Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

'Mąż pani prezes' - kolejna część opowiadania.

retrofood 03 Jun 2021 12:06 3249 86
Optex
  • #61
    jestam
    Automation specialist
    Raportowanie zbliżeń awangardą postępu! ;-P
  • Optex
  • #62
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Nie ma takiej opcji – przestałem się uśmiechać. – Szanowne panie! Skoro zostałyście wybrane do opieki nad dziećmi, to wtedy wy rządzicie, a nie dzieci! Czy to jest jasne?
    - Ja jej to mówiłam, ale nie chce mi wierzyć.
    - Pani Ewo? – spojrzałem na dziewczynę, ale opuściła tylko wzrok.
    - Pani Ewo! – powtórzyłem. – Poradzi sobie pani z nimi?
    - Będę się starała – wreszcie przemówiła.
    - No to dobrze – odetchnąłem, przestając zwracać na nią uwagę.
    Chłopcy już czekali nad brzegiem jeziora, a my dopiero tam się zbliżaliśmy.
    - Nie wołali was do wody? – zapytałem Irenę.
    - Wołali, tylko my nie mamy tutaj kostiumów – odpowiedziała, nieco zmieszana.
    - A dlaczego? – zażartowałem. Postanowiłem podtrzymać dość swobodną atmosferę.
    - No tak… – uśmiechnęła się smętnie. – Jezioro jest dla gości a nie dla nas. Już by nam pan Marek skutecznie wybił z głowy kąpiele.
    - Aż taka dyscyplina? – zdziwiłem się. – To chyba lekka przesada.
    - Pewnie, że przesada! – przyznała. – Nawet po godzinach nie pozwala nam się kąpać. Niby dlatego, żebyśmy nie narażały się na zaczepki gości.

    - Chcecie panie, żebym z nim porozmawiał?
    - Jeśli pan dyrektor byłby tak uprzejmy – kontynuowała bez żenady, obdarowując mnie przy okazji zalotnym uśmiechem.
    - Zrobię to dla pani, obiecuję. A teraz zapraszam was obydwie do bani.
    - Do czego???
    - Do bani! Czyli, po rosyjsku, do sauny. Tam są kostiumy. Fabrycznie nowe, z metkami. Coś sobie panie wybierzecie i pójdziemy popływać. Chłopcy! – zawołałem, widząc że mają zamiar już się rozbierać. – Jeszcze nie teraz, poczekajcie kilka minut, panie muszą się przebrać. A że to będzie w saunie, to ja was tutaj samych nie zostawię. Cierpliwości! Za kilkanaście minut będziemy pływać, obiecuję, jednak na razie obowiązuje dyscyplina!
    Przyszli grzecznie do nas i ruszyliśmy razem. A przed drzwiami wybrałem kod w zamku i otworzyłem drzwi, po czym weszliśmy do środka.

    - Ale tu jest fajnie! – Irena nie kryła zachwytu.
    - Nie była pani tutaj?
    - A skądże! To strefa nie dla personelu, my tutaj nie mamy wstępu.
    - Tatuś, a jest coś do picia? – zapytał Piotruś.
    - Jest, łakomczuchu. Co byś chciał?
    - Colę.
    - Ale jest zimna, z lodówki.
    - Taką lubię! – ożywił się.
    - Weźcie puszki z lodówki, lodówka jest w kuchni – zadysponowałem. – A słomki są w pojemniku na drzwiach. Zaraz do was przyjdę i wam je otworzę.
    - Dobrze, tatusiu! – pobiegli w tamtą stronę
    Ja natomiast doprowadziłem dziewczyny do szafki z kostiumami.
    - Proszę, tutaj możecie panie wybrać coś dla siebie. I uprzedzam, że wybrany kostium nie podlega zwrotowi. Przechodzi bezpłatnie na własność osoby wybierającej. Czyli zabieracie go panie do domu. Proszę wybierać spokojnie, a potem, tutaj obok są dwie kabiny, gdzie można się przebrać.

    - A pan? – zapytała przytomnie Irena.
    - Ja mam kąpielówki na sobie – przyznałem. – Już dzisiaj pływałem, szanowna pani!
    - Widziałam w hotelowej telewizji – powiedziała Ewa.
    - Wow! A ja nie widziałam! – Irena udawała zmartwioną.
    - Czyli zbyt późno przyszłaś dzisiaj do pracy – dogryzła jej Ewa.
    - Ty…
    - Spóźniła się pani?
    - Wcale nie! – zaprotestowała. – Ja w ogóle miałam dzisiaj mieć drugą zmianę. Tylko szef rano zadzwonił, że jestem potrzebna na trzynastym posterunku, dlatego niezwłocznie się stawiłam.
    - Na… trzynastym posterunku? – zapytałem powolutku.

    - Nie słyszał pan tego określenia? – wyglądała na zdziwioną.
    - Nie.
    - Co oznacza, że dałam teraz ciała... – zmieszała się.
    - Niekoniecznie – śmiałem się. – Ale to jest ciekawe. Skąd taka nazwa?
    - Ja nawet nie wiem, ktoś kiedyś tak nazwał ten dom i to już pozostało.
    - A czy ja mogłabym się nie przebierać? – zapytała Ewa, wyraźnie skrępowana. – Te kostiumy są takie… takie miniaturowe. Ja będę dyżurowała na brzegu…
    - Jak pani chce – odparłem obojętnie. – Myślałem, że takie piękne, młode damy, chętnie paradują w skąpych kostiumach. Tym bardziej przy takim wiekowym mężczyźnie, który nie stwarza już wobec dam żadnego zagrożenia.
    - Teraz to pan jest zbyt przesadnie skromny – skomentowała Irena, oglądając kolejny komplecik.
    - A skądże! – odparłem z udawanym akcentem, po czym wyszedłem do kuchni.

    Chłopcy siedzieli na stołkach, czekając na otwarcie puszek.
    - I co, supermani, zdobywcy wszechświata! – pozdrowiłem ich. – Chcecie popływać? Woda jest zimna!
    - Tatuś! A moglibyśmy wieczorem łowić raki?
    - Pawełku, za miesiąc! Dzisiaj wieczorem już nas tutaj nie będzie. Po obiedzie musimy jechać do Warszawy. Do domu, gdyż jak na razie wciąż jeszcze trwa rok szkolny. Jeszcze chodzicie do szkoły, a my z mamą jeszcze pracujemy.
    - A ja myślałem, że już są wakacje…
    - Masz szkolne świadectwo? – zapytałem.
    - Nie mam.
    - Więc nie kombinuj już. Dopiero wtedy, gdy dostaniesz świadectwo, będziesz sobie mógł rozmyślać o wakacjach. A teraz wasze panie opiekunki się przebierają i będziecie mogli wejść z nimi do jeziora. Tylko uprzedzam, bo ja się już kąpałem, że woda jest zimna. I nie przesadzajcie z czasem pobytu w jeziorze. Lepiej wyjść, podgrzać się na słońcu i potem ponownie się pochlapać. Dlatego więc, kiedy któremuś z was będzie zimno, zaraz mi o tym melduje, dobrze?
    - A będziesz z nami? – zapytał tęsknie Piotruś.
    - Na razie będę, chociaż nie wiem jak długo. Niczego nie mogę wam przyrzec, gdyż mamy gości.
    - Ale teraz będziesz?
    - Będę, smyku! – przytuliłem go. – Chodźcie, bo widzę, że już nie możecie się doczekać.

    Wyszedłem z nimi przed budynek i przystanęliśmy na chwilę, spoglądając na jeziorko. A niedługo po nas pojawiły się również dziewczyny. Jedna w ładnym, pomarańczowym kostiumie, natomiast druga nadal w swojej służbowej sukience.
    - O ja p…rzepraszam! – obrzuciłem wzrokiem Irenę. – Ale dziewczyna, niczym z obrazka!
    - Panie dyrektorze, proszę ze mnie nie żartować, bo mnie to zawstydza!
    - Ja wcale nie żartuję, piękna z pani dziewczyna! Ale wie pani co? Tak rozmyślam o tym trzynastym posterunku…
    - Mam nadzieję, że pan się nie obraził?
    - Nie, skądże! – roześmiałem się, po czym zaproponowałem. – Chodźmy w stronę zejścia do jeziora. Tylko tak się zastanawiam, czy ktoś nie próbuje porównać naszego zachowania z wygłupami aktorów tego serialu…
    - Nie, broń Boże! – obruszyła się, podejmując marsz. – To określenie powstało jeszcze podczas remontu, kiedy państwa w ogóle tam nie było – tłumaczyła skwapliwie. – Wtedy też miałyśmy różne zadania związane przede wszystkim z ekipami budowlanymi…
  • Optex
  • #63
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - A kiedy tam zaglądałyście, to było wesoło – snułem przypuszczenia.
    - No… czasem bywało – przyznała, tak akcentując swoje słowa, abym nie miał żadnych wątpliwości. – Jednak byłoby lepiej, gdyby pan dyrektor zwolnił mnie z obowiązku wchodzenia w szczegóły…
    - No tak. Czyli według pani, mnie to już się nic nie należy? – westchnąłem.
    - Nie, to nie to! – zaprotestowała z uśmiechem. Niby nieśmiało, ale jej sugestia była dość jednoznaczna. – Ale…
    - Lepiej, żeby osoby zbliżone do dyrekcji zbyt wiele o tym nie wiedziały?
    - Powiedzmy, że coś w tym jest, chociaż tak naprawdę, nie mamy się czego wstydzić – oświadczyła.
    - No dobrze, niech pani będzie. Strzeżonego pan Bóg strzeże. Jakby coś, to proszę się na mnie powołać, że temat znam i nie wnoszę reklamacji.
    - Och, odetchnęłam! – zafalowała biustem.
    - To się dało zauważyć – powiedziałem dwuznacznie, jednak obydwie zrozumiały w lot moje słowa i nawet Ewa się roześmiała. Irena przygarbiła się nieco, jakby próbując ukryć swoje wydatne piersi.

    Doszliśmy do stopni prowadzących do wody. Chłopcy pobiegli w dół, na plażę, a my powoli podążaliśmy za nimi.
    - Dlaczego pan dokucza mi tak samo jak wszyscy? – skrzywiła się w proteście.
    - Nieprawda. Na odwrót, jestem panią zachwycony! Wchodzimy do wody?
    Skinęła tylko głową po czym przebiegła ostanie stopnie i wskoczyła na płytką wodę, a chłopcy pobiegli za nią. Ja musiałem się zatrzymać i zdjąć spodnie. Dopiero wtedy mogłem do nich dołączyć.
    Chłopcy pamiętali o strefach jeziornych i zameldowali się pomiędzy kolorowymi linami, wyznaczającymi głębokość mniejszą niż jeden metr wody.
    - Na razie nie wychodzimy poza liny – instruowałem. – Musicie wcześniej przystosować ciała do warunków i temperatury wody, natomiast tutaj możecie robić wszystko co chcecie.

    Oczywiście, skorzystali z pozwolenia i natychmiast zaczęło się bezładne bieganie, połączone z rozchlapywaniem ogromnych ilości wody, zanurzanie się wraz z głową i ogólne szaleństwo. Pomyślałem, że przez pięć minut będą zajmować się sobą, więc mogę przez chwilę porozmawiać z Ireną, siedzącą niedaleko, na piaszczystym dnie. Ewa pozostała na brzegu.

    - Pani Ireno! – podszedłem do niej. – Mam do pani takie… dość intymne pytanie i proszę, aby pani odpowiedziała na nie zgodnie z prawdą.
    - Bardzo intymne? – uniosła głowę. Stałem nad nią w odległości kilku metrów.
    - Sam nie wiem – wzruszyłem ramionami. – Jak dla kogo. Tym niemniej proszę mi odpowiedzieć, czy brała pani udział w ostatnich wyborach do Sejmu?
    - Rzeczywiście, pytanie jest bardzo intymne – skomentowała cicho. – To jakaś ankieta?
    - Nie. Pytam panią zupełnie prywatnie, później powiem dlaczego. Oczywiście, pani odpowiedź nie ma wpływu na pani losy i nikomu jej nie przekażę.
    - Nie, nie byłam na wyborach. Chyba wtedy pracowałam, a później chyba już mi się nie chciało iść.
    - Ma pani samochód?
    - Nie wiem czy to jeszcze można nazwać samochodem, ale jakoś się przemieszcza.
    - A interesuje się pani polityką?
    - Niespecjalnie – odpowiedziała wymijająco. – Tylko wtedy, jeśli muszę.

    - Więc teraz powiem pani, dlaczego o to wszystko pytam. Otóż proszę sobie wyobrazić, że pani prezes Dalerska dostała wczoraj propozycję kandydowania do Sejmu z listy obozu rządzącego. Nie wiem czy pani wie, ale wasza szefowa do żadnej partii nie należała i nie należy, niewiele też wspólnego miała dotychczas z wielką polityką. Zauważono ją wyłącznie w związku z projektowanym planem zagospodarowania regionu i doceniono wynik w wyborach samorządowych. A ja z kolei, chciałem potraktować panią jako tak zwanego statystycznego wyborcę, który dowiaduje się o takiej kandydaturze. Jak pani uważa, jak pani oceni to wszystko? Czy powinna kandydować, bo to zapewni lepszy rozwój regionu, oraz pozwoli zastosować tutejsze rozwiązania w innych regionach, czy też powinna skupić się na tym, co robiła dotychczas? Innymi słowy, czy pani i pani koleżanki głosowałybyście na nią, czy wolałybyście zostać w domach? Jak pani sądzi?
    - Naprawdę? – wpatrywała się we mnie bardzo intensywnie.
    - Przecież tego nie wymyśliłem.

    - Ja na pewno głosowałabym na panią prezes, a inni to nie wiem, ale chyba też – wyznała. – Pani prezes jest szefową w porządku, jest już szeroko znana i nawet moi rodzice powtarzają, że przynajmniej u nas jest taka jedna, która nie tylko grabi do siebie, ale pozwala też żyć innym i daje im szanse. Czy pan wie, że my wszyscy mamy normalne umowy o pracę, a nie tylko śmieciówki? Kto przepracuje rok, dostaje tradycyjną umowę jak człowiek i nawet do banku może iść po kredyt.
    - Wiem o tym! – uśmiechnąłem się do niej. – Jestem szefem rady nadzorczej spółki Liman. Nie wiedziała pani?
    - Nie… – przyznała z widocznym zaskoczeniem.
    - Czyli pani już wie – podsumowałem. – Ale, pani Ireno, dobrze, że pani wspomniała o rodzicach. Pójdą do wyborów mając możliwość głosowania na Lidkę?

    Przez chwilę nie odpowiadała, a potem uniosła głowę.
    - Myślę, że tak! – padła krótka odpowiedź. – I nie tylko oni. Panie dyrektorze, my, czyli to niby przyszłe pokolenie, również interesujemy się zamierzeniami naszych lokalnych władz. Ja na przykład niecierpliwie czekam na uchwalenie planu, gdyż mamy z mężem zamiar budować dom, a działek budowlanych nie ma. Mamy stałe umowy o pracę, kredyt mam nadzieję dostaniemy…
    - Rodzice nie mają co wydzielić?
    - Może i na siłę coś by się dało wydębić, ale skoro niedługo będą inne możliwości… Czy pan pchałby się w dawną wieś? Z jej przyzwyczajeniami, starymi konfliktami i przede wszystkim z ruchem niemal tranzytowym przez wąską, krętą drogę? Po co nam to? Jeszcze rok poczekamy, bo chcemy normalnie żyć. Mieć ciszę, spokój, ogródek, miejsce, gdzie można bezpiecznie zostawić bawiące się dzieci… Mnie nie będzie stać na opiekunkę, tak jak na przykład pana.
    - Zapomniała pani wziąć pod uwagę starych ludzi, którymi trzeba by się opiekować.
    - Oj, proszę nas nie obrażać! Tu nie ma zwyczaju wyrzucania rodziców z domu.
    - Ale mówi pani raczej o odseparowaniu się…

    - To nie z tego powodu – zaprotestowała. – Proszę jednak zrozumieć, że tutaj jest praca. Ludzie wrócili z Anglii a nawet z Ameryki i chcą żyć po swojemu. Chcą swoje otoczenie kształtować według własnych pomysłów, a nie oglądać na co dzień karawanę sunących przez wieś TIR-ów.
    - Nie ma ich tutaj tak dużo, proszę nie przesadzać.
    - Tutaj nie, ale proszę wyjechać do Rębian, tam gdzie ja mieszkam, to się pan przekona.
    - Pani nie jest tutejsza? – byłem mocno zdziwiony.
    - Tak się składa, że nie. Chociaż należę do tej części załogi, która ma najdłuższy okres pracy w hotelu.

    - Więc jak się pani tutaj znalazła?
    - Wprost ze stażu, w ośrodku w Czyżynach – odparła bez wahania. – Pani Helena mnie wytypowała, chociaż wtedy jeszcze niewiele umiałam.
    - Nasza pani Helena?
    - Tak, ta sama. Pan chyba żartuje, że nie wie…
  • #65
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Dopiero się zalogowałem i jestem wykończony. Syn przyjechał i taki mi długi weekend zrobił... Musielim szopę rozbierać, czyli wszystko z niej wynieść i wywieźć na nowe składowisko. Ręców prawie nie czuję i wyprostować się nie mogę. A jutro drugi etap...
  • #66
    clubber84
    Level 28  
    Ja tam proponuję zluzowanie obostrzeń na "długi weekend".
    Do poniedziałku.
  • #68
    Mierzejewski46
    Level 34  
    Jakby podjechał i rozebrał za kolegę tą szopę, a kolega niech pisze. W kilku raz dwa byśmy się uwinęli z robotą.
  • #70
    Mierzejewski46
    Level 34  
    Ja 350 km. Nawet by pasowało bo klacz bym wziął do Janowa do ogiera. Tylko na powtórki bym musiał się dogadać i zostawić. Autem z 5 godzin z przyczepą. Ewentualnie na kobyle podjechać....
  • #72
    kkknc
    Level 43  
    retrofood wrote:
    Dopiero się zalogowałem i jestem wykończony. Syn przyjechał i taki mi długi weekend zrobił... Musielim szopę rozbierać, czyli wszystko z niej wynieść i wywieźć na nowe składowisko. Ręców prawie nie czuję i wyprostować się nie mogę. A jutro drugi etap...

    Paluszek i główka to szkolna wymówka.
  • #73
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Mierzejewski46 wrote:
    Jakby podjechał i rozebrał za kolegę tą szopę, a kolega niech pisze. W kilku raz dwa byśmy się uwinęli z robotą.


    Nawet grill by się znalazł. I coś do grilla... :D Bez ograniczeń zresztą.
  • #74
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Wcale nie żartuję. Pani Helena ma takie wpływy u was?
    - Jak nie, jak tak! – chichotała. – Ech, dyrekcje to chyba nigdy nie wiedzą co i jak się rozgrywa na dole.
    - Może i nie wiedzą, ale pewnych rzeczy się domyślają – uśmiechnąłem się do niej. – Dyrekcje nie zawsze były dyrekcjami. Skoro jest pani tutaj od początku, to chyba pani wie, że najpierw pojawiłem się tutaj jako gość.
    - Pamiętam! – przyznała. – Ależ to była wtedy dla nas sensacja, gdy najpierw pani Barbara poszła z panem do numeru, a potem to samo zrobiła nawet pani szefowa! W dodatku nikt nie wiedział kim pan jest.
    - Aż tak? – śmiałem się na głos. – Czyli personel widzi wszystko?
    - W podobnych sytuacjach na pewno! – podkreśliła. – Na rzeczy codzienne nie zwraca się aż takiej uwagi, ale na tak wyraźnie odmienne…

    - Ciekawe, co sobie wtedy opowiadaliście? – podśmiewałem się.
    - Różne rzeczy ludzie wymyślali. To było bardzo tajne, gdyż takiego typu rozmowy były przecież zabronione od zawsze, ale życie jest życiem – odpowiadała śmiało. – Teraz już tego raczej nie ma. Sama jestem szefową zmiany i pilnuję młodzież, aby wcześniej gryzła się w język. Goście są gośćmi i koniec!
    - I nikt nie wiedział, że ja mam tutaj najdłuższy staż z was wszystkich! – roześmiałem się na głos.
    - Naprawdę? – nie dowierzała. – Pan tutaj bywał wcześniej?
    - Oj, pani Ireno! Naprawdę jest pani taka niedomyślna?
    - Nie rozumiem…
    Kontynuacji naszej rozmowy jednak już nie było.

    - Tatuś! – Pawełek dobiegł do mnie, bezceremonialnie chlapiąc wodą na wszystkie strony. – Chodźmy już popływać na głębszej wodzie! – szarpał moją rękę.
    - Dobrze! Prowadź więc. Pani Ireno, proszę mieć oko na Piotrusia.
    Skinęła głową i wstała, podając chłopcu dłoń, po czym przekroczyli liny w ślad za nami. A później pilnowaliśmy chłopców, demonstrujących opanowanie nauki pływania, którą przechodzili na basenie. Rzadko trzeba było im pomagać, mimo to wolałem wszystko kontrolować, więc poważna rozmowa była w zasadzie niemożliwa. Bo o pierdołach nie chciałem z nią rozmawiać, mogłaby sobie zbyt dużo po tym obiecywać.
    Tym niemniej, obejrzałem sobie ją przy okazji. Była dziewczyną wartą grzechu, jednak już nie ze mną. Zgrabna, klasycznie zbudowana, fizycznie bardzo sprawna, chociaż mająca jakiś kompleks na punkcie zbyt obfitego biustu. Żyć będzie! – pomyślałem. – Da sobie radę, skoro i ze mną rozmawiała swobodnie, bez żadnych niedomówień.

    Kiedy chłopcy już zmarzli i wychodziliśmy z wody, Dorotka oczekiwała nas tuż przy brzegu plaży. Ubrana teraz wizytowo, nie pozwoliła chłopcom zmoczyć sukienki.
    - Kochani! – powstrzymała ich rękami przed przytulaniem się. – Nie teraz! Jesteście głodni?
    - Tak – padła zgodna odpowiedź.
    - Więc proszę do domu. Pani Basia coś tam dla was przygotowała i przyniosła, a potem macie nową aranżację placu zabaw, proponuję więc zabawy w tamtej części. Tomek! – zwróciła się do mnie. – Przebierz się już obiadowo, przyjechała żona marszałka, jest też wójt, całe spotkanie zaczyna się zbyt mocno rozwijać.

    - Anna dalej siedzi naburmuszona? – zapytałem.
    - Nie, jest szansa na normalizację.
    - A jak się mam ubrać?
    - Masz w sypialni wszystko przygotowane, byłam tam przed chwilą. Już mam dość tych nasiadówek! – kręciła głową. – Wykorzystuję teraz każdy pretekst, żeby tam nie siedzieć…
    - Nie mów tego głośno, bo panie pomyślą sobie coś brzydko…
    Irena odwróciła głowę. Stała jeszcze w kostiumie kąpielowym, zaś Ewa dyżurowała obok, dyskretnie, trzymając niewielki dystans.
    - Panie to mają pewnie każdego dnia taki zawrót głowy – podsumowała ich pracę, przy okazji obdarzając dziewczyny uśmiechem. – Bądź tak dobry i podaj pani kod do zamka, żeby mogła się przebrać, a wy idźcie już do domu. Chłopcy niech zjedzą drugie śniadanie, ty natomiast się przebierasz i szybko wracasz, dobrze?
    - Kocham cię! – udawałem, że chcę ją objąć.
    - Nie zmocz mnie! – odskoczyła. – Ja też cię kocham!
    - Ale nie wiem, czy mi wierzysz! – zawołałem ze śmiechem. – Więcej optymizmu! Nie zniszczyłbym ci kreacji!
    - Przepraszam, to odruch! – tłumaczyła.
    - Wiem, Słoneczko, ja też cię przepraszam. Powiedz mi w która stronę podąża dyskusja?

    - Sam się przekonasz, mnie to naprawdę zaczyna nudzić. Tomek, przepraszam, muszę wracać pod wiatę, wy omińcie ją teraz jak najszerszym łukiem, a potem do nas dołączysz.
    - Dobrze! – wysunąłem wargi do pocałunku.
    Dorotka cmoknęła mnie symbolicznie, po czym powtórzyła to samo z chłopcami i jeszcze pomachała nam dłonią, wbiegając po stopniach na górę.
    - Pani Ireno, da pani sobie radę z przebieraniem, czy trzeba pani pomóc? – zapytałem.
    - Ale teraz to pan dyrektor żartuje! – zaśmiała się.
    - Oj tam! A nie… ma pani rację. Ja się rozbierałem tutaj – ujrzałem swoje spodenki leżące w trawie. – Taki błąd! – lamentowałem, podnosząc je i nakładając na mokre kąpielówki. – Miałbym doskonałą okazję żeby pani pomóc… No cóż! Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie możliwość, gdy dzieci będą chciały popływać w jeziorze… co pani o tym myśli?
    - Ale pan lubi żartować! – weseliła się, bardzo zadowolona z moich tekstów. – Panie dyrektorze, czyli jaki jest kod do zamka?
    Podałem jej czterocyfrowy numer a wtedy podziękowała i udała się w stronę sauny.

    Ciekawa dziewczyna, kilkanaście lat temu mogłaby mieć u mnie szansę. Teraz na pewno jej nie miała, chociaż zawsze korciło mnie prezentowanie i udawanie takiej możliwości. Takiej gry, gdzie niby mógłbym się czuć zdobywcą.
    Ale tak naprawdę, na żadnym zwycięstwie już mi nie zależało.

    Kiedy dotarłem pod wiatę, trwała tam bardzo poważna konferencja na temat rozwoju regionów mało zurbanizowanych i mało uprzemysłowionych, mających za to znaczący potencjał przyrodniczy. Tak przynajmniej zrozumiałem z ożywionej dyskusji, jaką toczyli uczestnicy. Było ich wielu, dlatego moje przybycie nie przez wszystkich zostało zauważone, ale po chwili głosy umilkły.
    Wtedy poznałem panią Małgorzatę Zarębską, żonę marszałka, a potem również jego rzecznika prasowego, następnie starostę Jacka Kotalę, dwóch wójtów sąsiednich gmin, a później przywitałem się z panem Zielonikiem, jego sekretarzem, oraz wójtem Zbyszkiem i resztą nowych uczestników. Za stołem pojawili się też Bogdan i Romek, a nawet Stefan.
    Anna sąsiadowała teraz z marszałkową, z którą czasem wymieniała jakieś ciche uwagi, pozostali jednak jakby czekali na wznowienie dyskusji. Usiadłem zatem na wolnym miejscu obok Dorotki, a gdy przesunęła się ku mnie, pewnie chcąc szepnąć mi coś do ucha, usłyszałem, jak Lidka nuci pod nosem dawną piosenkę.
    - Zakochani są wśród nas, zakochani pierwszy raz, tak po prostu, bez pamięci… – urwała nagle, gdyż Dorotka spiorunowała ją wzrokiem.
    Siedząca niedaleko marszałkowa obrzuciła nas uważnym spojrzeniem, ale Zielonik nie usłyszał chyba niczego, gdyż wrócił do omawianego wcześniej tematu.

    - To nie przyniesie waszym gminom niczego dobrego, panowie wójtowie. Ja wciąż liczę na rozsądek radnych i zmianę ich poglądów. Złotej kury się nie zarzyna, kurę się hoduje!
    - Może i ma pan rację, ale proszę wytłumaczyć to kilkudziesięciu osobom, które od kilku lat czekają na obiecywany deszcz pieniędzy i co, mamy im teraz powiedzieć, że deszczu nie będzie? Że rozdamy to, do czego dopłaciliśmy z gminnej, skromnej kasy niemało pieniędzy? Panie prezesie, to będzie moja ostatnia kadencja i ich także! A nowa władza i tak zaordynuje to, co lud zechce.
  • #75
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Zbyszek, poczekaj! – wtrąciła Lidka, teraz już poważnym tonem. – Pan prezes mówi nie od rzeczy, więc potraktujmy jego propozycję jako rzecz wartą rozważenia i analizy.
    - Ja tego nie neguję!
    - Wiem, ale nie przerywaj mi. Rzecz wymaga chłodnej głowy oraz zwykłego kalkulatora. Wiesz jakim obszarem gmina będzie dysponowała, wiemy też jakie wyliczenia są z nim związane. A co nam szkodzi przeliczyć to wszystko od nowa, rozdzielając obszar na dwie strefy? To i tak będzie w planie rozdzielone, gdyż inne będą chociażby koszty infrastruktury przypisanej do działek. Przy zabudowie osiedlowej koszty rozłożą się na większą liczbę jednostek, a przy architekturze rezydencjalnej, to są zupełnie inne wielkości.
    Ja wiem, ale i ty wiesz, ile mnie kosztowało pełne uzbrojenie okolic Limana. Bez unijnej dotacji, ten hotel nigdy by tutaj nie stanął! Teraz więc pozostaje tylko wyliczyć jakie będzie teoretyczne niedoszacowanie przychodów ze sprzedaży działek, oraz zrobić symulację przyszłych wpływów podatkowych, tak jak sugeruje to pan prezes. Wtedy mamy argumenty na stole, jeśli takowe będą. Czysta ekonomika, nic więcej!
    Poza tym, sprawa nie dotyczy działek rekreacyjnych, tutaj popieram zaplanowany kierunek działań, gdyż jakieś szybkie dochody gminne być muszą. Inaczej rzeczywiście, mógłbyś polec na przyszłych wyborach.

    - Lidka, a kto te analizy zrobi? – wójt westchnął. – Moje księgowe? Nawet nie żartuj! Ja już nie mam pieniędzy w budżecie na takie sprawy, kasa jest pusta, czekam na uchwalenie planu jak na zbawienie!
    - Bez wielkiej analizy ja panu mogę zagwarantować, że gmina na tym tylko wygra! Czasem trzeba widzieć więcej niż koniec własnego nosa i radni powinni się nad tym mocno zastanowić – oznajmił Zielonik z wielką pewnością siebie.
    - A o czym mowa? – szepnąłem w stronę Dorotki.
    - Pan Zielonik zasugerował rozdawnictwo gminnych działek budowlanych najwyżej za pięć procent ich realnej wartości – odparła tak samo szeptem.
    Skinąłem głową. To by się zgadzało z moimi domysłami.

    - Panie Zbyszku! – podniosłem rękę i zabrałem głos. – I panie prezesie również! – skinąłem głową, wskazując wzrokiem Zielonika. – A czy ktoś robił jakieś analizy, odnośnie zapotrzebowania na takie działki? Co będzie na przykład, jeśli pomimo bonifikaty i praktycznego rozdawnictwa, nie będzie chętnych na osiedlenie się tutaj? Zna ktoś realną wielkość potrzeb? Tak samo gmina. Co z tego, że ustanowi rynkową cenę, jeśli nabywców braknie? Czy sztywne planowanie jednorazowych wpływów nie jest przypadkiem dzieleniem skóry na żywym jeszcze niedźwiedziu? I co będzie, jeśli pomimo uchwały, tych dochodów braknie? Jest jakiś plan awaryjny?

    - Ponieważ zostałem wywołany, więc odpowiem – oświadczył spokojnie Zielonik. – Ja podszedłem do tematu bardziej od strony statystyki, gdyż żadnych badań poza swoją strefą wpływów nie prowadziłem. Dlatego też, w swoich twierdzeniach opieram się wyłącznie na własnych planach, a te mam niemałe. Będą wymagały pewnej ilości pracowników. Młodych, wykształconych i mobilnych. Niestety, jeszcze bez wielkiego zaplecza finansowego. Więc jeśli będą mieli tanią możliwość osiedlenia się, ja im miejsca pracy zagwarantuję. Jeśli takowej nie będzie, to ja przepraszam, ale mój interes przeniosę tam, gdzie taką możliwość ktoś stworzy. Jestem wśród państwa wyrazicielem stanowiska przedsiębiorców, bo wierzę, że za mną przyjdą też inni. I wszyscy będą mieli podobne zdanie, zapewniam o tym. Liczcie na coroczne podatki od pracujących i zarabiających mieszkańców, a nie na jednorazowy dochód ze sprzedaży drogich działek.
    Drogie to mogą być przestrzenie przeznaczone dla przyjemności i zabawy, a nie te, służące zaspokajaniu podstawowych potrzeb życiowych. Owszem, te tereny są podobno atrakcyjne, ale jachty pełnomorskie też są atrakcyjne, a niewiele ich pływa po jeziorach. Oczywiście, ja rozumiem, że rada uchwali ceny działek według swojego rozumienia tematu, jednak powiedziałem to, co myślę naprawdę.

    - Mogę ja coś powiedzieć? – marszałkowa uniosła rękę i zapadła cisza. – Szkoda, że dowiaduję się o wszystkim tak późno. Ile czasu pozostało do uchwalenia planu?
    - Za rok wszystko powinno zostać nieodwołalnie zaklepane, chociaż niektóre decyzje będą podejmowane już w jesieni, na podstawie przyjętych dotąd założeń – wyjaśnił wójt.
    - Czasu rzeczywiście jest mało, ale… – westchnęła dość optymistycznie. – Może ja powiem coś o sobie, gdyż jak na razie, jestem tu tylko żoną mojego męża – uśmiechnęła się, spoglądając marszałkowi w oczy. – Ale jestem też socjologiem, samodzielnym pracownikiem naukowym uniwersytetu – spoważniała. – Podpowiedzieliście mi państwo wspaniały temat do badań dla uczelnianego koła naukowego, którym się opiekuję.
    Mamy już wprawdzie zaklepaną pewną sumę na działalność wakacyjną, ale na stacjonarny obóz będzie to kwota zbyt mała. Jednak część prac przygotowawczych moglibyśmy przeprowadzić do końca sierpnia, a przez wrzesień opracować wyniki i z początkiem października można by je zaprezentować. Gdyby natomiast ktoś dorzucił nam trochę pieniędzy, sprawa byłaby przesądzona.

    - Dofinansuję to! – przerwał jej Zielonik. – Ma pani moją jednoznaczną deklarację! Przekażę na prace tego koła sumę trzydziestu tysięcy złotych. Niech studenci się trochę pobawią, ale i popracują. Może być?
    Zarębska spoglądała na niego z niedowierzaniem.
    - Ile? – nie dowierzała.
    - No dobrze, pięćdziesiąt tysięcy złotych. Ilu studentów liczy to koło?
    - Niemal czterdzieści osób, ale nie wszyscy będą potrzebni. Najwyżej połowa…
    - Czyli na wakacje im wystarczy – podsumował spokojnie Zielonik. – Proszę zatem panią o oficjalne wystąpienie z wnioskiem o dofinansowanie badań, żeby zachować jakiś porządek prawny i jeśli tylko takie pismo z uczelni dostanę, następnego dnia pieniądze będą już na wskazanym koncie. Panie Ryszardzie – zwrócił się do sekretarza. – Proszę tego dopilnować.
    - Oczywiście, panie prezesie! – padło skwapliwe zapewnienie.

    - Szybko pan działa – wtrącił Bogdan z niejakim podziwem.
    - Panie dyrektorze! – Zielonik jakby westchnął, spoglądając w jego stronę. – Inaczej się nie da! Decyzja szybko podjęta to dwa razy dobra decyzja.
    - A może zorganizuje im pani wakacyjną bazę w Czyżynach? Mam jeszcze w ośrodku wolne miejsca na lato, poza tym dostaniecie u mnie rabaty, a pani, jako opiekunce koła, zapewnię pobyt w hotelu Liman – oświadczyła Lidka.
    - To byłoby wspaniale! – zachwycała się marszałkowa. – Wprawdzie potrzeba będzie jeszcze jednego, albo dwóch opiekunów z uczelni, ze stopniem magistra przynajmniej…
    - Dobrze! Finansowanie ich pobytu weźmiemy na siebie, prawda kochanie? – zwróciłem się do Dorotki!
    - Jestem za – poparła mnie bez wahania. – Zastanawiam się tylko, czy nie lepiej byłoby po prostu zamówić takie badania w uczelni i zapłacić za nie.

    - Oj, co pani może o tym wiedzieć! – niezbyt grzecznie wyrwało się pani marszałkowej. – Zamówienie nie miałoby szans na realizację w tak krótkim terminie – wyjaśniła. – Zanim nasza uczelniana biurokracja by to wszystko przemieliła, jakiś zespół wziął na tapetę, znowu mielibyśmy maj! I raczej nie byłoby taniej – dodała, patrząc Dorotce w oczy.
    - To zrozumiałe. Kwoty, które w sumie zaoferowaliśmy pani, wcale nie są przesadne. Rozumiem jednak, że skoro jakąś część prac wykonają sami studenci w ramach ćwiczeń…
    - Jakieś zajęcia wakacyjne i tak mieliśmy w planach – marszałkowa jej przerwała. – Po co jednak ćwiczyć problemy wymyślone, nie mające praktycznego zastosowania, skoro pojawił się temat bardzo poważny, ciekawy, i o ile się orientuję, tych problemów dotychczas jeszcze nikt poważnie nie analizował. Jest bardzo prawdopodobnym, że niedługo powstanie u nas co najmniej kilka prac magisterskich, związanych z taką tematyką.
    - A ty, Małgosiu, może wreszcie dostaniesz profesurę belwederską – z tęsknotą w głosie, podsumował jej wypowiedź marszałek.
  • #76
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Nie przeceniaj okoliczności – skrzywiła się. – Trzeba by wypromować wcześniej kilku doktorów, a nie magistrów.
    - Ale początek zapowiada się obiecująco – odezwał się milczący dotąd Romek. – Szkoda, że kiedyś spędziłem młodość w piwnicy, zamiast zrobić sobie wtedy doktorat.
    - Tak bardzo spodobała ci się wizja obozu naukowego ze studentami? – przytomnie zapytał Stefan.
    - Chyba ze studentkami! – zachichotałem.
    Dorotka spojrzała na mnie podejrzliwie.
    - To też! – potwierdził Romek skinieniem głowy, zachowując absolutnie poważną minę. – Ale Tomek, zauważ, jeszcze kilka lat do przodu i nasze piękne dziewczyny nie zechcą z nami rozmawiać. Albo pani doktor, albo pani bizneswoman, czy też posłanka… musimy pomyśleć o jakichś doktoratach, bo zostajemy z tyłu. Pani marszałkowa podsunęła mi tę myśl!
    - To i ja do was dołączę – odezwał się Stefan.
    - Iwona też ma doktorat? – zapytał Romek.
    - Oczywiście! – Iwona wydęła wargi z lekceważącą dumą. – Od dawna!
    - Przepraszam, a jakich nauk? – zapytała marszałkowa.
    - Medycznych – odparła spokojnie Iwona.
    - Aha! – marszałkowa wyglądała na lekko zawiedzioną.

    - No, Stefan… – Romek pokręcił głową, udając niedowierzanie. – Jak ty się uchowałeś? Przyjmujemy cię, oczywiście, że przyjmujemy do zespołu.
    - A co mi z tego, że mnie przyjmiecie? – zapytałem, po czym spojrzałem w stronę Romka. – Ty to napiszesz jakiś dłuższy program i już możesz go bronić jako rozprawę doktorską, a ja? Z czego mam robić, co? No z czego?
    - Z zawracania dziewczynom głowy! – podpowiedziała Lidka, zagryzając wargi. – Masz w tej branży całkiem niemałe osiągnięcia…
    - O nie! Nie zgadzam się! – energicznie zaprotestowała Dorotka. – Kariera naukowa Tomka w tym zakresie właśnie się zakończyła, co wczoraj uroczyście świętowaliśmy, prawda kochanie? – spojrzała mi w oczy.
    Błyszczały figlarnie i już wiedziałem, że to jeszcze nie jest koniec. Nie omyliłem się.
    - Ale jestem pełna podziwu dla waszego zapału oraz pędu do wiedzy – kontynuowała, obrzucając nas szybkim spojrzeniem. – Dlatego równie uroczyście wam obiecuję, że ja już znajdę odpowiedni dla panów kierunek nauki. Zapewniam. A spróbujcie nie mieć potem świadectw z paskiem, to się policzymy!

    - No nie… – opierał się Stefan. – Przecież sama wiesz, że z narzuconego kierunku nic nie będzie. To trzeba robić z pasją, a nie jako obowiązek!
    - Już ci wystarczy? – zapytała słodko Lidka.
    - Zniechęcacie tylko człowieka do nauki – gderał Stefan niegłośno.
    - A w piwnicy nie nadawali stopni naukowych? – kombinowałem. – Nie masz jakiegoś doktoratu piwnicznego?
    - Chyba piwnego, a nie piwnicznego! – stwierdziła Lidka dobitnie. – Przestańcie już, bo tutaj trwa poważna narada, a wy zachowujecie się jak studenci na wakacjach!
    - Właśnie próbowałem sobie to zachowanie przypomnieć… – Romek nie ustawał.

    - A nie interesuje się pan socjologią? – marszałkowa próbowała wrócić na poprzednie tory i serio potraktować jego słowa.
    - Socjologią nie, gdyż jestem informatykiem. Tyle, że zamiast rozwijać pasję w ramach struktur zorganizowanych, próbowałem po studiach odkrywać swoją Amerykę w piwnicy. I na co mi przyszło? Mam teraz tytuł profesora piwnicznego, ale nikt go nie chce uznać…
    - Pomyliłeś się – powtórzyła spokojnie Lidka. – Piwnego, a nie piwnicznego!
    - A to nie jest to samo? – zapytał, z niemal idealnie udaną naiwnością.
    - Nie wygłupiaj się! – skarciła go Lidka. – Dobrze, niech stracę, ustąpię. Ja będę dzisiaj prowadziła.
    - Jesteś fantastyczną żoną! – pochwalił. – Dziękuję ci! – skłonił głowę w stronę Lidki, po czym zwrócił się do dyżurującego kelnera. – Poproszę to… wie pan, z miejscowego browaru.

    - A gdzie pan pracuje? – marszałkowa udawała, że niczego nie widzi, ani nie słyszy i poczuła się w obowiązku wyjaśnić temat dogłębnie. – Przecież dobrych informatyków ciągle brakuje.
    Pewnie sądziła, że Romek ma jakieś problemy z pracą, ale ten potraktował jej słowa na opak.
    - Wiem, że brakuje, ale jak mam ich dokształcić bez doktoratu? Pani profesor doskonale przecież wie, iż bez tego nie ma się żadnych uprawnień do nauczania – udał bezradność.
    - A co pan robi tak na co dzień?
    - Pracuję, jak każdy! – zrobił głupią minę.

    - Romek! Kończymy z żartami! – oznajmiła Dorotka poważnym tonem. – Pani profesor! Tak na marginesie, pozwolę sobie skorzystać z okazji i zapytać, czy znany jest pani temat przyszłych zmian w naszym prawie, dotyczący możliwości kontraktowania przez uczelnie wykładów wybitnych praktyków w jakiejś dziedzinie. Są przecież wąskie specjalności, w których nawet najlepsi uczelniani teoretycy nie czują się zbyt pewnie. Praktycy mogliby świetnie uzupełniać ich wykłady. Brak takiej możliwości jest tu dużym błędem według mnie! Czy na uczelniach się o tym mówi?
    - Nie słyszałam. Ale przecież są już takie możliwości!
    - Dla magistrów też?
    - Właściwie to nie wiem… Jakiś stopień naukowy chyba trzeba jednak mieć.

    - Właśnie! – odezwał się Stefan. – Nie wiem, czy pani pamięta casus dyrektora, magistra inżyniera Karpińskiego z lat siedemdziesiątych.
    - Nie, nie spotkałam się z tym.
    - Był to konstruktor najlepszych w tych latach komputerów na świecie! – pośpieszyłem z wyjaśnieniami. – Doktoratu nie obronił, bo szkoda mu było na to czasu, wolał konstruować i budować coraz lepsze komputery. Natomiast o wiele mniej zdolni jego koledzy porobili doktoraty i zaraz wygryźli go ze stanowiska, chociaż sami niczego stworzyć już nie potrafili.
    Zabrano mu stanowisko, dlatego nie mógł potem realizować swoich pomysłów, bo nie dostawał na to środków. Najlepsze firmy na świecie oferowały mu wtedy pracę, ale on nie chciał wyjeżdżać z kraju, bo to wiązałoby się z zakazem powrotu, takie to były czasy.
    Dlatego zrezygnował wtedy z pracy w instytucie i zajął się hodowlą tuczników. Myślałem, że w dzisiejszej Polsce komuś to da do myślenia…
    - Proszę zwrócić się do pani poseł! – marszałkowa znalazła rozwiązanie, wskazując na Annę. – To naprawdę nie jest obszarem moich zainteresowań.
    - Sądziłam tylko, że może pani coś słyszała o zmianach w prawie… – tłumaczyła się Dorotka.

    - A pani też specjalizuje się w dziedzinie informatyki? – zapytała marszałkowa.
    Miałem nieodparte wrażenie, że jej słowa były złośliwe.
    - Nie, nie jestem informatykiem – Dorotka zachowywała olimpijski spokój.
    - Więc trudno, aby mogła pani oceniać czyjeś kompetencje do nauczania w tej dziedzinie – marszałkowa wyjaśniła sprawę dobitnie. – A tak naprawdę, w dzisiejszych czasach, wybitni menadżerowie niechętnie dzielą się swoją wiedzą,. Zbyt wiele zarabiają u siebie w pracy, a z kolei na uczelniach nie ma dla nich porównywalnych pieniędzy. Dlatego uważam, że byłby to przepis martwy.
    - Chwileczkę! – Dorotka nie zrezygnowała. – Przecież pan Dalerski nie powiedział ani słowem o pieniądzach, prawda? A w banku, na dyrektorskim stanowisku, zarabia się raczej więcej niż ma wykładowca na uczelni…
    - Z tym się mogę zgodzić – padła odpowiedź po lekkim wahaniu.
    - Więc co szkodziłoby zaoferować takiemu wykładowcy z zewnątrz podobną stawkę, jaką uczelnia płaci swoim wykładowcom?
    - Proszę pani, w grę wchodzi zapewne realizacja założonego programu studiów. Jest wtedy określony budżet i trudno wykrzesać coś dodatkowego na wykłady ekstra.

    - Ale to nie ma być ekstra, to ma być zgodne z założeniami! W ramach programu studiów!
    - A co wtedy zrobić z pracownikami, skoro osoby z zewnątrz przejmą nauczanie? Osoby bez formalnych kwalifikacji, nad którymi uczelnia nie ma możliwości sprawowania nadzoru? Jak sprawdzić i kontrolować to, co przekazują studentom? To są niemałe problemy prawne!
    Sprawy odpowiedzialności za całość procesu nauczania! Przecież wśród takich wykładowców mogliby się znaleźć ludzie przypadkowi i wręcz hochsztaplerzy.
    - Teraz pani przesadziła! – Dorotka się skrzywiła. – Rozmawiamy o ludziach ze znanym dorobkiem praktycznym, a nie o osobach przypadkowych.
    - A kto miałby taki status potwierdzać i na jakiej podstawie?
    - Nikt! – Dorotka zachowywała spokój. – Przecież ktoś kieruje katedrami, instytutami i wydziałami uczelni, więc kierownicy tych struktur powinni mieć wyłączne i niezbywalne prawo do decydowania o takich sprawach. Uznaniowo! Bez żadnych badań i pomiarów! Skoro ktoś im zaufał, stawiając na czele struktury, to należałoby pójść dalej, pozostawiając w ich gestii takie i podobne decyzje.

    - Gdyby to wszystko miało się opierać na zaufaniu… nie, u nas to jest nierealne. A skąd u pani zainteresowanie taką tematyką?
    - Sama rozważałam prowadzenie wykładów na którejś z polskich uczelni. Tak sobie czasem myślę, skoro już integrujemy się z Europą, dlaczego nie skorzystać z gotowych rozwiązań? Przecież to wszystko na świecie doskonale funkcjonuje! Dlaczego europejskie uczelnie bez problemów mogą niemało mi zapłacić za wykłady, a w kraju tylko niektóre prywatne są zainteresowane moimi poglądami. Państwowe natomiast nie wykazują żadnej inicjatywy, nie dostałam jeszcze od nich ani jednego zaproszenia. Dlaczego w Europie czekają na mój wykład z zainteresowaniem, a w kraju są z tym trudności?
    - Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju – wójt Zbyszek odważył się włączyć w ich dyskusję. – Biję się w piersi, bo sam kiedyś potraktowałem panią mało poważnie…
    - Ależ skąd! – Dorotka przerwała mu, śmiejąc się głośno. – Panie wójcie! Pana oferta wcale nie była wtedy obraźliwa, wręcz przeciwnie. Bo tak naprawdę, pan wtedy bardzo mało wiedział o moich kompetencjach, dlatego raczej podziwiam pańską zdolność przewidywania!

    - Nie tak znowu mało – zaprzeczył. – Wiedziałem, że pani doskonale zna język angielski oraz to, że ma pani pewne doświadczenie w pracy struktur samorządowych. To było bardzo dużo jak na naszą gminę! W tamtym czasie i na tym terenie! Pani o tym nie wie, ale naprawdę, później jeszcze długo wierzyłem, że skusi się pani na nasze piękne krajobrazy i da się namówić na moją ofertę – śmiał się otwarcie. – Przyznam też, że nie pozwoliłem sprzedać działki, którą dla pani zarezerwowałem – oznajmił wesoło. – Ta działka nadal czeka, gdyż później rada uchwaliła, że ma być siedliskiem przeznaczonym dla zastępcy wójta. A nikomu więcej takiej oferty nie złożyłem, więc wciąż nie mam zastępcy. Działka czeka!
  • #77
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Śmieliśmy się już wszyscy, atmosfera przy stole wreszcie się rozluźniła, bo nawet Romek ze swoimi dowcipami tego nie spowodował. Zbyszek przecież był tylko wójtem, a jego koledzy przez cały czas siedzieli za stołem spięci i przytłoczeni obecnością osób, o których niczego nie wiedzieli. Teraz natomiast zobaczyli, że rozmawia z nami jak równy z równymi. Czyli nie taki znów diabeł straszny! I najwyraźniej odetchnęli.

    Za stołem zaczęły się krzyżować ciche rozmowy, jednak pani marszałkowa postanowiła właśnie nam dotrzymywać towarzystwa. Chyba osobowość Dorotki nieco ją zaintrygowała.
    - Pani miała być w tej gminie zastępcą wójta? – zapytała, nie kryjąc niedowierzania.
    Pomyślałem wtedy, że byłoby dobrze wiedzieć co powodowało jej wątpliwości. Czyżby jeszcze niczego nie zrozumiała?
    - Owszem, miałam kiedyś taką propozycję – Dorotka bawiła się doskonale. – Nic z tego wprawdzie nie wyszło, chociaż pan Zbigniew bardzo dobrze tańczy! – oświadczyła.
    - Dziękuję pani! – Zbyszek przysłuchiwał się nam uważnie i teraz skłonił głowę. – Daleko mi do umiejętności pani męża, tym niemniej dziękuję! – powtórzył ukłon.
    - Ej, Zbyszek! Szatan jesteś! – usłyszałem dobiegający w tumulcie głos któregoś z jego kolegów.

    - Interesujące – przyznała marszałkowa, zwracając się cicho do Dorotki. – Jestem wręcz profesjonalnie zaciekawiona. Czy to taniec kieruje pani życiowymi wyborami?
    - Niekoniecznie, ale ma duże znaczenie w moim życiu – przyznała Dorotka, odwracając zaraz pytanie. – Pani nie lubi tańczyć?
    - Dawne dzieje… – przyznała marszałkowa. – Już niemal zapomniałam.
    - Ja nie zamierzam zapominać – zapewniła ją Dorotka. – Będę molestowała swojego męża zawsze, dopóki będzie mógł utrzymać się na nogach.
    - Pani jest tancerką? – padło nieoczekiwane pytanie.
    - Małgosiu… – jęknął marszałek, ale było za późno. Zbyt długo nie osadził jej w realiach.
    - Ja? – Dorotka roześmiała się. – Nie, pani profesor, ależ skądże! Taniec jest dla mnie wyłącznie jednym ze sposobów rekreacji.
    - Ale pracuje pani?
    - Tak, pracuję. W banku Solution Poland S.A. w Warszawie.
    - Aha, tam gdzie i pani mąż?
    - Tak! – Dorotka znów się roześmiała i powtórzyła. – Tam gdzie i mój mąż!

    - Małgosiu! – marszałek powiedział to z takim naciskiem, że coś ją tknęło i odwróciła głowę w jego kierunku. – Rozmawiasz właśnie z panią prezes zarządu tego banku! – patrzył jej w oczy, przymrużywszy swoje.
    Nie uwierzyła tak od razu.
    - Pani? – spoglądała podejrzliwie na Dorotkę. – Pani jest prezesem zarządu banku?
    - Ależ tak, Małgosiu! – powtórzył marszałek, obejmując ją na chwilę. – To prawda. Pani Dorota Warwick jest prezesem zarządu banku Solution S.A.!
    - Teraz mi to mówisz?! – warknęła w jego stronę.
    - Ależ pani profesor, nic się nie dzieje! – Dorotka uśmiechnęła się do niej.

    - Teraz rozumiem pani wypowiedzi o wykładach menadżerów – przyznała marszałkowa, już ochłonąwszy, bez uprzedniej wyższości w głosie. Dorotka tylko się uśmiechnęła.
    - Pani profesor, mnie to nie dotyczy. Ja już obroniłam doktorat i kończę właśnie cykl wykładów na europejskich uniwersytetach. Został mi jeszcze jeden do wakacji, w Barcelonie, za dwa tygodnie. Tym niemniej, prowadziłam je i byłam zapraszana, nie posiadając jeszcze stopnia doktora nauk i nie pytano mnie ani o status uniwersytecki, ani nie żądano jakichkolwiek świadectw! Liczyło się tylko moje nazwisko.
    - Pani ma takie znane nazwisko? – zdziwiła się.

    - W naszej branży jest znane – Dorotka potwierdziła.
    - Przepraszam, a w jakiej?
    - Bankowość i finanse! – Dorotka tłumaczyła jak uczniowi. – Tezy mojej rozprawy doktorskiej zostały opublikowane jeszcze przed jej obroną, a że były mocno kontrowersyjne wobec teorii obowiązujących dotychczas, w sferach finansowo – giełdowych zapachniało małą sensacją i nieoczekiwanie moje nazwisko zapadło zainteresowanym ludziom w pamięć. Dlatego też, szybko posypały się zaproszenia na wykłady, gdyż zagraniczne uniwersytety uwielbiają ludzi wkładających kij w mrowisko. To wzbudza zainteresowanie i przyciąga słuchaczy. Nie zważają wtedy na formalny status prelegentów, on staje się nieistotny. Szkoda, że u nas takie podejście jakoś nie może się przebić szerzej.
    - Teraz panią rozumiem… a gdzie pani broniła doktoratu?
    - W Yale University.
    - Tym amerykańskim? – dociekała.
    - Tak, tam ukończyłam studia i zaraz też otwarłam przewód doktorski.

    - Nie męcz już pani prezes! – odezwał się zniecierpliwiony marszałek. – Wyjdzie na to, że inni załatwią tu wszystkie swoje sprawy, tylko my z panią poseł zostaniemy za opłotkami!
    - Ależ nie, bez obaw, panie marszałku! – Dorotka go uspokajała. – Uważam, że wszystko macie państwo załatwione zgodnie z zamierzeniami.
    - Tak pani sądzi?
    - Jestem nawet tego pewna!
    - Coś pani mąż nie podziela tego optymizmu…
    - Dlaczego? Nieprawda – oświadczyłem. – Nie zabieram głosu w dyskusji, bo całkowicie zgadzam się z żoną.

    - Może się państwo zdziwicie, ale ja kiedyś też byłem podwładnym swojej żony – wyznał marszałek.
    - Naprawdę? – roześmiałem się.
    - Formalnie nie byłeś podwładnym, ja tylko miałam wtedy dłuższy staż.
    - Zostałem asystentem na uczelni – wyznał rozbrajająco. – I na początku, właśnie Małgosia mnie pilnowała oraz była przewodnikiem we wszystkim.
    - A wyzwolił się pan, zmieniając pracodawcę? – dociekałem.
    - Dokładnie tak! – przyznał. – Niestety, finanse asystenckie na zbyt wiele nie pozwalają, któreś z nas musiało szukać innego źródła dochodów.

    - A co to był za pracodawca? – zainteresowała się Dorotka.
    - Miejska spółka komunalna. Wystartowałem w konkursie na prezesa i go wygrałem. Tak też zakończyła się moja kariera naukowa.
    - Czyli jest pan specjalistą w dziedzinie samorządowej – zauważyłem. – Zna pan problemy od podszewki!
    - Proszę pana… – spojrzał na mnie nieco dobrodusznie. – Można by dużo opowiadać o tych różnych bzdurach i niestworzonych rzeczach wypisywanych w prasie, czy też internecie, na temat działaczy obejmujących wyższe stanowiska w regionalnych strukturach. Ale naprawdę, nikt przecież nie skieruje na odpowiedzialną funkcję tumana, który nie ma pojęcia o czekających go zadaniach. Nawet ugrupowania opozycyjne dojrzały i zrezygnowały z krzykaczy, którzy kiedyś brylowali. Czasy się zmieniły!
    - Wreszcie ktoś zauważył zwycięstwa komitetów wyborczych wójtów i burmistrzów? – zapytałem, nieco złośliwie.

    - Trudno tego nie zauważyć – przyznał bez oporów. – Widzi pan, ludzie w terenie mają w nosie barwy partyjne. Ideologia interesuje najwyżej dwadzieścia procent społeczeństwa, w dodatku jest to w dużej większości ta część, która w zasadzie sama nie płaci podatków. Reszta zachowuje zdrowy rozsądek i ma na celu zwyczajną pomyślność swoją i swoich dzieci, co też powinno być celem każdego samorządu.
    - Zgadzam się z panem – oświadczyłem krótko.
    - Co z tymi, którzy nie płacą podatków? – zapytała Dorotka.
  • #78
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Tu jest problem – przyznał. – Bo to są dwie podgrupy. Ci, którzy płacą podatki o tym nie wiedząc, jako że ZUS pilnuje rozliczeń, oraz ci, którzy nie płacą ich naprawdę. A ludzie nie płacący podatków, nie mogą też skorzystać z żadnego przywileju prawa wyboru. Nie mogą odliczyć kosztów, nie mogą przeznaczyć swoich procentów na coś tam, teraz szykuje się nowy odpis na kościół, a tu nic! Są wyłączeni z decydowania i to zabija ich społeczną aktywność. Oni są zawsze na „nie”, bez względu na to, które ugrupowanie jest przy władzy.
    - Robiliśmy takie badania na uniwersytecie i to jest prawdą – potwierdziła marszałkowa. – To jest elektorat martwy, który przeważnie w ogóle nie chodzi głosować. I nie ruszy go nikt ani nic! Chociaż poza wyborami potrafi czasem być głośny, a nawet bywa, że zmienia też na chwilę optykę rządzących.
    - Nie rozumiem… – wtrąciłem.

    - Ależ to proste! – entuzjazmowała się gorączkowo. – Pyskować potrafią, jednak nic z tego nie wynika. Nie ma następstw. Jak przychodzi pora działania, to i tak mają wszystko w nosie, chowają się w domach, zamiast wyjść na ulicę. Dlatego też, w ich sumarycznej sytuacji, w przeciągu lat nic się nie zmienia. Czemu zawsze się dziwią, niczym nowo narodzeni. Trudno!
    Próbowałam kiedyś rozmawiać z jedną rodziną, którą poznałam podczas badań. Wydawało mi się, że jesteśmy już znajomymi na tyle, iż mogę poruszyć również takie kwestie, ale natrafiłam na mur.
    - Nie było tam w podtekście spraw narodowościowych? – zapytała Dorotka.
    - Nie. To wykluczyliśmy z tych badań już na początku, to jest odrębne zagadnienie.
    - Rozumiem. Polska to jednak skomplikowany kraj.
    - Zdecydowanie! – przyznała marszałkowa. – Dlatego też pracy mi nie zabraknie – roześmiała się ironicznie. – Żeby tylko ktoś chciał korzystać z naszych opracowań!

    - Z tych wakacyjnych, skorzystam na pewno – przyrzekła Dorotka. – Ja jestem podwójnie zaangażowana w tym regionie, bo po pierwsze, widzę tutaj szansę na rozwój sieci bankowej, a po drugie, mam też i prywatne interesy.
    - Pani? Tutaj? – zainteresował się marszałek.
    - Owszem! – Dorotka pokiwała głową. – Zamierzam zainwestować swoje własne pieniądze w rozwój tego regionu, dlatego też, opinie specjalistów potraktuję z wielką uwagą.

    Nie wiem jak to się stało, że jej słowa usłyszał Zielonik. Miał chyba uszy nastawione na takie fale, bo natychmiast spojrzał w naszą stronę.
    - Proszę państwa, gdyby do wszystkiego były potrzebne skomplikowane badania, to najbogatszymi ludźmi na świecie byliby eksperci. A przecież sami państwo wiecie, że tak nie jest! Nie miałbym tych pieniędzy które mam, gdybym kierował się wyłącznie opiniami doradców i ekspertów. Zresztą, pani prezes Warwick, ma chyba podobne zdanie na ten temat, prawda? – spojrzał na Dorotkę. – Pani też lubi przełamywać utarte stereotypy i kroczyć własną drogą.
    - Owszem, owszem – Dorotka uśmiechała się. – Tym niemniej, korzystam przecież wtedy z różnych opracowań, chociaż czasami tylko po to, by obalić stawiane w nich tezy.

    - No właśnie. Sukcesy osiągają dwie kategorie ludzi. Jedni to są tacy, którzy przypadkowo nie wiedzą, że „się nie da”. Druga natomiast kategoria to świadomi sceptycy, którzy mają bardzo ograniczone zaufanie do utartych szlaków, więc wymyślają zupełnie inne, nowe drogi. Chociaż ja jestem z pogranicza tych dwóch światów – przyznał z rozbrajającym uśmiechem. – Czasem nie wiedziałem, że czegoś „się nie da”, a czasem wątpiłem w to, co widziałem, dlatego też szukałem innych dróg wyjścia z jakiegoś labiryntu.
    - Dobre porównanie – pochwaliłem go. – Labirynt, to jest to!
    - Co ma pan na myśli? – jakby się zaniepokoił.
    - Otóż panie prezesie, miałem niedawno okazję porozmawiać z jednym z tutejszych pracowników. Dość młody człowiek, jeszcze bez zobowiązań rodzinnych, tym niemniej mający konkretne, życiowe plany. I muszę przyznać, że jego oczekiwania pokrywają się z pana zdaniem w kwestii działek. On szuka wyjścia z życiowego labiryntu i czeka.
    Bo jest jeszcze jeden niuans, którego państwo nie bierzecie dotychczas pod uwagę. Cena działki ma duży wpływ na realną zdolność kredytową młodych ludzi! A to poważnie wpływa na ich życiowe decyzje o osiedleniu się i bardzo często warunkuje wielkość budowanego domu. Czyli de facto przesądza kwestię wyboru miejsca.

    - Pozostaje jeszcze pytanie, czy w danej sytuacji jakiś wybór mają – zauważył marszałek.
    - Oj, w ten brak wyboru proszę nigdy nie wierzyć! – odparłem z pełnym przekonaniem. – We wczorajszej kolacji uczestniczyła moja córka, wie pan o kogo chodzi?
    - Tak – odparł. – Ale nie widzę jej dzisiaj – rozejrzał się dookoła.
    - Wróciła już do Warszawy – wyjaśniłem. – A powiem panu, że dokładnie przed dwoma dniami, czyli w piątek, zrezygnowała z… ja tak przynajmniej uważam, z całkiem niezłej pracy. A kiedy próbowałem ją wypytywać o plany na przyszłość, radośnie odpowiedziała, że się rozejrzy. A jeśli pracy nie znajdzie, to zmywaków w Anglii dla niej nie zabraknie. Ot, ma pan i wybór! Niby go nie mają, ale zagłosują wtedy nogami i tyle z tego wszyscy będziemy mieli.
    - To prawda – przyznał. – I chociaż bezrobocie w regionie mamy wysokie, mam też nadzieję, że gotowość młodych osób do zmiany miejsca zamieszkania jest coraz większa.

    - To wszystko powinno wyjść już w badaniach wstępnych – przerwała mu marszałkowa, wracając do naszych poprzednich rozważań. – Przecież są różne czynniki decydujące o ich wyborach, chociażby takie jak wielkość projektowanego domu, dobre skomunikowanie z otoczeniem, przyjazne sąsiedztwo, brak zanieczyszczeń powietrza, dostępność niedalekich dóbr kultury, a nawet zwykła opinia o tym terenie, funkcjonująca na zewnątrz. Na przykład mieszkanie w tym miejscu to obciach, czy nie obciach? Tych i podobnego typu uwarunkowań jest masa. Większość ma znaczenie marginalne, ale jednak ma! I w zależności od wieku tych ludzi, bywa, że miewa poważny wpływ na ich ostateczne decyzje.
    - Czyli należy zadbać również o dobry pi-ar! – do rozmowy włączył się Stefan.

    - A co, nie dbamy? – Bogdan miał niejakie wątpliwości. – Więc po co ta cała otoczka? Te szlaki jeździeckie w okolicznych lasach, ścieżki rowerowe i trasy spacerowe nad brzegami jezior? Obszary chronione przyrodniczo, wydzielone strefy dla określonego typu działalności gospodarczej…
    - Wiem! – przerwał mu Stefan. – Ale to wiem ja i ty, może jeszcze okoliczni mieszkańcy i kto poza tym? Pani poseł Lechowicz, pan marszałek i kto jeszcze? No powiedz, kto o tym wie?
    - To prawda – przyznała Anna. Wszyscy ucichli, kiedy zabrała głos. – To nie są aż tak nośne tematy, żeby media same się nimi zainteresowały. Potrzebujecie państwo bardzo profesjonalnie przeprowadzonej kampanii promocyjnej.

    - A skąd wziąć na to pieniądze? – zapytał wójt Zbyszek. – A poza tym czy Izba Obrachunkowa taki wydatek zaakceptuje? Nie wiem czy pani poseł wie, chyba raczej nie, ale program spotyka się z wielką ilością odwiedzin różnorakich urzędników, z których wizyt nic dla gminy nie wynika. Oprócz tego, że oni doskonale dezorganizują pracę urzędu, żadnych efektów tych wizyt nie zauważam. Żadne pozytywne opinie nie przebijają się do szerokiej, publicznej wiadomości.
    - Ja już zabroniłam im wstępu do międzygminnej spółki – dołożyła Lidka. – Naprawdę, czasami jest to nie do zniesienia!
    - Czyli dla pani stworzyła się teraz wielka szansa spacyfikowania tego wszystkiego i jednocześnie ukierunkowania po wyborach na promocję – odpowiedziała jej Anna. – Cała kampania przed panią! Proszę nie zapominać o projekcie, propagować go, a ja postaram się, aby na pani spotkaniach pojawiali się dziennikarze. Będą przecież pisali i mówili o tym, co pani powie ludziom. Nic innego!

    - Spokojnie, bez paniki! – mitygował wszystkich Zielonik. Pani prezes! – zwrócił się do Dorotki. – Pani pozostaje zainteresowana projektem, prawda?
    - Tak, oczywiście! – zapewniła. – W temacie biznesu oraz finansów nic się nie zmienia i zmienić nie może, chyba że na lepsze. Jednak na samej promocji znam się raczej kiepsko. Ja wiem, że to niemożliwe, ale najchętniej wróciłabym do czasów tamtego lata, kiedy tutaj nie było ani hotelu, ani żadnych turystów, a ja mogłam swobodnie pływać w jeziorze i tylko rybitwy mnie czasem oglądały. Nie jak teraz, wszechobecne kamery – rozmarzyła się.
  • #79
    Mierzejewski46
    Level 34  
    Miód na moje oczy. Kolejny nałóg. Nic tak nie relaksuje jak czytanie dobrej książki. Poranne czytanie z żoną, na dobry początek dnia. Dziękuję.
  • #80
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Oj, nie narzekaj. Wybrałam ci taką działkę, że twojej prywatności nikt nie naruszy i będziesz mogła na niej robić co tylko zechcesz! – zapewniła Lidka.
    - I nikt więcej pani wtedy nie oglądał? – zapytała przytomnie marszałkowa.
    Było widać, że jeszcze niezbyt się orientuje w miejscowych układach i zależnościach.
    - Och, powiedzmy, że jedna osoba zaledwie.
    - I mówi to pani tak otwarcie, siedząc obok męża? – marszałkowa kontynuowała wywiad z niejakim zdziwieniem, jakby to było dla niej niewiarygodne.
    - Męża mam wyrozumiałego, prawda? Przecież nie będziesz mnie bił z tego powodu, mam nadzieję – Dorotka spojrzała mi w oczy.
    - Nie prowokuj, bo coś wymyślę – oświadczyłem zaczepnie. – To wprawdzie nie będzie bolało, jednak tchu ci raczej zabraknie!
    - Wow! Pozwolisz, że na razie przemyślę to ostrzeżenie?
    - Ależ proszę! – pozwoliłem.

    - No tak…– Lidka krótko skomentowała naszą wymianę zdań. – Gospodarze dają nam wyraźny sygnał, że mają już przesyt poważnych tematów, więc i my powinniśmy się teraz wyluzować oraz dostosować do ich wymagań. Dzisiaj mają do tego pełne prawo. Ten weekend jest ich prywatnym świętem, ja natomiast wcisnęłam się tutaj ze swoimi sprawami zupełnie niespodziewanie oraz bez przyzwolenia, naruszając ich niezawisłe prawa.
    - To raczej my przeszkodziliśmy w świętowaniu – marszałek wziął jej słowa na poważnie.
    - Nic podobnego! – Dorotka zaprotestowała głośno i energicznie. – Jest nam bardzo przyjemnie, że mamy możliwość państwa tutaj gościć i absolutnie nie ma mowy o jakimś przeszkadzaniu! Rozmawiać też można o wszystkim, nawet o polityce, a że Lidka stroi sobie z nas żarty… pan prezes Zielonik już je poznał, prawda? My się jej odgryziemy, proszę się nie obawiać.

    - Prawda! – Zielonik uśmiechnął się chyba pierwszy raz. – Początkowo, kiedy jeszcze nie znałem charakteru znajomości obydwu pań, wiele spraw mnie zaskakiwało, ale to dawne dzieje. Poza tym, proszę państwa, ja również wprosiłem się, niezapowiedziany, na tę wczorajszą uroczystość. Zaryzykowałem swój przyjazd, i mam nadzieję, że nie sprawiłem państwu przykrości.
    - Na odwrót, panie prezesie! – zapewniła Dorotka. – Jesteśmy pod wrażeniem, że to dla nas poświęcił pan tak wiele swojego czasu. Bardzo panu za to dziękujemy!
    - Dla pani mam go zawsze! – odpowiedział, skłaniając głowę, jak za dawnej i dworskiej etykiety.

    - A dla mnie? – upomniałem się głośno, co wywołało za stołem salwę śmiechu.
    - Panie Tomaszu! – Zielonik spojrzał w górę, jakby biorąc niebo za świadka. – A ile razy oferowałem panu współpracę? Ile razy proponowałem wspólne działania? Ile razy prosiłem, żeby pan do mnie zaglądnął? Muszę teraz powiedzieć, że nie znam nikogo innego, kto odważyłby się tyle razy odrzucić moją ofertę!
    - Widocznie za mało pan proponował – Romek czuł się coraz swobodniej.
    - Dlaczego za mało? – Zielonik się zdziwił. – Przecież pan Tomasz nigdy o to nawet nie zapytał. Panie dyrektorze, ja nikomu w kieszeń nie zaglądam, ale orientuję się, ile można zarabiać, pełniąc określoną funkcję. To nie jest żadną tajemnicą. I byłem gotów zaoferować nawet pięć razy więcej!
    - Panie prezesie, pan wie doskonale, że nie o pieniądze tutaj chodzi – łypnąłem wzrokiem w jego stronę. – Na co mi pana pieniądze?

    - Wiem – przyznał leniwie. – Dlatego dobrze mi się z panem współpracuje, bo wbrew pozorom, bardzo sobie cenię ludzi nieprzekupnych. Są obiektywni i chociaż mylą się tak samo często jak wszyscy, tak samo jak i ja, jednak takie porażki łatwiej się przełyka. Tacy ludzie są bardziej strawni i nie mają w sobie ości, które później mogłyby pozostać w przełyku na długo.
    - Piękna metafora! – Anna wreszcie dała głos.
    W dodatku zrobiła to z uśmiechem, a przecież odkąd się pojawiłem, prawie się nie odzywała. Obserwowałem ją dyskretnie i nie widziałem otoczenia, dlatego też, dałem się Dorotce zaskoczyć.
    - Przepraszam państwa! – powiedziała cicho, wstając i gestem dłoni polecając mi pozostać na miejscu.
    Dopiero wtedy rozejrzałem się i zauważyłem stojącą niedaleko stołu Barbarę.

    Dorotka podeszła do niej, a po wymianie kilku zdań, przywołała mnie ruchem głowy.
    - Chyba zaprosimy wszystkich na obiad do salonu, co? – zapytała, kiedy tylko znalazłem się w zasięgu głosu.
    - Zmieścimy się?
    - Właśnie mówię, że mam pewne wątpliwości – odezwała się Baśka. – Oczywiście, zrobimy tak jak sobie życzycie, jednak to nie będzie dobre dla tych dań. Wolałabym podać je w naszej restauracji, wydzielimy tam stoły w podobnym układzie jak tutaj…
    - A w czym trudność, żeby zrobić to samo w salonie? – zapytałem.
    - Tomek, w temperaturze! Rozmawiałam już z panią Heleną i wprawdzie możemy to wszystko zapakować w termosy, ale to już nie będzie to samo. Takiej ilości obiadów nie da się podać od tak, przewożąc na wózku. Całą końcówkę obróbki trzeba by zrobić na miejscu, a to wiąże się i z zapachami, i z całym zamieszaniem. Wydaje mi się to zbędne.

    - Co ty na to? – Dorotka zwróciła się do mnie. Wzruszyłem ramionami.
    - Nie wiem. Goście chyba się nie obrażą, jednak wtedy rośnie możliwość, że zarówno Anna jak i marszałek, będą musieli wpisywać pobyt tutaj w rejestr korzyści. To są urzędnicy państwowi!
    - Słusznie, w dodatku to jest nasze święto, a nie hotelowe.
    - Mówisz, że chcesz jednak w salonie?
    - Tak. Mimo wszystko, wolałabym w salonie.
    - Czyli decyzja zapadła. Basiu! – uśmiechnąłem się do niej. – Trzeba ci w czymś pomóc?
    - Nie… – pokręciła głową. – Poradzę sobie, zostało jeszcze prawie dwie godziny, jakoś to zorganizuję.
    - A gdzie masz pana inżyniera? – zażartowałem.
    - Został w domu – wyjaśniła, bez konwencji żartu. – Ślęczy nad waszymi projektami, nawet w niedzielę. Ale na obiad powinien się zjawić.
    - Może zje go z nami? – zaproponowała Dorotka. – Albo oboje wspólnie…
    - Dziękuję za pamięć, niestety, nie mam takiej opcji – uśmiechała się bez zażenowania. – Wolę czuwać nad przygotowaniami aż do deseru.

    - Basiu, a ty nie karmisz zbyt obficie naszych chłopaków? – zapytałem. – Coś oni zbyt często tam do ciebie zaglądają…
    Baśka tylko się roześmiała.
    - Nic im nie będzie, zapewniam. I nie musisz podglądać!
    - Tak, nie będzie. Ty ich podkarmiasz, Helena też…
    - Jakoś nie widzę u nich nadwagi – zauważyła. – Nie bój się, u mnie nie dostają pustych kalorii. Ja wiem do czego i jak zachęcać dzieci.
    - W to nie wątpię.
    - Więc mi zaufaj, nie zrobię im krzywdy!
    - Pani Basiu, dziękuję! – Dorotka przerwała nasz dialog. – Czyli z pewnych względów lepiej jednak, żeby obiad odbył się u nas.
    - Rozumiem! – Baśka uśmiechnęła się. – Pani Doroto, proszę mnie tylko uprzedzić o przyjeździe na dłużej, gdyż odpowiednio wcześniej muszę zadbać o zaopatrzenie.
    - Za trzy, najdalej cztery tygodnie, tak na dziewięćdziesiąt dziewięć procent.
    - W porządku, czyli tradycyjnie w lipcu?
    - Jak najbardziej.
    - Ok. Pozwólcie teraz, że wrócę do kuchni, zabieramy się do dzieła.
    - To na razie, powodzenia!

    Baśka skinęła głową na pożegnanie, odwróciła się i… bardzo mnie zaskoczyła. Podeszła do wózka golfowego, który spokojnie stał obok, tylko nie zwróciłem na niego uwagi, usiadła za kierownicą i zwyczajnie odjechała.
    - Ale sprytna – powiedziałem do Dorotki. – I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno bała się dotknąć kierownicy.
    - Ot, technika! – śmiała się. – Polska myśl techniczna! Skoro wózki golfowe już tutaj są, dlaczego by ich nie wykorzystać do swoich celów? I bardzo dobrze!
    - Też tak myślę – zgodziłem się ze śmiechem.
    Objęła mnie wtedy i wróciliśmy do stołu.


    *****************************

    KONIEC TEJ CZĘŚCI :D
  • #82
    clubber84
    Level 28  
    Bez nerwów, zaraz poda link do kolejnego rozdziału.
  • #84
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    kkknc wrote:
    Czy autor co chwila musi się drażnić z czytelnikami i umieszczać słowo koniec.

    To nie jest żadne drażnienie się. Zawsze niemal natychmiast zamieszczam kontynuację. A części te oddzielam od siebie wyraźnie dlatego, że są pewnym przeskokiem w czasie. Kolejna część to już następny dzień i inne miejsce akcji. Kontynuacji rozmowy pod wiatą oraz opisu obiadu nie ma. widocznie ich przebieg nie był aż tak istotny dla całej akcji. :D

    Aha, link.
    Kontynuacja pod linkiem https://www.elektroda.pl/rtvforum/topic3809687.html
  • #86
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    kkknc wrote:
    To napisz koniec rozdziału. będzie poprawnie politycznie. 😁


    Zrealizowano. :D