Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

Urlop który prawdziwym urlopem był

retrofood 26 Jun 2021 19:07 2694 61
Legrand
  • #31
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - To już zmienia postać rzeczy – zauważył prorektor. – Jako uczelnia, mamy możliwości prawne podpisania umowy z doświadczonymi praktykami, pod warunkiem, że są co najmniej magistrami. Ich doświadczenie praktyczne możemy oceniać sami, jednak… Sama pani widzi, że to durne i bzdurne! W dzisiejszych czasach, kiedy pani kwalifikacje mogę sprawdzić u źródła, podobne obostrzenia dla prywatnych uczelni są zbędnym ciężarem. Dla całego świata jest pani doktorem nauk, ze stopniem uzyskanym w bardzo prestiżowej uczelni, a u nas trzeba dokonywać jego nostryfikacji. Paranoja!

    - Ale też, możemy zrobić to sami – zauważył Jędrycki. – Nasz wydział posiada przecież prawo habilitacji, może więc także nostryfikować rozprawy doktorskie. Pani prezes złoży u nas dokumenty i załatwimy sprawę jak należy.
    - To też jest wyjście, pozostaje jeszcze kwestia czasu.
    - W porządku, zostawmy te sprawy na chwilę. Chcę teraz jasnej odpowiedzi od panów, czy mimo wszelkich trudności, możliwa jest realizacja mojej propozycji. Po pierwsze, chciałabym prowadzić seminarium dyplomowe o wspomnianej tematyce. Dziesięć, najwyżej dwanaście osób. Po drugie, chciałabym, aby uczelnia przyjęła na podyplomowy kurs bankowości grupę naszych pracowników. Są to absolwenci głównie matematyki i fizyki, czyli kierunków technicznych. Grupa skierowana przez nas, przy czym muszę mieć wpływ na ułożenie dla nich programu zajęć. Tam też chciałabym prowadzić niektóre tematy. Oczywiście, sfinansujemy te studia.
    - Pani doktor, pani prezes!... Sam już nie wiem, jak się do pani zwracać…
    - To ma najmniejsze znaczenie – przerwała mu Dorotka. – Bardziej interesuje mnie pańska konkluzja.

    - Ta jest chyba oczywista. Biorąc pod uwagę pani determinację oraz gwarancje, jakich udziela pani stanowisko, jestem przekonany, że znajdziemy rozwiązanie satysfakcjonujące obydwie strony. Zagłębianie się w szczegóły jest w tej chwili raczej przedwczesne, gdyż ja ze swojej strony miałbym propozycję, aby na przykład bank otworzył się dla naszych studentów. Chociażby w ramach praktyk. A może znajdziemy inne obszary współpracy…
    - Zdecydowanie jestem za! – przerwała mu Dorotka. – Chciałabym w takim razie, aby porozumienie obejmowało również możliwość prowadzenia programów naukowych dla niektórych katedr. Możemy przecież udostępniać wam niektóre dane dla celów poznawczych, a także zlecać wykonanie konkretnych analiz.
    - To byłoby doskonałe!
    - Rozumiem zatem, że mimo formalnych braków mojego, polskiego doktoratu, będę miała możliwość realizacji swoich planów?

    - Zrobię wszystko, co jest możliwe! – zapewnił prorektor. – Proszę mnie zrozumieć, ja jestem bardzo daleki od kwestionowania pani wiedzy, umiejętności i doktorskiego stopnia. Dla mnie to nie podlega dyskusji. Ale postawiono mnie w takim miejscu, gdzie muszę dostosować się do obowiązujących przepisów, a te nie są zbyt przyjazne w pani przypadku.
    To jakaś pozostałość dawnych czasów i pani pewnie przeciera szlaki, bo nie słyszałem o tłumach doktorów z Yale nawiedzających polskie uczelnie.
    - Przyjeżdżają i profesorowie – zauważyła Dorotka.
    - Wiem, ten światek nie jest znów taki duży. Z drugiej strony naprawdę nie rozumiem jak to się stało, że pani awans na prezesa zarządu banku nie został nigdzie odnotowany. Ja tego jakoś nie zauważyłem.
    - Proszę nie robić sobie wyrzutów – uśmiechnęła się Dorotka. – Warwick był, Warwick jest, wszystko się zgadza. Poza tym dbałam o to, aby takich informacji nie rozgłaszano poza sferą bankową.

    - Dlaczego? Lekceważy pani reklamę mediów?
    - To dłuższa sprawa, nieważne. Wróćmy do podstawowego tematu naszej rozmowy i podsumujmy to, w czym nie ma rozbieżności. Ja widzę to tak. Uczelnia i bank zawierają ramowe porozumienie, na podstawie którego podpisujemy kilka bardziej szczegółowych umów. Konkretną treść umowy i porozumień szczegółowych, opracują pilnie nasi prawnicy, wyposażeni w odpowiednie pełnomocnictwa. Natomiast ja złożę jeszcze w lipcu dokumenty z Yale, aby odpowiedni wydział mógł podjąć stosowną decyzję w możliwie krótkim czasie i wydać mi stosowne zaświadczenie. W ten sposób mogłabym zdążyć nawet jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego.
    - Bardzo pani dba o swoją pierwotną propozycję – wyrwało się prorektorowi.

    - Jest pan tym zdziwiony? – Dorotka zmarszczyła brwi, a w jej głosie wyraźnie zabrzmiała nuta zniecierpliwienia. – Przepraszam, miałabym podpisać umowę, która nam nic nie da? To byłoby bez sensu! Ja może wyglądam na dziewczynę z okładki kolorowego magazynu, ale to nie jest obszar mojego zainteresowania.
    - Nigdy tak o pani nie pomyślałem – tłumaczył się prorektor.
    - Czy ma pan jakieś zastrzeżenia do proponowanej przeze mnie procedury? – Dorotka wyraźnie przyspieszyła tempo rozmowy.
    - Nie, wręcz przeciwnie. Proponowałbym podpisanie takiej umowy na kilka lat i to z dużą celebrą. Mało kosztowna, a głośna i pozytywna reklama, przyda się zarówno uczelni jak i bankowi. Zaprosimy dziennikarzy, po ceremonii zorganizujemy briefing…
    - Owszem, zgadzam się z panem profesorem i jestem za! – zgodziła się niemal bez namysłu. – Musimy tylko dobrze wybrać termin, aby o porozumieniu było głośno.

    - A ja mam taki pomysł! – wtrącił profesor Jędrycki. – Umowę można podpisać w ostatnich dniach września, a pani prezes mogłaby wygłosić u nas wykład inauguracyjny dla ogółu studentów. Co pan na to, panie profesorze?
    Prorektor kręcił głową z niedowierzaniem.
    - Jestem przekonany, że warto to rozważyć, natomiast nie mogę teraz składać żadnych propozycji ani deklaracji, gdyż tematyka inauguracji jest zastrzeżona dla Jego Magnificencji. Ale porozmawiam z szefem. Zresztą, to rektor podpisuje podobne porozumienie, więc i od jego decyzji zależy również cała umowa. A co pani doktor powie na taką ofertę?
    - Bardzo chętnie poprowadziłabym taki wykład – oświadczyła Dorotka. – Przy czym byłoby doskonałą rzeczą, gdyby jego tematyka w jakimś stopniu nawiązywała do zawartego porozumienia, czyli poruszała kwestię finansów i bankowości.
    - O tym właśnie myślałem – wtrącił Jędrycki.

    - Całkiem nieźle to wszystko się zapowiada – roześmiał się prorektor. – Aż boję się zapeszyć! Przyznam się pani, że jechałem tutaj nastawiony dość sceptycznie. Wprawdzie pan profesor Jędrycki opowiadał mi o pani wykładzie na uniwersytecie w Tuluzie i o tym zainteresowaniu, jakie pani wzbudza wśród studentów…
    - Już przywykłam – skomentowała Dorotka. – Prawda, że początkowo musiałam bardzo pilnować tego co mówię, ale z czasem zobojętniałam na ich wyskoki.
    - Ja początkowo nie zdawałem sobie sprawy z tego, że pani nie jest rodowitą Amerykanką – przyznał Jędrycki. – Byłem wtedy w Tuluzie u swojego kolegi i właściwie to miałem zamiar wracać do Polski, a wtedy mówi mi, że jeśli zostanę jeszcze jeden dzień, to pójdziemy na wykład promocyjny młodej pani doktor z Yale University, której rozprawę doktorską oceniono na więcej niż bardzo dobrą. Jednak pani doktor ponoć wygłasza poglądy mocno kontrowersyjne i wręcz obalające niektóre dotychczasowe aksjomaty ekonomiczne.

    - Chyba się pan profesor nie zawiódł? – roześmiała się Dorotka.
    - Nie, absolutnie – rozweselił się i on. – Chociaż muszę przyznać, że mój angielski jest znacznie gorszy niż pani, co mnie zresztą wtedy nie dziwiło. Ale zasadnicze przesłania płynące z tego wykładu zrozumiałem. I kiedy ogłoszono, że przed południem odbędzie się dyskusja panelowa, porzuciłem formę incognito i zapisałem się na nią, ryzykując utratę ważności biletu powrotnego. Na szczęście, wszystko przebiegło bez zgrzytów, udało mi się podyskutować z panią, częściowo również po polsku, a także prolongować później bilet bez większych strat.
    - Teraz pan już wie, że najpierw uczyłam się języka angielskiego, a dopiero później ekonomii – wyjaśniała Dorotka. – No cóż, posiadam podwójne obywatelstwo i korzystam z tego tak, jak jest mi wygodniej. Nie widzę w tym niczego nagannego, gdyż obydwa moje kraje nie wymagają wyłączności, a ja jestem lojalna wobec każdego z nich. Płacę podatki tam, gdzie chcą, chociaż nie powiem, żebym robiła to chętnie…

    - Rzeczywiście, mamy tę samą przypadłość – zauważył roześmiany rektor. – Jednak miłość do żadnego urzędu skarbowego nie jest wymagana, chociaż danina i owszem.
    - Nie narzekajmy – odezwał się Jędrycki. – My przynajmniej mamy wiedzę, jak te daniny minimalizować, a co mają powiedzieć ci, którzy jej nie posiadają?
    - Pani dobrze zna amerykański system podatkowy? – zapytał prorektor.
    - Uważam, że tak – przyznała. – Wprawdzie nie jest on przedmiotem moich dociekań naukowych, jednak po pierwsze, musiałam z jego znajomości zdawać wcale nie łatwe egzaminy, a poza tym, pracowałam w USA przez szereg lat i do dzisiaj większość moich prywatnych operacji finansowych przeprowadzam na tamtym rynku. W dzisiejszych czasach nie stanowi to technicznego problemu, mimo przebywania w Polsce, tym niemniej wciąż muszę pilnować jakichkolwiek zmian, aby na bieżąco optymalizować swoje decyzje. Na szczęście, w USA prawo to nie zmienia się w takim tempie jak u nas.

    - A byłaby pani w stanie poprowadzić zajęcia o tej tematyce? – zapytał prorektor.
    - Jak najbardziej. Merytorycznie jestem gotowa, chociaż…
    - Ja się na to nie zgadzam! – oświadczyłem głośno i bezceremonialnie, przerywając dialog i burząc ich dobre samopoczucie.
    W salonie wszyscy umilkli.
  • Legrand
  • #32
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Dlaczego? – przerwał ją zaskoczony Jędrycki.
    Rektor i Dorotka spoglądali na mnie ze zdziwieniem, ale nie reagowali.
    - Ile jeszcze można wziąć na swoje plecy? Przepraszam panów, ale żona łączy dwie, bardzo ważne funkcje, pracuje de facto na dwóch etatach, wymagających wielkiej staranności i jeszcze większej odpowiedzialności, a teraz ma dokładać trzeci? Przecież doba wciąż ma skończoną ilość godzin!

    Goście milczeli, Dorotka również. Z mojej intonacji głosu chyba zrozumiała, że tym razem nie żartuję. Nie uprzedziła mnie o swoich planach naukowych, a ja ciągle miałem w uszach jej obietnicę, że wraz z zakończeniem cyklu europejskich wykładów promocyjnych, moim samotnym weekendom nastanie kres. Poza tym, chłopcy tak samo potrzebowali kontaktu z mamą częściej, niż tylko przy kolacji.
    - Tomek, przecież nikt nie mówi o jakimś etacie! – Dorotka przerwała niezręczną ciszę, chociaż jej głos zabrzmiał bardzo nieśmiało. Jakby jej zaskoczenie było absolutne.
    - To się tylko tak mówi! – kontynuowałem protest. – Obiecywałaś, że gdy zakończysz wykłady, to w weekendy będziesz już w domu.
    - I będę. Przecież te zajęcia nie wiążą się z żadnymi wyjazdami.
    - A kiedy niby będą zajęcia podyplomowe dla pracowników? Nie w soboty aby?
    - Można je zaplanować w godzinach przedpołudniowych.
    - Owszem, można, tylko jak wytłumaczę dzieciom, że mama wciąż musi pracować i nadal weekendowego wyjazdu nie będzie? Bo najpierw mama jest zajęta, później musimy zjeść obiad, następnie chwilę odpocząć, a potem już nie będzie sensu nigdzie wyjeżdżać, bo i po co? Przecież będzie już za późno! – zirytowałem się, jednak refleksja przyszła natychmiast. – Przepraszam cię, kochanie, trochę mnie poniosło, ale nie chcę żebyś kosztem bliźniaków realizowała swoje nowe pomysły. Panów też przepraszam!

    - Nie ma problemu…. – bagatelizowali.
    - Przepraszam, nigdy jeszcze nie kłóciłem się z żoną… – próbowałem wyjaśnić jakoś swoje zachowanie. – Nie mogę jednak milczeć, kiedy nakłada na siebie coraz więcej zobowiązań. Doba ma wciąż zaledwie dwadzieścia cztery godziny i nie chce mieć ani trochę więcej!
    - Tomek, proszę! – usłyszałem jej cichy głos.
    Prorektor zachował się dyplomatycznie.
    - Jeśli to jest temat pierwszej kłótni małżeńskiej, to wypada państwu tylko pogratulować.
    - Proszę nie żartować – skrzywiłem się, czując wprawdzie niestosowność swojej reakcji, jednak gdzieś tam w tle tliło się głębokie przeświadczenie, że mam rację. Że nie mogę bez końca godzić się na niespodzianki, które sprawiała mi coraz częściej. Jej reakcja jednak wprawiła mnie w zupełną konsternację. Otóż nagle wstała, po czym nie zważając na obecność gości, usiadła mi na kolanach, przytulając twarz do mojej.
    - Masz rację, ale ja ci obiecuję, że wszystko odbędzie się bez wielkiego uszczerbku dla nas i dla domu – zamruczała swoim głosem małej dziewczynki.
    Już wiedziałem, że mój opór jest bezprzedmiotowy.

    - Czy ty musisz? – zapytałem niby retorycznie, a wtedy jakby dostała dodatkowy impuls. Odsunęła nieco twarz od mojej i spojrzała mi w oczy.
    - Przecież dobrze wiesz, że ja niczego nie muszę! – to już nie był ton dziewczynki, tylko głos prezeski banku. – Nigdy, niczego nie muszę! – powtórzyła kategorycznie. – Ja tylko chcę! Tobie nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Sam to wszystko znasz nie najgorzej, prawda?
    - I co z tego, że prawda? Nie chcę, żeby uczelnia wygrywała z chłopcami.
    Miałem wrażenie że spojrzenie, którym mnie po tym odezwaniu obdarzyła, przeszyło mnie niczym rentgenowskie prześwietlenie, jednak po króciutkiej chwili ponownie się przytuliła.
    - Nie ma takiej opcji – powiedziała cicho. – Zapamiętaj raz na zawsze. Taka opcja nie istnieje! – powtórzyła, po czym cmoknęła mnie w policzek, wstała i wróciła na swój fotel.
    - Przepraszam panów, rzeczywiście, mąż miał podstawy do niepokoju…
    - Kochanie, przepraszam, zostawmy już to! – wpadłem jej w słowo, po czym zwróciłem się do profesorów. – Proponuję panom obiadową przerwę w obradach, a za jakąś godzinę powrót do stołu rokowań – zaśmiałem się sztucznie, bo nastrój miałem nietęgi.
    Najgorsze niby minęło, jakoś wybrnęliśmy z zasadniczej różnicy zdań. Goście też przyjęli wniosek ze zrozumieniem, zgodnie akceptując moją propozycję. To jednak nie był koniec. Tak naprawdę, wciąż nie wiedziałem co mnie jeszcze zaskoczy.

    Po spokojnym obiedzie zaproponowałem im wypalenie cygara przy kawie i o dziwo, obydwaj chętnie przyjęli zaproszenie. Aż mnie to zdziwiło. Przeszliśmy zatem na taras, żeby rozkoszować się aromatycznym dymem elitarnego tytoniu z Dominikany, zaś Dorotka dołączyła do nas w charakterze obserwatora, ale jednocześnie pełnoprawnego uczestnika niby typowo męskiej wymiany poglądów.
    Tym razem nie pomijała mnie podczas dyskusji, może dlatego, że tematy były na ogół dość swobodne i neutralne. Takie o wakacjach, problemach budowlanych i odrobinę zahaczyliśmy też ogólną sytuację polityczną. Może również dlatego, iż panom bardzo zaimponowałem jakością cygar, czego zupełnie nie kryli. Odniosłem wręcz wrażenie, że dopiero teraz przestałem być dla nich tylko mężem swojej żony. Albo było to jedynie moje mniemanie, podrażnionego w swojej ambicji samca.

    Później Dorotka opowiadała ciekawostki z amerykańskich uczelni i tak naprawdę, do najważniejszej sprawy wróciliśmy dopiero na kilkanaście ostatnich minut ich pobytu, kiedy zaproponowała swoją wersję scenariusza działań. Otóż obydwie strony miały niezwłocznie powołać i upełnomocnić przedstawicieli odpowiedzialnych za pilne opracowania tekstu umowy, a także przygotowanie odpowiedniej oprawy jej podpisania. Natomiast nadzór nad całością przygotowań ze strony banku, Dorotka powierzyła mnie. I to ja osobiście miałem desygnować negocjatorów, a także kontaktować się z prorektorem w najważniejszych sprawach.
    Zaskoczyła mnie tą decyzją, ale jej oświadczenie było sprytnym zagraniem. Dla wszystkich stało się oczywiste, że wszystko co ja zaakceptuję, będzie już po naszej stronie dokładnie uzgodnione i sporów domowych z tego powodu już nie będzie. Dlatego propozycję szybko przyjęli.

    - Świetnie, że poznałem pana osobiście – cieszył się prorektor, spoglądając mi w oczy. – Z naszej strony prawdopodobnie to ja będę koordynatorem całości zagadnienia, więc teraz łatwiej będzie nam się porozumiewać. Proszę jednak wybaczyć, przed rozmową z szefem nie podejmę wiążących decyzji, mimo że propozycja pani prezes jest logiczna i ja ją akceptuję bez zastrzeżeń. Tak też przedstawię temat swojemu przełożonemu.
    - Mnie również jest bardzo miło! – gładko przełknąłem przyjemne słowa. – Wobec tego proszę nie zważać na nasz urlop i powiadomić mnie natychmiast po podjęciu przez państwa jakiejkolwiek decyzji w tej sprawie.
    - Proszę uważać iż jest pozytywna i nie tracić czasu – jakby zmienił zdanie. – Nie wyobrażam sobie, aby była inna. Tym niemniej, oczywiście, bezzwłocznie powiadomię pana o każdym postanowieniu – szybko się zastrzegł.
    - Będę zatem oczekiwał wiadomości od pana z przekonaniem, że za kilka dni uzgodnimy gotowość do prowadzenia rozmów – trysnąłem optymizmem.
    - Wierzę, że przekażę panu taką wiadomość! – skłonił się uprzejmie.

    Pożegnali się z nami, kiedy do domu zajrzała Iwona ze Stefanem, a tuż po nich przyszła Lidka i trafiła na chwilę, kiedy Dorotka wyszła do łazienki, a my siedzieliśmy w salonie.
    - Co się wałkonicie w czterech zimnych ścianach? – zawołała już od drzwi. – Na urlopie? Pogięło was?
    - Przecież dopiero pożegnaliśmy gości – tłumaczyłem się niezbornie.
    - A tak w ogóle, to kim byli ci smutni panowie? Jeszcze urząd skarbowy, czy już komornicy?
    - Tra ta, ta, ta, koniec świata! – odparłem. – To byli nowi pracodawcy mojego szczęścia.
    - Co ty pieprzysz? – Lidka wręcz znieruchomiała. – Słońce cię przegrzało? Jak? Siedzisz przez cały czas pod klimatyzatorem i nawet cera już ci wyblakła!

    Iwona śmiała się w głos, jeszcze nie przywykła do specyficznych odzywek Lidki.
  • #33
    Mierzejewski46
    Level 32  
    Doskonałe. Pozdrawiam.
  • #34
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Owszem, zbladła, ale tylko na stopach – potwierdziłem. – Jednak bystra jesteś, że to zauważyłaś. Czyżbyś szykowała się do lizania mi nóg?
    - Po sparzeniu, oczyszczeniu i ugotowaniu, mogłoby to nastąpić – odparowała spokojnie. – Od czasu do czasu lubię zjeść galaretkę z nóżek.
    - Pod wódeczkę? – zapytał Stefan.
    - Nie inaczej! – przytaknęła. – Chociaż do Tomkowych spacerówek chyba tylko bimber by się nadawał. Zwyczajnej wódki byłoby szkoda.
    - Lepiej przyznaj się, że twój hotel w ogóle oszukuje klientów i zamiast koniaków serwuje gościom siwuchę spod pobliskich świerków – zakpiłem.
    - Chciałbyś pić taki trunek spod świerków – odpaliła. – Ale to delikates dla koneserów. Pospolitować go dla takich osób byłoby grzechem.
    - Panie Tomaszu, poproszę do kuchni! Ja tu mam wszystko co najlepsze z naszej okolicy! – odezwała się nagle Helena.
    Zupełnie nie zauważyliśmy jak podeszła i wysłuchiwała naszej wymiany zdań.

    Iwona znowu wybuchnęła śmiechem, zaś Lidka była święcie oburzona.
    - Pani Heleno, pani przeciw mnie? Tak się nie godzi! Chciałam Tomka doprowadzić do jako takiego poziomu…
    - A po co? – Helena zdziwiła się. – Sama panienka powiedziała, że jesteście na urlopie.
    - Ja to jestem tak nie całkiem. Nie do końca.
    - Ale pan Tomasz ma wakacje i nie należy psuć mu humoru.
    - Tomek… – Lidka podeszła do mnie i nieoczekiwanie zaczęła się ocierać niczym marcowa kotka. – Bardzo popsułam ci nastrój?
    Wahałem się przez jakiś czas podejrzewając pułapkę, ale co tam, najwyżej będzie więcej śmiechu.
    - Już naprawiasz! – zgodziłem się niby potulnie i ją objąłem.
    Odrobinę za późno.

    - Co ty tu atakujesz mojego męża w jego własnym domu? – Dorotka zasygnalizowała swój powrót.
    Lidka odskoczyła jak oparzona.
    - Ja? – zapytała zaraz niewinnie. – Pomyłka! Próbowałam jedynie pobudzić go do życia, bo w tym cieniu wygląda niczym śnięty karp. Wypuść go na zewnątrz, inaczej się udusi.
    - Ty… brzano! Już ty się o niego nie martw, dobrze? Kiedy trzeba to jest wystarczająco pobudzony, więc pomocników nie potrzebuję!
    - No i na co mi były moje samarytańskie zapędy? – Lidka westchnęła filozoficznie, wznosząc wzrok do nieba, a potem spoglądając na Iwonę. Zupełnie nie wyglądała na zmieszaną. – Nie dość, że nie podziękowała za właściwą diagnozę, to jeszcze mnie straszy. Czyli koniec z wszelką filantropią! Muszę utwardzić moje miękkie serce, inaczej ta Baba Jaga będzie stale mnie prześladowała!
    - Nie narzekaj, powiedz lepiej co słychać dookoła.
    - Och, nowości jest mnóstwo – Lidka się ożywiła. – Jacyś inspektorzy skarbowi cię odwiedzają…

    - To byli wybitni naukowcy, mazurska profanko, a nie żadni inspektorzy – wyjaśniła krótko Dorotka. – Muszę podszkolić fachowo bankowy personel, a także zatrudnić świeżą i dobrze wykształconą, młodą kadrę. Dlatego staram się wykorzystać swoje kontakty i jak na razie wygląda to bardzo obiecująco, a może nawet jeszcze lepiej.
    - Z jakiej oni byli uczelni? – zainteresowała się Iwona.
    - Uniwersytet Ekonomii i Nauk Społecznych. Ten prywatny. Zobaczymy co z tego ziarna wyrośnie, na razie mamy przygotować glebę do siewu.
    - Czyli nawet podczas urlopu musisz zajmować się służbowymi tematami? – Iwona niby zapytała, ale bardziej wyglądało to na stwierdzenie faktu.
    - To nieuniknione. Taka jest powinność prezesa, który ma rozwiązywać problemy, a nie przesiedzieć w fotelu osiem godzin, po czym pojechać do domu i wyłączyć telefon.
    Dorotka odpowiedziała spokojnym tonem, z góry wykluczającym podejrzenie, iż teraz narzeka.

    - Przypuszczam, że jeszcze nie raz podczas tego urlopu będziemy z Tomkiem reagować na jakieś nowe wydarzenia, bo przecież nie cały świat wypoczywa, więc musimy trzymać rękę na pulsie wydarzeń…
    - Na czym ty najczęściej trzymasz rękę, to nawet nie będę zgadywała – wtrąciła Lidka. – To jest wiadome od dawna i nie musisz tutaj niczego udawać.
    - Zazdrościsz?
    - No… nie przesadzaj.
    - Jeśli ja przesadzam, to co powiedzieć o tobie?
    - Co powiedzieć? Mam znacznie większe pole manewru we wszelakich biznesach.
    - Ja zaś mam biznes stabilny, więc i rękę trzymam w jednym miejscu – odparowała jej Dorotka.
    - Konserwatystka…

    - Dorota, rzuć to wszystko w cholerę i jutro okrętujcie się z nami na łajbę – zaproponował nagle Stefan. – Na środku jeziora was nie znajdą.
    - A skąd ty masz łajbę? – zapytałem naiwnie.
    - Z przemytu! – odpowiedział szybko i standardowo, ale natychmiast dodał. – Zamówiłem u Lidki. Chcemy odwiedzić brzegi Omszałego, a może i popłyniemy gdzieś jeszcze… Się zobaczy. Daliście nam kartę bankową, to korzystamy.
    - Moglibyście do nas dołączyć – poparła go Iwona. – Byłoby weselej, a miejsca jest ponoć dostatek. Dziesięć osób może się zmieścić na tym jachcie.
    - Co ty na to? – Dorotka spojrzała na mnie.
    - Czemu nie!
    - Więc zaproszenie przyjmujemy – zdecydowała. – Na którą i co mamy przygotować?

    - Weź ze sobą majtki na zmianę, no i cyckonosz też może się przydać, bo różnie być może – odezwała się Lidka. – Wypływamy o ósmej rano, a powrót diabli wiedzą kiedy. To zależy od Stefana, bo to on jest dysponentem łódki.
    - Jak to „wypływamy” – wykazałem się czujnością. – Ty też?
    - Nie ja, tylko obydwoje z Romkiem – sprostowała. – A co, nam to się już nic nie należy?
    - I potrzebujesz majtek na zmianę, będąc pod jego nadzorem? – zdziwiła się Dorotka.
    - Majtki do opalania, niedomyślna osobo! – wyjaśniła Lidka. I dodała – A poza tym nigdy nic nie wiadomo. Przezorny…
    - A jak wygląda sytuacja z zaprowiantowaniem? – przerwałem jej, zwracając się bardziej do Stefana.
    - Zamówiłem obsługę full wypas na wynos i kuchnia hotelowa ma o to zadbać.
    - Temu tylko wyżerka w głowie – prychnęła Lidka.
    - Nie wyżerka, a barek – podniosłem lekko głos. – Skoro będziesz w świeżych majtkach, to różnie może się zdarzyć…

    - Nie ma żadnego spożycia na pokładzie! – zaprotestowała Lidka.
    - Trzeba będzie ją wcześniej namoczyć – podpowiedział mi Stefan.
    - Was trzeba odmoczyć, szczury lądowe! – odgryzała się. – Widzi toto wodę jeden raz w roku i się mądrzy.
    - Wiem, że chciałabyś nas tam trzymać przez cały dzień o wodzie, ale my się nie damy. Prawda Stefan? – prowokowałem.
    - No, masz! Mowa! – odpowiedział ze śmiechem. – Odpowiedni barek też zamówiłem, z lodówką do towarzystwa. Wiedziałem, że się zgodzicie, dlatego i jutrzejsza oprawa musi być odpowiednia.
    - Patrz Iwona, jak sobie przypisał wszystkie zasługi – Lidka spoglądała na niego z ironią. – Ech, ty organizatorze! Gdybym ci nie podpowiadała, to jutro wypłynąłbyś na pustej łupince!
    - Jak ja dotąd przeżyłem bez twoich podpowiedzi, doprawdy sam tego nie rozumiem – odgryzł się Stefan. – Normalnie powinienem już dawno zginąć z głodu!

    - Przestańcie się wygłupiać – Dorotka przerwała ich przekomarzania. – Dzisiaj napijemy się czegoś?
    - Trzeba było tak od razu – mruknęła Lidka.
    - Tomek, częstuj gości! – zachęciła mnie.
    - Jakby nie wiedzieli, że barek jest do ich dyspozycji – marudziłem.
    - Braciszku… nie zaniżaj poziomu! – upomniała mnie Iwona.
    Nie było wyjścia, wziąłem się w garść i po chwili siedzieliśmy przy pełnych kieliszkach.

    - Lidka, kim jest ten człowiek, który później dosiadł się do nas, wraz z całym sztabem? – dociekała Iwona.
    - Nie znasz go? – Lidka zrobiła wielkie oczy. – To przecież pan prezes Zielonik! Mój najlepszy hotelowy gość – rozmarzyła się. – Dorka, mówię ci, prezes nie mógł odżałować, że go nie było podczas naszego meczu.
  • #35
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Tak? Niech spróbuje sponsorować siatkówkę plażową, może damy wtedy jakiś pokaz.
    - To samo mu powiedziałam! – Lidka ponownie zaśmiała się serdecznie, a Iwona jej zawtórowała. – Mimo to był niepocieszony. A jeszcze gdy Stefan pokazał mu kilka zdjęć…
    - Robiłeś nam zdjęcia? – zapytała słodko Dorotka.
    - Owszem, kilka zrobiłem – przyznał.
    - Tylko nie próbuj ich upubliczniać! Mam program który skanuje sieć i wykryje każdą moją fotografię, a ja na jej rozpowszechnianie nie wyrażam zgody. Uprzedzam i nie żartuję!
    - Coś ty, nie mam żadnego zamiaru dzielić się nimi z kimkolwiek. Prezesowi pokazałem tylko w aparacie, żeby miał orientację jak to wszystko wyglądało.
    - I wystarczy! Prezesa właściwie lubię, bo jest o wiele rozsądniejszy niż się na początku zapowiadało, jednak to nie znaczy, że pozwolę mu na jakieś poufałości. Mamy odrobinę zazębiających się interesów, w pracy często się kontaktujemy i to musi mu wystarczyć. Mnie nie kupi za swoje miliardy, niech się nawet nie łudzi.

    - On ma miliardy? – zdziwiła się Iwona.
    - Owszem, ma – spokojnie oparła Dorotka. – Przecież to czołówka naszych, polskich nowobogackich. Teraz mi opowiada, że zbankrutowałby, gdyby nie spotkanie ze mną. Że tchnęłam w niego nowego ducha, nową energię, kiedy był już u kresu swojej inwencji, swojego rozumienia biznesu. I jak twierdzi, był już na drodze ku przepaści. Jednak jakoby kilka moich, wypowiedzianych do niego zdań, wyprostowało ścieżki po których się poruszał. Złapał wtedy drugi oddech i teraz jego firmy kwitną! Co zresztą, znaczy z tym kwitnieniem firm, jest prawdą. Dzisiaj mają się dobrze a i jutro zapowiada się przed nimi nie najgorzej, prognozy mają niezłe.
    - Kiedy to natchnęłaś go takim duchem świętym? – zdziwiłem się. – Niczego wcześniej mi o tym nie mówiłaś.

    - Nie mówiłam, bo byłeś przy tym obecny, szanowny panie! – spojrzała na mnie z nieco złośliwą satysfakcją. – Podczas bankowego, jubileuszowego balu. W jego późnej, drugiej części – wyjaśniła. – Nie pamiętasz? Wprawdzie siedziałeś wtedy obok Marty, ale niedaleko od nas, więc chyba słyszałeś tę rozmowę.
    - Ło mamuś! Taka zwykła, krótka wymiana fachowych zdań, miała niby być dla niego natchnieniem?
    - Nie inaczej – potwierdziła. – O dawna powtarza, że kiedy wymieniłam stopę zwrotu jaką ja uzyskuję i porównałam do jego deklaracji, zacisnął szczęki, bo dolna chciała mu opaść.
    - Nie wyglądał na takiego.

    - Jest niezłym graczem, emocji po sobie nie pokazuje jeśli nie chce. Ale jego stosunek do mojej osoby zmienił się po tym balu diametralnie! Już mnie nie podrywał. Pamiętasz jak się początkowo zachowywał na balu?
    - Powiedzmy, że wolałbym tego nie pamiętać.
    - Właśnie! Szybko utarłam mu nosa i wtedy przejrzał na oczy, tak przynajmniej twierdzi. Przestał mnie traktować jak potencjalną zwierzynę do ustrzelenia, a zaczął widzieć kogoś, kto dysponuje interesującą, przydatną mu wiedzą i pochodzi spoza polskich układów. Czyli jest szansa, że nie wprowadza go celowo w błąd.
    Początkowo się wahał, próbował mnie jeszcze sprawdzać, stąd jego wyjazdy na moje wykłady, pamiętasz?
    - Owszem, pamiętam – zapewniłem.
    - Otóż to! Postanowił zatem sprawdzić moje recepty w praktyce i o dziwo, zadziałało! Zyski miał wprawdzie niewielkie, ale jednak były. W sytuacji, kiedy zdecydowana większość inwestorów zmoczyła cztery litery. Powtórzył zabieg jeszcze kilka razy na niewielkich kwotach i efekty były podobne. Zawsze jego zyski plasowały się powyżej średniej.

    - Mówisz teraz o giełdzie? – zapytał Stefan.
    - Tak.
    - Opracowałaś jakąś metodę?
    - Stefan… nie drażnij mnie, bo sobie źle pomyślę.
    - Nie denerwuj się! – próbował trzymać fason. – Jednak powiedziałaś to tak, jakby twoja metoda zapewniała zyski na stałe i Zielonik po prostu jej się nauczył.
    - Moja metoda niczego nie zapewnia – tłumaczyła Dorotka. – Ja tylko zauważyłam i udowodniłam, że reakcje inwestorów na różnorakie bodźce w krajach o gospodarce rynkowej dawno ustabilizowanej, są nieco odmienne niż w państwach na dorobku. Inaczej należy też analizować parametry ich gospodarek, bo znane i uznane narzędzia ekonomiczne, niezupełnie oddają tutejszą rzeczywistość. Rynki wschodzące zachowują się odrobinę inaczej, gdyż stoją jakby w rozkroku. Oprócz sygnałów zewnętrznych, dostają też inne, takie z własnych rynków, których z kolei inwestycyjny świat nie uwzględnia.
    Dlatego też zaproponowałam wprowadzanie małych poprawek do kilku starych i uznanych, aksjomatycznych teorii, a wtedy okazało się, że daje to niezłe efekty w praktyce. Nie gwarantuje zysków na giełdzie, jednak straty bywają mniejsze i łatwiej jest też określić trend przyszłościowy. Czyli prognozy okazują się bardziej sprawdzalne.

    - To zbyt trudne dla mnie – przyznał Stefan.
    - Ale nie dla Zielonika! – stwierdziła dobitnie. – To jeden z czołowych, prywatnych graczy giełdowych w Polsce, a zasoby ma większe niż niejeden fundusz inwestycyjny. Przecież oprócz grupy zakładów nowoczesnej chemii, nie ma prawie żadnego innego majątku trwałego. Większość firm już spieniężył i teraz obraca głównie kapitałami.
    - A firmy innowacyjne? – wpadłem jej w słowo.
    - Owszem, ale to na razie drobiazgi w jego kolekcji. One nie są kolosami, dopiero rosną. Ich kapitalizacja jest niewielka w stosunku do wielkości jego operacji giełdowych. Zatem Zielonik nie jest wielkim działaczem gospodarczym, bo nawet inwestycje w przedsiębiorstwa są dla niego tylko drogą, a nie celem. To jest jedynie jakiś etap. Kupuje je, restrukturyzuje, po czym sprzedaje z zyskiem nie troszcząc się dłużej o ich perspektywy. Natomiast jego głównym zajęciem są inwestycje kapitałowe i tutaj jest graczem pierwszorzędnej wielkości!

    - Dorka, uspokój się! – skrzywiła się Lidka. – Są wakacje, mamy urlop.
    - Przecież odpowiadam tylko na pytania – broniła się Dorotka.
    - Przestań! Chciałam trochę odpocząć, a ty mi nie dajesz.
    - Już będę cichutko.
    - Nie chcę, żebyś była cichutko! Mamy zaplanować jutrzejszy, jachtowy i jeziorowy dzień. Na cholerę nam w nim inwestycje kapitałowe Zielonika?
    - Teraz ty przestań i lepiej mów otwarcie to co masz do powiedzenia.
    - Ładnie to zabrzmiało – westchnęła Iwona.
    - Lidka zrozumiała – zawtórowała jej Dorotka. – Od dzieciństwa nie mamy problemów z wzajemną komunikacją.
    - A ile się najpierw namęczyłam… – Lidka skierowała kpiący wzrok na Iwonę. – Była odporna, cholera, na wszelką wiedzę niczym skała!
    - Chcesz spaść z tego stołka? – Dorotka spojrzała na nią, mrużąc jedno oko.

    - Ja wiem, że dzisiaj macie znowu po piętnaście lat, ale dość już tego! – huknąłem. – Wystarczy, bo inaczej idę stąd!
    - I gdzie pójdziesz? – zapytał Stefan.
    - Pod strzechę na piwo.
    - Czyli idę z tobą.
    - Spokojnie! – zawołała Iwona. – Jeszcze ja tu jestem.
    Zawahałem się.
    - Ostatecznie możesz i ty z nami pójść – zaproponowałem cicho.
    - Ja nie chcę ostatecznie! – zaprotestowała.
    - A jak?
    - Tak zwyczajnie – łapała oddech ze śmiechu.
    - Niech będzie, pójdziemy zatem zwyczajnie – oznajmił Stefan.

    - Zwyczajnie to i my z wami pójdziemy – postanowiła Dorotka. – I nie próbujcie nas zatrzymywać, ani się nie zgadzać. Wszystkie protesty zostają z góry odrzucone, apelacja też wam nie przysługuje.
    - Ciekawe, czy pozwolą nam wypić chociażby po jednym – Stefan miał minę, jakby właśnie zeżarł cytrynę.
  • Legrand
  • #36
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Oczywiście! – zapewniła go Dorotka. – Nie mamy niczego przeciw. A może masz ochotę wcześniej na jakiś inny trunek? Piwo zresztą też tutaj mamy.
    - Tequilę poproszę!
    Dorotka spojrzała na mnie znacząco, czyli znowu ja miałem zabawić się w barmana. Tym razem jednak do tego nie doszło.
    - Poczekajcie! – Lidka uniosła dłoń do góry. – Napijemy się rzeczywiście pod wiatą, tyle że… Dorka, idziemy uzgodnić z Baśką szczegóły jutrzejszej wyprawy.
    - A nie mogłaby przyjechać tutaj?
    - Mogłaby, ale wiesz, nie chcę zbyt często dezorganizować jej pracy. I tak ma niezły kierat w tym sezonie. Siedzi w kuchni po czternaście godzin.

    - Może ja do niej pójdę? – zapytała z boku Helena. – Słyszę, że państwa jutro ma nie być, to prawda?
    - Wszystko na to wygląda – odpowiedziałem.
    - Czyli obiadu jutro nie gotuję? – upewniała się Helena. – A co z kolacją?
    - Ja bym proponował, żeby pani sobie odpuściła – niepewnie odezwał się Stefan.
    - I słusznie – poparła go Dorotka. – Pani Heleno! My zatem jemy jutro tylko śniadanie i to będzie na tyle.
    - Więc ja pójdę do Baśki, co się mam nudzić.
    - A może pani zabierze się z nami na łódkę? – zapytał Stefan.
    - Dziękuję, jestem już dostatecznie wykołysana – roześmiała się. – Nikt mnie do łódki nie zmusi, a jeśli nawet, to szybko będzie tego żałował.
    - Aż tak?
    - Tak. Bardzo szybko! – powtórzyła.
    - Czyli idziemy, zgoda? – upewniała się Lidka.
    - Skoro zapraszasz… – odparła Dorotka, wesoło do mnie mrugając.
    Żadnych sprzeciwów już nie było.

    Dopiero późnym wieczorem, kiedy myliśmy się w łazience przed snem, Dorotka powróciła do tematu naszej rozmowy z profesorami.
    - Czemu tak na mnie wtedy najechałeś? – zgłosiła pretensje.
    - Zaskoczyłaś mnie. Dlaczego ja nie wiedziałem niczego o tak ważnych dla nas sprawach? Czy uważasz, że moje obawy są bezpodstawne?
    Przez chwilę jakby zbierała myśli, pomyślałem, że może nawet jej kosmetyczne zabiegi nie pozwalają na szybką i natychmiastową odpowiedź… jakże się myliłem!

    - Tomek! – przerwała wszelkie czynności, wręcz zastygła i twardo spojrzała mi w oczy. – Musisz wiedzieć, że nie mówię ci o wielu sprawach które prowadzę, gdyż to nie ma najmniejszego sensu. Miałbyś kakofonię informacji nieprzydatnych ci do niczego i wręcz zaciemniających spojrzenie na rzeczywistość. A ja potrzebuję twojego zwykłego widzenia świata, takiego bez zniekształceń, rozumiesz? Ty mnie chronisz i bronisz przed klakierami, przed lizusami, przed fałszywym obrazem realnego życia, którego tak właściwie nie znam, bo nie mam czasu, aby je poznać. Przecież nie sprzątam, nie gotuję, nie wiem ile kosztują w sklepie codzienne zakupy, nie znam problemów przeciętnych klientów naszego banku. Ja się obracam w zupełnie innym świecie, takim dla wybranych i muszę tak robić! Inaczej będę nieskuteczna. Rozumiesz to?
    - Niekoniecznie…
    - Poczekaj, nie przerywaj mi! Mówię teraz o sprawach zawodowych, które tak naprawdę nie mają żadnego wpływu na nasz związek i nie stanowią wobec ciebie alternatywy. Nie są również żadnym dla nas zagrożeniem! Ja niczego nie knuję za twoimi plecami i mam nadzieję, że nie pomyślisz o tym inaczej.
    - Uważasz, że pomysł zadysponowania swoimi wolnymi dniami bez mojej wiedzy, nie ma wpływu na nasz związek? Na naszą rodzinę?
    - Tomek… to nie jest tak jak myślisz!
    - Więc jak jest?
    Westchnęła z jakąś rezygnacją.

    - Owszem, wysłałam kiedyś maila do Jędryckiego z dość luźnymi dywagacjami na tematy kształceniowe, teraz ci już znane, więc nie będę się powtarzać, ale nie spodziewałam się odpowiedzi przed wrześniem! Sądziłam, że za jakiś czas mi odpisze, a wtedy będziemy mieli możliwość porozmawiania o tym we dwoje i wybrania rozsądnego wariantu. Nie wiedziałam, że odpisał mi już wczoraj i w dodatku zapowiedział ich wizytę…
    - Wczoraj?
    - Tak, mam jego odpowiedź we wczorajszej poczcie i jest też zapowiedź ich przyjazdu. A sam doskonale wiesz, że wieczorem do poczty nie zaglądałam, bo nie w głowie nam to było! – przytuliła się.
    - To akuratnie się zgadza.
    - Właśnie! Sama byłam zaskoczona ich widokiem, ale cóż! Na tym poziomie mam swoje powinności, tym bardziej, że współpraca z uczelnią jest bankowi bardzo potrzebna. Chciałam też przy okazji zrealizować twój pomysł, aby jedna, a może nawet dwie prace magisterskie zanalizowały rozwój samego Limana. Ja nie mogę ogłosić fajrantu o piętnastej, chyba to rozumiesz?
    - Wcale ci tego nie proponuję, poza tym przecież nie mam nic przeciwko przyjmowaniu gości. Wiesz co? Prześpijmy się z tym wszystkim i wrócimy do tej rozmowy za kilka dni, dobrze?
    - Spać to chyba jeszcze nie pójdziemy, ale do łóżka i owszem. Nie mam zamiaru rezygnować ani z ciebie, ani z przyjemności, które mi oferujesz.

    Dalsza część naszego poważnego dialogu odbywała się w już wymiętej pościeli.
    - Kocham cię, Słoneczko! – szepnąłem jej do ucha, chociaż nikt nie miał szans usłyszeć mojego wyznania.
    - Jesteś mój! – usłyszałem w odpowiedzi i poczułem na wargach jej usta. – A ja jestem twoja i tylko twoja! I żadne zmiany nie są brane pod uwagę. Nie ma takiej opcji, ani teraz, ani kiedykolwiek!
    Zanim się zorientowała, objąłem ją rękami i nogami, po czym mocno uściskałem.
    - Zwariowałeś? – odsapnęła łapiąc oddech, kiedy już zwolniłem uścisk. – Udusisz mnie!
    - Nic z tego – oświadczyłem. – Jakie „udusisz”? Ja ci tylko pokazuję siłę mojej miłości! Ona nie dusi, chociaż może na małą chwilę obezwładnić.
    - Dawno już mnie obezwładniła – przytuliła się, jakby chciała się ogrzać, chociaż zimno nie było nam na pewno. – Tomek…
    - Słucham, kochanie!
    - Naprawdę jesteś ze mnie niezadowolony? – wyśliznęła się z objęć i naga usiadła na łóżku w pozycji lotosu, spoglądając w jakimś niezrozumiałym dla mnie oczekiwaniu.

    Wyglądała cudownie! Jędrne piersi z wciąż sterczącymi sutkami, dopiero co zwilżone moim potem, pobłyskiwały dumnie w dyskretnym świetle lampy stojącej za wezgłowiem łóżka, a całe jej lekko opalone, niemal oliwkowe ciało, prężyło się niczym warszawska Syrenka na cokole pomnika.
    - Jesteś prześliczna! – odparłem, gładząc dłonią skierowane ku mnie kolano. – I ja mam być z ciebie niezadowolony? Skąd masz takie myśli? Co też przychodzi ci do głowy? Słoneczko, jesteś dla mnie wszystkim! Jesteś całym moim światem! Kocham ciebie i tylko ciebie, chociaż masz rację, dawno już tego nie powtarzałem. Mea culpa!
    - Nie wygłupiaj się niczym Lidka, tylko mów mi otwarcie o co miałeś do mnie pretensje – powiedziała, nie zmieniając swojej siedzącej pozycji.
    - Przecież wszystko ci już powiedziałem. Miałem i mam na myśli wyłącznie dobro naszych dzieci, gdyż uważam, że poświęcasz im coraz mniej czasu. A chłopcy cię potrzebują! I to jest wszystko.
  • #37
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Ej, tatusiu… powtarzasz moje słowa, które kiedyś kierowałam do ciebie, gdy przy nich zastępowałam nas obydwoje…
    - Pamiętam. Widocznie czasy się zmieniły.
    - Tak uważasz?

    Nie odpowiedziałem od razu. Coś mi się nie podobało w tym dialogu.
    - Dorotko… zapytajmy Helenę co o tym wszystkim sądzi, dobrze? – zaproponowałem.
    - Nie chcę pytać jej, chcę rozmawiać z tobą.
    - Więc moją opinię już znasz.
    - Czyli nie chcesz, żebym wykładała na uczelni?
    - Tego nie powiedziałem.
    - Więc objaśnij mi, jak to wszystko powinno wyglądać z twojego punktu widzenia.
    - Mogłabyś na chwilę przestać być panią prezes? – sarknąłem.
    - Tomek! – ostrzegawczo podniosła głos.
    - Jestem! – wwierciłem się spojrzeniem w jej oczy. Po chwili spasowała.
    - Mów, proszę! – tym razem ton jej głosu był bardziej spolegliwy.
    - Słoneczko, chłopcy zaczynają dorastać. Jeśli teraz stracisz z nimi kontakt, to już nigdy go nie odzyskasz. Uwierz staremu ojcu, który ma swoje życiowe doświadczenia i przecież cudów nie żąda! Nasze dzieci są ważniejsze od wszystkich studentów i bilansów banku, do kupy razem wziętych. Oczywiście, zrobisz co zechcesz. Ja wiem, zawsze tak było, lecz ja cię uprzedzam!

    Milczała, trwając w swojej pozycji i tylko jej władcze spojrzenie wędrowało gdzieś po ścianach sypialni, mimo to wiedziałem, że nie o wyglądzie ścian teraz myśli.
    - Tak na marginesie mówiąc… – przemówiła, wstrzymując na chwilę oddech. – Joasia została w Londynie asystentką Johna.
    Zastrzeliła mnie kompletnie.

    - Pieprzysz! – aż usiadłem z wrażenia. – Naprawdę? Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym wcześniej?
    - Niby kiedy? – odparowała. – Sprawdziłam swoją pocztę przed wejściem do łazienki. Sądziłam też, że wiesz już o tym od córki. Nie chciałam ci psuć przyjemności. Skoro jednak nie chwalisz się taką wieścią…
    Wyskoczyłem z łóżka i sprawdziłem swój telefon, oraz pocztę. Żadnej wiadomości od Joasi nie było.
    - Jak brzmi ta informacja dla ciebie? Pochodzi od Johna?
    - Tak, od niego. Ale tak bardzo się tym nie przejmuj. Joasia jest czwartą albo i piątą jego asystentką, ma ich tam cały zestaw.

    - Nie mówiłaś mi, że się z nim kontaktujesz?
    - Tomek, ja nigdy nie zerwałam z nim kontaktów. To nie było możliwe wcześniej, nie jest możliwe teraz i w przyszłości także nie będzie! Musimy ze sobą rozmawiać, dopóki pełnimy swoje funkcje! Musimy wymieniać się różnymi informacjami, na tym przecież polegają nasze obowiązki w korporacji. Poza tym nie jesteśmy wrogami, rozstaliśmy się pokojowo i nie widzę powodów, aby z nim nie rozmawiać!
    - A dlaczego ja o tym nie wiem?
    - Po co? Mógłbyś mi to wyjaśnić? Boisz się, że John się tu zjawi i mnie porwie? Czy tego, że ciebie z nim zdradzę? Otóż nie ma takich opcji! Jeśli się pojawi, to będzie tylko naszym gościem, chociaż podejrzewa, że sypiałam z tobą, kiedy był jeszcze moim mężem. Jednak na odwrotną sytuację liczyć nie może, z czego doskonale zdaje sobie sprawę. Kontaktujemy się teraz wyłącznie w sprawach służbowych i to wszystko!

    Przez chwilę łapałem oddech.
    - John wie, że… kochaliśmy się… wtedy?
    - Prawdopodobnie wie, albo raczej się domyśla – odparła spokojnie, jakby opowiadała o kimś innym. – Powiedziałam mu, że moje uczucie do niego wygasło i zaproponowałam wtedy cichą separację, aby nie niszczyć wzajemnie naszych pozycji w korporacji.
    - Nie przyznałaś się, że spaliśmy razem? – spoglądałem na nią z niedowierzaniem.
    - Jego pytanie pominęłam milczeniem – oznajmiła. – Chodzi o sytuację z tamtego lata, kiedy byliście nad jeziorem ze Stefanem, a on wyjechał do Warszawy. Miałam wtedy porozmawiać z tobą jako ojcem naszych dzieci, lecz kiedy wrócił, bardzo szybko się domyślił, że sprawy między nami nie przebiegły według moich wcześniejszych zamierzeń. I moje deklaracje, że o tobie zapomniałam, rozpłynęły się gdzieś we mgle. Co zresztą i dla mnie było niespodzianką. Wtedy też powiedziałam mu jasno, że nie zamierzam ze sobą walczyć.

    Gdybyś mnie tamtego lata nie chciał, potrafiłabym to przełknąć, ale ty chciałeś i już pojęłam, że nie będę w stanie ci odmawiać, bo sama tego chcę! I tak już pozostanie. Kiedy tylko wyciągniesz po mnie rękę, to pójdę z tobą do łóżka, niezależnie od wszystkiego.
    - Przecież usunęliśmy się ze Stefanem z waszej drogi…
    - I poszliście do Baśki na grilla. Tak! Stąd też była moja taka a nie inna reakcja na wszystko, co się potem wydarzyło. Możesz to sobie teraz wyobrazić? Przeprowadziłam krótką, lecz zasadniczą rozmowę ze swoim mężem o wspólnej przyszłości, doszliśmy do wniosku, że jej nie ma, ale będąc ludźmi kulturalnymi, zgodziliśmy się obydwoje, że jeszcze przez jakiś czas będziemy grać nasze dotychczasowe role. Bo dla biznesu ważny jest wizerunek i nasza firma mogłaby stracić na ujawnieniu konfliktu. A ty wtedy dajesz mi takie przedstawienie! Tomek! Ja zupełnie nie wiedziałam co robię, myślałam nawet o samobójstwie, naprawdę!

    - Boże… – objąłem ją i przytuliłem. – Przecież wiesz teraz, że to był żart. W dodatku nie do ciebie adresowany, takie przedstawienie dla Stefana.
    - Tak, na trzeźwo i logicznie to jest oczywiste. Ale ja byłam wtedy w innym nastroju, inaczej też spoglądałam na świat. Właśnie rozstałam się z mężem, przychodzę do jego pogromcy, a on właśnie wypuszcza z łóżka moją bardzo nielubianą konkurentkę. Co mi teraz powiesz o takiej sytuacji?
    - A co mam powiedzieć? – roześmiałem się. – Przecież w życiu z Baśką nie spałem, o czym bardzo dobrze wiesz!
    - Wiem teraz, ale wtedy nie wiedziałam.
    - A dlaczego nie dotarłaś na tamtego grilla?
    - John sobie tego zażyczył i do końca przyjęcia nie mogłam się uchylić od pełnienia obowiązków gospodyni. To była cena, stanowiąca część naszego porozumienia i aż do balu nie mogło być mowy o jawnym rozstaniu.

    - A na balu? Wiedział że się spotkamy?
    Dorotka posłała mi zabójczy uśmiech.
    - Uważasz, że mogło być inaczej? Sama szukałam możliwości… Czyżbyś nie pamiętał?
    - Wszystko pamiętam, ale chodzi mi o zachowanie Johna.
    - Oj, to bardzo długa opowieść. Nasze porozumienie obejmowało tylko oficjalną część ceremonii, w której wciąż byłam zobowiązana grać rolę jego żony, czyli gospodyni imprezy. Starałam się więc robić to najlepiej jak umiałam, dlatego raczej nie podejrzewał, że będziemy aż tak bezczelni jak byliśmy.
    - O czym teraz mówisz?

    - O tym co było jeszcze wśród foteli. Zresztą, dla całości relacji to już nie miało znaczenia. Propozycja Hammersa spadła na niego jak manna z nieba, chwycił się jej obydwiema rękami i zrobił wszystko, żeby do Warszawy już nie wracać. Dostał stanowisko swoich marzeń, ja natomiast wypełniłam swoje separacyjne przyrzeczenia i nie ma do mnie teraz wielkiego żalu. Dlatego utrzymujemy normalne, służbowe kontakty i to wszystko.
    - Chłopcy czasem pytają o wujka Johna.
    - Wiem. Mnie też czasami pytają. Odpowiadam im, że kiedyś na pewno nas odwiedzi, ale to zależy od niego, nie od nas. I mieszkał z nami już nie będzie.
  • #38
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Nie tęsknią? – zapytałem
    - Żartujesz chyba? – spojrzała na mnie z ironią. – Zauważ, jak szybko znalazłeś z nimi wspólny język, od kiedy zamieszkaliśmy razem. O czym my mówimy, nie ma nawet porównania.
    - Nie dzwoniliśmy dzisiaj do nich…
    - I bardzo dobrze. Niech mają nieco swobody, jutro zadzwonię do wychowawcy.
    - Zadzwonimy! – poprawiłem ją.
    - Zadzwonimy, zazdrośniku! – pocałowała mnie, a wtedy znów ją przygarnąłem i mocno uściskałem.

    - Nie rób tak, bo ci nie dam zasnąć! – ostrzegła.
    - Masz jeszcze ochotę na małe co nieco?
    - A czy ja ci kiedyś odmówiłam?
    - Ale czy ty chcesz?
    - Czemu nie.
    - Więc dlaczego nic mi nie mówisz?
    - Nie chciałam cię męczyć nadmiernie.
    - Och, ty moje kochane, wyrozumiałe maleństwo… – zawołałem cichutko, po czym zająłem się pieszczeniem tego ślicznego, wspaniałego ciała, które rozkosznie i z ochotą poddawało się wszystkim zabiegom, nie szczędząc mi też wzajemności. Dopiero po kilkudziesięciu minutach Dorotka oznajmiła, że na dzisiaj ma już dość.
    - Wykończyłeś mnie! – szeptała mi do ucha.
    - Czyli jutro rano nie biegamy? – zaproponowałem.
    - Dobrze – zgodziła się nieoczekiwanie. – Ale coś za coś. Po przebudzeniu powtórzymy taki trening i będziemy kwita – podśmiewała się.

    Przytuliliśmy się na chwilę, ale ileż można. Było nam zbyt ciepło, musieliśmy odsunąć się od siebie.
    - Dorotko… – szepnąłem, leżąc na plecach pół metra od niej.
    - Słucham cię! – odparła, pozostając mniej więcej w podobnej pozycji.
    - Wciąż myślę… dlaczego ja? Jak to się stało, że podtatusiały, dzieciaty i niemajętny facet został partnerem młodej, pięknej, bogatej i cudownej dziewczyny? Przecież to ty masz w ręku wszystkie atuty, a nie ja. Mogłaś mieć każdego, bo księżniczkom jesteś równa, a ty sypiasz właśnie ze mną…
    Przeturlała się błyskawicznie i położyła na mnie tak, że nasze brody niemal się stykały. Jej oczy iskrzyły się wesołością.
    - Zauważyłeś, że nawet królowie żenią się teraz z aktorkami albo ze stewardesami? To prawidłowy trend. Kiedy kisili się we własnym sosie, rodziło się coraz więcej przygłupów i wreszcie zrozumieli, że nie tędy droga. Czas odświeżać krew. A poza tym nie rób sobie wyrzutów, bo zaciągnęłam cię do łóżka będąc bezrobotną, a nie księżniczką, zgadza się?
    - Owszem, ale chyba pamiętasz jak ci mówiłem, że będziesz kiedyś wielką postacią.
    Opadła na bok i zapatrzyła się w sufit.

    - Kto wie, jaki wpływ na moje postępowanie miały twoje słowa… Nie wiem, ale zawsze je pamiętałam. Zawsze wspominałam, że ty we mnie mocno wierzyłeś, chociaż mama podcinała mi skrzydła… Ale dajmy już na luz, wystarczy na dzisiaj wspomnień. Natomiast chciałam jeszcze zapytać ciebie o sprawy bieżące.
    - Więc pytaj.
    - Powiedz mi jak uważasz, czy moja decyzja, że to ty masz koordynować kwestię umowy z uczelnią była słuszna?
    - Nie wiem – odparłem szczerze. – Ale na pewno jest lepsza, niż powierzenie tego tematu komukolwiek innemu. Dlatego proszę, masz jeszcze czas, żeby wszystko przeanalizować na spokojnie, rozważyć dostępne opcje, a dzisiaj zostawmy to już w spokoju. Chce mi się spać!
    - Jeszcze chwila – poprosiła. – Czy jeśli zajęcia nie będą odbywały się w soboty, to jesteś w stanie je zaakceptować?

    - Słoneczko, teraz przesadzasz! – skrzywiłem się. – Niczego ci nie narzucam, ja pokazuję tylko konsekwencje twoich wyborów. Zauważ, że nic nie mówiłem o banku, chociaż twoja aktywność w uczelni może się odbić również na jego działalności. Mam jednak nadzieję, że bierzesz to pod uwagę.
    - Owszem, biorę. Między innymi stąd się wzięło poszerzenie składu zarządu. Wiesz co? Ja chyba polubiłam te starcia ze studentami…
    - Dostajesz adrenaliny, gdy cię tak bezpardonowo atakują?
    - Może nie wprost, ale coś w tym jest – zgodziła się nieoczekiwanie.
    To była dla mnie niespodzianka.
    - Z tego co opowiadałaś, to chyba wiesz o czym oni myślą, dyskutując z tobą…
    - Wiem! – zaśmiała się. – Doskonale wiem, zresztą, niezbyt z tym się kryją. I mam dziką satysfakcję, że mogą sobie o mnie tylko pomarzyć!
    - Długą drogę zrobiłaś od czasów, kiedy opowiadałaś, że te męskie, samcze spojrzenia, bardzo ci przeszkadzają.
    - Wiem, pamiętam. Zdaję sobie z tego sprawę i dlatego ci o tym mówię. Mogę też powtórzyć to, co powiedziałam przed chwilą. Nie szukam żadnej przygody i nigdy jej nie będzie, tego możesz być pewien.

    - Bardzo się z tego cieszę, ale nie brałem pod uwagę takiej wersji, kiedy zgłaszałem swoje zastrzeżenia. O nic ciebie też nie podejrzewałem i nie podejrzewam, naprawdę! Miałem na myśli wyłącznie twoje obciążenie pracą i dobro chłopców. Dorotko, ja naprawdę uważam, że coraz mniej czasu im poświęcasz.
    - Dobrze. Zwrócę na to uwagę po urlopie i wtedy wrócimy do tej rozmowy, dobrze?
    - Oczywiście. To co, kładziemy się spać?
    Uśmiechnęła się i już sądziłem, że pani prezes do jutra odeszła w niebyt. Naiwny!

    - Jaki zmęczony… – westchnęła tonem troskliwej mamy, po czym położyła się, chwytając moją rękę tak, aby ją objęła, po czym oznajmiła, układając się wygodniej. – Ale nic z tego, panie dyrektorze! Mam jeszcze jedną dyspozycję! Jutro ściągniesz tutaj moją asystentkę, kierowcę, redaktora i mecenasa! – poleciła. – Dość tego! Ja mam pracować nawet na urlopie, a oni teraz grzeją stołki! Koniec tego dobrego! Mają brać delegację, zjawić się tutaj i czekać na nasze dyspozycje!
    - Tak jest! – oświadczyłem, bardzo zadowolony z jej postanowienia.

    Rzeczywiście, internet to nie wszystko. Potrzebowaliśmy bezpośrednich kontaktów z wykonawcami naszych zleceń, co powinno odciążyć nasze urlopowe zaangażowanie pracą. Przy okazji jednak, spróbowałem dowiedzieć się czegoś jeszcze.
    - Słoneczko…
    - Hm… – mruknęła, kokosząc się w objęciach mojej ręki.
    - Co miałaś na myśli mówiąc, że o wielu sprawach mnie nie informujesz?
    Na chwilę znieruchomiała, a potem gwałtownie się odwróciła.
    - Powiedziałam ci, że to nie ma żadnego wpływu na nasz związek.
    - Więc po co o tym wspomniałaś? Po co powtarzasz?
    - Ech… – westchnęła. – Na przykład wciąż gram na giełdzie. Pamiętasz naszą wyprawę samochodem do Ełku, kiedy ci powiedziałam, że wygrałam milion?
    - Owszem, a cóż w tym złego? Ale byłoby lepiej żebym wiedział z wyprzedzeniem, że już na przykład wszystko przegrałaś.
    - Właśnie dlatego o tym nie mówię, żebyś się nie stresował.
    - Tak, teraz to na pewno mnie uspokoiłaś!

    Roześmiała się na cały głos.
    - Śpij spokojnie! – chichotała. – Daleko mi do bankructwa.
    - I tylko to miałaś na myśli?
    - Nie, nie tylko – przyznała bez namysłu. Już się nie śmiała. – Tomek, jest wiele spraw, chociażby z zakresu działań departamentu, a także banku, którymi ciebie nie obciążam, gdyż rozstrzygam je sama. Uważam, że tak jest lepiej i powtarzam, to są zagadnienia nie związane z naszymi relacjami. Nie widzę więc powodów, aby zaprzątać nimi również twoją głowę.
    - Mówisz, że ktoś w rodzinie powinien pozostać trzeźwy? – zażartowałem.
    - Mniej więcej o to chodzi – zgodziła się ze śmiechem. – Uważam, że powinniśmy się uzupełniać, a nie powielać. Ale dość już na dziś. Przytul mnie mocno i śpijmy!

    Na szczęście nie było już żadnych nieporozumień i żadnych przeszkód. Układaliśmy się do snu według utartych schematów, tak jak robiliśmy to zawsze. Jeszcze się odwróciła, jeszcze się pocałowaliśmy, przytulili, a potem uspokoili i zapadła cisza aż do rana.
  • #39
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Chociaż po obudzeniu się, nie byłem już taki pewny wszystkiego, tak jak wcześniej. Coś mi się nie zgadzało, tylko nie bardzo wiedziałem co. Że Dorotka mnie nie zdradzała, było oczywistością. Najlepszym tegoż wskaźnikiem było zachowanie Heleny. Nieodmiennie byłem u niej na szczycie domowego gospodarstwa i gdyby coś się działo, szybko bym się zorientował. Poza tym, przecież ciągle byliśmy razem. W pracy i w domu… wszędzie! Tak, pamiętałem, jak będąc żoną Johna zdradzała go ze mną, ale teraz nie było podobnych sytuacji. Poza tym nikt nie miał u niej statusu podobnego do mojego wtedy. I nikt nawet nie próbował go osiągnąć, a Helena była tutaj moim najlepszym strażnikiem. Więc na czym polega zagrożenie?
    Tego, niestety, nie wiedziałem zupełnie…

    Nasza rozmowa nie miała też od razu jakichś głębszych następstw. Dorotka w niczym się nie zmieniła. Między nami i wobec przyjaciół wciąż prezentowała niezmiennie wesołą twarz, z gośćmi bawiliśmy się doskonale, jednak zaszła sytuacja, kiedy mocno się zastanawiałem, czy ja naprawdę znam swoją żonę. Kiedy pokazała, jak bezwzględnie potrafi działać, gdy napotyka opór wobec swoich planów.

    Sprawa zaczęła się wiele miesięcy temu, gdy zapadła decyzja o zaangażowaniu się w obsługę tworzonego w Czyżynach obszaru gospodarczego. Późniejsze rozmowy i decyzja o obsłudze finansów gminy tylko przyspieszyły działania i w końcu wystąpiliśmy oficjalnie do władz miejscowego Banku Spółdzielczego, z propozycją jego wykupienia i przejęcia, aby na tej bazie utworzyć profesjonalny oddział, mogący oferować kontrahentom wszelakie usługi na poziomie międzynarodowym.
    Propozycja została przyjęta, delikatnie mówiąc, z mieszanymi uczuciami, ale to było nieuniknione. Uznaliśmy jednak, że mamy wystarczająco dużo argumentów aby przekonać udziałowców banku, iż samodzielnie nie mają już szans, a nasza oferta jest dla nich bardzo korzystna finansowo. Że sami nie będą w stanie zapewnić klientom odpowiedniej ilości i jakości usług, więc inaczej czeka ich powolne odejście w niebyt. A ich prezes, wydawało się że to rozumie, byliśmy więc raczej spokojni, oczekując na ostateczną decyzję. Miało ją podjąć walne zgromadzenie, więc Dorotka nie naciskała, chociaż sprawa ciągnęła się niczym guma w starej bieliźnie.

    Walne zgromadzenie w końcu się zebrało, podjęło kilka uchwał, ale w tej sprawie decyzję odłożyło. A na drugi termin miał przyjechać Larczyk, więc przestaliśmy się zajmować tematem.
    Ale kiedy pewnego dnia zjawił się u nas w domu nad jeziorem i oznajmił, że był wprawdzie zaproszony na walne zgromadzenie, ale głosowanie w tej sprawie znów odłożono na kolejny miesiąc, w celu dokonania dokładniejszej analizy sytuacji, Dorotka tylko zagryzła wargi, po czym oznajmiła nam kategorycznym tonem, że jedziemy do Czyżyn. Szybko przebraliśmy się, zabrali ze sobą Larczyka i pojechaliśmy do spółdzielców.

    Tym razem przewodnikiem był Larczyk, gdyż tylko on miał zaproszenie i tak naprawdę, mogli nas nawet nie wpuścić na salę obrad. Jednak przewodniczący zebrania, na wniosek prezesa zarządził przerwę i do spotkania z nami doszło w czasie nieformalnym, bez obejmowania tego protokołem. Oczywiście, o żadnych poufnych rozmowach nie było nawet mowy, gdyż przysłuchiwał im się kto tylko chciał.
    - Panie prezesie! – Dorotka zaatakowała pierwsza, w obecności wszystkich członków zgromadzenia. – Podobno chcecie uchwalić kolejny miesiąc do namysłu, czy ja to dobrze zrozumiałam?
    - Owszem, proszę pani – przytaknął. – To jest dla nas sprawa skomplikowana, nasze osiemdziesiąt lat tradycji…
    - Wasza tradycja może się zakończyć już w tym roku, albo najdalej w następnym! – przerwała mu, nie zważając na dobre obyczaje. – Ja tu nie przyjechałam na spotkanie historyków, tylko bankowców! Dlatego interesuje mnie krótka piłka, a o izbie pamięci porozmawiamy później.

    - Pani nas obraża! – odezwał się jakiś głos z boku.
    - Ja? – zdziwiła się Dorotka. – A niby w jaki sposób?
    - Lekceważąc nasza dokonania. Nasz bank działa już osiemdziesiąt lat!
    - I bardzo dobrze, że działa! A teraz niech pan zdecyduje, czy ma działać dalej, czy skazujecie go na niebyt, czyli bankructwo.
    - Działał za Niemca, działał za komuny, to i teraz przetrwa!
    - Tego nie jestem pewna, a właściwie jestem pewna, że samodzielnie nie przetrwa nawet następnego roku. Ale dam wam jeszcze wybór – spojrzała na zegarek. – Macie godzinę na podjęcie ostatecznej decyzji! Jeśli za godzinę nie dostanę informacji, że wyraziliście zgodę, proszę już do nas nie dzwonić. Na jakiekolwiek rozmowy będzie wtedy za późno!
    - A pani to kim jest? – odezwał się jakiś inny głos. – Mamy inne wyjście.
    - Niby jakie?
    - Prezes… jak mu było… pan Larczyk, zgodził się poczekać na naszą decyzję.
    - Prezes Larczyk się zgodził, ale ja się nie zgadzam.

    - A kim pani jest? – powtórzył jakiś mniej przytomny.
    - Przedstawiałam się już, ale powtórzę. Nazywam się Dorota Warwick, jestem prezesem zarządu banku Solution Poland S.A. i przełożoną pana wiceprezesa Larczyka. Dlatego powtarzam! Nie zapraszaliście mnie tutaj, ale macie godzinę czasu na decyzję! Nie będę czekała ani chwili dłużej, możecie to sobie wybić z głów! Za godzinę oczekuję decyzji, a jeśli jej nie będzie, to niech nikt z tego zgromadzenia nie podchodzi do nas później w poszukiwaniu pracy!
    - Taka pani mocna? – odezwał się czyjś głos.
    - Na anonimy nie odpowiadam – Dorotka roześmiała się. – Ja się przedstawiłam, więc jeśli ma pan coś do powiedzenia, to proszę o to samo! Anonimom zaś radzę pamiętać, że współczesna technika nie ma problemu z ich identyfikacją, a o ile wiem, całe zgromadzenie jest filmowane i nagrywane. To wszystko, co mam państwu do powiedzenia! Czekamy zatem godzinę i nie dłużej! Później, to już będzie tylko łabędzi śpiew. A teraz dziękuję za możliwość spotkania się z państwem i czekam na waszą decyzję.

    Niestety, taka decyzja nie zapadła. Wróciliśmy wtedy do Pokrzywna i siedzieliśmy na tarasie, spokojnie popijając piwo. Dorotka przedłużyła oczekiwanie jeszcze o akademicki kwadrans, po czym zabroniła Larczykowi prowadzenia z nimi jakichkolwiek rozmów, biorąc na siebie odpowiedzialność za wszelkie decyzje w tym temacie.
    Później szybko uruchomiła Pawła Dedejkę, który nie miał żadnych trudności w zdobyciu protokołu ze zgromadzenia oraz imiennych wyników głosowania, a wtedy nie odpuściła już nikomu, nawet na moje prośby. Bo jej scenariusz sprawdził się doskonale.

    Nasz oddział musiał powstać i powstał. W ramach zapłaty za usługi, dostaliśmy od gminy budynek po jakiejś dawnej instytucji, który błyskawicznie został zaadaptowany pod nasze potrzeby, a później, wspólnie z Alba Bankiem, zbudowaliśmy całkiem nowy obiekt. Jednak personel tych jednostek był dobierany bardzo uważnie. Żadna z osób znajdujących się na czarnej liście, a większość na niej stanowili przecież pracownicy Spółdzielczego, nie mogła dostać u nas pracy.
    I gdy po kilkunastu miesiącach przejęliśmy ten bank za symboliczną złotówkę ratując go od bankructwa, przyszła pora na dokończenie rewanżu. Wszyscy, którzy głosowali wtedy przeciwko wykupowi, błyskawicznie musieli pożegnać się z pracą. Dorotka nie zapomniała o nikim i przypilnowała tego wyjątkowo starannie. Nawet sądy pracy nie mogły nikomu pomóc, bo przy takiej fuzji prawo ich nie chroniło, ze względu na likwidację firmy oraz stanowisk, które zajmowali. Natomiast sytuacja Spółdzielczego była taka, że żadnych warunków narzucić nam nie mógł. Mógł tylko ogłosić bezwarunkową kapitulację.

    Po raz pierwszy odkąd pracowaliśmy razem, Dorotka ujawniła wtedy swoje drugie, a może nawet trzecie oblicze. Zaprezentowała wyjątkowy upór i o żadnych odstępstwach nie mogło być mowy! Nikt, kto kiedyś głosował przeciwko porozumieniu z nami, nie mógł już dostać pracy nie tylko w banku, ale również w Limanie, oraz w spółkach prowadzonych przez Zielonika. Uznała, że dała spółdzielcom wystarczająco dużo czasu do namysłu, a skoro okazali się niezdolni do przewidywania skutków swoich decyzji, to nie mają kwalifikacji do takiej pracy. Czasem próbowałem jej tłumaczyć, że w ten sposób buduje opozycję nie tylko wobec siebie, ale też i Lidki, jednak nie ustąpiła i tak już pozostało.

    Nie było to dla tych ludzi wielką tragedią, gdyż w strefie pojawiało się coraz więcej inwestorów. Działalność rozpoczynały wciąż nowe firmy, więc znalezienie pracy trudne nie było, ale dotyczyło to w zasadzie jakiejkolwiek pracy, czyli niższych stanowisk. Na te ważniejsze nie tak często kogoś szukano. Firmy przysyłały przeważnie własnych, sprawdzonych kierowników, tylko nasz triumwirat miał przez kilka lat oferty dla miejscowych. Tu jednak nie było zmiłuj się. Embargo wciąż obowiązywało.
  • #40
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Były prezes Spółdzielczego zjawił się u mnie po paru miesiącach, próbując tłumaczyć się z dawnych decyzji, jednak nawet ja nie miałem zamiaru mu pomóc. Argument miałem jeden. Skoro będąc prezesem zarządu, nie był w stanie przeforsować korzystnych dla siebie i dla banku rozwiązań, to po co nam tak nieskuteczny pracownik? A przecież Zbyszek lojalnie go uprzedzał, że to jest szansa dla niego i dla tego banku. Widocznie sam nie był o tym przekonany i nie angażował się w zmiany, więc i my nie zaangażowaliśmy się, aby mu pomagać.
    Plotka głosiła, że został szeregowym księgowym w jakiejś firmie, ale później już go nie spotkałem.

    Zastanawiałem się czasami, skąd u kruchej i w sumie przecież przyjaznej ludziom Dorotki, wzięła się taka determinacja. Ta jej stanowczość i brutalna wręcz konsekwencja. Czy poczuła się obrażona, zlekceważona, czy też zadziałało coś innego? Nie rozumiałem tego i wciąż nie znajdowałem odpowiedzi, która by mnie satysfakcjonowała. Stykaliśmy się przecież z różnymi sytuacjami w naszym życiu. Dorotka niejeden raz była brana za moją panienkę do towarzystwa. Niejeden raz stykała się z mniej lub bardziej zawoalowanymi łóżkowymi propozycjami. Kilka też razy po cichu dotarło do nas, że gdzieś, ktoś, poddawał w wątpliwość jej biznesowe umiejętności. Ale nigdy wcześniej nie zapowiadała nikomu mściwego rewanżu!
    Dopiero w tak, wydawałoby się, że małej sprawie, pokazała swoje możliwości. A może aż tak bardzo uraziło ją to, że właśnie w Czyżynach nie doceniono jej wiedzy i umiejętności?

    Oczywiście, później nie byliśmy jedynym bankiem, który dostał ofertę przejęcia Banku Spółdzielczego, kiedy ten otarł się już o dno. I muszę przyznać, że początkowo obstawiałem, iż nigdy go nie dostaniemy. Bo niby był mocno zadłużony, z wyjątkowo niepewnym portfelem kredytów przeterminowanych, ale chętnych na jego nabycie znalazło się niemało!
    Wszyscy zdawali sobie sprawę, że rozwój nowej podstrefy ekonomicznej wygeneruje niemałe obroty, co może zrekompensować duże koszty przejęcia. Dlatego wstępne, jeszcze niezobowiązujące oferty, złożyło chyba siedem banków, a wśród nich i my. Jednak nasza propozycja wyglądała przy innych wręcz groteskowo. Dorotka uparła się, że zapłaci najwyżej jedną złotówkę i nie da ani grosza więcej! Inni zaś, jak głosiły plotki, oferowali początkowo miliony.

    Kiedy wszyscy potencjalni kontrahenci dostali od Komitetu Kontroli Bankowej oficjalną i pełną już informację o rzeczywistym stanie Spółdzielczego, czterech chętnych nawet nie podjęło rozmów i zostaliśmy we trójkę. Jednak Dorotka nawet wtedy, tak jak przy pamiętnym przejęciu Alba Banku, zachowała olimpijski spokój i nie zmieniła propozycji ani o jotę, zupełnie nie interesując się ofertami konkurencji.
    Nawet zdziwionemu Pawłowi Dedejce na posiedzeniu zarządu powiedziała, że żadnej już informacji od niego nie żąda, bo Spółdzielczy niedługo będzie nasz. Niezależnie od tego, kto oraz ile za niego teraz zapłaci. A wtedy będzie miała dostęp do wszelkiej dokumentacji i prześwietli ją lepiej niż rentgen, po czym wnioski wcieli w życie.

    - Wtedy też urządzę wam wykład! – oznajmiła na posiedzeniu zarządu, już po oficjalnej jego części. – To będzie rzecz o tym, jak dokonywać właściwej analizy ryzyka w decyzjach finansowych. Obserwujcie dwóch naszych konkurentów. Jeśli mają dobrych analityków, to szybko się zorientują, że tę potyczkę przegrali i wycofają się jeszcze bez większych strat własnych. Jeśli zaś ich mocodawcy tolerują dyletantów wśród analityków, to słono za ich brak kompetencji zapłacą. Nie ma innej opcji, radzę wam zapamiętać moje słowa!

    Molestowałem ją w domu, aby zdradziła mi tok swojego rozumowania, jednak przez kilka dni unikała odpowiedzi, któregoś wieczoru jednak uchyliła rąbka tajemnicy.
    - Tomek, przecież to jest oczywiste. Teoretycznie wszyscy mamy równe szanse, ale to my zagarnęliśmy, zdobyliśmy najważniejsze przyczółki w tej rozgrywce. Już mamy tutaj swój oddział, ja znam teren, czuję go, już przejęliśmy kilku kluczowych klientów z gminą na czele. Prezes Zielonik ma zamiar przenieść tam swoją siedzibę, a konta przecież ma u nas, czyli wyprzedziliśmy konkurencję o kilka długości, co najmniej kilka miesięcy pracy!
    - Niby tak, jednak kupując Spółdzielczy, inni mogą ten czas odzyskać.
    - Nic z tego. Dostaną w spadku jedynie jego portfel kredytowy.
    - My też go dostaniemy, jeśli bank kupimy.

    - Owszem, ale tylko my mamy niezależne kadry i ten rynek wyczyściliśmy z nich do zera. Zobacz! Co mi po ludziach ze Spółdzielczego, skoro dopuścili do takich strat i nie wiedzą teraz co robić? Oni tych pieniędzy nie odzyskają! Nawet słuchać dobrych rad nie umieli. To nie są ludzie dla nas. A każdy nabywca Spółdzielczego dostanie ich w spadku, innego personelu nie mając i nie mając skąd go wziąć. Cała okolica jest wyczyszczona z ludzi o potrzebnych kwalifikacjach.
    Nasi konkurenci o tym wiedzą, więc nie mają wyjścia. Na te ich kredyty będą musieli utworzyć rezerwę, a to jest suma niemała! Czyli dla nich ten nabytek wiąże się z przesądzoną stratą. Dodaj do tego oddalający się w czasie zysk ze strefy. Nie mogą na niego liczyć, bo większość klientów ma już umowy z nami. Podstrefa jeszcze w pełni nie działa, nowych firm jak na lekarstwo, przyjdzie im czekać nie wiadomo jak długo… nie! To nie jest dla nich wygodna opcja!
    Dlatego też jestem spokojna. Ten spółdzielczy bank to gorący kartofel w ich rękach. A ja go wezmę za złotówkę i niech mnie Komitet po rękach całuje, że w ogóle zechciałam, bo innych nabywców nie będzie! Przekonasz się o tym już niedługo.

    - Nie boisz się tego portfela kredytowego?
    - Powiedzieć ci prawdę?
    - Chciałbym.
    - Tomek… bywasz w tej okolicy od dawna, znasz zachowania ludzi i teren, byłeś niezłym analitykiem, co ci teraz przeszkadza w samodzielnych próbach właściwej oceny sytuacji?
    - Musiałbym się nad tym wszystkim zastanowić.
    - Więc się zastanów, a potem porozmawiamy.
    - A boisz się, czy nie? – nie ustąpiłem.
    - Gdybyś mnie posłuchał i poświęcił nieco czasu na analizę, sam byś zrozumiałbyś, że my możemy na nich stracić… nie więcej niż… powiedzmy dziesięć… a najwyżej piętnaście procent. Jeśli będzie więcej, to oddam ci swoją roczną premię.
    - Naprawdę? – roześmiałem się. – A jednak stracimy.
    - Bezpłatnie nie ma niczego – odparła. – Jednak nikt poza nami nie ma szans na odzyskanie najwyżej dwudziestu procent. A i to jedynie pod warunkiem, że znajdzie takiego windykatora, który tę sumę zapłaci mu z góry za cały portfel. Oczywiście, minus koszty negocjacji i wszelkich dodatkowych operacji.
    - A my mamy inne możliwości?

    - Czyżby nie? Proszę, jesteś analitykiem i masz przygotować dla mnie własną ocenę problemu. Daję ci pięć minut czasu do namysłu, a potem odpowiadasz co ty byś zrobił w zastanej sytuacji, zgoda?
    - Zgoda. Nie wiem wprawdzie czy zmieszczę się w pięciu minutach, bo chcę wychylić szklaneczkę whisky a potem zapalić cygaro, ale chyba nie będziesz zbyt drobiazgowa.
    - Nie będę – zgodziła się.
    No i rozwiązanie znalazłem, chociaż początkowo wcale nie byłem tego taki pewny.

    - Uważam, że problemem kredytobiorców w Czyżynach nie jest brak środków na spłatę swoich zobowiązań, ale naiwna nadzieja, że skoro Spółdzielczy ledwo dyszy, to długi rozejdą się po kościach. To nie jest biedna gmina, tym bardziej, że mieszkańcy mają pracę, dostają też spore zastrzyki gotówki ze sprzedaży gruntów…
    - Bingo! – pochwaliła, przerywając wywód. – Właśnie o to chodzi. Znamy dobrze mentalność tubylców, niewiele różniącą się od poglądów gazdów z Tatr, ale menadżerowie z Alei Jerozolimskich tego nie czują. Nie wiedzą, że wystarczy gdy ktoś mający niewzruszone podstawy, a my mamy stabilnie już działający oddział, przypomni kredytobiorcom o przyjętych na siebie zobowiązaniach.
    Kiedy zorientują się, że na zapomnienie tego faktu nie mogą liczyć, połowa natychmiast znajdzie pieniądze, a z resztą damy już sobie radę. Niech negocjują odroczenie spłat, mogę na nie poczekać, przystanę też na inne rozwiązania, ale jestem zdeterminowana odzyskać wszystko!
    Przecież jakieś zabezpieczenia tych pożyczek były, to też potrafimy wykorzystać, znając wszelkie miejscowe zależności. Taka jest moja strategia i nie widzę powodu do jej zmiany. Mamy się rozwijać, a nie tracić na rozwoju! Oczywiście, te wszelkie ułatwienia nie będą dotyczyły kredytów dla tych, którzy kiedyś głosowali przeciw. Ci będą musieli dotrzymać co do joty swoich zobowiązań, w przeciwnym razie ich zlicytuję!
    - Jesteś wielka! – pochwaliłem i od razu skorzystałem z okazji. – A możesz mi w końcu powiedzieć skąd u ciebie ta zawziętość wobec nich?

    - Jaka zawziętość? – spojrzała zdumiona. – Mylisz się. To nie jest zawziętość, to jedynie konsekwencja ich wyboru.
    - Nie dopuszczasz myśli, że teraz tego żałują?
    - Nie. Ja nie jestem księdzem odpuszczającym grzechy, lecz prezesem banku! Ich decyzja nie wynikała z nastroju chwili. Nie mogą się tłumaczyć, że się pomylili, bo akuratnie księżyc był w pełni i stąd mieli kiepski nastrój. Za decyzje się płaci! Mnie nikt nie wybaczy błędnych postanowień, chociaż większość z nich muszę podejmować wręcz natychmiast. A oni mieli czas do namysłu.
    Darowałabym, gdyby odrzucili moją propozycję od razu. Bo nie wiedzieli co czynią. Ale oni właśnie wiedzieli! Byli po audycie inspektorów Komitetu i przed opublikowaniem sprawozdania znali jego druzgocącą zawartość. Jednak nie! Bezczelnie usiłowali przed nami grać cwaniaków, więc niech grają nadal! Tyle, że nie u nas, na to im nie pozwolę!
  • #41
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Cóż mogłem odpowiedzieć, argumentów od razu mi zabrakło i nasza wieczorna rozmowa o Spółdzielczym na tym się skończyła. Zamierzałem wprawdzie zapytać jak to się ma do uporu jej matki, ale w porę ugryzłem się w język. Tej struny nie należało przeciągać, gdyż tutaj nic się nie zmieniało. Moja teściowa od wielu lat nie powiedziała do córki ani słowa! Od czasu do czasu bywaliśmy w rodzinnym domu Dorotki, próbowała ją wtedy przebłagać na różne sposoby, jednak nie zadziałało nic! Bezradny Grzegorz rozkładał tylko ręce i wzruszał ramionami. On też nie wiedział co zrobić, wszelkie nasze wysiłki kończyły się niczym!

    Nawet Justyna niczego nie uzyskała, chociaż byliśmy kiedyś razem z nimi. Teściowa rozmawiała z nią normalnie, udawała nawet wesołą, ale Dorotkę i nasze dzieci traktowała jak powietrze. Po prostu ich nie zauważała, mnie zresztą również.
    Teraz jednak nie należało rozdrapywać tej rany. Nasze wspólne życie nie było warte takich ofiar. Dobre samopoczucie byłych udziałowców Spółdzielczego też musiało przegrać z naszym rodzinnym interesem. On był dla mnie wartością nadrzędną. Dlatego zamilkłem i nigdy do tego tematu nie wróciłem.

    Nie muszę chyba dodawać, że wszystkie prognozy Dorotki okazały się trafne. Konkurenci mieli dobrych analityków i wycofali swoje oferty, ostatnią pozostała jedynie nasza, więc ją przyjęto. Później natomiast, nasza rezerwa na przejęte i wręcz niespłacalne kredyty, którą początkowo obowiązkowo musieliśmy utworzyć, już w ciągu roku została rozwiązana, zwiększając zysk skumulowany.
    Wtedy akcje Solution Poland S.A. skoczyły o ponad trzy procent do góry. O kolejne trzy procent, co w sumie dawało już dwadzieścia osiem procent wzrostu ich kursu od dnia, kiedy Dorotka została prezesem zarządu. Imponujący wynik, jakiego nie osiągnął nikt w sektorze bankowości!

    Bezwzględna postawa wobec członków pamiętnego walnego zgromadzenia jawnie kłóciła się z wizerunkiem Dorotki w jej rodzinnym mieście. Już podczas naszego pierwszego pobytu po zakończeniu akcji "Letycja", ze zdziwieniem zauważyłem, że staliśmy się osobami rozpoznawalnymi na ulicy. Niektóre ekspedientki w sklepach były wyjątkowo uprzejme, podobnie jak niektórzy handlujący na targu. Nieznajomi ludzie kłaniali się, gdy urządzaliśmy sobie spacery z dziećmi. Zdarzyło się też, że jakaś kobieta podeszła, przeprosiła za kłopot i poprosiła o zgodę na wykonanie wspólnej z nami fotografii… I o dziwo, Dorotka jej nie odmówiła!

    Na miejskich ulicach emanowała pogodą, życzliwością dla otoczenia i nie grała tutaj żadnego teatru. Stawała się dziewczyną z tego miasta, jedną z tysięcy i w niczym nie przypominała niedostępnej pani prezes, albo też amerykańskiej milionerki. Ubierała się najczęściej na sportowo, zachowywała zwyczajnie, potulnie stawała w kolejce po lody mimo, że proponowano nam jej ominięcie i odpowiadała na wszystkie pozdrowienia. Przystawaliśmy też czasami, aby porozmawiała na ulicy z jakimiś jej dawnymi znajomymi.
    Nie korzystała nigdy z proponowanych nam ułatwień, ale niechętnie też rozmawiała o swojej pracy, a pytania o swoją sytuację finansową demonstracyjnie pomijała. To zresztą zaczęło się pojawiać już później, kiedy fundacja wspomagania najzdolniejszych uczniów stała się realnym bytem, powszechnie w mieście znanym.

    Przygotowaniem do jej funkcjonowania, była decyzja Dorotki o uruchomieniu w mieście placówki naszego banku. Właśnie po zakończeniu historii z Letycją, wezwała do Warszawy dyrektora naszego podkarpackiego oddziału i wyposażyła go w odpowiednie pełnomocnictwa, pozwalające na błyskawiczne wprowadzenie jej pomysłu w życie. I wszystko potoczyło się tak jak zaplanowała. W centrum miasta został zakupiony odpowiedni lokal, adaptowano go wręcz ekspresowo, a w międzyczasie trwał nabór kadr. Kiedy końcem sierpnia obiekt był gotów, filia oddziału została uruchomiona, oferując pełny zakres usług.
    Poprosiła mnie wtedy bym odpuścił zajmowanie się tą kwestią. Sama też w żadnym momencie nie ingerowała ani w procesy budowlane, ani w kwestię doboru personelu. Tylko od czasu do czasu przypominała dyrektorowi, że śledzi temat z najwyższą starannością. A z Warszawy pojechał tam tylko Artur wraz ze swoją ekipą, aby testować sieć informatyczną i dopuścić ją do współpracy z naszym systemem. My pojawiliśmy się dopiero na otwarciu.
    Wtedy doszło do ponownego naszego spotkania z burmistrzem i dyrektorem zespołu szkół, co zaowocowało utworzeniem fundacji.

    Scenariusz uroczystości otwarcia był bardzo skromny, raczej symboliczny niż wystawny. A jednak pozwolił zgromadzić kilka ważnych miejscowych postaci, łącznie z szefami miejscowych placówek bankowych. Oczywiście, Dorotka wykonała pierwszą transakcję, jej zlecenie przelewu odebrała i zrealizowała kasjerka, ale pierwszy przelew on line na dostępnym terminalu wykonał burmistrz, a pierwszą wypłatę z bankomatu zrealizował dyrektor szkoły.
    Demonstracyjne gesty, niewiele znaczące, mające tylko moc symbolu. Wszystko co rzeczywiście ważne, odbyło się trochę później.

    Burmistrz uznał za punkt honoru ugoszczenie nas tego dnia i chociaż nie mieliśmy takich planów, Dorotka westchnęła tylko, mrugając do mnie i zupełnie nieoczekiwanie przyjęła jego zaproszenie. Nie wiedziałem wtedy, że rozmawiali o tym wcześniej i że nie zgodziła się na jego propozycję spotkania ekskluzywnego, proponując w zamian spotkanie z całym spektrum gości, przy czym zapewniła pełne pokrycie kosztów. Burmistrz nie miał wielkiego wyboru, więc na to przystał i wieczorem spotkaliśmy się niemal wszyscy w scenerii dość gustownego ogródka podmiejskiej restauracji.
    Po kilku początkowych „ochach” i „achach” jakim wszyscy obdarzali ją za akcję z Letycją, która spełniła pokładane w nią nadzieje, bo dziewczynka prezentowała się teraz wcale nie najgorzej, doszło do interesującego dialogu pomiędzy Dorotką i dyrektorem miejscowej placówki polskiego czołowego banku, który poddał w wątpliwość sens otwarcia naszej filii.

    - Jak wy chcecie zarobić na płace pracowników, nie mając żadnych klientów? Panie dyrektorze! – zwrócił się do szefa naszego podkarpackiego oddziału. Widocznie bał się powiedzieć to Dorotce wprost. Ale słyszała jego słowa.
    - Skąd pan wie, że klientów nie będzie?
    - Ja wam źle nie życzę, tylko gdzie oni są?
    - Stworzymy, niech pan chwilę poczeka.
    - Oby, będzie ciekawiej.

    I było ciekawiej. Dorotka poprosiła burmistrza aby ściągnął panią Letyńską, sama zadzwoniła do ojca, dyrektor szkoły poprosił o przybycie notariusza, a po kilkudziesięciu minutach wszyscy usiedliśmy przy oddzielnym stoliku. I w ciągu połowy godziny, powstała fundacja, która miała ułatwiać miejscowej, zdolnej młodzieży, wpasowywanie się w przyszłe, dorosłe życie. Okazało się, że Dorotka od dawna miała przygotowany jej statut, opracowany przez prawników Damiana, ale nawet ja o tym nie wiedziałem.

    Przeznaczyła też okrągły milion dolarów na jej kapitał założycielski, ale postawiła też warunki. Prezesem mianowała Grzegorza, swojego ojca, a członkami zarządu panią Karolinę Letyńską i każdorazowego dyrektora szkoły. Natomiast konto fundacji musiało być prowadzone przez nasz bank! Następne zmiany w składzie władz mogły być rozpatrywane wyłącznie w przypadku śmierci któregoś z członków zarządu, albo też zmiany na stanowisku dyrektora szkoły. Przy czym wszyscy członkowie zarządu pełnili swoje funkcje honorowo, czyli bez wynagrodzenia. Jedynie księgowość i personel pomocniczy mógł liczyć na jakąś formę zapłaty za swoją pracę. Inne możliwości zostały wyłączone!

    Poza tym zarząd fundacji, kiedy już powstał i się ukonstytuował, zlecił i upoważnił Dorotkę, jako samodzielny podmiot gospodarczy, do prowadzenia polityki inwestycyjnej swoimi zasobami finansowymi, w celu osiągnięcia maksymalizacji dochodu. W dodatku Dorotka zgodziła się wykonywać swoje obowiązki za kwotę jednej złotówki rocznie, plus oczywiście VAT. Czyli pełna odpowiedzialność finansowa praktycznie za nic! Bajeczne warunki dla fundacji. W dodatku, bank zrezygnował z opłat za operacje na tym koncie, pokrywając koszty ze swojego funduszu promocyjnego.
    W ten sposób bankowa placówka jeszcze tego samego wieczoru miała pierwszego, całkiem sporego klienta, co utarło nosa konkurencji na naszym spotkaniu. A później było już tylko lepiej.

    Trudno nawet określić co sprawiło, że po paru miesiącach, nasza placówka zaczęła być modna. Nimb osoby Dorotki czy też światowego banku? Poczucie klientów, że są tacy sami jak ludzie na całym świecie? A może szeptana reklama szkolnej młodzieży, albo jeszcze coś innego? Nieważne, jednak po krótkim okresie działalności liczba zakładanych kont i wydawanych kart płatniczych zaczęła rosnąć wręcz lawinowo. Czyli zabraliśmy konkurencji niemały kęs rynku.
  • #42
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    A Dorotka była teraz jakby rozdwojona. Trochę niechętnie, chociaż wyczuwałem też u niej rosnącą dumę, próbowała zaakceptować swoją rosnącą popularność w mieście. Tłumaczyła mi, że wewnętrznie zaczyna czuć się zażenowana, lecz nie może tego po sobie pokazać, gdyż ludzie potrzebują jej mocnego wizerunku i pozytywnych emocji. Uważam jednak, że to były wykręty. Sam widziałem ile zadowolenia dają jej takie krótkie wymiany zdań ze zwykłymi ludźmi na ulicy. Czasami były to tylko gesty, bywało też, że niektóre panie oprócz kilku miłych słów, przekazywały jej pozdrowienia dla doktora Grzegorza, ale i dla pani doktor Aleksandry, co było bardzo znamienne.

    Okolica szanowała doktora i jego rodzinę, a Dorotka nie mogła ukryć, że po prostu lubi swoje miasto. Lubi jego mieszkańców, te ulice i ten klimat. Może to była jakaś wewnętrzna potrzeba rewanżu za te lata nieobecności… nie wiem. Nie chciała o tym rozmawiać. To nie było wywyższanie się, a chęć służenia i niesienia pomocy. Wspomniałem jej o tym kiedyś.
    - Ty się zastanów, czy nie kandydować na posła z tego okręgu, podobnie jak Lidka, bo widzę, że niezależnie od partii z której wystartujesz, wygraną masz w kieszeni.
    - Wypluj te słowa! – podniosła głos. – Najmniej brakuje mi do szczęścia posłowania!
    - Dlaczego tak mówisz? – zapytałem, nieco zdziwiony.
    - Finansiści nie są dobrymi posłami, zapewniam cię. A poza tym… po co mi to? Żebym nie mogła zarabiać prawdziwych pieniędzy?
    - Nie wiedziałem, że jesteś taką materialistką.

    - No wybacz! Chciałbyś, żebyśmy żyli na poziomie dziesięć tysięcy złotych na miesiąc?
    - Ludzie tak żyją, a nawet znacznie gorzej. Za dwa tysiące.
    - Wiem. Ale ja tak nie chcę. Poza tym, jeśli mimo wszystko zrezygnuję ze swoich apanaży, wcale to nie będzie oznaczało, że coś dla ludzkości zaoszczędzę. Nie! To tylko ktoś inny je przejmie. A więc w jakiej intencji mam te pieniądze komuś sprezentować? Czyli kariera poselska nie jest mi pisana. Wolę posadę w banku i tego się trzymajmy.
    A jednak, ot tak, oddawała miejscowej społeczności znacznie więcej niż posłowie, wybrani z tego okręgu. I nawet mnie nie pytała wtedy o zdanie, chociaż nie pisnąłbym ani słowa sprzeciwu, rozumiejąc jej zaangażowanie, chociaż w grę wchodziły kwoty ogromne, niedostępne dla zwykłych śmiertelników.

    Było to jesienią. Wróciliśmy wtedy z poobiedniego spaceru z dziećmi i okazało się, że w jej rodzinnym domu gości jakiś ksiądz. Drobniutki staruszek, siedział w salonie naprzeciw Grzegorza, przy kieliszeczku z jakąś nalewką i filiżance z herbatą, snując opowieści, którym przysłuchiwała się również Helena.
    Zauważyłem, że Dorotka wiedziała kim jest. Przywitała się z wielką rewerencją, chociaż bez uniżoności, przedstawiła chłopców, a później również mnie. Było zwyczajnie. Uścisnęliśmy sobie z księdzem dłonie i po wymianie sympatycznych uwag, ksiądz spokojnie wrócił do uprzednio poruszanego tematu, jakby tracąc zainteresowanie naszymi osobami.

    Okazało się, że dyskutuje z Heleną na temat jakiejś dawnej potrawy z miejscowej dziczyzny. O sposobach jej przyrządzania oraz podawania.
    Oczywiście, rzecz dotyczyła stołu przedwojennego i ksiądz zastrzegał, że tak całkiem legalne to nie było, ale wzorem swojego proboszcza, rozgrzeszał górali z kłusowania, kiedy dostarczali mu dziczyznę prosto na plebanię, czy też do jego wikarówki. Przy czym w grę wchodziła sarnina albo mięso jelenie.

    Atmosfera spotkania była bardzo sympatyczna. Staruszek snuł opowieści o dawnym świecie, o przedwojennej, lwowskiej bohemie, o swoich górskich wycieczkach, o badaniu rodzimej fauny, pogoniach za motylami, urządzanymi na połoninach, a wszystko to robił tak ciekawie, że nawet chłopcy rozsiedli się na kanapie i spokojniutko słuchali jego wspomnień. Wieczór był długi, ale czas szybko uciekał i ksiądz w pewnym momencie zapytał, czy nie dezorganizuje nam jakichś rodzinnych planów. Jednak nasz zgodny protest uspokoił go.
    Wypił wtedy mały kieliszek nalewki, po czym zaczął nam opowiadać o losach opuszczonych cerkiewek w wysiedlonych, bieszczadzkich wioskach. O tym, jak zaczął nawiązywać kontakty z potomkami dawnych mieszkańców, jak to spotykali się z różnymi specjalistami, oraz przedstawicielami lokalnych władz i jak próbują coś robić, aby chociaż niektórym przywrócić ślady ich dawnego blasku.

    - Mówię pani! – zwrócił się do Heleny. – Nawet zwykłe jadło tam w górach, smakuje inaczej! Nawet woda jest inna! Ja już wprawdzie niewiele potrzebuję…
    - Wiem, że smakuje inaczej – przerwała mu Helena. – Mnie akuratnie nie musi ksiądz przekonywać. Ale możemy się umówić i następnym razem przyrządzę to danie pod księdza dyktando, chciałby ksiądz?
    - Skąd pani weźmie górską sarninę?
    - Jeśli nie zdobędę górskiej, to będzie nizinna, ale prawdziwa.
    - A wędzoną słoninę?
    - No, tu już musiałabym polegać na staraniach księdza.
    - A księdzu wolno jeszcze jadać takie rzeczy? – zapytał Grzegorz.
    - Oj, doktorze! – roześmiał się. – Dziewiąty krzyżyk na karku, nawet żeby Pan Bóg miał mi za to odebrać rok życia, to tamten smak jest tego wart! Grzeszni jesteśmy, Bóg o tym dobrze wie i wybacza ludziom takie małe słabości – uśmiechał się. – A ja jakoś nie potrafiłem zadbać w życiu o własny dobrobyt. Mam tę jedną sutannę, śpię tam, gdzie mnie przygarną, jadam to co dobrzy ludzie dadzą, więc trudno mi się oprzeć przed tak wielką pokusą grzechu. Tym bardziej, że wcale z nią nie walczę! – wybuchnął śmiechem.

    - Nie ma ksiądz własnej parafii? – przerwałem mu, zdziwiony.
    - Nie mam – pokręcił głową. – Jestem emerytem, osiemdziesiąt trzy lata, proszę pana. Kto by mnie trzymał w jakiejś parafii? Zresztą, ja w ogóle przebywam teraz nie wiadomo gdzie. Niby mam miejsce w domu księdza seniora, ale to niziny i przełożeni zezwalają mi na wizyty bliżej gór, znając moją przeszłość i dawne zainteresowania. Dlatego zatrzymałem się dzisiaj tutaj, korzystając z gościnności miejscowego księdza proboszcza i odwiedziłem pana doktora, żeby powspominać stare dzieje.
    - Jednak badania musi ksiądz zrobić w poniedziałek! – oświadczył twardo Grzegorz. – Inaczej nie będę w stanie pomóc.
    - Wiem, wiem, doktor jest nieubłagany – pokiwał głową. – Ale gdybym tak miał pięć tysięcy złotych… – zaczął jakoś nie w temacie, jakby nalewka skierowała tok jego myśli w innym kierunku.
    - To co? – Dorotka wpadła mu w słowo.
    - Zorganizowałbym zjazd miłośników starych cerkwi! – odpalił bez namysłu. – Może są jeszcze ludzie, którzy myślą moimi kategoriami? Może ktoś gdzieś myśli jak ja, a nie może znaleźć kontaktu? Kilku takich znam, bo tutaj i mnie znają, ale to wszystko seniorzy…
    - Ksiądz jest niepoprawnym marzycielem! – roześmiała się. – To już nie na sarninę?
    - Nie! – oznajmił bez namysłu. – Sarnina jest… jest przeze mnie pożądana, ale jednak na drugim miejscu. Mam nadzieję, że pani mi to wybaczy? – zwrócił się do Heleny.
    - Wybaczam! – oświadczyła krótko. – I ponawiam propozycję. Kiedy ksiądz może się zjawić ponownie, tyle że ze słoniną?

    Parsknęliśmy takim śmiechem, że aż szyby zadrżały, tak groteskowo odebraliśmy te słowa. Nawet ksiądz uderzał rękami po kolanach.
    - Oj, to zabrzmiało niczym wspomnienia o wojennej szmalcowiźnie! Ale lepiej się śmiać, niż płakać! – stwierdził mało odkrywczo. – W dodatku ma pani rację, bez tej dawnej słoniny, to wszystko nie ma sensu. Dlatego słoninę dostarczę wcześniej do księdza proboszcza. Tam na nas poczeka. A ja powiadomię pana doktora o swoim przyjeździe i jakoś się umówimy. Może tak być?
    - Może. Ja się do księdza dostosuję – zapewniła Helena. – I będę na czas.
    - Jestem pełen wiary i nadziei, a pani jest dobrym człowiekiem – oznajmił, po czym wstał i zaczął się żegnać, dziękując za przyjęcie.
    Zapytałem, czy nie potrzebuje transportu, a wtedy Dorotka zaskoczyła mnie kompletnie.
    - Tomek, pozwolisz, że ja odwiozę księdza? Wrócę za chwilę, nie martw się.

    Byłem tak zdziwiony, że wydałem z siebie jedynie jakiś pomruk, a Grzegorz nawet na to się nie zdobył. Dopiero kiedy wyszliśmy z domu by się pożegnać i podałem księdzu dłoń, spojrzał mi w oczy.
    - Znalazł pan diament! – powiedział. – Oby stał się dla pana brylantem, czego panu i nam wszystkim życzę!
    Zaś Grzegorza pożegnał z nie mniejszym fasonem.
    - Doktorze, zamarzyłem przez chwilę o takich czasach, żeby przychodzić do pana nie po poradę, tylko by bałamucić panu córkę! Bo teraz to już chyba odrobinę na to za późno, prawda? Co medycyna o tym sądzi?
    - Niezbadane są wyroki Opatrzności… – zadeklamował Grzegorz, po kaznodziejsku wznosząc oczy ku niebu.
    Uśmieliśmy się niemal do łez. Ksiądz był chyba na maleńkim rauszu, bo zamiana ról bardzo mu się spodobała.
    - Teraz wiem, że jeszcze żyję! – oznajmił entuzjastycznie. – Dziękuję wam wszystkim za porcję energii, którą tutaj otrzymałem i błogosławię ten dom! – uczynił nad nami znak krzyża.
    - Bóg zapłać! – odpowiedział Grzegorz.
  • #43
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Minęło ponad półtorej godziny zanim Dorotka wróciła, chociaż do plebani było nie więcej niż dwa kilometry. I mimo, że nie spałem, jakoś nie chciała opowiadać o swojej wyprawie.
    - Słoneczko… czy coś się stało? – zapytałem otwarcie.
    Dopiero wtedy spojrzała na mnie uważniej i roześmiała się.
    - No masz ci los! Przepraszam! Nie pomyślałam o tym. Wyłączyłam się chwilowo z naszych domowych i rodzinnych spraw, ale już do nich wracam. Chodź, pomożesz mi spakować bagaże.

    W trakcie krzątania wspomniałem, że jednak długo na nią czekałem.
    - Przestań! – zaśmiewała się. – Owszem, spędziłam z księdzem prawie godzinę w jego skromniutkim pokoiku, ale to był czas wypełniony… Pozwolisz, że nie zdradzę ci żadnych szczegółów, bo tak też postanowiliśmy. Nawet tato nie będzie niczego wiedział. Ty też nie!
    - A po co ten kamuflaż?
    - Tomek, czy mogę mieć osobiste tajemnice sumienia?
    - Oczywiście, że tak.
    - Więc mi zaufaj i o nic nie pytaj.
    Tak też się stało. Do tematu nie wróciliśmy już nigdy, chociaż przebieg tej wizyty i tak poznałem po kilku latach, z ust samego księdza. Mimo, że wcale go o to nie prosiłem.

    Jachtowa podróż po Omszałym nie zapisałaby się jakoś szczególnie w mojej pamięci, gdyby nie pewien epizod. Bo chociaż była przyjemna i wystawna, to przecież zdążyłem już przywyknąć do tego, że my wydajemy pieniądze, a ktoś inny spełnia nasze zachcianki. I jest to czymś oczywistym.
    Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że mogła wcale się nie odbyć, mimo że o poranku wydawało się to pewne.

    Słońce nie paliło tego ranka tak jak w poprzednie dni, gdyż od samego świtu białe i ciemno-białe obłoki przysłaniały je czasem. Było jednak bardzo ciepło i prognozy pogody nie wspominały o burzach. To okazało się bardzo ważne, gdyż Dorotka w ostatniej chwili uzależniła naszą wyprawę od zapowiedzi meteorologów. Oświadczyła, że nie ma prawa narażać się na nadmierne ryzyko, bo taką klauzulę zawiera jej polisa ubezpieczeniowa.
    Nigdy nie poruszała ze mną podobnych tematów. Może dlatego, że do tej pory mieszkaliśmy ze sobą nieformalnie. Ale teraz sytuacja się zmieniła. Nasze małżeństwo zostało prawnie potwierdzone, wyobrażałem sobie więc, że mam jakieś prawa do informacji. Niestety, w ferworze przygotowań nie mieliśmy już czasu na dłuższą rozmowę, a potem o wszystkim zapomniałem, gdyż hotelowy mikrobus podjechał pod nasz dom i kwestia przygotowań okazała się najważniejsza.

    Jak wyjaśniła wcześniej Lidka, jacht był zbyt duży, aby ryzykować wyprawę przesmykiem na Wylewę i do przystani nad Omszałym musieliśmy podjechać mikrobusem. To również było zabawne. Byliśmy w takim nastroju, że wszystko przyjmowaliśmy z dobrodziejstwem inwentarza, w całości zdając się na Stefana i Lidkę. Oni decydowali dzisiaj o szczegółach wyprawy. Wreszcie, korzystając z ich pomocy załadowaliśmy bagaże i ruszyliśmy w drogę.

    Z kapitanem oraz załogą jachtu bardziej zaprzyjaźnili się Stefan z Lidką, sypiący na pokładzie fachowymi nazwami części takielunku i potrafiący dyskutować w żeglarskim żargonie. Natomiast my z Dorotką, tak samo jak i Romek, byliśmy kompletnymi laikami. Bo nawet Iwona coś sobie przypominała z dawnych czasów, dlatego rozdzieliliśmy się początkowo na dwa obozy.
    Ale ja miałem ze sobą coś, co później nawet kapitanowi odebrało na chwilę mowę. Był to mój sprzęt myśliwski, jako że za miesiąc obydwoje z Lidką mieliśmy przystąpić do egzaminu łowieckiego.
    Oczywiście, urządzenie nie służyło do strzelania lecz do obserwacji, a sercem całości był statyw – cudo, który utrzymywał zamontowaną do niego lunetę, lub też aparat fotograficzny z obiektywem, w położeniu zadanym przez obserwatora. Niezależnie od wahań podłoża. Mówiąc krótko, jacht mógł sobie falować na wodzie, a ja przez cały czas miałem obiektyw aparatu wycelowany w jedno i wciąż to samo miejsce na brzegu, gdyż statyw bez trudu korygował zmieniające się pochylenie pokładu.

    To był prezent od Dorotki. Przywiozła mi go ze Stanów, a samo rozwiązanie było cywilną adaptacją wojskowego pomysłu na system stabilizacji wieżyczki we współczesnych czołgach. Kto jej podpowiedział taki pomysł, tego nie chciała zdradzić, ale była bardzo zadowolona, jak przez kilka wieczorów bawiłem się nim, próbując wytrącić obiektyw z równowagi. No i nie udało się, a teraz sprzęt przechodził drugą próbę w naturalnych warunkach. Pierwszą robiłem mu kiedyś w jeepie. Na zakresie przekładni terenowej dawał sobie radę doskonale. Dopiero na przełożeniach drogowych, zdjęcia wychodziły rozmazane. Ale przecież obserwacji nie robi się jadąc kilkadziesiąt kilometrów na godzinę. Bardzo mi się ten system podobał.

    - Przywieź mi takie coś! – Lidka przymilała się do Dorotki. – Albo przynajmniej powiedz Romkowi gdzie kupiłaś, może spróbuje zrobić mi przyjemność.
    Dorotka kręciła głową.
    - To co teraz można kupić w sklepach, jest co najmniej o dwie klasy gorsze – wyjaśniła. – Tomkowi przywiozłam prawdziwą wersję wojskową, której w żadnym sklepie nie znajdziesz.
    - Masz takie chody w armii? – dopytywał Stefan.
    Znowu się uśmiechnęła.
    - A te nasze jeepy to niby skąd? To też są wojskowe pojazdy.
    - Mnie możesz przywieźć chociażby taki ze sklepu! – powiedział niedbale.
    - Zastanowię się! – odparła wymijająco.
    Oczywiście, wiedziałem, że mu przywiezie, nigdy nie odmawiała znajomym przysługi, jeśli ktoś ją o coś poprosił.

    Długo bawiliśmy się w obserwacje natury, chociaż nie był to najlepszy okres na takie zabawy. Dorotka sprawiła mi prezent, dobrze znając moje zainteresowania ptakami. Jednak pora wylęgów dawno się skończyła, ptaki nie były teraz zbyt aktywne, tym niemniej mój sprzęt pozwalał na doskonałe ujęcia z dalekiej odległości, więc radości mieliśmy co niemiara. Nawet członkowie załogi zachwycali się widokami i nikt nie zwrócił uwagi, gdy syn kapitana odwrócił lunetę nieco w bok.
    - Dzisiaj też są – oznajmił.
    - Kto? – zapytałem zdziwiony.
    - Naturyści! – odpowiedział bez namysłu.

    Odsunąłem go od lunety i spojrzałem w okular. Rzeczywiście, nad brzegiem jeziora kręciło się kilka zupełnie nagich osób.
    - To tu jest plaża naturystów? – zdziwiłem się. – Przecież to jest obszar rezerwatu.
    - Chcę to zobaczyć – zaanonsował Stefan.
    - Masz, masz… – oddałem mu miejsce przy lunecie.
    - Wiedziałaś, że coś takiego tutaj funkcjonuje? – zwróciłem się do Lidki.
    - Nie… panie Marcinie, od jak dawna to trwa? – zapytała kapitana.
    - Drugi sezon. Wcześniej tego nie zauważyłem.
    - Zgłaszał pan przyrodnikom?
    - A po co? – zdziwił się. – To są bardzo grzeczni ludzie. Nie śmiecą, nie niszczą przyrody, a że chcą się pokazywać innym bez majtek… Mnie to nie przeszkadza.
    - Stary i głupi! – skomentowała pani Jadwiga, jego żona. – Syna masz na pokładzie – zauważyła zdegustowana, jakby to miało być jakąś przestrogą.
  • #44
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Na obiad dopłynęliśmy do konkurencyjnej przystani po północnej stronie jeziora i to była wielka niespodzianka. Już na brzegu zostaliśmy powitani przez właściciela tamtego ośrodka, a Lidka była wręcz dumna z naszego zaskoczenia.
    - Konkurujemy ze sobą – tłumaczyła – ale wcale nie walczymy. Potrafimy się dogadać i wspólnie zadbać o nasze jezioro, bo ono nas wszystkich karmi. Panie Jurku, ma pan okazję i powiedziałabym nieskromnie, że też niemały zaszczyt, gościć dzisiaj moją biznesową wspólniczkę, wraz z jej mężem i członkami rodziny, oraz załogę naszego jachtu!
    - Witamy czym chata bogata! – uśmiechał się. – Witamy również i przede wszystkim, panią Lidię! – zaakcentował. – Bo nie jest u nas w regionie standardem, a według mnie stać się powinno, od czasu do czasu, goszczenie u siebie konkurencji. Tym bardziej konkurencji na razie dla nas niedościgłej – skłonił głową przed Lidką. – Prosimy dalej, prosimy!

    Obiad był wykwintny i smaczny, atmosfera zaś tak doskonała, że postanowiliśmy w tym miejscu przez chwilę odpocząć. Stefan nawet poświęcił się ponad normę i przyniósł z jachtu moje cygara, tak bardzo chciał sobie przypomnieć ich aromat oraz przedłużyć wypoczynek. My natomiast dyskutowaliśmy leniwie o perspektywach biznesu nad Omszałym i dopiero po jakichś dwóch godzinach wypłynęliśmy w dalszy rejs.
    Wszystko było pewnie ukartowane. Jacht leniwie odpłynął z przystani, tak jak i do niej dopłynął, ale kiedy był już kilkadziesiąt metrów od brzegu, kapitan wydał rozkaz postawienia żagli i zaczęliśmy płynąć o wiele szybciej. Zmieniliśmy też kierunek.

    To było dość ciekawe, słońce zaszło za jakąś chmurkę, upał zelżał i przez dłuższy czas siedzieliśmy z Dorotką przy burcie, wdychając jeziorne aromaty.
    - Dokąd my właściwie płyniemy? – pytałem.
    - A co za różnica? – odpowiedziała, wystawiając twarz w stronę podmuchów wiatru. – Ważne przecież, że płyniemy! Już dawno nie czułam się tak fantastycznie.
    - Podoba ci się ta wyprawa?
    - Mowa! – odparła krótko.
    - A rano byłaś dość sceptyczna…
    - Ty nie myl chęci z obowiązkami – wyjaśniła. – Nie zawsze mogę robić to co chcę, ale teraz chcę i mogę! – tupnęła nogą. – I nie wypuszczaj mnie na jakieś dyskusje, bo dzisiaj chcę odpocząć i się bawić. Koniec i kropka!
    - O masz! – skomentowałem jej oświadczenie. – Mnie tam gdzieś widzisz w okolicach swojej zabawy?
    - Nie bądź złośliwy – spojrzała na mnie z udawaną miną zabójcy.
    - Ależ nie jestem – zacząłem się pokornie tłumaczyć. – Wręcz przeciwnie, chciałbym, abyś mnie uwzględniła w swoich zamierzeniach.
    Spojrzała na mnie roześmianym wzrokiem.
    - Oj ty, zwariowany Tomku… pójdziemy do kajuty? – zapytała tak prowokacyjnym tonem kokietki, że nie miałem żadnych wątpliwości co do jej intencji, ale przecież można się było trochę podroczyć.
    - Czyżbyś miała chęć na ochotę?
    - I owszem, owszem… więc jak?
    - Z tobą wszędzie – szepnąłem, rezygnując z oporu i całując usta, które mi podsunęła.

    Nasza dość długa nieobecność na pokładzie nie mogła pozostać niezauważona, co zresztą zupełnie nam nie przeszkadzało. Jednak Romek okazał się nazbyt dociekliwy.
    - Gdzie wy przepadliście, już miałem uruchamiać wodne pogotowie ratunkowe.
    - Ktoś wypadł za burtę? – zapytałem.
    - No nie, alarmu nie było, ale i was długo nie widzieliśmy.
    - Bardziej zazdrościsz, że nas nie było, czy dlatego, że nie było długo? – zapytała Dorotka, demonstracyjnie poprawiając kostium na biuście.
    - Pomóc ci? – wyciągnął dłoń w jej kierunku, ignorując pytanie.
    - Tomek pomocników nie potrzebuje, zapewniam cię – odparła, spoglądając mu w oczy. – Rozbiera mnie błyskawicznie, a ubrać się potrafię sama.
    - Ja to bym cię nawet i później ubrał – zadeklarował.
    - Poćwicz najpierw na własnej żonie. Lidka, co ci mąż kupił ostatnio do włożenia na siebie? – wzmocniła głos, by zainteresowana usłyszała.

    Nie było jej z nami, właśnie dyskutowała obok z kapitanem i jego żoną.
    - O co pytasz? – podeszła bliżej.
    - Dorotę interesuje, co ci mąż kupił ostatnio w prezencie – wyjaśniła Iwona.
    - Mnie? Chyba rękawiczki na zimę…
    Stefan parsknął śmiechem, a my za nim.
    - Z czego się chichracie? – Lidka była nie w kursie spraw.
    - Ładnie! – podsumowała go Iwona. – Mam rozumieć, że od jesieni jeszcze nie wpadłeś na żaden pomysł? – zapytała.
    - Nie umiem trafić w jej gust – tłumaczył.
    - A próbowałeś się kogoś poradzić? – zapytałem.
    - Myślałby kto, że ty tak znowu kupujesz Dorocie prezenty – odbił piłeczkę.
    - Zdziwiłbyś się! – oznajmiła Dorotka. – Do dzisiaj pamiętam, jaką piękną sukienkę kupił mi przed laty Tomek. Ty wiesz, że ja ją jeszcze mam? – zapytała kokieteryjnie, spoglądając mi w oczy. – Trzymam na pamiątkę.

    - A założysz? – zapytała prowokacyjnie Iwona.
    - Nie wiem – przyznała ze śmiechem. – Pewnie już nie, bo w biodrach trochę mi jednak przybyło. Ale spróbuję. Tylko mi przypomnij, jest w Podkowie.
    - To moja zasługa – Lidka dumnie uniosła głowę.
    - W to nie wątpię – odparła spokojnie Dorotka. – Tomka można podejrzewać o różne umiejętności, ale ta sukienka była zbyt ładna i elegancka, żebyś nie maczała w tym palców. Ważne jest jednak coś innego i mam nadzieję, że to rozumiesz – zwróciła się do Romka. – Kim jak kim, ale twoją konsultantką do spraw prezentów dla Lidki zawsze mogę zostać.
    - I problem rozwiązany! – Stefan niemal to zaśpiewał.
    - Znalazł się… – burczał Romek. – A ty co kupiłeś ostatnio Iwonie? – zaatakował go w rewanżu.

    - O, kochany! Całkiem niedawno to było. Piękną, nowiutką… spalinową kosiarkę do trawy – wypalił, nie mrugnąwszy nawet okiem, a my omal nie pokładliśmy się na deskach. – Żal mi jej było, gdy wiecznie targała te wszystkie kable, a one plątały się, motały… – snuł opowieść, chociaż wszyscy trzymaliśmy się za brzuchy. Iwona również.
    Dobrych kilka minut upłynęło, zanim zdołaliśmy wysłuchać dalszej części opowieści. Tym razem w roli głównej wystąpiła Iwona.
    - Wy tu nie dowcipkujcie z mojego męża, bo to był mój własny pomysł i moja dla niego podpowiedź. Sama zaproponowałam taki prezent i jestem z niego bardzo zadowolona – oznajmiła, zaśmiewając się z własnych słów.
    - Iwona, widzę, że ty to mówisz poważnie! – odezwała się, zdziwiona Lidka.
    - Bo to jest poważnie. Ja się śmieję dlatego, że tak ogólnie to jest sytuacja kuriozalna i wręcz kabaretowa. Ale życie czasem przerasta kabaret i tak jest w tym przypadku – westchnęła i próbowała się uspokoić. – Otóż Stefan zapytał mnie, czy mam jakieś życzenie odnośnie prezentu na urodziny, wtedy też odpowiedziałam, że chcę taką zwykłą i normalną kosiarkę – parsknęła śmiechem. – A potem słowo stało się ciałem i kosiarka jest!
    - A po co ci kosiarka? – dopytywała Lidka.
    - Jak to po co? – Iwonie ręce opadły niemal do pokładu. – Do koszenia trawy! Nigdy nie miałaś problemów z utrzymaniem ogrodu?
    - Lidka ma od tego firmę porządkową – podpowiedział Romek.
    - Ale ja nie mam. Robię to sama.
    - My też kosiliśmy działkę w Pokrzywnie, pamiętasz? – Dorotka popchnęła mnie na ławeczkę, po czym usiadła mi na kolanach.
    - Spocznijcie! – zaproponowała, chociaż miejsc nie było zbyt wiele. – Piętrowo powinniśmy się tutaj wszyscy zmieścić.
  • #45
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    No i zmieściliśmy się, Iwona zaś kontynuowała relację.
    - Słuchajcie, my nie jesteśmy milionerami, tak jak wy…
    - Przecież jesteście – przerwała jej Lidka, mając pewnie na myśli sprzedaż Pokrzywna.
    - Cicho, do cholery! – Iwona podniosła głos, po czym zaśmiała się i spuściła z tonu. – Dopiero teraz jesteśmy – tłumaczyła. – Ale ja opowiadam o tym co było i co jest, bo pieniądze za Pokrzywno zupełnie nie mają wpływu na nasze bieżące życie.
    - To naturalne – poparła ja Dorotka. – Kontynuuj, nie przejmuj się.
    - Aj, wybiła mnie z rytmu…
    - Zaczęłaś mówić, jaki jest podział ról na waszej działce – podpowiedziałem.
    - Właśnie! – odzyskała wigor. – Otóż mamy dom na działce dwunastoarowej. Nie jest tego wiele i tak dogadaliśmy się ze Stefanem, że on odpowiada za dom, budynek gospodarczy, ich stan techniczny i wszelkie instalacje, a ogrodem i wszystkim co tam rośnie, zarządzam ja. Oczywiście, jeśli w ogrodzie pojawiają się problemy techniczne, to Stefan je rozwiązuje, ale to ja je zgłaszam i ja oceniam, czy zastosowane działania są skuteczne.

    - Ty w razie nie jesteś lekarzem? – zapytał nieco złośliwie Romek. – Jakoś tak mi się obiło o uszy…
    - Lekarzem jestem w szpitalu i w przychodni – oznajmiła twardo Iwona. – A poza nimi jestem żoną, matką i gospodynią domową. Oraz ogrodniczką, amatorką, z bardzo różnymi, czasem dość wątpliwymi osiągnięciami. Ale mnie to bawi i nie zniechęca.
    - Rozumiem, że koszenie trawy należy do twoich obowiązków? – zapytała Dorotka.
    - Ależ tak! – roześmiała się Iwona. – W dodatku do ulubionych! I właśnie to było clou mojego życzenia. Kosiarka, którą teraz wyprowadzę, daje się uruchomić jednym naciśnięciem nogi, a potem sobie spaceruję, wącham zapach świeżo ściętych ziół, wystawiam twarz do słoneczka i nie ma tej wiecznej plątaniny sznurków! – zakończyła triumfalnym okrzykiem.

    - Ale teraz, po sprzedaży Pokrzywna, zlecisz to jakiejś firmie, prawda? – prowokował Romek.
    - Nic z tego – zaprotestowała. – Mowy nie ma!
    - Znam ten ból – wtrąciłem. – Pamiętam jak Dorotka walczyła kiedyś malutką kosiarką z chwastami wyrosłymi do pasa. I wcale nie zamierzała się poddać.
    - Co za bajki opowiadasz? – Iwona spoglądała na mnie z niedowierzaniem.
    - To nie bajki – Dorotka uśmiechała się tęsknie. – Nasze dawne dzieje, Tomkowi chyba wzięło się dzisiaj na wspominki.
    - Opowiadaj zatem, jak doszłaś do tego stanu! – wesoła Iwona próbowała drażnić Dorotkę. – Co tam jeszcze, oprócz koszenia trawy dzierżysz w zanadrzu?
    - A czego jeszcze nie wiesz? – odpowiadała roześmiana Dorotka. – Przecież wtedy w Podkowie opowiadaliśmy wam o wszystkim.

    - Ale że ja nie widziałam tego waszego występu w hotelu… – Lidka zacisnęła wargi. – Nigdy wam tego nie daruję!
    - Dlaczego? – pytała rozbawiona Dorotka.
    - Mnie pozbawić takiej przyjemności!? – Lidka wręcz eksplodowała. – A niby kto was połączył? Gdyby nie ja, Tomek nigdy by nie wpadł na pomysł, żeby ci się oświadczyć i teraz nie siedziałabyś na jego kolanach. Zmusiłam go do tego, a wy zostawiliście mnie samą, specjalnie żebym takiego spektaklu nie zobaczyła na własne oczy.
    - Tomek… – Dorotka zwróciła ku mnie głowę, a wtedy, wzdychając, mrugnąłem tylko powiekami i rozłożyłem ręce.
    - No cóż! – ona również westchnęła. – Był temat o prezentach, więc jutro dostaniesz go od nas. Wprawdzie był szykowany na twoje urodziny, ale niech tam. Wymyślimy później coś innego, a jutro wręczymy ci film, zmontowany z ujęć kamer monitoringu hotelowego, dokumentujący dość dokładnie tamtą sytuację. I to całkiem nieźle zrealizowany.

    - Pieprzysz! Macie to? Skąd?
    - Mamy dyrektora ochrony, a on ma swoje sposoby – wyjaśniła krótko Dorotka. – Tylko teraz będziemy mieć nowy problem, czyli co ci podarować na imieniny… ale poradzimy sobie, prawda? – spojrzała na mnie.
    - Teraz to dałaś po garach. Gdzie to mogę zobaczyć? – Lidka nie dawał nam odetchnąć.
    - Jutro dostaniesz płytę i odtworzysz, gdzie tylko zechcesz! – wyjaśniłem. – Możesz nawet u nas w domu.
    - Ale jesteście! Mogliście to wziąć na jacht.
    - A po co? To historia, może poczekać – zauważyłem.
    - Dla ciebie to już archaik! – zakpiła. – Już się tak zespoliłeś z Dorką, że obydwoje myślicie niczym wasza para bliźniaków. Ale ja pamiętam, jak kiedyś kwiliłeś, że cię opuściła, zdradziła i nie chce ci się żyć.

    - Nawet jakąś rzyć wskazywałaś mi zamiast – wpadłem jej w słowo. – Nie skorzystałem i nie żałuję. Przetrwałem wichry i wojny, mrozy i roztopy, a teraz mam cudowną dziewczynę, dla której zrobię wszystko co tylko mi każe i co potrafię. Koniec i kropka!
    - I to cię uratowało – mruknęła.
    Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale wtrącił się Stefan, mało dowcipnym tekstem, zmieniającym zupełnie temat rozmowy.
    - Marta wciąż nie może się temu nadziwić. Ostatnio mówiła, że na pewno jakiejś klepki ci brakuje…
    - O kim mowa? – zapytała Lidka.
    - O Dorocie…
    Iwona spiorunowała go wzrokiem, ale było za późno.

    - O! – Dorotka, nie zważając na gesty Iwony, roześmiała się swobodnie, jakby dotyczyło to kogoś innego. – A z czego tak wywnioskowała?
    Widziałem i wręcz czułem, jak Iwona się wierci i postanowiłem jej pomóc. Pamiętałem wprawdzie, że była lekarzem i Marta w tej sprawie jej zaufała, ale w końcu to ja byłem jej bratem, więc wobec mnie też powinna być lojalna, oczywiście poza tajemnicą lekarską.
    - Nic mi nie mówiłaś, że mieliście gościa – zaatakowałem. – Nieładnie tak wobec brata.
    Nieoczekiwanie Lidka wstała i wyciągnęła dłoń do Romka.
    - Chodź! Pooglądamy sobie ptaszki i wodną toń. Tomek, możemy skorzystać z twojego sprzętu?
    - Jasne. Bez ograniczeń.

    O dziwo, Romek bez sprzeciwu się podniósł i po chwili przeszli na drugą burtę, a wtedy Iwona już się nie krępowała.
    - Papla jedna! – rzuciła się na Stefana.
    - O, przepraszam! – bronił się. – Czyżby wizyta twojej byłej bratowej była tajemnicą państwową? Dlaczego twój brat nie ma o tym wiedzieć?
    - Zostaw mojego brata w spokoju! – zirytowała się.
    - Dajcie sobie siana! – aż wetknąłem ręce pomiędzy nich. – Załoga to obserwuje.
    - Sama bym ci o tym powiedziała, czy też wam – próbowała wyjaśniać, jednak poprawiła się dopiero, zauważywszy uważny wzrok Dorotki. – Słuchajcie, jestem teraz w lekkim rozkroku, gdyż Marta jest obecnie moją pacjentką i obowiązują mnie określone standardy.

    - Nikt cię nie namawia do ich złamania – zauważyłem. – Tym niemniej, o ile pamiętam, wasze przedwstępne spotkania zawsze zaczynały się co najmniej wieczorną imprezą.
    Stefan z boku dyskretnie potakiwał głową.
    - Więc z tej części spotkania żadna tajemnica cię nie obowiązuje, prawda?
  • #46
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Nie pytam o szczegóły – zastrzegła Dorotka, wpadając mi w słowo. – Jeśli jednak coś okaże się potrzebne, to dzwoń do mnie bez wahania. Ja dla Marty zrobię wszystko, co tylko będę mogła. I to niezależnie od jej opinii o mnie.
    - Uspokójcie się! – Iwona aż podniosła zaciśnięte pięści. – Daj mi coś do picia – zażądała od Stefana. I dopiero kiedy ugasiła pragnienie, zaczęła nam opowiadać.

    - Słuchajcie, może teraz naginam prawo lekarskie, ale wyznam, że Marta zaczęła się u nas leczyć jeszcze na prośbę Tomka, bo wtedy to nie było takie proste. Musiałam pokombinować żeby obejść rejonizację, która wtedy obowiązywała, ale się dało. Poza tym, nie zapominajcie, że przez ładnych parę lat była moją bratową. Była członkiem rodziny i ja z nią rozmawiałam o takich sprawach, o których nie wspominała nawet Tomkowi.
    - A czy ktoś mówi, że to źle? – przerwała jej Dorotka. – Ja też znam Martę i chętnie kontynuowałabym tę znajomość, ale to już tylko od niej zależy.
    - No… nie wiem – odparła Iwona. – Marta nosi w sobie wielki ładunek żalu do Tomka i do ciebie.
    - A do mnie to za co? Ja jej Tomka nie odebrałam – zastrzegła Dorotka. – Zrezygnowała z niego sama, na własne życzenie, nie dając mu żadnych możliwości obrony. Ani nawet dostępu do osobistej bielizny. Pozbawiła go wszystkiego, niech o tym nie zapomina.

    - Jakoś dziwnie jestem przekonana, że nie może ci wybaczyć właśnie tego, iż tak szybko wyciągnęłaś go z dna.
    - Przykro mi, jednak to jest już tylko jej problem – twardo oświadczyła Dorotka. – Dopóki na własne oczy nie ujrzałam pozwu rozwodowego, Tomek nie miał szans. Zawsze mówiłam, że nie ma mowy o żadnym naszym związku, jeśli porzuci żonę, prawda? – błysnęła ku mnie spojrzeniem, a wtedy pokiwałem głową. – Kochałam, chciałam, ale milczałam. Nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby budować nasz związek na gruzach budowli, którą oboje wznosili.
    - Uważasz, że takich gruzów teraz nie ma? – zapytał Stefan.
    - To nieistotne – oznajmiła spokojnie. – Budowlę unicestwiła Marta, a nie Tomek, więc te gruzy musi teraz wywozić sama. To jej decyzje zwolniły mnie z obowiązku dalszego czekania, gdyż ja czekałam. Nie zapominaj, że nasze dzieci rosły bez ojca, a ja wciąż wykazywałam się cierpliwością, nie chcąc jej krzywdzić.

    - A co byś zrobiła, gdyby takich zdarzeń nie było? – zapytał nieoczekiwanie.
    - Nie wiem – przyznała. – Chociaż w dzisiejszych czasach nie jest to przecież niczym niecodziennym, prawda? Bywa, że dzieci rosną, a tatusiowie gdzieś balują…
    - Ładnie mnie podsumowałaś – wtrąciłem, zdegustowany.
    - Co „ładnie”? – nacisnęła na mnie całym tułowiem. – Nieprawdę mówię?
    - Prawdę, i co z tego? W moim kontekście? Kiedy zdalnie kontrolowałaś każdy mój krok? Ale się „nabalowałem”! – westchnąłem ironicznie.
    - Ja kontrolowałam? – udawała zdziwienie.
    - Nie, to było ichnie KGB! – roześmiałem się przekornie. – Mam prośbę, zostawmy już te sprawy, wałkowaliśmy to w Podkowie. Iwona, powiedz lepiej co słychać u Marty, mam nadzieję, że Dorotka nie obrazi się na mnie za to pytanie.
    - W żadnym wypadku – zapewniła.

    Iwona tym razem nie zasłaniała się tajemnicą.
    - Powiem ci, a nawet wam – oznajmiła niemal entuzjastycznie – że jest lepiej niż… no… niż…
    - Czyli obawy się nie potwierdziły? – podpowiedziałem.
    - Dokładnie tak. Więcej na ten temat nie mogę mówić.
    - Więc teraz ty, Stefan, powiedz coś – zwróciłem się do niego. – Pewnie zabalowaliście jak zwykle…
    - Skąd to wiesz?
    - Z wykopalisk.
    Iwona najpierw zaczęła chichotać, ale w końcu się otworzyła. Znając ją, na to liczyłem.
    - Marta przyjechała do nas, bo miała ustalony termin następnej wizyty… myślę, że nie macie mi za złe, iż zatrzymuje się u nas.
    - Przestań! – Dorotka skrzywiła usta. – Sama bym tak zrobiła, mów dalej.
    - Więc, trochę posiedziałyśmy wieczorem, Stefan gdzieś tam pałętał się po garażu…
    - Nieprawda! – oburzył się. – Tomek, one mnie najpierw wygoniły!

    - Ale jesteś wrażliwy – Iwona demonstrowała niezadowolenie. – Miałeś nie przeszkadzać, bo to nie były tematy dla ciebie.
    - Tiaa… stałem się dobry dopiero wtedy, kiedy nie miały korkociągu i nie potrafiły się dobrać do kolejnej butelki.
    Iwonę skręcało ze śmiechu, widocznie Stefan trafił celnie.
    - A niby co miałyśmy robić? – łapała oddech. – Dzwonić po pogotowie techniczne?
    - Czyli zdrowie macie jeszcze całkiem niezłe – podkreśliłem bez wskazywania szczegółów.
    - Oj, było święto! – Iwona chyba wpadła w swój trans reporterki. – Takie zwyczajne zdrowie przez kilka godzin odsunęłyśmy na bok, widząc twardą determinację… – zaczęła znowu wpadać w histeryczny śmiech.
    - Siostra! Opowiadaj bez dygresji, dobrze?
    - Dobrze, już dobrze – spasowała i wróciła do spokojnej relacji.

    - Wiecie co? Przeprowadzałam z Martą bardzo poważną rozmowę…
    - Poczekaj, to wcale nie była poważna rozmowa – Stefan bezceremonialnie jej przerwał. – Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, wtem Marta powiedziała coś w tym stylu…
    - Cicho siedź! – Iwona podniosła lekko głos, jednak bez złości i natychmiast przejęła też inicjatywę, zwracając się do Dorotki. – Opowiadałam jej o tym co robię w ogrodzie i temat zahaczył o Tomka, gdyż właśnie Tomek zasugerował mi kiedyś takie, a nie inne usytuowanie naszej strefy wypoczynkowej. Z uwzględnieniem kierunku nasłonecznienia i cieni. A wtedy Marta nieoczekiwanie nawiązała również do ciebie.
    - Że jestem nienormalna?

    - Powiedziała to inaczej. Zaczęła jakoś tak, że urody ci nie brakuje i musi to przyznać. Czyli że jesteś ładna, młoda, wykształcona, bogata, mogłabyś mieć kogo zechcesz, a wzięłaś sobie przechodzonego prawie dziadka. Niby inteligentna osoba – mówiła – ale jakiejś klepki na pewno jej brakuje, bo inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć!
    - Przecież nie ma obowiązku tego rozumieć – Dorotka śmiała się, nie wyglądając na dotkniętą. – Ważne jest teraz tylko jedno. Że sobie radzi i nie choruje. Natomiast do was mam taką prośbę. Nie mówcie jej o tym co teraz powtórzę. Gdyby Marta miała kłopoty finansowe, to nie wahajcie się nam tego powiedzieć. Postaramy się jakoś pomóc. Nie chcę natomiast, żeby z góry o tym wiedziała, żeby nie prowokować jej komentarzy i ewentualnej niechęci. O ile ją poznałam, nie byłaby zachwycona taką deklaracją i mogłaby czuć się upokorzona, a tego wolałabym uniknąć.

    - Nie ma sprawy, niczego nie powiem, bo i przeważnie nie mam okazji – oznajmił Stefan.
    - Oczywiście! – zgodziła się Iwona. – W zasadzie o tobie nie rozmawiamy, wtedy wyszło to zupełnie wyjątkowo…
    - A o mnie? – wtrąciłem podchwytliwie.
    - Też nie – przyznała. – Przecież Marta, jeśli chciała, miała o tobie wiadomości od Joasi, albo ma je od Damiana.
    - Damian zbyt wiele jej nie powie – mruknąłem. – Ale rzeczywiście, przecież obydwoje spotykaliśmy się podczas spraw rozwodowych, więc i rozmawialiśmy ze sobą.
    - Czasami nawet w łóżku i to aż do rana! – roześmiała się Dorotka.
    Iwona wlepiła we mnie wzrok. – Braciszku… co ja słyszę?

    - Marta się nie przyznała? – zapytała ją Dorotka.
    - Nie…
    - Podyskutowali sobie jak za dawnych lat, a Tomek wrócił wtedy… taki zmęczony! – kpiła ze mnie w żywe oczy, przytulając się jednocześnie.
    - To się teraz nazywa dyskutowanie? – dociekał Stefan.
    - Tak, tak! Nie wiedziałeś? – Dorotka śmiała się serdecznie. Była teraz w świetnym nastroju. – Dyskutowanie! Ale powiem wam uczciwie, że nie mam o to pretensji do Tomka. Doszłam do wniosku, że zachował się właściwie i po dżentelmeńsku. Zaprosił swoją jeszcze żonę na pożegnalną kolację, w dodatku z tańcami. Nikt im nie przeszkadzał, pogruchali sobie, powspominali… poszli potem do łóżka jak za dawnych lat… powiedz Iwona, czy pożegnanie w takim stylu to nie jest czysty romantyzm?
    - Bardzo! – Iwona zanosiła się śmiechem.

    - No właśnie! Powiedz ilu mężczyzn stać na takie coś, żeby pożegnać swoją żonę, czy też partnerkę z takim przytupem? Bo żeby dostać się pierwszy raz do łóżka panienki, to i owszem, wielu jest gotowych zaoferować nie tylko kolację przy świecach.
    - Zdecydowanie!
    - Właśnie! Ale panowie żegnają się przeważnie chyłkiem, uciekają gdzieś, chowają się po kątach… A Tomek? Proszę bardzo! Nie zaprzeczył, ani nie wstydził się swojego dawnego wyboru. Uważam nawet, że w specyficzny sposób okazał Marcie szacunek, idąc z nią wtedy do łóżka.
  • #47
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Z czego tak wnioskujesz? – zainteresował się Stefan.
    - Jakby ci to powiedzieć… Otóż… skądinąd wiem, że nie był aż tak bardzo spragniony podobnych wrażeń i damskiego ciała.
    - Och, ciekawski! – skrzywiła się Iwona.
    - Zostaw go, nie zamierzam przed wami niczego ukrywać – oznajmiła Dorotka obojętnie. – I chociaż sama jestem monogamiczna, oraz bardzo zazdrosna, to ten wyskok Tomka przyjęłam z zupełnym spokojem. Chyba to potwierdzisz, prawda? – objęła mnie za szyję i pocałowała.
    - Prawda, Słoneczko!
    - Ale na powtórkę z rozrywki nie masz już zgody. Pożegnanie się dokonało i wystarczy!
    - Trudno żeby było inaczej – poparła ją Iwona.
    - A ja nie słyszałem, żebym zaprzeczał – teraz to ja pocałowałem Dorotkę.
    - Przestańcie się całować! – zawołał Stefan.

    - Ależ tobie też nikt tego nie zabrania – podpowiedziała Dorotka. – Mógłbyś być trochę bardziej romantyczny i porwać na przykład Iwonę pod pokład.
    - Iwona mówi, że jej tam duszno.
    - A próbowałeś bez obecności świadków? – dociekałem.
    - Dobrze, dobrze. Już ty się o mnie nie martw! – Iwona próbowała nas przekonać, że te namowy nie przypadły jej do gustu.
    - Ale się wrażliwa zrobiłaś… jakbym to źle ci życzył.
    - Powiedzmy, że sama zadecyduję, co jest dla mnie dobre – ucięła krótko.
    - Oj, niech będzie. Siostrzyczka, mam wrażenie…
    - A jak wyglądają teraz twoje spotkania z Justyną na szkoleniach? – Dorotka przerwała mi wątek.

    - Oj! – Iwona zaniosła się śmiechem. – To była sensacja! Słuchaj, słuchajcie! Ja też bym chciała dostać wasz film, ten który obiecaliście Lidce. Ależ to by była rewelacja!
    - Dlaczego?
    - Słuchajcie! – aż nie mogła mówić z wrażenia. – My tam jesteśmy dość zwartą grupą, chociaż skład osobowy kolejnych zajęć zawsze się trochę różni, ale ja nie o tym. Otóż przeważnie jesteśmy ze sobą na pani, pan. Niby się znamy z widzenia, niemniej konwencja jest przestrzegana. A ja od dawna jeżdżę na te szkolenia z takim kolegą z Katowic, z którym jesteśmy na ty, bo poznaliśmy się przed wieloma laty i po prostu się znamy. Takich mini zespołów jest kilka, ale to wyjątki, w większości zwracamy się do siebie oficjalnie.
    A teraz wyobraźcie sobie, ja mu niczego wcześniej nie mówiłam – zastrzegła – mamy następne wykłady, przyjechaliśmy do hotelu i tam Justyna wita mnie objęciami. Oczywiście mówimy sobie po imieniu, a Czarek stoi i robi wielkie oczy. Ależ miałyśmy z niego ubaw!
    - Dlaczego? – zapytałem.
    - Słuchaj, chciałbyś zobaczyć jego minę, kiedy mu powiedziałam, że Justyna jest teraz moją kuzynką!

    - Jasne.
    - Wiesz jakie to wzbudziło zainteresowanie? Musiałyśmy opowiedzieć o tym waszym sławetnym wejściu do hotelu przed Wielkanocą, czyli jak zostałyśmy kuzynkami. Oczywiście bez żadnych szczegółów, ale i tak wasz numer został uznany za hit sezonu.
    - Iwona, płytę dostaniesz – powiedziała Dorotka bez entuzjazmu. – Możesz nawet ją odtworzyć dla tego towarzystwa, jednak proszę, aby nikt nie miał okazji jej skopiować. Dobrze?
    Iwona spoważniała.
    - Dobrze. Obiecuję! A czy mogę wiedzieć dlaczego masz takie zastrzeżenia?

    - Możesz, to przecież nie jest żadną tajemnicą. Otóż w mojej branży najmniej pożądaną rzeczą jest zaistnienie w portalach plotkarskich, gdyż to podważałoby zaufanie do banku jako takiego. Skoro kieruję poważnym przedsięwzięciem, to nie mogę się równać z panienkami znanymi wyłącznie z tego, że są znane, gdyż stawiałabym się na ich poziomie. Klienci mogliby mi zarzucać, iż noszę swoje cztery litery wyżej ich interesów. To jest niedopuszczalne i jestem bardzo szczęśliwa, że na razie mam spokój.
    Może właśnie dlatego, że wciąż dmucham na zimne. Gdybym tak miała urodę starej wiedźmy, to pewnie marzyłabym o zainteresowaniu mediów, ale nie w sytuacji jaka jest. Wybacz, możesz mnie teraz uznać za pyszałkowatą i zarozumiałą bratową, ale ja wiem jaka jestem. Wspominałam wam już przecież, jak dostałam propozycję sesji zdjęciowej do Playboy-a za milion dolarów. Nie muszę więc udawać, że nie wiem, iż jestem kobietą wzbudzającą zainteresowanie panów.
    - Rzeczywiście, mówiłaś o tym. Milion dolarów!... – westchnęła Iwona.

    - A jakie to ma znaczenie za ile? Zresztą, co to jest milion dolarów? Iwona! Trzy dni temu, nie wystawiając ciała na publiczny pokaz, zarobiłam milion trzysta tysięcy zielonych i to jeszcze z maleńkim kawałkiem. Po co mi Playboy? – roześmiała się swobodnie, zadowolona z siebie nadzwyczajnie.
    - Jakim cudem? – Iwona nie dowierzała.
    - Nawet nie pytaj, bo i tak niczego nie zrozumiesz – odpowiedział jej Stefan. – To jest tak, jakbyś próbowała wyjaśniać laikowi skomplikowaną procedurę medyczną, używając przy tym fachowych określeń po łacinie. Niczego nie zrozumie i ty też niczego się teraz nie dowiesz. To jest najwyższa finansowa szkoła jazdy i nawet ja, wprawdzie niby się orientuję o co chodzi, ale bałbym się zaryzykować chociażby złotówkę.
    - To prawda, statystyki są tutaj bezlitosne – potwierdziła Dorotka. – Osiemdziesiąt procent grających przegrywa, w tym najlepsi bankowi maklerzy i wszelkiej maści finansowi geniusze. To jest rynek rekinów, tutaj gra się na stawki o niebo wyższe niż w kasynach Las Vegas!

    - I ty w to grasz?
    - Czasami, jeśli mam trochę wolnego czasu.
    - I zawsze wygrywasz?
    - Nie przesadzajmy – Dorotka roześmiała się. – Ale nabieram wprawy i jakoś sobie radzę.
    - Dorota, a jak uważasz, mógłbym tego spróbować? – zapytał z nadzieją Stefan, jednak odpowiedź padła chyba nie po jego myśli.
    - Sądzę, że nie – odparła zdecydowanie. – Stefan, przede wszystkim nie masz dostępu do tych serwisów, który mam ja. Nie znasz przesłanek, nie masz też podległego ci, analitycznego zespołu specjalistów, który na bieżąco przygotowuje różne warianty postępowania w zależności od rozwoju sytuacji. A ja to dostaję gotowe. No i nie masz środków w takiej wysokości, którymi możesz zaryzykować w różnych układach, aby się to opłacało. Bo stawianie wszystkiego na jedna kartę jest nonsensem.

    - Z tym się zgodzę – potwierdził. – A ile ty stawiasz?
    - Różnie. Ale na te wszystkie zabawy przeznaczyłam teraz pięć milionów dolarów. Jeśli je przegram, to moja aktywność na rynku forex będzie zakończona, więcej nie zamierzam tam stracić.
    Mina Iwony oznajmiała wszystko. Kwota wymieniona przez Dorotkę zrobiła wrażenie.
    - Jesteś w stanie przełknąć stratę pięciu milionów dolarów? – zapytała, wręcz sepleniąc.
    - A dlaczego nie? – zdziwiła się Dorotka. – Iwona, zrozum! Ja obracam tymi pieniędzmi od dawna i dzięki nim zarobiłam już trochę. Dlatego nie będę płakała, kiedy mi się noga powinie i je stracę. One zrobiły swoje i się rozmnożyły, a więcej nie zamierzam inwestować w tak niepewny sposób. To nie jest optymalne rozwiązanie.
    - Jezu, pięć milionów zielonych! – wzdychała Iwona.

    - Nie licz ich. Wcześniej, albo później i tak je przegram – oświadczyła Dorotka. – Taka jest kolej rzeczy. Wtedy też przestanę grać. Ale zostaną mi te pieniądze, które tymi pięcioma milionami zarobiłam.
    - A ile to jest? – dociekał Stefan.
    - To już jest moja słodka tajemnica – odparła. – Mogę cię tylko zapewnić, że nie straciłam na tej zabawie.
  • #48
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Czyli nadal jesteś milionerką? – Stefan nie ustępował.
    - A i owszem! – roześmiała się. – Nie przejmuj się, ty też zostałeś milionerem, więc możemy pogadać jak równy z równym.
    - Tylko on jest złotówkowy, a ty dolarowa – żartobliwie zauważyła Iwona.
    - Co z tego, damy sobie radę, prawda Stefan? Nie byłeś jeszcze milionerem i też nieźle nam się rozmawiało. A i z tobą – zwróciła się do Iwony – nie miałam jakichś problemów z komunikacją…
    - Z tobą dobrze się rozmawia. Powiem ci szczerze, że jestem pod wrażeniem i zauważam, jak doskonale potrafisz trafiać do ludzi.
    - W jakim sensie?
    - Nawet nie wiem jak to określić, ale ty jesteś… zwyczajna, chciałoby się powiedzieć. Taka normalna! – roześmiała się.
    - A reszta to nienormalni – podpowiedział Stefan.
    - Nie sprowadzaj wszystkiego do absurdu! – odparowała zniesmaczona Iwona. – Chciałam powiedzieć, że z Dorotą da się rozmawiać jak ze znajomą. Nie zadziera nosa ani wobec nas, ani wobec innych. To się daje zauważyć.

    - Ciekawe, czy byś chciała mieć taką szefową – przerwałem jej. – Dorotka wśród znajomych to jedno, ale w pracy nie jest już taka łagodna.
    - Narzekasz na mnie? – spojrzała z przekąsem.
    - Nie, miałem na myśli zwykłych pracowników, chociaż…
    - Na wykładach jestem jeszcze inna – wpadła mi w słowo. – Praca jest pracą. Ja nie niszczę ludzi, ale wymagam od nich pełnego zaangażowania, bo za to mi płacą, a ja płacę im! Dlatego bywa czasami, że nie mogę się bawić w Wersal. Praca ma być wykonana i to nie podlega dyskusji. Bawić się można potem.
    - A dla studentów? – Stefan nie odpuszczał.
    - Coś pośredniego – uśmiechnęła się. – Wszystko jednak zależy już od tego, czy Tomek się zgodzi na moje wykłady. Przyrzekłam, że dostosuję się do jego wyobrażeń.
    - Aż tak? – zdumiała się Iwona.
    - Widzisz, nie chciałabym żeby Tomek poczuł się w naszym związku pomijany, bo jest tak samo ważny jak i ja. Obydwoje mamy…

    - Czy ja się kiedyś skarżyłem? – przerwałem jej, dodając zaraz wcześniejszą myśl, aby mi nie umknęła. – Zapytałaś czy nie narzekam, a ja miałem na myśli komentarz Olgi Zwieriewej, która po twoim wystąpieniu na pamiętnym zebraniu zarządu w Moskwie, powiedziała mi podczas wieczornego tańca, że jesteś pierwszą kobietą, której bez wahania by się podporządkowała, jeśli zostałaby jej przełożoną.
    - Tak? Nie mówiłeś mi o tym.
    - Mówiłem, na pewno mówiłem, tylko natłok wrażeń nie pozwolił ci tego zapamiętać.
    - Zapamiętałabym, nie obawiaj się – uśmiechnęła się znacząco.
    - Może… nie będę się kłócił – dałem tyły, chociaż coś mi się nie zgadzało.
    W głowie miałem jakieś mało określone wrażenie, że teraz się myli, chociaż za nic nie mogłem sobie przypomnieć kiedy o tym rozmawialiśmy. Jednak przekonanie, że taka sytuacja w ogóle miała miejsce, narastało z każdą sekundą.
    - Dobrze, kochanie. Nie będziemy kontynuować tej dyskusji, zgadzasz się?
    - Oczywiście – byłem zgaszony. Roztrząsanie przypadku nie miało sensu.
    - Wolałabym wprawdzie szampana, będę jednak usatysfakcjonowana, jeśli przyniesiesz mi wody z bąbelkami, bo już zasycham.
    - Jak sobie życzysz, Słoneczko – odparłem, ruszając w czeluście pod pokładem, gdzie znajdowała się chłodziarka.

    Pozostała część rejsu upłynęła nam w zupełnie luźnej i swobodnej atmosferze. Nie poruszaliśmy już żadnych ważnych tematów, koncentrując się bardziej na obserwacjach okolicy. A pod wieczór jacht zacumował do jakiejś przystani, gdzie mieliśmy zjeść kolację.
    Ale spotkała nas niemiła niespodzianka. Kolacji nie było.

    Właściciel tutejszego ośrodka miał telefoniczne zgłoszenie od Lidki, ale ponieważ nie było oficjalnego pisma, zamówienie zignorował, uznając je za dobry dowcip sezonu. Dlatego nasze pojawienie się wywołało popłoch. Kolacja nie była przygotowana, do dyspozycji były tylko resztki zwyczajnych, popularnych dań barowych, a takie niezbyt nas interesowały.
    Jednak osoba Lidki była i tutaj znana. Kiedy się pojawiła, sprawy przybrały inny obrót. Ktoś odpowiedzialny ściągnął szefa kuchni i coś jednak dla nas upichcono. W końcu mogliśmy się posilić. Nie było to nic nadzwyczajnego, jednak smażone ryby smakowały teraz nie najgorzej. Kucharz później dotrzymał nam towarzystwa, dopóki nie zjawił się właściciel z przeprosinami.

    Jak się okazało, cała sytuacja powstała dlatego, że nie mogli uwierzyć w realność Lidki zamówienia. Podejrzewali, że telefon był żartem. Właściciel w rewanżu nie chciał też przyjąć zapłaty, jednak Dorotka zdecydowanie, chociaż po cichu poleciła Stefanowi zapłacić kartą za nas wszystkich, więc Stefan się nie wahał. Tak było lepiej, gdyż Dorotka nigdy nie zostawiała za sobą nieuregulowanych rachunków, to na jej stanowisku było niedopuszczalne.

    Podczas kolacji dyskutowaliśmy też o dalszym ciągu wieczoru. I chociaż właściciel zapraszał na dyskotekę, wygrała jednak opcja Iwony, która straciła zainteresowanie wycieczką i chciała wrócić do Pokrzywna. I Dorotka szybko ją poparła. Potańczyć mogliśmy i tam. Dlatego z ulgą powitaliśmy hotelowy mikrobus, który po nas przyjechał. Z pomocą załogi jachtu zapakowaliśmy do niego cały swój dobytek i pożegnawszy się z załogą, pojechaliśmy do domu.
    - Co robimy jutro? – zapytałem Dorotkę jeszcze podczas podróży.
    - Iwona! Zrobimy sobie jutro dzień remontowy, co? – zaproponowała.
    - W jakim sensie? – Iwona w pierwszej chwili nie zrozumiała.
    - Odnowę biologiczną. Lidka zamówi nam spa do wyłącznej dyspozycji.
    - Jak najbardziej – zgodziła się Lidka. – Ale ja idę z wami! Wszystko zaraz ustawię, a zaczynamy od dziewiątej.

    - A my? – dopytywał Stefan.
    - Macie czas wolny! – Iwona wręcz zaśpiewała.
    - To ja pójdę poćwiczyć odbicia na ścianie.
    - A ja będę uczył się golfa – oznajmił Romek.
    - A ty? – Dorotka spojrzała na mnie.
    - Nie wiem – przyznałem. – Pogram w tenisa ze Stefanem, jeśli się zgodzi, a potem zrobię odprawę kadry. Pamiętasz chyba, że jutro przyjeżdża dyrektor Protasiuk i chyba Paweł też się pojawi.
    - Wyślij go do mnie – podpowiedział Romek.
    - Redaktor ma przyjechać z Beatą, więc jeśli zechce, to wyślij ją do nas – podpowiedziała Dorotka. – My wyjdziemy dopiero w okolicach pory obiadowej, czyli dołączę do was dopiero po obiedzie.
    - Znaczy… jutro nie biegamy?
    - Jeśli mnie jeszcze dzisiaj wytańczysz, to bieganie ci daruję. – obiecała.

    Tak też się stało. Nasz stół pod strzechą niezmiennie na nas czekał, a za nim czuliśmy się zdecydowanie swobodniej niż gdzieś tam w gościach. Tutaj też nie musieliśmy się nigdzie spieszyć, a że parkiet nie był nadmiernie zatłoczony, opuściliśmy go grubo po północy. Nie ma to jak nad jeziorem Wylewa!
  • #49
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Wizyta naszych pracowników nie była jednak najważniejszą podczas tego urlopu. Bardziej zapamiętałem tę późniejszą, tuż przed ostatnim tygodniem lipca, kiedy w Pokrzywnie zjawił się Igor Stiepanowicz z Aloną, teraz już jego oficjalną żoną, oraz Borys z Iriną. Rosyjscy goście natomiast spędzili u nas noc, a przed wieczorem następnego dnia Dorotka przydzieliła im za przewodnika Beatkę, wyposażoną w odpowiednie instrukcje oraz niemałe pełnomocnictwa i również wysłała do stolicy. Mieliśmy wtedy nieco inne plany na resztę urlopu, a nasi moskiewscy znajomi zdecydowanie z nimi kolidowali.

    Tak w ogóle, całe zaproszenie było rewanżem dla Iriny za organizowanie nam programu kulturalnego podczas wizyt w Moskwie i trzeba przyznać, że ta dziewczyna zasługiwała na to ze wszech miar. Niby taka lekko bujająca w obłokach, wciąż jakby troszeczkę zaspana, będąca zupełnym przeciwieństwem Dorotki, a jednak już podczas pierwszej kolacji w „Carskim Siole”, między nimi wytworzyła się swoista nić porozumienia. Może nawet sympatii, sam już nie wiem jak takie zjawisko nazwać.

    Może wzięło się to stąd, że Irina była zawsze sobą. Niczego nigdy nie udawała, niczego Dorotce nie zazdrościła. Była taką otwartą księgą, gotową zaakceptować wszystkich, którzy podzielają jej artystyczne upodobania. I pewnie to stało się źródłem jej gotowości do niesienia nam pomocy. Czyniła to z entuzjazmem, bezinteresownie, niezmiennie zadowolona z naszej ciekawości. Gotowa też wszystko tłumaczyć, objaśniać i podpowiadać.
    Nie interesowała jej polityka, gospodarka czy też banki. Jej świat był zupełnie inny! Dlatego zwykła z nią rozmowa była dla nas ciekawym doświadczeniem, nawet wręcz wypoczynkiem.

    Dorotka bez trudu rozszyfrowała jej osobowość i w towarzystwie samej Iriny najczęściej zrzucała z siebie gorset amerykańskiej pani dyrektor, pokazując całkiem inną twarz. Twarz z tamtych miesięcy, spędzonych ze mną nad jeziorem. Twarz zwyczajnej, chociaż bardzo inteligentnej i ciekawej świata dziewczyny. Takiej, która chłonie nauki i zawsze jest wdzięczna nauczycielom, że chcą się z nią dzielić swoją wiedzą.
    Możliwe też, że Irina rozumowała podobnymi kategoriami i to był właśnie powód ich nigdy niewypowiedzianej zażyłości.

    Równie wielka sympatia, nie rozciągała się jednak u Dorotki na całe towarzystwo. W końcu byli to, w pewnym sensie, tylko jej podwładni. I chociaż było oczywistym, że Irinę musimy zaprosić łącznie z Borysem, jednak Igora mieliśmy zamiar pominąć. Na to jednak nie zgodziła się… Helena!
    Usłyszawszy któregoś wiosennego dnia naszą wieczorną rozmowę, bezceremonialnie mnie zbeształa, że pomimo tak długiego pobytu nie znam jeszcze wschodnich zasad gościnności. Później wytłumaczyła Dorotce, że pominięcie Igora byłoby w tej sytuacji niewybaczalnym błędem, no i dla zasad, musieliśmy zaprosić również jego. On natomiast, z podobnych względów nie mógł nam odmówić i koło się zamknęło. Zamiast planowanego wcześniej relaksu z Iriną, mieliśmy teraz dwa, średnio rozrywkowe dni i trochę organizacyjnych kłopotów na głowie. Cóż, taki był właśnie urok naszej pracy.
    A wszystko zaczęło się jeszcze poprzedniej wiosny.

    Z drugim pobytem Dorotki w Moskwie wiązała się mała zabawa dla mnie i wytchnienie po naszych kilku początkowych, bardzo pracowitych tygodniach w banku. Odległy czas, ponad rok temu. Miesiąc wtedy jeszcze nie minął od pamiętnej chwili przed świętami, kiedy podarła mój bilet na powrotny rejs samolotem do Moskwy. A późnej opracowaliśmy scenariusz naszej przyszłej, wspólnej wyprawy do Moskwy.

    Była to bardzo poważna sprawa. Musiałem się tam zjawić, żeby pozabierać swoje rzeczy i zwolnić mieszkanie, ale problem był o wiele głębszy. Chodziło o kwestię następstwa po mnie, czyli jaką decyzję podejmie Łukasz. Czy przyjmie ofertę pracy dla Dorotki, co przecież wymagało od niego dokładnego przemeblowania swojego życia, czy też nie. Ale wtedy Dorotka znalazłaby się w sytuacji nie do pozazdroszczenia.
    A jeszcze dodatkowe komplikacje pojawiły się już w okresie świąt, kiedy Ania niespodziewanie skontaktowała się z Dorotką i niedwuznacznie zasygnalizowała, że jej związek z Krzysztofem nabiera ostatecznych kształtów. W takiej sytuacji chciałaby skorzystać z jej dawnych obietnic, czyli wyjechać z Moskwy do Nowego Jorku. Bo on skłaniał się ku temu, żeby pojechać teraz wraz z nią.

    Dla Dorotki oznaczało to ni mniej, ni więcej, tylko stratę również drugiego swojego człowieka w Promtorginvest Banku i przekreślenie planów odnośnie Krzysztofa. Jego nie mogła już brać pod uwagę w swoich planach. W dodatku Ania otwarcie prosiła o pomoc w znalezieniu mu zajęcia w Nowym Jorku, gdyż Krzysztof miał małe szanse, aby przełożeni zgodzili się na służbowe wysłanie go z Rosji do Stanów. Stało się jasnym, że będzie musiał zrezygnować z pracy w strukturach dyplomatycznych raczej już na stałe. Ania, zawsze taka posłuszna, miała prawo liczyć na pomoc Dorotki w tej kwestii, doskonale to rozumieliśmy. Jednak pomysłów jak i kim to zrekompensować jeszcze nie było.

    Pozostawał temat pracy Łukasza, a może też pracy dla jego żony. Czy potraktował ofertę Dorotki poważnie? Czy przemyślał temat i rozważył skutki swojej decyzji? Mógł przecież nie uwierzyć w kwestie finansowe, a prestiż pracy w ambasadzie był na pewno większy niż praca w rosyjskim banku. Co zatem przeważy? A może w ogóle nie brał tego pod uwagę?
    Ponadto jakie było zdanie jego żony, czy zgodzi się na takie rozwiązanie? Nie znaliśmy tej osoby, a przecież to jej głos mógł być w tej sprawie decydujący. W dodatku, Łukasz, nawet przyjmując propozycję, musiałby sam uczyć się wszystkiego od początku, co na pewno ponad wszelką miarę absorbowałoby zarówno mnie jak i Dorotkę. Ktoś musiałby go przez parę miesięcy prowadzić niemal za rączkę, tak jak Dorotka początkowo prowadziła mnie.

    Ania nie wyjechała wtedy do Moskwy w planowanym terminie, gdyż Dorotka zaraz po świętach ściągnęła ją do siebie i mimo nawału zadań, odbyliśmy u nas w domu naradę niemal wojenną, która zakończyła się podjęciem ważnych ustaleń. Ona miała spotkać się z Łukaszem i poufnie przekazać mu ostateczną ofertę Dorotki, obejmującą również jego żonę.
    Dorotka nie chciała sama kontaktować się z nim ani telefonicznie, ani mailowo, obawiając się, że jej propozycja mogłaby skomplikować mu sytuację w pracy. Szyfru bankowego Łukasz nie miał, a zwykłe rozmowy na pewno były podsłuchiwane, poczta zaś przechwytywana. Dlatego wysyłanie takiej informacji otwartym tekstem byłoby wielką nieostrożnością.

    W sytuacji przyjęcia oferty, Ania dostawała zgodę Dorotki na wyjazd, jednak dopiero podczas wakacji. Do tego czasu miała pomagać Łukaszowi i jego żonie w poznawaniu swoich obowiązków. Natomiast Krzysztof miał się sam określić, czy będzie się starał o przeniesienie na placówkę do Stanów, czy odejdzie z ambasady i podejmie pracę w banku. Poza tym uzgodniliśmy też, że przyczyn mojego odejścia z banku Ania na razie nikomu nie ujawni. Chciałem na własne oczy zobaczyć reakcję moich byłych szefów, kiedy ujrzą mnie razem z Dorotką.

    Natomiast Dorotka zaraz po świętach powiadomiła Igora, że ja do Moskwy już się nie wybieram. I że ma podpisać rozwiązanie ze mną umowy o pracę za porozumieniem stron, z przekazaniem do pracy w Warszawie. Jest również proszony o przesłanie wszystkich dokumentów z tym związanych.
    Oczywiście, nie wyjaśniła mu jednak żadnych przyczyn takiej decyzji. Dlatego też, w moskiewskim banku zupełnie nie wiedzieli co się stało. W dodatku Ania zjawiła się tam z opóźnieniem i również niczego nie wyjaśniła, zapowiadając tylko rychły przyjazd szefowej. A to nastąpiło po kilku tygodniach.

    Tym razem Dorotka nawet nie próbowała się kamuflować jako zwyczajna pasażerka, lecz skorzystała z punktowego programu linii lotniczych. Figurował przecież w ich wykazie jako małżonka Johna, z przysługującym jej najwyższym uprzywilejowaniem, dotyczącym również osoby towarzyszącej w podróży. Wtedy przecież formalnie nic innego nas jeszcze nie łączyło.
    Dlatego też, na Szeremietiewie wylądowaliśmy pod wieczór w saloniku dla najważniejszych VIP-ów, co wprawiło Igora w niemałą konsternację. A my bawiliśmy się wtedy doskonale.
    - Priwiet, drug! – wołałem roześmiany, ściskając mu dłoń, kiedy wręczył już bukiet róż Dorotce. – Kak wasze dieła? Rasskazywaj!
    - Wow! – westchnął zupełnie nie po rosyjsku. – A ja, durak, dumał, szto tiebia uże bolsze nie uwiżu…
    - Padażdi! Nicziewo strasznowo, nie pierieżywaj! Ja żyw i żyt’ budu!
    - Gospodi, pamiłuj! – zawołał, kręcąc głową z niedowierzaniem, uśmiechnięty jednak od ucha do ucha.

    Cóż się dziwić Igorowi! Sytuację miał niezbyt komfortową, ale wybrnął z niej całkiem znośnie, nie dziwiąc się niczemu i akceptując wszystko co widział i co robiliśmy. Nauka z poprzedniej wizyty Dorotki w las nie poszła. Przecież od tego czasu traktował mnie zupełnie inaczej. Zresztą, gdybym tu został, miałbym chyba najmniej stresującą pracę w życiu. I szefów, którzy wobec mnie czuli nie tylko respekt, ale też nie znali roli, którą w banku pełniłem. Nie wiedzieli o zamierzeniach, obawiali się mnie i moich ocen, a także nieznanych im możliwości działania oraz wpływu na ich dalsze losy.

    Na szczęście nie wiedzieli również, że to wszystko są strachy na lachy. Że nie mam ani zamiaru, ani też zbyt wiele czasu na zajmowanie się nimi, a tak naprawdę, niewiele ode mnie zależy. Oczywiście, pod warunkiem, że nie nadepną mi zbyt mocno na odciski, gdyż alternatywy dla nich raczej nie widziałem i tylko nadzwyczajne okoliczności mogły zmienić tę optykę. W normalnych warunkach mogli spać spokojnie, byłem dla nich w zasadzie niegroźny.
  • #50
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Trochę się jednak zmieniło i tym razem, ten sam apartament w moskiewskim hotelu zajęliśmy zupełnie oficjalnie. Nie było przecież powodów aby ukrywać nasz związek, co zresztą Igor przyjął z pełnym zrozumieniem. Tak typowo po rosyjsku. Tutaj nie takie historie się zdarzały, więc okazywanie zdziwienia byłoby bardzo passé i raczej do tego nie dochodziło.
    Igor chciał również zaprosić nas na kolację, jednak Dorotka zdecydowanie odmówiła, wyjaśniając zupełnie szczerze i otwarcie, że mamy zaplanowane wieczorne spotkanie z polskimi dyplomatami, więc nie wchodzi to w rachubę, co przyjął ze zrozumieniem. Mówiąc o dyplomatach, nie chciała go straszyć, że szykuje jakieś zmiany w zarządzie banku i mieliśmy nadzieję, że będzie teraz spał spokojnie. Dlatego, po uzgodnieniach harmonogramu następnego dnia, pozostawił nas samych.

    A po niecałej godzinie, spotkaliśmy się w hotelowej restauracji Sheratona z całą resztą spiskowców, czyli z Anią, Krzysztofem, oraz Łukaszem i jego żoną Kingą. Ładna i zupełnie sympatyczna kobieta, chociaż napsuła nam później niemało krwi, stawiając się ciągle w opozycji do Dorotki i bezpodstawnie traktując ją jako rywalkę.

    Może nawet sami to sprowokowali, bo przecież na początku nie rozmawialiśmy o sprawach poważnych, tylko raczej o przeszłości, a szampan rozluźnił języki i atmosfera wieczoru wydawała się całkiem niezła. Opowiadaliśmy z Anią wesoło o naszym życiu w dwóch sąsiadujących ze sobą mieszkaniach i o sypianiu po dwóch stronach tej samej ściany, kiedy Łukasz wszedł nieoczekiwanie na temat dawnej, wspólnej z Dorotką pracy w miejskiej administracji. Wspomniał też o aurze, która ją wtedy otaczała, kiedy spotykała się z niezasłużoną niechęcią otoczenia, a nawet wręcz szykanami tylko dlatego, że była piękna oraz niedostępna. No i nie chciała uczestniczyć w ogólnych, alkoholowych imprezach.

    Chyba wtedy Kinga domyśliła się, że kiedyś czuł do niej miętę i od razu jej nastrój się zwarzył. Później, podczas konkretnej, niby rzeczowej dyskusji, zaczęła mnożyć trudności, w efekcie czego Łukasz nie był w stanie podjąć żadnej decyzji, a sytuacja przybrała nieciekawy obrót.
    Inteligentna kobieta, może gdyby była zupełnie trzeźwa, potrafiłaby przełknąć wszystko bez słów, ale alkohol pozbawił ją samokrytycyzmu. Widocznie należała do tej części ludzi, którzy nie powinni pić w ogóle, gdyż ich psychika zbytnio się wtedy zmieniała. Nie cierpiałem imprez z udziałem takich osób. Ja pijałem po to żeby się bawić, a nie zabijać, więc to nie była osoba z mojej piaskownicy.
    A jednak to ja ją spacyfikowałem.

    Nie była wtedy bardzo pijana, zaledwie na rauszu, z czego zdawałem sobie sprawę, gdyż obserwowałem ją dyskretnie od samego początku. Można z nią było normalnie rozmawiać, język jej się nie plątał, dlatego nieoczekiwanie, kiedy atmosfera już gęstniała, poprosiłem ją o rozmowę w cztery oczy. Była zaskoczona, jednak Łukasz natychmiast się zgodził, a Dorotki nawet nie pytałem, znając jej oczekiwania. Kinga, po pewnych wahaniach, przystała na taki układ, odeszliśmy więc kilka stolików dalej, aby zapewnić sobie jako taką poufność naszego dialogu, pozostając jednak w zasięgu wzroku pozostałych biesiadników.
    - Co pani sobie zażyczy, madame? – zapytałem, kiedy zajęliśmy miejsca.
    Oczywiście, z pełną gracją pozwoliłem jej na wybór miejsca i podsunąłem wcześniej krzesło, a kelner natychmiast zjawił się przy nas.
    - Mogę poprosić o kieliszek szampana? – zapytała niezbyt pewnie.
    - Don Perignon dla nas! – zaordynowałem i po chwili pyszniły się przed nami rżnięte szkła, wesoło błyskając uchodzącymi bąbelkami gazu.
    - Za pani pomyślność i pani zdrowie! – uniosłem kieliszek. Odpowiedziała mi skinieniem głowy i zwilżyła wargi trunkiem, tak jak i ja.

    - Czemu zawdzięczam pańskie zaproszenie? – zapytała, nie odstawiając kieliszka i bawiąc się nim, jakby chciała ukryć swoje myśli.
    - Mogę być szczery? – odpowiedziałem pytaniem.
    - Liczę na to, chyba dlatego odeszliśmy od wspólnego stołu – odparła bez skrępowania.
    Jej wzrok co raz wędrował w tamtym kierunku i sprawdzał chyba, co robi Łukasz i Dorotka. Bez wątpienia była największą zazdrośnicą jaką w życiu spotkałem.
    - Pani Kingo, chciałem z panią porozmawiać szczerze i otwarcie o możliwościach banku, abyście państwo mogli podjąć decyzję, mając komplet niezbędnych informacji.
    - Przepraszam pana! – przerwała mi. – Ja się nie zgodzę na to, aby mój mąż pracował z tą panią, czy też dla tej pani. Wystarczy mi, że kiedyś pracowali razem i na szczęście nie muszę już o tym wysłuchiwać, to już jest przeszłość.
    - Dlaczego? Mógłbym poznać pani motywację?
    - Proszę pana! – wbiła we mnie spojrzenie. – Pracujemy obydwoje, źle nam nie jest, po co szukać gruszek na wierzbie?

    - Nie chciałaby pani więcej zarabiać?
    - Chciałabym, ale jak długo to będzie? – zaatakowała nagle. – Nie, proszę pana. Wolę mieć mniej pieniędzy i nie być zależną od czyjegoś kaprysu. Wystarczy nam to co mamy.
    - Tak… – westchnąłem. Wzburzona Kinga w międzyczasie opróżniła kieliszek, a kiedy go postawiła na stoliku, kelner natychmiast zadbał o jego napełnienie.
    - Pani Kingo… – zwróciłem się do niej cichym, spokojnym głosem.
    - Proszę! – usłyszałem w odpowiedzi.
    - Czy pani… zdaje sobie sprawę z tego, z kim pani teraz rozmawia? – tym razem to ja zaatakowałem, chociaż bardzo ostrożnie.
    - Owszem – usłyszałem. – Pan pracował tutaj w Moskwie, a teraz jest pan doradcą pani dyrektor w Warszawie i szukacie kogoś na pana miejsce.
    - To prawda, ma pani dobre informacje, ale to nie jest cała prawda.
    - A jak wygląda ta cała prawda?

    - Wypijmy za pani pomyślność! – zaproponowałem, chcąc jeszcze podbić jej ciekawość i nie zawiodłem się. Mała przerwa na celebrowanie przełknięcia odrobiny szampana wyostrzyła jej oczekiwania
    - Obawia się pani pozasłużbowych relacji swojego męża? – wystrzeliłem ostro.
    - Niczego się nie obawiam, pan się myli – odbiła piłeczkę.
    - Może jednak? – odpowiedziałem twardo. – Na wszelki wypadek zapewniam panią, że to jest wykluczone.
    - A to już jest nowość! – zaśmiała się ironicznie. – Skąd ta pańska pewność?
    - Bo sobie na to nie pozwolę! – powiedziałem twardo i zdecydowanie.

    Zauważyła zmianę tonu w głosie i znieruchomiała, wpijając we mnie swój hipnotyzujący wzrok, a wtedy doszedłem do wniosku, że czas zakończyć ten teatralny występ.
    - Pani Kingo, Dorotka jest moją partnerką życiową i zapewniam panią, że zupełnie nie jest zainteresowana pani mężem prywatnie, a tylko i wyłącznie służbowo. Owszem, pan Łukasz jest jej dawnym kolegą, ale tylko kolegą i zmiana tego statusu jest niemożliwa. Czy teraz sytuacja jest dla pani jaśniejsza?
    Jeśli sądziłem, że ją zamuruję, to chybiłem celu.

    - Bardzo interesujące – oświadczyła krótko. – Nie wiem co państwa łączy, ale przecież pani dyrektor nosi inne nazwisko, zupełnie nie pańskie, więc na jakiej podstawie zdobywa się pan na takie oświadczenia? Skąd ma pan taką pewność? Przepraszam, że to powiem, ale skoro… mogła z panem, to… – zamilkła, jakby sama się przestraszyła swoich słów. Nie rozumiała chyba, że wkurzyła mnie teraz ostatecznie i nie czekałem już na nic.
    - Tymi słowami obraziła pani matkę moich dzieci i przepraszam, ale teraz nie widzę już możliwości naszej przyszłej współpracy! Dlatego dziękuję pani za rozmowę! – oznajmiłem krótko, po czym chciałem spokojnie wstać z krzesła.
    Nie doceniłem jej jednak. Zareagowała szybciej niż ja i łapiąc mnie za rękę, zarzuciła przeprosinami.
    - Przepraszam i pana, i panią! Jeśli to jest prawdą, to bardzo przepraszam! Proszę mnie zrozumieć, przez kilka wieczorów szukałam w necie wszelkich informacji o pani dyrektor i niczego podobnego tam nie było! – kajała się. – Próbowałam się przygotować do podobnej rozmowy, szukałam, proszę uwierzyć, że nie powiedziałam tego złośliwie! – nie wypuszczała mojej ręki z dłoni, jakby na siłę chcąc mnie zatrzymać.

    Ciśnienie mi podniosła, to nie ulegało wątpliwości, ale gdy spojrzenie powędrowało na chwilę w stronę Dorotki, niemal natychmiast się uspokoiłem. To jej służbowe interesy były tu najważniejsze, ważniejsze nawet od naszych prywatnych.
    - Pani Kingo…
    - Jeszcze raz pana przepraszam! – zapewniła. – I panią dyrektor też. Ja naprawdę nie chciałam nikogo obrazić!
    Nie było wyjścia, usiadłem znowu i ona też.
  • #51
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Przeprosiny przyjmuję, ale proszę teraz zrozumieć mnie, że nie jest prosto rozmawiać w takiej sytuacji, po podobnych obwinieniach – westchnąłem. – To, co pani powiedziałem, jest prawdą. Moje dzieci z Dorotką chodzą już do szkoły, od lat kocham ją bezbrzeżnie i nie wyobrażam sobie nikogo innego przy jej boku. Poza tym pracujemy razem, razem mieszkamy i jeśli w takiej sytuacji pani obawia się, że moja żona zgwałci pani męża z odległości ponad tysiąca kilometrów, jest to naprawdę śmieszne! Nasza dyskusja staje się bezprzedmiotowa i jest zwykłą stratą czasu. Jeśli pani potrafi kochać, to powinna też pani wiedzieć o czym teraz mówię.

    - Rozumiem… A może tylko tak mi się wydaje… Nie wiem… Sama już nie wiem…
    - Ja też rozumiem, że pani nie wie, bo nie mam lat osiemnastu, lecz niemal pięćdziesiąt. I zapewniam panią, że na podstawie własnych doświadczeń mógłbym już założyć poradnię zdrowotną dla nieszczęśliwych panienek i wielu durnych, chociaż już pełnokrwistych dam. Z tak samo zachwianą równowagą emocjonalną – deptałem bezceremonialnie jej ego. – Pani nadmierna i bezsensowna troska o własnego męża może kiedyś doprowadzić do rozpadu waszego związku i to zupełnie bez zewnętrznej przyczyny. Powinna pani w tej sytuacji mocno się zastanowić nad skutkami swojego postępowania.

    Powiedzieć, że trochę ją wkurzyłem, to raczej nic nie powiedzieć.
    - Pan chyba zapomniał, że to nie my prosimy o pracę, lecz to wy chcecie, abyśmy u was pracowali…
    - Jeśli pani uważa, że los banku zależy od waszej zgody, to bardzo się pani myli! Dorotka złożyła ofertę pracy koledze, bo go znała i ma o nim dobre zdanie, a pani powinna się z tego cieszyć, że ktoś pani męża docenia, a nie narzekać! Skoro jednak ma to być powodem waszych niesnasek, ja tę ofertę wycofuję i już jej nie ma! Temat waszej pracy u nas w banku od tej chwili przestał istnieć, możemy zatem z ulgą spełnić toast za nasze spotkanie. Było nam bardzo miło panią poznać, a teraz zapraszam panią do stołu ogólnego. Proszę się rozluźnić, o waszej pracy już nie będziemy rozmawiać.
    - Nie jest pan zbytnio uprzejmy.
    - Dlaczego pani tak sądzi? Pani Kingo, napijmy się szampana z okazji poznania się! – zachęciłem.
    Podniosła kieliszek do ust, jednak niewiele w nim ubyło.

    - Pan jest brutalnym i bezwzględnym człowiekiem! – oznajmiła, opierając łokcie na stole. Kieliszek miała przez cały czas niedaleko ust.
    - Ja? – zdziwiłem się. – Ja niby jestem brutalny? Nie, proszę pani. To nasze życie jest brutalne. A ja na odwrót, reprezentuję wobec pani jego o wiele bardziej złagodzoną twarz. O wiele bardziej łagodną, niż wszelkie inne jego przejawy. Tylko, że… pani sama jakoś wybiera z tego życia wyłącznie wersje hardcorowe wśród całej palety oferowanych nam barw.
    - Tak pan uważa?
    Spojrzałem jej w oczy.
    - Tak, tak uważam! Proszę też wziąć pod uwagę fakt, że niczego o pani wcześniej nie wiedziałem i mówię to szczerze, w żadnym razie nie chcąc pani obrazić. Takie są moje wnioski wynikające wyłącznie z naszej dzisiejszej rozmowy. Nie znałem pani, niczego o pani nie wiedziałem, to wszystko jest efektem tylko i wyłącznie pani słów! Pani dzisiejszych wątpliwości. Pani Kingo! Proszę o więcej optymizmu w życiu, bo zamęczy pani swoich najbliższych, a przecież pani ich kocha, prawda?
    Opuściła głowę i zamilkła.

    - Wie pani co to jest toksyczna miłość? – dobijałem ją powoli. Na nic już nie liczyłem.
    Nie odpowiedziała. Siedziała nieruchomo, wpijając spojrzenie w blat stolika.
    - Skoro tak dobrze posługuje się pani komputerem, proszę sobie poszukać odpowiedniej frazy i wyjaśnień dotyczących zbliżonych tematów. To na pewno pani pomoże w zrozumieniu złożoności problemu i proszę się na mnie nie gniewać. Ja też jestem bardzo zazdrosny i w pewnym sensie panią rozumiem.

    Wypuściłem przynętę i dała się na nią złapać.
    - Pan też?
    - A co w tym dziwnego? – odpowiedź miałem przygotowaną. – Proszę spojrzeć na moją partnerkę! Piękna, młoda kobieta, na wysokim stanowisku, a ja jestem niemal stary i bez niej nie znaczę nic… Jak, według pani, powinienem się teraz zachowywać? Czy mam śledzić każdy jej ruch?
    - Nie wiem…
    - Zna pani takie czarodziejskie słowo, które wymawia się tak: „zaufanie”?
    - Niech pan nie będzie impertynencki! – zaczynała odzyskiwać wigor.
    - Ależ nie mam takich zapędów – zaprzeczyłem. – Chciałem tylko pani uzmysłowić, że ja mam większe, obiektywne podstawy do zazdrości, jednak mojej damy nigdy nie śledzę. Nie dopytuję też gdzie była i co robiła, bo wiem, że swoimi podejrzeniami bym ja obrażał! I będzie kiedyś moją żoną, niezależnie od moich dociekań, czy pani to rozumie? Ja ją kocham i jestem kochany, ta świadomość mi wystarcza! I tego samego życzę pani oraz pani mężowi! Bądźcie szczęśliwi!
    - Dziękuję.

    - Chyba już powinniśmy wrócić…
    - Proszę zaczekać… – zaoponowała nieoczekiwanie, znowu kładąc dłoń na mojej ręce. – Może pan zaproponować mi jeszcze kieliszek szampana?
    - Z przyjemnością – odparłem, uśmiechając się do niej.
    Kelner napełnił nam kieliszki, wypiliśmy po kilka kropel i wtedy się otworzyła.
    - Panie Tomaszu, mogę się tak do pana zwracać?
    - Ależ proszę bardzo!
    - Dziękuję. Sama już nie wiem, jak to wszystko traktować… Proszę mi podpowiedzieć, co my mamy zrobić? Ja widzę, że pan nie jest hochsztaplerem, znam się na ludziach. Pan w dodatku tutaj pracował, zna pan wymagania, ale jestem tak skołowana…

    - Przede wszystkim, musi pani wziąć się w garść! I proszę odrzucić osobiste emocje, bo w tej pracy ich nie będzie. Jest natomiast rachunek zysków i strat. Albo wybiera pani niemałe pieniądze, przy braku państwowej opieki, albo pozostaje przy spokojnym, chociaż i tanim życiu, bez wielkich perspektyw.
    - A co pan by nam radził? – wróciła do starych dylematów.
    - Ja kiedyś zaryzykowałem i wygrałem. Natomiast co państwo zrobicie, to już będzie wyłącznie wasza decyzja. A teraz z przyjemnością zaproponuję jeszcze szampana! – uniosłem prowokacyjnie kieliszek. – Natomiast po toaście proponuję i proszę o powrót do ogólnego stolika, oraz ogłoszenie tego, jaką decyzję państwo podjęli. Nie ukrywam, że chciałbym z wami współpracować, lecz do niczego nie zmuszam.
    - To w końcu współpracowalibyśmy bezpośrednio z panem, czy z panią dyrektor?
    - Oczywiście, że przede wszystkim ze mną, oraz moimi współpracownikami – spojrzałem na nią lekceważąco. – Chyba pani nie sądzi, że główna szefowa banku znajdzie czas na bieżące kierowanie pracą swoich niektórych analityków. Bez przesady! I bez tego ma co robić.

    - Z pana to jest jednak niezła cholera! – powiedziała po chwili milczenia, opróżniając przy okazji kieliszek do dna.
    Zrobiłem to samo, po czym roześmiałem się na cały głos.
    - Dziękuję! Pani Kingo, jest pani uroczą kobietą.
    - Nie powiem, żeby pan nie był interesującym mężczyzną… – oznajmiła, obdarzając mnie powłóczystym spojrzeniem, które niemal natychmiast zakryła wybuchem śmiechu. Trwało to sekundy, gdyż zaraz zmieniła temat, jakby przestraszona swoim wyznaniem.
    - Ma pan zupełną rację. Powinniśmy już wrócić.
    - Dziękuję zatem za sympatyczną rozmowę, było mi bardzo miło! Mam też nadzieję, że nie jest to nasze ostatnie spotkanie – skłoniłem głowę, spojrzawszy jej w oczy.
    - Ja również mam taką nadzieję, dziękuję i przepraszam…
    - Za co? – udałem zdumienie.
    - Pan wie i ja wiem, przepraszam jeszcze raz.
    - Żadnego powodu do pani przeprosin nie pamiętam…
    - Bardzo mnie to cieszy! – uśmiechnęła się, puszczając do mnie oczko, po czym wstała, więc i ja podniosłem się z krzesła.
  • #52
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Jak się ze sobą porozumiewali, tego nie zauważyłem. Jednak po kilkunastu minutach od naszego powrotu, mimo iż temat ogólnej rozmowy przy stole wcale się nie zmienił i nie miał niczego wspólnego z pracą, Łukasz oznajmił Dorotce, że zdecydowali się przyjąć jej ofertę. Ale rozmów już nie kontynuowaliśmy. Dorotka, mimo wyrażenia zadowolenia z podjętej decyzji, oznajmiła, że nie jest ani czas, ani pora na negocjacje. Zaprosiła ich w tej sprawie do apartamentu na jutrzejsze popołudnie i temat pracy podczas kolacji się zakończył.

    Co nie znaczyło, że mogliśmy spocząć na laurach. Po kolacji Dorotka zaprosiła do naszego apartamentu Anię z Krzysztofem i teraz, mając już deklarację Łukasza i Kingi, omawiała z nimi scenariusz rozwoju sytuacji przed ich wyjazdem do Stanów. Ania miała tu jeszcze kilka ważnych spraw do załatwienia, związanych z wprowadzeniem Łukasza i Kingi w obowiązki, poza tym ich wyjazd musiał być zgrany z pobytem Dorotki w Nowym Jorku, inaczej wylądowaliby w próżni.
    Na szczęście rok akademicki zaczynał się dopiero jesienią, czyli Anna z Krzysztofem nawet kiedy wyjadą pod koniec lata, będą mieli czas na ustabilizowanie swojej sytuacji. A później dadzą już sobie radę. Kibicowałem im z wielką życzliwością, ale kiedy już sobie poszli, byłem bardzo szczęśliwym człowiekiem.

    Następny zaś dzień był pasmem mojego triumfu i nawet Dorotka spoglądała na mnie chwilami z niewątpliwym pobłażaniem, pokpiwając delikatnie ze wszystkich emocji. Ale się nie poddawałem! Sam to wszystko wymyśliłem i teraz sytuacja przebiegała według wcześniej zaplanowanego przeze mnie scenariusza. Najważniejsze, że Igor nie puścił pary z ust, tak jak go prosiłem przy powitaniu, no i następnego dnia zbieraliśmy tego owoce. Kabaret nie z tej ziemi!

    Wszystko zaczęło się już rankiem, kiedy zeszliśmy do czekającego na nas audi. Ochroniarz otworzył drzwi przed Dorotką a potem obrzucił mnie niby obojętnym wzrokiem i nagle zauważyłem, jak jego brwi się unoszą.
    - Coś nie tak? – zapytałem.
    - Nie, nie! – zaprzeczył. – To pan?
    - Owszem, to ja – zapewniłem go ze śmiechem.
    Wzruszył tylko ramionami i kiedy wsiadłem do auta, zajął swoje miejsce.
    - Tylko niech pan nie uprzedza kolegów, że się zjawię – poprosiłem, kiedy już jechaliśmy do banku.
    - Rozumiem! – odpowiedział, demonstrując roześmianą twarz.
    Później było podobnie, a najlepsze były miny sekretarek Igora. Ujrzawszy mnie obok Dorotki, Swietłana opadła bezsilnie na fotel, natomiast Alonę unieruchomiło niczym posąg z rozwartymi ustami. Oczywiście, Dorotka przywitawszy je, od razu weszła do gabinetu, a ja się nieco opóźniłem, nie mogąc sobie odmówić przyjemności porozmawiania z nimi.
    - Gospodi, panie Tomaszu, wszelki duch Boga chwali! – Swietłana dyszała niczym ryba wyjęta przed chwilą z wody.
    - Mam nadzieję, że nie bierze mnie pani za zjawę?
    - O matko rodzona! A ja się tak martwiłam, kiedy szykowałam pańskie dokumenty do wysyłki. Tak żałowałyśmy z Aloną, że pani dyrektorka wyrzuciła pana z pracy…
    - Jak pani widzi, niepotrzebnie – trzymałem fason. – Nie tylko nie wyrzuciła, ale od kilku tygodni razem pracujemy, razem mieszkamy i nawet razem… śpimy! – chichotałem.

    - Gospodi! Taka niespodzianka… Ja nie wierzę!
    - No cóż. Jak panie widzicie, same zdopingowałyście mnie do oświadczyn, a te zostały przyjęte. Jestem teraz mężem pani dyrektor Doroty! Również dzięki wam, za co jestem bardzo wdzięczny – podałem Swietłanie skromną, chociaż wielką reklamówkę, w której były dwie duże butelki polskiej żubrówki, zestawy czekoladek i dwa duże komplety kosmetyków dla pań. – Proszę! To dla was!
    - Pan nie żartuje? – dopytywała, mając pewnie na myśli moje wyznanie, gdyż reklamówkę przyjęła bez problemów.
    - Nie, szanowne panie. Tym razem nie.
    Nie wiem czy uwierzyły, jednak nie mogłem dłużej czekać, gdyż pojawił się Borys, a potem Olga. I wraz z nimi wszedłem do gabinetu Igora.

    Odprawa była tym razem bardzo krótka, Dorotka najpierw wyjaśniła prywatny powód mojego zwolnienia i jakby mimochodem przedstawiła też w nowej roli, jako szefa zespołu swoich doradców. Co tłumaczyło również moją obecność podczas oficjalnego posiedzenia zarządu banku. Przy okazji zapowiedziała odejście Anny oraz przemeblowanie składu swoich delegowanych do banku analityków, prosząc o nie stwarzanie im problemów. A później zwyczajnie przeszliśmy do omawiania ogólnej sytuacji gospodarczej, analizy rosyjskiego rynku akcji i papierów dłużnych, oraz pozycji banku na tle konkurencji.
    Nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Żadnych sensacyjnych wieści nie było, można wręcz powiedzieć że królowała poprawna nuda. W banku trwał audyt rocznego bilansu, zlecony przez Dorotkę renomowanej, międzynarodowej firmie eksperckiej, którego wyników jeszcze nie było. Igor jednak zapewniał nas, że nie oczekuje żadnych niespodzianek.

    W takiej sytuacji Dorotka poprosiła ich, aby przedstawili swoje własne, prywatne przemyślenia dotyczące wizji rozwoju systemu bankowego na rosyjskim rynku, jednak i to nie wypaliło. Ich spostrzeżenia były mało odkrywcze, powtarzali swoje opinie z pierwszej części zebrania i w sumie nie usłyszeliśmy niczego nowego. Wszyscy byli mniej lub bardziej entuzjastami nowego programu inwestycyjnego, liczyli na większe zaangażowanie korporacji na tym rynku i wzrost znaczenia Promtorginvest banku wśród moskiewskiej elity finansowej.
    Dlatego też, Dorotka zaproponowała zakończenie zebrania, po czym zaczęła rozmawiać z Borysem o propozycjach Iriny, która zgodnie z obietnicą miała dla nas coś przygotować na dzisiejszy wieczór. Olga zaś podziękowała za spotkanie i już miała wychodzić, kiedy korzystając z okazji, wprosiłem się do niej na dawno obiecaną mi rozmowę.

    Poczęstowała mnie naparem z jakichś syberyjskich ziół, oraz, mówiąc szczerze, niezbyt wykwintnymi, sklepowymi ciasteczkami. Ale wewnętrzne ciepło i przyjazna atmosfera jaką wokół siebie roztaczała, znakomicie kompensowały wszelkie niedostatki poczęstunku.
    Zachowywała się tak, jakbym był jej dobrym znajomym, wręcz przyjacielem. I nie miało to niczego wspólnego z prymitywnym podlizywaniem się, ani próbą propozycji erotycznej. Bardziej już wyglądało na spotkanie klasowych absolwentów po latach. Którzy wiele w szkole razem przeszli, którym można powiedzieć wiele i którzy wybaczą nam wszystko tylko dlatego, że nas lubią, nie licząc przy tym na żadne prywatne korzyści.

    Oczywiście, najpierw musiałem jej opowiedzieć o nas dwojgu, o tym jak postanowiliśmy zamieszkać razem. Jednak nie wgłębiałem się w szczegóły i nie opowiadałem o swoim rozwodzie, a Olga o to nie pytała. Powiedziała mi tylko jak to wszystko wyglądało z jej strony, jak była przekonana, że nasze tańce z Dorotką na kolacji w Carskim Siole nie były przypadkowe i jak wierzyła, że niedługo pojawię się w Moskwie, ponieważ mieszkania nie opuściłem.
    Bardziej rozmowna niż na odprawie, okazała się również w tematach ogólniejszych.
    - Panie Tomaszu, po co pan pyta? – odparła, kiedy próbowałem sondować jej opinię dotyczącą naszych ogólnych planów. – Pan doskonale zna rosyjską duszę i tutejszą mentalność. Proszę zrobić prasówkę z dzisiejszych gazet i wszystkiego się pan dowie.
    - Przyznam, że nie bardzo mam na to czas. Coś ciekawego gdzieś napisano?
    - Ależ nie! – uśmiechnęła się. – Wręcz przeciwnie. Nasza sytuacja gospodarcza jest bardzo stabilna i pozostaje pod kontrolą! – podkreśliła intonacją ostatnie słowa.

    Nie wiedziałem jak mam ją rozumieć, jednak te słowa nie padły ot tak, bez przyczyny. Błyskawicznie zdałem sobie z tego sprawę i postanowiłem poprosić o wyjaśnienie.
    - Czyli nie muszę sobie zarzucać, że przez jakiś czas straciłem kontakt z miejscowymi realiami? Nic się od tamtego czasu nie zmieniło?
    - Właściwie ma pan rację, zmieniło się niewiele. Ale powiem, że jako mocarstwo, powoli umacniamy swoją potęgę chociażby w sektorze naftowym. To jednak naszego banku nie dotyczy. Przecież nie jesteśmy w tych działach mocno zaangażowani.
    - Bezpośrednio nie, ale nastrój wobec inwestorów zagranicznych się zmienia. Czytałem o interwencjach służby ochrony środowiska wobec firm, które mają tutaj poważne udziały w branży naftowej…
    - Same zawiniły, niech same odpowiadają! – wydęła wargi w jakimś dziwacznym grymasie. – A naszemu bankowi co do tego?
  • #53
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - W sumie ma pani rację – przyznałem obojętnie. – Mimo wszystko, muszę w tej sytuacji powtórzyć, że dowolnemu obcokrajowcowi jest bardzo trudno orientować się w preferencjach władz, a zwłaszcza w stabilności ich podejścia do inwestycji w gospodarkę…
    - I o to nam, Rosjanom, przecież chodzi! – roześmiała się. – Kiedyś, zachodni politolodzy umieli prognozować wydarzenia z układu osób stojących na trybunie mauzoleum. I chociaż samo mauzoleum jest dzisiaj stratą czasu, to metody analizy sygnałów winny być podobne. A przecież pan doskonale potrafi je czytać! – zaśmiała się niemal głośno. – Tylko proszę nikomu o tym nie mówić! – chichotała.

    - Przecenia mnie pani – tym razem ja też się uśmiechnąłem. – Co ja mogę? Nikt mnie nigdy niczego nie uczył, nikt nie podpowiadał…
    - Miał pan niezłą nauczycielkę… proszę nie protestować! – uniosła dłoń, przerywając moją chęć na wtrącenie się w jej monolog. – A tak przy okazji, mam dla pana interesującą wiadomość od męża. Otóż dawna pana partnerka, czyli pani Lena, wyjechała w okolice Sankt Petersburga. Tam wyszła za mąż i obydwoje z mężem prowadzą teraz pensjonat dla turystów. Mają się nie najgorzej, więc chyba niczego więcej już nie pragnie. Oczywiście, nie mam pana na myśli, gdyż tych spraw nie znam – zakpiła wesoło.
    - To jest fantastyczna wiadomość! – westchnąłem z wielką ulgą, chociaż jakiś prąd przeszył całe moje ciało. – Cieszę się, jeśli jest jej dobrze. Czy dowiedziała się czegoś o mnie? – zapytałem.

    - Nie, to wykluczone – Olga aż zmarszczyła brwi.
    - Rozumiem, chociaż szkoda… Proszę podziękować panu Anatolijowi.
    - Ależ nie ma za co, to dla niego drobiazg! – uśmiechnęła się.
    - Mimo to, bardzo pani i jemu dziękuję! – skłoniłem głowę. – A moglibyście państwo przyjechać do nas w Polsce? – wyrwałem się z propozycją. – Mogę przecież załatwić zaproszenie w ambasadzie…
    - Bardzo mi miło za pamięć, ale to już zależy wyłącznie od mojego męża – odparła. – A z tego co wiem, nie byłoby to dobrze widziane w jego pracy. Dlatego dziękuję za propozycję, może kiedyś…
    - Szkoda! – westchnąłem. – Proszę pamiętać, zaproszenie jest i będzie wciąż aktualne.
    - Jeszcze raz dziękuję!

    Zabrzmiało to niczym zakończenie rozmowy, jednak kiedy już wstałem i podaliśmy sobie dłonie, spróbowałem powrócić do podstawowego tematu.
    - Pani Olgo, proszę mi powiedzieć całą prawdę. Jest pani przeciwna wzrostowi naszego zaangażowania na rynku rosyjskim?
    - Nie. Wręcz odwrotnie – zaprotestowała spokojnie. – Bardzo chciałabym mieć więcej klientów, oddziałów i całej krzątaniny. Ja lubię swoją pracę. Tym bardziej, że teraz nie mam już w domu dzieci, wnuki odwiedzają nas rzadko… Sam pan doskonale wie, jak to jest żyć niemal samotnie. Czuję się pełna energii, a wyładować się… Tym niemniej, rozsądek też mam na swoim miejscu.
    Powiedziałam panu bardzo dużo i więcej nie mogę. Proszę też uwierzyć, że z oddali będę państwu sekundować i życzyć samych dobrych dni! To co pan osiągnął, nawet mnie porwało i naprawdę życzę panu i państwu szczęścia! Pan ma wschodnią naturę, przesiąkł pan nią jak gąbka i to jest dla mnie wystarczającą rekomendacją aby wierzyć, że jeszcze się kiedyś spotkamy!

    - Dziękuję! Jest pani fantastyczną kobietą! Świetnym rozmówcą, dobrym partnerem i bardzo dziękuję za nasze spotkanie! – pociągnąłem lekko jej dłoń, po czym ucałowałem, nie napotykając na sprzeciw.
    - Niech pan nie zapomni o tym, co powiedziałam – oznajmiła na pożegnanie. – W gazetowych relacjach takich informacji na pewno pan nie znajdzie.
    - Pani Olgo… dziękuję!
    Pożegnawszy się, wyszedłem z jej gabinetu.
    Ech, gdybym wtedy wiedział ile dziesiątków razy będę do tej rozmowy wracał…

    Później odwiedziliśmy bankowego audytora, firmę Arthur & Co i spotkaliśmy się krótko z prowadzącym kontrolę zespołem ekspertów. Ale i tutaj nie było niczego nowego. Na razie nie odkryli w banku żadnej sensacji, najwyżej drobne potknięcia, niewarte większego zainteresowania. Dlatego po wyjściu z ich biurowca, Dorotka tradycyjnie skierowała się w stronę amerykańskiej ambasady, a mnie kierowca zawiózł do dawnego mieszkania. Tam zająłem się rozdzielaniem i pakowaniem swojego marnego dobytku, w czym pomagała mi Ania, a później dołączył też Krzysztof.

    - Jak pan to zrobił wczoraj z panią Kingą? – nie mogła się nadziwić, kiedy usiedliśmy przy stole, by napić się kawy. – Ja nie wierzyłam, że to się uda.
    - Dlaczego? – nie rozumiałem.
    - Nie zna pan kontekstu – próbował wyjaśnić Krzysztof. – Czasami to nawet mnie było nie w smak, kiedy dzwoniła do szefa w środku odprawy, żeby dowiedzieć się gdzie jest i co robi.
    - To nie mógł wyłączyć telefonu?
    - Niemożliwe, zabroniła mu tego – westchnął. – Komiczne sytuacje z tego wychodziły. Szef jest gościem całkiem w porządku, ale ona ciągle podrywała mu autorytet. Dziwna to jest kobieta.
    - Ja odniosłem wrażenie, że inteligencji jej nie brakuje.
    - Ależ oczywiście – zapewnił. – Głupia na pewno nie jest, tylko… Ja już nie wiem. To nawet nie jest zazdrość. Przecież doskonale wie, że będąc w pracy, pan Łukasz pozostaje pod uważną obserwacją wielu par oczu, bo taki charakter ma jego stanowisko. I nie ma żadnych możliwości, żeby gdzieś wyskoczyć w bok bez świadków. Tym niemniej ona wciąż dzwoni, dopytując się co aktualnie robi i z kim, jakby o niczym innym nie myślała przez cały dzień.
    - Tak chyba jest – zauważyła Ania.
    - A jak myślisz, jeśli będzie go miała obok siebie to się uspokoi i będziemy mieć z nich pociechę?

    - To chyba jedyne rozwiązanie. I najlepiej, gdyby to jakiś mężczyzna się z nimi kontaktował, a nie pani Dorota.
    - Tak jej wczoraj powiedziałem, że to ja będę ich łącznikiem.
    - Bingo! Czyli znalazł pan klucz do jej sposobu rozumowania – roześmiała się Ania.
    - Och, dziewczyno, twój Krzysiek też jest taki zazdrosny?
    - Tego nie wiem – spojrzała na mnie z niepokojem. – Dlaczego pan pyta?
    - Bo chciałem cię uścisnąć i ucałować w podziękowaniu za naszą współpracę, a nie wiem czy mogę…
    - Skoro pan nie wie… ja to zrobię!
    Poderwała się i chciała zarzucić mi ręce na szyję, ale powstrzymałem ją gestem ręki i wstałem z krzesła, a wtedy już nic nam nie przeszkadzało. Ucałowaliśmy się jak para kochanków, a nawet odtańczyłem z nią piruet, tak jak kiedyś z Lidką.

    - Jejku! Taka piękna i młoda panienka obdarza mnie, starego tetryka, swoimi wyjątkowymi komplementami… ech, Krzysiek, jesteś farciarzem!
    - A co mam powiedzieć o panu? – śmiał się serdecznie. – Kiedy Ania powiedziała mi w tajemnicy, że pan zamieszkał u pani dyrektor…
    - U pani prezes! – skorygowała go.
    - Nie o stanowisko chodzi – zaśmiał się. – Jednak nie od razu uwierzyłem…
    - To uwierz – spoważniałem. – Powiedziałaś mu, że nasi chłopcy chodzą już do szkoły? – spojrzałem na Anię, ale pokręciła głową przecząco.
    - Przecież zabronił mi pan mówienia czegokolwiek.
    - Fakt, przepraszam! – uśmiechnąłem się. – Teraz już wiesz – zwróciłem się do Krzyśka. – Nasza znajomość jest bardzo dawna i okazała się trwała. Ważniejsza niż wszystko inne, czego i wam życzę. Nie sądź też, że mieszkając z Anią drzwi w drzwi, nie zauważałem jej kobiecości, bo jest fantastyczną dziewczyną. Ale cieszę się, że mogę ci patrzeć prosto w oczy, bo nigdy nie naruszyłem określonych zasad. I chociaż mogło to z boku wyglądać różnie, nie mamy sobie w tych sprawach niczego do zarzucenia.

    - Gdyby było inaczej, nie śmiałabym teraz stanąć przed panią Dorotą – przyznała Ania. – Chociaż przyzna pan, że czasami…
    - Cicho! – zawołałem ze śmiechem. – Pomoc sąsiedzka, jest pomocą sąsiedzką i nikomu nic do tego. Było, skończyło się i finisz!
    - A o czym mowa? – dociekał Krzysiek.
    - Oj tam… – po co pytasz? – chichotałem.
    - Pan Tomasz widział mnie kilka razy w samej bieliźnie – bezceremonialnie oznajmiła. – Zdarzało mi się zaspać, a wtedy czekał na mnie, kiedy się rano ubierałam…
    - Ale macie problemy! – skomentował żartobliwie.
    - Właśnie chodzi o to, że normalni ludzie nie miewają z tym problemów – zauważyłem. – Gdyby to jednak trafiło na panią Kingę…
    - Prawda – przyznał.
  • #54
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Dźwięk dzwonka u drzwi przerwał rozmowę, a potencjalnym intruzem okazała się Dorotka we własnej osobie, którą przywiózł bankowy ochroniarz. Weszła, pooglądała nasze lokale, ze szczególnym uwzględnieniem ściany, która przez szereg miesięcy dzieliła mnie i Anię, a potem usiadła z nami przy stole.
    - No, muszę przyznać, że luksusów to raczej tutaj nie zażywaliście.
    - E tam! – Ania miała świetny nastrój. – A po co nam były jakieś luksusy? Żeby złodziei przyciągały? Do przeżycia wystarczy, a gromadzić tutaj dobytku nie było sensu. Ot, chociażby dzisiaj. Pan Tomasz ma spore problemy z klasyfikacją…
    - Co ty chcesz stąd zabierać? – zapytała Dorotka. – Daj sobie spokój.
    - Pewne rzeczy jednak wezmę – odparłem twardo i nasze spojrzenia się spotkały.
    - Jak chcesz – spasowała. – Dużo to będzie ważyło?
    - Parę kilogramów. Damy radę!
    - Rozumiem. Aniu, ponieważ spotykamy się dopiero jutro, opowiedz mi dokładniej o swoich, a właściwie o waszych planach, z uwzględnieniem bieżącej sytuacji z Łukaszem.

    Nawet mnie, chociaż przebywaliśmy w moim dawnym, sentymentalnym mieszkanku, nie pozwoliła na żadne dygresje. Rozmowa, a w zasadzie relacja Ani była konkretna, przeplatana Dorotki pytaniami i wskazówkami, a kiedy się zakończyła, zwyczajnie się pożegnaliśmy.
    Do samochodu zabrałem nadprogramowy neseser i wielką papierową torbę.
    - Co ty tam załadowałeś? – kręciła nosem.
    - Pamiątki.
    - Po co ci to?
    - Bo lubię! – odparłem zaczepnie.
    Wyczuwałem, że jest niechętna moim bagażom, ale nie rozumiałem powodu. To była przecież sytuacja z tego okresu, kiedy ani nie miałem pieniędzy, ani nawet dostępu do własnej odzieży w kraju, gdyż Marta go zablokowała. Totalna zależność od Dorotki również nie przypadała mi do gustu, próbowałem się więc jakoś ratować, stąd moje dążenie do zabrania z Moskwy niemal wszystkiego co miałem.

    Udało mi się to nieszczególnie, gdyż następnego dnia i tak zrobiła selekcję zawartości mojego bagażu, wyrzucając z niego niemal wszystko.
    - Jesteś teraz moim partnerem i przyszłym mężem, więc masz wyglądać tak jak mój mąż! – oświadczyła, kiedy próbowałem protestować.
    - Słoneczko… przecież wiesz, że nie mam pieniędzy…
    - Przestań, dobrze?! Masz nieograniczony dostęp do naszego konta, poza tym bardzo chętnie wybiorę się z tobą na zakupy.
    - Ale to są twoje pieniądze, a nie moje.
    - Chcesz mnie zdenerwować? Po co? Zrobiłam ci jakąś krzywdę?
    - Słoneczko…
    - Tomek! – podniosła głos, zatrzymując się i spoglądając niczym guwernantka na ucznia. – Ja cię bardzo proszę, nie tykaj więcej takich tematów, dobrze? Powiedziałam ci jeszcze w Podkowie, że jesteś mój, że jesteś nasz, mając na myśli chłopców i mnie, czyli klamka zapadła! Ja już sobie nie wyobrażam oddzielnego życia, więc dlaczego usiłujesz wprowadzać teraz jakiś podział?
    - Niczego nie wprowadzam. Kocham ciebie, kocham też dzieci i dobrze mi z wami.
    - Skąd więc te zastrzeżenia?
    - Przecież sama powiedziałaś, że musimy mieć rozdzielność majątkową…
    Spoglądała na mnie z niedowierzaniem, a potem zaczęła się śmiać.
    - Rozdzielność wcale nie oznacza, że nie będziemy jadać obiadów razem. Odpuść! To co chcesz zabrać nie jest warte lotniczej opłaty za nadbagaż. Dlatego bierz tylko naprawdę osobiste rzeczy, takie z którymi nie chcesz się rozstawać i to wszystko! Szmatki kupimy nowe, nie obawiaj się.

    Tak też się stało. Musiałem nauczyć się nowego życia, nowych zasad, czasami zupełnie nie przystających do tego, czego doświadczałem wcześniej. A Dorotka, z pełną konsekwencją i zaangażowaniem, szybko uczyła mnie bycia jej partnerem. Pilnowała abym o siebie dbał i nie odpuszczała niczego, chociaż jednym tematem zawsze jej imponowałem. Krawat wiązałem o wiele szybciej niż ona i nigdy mi w tym nie dorównała.

    W przedwieczornych rozmowach z Łukaszem i Kingą wprawdzie uczestniczyłem, jednak niewiele się udzielałem. Dorotka, której zdałem dokładną relację z wczorajszej rozmowy, bez problemów rozegrała wszystko po swojej myśli. Obydwoje podpisali zobowiązania i wtedy machina ruszyła. Resztę spraw mieliśmy załatwiać już w Warszawie.
    Natomiast ówczesny wieczór spędziliśmy z Borysem i Iriną, oglądając występy rewii lodowej. Dorotka była zachwycona spektaklem, więc kiedy po programie wyszliśmy na ulicę, przyjęła zaproszenie Borysa do odwiedzenia moskiewskiego nocnego klubu. Tam jednak nie było niczego oryginalnego. Zwyczajne występy artystyczne może i dobrych artystów, ale dla nich nie warto było zarywać nocy. Wyszliśmy stamtąd o trzeciej nad ranem, Borys zorganizował transport i szybko do hotelu, z ulgą kładąc się spać. A rankiem bankowe audi zawiozło nas na lotnisko.

    Dopiero w samolocie sięgnąłem pamięcią wstecz i zacząłem analizować rozmowę z Olgą. Coś mi chciała przekazać, tylko co? Wtedy w restauracji była wręcz otwarta, uprzedzając nas, że możemy być obserwowani i nagrywani, więc chyba się nie powtarzała. Zresztą informacje o naszym związku przyjęła dość spokojnie, a ponadto co im do tego?
    Wiadomość o Lenie? Była niedokładna, pozbawiona ważnych szczegółów, ale wskazywała, że Anatolij o mnie nie zapomniał. Po co się mną interesuje? A prawda, mógł nie wiedzieć, że już tutaj nie wracam.
    Ale Olga nie była też specjalnie zainteresowana moim pobytem, chociaż grzecznościowo życzyła mi naszego spotkania. Zaproszenia do Polski nie przyjęła… Czyżby Anatolij należał do tych, którzy nie mogą wyjeżdżać za granicę? W Rosji dla niektórych służb było to standardem, Lena kiedyś mi opowiadała podobne historie. To już jest bardziej prawdopodobne…

    - Cóż się tak zamyśliłeś? – Dorotka przerwała milczenie, odkładając jakieś czasopismo.
    Lecieliśmy w klasie biznesowej, tylko kilka miejsc było zajętych, mogliśmy więc swobodnie rozmawiać.
    - Wspominam rozmowę z Olgą i nie mogę rozgryźć jej przesłania. Jakby próbowała coś mi przekazać, jednak w otwartym tekście nic takiego nie nastąpiło. Może wiedziała o czymś mnie dotyczącym od Anatolija, tylko nie chciała lub raczej nie mogła tego powiedzieć.
    - Może próbowała cię przed czymś ostrzegać?
    - Może… chociaż niczego tutaj nie zauważam…
    - Opowiedz mi o waszej rozmowie.
    - Przecież zdałem ci z niej relację.
    - Opowiedz jeszcze raz, zgodnie z zasadą, że jeśli czegoś nie rozumiesz, spróbuj to komuś wytłumaczyć. Tylko dokładnie i ze szczegółami.
  • #55
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Mówiłem chyba dłużej niż trwało całe spotkanie. Dorotka pytała o mimikę Olgi podczas poszczególnych wypowiedzi, czasem przerywała pytając o szczegóły, a nawet dociekała, czy na pewno było tak jak przedstawiam. Czy się aby nie pomyliłem. Jednak kiedy zakończyłem, długo się zastanawiała.
    - Zabrałeś moskiewskie gazety? – zapytała nieoczekiwanie.
    - Tak, tyle że znajdują się w bagażach.
    - Dzisiejsze też?
    - Też. Nawet ich nie czytałem.
    - Więc jeszcze dzisiaj zrobisz sobie w domu prasówkę, a wtedy wrócimy do tematu.
    - Domyślasz się czegoś?
    - Nie, ale podejrzewam, że wskazówka Olgi dotyczy raczej nas, a nie tylko ciebie. Więc jeśli nas, to i banku. Słuchaj, czy były ostatnio jakieś zaskakujące zmiany w rosyjskim rządzie, banku centralnym, albo innej ważnej instytucji?
    - Nie wiem, przestałem to śledzić.
    - Dlatego jeszcze dzisiaj wyślesz informację do Ani, aby przygotowała taki temat oraz równolegle zleciła go Krzysztofowi. Jemu będzie nawet łatwiej, gdyż w ambasadzie bardzo uważnie śledzą podobne sygnały.

    - Sądzisz, że wzmianka o czytaniu z układu bonzów na trybunie mauzoleum jest aż taka ważna?
    - To nie ulega wątpliwości. Tym bardziej, że skierowała cię natychmiast do prasy. Zapewne dziennikarze jakoś ten fakt skomentowali. Muszę wiedzieć o kogo chodzi i poznać sylwetkę tej osoby. Jak najwięcej o poglądach, zapatrywaniach, a także doświadczeniach.
    - Z jakiego okresu?
    - Weźmy na razie tydzień przedświąteczny, aż do teraz. Jeśli nikogo nie znajdziemy, cofniemy się jeszcze. I natychmiast melduj mi o wszystkich swoich spostrzeżeniach, a także wszelkich uwagach. Myślę, że to będzie bardzo ważne!

    Długo i wszechstronnie analizowaliśmy później sytuację, jednak ani w gazetach, ani w raportach Anny czy Łukasza, nie odnaleźliśmy żadnego konkretnego sygnału, żadnej dla nas wskazówki. Wszystko wyglądało jak uprzednio, nie było żadnych odchyłek.
    A jednak Dorotka, wielka zwolenniczka naszego dużego zaangażowania na wschodzie, nieoczekiwanie spasowała i niczego nie rozgłaszając, tak naprawdę zamroziła cały program inwestycyjny na giełdzie moskiewskiej, pod pretekstem konieczności lepszego przygotowania się do obsługi operacji.
    Oczywiście, oficjalnie wszystkie tematy rozwojowe nadal szły pełną parą, nic się tutaj nie zmieniło. Ciągle zapewniała współpracowników, że opóźnienie jest czasowe. Jednak w domu rozmawialiśmy inaczej. Podczas wieczornych dyskusji, wcale nie ukrywała swoich wątpliwości, których nie umiałem rozwiać. Nawet to, że konkurencja zaczyna nas wyprzedzać, nie spowodowało u niej zmiany stanowiska. Tłumaczyła, że nie mamy innego wyjścia, że czekamy na nowe, wyraźne impulsy, ale te nie następowały, albo nie potrafiliśmy ich zrozumieć. Wstyd się przyznać, jednak zaczynałem wtedy wątpić zarówno w swój nos jak i omnipotencję mojej najukochańszej żony. I taki pat wciąż trwał. Do czasu.

    Ostatni tydzień naszego urlopu w Pokrzywnie zdominował pobyt grupki Amerykanów z warszawskiej ambasady, którzy wprawdzie sypiali u nas w domu, ale stołowali się w hotelu. Dlatego zupełnie nam nie przeszkadzali. We dnie najczęściej przebywali na polu golfowym, albo na obiektach sportowych, gdzie grywali w tenisa lub rzucali do kosza. Jedna para jeździła też niemal codziennie do stadniny. Tylko wieczorem spotykaliśmy się wszyscy, najczęściej u nas na tarasie czy w salonie, a wtedy bywało już różnie.
    Dorotka wyjaśniła mi wcześniej, że ze względu na swój dyplomatyczny status nie mają wielkiego wyboru. Bez zgody przełożonych i dokładnych relacji składanych po powrocie, nie mogą pojechać tam gdzie by chcieli. Gdzie byli, co i z kim robili, czy mogło to mieć jakiś wpływ na wizerunek ich kraju albo jego służb i tak dalej. Dlatego jej oferta była dla nich bardzo atrakcyjna. Była obywatelką amerykańską, znaną w ambasadzie i dokładnie prześwietloną, więc tutaj mogli przebywać bez tłumaczenia się i co wcale nie najmniej ważne, nie za wszystkie usługi płacili.

    Moja żona bez mrugnięcia okiem brała na siebie wszystkie koszty, tym bardziej, że już John to robił, doskonale znając ich położenie. Oni w Polsce, jak na amerykańskie warunki, zarabiali nie tak znowu wiele. O takiej płacy jaką miała Dorotka w banku mogli najwyżej pomarzyć. A przecież wypoczynek kosztuje!
    Na pewno też nie śmieliby skorzystać z podobnej oferty u żadnego Polaka, gdyż to z daleka pachniałoby korupcją. Jednak u Dorotki nie mieli większych skrupułów. Po co miałaby ich przekupywać? To byłoby bezsensowne. Jej status i możliwości w niczym od nich nie zależały.

    Nie ostatnią też sprawą były kwestie szeroko rozumianej ochrony. Doskonale wiedzieli, że sama Dorotka musi o to zadbać, ze względu na własny interes. I dom jest sprawdzany nie tylko przez służby bankowe, ale i te z ambasady. Dlatego czuli się u nas zupełnie swobodnie. Wiedzieli, że bardzo trudno byłoby ich tutaj nagrać czy podsłuchać. Pawła Dedejkę zresztą znali, Lidkę i Romka tak samo. Dlatego też Pokrzywno stało się dla nich ulubionym miejscem krótkich wypadów z Warszawy.
    Mieli tutaj niemałe zaplecze sportowe i wciąż rosnące możliwości aktywnego wypoczynku blisko natury. Przyznam też, że bardzo interesowali się rozwojem sytuacji wokół dawnego planu Lidki i życzliwie jej kibicowali.
    Ze względów bezpieczeństwa nie sypiali też w hotelu, lecz raczej w naszych pokojach gościnnych. Mieli tu gorsze warunki pobytu i troszkę mniej wygód niż w hotelowych apartamentach, jednak pobyt w nich wiązałby się z koniecznością ciągłego stykania się z różnymi przypadkowymi osobami, a tego woleli unikać. Może nie za wszelką cenę, jednak starali się trzymać razem i nie prowokowali potencjalnie kłopotliwych dla siebie okoliczności.
    Oczywiście, to wszystko nie dotyczyło naszego salonu. W nim pozwalali sobie czasami na bardzo wiele, a Dorotka wcale im tego nie broniła, chociaż bywało, że pani Helena nie była później z tego zadowolona.

    W takich właśnie okolicznościach Dorotka poleciła mi ponownie ściągnąć do Pokrzywna Łukasza z Kingą. Trudne to nie było, gdyż przebywali w Polsce na urlopie, a kiedy zajrzeli do nas w ubiegłym tygodniu, zostali uprzedzeni o możliwości zaistnienia podobnej sytuacji. Dlatego zadanie wykonałem bez problemów.

    Byliśmy już po obiedzie, niemniej trochę się zdziwiłem, gdyż potraktowała ich dość obcesowo i oficjalnie. Urzędowe wręcz powitanie i zwykłe grzecznościowe gesty. Nie było mowy o żadnych wspomnieniach, czy też nawiązywania do dawnej, ani tej późniejszej znajomości. Zaraz też zadzwoniła po wózek do hotelu, a kiedy się zjawił, zwyczajnie zleciła nakarmienie naszych gości w restauracji i przywiezienie ich po obiedzie. Tak się odbyło powitanie.
    - Jesteś na nich zła? – zapytałem zdziwiony, kiedy odjechali.
    - Ja? – roześmiała się. – Niby dlaczego, o co i na kogo?
    - Na Łukasza.
    - Coś ty! – odparła. – Ani na niego, ani na nią. Chcę tylko uzmysłowić jej właściwe relacje, aby pozbyła się prywatnych wątpliwości, gdyż chcę z nimi dość poważnie porozmawiać.

    - Masz jakieś plany o których nie wiem?
    - Wobec nich?
    - Chociażby.
    - Nie, nie mam – zaprzeczyła. – Pozwól jednak, że na razie nie będę cię wprowadzała w swoje myśli, gdyż nie chciałabym niczego sugerować. Rozmawiałam jednak przedwczoraj z Alanem i dzisiaj chcę doprowadzić wieczorem do jego spotkania i zderzenia z Łukaszem. Aby pokłócili się jak dyplomata z dyplomatą. Nie wtrącaj się zbytnio do ich rozmowy, raczej słuchaj, a jutro omówimy wszystko i wyciągniemy wnioski.
    Możesz natomiast zabawiać Kingę. To byłoby nawet korzystne, gdyż przestałaby mi przeszkadzać. A już szczytowym osiągnięciem byłoby, gdybyś ją wyrwał wtedy gdzieś na zewnątrz. Na przykład na zwiedzanie okolicy. Uważaj na tę sytuację, bo nie wiem w którym momencie i czy w ogóle taka potrzeba nastąpi. Pić możesz, jednak kontroluj sytuację.

    - Łukasz powiedział, że jeszcze dzisiaj chcą wracać – zauważyłem.
    - Nie możesz się na to zgodzić. Zaraz zarezerwuj im pokój w hotelu, w końcu są twoimi podwładnymi czy nie? – zapytała retorycznie. – Muszą dzisiaj zostać i Łukasz musi być pod wpływem, to jest mi potrzebne. Natomiast jutro będą wolni i niech robią co chcą. Tomek, to ważne!
    - Czyli mam go namówić na alkohol?
    - Zacznij od niej. Jeśli wypije, prędzej się dogadają.
    - Więc niech im podadzą teraz wino do obiadu.
    - Albo szampana. Dobra myśl! – zawołała i natychmiast sięgnęła po telefon.
  • #56
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Tak oto spadło na mnie bardzo poważne zadanie zabawiania, a właściwie to uwodzenia Kingi. Kiedy wrócili po obiedzie, Dorotki już nie było. Usprawiedliwiłem jej nieobecność wizytą amerykańskich gości, co też doskonale tłumaczyło konieczność przeniesienia z nimi rozmowy na późniejszą porę, czym jednak byli bardzo zawiedzeni. Okazało się, że owszem, wypili po kieliszku wina do obiadu, ale wyjazd i tak zaplanowali na wieczór, ze względu na jakąś sytuację rodzinną. A teraz nagle musieli zmieniać plany, gdyż nie pozostawiłem im żadnego wyboru. Rzucili się do telefonów, zrealizowali po kilka rozmów i w końcu przystali na taki wariant.
    Trochę to wszystko trwało, musieli przecież ponownie udać się do hotelu, rozgościć się w zarezerwowanym pokoju, a ja odetchnąłem dopiero, kiedy przyszli do mnie pod strzechę. Podstawową część zadania miałem za sobą.

    Sytuacja wyglądała niecodziennie. Ja byłem ubrany dość niedbale. Krótkie spodenki nad kolana, wzorzysta koszula i na stopach sandały, oni natomiast niemal wizytowo. Dobrze, że Łukasz zdjął krawat i zostawił w numerze marynarkę. Niemniej Kinga doskonale wyczuwała dyskomfort całej sytuacji.
    - Panie Tomaszu! – od razu zgłosiła zażalenie. – Przecież my się nie nadajemy do tego miejsca. Nie byliśmy przygotowani na taką sytuację, nie mamy nawet w co się przebrać, a w ogóle to wyglądam tutaj niczym Cyganka!
    - Przesadza pani – próbowałem bagatelizować jej wnioski, chociaż miała rację. – Proszę zwrócić uwagę, że siedzicie państwo przy stole, za którym wszystko wolno! – zachęcałem. – On widział już różne rzeczy i niczemu się dziwił nie będzie.

    - Tak? A coś konkretnie mógłby pan opowiedzieć? – zainteresował się Łukasz.
    Próbował nabrać pewności siebie, chociaż wyraźnie odstawał ubiorem od reszty obecnych pod strzechą turystów.
    - Mógłbym dużo – zaśmiałem się na głos, jednak na razie nie zdecydowałem się ujawniać naszych tajemnic. – To jezioro poznałem ładnych kilka lat temu, kiedy jeszcze nie było tutaj hotelu. Chwasty na brzegu musiałem sam wykosić, a ciszę zakłócały jedynie odgłosy ptactwa wodnego. Pani Kingo, może sobie pani wyobrazić taką sytuację?
    - Mogę – odparła zdecydowanie. – A co wtedy pana tutaj trzymało?
    - Dobre pytanie – przytaknąłem. – Właśnie cisza i spokój.
    Zastanowiła się przez chwilę.
    - Jakoś panu teraz nie wierzę… Nie kojarzy mi się pan z ciszą i spokojem – wyjaśniła.

    - Znowu ma pani rację – przyznałem. – To są jednak zbyt intymne sprawy, wolałbym o tym nie mówić – przeciąłem dyskusję. – Natomiast mam dla państwa propozycję, a właściwie taką… instrukcję pobytu na tym terenie. Otóż goście siedzący przy tym i tylko przy tym stole, korzystają z oferty kulinarnej w pełni bezpłatnie. Obsługa już zauważyła, że jesteście państwo naszymi gośćmi, więc nikt o nic nie będzie pytał. Możecie zamawiać co tylko dusza zapragnie, do czego zachęcam. Można też popływać i przychodzić tu na przykład prosto z jeziora…
    - Przecież ja nie mam nawet kostiumu! – przerwała mi Kinga. – O czym pan opowiada?
    - Ale szampana pani nie odmówi? – spojrzałem jej w oczy.
    - Skoro i tak zostajemy… – odparła niby obojętnie.

    Po dwóch opróżnionych kieliszkach, postanowiłem im pomóc.
    - Zapraszam państwa na mały rekonesans, te krajobrazy są warte, aby je podziwiać. Ja się nimi upajam od lat i zawsze chętnie do nich wracam.
    - Z przyjemnością! – Łukasz próbował odzyskać fason.
    Rozumiałem go, ale nie mogłem już teraz wyciągnąć go do swojego poziomu. Musiałem zachować przewagę. Dlatego zaproponowałem spacer nad brzegiem jeziora, opowiadając o jego wadach i zaletach. O tym, że przeciwległy brzeg zawsze jest niedostępny i że kiedyś pływałem tutaj najczęściej nago, nie obawiając się podglądaczy, co spotkało się z żywotnym zainteresowaniem Kingi.
    - I tak sam pan pływał?
    - Nie powiedziałem, że sam – oznajmiłem prowokująco.
    - O! To ciekawe! A pańska żona o tym wie?
    - Przecież wtedy jeszcze nie była moją żoną! – wykręciłem się sianem. – Pani nigdy nie próbowała zakazanego owocu? – zapytałem prowokująco.
    - No wie pan co?! – oburzyła się demonstracyjnie.
    Łukasz tym razem milczał.

    Kiedy doszliśmy prawie do ścian sauny, wyłożyłem karty na stół.
    - To jest, proszę państwa, obiekt strategiczny, który nazywa się sauna – żartowałem. – Tutaj zwykli turyści wstępu nie mają, gdyż obiekt jest prywatną własnością i należy do domu, a nie do hotelu. Korzystamy z niego obydwoje z żoną, czasami też Lidka z Romkiem i oczywiście, również nasi goście.
    - Kto to jest Lidka? – zapytała Kinga, zatrzymując się jak wryta.
    Zapomniałem. Oni chyba niczego nie wiedzieli.
    - Pani Lidia Dalerska jest właścicielką tego hotelu i koleżanką mojej żony – wyjaśniłem krótko. – To dlatego pozwalamy sobie tutaj na wiele.
    - A czy Romek to nie jest czasem pan dyrektor Dalerski? – Łukasz nie tracił orientacji.
    - Tak, to jest ta sama osoba! – przyznałem z uśmiechem. – Nie ma go dzisiaj.
    - Byłem wczoraj w banku i z nim rozmawiałem – oznajmił.
    - O! Bardzo dobrze! – podsumowałem. – Ale teraz mam dla państwa pewną propozycję. Chodźmy bliżej do drzwi tego przybytku.

    Otwarłem drzwi chronione kodowym zamkiem i wszyscy weszliśmy do środka, po czym zaprowadziłem ich w stronę szafek.
    - Pani Kingo! – otwarłem drzwi jednej z nich. – Tutaj ma pani do wyboru cały szereg kostiumów. Wszystkie są nieużywane. A jeśli pani zdecyduje się na jakiś, pozostanie on pani własnością. Proszę się nie krępować i wybrać sobie jakiś na dzisiejsze popołudnie. Tak samo pan, panie Łukaszu. Tutaj są męskie kąpielówki, najróżniejszych rozmiarów, fasonów i kolorów. Również proszę się nie krępować i wybrane zachować na pamiątkę. Jeśli też państwo zechcecie, na górnej półce są T-shirty, wielkości są opisane na krawędzi półki, proszę sobie coś dopasować. W ten sposób załatwimy kwestię ubioru i zrównamy się z turystami, może tak być?

    Spoglądali na mnie niepewnie, dlatego dodałem im odwagi.
    - Zostawiam państwa samych i czekam na zewnątrz, chociaż na prawo są kabiny przebieralni, można z nich skorzystać. Życzę dobrego wyboru!
    Odwróciłem się i wyszedłem.
    Długo nie czekałem, wyszli po niecałych pięciu minutach, przeobrażeni dokładnie. Kinga w klasycznym kostiumie, a w jej wieku był to niezły wybór. A jeszcze założyła na siebie pistacjową koszulkę z napisem „Jestem słoneczna!”. Wyglądała o wiele weselej niż to było poprzednio. Łukasz również wybrał spokojne wzory i teraz prezentowali się nie najgorzej.

    - Panie Tomaszu, a co z naszym dotychczasowym ubiorem? – zapytał.
    Podałem mu kod do zamka i pokazałem jak się otwiera drzwi, ale poradziłem, żeby później zabrali wszystko do hotelu.
    - Kody otwarcia są programowalne i zmieniane, a my mamy dzisiaj sporo gości. Jeśli jakaś ekipa zechciałaby skorzystać z sauny, to mogłaby zablokować wam dostęp i wtedy byłby problem.
    - Ach, rozumiem – wyznała Kinga. – Często ludzie tutaj bywają?
    - Nie wie – przyznałem. – Jeśli jesteśmy na miejscu, to korzystamy z sauny raz, czasem dwa razy w tygodniu, ale gościom niczego nie bronimy. A miewamy różnych, nawet podczas naszej nieobecności. Zresztą, państwo tak samo możecie skorzystać z wieczornego seansu. Wprawdzie dzisiaj będzie raczej większa grupa, gdyż zarezerwowali już obiekt, ale tym niemniej każdy ma prawo się dołączyć.
    - Nie, nie, nie! – zastrzegła. – To odpada.
    - Wszystko według państwa życzenia – odpowiedziałem obojętnie, po czym zwróciłem się do Łukasza.

    - To co, zostawiam was teraz na jakąś godzinę. Proszę się zrelaksować, troszkę popływać, skorzystać z oferty stołu pod strzechą i tam też później się zjawię. Wtedy chciałbym porozmawiać trochę o naszych sprawach. Jeśli zdarzyłoby się coś pilnego, proszę do nas, do domu. Jeśli mnie tam nie będzie, zawsze pan znajdzie w kuchni panią Helenę, a ta pani będzie już wiedziała gdzie mnie szukać.
  • #57
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - W porządku – odparł. – Muszę jednak przyznać już teraz, że nawet w snach się tego nie spodziewałem, jak państwo tutaj żyjecie… Bajka wprost! – zachwycał się.
    Dopiero teraz zrozumiałem, dlaczego tak długo milczał, właściwie nie zabierając głosu.
    - Panie Łukaszu… Chciałby się pan ze mną zamienić?
    - Proszę sobie nie żartować.
    - Nie miałem na myśli żartów – odpowiedziałem. – Proszę spojrzeć na wszystko z drugiej strony. Niby jesteśmy na urlopie, ale niemal codziennie zajmujemy się służbowymi sprawami. Wczoraj gościliśmy dyrektora Dedejkę z banku. Dwa dni temu był dyrektor Protasiuk. Dzisiaj wieczór mamy gości amerykańskich. Państwo też wymagacie jakiegoś zainteresowania… Gdzie to nasze bajeczne życie?
    Pan sobie nie zdaje sprawy po ile godzin na dobę pracujemy. I to niezależnie czy mamy urlop, czy nie. Nawet dzisiaj, ja jestem z państwem, zaś Dorotka pełni honory gospodyni domu przy innej delegacji… A i urlop niedługo nam się kończy. Dobrze, że nasze dzieci wyjechały na wakacje, bo nie wiem jak dalibyśmy sobie radę.

    - To prawda… – przyznał nieśpiesznie.
    - Wie pan co? Mojego moskiewskiego życia nijak nie da się porównać do waszego obecnego. Ja takich warunków przedtem nie miałem.
    - Słyszałem. Pani Anna nam o tym opowiadała.
    - Właśnie. Macie państwo o niebo lepszą sytuację niż miałem ja. Przecież moja niby zażyłość z Igorem ma bardzo krótki rodowód i niewiele z niej skorzystałem. Szybko zjechałem wtedy do Polski i nasze kontakty niemal się urwały.
    - Oj, wspominają pana z dużą sympatią – wyrwała się Kinga.
    - Tylko ta sympatia powstała dopiero wtedy, kiedy końcem wiosny z Nowego Jorku przyleciała Dorotka i utarła im nosa. Wcześniej jakoś nie potrafili jej okazać, wręcz odwrotnie.

    - Tak… – westchnął Łukasz. – Pani Ania zdążyła nam poopowiadać to i owo. A co słychać u nich? Krzysztof już się zadomowił?
    - Nie wiem – przyznałem bezradnie. – Nie utrzymuję z nimi bieżących kontaktów. Wiem tylko, że Dorotka wypełniła swoje obietnice. Obydwoje zostali zatrudnieni w korporacji, Ania zaczęła jesienią studia, natomiast jak żyją i gdzie, tego nie wiem. To już są sprawy Dorotki.
    - Rozumiem.
    - Zostawiam zatem państwa samych, proszę się zrelaksować, tak jak mówiłem. Za tym stołem możecie państwo korzystać z pełnej jego oferty, koszty pobytu w hotelu również pokryje bank. Proszę korzystać z okazji i nie tracić czasu.
    - Panie Tomaszu…
    - Proszę!
    - Czy oferta dotyczy również alkoholi? – zapytał Łukasz, mimo że Kinga próbowała mu przerwać.
    - Tak, jak najbardziej! – uśmiechnąłem się.
    - Czyli piwo może być dla nas za darmo?
    - Nie tylko piwo – tłumaczyłem. – Proszę zafundować żonie szampana. Uprzedzam tylko, że kąpiele wodne w stanie wskazującym, nie są zbyt bezpieczne.
    - Nie mamy po szesnaście lat – zauważył.
    - Czyli dogadaliśmy się – wstałem i wyciągnąłem dłoń. – Spotykamy się wieczorem. Jeśli będę państwa pilnie potrzebował, to zjawię się tutaj. A jeśli państwu znudzi się pobyt nad jeziorem, to zapraszam na taras przy domu. Tam też można posiedzieć i się relaksować. Przepraszam za taki układ, mamy jednak na głowie całą amerykańską delegację i trudno to wszystko opanować.
    - Nie ma problemu – Łukasz wyglądał na uspokojonego.
    Uścisnęliśmy sobie dłonie i zostawiłem ich samych.

    Jeśli miewałem czasem wątpliwości dotyczące zdolności Dorotki, jej wiedzy, wyczucia sytuacji, umiejętności balansowania pomiędzy przeciwstawnymi obozami i sterowania ich zachowaniem, to tamtego wieczoru dostałem taką lekcję, że zapamiętałem ją już na zawsze. A wszystko zaczęło się zupełnie zwyczajnie.

    Wieczorem, nasi amerykańscy goście poprosili o możliwość spożywania kolacji na tarasie, co osobiście bardzo mi się spodobało. Już nie było upału, spokojny zefirek mile chłodził rozgrzane ciała, nie było sensu kisić się w klimatyzowanym salonie. Gdyby nawet komuś zrobiło się zbyt gorąco, zawsze mógł wejść do domu. W nim panowały inne warunki, tylko dwadzieścia dwa stopnie i nie więcej. Ale byliśmy przecież na wakacjach nad jeziorem!
    Kiedy Dorotka uprzedziła ich, że na kolację zaprosiła dzisiaj również małżeństwo naszych bankowych współpracowników z rosyjskiego banku, nie wspomniawszy przy tym o dyplomatycznym stażu Łukasza, ani dawnej z nim znajomości, atmosfera wyraźnie siadła. I chociaż nikt głośno nie zaprotestował, w końcu była u siebie, stało się jednak oczywistym, że perspektywa alkoholowego relaksu w obecności obcych osób, nie była dla naszych gości zbyt miłą. Wesołe dialogi zacichły, zastąpione krótkimi uwagami o wydarzeniach dzisiejszego dnia. I to rzucanymi gdzieś pod nosem, jakby wszyscy nagle zrobili się bardzo zmęczeni intensywnym wypoczynkiem.

    Pojawienie się Kingi i Łukasza przyjęli ze zdystansowanym zainteresowaniem, podobnie też reagowali podczas wzajemnych prezentacji, co było raczej wyłącznie grzecznościowym wysiłkiem. A kiedy wszystko się uspokoiło i zajęliśmy miejsca za stołem, powróciła cisza. Dość niezwyczajna w tym miejscu wieczorami.
    Pouczony wcześniej przez Dorotkę, dyskretnie wszystko obserwowałem, nie próbując im sztucznie pomagać w nawiązaniu dialogu. Dlatego rozmowy były tylko urywane. Ktoś mruknął kilka słów, za chwilę ktoś odpowiedział, ale były to jedynie króciutkie, urywane teksty, właściwie bez znaczenia. W dodatku coraz częściej wypowiadane po angielsku, co w pewnej chwili chyba zdenerwowało siedzącą po mojej lewej ręce Kingę.

    - Panie Tomaszu, pan dobrze mówi po angielsku? – zapytała cicho, pochylając się lekko w moją stronę.
    - Raczej nie… – przyznałem z zakłopotaniem. – Owszem, w zasadzie rozumiem wypowiadane kwestie, ale z odpowiedziami miewam problemy.
    - Więc jaki język rozmów tutaj obowiązuje? Nie polski przypadkiem?
    A to złośnica! Całe powitanie i przedstawianie przebiegało po polsku, więc usłyszała, że nasi amerykańscy goście znali język albo dobrze, albo lepiej niż ja angielski. No i teraz poczuła się urażona, chociaż angielski, według słów Łukasza, znała co najmniej tak dobrze jak i ja.
    - Ale wie pani… To nie jest oficjalne, dyplomatyczne przyjęcie – bagatelizowałem jej zastrzeżenia. – To są nasi znajomi, a państwo również możecie się czuć tutaj swobodnie. Co zresztą próbowałem pani powiedzieć już wcześniej, w ciągu dnia.

    - Więc może przejdźmy w rozmowach na język rosyjski – nie ustępowała. – Dlaczego zawsze jest tak, że to my musimy dostosowywać się do innych?
    I wtedy nadziała się na potężną kontrę.

    Nasza wymiana zdań była wprawdzie dyskretna, ale w sytuacji braku gwaru, zwróciła uwagę biesiadników. Za stołem zrobiło się niemal całkiem cicho, zaś ostatnią kwestię rozemocjonowana Kinga wypowiedziała niemal na cały głos. Nikt nie miał trudności ze zrozumieniem jej słów.
    Chyba to zrozumiała, bo natychmiast rozejrzała się wokół lękliwie, a wtedy siedzący naprzeciwko radca Patrick, zwykle cichy i nie przebijający się do pierwszego szeregu, uśmiechnął się do niej i z nienagannym akcentem powiedział po rosyjsku.
    - Ależ z przyjemnością porozmawiałbym z panią w tym języku! Już dawno nie miałem okazji poćwiczyć tamtego akcentu i przypomnieć sobie słownictwa!

    Od tej chwili wszystko potoczyło się z górki. Duma Kingi znalazła swoje ukojenie, a gdy okazało się, że Patrick spotkał się kiedyś w Moskwie z Łukaszem na jakimś przyjęciu i że Łukasz też miał kiedyś status dyplomatyczny, wszelkie lody pękły i spłynęły do morza. Swój znalazł swego.
  • #58
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Cała kolacja przeobraziła się wtedy diametralnie. Łukasz z Kingą okazali się dla nich bardzo pożądanym towarzystwem i wiele hamulców zostało zwolnionych, zupełnie nie po amerykańsku. A co ciekawsze, również mnie Dorotka zachęcała wtedy do uczestnictwa w festiwalu wspomnień z dawnych lat. Oczywiście, podlewanym rozmaitymi gatunkami alkoholi. I nie będę ukrywał, że bardzo chętnie wdawałem się w tę wymianę zdań. Ech, moja sentymentalna, słowiańska natura…
    Przecież tak samo miałem swoje wspomnienia. Może nawet bogatsze niż oni. A różne miejsca obserwacji, w których kiedyś znajdowaliśmy się w Moskwie, wzbogacały tylko nasze spojrzenie na całość i dzisiejszą wiedzę. Bo dyskutowaliśmy głównie o Rosji. O jej dzisiejszym stanie oraz perspektywach na przyszłość. Tak się jakoś złożyło, pomyślałby ktoś.
    Ale „się nie złożyło”. To Dorotka ukierunkowała naszą dyskusję swoimi krótkimi uwagami, nie wtrącając się w zasadzie w tok całej wymiany zdań.

    Panie tej rosyjskiej monotematyczności zbyt długo nie wytrzymały i po deserze zabrały Kingę do salonu, zostawiając nas na tarasie samych, wraz z pełnymi emocji dyskusjami. Byłem z tego zadowolony, gdyż odpadło mi jej zabawianie. Dorotka natomiast pozostała z nami i przez cały czas, niby sącząc szampana, niezmiennie kontrolowała sytuację. O coś czasem pytając, coś podpowiadając, czasami oponując, ale swoich rzeczywistych poglądów nie zdradzała. Jedynie nas zachęcała do wyrażania opinii, nie ujawniając swojej.
    I tylko kiedy ja zbyt energicznie zabierałem głos, wyraźnie się krzywiła. Przypominałem sobie wtedy jej przesłanie i pasowałem, pozwalając dyskutować innym. Przy okazji miałem okazję zajęcia się pilniej dbałością o zawartość kieliszków gości.
    Sama natomiast dbała, aby gościom niczego na stole nie brakło. Kiedy zdarzało się, że temperatura dialogu nadmiernie rosła, wtrącała jakąś niewinną kwestię, będącą zachętą do korzystania z dań, oraz bardziej pokojowego kontynuowania dyskusji.
    Nikt nie odważał się jej sprzeciwiać.

    Nie wiem, ile z zaprezentowanych wtedy spostrzeżeń stanowiło tajemnicę państwową, ile było zwykłymi, prywatnymi spostrzeżeniami, ale ja, oprócz poznania kilkunastu nowych ciekawostek z życia najwyższej wierchuszki rosyjskich działaczy rządowych, niewiele innych wniosków z tego kociołka wyciągnąłem. Dla kogoś, kto nie miał z tym żadnych kontaktów, wszystko stanowiłoby niemałą sensację, ale nie dla mnie. Te sprawy poznałem już dawno. Może nie aż w takich szczegółach, do jakich mieli dostęp oni, ale nowości żadnych nie znalazłem.
    Poza tym, rano miałem takiego zwyczajnego, chociaż lekkiego kaca, kiedy Dorotka już podczas śniadania próbowała zmobilizować mnie do myślenia.

    - Tomek! Nie miałeś mojej zgody na upijanie się – narzekała.
    - Przecież wcale się nie urżnąłem! – zaprotestowałem, będąc wciąż w doskonałym nastroju. – Nie mogłem jednak odmawiać twoim amerykańskim przyjaciołom. Co by sobie wtedy pomyśleli o Polakach?! Że są lepsi w te klocki od nas? O nie!
    - Ty… chcesz mnie zdenerwować?
    - Ja? W żadnym wypadku! Kocham ciebie i tylko ciebie, w dodatku zgłaszam gotowość do wszelkich zajęć, oprócz biegania. Najchętniej, jeśli mógłbym coś podpowiedzieć na dzisiaj… udałbym się z tobą w kierunku jeziora.
    - Dobrze, pomogę ci się wymoczyć, ale jeśli nie zaczniesz potem myśleć, to wracam do Warszawy! Sama, żebyś nie miał żadnych wątpliwości.
    - Będę myślał, obiecuję! – próbowałem ją pocałować, jednak odwróciła głowę.
    - Może i myłeś zęby, ale na pewno się nie ogoliłeś. Nie podchodź do mnie w takim stanie!

    - Chyba się starzeję… – wyznałem bezradnie i demonstracyjnie oklapłem na krześle.
    - Kwestia wieku jest stanem indywidualnego myślenia – zauważyła. – Jeśli chcesz być starym, to takim będziesz. Ale odwrotnie to też działa. Wystarczy chcieć!
    - Chcę! – zerwałem się z krzesła. – Chcę, chociaż mam cholernego kaca, ale jezioro go wypłucze. Pójdziesz ze mną popływać?
    - Owszem – odparła spokojnie. – Pod warunkiem, że się potem ogolisz.
    Zagryzłem wargi i śmiałem się bezgłośnie. Moja cudowna Dorotka! Moje kochanie i moje szczęście! W tak zawoalowany sposób informowała mnie, że jest niezadowolona z tego, że wczoraj się nie kochaliśmy, bo byłem już zbyt wesoły, a dzisiaj mam to wszystko nadrobić!
    Będę musiał bardzo dokładnie się ogolić, gdyż nie tolerowała otarć na udach.

    Nikt się tego nie domyślał, ale najważniejsze biznesowe decyzje sezonu podjęła wtedy, w naszej sypialni. Po bajecznym seansie we dwoje, kiedy odrobiliśmy zaległości z poprzedniego dnia, kiedy polegiwaliśmy już, wtulając się w siebie, zapytała nieoczekiwanie co myślę o tej całej wczorajszej dyskusji.
    Zamknąłem jej usta pocałunkiem i, nie rozumiejąc powagi sytuacji, zapowiedziałem że teraz to ja wyjadę, jeśli zechce kontynuować temat. Poddała się nieoczekiwanie i następną godzinę spędziliśmy według moich życzeń na masażach i pieszczotach. Jednak ileż w końcu można! Nadszedł czas, by zająć się normalnym życiem. A wtedy sprowadziła mnie do ziemię.
    - Mam nadzieję, że wróciłeś już do normalnego poziomu i teraz mi się zrewanżujesz – oznajmiła tajemniczo.
    - Nie wiem czym?
    - Zadałam wcześniej pytanie o twoją ocenę wczorajszej dyskusji i mam nadzieję, że udało ci się już wyzdrowieć, więc mi na nie odpowiesz.

    - Nie przesadzajmy! – roześmiałem się. – Cała moja niedyspozycja była mocno udawana. Nie takie choroby przechodziłem w swoim życiu, jestem więc na nie uodporniony. Chociaż muszę przyznać, że nieco się wczoraj zabawiłem. Przecież przy tobie nie mam ani powodów, ani okazji do powtarzania na co dzień podobnych treningów…
    - Zostaw tę tematykę w spokoju i skoro twierdzisz, że jesteś teraz trzeźwy, skup się na problemie. Jakie wnioski wyciągasz z wczorajszej rozmowy?
    - A jakie mam wyciągać? Podpuszczałaś Patricka oraz Łukasza tak, że niemal skakali sobie do oczu, ale w końcu i tak pili równo, więc chyba ich uzgodnione stanowisko można przyjąć teraz jako wskazówkę.
    - Wróć! Mamy jeszcze opinię Igora z Borysem.

    - To fakt. Jest bardziej optymistyczna, ale to chyba normalne z ich strony.
    - Nie! Nie jest normalne! – zaprotestowała. – Ja od nich nie oczekuję klakierstwa, tylko rzetelnej oceny sytuacji.
    - Masz wątpliwości odnośnie przedstawionych przez nich analiz?
    - Tak, mam – oświadczyła. – Ty takich nie masz?
    - Nie wiem… Poczekaj, muszę się zastanowić…
    - To się zastanów.
    - Ale jestem głodny!
    Zadzwoniła do Heleny i po kilku minutach w sypialni pojawiło się drugie śniadanie.

    - Pani Heleno, przepraszam za kłopot, jednak nie mogę dzisiaj tego leniwca pobudzić do myślenia – zaczęła się tłumaczyć.
    - Urlop i wakacje należy poświęcić dla wypoczynku! – oznajmiła jej Helena, po czym uśmiechając się, zamknęła za sobą drzwi.
    Jak zwykle, w naszych rozgrywkach wzięła moją stronę. Co w tej kobiecie siedziało?
    Dorotka nie naciskała na poważną rozmowę podczas posiłku. Było już niemal południe i mieliśmy prawo być głodni. Kiedy jednak uprzątnąwszy nieco, podała mi filiżankę z kawą oraz sama wzięła w dłonie drugą, temat powrócił.
    - Ja wciąż czekam na twoją odpowiedź – przypomniała.
    - Wiem, skarbie, wiem – odparłem z namysłem. – I mówiąc szczerze, trochę mnie niepokoi ten zgodny, chociaż pozornie różnorodny chór. Igor z Borysem śpiewali jednym głosem, Łukasz zdał podobne sprawozdanie, a wczoraj je w zasadzie potwierdził… Nie masz bardziej aktualnych informacji z ambasady niż te, które zaprezentował Patrick?
    - Nawet jeśli mam, są teraz bez znaczenia. Nie wiem już co o tym sądzić.

    - Słuchaj, Słoneczko! Wałkujemy temat od roku i nie znaleźliśmy kompletnie niczego. Wszyscy analitycy i wszystkie obiektywne wskaźniki są za, więc na twoim miejscu dawno już uruchomiłbym wschodni program inwestycyjny, gdyż tracimy tylko czas! Wspomnij Alba Bank. Szybka decyzja równa się dwa razy dobra decyzja!
    - Chwileczkę! Pamiętasz ubiegłoroczny pobyt w Moskwie? Ten pierwszy, kiedy miałeś okazję rozmawiać z Olgą?
    - Oczywiście.
    - A jesteś w stanie jeszcze raz przypomnieć mi przebieg waszej rozmowy?
    - O mamo… Opowiadałem ci o tym dziesiątki razy.
    - Spróbuj jeszcze raz, proszę! Tylko skup się.
  • #59
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Tak naprawdę, to już nie wiedziałem jak ta rozmowa z Olgą przebiegała. Zapomniałem. Przez tyle miesięcy szukaliśmy jakichś wskazówek w zmianach personalnych na szczytach władzy. Studiowałem rosyjskie gazety i portale internetowe, z czego zupełnie nic nie wynikało. W końcu reszta zagadnień umknęła, jako rzecz nieważna. A teraz miałem problem.
    - Słoneczko… Nie jestem w stanie…
    - Czyli nadal niczego nie wiemy. Dzisiaj jestem już pewna, że Olga przekazała ci wtedy ważną wiadomość i wskazówkę dla mnie, a ty jesteś do niej kluczem. Koniec i kropka! Tylko co to było?
    - A niedawna rozmowa z Igorem i Borysem nie dała ci żadnych wyjaśnień?
    - Oczywiście, że nie. Tomek, zrozum! Oni obydwaj mają swój własny, prywatny interes w forsowaniu określonych rozwiązań, dlatego ich opinia nie jest obiektywna i nigdy taką nie będzie! Ja to wszystko wysłuchuję, bo tak należy, z tego też można wyciągać jakieś wnioski, ale nigdy nie mogą one stanowić podstawy do podejmowania decyzji strategicznych!

    - Cóż ja mogę na to poradzić… Musiałbym znowu pogadać z Olgą, chociaż nie wiem czy zmieniłaby zdanie. Przecież ją pytałem, czy chciałaby zwiększenia zakresu swojej pracy.
    - I co na to odpowiedziała?
    - Że owszem, chciałaby, bo w domu zostali z Anatolijem sami. Już bez dzieci, a przecież czuje się w pełni sił. Jest sprawna fizycznie i umysłowo, ale nie ma też złudzeń, że to się może zdarzyć…
    - Co??? Co ty powiedziałeś???
    - No co… nic!
    - Jeszcze raz! – poleciła, już spokojniej. – W jakiej sytuacji to było?
    - Skarbie… opowiadałem ci to dziesiątki razy!
    - Tomek… proszę! Opowiedz jeszcze raz!
    - Mówiłem ci przecież, że niemal na pożegnanie zapytałem, czy sama chciałaby mieć więcej pracy.
    - Kontynuuj!

    - Odparła wtedy, że bardzo chętnie, bo została teraz sama. Ma wiele czasu i energii, nie ma się gdzie wyładować, jednak nie jest też pozbawiona rozsądku. Czyli doskonale wie, że to już jest niemożliwe. Bo ja wszystko wiem, czy jakoś tak… nie pamiętam dokładnie.
    Dorotka milczała, wpatrując się we mnie niczym sowa w mysz.
    - Coś nie tak? – zapytałem.
    - I powiedziała jeszcze, żebyś o tym pamiętał, tak?
    - Zgadza się, coś w takim stylu.
    Zacisnęła wargi nie mrugnąwszy nawet powieką i trwała nieruchomo przez dłuższy czas.
    - Co się tak rozgadałaś? – zapytałem ironicznie.
    - Lidka ma u mnie najlepszego szampana! – oznajmiła nieoczekiwanie.
    - Z jakiej paki?
    - Bo z ciebie jest niezła cholera, a Lidka odkryła to pierwsza! – powiedziała dobitnie, po czym rzuciła się na mnie, przewracając na łóżko.

    Tamtego dnia, jeszcze w sypialni, Dorotka podjęła jedną z najważniejszych decyzji w swojej karierze, diametralnie odwracającą strategię naszych działań na wschodzie. Taka mała, maleńka uwaga Olgi, część zdania, którą kiedyś do mnie wypowiedziała, stała się przyczyną zmiany całej naszej orientacji na wschodni rynek.
    - Mam wrażenie, że jednak przesadzasz – tłumaczyłem, kiedy mi to oświadczyła. – Zobacz co myśli o tym konkurencja. Wszystkie rekomendacje przewidują wzrosty…
    - Może i tak – przerwała moją wypowiedź. – Ja jednak wiem swoje. Często pływam pod prąd ogólnego, owczego pędu. Po to zresztą tworzymy niezależne struktury analityczne, aby wiedzieć więcej niż oni.

    - I po co te całe struktury, jeśli chcesz podejmować ważną decyzję na podstawie jednej, grzecznościowej kwestii, rzuconej mimochodem przez Olgę?
    - To nie tak! – zaprotestowała. – To nie jest kwestia tylko tej uwagi. Ważna jest cała wasza ówczesna rozmowa i wszystko to, co później nastąpiło w rosyjskiej gospodarce.
    - Nie kumam niczego.
    - A ja pamiętam waszą rozmowę, którą zrelacjonowałeś jeszcze w samolocie. I o tym, że poruszyłeś chociażby kwestię działania miejscowych służb ochrony środowiska wobec zagranicznych inwestorów naftowych.
    - Może… nie pamiętam już tego.

    - Niepotrzebnie skoncentrowaliśmy się wtedy na kwestiach personalnych. Przecież Olga wyraźnie ci powiedziała, że wskazówek nie należy szukać w kolejności zajmowanych miejsc na mauzoleum. Te kwestie są bez znaczenia. A jednak dwukrotnie podkreśliła, że przekazuje ci ważną wiadomość, którą powinieneś odczytać z jej wypowiedzi.
    - Przeceniła mnie.
    - Niekoniecznie, chociaż na zrozumienie wszystkiego straciliśmy ponad rok. Ale więcej czasu tracić nie będziemy!

    Wszelkie długoterminowe plany inwestycyjne zostały wtedy definitywnie porzucone. Natomiast energia i zasoby Prominvestbanku zostały dyskretnie przeorientowane na działania krótkoterminowe. Również takie bardziej agresywne. Oczywiście, nie było też mowy o końcu naszego zainteresowania tym rynkiem. Już w sierpniu ponownie polecieliśmy do Moskwy, gdzie Dorotka wydała kategoryczne zalecenia kontynuacji rozbudowy naszego, giełdowego domu maklerskiego. Ta struktura była nam wciąż potrzebna.
    Jednak nikt na zewnątrz nie miał prawa znać jej dalekosiężnych zamiarów.

    Dorotka zdała dokładne sprawozdanie jedynie prezesowi Hammersowi, rekomendując wycofanie się korporacji Solution z długoterminowych inwestycji w Rosji, ale to wszystko. Nawet swoich zastępców we wschodnim departamencie nie wtajemniczyła w powody zmiany strategii, autorytarnie obniżając rekomendacje i ogólne wskaźniki dla tego rynku.
    Było to działanie raczej niespotykane, zdezorientowani analitycy nie kryli zniesmaczenia, ale nikt nie miał odwagi jej się sprzeciwić i efekty tego poszły w świat. Przecież nasz serwis był kupowany i coraz bardziej zauważany w świecie, a teraz zamieszał na rynku niczym kij włożony w mrowisko, przy okazji robiąc sobie niemałą reklamę.

    To był jednak mały kij i zamieszanie niedługo trwało. Większość komentatorów uznała te działania właśnie za sposób na bezpłatną reklamę, tym bardziej, że Hammers milczał, odmawiając jakichkolwiek komentarzy. Naszą ocenę rynku uznano po kilku miesiącach za chybioną i na jakiś czas o niej zapomniano. I tylko u nas, rekomendacje Dorotki wciąż obowiązywały. Dzięki czemu Solution Inc. nie utopił w Rosji swoich funduszy.
  • #60
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Ze spraw znaczących, wypadałoby jeszcze zahaczyć o losy pana wójta Zbyszka, gdyż sprawił nam niemałą niespodziankę. Przyznam tutaj, że nieco lekceważyłem opinię Lidki o jego talentach, wciąż mając w pamięci tamtą imprezę przed wieloma laty. Kiedy usiłował poderwać Dorotkę, oferując jej stanowisko swojego zastępcy. Wielkiej przyjaźni od tamtego czasu między nami nie było, chociaż nie protestowałem, kiedy Lidka zapraszała go do Pokrzywna na różne imprezy. W końcu był administracyjnym gospodarzem terenu, a także bliskim jej współpracownikiem. Dlatego tolerowałem jego obecność, przeważnie jednak bez większego entuzjazmu.
    Muszę też przyznać, że zachowywał się wobec nas z pełną rewerencją. Od dawna już wiedział, że w najważniejszych kwestiach to ja rozdaję tu karty i nawet kiedy dowiedziałem się od Lidki, że powołał jakiegoś gościa na swojego zastępcę, informacja ta spłynęła po mnie jak po kaczce. Tym bardziej, że i Lidka nie puściła więcej pary z ust do czasu, gdy po kilku dniach zaprosiła ich nad jezioro.

    Znowu trafiła na nieszczególny dla nas moment, gdyż po powrocie z jeziora siedzieliśmy na tarasie w strojach kąpielowych,. Aż tu nagle zajeżdżają samochody, z których wysiadają nie całkiem znani nam ludzie.
    - Witaj, załogo! – wołała Lidka, jeszcze u podnóża schodów. – Jak się miewacie?
    - Świetnie! – odparła Dorotka, spokojnie przyglądając się sytuacji.
    Ja zaś, widząc panów odzianych wyjściowo, powstałem z miejsca.
    - Przywiozłam wam nową ekipę administracyjną gminy, bo wiem, że macie teraz okres lenistwa i nie ruszacie rzyci. Więc skoro Mahomet nie przyszedł do góry…
    - Dzień dobry państwu! – odezwał się Zbyszek. – Lidka, nie przesadzaj. Przecież nie jestem taki nowy i nieznany.
    - Zdecydowanie masz rację – potwierdziłem ze śmiechem schodząc niżej, po czym uścisnęliśmy sobie dłonie.
    - Pozwolisz jednak, że gościa zaprezentuję najpierw twojej żonie? – bardziej stwierdził niż zapytał.
    - Ależ oczywiście, proszę!

    Zbyszek gestem wskazał drogę nieznajomemu i obydwaj panowie wspięli się po stopniach, zatrzymując przed fotelem Dorotki.
    - Pani prezes! – zaanonsował Zbyszek. – Pozwoli pani przedstawić sobie Janusza Szybałę, którego przed kilkoma dniami mianowałem swoim zastępcą. Mam nadzieję, że będzie dobrym reprezentantem gminnych władz oraz znajdzie u pani pełne zrozumienie dla swoich działań i decyzji.
    - Miło pana poznać! – Dorotka podała mu dłoń, nie podnosząc się z fotela. – Proszę mi wybaczyć, że nie wstaję, ale wyglądałoby to zbyt groteskowo, gdyby kobieta odziana w bikini witała się w pozycji stojącej, z mężczyzną w garniturze.
    - Ależ… damy mogą wszystko! – zauważył przytomnie. – Jestem zaszczycony poznaniem pani prezes!
    - Dziękuję! Proszę, siadajcie panowie. Kawa, herbata? – zapytała, kiedy Helena dyskretnie uchyliła drzwi, podając jej przy okazji letnią sukienkę.
    - Kawę poprosimy – zaordynował Zbyszek. – Pani Helena serwuje tak rewelacyjną, więc byłbym kpem, gdybym z tego nie skorzystał – błysnął uśmiechem w jej kierunku.
    A to łachudra! – pomyślałem. – Próbuje teraz wkupić się w łaski Heleny.

    - Mnie również jest miło pana poznać! – mimo skromnego odzienia w postaci spodenek, podszedłem i podałem dłoń nowemu zastępcy. Uścisnął ją skwapliwie. – Proszę czuć się tutaj swobodnie, to jest strefa gdzie nie obowiązuje protokół dyplomatyczny – roześmiałem się.
    - Aż tak? – zauważył, zupełnie niezmieszany. Nasze funkcje wcale go nie przeraziły.
    - Przecież kiedyś trzeba odpocząć od sztywności kontaktów – wyjaśniłem. – Powie nam pan czym się wcześniej zajmował?
    - Może ja przedstawię gościa – zaproponował Zbyszek. – Wydaje mi się, że powinienem to zrobić już wcześniej. Otóż Janusz jest absolwentem Krajowej Szkoły Administracji Publicznej. Ukończył też studia podyplomowe z zakresu zarządzania turystyką. Znamy się od jakiegoś czasu, kiedyś pracowaliśmy razem. Wprawdzie niezbyt długo, ale mam dobre wspomnienia z tego okresu i liczę, że dalsze będą podobne.

    - Na dziewczyny też chodziliście razem? – zapytała nieoczekiwanie Lidka, pozostająca dotychczas nieco na uboczu.
    - Skąd wiesz? – odparował Zbyszek.
    - Nie wiem, ja tylko pytam.
    - Powiem, że… zdarzało się.
    - Czyli mamy tutaj do czynienia z porozumieniem jąder? – zakpiła.
    - Niekoniecznie – Zbyszek się skrzywił. – Nie mieliśmy przyjemności kopulowania jednocześnie z tą samą panienką.
    - Jesteś teraz wulgarny.
    - Więc mnie nie prowokuj, bo mój zastępca tak dobrze ciebie nie zna i może sobie wyrobić błędną opinię. A wcale bym tego nie chciał!

    - A co pan zastępca sobie pomyślał? – Lidka spojrzała na mężczyznę.
    - Krótka piłka. Państwo znacie się doskonale, a to co mówicie teraz, zupełnie nie odzwierciedla waszych rzeczywistych relacji. I bardzo dobrze według mnie.
    - Słusznie pan prawi – zauważyłem. – Ale na pewno pan nie wie, że stanowisko swojego zastępcy pan Zbyszek oferował wcześniej innej osobie…
    - Komu? – zapytał odruchowo. Tu go trafiłem.
    - Mnie! – oznajmiła Dorotka i wybuchnęła śmiechem.
    - Kiedy to było, ja już o tym niemal zapomniałem – Zbyszek bagatelizował sytuację.
    - Ale ja nie zapomniałam – Dorotka bawiła się doskonale. – Panie Zbyszku, przecież nie ma się pan czego wstydzić. Byłam wtedy bezrobotna, a pan przedstawił doskonałą ofertę.
    - Ale pani była wtedy z panem Tomaszem.
    - Och, przecież pan nie wiedział co nas łączy.

    - Prawda, ale nie do końca. Lidka powiedziała mi po cichu na koniec wieczoru, żebym sobie darował podchody, bo darmo tracę czas.
    - Zrobiłaś to? – Dorotka spiorunowała wzrokiem Lidkę.
    - Chyba jesteś chora! – odparła leniwie. – O ile pamiętam, to powiedziałam mu jedynie, że ma za małą gminę przy twoich możliwościach, więc szkoda jego czasu. A Tomek załatwi ci lepszą pracę i na znacznie dłużej.
    Dorotka przez chwilę jakby się zastanawiała.
    - Prorok jakiś, czy co? – zapytała niespodziewanie.
    - Nie inaczej!
    - Lidka! Nie uzurpujesz sobie czegoś aby?
    - Wiem już, wiem, sorry. Więcej nie będę.
    - Ja cię uprzedzam!
    - Oj, dobrze już. Zbyszek tamtego dnia niczego nie zrozumiał, a ja mu już nie tłumaczyłam szczegółów, zatem nie wściekaj się.
    - Kiedyś cię zamorduję! – obiecała Dorotka.
    - Nie będziesz taka zła. Przecież ja cię znam! – podeszła do Dorotki i serdecznie się objęły, demonstrując niezwykłe pokłady koleżeństwa. Oglądaliśmy we trójkę ich dziwne przejawy bliskości, a wtedy, nieoczekiwanie coś mnie podkusiło.

    - Ożenił byś się w końcu. Mógłbyś wtedy codziennie oglądać takie wygłupy, a poza tym już dawno nie byłem na jakimś weselu – zwróciłem się do niego. – Czas mija, a ja ciągle niczyja!
    - Poczekaj, bo cię zaprosi. Akurat! – zakpiła Lidka.
    - Trzymam cię za słowo! – Zbyszek odezwał się spokojnie. – To naprawdę już niedługo. Zaproszenia są wydrukowane i będziemy zaszczyceni państwa obecnością! – skłonił się w stronę Dorotki.
    Lidkę coś trafiło. Porzuciła Dorotkę, odwróciła się sztywno jak rażona piorunem, po czym wystękała.
    - Pieprzysz teraz! Z kim niby się żenisz? Dlaczego ja o niczym nie wiem?
    - To już moja tajemnica – uśmiechnął się. – Ale jestem bardzo zadowolony, że niczego nie zauważyłaś.

    - No nie… – usiadła na krześle, wpatrzona w niego jak w obrazek. – Teraz to dałeś po jajach… Nie pojadę do Warszawy, dopóki się wszystkiego nie dowiem! Ale poczekaj, ja cię urządzę! Pójdę tylko do hotelu, ludzie wiedzą wszystko.
    - Niczego nie wiedzą – zaśmiał się Zbyszek. – Nikt o tym jeszcze nie wie. Oczywiście, oprócz mojej przyszłej żony.
    - Jakaś miejscowa dama? – zapytała Dorotka.
    - Niekoniecznie – odparł wymijająco. – Bardzo państwa proszę o cierpliwość, za jakiś czas wszystko się wyjaśni.


    KONIEC