Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

Życie, życie jest opowieścią... [Kontynuacja opowiadania].

retrofood 11 Aug 2021 12:43 1932 52
Optex
  • #31
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Następna opowieść myśliwska (bez polowania, najważniejszy będzie bankiet), będzie taka nieco erotyczno - chuligańska. :D Już możesz kombinować jakąś okładkę. :D
  • Optex
  • #32
    ArturAVS
    Moderator of HydePark/Cars
    retrofood wrote:
    Już możesz kombinować jakąś okładkę.


    Roznegliżowana dziewica zalana posoką na stole ofiarnym? :D

    Przed chwilą skończyłem zrzucać na dysk "I po balu..." i "Życie to bal jest nad bale". Kurcze te wycinanie tekstu z postów i wklejanie do edytora zajechało mi mysza :-(
  • #33
    karwo
    Level 26  
    ArturAVS wrote:
    Kurcze te wycinanie tekstu z postów i wklejanie do edytora zajechało mi mysza

    To Dzilla przyniesie Pańciowi w podzięce nową myszę, nie wiem tylko czy trafi na kompatybilną :)

    Przepraszam nie mogłem się powstrzymać, bo ciągu dalszego opowieści nie widać.
  • #34
    ArturAVS
    Moderator of HydePark/Cars
    karwo wrote:
    To Dzilla przyniesie Pańciowi w podzięce nową myszę, nie wiem tylko czy trafi na kompatybilną.

    Przynieść przyniesie ale ogonek do portu USB nie pasuje, a w roli anteny 2,4GHz do bezprzewodowej wersji też nie bardzo :D

    karwo wrote:
    Przepraszam nie mogłem się powstrzymać, bo ciągu dalszego opowieści nie widać.

    Nic się nie stało, Stachu się nie pogniewa. Dajecie super motywację dla niego do pisania kolejnych części.
  • #35
    kkknc
    Level 43  
    Dlaczego opowieści nie ma na czas?
    Przecież czytelnicy zrobią Stachowi na chatę wjazd.
    Wjazd będzie pamiętny i autor się poprawi.
    Bo inaczej do podłogi przybiję go gwoździami.
    By się już na nic nie rozpraszał i tylko wstawiał
    kolejne odcinki bo ta powieść to nie banał.
    😝
  • #37
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    ArturAVS wrote:
    retrofood wrote:
    Już możesz kombinować jakąś okładkę.


    Roznegliżowana dziewica zalana posoką na stole ofiarnym? :D

    Ciepło, ciepło...
    Chociaż będzie nieco inaczej. Stół wyfrunie sprzed biesiadników, a tchu (i świadomości) zabraknie... takiemu jednemu, od rączki umundurowanej dziewicy... czy jakoś tak. :D
  • Optex
  • #38
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Ty, a wyście to kupili od miejscowych?
    - Nie, to jest w ogóle jeszcze bardziej skomplikowane. Po wielu perypetiach, właścicielem znajdującego się tutaj gospodarstwa, niemal zrujnowanego, został mój szwagier. Trafił w takie czasy, że było to prawnie możliwe, chociaż nie był i nadal nie jest rolnikiem, oraz mieszka na południu Polski. A potem odstąpił go spółce Liman… Ale to były czasy! Nie męczcie mnie już. Mięśnie szczęk mnie bolą od gadania.
    - Może się czegoś napijemy? – rzucił przytomnie Daniel.
    - Co tylko chcecie – odparłem. – Tam jest barek, a jeśli mało, to wezwę kelnera z hotelu.
    - Chłopaki, wypijemy po lufie i idziemy się przejść nad jezioro – zaproponował Jurek. – Oglądaliśmy strefę dojazdową, ale jeziora w świetle dnia jeszcze nie widziałem.
    - Słusznie prawi! – poparł go Daniel, a ja nie miałem nic przeciwko temu.
    Wypiliśmy zatem dla kurażu i spokojnie poszliśmy na spacer.

    Po kilku latach, wspominając ten dzień, zastanawiałem się, czy przypadkiem nie ja sam, swoją durną paplaniną, nie obudziłem wtedy złych duchów mieszkających wokół Wylewy. Jak to się stało, że się zapomniałem i przez całe lata ignorowałem zachowanie tubylców, którzy w zasadzie trzymali się od Wylewy z daleka, nawet tutaj nie zaglądając? Przecież znałem z grubsza historię tego miejsca.
    Dlaczego sam dziwny fakt, że miejscowi nigdy nie próbowali wszczynać tutaj burd, niczego mi nie podpowiedział? Sensor z ekipą działali nad Omszałym, a przecież tutaj mieli potencjalnie bardziej dzianą klientelę! Jednak nie pojawiali się w tym miejscu, a nieliczne incydenty wywoływali w zasadzie wyłącznie goście, szybko sprowadzani na ziemię przez hotelową ochronę. Ale i ochrona nie składała się z miejscowych!
    Kiedy później przeanalizowałem to dokładnie, byłem w szoku! Ani jedna kucharka, ani jedna kelnerka, nie pochodziły z Pokrzywna! Owszem, osoby miejscowe też pracowały, ale wszystkie panie były przyjezdne. Znaczy wżenione w miejscowe rodziny, tak jak i Baśka. Jednak urodzonych tutaj nie było! Cały personel stanowiły dziewczyny z sąsiednich wsi. Z Czyżyn albo dalszej okolicy, ale nie stąd. Dlaczego?

    Tak samo nasz system alarmowy nigdy nie wykazał prób włamania, chociaż dom bywał opuszczony tygodniami. Gdy czasami przeglądałem listę zdarzeń, wchodziło tutaj wiele osób obsługi, ale to były godziny zwyczajne. Natomiast prób obejścia systemu nigdy nie odnotowano. Jakby włamywacze go nie widzieli. Niesamowite…

    Dalsze wydarzenia z gośćmi przebiegły już według zaplanowanego scenariusza. Zabawiliśmy się jak należy, chociaż pierwszy raz od dłuższego czasu ponownie przeholowałem z alkoholem. Dorotka była jednak wyrozumiała i cały pobyt gości pozytywnie zapisał się w mojej pamięci. A po czasie okazało się, że najważniejszą jego częścią była nasza sobotnia, poranna rozmowa w łóżku.
    Wpłynęła na mnie zaskakująco pozytywnie, aż sam się później dziwiłem. Te wszystkie wątpliwości, które nosiłem w sobie od wakacji, gdzieś się powoli rozpłynęły. Przestałem myśleć, czy Dorotka będzie mi wierna, czy nie wyrzuci z domu po jakimś czasie, jak jej zaangażowanie poza domem wpłynie na nasz związek i tym podobne historie. Zacząłem robić swoje i nawet mało ciekawe, powtarzalne zajęcia, nie przysparzały mi czarnych myśli. Mało tego, zrobiłem się bardziej pewny siebie, co w pracy zauważyła nawet Beatka.

    To jej pierwszej przedstawiłem propozycję reorganizacji struktury obsługującej członków zarządu i jasno oznajmiłem, że będę chciał postawić ją na ich czele. Poprosiła mnie wtedy o dwa dni do namysłu, a po upływie terminu przyszła i wraz ze swoją zgodą, zaproponowała parę drobnych korekt. Nie miało to większego wpływu na całość pomysłu.
    Dorotka nie stawiała mi żadnych przeszkód.
    - Zrezygnowałeś z Beatki jako asystentki? – podśmiewała się tylko.
    - Marnowała by przy mnie swoje zdolności, a całość by rosła coraz bardziej chaotycznie. Zwróć uwagę, że ta dziewczyna ma naprawdę wiele cech z Anny, nie tylko wygląd.
    - Zauważyłam – odparła. – Nie miałam jeszcze czasu o niej pomyśleć, ale jest dobra, to muszę przyznać. Pokazała co potrafi w ciągu kilku miesięcy, co nie jest codziennością.
    - Trzyma dziewczyny w garści, ale to jest nieformalne. Na razie są zbyt wystraszone żeby się jej sprzeciwić, tylko że za pół roku obrosną w piórka i będziemy mieli chaos totalny.
    - Zgadzam się, dlatego akceptuję pomysł. Ale ty nadal nie będziesz miał asystentki.
    - Poradzę sobie. Daniel obiecał podesłać swoją córkę. Jeśli się nada, to jednak będę miał krajankę do towarzystwa – śmiałem się.
    - Zastrzegam, że jej angielski sama sprawdzę – przypomniała.
    - Zgoda. Jestem absolutnie za!
    Tak też się stało.

    Daniel pojawił się z Karoliną już w połowie grudnia. Wysoka, na mój gust nieco zbyt szczupła dziewczyna, nie była pięknością. Jednak to nie uroda miała zdecydować o jej losie. Tym bardziej, że prezentowała się zupełnie poprawnie i sympatycznie.
    Daniel uprzedził mnie telefonicznie poprzedniego dnia, dlatego nie dałem im zbyt długo czekać, chociaż zjawili się przed dziesiątą, w porze niekoniecznie mi odpowiadającej. Czego się jednak nie robi dla kolegów!
    Przepytywaliśmy ją obydwoje z Beatką, Daniela oczywiście trzymając na zewnątrz. Zaś później weszła do gabinetu Dorotka i od razu przeszła na angielski. Karolina nie była w nim rewelacyjna, jednak Dorotka ją zaakceptowała. A że od nowego roku mieliśmy organizować bankowe, wewnętrzne kursy językowe dla personelu, będzie mogła z nich skorzystać i się podciągnąć.

    W taki oto sposób Karolina została przyjęta i dostała czas na wszelkie formalności. Pracę miała zacząć już po nowym roku, co chyba było jej na rękę.
    Musiała przecież znaleźć sobie jakieś lokum w Warszawie i Daniel poprosił mnie później o wsparcie w temacie. A że nie byłem w tym najlepszy, znalazłem jedno wyjście. Napisałem sms-a do Joasi z krótkim pytaniem, czy zgodzi się aby córka mojego kolegi zamieszkała na jakiś czas u niej. Lokal wciąż stoi pusty, więc jeśli nie ma zamiaru szybko wracać, pozbyłbym się przynajmniej kosztów.
    Odpowiedź dostałem dopiero następnego dnia i to nie tekstową, bo wreszcie do mnie zadzwoniła. Nie miała niczego przeciw, w ogóle była bardzo radosna, wesoła, na pytania jak leci odpowiadała że bardzo dobrze, niczego jej nie brakuje, chyba że wolnego czasu. Uczy się i pracuje, ale gdy zapytałem gdzie i jak, zbyła mnie ogólnikami.

    Nie dociekałem szczegółów gdyż jej głos nie sygnalizował jakichś problemów, a że nie chce mnie wtajemniczać w swoje życie… cóż, jest dorosła. Jeśli nie chce mówić, to trudno, muszę się z tym pogodzić. I ani przez chwilę nie pomyślałem, że już za dwa tygodnie wprawi mnie w takie osłupienie, że tchu mi braknie.
  • #40
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    I tak, powoli, powoli, przygotowywaliśmy się z Dorotką do nadejścia świąt i przełomu roku. W banku oznaczało to zaplanowanie działalności struktur w dość uciążliwych dniach, tym bardziej, że nas wtedy miało nie być w Warszawie. Dlatego też, kierującym bankiem w tych dniach został mianowany Larczyk, co przyjął ze spokojem. To jednak zupełnie nie zwalniało Dorotki ze swoich obowiązków i odpowiedzialności. Mogła wyjechać dopiero wtedy, kiedy będzie w pełni przekonana, iż sprawy idą w dobrym kierunku. Musiała więc wszystko przewidywać i wszystkiego dopilnować. Oraz przełożyć zajęcia na uczelni tuż po Nowym Roku
    Natomiast prywatnie szło nam niezbyt ciekawie. Damian miał swoje plany, wyjeżdżali na święta do Austrii, zaś kilka dni przed wigilią dowiedzieliśmy się, że teściowie oczywiście nie odwiedzą nas w drodze do Justyny. Grzegorz nie chciał nawet mówić, w którym hotelu się zatrzymają. A przecież nie podejrzewałem, że zaplanował jechać na Mazury jednym skokiem. Trudno, niczego nie moglibyśmy zrobić.

    Dorotkę kolejny raz ubodło zachowanie matki, chociaż próbowała nie okazywać tego na zewnątrz. Znałem ją jednak na tyle dobrze, że wszystkiego się domyślałem. Było jej bardzo przykro z tego powodu. Żeby więc urozmaicić nadchodzące dni, podzieliłem się z nimi wieczorem pewną myślą. Z nimi, czyli z Dorotką i Heleną.
    - Pani Heleno, dziewczyny które u nas sprzątają, to wciąż są te same?
    Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
    - Po co miałabym je zmieniać?
    - Nie wiem, ja tylko pytam.
    - Te same. Dlaczego pan pyta?
    - Tak się zastanawiam… One są wyznania prawosławnego, prawda?
    - Nie. One są unickie. Chce je pan nawracać? – zdziwiła się.
    - Ależ skąd! – udałem, iż nie dostrzegam ironii. – Pomyślałem tylko, że…
    - Że co? – wtrąciła Dorotka.
    - No właśnie… One teraz świąt nie obchodzą, dopiero z prawosławnymi. Może zaprosilibyśmy je do nas? Na wigilijną kolację chociażby…
    - Bardzo dobry pomysł – Dorotka natychmiast się ożywiła. – Pani Heleno, proszę to zrobić w swoim i naszym imieniu. Zgadza się pani?
    - Ja? Jak najbardziej. Nie wiem tylko, czy one przyjmą zaproszenie.
    - Panią posłuchają, ja wiem – podszedłem i ją objąłem. – Będzie ciekawiej i weselej!
    - Nie wiem też, czy jeszcze zostają, bo przed nowym rokiem planowały jechać do domu.
    - Domyślam się, to u nich świętość. Ale jeśli nawet, to niech przełożą termin wyjazdu. Dla pani to zrobią, jestem pewien. I na nowy rok też zdążą.
    - Czy ja wiem…
    - A gdzie im będzie lepiej niż z panią? – roześmiałem się. – Czyli kwestia jest uzgodniona!

    W takim towarzystwie spędziliśmy w Podkowie wigilię i pierwszy dzień świąt. Trochę się obawiałem, że Białorusinki zjawią się nie wiadomo z kim do towarzystwa, ale przyjechały same, na całe moje szczęście. I świetnie się bawiły wraz z nami. To były przecież inteligentne oraz wykształcone panie, a że urodziły się z innej strony granicy… cóż! Po tej stronie to się mało liczyło na co dzień. Niby winne temu nie były, ale tak samo nie byliśmy i my.
    W każdym razie wigilijny wieczór mieliśmy całkiem udany i podobny niemal cały pierwszy dzień świąt. Taplaliśmy się w basenie, piliśmy delikatne trunki, zajadaliśmy się świątecznymi wiktuałami i opowiadaliśmy sobie różne historie. Dopiero wieczorem kobiety pojechały taksówką do siebie, obdarowane świątecznymi prezentami, o co zatroszczyła się Dorotka, a my wróciliśmy do apartamentu, gdyż w drugi dzień świąt byliśmy zaproszeni z dziećmi i panią Heleną do Dalerskich.

    Przełom roku zapowiadał ciekawe wydarzenia, a najbardziej spektakularną z imprez miał być nietypowy, sylwestrowy bal w Limanie. Nietypowy, gdyż cholernie drogi i trwający aż cztery dni! Od trzydziestego grudnia począwszy.

    To miała być wizytówka nowego menadżera hotelu, który na organizację całości miał zaledwie dwa miesiące. Mimo to, zapowiadało się, że poradził sobie z tematem. Kosztowało nas to wprawdzie dodatkowe zatrudnienie jego zastępcy, którego sam wskazał, ale na razie nie żałowaliśmy tej decyzji. Impreza zapowiadała się rewelacyjnie.
    Było zaledwie sto dwuosobowych biletów, których cena przekraczała średnią krajową płacę, a jednak rozeszły się już w listopadzie niczym ciepłe bułeczki i nawet później dyrektor nie mógł się opędzić od natarczywych chętnych. W końcu Lidka powiększyła pulę o pięć sztuk i to był koniec. Dwieście dwadzieścia osób przez kilka dni miało się hucznie bawić nad jeziorem, bo pięć biletów poza rozdzielnikiem, mieliśmy od początku dla siebie. Więcej sprzedać nie było można, gdyż dla gości zabrakłoby zaplecza.

    Zresztą, cała dystrybucja odbywała się wręcz w konspiracji, którą zapoczątkował któżby inny, jak nie Zielonik. Kiedy poznał nowego szefa hotelu, porozmawiał z nim dowiadując się o noworocznych planach, z miejsca zaklepał dla siebie dwadzieścia biletów. Od razu też przelał pełną zaliczkę na hotelowe konto, aby w razie ktoś mu tego nie sprzątnął sprzed nosa.
    Miał wyczucie. Lidka, kiedy się o tym dowiedziała przystopowała sprzedaż, przemyślała sprawę i podzieliła miejsca. Bogdan, jako główny współorganizator imprezy dostał wstępnie do dyspozycji dwadzieścia sztuk, Dorotka również dwadzieścia, no i Lidka zarezerwowała dla siebie dwadzieścia. W ten sposób pan dyrektor Stawiarz pozostał zaledwie z dwudziestoma karnetami do dyspozycji. A że znajomych miał niemało…
    Gdzie w tym systemie było miejsce na przykład dla takiego pana wojewody Zbyszka, czy innych miejscowych notabli? Gdzie miejsce dla profesorów Dorotki uczelni? Te bilety, które miała w dyspozycji, były dla bankowców…

    Po dwóch tygodniach Bogdan zwrócił jednak sześć sztuk, co było zbawieniem dla pana dyrektora, ale więcej nie wróciło nic! Wpłynęły natomiast pieniądze i klamka zapadła. Na początku grudnia wszystkie bilety były opłacone i hotel dopinał starania, aby godnie przyjąć wszystkich, na imprezie kosztującej ponad pół miliona złotych. Aby tak ich zaskoczyć, by nie żałowali wydanych pieniędzy.
    Zabawa była rozłożona na cztery dni, a zaczynała się już trzydziestego grudnia.

    Pogoda jak na zamówienie, okazała się nadzwyczaj łaskawa. Wprawdzie centralną Polskę ogarnęła odwilż, ale tutaj na szczęście nie dotarła. U nas śnieżna pokrywa trzymała się doskonale. Jakieś piętnaście centymetrów białego puchu otuliło ziemię, tworząc doskonałą wręcz sannę. Mróz zbytnio nie dokuczał, było zaledwie dwa, trzy stopnie poniżej zera. Warunki do kuligu wręcz idealne.

    Przyjechaliśmy nad jezioro już w przeddzień i cieszyliśmy się z takiej pogody, oczekując na zabawę z zadowoleniem. A jego przyczyna była prozaiczna. Wśród uczestników było mnóstwo gości z górnej półki. Kilku posłów a nawet dwóch ministrów oprócz Anny, więc wreszcie nie będziemy na świeczniku. Zamierzaliśmy zatem trzymać się na uboczu, niech Lidka pełni rolę tarczy, osłaniającej nas przed wścibskimi spojrzeniami.
    Lidka zresztą podpadła Dorotce, kiedy opowiedziałem w święta, jak mnie potraktowała w Talizmanie, podczas wizyty klasowych kolegów. Dorotka potwierdziła jej wtedy, że gdyby była tegoż świadkiem, nie wie jakby się zachowała. I wprawdzie nie drążyła tematu, ale to nie oznaczało, że o wszystkim zapomniała. Późniejsze, kilkukrotne kąśliwe uwagi pod Lidki adresem były tegoż naocznym dowodem.

    Na razie jednak nasze relacje, mimo tego zgrzytu, wciąż pozostawały bez zmian i na czas balu zarezerwowaliśmy dla siebie miejsca przy jednym stole. Do kompletu zaprosiliśmy też Justynę z Bogdanem, Iwonę ze Stefanem, oraz Alę z Krzysztofem. Pozostałe dwa miejsca były przewidziane dla państwa Segdów.
    To było takie ich uhonorowanie przez nas, chociaż wiadomym było, że zaglądną na bal najwyżej na parę godzin. Przyjechali oczywiście do opieki nad dziećmi, ale mieli jeszcze do pomocy opiekunkę. Doszliśmy więc do wniosku, że ta da sobie radę przez te kilka godzin i wszystkie dzieci będą bezpieczne. Natomiast pan Michał niech zobaczy jak się rozwija to coś, co kiedyś sam zaczął tworzyć.

    Dzisiaj jednak nie było balu, tylko dzień przedsylwestrowy. Jeszcze w południe, kiedy zjeżdżali ostatni goście, w hotelu i jego okolicy, można było natknąć się na jakichś ludzi, coś tam mówiących czasami pod nosem. Wszyscy też mieli w uszach miniaturowe słuchawki. To były połączone siły hotelowej ochrony, agentów Pawła Dedejki oraz zapewne też funkcjonariuszy rządowych. Sprawdzali cały teren i miejsca imprez. Tego nie można było zostawić na żywioł, chociaż Stawiarz chwalił się, że wiele gości zdecydowało się na przyjazd tylko dlatego, że nie miało być tu dziennikarzy i cała impreza została zorganizowana bardzo dyskretnie.
    Warszawka emocjonowała się balami w stolicy, publikę interesowało przecież kto, gdzie i za jaką cenę będzie witał nowy rok. Jakiś Liman, nawet jeśli o nim przypadkiem usłyszeli, nie wzbudzał zainteresowania. Tym niemniej, służby powinny dmuchać na zimne i tak też się działo. Zaniedbania w tej branży były niedopuszczalne.
    A po piętnastej, kiedy już zapadała ciemność, sprzed hotelu wyruszył wielki kulig.
  • #41
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Ponad dwadzieścia dużych sań, ciągnionych przez przystrojone rumaki, z przypiętymi dzwoneczkami, ruszyło grzecznym szeregiem, poprzedzanym sankami z orkiestrą grającą skoczne marsze. Wszystkie sanie były zaopatrzone w płonące pochodnie a całość pilotował i osłaniał policyjny patrol na śnieżnych skuterach, gdyż w jednym miejscu kulig musiał przeciąć ważną drogę publiczną.
    Skutery zresztą nie były policyjne, a wypożyczone od klubu amatorów quadów. Tylko oni dysponowali w okolicy takim sprzętem, oczywiście wyjąwszy prywatnych posiadaczy.
    Cała podróż liczyła kilka kilometrów, a naszym docelowym miejscem był dobrze mi znany kompleks rozrywkowy wśród lasu, gdzie Bogdan wlepił mi kiedyś pięciusetzłotowy mandat.

    Trochę się tam zmieniło od owego czasu. Kiedy pojawiliśmy się na miejscu, ujrzałem na przeciwległym skraju polany zadaszoną scenę dla kapeli, a po jej obydwu stronach przygotowano stanowiska z rożnami i grillami, z których unosił się już delikatny dym. W centralnym natomiast miejscu polany rozbito ogromne namioty dla gości, za którymi ulokowano bar.

    We wszystkich tych miejscach trwała krzątanina. Pomocnicy szefa kuchni nawet się nie oglądali, zajęci swoimi obowiązkami. Na jednym rożnie obracano dzika, na drugi zaś nadziano dorodnego daniela, a rewelacyjny zapach pieczeni dochodził już na przeciwległy skraj polany. Barmani zaś i somalierzy przygotowywali trunki tak, by miały odpowiednią temperaturę.
    Goście powoli, kolejno wysiadali z sań i zatrzymywali się, oglądając wszystko z zaciekawieniem i zdziwieniem. Cały teren polany był oświetlony elektrycznymi lampami, chociaż nie nadmiernie. Wiedziałem, że energię wytwarzał agregat, oddalony o kilkadziesiąt metrów, aby hałasy które towarzyszyły jego pracy nie przeszkadzały gościom. Nie miałem jednak zamiaru dzielić się swoją wiedzą z kimkolwiek.

    Gości witali osobiście starosta i miejscowy leśniczy. Starostą był oczywiście dyrektor Stawiarz, odziany w miejscowy strój regionalny, zaś leśniczy był w pełni autentyczny! To był człowiek odpowiedzialny za ten las, a całość odbywała się na terenie, którym administrował. Każdą parę witali oddzielnie, częstując leśną nalewką, przy czym były dwie do wyboru. Wytrawna i półsłodka.
    Niewielki naparsteczek, najwyżej z dziesięć, może piętnaście gramów, ale dopiero po opróżnieniu kieliszków, cosigliere odprowadzał gości do miejsca przy stołach, gdzie oprócz zastawy, na każdą osobę czekał zestaw kieliszków z wygrawerowanym imieniem i nazwiskiem oraz datą. To miała być indywidualna pamiątka z kuligu.

    Dopiero po całej ceremonii powitania, kiedy już wszyscy znaleźli się w namiotach, na polanie zapłonęły specjalnie przygotowane ogniska, a orkiestra zagrała marsza powitalnego.

    Cóż więcej pisać, gdy dostojna impreza całkiem niedługo później, chwilami zaczęła się przeobrażać w zabawę przedszkolaków. Z czasem, grupy i grupki uczestników, podochoconych ognistymi tańcami i spożytym alkoholem, urządzały sobie na skraju polany bitwę na śnieżki. Zresztą, niejedna dostojna pani, została wtedy w śniegu wytarzana. Stroje wieczorowe przecież nie obowiązywały. Każdy był odziany dowolnie. Ważne było, żeby nie zmarznąć.
    Chociaż i dla takich było lekarstwo. Były dyżurne elektryczne dmuchawy i jeśli pojawiało się takie żądanie, obsługa zakrywała wejścia do namiotu i załączała sprzęt. Po pięciu minutach temperatura wewnątrz osiągała co najmniej plus dwadzieścia. Nikt nie miał prawa narzekać, dyrektor przewidział wszystko.

    Pewnie dlatego, przewidziane na dwunastą w nocy zakończenie imprezy nie całkiem mu się udało. Pokaźna grupa gości postawiła weto i wymusiła dodatkową godzinę zabawy. Trudno, nasz klient, nasz pan. Bawiliśmy się więc do pierwszej i dopiero wtedy, zgodnym szykiem, ze śpiewem na ustach, wszyscy wrócili do hotelu, oświetlając saniom drogę nowymi pochodniami. Przecież czekał nas bal!

    Na ten dzień Lidka ściągnęła z całej okolicy manikiurzystki, fryzjerki i wszelkich innych przedstawicieli podobnych usług, gdyż żniwo mogli mieć na koniec roku wręcz nieziemskie. Zapotrzebowanie sięgnęło zenitu, podobnie jak i ceny. A że Dorotka to przewidziała, już dawno zamówiła dla siebie specjalistki z Warszawy. Ich przyjazd kosztował ją fortunę, ale ostatnio lubiła podobne fanaberie.
    W dodatku obiecała zarówno Justynie, Iwonie jak i Ali, że będą mogły skorzystać z ich pobytu, więc już od przedpołudnia dziewczyny trzymały się razem. Ja zaś trzeźwiałem i omawiałem z Heleną plany na wieczór.
    Chłopaki przecież rozumieli już, czym jest nowy rok i na pewno spać normalnie nie pójdą. W dodatku tor był dzisiaj nieczynny, więc nie mogłem im zapewnić kilkugodzinnej rozrywki. Co zatem mieli robić? Przecież im też należałoby się jakieś święto! A jeszcze Stefan z Krzysztofem mnie atakowali…

    Ze Stefanem wczoraj też wyszła niezła historia. Mianowany jeszcze przeze mnie dyrektor śląskiego oddziału, który za punkt honoru postawił sobie uczestnictwo w tym samym balu, na którym będą jego przełożeni, ze zdziwieniem ujrzał podwładnego, siedzącego obok pani prezes przy jednym stole. W dodatku ten podwładny nie milczał. Nie siedział jak trusia, lecz dokazywał, a pani prezes nawet nie zamierzała go zganić.
    Poprosił mnie pod koniec imprezy o interpretację tej sytuacji, a wtedy przypomniałem mu tamte wydarzenia i poradziłem, by wyciągał wnioski i nie pytał. Ponoć tak o wszystkim zapomniał, że dopiero Krzysztof naświetlił mu właściwy obraz rzeczywistości.
    To wszystko było jednak niczym w porównaniu do tego, co na mnie spadło po obiedzie.

    Dziewczyny zwyczajnie wygoniły nas z domu. Niby przygotowane, kreacje szykowały przecież od miesiąca, a jednak musiały kolejny raz to przeglądać, sprawdzać, konsultować, a może i poprawiać. Diabli wiedzą po co i na co. W dodatku te wszystkie kosmetyczki and stylistki, jeszcze nie odjechały. W każdym razie panie doszły do wniosku, że będziemy im tylko przeszkadzać i musieliśmy albo pozostać w salonie, albo wyjść na zewnątrz.
    Nie było mi najgorzej. Kaca właściwie już nie miałem, Stefan tradycyjnie zabawiał się z bliźniakami, więc dyskutowałem z Krzyśkiem o bankowych sprawach, kiedy w smartfonie nieoczekiwanie rozległ się dźwięk przychodzącej wiadomości. Kto mógł do mnie dzwonić? W sylwestra? Na zastrzeżony numer?
    Sięgnąłem po aparat i ujrzałem, że to Joasia wysłała wiadomość, lecz kiedy ją otwarłem… nogi się pode mną ugięły.

    Moja córka informowała mnie radośnie, że jest teraz na małej, karaibskiej wyspie jakiejś tam i przed chwilą została żoną Johna Warwicka. Którego, jeśli pamięć jej nie myli, powinienem znać i pamiętać. Na dowód powyższego twierdzenia dołączyła kilka fotografii, na których, w białej sukni, tuliła się do Johna, ubranego z wyszukaną elegancją.
    Wszystkie fotki miały dodaną elektronicznie dzisiejszą datę. I zanim zdążyłem je dokładnie przejrzeć, sygnał zabrzmiał ponownie.

    Tym razem otrzymałem wiadomość wprost od Johna, już bez fotografii. A brzmiała ona wręcz bezczelnie. „Tommy, zabrałeś mi żonę, więc ja wziąłem twoją córkę. Rachunki mamy wyrównane! Nie martw się jednak, krzywdy na pewno jej nie uczynię, gdyż w moim życiu Dżoanna jest i będzie wszystkim! Dziękuję zarówno tobie, jak też jej mamie i do miłego zobaczenia! Mam nadzieję, że niedługo się spotkamy”.

    Aparat omal nie wypadł mi z rąk.

    - Co się dzieje? – dopytywał Stefan. Nie odpowiedziałem mu od razu.
    - Poczekaj, zostań z dziećmi, muszę porozmawiać teraz z Dorotką – wydukałem ze ściśniętym gardłem po czym wstałem z krzesła i ruszyłem do drzwi niczym automat. Nogi miałem usztywnione watą.
    Dziewczyny z rozpędu nie chciały mnie wpuścić do sypialni, gdyż Dorotka właśnie się przebierała, ale odepchnąłem je i wszedłem za drzwi.
    - Stało się coś? – zapytała opuszczając rękę, którą odruchowo zakryła uprzednio piersi.
    - Najpierw usiądź, zanim się dowiesz.
    - Co się dzieje? – teraz się zaniepokoiła, ale posłusznie klapnęła na brzeg łóżka.
    Wtedy podałem jej smartfon z otwartą wiadomością. Przeczytała ją, a potem padła do tyłu, śmiejąc się na cały głos, aż jej piersi zatańczyły.
    - Ale zrobiła ci numer! – wołała.

    - Stało się coś? – Iwona nie skojarzyła. Więc i jej podałem aparat, aby przeczytała sama, a kiedy go oddała, zmieniłem wiadomość i ponownie podałem Dorotce.
    Tym razem już się nie śmiała.
    - Tomek, powinniśmy już teraz, natychmiast wysłać im kosz kwiatów, wraz z gratulacjami i najlepszymi życzeniami! Resztą zajmiemy się jutro.
    - Jaką resztą?
    - Jutro! Zadzwoń do Joasi i zapytaj o adres, ja w tym czasie znajdę pocztę kwiatową.
    Powiedziała to takim tonem, jakim posługiwała się w banku, więc nawet do głowy mi nie przyszło, że mógłbym się jej w czymkolwiek sprzeciwić. Reagowałem niczym pies Pawłowa.

    Tym niemniej, tegoroczny bal sylwestrowy miałem z głowy. Już wiedziałem, że wszystkie moje plany wzięły w łeb. Że marzenie, byśmy wreszcie przestali być głównym obiektem zainteresowania i bawili się jak przed laty, odleciało w niebyt. Ślub Joasi będzie przecież przy stoliku roztrząsany na wszelkie możliwe sposoby. A nawet jeśli nikt nie będzie głośno o tym mówił, to będzie rozpamiętywał i rozważał, uważnie mnie obserwując. Moje reakcje, jak też zachowanie.
    Może nawet i nie miałem racji, ale na złodzieju czapka gore. Po co oni wybrali taki termin? Dlaczego Joasia trzymała to w takiej tajemnicy? Przecież całkiem niedawno z nią rozmawiałem… Wszystko dobrze, tato! – przekonywała. – Uczę się i pracuję, a pieniędzy nie potrzebuję…
    Nastrój zwarzył mi się nieodwołalnie.
  • #42
    clubber84
    Level 30  
    Hyhy... nie chciałem pisać, ale domyśliłem się, że to nie będzie murzyn, tylko właśnie John i wcale mnie to nie zdziwiło. 😅
    Pozostaje pytanie - kiedy i jak, ale pewnie o tym będzie, prawda?
    Dobra, wracamy do balu.
  • #43
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    clubber84 wrote:
    Hyhy... nie chciałem pisać, ale domyśliłem się, że to nie będzie murzyn, tylko właśnie John i wcale mnie to nie zdziwiło. 😅
    Pozostaje pytanie - kiedy i jak,


    O jakie kiedy i jak chodzi?
  • #44
    clubber84
    Level 30  
    Kiedy i jak spiknęła się Joasia z Johnem?
  • #45
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    clubber84 wrote:
    Kiedy i jak spiknęła się Joasia z Johnem?


    Przecież zastąpiła Anię, z którą Tomek pojechał do Moskwy.
  • #46
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Nie chciałem, aby pozostawała na utrzymaniu Johna. Dorotka niedługo po wyjeździe do Ameryki otrzymała ogromną sumę z ubezpieczenia i tak naprawdę, nigdy finansowo od Johna nie zależała tak, jak ja jestem teraz zależny od niej. Niczego mi nie żałuje, ale wiedziałem sam jak to mnie męczy. Tyle, że ja jestem doświadczony, życie znam i jadę już z górki, wiele mi nie potrzeba.
    A Joasia? Jest w wieku Dorotki kiedy się spotkaliśmy, czyli tak naprawdę na starcie. Całe życie przed nią, zatem czy dobrze wybrała? Nie będzie żałowała swojej decyzji? Nie podjęła jej pochopnie? A może… może wyjechała do Anglii z gotowym już planem? Czy nie od razu pojechała do Johna? Coś zbyt pewna siebie była wtedy…

    Ciekawe czy Marta znała jej plany. A może wypadałoby się z nią spotkać? Może Joasia zaprosiła Martę na ślub? Bo Damian chyba nie wiedział… A może jego śpiewka o wyjeździe do Austrii była fałszywką? Może w rzeczywistości polecieli na Karaiby? I zabrali ze sobą Martę? Może tylko mnie olali totalnie wszyscy, zaś wiadomość była tak na otarcie łez, bo wiadomo było, że tego nie da się utrzymać w tajemnicy, szczególnie w naszej korporacji.
    Dorotka dowie się o tym oficjalnie, już w pierwszy roboczy dzień nowego roku, gdyż takie wymogi obowiązywały wyższą i najwyższą kadrę. Nie było zmiłuj się, reguły były żelazne, sami się o tym przekonaliśmy. Jak więc mam się teraz zachowywać? Jak zareagować? Co odpisać Johnowi?... Głowa zaczęła mi pękać,

    Oczywiście, jakimś cudem, po kilkunastu próbach, dodzwoniłem się do Joasi. Złożyłem jej szczere gratulacje, ale o dłuższej rozmowie nie było mowy. Adres mi przekazała i kwiaty też posłaliśmy, ale nic już nie było w stanie sprawić mi radości. Dlaczego? Sam nie wiem. Nie potrafiłem odnaleźć się w tym wszystkim. Moja córka zajęła miejsce mojej żony w Johna łóżku… to przecież kazirodztwo! – tworzyłem w myślach niesłychane scenariusze. Nie mogłem się otrząsnąć z podobnych porównań…
    - Napij się, bez wódki tego nie razbieriosz! – poradził Stefan, od dłuższego już czasu obserwujący moje milczące zachowanie.
    Bliźniaki zabrała Helena, a on, może widząc co się ze mną dzieje, próbował dotrzymywać mi towarzystwa.

    Siedzieliśmy na zewnątrz, na nowo wykonanym tarasie od strony południowej. Czyli za naszą sypialnią i łazienką. Strona przeciwległa do położenia hotelu. To Andrzej zaproponował takie rozwiązanie i miał rację. Tutaj było znośnie w taką pogodę jak dzisiaj, chociaż latem będzie dogrzewało okrutnie. Ale z tej strony goście hotelowi raczej nie zaglądali. Teraz można się było odgrodzić od świata, a w takiej chwili tego świata potrzebowałem jak najmniej.
    - Dawaj, najlepiej dużo! – ożywiłem się. – Kurwa, czy ja będę miał chociaż jeden miesiąc spokoju, bez totalnej psychicznej demolki? Albo rodzina, albo praca, albo znajomi, albo, albo, albo…
    - Po co narzekasz? – był spokojny. – Czy nie sam tego chciałeś? Czy nie sam wybrałeś sobie taki los?
    - Ty… Kasandro! – rzuciłem w odpowiedzi.
    - Jaka Kasandro? – protestował. – Ja tu niczego nie wróżę, ani nie przewiduję. Mówię tylko, że skoro wlazłeś miedzy wrony, to kracz jak i one. Chciałeś milionerki, to zachowuj się jak na milionera przystało.
    - Kurwa, Stefan!

    - No co, co się drzesz? Co ci nie pasuje?
    - Ja pierdolę… Nawet ty mnie nie rozumiesz…
    - Czy ja wiem? – zachował stoicki spokój. – A może rozumiem cię lepiej niż ty sam? Nie pomyślałeś o tym?
    - Daj mi spokój! – poddałem się.
    - Jaką wódkę ci przynieść? Czy może przytargać cały barek?
    - Nie wiem, ale przynieś cokolwiek. Poczekaj jeszcze! – zawołałem, gdyż podniósł się z krzesła. – Z Martą macie kontakty?
    - Rzadkie, dawno jej u nas nie było. A o telefony zapytaj Iwonę, ja już nie pamiętam kiedy z nią rozmawiałem.
    - W porządku, przynieś coś.

    Stefan wrócił z barkiem na kółkach, ale towarzyszyły mu Dorotka z Iwoną.
    - Słyszę braciszku, że się nie możesz pozbierać, to prawda? – siostra usiadła na sąsiednim krześle. Dorotka natomiast w milczeniu zajęła miejsce po drugiej stronie stolika.
    - Pozbierać? Nie, to chyba za duże słowo – odparłem. – Nie mogę jednak zaprzeczyć, że nieco mnie to ruszyło.
    - A wy sami jak rozwiązaliście podobny problem?
    - Nie! – zaprotestowałem. – Nie porównuj tych sytuacji. My obydwoje byliśmy już po przejściach, poza tym od dawna mieszkaliśmy razem. Sytuacja była jasna i oczywista. Tu jednak mamy zupełnie coś innego.
    - John jest także po przejściach – zauważył Stefan.
    - Ale Joasia nie jest! – podniosłem głos.
    - I co z tego? O co ci chodzi? – spokojnie zapytała Iwona. – Poza tym nie krzycz, bardzo cię proszę.
    - Przecież nie krzyczę…

    - Tomek! – odezwała się Dorotka. – A ja uważam, że Iwona ma rację. Sam rozmawiałeś z córką, poza tym przekazała ci przecież fotografie. Oglądałam je i wysnułam z tego wniosek, że to wszystko sama zaakceptowała. Ja znam te ceremonie, słyszałam o nich i czytałam. To taki przywilej bogatych snobów. Tym niemniej ślub jest jak najbardziej ważny i prawnie skuteczny. A że zawarty w egzotycznej scenerii… Joasia zgodziła się dobrowolnie i nic nam do tego!
    - Ja nie podważam skuteczności prawnej…
    - Więc o co ci chodzi? – Iwona była bezpośrednia.
    - Iwona, poczekaj! – Dorotka jej przerwała. – Ja chyba wiem co jest na rzeczy.
    - Ja też się domyślam, ale przecież to bez sensu!
    - Tomek, daj sobie na luz! – Dorotka wstała, po czym podeszła i usiadła mi na kolanach. – Może się teraz na mnie pogniewasz, ale zaryzykuję, posłuchajcie więc.

    - Nikt z was nie zna Johna lepiej niż ja, ty także nie. Pozwól więc, że wyrażę swoją opinię o powstałej sytuacji. Otóż uważam, że żadna krzywda Joasi nie czeka. Znam jego, znam też ją. I teraz lepiej rozumiem tę niechęć do mnie, którą prezentowała w ostatnich miesiącach naszej współpracy. Uważam, że nić sympatii zawiązała się pomiędzy nimi już w Polsce i kiedy John wyjechał do Londynu, to jakiś kontakt sobie pozostawili, zgadzasz się ze mną?
    - Też tak podejrzewam. Zrezygnowała z pracy w banku będąc bardzo pewną siebie.
    - Powinnam się tego domyślać już wówczas, ale jakoś całą tę sytuację przesłoniło nam dziwne przekonanie, iż jej niechęć jest spowodowana takimi osobistymi ansami wobec mnie, jako że zajęłam miejsce jej mamy przy ojcu. A to była zwyczajna zmyłka! Jej nie chodziło o mnie, a o miejsce przy Johnie! Kiedy wyjechał, nie polubiła nowej sytuacji, natomiast zrobiła wszystko, aby ją zmienić.

    - Nie bierzesz pod uwagę udziału Johna w całości wydarzeń? – zapytał Stefan.
    - Dlaczego nie?
    - Bo mówisz, jakby to sama Joasia go uwiodła.
    - Nie, nie. Absolutnie! To nie sama Joasia. Powiem wam więcej. Na ile znam Johna, to prądy przepływające miedzy nimi dały się odczuć już podczas naszego jubileuszowego balu. Tomek, pamiętasz jak ją wtedy forował chociażby podczas tłumaczeń? Jak ją przedstawiał na prawo i lewo wszelkim gościom?
    - Nawet nam z Martą publicznie gratulował udanej i wybitnej córki.
    - Właśnie! Ty jeszcze nie wiedziałeś, iż to nie jest żadną normą w przypadku asystentek, ale ja już tak. Sądziłam wtedy naiwnie, że w ten sposób chce mi się tylko zrewanżować, bo przecież nasze relacje od dawna zgrzytały. Dlatego nie zwracałam na nich obydwoje większej uwagi, zajęta flirtem z tobą. A potem nawet więcej niż flirtem.

    - Słoneczko, opowiadałaś kiedyś, że w okresie kiedy byłaś jego asystentką, nigdy nie spotkały cię jakieś dwuznaczne propozycje, chociażby zawoalowane, że John wręcz zawsze zachowywał się dżentelmeńsko i nie pozwalał sobie na żadne teksty…
    - Właśnie to mnie zastanawia. Może fakt, że byłam już mamą? Może dlatego, że miałam dzieci, chciał mi się uważniej przyglądnąć? Tomek, tego nie wiem. Na pewno wtedy na mnie czekał, to nie ulega wątpliwości. Czekał i był cierpliwy.
    - Tak jak teraz na Joasię – zauważył Stefan.
  • #47
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Tak Masz rację – potwierdziła. – Gdy sięgam do tych wszystkich wydarzeń, tak się to przedstawia. Jestem o tym przekonana, a zważcie, że technicznie mamy możliwość łączności korporacyjnej, poza ogólnie dostępnymi sieciami. Joasia, będąc asystentką prezesa, doskonale je znała i mogła to wykorzystywać bez możliwości jakiejkolwiek kontroli. Dopiero z chwilą odejścia z banku, została tej możliwości pozbawiona, ale John w Londynie mógł go jej przywrócić bez przeszkód i bez naszej wiedzy.
    - Dorota, czy to ma jakieś znaczenie? – skrzywił się Stefan.
    - W zasadzie żadnego – zaśmiała się. – „Nie ma złej drogi do mojej niebogi!” mawiała kiedyś moja babcia. Masz rację, to nieistotne jak się porozumiewali. Ale pozwala nam stwierdzić, że ich związek to nie jest chwilowy poryw, a głębokie przekonanie. I w tym miejscu należy Joasi pogratulować oraz życzyć szczęścia na nowej drodze życia. Ja jej go życzę bardzo szczerze!

    - No dobrze – podsumowała z westchnieniem Iwona. – A teraz powiedz tak naprawdę, bo tylko ty masz taką możliwość. Co czeka Joasię? I nie bój się, to nie wyjdzie poza krąg osób, które teraz to usłyszą.
    - Co czeka? Nie wiem.
    - Nie uchylaj się od odpowiedzi! – zaprotestował Stefan. – To ważne. Kto Johna zna lepiej niż ty? A może przy tej okazji uspokoisz Tomka, bo nie może do siebie dojść.
    - Moje maleństwo! – objęła mnie i pocałowała w policzek. – Słuchajcie, ja naprawdę nie wiem. John na pewno nie jest domowym tyranem. O ile w pracy zdarzało się, że podnosił głos, to w domu tego nie bywało. Niezależnie, czy rozmawiał z kucharką, czy z ogrodnikiem. To jest przedstawiciel takiej starej, jeszcze brytyjskiej socjety, którzy byli ponad codzienność.
    - On nie jest Amerykaninem?
    - Owszem, jest, ale ma brytyjskie korzenie. Może dlatego tak dobrze się czuje w Londynie.

    - Więc czemu go zostawiłaś?
    - Mówiłam ci o tym kiedyś, w Podkowie na basenie.
    - Dobrze, Dorota, nie o to mi chodziło – odparł. – Tomek wprawdzie nie wspomniał o tym, ale ja się domyślam skąd się wziął jego nastrój.
    - Słucham uważnie!
    - Więc słuchaj dalej. Przecież, z punktu siedzenia takiego Johna, to jest mezalians! Byłaś w podobnej sytuacji, znasz więc jak to wygląda. Zatem powiedz, co czeka Joasię? Jak będzie tam przyjęta? Ponoć John ma jakąś dużą rezydencję…
    - Ma, oczywiście, że ma. Pozostaje jednak pytanie, dlaczego mezalians? To nie to pojęcie! Tam to nie funkcjonuje w sposób znany z naszej historii.
    - A jak funkcjonuje?
    - Stefan, nie bądź dzieckiem. Czy w Ameryce istniała kiedyś szlachta? Co się tam liczy?
    - Kasa! Ale Joasia kasy nie ma…
    - Właśnie. Kasa! Odpowiednia ilość zer na koncie otwiera wszelkie bramy. Joasia na razie tego nie ma, to prawda, ale ma mocno ustosunkowanego tatusia! – objęła mnie za szyję. – A tatuś nie będzie taki, żeby dziecka nie wspomóc!

    - Jak? Czym? – mruknąłem, nawet nie myśląc o jej słowach.
    - Tym się zajmiemy już w poniedziałek – wsunęła usta niemal do mojego ucha. – Moje kochanie! Szczęście twojej córki jest i moim szczęściem, dlatego zrobię wszystko co mogę, aby była szczęśliwa! Zależy mi na tym nie mniej niż tobie, dlatego zrób sobie przerwę. Teraz jest długi weekend, banki na świecie nie pracują, a my jesteśmy bankowcami i mamy małą chwilę na relaks. Kiedy będzie czas, powrócimy do tematu. Tomek, proszę! Odpręż się, bo zepsujesz nam całą imprezę! Proszę! Obiecuję ci, że wszystko będzie w porządku, zdążymy!
    - Dobrze, wierzę ci…

    Mimo obietnic oraz rzeczywiście podejmowanych wysiłków, bal nie sprawiał mi wielkiej przyjemności. Nie odczuwałem wykwintnego smaków potraw, nie widziałem wystroju sali, nie słyszałem maestrii dwóch kapel przygrywających nam na przemian do tańca, nawet nie reagowałem na zaczepki Lidki. W ogóle, mało się odzywałem i szczerze mówiąc, pewnie już po pierwszej godzinie wszyscy przy stole mieli mnie dość.
    Od Joasi dostałem jeszcze jedną, pełną radości i optymizmu wiadomość. Dziękowała nam za kwiaty i oznajmiała, że kończy przygotowania do sylwestrowego balu, który ma się odbyć w miejscowym hotelu. Najlepszym w tym karaibskim kurorcie.

    Wcale mnie to nie pocieszyło i tuż po dziesiątej poprosiłem Dorotkę o zgodę na pójście do bliźniaków. Na pół godziny.
    - A co ja mam w tym czasie robić?
    - Przecież możesz się bawić.
    - Nie będę się bawiła bez ciebie, nie ma o tym mowy! Chodź, przejdziemy się razem.

    Nie poszliśmy do chłopców, tylko pod lipę. Wprawdzie pod strzechą byłoby wygodniej, lecz tam kręcili się jacyś ludzie. Całość terenu była dość mocno oświetlona, my jednak nie szukaliśmy towarzystwa. Ławeczka pod bezlistną teraz lipą wydała się więc odpowiednia. Tyle że, wprawdzie uprzątnięta, wyczyszczona jak wszystkie inne ławki wokół hotelu, była teraz niestety zimna.
    Dorotka, która na swoją kreację narzuciła płaszcz, usiadła mi na kolanach. Dobrze nam było, mimo chłodu. Kiedy w milczeniu przytuliłem się do niej, rozsunęła poły i pozwoliła, bym ułożył głowę na jej piersiach.
    - Tomek… Prawdę mówiąc, niezbyt rozumiem twoje nastroje i to zachowanie.
    - Myślisz, że ja rozumiem? – mruknąłem, próbując przekręcić głowę, aby uwolnić usta. – Sam niczego nie rozumiem! – zacząłem się złościć i wysunąłem głowę z płaszcza. – Próbuję się w myślach przekonywać, że to jest przecież jej życie, jej wybór, ma do tego prawo i wcale nie wybrała źle. Ale to nie działa!

    - Biedny tatuś! – uściskała mnie dobrodusznie i zaraz zmieniła ton. – A teraz pomyśl i postaw się na moim miejscu. Zastanowiłeś się jak ja się czuję? Jak powinnam się czuć? Uważasz, że ta sytuacja zupełnie mnie nie dotyczy? Że jesteś tylko ty i nikt?
    - No nie, teraz przesadzasz…
    - Nie, skarbie! Nie przesadzam! Małżeństwem z Joasią, John chce mi udowodnić, iż to ja nie miałam racji i ja ponoszę pełną winę za rozpad naszego związku.
    - A jest inaczej?
    - No wiesz… zależy w jakich kategoriach na to spoglądamy. Powiedziałam ci na ten temat wszystko i niczego nowego nie usłyszysz, bo tajemnic przed tobą nie mam. John był bardzo dobrym mężem, ale zapomniał, że jestem również matką. Znasz to wszystko, prawda?
    - Tak, znam.

    - Otóż to. Dlatego uważam, że Joasia ma szansę na bardzo udany związek. Zwróć uwagę na wasze wcześniejsze rozmowy. Uczyła się i pracowała. Bez wątpienia, już w tym czuję teraz rękę Johna. On wcale nie potrzebuje głupiej blondynki. Takie mógłby sobie kupować na pęczki, jak jarzyny w markecie. Dlatego będzie dbał o Joasię. Żeby mieć z kim porozmawiać wieczorami o finansach, powolutku nad basenem wypalić przy niej cygaro, wypić burbona, a potem popływać… Wszystko zaplanowane i bez emocji. Pamiętasz może… Był taki polski film, pokazujący jak Anglicy zachowują się nawet podczas wojny…
    - Jak rozpętałem drugą wojnę światową, wiem. Godzina piąta po południu, rzecz święta. Pora na herbatę, więc i wojna musi poczekać.
    - Tak. Mnie John też się z tym zaczął kiedyś kojarzyć. Z tym angielskim dowódcą.

    - No dobrze, niech będzie. Ale mnie to wcale nie pociesza.
    - Dlaczego?
    - Bo efekt wychodzi taki, że na wnuki nie będę mógł liczyć.
    - Spokojnie! Dlaczego wybiegasz w przyszłość aż tak daleko?
    - A co, John się zmieni?
    - Spokojnie, powtarzam. Tomek, opanuj się! Joasia jest młoda! Dzisiaj w tym wieku do życia się startuje, a nie idzie na emeryturę. Ma jeszcze czas na wszystko.
    - Ty wtedy myślałaś trochę inaczej…
    - To ja myślałam! A i czasy były inne. Poza tym, nie porównuj naszej sytuacji, gdyż jest diametralnie inna. Ja byłam wdową z dziećmi, na co mogłam w życiu liczyć?
    - No tak… a mówiłaś, że go kochałaś…

    - Nie pamiętam, żebym tak ci powiedziała. Tomek, John na pewno zasługiwał na atencję i u mnie ją miał. Oddałam mu za to kilka ładnych lat swojego życia i nie mogę mieć absolutnie żadnych pretensji, ani żalu. W takich… ramach swojego poglądu na życie, tego specyficznego wyobrażenia, jak mają wyglądać małżeńskie relacje, on się zachowywał więcej niż poprawnie. A że ja oczekiwałam czegoś innego… cóż! Tego nie brałam pod uwagę przy podejmowaniu pierwotnej decyzji.
    - Pewnie i Joasia nie brała.
    - Uspokój się! Po pierwsze, Joasia ma czas! Ma dużo czasu! A po drugie, zwróć uwagę na tekst Johna, który ci przysłał. On wie, że będziemy go analizowali we dwoje, więc jest skierowany również do mnie. Zna też powody naszego rozstania. Dlatego zastanawiam się, czy się czasami nie zreflektował.
    - Co masz na myśli?
    - Jeśli poznało się swój błąd, to raczej nie będzie się chciało go powtarzać.
  • #48
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Mówisz, że zamierza zmienić swoje podejście do dziecięcego tematu?
    - Być może, chociaż niczego nie przesądzam. Poczekajmy, nie pali się. I jeszcze jedna sprawa…
    - Mianowicie?
    - Nie chciałam o tym mówić przy gościach, ale wypadałoby ci wyposażyć córkę na nową drogę życia. Nie uważasz?
    - Uważam i jestem w kropce.
    - Dlatego też powiedziałam, żebyś się nie martwił, chociaż na razie nie możemy niczego zrobić. Otóż przekażesz Joasi milion dolarów w prezencie ślubnym…
    - Nie mam takich pieniędzy!

    - Cicho! Jeśli ja to zrobię, będzie musiała zapłacić astronomiczny podatek. Natomiast jutro jest nowy rok, żadne banki nie pracują, a pojutrze sobota, zaś po niej niedziela. W sobotę jedziemy do Warszawy, wezwiemy Talarka i niech staje na głowie, ale będzie musiał tak rozpracować transakcje, aby nie wpaść w opodatkowanie i w poniedziałek to wszystko zrealizujemy. Numer konta Joasi mamy w systemie, możemy znaleźć nawet konto angielskie, chociaż z naruszeniem prawa, ale znajdziemy je! A ty będziesz musiał przelać jej pieniądze na start. Ty sam, ze swojego konta.
    Pieniądze ci dam, bez obaw. Natomiast nie chciałabym więcej słyszeć o jakimś mezaliansie! Córka mojego męża nie jest nikim gorszym od pana Johna Warwicka i to mówię ja, czyli Doris Warwick! – zakrzyknęła prostując się, po czym wybuchnęła śmiechem.
    Osłabiła mnie totalnie i sam zacząłem się śmiać.

    - Czy chociaż trochę rozwiałam twoje wątpliwości? – przycisnęła moją głowę do biustu.
    - Bardzo! – przyznałem. – Wiesz, tak naprawdę, to sam nie wiem skąd się wziął ten mój parszywy nastrój.
    - Tomek, może zostawimy już ten temat, co? Przypomnę ci, jutro jest piątek i święto, a potem weekend. Znajdziemy czas na omówienie wszystkich problemów.
    - Rozumiem, postaram się…
    - Naprawdę się postarasz?
    - Naprawdę!

    - Wracajmy więc, bo jednak już zmarzłam. I jeszcze jedno. Obiecałam chłopcom, że przed północą przyjdziemy po nich. Nad jeziorem w miejsce fajerwerków ma być pokaz świateł laserowych z muzyką.
    - Wiem. To pewnie dlatego jakieś postacie biegają jeszcze nad jeziorem.
    - Być może. Dzieciaki koniecznie chciały to oglądać.
    - Nie ma problemu.
    - Cieszę się. To co, wracamy na bal?
    - Wracamy. Mamy jeszcze ponad godzinę na tegoroczne tańce.

    Tak zwani zwyczajni ludzie, szeroko karmieni głupawymi serialami w każdej telewizji, wyobrażają sobie, że światowe bandy obracają milionami w walucie i nikt o tym nie wie, niczego nie kontroluje. Ułuda! Wysokich transakcji nie da się ukryć w światowym systemie bankowym i wszystkie tego typu operacje są dokładnie analizowane przez odpowiednie służby każdego z państw. Tym bardziej te, których ukryć nikt nie zamierza, bo też nie ma powodu aby się ich wstydzić. Są wtedy łatwe, proste i przyjemne dla kontroli. My zaś musieliśmy przelać oficjalnie okrągły milion i to z mojego konta, inaczej Joasia od razu dostałaby się w łapy służb skarbowych.

    Dorotka, mimo że była moją legalną żoną, dla Joasi była nikim z punktu widzenia prawa podatkowego. Gdyby zechciała bezpośrednio podarować mojej córce taką sumę, większą jej część zatrzymałby fiskus. A Dorotka nie lubiła płacić podatków i to w żadnym kraju. Uważała, że i tak wspomaga nasze finanse ponad wszelką miarę, bo wydaje masę pieniędzy na zakupy. Zatem VAT idzie do budżetu. Płaci też wszelkie obowiązkowe składki, chociażby zdrowotną czy emerytalną, nie korzystając z niczego i nie zamierzając też korzystać w przyszłości. Zatem taki, dodatkowy pobór doli z jej prywatnych pieniędzy, byłby już naigrawaniem się z niej samej. Przecież w Polsce z niczego bezpłatnie nie korzystała, wydając za to na nasze utrzymanie i rozrywki niemałe sumy!

    Z drugiej strony, kiedy sama była przekonana o słuszności jakiegoś wsparcia, nie żałowała pieniędzy, rozdając je, według mnie, dość lekką ręką. Tak, jakby już gruntownie przesiąkła amerykańską zasadą, że to nie państwo, lecz sam obywatel ma decydować na co wydawać zarobione pieniądze. Z tych wszystkich powodów, jakieś zasoby swoich pieniędzy ulokowała na kontach amerykańskich, o czym nasz fiskus nie miał informacji. Nie wiedziałem czy jest to do końca legalne, ale gdy kiedy napomknąłem o tym, uspokoiła mnie mówiąc, że wie co robi.
    Z tego też powodu nie znałem wielkości tych sum. Nie mówiła o tym, a ja nie pytałem. Nie chciałem wyglądać na takiego, który interesuje się nią dla pieniędzy.

    Tym niemniej, w tej chwili rozumiałem ją doskonale. W głowie miała już pewien plan, ale skoro w tej chwili nie mogła go przetestować, chwilowo zupełnie wyłączyła o nim myśli i zajęła się dniem dzisiejszym. Nie zamierzała tracić czasu bezowocnie.
    Ech, dlaczego ja nie posiadam takich zdolności, żeby umieć przestać myśleć? Żeby wyłączyć to, co wciąż wciska się pod czaszkę i nie daje spokoju? Jak się tego nauczyć? Niepojęte…

    Z jej pomocą, nieoczekiwanie nawet dla samego siebie, jakoś się przełamałem. Ułowieni tuż po wejściu przez Bogdana ze Stefanem razem wziętych, zatrzymaliśmy się na chwilę przy barze i spożywszy co nieco dla kurażu, ruszyliśmy w tany. A na parkiecie, głośna muzyka oraz konieczność koncentracji, powolutku wypchnęły z mojej głowy problemy dzisiejszego dnia. Zacząłem zauważać ludzi, uśmiechać się do pań, pozdrawiać panów skinieniem głowy i kiedy nadchodziła północ, żyłem już tylko chwilą bieżącą.

    Ze względu na położenie hotelu nad jeziorem i ogromny zasięg nocnych odgłosów, wszyscy goście zostali z góry uprzedzeni, iż jakiekolwiek fajerwerki noworoczne nie będą mile widziane. W zamian za to, uczestnikom balu zaserwowano widowisko typu światło i dźwięk. Nad brzegiem jeziora.
    Na dziesięć minut przed północą, wodzirej przypomniał nam, że noworoczny toast będzie można wznosić pod strzechą. Kto chciał, musiał narzucić płaszcz i podejść tam, co większość z gości uczyniła. My też, chociaż po chłopców iść nie musieliśmy. Pani Helena podeszła z nimi na miejsce tłumacząc, że nie mogli się już doczekać. Dorotka była tak rozbawiona, że kiedy już złożyliśmy sobie noworoczne życzenia, również ich poczęstowała szampanem, co przyjęli wręcz z entuzjazmem.

    Zaś pokaz był bajeczny. Sama natura go wspomogła, utrzymując w powietrzu malutką mgiełkę, tworzącą świetny ekran do demonstracji współczesnych możliwości technicznych. Pod dźwięki klasycznych utworów tanecznych, wykonywanych przez orkiestrę symfoniczną, kreowano na niebie niepojętą, rytmiczną feerię kolorowych figur, ciągle żywych, drgających i zmieniających się, oraz przenikających nawzajem. Wszystkie tańczyły, falowały, splatały się i oddalały, jakby były wsłuchane w dźwięki płynące z głośników. Ale to nie wszystko. Blisko drugiego brzegu jeziora zakotwiczono boje z wytwornicami dymu, który stanowił drugi ekran. I w pewnej chwili różnokolorowe światła przeniosły się w tamtym kierunku, tańcząc w tej mgle klasycznego walca, zaś kiedy muzyka na chwilę przycichła, pojawiały się biegnące napisy z noworocznymi życzeniami.

    Światła zmieniały kierunek kilka razy, a całość trwała nie dłużej niż dwadzieścia minut. Nawet nie czułem zimna, tak niesamowita była ta sceneria. Wszelkie inne światła, wszystkie latarnie były wtedy wygaszone. My zaś, staliśmy cierpliwie w tłumie przed wiatą, przytuleni i obejmujący dzieciaków.
    Warto było! – pomyślałem, kiedy wszystko zgasło, muzyka ucichła, a latarnie ponownie zapłonęły. Pokaz kosztował nas kilkadziesiąt tysięcy złotych. Najlepsza w tej części Europy firma drogo ceniła swoje usługi, ale to co zobaczyłem, było rzeczywiście na najwyższym poziomie!

    Później, wszystko było już łatwiejsze. Tym bardziej, że jeszcze pod wiatą natknęliśmy się na prezesa Zielonika, który znaną mi panią Alinę, przedstawił jako swoją życiową partnerkę i przyszłą żonę. To był dla mnie wręcz szok! Zaś Dorotce tak się wszystko skojarzyło, że składając im gratulacje, wyjawiła przy okazji naszą rewelację o Joasi.
    Prezes był zachwycony! Joasię przecież znał. Nie mieliśmy czasu na dłuższą rozmowę, bo chłód wciskał się wszystkim pod palta, dlatego umówiliśmy się tylko na jutrzejszy obiad, po czym udaliśmy się do hotelu. A tam wszystko wróciło do normy. Już do rana bawiliśmy się doskonale, mój spuszczony na kwintę nos odleciał w niepamięć i do domu wracaliśmy wraz z symbolicznymi skowronkami, czyli o szóstej nad ranem. Zmęczeni, lecz bardzo zadowoleni.

    Dorotka dotrzymała słowa. W poniedziałek spędziła pół dnia na różnych konsultacjach, gdyż warianty zaproponowane przez mecenasa Talarka odrzuciła niemal bez namysłu. Zupełnie jej nie usatysfakcjonowały. Pojechała więc na uczelnię, gdzie z innymi znawcami amerykańskiego prawa podatkowego w końcu coś tam ustaliła i po obiedzie, kiedy Ameryka obudziła się do życia, przelew prezentu ślubnego dla Joasi został dokonany.
    Musiałem w tym celu założyć sobie konto w nowojorskiej siedzibie banku Solution, co przy istnieniu podpisu elektronicznego nie sprawiło mi większych trudności. Przy okazji też, moja ukochana żona przekazała również dla mnie podobną sumę, abym nie czuł się pokrzywdzony, jak stwierdziła.
  • #49
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Nie prosiłem jej o to, właściwie to nawet cichutko protestowałem. Po co mi pieniądze na amerykańskim koncie? Ani mnie tam nie zabiera podczas swoich służbowych podróży, ani sam nie planuję wyjeżdżać, chociaż miałem w paszporcie wieloletnią wizę służbową. Zresztą, zielonej karty też nie miałem. Dorotka odradziła mi składanie o nią wniosku, gdyż wtedy musiałbym składać deklaracje podatkowe, a skutki zaniedbań w tej dziedzinie są powszechnie znane, nie tylko w Ameryce. Wytłumaczyła mi, że zawsze mogę to zrobić i taki dokument otrzymam, spieszyć się jednak nie mam żadnego powodu. Na razie korzyści nie miałbym żadnych, a tylko obowiązki.

    Tym niemniej, poczułem się w pewnym sensie dowartościowany. Dorotka nie chciała żadnego upoważnienia do wglądu w to konto i zapowiedziała, że zupełnie nie będzie się interesowała losem tych pieniędzy. Mogę zrobić z nimi wszystko, co uznam za stosowne. Czy trzeba było więcej, aby poprawić mi nastrój? Moja podświadomość, chciałem tego czy nie chciałem, w zakamarkach pamięci zapisała fakt, że od teraz mogę dysponować milionem dolarów i oszukiwać siebie już nie mogłem. Byłem milionerem, chociaż tylko z nadania żony, ale jednak. Pecunia non olet!
    Ten milion nie różnił się niczym od innych milionów i każdy będzie musiał to przyznać. A jego pochodzenie pozostanie wyłącznie naszą, słodką tajemnicą.

    Tak więc, nowy rok już na początku przywrócił mi psychiczną równowagę. Przestałem rozmyślać o niestworzonych rzeczach i zająłem się pracą. Dorotka, za moimi sugestiami, swoim pierwszym zarządzeniem wprowadziła zmiany w strukturze organizacyjnej i Beatka awansowała na dyrektorkę biura obsługi zarządu.
    Powoli też, dzień za dniem, okazywało się, że miałem rację. To była nieodrodna córka Anny! Z wielkim talentem uporządkowała zadania asystentek, rozdzieliła je odpowiednio, przejęła również nadzór nad sekretariatem i stała się tarczą oraz filtrem, nie dopuszczającym przed oblicze Dorotki z byle czym, nawet dyrektorów departamentów. Próbowali skarżyć na nią do mnie, ale gdy kilka razy uświadomiłem im, że po to biorą niemałe pieniądze, aby problemy rozwiązywać, a nie wykazywać bezradność, temat ucichł. Wszyscy zrozumieli, że jeśli sami jej nie przekonają, na mnie liczyć nie mogą. Zaś Beatka rozkwitała z każdym dniem!

    Dorotka już po tygodniu zauważyła, że coś się jednak zmieniło. Na jej biurku lądowało nieco mniej spraw, asystentki były przygotowane, sporządzone materiały dostawała na czas i nie musiała interweniować. Beatka robiła to za nią, wyciskając z dyrektorów ostatnie poty. Przy czym robiła to bezwzględnie, tak jak nauczono ją w korporacji, ale i korzystając z mojego parasola ochronnego. A ja pozbyłem się wreszcie szarpaniny z wieloma drobiazgami, chociaż Karolina, moja asystentka, jeszcze terminowała u niej w zespole, ucząc się swoich przyszłych obowiązków.

    Tak działo się w pracy, natomiast prywatnie, w domu, Dorotka wyglądała wieczorami na mniej zmęczoną. To było do przewidzenia. Uczelniane sprawy miała już mniej więcej opanowane, już nie musiała przygotowywać się godzinami do wykładów, a może zmieniła zachowanie celowo? Nie wiem, jednak częściej znajdowała wieczorami czas dla chłopców i na rozmowy z nami w salonie. I podczas jednego z takich wieczorów, zaproponowała mi, byśmy skorzystali z zaproszenia na bal bankowca i dziennikarza.

    Zdziwiłem się, bo podobne zaproszenia w latach ubiegłych ignorowała zupełnie. Nie chciała się na nich pokazywać uznając, że służą wyłącznie lansowaniu niektórych osób i niczemu więcej. Tym razem jednak zmieniła zdanie i chciała się zabawić Argumentowała, że skoro wszyscy występują w różnych przebraniach, jakoś znikniemy w tłumie, a ja w to jakoś z rozpędu uwierzyłem. Bardzo naiwnie, jak się później okazało.

    Bal tradycyjnie organizowało stowarzyszenie bankowców i była to impreza charytatywna. Niczego rewelacyjnego na niej nie oferowano, oprócz całkiem dobrej muzyki i dużego zainteresowania mediów uczestnikami. Poza tym, były to bale kostiumowe. Zupełnie niecodzienne w dzisiejszych czasach, co dodawało im wyjątkowego smaczku i takiż handicap w sezonie. Uczestnictwo w nich, dla wielu osób liczyło się niemal tak, jak zdobycie jakiejś ważnej, cennej nagrody.
    Mimo wysokich cen, oraz dość ubogiego, zwyczajnego menu, zdobycie biletów, dla wielu zainteresowanych nie było wcale takie proste. Pierwszeństwo mieli członkowie zarządów banków. Natomiast druga, mniejsza pula była, przeznaczona dla stowarzyszenia dziennikarzy. Jak ją rozdzielali, tego już nie wiem. W każdym razie, Dorotka otrzymała takie zaproszenie oficjalnie i tym razem postanowiliśmy z niego skorzystać, pociągając za sobą Romka z Lidką, a nawet prezesa Zielonika. Jako szef rady nadzorczej Alba banku, także miał pełne prawo do skorzystania z oferty.

    Przygotowania do balu zajęły nam niemało czasu, były to jednak godziny spędzone razem. Dorotka wymyśliła, że będziemy parą kochanków końca dziewiętnastego wieku. Przy czym sama będzie rewiową tancerką, a ja ówczesnym dandysem. We fraku i cylindrze. Musieliśmy zatem zdobyć odpowiednie kostiumy. Tu nie było wielkiego wyboru. Odwiedziliśmy kilka warszawskich teatrów i w końcu znaleźliśmy odpowiednią pracownię krawiecką, która w zamian za oddanie kostiumów po balu, zgodziła się przygotować komplety naszej odzieży w wymaganym terminie.
    Oczywiście, za szycie musieliśmy zapłacić, a oddanie ich było tylko formą rekompensaty za przyspieszenie terminu przygotowania. Potem było jeszcze kilka wieczornych przymiarek, jednak sprawdzając wszystko przed odbiorem, nie szczędziliśmy im słów uznania. Stroje mieliśmy przygotowane perfekcyjnie!
    Szczególnie podobały mi się pantalony Dorotki, schowane pod nie tak znów długą, falbaniastą spódnicą. Jedwab na ich uszycie sprowadziła pocztą lotniczą za bajońską sumę, ale czego się nie robi dla kaprysu? Pokpiwałem z niej, że nie znając zalet rajstop, bo Dorotka uznawała wyłącznie samonośne pończochy, jest kolejnym wcieleniem jakiejś istniejącej w przeszłości realnej tancerki. Wraca zatem do korzeni.

    Dobrze nam było. Nawet Helena zauważyła zmianę atmosfery w domu i matkowała nam z dobrodusznym uśmiechem na twarzy. W miarę też swoich możliwości, starała się zdejmować z nas codzienne problemy. Cudowna kobieta! Jak to wszystko było możliwe?
    Nie byłem w stanie tego rozgryźć. Niby obca kobieta, nie związana z Dorotką żadnymi więzami krwi, a jednak pozostawała z nami i nieodmiennie przyglądała się jak żyjemy.
    Nie miała żadnego zaplecza, żadnego zewnętrznego poparcia, a mimo to była dla Dorotki autorytetem. Z czasem też, stała się nim i dla mnie. I nie było wielkiej przesady w tym, co mówiłem kiedyś kolegom. Że w naszym domu rządzi niepodzielnie, ale też odpowiedzialnie. Nawet wychowując nasze dzieci. Powierzaliśmy jej opiekę nad nimi bez wahania.
    Tak było i tym razem. Helena z całą serdecznością zaaprobowała Dorotki pomysły, a kiedy ujrzała nas w przygotowanych kostiumach, chichotała wraz z chłopcami niczym nastolatka. Mnie zresztą ten widok również doskonale bawił. Moja żona, z przesadnym makijażem na twarzy, absolutnie nie mogła zostać skojarzona z funkcjami, jakie pełniła.

    Bal bankowca wśród szeregu innych, podobnego typu imprez, wyróżniał się kilkoma cechami. Najważniejszą z nich były oczywiście przebrania, szczegóły których, każdy z gości trzymał w tajemnicy do ostatniej chwili. Dlatego powitania znajomych były niezwykle wesołe i radosne, kiedy poznawało się nowe wcielenie przyjaciół.
    Romek tym razem okazał się myśliwym. Miał nawet sygnałówkę przytroczoną do pasa. Lidka natomiast włożyła służbowy strój… kelnerki z Limana. Z bardzo krótką spódniczką, pozwalającą posłance demonstrować wszem i wobec swoje długie i zgrabne nogi.

    Prezesostwo zaś ubrało się dziewiętnastowiecznie jak i my, jednak po amerykańsku. Pani Alina była zwyczajną gospodynią z preriowego rancza. W bufiastej bluzce z długimi rękawami, zapiętej pod samą szyją i w spódnicy aż po kostki. Natomiast sam prezes przybrał postać typowego, kapitalistycznego bankiera. Takiego karykaturalnego, jak to przedstawiały PRL-owskie rysunkowe dowcipy. W kapeluszu i z grubym cygarem w dłoni.
    Tak więc, sam nasz wygląd od początku budził wesołe myśli,. Poza tym, wszyscy przecież spędzaliśmy sylwestra w Pokrzywnie. Mieliśmy więc o czym mówić, co porównywać albo i wspominać. A że wodzirej zupełnie się nie lenił, bawiliśmy się doskonale. Do czasu.
    Zapomnieliśmy, że bal ma przesłanie charytatywne i jest na nim mnóstwo dziennikarzy.

    Kiedy wodzirej ogłosił początek aukcji, z której cały dochód miał być przeznaczony na wsparcie jakiegoś domu dziecka, spojrzeliśmy sobie z Dorotką w oczy.
    - Piłki nie wziąłeś? – zapytała retorycznie.
    Pokręciłem głową i nawet nie musiałem odpowiadać. Widziała przecież, że wchodziliśmy z pustymi rękami. Piękna piłka do siatkówki z autografami całej naszej reprezentacji, którą przygotowaliśmy na wieczór, zwyczajnie została w salonie. Zapomnieliśmy ją zabrać, a teraz było za późno, nawet żeby pan Kazimierz po nią pojechał.
    - I co zrobimy? – zapytałem cicho.
    - Nie wiem – odparła. – Na razie zobaczymy co będzie licytowane.

    Początkowo jedynie się przyglądaliśmy, ale gdy wodzirej zaoferował obraz jakiegoś współczesnego malarza, Dorotka nagle się ożywiła i zaczęła przebijać, skończywszy na kwocie dziewięciu i połowie tysiąca złotych. Kiedy uderzenie młotka zakończyło licytację, poleciła mi uregulować rachunek i po chwili otrzymałem dzieło wraz z piękną walizeczką jako etui.
    - Powiesimy go w Podkowie, w salonie. – oznajmiła. – Będzie doskonale komponował się z całą resztą wystroju.
    - Dobrze, a co z naszą piłką? – zapytałem smętnie.
    - Mam pomysł – odparła. – Wystaw na licytację kolację ze mną w Talizmanie. Taką z siedemnastu dań oraz winami przygotowanymi przez somaliera! – uśmiechnęła się.
    - Serio?
    - Jak najbardziej! Termin do uzgodnienia. Działaj!

    Nie było to niczym nadzwyczajnym. Prezes naszego banku narodowego zaoferował jeden dzień na swoim stanowisku, który wylicytował któryś z prezesów banków komercyjnych. Nie wiedziałbym nawet, że to on we własnej osobie, bo wyglądał niczym autentyczny Zorro. Dopiero gdy się odezwał, poznałem głos znany z telewizji. Inni chyba podobnie, bo rozległy się wtedy śmiechy.
    W ogóle, te wszystkie kostiumy zmieniały ludzi nie do poznania. Trudno było rozpoznać kto jest kim i to dlatego bawiono się tak wyśmienicie. Teraz jednak trwała licytacja i co miał powiedzieć biedny wodzirej, który zupełnie nie wiedział kim jest Dorotka? No i wyszło to, co wyszło.
    Kiedy licytacja miała się ku końcowi, przecisnęliśmy się blisko niego i zgłosiłem chęć zabrania głosu. Wtedy podstawił mi mikrofon.

    - Zgłaszamy do licytacji kolację z tą oto, śliczną tancerką! – wskazałem na Dorotką, która dygnęła wtedy uroczo. – Kolacja bardzo uroczysta, złożona z siedemnastu dań, z winami dobieranymi odpowiednio do potraw. Niestety, kolacja na pewno nie będzie połączona ze śniadaniem – zastrzegłem. – To jest wykluczone! Proszę licytować!
    - Bardzo dziękujemy za ofertę! – wodzirej odebrał mikrofon. – Pan prezes reprezentuje bank… – zawiesił głos, ponownie podsuwając mi mikrofon.
    - Bank Solution Poland S.A. Jednak nie jestem jego prezesem.
    Spojrzał na mnie i skrzywił usta.
    - Nie wiem w takim razie, czy mogę przyjąć pańską ofertę…
    - Dlaczego? – zdziwiłem się.
    - Powinniśmy mieć pewność, a skoro pan nie reprezentuje banku…
    - Może pan przyjąć, może! – zakrzyknęła z boku Lidka. – Prezes Tomka posłucha!

    Zdezorientowany wodzirej podsunął jej mikrofon, a wtedy wypaliła na całą salę.
    - Tomek sypia z prezesem, dlatego może pan spokojnie ofertę przyjąć! Prezes go posłucha! Lubi go!
  • #50
    Mierzejewski46
    Level 35  
    retrofood wrote:
    Tomek sypia z prezesem, dlatego może pan spokojnie ofertę przyjąć! Prezes go posłucha! Lubi go!

    Ha,ha,ha. Dobry jesteś. Najlepszy! Kładę się ze śmiechu. Trochę ciekawie wyszło bo czytam w kolejce do skarbówki. Dziwnie się ludzie patrzą. Ha,ha.
  • #52
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Dorotka aż przykucnęła, łapiąc się za brzuch ze śmiechu, a po chwili śmiano się już bardzo głośno i powszechnie, wzbudzając zainteresowanie nawet tych osób, które pozostały przy stolikach. Jedynie Lidka chichotała pod nosem, bezczelnie patrząc mi w oczy, zaś wodzirej uśmiechał się niepewnie. Najwyraźniej nie pojął dowcipu.

    Kiedy największy gwar ucichł, a Dorotka wyprostowała się, zwrócił się do nas.
    - A co na to pańska żona?
    - Ja? – Dorotka gestem dłoni poprosiła mikrofon.
    - Pani to nie przeszkadza?
    - Dlaczego ma przeszkadzać? – udała wielkie zdziwienie. – Bardzo to lubię i sobie chwalę! – demonstracyjnie pogładziła moje ramię.
    Śmiech gruchnął ze zdwojoną siłą. Tym razem już nawet Lidka nie wytrzymała. Byłem niemal pewien, że większość gości rozumie sytuację tak jak wodzirej.
    - Tak we trójkę? – ten nie dowierzał.
    - Dlaczego we trójkę? – odparła.
    - No… prezes, pani i pan…
    - Źle pan liczy! – machnęła dłonią.

    Sytuację przerwał i zakończył Zielonik. Przepchnął się przez otaczający tłum i zabrał mikrofon z dłoni wodzireja.
    - Ja jestem pewien, że oferta jest odpowiedzialna, dlatego oferuję dziesięć tysięcy złotych i jestem gotów zapłacić za tę kolację już w tej chwili.
    - Dziesięć tysięcy pięćset! – ktoś zakrzyknął.
    - Piętnaście tysięcy! – skontrował i rozejrzał się dookoła.
    Tym razem trwała cisza. Swoim przebiciem dał do zrozumienia, że licytowanie jest daremne, bo on już nie odpuści.

    Tak się skończyła cała zabawa, wszyscy się uspokoili i po krótkim zaprezentowaniu wyników sumarycznych, powrócili do stolików. Lidka była zadowolona, że dowcip jej się udał, a my go zlekceważyliśmy, bawiąc się wesoło aż do końca. Nie przeszkadzały nam ani skrywane spojrzenia, ani żartobliwe uśmieszki. Zresztą, wiele osób gratulowało nam celnych reakcji w niespodziewanej sytuacji, a na koniec balu zostaliśmy z Dorotką wybrani najlepiej tańczącą parą.
    I byłbym o wszystkim zapomniał, jednak po kilku dniach, już w banku, przyszedł do mnie Dedejko i zapytał czy wiem jak pracownicy w banku o mnie mówią.
    - Jak? – nie zrozumiałem.
    - Sypiający z prezesem – odparł.
    Ręce mi opadły. Był „Tańczący z wilkami”, a teraz jest „Sypiający z prezesem”.

    Niestety, w światku finansistów też zapamiętano mnie pod taką ksywką, chociaż tutaj przynajmniej wiedziano, na czym polegał żart. Ale anegdotka zataczała coraz szersze kręgi i zaczynała żyć własnym życiem, gubiąc to swoje pierwotne przesłanie. Po kilku miesiącach Lidka przyznała, że słyszała ją w sejmowym hotelu, lecz opowiadający wziął ją za dobrą monetę i argumentował w jakiejś dyskusji, że prezesi banków to w połowie pederaści.

    - Powiedziałam mu, że ja tego pederastę to znam osobiście. Rzeczywiście, jest prezesem banku i sypia z pewnym mężczyzną. Poza tym ten pederasta urodził dwójkę dzieci, nazywa się Dorota Warwick, co może sobie sprawdzić w necie, a mężczyzną z którym sypia, jest jej własny mąż. Dlatego zgłaszam całą sprawę do komisji etyki, aby na przyszłość wiedział, że status posła wymaga przede wszystkim odpowiedzialności, a nie powtarzania bzdur niczym durna baba na targowisku.
    - I zgłosiłaś?
    - A jakże! I już powiadomiłam o tym dziennikarzy...

    Efekt tego był taki, że o jakiejkolwiek anonimowości wśród warszawki mogliśmy już w ogóle zapomnieć.