie obmacuję, chciałem tylko zatańczyć.
    - Ale ja nie chcę! – oświadczyła bez skrupułów.
    Nowa porcja adrenaliny została wstrzyknięta w moje żyły.
    - Pytałem już, czy długo tak możesz? – powtórzyłem jeszcze spokojnie. – Jak na posła, nie prezentujesz teraz dyplomacji zbyt wysokich lotów – uderzyłem poniżej pasa.

    Gdyby wzrok mógł zabijać, chyba już bym nie żył.
    - Gówno cię to obchodzi! Dla mnie nie istniejesz!
    - Coś, co nie istnieje, raczej nie mogłoby cię tak wkurwić, prawda? – zapytałem złośliwie, po czy dodałem. – Zejdź na ziemię! Chcesz, albo nie chcesz, to nie ma znaczenia. Fakty są takie jakie są i jest pewne, że będziemy musieli spotykać się w najbliższych latach, więc tylko od ciebie zależy jakie te spotkania będą. Czy takie jak dziś, czy zbliżone do cywilizowanych kontaktów. Zwróć też uwagę, że przy następnych, ich świadkami mogą być dziennikarze! – oznajmiłem przytomnie.
    - Teraz cię rozpoznaję – oświadczyła. – Cichy, spokojny i fałszywy do szpiku kości! Biedna ta twoja Dorota, ale nie łudź się, wszystkiego się dowie, już ja się o to postaram!
    - Musisz? – zapytałem przytomnie.

    Miałem nadzieję, że moje zupełnie luźne pytanie pobudzi w jej głowie jakieś wątpliwości, jednak Anna była zbyt mocno zaprogramowana na „anty”.
    - Nie licz na to, że uzyskasz cokolwiek dzięki mnie! Dowiem się, jaka jest w tym wszystkim twoja rola, a wtedy…
    - Bardzo szlachetnie, jak na posła Rzeczpospolitej! – przerwałem jej. – Zatańczysz ze mną, czy nie?

    Znów spojrzała na mnie tak jak przy stole, wzruszyła ramionami, odwróciła się i powoli pomaszerowała w stronę parkietu. A ja podążyłem pół kroku za nią.
  • #49
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Nawet na parkiecie nie pozwoliła się dotknąć. Udawaliśmy upojny taniec, gimnastykując się obok siebie przy szybkich kawałkach, ale kiedy didżej nieoczekiwanie puścił taki nasz dawny sentyment, Anna jakby zawahała się, po czym, nie czekając na mnie, zeszła z podłogi.
    I znowu musiałem iść za nią. Po kilkunastu metrach ponownie ją dogoniłem.
    - Musisz uciekać? – zapytałem. – Po co? I tak niedługo się spotkamy, zapewniam cię.
    Zatrzymała się i opuściła na chwilę głowę ale zaraz ją podniosła.
    - Czy mógłbyś zniknąć z mojego życia? – zapytała. – Nie prosiłam cię żebyś się pojawiał! Czy możesz zostawić mnie w spokoju?
    - Mogę. Mogę zostawić w spokoju. Naprawdę! Chciałbym tylko przeprosić za to wszystko co się kiedyś wydarzyło. Za to, że byłem wtedy zbyt młody i zbyt głupi, żeby wiedzieć to, co wiem teraz. Aniu, jest mi bardzo przykro, że stało się tak, jak się stało i że nie mogę już tego naprawić. Ja dopiero później dojrzałem i wszystko zrozumiałem. Niestety, było już za późno, żeby cokolwiek cofnąć.

    Nagle zorientowałem się, że patrzy na mnie tak jak kiedyś, tak jak przed laty. Uważnie, czule i z pełną powagą…
    - Co ty wiesz… – odezwała się cicho, z jakąś taką dziwną rezygnacją w głosie, jakby chciała się wyżalić.
    - A co mam wiedzieć? – zapytałem zdziwiony.
    - To już nie twoja sprawa! – odpowiedziała cicho, zupełnie zmienionym głosem. Takim stanowczym, jakby przemawiała z trybuny. – Mam nadzieję, że odprowadzisz mnie do stołu.
    - A nie moglibyśmy jeszcze gdzieś porozmawiać?
    - O czym? Nie sądzę, byśmy mieli wspólne tematy do rozmowy.

    - Jasne, rozumiem! – zdenerwowałem się, zrezygnowany. – Jestem pani bardzo wdzięczny za towarzystwo, pani posłanko! – zademonstrowałem swoją zgryźliwość. – Dwadzieścia pięć lat już minęło. Gdyby mnie wtedy skazano na dożywocie, to już bym teraz wyszedł na wolność, ale ty nie! Widzę, że jesteś lepsza niż polski system prawny, ty nie darujesz mi do samej śmierci!
    Zagryzła wargi, odwróciła się i bez słowa ruszyła w stronę wiaty.
    - Możesz jeszcze na chwilę się zatrzymać? – zapytałem cicho, podążając tuż za nią.
    Odwróciła się niemal na pięcie.
    - Po co? Chcesz mi jeszcze coś dokopać?
    - Ja? Tobie? Dokopać??? – opadły mi ręce. – Tak się nie godzi! Czy ja ci dokopuję, czy ty mnie, ustalmy to w końcu! – potrząsałem głową w bezbrzeżnym zdumieniu. – Kto tutaj komu grozi? Czy ja ci czymś groziłem, czy to ty mnie straszysz?
    - Wystarczy. Nie mam ochoty z tobą rozmawiać.
    - Trudno, przepraszam cię, więcej nie będę próbował.
    - Mam nadzieję – rzuciła krótko i podjęła marsz w stronę stołu.

    Nie zatrzymałem się kiedy siadała na swoim poprzednim miejscu, nawet na nią nie spojrzałem. Okrążyłem stoły i przystanąłem przy Dorotce.
    - Skarbie, zatańczymy? – rzuciłem przez zaciśnięte zęby.
    Wiedziałem, że śledziła moją trasę, a teraz podniosła się bez słowa i podała mi dłoń.
    - Oczywiście! – wyszła zza ławy. – Nie wyglądasz na zbyt zadowolonego.
    - Ech… – westchnąłem, zrezygnowany. – Popsuła mi tylko trochę krwi i taki jest cały efekt.
    Kiedy odeszliśmy na kilkanaście metrów, Dorotka się zatrzymała.
    - Mów co i jak! – zażyczyła sobie.
    - Tak naprawdę, nie mam o czym mówić – przyznałem. – Rozmawiać nie chce, groziła mi tylko, że wszystko ci o mnie powie. Jaki jestem fałszywy i tak dalej. Rozmawiać nie chciała, ba! Nawet nie dała się dotknąć. Zatańczyliśmy szybki kawałek obok siebie, a kiedy trafił się wolniejszy, po prostu zeszła z podłogi i tyle. Żadnej przyszłości tu nie widzę.

    - Nie martw się – zarzuciła mi ręce na szyję. – Damy sobie radę!
    - Kochana jesteś! – całowałem ją czując, jak całe zdenerwowanie schodzi ze mnie niczym z przebitej dętki. Czym ja mam się przejmować, mając taką żonę?
    Od razu wieczór zaczął nabierać barw.
    - Chodźmy, poszalejemy troszkę, bo wypiłam dwa kieliszki i już to czuję! – śmiała się wesoło, wyginając przy tym ciało w wyimaginowanym tańcu.
    - Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem! – uścisnąłem ją jeszcze, po czym poszliśmy tańczyć.

    Miałem pełną satysfakcję, bo za niedługo ujrzałem niedaleko nas marszałka tańczącego z Anną. Dawaliśmy więc z Dorotką pokazy, jak za dawnych lat. Szkoda, że nie było tanga. Byłem gotów odtańczyć dzisiaj naszą pełną, seksowną wersję tego utworu, jednak Dorotka nie chciała ingerować w pracę didżeja i tanga nie było w ogóle. Trudno, to jednak co było, chyba wystarczyło, żeby Annie utrzeć nosa. Nie miałem wątpliwości, musiała zauważyć, jak jesteśmy zgrani i jaką sprawnością dysponuje Dorotka. Nie wierzę, żeby nas nie oglądała.
    Dlatego, kiedy zdyszani wracaliśmy pod strzechę, byłem już zupełnie uspokojony. Niech się dzieje co chce, nie dam Annie zepsuć nam dzisiejszej imprezy.

    Reszta wieczoru przeleciała nam niczym błyskawica. Goście bawili się świetnie, nikt już nie wracał do poważnych tematów i tylko państwo Segdowie opuścili nas przed północą, a pan Kazimierz zawiózł ich do domu, Dorotki mercedesem. Reszta gości została z nami niemal do świtu. Nawet Joasia bawiła się z Damianem, prezentując przez cały wieczór spokój oraz dobry nastrój. Nie robiła fochów. Co ciekawsze, z Dorotką też porozmawiała spokojnie.
    Wypiliśmy niemało alkoholu, wszyscy jednak trzymali fason i obyło się bez niespodzianek. Tylko snu było mało, gdyż Dorotka obudziła mnie tuż po szóstej rano.

    - Wstawaj, panie mężu! – łaskotała mnie pod nosem. – Czas na odnowę biologiczną!
    - Nie chcę! – krzywiłem się. – Nie kochałaś się ze mną wczoraj, masz zaległości.
    - Bluźnisz! Niby z kim kochałeś się po południu?
    - Ale nie kochaliśmy się, kiedy wróciliśmy do domu.
    - A byłeś w stanie? – pokpiwała. – Zasnąłeś mi niemal na siedząco.
    - Muszę więc to odespać.
    - Nic z tego. Wstawaj!
    - Jesteś terrorystką! – podniosłem się, siadając na łóżku.
    - Chodź się umyj, bo nie wiem jak z tobą wytrzymałam przez całą noc – krzywiła się.
    - A nie myłem się wczoraj?
    - No wybacz! Zasnąłeś w trakcie rozbierania.
    - Ale opowiadasz! – próbowałem zaprzeczać.
    - Owszem, opowiadam. Dałam ci spokój, bo też byłam zmęczona, ale następnym razem, jeśli się nie umyjesz, to będziesz spał na dywanie.
    - Nie przewiduję następnej imprezy poślubnej, więc mi to nie grozi – mruknąłem. – Jest jakaś kawa?
    - Przynieść?
    - Jeśli byłabyś taka uprzejma…
  • #50
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Dorotka wstała i po chwili wróciła z pełnym dzbankiem. Filiżanki mieliśmy na miejscu.
    - Proszę!
    - Jesteś kochana! – odebrałem z podsuniętej tacy filiżankę, po czym opróżniłem ją powoli i systematycznie.
    - Idziemy do łazienki?
    - Idź, zaraz do ciebie dołączę.

    Zjedliśmy jeszcze w kuchni po bananie, po czym ruszyliśmy na małą przebieżkę, jak za dawnych lat. Dorotka nie forsowała dzisiaj tempa, truchtaliśmy obok siebie powolutku, kierując się w stronę domu Baśki. Podziwialiśmy przy tym okoliczną przyrodą i zdawkowo komentowali zmiany, jakie zaszły dookoła.
    Pogoda była dzisiaj wspaniała. Czerwiec już na początku udawał lato w tym skrawku Polski, co było tym dziwniejsze, że zachodnie obszary kraju pozostawały wciąż pod wpływem niżu, niemal stojącego od kilku dni. Jakby przyroda chciała pozwolić nam na radosne rozkoszowanie się naszym świętem. Grzechem byłoby więc nie skorzystać z jej łaskawości, dlatego długo wciągałem aromatyczne powietrze pełnymi płucami, wentylując je, ile tylko się dało.

    - A jak ci się podobała wczorajsza impreza? – zapytałem, zmieniając nagle temat.
    - Jak to impreza – Dorotka westchnęła. – Nad ranem pozwoliłam sobie na rozmowę z panią poseł…
    - O! Kiedy? – aż przystanąłem.
    - Jak poszedłeś tańczyć z Iwoną – wyjaśniła. – A ja poprosiłam ją wtedy na ławeczkę nad jezioro.
    - No i? – podjąłem trucht.
    - Była ciekawa ile o tobie wiem, ale gdy oświadczyłam, że o waszym związku, a także o rozstaniu wiem więcej niż ona sama, to chyba straciła do mnie zaufanie.
    - Próbowała ci donosić na mnie?
    - Tak na dwoje babka wróżyła. Może gdybym była zupełnie trzeźwa, to przede wszystkim jej pozwoliłabym mówić, bardziej zadowalając się słuchaniem. Ale, z drugiej strony, szkoda mi było czasu. Dlatego też, kiedy ona zaczęła drążyć temat, w odpowiedzi próbowałam ją przekonać, że naprawdę zależy ci na tym, tak samo jak i mnie, aby przyjęła przeprosiny. Tyle, że nic na to nie odrzekła, po czym gładko zmieniła temat i to wszystko.

    - Nie straszyła zemstą?
    - Nie. Była natomiast wyraźnie zmęczona i przygaszona. To było już późno, chyba po drugiej, dlatego wcale jej się nie dziwię. Dużo nie piła, zaledwie kilka drinków, miała więc prawo do znużenia.
    - Niech się jej wiedzie, ja nie jestem tak pamiętliwy. Mimo, że potraktowała mnie wczoraj paskudnie, w dodatku będąc u nas gościem. Ale… – machnąłem ręką. – Na razie jej wszystko wybaczam.
    - Bardzo dobrze robisz – pochwaliła. – Nie wracaj do tego i najlepiej wyrzuć z pamięci. Jeśli miałbyś okazję rozmawiać z nią jeszcze raz, to ponownie przeproś i w żadnym wypadku nie nawiązuj do waszych wczorajszych tańców.
    - Taki mam zamiar – zapewniłem.

    - Rozmawiałyśmy też o całym projekcie i obiecałam jej, że bank będzie aktywnie popierał inwestorów.
    - Nie ryzykujesz nadmiernie? – miałem niejakie wątpliwości.
    - Nie, chodziło raczej o doradztwo finansowych specjalistów. Dlatego będziemy musieli uruchomić terenowy oddział w Czyżynach i wzmocnić go kadrowo. Pomyślałam, że dałoby się to zrobić na bazie tutejszego banku spółdzielczego, trzeba będzie go kupić, ale to są na razie takie luźne przemyślenia. Na konkrety przyjdzie czas i zanalizujemy to w pracy. Później ci wszystko wytłumaczę, teraz biegnijmy!

    Wróciliśmy do domu tylko na chwilę, aby się przebrać. Dorotka założyła na siebie bardzo skąpe bikini i miałem poważne obiekcje, czy nie wzbudzi nadmiernej sensacji nad jeziorem.
    - Laseczka, czy ty aby nie przesadzasz? – powątpiewałem. – Jak ja będę przy tobie wyglądał?
    - Tak jak wygląda mój mąż! – oświadczyła zdecydowanie, podchodząc i obejmując mnie przez chwilę. – Masz co do tego jakieś wątpliwości?
    - To jest cios poniżej pasa – wystękałem.
    - Nie! – zaprzeczyła zdecydowanie. – To jest element naszej strategii i dzisiaj muszę zaryzykować. Po pierwsze, jest na tyle wcześnie, że w jeziorze nie przewiduję tłoku. A z brzegu niech sobie mnie oglądają, wiele osób nie będzie. Po drugie, ja muszę siebie do tego zmusić, więc zmuszam. Zakładam też plażową sukienkę, kapelusz i okulary, czyli na brzegu nie będę świeciła golizną, nie martw się.

    - A co ja mam założyć na siebie?
    - Załóż kąpielówki, a na drogę tę meksykańską, kolorową koszulę. Jest na tyle długa, że może pełnić wszelkie funkcje, może być?
    - Niech będzie. Ale sukienkę zrzucasz tuż nad wodą i zakładasz od razu, kiedy wyjdziemy z wody!
    - Czyżbyś się zrobił chorobliwie zazdrosny? – przyglądała mi się bez zakłopotania, szczerze roześmiana.
    - Nie, ale…
    - Więc przestań, ja wiem co robię.
    - Dobrze już, dobrze. Jak chcesz…

    Bardzo powolutku pomaszerowaliśmy pod wiatę, aby przed kąpielą jeszcze odetchnąć. Trwało tu jeszcze generalne sprzątanie przed bieżącym dniem, jednak zawartość szafy chłodniczej była już uzupełniona. Odnalazłem prawie zmrożoną butelkę wody mineralnej i zabrawszy ją, ciężko usiadłem za stołem.
    - Chyba mam jeszcze kaca – oznajmiłem, niezbyt odkrywczo.
    - Byłabym zdziwiona, gdyby było inaczej – zaśmiewała się. – Daliście ze Stefanem i Bogdanem na koniec do wiwatu, nie ma co!
    - Coś ty, wydawało mi się, że nie jest tak źle.
    - Dobrze mówisz, wydawało ci się. Im zresztą chyba też.
    - Ale obciachu nie było, mam nadzieję? – spojrzałem na jej twarz z ukosa.
    - Nie, wszystko było w miarę sympatycznie – zapewniła. – Jeśli byłoby inaczej, to już omawiałyśmy z Lidką wariant, żeby wezwać którąś z firm kurierskich i nadać was jako bagaż do łóżek. Macie szczęście, że do tego nie doszło.
    - Ależ ty jesteś bezwzględna!
    - Nie miałabym innego wyjścia. Mielibyście za to takie ekskluzywne, niesamowite wrażenia…
    - Nie chcę nawet myśleć. To co, idziemy pływać?
    - Zdecydowanie! Musisz wymoczyć tego swojego kaca. Łap mnie! – zawołała, wstając nagle i wybiegając spod wiaty. Chcąc, nie chcąc, musiałem się ruszyć.

    Jezioro było początkowo puste, ale pod koniec naszych wygłupów, na brzegu zgromadziła się całkiem spora rzesza kibiców. Chłodna woda nie zachęcała do kąpieli i tylko kilka osób weszło do wody, reszta zadowalała się oglądaniem naszych ćwiczeń.
    - Pewnie by jeszcze chcieli, żebyśmy się tutaj kochali! – mruknąłem, kiedy zmęczeni, padliśmy we wodę na płyciźnie.
    - Niedoczekanie ich! – odparła Dorotka. – A swoją drogą… nie masz ochoty na jakieś małe… takie coś?
    - Mam, rybeńko – spojrzałem na nią wzrokiem zabójcy. – Wyliżę cię dzisiaj całą. Wszędzie!
    - Tylko nie tutaj! – zastrzegła ze śmiechem. – Bo ci odgryzę.
    - Jeszcze przez chwilę wytrzymam, bo mi woda studzi emocje, ale w domu…
    - Czyli idziemy?
    - Czas na nas – potwierdziłem.
  • #51
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Po wyjściu z wody Dorotka natychmiast założyła na siebie sukienkę, ale i tak niemal fizycznie czułem, skierowany na nią tęskny wzrok stada samców, kiedy mijaliśmy wiatę. Objęci niczym małoletnie dzieciaki, przytuleni, a Dorotka pod prześwitującą sukienką, odziana tylko w kilka skraweczków tkaniny…
    A w domu zachowywaliśmy się tak, że Helena chyba wszystkiego się domyśliła. I próbowała podsuwać nam najlepsze, według niej kąski.
    - Pani Heleno, nie mam siły jeść! – Dorotka się usprawiedliwiała. – Tomek mnie w wodzie wykończył.
    - Nie mów głupstw – protestowałem. – Kto kogo? Chodź, siadaj na kolana, będę cię karmił.
    - Nie wiem, czuję się jakoś niecodziennie… – narzekała, ale podeszła i usiadła mi na kolanach, obejmując ręką za szyję. – Pani Heleno, pani tego nie widzi, dobrze?
    - Zdecydowanie nie widzę. Dzisiaj państwo mają dyspensę.
    - A widzisz! – stwierdziłem, podciągając jej sukienkę i sięgając dłonią pod stanik.

    To drgający biust sprowokował mnie do tego. Chwyciłem dłonią pierś, a wtedy zamknęła oczy i cicho jęknęła.
    - Jesteś nieodpowiedzialny – westchnęła, czesząc dłonią moje włosy i zamykając oczy. – Wiesz, że tutaj nie wolno…
    - Mnie już nie ma! – rzuciła Helena, zabierając ze stołu półmiski i talerzyki. – Nie chcą jeść, to nie muszą.
    Posprzątała stół do końca, po czym bez słowa wyszła z kuchni. I wtedy Dorotka ożyła. Zaczęła powolutku rozpinać guziki sukienki… a resztą to już sam się zająłem.

    Było jak przed laty. Nie zapomniałem co i jak lubiła, nie było tez powodu by się spieszyć. Wiedziałem, że Helena na sto procent nikogo tutaj nie wpuści, nawet naszych dzieci. Tego nie musieliśmy się obawiać. Dlatego wszystko przebiegało bez pośpiechu, od początku, aż do samego końca. I tylko stół się trząsł, kiedy kończyliśmy to bajeczne misterium.
    - Ty mój, zwariowany… – szeptem podsumowała mnie Dorotka, kiedy jeszcze nawet nie próbowała podnieść się ze stołu.
    - Oj, tam! Przesadzasz! – uśmiechałem się, puszczając do niej oko i całując pępek. – Kocham cię i to wszystko!
    - Wykończyłeś mnie! Ciekawe, jak będę teraz chodziła…
    - Nie przesadzaj! Tak, jak dotychczas. Nie opowiadaj, że kobieta po pieszczotach jest zawsze pokrzywdzona i musi wylegiwać się przez całą dobę.
    - Dobę może nie, ale teraz nie chce mi się wstać.
    - Jak mnie się rano nie chciało wstawać, to znalazłaś lekarstwo, prawda?
    - Teraz nie jest rano.
    - Więc zawołam panią Helenę…
    - A ja się przestraszę Heleny, akuratnie! – roześmiała się, jednak powoli przyjęła pozycję siedzącą, chociaż nadal tkwiła gołą pupą na stole. I wtedy jak na zawołanie, Helena weszła do kuchni.

    - Dorotko! – zawołała od drzwi. – Chłopcy się obudzili i mogą tu przyjść!
    - Niech się najpierw umyją! – moja żona, zupełnie naga, przeciągnęła się leniwie, aż jej piersi podjechały do góry. Potem zsunęła na podłogę i bez pośpiechu zaczęła ubierać. – Pani Heleno, sama pani widzi, że Tomek zwariował, prawda?
    - Ja niczego nie widziałam i niczego nie wiem!
    - Zwariował, zwariował, zapewniam panią. Bo kto normalny przychodzi z żoną do kuchni, żeby odstawiać takie brewerie? Mieliśmy jeść śniadanie, a tu? Sama pani widzi!
    - Niczego nie widziałam!
    - Jasne, Tomek zawsze jest u pani niewinny.
    - Pan Tomasz jest odpowiednio ubrany i nie widzę niczego gorszącego w jego wyglądzie.
    - Szkoda słów! – westchnęła, a ja się roześmiałem. Helena również nie kryła wesołości. Dorotka ubrała się i podeszła do niej.

    - Chyba przestała mi pani wierzyć – objęła Helenę za szyję.
    - To nie jest prawda! – Helena zaprotestowała, obejmując ją w talii. – Ale pan Tomasz kocha cię naprawdę, ja to widzę. A wtedy nic nie jest zabronione! Kochajcie się zawsze i wszędzie, gdzie tylko chcecie i jak chcecie! Życie jest krótkie, dlatego ludzie którzy się kochają, niczego nie powinni sobie odmawiać!
    - To znaczy, że… nie zwariował? – Dorotka udawała, że się upewnia.
    - A było ci dobrze? – Helena wyłożyła karty na stół.
    Dorotka przez chwilę milczała. – Bajecznie! – oznajmiła w końcu.
    - No i masz swoją odpowiedź! – Helena pokiwała głową. – Za dużo masz szkół! Zamiast słuchać natury, wsłuchać się w to, co płynie z wnętrza człowieka, próbujesz analizować wszystko naukowo, niczym jakąś receptę. A tu nie ma recepty! Sama siebie pytaj, czy tego chcesz, czy sprawia ci to przyjemność, bo tylko wtedy jest dobre! Tylko tyle i aż tyle. A innych analiz nie czytaj i nie słuchaj, one nie istnieją.
    - Niby to wszystko wiem, ale co jakiś czas mam niejakie wątpliwości – stwierdziła Dorotka, zupełnie poważnym tonem. – Może mi to kiedyś minie…
    - A po co ma ci mijać? – zapytałem przekornie. – Już lepiej nie kombinuj. Pani Helena dobrze mówi. A ja idę teraz po chłopczyków, szykujcie śniadanie.
    - Idź, idź! Czekam na was! – odparła, nie reagując na moje poprzednie słowa.

    Za kwadrans dziesiąta, ubrani w zwyczajnym stylu turystycznym, chociaż mimo to dość elegancko, poszliśmy w stronę wiaty. Już z daleka zauważyłem tam pustki. Hotelowi goście siedzieli na brzegu jeziora, spacerowali po okolicy, ale wiata nie cieszyła się dzisiaj wśród nich popularnością. Czyżby się już pakowali?
    Kiedy podeszliśmy bliżej, zrozumiałem, że jest to efekt obecności prezesa Zielonika. Najwyraźniej nie chcieli rzucać mu się w oczy.
    Siedział wraz z Lidką i coś tam żywo gestykulowali. Kiedy jednak podeszliśmy bliżej, dyskusja się urwała.

    - Są i państwo młodzi! – zakpiła Lidka. – Witajcie, ach witajcie! A gdzie prześcieradło? Chciałabym się dowiedzieć, czy związek został już skonsumowany, czy jeszcze nie!
    - Tylko połowicznie – wyznała Dorotka.
    - Jak to „połowicznie”? Czy to oznacza, że konsumowało tylko jedno z was? I to na boku? A drugie jeszcze nie?
    - Coś w tym stylu. Tomek twierdzi, że niczego nie pamięta. Ale to nic, prześcieradło będzie jeszcze dzisiaj, tylko później.
    - Dlaczego „później”?
    - Helena ma zarżnąć kurę na obiad, to się weźmie krwi i jakoś się wyłgamy – przyznałem.
    - Ot, kombinują już od pierwszego dnia po ślubie, no, no! – Lidka nie ustępowała.

    - Widzę, że humor państwu dopisuje, czyli wszystko jest w jak najlepszym porządku – zauważył Zielonik.
    - Panie prezesie, gdybym w takich okolicznościach nie miał dobrego nastroju, to po co byłoby nam żyć? – zapytałem retorycznie.
    - Słuszna uwaga! – przyznał. – Ja państwa bardzo przepraszam, usłyszałem, że w planach są poważne rozmowy, więc nie chciałbym przeszkadzać, ale z drugiej strony prosiłbym panią prezes o kilka ważnych dla mnie informacji. Rozumiem, że nie ma czasu, do dziesiątej niedaleko…
    - Jakie to sprawy pana niepokoją? – Dorotka nie wytrzymała.
    - Pani prezes! – Zielonik teraz mówił tylko do niej. – Ja wiem, że państwo umówiliście się z panią posłanką Lechowicz i z panem marszałkiem o dziesiątej. Wiem też, o czym będzie rozmowa…
    - Przecież to nie jest tajemnicą! – wtrąciła Lidka.

    - Właśnie! – potaknął. – Otóż chciałem państwu oznajmić, że od wczoraj jestem żywotnie zainteresowany waszym projektem i jeśli dopuścicie mnie państwo do bieżących informacji, to dołączę do grona inwestorów. Chciałbym mieć nawet ogólne wieści, ale na bieżąco i najlepiej z pierwszej ręki.
    - Tylko ta rozmowa ma dotyczyć nie projektu, lecz możliwości kandydowania Lidki w wyborach – zauważyłem.
    - Przydam się pani również w wyborach – obrzucił wzrokiem Lidkę, niby odpowiadając na moją wątpliwość. – Deklaruję już teraz finansowe wsparcie kampanii wyborczej, może pani na mnie liczyć.
    - Prezesie… mam zamiar startować z ostatniego miejsca na liście – przyznała Lidka. – Czyli nie zostanę posłanką!
    - To nic. Przyjmie pani mojego człowieka do swojego sztabu wyborczego?
    - Nie widzę żadnego problemu – zadeklarowała. – Już teraz wyrażam zgodę.
    - Dziękuję. A umówi się pani ze mną na rozmowę o waszych zamierzeniach, związanych z tym głównym projektem? Chciałbym obejrzeć mapę jeszcze na etapie planowania, mam kilka pomysłów, może z nich skorzystacie…
  • #52
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Czemu nie! Ale dzisiaj nie jestem w stanie podać panu konkretnego terminu. Sądzę, że to będzie dopiero w przyszłym tygodniu.
    - Nie szkodzi, przypomnę się pani. Tak tylko teraz nadmienię… Nie myśleliście państwo o utworzeniu na terenie przemysłowym filii specjalnej strefy ekonomicznej?
    - Myśleliśmy, ale nie tak łatwo. To musi być decyzja rządowa.
    - Jest okazja przy wyborach tę sprawę zaklepać – oświadczył z wielką pewnością siebie. – Mam jeszcze inny pomysł. Chciałbym, żeby rady gmin uchwaliły bonifikatę na działki pod zabudowę całoroczną.
    - Nie zgodzą się. To ma być ich nadzwyczajny dochód, z tego nie zrezygnują.

    - A co wolą, mieć jajka przez wiele lat, czy zarżnąć kurę na jeden rosół? Jeśli gminy tanio zbędą działki dla osadników, to przyciągną wiele osób i będą miały więcej podatków co roku. Dochód jednorazowy niech sobie zrobią na działkach rekreacyjnych.
    - Musiałby pan sam się tutaj zameldować – zażartowałem.
    - Właśnie mam zamiar to zrobić! – odpowiedział z powagą, zwracając się do mnie. – Słyszałem, że spółka Liman dysponuje działkami pod całoroczną zabudowę nad jeziorem Ondyna. Czy to jest prawdą?
    - Prawdopodobnie – przyznałem.
    - Jakiej są wielkości?
    - Każda ma ponad sto arów – podpowiedziała Lidka. – Ale tam będzie ich tylko kilka, z czego dwie są już zarezerwowane.
    - Mogę wiedzieć przez kogo?
    - Przez siedzących przy tym stole.
    - Miłe sąsiedztwo, proszę więc zarezerwować trzecią. Kupię ją. Bez względu na cenę.
    - Zastrzegam, że bonifikata w tym obszarze nie jest przewidziana – przypomniałem.
    - Wcale na to nie liczę – wzruszył ramionami. – I mówię teraz zupełnie poważnie. Mam zamiar wybudować całoroczną rezydencję, zameldować się i tutaj płacić podatki.

    - Czyli oddział banku w Czyżynach musimy jeszcze bardziej wzmocnić – powiedziała do mnie Dorotka.
    - To jest bardzo wskazane! – podkreślił. – Pani prezes, jestem gotów ten projekt bardzo mocno wesprzeć i w tutejszej strefie uruchomić co najmniej kilka przedsiębiorstw, które niedawno nabyłem. Ja nie rzucam słów na wiatr, proszę mi wierzyć. Tylko do firm potrzebni są ludzie i oni muszą gdzieś mieszkać. A więc domy i sfera szeroko rozumianych usług bytowych! To będzie niezbędne!
    - Ależ ja nie potrzebuję nadzwyczajnych zapewnień – oświadczyła Dorotka. – Pan jest znanym i wiarygodnym partnerem biznesowym, pana słowo mi wystarcza.
    - Dziękuję! Zatem nie przeszkadzam już, bo widzę, że państwa goście nadciągają. Nie odjeżdżacie państwo przed obiadem?

    - Nie! – odpowiedziała Dorotka. – A może zje pan dzisiaj obiad z nami? Zapraszamy serdecznie do domu nad jeziorem.
    - Dziękuję bardzo! Z wielką przyjemnością.
    - Czy odpowiada panu godzina czternasta? Za wcześnie, za późno?
    - Nie, odpowiada jak najbardziej i będę o czasie.
    - A więc będziemy pana oczekiwali, zapraszamy!
    - Jeszcze raz dziękuję, a teraz pozwólcie państwo, że się pożegnam! – skłonił się, po czym wstał z ławy i odszedł.
    Na ścieżce, już poza wiatą zatrzymał się jeszcze na minutę, wymieniając grzeczności z idącymi ku nam marszałkiem oraz Anną.

    - Nie wypędzisz nas stąd? – zapytałem Lidkę.
    Siedziała dość smętna i milcząca, jakby nie miała nastroju. Oprócz powitalnej uwagi o prześcieradle, niemal się dzisiaj nie odzywała.
    - Nie wypędzę, bo mam kaca – oznajmiła cierpko. – Wprawdzie piłam wczoraj niewiele, ale właśnie, z tego powodu mój organizm cierpi. Mogłam, a nie skorzystałam, organizm to widział i się dzisiaj zbuntował!
    - To daj mu jakieś zasilanie – roześmiałem się.
    - Za późno. Kto usiądzie za kierownicą?
    - Oj, nie stać cię na taksówkę? Kiedy zamierzasz jechać?
    - Przed obiadem.
    - To przykro, proponuję zatem sok pomidorowy.
    - Trafiony i zatopiony. Nie pomogło.

    - Może właśnie dlatego się buntuje? A próbowałaś jezioro przed obiadem?
    - Ja nie mam tak skąpego kostiumu jak Dorka, więc dodatkowe bodźce mnie nie obejmą.
    - Jakie znowu bodźce? – zapytała Dorotka.
    - Byłaś dzisiaj bohaterką naszej hotelowej telewizji śniadaniowej. Kto się zorientował, mógł sobie ciebie pooglądać całkiem, całkiem znośnie. Dupeczkę masz niczego sobie, cycki zresztą też w porządku.
    - Co ty opowiadasz! – żachnęła się Dorotka.
    - Oj, mała! Zapomniałaś, że wszędzie są kamery, a rano, tradycyjnie nakierowane są na jezioro. To jest naprawdę niezły sprzęt, w końcu jego zadaniem jest pokazywanie różnych zdarzeń przyrodniczych. Jakichś ptaszków, ich polowania na ryby, a nawet owadów na wodzie. Ważki i inne wieloryby.
    - Nie jestem ptaszkiem, ani rybą! – Dorotka protestowała na poważnie.
    - Wiem, ale zanim przerwałam ten spektakl, operator pokazał cię kilka razy w pełnym zbliżeniu. Było co oglądać, nie powiem.

    - No nie… Lidka! – Dorotka wyraźnie się zdenerwowała.
    - Zamilcz, wiem co chcesz powiedzieć. Tylko takie numery będziesz odtąd musiała uzgadniać. Ze mną, albo z Markiem. Inaczej kamery śledzą jezioro dwadzieścia cztery godziny na dobę.
  • #53
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Więc daj mi jakiś wyłącznik do domu!
    - Temat do rozpatrzenia, tylko muszę się zorientować co do kosztów, a te będą niemałe.
    - Koszty pokrywam.
    - Czyli totalna inwigilacja otoczenia? – zapytałem niemal retorycznie.
    - Zdziwiony? – odparła Lidka. – Konsultowałam to z Pawłem, wszystko ma jego aprobatę. Cały system ochrony również.
    - Dedejką?
    - A niby z kim? Masz to samo co w banku i jeszcze narzekasz.
    - Ja przyjeżdżam tutaj od banku wypoczywać.
    - U was w domu niczego nie ma. Znaczy, sprzęt jest zainstalowany, tylko nie jest uruchomiona centrala. Paweł czeka na wasze polecenie, powiedział, że bez tego nie uruchomi niczego. Ani jednej kamery.

    - A na zewnątrz?
    - To działa już od dawna.
    - Więc na tym poprzestaniemy – zadecydowałem. – Nie chcę żadnej kamery w domu, a poza tym dzisiaj do domu nie jedziesz, bo masz przyjść na obiad. Jasne?
    - No… nie wiem…
    - Dzień dobry! – zaanonsowała się Anna. – Piękny dzień dzisiaj, prawda?
    - Dzień dobry państwu! – pozdrowił nas marszałek.
    Odpowiedzieliśmy niemal chórem, jednocześnie powstając z ławek.

    Anna przywitała się z Lidką uściskiem dłoni, potem tak samo z Dorotką i wreszcie wyciągnęła rękę ku mnie. Ale nasze oczy się nie spotkały. Spojrzenie miała wyprane z wszelkich emocji. Tym niemniej skwapliwie uścisnąłem jej palce, zachowując pełną powagę i nie próbując niczego rozgrywać.
    Natomiast uścisk dłoni marszałka był bardzo zdecydowany, powiedziałbym nawet, że bardzo męski.
    Lidka poprosiła ich by usiedli i nie czekając na nic, oznajmiła zdecydowanym tonem.
    - Poprosiłam swoich znajomych, aby mi doradzali w sprawach politycznych i wolałabym rozmawiać dzisiaj w ich obecności. Mam nadzieję, że państwu nie będzie to przeszkadzało?
    - Ależ nie, oczywiście, jest to pani suwerenne prawo – odpowiedziała jej Anna, zwykłym, zdecydowanym tonem. – Czyli poznamy dzisiaj pani odpowiedź na naszą propozycję?
    - Tak, myślę, że tak. Proszę jednak o chwilę cierpliwości – dyskretnie wskazała wzrokiem kelnerki, nakrywające stół.
    - Rozumiem – marszałek wydawał się zadowolony.

    - Jak się panu spało? – zapytałem.
    - Dziękuję, bardzo dobrze! Piękny hotel! – pochwalił. – I niebanalne otoczenie. Nie zdawałem sobie sprawy, że taki elegancki obiekt z niemałym i różnorodnym zapleczem sportowym, powstał na naszym terenie. To jest wspaniałe! Szkoda tylko, że nie uprzedziłem wcześniej małżonki, że nie wrócę na noc.
    - Jeśli będzie taka potrzeba, to osobiście odwiedzę pana żonę z usprawiedliwieniami! – zadeklarowała Dorotka.
    Uśmiechnięty marszałek pokręcił przecząco głową.
    - Proszę pani… Żona jest już w drodze – oznajmił z uśmiechem. – Zaleciliście państwo wczoraj odesłać kierowcę, więc tak zrobiłem. A teraz wraca po mnie, już z żoną.

    - To świetnie! – Dorotka uśmiechnęła się. – Znakomicie! Zatem zapraszamy państwa do nas na obiad. Pani posłanko… – skierowała wzrok na Annę. – Będzie nam bardzo miło gościć również panią.
    - Dziękuję! – odparła raczej sztywno. – O której godzinie?
    - Obiad planowany jest na czternastą – wyprzedziłem Dorotkę. – Tym niemniej, zapraszamy do nas wcześniej, mamy do dyspozycji salon lub taras, bez świadków i obserwatorów.
    - Oj, nie wiem czy wypada się przyznać… – mruknął marszałek.
    - Czyżby oglądał pan naszą telewizję śniadaniową? – przytomnie zapytała Lidka.
    - I owszem!
    - Ja również oglądałam jeziorową kąpiel – przyznała się Anna. – Cóż! Wypada tylko pozazdrościć! Nie wiem jak pani to robi, ale chętnie skorzystałabym z jakichś porad odnośnie diety, albo rodzaju ćwiczeń…

    - Niestety! – Dorotka bezradnie rozłożyła ręce. – Dziękuję za miłe słowa, lecz naprawdę, ja nie umiem niczego podpowiedzieć. Po pierwsze, jem przeważnie to, co przygotuje dla nas pani Helena. I zupełnie nie znam wcześniej jadłospisu. A po drugie… nie… Proszę zwolnić mnie z tej odpowiedzi.
    - Zwalniam więc! – Anna uśmiechnęła się. – Ale jest pani bardzo sprawna fizycznie!
    - Trenowałam kiedyś pływanie oraz jazdę figurową na lodzie – pochwaliła się Dorotka. – Poza tym były standardowe zajęcia baletowe i taniec, co też rozciąga stawy i mięśnie. A teraz próbujemy czasami ćwiczyć, chociaż charakter naszej pracy nie zawsze na wszystko pozwala. Ale biegamy, dość często pływamy, bo przecież w domu, gdzie wracamy na weekendy, mamy swój basen… Czasem też potańczymy z Tomkiem, wspominając sobie nasze dawne, takie… frywolne tańce, znaczy takie z wygibasami, których choreografię kiedyś opracowaliśmy…

    - Frywolne! – Lidka parsknęła śmiechem. – Świetne określenie! To tak, jakby cysternę nazwać antałkiem!
    - Kiedyś? – Anna wyłapała niuans.
    - Tak, to już bardzo dawno temu – Dorotka jakby nie zrozumiała wątpliwości. – Nad tym jeziorem, niecałe dziesięć lat temu, nie było jeszcze hotelu ani turystów. Byliśmy tylko my we dwoje. Tomek i ja. Całe jezioro mieliśmy niemal do wyłącznej dyspozycji…
    - Nie chrzań, ja też tu czasem bywałam – odezwała się Lidka. – I też z jeziora korzystałam.
    - Na golasa… – mruknąłem teatralnym szeptem.
    - Nie przesadzaj! – Lidka skrzywiła się. – Te kilka naturystycznych kąpieli i to wraz z wami, wcale się nie liczy. A poza tym, wtedy była księżycowa noc i niewiele zobaczyłeś.

    - Dopiero w saunie widziałem więcej…
    - Cholero!
    - Tomek, jesteś niedyskretny! – skarciła mnie Dorotka.
    - Dlaczego niedyskretny? – udałem zdziwienie. – Przecież o kandydatce nie należy niczego ukrywać!
    - Czy to przedstawienie jest wyreżyserowane dla mnie? – zapytała przytomnie Anna. Marszałek natomiast był zdezorientowany i było to po nim widać.
    - Nie, pani posłanko, to nie było przedstawienie – oświadczyła Lidka, tym razem bardzo poważnym tonem. – W dużym skrócie, tak wygląda historia naszej znajomości oraz nasze wzajemne, całkiem współczesne relacje. Chciałam, żeby pani o tym wiedziała, gdyż w dzisiejszych czasach można wszystkich obrzucić nie wiadomo czym i wtedy pojawia się pytanie co jest prawdą, a co nie.
    - Czy… to jest jakieś memento pod moim adresem?

    - Ależ nie! – Lidka protestowała. – Wręcz przeciwnie. Chciałam państwu przybliżyć swoją własną sylwetkę, żeby kiedyś nie narazić się na zarzut, że coś tam ukrywałam. Otóż nie ukrywam! Jestem dziewczyną z prowincji, wychowaną na wsi, miewam różne, dziwne pomysły i tak dalej. Ponadto klnę czasami jak szewc, gdy mnie ktoś mocno wkurwi… czy coś jeszcze chcecie o mnie wiedzieć?
    - I kieruje pani wcale niemałą firmą – zauważył marszałek.
    Anna opuściła głowę i dumała, nie wiadomo o czym.
  • #54
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Owszem, ta firma jest moim dzieckiem, które pieszczę i wychowuję. I na pewno go nie zostawię, ani nie oddam do adopcji. Chciałabym, żeby to było oczywistością w naszych obecnych i ewentualnie przyszłych kontaktach.
    - Gdyby pani została wybrana, to jak sobie pani wyobraża swoje życie w okresie kadencji? – zapytała Anna, podnosząc głowę.
    - Nie wyobrażam sobie! – Lidka odpowiedziała bez wahania. – Zagrajmy w otwarte karty. Ja się zgadzam na propozycję kandydowania z listy waszego stronnictwa. Tym niemniej, ani na razie nie mam ochoty zostać jego członkiem, ani nie mam zamiaru wchodzić w konflikt ze starymi, regionalnymi działaczami. Oni mają inne spojrzenie na problemy regionu niż ja, takie bardziej konserwatywne. Jednocześnie wciąż mają dużo wpływów, a mnie konflikt nie odpowiada.
    Mam przed sobą jedno, poważne zadanie do wykonania i na nim muszę skupić swoje zaangażowanie. Reszta interesuje mnie trochę mniej. Chcę doprowadzić do końca nasze, tutejsze zamierzenia, zrealizować miejscowy, międzygminny planu rozwoju regionu i to wszystko. Mnie polityczne gierki na żadnym szczeblu nie interesują. Ja jestem tutejszą, lokalną patriotką i taką też chcę pozostać!

    - Ale rozumiem, że zgadza się pani kandydować z naszej listy? – upewniał się marszałek.
    - Tak, ale pod warunkiem, że z ostatniego miejsca na liście i że przynajmniej na razie pozostanę bezpartyjna! – oznajmiła dumnie Lidka. – Proszę mnie zrozumieć, to zastrzeżenie nie oznacza negacji programu stronnictwa, ani tego, że mam inne zdanie. Ja tylko chcę się zorientować, jak taka decyzja może wpłynąć na postrzeganie mojej osoby przez tutejszych, lokalnych wyborców. Muszę to przemyśleć i potrzeba na to troszeczkę czasu.
    Anna zmarszczyła brwi.
    - Miejsce, jak miejsce – zauważyła flegmatycznie. – Chciałam się tylko upewnić, czy dobrze panią rozumiem…
    - Ależ proszę!

    - Czy pani zamierza uczestniczyć w kampanii wyborczej naszego stronnictwa?
    - Oczywiście, jak najbardziej! – zapewniła Lidka. – Chcę tylko znać rozpiskę odpowiednio wcześniej i ten miesiąc przed wyborami, wyjmę sobie z kalendarza, nie widzę problemu.
    - Będzie pani musiała sama zadbać o swój harmonogram spotkań z wyborcami.
    - Będę do dyspozycji narodu, zapewniam.
    - Ja mam taką wątpliwość… – zgłosił marszałek. – Chce pani pozostać bezpartyjną, dobrze, to jest pani prawo. Ale jak mamy mieć pewność, że w trakcie kadencji nie przejdzie pani na przykład do konkurencji? My również musimy zadbać o nasze interesy, a pani wybór pozostawania wolnym strzelcem, pozbawia nas wielu możliwości oddziaływania.
    - Przecież ja nie zostanę wybrana, po co więc pan wybiega w sferę niemożliwości? – Lidka uśmiechała się do niego.
    - Wszystko jedno. Jeśli rozmawiamy poważnie, musimy pamiętać o różnych opcjach, także tych niemożliwych – zauważyła przytomnie Anna. – Listy nie są jeszcze poukładane, pan premier lubi sprawiać niespodzianki, a poza tym, skoro rozmawiamy już drugi dzień, to nie możemy zapominać o niczym.

    - Z tego co się orientuję, umowy cywilnoprawne regulujące te kwestie, nie są już zbytnio popularne – wtrąciłem.
    - Tak, zgadza się – przyznał marszałek. – To jest już nieskuteczne.
    - A ja uważam, że najlepszą gwarancją dla państwa jest pozycja Lidki w biznesie – zabrała głos Dorotka. – Taka osoba nie może sobie pozwolić na polityczne wolty, gdyż stałaby się niewiarygodnym partnerem również dla kontrahentów. To tylko niektórzy politycy, żyjący z poselskiej diety, mogą zmieniać sztandary w zależności od tego skąd powieje wiatr. Tylko oni! Natomiast każdy przedsiębiorca, mimo niewątpliwie posiadanych jakichś politycznych poglądów, niezbyt chętnie demonstruje je publicznie, prawda? Bo przecież gdyby opozycja zdobyła władzę, on nadal musi działać i zdobywać klientów.
    - Ale pani Lidia, skoro już będzie na naszej liście, właśnie określa się politycznie! – skontrował ją marszałek.

    - Nic z tego! – Lidka wydęła wargi. – Panie marszałku, mam swój pomysł na kampanię, jej głównym hasłem będzie rozwój regionalny, a ta sprawa jest ponadpartyjna! Owszem, z waszą pomocą możliwe jest jej przyspieszenie i lepsze dopracowanie, jednak uważam, że wyborców da się przekonać właśnie akcentowaniem pomocniczości tych waszych działań. Bo to na nas spoczywa główny ciężar wykonania wszystkich prac, musimy sami zakasać rękawy! My, w sensie tubylcy. I to niezależnie od przekonań oraz zapatrywań politycznych.
    Dlatego chciałabym akcentować właśnie to, że pomagaliście nam, nie pytając mieszkańców o poglądy. Więc ja pomagam wam, niezależnie od tego, jaką partią jesteście. I przyrzekam, że do końca kadencji zdania nie zmienię, czy to jest wystarczająca deklaracja?
    - Powiedzmy… – Anna pokiwała głową, chyba sceptycznie.

    - Pani prezes, a jak pani zapatrywania odnośnie naszego funduszu wyborczego? – zapytał cicho marszałek.
    - Proszę być spokojnym – do dialogu wtrąciła się Dorotka. – Mamy tutaj pewne możliwości, więc zasilimy wasz fundusz, a Lidce też niczego nie zabraknie. Skorzystają przy tym również pozostali kandydaci, to mogę państwu zagwarantować. Oczywiście, nie ma kasy bez dna, jednak jakoś sobie poradzimy, a swoje środki możecie dzielić bez troski o Lidkę.
    - Lidka, jako bezpartyjna, nie będzie obciążać też waszego sprawozdania finansowego z kampanii – dodałem. – Sami na bank zadbamy o przejrzystość jej finansów w sprawozdaniu dla Centralnej Komisji Wyborczej! – pozwoliłem sobie na żart.

    - Ładnie! Pięknie! – Anna podsumowała moje słowa. – Tak pięknie, że aż nie chce się w to wierzyć. Powiedzcie mi zatem państwo, gdzie tu leży klucz do takiej postawy? Co kryjecie przed nami?
    Przez kilka sekund trwała cisza.
    - A niby co mamy kryć? – Lidka nie kryła zaskoczenia, my natomiast, mocno zdziwieni, spojrzeliśmy z Dorotką po sobie. Ja chyba najszybciej zrozumiałem wątpliwości Anny.
    - Aniu, rozumiem, że ta wątpliwość jest wywołana przede wszystkim moją obecnością, prawda? – oświadczyłem krótko i dobitnie. – Ale tu nie ma żadnych kruczków, chcemy przy wyborach pomagać rzetelnie.

    Przy stole znowu zapadła cisza i dźwięk dzwonka telefonu marszałka zabrzmiał wyjątkowo donośnie. Uniósł brwi, zmieszany, przeprosił i odszedł zupełnie na bok. Anna zaś milczała.
    - Gdybyś tylko zechciała spróbować pozbyć się swoich dawnych uprzedzeń – kontynuowałem, korzystając z okazji – wszystko stałoby się jasne i oczywiste, oraz bardzo klarowne. Zapewniam cię, że będziemy z żoną aktywnie kibicować Lidce i będziemy ją wspomagać. Ty również możesz liczyć na nasze ciepłe przyjęcie, gdybyś tak zechciała włączyć się w jej kampanię, a może nawet zaproponujesz tutaj również swoją osobę? Wrzuć to kierownictwu do analizy, niech skieruje cię do tego okręgu, a wtedy nie pożałujemy starań, abyś została ponownie wybrana, przyrzekam ci to! Masz tutaj bardzo dobrą opinię, a my ją jeszcze podbudujemy! Gdybyś tylko zechciała w to uwierzyć…

    Przy stole trwała cisza. Anna patrzyła na mnie uważnie, ale jej wzrok niczego mi nie mówił. Już nie umiałem jej czytać tak, jak oczy Dorotki. Te czasy minęły bezpowrotnie.
    - Chciałabym w to uwierzyć – oznajmiła krótko. – Na razie jednak nie potrafię. Twój widok nijak nie chce mi się zgrać z pewnością zdarzeń, albo ze szczęściem. Raczej kojarzy mi się tylko i wyłącznie z czekającymi mnie później problemami.

    Zagryzłem zęby, widziałem też, że Dorotka ma ochotę coś powiedzieć, jednak Anna chyba się zreflektowała.
    - Przepraszam państwa! – ujęła twarz w dłonie, zakrywając ją na chwilę. – Przepraszam wszystkich, nie miałam zamiaru nikogo obrażać, to jest tylko ogólny opis mojego stanu emocjonalnego w dzisiejszej sytuacji, przepraszam jeszcze raz!
  • #55
    Mierzejewski46
    Level 34  
    Ależ masz chłopie talent do pisania. Podziwiam, zazdroszczę i jeśli można zacznę drukować i składać w segregator. Kiedyś przeczytam całość jednym tchem.
  • #56
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Poczekaj, pod koniec wyślę Ci plik sformatowany w .doc. To zupełnie inaczej (lepiej) wygląda. Z akapitami i odstępami. Bo jeśli sam zechcesz to zrobić, to trochę czasu zejdzie. :D
  • #57
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Lidka pierwsza nie wytrzymała.
    - Pani posłanko, ja popieram tutaj Tomka. Uważam, że pani przesadza z tą pamiętliwością i to odbija się bardzo negatywnie na możliwości naszej współpracy. Czas byłoby zakopać topór wojenny.
    - Czy pani w ogóle wie, jakie jest tego podłoże? – Anna zaatakowała. – Zna pani niuanse z życiorysu obcego mężczyzny?
    - Chyba się pani zdziwi, ale przecież wspomniałam wcześniej o naszych wzajemnych relacjach. Może to nie jest zbyt powszechne we współczesnym świecie, ale mamy z Tomkiem wobec siebie zaufanie, nie skażone w dodatku intymnością, zarezerwowaną dla małżonków. Dzięki temu znamy wzajemnie swoje różne życiowe sytuacje i potrafimy je oceniać w miarę obiektywnie. Mnie taka sytuacja bardzo odpowiada, bo na co dzień mam pod ręką zaprzyjaźnionego krytyka, który nie mydli mi oczu pięknymi tekstami, lecz od razu wykłada kawę na ławę. I tak samo ja traktuję jego problemy czy wątpliwości. Mówię co myślę naprawdę, niezależnie czy jest to aprobata czy też negacja.

    - Twierdzisz, że porady Tomka dla mnie są skażone naszym małżeństwem? – wtrąciła słodko Dorotka. Wyraźnie odetchnęła po przeprosinach Anny.
    - Nie wygłupiaj się! – skarciła ją Lidka. – Tomek jest profesjonalistą. Z tego co opowiada mój Romek, potrafi nawet tobie się sprzeciwić, jeśli czegoś nie akceptuje. A to jest już wiele.
    - A potem, w domu, dostaje za to po głowie – mruknąłem.
    Dorotka roześmiała się.
    - Jakoś nie masz łysiny, więc nie wybiłam ci z tej głowy ani jednego włosa! Ale wróćmy do głównego tematu. Pani poseł! Ja o wszystkim wiem i podzielam stanowisko Tomka. O pani dowiedziałam się przed wieloma laty, już w początkach naszej znajomości i już wtedy Tomek ubolewał, że zachował się tak, jak się zachował. Do takiej samooceny trzeba dojrzeć. Proszę zauważyć, że nie wszyscy są do tego zdolni, a jednak Tomek zdobył się i na samokrytykę!
    - Ale to nie z panią pod rękę defilował wtedy pod moimi oknami!
    - Oczywiście! – Dorotka nawet się nie skrzywiła.
    Słowa Anny były jawnym kłamstwem. Spotkała nas kiedyś z Martą pod rękę na ulicy, a nie pod jakimś oknem.

    - Pani jest młoda, piękna i bogata, co pani może wiedzieć o życiu?! – Anna nawet nie kryła, że zdanie Dorotki niezbyt ją interesuje.
    - Pani posłanko… – szepnęła Dorotka w odpowiedzi. – Dużo się pani pomyliła. Opowiem pani swój życiorys, pani zaś odpowie mi własnym. Bez korekty i upiększeń, dobrze? Pani uważa, że miałam rozścielone czerwone dywany na mojej życiowej drodze? To duży błąd!
    Pochowałam swojego pierwszego męża, mając brzuch pod nosem, a za chwilę dwójkę niemowląt przy piersi. Nie widziałam też szans na wspólne życie z tym, którego kochałam naprawdę. I kto był maluchów ojcem. Nie miałam wtedy pieniędzy, wystarczało mi ledwie na opiekunkę, żebym po urlopie macierzyńskim mogła wrócić do pracy. Tak samo nie mogłam pozwolić sobie na nowe bluzki, czy buty, nie mówiąc już o jakichś bardziej wyrafinowanych kaprysach. Musiałam zadbać przede wszystkim o dzieci oraz odpowiednie odżywianie się, gdyż ich wykarmienie pochłaniało wszelkie zasoby mojego organizmu…
    - Przepraszam, ja absolutnie nie wystawiam pani żadnych ocen. Nie mam do tego prawa, ani nie chcę takowego mieć!
    - Dorotko! Chłopcy tutaj biegną – uprzedziłem.

    Zawahała się, pewnie miała zamiar nadal polemizować z Anną, jednak zrezygnowała, zwracając głowę w stronę domu. Rzeczywiście, dziewczyny opiekujące się chłopcami nie mogły za nimi nadążyć, bo chłopcy biegli ku wiacie pełnym pędem.
    Zobaczyli nas w towarzystwie innych osób, więc zatrzymali się przed ławą i grzecznie pozdrowili wszystkich, ale trwało to sekundy, po czym bezceremonialnie zaczęli wpychać się pomiędzy nas. Pozwoliłem im na to, przesuwając się w bok, Dorotka także nieco ustąpiła i po chwili siedzieli na ławie mając zabezpieczone flanki, bardzo z siebie zadowoleni.
    - Wyspani? – zapytała Dorotka.
    - Tak! – padła wrzaskliwa, wspólna odpowiedź.
    - Śniadanie zjedzone? – teraz ja spróbowałem się upewnić.
    - Tak! – odpowiedział Pawełek spokojnie. – Tatuś, chodźmy nad jezioro! – schwycił mnie za rękę, szarpiąc delikatnie.
    - Ja to bym popływał na łódce! – odezwał się Piotruś.

    - Kochani! – przerwała im Dorotka. – Czy zauważyliście, że nie jesteśmy sami?
    - To co, przecież jest niedziela! – przypomniał Piotruś. – Mamo, ty dzisiaj nie pracujesz.
    Dorotka schwyciła go w talii, chcąc posadzić sobie na kolanach, jednak wyśliznął się jej z rąk. Obecność obcych osób już go krępowała.
    - Tatuś, chodźmy! – Pawełek zsunął się z ławy, trzymając oburącz moją dłoń.
    - Kochani, przesadzacie, nie tak się umawialiśmy! – Dorotka próbowała być pryncypialna, lecz ja postanowiłem spełnić ich życzenie. Miałem dobrą okazję zejść Annie z widoku, niech się dziewczyny same dogadują, nic tu po mnie.
    - Dorotko… pójdę z nimi na chwilę – mrugnąłem do niej. – Przepraszam państwa! – skłoniłem się Annie i marszałkowi, bo wracał właśnie do stołu. – Dzieci mnie atakują, ale niedługo wrócę – powstałem z ławy. Pawełek mojej dłoni nie odpuszczał.
    - Ależ proszę bardzo! – odparł marszałek swobodnie.

    Nie czekając dłużej, powędrowaliśmy w stronę jeziora, a dziewczyny, stojące dotychczas nieopodal, dołączyły do nas niczym jakaś świta. Po kilkunastu metrach odwróciłem się.
    - Dajecie sobie panie radę z nimi? – zapytałem wesoło i poczekałem, aby dołączyły. Były ubrane w służbowe sukienki personelu i wiedziałem, że na wysokości kieszonki znajduje się wyszyte imię każdej z nich. – Pani Ewa i pani Irena! – przeczytałem głośno.
    - Do usług, panie dyrektorze! – roześmiała się Irena.
    Była starsza i chyba z dłuższym stażem w hotelu.
    - Coś mi się wydaje, że to pani tańczyła kiedyś kankana na tym stole pod strzechą – wspomniałem.
    - Zgadza się – potwierdziła, śmiejąc się w głos. – Dobrze pan zapamiętał.
    - I jak wasz zespół? Tańczycie nadal?
    - Oczywiście! – oświadczyła dumnie. – Pod koniec lipca będą dni naszej gminy i między innymi właśnie my będziemy się prezentowały w pełnej krasie. Rada Gminy powołała w ubiegłym roku Gminne Centrum Kultury, jesteśmy jedną z jego sekcji, mamy teraz fachowego kierownika i choreografa…
    - Niemożliwe! – aż przystanąłem.
    - Ale prawdziwe! – oznajmiła z dumą.

    Zupełnie jej nie krępowałem, zachowywała się tak, jakby opowiadała to wszystko koledze, albo bliskiemu członkowi rodziny. Druga natomiast, czyli Ewa, wciąż była jakaś spięta i zmieszana.
    - Pani Ewo, czemu pani milczy? – zapytałem.
    Wzruszyła ramionami i nawet się nie uśmiechnęła.
    - Nie wiem! – wystękała.
    - Ma pani jakieś doświadczenia w opiece nad dziećmi? – zapytałem.
    - Mam – oznajmiła niepewnie.
    - Ewka ma liczne rodzeństwo – pomogła jej Irena. – Wszystko umie, ale boi się sprzeciwić chłopcom.
    - Dlaczego?
    - Boi się, że pan, albo pani prezes, nie zaakceptują tego.
  • #58
    Mierzejewski46
    Level 34  
    Trzymam Cię za słowo. Czytamy razem z żoną powiem Tobie, że bardzo nad to wspólne czytanie zbliżyło, a przy okazji pewne sprawy i my sobie wyjaśniliśmy.
  • #60
    Mierzejewski46
    Level 34  
    Przeważnie w łóżku na telefonie. Tak, że...
    Ostatnio podczas tego zbliżenia przypadkowo wcisnąłem "Raportuj".