Witam, pomóżcie!, mam problem z autem, dziś mechanik rozłożył ręce i polecił znaleźć kogoś innego, bo jemu samemu skończyły się pomysły.
Auto to Opel Meriva 2003r. z instalacją gazową.
Opiszę historię jak i co się stało.
Mianowicie od dłuższego czasu tj. roku, auto na zimnym silniku szarpało i gasło.
Przy próbie ruszenia z miejsca postoju często tak się zdusił (obroty spadały że się całe auto trzęsło) że gasł, czasem po 2-3 razy.
Ale gdy auto się lekko rozgrzało, około 30sek do minuty na wolnych obrotach i wszystko działało jak z fabryki.
Z 2 miesiące temu oddałem auto na regulację gazu, bo być może to tam tkwi usterka. Mechanik od gazu powiedział że to może jakaś sonda w wydechu zbiera złe odczyty i steruje tak że za uboga mieszanka jest. Wymienił sondę, a przed tym kazał jeździć na samej benzynie jakiś czas i nie pomogło to w ogóle, wymienił mi sondę za 350złoty...
Po tym odpuściłem na jakiś czas.
W końcu półtora tygodnia temu postanowiłem coś z tym zrobić, oddałem do mechanika, polecił najpierw wymianę świec i przewodów.
Tak też zrobił, jednak nic to nie dało. Postawił więc na cewkę zapłonową, też wymienił i nadal niestety żadnej poprawy.
Mechanik po prostu powiedział pass, i odebraliśmy auto.
Wracając do domu na dystansie 25km auto, w trakcie jazdy 2 razy i raz na postoju pod czerwonym światłem po prostu nagle gaśnie.
Dawało się jednak od razu odpalić.
Dnia następnego zadzwoniłem do mechanika że wynikła dodatkowa usterka.
Powiedział że gaśnięcie to jest jakiś znak i może być nim objaw uszkodzonego czujnika położenia wału.
Oddaliśmy więc do niego auto, na dojeździe do warsztatu zgasło znowu 2 razy.
Dziś mechanik zadzwonił że się poddaje, zamówił nowy czujnik, założył ale, jak sam mówi auto nie wyrzuca żadnych błędów, przejechał się autem i też jemu samemu nic złego się nie działo.
Natomiast my, wracając od niego godzinę temu...zgasło na światłach, i nie dał się odpalić.
Ale tym razem inaczej niż pozostałe sytuację, bo wtedy gasł tak jak by z kluczyka go wyłączył, a tym razem kontrolka aku zapaliła się na stałe, a kontrolka ''check engine'' mrugała szybko, ale nie w sposób jakby to określić informujący, a raczej w sposób jakby zwarcie jakieś.
Do tego z wnętrza, z za włącznika do świateł, słychać szybkie cykanie, w raz z nim w tym samym rytmie mruga ''check engine''.
Dodam że to cykanie i mruganie jest w momencie włączenia zapłonu.
Zepchnęliśmy auto na pobocze, postaliśmy na awaryjnych jakieś 2 minuty i auto dało się normalnie odpalić jak gdyby nigdy nic się nie stało.
Czy macie jakieś rady dla mnie? Co mam zrobić, auto jest niebezpieczne, gaśnie w czasie jazdy.
Mechanik rozkłada ręce. Co tu robić, na dojazdy i obydwu mechaników wydałem ponad tysiąc złotych, a szarpanie nadal jest plus doszło ultra niebezpieczne gaśnięcie bez żadnych przyczyn.
Auto to Opel Meriva 2003r. z instalacją gazową.
Opiszę historię jak i co się stało.
Mianowicie od dłuższego czasu tj. roku, auto na zimnym silniku szarpało i gasło.
Przy próbie ruszenia z miejsca postoju często tak się zdusił (obroty spadały że się całe auto trzęsło) że gasł, czasem po 2-3 razy.
Ale gdy auto się lekko rozgrzało, około 30sek do minuty na wolnych obrotach i wszystko działało jak z fabryki.
Z 2 miesiące temu oddałem auto na regulację gazu, bo być może to tam tkwi usterka. Mechanik od gazu powiedział że to może jakaś sonda w wydechu zbiera złe odczyty i steruje tak że za uboga mieszanka jest. Wymienił sondę, a przed tym kazał jeździć na samej benzynie jakiś czas i nie pomogło to w ogóle, wymienił mi sondę za 350złoty...
Po tym odpuściłem na jakiś czas.
W końcu półtora tygodnia temu postanowiłem coś z tym zrobić, oddałem do mechanika, polecił najpierw wymianę świec i przewodów.
Tak też zrobił, jednak nic to nie dało. Postawił więc na cewkę zapłonową, też wymienił i nadal niestety żadnej poprawy.
Mechanik po prostu powiedział pass, i odebraliśmy auto.
Wracając do domu na dystansie 25km auto, w trakcie jazdy 2 razy i raz na postoju pod czerwonym światłem po prostu nagle gaśnie.
Dawało się jednak od razu odpalić.
Dnia następnego zadzwoniłem do mechanika że wynikła dodatkowa usterka.
Powiedział że gaśnięcie to jest jakiś znak i może być nim objaw uszkodzonego czujnika położenia wału.
Oddaliśmy więc do niego auto, na dojeździe do warsztatu zgasło znowu 2 razy.
Dziś mechanik zadzwonił że się poddaje, zamówił nowy czujnik, założył ale, jak sam mówi auto nie wyrzuca żadnych błędów, przejechał się autem i też jemu samemu nic złego się nie działo.
Natomiast my, wracając od niego godzinę temu...zgasło na światłach, i nie dał się odpalić.
Ale tym razem inaczej niż pozostałe sytuację, bo wtedy gasł tak jak by z kluczyka go wyłączył, a tym razem kontrolka aku zapaliła się na stałe, a kontrolka ''check engine'' mrugała szybko, ale nie w sposób jakby to określić informujący, a raczej w sposób jakby zwarcie jakieś.
Do tego z wnętrza, z za włącznika do świateł, słychać szybkie cykanie, w raz z nim w tym samym rytmie mruga ''check engine''.
Dodam że to cykanie i mruganie jest w momencie włączenia zapłonu.
Zepchnęliśmy auto na pobocze, postaliśmy na awaryjnych jakieś 2 minuty i auto dało się normalnie odpalić jak gdyby nigdy nic się nie stało.
Czy macie jakieś rady dla mnie? Co mam zrobić, auto jest niebezpieczne, gaśnie w czasie jazdy.
Mechanik rozkłada ręce. Co tu robić, na dojazdy i obydwu mechaników wydałem ponad tysiąc złotych, a szarpanie nadal jest plus doszło ultra niebezpieczne gaśnięcie bez żadnych przyczyn.