Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

Zmierzch oznacza także początek dnia

retrofood 13 Aug 2021 15:09 1542 37
Wago
  • #1
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    To będzie kontynuacja tego https://www.elektroda.pl/rtvforum/topic3821947.html

    retrofood © Wszelkie prawa zastrzeżone.

    *************************************


    Małżeństwo Joasi i Johna przyniosło w naszej pracy jedną, ważną zmianę. To prawda, że Dorotka porozumiewała się z nim wcześniej, ale było to rzadko i wyłącznie w sprawach służbowych. Teraz to się zmieniło. Joasia nie była już taka tajemnicza, a i z Johnem sam rozmawiałem kilka razy. Zapraszał nas do Londynu, jednak nie byłem ciekawy ich życia. Stanęło więc na tym, że najpóźniej latem zaglądną do nas.
    W dodatku, rozmowy Dorotki z Johnem, zaowocowały przyjazdem do Warszawy dwóch polskich finansistów, pracujących dotychczas w Londynie. Wszechstronnie wykształceni ludzie, chociaż młodzi, byli już doświadczonymi specjalistami, od kilku lat pracującymi dla Solution Inc. John zarekomendował ich Dorotce na zastępców. Jednego w banku, drugiego zaś we wschodnim departamencie. Co ciekawsze, obydwaj nie znali się dotychczas.

    Dorotka skorzystała z okazji i w początkach marca, panowie w kilkudniowym odstępie pojawili się w Warszawie. Pierwszego, Adriana Karolaka, mianowała głównym ekonomistą, przy okazji obsadzając wakat po poprzedniku, który z nowym rokiem odszedł na emeryturę.
    Ale nastąpiła też ważna zmiana w zarządzie. Jacek Mielniczuk został odwołany z funkcji członka zarządu, pozostając nadal szefem domu maklerskiego. Natomiast nadzór nad jego pionami w banku przejął Karolak, chociaż członkiem zarządu nie został.
    Mielniczuk sam poprosił Dorotkę o taką zmianę, gdyż nie dawał rady. Pozostając w zarządzie musiałby zrezygnować z uczelni, a tego na razie robić nie chciał. Bardziej zależało mu na ugruntowaniu tam swojej pozycji.

    Karolak zadebiutował w pracy nieszczególnie. Już drugiego dnia dziewczyny przekazały mi informację, że nowy dyrektor prosi mnie do siebie, gdyż ma jakieś zastrzeżenia dotyczące warunków pracy.
    Już się od takich rzeczy powoli odzwyczajałem, Karolina każdego ranka referowała mi rozkład dnia i zaczynało mi się to podobać, ale cóż! Nowy pewnie chce mi coś pokazać. Może gabinet został źle przygotowany, może potrzeba mojej interwencji, albo coś …
    Wzruszyłem ramionami i wyszedłem z gabinetu. Daleko nie było.

    Kiedy tam zaglądnąłem, sekretarka oznajmiła, że dyrektor na mnie czeka, wszedłem więc do gabinetu. Siedział przy biurku i pisał coś na klawiaturze w niesłychanym tempie, ale ujrzawszy mnie przerwał, wstał, wyciągnął dłoń do powitania, po czym wskazał mi miejsce przy poprzecznym stole narad.
    - Witam pana, dyrektorze! Proszę usiąść!
    - Dziękuję! – odpowiedziałem, po czym zająłem wskazane miejsce.
    Coś mi tu nie grało. Nie zwykłem siadać na takich krzesłach, pan dyrektor chyba się pomylił. Ale niech tam… Długo czekać nie musiałem.
    - Pozwoliłem sobie pana wezwać, aby…
    - Mnie??? – przerwałem mu bezceremonialnie, podnosząc się z krzesła. – Mnie? Wezwać? – powtórzyłem. – Pan? Wzywać to sobie pan może swoją sekretarkę, a nie mnie! Żegnam!

    Wkurzony wyszedłem z jego gabinetu i zaglądnąłem do Dorotki.
    - Bardzo ci przeszkadzam?
    - A co się stało?
    - Sprowadź tego nowego pupilka na ziemię, bo chce mnie wzywać. „Pozwoliłem sobie pana wezwać”! – wyrecytowałem takim tonem, że parsknęła śmiechem.
    - Ty, a może po prostu zapomniał już polskiego? Nie pamięta co to kiedyś znaczyło? Ja rozmawiałam z nim po angielsku.
    - Doradź mu, żeby sobie szybko przypomniał – stwierdziłem. – Tak będzie lepiej.
    - Będę chyba musiała – odparła spokojnie.
    - Pan dyrektor Karolak prosi panią prezes o chwilą rozmowy – chrapnął konferencyjny głośnik. Jedna z dziewczyn zaanonsowała nową sytuację.
    - Już się przyszedł poskarżyć, dobra, wracam do siebie.
    - Zostań, będzie to krócej trwało.
    - Nie chcę. Będzie się czuł upokorzony, a to nie jest ci potrzebne. Na razie!
    Wyszedłem z gabinetu i już w sekretariacie, bez słowa wskazałem Karolakowi ręką, aby teraz wszedł on.

    Z drugim panem, Cezarym Torpionem, nie miałem takich przejść. John rekomendował go na jej zastępcę do departamentu i Dorotka rozmawiała z nim krótko. Poprosiła natomiast mnie o przeegzaminowanie go z języka rosyjskiego, gdyż pan Cezary jawił się jako znający również tę mowę biegle.
    Owszem, mówił w zasadzie dobrze, ale w sposób szkolny i z fatalnym, twardym akcentem.
    - Jeśli mógłbym panu coś podpowiedzieć – oznajmiłem po wymianie zdań – to musi pan znaleźć kontakt z językiem żywym i poćwiczyć wymowę. Rosjanie na ulicy będą mieli trudności ze zrozumieniem pana.
    - Najlepsza byłaby Rosjanka! – podpowiedziała Dorotka.
    - To prawda – przyznał z uśmiechem. – Wiem, że brakuje mi obycia z tą wymową, ale większość rozmów z fachowcami prowadzi się jednak po angielsku. Dlatego uczyłem się słownictwa i gramatyki, nie szukając lektorów pochodzenia rosyjskiego. Nie miałem na to czasu.
    - Gdzie pan się uczył rosyjskiego?
    - W Londynie, chociaż jakieś tam podstawy poznałem jeszcze w szkole, w Polsce.

    - Pan ma tytuł doktora nauk ekonomicznych, tak? – Dorotka zmieniła temat.
    - Tak. Tematem mojej rozprawy były metody tworzenia oraz modelowania wybranych procesów ekonomicznych.
    - Lubi pan nowe wyzwania?
    - Czemu nie. A jakie pani prezes ma na myśli?
    - O tym porozmawiamy za kilka tygodni. W jakim hotelu pan się zatrzymał?
    - W żadnym. Na razie mieszkam u znajomego.
    - Też ekonomista?
    - Nie, biotechnolog – wyjaśnił. – Poznaliśmy się jeszcze w Londynie, a teraz on pracuje w warszawskim instytucie PAN.
    - Proszę zatem powiadomić nas, jeśli sytuacja się zmieni.
    - Oczywiście.
    - Dobrze. W takim razie przygotujemy dla pana apartament, ale musimy mieć kilka dni na posprzątanie i odpowiednie wyposażenie.
    - Rozumiem i akceptuję to.
    - W takim razie zapraszam na górę. Przedstawię pana zespołowi.

    Nic z tego wszystkiego nie wyszło. Następnego dnia Paweł Dedejko oznajmił oficjalnie, że skoro pan Cezary ma mieć dostęp do korporacyjnych tajemnic dyrektorskiego szczebla, musi uzyskać certyfikat korporacyjny, a nie ten nasz, krajowy. Dlatego w zaistniałej sytuacji ani nie zaakceptuje dokumentów londyńskich, ani nie czuje się upoważniony do przeprowadzenia takiej weryfikacji w Warszawie.
    Dorotka nie miała wyjścia. Nie chcąc brać całej odpowiedzialności na siebie delegowała pana Cezarego do Nowego Jorku, a tam weryfikacji dyrektorskiej pan Torpion nie przeszedł! Dedejko miał wyczucie!

    Nowy kandydat już do nas nie wrócił i nie znam jego dalszych losów. Natomiast cały efekt tego zamieszania był taki, że Dorotka przedwcześnie zwolniła dotychczasowego zastępcę, który od dawna chciał odejść, a nowego musiała teraz znaleźć sama. Departament nie mógł zbyt długo pozostawać bez dobrego, odpowiedzialnego nadzoru. No i mieliśmy problem.
    Wcale nie największy, jak się już niedługo okazało.
  • Wago
  • #2
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Kiedy na początku następnego tygodnia oznajmiła wieczorem, że w czwartek musi lecieć do Nowego Jorku, nawet się nie skrzywiłem. Nie pierwszy i nie ostatni raz – pomyślałem.
    - Sama, czy z kimś? – zapytałem obojętnie.
    Często przecież zabierała ze sobą Romka, albo Mielniczuka, mnie takiego wyjazdu nie zaproponowała nigdy.
    - Sama tym razem – przyznała. – Ściągnęłam na siebie zainteresowanie całego zarządu korporacji na czele z Hammersem, dlatego zażyczyli sobie spotkania i rozmowy wyłącznie na temat perspektyw rozwojowych mojego obszaru.
    - Kto ci przygotuje materiały na spotkanie?
    - To nie jest problemem, mam je od dawna.
    - Czyli nie masz się czym martwić.
    - Nie dworuj sobie ze mnie!
    - O, wow! Tego to już nie kumam.
    - Bo się nie interesujesz tym, co się dzieje poza twoim podwórkiem.

    - Zaraz, zaraz… Czy czasami nie postępuję dokładnie według twoich wytycznych?
    - Według dawnych wytycznych, owszem – podkreśliła. – Natomiast sytuacja jest bardzo dynamiczna. Panta rei! Najbardziej w finansach i prognozach na jutro.
    - Masz całą sforę specjalistów, wybitnych analityków, z Jackiem Mielniczukiem na czele. Za co im płacisz?
    - Tomek, przestań! Nie potrzebuję od ciebie analizy sytuacji finansowej rynków, tylko zwykłego spojrzenia na otaczający nas świat.
    - Przestałaś wierzyć serwisom agencyjnym?
    - Czy ja wiem? Jakieś to wszystko takie bezosobowe, wyprane z emocji… Coraz mniej wiem jak wygląda życie przeciętnego obywatela i mam trudności z rozumieniem podstawy do prognoz.
    - O tym porozmawiaj z Heleną. Ja tak samo wiem coraz mniej, bo nie w tym świecie żyję. Nie potrafię już przewidywać zachowań zwyczajnych konsumentów, dawno straciłem z nimi kontakt. Tym bardziej, że nigdy wcześniej nie uprzedzałaś, iż to może okazać się przydatne. Spójrz! Gościliśmy moich znajomych, zwyczajni ludzie…

    - Właśnie! – przerwała mi. – Rozmawiałeś z nimi, więc znasz ich poglądy.
    - Czy ja wiem? Na ile ich stwierdzenia nie są skażone kontaktem z nami? To dyskusyjne.
    - Dobrze, zostawmy to.
    - Nie złość się. Ja naprawdę nie czuję sytuacji.
    - Podobnie jak i ja. Zajmowałam się zupełnie innymi sprawami i teraz mam wielkie zaległości. Kontaktowałeś się może z Igorem?
    - Nie, nie wspominałaś o tym. Nie dostajesz raportów od Łukasza?
    - Dostaję, ale lubię mieć opinie z różnych stron. Zadzwoń do niego jutro, dobrze?
    - Do Igora, czy Łukasza?
    Spojrzała na mnie zaciskając palce dłoni.
    - Czy ty chcesz żebym ci zrobiła coś niemiłego?
    - Nie chcę! – roześmiałem się.
    - Więc się nie wygłupiaj, kiedy rozmawiamy o sprawach zasadniczych.
    - Aż tak?
    - Owszem. Tym razem pobytu w Nowym Jorku nie będę mogła zaliczyć do przyjemności, mam takie przeczucia. Dlatego zrób o co cię proszę.
    - Przecież Igor nie powie mi przez telefon tego co wie. Wyślij mu polecenie wyjazdu i spotkajcie się w Nowym Jorku! Niech sam zda relację.
    - Wiesz co? To już jest jakiś pomysł. Tak zrobię.

    Miała wrócić w sobotę porannym samolotem, ale jeszcze w piątek przesłała wiadomość, że pobyt musi przedłużyć i żebym na nią nie czekał. Przyleci najwcześniej w niedzielę, lecz na razie nie zna numeru lotu. Mogłem więc pozgrzytać tylko zębami i zająć się chłopcami, aby nadrobić zaległości. Wciąż miałem wrażenie, że ich po prostu zaniedbujemy.
    W sobotę wieczór dostałem od niej kolejną informację, że dostała bilet na pierwszy, poranny lot w niedzielę. Zadzwoniłem wtedy do pana Kazimierza, zlecając mu wczesny kurs na lotnisko, chociaż wiedziałem, że to mnie będzie oczekiwała.

    Nie, nie zrobiłem tego złośliwie. Zwyczajnie, w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że rano będę niesprawny i nie powinienem wtedy siadać za kierownicę. A powód tego był zupełnie banalny. Nie umiałem bez niej zasnąć.
    Wszystkie emocje kumulowane w ciągu dnia, wszelkie myśli, które przychodziły mi do głowy w dzień, a które odpędzałem jakimiś zajęciami, wieczorem bez przeszkód tłoczyły mi się w głowie. Wypychały jedna drugą i nie pozwalały skupić się na czymkolwiek innym.
    Dodając do tego pustą przestrzeń naszej sypialni i wielkie łoże, w którym przewracałem się z boku na bok, otrzymamy mieszankę, która mnie przerastała i w której nie umiałem odnaleźć się samotnie. Dorotka była mi niezbędna jak tlen!
    Kiedy była ze mną w łóżku, nie miałem żadnych problemów. Zasypiałem jak dziecko i budziłem się wypoczęty. Kiedy jednak wyjeżdżała, wszystko się zmieniało. Sypialnia robiła się wtedy zbyt duża, a pustka wszechogarniająca. I nie pomagało zaglądanie do chłopców, włączanie radia czy telewizora. Nic! Dopiero alkohol zmuszał mnie w końcu do padnięcia w odmęty zapomnienia.

    Oczywiście, kiedy wyjeżdżała tylko na jeden dzień, jakoś jeszcze wytrzymywałem. Byłem przecież odpowiedzialnym ojcem, a przynajmniej starałem się takim być. I świadomość zwyczajnych obowiązków wobec dzieci robiła swoje. Jednak w sytuacji takiej jak teraz, nie byłem w stanie się powstrzymać. Sobotni wieczór…

    Kiedy zjawiła się w domu, jeszcze spałem. Obudziła mnie ale tylko po to, by w krótkich słowach wyrazić swoją pełną dezaprobatę zarówno dla mojego wyglądu, jak i zachowania, po czym poszła do łazienki. Sama. Nie wiem czy zdawała sobie sprawę, że na jej widok wszelkie moje wątpliwości pierzchły niczym kury widzące jastrzębia, ale na wszelki wypadek, nie zrażając się cierpkim powitaniem, poszedłem za nią. Kac ulatniał się ze mnie z nadzwyczajną szybkością. Nalewka z głogu którą wczoraj wycyganiłem od Heleny, jakby wiedziała że zrobiła swoje, a teraz nie była już potrzebna. Kiedy umyłem zęby, czułem się niemal zupełnie normalnie.
    Było jeszcze trochę dąsów, ale moje szczęście było tak samo stęsknione jak i ja, dlatego najpierw zajęliśmy się odrabianiem zaległości w jeszcze wczoraj wieczorem straszącym mnie łóżku. Dzisiaj było ono cudowne!

    - I co ciekawego słychać za wodą? – zapytałem, kiedy echo naszych małżeńskich rozkoszy zacichało już pod naporem dnia.
    - Później – zamruczała, wtulając się we mnie jak do snu.
    - Słoneczko, a jak chłopcy tu przyjdą?
    - Rzuć mi piżamę.
    - Nie wiem którą.
    - Zawsze masz problem! – rzuciła z jakąś pretensją w głosie, zrywając się jednocześnie na równe nogi. Po chwili wróciła z garderoby już okryta i natychmiast ponownie wsunęła się pod kołdrę.
    - Chcesz spać?
    - Nie inaczej. Obudzisz mnie dopiero na obiad.
    - Nie obiecuję, bo zostaję z tobą. Też chcę spać.
    - Moje kochanie! – odwróciła się na chwilę, cmoknęła w policzek i natychmiast powróciła do poprzedniej pozycji. Była gotowa do snu.

    Po obiedzie wszystko wróciło do normy. Pojechaliśmy z chłopcami do muzeum techniki, potem poszliśmy do kina i dopiero wieczorem, już po kolacji, nadszedł czas na konkretne rozmowy.
    - Mam poważne zadanie do wykonania i nie bardzo wiem jak to ugryźć! – oznajmiła.
    - Jak wypadło twoje podsumowanie? – zapytałem krótko. Wiedziała o co mi chodzi.
    - Widzisz, miałeś zupełnie dobry pomysł z tym zaproszeniem Igora. To dlatego mój pobyt przedłużył się o sobotę. Prezesi doszli w piątek do wniosku iż temat jest tak ważny, że poświęcili połowę swojego weekendu na nasze rozmowy.
    - To dlatego nie wróciłaś w sobotę?
    - Tak. Była totalna burza mózgów w zakresie planów inwestycyjnych. Igor zdał swoją dość optymistyczną relację, ale ja swoje również wiem. No i nasze wnioski zupełnie się nie pokrywały.
    - A co on wtedy na to?
    - Nic, jego już nie było. Przekazał swoje zdanie, odpowiedział na nasze pytania i potem mu podziękowano. W późniejszej dyskusji już nie uczestniczył.
    - Więc jaka jest ostateczna konkluzja?
    - No właśnie. Igor wciąż jest optymistą, ale skoro przez półtora roku nie dostaliśmy zgody władz na kupno drugiego banku, moim zdaniem temat należy już zamknąć. I Hammers zgodził się z moim tokiem myślenia.

    - Czyli moskiewski kierunek upada. A co w zamian?
    - I tu pojawia się nowe zadanie. Dyskutowaliśmy nad lokalizacją nowej inwestycji i po rozważeniu różnych za i przeciw, wybrano Bukareszt.
    - Rumunia? – skrzywiłem się. – Nie było innych propozycji?
    - Były. Na przykład Bułgaria. Ale według dość zgodnych opinii naszych analityków, Sofia zostaje w tyle i nie ma sensu tam się pchać. Rumunia jest bardziej obiecującym rynkiem.
    - Ciekawe… Masz u siebie specjalistów od Rumunii?
    - Nie mam. Ale pomyślałam, że właśnie ty mi ich dostarczysz.
    - Ja??? Chyba żartujesz!
    - Ani trochę. To właśnie będzie twoje zadanie na najbliższe miesiące.
    - Chyba dostałaś jakiejś wścieklizny… Skąd taki pomysł? Ja nikogo w Rumunii nie znam!
    - Ja też nie, dlatego liczę na ciebie. Że coś wymyślisz. Chyba nie chciałbyś, żeby twoja żona poniosła spektakularną porażkę w firmie, prawda? Dlatego mam nadzieję, że wpadniesz na jakiś szalony pomysł pozwalający temat ogarnąć. Masz trochę czasu, działaj więc spokojnie i bez stresu. Myśl!
    - Ale mnie osłabiłaś…

    - Nie przejmuj się. Dla siebie też zostawiłam niemało zadań, nie będę ciebie nimi obciążać. Pomyślałam jednak, że skoro Beatka radzi sobie coraz lepiej, to będziesz miał czas na różne nietypowe pomysły w stylu zrobienia ogniska z wody i lodu, pamiętasz?
    - Owszem…
    - Właśnie. Tomek, zamówienie informacji z wywiadowni nie jest żadnym problemem i to zrobimy. Mnie jednak chodzi o coś innego. Potrzebuję, żeby ktoś rozeznał to środowisko od wewnątrz. Żeby się zorientował, kto w tym kraju jest kim, a kto tylko udaje, że kimś jest, aby na tym zarobić.
    - I ja mam to uczynić?
    - Niekoniecznie osobiście, ale wymyśl jak do tego dojść. Nikt nie ma prawa zorientowania się przed czasem, że chodzi nam o kupno banku, bo wtedy ceny mogą wysoko pójść w górę. Czyli zanim oferta zostanie złożona, musimy wiedzieć na kim można się oprzeć. Musimy znać nazwiska, życiorysy i poglądy. Czysty wywiad, nie da się ukryć.
    - A przez waszą ambasadę?
    - Nie mogę im o tym na razie mówić. To wykluczone.

    - Więc jak to sobie wyobrażasz? Pojadę do Bukaresztu, stanę na dworcu czy lotnisku i będę wołał, że chcę poznać miejscowych bankowców?
    - Niczego sobie nie wyobrażam, to już jest twoje zadanie. Usiądź, pomyśl, a ja wierzę, że dasz sobie radę. Koszty ci zwrócimy, nie martw się – parsknęła śmiechem.

    Irracjonalne zadanie. Jak ja, bankowiec, mam rozeznać bankowe środowisko tak, żeby nikt się nie zorientował o co mi chodzi? Z drugiej strony, jeśli nie przedstawię się jako bankowiec, to kto zechce ze mną rozmawiać? A jeśli się tak przedstawię… Kto uwierzy, że działam w celach charytatywnych? Paranoja! Nierozwiązywalna sprzeczność!
    A jednak Dorotka miała rację wspominając o tamtym ognisku z wody i lodu. Trzeba porzucić utarte szlaki i spróbować rozwiązań niekonwencjonalnych.

    Tyle, że tym razem to nie ja wpadłem na zbawienny pomysł.
  • #3
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Siedziałem któregoś dnia w gabinecie i dumałem nad złożonością zleconego problemu, kiedy pojawiła się Beatka. Od dłuższego czasu miała moją zgodę na wchodzenie do tego gabinetu bez zapowiedzi i czasem z tego korzystała, kiedy nie miałem gości. Tak było i tym razem.
    - Dzień dobry! Nie przeszkadzam panu?
    - Nie. Proszę usiąść, pani dyrektor! – roześmiałem się. – Co dobrego u pani słychać?
    - Obiecywał pan nie podśmiewać się ze mnie – udawała naburmuszoną, ale bez wahania zajęła miejsce w fotelu.
    - Nie jest to moim zamiarem, w żadnym wypadku – zapewniłem ją skwapliwie.
    - Bardzo mnie to cieszy, gdyż chciałam skonsultować z panem pewną sprawę.
    - Cały zamieniam się w słuch. Kto ci znowu nadepnął na odcisk?
    - Nikt i to nie moje odciski, ale sprawa jest ponoć całkiem poważna.
    - O! Nie przeszkadzam zatem i słucham.

    - Otóż pani prezes zleciła nam przeprowadzenie rozmów na uczelni, nawet z rektorem, w celu zidentyfikowania kogoś, kto albo zna Rumunię, albo zna naukowców z Rumunii. Czy mógłby pan uchylić mi rąbka tajemnicy, jaki cel przyświeca temu zadaniu?
    - Mógłbym, ale chciałbym się najpierw dowiedzieć dlaczego pytasz.
    - Są dwa zasadnicze powody. Nie znając celu, nie chcę wyręczać się moimi dziewczynami, muszę więc zrobić to wszystko sama. Będę więc pytana o powód moich zainteresowań, a nie lubię w takich przypadkach demonstrować głupawej miny.
    - Rozumiem. Powód stanowi tajemnicę służbową najwyższej kategorii, proszę żebyś o tym nie zapomniała. A jest nim zamiar kupna banku w Bukareszcie. Chcemy jak najlepiej się do tego przygotować, dlatego szukamy ludzi, którzy znają ten kraj, znają jego mieszkańców i w ogóle posiadają jakiekolwiek informacje, które mogą okazać się przydatne. Bo nigdy nie wiadomo co nam będzie potrzebne, aby udało się dotrzeć do odpowiednich osób.

    Nie wiem na ile znasz sytuację w tym kraju, ale nawet już po wejściu do Unii, przez wiele lat nie wyglądało tam zbyt ciekawie. Korupcja była wszechogarniająca. Dlatego też, ten teren pozostał przez nas zaniedbany. Ostatnio jednak władze robią znaczne postępy, a że sytuacja w Rosji właściwie stanęła i o żadnym tam rozwoju nie ma już mowy, próbujemy innych rozwiązań. Tak to wygląda. Jednak te plany nie mogą na razie ujrzeć światła dziennego, rozumiemy się?
    - Tak, teraz mam jasność. Właściwie to domyślałam się czegoś podobnego, dlatego też chciałam pana zapytać o taką sprawę. Otóż całkiem niedawno rozmawiałam z mamą i coś jakoś wspomniała, że w najbliższym czasie leci do Pragi, gdzie odbędzie się robocza konferencja ministrów rozszerzonej grupy wyszehradzkiej, odpowiedzialnych za rozwój regionów. Natomiast za kilka miesięcy, właśnie w Bukareszcie, planowane jest trzydniowe sympozjum naukowe o tej tematyce. A na jego zakończenie, spotkanie ministrów odpowiedzialnych oraz szefów państw.
    - Czyli wielka impreza?
    - Właśnie tak. W związku z tym, mam do pana zasadnicze pytanie. Czy mogę, albo czy powinnam wspomnieć mamie, że pan interesuje się tym regionem?

    - Poczekaj, poczekaj… Muszę to wszystko ogarnąć i się zastanowić…
    - Proszę zatem przemyśleć i wezwać mnie, kiedy podejmie pan decyzję – wstała z fotela.
    - Poczekaj, usiądź jeszcze! – podniosłem głos mało elegancko, byłem jednak mocno podekscytowany. – Beatko, nie rozmawiaj z mamą na taki temat! – postanowiłem szybko.
    - Dlaczego?
    - Jeśli już, to niech na mnie spadnie odium wypaplania tajemnicy. Wolałbym abyś ty nie miała w papierach żadnej plamy. Proszę cię natomiast o jedno. Skontaktuj się z mamą i zapytaj, czy zgodzi się mnie przyjąć na kilkanaście minut rozmowy. Może być służbowo, może być po godzinach, jak jej wygodniej. Bardzo ją o to proszę!
    - Nie chce pan sam zapytać?
    - Nie. Zanim przebiłbym się przez tabun sekretarek to raz, a po drugie, to nie są rozmowy na telefon. Ty tak samo. Polecenie pani prezes odstaw teraz na drugie miejsce i najpierw zajmij się tym moim, ewentualnym spotkaniem. Priorytety się zmieniły!
    - Dobrze, ale będę musiała wyjechać z banku.
    - Na uczelnię też musiałabyś wyjechać. Dlatego najpierw jedź do mamy i przekaż jej moją prośbę w cztery oczy. Niech wyznaczy termin dogodny dla siebie, ja się dostosuję. I być może, na uczelni nie będziesz już miała czego szukać.
    - Dobrze. Tak zrobię! – uśmiechnęła się. – Jeśli będę miała coś ciekawego, to zadzwonię bez zwłoki.
    - W porządku i powodzenia! – wstałem z fotela.

    Od tego przedpołudnia, wydarzenia nabrały zawrotnego tempa. Anna wyznaczyła mi spotkanie jeszcze w tym samym dniu, w swoim gabinecie, na zakończenie roboczego dnia. Musiałem prosić Dorotkę o odebranie chłopców, sam zaś udałem się pierwszy raz w życiu do ministerstwa. Nie było to zbyt dobre, gdyż po każdym takim spotkaniu pozostawał ślad w postaci chociażby notatki i wpisu w dzienniku wejść, ale niech tam. Zaryzykowałem.
    Niespodziewanie, Anna okazała się być w świetnym nastroju.
    - Co za niespodzianka! – uśmiechała się do mnie na powitanie. – Co za ludzie mnie odwiedzają!
    - Nie żartuj sobie ze mnie – próbowałem wejść na ten sam poziom wymiany uprzejmości. – Kimże ja jestem, wobec majestatu ministra rządu Rzeczpospolitej?
    - Och… Tak od razu bierzesz górne „ce”? Nie za wysoko śpiewasz? Skali ci braknie!
    - Bo sobie ze mnie dworujesz…
    - Nie, teraz przesadzasz. Usiądź, proszę i przestań się wygłupiać – wskazała mi fotel w zakątku gabinetu.

    Rozejrzałem się dyskretnie po jej miejscu pracy i pomyślałem, że mój gabinet jest o wiele ładniejszy. A do luksusów Dorotki, nawet nie było co porównywać. Ale było to nieistotne. Jakaś pani weszła do gabinetu przynosząc dwie filiżanki z kawą i malutkie krakersy. Zastawiła stolik i wyszła cicho jak zjawa. Spojrzeliśmy na siebie i Anna przemówiła pierwsza.
    - Tomek, rozumiem, że nie przyszedłeś tu bez powodu. A skoro już się na to zdecydowałeś, to sprawa jest poważna. Dlatego nie traćmy czasu, ja też jestem już po godzinach.
    - Dlatego dziękuję ci za to spotkanie… – próbowałem przygotować grunt.
    - Daruj sobie pierdoły! – przerwała mi. – Mów co ci dolega i w czym mogłabym pomóc.
    - Widzę, że zamiast uczyć Lidkę, sama od niej przejmujesz słownictwo…
    - Mylisz się. Popracowałbyś trochę w Sejmie, to wszystkiego byś się nauczył. I to niekoniecznie od Lidki. O czym więc rozmawiamy?

    Nie miałem wyjścia. Zastrzegając, że jest to nasza bankowa tajemnica, przedstawiłem jej bez ogródek wszystkie nasze zamiary oraz informacje, które przekazała mi Beatka. Anna wysłuchała tego w milczeniu, zadała kilka pytań, a później zamilkła na chwilę.
    - Dasz radę wspomóc nas w czymkolwiek? – zapytałem na koniec, obserwując jej bardzo widoczny brak entuzjazmu.

    Tego jednak co mi zaserwowała, zupełnie się nie spodziewałem.
    - Były panie mój i władco! – roześmiała się na głos. – Zupełnie pomyliłeś rolę ministra rządu z jakimiś planami rozwojowymi prywatnego biznesu. Otóż, szanowny panie, ja nie mam prawa komukolwiek pomagać w tym ręcznie. Nawet tobie! Nie na tym polega moja praca i nie mogę łamać przysięgi, którą składałam obejmując swój urząd.
    - Rozumiem – zgodziłem się, robiąc gest jakbym chciał wstać. – Mimo wszystko bardzo się cieszę, że miałem możliwość odwiedzenia ciebie w takim miejscu i będę sobie to cenił. Nie miej też skrupułów, że mi odmawiasz. Ja tak samo nie wszystkim, wszystkie marzenia jestem w stanie spełnić, to oczywiste. Odpowiedzialny człowiek zna swoje ograniczenia i wie, że wyżej pewnej części ciała nie podskoczy. No cóż, nie będę ci zatem dzisiaj przeszkadzał…
    - Uspokój się, do cholery i siedź! – rzuciła nagle.
    - Jestem spokojny.
    - Przestań! – wstała z fotela i w milczeniu zaczęła przechadzać się po gabinecie.

    Nie patrzyła na mnie, ani w żadne określone miejsce. Przeżywała burzę myśli. Nagle wróciła na fotel i spojrzała mi w oczy.
    - Słuchaj, miałabym taką propozycję. Jutro, o godzinie jedenastej zjawiasz się tutaj i wtedy powołam cię na stanowisko swojego społecznego doradcy. Na etat nie licz, bo to wiąże się z dużymi obowiązkami, natomiast doradca społeczny ma o wiele większy luz. Zgodziłbyś się na takie coś?
    - Jak najbardziej! – odpowiedziałem bez wahania, wzruszając ramionami. – W żadnym wariancie nie przyszedłem do ciebie z prośbą o rządowe pieniądze. To mi niepotrzebne.
    - Otóż to. Wiem o tym doskonale, natomiast ty w wynikłej sytuacji uzyskałbyś szereg przywilejów. Po pierwsze, oficjalny status ministerialnego doradcy. Po drugie, dostęp do materiałów rządowych dotyczących rozwoju regionów. Po trzecie, poznasz innych speców od tej tematyki i to nie tylko krajowych. Poza tym, jeszcze jedno. Beata mówiła ci prawdę.

    Planowana jest duża konferencja o takiej tematyce i z tego co dotychczas wiem, nie ma jeszcze zgłoszonych referatów na temat metod finansowania takiego rozwoju. Oczywiście, nie mam na myśli dotacji europejskich, bo tej tematyki będzie mnóstwo. Ale o innych, alternatywnych źródłach – cisza. Nie ma zgłoszeń! Ty natomiast masz dostęp do wielu danych. Weź pod uwagę chociażby wasz Alba Bank i fundusz inwestycyjny wysokiego ryzyka. Albo przedstaw kwestię audytu gminy Czyżyny, oraz późniejszej emisji obligacji. Tomek, to są naprawdę innowacje w tych obszarach, macie się czym pochwalić jako bank. Więc to zróbcie!
    - Mam udawać specjalistę od finansów?
    - A kim jesteś? Ja też nie urodziłam się ministrem, jednak nikt z tego powodu nie zdejmuje ze mnie odpowiedzialności. Więc jak? Zgadzasz się? Decyzję musisz podjąć już.

    - Czyli stwarzasz mi możliwości, dajesz wędkę, a ja mam rybki łowić osobiście?
    - Bingo! Wcale nie myliłam się przed laty w stosunku do ciebie. Wybrałeś jednak inaczej i niech ci będzie. Jednak na przyszłość, proszę cię o jedno. Możesz w tym gmachu zwracać się do mnie po imieniu, ale nie chwal się publicznie, że kiedyś sypialiśmy ze sobą.
    - A jak mam uzasadniać taką poufałość, że jesteśmy na ty?
    - Zwyczajnie i zgodnie z prawdą. Znamy się jeszcze z okresu studiów.
    - W porządku, przyjmuję to. I nie obawiaj się, intymne wyznania również mnie nie są do niczego potrzebne. Więc na pewno nie pozwolę sobie na coś, co mogłoby cię obrażać.
    - Cieszę się i liczę na dobrą współpracę, bo jakoś jednak będę chciała cię wykorzystać. Do jutra zatem! – podniosła się z fotela. – Zarezerwuj sobie trochę czasu, bo wyrabianie dokumentów nieco potrwa. Nasza biurokracja jest jednak nie do pokonania! – sarkała.
  • #4
    literatka
    Level 12  
    Kiedy opuszczałem parking ministerstwa, jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że ten dzień wyznacza cezurę, że początkuje wielką zmianę w moim życiu. Miałem wrażenie jakiejś bajki. Filmu oglądanego w kinie, który niedługo się skończy. Światła zostaną wtedy włączone i drobny, podświetlony na zielono napis „wyjście” oznajmi mój powrót do rzeczywistości.
    Nic takiego się jednak nie stało.

    Dorotka entuzjastycznie poparła propozycję Anny. Było to tym bardziej zaskakujące, że zmieniało nasze relacje w pracy.
    - Świetny pomysł! – chwaliła. – Masz szansę zaistnienia na zupełnie innym poziomie, a o swój występ się nie martw. Zgłoś taki referat na konferencję, a ja już ci pomogę w jego przygotowaniu. Piękna sprawa!
    - Słoneczko, ale to oznacza, że będę miał coraz mniej czasu dla pracy w banku…
    - I bardzo dobrze! Bank zdążyliśmy już w zasadzie opanować – stwierdziła kategorycznie. – Nie jesteś już tak niezbędny na co dzień, jak wcześniej. Możesz zatem zająć się sprawami strategicznymi. To jest teraz najważniejsze.

    Wyposażony w takie błogosławieństwo, w ciągu kilkunastu dni zacząłem dzielić swój czas pomiędzy bank a ministerstwo. Dostałem tam swoje miejsce na parkingu, gabinet ze sprzętem technicznym i zaleceniami bezpieczeństwa niemal jak w banku. Natomiast szef zespołu Anny doradców, pan profesor Jachimiak, potraktował mnie początkowo dość obcesowo.
    - Pan ma jakiś tytuł naukowy? – zapytał przy naszym pierwszym spotkaniu.
    - Owszem, jestem technikiem mechanikiem – odpaliłem.
    Obraził się, co mi zupełnie nie przeszkadzało. Do zakończenia studiów podyplomowych pod nadzorem Dorotki miałem zaledwie parę miesięcy.
    Sytuację postawiła na swoje miejsce Anna. Na pierwszym posiedzeniu zespołu, w jakim brałem udział. Przedstawiła mnie, zgodnie z prawdą, jako szefa ekipy doradców prezesa banku Solution Poland S.A., którego zna od wielu lat, a który zgodził się bezinteresownie wspomagać ją radą w podejmowaniu trudnych decyzji. Po tym wystąpieniu, członkowie zespołu spojrzeli na mnie już nieco inaczej.

    Natomiast sprawa konferencji naukowej rozwijała się według planu. Wspólnie z Dorotką opracowaliśmy założenia mojego referatu, po czym musiałem uzyskać oficjalne zgody prezesa Alba Banku oraz wójta gminy Czyżyny na zaprezentowanie niektórych informacji szczegółowych. Bez nich referat byłby zbyt teoretyczny, jak twierdziła Dorotka. Uważała, że musi zawierać mocny akcent, podkreślający trafność użytych instrumentów finansowych.
    Oczywiście, jako bank nadzorujący, mieliśmy dostęp do wszelkich, konkretnych danych, ale nie mogliśmy ich ujawniać nikomu bez zgody podmiotu, którego dotyczyły. Musiałem zatem napisać referat w wersji ostatecznej i dopiero wtedy jego fragmenty przekazać do analizy odpowiednim włodarzom. Konsultacje zajęły mi niemało dni, szczególnie w gminie. Doszło nawet do tego, że zmieniałem niektóre kwestie, ale w sumie wszystko zakończyłem w terminie. Później Dorotka przetłumaczyła mi całość na angielski i na dwa tygodnie przed końcowym dniem zgłoszeń, wszystko miałem gotowe.

    Na konferencję do Bukaresztu wybrałem się wraz z Beatką w roli tłumacza. Dorotka niezbyt chętnie na to przystała, gdyż Beatkę trudno było w banku zastąpić. W końcu sama doszła do wniosku, że na początek i ja muszę mieć dobrą, sprawdzoną asystentkę. Tym bardziej, że to bank płacił za nasz pobyt.
    - Musisz trzymać się żelaznej zasady – tłumaczyła mi. – Nie bierz żadnych pieniędzy od ministerstwa! Nawet żadnego zwrotu kosztów! Jeśli będziesz brał w czymś udział, co będzie finansowane grupowo, to i owszem, możesz korzystać. Ale jeśli ktoś będzie domagał się twojego podpisu w kwestiach finansowych, wtedy odmawiaj i zapłać za siebie sam. Dobrze?
    - Nawet w sprawach dotyczących wyłącznie ministerstwa?
    - Tak, nawet wtedy. Żeby na żadnym dokumencie księgowym nie było twojego podpisu.
    - Dlaczego tak?
    - Dmuchaj na zimne! Nie chciałabym, żeby kiedyś jakiś dziennikarzyna, wykorzystał taki kwit do oczerniania nas i obwiniania o pazerność. Pieniędzy nam wystarczy, nie potrzebujesz brać od państwa ani jednej złotówki! A nie wiem, czy ktoś nie zainteresuje się twoim rozliczeniem podatkowym, bo jako doradca ministra pewnie będziesz musiał je opublikować.

    - Nie wiem, na razie Anna o niczym takim nie wspominała.
    - Zapytaj lepiej ministerialnego prawnika. Grasz wysoko, a na tym poziomie nie oczekuj wersalu, ani uczciwych reguł.
    - Niestety, coś o tym wiem.
    - Właśnie. Dlatego też całość pobytu w Bukareszcie możesz śmiało uznać za służbową delegację bankową i wszystkie poniesione koszty odnieść właśnie do niej. Natomiast jeśli ministerstwo zaprosi cię na jakiś uroczystość, to oczywiście skorzystaj, ale z punktu widzenia finansów, wyłącznie jako gość.
    - Będę musiał uprzedzić o tym Annę.
    - Oczywiście, to jest niezbędne. Uważam jednak, że zaakceptuje tę zasadę bez problemów. To niegłupia dziewczyna. Im dłużej ją znam, tym bardziej się o tym przekonuję.
    - Powiedzieć jej to?
    - A po co? Sama jej powiem.

    - O! Kiedy to zrobisz? Przecież Anna też wybiera się do Rumunii.
    - Kiedyś na pewno. Wy jedziecie do Rumunii, a ja wybieram się z Lidką do Agaty.
    - Postrzelać?
    - Owszem, to także – uśmiechała się tajemniczo. – Muszę znaleźć dla chłopców jakieś urozmaicenie. Coś innego niż Pokrzywno. Nie zapominaj, że od czerwca wyprowadzamy się do Podkowy.
    - A jak tamtejszy remont? Kurczę, przez to wszystko nie tylko zaniedbałem dzieci, ale nawet nie wiem, na jakim etapie jest ekipa Andrzeja.
    - Też nie wiem. Andrzej zaglądnął przed kilkoma dniami i twierdził, że zrobią wszystko w terminie. Basen jest już ukończony i w przyszłym tygodniu zacznie się jego napełnianie.
    - Kiedy chłopcy kończą naukę?
    - Dwudziestego. Zaraz też wylatują na Maltę. Dlatego z początkiem remontu apartamentu wstrzymamy się do ich wyjazdu.
    - Dobrze. Ale mam teraz kierat…
    - Spokojnie, do urlopu pozostały zaledwie dwa miesiące.
    Właśnie. Niecałe dwa miesiące…

    Był początek maja, a że wiosna przyszła wcześnie, bzy kwitły już w pełni, rozsiewając dookoła upojną woń świeżości. Żeby jednak tego doświadczyć, należało opuścić szklano - betonowe centrum miasta. A ja nie miałem na to czasu. Chyba, że w Bukareszcie bzy również będą kwitły.
    Anna nie była zachwycona wieścią, że polecę tam w towarzystwie Beaty. I trudno było się temu dziwić. Jej dorosła, coraz starsza córka, w towarzystwie przełożonego, a jednocześnie też byłego kochanka mamy… Sam miałbym na jej miejscu wątpliwości. Tym bardziej, że lecieliśmy tam zwyczajnym, rejsowym samolotem. O dzień wcześniej, niż pozostała reszta ekipy. Obydwoje przy tym mieliśmy paszporty dyplomatyczne.
    Beata, jako córka ministra rządu, miała go już wcześniej, ale dla mnie Anna musiała wystąpić z takim wnioskiem do ministerstwa spraw zagranicznych. Nie stwarzano jednak problemów i dokument otrzymałem dość szybko. Ułatwiał on znacznie obsługę lotniskową, co nawet przy połączeniach wewnątrz Unii bywało dość uciążliwe. Teraz natomiast przekonałem się, że podróżowanie może być nawet przyjemnością.

    Całością spraw organizacyjnych związanych z wyjazdem i pobytem, kierowała Beata. To na jej polecenie asystentki rezerwowały bilety na samolot i miejsca w hotelu, dlatego tymi sprawami się nie interesowałem. Przecież skoro wyjeżdża ze mną, to załatwi wszystko jak dla siebie – myślałem. No i na lotnisku przeżyłem zawód.
    Wprawdzie czekał na nas samochód ambasady wraz z przewodnikiem, ale dopiero teraz dowiedziałem się, że ja mam zamówiony apartament prezydencki w hotelu Prince, w którym mieści się centrum kongresowe, natomiast dla Beatki brakło już tam miejsca.

    - Panie dyrektorze! – tłumaczyła. – Nie było nawet miejsc w tych gorszych apartamentach! Przecież to wszystko jest zarezerwowane niemal od roku. Był wolny apartament prezydencki i pani Dorota zaakceptowała koszty dla pana. Jednak dla siebie musiałam zamówić inny hotel.
    - Ale się wygłupiasz. Nie zgadzam się! Przenocuję cię u siebie.
    - Nie wiem czy tak wypada…
    - Boisz się mnie?
    - Pana? W żadnym wypadku.
    - Więc nie ma o czym mówić! Odstąpię ci tę prezydencką sypialnię, a sam skorzystam z jakiejś sofy. Jakaś musi tam być.
    Nie była przekonana czy dobrze robi, ale w końcu przystała na moją propozycję i w hotelu zameldowaliśmy się wspólnie, podśmiewając się z siebie i z wynikłej sytuacji.
  • #5
    literatka
    Level 12  
    Apartament okazał się nie całkiem prezydencki, ale w naszej sytuacji był wystarczający. Dość miły salonik poprzedzał elegancką sypialnię, inne zaś drzwi prowadziły do gabinetu pracy dziennej, gdzie znajdowała się też kanapa, wystarczająca do spania dla jednej osoby. Całość uzupełniała toaleta, łazienka i garderoba, czyli warunki mieliśmy jako takie.
    Beatka krygowała się nieco, wybierając najpierw kanapę w gabinecie, ale spór przeciąłem jednoznacznie i zdecydowanie, polecając jej zająć miejsce w sypialni. Również jej pierwszej ustąpiłem miejsce w łazience i już po godzinie, zachowując się bardzo przyzwoicie, obydwoje byliśmy gotowi aby zejść do restauracji na późny obiad. W centrum kongresowym jeszcze się nie meldowaliśmy, dzisiaj nie miało to sensu.

    Po obiedzie natomiast, pojechaliśmy taksówką do ambasady, gdzie przyjęto nas dość sympatycznie, chociaż bez fajerwerków. Pan Dariusz Wirband, nasz attache handlowy, poświęcił nam sporo czasu, ale mocno się zdziwił kiedy przyznałem, że obydwoje tak naprawdę pracujemy na co dzień w banku.
    Oczywiście, dysponował naszymi pełnymi danymi osobowymi. Ja w nich występowałem jako doradca ministerialny, Beatka zaś została akredytowana jako mój tłumacz. I wszystko się zgadzało. Musiałem mu zatem wyjaśnić, że doradcą pani minister owszem, jestem, tyle że za friko, a żyć przecież za coś muszę! Tak samo Beatka. Tutaj niby moja tłumaczka, ale w randze dyrektorskiej w banku, bardzo przecież znanym.

    Zrobiłem taki myk celowo, aby uniknąć dwuznacznych uśmieszków, kierowanych w jej stronę. Nikt nie miał prawa dowiedzieć się, że jest córką Anny, czego zażyczyła sobie jeszcze w Polsce. Ja natomiast chciałem uniknąć głupawych spojrzeń, że przyleciałem tu z panienką do łóżka. To nie było nam potrzebne, ani mnie, ani jej. Tym bardziej, że okoliczności wręcz prowokowały do takich podejrzeń. I chyba cel osiągnąłem, bo pan attache od razu przestał ją traktować niczym klasyczną blondynkę.
    Natomiast po wizycie w ambasadzie, dokładnie obejrzawszy wcześniej na monitorze plan miasta, postanowiliśmy wracać do hotelu na piechotę. Blisko nie było, jednak wieczór był wystarczająco długi, aby taki spacer sobie zafundować. W jego trakcie zadzwoniła do mnie Dorotka.

    Wszystko jej opowiedziałem zgodnie z faktami, że zamieszkaliśmy razem bo tak się złożyło, że jesteśmy po wizycie w ambasadzie i na razie nie mam zbyt wiele do przekazania w sprawach bankowych.
    Nie przejęła się niczym. Poprosiła nawet o rozmowę z Beatką i zapytała ją, czy mi wyprasuje na jutro koszulę. Pożartowaliśmy sobie wszyscy, powygłupiali się troszeczkę, a później spokojnie, oglądając zabudowę miasta, doszliśmy z Beatką na miejsce.
    A wieczór spędziliśmy w jednej z hotelowych restauracji.

    Nie było tu dzisiaj tłoku przy stolikach, lecz echo w tej sali też się nie rozlegało, gdyż bar był wręcz oblegany. Nie przeszkadzało mi to zupełnie, wręcz przeciwnie. Zaplanowałem zafundowanie Beatce takiej kolacji, jakiej nie miałem możliwości kiedyś zaoferować jej mamie. Cóż, dopiero teraz było mnie na to stać.
    Była bardzo zaskoczona kiedy jej oznajmiłem, że menu dla nas może wybierać dowolnie i życzyłbym sobie tylko, aby było z najwyższej półki. Rumuńskiego nie znaliśmy obydwoje, angielskim dysponowała o kilka klas lepszym niż ja, dlatego to jej powierzyłem rozmowy z personelem. Początkowo nie dowierzała, ale podjęła się zadania. Widziałem jednak, jak już podczas pierwszej rozmowy z kelnerem robi wielkie oczy poznając ceny dań.

    - Przestań się szczypać! – mruknąłem pod nosem. – Beatko, ja cię zaprosiłem i ja ureguluję rachunek, dobrze? Nie myśl teraz o cenach, tylko wybieraj co ci się żywnie podoba i czego chciałbyś posmakować. Nie zbankrutuję, nie martw się! A poza tym, wrażenie personelu jest dla mnie bardzo ważne w kontekście następnych dni. Musimy pokazać się tu odpowiednio! Dlatego nie żałuj ani sobie, ani mnie! Mamy okazję spędzić zupełnie miły wieczór, bez troski o koszty. Korzystaj więc z okazji, następna może się szybko nie trafić.

    Jak naprawdę przyjęła moje deklaracje, tego do końca się nie dowiedziałem. Jakoś nie chciała niczego komentować. Cały jednak wieczór był bardzo sympatyczny, elegancki i na wysokim poziomie. Do apartamentu wróciliśmy już po północy, po niezłej dawce szampana i win. Rozweseleni, zadowoleni, ale wciąż w pełnej świadomości. Bez problemów też, zupełnie przyjaźnie i bez sztucznych wstydliwości, przygotowaliśmy się do snu. Wszystko odbyło się tak, jakbyśmy byli rodziną. I podobne sytuacje stanowiły okoliczność znaną i zwyczajną.
    Beatka zachowywała się w sposób zupełnie naturalny, niczym córka. Ja też nie stwarzałem dystansu i w niczym jej nie prowokowałem. Do spania rozeszliśmy się według założeń, czyli ona zajęła sypialnię, ja zaś wykorzystałem kanapę w gabinecie.
    I o dziwo! Nie miałem większych problemów z zaśnięciem. Czyżby to wielkość sypialni i łóżka wywoływały u mnie wrażenie pustki, kiedy nie było ze mną Dorotki? Dziwne sprawy…

    Rano również nie mieliśmy ze sobą problemów. Beatka zupełnie zwyczajnie prezentowała się w szlafroku, podobnie jak i ja. Tak odziani zjedliśmy zamówione, przywiezione śniadanie, a później konsultowaliśmy wzajemnie swój wygląd przed wyjściem. Oczywiście, koszuli nie musiała mi prasować, takie powinności hotelowej służby wliczano w cenę apartamentu, ale zdanie życzliwej osoby, miało swoje znaczenie przed pokazaniem się szerszej publiczności. Przecież od dziewiątej rejestrowano już uczestników konferencji.

    Polska delegacja zgłosiła trzy referaty. I wszystkie trzy, miały być zaprezentowane już pierwszego dnia, czyli tuż po obiedzie. Oprócz mojego, drugi przedstawiał szef zespołu doradców Anny, profesor Jerzy Jachimiak. Znany w kraju urbanista.

    Było to dość interesujące zestawienie, o które go nawet nie podejrzewałem i ze wstydem musiałem błyskawicznie zweryfikować swoją o nim opinię. Jachimiak, dość znany zwolennik zharmonizowanego rozwoju regionów w oparciu o ich naturalne cechy, takie jak położenie geograficzne, sąsiedztwo, czy też inne naturalne walory, tym razem dołożył do tego kwestie infrastrukturalne. A więc przede wszystkim problem sytuowania przebiegu ważnych dróg, rozwój transportu kolejowego, połączeń lotniczych, a także łączenia sieci energetycznych i gazowych w regionach granicznych. Zahaczył nawet o sieci ciepłownicze w przypadkach szczególnych, wskazując na naszą zachodnią granicę i sąsiedztwo przez rzekę z miastami niemieckimi. Całkiem interesujące zagadnienie.

    Drugie polskie wystąpienie było autorstwa doktora Marka Wasińskiego. W naszym zespole przedstawiał się jako socjolog, a treścią referatu potwierdził swoje zainteresowania. Akcentował przede wszystkim rolę jednostek oraz grup społecznych w procesie uruchamiania zmian. Podkreślał przy tym bezwzględną konieczność i niezbędność współpracy struktur samorządowych z rządowymi, dla wyzwolenia synergii działań. Bez takiej współpracy nie wyobrażał sobie sukcesu końcowego i na koniec powołał się na sukces strefy Czyżyny, jako wręcz modelowego przypadku takiego współdziałania. Według niego, jedna zaangażowana osoba potrafiła swoim uporczywym działaniem pobudzić do współpracy społeczność miejscową. Ta z kolei, swoimi głosami w wyborach, pokazała władzom centralnym czego od niej oczekuje konkretnie.

    W końcu przyszedł czas i na mnie. Na tle innych wystąpień, mój referat był bardzo wyważony, gdyż Dorotka pozbawiła go kanciastych stwierdzeń. Wzbudził jednak zwiększone zainteresowanie, gdyż nawiązywał szczegółami, konkretnymi danymi liczbowymi do propozycji rozwiązań wspomnianych przez moich kolegów. Nie mogło być inaczej, gdyż wszyscy wzięliśmy do rozważań przede wszystkim właśnie okolice Czyżyn. Ale tylko ja podałem wielkości charakteryzujące samą gminę, które uzyskaliśmy podczas audytu.
    Poza tym porównałem na przykład koszty obsługi zwykłego kredytu pomostowego lub inwestycyjnego, udzielanego samorządom, do wielkości oprocentowania pięcioletnich obligacji emitowanych dla gminy. Wydatki Czyżyn na obsługę zadłużenia w tej drugiej wersji spadły niemal o połowę! Taka była korzyść z poddania się weryfikacji i utrzymywania transparentności samorządowych wydatków.

    Przytoczyłem też szereg korzyści ubocznych uzyskiwanych z tego tytułu, jak bezpłatną reklamę w bankowych zestawieniach ratingowych, większe zainteresowanie inwestorów, mających gotową informację o gminie, nie angażującą za każdym razem czasu pracowników gminnego urzędu, a nawet takie drobiazgi jak niższe ceny uzyskiwane w przetargach, oraz lepszą jakość wykonawstwa inwestycji. Działo się tak dlatego, że firmy wykonawcze z góry wiedziały, iż sprawdzą je nie tylko gminni specjaliści.

    Pewne poruszenie wzbudziła informacja o charakterze i sposobie działalności Alba Banku. Zastrzegałem wprawdzie, że jest to dopiero początek, że sami docieramy jeszcze konkretne rozwiązania, że wiele spraw trzeba w przyszłości poprawić, ale sam fakt, że bank nie przynosi strat, mimo iż finansuje fundusz wysokiego ryzyka, zatrudniając wiele osób o wysokich kwalifikacjach menadżerskich w przemyśle, a więc mających wysoką średnią płacę, był dostatecznym magnesem, który skupił na mnie uwagę uczestników.
    Dobre wrażenie sprawiłem też wystawieniem na salę pudeł, z wydrukowaną wersją angielską referatu. Tuż po zakończeniu wystąpienia. W eleganckich okładkach, odpowiednio opisane, sporządzone oczywiście na koszt własny, zniknęły w ciągu kilkunastu minut. Anna powinna być z nas zadowolona, wszyscy trzej dobrze ją reprezentowaliśmy.

    Nic więc dziwnego, że o kolacji we dwoje, nie było dzisiaj nawet mowy. Nasz stolik, a wieczór spędzaliśmy razem z Jachimiakiem i Wasińskim, najpierw pozostawał pod uważnym obstrzałem spojrzeń, a później, już po oficjalnym posiłku, przeżywaliśmy wręcz najście chętnych do bezpośredniej rozmowy. Rozdałem przy tym dziesiątki wizytówek, otrzymując w zamian tyleż kartoników od moich rozmówców, ale czegóż w takich warunkach można się dowiedzieć?
    Wymienialiśmy uprzejmości, chwalili lub wspominali niektóre wystąpienia, pili też troszkę, ot, takie sobie, zwyczajne zakończenie pracowitego dnia. A jednak, kiedy obydwoje z Beatką wyrwaliśmy się na chwilę w okolice baru, gdyż chciała skorzystać z toalety, a potem zamówić sobie drinka, odnalazło mnie dwóch panów.

    Od razu wyczułem po zachowaniu personelu, że są tutaj u siebie i tak naprawdę, mało mnie to zdziwiło. Zaraz też potwierdzili moje przypuszczenia przedstawiając się i prosząc o chwilę rozmowy. Kim byli tego nie wiem, ale jeden z nich oznajmił, że pan podsekretarz stanu w miejscowym ministerstwie, bardzo mnie prosi o chwilę rozmowy.
  • Wago
  • #6
    Mierzejewski46
    Level 35  
    "literatka"? retrofood, co się dzieje? Nowe pseudonim?
  • #7
    clubber84
    Level 30  
    Zalogował się na stare konto, gdzie "wszystko się zaczęło". 😀
  • #8
    kkknc
    Level 43  
    Nie, stare. Nie czytałeś pierwszej części?
    To pseudonim artystyczny chociaż niestety niezgodne z regulaminem dwa konta dla jednego użytkownika. Chociaż są szef wydał zgodę na to....
  • #9
    literatka
    Level 12  
    Początkowo mieliśmy trochę problemów z porozumieniem, gdyż mój angielski był niby wystarczający dla celów grzecznościowych, lecz kiedy usłyszałem, że chcieliby usłyszeć ode mnie kilka szczegółów rozwijających poszczególne tezy mojego referatu, poddałem się i poprosiłem, aby zaczekali na moją tłumaczkę. Wyjaśnili mi jednak, że mają tłumacza polsko – rumuńskiego, dlatego moja jest zbędna. Kiedy więc Beata nadeszła, polecili barmanowi realizować każde jej zamówienie, po czym udaliśmy się do jakiegoś eleganckiego saloniku.

    Pan wiceminister powitał mnie bardzo grzecznie, przepraszając za dość obcesową formę zaproszenia. Jak wyjaśnił, mają właśnie duże problemy wewnętrzne o zbliżonej tematyce, zaś rozmowa w warunkach sali restauracyjnej mijałaby się z celem. Z takiego właśnie powodu, pozwolił sobie na ten nietakt, za co bardzo przeprasza.
    Oczywiście, miał ze sobą mój wydrukowany referat i niemal natychmiast przystąpił do rzeczy, pytając o możliwość weryfikacji podanych przeze mnie danych. Zapytałem go w odpowiedzi po co chciałby to robić, przecież te dane są zweryfikowane.
    - Przez kogo? – dociekał.
    - Przez bank.
    - A skąd pan wie, że bank ujawnił panu prawdziwe dane?
    - Bo ja w nim pracuję! – roześmiałem się.

    W pierwszej chwili nie zrozumiał. Zacząłem mu więc wyjaśniać, że funkcję doradcy polskiej pani minister wypełniam zupełnie bezpłatnie, a pieniądze zarabiam pozostając pracownikiem banku. Wymieniłem przy tym konkretnie swoje stanowisko, czyli dyrektora gabinetu prezesa zarządu banku Solution Poland S.A.
    - Ach, teraz to nabiera innych wartości – westchnął.
    - Poza tym, jestem członkiem rady nadzorczej Alba Banku. Dlatego też, wszelkie dane ujawnione przeze mnie w referacie, są sprawdzone, wiarygodne, a na ich publiczne ujawnienie mam zgodę władz wszystkich zainteresowanych podmiotów. Ja też działam transparentnie i nie mogę sobie pozwolić na nic innego! – uśmiechnąłem się.
    - Job jewo raz! – wyrwało mu się nieoczekiwanie.
    - Odkuda wy tak krasiwo rugajeties’? – zapytałem po rosyjsku i obserwowałem, jak oczy rozszerzają mu się do wielkości pięciozłotowych monet.
    - A wy odkuda gawaritie na ruskom?
    - Mnogo let nazad uże… – roześmiałem się.
    - Ja poniał. Znaczit tak… My smożem dagawaritsa na ruskom, da? Biez pieriewodczikow i ostalnych, prosto w dwajom. Wy sagłasny so mnoj?
    - Kanieczno, pażałsta!
    - Takda, jesli można...
    Gestem dłoni i jednym krótkim zdaniem po rumuńsku podziękował pewnie tłumaczowi i zostaliśmy tylko we dwóch. Wtedy, wyraźnie odprężony, spojrzał na mnie, uśmiechając się.
    - Ja daże nie dumał, szto w Polsze iszczio kto to razgawariwajet na ruskom!
    - Iszcio bywajet, bywajet! – odpowiedziałem mu takim samym śmiechem.

    W taki sposób nasza oficjalna rozmowa w saloniku skończyła się, zanim się jeszcze na dobre zaczęła. Dymitr Camulescu, bo tak się nazywał mój rozmówca, zaproponował mi w tej sytuacji przejście do swojego apartamentu, gdzie będziemy mogli czuć się mniej oficjalnie, na co chętnie przystałem. Zadzwonił wtedy gdzieś, rzucił dwa lub trzy zdania po rumuńsku, po czym opuściliśmy salonik.

    Apartament miał bardziej luksusowo wyposażony od mojego, ale to nie miało znaczenia. Kiedy kelnerzy nakryli stół i już wyszli, zaproponował zdjęcie marynarek oraz poluzowanie krawatów.
    - Wizyty fotoreporterów tutaj nie przewiduję! – żartował.
    Po wstępnej wymianie uprzejmości, wzajemnych wspominków z Moskwy, gdzie jak się okazało, ukończył studia ekonomiczne, przeszliśmy do konkretów, które go w moim referacie szczególnie zainteresowały.
    Zresztą, dostał od swoich służb całkiem dobry konspekt ze wszystkich naszych wystąpień. A że był facetem bystrym, skojarzył fakty zupełnie prawidłowo. Tyle, że nie bardzo potrafił się z tym wszystkim zgodzić.

    Dyskutowaliśmy długo, wyjaśniałem mu wiele szczegółów, ale nie do końca mi wierzył. Nie potrafił zrozumieć, że osobiście znam wszystko od podszewki. Bo jeśli mieszkam w Warszawie, to jakim cudem posiadam wiarygodne wieści z terenu i to takie sprzed lat?
    Ja natomiast nie miałem zamiaru wprowadzać go w tajniki mojego życia intymnego, bo i po co? Dlatego też nie miałem argumentów, które by go powaliły na kolana i odebrały mowę. Jednocześnie nie dawałem się zbić z tropu i wciąż odrzucałem jego wątpliwości. A że obydwaj mieliśmy za sobą rosyjski staż i tamte umiejętności, dyskutowało nam się wcale dobrze.

    Było już po pierwszej w nocy, kiedy zdałem sobie sprawę, że jestem napełniony po brzegi. Wódka była niezłej jakości, ale jeśli wypiję jeszcze trochę, to grozi mi spędzenie nocy u niego. Dlatego też, ostatkiem sił, podziękowałem mu za rozmowę i aby nie oponował, na pożegnanie zaprosiłem go do Polski. Nawet tak nieoficjalnie. I wręcz mu udowodniłem, że będzie to najlepsze wyjście. Jako gość incognito, pozna tematy od podszewki i to bez dyplomatycznego konfliktu, gdyż sam będę mu przewodnikiem.
    - Dymitr! – oznajmiłem mu, słaniając się już przed drzwiami. – Moja żona jest prezesem banku w którym jestem dyrektorem. Mamy więc swoją strukturę, która zapewni pełnię potrzebnych ci informacji.
    - Co powiedziałeś? – przycisnął mnie do ściany.
    - Puść mnie! Powiedziałem, że jestem dyrektorem gabinetu własnej żony. A jak chcesz jeszcze coś wiedzieć, to moja tłumaczka jest dyrektorem biura obsługi zarządu banku, a nie moją kochanką! To że zajmujemy razem apartament, świadczy tylko o złej organizacji obsługi całej imprezy. Ale puśćmy to w niepamięć…

    - Dobrze, jutro mi o tym przypomnij…
    - Nieważne! Dymitr, spotkajmy się jutro, uzgodnimy twoją wizytę, zapewnię ci wszystko!
    - Tak zrobię, muszę jednak uzgodnić temat ze swoim szefem.
    - Uzgadniaj więc i możesz na mnie liczyć. Pokażę ci wszystko i wszystko wyjaśnię! Bo dopóki nie zobaczysz, to i nie chcesz wierzyć…
    - W porządku! Tomasz, mój człowiek odprowadzi cię na miejsce, nie opieraj się.
    - Jasne. Dobrej nocy ci życzę!
    - I wzajemnie, do zobaczenia jutro!

    Rano pamiętałem niby wszystko, ale tego, kiedy obydwaj przeszliśmy na „ty”, nie mogłem sobie przypomnieć.
  • #10
    ArturP
    Level 22  
    Czyżby Tomasz był namaszczony na jakiegoś vice-ministra w rządzie Rumunii?
    Qurde, tu wszystko może się zdarzyć. Eh Rzycie ;)
  • #11
    Mierzejewski46
    Level 35  
    ArturP wrote:
    Rzycie
    ???
  • #12
    ArturP
    Level 22  
    Życie wydało mi się zbyt delikatnym określeniem, a "RZYCIE" dość dobitnie opisuje zaistniałą sytuację.
  • #13
    literatka
    Level 12  
    Beatka zaopiekowała się mną z całego serca i odprowadziła na kanapę do gabinetu, zaś rano zadbała abym wypił kawę i cokolwiek zjadł. A potem poszła za mnie na sympozjum, czuwać nad przebiegiem zdarzeń.
    Tak naprawdę, nie czułem się rano tak najgorzej. Oczywiście, za kierownicę nie nadawałem się zupełnie, ale nikt tu niczego nie warunkował dmuchaniem w alkomat. Mogłem zwyczajnie pójść i wysłuchiwać wystąpień kolejnych referentów. Tyle, że nie po to tutaj przyjechałem. Niech się Jachimiak tym zajmuje. Ja miałem zupełnie inne cele do osiągnięcia, a wczorajsza rozmowa z Dymitrem powinna mi w tym pomóc. Nie bezpośrednio, gdyż nie był osobą z kręgu mojego najwyższego zainteresowania, ale mógł się okazać personą bardzo pomocną. Mającą dostęp do ważnych informacji oraz interesujących mnie ludzi.

    Kiedy jednak zostałem sam i spokojnie leżałem na sofie z głową pełną kłębiących się myśli, wspomniałem słowa Dorotki. Że nikt nie ma prawa poznać naszych zamiarów. Czy zatem nie wybiegam przed orkiestrę? Czy mam prawo komukolwiek o czymś mówić? Nie… Dymitrowi na pewno nie powinienem o niczym wspominać. W końcu jest funkcjonariuszem rządowym. Nasze interesy nie we wszystkich okolicznościach muszą okazywać się zbieżne. Muszę być bardziej uważny.

    Do obiadu wytrzeźwiałem niemal zupełnie i późniejsza dyskusja w zespołach bardzo mi się spodobała. Uczestnicy zgłaszali do mojego referatu dość podobne zastrzeżenia, jak wczoraj czynił to Dymitr. Miałem więc przygotowane argumenty i na szczęście, tutaj przyjmowano je z większą wiarą. Tak samo reagowano na wyjaśnienia odnośnie konkretnych zdarzeń. Nikt na sali nie podważał z góry wiarygodności moich słów.
    W końcu dano mi spokój, gdyż nie tylko ten referat wzbudził żywe zainteresowanie. Ciekawe rozwiązania mieli również Słowacy, szczególnie w obszarach karpackich, gdzie zastosowali wspólne finansowanie turystycznych inwestycji. Coś w stylu naszego partnerstwa prywatno – państwowego.
    Oni tak samo musieli się tłumaczyć jak próbują zapobiegać korupcji na styku tych obszarów. Jak zabezpieczają transparentność podziału zysków w przyszłości, a także jak udaje im się ograniczać brak równoważnego podziału obowiązków. Czyli sytuacji, kiedy najgorsze, najbardziej kosztochłonne części inwestycji bierze na siebie państwo lub samorząd, a prywatni przedsiębiorcy finansują tylko to, co przyniesie im w przyszłości duże zyski.

    Zresztą, większość wczorajszych wystąpień zawierała podobne treści. W różnych krajach, różnymi sposobami próbowano zabezpieczać się przed patologiami takiej współpracy, jednak jak dotąd, nikt nie odkrył panaceum na te plagi. I to zagadnienie przeważało w tej całej naszej konferencji.
    W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że rozwiązania zastosowane w Czyżynach są naprawdę unikalne. I jednocześnie nie do powtórzenia nigdzie na świecie. Nigdzie nie zajdzie aż tyle różnorakich przypadków, które tutaj miały miejsce i które wykorzystano dla zupełnie innych celów.
    Poza tym skąd wziąć drugą taką Lidkę, która stałaby się motorem napędowym zmian? A jeśli się nawet znajdzie, to skąd weźmie tylu jej znajomych, oraz znajomych jej znajomych? A wszyscy oni, chcąc nie chcąc, zagrają w tej samej drużynie dla osiągnięcia wspólnego celu?

    Ci znajomi może się nawet znajdą, jednak czy będą mieli takie możliwości działania jak otoczenie Lidki? Bo gdy się na to wszystko spojrzy realnie… Byliśmy niezłą bandą, o niewąskich wpływach i możliwościach. Wspieraliśmy się też bez łapówek, bez zazdrości, ba! Nawet taki Zielonik współdziałał z nami w dużej części za friko, nie oczekując w zamian niczego, oprócz przyjemności porozmawiania z nami od czasu do czasu i wspólnego wypicia kawy.
    Ale też dostał od Lidki za darmo to, czego bardzo chciał. Mianowicie teren pod lądowisko. Po różnych poszukiwaniach i sprawdzeniach okazało się przecież, że największa jego część leży na jej działkach. I wtedy nie certoliła się, nie targowała, tylko wniosła go aportem do założonej przez niego spółki, po cenie jaką sam naznaczył.
    Prezes miał teraz nową zabawkę, której oddawał się z wielkim zaangażowaniem, ale też Lidka przywiązała go niewidzialną nitką do Czyżyn. Już nie byłoby mu tak łatwo wynieść się stąd. Przez sentyment do latania.

    Kolacja nie zakończyła konferencyjnych dyskusji, ale jej przedłużenie było dzisiaj bardziej uporządkowane. Dyskutanci znali już swoje poglądy. Szereg wątpliwości interlokutorów zostało rozwianych, dlatego starano się przede wszystkim podtrzymać i rozwijać osobiste znajomości, mogące przydać się kiedyś w przyszłości. Od Jachimiaka wiedziałem, że doradcy często wyjeżdżają z ministrami na przykład do Brukseli. A cóż tam robić nie mając żadnych kontaktów? Należało sobie takowe stwarzać. A sympozjum było świetną do tego okazją!
    Miałem zamiar nawiązać bliższe relacje z Rumunami, co okazało się zbieżne również z ich zamierzeniami. Szef delegacji, Peter Borlani, sam zaprosił mnie do stolika, gdzie korzystając z pośrednictwa Beatki ucięliśmy sobie dłuższą pogawędkę. Był naukowcem, profesorem na miejscowym uniwersytecie, zaś nazwisko zawdzięczał swojemu włoskiemu ojcu.

    Chyba niczego nie wiedział o moim wczorajszym spotkaniu, gdyż do niego nie nawiązał. Mnie natomiast poinformował, że zapoznał się ze wszystkimi polskimi referatami i zamierza rekomendować swojemu ministrowi, aby pojechać do Polski i to wszystko obejrzeć na miejscu. Przy czym poprosił mnie o opinię na ten temat.
    Wyjaśniłem mu wtedy szczerze, iż uważam to za bardzo dobry pomysł. Jednak doradcą ministerialnym jestem społecznie i to od niedawna, a szefem naszego zespołu jest profesor Jachimiak. On będzie lepiej znał zasady rządzące dyplomacją. Ja się na niej nie znam, gdyż z zawodu jestem bankowcem i tylko w tych sferach się dotychczas obracałem.

    - Zrozumiałem to doskonale z pańskiego referatu oraz odpowiedzi na zadawane panu pytania – uśmiechnął się. – Ale również z tego powodu chciałem porozmawiać teraz właśnie z panem. Profesora Jachimiaka pozostawię sobie na później.
    - Jestem więc do pana dyspozycji.
    - Otóż mamy w kraju szereg problemów właśnie z finansowaniem różnych zadań inwestycyjnych w terenie. Przy czym nie chodzi o projekty największe, te centralne, lecz o takie mniejsze, które nie wywołują wielkiego zainteresowania mediów. Tam wciąż pojawia się szereg nieścisłości, a wszelkie próby ich zwalczenia nie dają efektów. Może spróbowałby pan podpowiedzieć nam jak sobie z tym poradzić? Może zna pan jakieś rozwiązanie, które chociaż o milimetr posunie sprawy naprzód? Jak to osiągnąć, jak do tego dojść?
    - Potrzebuje pan odpowiedzi już dzisiaj?
    - Nie, nie żartujmy. Chciałem po prostu zorientować się, czy dysponowałby pan czasem aby nam pomóc i czy chciałby pan to robić? Ponadto, czy można coś osiągnąć? A może zna pan specjalistów, których moglibyśmy wynająć?
    - Dlaczego nie korzystacie z miejscowych?
    - Próbowaliśmy już kilka razy. Wszyscy zostają w którymś momencie zachęceni do…

    - Uważa pan, że bylibyśmy bardziej odporni na oferty?
    - A nie jest tak? Według pańskiego referatu, cała reforma przyniosła wszystkim korzyści. Dlatego nikt nie musiał niczego płacić pod stołem.
    - To jest absolutną prawdą! – roześmiałem się. – Panie profesorze, ile według pana potrzebowałbym, aby mnie przekupić?
    - Nie wiem, ale stu tysięcy euro chyba by pan nie odrzucił.
    - Dziesięć razy więcej też bym nie przyjął – spojrzałem mu w oczy. – Żadnych pieniędzy nie potrzebuję. To co mam już, w pełni mi wystarcza. Dlatego mogę wam pomóc w pokonywaniu i zrobię to bezinteresownie.
    - Przyjedzie pan do nas? Znajdzie pan czas?
    - Proponuję najpierw przyjazd waszej delegacji do Polski. Mam wystarczające kontakty, aby zapewnić wam spotkania z wszystkimi osobami, z którymi należałoby się spotkać. Z parlamentarzystami, przedstawicielami władz w terenie, z bankowcami, samorządowcami, tak abyście mieli państwo pełny przegląd sytuacji, o której wspominałem w referacie.

    - Muszę pana uprzedzić, że wspominając o potencjalnej wizycie naszej rządowej delegacji, miałem na myśli obecność w jej składzie ważnego doradcy pana prezesa rady ministrów. To z jego inicjatywy odbywam z panem tę rozmowę.
    - Świetnie! Nie mam nic przeciwko! Chociaż przewidywałem przyjazd waszej delegacji raczej nieoficjalnie, bez całego protokołu dyplomatycznego. Moglibyście wtedy państwo zobaczyć wszystko nieskażone i nie ubrane w polityczną poprawność. Oczywiście, o wszystkim poinformuję naszą panią minister. Zechcę też uzyskać jej aprobatę dla wszystkich swoich poczynań. Nie sądzę jednak, abym miał z tym jakieś problemy. Podpowiem też, że całość pobytu takiej delegacji, jestem w stanie zorganizować szybciej i lepiej niż struktury rządowe, zapewniam pana.
    - Aż tak?
    - Dziwi się pan? Otóż to nie polega na tym, że ja tam rządzę, ale mam na tym terenie wielu przyjaciół! Pomagamy sobie w potrzebie i to bezinteresownie. To jest cały sekret naszego sukcesu!
    - Dobrze. Przekażę panu nasze stanowisko jutro, po zakończeniu konferencji. Proszę pozostać wtedy na chwilę w sali, znajdę pana.
  • #14
    clubber84
    Level 30  
    Czyli kroją się zalążki departamentu południowego (bałkańskiego) banku Solution?
    Już czekam na te opisy podróży Tomka (pewnie z wodą ognistą w tle). 😀
  • #15
    literatka
    Level 12  
    - W porządku. Ustalmy jednak możliwości kontaktu na przyszłość.
    - Pocztę elektroniczną pan wyklucza?
    - Zdecydowanie. Używam jedynie łączy bankowych, ale wiadomości po nich nie byłby pan w stanie odczytać. Dlatego proponuję wybrać do kontaktów któregoś z konsulów waszej warszawskiej ambasady. Ja się zjawię u niego na przykład we wtorek, a wtedy zajmiemy się ustalaniem szczegółów.
    - Może być. To jest dobry pomysł.
    - Acha, jeszcze jedno. W składzie delegacji, uwzględnijcie polsko – rumuńskiego tłumacza.
    - To oczywiste. Dziękuję panu!
    - Ja również! Miło było pana poznać! – uścisnęliśmy sobie dłonie.

    - Re-we-la-cja! – Dorotka chichotała niczym mała dziewczynka, kiedy w sobotnią noc zdawałem jej w łóżku relację ze swojego pobytu. – Daruję ci za to czwartkowe pijaństwo oraz sypianie z Beatką.
    - Wcale z nią nie sypiałem! – zaprotestowałem. – Dopiero dzisiaj rano ujrzałem jej prawą pierś, bo zbyt luźno zawiązała pasek szlafroka. Nie zauważyła tego, ale nie chcąc jej peszyć odwróciłem wzrok i nawet się nie zorientowała.
    - Nie mów, że nie miałeś na nią ochoty…
    - Nie mówię. To był przecież któryś dzień postu, ale oprócz ochoty, mam też jakiś rozum.
    - Anna by ci nie wybaczyła, gdyś się z nią przespał.
    - Nie wspominając już o tobie.
    - Oczywiście, kochanie!
    Wciąż naga, dosiadła mnie, niczym amazonka.
    - Skoro ja wytrzymuję twoją nieobecność, ty także możesz, prawda?!
    - Prawda, prawda. Chociaż zdecydowanie preferuję codzienne kochanie się z tobą. Tak mi teraz błogo…
    Pochyliła się i szepnęła mi do ucha.
    - Więc spróbuj jeszcze raz!
    Kochana dziewczyna…

    W poniedziałek wywalczyłem u asystentki dostęp do Anny i wepchnąłem się jakoś w jej rozkład dnia. Zreferowałem wtedy w skrócie wyniki moich rozmów, gdyż w sobotę nie było takich możliwości. Wszyscy wracaliśmy z Bukaresztu samolotem prezydenckim i jako mało ważny członek delegacji musiałem siedzieć cicho.
    - Ty, słuchaj! – odpowiedziała mi spokojnie. – Nie wiem co tam wyprawiałeś, ale mam sygnał, że któryś sekretarz stanu był tobą wręcz zachwycony. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie zarekomendować cię do resortu spraw zagranicznych. Upijałbyś wtedy wszystkich gości niczym Wałęsa Jelcyna i od razu nasze problemy zaczynałyby znikać.
    - Po co ten sarkazm? – zdziwiłem się. – Nikogo nie pobiłem, nie tłukłem też talerzy. O co ci więc chodzi?
    - O to, że postawiłeś moją córkę w sytuacji bez wyjścia.
    - Wybacz. Twojej córki ani nie tknąłem, ani nie stwarzałem sytuacji, w której mogłaby się czuć zagrożona. Poza tym nikt nie wiedział, że jest twoją córką, Dymitrowi powiedziałem tylko, że jest dyrektorem w banku. A ja ją jedynie wypożyczyłem jako tłumaczkę. Dzięki wielkiej uprzejmości pani prezes zarządu.
    - Powiedzmy…

    - Aniu! Staram się postępować uczciwie i świadomie, ale jeśli mi nie wierzysz i tak ma wyglądać nasza współpraca…
    - To co?
    - To chyba… Sama będziesz musiała przyjmować tę rumuńską delegację.
    - Ja ją tu zapraszałam, czy ty?
    - Czyżby rumuński pan minister nie zgłaszał takich chęci?
    - Zgłaszał i co z tego?
    - Poczeka na odpowiedź zgodnie z protokołem, tak?
    - Oczywiście.
    - Rozumiem. Zatem mam się wycofać ze swojej propozycji?
    - Rób jak uważasz. Nie pytałeś mnie o zdanie wcześniej, po co więc pytasz teraz?
    - Ja nie pytałem? A kto mi powiedział, że daje wędkę, a rybki mam łowić sam? Zrobiłem więc według zaleceń. Chcę ci oszczędzić czasu i wydatków, biorąc większość wysiłku na siebie, a tobie i tak to się nie podoba. Chciałem, abyś chociaż przyjęła nas na zakończenie wizyty, na jej podsumowanie. Abyś mogła spijać śmietankę, bo nie zależy mi na reklamie banku w tej chwili. Cały splendor chciałem oddać tobie. Czy to jest nieuczciwe? Czy ty naprawdę uważasz, że moje postępowanie w czymkolwiek ci zagraża? Tak się starałem, abyś pomyślała inaczej, żebyś w końcu zapomniała…

    - Tego się nie da zapomnieć! – przerwała mi twardo.
    - Więc o to ci wciąż chodzi…
    - Nie, wcale nie o to! – zaprotestowała gwałtownie. – Pytam tylko, dlaczego nie możesz się od nas odczepić? Dlaczego powiązałeś ze sobą moją córkę? W czym ci zawiniłam, abyś mnie nadal prześladował?
    - Litości! – westchnąłem. – Aniu, twoja córka jest dorosła i samodzielna. Sama trafiła do naszego banku, ja jej tam nie ciągnąłem! A że ma niezłe kwalifikacje i radzi sobie doskonale, to i awansuje! Nie spałem z nią i tego nie planuję. Zresztą, ona też nie jest tym zainteresowana. Wie natomiast, że byłem kiedyś twoim kochankiem…

    - Jak? – aż się podniosła w fotelu. – Skąd to wie?
    - Powiedziałem jej o tym sam, dość dawno zresztą. Miała kiedyś taki nerwowy epizod, ale wszystko sobie wyjaśniliśmy. Od tego czasu pracuje bez zarzutu. Głównie zresztą z moją żoną, a nie ze mną. Moją asystentką jest Karolina, córka mojego dawnego szkolnego kolegi. Może go nawet widziałaś, kiedyś przewinął się przez nasz akademik.
    Dlatego twoje zarzuty są zupełnie nieuprawnione. Nie poluję na Beatkę, a traktuję ją bardziej nawet jak córkę, a nie jak pracownicę. I ona odpłaca mi podobnie. Życzliwie, ale bez żadnych erotycznych podtekstów. Na to nie ma miejsca w naszych relacjach.
    - Ty nie jesteś jej ojcem…
    - Wiem. Przecież nawet Beatce to powiedziałem. A tak na marginesie, nie masz sobie nic do zarzucenia w tym temacie? Żeby dziecko nie znało swojego ojca…
    - Gówno cię to obchodzi!
    - Zgadzam się, ale nie siebie miałem na myśli.
    - Wyjdź stąd!
    - No cóż, dziękuję więc za wszystko i żegnam!

    Nie było wyjścia. Zabrałem ze stolika swój notatnik, wstałem i skierowałem się do drzwi.
    - Poczekaj! – usłyszałem, kiedy już miałem sięgać do klamki.
    - Tak? – odwróciłem się w miejscu.
    Dziwne, ale stała przy oknie i spoglądała na zewnątrz.
    - Siadaj! – rzuciła, nie odwracając głowy.

    Tym razem nie zamierzałem jej posłuchać. Podchodząc, odłożyłem notatnik na stolik, a potem dotarłem do niej od tyłu i zwyczajnie objąłem w talii, wsuwając nos za ucho. Nie zareagowała, więc powolutku zacząłem naciskać aby się odwróciła. Jednocześnie całowałem szyję, potem policzek a w końcu dobrałem się do ust.
    Nie stawiała oporu, ale chwilę trwało, zanim oddała pocałunek, a jeszcze dłużej, nim zarzuciła mi ręce na szyję i przytuliła się…

    Gdyby nie to, że Dorotka przez weekend wybiła mi z głowy jakiekolwiek myślenie o seksie, ułożyłbym teraz Annę na biurku i dokładnie odrobił prawie trzydziestoletnie zaległości. Uległaby, nie miałem żadnych wątpliwości. Wyczuwałem to dokładnie. Miałem jednak jeszcze jakieś resztki rozsądku.
  • #16
    clubber84
    Level 30  
    Oj, przy oknie... Będzie ciekawie. 😅
  • #17
    literatka
    Level 12  
    - Aniu, nikt tu nie wejdzie? – wyszeptałem.
    Ocknęła się momentalnie, odepchnęła mnie i poprawiła bluzkę, bo zdążyłem już dobrać się i do biustu.
    - Odejdź ode mnie! – rzuciła.
    - Chodź na zaplecze, tam porozmawiamy – zaproponowałem.
    Tym razem pokręciła przecząco głową.
    - Idź już! Proszę!
    - Niech ci będzie. Co mam jednak robić z tymi planami?
    - Nie wiem. Zostaw mnie teraz, bardzo cię proszę!

    - Czemu tak ze sobą walczysz? Ja ciebie wciąż lubię i wcale nie zapomniałem tego, co ci zawdzięczam. Czemu poza tym masz pretensje o Beatkę? Ja ją bardzo szanuję…
    - Otóż to. Jeśli miałbyś kiedyś zamiar przespać się z moją córką, to zapamiętaj, że prędzej daruję ci gwałt dokonany na mnie, niż przespanie się z nią. Nawet za jej zgodą! Nie próbuj więc jej tknąć! Jeśli tak zrobisz, znajdę cię wszędzie i osobiście wydłubię oczy!
    - I to jest powód twojego dzisiejszego zachowania? Sądziłaś, że sypiałem w apartamencie razem z nią?
    - A jak można sobie to wyobrazić?
    - Zwyczajnie, jak w akademiku. Aniu, zamiast podniecać się wyobraźnią, spójrz na to od strony praktycznej. Po co mi tłumaczka gdzieś tam na drugim końcu miasta, jeśli nie mam jej pod ręką? Natomiast w sprawach bytowych, wszystko da się zorganizować rozsądnie. Mimo jednego apartamentu, sypialnie mieliśmy jednak zupełnie oddzielne.
    Powtórzę zatem, ani twoja córka nie jest zainteresowana mną, jako partnerem do łóżka, ani ja do tego nie dążę. I niczego innego nie będzie, uwierzysz mi w końcu? Poza tym wolałbym skorzystać z twojej oferty gwałtu bezwarunkowo, bo inaczej jej się nie doczekam. Ja naprawdę nie dybię na Beatkę, uwierz mi! Więc jak, pójdziemy jeszcze kiedyś do łóżka we dwoje?
    - Jesteś naprawdę bezczelny!

    - Mimo to, wolałbym przespać się z tobą, a nie z Beatką. Bo taka nadzieja jest bardziej realna.
    - Uspokój się!
    - Widzę, że się wycofujesz ze swoich obietnic.
    - Bardzo tego chcesz? – zapytała spokojnie.
    Coś mnie tknęło i nie pociągnąłem tematu.
    Dobrze zrobiłem.
    - Ciekawe co by powiedziała twoja żona, gdybym tak was odwiedziła i oznajmiła, że przyszłam spełnić twoje łóżkowe życzenie.
    - Zawsze chwalisz się takimi spotkaniami?
    - Nie odwracaj kota ogonem to raz. A dwa - nie mam dla ciebie czasu. Idź już, załatwiaj te swoje sprawy i zgłoś się we środę. Jeśli będziesz znał przybliżony skład delegacji, spróbuję oddelegować kogoś z departamentu współpracy zagranicznej, aby pilotował wszystko oficjalnie. Skonsultuj też całość z moją asystentką, abym miała czas na takie spotkanie, bo nie pamiętam kalendarza. Zresztą, sam wiesz co robić, co ja cię będę uczyła.
    - Dasz mi buzi na pożegnanie?
    - Wynoś się! - wrzasnęła.

    Sekretarki musiały być bardzo zdziwione moim nagłym, tłumionym śmiechem, bo kiedy wychodziłem, zza drzwi dobiegła nas jeszcze jakaś niezrozumiała wiązanka.
    - Pani minister chyba dzisiaj nie w humorze – skomentowała pani Agnieszka, wyraźnie oczekując mojej odpowiedzi.
    - Podpadłem u Anny mocno, nie da się ukryć – chichotałem.
    - Ale nie bardzo się pan tym przejął?
    - Pani Agnieszko…
    Chciałem jej odpowiedzieć, ale drzwi gabinetu się otwarły i wyszła Anna.

    - Jeszcze tu jesteś? – przystanęła, mrużąc oczy.
    - Zastanawiam się właśnie… Może trzeba ciebie gdzieś podwieźć?
    - Tomek… grabisz sobie!
    - Ja z sercem na dłoni, a ty się wściekasz…
    - Zejdź mi z oczu!
    - Idę, idę. To co, przekazać wszystko twojej asystentce?
    - Zostaw moją asystentkę w spokoju!
    - I inne kobiety też… – dodałem. – Pamiętam, bez obaw!
    - Cholera jasna! – wrzasnęła, tupiąc nogą.
    - Już idę, idę! Do widzenia paniom! Do zobaczenia!

    Nie przyznałem się Dorotce do kilku intymnych chwil z Anną. Owszem, powiedziałem wszystko o jej zastrzeżeniach odnośnie naszych delegacyjnych relacji z Beatką, a także moich odpowiedziach. Jednak moją żonę, tym razem, nie to najbardziej zainteresowało.
    - Słuchaj, skoro masz chwilowe problemy ze swoją ministerialną dziewczyną, to musimy w tę sprawę zaangażować Lidkę. U mnie na uczelni za chwilę zaczyna się sesja, w pracy mam urwanie rąk, dlatego sama ci nie pomogę, a czasu jest naprawdę niewiele. Do spotkania musi dojść w terminie do dwudziestego czerwca, inaczej musielibyśmy odłożyć je na wrzesień.
    - Rozumiem. Sądzę też, że da się tak zrobić. Pomyślałem jeszcze, że trzy dni powinny nam wystarczyć. Przylecieliby we czwartek, zjedlibyśmy obiad, wtedy dołączyłaby do nas Lidka, razem odwiedzilibyśmy ciebie w banku, a na wieczór pojechali do Pokrzywna. Rano po śniadaniu wyjazd do wojewody, tam spotkanie z zarządem strefy, później powrót na obiad do Limana, a po obiedzie odwiedziny w podstrefie, spotkanie u wójta i wieczór u nas w domu. W sobotę natomiast rozmowy na tematy dowolne, mogłaby też przyjechać Anna, może ktoś jeszcze z rządu, może Zielonik…

    - Tomek, zauważ, że w takiej sytuacji oni nie będą mieć bazy w Warszawie. Chcesz ich wyprawić na lotnisko bezpośrednio z Czyżyn? A gdzie się umyją, przebiorą? A jeśli w składzie delegacji będą kobiety? Nie, tak się nie da!
    - No właśnie, muszę jutro zapytać w ambasadzie…
    - Spróbuj raczej dostosować się do ich oczekiwań, bo jeżeli przyjedzie ktoś w randze co najmniej wiceministra, bez współpracy ze służbami rządowymi się nie obejdzie.
    - Dymitra zapraszałem prywatnie.
    - To jego, ale nie resztę delegacji. Technicznie owszem, dalibyśmy radę z wszystkimi, ale w grę wchodzi również protokół dyplomatyczny. Z tego co wiem, im nie wolno poruszać się incognito, bez powiadomienia służb kraju gospodarza. Nawet gdyby nie brały udziału w całej imprezie, to muszą o wszystkim wiedzieć, gdyż odpowiadają za ich bezpieczeństwo.
    - Ale w ambasadzie powinni się orientować we wszystkim.
    - Owszem, tym niemniej dobrze jest wiedzieć wcześniej. Lidkę na dzisiaj uzgodnię, ty natomiast siadaj i pomyśl kto ci będzie potrzebny do sztabu organizacyjnego. Możesz korzystać ze służb bankowych, daję ci wolną rękę.

    - Słoneczko, jeszcze jedno. Jak sądzisz, wystarczy mikrobus, czy powinniśmy poruszać się samochodami?
    - Chyba to drugie, jednak zaczekaj. Ktoś w ministerstwie chyba się w końcu ocknie. Porozmawiaj z innymi doradcami, ale nie wchodź Annie w paradę. Daj jej czas na ochłonięcie. A swoją drogą, to nie był najlepszy pomysł z tym waszym wspólnym zamieszkaniem z Beatą.
    - Nie zgodzę się z tobą. Czy lepiej by było, gdyby wieczór czekała na mnie w restauracji, a potem, zorientowawszy się, iż jestem urżnięty, kombinowała jak ma dojechać gdzieś na drugi kraniec miasta? Powtarzam, nie kierowałem się wtedy żadnymi erotycznymi pobudkami. Przyzwoitości dochowałem i nie mam sobie niczego do zarzucenia.
    - Oprócz pijaństwa z Dymitrem.
    - To jest przecież zupełnie inny temat.
    - Niech ci będzie. Wracaj do siebie, a ja skontaktuję się z Lidką. Możesz spróbować złowić Zielonika i się z nim jakoś umówić. Jako nadzorca Alby niech zdecyduje, czy woli sam go reprezentować, czy ściągniemy prezesa. Któryś z nich na takim spotkaniu być musi.
    - W porządku.

    W poniedziałek rano zaglądnąłem do ministerstwa. Chciałem spotkać się z Jachimiakiem, przed wizytą w ambasadzie, ale wesoła pani Agnieszka oznajmiła mi, iż mam uzgodnione spotkanie z dyrektorem Karolem Koszarkiem.
    - Pan ma jednak duże wpływy u szefowej! – łypała na mnie oczami.
    - Bo Ania jest tak naprawdę mądrą dziewczyną – roześmiałem się.
    - Długo pan zna panią minister?
    - Od kilkudziesięciu lat – przyznałem. – Jeszcze od czasu studiów. Bywało, że jadaliśmy posiłki przy tym samym stoliku na stołówce.
    - Ach, to dlatego pozwala sobie pan zwracać się do szefowej po imieniu, prawda?
    - Mniej więcej… – potwierdziłem.
    - Ech, panie dyrektorze… Chyba pan nie chce sugerować czegoś jeszcze?
    - Nie dosłyszałem pani pytania. Cóż! Na starość i zmysły już mnie zawodzą…
  • #18
    literatka
    Level 12  
    - Tak, tak, zmysły… Proszę się nie obawiać, sekretarką ministrów jestem od szesnastu lat, umiem trzymać język za zębami. Proszę zaglądnąć do dyrektora Koszarka, powinien być jeszcze wolny, a wczoraj otrzymał dla pana dyspozycje.
    - Bardzo pani dziękuję! – ukłoniłem się. – Jeśli mógłbym coś dla pani zrobić…
    - Przypomnę się, przypomnę! – zaśmiała się.
    - Do zobaczenia zatem!
    - Do widzenia panu!

    Rozmowa z Karolem Koszarkiem, dyrektorem generalnym w ministerstwie, była dość krótka. Zastrzegł się od razu, że ma mało czasu, ale przyznał, iż dostał polecenie od Anny, aby ułatwiać mi życie. Wie również, że cała sprawa wiąże się z ubiegłotygodniowym sympozjum w Bukareszcie, a dotyczy rewizyty delegacji naszych gospodarzy.
    Nie znaliśmy się dotąd dobrze, jednak wiedział, że jestem Anny doradcą. Nie znał natomiast mojej przeszłości. Dlatego, nawiązując do mojego referatu z którym podobno się zapoznał, zapytał o tytuł naukowy.
    - Jestem zaledwie magistrem – przyznałem. – Magistrem inżynierem w dodatku, czyli osobą o wykształceniu ściśle technicznym.
    - Niemożliwe! – aż zastygł. – Pana referat jest naprawdę na wysokim poziomie! Profesor Jachimiak tak samo ocenił go bardzo pozytywnie, a z tego co wiem, tę czekającą nas wizytę, właśnie nim pan sprowokował.
    - Panie ministrze, nie będę ukrywał, że cały tekst przygotowałem wprawdzie sam, ale szereg poprawek zasugerowała mi żona. Nie zgodziła się jednak na umieszczenie swojego nazwiska i nie pretenduje do współautorstwa.

    - A kim jest pańska żona?
    - Profesorem w Uniwersytecie Bankowym.
    - Przepraszam że dociekam, ale w takim razie powinienem znać jej nazwisko.
    - Nazywa się Dorota Warwick.
    - Teraz wszystko jasne – pokiwał głową. – Nie znam wprawdzie pani profesor osobiście, ale dużo słyszałem na jej temat. Jest też prezesem banku, prawda?
    - Tak. Solution Poland S.A.
    - Teraz rozumiem. Proszę pana! Przejdźmy zatem do rzeczy. W tej chwili nie poświęcę panu zbyt wiele czasu, rozumiem jednak, że i panu się spieszy. Dlatego chciałem zadeklarować, że wezmę na siebie sprawy organizacyjne w zakresie uzgodnień pomiędzy służbami rządowymi. Natomiast od pana będę oczekiwał szczegółowych relacji, w temacie planowanego programu wizyty.

    - Niestety, na razie takowych nie mam, ale o godzinie jedenastej mam spotkanie w rumuńskiej ambasadzie i wtedy dowiem się czegoś konkretniejszego.
    - Ma pan ustalonego rozmówcę?
    - Pan radca Andrij Romanescu.
    - Proszę zatem przekazać panu radcy, że niedługo zostanie poproszony o przyjazd do naszego MSZ-tu.
    - Rozumiem, że sposoby kontaktu są mu wiadome?
    - Ja ich nie znam, ale damy sobie radę. Proszę zaglądnąć do mnie jutro, powiedzmy około czwartej po południu. Poproszę wtedy kogoś z MSZ-tu, aby udzielił panu instrukcji. Proszę też się nie obrażać, to są zwyczajne zasady. Lepiej dmuchać na zimne niż odkręcać później możliwe nieporozumienia.
    - Nie mam nic przeciwko i będę u pana o czasie.
    - Dziękuję zatem za spotkanie i gratuluję panu żony! – uśmiechnął się.
    - Aż tak? – zdziwiłem się podając mu dłoń.
    - Moja córka jest jej studentką. Bardzo sobie chwali te zajęcia.
    - Miło to słyszeć, dziękuję!

    W ambasadzie potraktowano mnie z pełnymi honorami. Nawet ambasador znalazł chwilę czasu na poznanie się i krótką, swobodną rozmowę. Tyle, że ta krótka rozmowa jakoś się wydłużyła do przeszło półtorej godziny.
    Było sympatycznie, rozmawialiśmy po polsku, ale gdy zacząłem relacjonowanie swoich działań po powrocie z Bukaresztu, wyszło na to, że całość propozycji zaczyna wymykać się z rąk, stając się przedsięwzięciem międzyrządowym.
    Radca Andrij, sympatyczny młodzieniec w wieku trzydziestu kilku lat, był świadkiem naszej narady, jednak niewiele się odzywał. W końcu jednak, obowiązki szefa placówki przeważyły i ambasador szczerze mi podziękował. Na dalsze ustalenia przeszliśmy już do gabinetu Andrija.

    Nie miał mi wiele nowego do powiedzenia, ale kilka szczegółów padło. Delegacja miała liczyć pięć osób, a na jej czele miał stać Dymitr. Resztą nazwisk już się nie interesowałem, gdyż nawet to jedno windowało rangę całego przedsięwzięcia. Brak parasola rządowego był w tej sytuacji niemożliwy.
    - Robię się w takiej sytuacji bezradny! – wyznałem mu. – Nie mam pojęcia o protokole dyplomatycznym, o tym jak ma wyglądać scenariusz takiej wizyty. Chociaż z drugiej strony, gdyby goście przyjechali tylko do mnie, bez trudu mógłbym ich wszystkich wykarmić, przenocować i zapewnić rozmowy z takimi osobami, o jakie im chodziło. Tak przecież rozmawialiśmy w hotelu. Mówiłem o tym Dymitrowi…
    - Komu?
    - Przepraszam, panu ministrowi Camulescu. Tłumaczyłem, że jeśli przyjedzie z pompą, to stracimy tylko mnóstwo czasu.

    - Niestety, tak się nie da w realnym świecie – uśmiechnął się. – Proszę pana, informacja którą pan był uprzejmy mi przekazać oznacza, że uzgodnienia szczegółów wizyty wezmą na siebie służby naszych państw. Dlatego też proszę się nie zamartwiać przylotem delegacji, czy też jej zakwaterowaniem. To już uzgodnimy na innym szczeblu. Natomiast pan minister Camulescu naciskał, aby to pan był głównodowodzącym odnośnie programu pobytu naszej delegacji i w tej kwestii będziemy sugerować polskiej stronie takie właśnie rozwiązanie.
    - Tylko to się wiąże bezpośrednio właśnie z miejscem pobytu w tej strefie, o którą chodzi.
    - To przecież możecie uzgodnić sami.

    - Niby prawda… Zacznijmy jednak od początku, czyli ustalenia wiążącego terminu. Czy druga połowa czerwca byłaby przez was do przyjęcia?
    - Jedynie jej początek.
    - To akuratnie jest zbieżne z naszymi zamiarami. Dlatego proponuję szesnastego czerwca przylot delegacji, natomiast dziewiętnastego jej oficjalny odlot. Jestem przekonany, że w tym czasie zdążymy pokazać wszystko i o wszystkim podyskutować. Oczywiście, jeśli macie inne zdanie, nie widzę żadnych problemów, spróbujemy się dostosować.
    - Przyjąłem propozycję do wiadomości, a po konsultacjach przekażę panu odpowiedź.
    - Świetnie! Zatem rozumuję tak, termin mamy wstępnie określony, sam przylot oraz powitanie mnie nie interesują. Natomiast czas mojego działania następuje później. Chciałem jeszcze zapytać, czy moją powinnością jest zapewnienie transportu limuzynami, czy też wystarczy luksusowy mikrobus mieszczący wszystkich?

    Andrij roześmiał się.
    - Nie wiem, naprawdę nie wiem, ale o to proszę się nie martwić.
    - Proszę mi uwierzyć, że nie chciałbym wypaść niezręcznie…
    - Rozumiem pana, dowiem się. Mam też jeszcze jedną uwagę. Proszę uwzględnić fakt, że skład naszej delegacji powiększy się na miejscu o jedną osobę.
    - O pana?
    - Nie wiem. Chodzi o tłumacza, a to już zależy od pana ambasadora kogo wydeleguje.
    - Rozumiem. Jak się zatem umawiamy i na kiedy?
    - Proszę mi zostawić jakiś numer kontaktowy. Po spotkaniu w waszym MSZ-ecie będę wiedział nieco więcej i wtedy wyślę panu sygnał.
    - Nie chciałby pan zjawić się u mnie?
    - Mógłbym, ale nie wypada mi tego robić. Przepraszam pana…
    - Nie ma sprawy. Zatem otrzymuję od pana sygnał i zjawiam się tutaj.
    - Bardzo o to proszę!
  • #19
    literatka
    Level 12  
    Szesnastego czerwca, wraz z Lidką, oczekiwaliśmy gości w Talizmanie. Inaczej być nie mogło, gdyż moja wspólniczka postawiła wcześniej ultimatum.
    - To ja, do cholery, nie biorę kasy za moją poselską pracę, a ktoś inny ma zarabiać na pobycie delegacji, która przyjechała w mojej sprawie? Co, ja nie potrafię ich nakarmić? Niedoczekanie wasze! Albo jedzą i kwaterują u mnie, albo drzwi zastaną zamknięte! Ja też potrzebuję z czegoś żyć!
    Biorąc pod uwagę fakt, że to Anna miała w tym wypadku ostatnie słowo, wszystko zostało postanowione po naszej myśli.

    Kiedy wreszcie przyjechali, poprzedzani pojazdem rządowej ochrony, moje powitanie z Dymitrem było bardzo serdeczne. Oczywiście, grał tutaj pierwsze skrzypce, jednak bez wahania machnął ze mną klasycznego, rosyjskiego „niedźwiedzia” i wszystko poszło już zdecydowanie łatwiej. Przedstawiłem im zaraz Lidkę, jako ważną parlamentarzystkę, która wraz ze mną będzie ich przewodnikiem w podróży, co przyjęli z wyraźnym entuzjazmem.
    Cóż, trzech samców, a właściwie czterech, gdyż towarzyszył im Andrij, oraz dwie kobiety. Męska przewaga była wyraźna.
    Po obiedzie, zgodnie z moimi wcześniejszymi założeniami, pojechaliśmy do banku. Tam zaś, w sali konferencyjnej, od razu nastąpił gwóźdź programu, z czego nie zdawali sobie jeszcze sprawy. Otóż Dorotka zrobiła im ponad półgodzinny wykład na temat audytu i korzyści z niego wynikających. To było nawiązanie do tez mojego referatu, ale i jego teoretyczne rozszerzenie, z powołaniem się na ekonomiczne autorytety oraz trendy dominujące obecnie w światowej gospodarce.

    Po niej pałeczkę przejął Jacek Mielniczuk, którego przedstawiła jako byłego członka zarządu banku, który teraz poświęcił się pracy naukowej, ale kiedyś odpowiadał za pierwszy audyt gminy Czyżyny.
    On zaś w swoim wystąpieniu skupił się na omówieniu metod badania stanu finansów takich niewielkich jednostek jak gminy i udowadniał, że nie tylko da się zdiagnozować ich stan dzisiejszy, ale można też sporządzić wiarygodne oraz sprawdzalne prognozy na przyszłość. Kiedy zaś zakończył wystąpienie i wygasił projektor, rozległy się oklaski.
    Słuchacze byli bardzo podekscytowani tym co usłyszeli. Mieli do nich szereg pytań, ale Dorotka uchyliła się od odpowiedzi obiecując w zamian, że dostarczy im zarówno nagranie wykładów jak też udzieli odpowiedzi na wszystkie pytania już pojutrze. Dzisiejszy grafik był zbyt mocno napięty, aby taka dyskusja miała jakikolwiek sens.
    Odpowiedź przyjęto ze zrozumieniem i na tym spotkanie w banku się zakończyło, a cała kawalkada wyruszyła do Pokrzywna.

    Kwestia zakwaterowania gości w apartamentach była już dawno rozpracowana, kiedy więc dyrektor Stawiarz powitał całą delegację jeszcze przed hotelem, nie spodziewałem się żadnych niespodzianek. A jednak…
    Zanim ktokolwiek przekroczył drzwi wejściowe, Dymitr zapytał mnie po cichu w którym pokoju ja się zatrzymałem, a wtedy nie miałem wyjścia. Ruchem głowy wskazałem mu nasz dom i oznajmiłem, że to jest właśnie tam.
    Lekko się wtedy wkurzył.
    - A ja tam nie mogę? Dlaczego? Załatwisz mi to?
    - Bez problemów! – zaśmiałem się. – Tylko tam jest teren prywatny, mój, a w hotelu będziecie pod opieką naszych służb.
    - Na cholerę mi służby? Ty naprawdę będziesz tam spał?
    - Tak, to jest mój dom.
    - Więc zaproś mnie do siebie! Kawałek pryczy mi wystarczy, ja nie mam aż tak wielkich wymagań.
    - Robię to z wielką przyjemnością. Zapraszam cię serdecznie!

    Zrobiło się małe zamieszanie, gdyż Dymitr natychmiast oznajmił Andrijowi, że nie będzie korzystał z hotelu, ale Stawiarz zachował się przytomnie. Mimo takiej decyzji zaprosił go do korzystania ze wszystkich udogodnień, które hotel oferuje i zapewnił, że będzie w takich wypadkach witany z wszelkimi honorami należnymi VIP-owi.
    Dymitra niewiele to interesowało. Wymienił z Andrijem kilka zdań, po czym spojrzał na mnie i zrozumiałem, że jest już gotowy. A że bagaży nikt jeszcze nie rozładował, dlatego poleciłem hotelowym szwajcarom zajęcie się tematem i po chwili odjeżdżaliśmy obydwaj moim jeepem pod dom. Tutaj czekały na nas hotelowe pokojówki, Stawiarz przewidział każdy wariant rozwoju sytuacji.

    Po pobieżnym obejrzeniu wnętrza, Dymitr wybrał sobie pokój gościnny najbliższy centrum domu. Wniesiono tam jego bagaże, a po kilku minutach spotkaliśmy się w salonie.
    - Mówisz, że to jest twój letni domek? – odezwał się ironicznie, kręcąc głową na prawo i lewo. – Bladź! To tak wyglądają u was letnie domki?
    - Oj tam! – roześmiałem się. – Dymitr, mówiłem ci jeszcze w Bukareszcie, że moja żona jest prezesem banku. Dlatego przestań mnie mierzyć wzorcem przeciętności. Stać mnie na bardzo dużo, ale to nie jest zwyczajne w Polsce.
    - Nieźle sobie żyjesz!– skomentował. – Słuchaj, czy ja to dobrze zrozumiałem? Ta pani prezes prowadząca wykład, to jest właśnie twoja żona?
    - Dobrze zrozumiałeś.
    - O, bladź! Jesteś niewąski debeściak!
    - Daj spokój! Napijesz się czegoś?
    - Sam nie wiem, poczekaj… Co jeszcze na dzisiaj jest zaplanowane?

    - W zasadzie nic oficjalnego. Chciałem, abyście porozmawiali z obecną posłanką, która tak naprawdę jest inicjatorką tego wszystkiego… Pamiętasz referat naszego doktora socjologa? Stanowi analizę jej działań, będziecie więc mogli pytać u źródła. Poza tym, być może zjawi się tutaj jeden z największych polskich inwestorów w specjalnej strefie ekonomicznej. To wszystko jednak ma być luźne, nieoficjalne. Dzisiaj jest ciepło i możemy rozmawiać nawet nad jeziorem. Nie przewidujemy żadnych ceremonii, tak jak chciałeś.
    - I bardzo dobrze! Masz piwo?
    - Mam, ale proponowałbym abyśmy się przebrali i poszli na powietrze. Pod wiatą jest takie piwo z beczek drewnianych, nasze lokalne, niepasteryzowane.
    Nieoczekiwanie drzwi wejściowe się otwarły i do salonu weszła Lidka.

    - Hallo baby! Masz jeszcze w tej chacie jakieś wolne łóżko? – zaatakowała mnie w swoim, niepowtarzalnym stylu.
    - Dla ciebie to nawet własne bym oddał.
    Dymitr nie zrozumiał naszego dialogu, dlatego natychmiast przetłumaczyłem wymianę zdań na rosyjski, dodając przy tym wyjaśnienie.
    - Masz przed sobą iskrę, która wywołała całe to zamieszanie.
    - Już się poznaliśmy – Lidka również przeszła na rosyjski.
    - I co z tego? Dymitr wie kim jesteś, ale nie wie o tym, że to ty wywołałaś tę lawinę. Że o tobie będą kiedyś śpiewać tutaj piosenki…
    Podeszła do mnie i przyłożyła dłoń do czoła.
    - Niby nie masz gorączki, a pieprzysz jak po udarze słonecznym!
    Schwyciłem ją za dłoń i zmusiłem, aby usiadła mi na kolanach. Nie opierała się zbytnio.
    - Ech, dziewczyno! Nie bądź taka skromna! Kiedyś moje wnuki będą się szczyciły tym, że dziadek znał cię osobiście.

    - Zwariował, normalnie zwariował! – skomentowała, przyjaźnie muskając ustami mój policzek, po czym podniosła się z kolan. – Jakby coś, to reszcie delegacji przedstawiliśmy propozycje na dzisiejszy wieczór i za jakieś pół godziny spotykamy się pod strzechą. Obowiązują stroje wakacyjne, czyli zupełnie dowolne. Można i w kąpielowych, a nawet bez. Jezioro czeka!
    - Na pewno skorzystamy – oznajmił Dymitr, wpatrując się w nią jak w obrazek.
    Przyodziana w lekko prześwitującą, letnią sukienkę, była wdzięcznym obiektem do takich obserwacji i wiedziała o tym.
    - Aha, byłabym zapomniała – rzuciła mimochodem. – Pod tą sukienką mam kostium kąpielowy, dlatego zaraz ją zdejmę. Kto chce ten seans oglądać, zapraszam nad jezioro – rzuciła z uśmiechem, po czym wyszła kołysząc biodrami, skłoniwszy nam wcześniej głową na pożegnanie.

    - O! – westchnął Dymitr, kiedy zostaliśmy sami – Tomasz, ty je tu wszystkie… trachajesz?
    - Nie! – pokręciłem głową. – Ani jednej. Lidka jest koleżanką mojej żony, a także moją wspólniczką, dlatego zachowujemy się wobec siebie bardzo swobodnie. Natomiast nigdy się z nią nie pieprzyłem i nie zamierzam tego robić. Widzisz, to jest taki układ, właściwie czysto biznesowy. Jeśli chcesz mieć przejrzyste rozliczenia, nie mąć ich intymnymi przyległościami! Nawet jeden raz może wszystko zepsuć, więc po co to robić? Przecież nie warto.
    - Dziwna sprawa… daj mi jakiejś wódki.
    - W lewym boku fotela masz barek. Zaglądnij tam, a jeśli wolałbyś coś innego, to już prowadzę wózek.
    Nie minęło pół godziny, kiedy obydwaj wyszliśmy pod strzechę, będąc już przebranymi na sportowo, odświeżonymi, ale też w wesołym nastroju.
  • #20
    literatka
    Level 12  
    Delegacja miała oficjalnego opiekuna naszego ministerstwa i był nim zastępca dyrektora departamentu współpracy z zagranicą, doktor Seweryn Konarak. Nie muszę chyba w tym miejscu dodawać, że już pierwszego dnia pomiędzy nami nieco zazgrzytało. Zaskoczyłem go swoją decyzją pod hotelem, dlatego ujrzawszy nas pod wiatą, przetrwał pierwsze chwile, a później dyskretnie poprosił o rozmowę.
    Nie miałem jednak dla niego dobrych informacji.
    - Panie dyrektorze! Umówmy się, że ja robię to co uważam za stosowne, a pan opiekuje się resztą delegacji. Jak ta reszta będzie wyglądała w konkretnym czasie, tego jeszcze nie wiem, ale to już jest pana zadanie aby ją określać i pilnować.
    - Stawia mnie pan w bardzo niewdzięcznym położeniu…
    - Panie dyrektorze, robił pan rekonesans przed wizytą gości?
    - Owszem, tak.
    - Czyli zna pan możliwości hotelu, zna też ograniczenia, co ja mam panu podpowiadać?
    - Ale pana decyzje mnie zaskakują.

    - Ja panu zmniejszam zakres obowiązków, a nie zwiększam. Głowa zatem do góry! Niech pan porzuci przyzwyczajenie do sztywnego scenariusza i zacznie myśleć twórczo! My tu nie mamy do czynienia z marionetkami, lecz z żywymi ludźmi, którzy miewają też zwyczajne chcenia, spostrzeżenia i życzenia. A przecież jesteśmy od tego, aby na takie pragnienia reagować, na ile jesteśmy w stanie to zrobić. Dlatego pan pozwoli, że ja będę czynił to co uważam w danej sytuacji za stosowne i panu również radzę się do tego dostosować. Wielkim wymaganiem to nie jest, wystarczy dbać o tę pozostałą część.
    - Tylko ja nie wiem, kto w sytuacji braku pana ministra Camulescu nią dowodzi…
    - Jak dziecię… Kto pana zrobił dyrektorem? Jest przecież pan radca Romanescu i to z nim proszę uzgadniać wszelkie sprawy. Może pan nawet mówić po polsku, on zrozumie! – byłem już zły i w związku z tym złośliwy.
    - Przepraszam, rozumiem…
    - Dobrze, nie będę tego pamiętał, ale niechże się pan wykaże inicjatywą, a nie tylko czeka na gotowce. To nie szkoła!

    Długie, ciepłe, czerwcowe popołudnie, sprzyjało luźnej, swobodnej atmosferze spotkania. Tym bardziej, że tłoku pod strzechą nie było. Inne zamówienia na apartamenty Stawiarz wcześniej odrzucił, wolnych przecież nie miał, natomiast zwykłe miejsca były wykorzystane nie więcej niż w połowie. To była cena goszczenia tej delegacji, hotel świecił pustkami. Mieliśmy jednak nadzieję, że będzie warto.
    Pod strzechą było więc sympatycznie i mało oficjalnie. Skarcony Konarak bawił rozmową Rumunów, jednak na wiele pytań nie był w stanie odpowiedzieć, dlatego w pewnej chwili to ja stałem się ich głównym rozmówcą. Andrij natomiast tłumaczem. Pytania były dość proste i oczywiste dla mnie, chociaż dla nich to wszystko było nowością. Takie chociażby kwestie jak własność hotelu, innych obiektów oraz jeziora i terenów przyległych, czy też infrastruktury.

    Na szczęście pojawiła się Lidka i do nas dołączyła, przejmując część pytań na siebie.
    Zanim jednak podano grillowaną kolację, zjawił się prezes Zielonik ze swoją świtą. Przedstawiłem go jako szefa rady nadzorczej Alba Banku oraz jednego z naszych największych, krajowych graczy giełdowych i przedsiębiorców. I w tej sytuacji, to on znalazł się pod ostrzałem pytań. Kilku kwestii nie był jednak w stanie wytłumaczyć, dlatego zaproponował członkom delegacji nieplanowaną wycieczkę po okolicy, co o dziwo, spotkało się z pełną aprobatą gości. A że prezes dysponował komfortowym mikrobusem, pomysł natychmiast wcielono w życie i nawet obydwoje z Lidką wzięliśmy udział w tej wyprawie.

    Kiedy wjechaliśmy w strefę, musiałem ze wstydem przyznać w duchu, że mam spore zaległości. W wielu miejscach krzątali się pracujący ludzie, warkotały maszyny i różny sprzęt, zaś prezes zawiózł nas na teren bardzo mocno zaawansowanej budowy swojego sztandarowego zakładu, eufemistycznie nazywanego teraz przedsiębiorstwem produkcyjnym chemii małotonażowej.
    Oczywiście, nikt nie wydałby mu zezwolenia na produkcję czegokolwiek, co groziłoby zatruwaniem środowiska, ale Zielonika przetwarzanie tysięcy ton surowca nie interesowało zupełnie. Ten zakład miał pracować w cyklu zamkniętym, a jego wyrobami miały być odżywki, suplementy diety, oraz odczynniki chemiczne i środki medyczne. Mała waga, duża cena, oraz niewielkie zużycie wody. Tak samo jak niewielka ilość odpadów. Cykl zamknięty, pełna automatyka, nowoczesność ze światowej czołówki, dla której niezbędne było czyste, miejscowe powietrze. Takie samo jak przy wytwarzaniu najlepszych elementów elektronicznych.

    Później zahaczyliśmy jeszcze o lądowisko dla samolotów, gdzie także zmieniło się wiele od dnia, kiedy byłem tu wcześniej. Prezes nie tracił czasu na darmo i, jak twierdził, już w jesieni wyląduje tutaj swoim samolotem.
    Kiedy zaś wróciliśmy nad jezioro, pod strzechą czekał na nas wojewoda Zbyszek.

    Wprawdzie oficjalne spotkanie z nim było przewidziane na jutro, ale przecież wiedział, że wieczór spędzimy tutaj. Przyjechał więc na towarzyski rekonesans, z czego byłem bardzo zadowolony i nie tylko ja. Lidka wręcz umizgiwała się do niego. Gdyby jej nie znał, mógłby pomyśleć, że to naprawdę. Atmosfera była jednak wspaniała, kolacja smakowała zarówno gościom jak i nam samym, tak że bawiliśmy się, dyskutując niemal do północy. Ale nawet wtedy, wieczór dla mnie jeszcze się nie zakończył. Dymitr nie chciał iść spać.
    Spędziliśmy na tarasie jeszcze niemal dwie godziny w towarzystwie Lidki, popijając wódkę i dyskutując zawzięcie. Lidka śmiała się, że wreszcie ma okazję pogadania po rosyjsku, bo już zapominała wymowy, ale pewnie dogadalibyśmy się i po polsku. Dymitr wręcz zapowiadał, że zacznie się naszego języka uczyć. Wreszcie zmęczenie dało o sobie znać i w końcu dał się przekonać, że jutro też jest dzień.

    Piątek zapowiadał się dla nas dwóch bardzo męcząco. Kiedy zaszedłem do kuchni, dyżurne dziewczyny, oddelegowane przez Baśkę, już pełniły swoją powinność. Zarówno Lidka jak i Dymitr byli już po kawie i teraz konsumowali śniadanie. Czyli byłem w niedoczasie.
    - Priviet’! – powitała mnie Lidka. – Żyjesz?
    - Mniej więcej – mruknąłem. – Znasz prognozę pogody?
    - Lekko ci nie będzie – westchnęła. – Do trzydziestu stopni.
    - Paskudnie! – westchnąłem, po czym przetłumaczyłem Dymitrowi rozmowę.
    - Co się martwisz? – skrzywił twarz. – Tomasz, ty? Taki rosyjski weteran? Będziesz się przejmował wczorajszym dniem?
    - A ty jak się czujesz?
    - Bardzo dobrze. Trzeba być twardym, a nie miękkim!
    - Mówić jest dobrze, gorzej jak mi pot zmoczy koszulę.
    - Wtedy zdejmiesz marynarkę, a koszulę wiatr wysuszy. Ja się zupełnie na to nie obrażę, czyli skandalu międzynarodowego nie będzie.
    - Mam ci odpowiedzieć tak samo?
    - A jakże! – zapewnił rozbawiony. – Przecież na to liczę!

    Program wizyty wypełniliśmy rzetelnie, chociaż odwiedziny w siedzibie wojewody i zarządu strefy, były dla mnie lekko zabawne z powodu ceremoniału prezentacji. Dymitr, jako szef delegacji, trzymał jednak fason i zupełnie nie było po nim widać skutków wczorajszego wieczoru. Gdybym nie wiedział, nigdy bym się tego nie domyślił. Miał gość odporność i to nawet nie rosyjską! Rosjanie by padli po takich dawkach, a po nim niczego nie było widać.

    Potem odwiedziliśmy nowego marszałka województwa, gdzie zaprezentowano nam pokaz multimedialny dotyczący wykorzystania dotacji europejskich. Bardzo ciekawe opracowanie, pozwalające na niemal bieżące monitorowanie stanu wszystkich programów rozwojowych.
    Pomyślałem, że należy zainteresować się, kto jest twórcą tej aplikacji. Te osoby należy lepiej wykorzystać. To są bardzo zdolni ludzie! Natomiast same problemy rozwojowe mało mnie interesowały, dlatego z wielką ulgą przyjąłem wiadomość, że już się żegnamy i wracamy do hotelu na obiad.
  • #21
    Maly
    Level 31  
    No tak, John z Joaśką, teraz Tomek z Anną.
    Pamiętam taki serial Beverly Hills, to też się temat skończy jak już każdy każdego przeleci ;)
  • #22
    ArturP
    Level 22  
    Maly wrote:
    serial Beverly Hills
    eeee to chyba "Moda na sukces" był. W "BH" to same małolaty się obmacywały ;) .
  • #23
    literatka
    Level 12  
    Maly wrote:
    No tak, John z Joaśką, teraz Tomek z Anną.
    Dajże spokój, Tomek sypiał z Anną w akademiku. Po co miałby wchodzić drugi raz do tej samej rzeki? :D



    Po obiedzie natomiast, złożyliśmy wizytę naszym lokalnym włodarzom, czyli Radzie Gminy Czyżyny, wzmocnionej obecnym wójtem. Oczywiście, zjawili się też Lidka, Zbyszek oraz jeszcze kilka osób. W tym przedstawiciele kilku inwestorów w strefie, były starosta i wciąż aktualny prezes spółki międzygminnej, która wciąż pracowała nad programem zagospodarowania terenu. Nawet pojawili się szefowie biur poselskich Anny i Lidki. W końcu też dokładali swoją cegiełkę do tej całej budowli.
    Wyszło na to, że wizyta zagranicznej delegacji zmusiła wszystkich zainteresowanych, aby zebrali się w jednym miejscu i powspominali całą drogę do osiągnięcia celu. Co nieuchronnie musiało się zakończyć tak, jak się zakończyło.

    Goście wraz z całą kawalkadą, odwiedzili jeszcze ośrodek wypoczynkowy Lidki nad Omszałym, zapoznali się z istniejącą infrastrukturą, pocmokali na widok nowej przystani jachtowej, a później zakończyli część oficjalną wizyty i wrócili do Pokrzywna.
    Wraz z nimi, oczywiście, cała gminna rada and company, powiększona o kilkanaście chyba ważnych osób, których zupełnie nie znałem. A potem nastał wieczór.

    Stawiarz znakomicie opanował kwestie organizacyjne, chociaż nie wiem czy z własnej inicjatywy, czy poza nim ktoś inny tym sterował. W każdym razie, jeszcze przed kolacją pod strzechą, dostęp do członków delegacji został w znacznym stopniu ograniczony. W porównaniu z poprzednim dniem, nad jeziorem było teraz ze trzy razy więcej osób, o bardzo różnych temperamentach. Dlatego takie działanie było jak najbardziej na miejscu. W ten sposób zabezpieczona została powaga wizyty, w razie gdyby jakiś podchmielony natręt chciał robić zamieszanie.
    Tym bardziej, że przyjechała też pani minister Anna wraz z profesorem Jachimiakiem. Nie mówiąc już o Dorotce z dziećmi, w towarzystwie pani Heleny.

    Mało się udzielałem tego wieczoru. Dymitr musiał pełnić honory jako przewodniczący delegacji, skoro stronę gospodarzy reprezentowała teraz osoba wyższa od niego rangą, nie było więc mowy o jakiejś ustronnej bibce ze mną. Poza tym, polską delegację reprezentowali wojewoda, marszałek województwa, wójt gminy, a ze strony banków był prezes Zielonik, więc ja odetchnąłem i poczułem się czasowo zwolniony z obowiązku dotrzymywania im towarzystwa. Miałem czas dla rodziny. Pamiętałem przecież, że wielkimi krokami zbliżają się wakacje i chłopcy, jak co roku, już za pięć dni mieli wyjechać ze swoją klasą na zwiedzanie Europy. Następny weekend będziemy już spędzać z Dorotką we dwoje.
    Moje kochanie również nie spieszyło się do spotkania z gośćmi. Zanim Helena przejęła władzę nad kuchnią, poprosiła ją o zorganizowanie nadzoru nad dziećmi, a potem wszystko poszło znajomym torem. Prysznic, sypialnia i nasze upojne chwile… Dopiero po wszystkim zostałem rozgrzeszony i dostałem zgodę na ewentualne imprezowanie z Dymitrem. W zależności od rozwoju sytuacji.

    Długo by opowiadać o tym, co działo się tego wieczoru, chociaż dyplomatyczne reguły nie zostały mocno nadwyrężone. Ze względu na wielość spotykających się osób, jednolita dyskusja szybko okazała się niemożliwa, więc po jakimś czasie, kiedy alkohol dawał o sobie znać, poszczególne grupki zainteresowanych jakimś tematem znikały spod strzechy, szukając ustronnych miejsc do prowadzenia rozmowy. Były to ławki nad jeziorem, albo też w alejkach, nieważne. Ludzie potrzebowali ustronnego miejsca, aby zwyczajnie wymienić poglądy.
    Ochrona zaczęła się skarżyć, że nie daje rady w takiej sytuacji, a wtedy Stawiarz znalazł wyjście. Całość członków rady gminy i ich gości zaprosił na nowy taras po drugiej stronie hotelu i tam mogli już imprezować do woli. A wtedy goście i najważniejsi gospodarze mieli wreszcie w miarę spokojny wieczór. Pod strzechą zrobiło się o wiele ciszej.

    Wtedy też, wszyscy zeszliśmy się ponownie przy jednym stole. Słońce zachodziło, dzień pracy dawno się zakończył i już nikt od nikogo nie wymagał wielkiego bon tonu, chociaż Anna nie zasypiała gruszek w popiele i zdecydowała się na szukanie podsumowania.
    - Jak pan minister ocenia prywatnie wizytę delegacji? Czy wyniesiecie z niej pozytywne spostrzeżenia o Polsce? W jakim stopniu spełniliśmy wasze oczekiwania?
    - Pani minister, zdecydowanie jestem pod wrażeniem! Odpowiedni komunikat prasowy zostanie opublikowany jutro, a teraz nie chciałbym zawracać pani głowy. Proszę pozwolić jeszcze moim ludziom zebrać opinie u źródeł. To się rzadko zdarza, żeby ktoś tak otwarcie rozmawiał nie tylko o sukcesach, ale i o problemach. To jest bardzo ważne! Musimy się uczyć, mamy zaległości, ale proszę pozwolić nam uczyć się również na waszych błędach. Chcemy je poznać zupełnie tak samo jak laurki i osiągnięcia.

    - A poznajecie je?
    - Tak! Każde przedstawienie jakiejś drogi do celu, określa też jej hamulce i różne wyboje. Tego się nie mówi publicznie, ale my jesteśmy specjalistami i potrafimy czytać pomiędzy wierszami.
    - I co szczególnego państwo wyczytali?
    - Na przykład bardzo ważną dla nas rzecz, którą jeszcze w Bukareszcie sygnalizował mi doradca pani minister, czyli pan Tomasz.
    - Mianowicie?
    - Pan Tomasz zaprzeczył, kiedy zapytałem go wtedy o dawanie łapówek, a ja tego jeszcze nie rozumiałem. Teraz wysłuchałem wielu ludzi, zobaczyłem jak się państwo zachowujecie wobec siebie i uwierzyłem, że to możliwe! Można się przyjaźnić na zasadach chłopców z podwórka, którzy sobie pomagają, nie oczekując niczego w zamian. Niewiarygodne, ale to ma sens! Po co dawać łapówki, jeśli można stwarzać jasne i czytelne warunki dla uczciwych inwestorów? Oni wtedy przyjdą! Nie jesteśmy więc skazani na dorobkiewiczów, którzy mają za nic lokalną społeczność i będą generować konflikty. Prawdą jest, że to musi potrwać, że wypracowanie takiej atmosfery wymaga samozaparcia i wielkiej wytrwałości, ale to jest ta właśnie droga.

    - Ta droga wymaga lokalnych patriotów – przerwał mu wójt. – I wiary w sukces, chociaż nikt nie ścieli dywanów przed takimi ludźmi.
    - Wiem o tym. Ale tacy ludzie istnieją w różnych lokalnych społecznościach, oni są ich solą! Najczęściej niedocenianą, co muszę przyznać z pokorą. Będziemy musieli poważnie się przeorientować i spróbować wsłuchać się w ich słowa. To jest dobry kierunek!
    - Ta droga wymaga także dobrych doradców, którzy staną murem za kimś takim w trudnych chwilach – podsumowała Anna. – Nie doceniałam spostrzeżeń pana ministra, ale teraz muszę przyznać, że mam zupełnie podobne.
    - Bardzo mnie to raduje! Pani minister…

    Po kilku niemal oficjalnych toastach, znowu powstały zespoły dyskutantów, ale tym razem nikt już nie interweniował. Rozmawiano kto z kim chciał i w czyim chciał towarzystwie, a wszelki protokół dyplomatyczny pozostał gdzieś zawieszony na kołku.
    Dorotka przepadła gdzieś, nawet nie wiedziałem z kim, zaś Dymitr i Anna odeszli do innego stołu wraz z Zielonikiem. Skoro mnie nie prosili, to i nie widziałem potrzeby, aby do nich dołączyć. Lidka z kolei, oraz Zbyszek wybrali jeszcze inny stół do rozmowy z drugim panem z delegacji.
    W pewnym momencie spostrzegłem, że przy stole zostałem sam. Owszem, siedziało tu kilka osób, ale zajęci byli sobą, na mnie nie zwracał uwagi nikt, a wtedy zrobiło mi się głupio.

    Może gdybym był wtedy trzeźwy, przeczekałbym taki zbieg okoliczności, ale pobudzone alkoholem ego zagrało i mocno zniesmaczony poszedłem nad jezioro odetchnąć wilgotnym powietrzem. Jeszcze świadomość, że Jachimiak zniknął gdzieś z uroczą Rumunką, chociaż nie pamiętałem nawet jak się nazywała…
    I pomyśleć, że tę całą imprezę ja sprowokowałem, a teraz nawet nie mam z kim posiedzieć przy wieczornym stole… szlag mnie zaczynał trafiać!
    Nakręciłem się niemożliwie i zupełnie bezsensownie, jak na mój wiek i stanowisko. Zerkałem jeszcze znad jeziora w stronę wiaty, jednak nikt mnie nie potrzebował. Sytuacja dyskutujących grupek zupełnie się nie zmieniała, byli zadowoleni z siebie i nie rozglądali się za mną. Wtedy postanowiłem zrezygnować z ich towarzystwa i poszedłem w stronę sauny.

    Tu miałem wszystko. Zestaw napojów i zakąsek. Przez kilkanaście minut korzystałem z jednego i drugiego, ale później przyszła refleksja. Dzieci są w domu i śpią, jednak rano się obudzą. Wystarczy więc! Pozamykałem wszystko i powlokłem się do domu.
    Drzwi wejściowe do salonu były zamknięte, klimatyzacja działała, a kiedy je otwarłem…

    Dorotka siedziała wytwornie przy stoliku naprzeciwko pani Eleny Dartanu, członkini rumuńskiej delegacji, trzymając w dłoni kieliszek z białym winem. Podobnie jak jej rozmówczyni. Wesołe, uśmiechnięte oblicza wskazywały, że nie jest to dla nich męczarnią.
    - Moje uszanowanie paniom! – zaanonsowałem. Pani Elena uśmiechnęła się przyjaźnie.
    Dorotka spojrzała na mnie, upiła kroplę, po czym odstawiła kieliszek i podniosła się z fotela.
    - Nie będę ci proponowała dzisiaj towarzystwa przy stole, zgadzasz się?
    - Owszem.
    - Pójdziesz do sypialni sam, czy cię odprowadzić?
    - Nigdy mnie nie trzeba odprowadzać. To jest taki mój matecznik, że na kolanach do niego dopełznę, póki ty tam ze mną będziesz!
    - W porządku.

    - Przyjdziesz do mnie później?
    - A gdzie miałabym pójść? – uśmiechnęła się. – Skarbie! Tam jest moje miejsce, nawet jeśli jesteś w takim stanie jak teraz. Nie będzie też żadnej alternatywy! Idź już, zahacz o łazienkę i możesz nawet zasnąć. Ja przyjdę, nie obawiaj się.
    Cóż mogłem jej odpowiedzieć?

    Rano spotkaliśmy się w salonie na śniadaniu. My z Dorotką i dzieciakami, oraz Anna, Dymitr, Lidka, oraz… Elena. Ki diabeł? – myślałem swoim mało trzeźwym umysłem. Czyżby spała u nas w domu?
    Nic z tego myślenia nie wynikło, na dyskusje nie było czasu, a później zapomniałem o tym wszystkim.
    Chociaż zanim pożegnaliśmy się oficjalnie, wyszliśmy jeszcze z Dymitrem na zewnątrz domu i pogadaliśmy o przyszłości. Zaprosiłem go tutaj jeszcze raz, nawet z rodziną i tym razem bez ceremoniału, a za wczoraj opieprzyłem, że musiałem w saunie pić sam.

    - Kto to jest ta wasza Elena? – zapytałem na koniec.
    - Dyrektorka departamentu w odpowiedniku waszego ministerstwa skarbu. Ważna postać, ustosunkowana persona, lepiej jej nie lekceważyć.
    - Nie mam takich zapędów, a ta druga? Synea chyba, czy jakoś tak…
    - Masz swoją żonę? To ją pilnuj!
    - Tak jest! Nie mam więcej pytań.
    Ugryzłem go, czy co? Nie wyjaśniliśmy już tego zagadnienia. Pożegnaliśmy się na koniec, delegacja odjechała, a po kilkunastu dniach nastąpił szok! W Rumunii zmienił się rząd, do władzy doszła opozycja i Dymitr stracił swoje stanowisko. Byłem zdruzgotany! Całe moje starania były na nic!
  • #24
    literatka
    Level 12  
    O zmianach w rządzie Rumunii dowiedziałem się od profesora Jachimiaka, zanim podały to agencje i od razu skontaktowałem się z Dorotką.
    - Rozumiem – odparła spokojnie, usłyszawszy moje rewelacje. – Jeśli masz czas, to przyjedź do banku, a jeśli nie, porozmawiamy już w domu.
    A w domu wyszło szydło z worka. Moja żona nie chwaliła się wcześniej efektami rozmowy z Eleną, gdyż ta ją uprzedziła, że sytuacja u nich wisi na włosku. Nie jest więc pewna scenariusza przyszłych wydarzeń. Ma jednak szansę pozostać na swoim miejscu i tak się też stało! Elena Dartanu nie tylko pozostała w ministerstwie i przetrwała zmianę władzy, ale jakimś cudem jej znaczenie jeszcze wzrosło.

    Dorotka opowiedziała mi natomiast jak przebiegała ich rozmowa wtedy, w salonie. Elena próbowała zainteresować ją uzdrowieniem kilku ich komunalnych banków, na bazie tego scenariusza, który zrealizowaliśmy kiedyś z Alba Bankiem.
    - Niemal ją wyśmiałam, próbując oczywiście zachować fason. Przedstawiła się wprawdzie jako specjalistka od finansów, ale zaserwowała na początek takie androny…
    - A co ci zaproponowała?
    - Żebym kupiła te banki i je zrestrukturyzowała.
    - A nie chciałaś tego?
    - Nie żartuj! To nie jest ta skala! Co ja mogłabym robić z dwoma czy trzema lokalnymi bankami komunalnymi, o kapitale ułamkowym? Szkoda zachodu!

    - I co ona na to?
    - Właśnie. Wystrzeliłam jej bez skrupułów, że albo sprzedadzą mi wcześniej jakiś bank z pierwszej dziesiątki, a najwyżej piętnastki, albo nie ma nawet o czym rozmawiać. Dostałam wtedy w odpowiedzi świetną propozycję, ale nie zdradzę ci szczegółów, żeby nie zapeszyć. Proszę, nie pytaj o nic więcej, kiedyś powiem ci wszystko. Na razie jednak to tylko oferta, ale bardzo zachęcająca i trzymam rękę na pulsie, czekając na rozwój sytuacji. U nich też ludzie się zmieniają i nie będą wiedzieli od kiedy i skąd ja tak dużo wiem. Uzyskałam przewagę negocjacyjną, więc jest bardzo dobrze i za to ci dziękuję! To czego od ciebie oczekiwałam, wytworzyłeś z naddatkiem, jesteś wręcz genialny!
    - Ale się wygłupiasz…

    Nie do końca uwierzyłem w jej słowa, bo chwilami brzmiały dość ironicznie, ale szybko się przekonałem, że mówiła prawdę. Po kilkunastu dniach do Bukaresztu wyjechała grupa naszych analityków, która przywiozła dość ogólną ofertę ze strony władz rumuńskich, później bank odwiedzili negocjatorzy rumuńscy, a wszystko to działo się w teoretycznie martwym, wakacyjnym okresie. Dorotka scedowała rozmowy na Jacka Mielniczuka, sama zaś pływała ze mną w Wylewie, niby to nie interesując się niczym. Korzystała przecież z urlopu.

    Kiedy jednak pod koniec lipca do Polski przyjechała ponownie Elena, błyskawicznie znalazła czas, wróciła na jeden dzień do banku, po czym zaprosiła rumuńską delegację nad jezioro. Delegację, gdyż Elena, już jako sekretarz stanu, zawitała do nas w towarzystwie zespołu prawników, oraz jakiegoś wysokiego urzędnika, diabli wiedzą jakiej rangi. Albo z kontrwywiadu, albo z jakichś służb, nie mogłem pojąć. Próbowałem z nim rozmawiać luźniej, jednak okazał się odporny na wszelkie pokusy. Aż się wkurzyłem i zleciłem Pawłowi Dedejce, aby spróbował go rozpracować.
    Nie było to jednak potrzebne. Elena z Dorotką osiągnęły jakiś kompromis i ostatniego dnia ich pobytu, w towarzystwie szefów zespołów prawników, parafowały umowę, która do końca roku gwarantowała naszemu bankowi wyłączność na negocjacje zmierzające do nabycia bukaresztańskiego banku Sygnateru. Umowa gwarantowała naszym analitykom możliwość wykonania audytu oraz dostęp do wszelkich, bankowych materiałów źródłowych. Droga do Bukaresztu została otwarta.

    To jednak już niewiele mnie dotyczyło. Z bankiem łączyło mnie coraz mniej, wyjąwszy pensję, regularnie wpływającą na moje konto. I to w pełnej wysokości, wraz z wszelkimi premiami. Dorotka podśmiewała się ze mnie w domu, że i tak wypełniam swoje zadanie. Większe pieniądze musiałaby wydawać na reklamę banku, którą zapewniałem jej bezpłatnie. Ale czasami czułem się trochę głupio. Moje wątpliwości rozwiewała jednak Anna, która chyba zapomniała, że jestem jej doradcą społecznym i zlecała mi coraz więcej zadań do wykonania.
    W dodatku, wraz z końcem roku akademickiego, uzyskałem dokument potwierdzający ukończenie studiów podyplomowych, co bardzo spodobało zarówno jej, jak i Jachimiakowi. On też przestał mieć skrupuły, że nie dam sobie z czymś rady i próbował mnie wypychać do pierwszego szeregu. Szczególnie przy rozmowach z dziennikarzami. Nie dałem się w to wrobić, jednak Annie nie mogłem odmawiać.

    Jednym z kilku trudnych problemów, z jakimi mnie „ożeniła”, była tląca się od dawna sprawa pogranicza polsko – litewskiego i dążenia lokalnych społeczności, zamieszkałych w pewnym oddaleniu od istniejących przejść granicznych, do swobodnego korzystania z ruchu lokalnego. Niby zwyczajna sprawa, ograniczeń formalnych nie ma, wszyscy są zamieszkali w strefie Schengen, a jednak…
    Infrastruktura tych terenów była mocno zaniedbana i było to pozostałością dawnego ustroju. Ale czasy się przecież zmieniły! Więc na lokalnych zebraniach ludzie mocno gardłowali, aby stworzyć im warunki do swobodnego przemieszczania się. Czyli wybudować nową drogę, bo do istniejących przejść mają zbyt daleko.

    Oczywiście, nie mieli żadnej ochoty do wyjazdu na wschód. Zdawali sobie jednak sprawę, że brak drogi uniemożliwia im korzystanie z zalet handlu przygranicznego. Że omija ich potok kupujących, a to w wielu przypadkach decydowało o być albo nie być dla wielu rodzin.
    Wszystkie te opcje były mi doskonale znane, tak samo jak i wojewodzie Zbyszkowi, a także marszałkowi województwa. Mało tego, wszyscy te argumenty akceptowaliśmy, ale... wszyscy wciąż napotykali ścianę.

    Sytuacja była kuriozalna. Wybudowanie łącznika odpowiedniej długości kosztowałoby zaledwie kilkadziesiąt milionów złotych. Kwotę do przełknięcia dla każdego województwa, pod warunkiem, że cała budowla znalazłaby się na jego terenie. Tu jednak nie było takiej sytuacji. Główna część tego odcinka znajdowała się po stronie polskiej, ale jej druga, niewiele mniejsza część, już po stronie litewskiej. No i zaczęły się schody.
    Spróbowano przymierzać się w takim razie do uruchomienia któregoś z europejskich programów rozwojowych, ale tu schody okazały się jeszcze bardziej strome. Taka droga, jak się okazało, musi wtedy odpowiadać określonym standardom. Musi jej towarzyszyć odpowiednia infrastruktura, odpowiednio wyposażone przejście graniczne, wprawdzie nie użytkowane, ale ma być i już! Dlatego też koszty urosły monstrualnie!

    To wszystko, uwzględniając oczywiście dotację i tak było do zaakceptowania dla marszałka, dysponenta funduszami na programy rozwojowe, jednak zaporą okazał się ostatni wymóg. Inwestycja otrzymywała dofinansowanie dopiero wtedy, kiedy zaczynała spełniać założenia, czyli być użytkowana. Tu jednak nie było takiej nadziei, gdyż strona litewska nie wykazywała entuzjazmu, więc na użytkowanie nie można było liczyć! Nie było więc sensu przymierzania się do budowy. Na zmarnowanie kilkudziesięciu milionów nikt ochoty nie miał.

    Paranoiczny węzeł nie do rozwiązania. Było już po rozmowach resortów spraw zagranicznych i z ich strony nie stawiano przeszkód dla inwestycji. Także ministerstwa spraw wewnętrznych jakoś się dogadały, uzgadniając swoje stanowiska. Cztery lata minęły, a mimo to sprawa nie posunęła się naprzód nawet o jotę. Litewskie ministerstwo rozwoju miało zupełnie inne priorytety.
    Było to częściowo zrozumiałe, gdyż Litwini traciliby zyski z handlu w tej małej strefie, ale główne znaczenie miała inna kwestia. To jest jednak mały kraj i dla nich kwoty dotacji wielkości kilkudziesięciu milionów euro wyglądają inaczej niż u nas. Mają przecież wiele potrzeb, a to połączenie drogowe nie było dla nich ważne. Dlatego ustawili je na końcu kolejki, mimo pozytywnych opinii z innych resortów. I takie stanowisko ciągle nam prezentowali.

    Kiedy zapoznałem się z całą historią i dokumentacją tematu, wybrałem się do Anny i przedstawiłem swój pomysł na rozwiązanie problemu. Otóż, skoro wciąż istnieją podobne, stosunkowo drobne problemy pomiędzy krajami członkowskimi, a naliczyliśmy ich w Europie kilkadziesiąt, niech nasza kochana Unia zdecyduje się dofinansować je na poziomie dziewięćdziesiąt pięć procent. Bo inaczej będą nam zatruwały życie przez długie lata!
    Niech to będzie zachętą, aby się ich pozbyć raz na zawsze. Natomiast źródłem finansowania niech będą niewykorzystane sumy, zwracane do budżetu przez kraje członkowskie, a jest tego wystarczająco wiele i starczy na wszystkie potrzeby.

    Anna mój pomysł zaakceptowała, taki też wniosek zgłosiła w imieniu polskiego rządu do Brukseli. Co ciekawsze, przyjęty został dość przychylnie. I już po kilku miesiącach ogłoszona została formalna możliwość zgłaszania wspólnych, międzynarodowych projektów. Warunkiem była jednak deklaracja, że całość inwestycji zostanie uruchomiona po obydwu stronach granicy, w tym samym terminie.
    U dziennikarzy pomysł zaczął funkcjonować pod nazwą „Inwestycje pomysłu Anny Lechowicz”, co niezbyt mi się podobało. Ale tak to już bywa. Śmietankę zawsze spijała ta ważniejsza persona, problemy natomiast musieli rozwiązywać ci stojący poniżej.
  • #25
    literatka
    Level 12  
    Pani minister nie zapomniała jednak o mnie, co zaowocowało członkowstwem w dwóch radach nadzorczych spółek skarbu państwa, oraz wzrostem zlecanych mi zadań. Coraz częściej jeździłem po kraju, reprezentując ją w rozmowach z samorządami, poznawałem problemy regionów aby móc sporządzać dla niej opinie na temat różnych projektów. Czasem nie wracałem na noc, zatrzymując się w lokalnych hotelach i w ogóle, mój tydzień pracy w ministerstwie zaczął się niepokojąco wydłużać zdecydowanie ponad ustawowe czterdzieści godzin. Biorąc pod uwagę fakt, że wszystko to robiłem bezpłatnie, sytuacja zaczynała mnie lekko denerwować.

    Dorotka jednak uspokajała mnie i prosiła bym nie marudził. Że mam niepowtarzalną okazję sprawdzenia się w pracy samodzielnej, w realizowaniu nowych wyzwań i to bez jej ochronnego parasola. Była wręcz zadowolona z rozwoju sytuacji twierdząc, że jest to bardzo dla mnie korzystne. A skoro daję sobie radę, nie widzi żadnych powodów do moich stresów.
    Cóż mogłem jej na to odpowiedzieć. W terenie odwiedzałem czasami przy okazji nasze oddziały, co uzasadniało moje bankowe delegacje i tak to się kręciło. Bank wciąż wypłacał mi pełne wynagrodzenie, chociaż pożytku ze mnie miał coraz mniej i mało kto wiedział gdzie i co tak naprawdę robię.

    W domu natomiast opiekę nad bliźniakami przejęła pani Helena, a w praktyce jej znajome Białorusinki. Chłopcy nie wyglądali na bardzo zmartwionych tą zamianą, może dlatego, że i Dorotka bardziej się nimi interesowała? Mnie przecież często nie było w domu. Wracałem późno, bywało że wręcz w nocy. Jednak moja kochana, niezmiennie witała mnie w sypialni uśmiechem i pod tym względem nic się między nami nie zmieniało.

    Dorotka zresztą miała ten rok fantastyczny i dobry nastrój jej nie opuszczał. Nie dość, że bank miał bardzo dobre wyniki a wycena jego akcji wzrosła rok do roku o prawie dziesięć procent, to na początku grudnia, kiedy projekt rumuński został ostatecznie i definitywnie sfinalizowany, giełda nagrodziła ten krok dodatkowymi punktami, nie zważając na konieczność dokapitalizowania rumuńskiego nabytku oraz przeprowadzenia jego pełnej restrukturyzacji.
    Tym zresztą zajęła się ekipa wysłana z Polski tuż po nowym roku, kiedy Solution Poland objął w posiadanie większościowy pakiet akcji i musiano pilnie sporządzić plan działań. Dorotka wyznaczyła ekipie nieprzekraczalny termin trzydziesty pierwszy października na uporządkowanie schematu organizacyjnego oraz pełną integrację systemów elektronicznych. Oznaczało to masę pracy dla wieloosobowego zespołu i to przez szereg miesięcy.
    Na szczęście, wszystkie te sprawy zostały przewidziane podczas prowadzenia rozmów. Bankowi specjaliści zostali zakwaterowani w wykupionym, nowo wybudowanym obiekcie o standardzie zdecydowanie ponadprzeciętnym, więc warunki do życia i do pracy mieli nie najgorsze. Mogli skupić się na wykonywaniu zadań.

    My natomiast, na początku nowego roku, urządziliśmy sobie nadzwyczajny, chociaż mało formalny urlop. Zapału do pracy w nowym roku Dorotce wystarczyło na kilka dni, po czym uznała, że po tak napiętym, pracowitym, oraz skutecznym wysiłku, dodatkowy odpoczynek nam się zwyczajnie należy i już. W pracy poustawiała wszystko jak powinna, zajęcia na uczelni zleciła Mielniczukowi, chłopcy tradycyjnie wyjechali wtedy ze szkołą na narty, a nas opanowało wtedy dziwne uczucie. Postanowiliśmy przedłużyć sobie rozkosze oraz przyjemności, zapoczątkowane pięknym, sylwestrowym balem w Pokrzywnie.

    Zapowiadał się i był jeszcze lepszy niż w ubiegłym roku, bardziej elegancki i piekielnie drogi. Obawialiśmy się o frekwencję przy tych cenach, jednak fama nie tylko Lidki zrobiła swoje. Pokrzywno w pewnych sferach zrobiło się modne, więc mnóstwo ważnych osób widywanych często w telewizji, jakoś się o nim dowiedziało i wręcz zabiegało o zaproszenie.
    Tak samo kilku konkurentów Zielonika, postanowiło przyglądnąć się jego nowemu otoczeniu i mieliśmy na tegorocznym balu dość ciekawy zespół uczestników tak zwanej błękitnej krwi. Co ciekawsze, przy pożegnaniu wydawali się w pełni usatysfakcjonowani imprezą. Lidka mogła więc liczyć na ich ponowne odwiedziny.

    Czyli, w podsumowaniu, kolejne czterodniowe balowanie okazało się wielkim sukcesem promocyjnym, jednak Lidka kręciła głową. Przewidywała, że Stawiarz przesadził przy tym z kosztami i namacalnych zysków nie będzie. W dodatku, nasze prywatne samopoczucie psuła świadomość, że rodzice Dorotki znowu przyjechali na święta do Justyny, ale do nas nie zaglądnęli.
    Dlatego też, informując wszystkich dookoła służbowo i prywatnie, że wylatujemy na Karaiby, wyjechaliśmy po cichutku do Podkowy, aby przetrawić imprezowo – rodzinną mieszankę, izolując się przy tym od świata zewnętrznego.

    Po ubiegłorocznym remoncie mieliśmy tutaj wszystko, czego nam było potrzeba. Saunę, solarium, siłownię, basen z ciepłą wodą, wodne masaże, pokój kosmetyczno-zabiegowy, barek z szampanem oraz ciszę i spokój, gdyż rozmowy o banku i mojej pracy zostały zakazane.
    Pewnie dlatego, pierwszy dzień, a była to środa, spędziliśmy właściwie się nie ubierając. Na brzegu basenu leżał ogromny materac, woda miała temperaturę dwadzieścia sześć stopni, powietrze przy nim tyle samo, po co więc było się ubierać? Byliśmy siebie spragnieni. Moje zaangażowanie pracą w ministerstwie zburzyło naszą poprzednią stabilność wieczornych zachowań i jakoś tak odruchowo, chcieliśmy coś nadrobić. Jak kiedyś, gdy nie widywaliśmy się latami.

    Urządziliśmy sobie zatem niemal powtórkę naszych zachowań z okresu tamtego lata w Pokrzywnie, przy czym materac udawał plażę, a basen jezioro. I tak jak wtedy, nie kłopocząc się brakiem kostiumów, pływaliśmy w basenie nago, po czym baraszkowaliśmy na materacu, próbując wszystkiego, co tylko sprawiało nam przyjemność.
    Nawet kiedy przychodziła do nas Helena, bo w końcu musieliśmy też coś jadać, Dorotka niezbyt skwapliwie się okrywała, a mnie to już w ogóle było wszystko jedno, skoro byliśmy tu razem. Odwracałem się jedynie na brzuch. A Helena zachowywała się zwyczajnie, jakby niczego nie zauważała. Porozmawiała czasem, ustalając nasze życzenia chociażby odnośnie menu, po czym wychodziła, bez jakiegokolwiek komentarza dotyczącego nas w zastanej sytuacji.

    Natomiast wieczorem, już po kolacji, towarzyszyła nam bezceremonialnie, siedząc w fotelu i popijając którąś ze swoich nalewek. Nie rozbierała się i nie kąpała razem z nami, ale nie reagowała też na naszą nagość, kiedy postanowiliśmy poszaleć w wodzie. Zwyczajnie rozmawialiśmy wesoło o wszystkim i o niczym, jakby nigdy nic. Mało tego, wieczorem wydarzyła się jeszcze inna sytuacja.
    Dziwnie mogłaby wyglądać dla kogoś z zewnątrz, kto widziałby jak Helena pomagała mi masować Dorotkę, która akuratnie wpadła na pomysł, aby wypróbować jakiś nadzwyczajny balsam, który należało wmasować w jej ciało. Położyła się wtedy w gabinecie na stole do masażu, domagając się ode mnie wypełnienia takiej roli.

    Znałem jej wymagania. To się musiało zakończyć jej orgazmem, innego wyjścia nie było. A Helena pomagała mi w tym niby niewinnie, poza obszarem stref wrażliwych, ale i tak z dużą znajomością rzeczy. Przy czym wcale nie wyglądała na zdziwioną zakończeniem seansu. Odwracała wtedy wzrok, odchodziła jakby nigdy nic, jakby niczego nie zauważyła.

    To wszystko jednak znudziło się mojej żonie już po pierwszym dniu i, jeśli mam być szczery, nie byłem tym faktem zdziwiony. Miałem podobne odczucia. Bo jak mam się teraz interesować jej nagością tak jak wtedy? Przecież widuję ją nagą niemal codziennie! Jak więc mam wrócić zachowaniami do tamtych czasów nad jeziorem, kiedy dopiero otwierała się przede mną? Kiedy odkrywałem jej tajemnice, schowane przede mną jeszcze w pociągu?
    Przecież do tej plaży nad jeziorem, do westchnień skoncentrowanych na jej piersiach i spojeniu ud, nie można było wrócić, ani ich powtórzyć!

    Kiedy drugiego dnia, zupełnie nadzy wyszliśmy z basenu na materac, zdałem sobie sprawę, że widok mojej pięknej, młodej i cudownej, zupełnie nagiej żony… coraz mniej mnie podnieca.
    Na pewno się starzałem, to nie ulegało wątpliwości. Moje łóżkowe możliwości wyraźnie malały, chociaż regularne współżycie wciąż powodowało, że formę miałem wysoką, ale bez przesady. O takiej częstotliwości aktów jak trzydzieści lat wcześniej, jeszcze w akademiku, mogłem teraz zapomnieć.
    Nawet ten, wręcz kosmiczny zapach jej perfum, w basenie nieobecnych, a których często używała aby mnie pobudzić, wystarczał jedynie na dodatkowy jeden raz dziennie. Natomiast jej wymagania stale rosły! I to stanowiło dla mnie zagadkę.

    Kilka razy próbowałem z nią porozmawiać o tych sprawach, ale zbyła mnie sloganami, podanymi w dodatku z uśmiechem i domaganiem się pieszczot. Nie tłumaczyła niczego i nie próbowała czegokolwiek objaśniać. A ponieważ wiedziałem, jak mocno była zaangażowana, nie tylko psychicznie w sprawę rumuńską, chociaż dość skutecznie robiła wrażenie, że ją to mało interesuje, odpuściłem takie rozmowy, aby jej nie przeszkadzać w kontrolowaniu wydarzeń.
    Tym bardziej, że nie widziałem żadnej przesłanki, żadnego powodu do podejrzeń, iż nie jest mi wierna. Przeciwnie! Dorotka na zewnątrz była nieprzystępna tak jak wcześniej. W banku nie było mowy o rozluźnieniu dyscypliny moralnej, o czym wiedziałem od Pawła Dedejki i asystentek, z Beatką na czele. Tam nic się nie zmieniło. Zajmowaną się pracą i wyłącznie pracą. Natomiast po pracy Dorotka zajmowała się dziećmi. Helena też niczego mi nie sygnalizowała. W tym domu wciąż byłem dla niej „numero uno”. A Dorotka zwyczajnie czekała wieczorami na mnie i była wtedy fantastyczna! W czym więc tkwił problem?

    Według wszelkich medycznych poradników, szczyt jej potrzeb seksualnych powinien już powoli się zniżać, ale tym razem praktyka nie zgadzała się z teorią. A może tak mi się tylko wydaje?
    Postanowiłem, że ten urlop wykorzystam na poważną rozmowę o naszych sprawach. W końcu coś mi przecież kiedyś obiecała. A ja o tej przyrzeczonej mi, przyszłej córce, jak na razie nie zapomniałem.
  • #26
    literatka
    Level 12  
    Drugiego dnia, jeszcze przed obiadem, popijaliśmy szampana siedząc w fotelach przy szklanej, rozsuwanej ścianie, za którą bielił się śnieg. Wtem Dorotka spostrzegła samochód Lidki, zajeżdżający pod nasz dom.
    - Popatrz, popatrz! – roześmiała się. – Chyba wyczuła pismo nosem.
    Nawiązywała w ten sposób do fałszywki, którą rozpuściliśmy w swoim otoczeniu, że wylatujemy na Karaiby, w związku z tym łączności telefonicznej nie będzie i prosimy, aby nas nie niepokoić.
    Częściowo to się powiodło. Telefony leżały w kuchni pod opieką Heleny i dotąd codziennie nam meldowała, że w eterze trwa cisza, a my mieliśmy niezły ubaw.

    - Wypadałoby nam chyba się ubrać – zauważyłem.
    - Nic z tego! – zaprotestowała, potrząsając biustem. – Jestem na Karaibach, na bezludnej wyspie, a tam nie trzeba zakładać majtek. Mam ochotę czuć się swobodnie i koniec.
    - A ja? Mam dyndać w jej towarzystwie?
    - Już nie mów, że jesteś taki wstydliwy. Jakoś wcześniej niezbyt się przy niej krępowałeś.
    - Wcześniej nie byłem tak wyeksploatowany jak dzisiaj…
    - Narzekasz na mnie?
    - Przecież nie o to chodzi. Tylko ona zaraz skomentuje, że niewiele już mi zostało do dyspozycji…
    - To nie jej zmartwienie. Chodźmy lepiej na materac, to ci trochę przybędzie.
    - Nie, proszę! Słoneczko, później. Mam tam zupełną pustkę.
    - No dobrze, przepaszmy się ręcznikami i zajmiemy szampanem.

    Lidka stanęła jak wryta, ujrzawszy nas w takim stanie. Siedzących w fotelach i na dodatek z kieliszkami w dłoniach.
    - Tak myślałam. Tak myślałam! – powtórzyła. – Teraz już wiem, że ten wasz przybytek rozpusty nazywa się Karaiby.
    - Siostro! – warknęła Dorotka. – Nie pozwalaj sobie!
    - Bo co?
    - Bo jeśli seks małżeński jest dla ciebie rozpustą, to jakie świadectwo wystawiasz własnym dzieciom? Chyba, że urodziły ci się jako wiatropylne lub z tchnienia ducha świętego, wtedy zwrócę ci honor.
    - Nie bądź taka zasadnicza.
    - Ależ na odwrót! Właśnie taka będę! Tu jest przybytek miłości i wzajemnego szacunku, którym obdarzamy się z moim mężem i proszę tego nie profanować! A że nie mamy przed sobą niczego do ukrycia…
    - Widzę...

    - Więc jeśli przyszłaś tu w pokojowych zamiarach, to zrzucaj szmatki i napij się z nami szampana, bo w ubraniu go nie dostaniesz. Jeśli natomiast takowych zamiarów nie masz, to musisz poczekać do końca naszego urlopu. Na razie obydwoje zajmujemy się seksem, szampanem oraz pochodnymi. I tak będzie jeszcze przez tydzień. Wybieraj zatem!
    Lidka wahała się przez kilka sekund, a potem uśmiechnęła się.
    - Przekonałaś mnie.
    Weszła do rozbieralni, a po chwili wyszła z niej okryta ręcznikiem, a i ten odrzuciła na brzegu basenu przed zejściem do wody.
    - Podaj jej kieliszek, choćby do wody. Zasłużyła tym razem – przypomniała mi Dorotka, po czym tak samo ześliznęła się w seledynową toń.

    Obiad zjedliśmy przyodziani jedynie w szlafroki, co nawet Helenie niezbyt się podobało, ale ten jeden raz nam wybaczyła. Dorotka obiecała jej w zamian, że od jutra będziemy zachowywać kindersztubę. Natomiast po obiedzie miałem chwilę oddechu, gdyż dziewczyny zajęły się rozpracowywaniem salonu kosmetycznego i zawartością szafek z całą masą zgromadzonych przez Dorotkę ingredientów. Wąchały, wcierały, nacierały, próbowały coś tam wmasowywać, doszło nawet do tego, że zażądały mojej pomocy, gdyż ponoć miały zbyt słabe dłonie do takich zabiegów. Ale ekscytacji nie było.
    Dorotka stała obok mnie gdy masowałem Lidce plecy i uda, więc na żadne wygłupy nie mogłem sobie pozwolić. Chociaż z pooglądaniem pewnych damskich szczegółów, nie miałem większych trudności.
    Później obydwie skorzystały jeszcze z solarium, Dorotka dlatego, że Karaiby wymagały przecież opalenizny, a Lidka tak przy okazji.

    - Zostaniesz dzisiaj z nami? – spytała Dorotka, niczego wcześniej ze mną nie uzgadniając.
    - Coś ty! Musiałabym uzgodnić to z mamą i opiekunką – odparła. – I tak miały niezłe urwanie głowy z nami na przełomie roku.
    - A Romaszko by ci pozwolił? – zapytałem.
    - Przecież jego nie ma – wyjaśniła Dorotka.
    - A gdzie się podział?
    - Dobra dusza wysłała go do Bukaresztu – odparła Lidka. – Gdybyś ty słyszała jak klął, kiedy się pakował przed wyjazdem, nie byłoby ci tak wesoło.
    - Trudno, ktoś musi – Dorotka wzruszyła ramionami. – Ja nie jestem informatykiem, więc muszę kogoś upoważnić do nadzoru. A bardziej kompetentnej osoby nie mam do dyspozycji! Nie przejmuj się, za jakiś tydzień wróci, doczekasz się i ty.

    Nawet nie wiedziałem, że Romek wyjechał na dłużej. Był teraz odpowiedzialny za zamianę oraz integrację ich systemu rozliczeń elektronicznych z naszym. Taka operacja, wraz z dostosowaniem całego schematu organizacyjnego banku potrwa chyba z rok, jeśli nie dłużej, a czas mocno się tutaj liczył. Dopóki nie wprowadzimy tam swojego systemu, nie będziemy pewni ochrony wszelkich bankowych danych.
    - Tam już jest więcej naszych ludzi, całe zespoły – tłumaczyła Dorotka. – Już pracuje ekipa Dedejki, instalując się na stałe. Jest zespół do spraw przeglądu kadr. Jest też grupa z działów organizacji, przygotowująca nowy schemat decyzyjny. Ja na razie wyłączyłam się z tych przygotowań…
    - I ładujesz akumulatory – zaśmiała się Lidka.
    - Żebyś wiedziała. Popatrz sama, Tomek właściwie już się w banku nie pojawia. Ma po uszy zadań zleconych przez panią minister. O wiele więcej, niż miał ich w banku, a ja wieczorami czekam! Przyjeżdża zmęczony, czasem wręcz sfrustrowany, jak mam się wtedy domagać pieszczot? Myślisz że jest zdolny wtedy pomasować mnie tak, jakbym chciała? Jak to zrobił przed chwilą z tobą?

    - Jest tak samo głupi jak i ja – odezwała się Lidka, pomijając milczeniem ostatnią kwestię. – I tak nikt tego nie doceni, tej rezygnacji z wynagrodzenia. A mnie to bezpłatne posłowanie chyba bokiem wyjdzie. Ale muszę przyznać, że masz dobrą opinię u członków naszej komisji – zwróciła się do mnie. – Byłeś przygotowany, kompetentny i bardzo dobrze argumentowałeś stanowisko resortu. Jak ci się w ogóle układa współpraca z Anną?
    - Co się ma układać? Zrzuca na mnie coraz więcej zadań i tyle. A Dorotka nie pozwala mi protestować, więc wygląda to tak, jak wygląda.
    - Nie o to pytam, chodzi mi o wasze prywatne relacje.
    - Takowych w zasadzie już nie ma. Owszem, na początku kilka razy ją podenerwowałem, w paru sytuacjach wręcz demonstracyjnie, w obecności jej sekretarek. Ale przecież dowcipów się nie powtarza i sytuacja z czasem się wyzerowała. Teraz jestem zwyczajnym doradcą. Nikogo już nie dziwi, że czasami mówimy sobie po imieniu i to wszystko. Jestem przy niej zwyczajnym wyrobnikiem, chociaż coraz bardziej znanym zarówno w terenie, jak i w samym resorcie.

    Nieoczekiwanie Dorotka roześmiała się.
    - A ja się czasami zastanawiam, w jaki sposób zdołałeś w tak krótkim czasie ukształtować Beatkę. Bo muszę przyznać, że głównie ona przejęła twoje obowiązki i w dodatku zupełnie nieźle sobie z tym radzi.
    - Ja? Ja ją jakoś kształtowałem? Niby jak i kiedy?
    - To jest właśnie waszą tajemnicą – rozłożyła dłonie. – Pytałam ją kiedyś podobnie, czyli jak sobie radzi. Czy nie potrzebuje jakiejś pomocy. Odpowiedziała mi całkiem radośnie, że kiedy ma problemy z jakimś dyrektorem, to pyta go, czy ma zadzwonić do pana Baryckiego. A wtedy oni miękną! W taki sposób realizuje twoją politykę, chociaż chyba nawet o niej nie wiesz i jej nie znasz.
    - Pewnie, że nie znam. W ostatnim półroczu widziałem się z nią może trzy razy.
    - Wiem o tym, sytuacja normalna nie jest. Na razie jednak, do wakacji, niech zostanie tak jak jest – postanowiła, spoglądając mi w oczy. – Dopiero w czerwcu zastanowimy się co dalej. Rok akademicki się zakończy więc przyjdzie czas na refleksje. Ale teraz jesteśmy na urlopie i pijemy szampana!
    - Lidka, szable w dłoń! – zawołałem.

    Styczniowe wieczory bywają jednak długie. Bardzo długie. Podochoconej alkoholem Lidce wystarczyło czasu aby wpaść w dobry nastrój i wyśmiać nas totalnie.
    - No, te Karaiby będą się wam odbijały czkawką jeszcze przez długie lata! – chichotała. – Ciekawe które z was wpadło na taki kretyński pomysł?
    - Co ci się w nim nie podoba? – próbowałem kontrować.
    - Tomek… daruj! – zaśmiewała się do łez. – Milionerzy rozpuszczają informację o jakichś Karaibach, po czym zamykają się w domu. Taż to jest obciach na poziomie telenoweli!
  • #27
    literatka
    Level 12  
    - Lidka! W obecnej sytuacji nie mogę sobie pozwolić na wyjazd w miejsce, skąd nie będę mogła wrócić w razie potrzeby w ciągu kilku godzin – Dorotka była zasadnicza. – Karaiby były hasłem, które miało zniechęcić wszystkich do dzwonienia i przeszkadzania nam w wypoczynku. Ja naprawdę potrzebuję resetu, a jak inaczej mogłam to zrobić? Tobie się może wydawać, że wszystko jest już poukładane, ale ja nie mogę spuścić oka z tego Bukaresztu!
    Dołóż do tego telefony uczelniane, a to już wariactwo po prostu! Musiałam się zabezpieczyć i na razie zdaje to egzamin. Moje asystentki wiedzą jaka jest prawda i że w razie konieczności mogę zjawić się w banku niemal natychmiast, a to dodaje im pewności siebie.

    - Więc po co było wam pieprzyć o Karaibach? – Lidka nie ustępowała. – Stracicie twarz w odpowiednich sferach i to wszystko.
    - Chyba wiesz, gdzie ja mam te wszystkie sfery, prawda? – broniłem się.
    - Wiem, ale ich lekceważenie tylko pogorszy twoje warunki pracy. Tomek! Jeśli ludzie zaczną cię traktować jako osobę mało wiarygodną, albo niepoważną… Co wtedy zrobisz? Dorka, ciebie dotyczy to samo.
    - Ja mam szefów w zupełnie innym miejscu. To jest Nowy Jork i warszawska giełda – Dorotka nie ustępowała. – Ci, na których mi zależy, zrozumieją. Oni wiedzą, że stać mnie nie tylko na Karaiby, więc nie blefuję. A reszta hejterów mnie nie obchodzi.
    - I wytrzymacie tak na golasa, we dwoje przez cały tydzień? Nie szkoda wam czasu?
    - A co innego zaproponujesz? – dociekałem. – Przecież nie jesteśmy tylko we dwoje, jesteś z nami, a to już jest towarzystwo.
    - Ale ja dzwonię zaraz po taksówkę.
    - Mówisz, że biorąc pod uwagę nieobecność Romka, miałabyś lepsze propozycje? – ukłuła ją Dorotka.

    Lidka zamarła.
    - Teraz ty nie pozwalaj sobie! – warknęła. – To, że pokazałam Tomkowi cycki, wcale nie oznacza, że każdy może je oglądać. Tomek zresztą też nie może, bez twojej aprobaty. Czyli ten temat wyrzucamy z rozważań.
    - Więc co ty byś zrobiła na naszym miejscu? – zapytałem pojednawczym tonem.
    - No… niemowlęta! Czy wam jakiś samum zawiał piaskiem w oczy?
    - A bez tej całej kolorystyki?
    - Do cholery, jedźcie gdzieś! Chociażby w Polskę! Mało jest u nas ciekawych miejsc? Skoro Pokrzywno znudziło się najjaśniejszemu państwu, to zameldujcie się chociażby w mysiej dziurze! Daleko do stolicy nie będzie, kraj jest mały, wrócisz w razie w nagłej potrzeby. Ale nie wyjdziecie wtedy na dusigroszy!
    - Tomek… co o tym myślisz? – odezwała się Dorotka.
    - Z tobą chociażby na koniec świata! – zawołałem, nie zastanawiając się zbytnio nad dalekosiężnym sensem tych słów.
    Było mi wszystko jedno, dopóki byliśmy razem. Tylko to się liczyło.

    - Pojedziesz z nami? – Dorotka zwróciła się do Lidki.
    - Ja? Chyba oszalałaś!
    - Nie – padła spokojna odpowiedź. – To byłaby wizyta szkoleniowa. Poznałabyś inne hotele, w dodatku bezpłatnie. Ja wszystko sfinansuję.
    - Dorka! Nie mam zamiaru naciągać cię na kasę, a poza tym mam dzieci.
    - Przemyśl jeszcze swoje stanowisko, a ja się też zastanowię. Chociaż chyba już wiem co mogłabym zrobić.

    Wariatkowo. Jak można zrozumieć logikę kobiet? Nie wiedziałem co planowała, ani co zrobiła, przyszło mi natomiast zetknąć się ze skutkami jej namysłu, gdyż wbrew ustaleniom, poszła do Heleny po telefon. Gdzie dzwoniła, tego nie wiem, ale wróciła zadowolona, niemal zacierając ręce.
    - Co znowu wymyśliłaś?
    - Zadzwoniłam do Agaty i jest fantastycznie! – śmiała się. – Z początkiem roku szefostwo wysłało ją na przymusowy, ubiegłoroczny urlop, więc niezadługo tu się zamelduje.
    - To gdzie się wybierzemy?
    - Nie wiem jeszcze. Porozmawiamy i coś ustalimy. Jedziesz z nami? Żebyś nie żałowała! – kusiła Lidkę.

    - Jeśli dasz mi jeden dzień na zorganizowanie opieki, to się zastanowię.
    - Dam. Jutro jeszcze pojedziemy z Agatą na zakupy. Jeśli Tomek mi pozwoli – łypnęła okiem w moją stronę.
    Wzruszyłem ramionami.
    - Kochanie, twoje zadowolenie jest najważniejsze – zaserwowałem niczym automat.
    - Ale usiłujesz łapać plusy – zdziwiła się Lidka. – Przeskrobałeś coś?
    - Właśnie przemknęła mi przez głowę myśl, czy te wszystkie jego wyjazdy były naprawdę służbowe – śmiała się Dorotka.
    - Musiałbym chyba mieć nie po kolei – mruknąłem.
    - Żartowałam! – podeszła, przytulając się.

    Agata Romaniuk przyjechała jeszcze przed kolacją, którą spożywaliśmy przy basenie. Nie chcąc jej szokować, wszyscy wcześniej ubraliśmy się plażowo, dlatego bez ceregieli przebrała się w kostium i zdążyła jeszcze popływać z dziewczynami w basenie. Ja zaś w tym czasie, siedząc wygodnie w fotelu, niemal bezczelnie obserwowałem jej postać.

    Była zgrabną dziewczyną, ale bardziej umięśnioną niż Lidka czy Dorotka. To się rzucało w oczy. One obydwie nie miały zbędnych wałeczków tłuszczu, na to sobie nie pozwalały, ćwicząc w miarę regularnie. Ale jednak amatorsko. Natomiast ciało Agaty zdradzało trening profesjonalny. Owszem, kiedy była rozluźniona, wyglądała na zwyczajną, gładką kobietę, ale kiedy sprężała się na przykład do skoku w wodzie, węzły mięśni wyraźnie rysowały się pod jej skórą. Przeciętnego faceta, który byłby na tyle głupi żeby ją zaczepić, rozniosłaby pewnie na strzępy.
    Ciekawe czym się zajmuje oprócz pracy. Z tego co wywnioskowałem podczas ich rozmowy, wciąż była panienką. Druga sprawa, jak realizuje się teraz w myślistwie.
    Kiedy wyszły z wody, od razu ją o to zapytałem.

    - Jasne, że się staram! – odparła z wesołością w głosie. – Problem tylko w tym, że mam coraz mniej czasu. Awansowałam, nie słyszałeś o tym?
    - Nie…
    - Jestem teraz rzecznikiem prasowym komendanta głównego! A to jest naprawdę bardzo absorbujące zajęcie. O tak zwanym ośmiogodzinnym dniu pracy dawno już zapomniałam. Chociaż, tak właściwie mi nie przeszkadza. Nawet w domu siedzę z komputerem i próbuję rozpracować ten niesłychany napływ wszelkich informacji.
    Poza tym dowodzę też całkiem pokaźnym zespołem współpracowników, gdyż teraz na mnie spadła cała odpowiedzialność za politykę informacyjną naszej struktury.
    - O matko! – westchnąłem. – Wszyscy dookoła gwałtownie awansują, obejmują coraz to wyższe stanowiska…
    - Tylko ciebie własna żona wygryza nawet z banku! – zakpiła Lidka.

    - Może nie? – odbiłem piłeczkę. – Po cichu przekazuje moje obowiązki Beatce.
    - Żebyś nie miał powrotu – poparła moje słowa ze śmiechem. – Ale zauważ, że Dorka nie należy do naszej partii myśliwych! Na nią nie licz. Ale jakby co, to obiecuję, nie damy ci zginąć. Ja zawsze znajdę coś u siebie.
    - Poczekaj, poczekaj… Teraz na poważnie. Agata! Powiedz prawdę, twój awans ma jakieś odniesienie do myślistwa?
    - Skąd mam to wiedzieć? – odparła i chyba mówiła szczerze. – Tylko wiesz… cała historia z naszym egzaminem, niewątpliwie przyniosła mi duży rozgłos. Chyba zdajesz sobie sprawę, że na wieczornym podsumowaniu naszego kursu, było wiele znaczących osób.
    - Niby wiem, chociaż nikomu w życiorys nie zaglądałem.

    - Ty w ogóle jesteś… takie kuriozum na tej scenie – zauważyła Lidka. I chyba mówiła szczerze. – Gdybyś chociaż raz usłyszał jak pewni ludzie o tobie rozmawiają…
    - Jak? Przecież możesz mi powiedzieć.
    - Nie bądź naiwny – aż się skrzywiła. – Różnie rozmawiają. Przede wszystkim zwracasz na siebie uwagę tym, że nigdy, od nikogo, niczego nie chcesz. Naprawdę! To już kilka razy słyszałam.
  • #28
    literatka
    Level 12  
    - A pieprzysz! – zwątpiłem. – Skoro nie chcę, to jak zwracam tym uwagę?
    - Różne grupy i grupki wzajemnej adoracji, często wymieniają między sobą poglądy. To chyba nie jest dla ciebie niespodzianką.
    - Oczywiście, przecież my też rozmawiamy między sobą o różnych sprawach i o bardzo różnych ludziach.
    - Ale mamy dość ustabilizowany krąg towarzyski, którego trwałość i spójność zupełnie nie zależy od wyświadczonych sobie przysług na niwie państwowej. Między innymi dlatego, że powstał w czasach, kiedy o żadnych usługach nawet mowy nie było. Znamy się jak łyse konie i nie musimy niczego u nikogo żebrać! U nas nie ma przewodnika stada, prawda? Nie ma jednego decydenta, gdyż jesteśmy grupą przyjaciół, a nie grupą partyjną. Nawet Dorka, której możliwości finansowe są w naszych warunkach wręcz nieograniczone, nigdy nie sięgała po taki argument podczas wzajemnych rozmów. I nie tylko wtedy.
    - Ja to wszystko znam, więc nadal nie rozumiem, dlaczego wzbudzam ciekawość u innych.

    - Właśnie dlatego, że jesteś inny – powtórzyła. – Ci, którzy nie wiedzą, uważają cię najpierw, w pewnym sensie, za niepełnosprawnego. Bo jak to? Gość nie chce doić krowy? Jakiś nienormalny. Kiedy jednak poznają prawdę, przychodzi zazdrość. No, w mordeczkę… Taki niby zwyczajny, szary facecik, a sypia z taką laseczką i dysponuje jej kasą… W czym on lepszy niż my?
    - Nie mówiłaś mi o tym wcześniej – wtrąciła Dorotka.
    - Dorka, nie było kiedy. Poza tym, ja dopiero teraz zaczynam poznawać to żmijowe siedlisko na poważnie. Straszne jest to, że ludzie o wiele głupsi od tych, z którymi miałam do czynienia w radzie gminy, mają bezpłatną możliwość prezentowania swoich chorych manii w publicznych mediach. W gminie kończyło się to na protokołach z sesji. Wykrzyczeli swoje paranoje, ulżyło im i na tym był koniec. Tutaj natomiast działa cyrk! Zawsze jakiś kretyński dziennikarz to podłapie i spopularyzuje, a w ten sposób rośnie nam społeczność idiotów oraz sprawnych umysłowo inaczej, którzy to podchwytują i legitymizują swoje poglądy treścią wystąpień z posiedzeń parlamentu. Obłęd!

    - Lidka, uspokój się, proszę! – w dyskurs wkroczyła Agata. – W każdej społeczności są różne poglądy, różnice zdań, ale naszym obowiązkiem jest wykonywanie swoich zadań. Bez względu na takiego typu wystąpienia i już! W końcu mamy demokrację. Gardłować można o wszystkim, ale wykonywanie powinności jest zorganizowane dość jasno.
    - Nie do końca jest tak jak mówisz – zauważyła spokojnie Dorotka, po czym ruchem dłoni wstrzymała protest Agaty.
    - Zbyt często głosy takich nawiedzonych, zaburzają działanie znanych, kiedyś wcześniej niby zgodnie ustalonych procedur. I bezrefleksyjnie dla mas, wpływają na ich zmianę. Wtedy robi się niezły bałagan, z aksjomatycznie wystąpienia którego, mało kto uprzednio zdawał sobie sprawę. Bałagan groźny, a nawet przerażający, gdyż przeważnie już się go nie da cofnąć, ani naprawić! Nigdy się nie da!

    - Co chcesz przez to powiedzieć?
    - To jest tak jak z gotowaniem mleka. Albo może nawet z wypowiedzeniem wojny. Kiedy mleko wykipi, jest już za późno. Podobnie bywa, gdy pierwsza dywizja wroga przekroczy państwową granicę. Nie ma już wtedy o czym mówić! Działania dyplomatyczne się skończyły i nastaje pora innych działań. I oby nas wszystkich to nie spotkało!
    Natomiast problem polega na tym, że nasz, polski parlament, zupełnie nie zaprząta sobie głowy podobnymi myślami. Nie mają czasu na refleksję. Nie zastanawiają się nad dalekosiężnymi skutkami swoich działań! Ważne jest, kto już teraz wygra podchody, a nie rzeczywiste dobro społeczne. Idea „po nas choćby potop” jest naczelnym przesłaniem wielu grup poselskich.
    - Niestety, w zasadzie masz rację – przyznała Lidka. – Do mnie dopiero teraz zaczyna to wszystko docierać. Wcześniej byłam wielką, naiwną idealistką. Wydawało mi się, że skoro ja chcę dobrze, to spotykam ludzi tak samo myślących. Guzik prawda! Najważniejsze są synekury i uległość, gwarantująca miejsce na listach w następnej kadencji. Zamiast demokracji i ucierania poglądów w drodze rzeczowych dyskusji, mamy wodzostwo i zasadę, że lepszy jest ten, kto więcej czerwonego sukna po cichu urwie. Interesowność tych ludzi jest dla mnie porażająca.

    - Wszyscy oni tacy są?
    - Nie, oczywiście, że nie – przystopowała. – Jednak taki sposób myślenia przestał być obciachem i to jest groźne. Już nie wstydzą się tego. Bez żenady tak rozmawiają między sobą i stąd znam poglądy na twój temat.
    - No dobrze, ale przecież ty też nie działałaś wyłącznie dla idei, chociażby w Czyżynach. Cała ta historia po kilku latach przyniosła ci ogromne zyski!
    - Tomek… Zauważ, proszę, że jest pewna, maleńka różnica pomiędzy moim działaniem, a tym co spotkałam tutaj. Ja ryzykowałam prywatnymi pieniędzmi, ryzykowałam otwarcie i ryzykowałam najwięcej! Nie wymuszałam na gminie, aby wtopiła się w sytuację bez wyjścia. Podpowiadałam tylko jak może wykaraskać się z marazmu. A to mam prawo nazwać bardzo zwyczajnie, to jest zwykła przedsiębiorczość!
    Tutaj natomiast mówię o sytuacjach, kiedy nikt niczego swojego nie inwestuje, niczym nie ryzykuje. Usiłuje jedynie podczepić się do jakiegoś wózka i wysysać z niego soki. Czyste pasożytnictwo, nic więcej!
    - Lidka, zgadzam się z tobą – odezwała się Dorotka. – W tym gronie jednak świata nie zbawimy, tym bardziej już dzisiaj. Dlatego siadajmy do kolacji i zmieńmy temat. Jestem na urlopie i chciałabym byśmy wolny czas spędzili miło, przyjaźnie, oraz bez związku z naszą codzienną pracą. Bardzo was o to proszę!

    Jeszcze podczas kolacji, kiedy każda z dziewczyn indywidualnie komponowała posiłek, powrócił temat składu diety i jego wpływu na wygląd pań. Nie słuchałem ich dziwacznych teorii, wierny swoim starym zasadom, że jadać powinniśmy przede wszystkim to, co oferuje nam natura w okolicy gdzie przyszliśmy na świat. Wszelkie owoce morza, kokosy i ananasy, traktowałem zawsze jako ciekawostkę. Jako coś warte poznania i skosztowania, ale nie jako podstawę wyżywienia w mojej sytuacji. Co ciekawsze, pani Helena miała w tym temacie dokładnie takie same przemyślenia.
    Do dyskusji natomiast włączyłem się już po posiłku, kiedy Agata zaczęła narzekać na zagrożenie pojawienia się tłuszczu pod jej skórą.

    - Nie opowiadaj bajek. Przyglądałem ci się nieskromnie i muszę przyznać, że o ćwiczeniach raczej nie zapominasz.
    - No wybacz, jasne że nie! – potwierdziła z uśmiechem. – Takiej opcji nie ma i nie będzie.
    - Ale w pracy masz zastępców? – zapytałem odrobinę złośliwie.
    - Tylko jednego. Stateczny pan, starszy wiekiem, chociaż nie stopniem – skrzywiła się. – Na szczęście przyjął warunki współpracy i zna swoje miejsce. Nie mogę na niego narzekać.
    - Aga! – wtrąciła Dorotka. – Chodźmy teraz do mojej siłowni. Może mi coś podpowiesz odnośnie konkretnych ćwiczeń?
    - Z wielką przyjemnością.
    Od razu zniknęły wszystkie trzy. A kiedy wróciły, wszystko było już ustalone.

    - Tomek, domyślasz się gdzie pojedziemy? – zapytała niewinnie Dorotka.
    Podeszła do fotela od tyłu i pochyliła się, muskając ustami mój policzek.
    - Na Karaiby! – odpowiedziałem z udawaną, naiwną pewnością w głosie.
    Wszystkie, jak na komendę wybuchnęły śmiechem.
    - Gorzej! Znacznie gorzej! – Dorotka chichotała.
    - Czyli przeciwieństwo. Znaczy… biegun południowy?
    - Cieplej, cieplej! – śmiała się.
    - Oj, ciepło tam nie będzie – dogadywała Lidka.
    - Mówcie konkretnie.
    - Decyzja zapadła. Jedziemy do… Trójcy! – oznajmiła Dorotka.
    - Do kościoła świętej Trójcy? – zdziwiłem się. – Jutro, czy na tydzień, bo nie rozumiem?
    - Jutro jeszcze nie! – przyznała. – Jutro zostawiamy cię w domu z Heleną, a same jedziemy na zakupy!

    - Co chcecie kupować?
    - A kto to wie? – roześmiała się.
    - Jasne, rozumiem. Czyli wyjazd dopiero pojutrze?
    - Tak! – Agata przejęła pałeczkę. – Tomek, jutro masz dzień na przygotowanie się do podróży. Wiesz gdzie leży Arłamów?
    - Dziecię, ty tej nazwy nie musisz mnie uczyć!
    - Nie bądź taki pewien, ale dobrze, że znasz. Trójca natomiast znajduje się niedaleko. Jest tam poligon, strzelnica i takie różne inne zabawki. Przygotuj jeepa, oraz sprzęt obserwacyjny i fotograficzny jaki posiadasz, będziesz miał okazję zapolować bez krwi na całe mnóstwo zwierzyny!
    - Odzież, namioty też?
    - Namiotów nie trzeba, ale koce maskujące możesz zabrać. Wszystko, co może się przydać zbłąkanym ludziom w lesie. Latarki, rakiety śnieżne…
  • #29
    literatka
    Level 12  
    - Skuter by się przydał.
    - Można wypożyczyć na miejscu, ale odradzam. Aż tak daleko nie będziemy się oddalać. Zwierzyna przychodzi tam pod okna.
    - Wilki też? – zapytała Lidka.
    - No nie, bez przesady. Prawdziwy wilk nie podejdzie pod ludzką siedzibę. Czynią tak tylko mieszańce.
    - Ty też jedziesz? – spojrzałem na Lidkę.
    - Mam opuścić taką możliwość? Nigdy! – podniosła dumnie podbródek.

    Miałem wrażenie, że zostałem dla nich kwiatkiem do kożucha. Agata wpisała się w naszą malutką społeczność z impetem rakiety Patriot, tak jakby przeżywała wraz z nami całą historię znajomości. I z tego też powodu dysponowała wszelkimi prawami. Nie przejmowała się jednak moimi rozważaniami odbywanymi w skrytości ducha, bo przecież nic o nich nie wiedziała. Natomiast z dużą dozą fachowości przejęła nadzór nad wyposażeniem wyprawy i pomagała w kompletowaniu niezbędnego ekwipunku. A zrobiło się tego bardzo dużo!
    Sprzęt myśliwski, oczywiście bez broni palnej, którego wybór konsultowała ze mną, oraz cała masa nieznanych mi elementów wyposażenia narciarskiego, które pakowała razem z Dorotką. O reszcie nawet nie wspominam, jednak Dorotka postanowiła zabrać na wyprawę nawet suknie wieczorowe!

    Nic dziwnego, że jeep nie miał szans na przewiezienie tej objętości bagaży. Dlatego Agata została ożeniona z moim land cruiserem i przejęła część ładunku. Ten samochód był lepiej przygotowany do myślistwa, dlatego byłem zadowolony, że wyjeżdżamy oddzielnymi pojazdami, a obydwie z Lidką będą prowadziły go na zmianę. Umiały to robić doskonale.
    Helena też wybrała się z nami. Zostawiliśmy ją, po obiedzie w rzeszowskim hotelu, pod opieką pana Piotra, co wzbudziło u dziewczyn jakieś dziwne nastroje. Jakby nie wierzyły, że przecież ma takie samo prawo do dysponowania swoimi wolnymi chwilami, jak i my wszyscy. Jeszcze nie wiedziałem, czym się ta refleksja zakończy, ale…

    Arłamów prezentował się fantastycznie. Zanim jeszcze przekroczyliśmy drzwi wejściowe hotelu, już zdawałem sobie sprawę, że Pokrzywno ze swoimi trzema gwiazdkami, niestety, jeszcze nie zasługuje na czwartą. A to wszystko w sytuacji późnego wieczoru, kiedy na razie nie znaliśmy widoków okolicy. Bo jedynie lampy na parkingu oświetlały nam kawałek drogi.
    W recepcji czekały nas uśmiechy recepcjonistek. Zajęto się nami bardzo skrupulatnie, chociaż sami wprowadziliśmy małe zamieszanie. Otóż my we dwoje ulokowaliśmy się w jednym z apartamentów, ale dziewczyny drugiego nie chciały. Wolały zwykłe pokoje. Obydwie, mniej więcej, z tego samego powodu.

    - Dorka! Tak naprawdę powinnam tę wizytę wpisać w sejmowy rejestr korzyści, a nie chcę tego robić – tłumaczyła Lidka, kiedy odeszliśmy na bok, aby uzgodnić stanowiska. – Zwykły pokój nie wzbudza takiego zainteresowania, więc liczę, że jakoś to ujdzie w tłumie.
    - Ja tak samo! – oznajmiła Agata. – Jeśli spotkam kogoś znajomego, a to jest raczej pewne, to apartament od razu narzucałby pytanie. Kto jej zafundował i za co? Albo skąd ona ma na to pieniądze? Przecież nie zapłaciła z pensji! Wolałabym w tej sytuacji nikomu niczego nie sugerować. A tym bardziej się nie tłumaczyć.
    - Powiesz po prostu, że zamówiliśmy u ciebie przymknięcie oczu na przerzut przez zieloną granicę grupy Eskimosów, którzy postanowili porzucić rodzinne strony… – dowcipkowałem.
    - Lepiej nie drwij z takich spraw – skrzywiła się. – U nas nie wszyscy lubią żartownisiów.
    - Jak chcecie – zdecydowała Dorotka, pomijając milczeniem nasze żarty. – Ja nie mam zamiaru się umartwiać i bierzemy pełny pakiet VIP-owski.
    - Wy jesteście w innej sytuacji – zauważyła Lidka. – Wy możecie, a nawet powinniście!

    - Zapominasz, że ja jestem już niemal pełnokrwistym urzędnikiem państwowym. A ty marudzisz! Jakich znajomych tu się spodziewasz? – pytanie skierowałem do Agaty.
    - No wiesz… Do granicy stąd nie tak daleko, a kobiet na oficerskich stanowiskach w straży granicznej nie jest znów tak wiele. Zakładam więc, że większość tutejszych oficerów będzie raczej wiedziała jak wyglądam, czy też kim jestem.
    - Rozumiem.

    Z takich to powodów my z Dorotką mieliśmy do dyspozycji apartament z całym pakietem usług należnych najważniejszym gościom, zaś dziewczyny teoretycznie zajęły zwyczajny pokój, najbliższy apartamentowi.
    Bardzo teoretycznie. Rozochocone wieczornym szampanem, jeszcze przed udaniem się na nocny wypoczynek, wypędziły mnie z sypialni na sofę w salonie. One natomiast, wszystkie trzy, zajęły ogromne łóżko. Pewnie i ja zmieściłbym się jeszcze na nim, ale odpuściłem i nie protestowałem, zmęczony po podróży. Chciałem tylko spać.

    Rano, kiedy dopiero robiło się widno, obudziła mnie Dorotka, polecając przenieść się do sypialni. Wyjaśniła, że Lidka jeszcze śpi. Natomiast one we dwie z Agatą, wybierają się na narty i nie chcą mi przeszkadzać swoimi przygotowaniami. Pocałowała mnie przy tym i żartobliwie pogroziła palcem, żebym nie próbował wykorzystać zaspanej Lidki, ale już jej nie słuchałem. Przeniosłem się na łóżko, przygarnąłem Lidkę bliżej siebie i zaraz ponownie zasnąłem. A kiedy obudziłem się po dziesiątej, oprócz mnie w sypialni nikogo nie było.

    Siedziała przy kawie, odziana w szlafrok i oglądała jakiś serwis informacyjny w telewizji.
    - No, wreszcie! – powitała mnie kwaśno. – Ile można spać?
    - Dzień dobry! Spieszysz się gdzieś?
    - Jakby ci to powiedzieć… Taką rozrywkę w samotności, mogłam mieć i w Warszawie! Nie musiałam wcale przyjeżdżać do Arłamowa.
    - Powoli, spokojnie. Jeszcze będziemy się rozrywać. Zresztą, mogłaś pójść na narty.
    Skrzywiła się niczym po cytrynie.
    - Chyba nawet ty jeździsz na deskach lepiej ode mnie.
    - To czemu się nie nauczyłaś?
    - Nie miałam blisko domu aż tak pochyłego jeziora – mruknęła.

    - Jasne, rozumiem. Skoro jednak potrzebujesz rozrywki… na przykład nie chcesz być sama… chodź pod prysznic! Umyjesz mi plecy.
    - A mnie kto myje?
    - Nie wiem, ale dzisiaj mogę ja.
    - Już to widzę – pokiwała głową. – Dorka jakby tu wpadła, to wylądowalibyśmy od razu na parterze, przed recepcją w dodatku.
    - E tam, przesadzasz. Ja w każdym razie idę pod prysznic i zapraszam cię do współpracy. Skoro spaliśmy razem…
    - A właśnie! Jak ty się znalazłeś razem ze mną w łóżku?
    - Żona własnoręcznie mnie do ciebie wysłała. Rano wspomniała, że wybierają się z Agatą na narty i będą hałasować, więc żebym przeniósł się ze spaniem do sypialni.
    - A to cholery, miłośniczki jedne…
    - Jakie miłośniczki? Narciarstwa?
    - Tak. I wegetarianizmu.
    - Nie opowiadaj bajek.
    - Oj, Tomuś, Tomuś… Idź pod ten prysznic i nie rób sobie nadziei.
    - Z tobą zawsze!
    - Nic z tego, ja się już wykąpałam.
    - Może jednak? Wymasowałbym ci co nieco…
    - Wymasuj co nieco sobie.
    - No wiesz… Coraz trudniej się z tobą dogadać…
    - W takich tematach owszem, bywa trudno. A będzie ci jeszcze trudniej.

    Zrezygnowałem i powlokłem się do łazienki. Ech, Lidka… Wyraźnie nie była w nastroju. Przecież nie sądziłem, że pójdzie ze mną do łóżka, liczyłem natomiast na jakąś błyskotliwą szermierkę słowną w jej wydaniu. Niestety, nie wysiliła się tym razem, sygnalizując w dodatku, że coś się między nami psuje. Nie miałem pojęcia co ją ugryzło.
  • #30
    literatka
    Level 12  
    Kiedy wróciłem z łazienki, sceneria się nie zmieniła. Lidka nie zwracała na mnie uwagi, zajęta śledzeniem wiadomości, ale już jej nie zaczepiałem. Niespiesznie zjadłem śniadanie, ubrałem się mało wyszukanie, po czym usiadłem obok.
    - Co masz zamiar dzisiaj robić? – zapytałem w końcu.
    - Nie wiem. Zaprosiliście mnie, więc czekam na jakieś propozycje.
    - Przestań! Zazdrosna jesteś, czy co? Przecież ty też masz prawo zgłaszania wniosków. Nie musisz czekać na gwiazdkę z nieba.
    - Tylko nie mam tutaj swojego samochodu, co jest poważnym błędem.
    - Jeśli jest ci potrzebne, to bierz toyotę. Gdzie chcesz jechać?
    - Przyjechaliśmy na polowanie, prawda?
    - Zdążymy. Tam nawet na piechotę się dojdzie. Ja myślałem, że dzień lub dwa spędzimy tutaj. Pooglądamy hotel i otoczenie, może jakieś spostrzeżenia się przydadzą? Jeszcze by tak spotkać się z dyrekcją… Co o tym myślisz?
    - Skoro nie ma ciekawszych zajęć…

    Zabrzmiało to raczej lekceważąco.
    - Ja już wczoraj zauważyłem, że jesteśmy z tyłu, ale oni mają inna skalę. Ty masz dwieście dwadzieścia parę łóżek, oni mają dwieście pięćdziesiąt pokoi. Albo i więcej. Tak jak my mają pole golfowe, ale letnie zaplecze sportowe jest bogatsze do naszego. A o zimowym nawet nie wspominać. I jeszcze jedna rzecz mocno mnie ciekawi…
    - Mianowicie?
    - Zasilanie w energię. Oni mają tutaj ciekawe rozwiązanie tematu. Generator na biomasę, o całkiem dużej mocy. Produkuje zarówno prąd jak i ciepło.
    - Poważnie?
    - Ubieraj się, szkoda czasu.

    Po chwili zorientowałem się, że jak to zwykle z kobietami bywa, te jej przygotowania trochę jednak potrwają.
    - Skoro jesteś taka wstydliwa, to nie będę ci przeszkadzał. Znajdziesz mnie przy barze w restauracji na dole. Tam niedaleko recepcji, dobrze?
    - Idź już, idź! Wszyscy jesteście jedną maścią smarowani! – warknęła, przeglądając zawartość swojej torebki.
    - Jak zwykle. Żadnego miłego słowa na pożegnanie.
    - Mam rzucić butem?
    - Swoim możesz zawsze. Będzie do odbioru w recepcji.
    - Tomek… cholero!
    - Pa, skarbie! Może będę czekał?
    - Kiedyś się doczekasz!
    - Ciebie? Przecież wiesz, że ja ci nie odmówię.
    - Słuchaj! – zastygła nagle. – Opanuj się, jeśli nie chcesz mnie poznać takiej, jakiej mnie jeszcze nie znasz, dobrze?
    - O, w mordeczkę! Przemawiasz nawet lepiej, niż porucznik Zub do Szwejka!… Przecież jestem grzeczny, pa!
    Tego co odpowiedziała, próbując schwycić coś do rzucenia, już nie zrozumiałem. Wolałem jak najszybciej zamknąć drzwi z drugiej strony.

    Po wejściu do restauracji rozejrzałem się z ciekawością. Była w zasadzie pusta. Ratowało ją to, że nie była duża i pewnie dlatego aż co czwarty stolik był zajęty. Ale przeważnie przez singli. Przy barze jednak nie było nikogo.
    Zająłem jeden ze stołków, a że ubrany byłem niekoniecznie malowniczo, czyli w zwyczajne dżinsy i gruby sweter, nikt się mną specjalnie nie przejął. Tym bardziej, że kiedy przyszła pora, zamówiłem sobie miętową herbatkę. A co, jak fanaberie, to fanaberie!
    Cisza trwała zaledwie kilkanaście minut, gdyż nagłym potokiem, do restauracji wpłynęła głośna gromadka ludzi w różnym wieku. Od dwudziestokilkulatków, do takich bardziej statecznych. Szybko opanowali bar oraz pobliskie fotele przy stolikach, ale zamawiali niewiele i bardzo różnie. Od coli i piwa po wódkę, a nawet whisky z lodem.

    Na narciarzy nie wyglądali, zastanawiałem się więc co tutaj robią. Małoletnich turystów nie stać było na taki hotel, więc to nie byli turyści. Czego zatem tutaj szukali? Ktoś im musiał sponsorować taki pobyt. Może właśnie ci starsi?
    Niby dyskretnie rozglądnąłem się szerzej i… przy jednym ze stolików wyłowiłem znajomą twarz. Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, mężczyzna skłonił głowę po czym wstał i widząc, że jestem sam, uśmiechnięty, podszedł bliżej. Był jednym z ludzi prezesa Zielonika, jakiś impresario czy też reżyser… Nazywał się Jacek Turczyn, a poznaliśmy się jakiś czas temu, podczas letnich imprez w Czyżynach.
    - Wszelki duch…! – zsunąłem się ze stołka i wyciągnąłem rękę na powitanie.
    - Kogo jak kogo, ale pana nie spodziewałem się spotkać tutaj! – wyprzedził moje słowa.
    - A jednak! – roześmiałem się. – Cóż, czasem potrzebuje się odetchnąć innym powietrzem.
    - No tak, to prawda – przyznał. – Dobrze jest przewentylować płuca.

    - Pan służbowo czy prywatnie?
    - Jestem w pracy, niestety – uśmiechnął się.
    - Z tą całą ferajną?
    - Tak, to nasza ekipa robocza. Będziemy nagrywać zimowe sceny do kilku z zamówionych filmów. Takie tam reklamówki, na wszelki wypadek. Ale są też przewidywane fragmenty do wideoklipów. Dlatego mamy zespół muzyków, speców od efektów technicznych oraz całą ekipę pomocniczą.
    - Tutaj w hotelu będziecie kręcić?
    - Nie, nie, to wszystko będzie się odbywało w okolicach campu w Trójcy. Jest już tam nasz scenarzysta z zespołem techników, odpowiedzialny za wybór i przygotowanie miejsc z odpowiednim krajobrazem, a my mamy dołączyć na gotowe. Nakręcimy sceny śnieżne i potem wszystko domontuje się w studiu do reszty ujęć.
    - No to pięknie, już zapolowaliśmy! – skrzywiłem się.

    - A co, też się tam państwo wybieracie?
    - Oczywiście. Rozumując niby logicznie, że na początku nowego roku tłoku nigdzie nie będzie, wynajęliśmy sobie jedną z tamtejszych willi, planując bezkrwawe łowy na grubego zwierza. Takie fotograficzne. A teraz klapa, bo ważniejsze będą klipy!
    - Dlaczego? W sumie zajęliśmy tylko dwie wille i to zaledwie na pięć dni zdjęciowych.
    - No tak…
    Czyli do końca naszego pobytu. Zmieliłem przekleństwo w ustach, nie wypadało mi tu kląć głośno, ale szlag mnie trafiał! Co za paskudny, cholerny dzień! Zaraza jakaś?

    - Widząc co się dzieje teraz w restauracji, już widzę tę ciszę, która zachęca zwierzęta do odwiedzin tego miejsca.
    - No nie, hałasować nadmiernie pod gołym niebem nie zamierzamy – zapewniał z uśmiechem. – Muzycy są potrzebni aby filmować ich fizjonomię oraz instrumenty. To znaczy sam wygląd owych. Ich dźwięki będziemy dogrywać w studiu muzycznym.
    - Jednak ciszy w tej okolicy nie będzie, tego jestem pewien, niczym jutrzejszego dnia!

    Zaabsorbowany rozmową z Turczynem, nie zauważyłem faktycznego zwiększenia liczby gości w restauracji.
    - Jacy sympatyczni panowie, dzień dobry! Czy zafunduje pan grzecznym dziewczynkom gorącą herbatkę? Jesteśmy takie zmarznięte… – jakaś postać w kolorowym, narciarskim kombinezonie oparła dłoń o moje ramię, przemawiając ciepłym, miłym i pokornym głosem.
    Spojrzałem na Turczyna. Zrobił głupawą minę, ja natomiast w jednej chwili odzyskałem dobry humor.