Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
Eltrox Hurton
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

"Rzecz o pieniążku, bułce i prozie życia"

Madrik 02 Sep 2021 20:14 4101 132
  • "Rzecz o pieniążku, bułce i prozie życia"

    Proza życia. Trzeba iść do pracy. W pracy, najważniejszym momentem dnia jest przerwa śniadaniowa. Ten czas jest święty dla każdego pracownika. Kontrahenci, klienci, awarie, taski, ASAP-y i co tam nam pracodawca i życie wymyśli, odchodzą w zapomnienie, w nieodległą przyszłość. Niestety, aby cieszyć się tym świętym czasem, trzeba coś zjeść. Kto nie je, ten pracuje.
    Można wyskoczyć na lunch, ale kto by tam tyle marnował pieniędzy. Dlatego codziennym obowiązkiem jest zrobienie wcześniej kanapki lub innego, gotowego do zjedzenia posiłku.

    Robienie kanapek to stara sztuka. Wbrew pozorom, starsza nawet od sir hrabiego Johna Montagu czwartego, lepiej znanego jako „ten hrabia Sandwitch”, który podobno położył podwaliny pod potęgę sieci „Subway” i tysięcy podobnych biznesów.

    W sztuce tej, istnieje wiele sztuczek, przepisów, tradycji, trików – umożliwiających dziesiątkom autorów książek kulinarnych, zarabianie na życie.
    Większości z nas jednak wystarczy te prosty przepis – pajda chleba, lub połówka kajzerki, plaster wędliny, sera lub obu razem, może dekoracja z jakiejś zieleniny, lub opcja całkowicie vege – na bogato, byle zielono.
    Jednak nawet tak proste dzieło wymaga pewnej czynności. Trzeba zrobić zakupy.

    Sprawdzamy pogodę za oknem, potem nie wierząc własnym oczom, także pewnie z aplikacji na naszym „fonie”. Zakładamy buty, jeśli wymaga tego aura, także kurtkę, może i parasol. Idziemy do sklepu – czy to szukając cienia w upalny dzień, czy radośnie omijając kałuże brudnego błotka i klnąc złośliwość meteorologów, którzy zaplanowali opady akurat na teraz.
    Bierzemy koszyk w sieci z płazem, czy innym owadem, stajemy przed regałem i wyciągamy rękę po upragnioną, mączną podstawę pracowniczej diety. Wtem nasza ręka się zatrzymuje i mówimy sobie - „co do …. przymiotnik, rzeczownik, wulgaryzm jeśli nastrój nie najlepszy”...

    Wczoraj, pamiętamy wyraźnie, te bułeczki były po skromne zero, findziesiąt, a dziś zero, findziesiąt fięć? Toż to panie (liczymy... liczymy, macamy po „fonie” szukając apki „Calc-Math”)... całe 10%!!! Toż w tym tempie z torbami pójdziemy! Trudno, idę do szefa o podwyżkę... zaraz... przecież byłem dwa dni temu...

    Ceny. Rzecz, która najbardziej nam chyba w zakupach przeszkadza. No, dobrze, wszystko kosztuje – to wiemy. Ktoś coś produkuje, ktoś coś wozi, ktoś coś sprzedaje... Ale czemu za coraz więcej?!
    Toż to nieludzkie i nie zrozumiałe.

    Na szczęście, szybko wpadamy na rewelacyjny pomysł. Przecież te pieniążki, to tylko taki kolorowy papierek... Przecież się je drukuje. To wydrukujmy ich więcej starczy dla wszystkich.
    Uff... problem rozwiązany.

    Tylko czy aby na pewno? Czy „pieniądz” to naprawdę tylko papierek? A może coś innego? Może towar? Środek produkcji? Zamaskowany kosmita?
    Właśnie... Czym jest pieniądz?


    Kiedyś, dawno, dawno temu człowiek był podobno szczęśliwy. Mieszkał sobie w przytulnym szałasie, zrywał jagody z krzaków, łapał rybki gołymi rękami, szukał jedzenia, tłukł kamienie i tak szczęśliwie spędzał dzień, za dniem. W zasadzie coś takiego jak pieniądze nie było mu potrzebne.

    Trafili się jednak ludzie, którym to siedzenie w szałasie się znudziło i zaczęli wędrować. A może wcale się nie znudziło, tylko skończyły się jagody na krzaku? Nieważne. Zaczęli wędrować i skutek był taki, że wędrując spotkali innych ludzi, w innym szałasie. Ci jedli też jagody, łapali rybki rękami, tłukli kamienie. Standard ówczesnych czasów. Ale ktoś się dopatrzył, że ci tutaj to mają jednak te jagody ładniejsze, może smaczniejsze, albo po prostu inne. Kamienie tłuką jakoś inaczej, a i te rybki jakoś inaczej wyglądają i pewnie smakują. Może... warto by się... zamienić? Przecież im też się podobają nasze rzeczy bo są inne. Albo po prostu nie mają tu tego co my, a chcieli by mieć.

    Tak mniej więcej, narodziło się coś, co nazywamy dziś – wymianą towarową, a bardziej nowocześnie – barterem (nie mylić z parterem). W zasadzie, też usługową. Bo jak ktoś potrafił coś, czego nie umieli inni, to mógł to robić, w zamian za rekompensatę w potrzebnych mu towarach. Ludzie coś zbierali, wędrowali, jak się spotkali – wymieniali się. I sprawa była bardzo prosta. Przynajmniej do czasu, aż mieliśmy podobne i dobrze nam znane towary. Kłopot się robił, jak nam pokazali coś, czego nie znaliśmy.

    „A co to?”, „A do czego?”, „A ile za to chcecie?”. Jakoś szło się dogadać. Choć zawsze był pewien kłopot. Z jednej strony, dla nas jest nowy towar dziwny, rzadki, nieznany... Ale skąd mamy wiedzieć, że nas ktoś nie nabiera? A może ta dzida nie jest dużo lepsza od naszego oszczepu? A ta siekierka to nie jest znowu taki interes, żeby się pozbywać naszego toporka. Pojawił się także inny kłopot - „Cieszę się, że przyniosłeś nam takie piękne furo dzika... tylko widzisz... My już takich mamy z... tyle palców i ile widzisz, po tyle palców ile widzisz (matematyki jeszcze nie znali). To po co nam te twoje jeszcze?

    Interes dało się na tym jakiś robić, ale był on na tyle ryzykowny i kłopotliwy, że budził zakłopotanie u zwykłych ludzi, którzy chcieli po prostu chcieli zjeść jagód i tłuc dalej kamienie.

    Znaleźli się jednak tacy, którym spodobało się takie wędrowanie, wymienianie towarów, szczególnie, że szybko zauważono, że jak zaniesiemy coś tam gdzie tego nie ma, to dadzą nam za to więcej towarów, których pewnie nie ma gdzie indziej, a gdzie dadzą nam jeszcze więcej towarów, za to co mamy. To jedna z pierwszych rzeczy jakie zauważyli ludzie w czasie wymiany towarów.

    Jeżeli czegoś jest dużo, to nie jest cenione, w przeciwieństwie do tego co jest rzadkie i trudno dostępne. To jest akurat zrozumiałe. Druga lekcja była taka, że w zależności od miejsca, zmienia się to co pospolite, w to co rzadkie.

    Tak mniej więcej, wymiana towarowa stała się profesjonalnym zajęciem – handlem. Jak ktoś lubił przygody, mógł zebrać coś pospolitego i taniego, zanieść to tam gdzie było to mniej pospolite, wymienić się na coś nowego, w odpowiednim zyskiem i ponownie to zanieść tam, gdzie mógł to znów wymienić z zyskiem. Po prostu zostawał kupcem.

    Jak się dorobił, kupował zwierzaka, który nosił to za niego, jak dorobił się bardziej, kupował więcej zwierzaków i tak się to kręciło. Kupiec podróżował, zarabiał na różnicach wartości towarów, a jednocześnie brał na siebie ryzyko takich transakcji i ich kłopotliwość.

    Człowiek ma do siebie to, że jest leniwy. Powtarzające się, nudne, ciężkie, kłopotliwe zajęcia, budzą w nas odrazę i zniechęcenie. A takie podróżowanie bywało męczące, nudne, kłopotliwe. W końcu jakiś kupiec miał dość. Po co nosić przez pół świata, te ciężkie jajka strusia, aż znajdę kogoś, kto akurat potrzebuje jajka strusia? Może przydałoby się coś, co zastąpiłoby mi ten trudny towar. Coś co przyjął by każdy i ja bym przyjął od każdego? Tylko co to by mogło być?

    Taka idea zamiany towaru na coś, o odpowiadającej mu wartości, co każdy by zawsze chętnie przyjął, dość szybko się przyjęła. I kombinowano z wieloma rzeczami. Naprawdę wieloma.
    Dziś, gdy ktoś nas pyta czasem o to w jakiej walucie ma nam zapłacić – żartownisie rzucają czasem sucharem „mogą być muszelki z Fidżi”. To tylko kulturowa pamięć, że kiedyś takie muszelki pełniły rolę „waluty”. Czyli czegoś wartościowego. Do kolekcji można dodać też sól, futra, w końcu szlachetne kamienie i kruszce. To jednak nadal nie było to.

    Bo „to coś” musiało spełnić kilka warunków.
    Musiało być powszechnie akceptowalne – a nie każdy mógł cenić takie muszelki.
    Musiało być stabilne – coś, co się szybko psuje, nie bardzo się nada.
    Musiało być poręczne – bo w końcu o to chodziło, żeby nie targać nic ciężkiego.
    Musiało być w miarę jednorodne – taki kamień szlachetny, to jednak każdy był inny.
    Musiało się łatwo dzielić na części – Fajnie, że mam ten wielki diament, ale ja chcę zjeść kanapkę za 1/1000000 jego wartości... Albo będę głodny...
    Musiało być stabilne – No to futro może i ładne... ale skąd mam wiedzieć, że chodzą w nim królowie, a nie chłopi na Saharze?

    Sprawę trochę ułatwił rozwój cywilizacji. Kamień zastąpiliśmy metalem i nagle wszystkim metal się podobał, był cenny, użyteczny, przydatny. Może trochę ciężki, ale jednak wartościowy. Kawałki metalu stały się ekwiwalentem wymiany. W taki Rzymie np. powstał system żetonów na określone usługi. Biłeś żeton z wybitą... eee.... usługą (lubiący historię wiedzą o jakie usługi chodziło najczęściej) strzyżenia włosów i dostawałeś za niego strzyżenie włosów i wiedziałeś, że jest warty strzyżenia włosów, albo czegoś innego, co jest warte strzyżenia włosów...
    I można z niego oddzielić mały kawałek, i każdy wie co to jest i każdy zna jego kurs... A nie... wróć.

    Skąd taki chłopek, pasący kozę na stokach góry, ma wiedzieć jaki jest aktualny rynek brązu w takiej dalekiej Grecji? Idzie dobrze, ale kombinujemy dalej. Potrzebujemy do tego cwaniaka.

    Cwaniakami, ponoć, okazali się niejacy Fenicjanie. Lud wędrowny, choć jego stolica znajdowała się na wschodnim wybrzeżu morza Śródziemnego. Dziś jest tam inny kraj, którego mieszkańcom również się przypisuje miłość do pieniążków. Ale nie wnikajmy w politykę. Zresztą Fenicjanie to inne czasy, inny lud., a tak naprawdę nosiło ich po całej okolicy wspomnianego morza.
    Lubili handel.
    To od nich znamy pierwsze świadectwa o tym co dziś nazywamy „pieniądzem”.

    Cwaniaki wpadli na pomysł, żeby z rzadkiego i cennego metalu, wybić dużo, jednakowych przedmiotów. Wszystkie miały być podobne, a ich wartość określona przez ilość metalu jaki w sobie zawierały – kruszcu. Stąd i nazwa – pieniądz kruszcowy. Tak powstały pierwsze monety.

    Wygodne, stabilne, rozpoznawalne, identyczne, łatwo ocenić ich wartość, jeżeli chciałeś zrobić sobie takie same – musiałeś mieć taki sam materiał, czyli nie stawały się poślednim dobrem.

    Czym był taki pieniądz? To proste – był samym sobą. Cennym metalem, podzielonym na małe kawałki. I było fajnie... Przez setki i nawet tysiące lat.
    Chciałeś coś sprzedać – zmieniałeś to na kawałki danego metalu – można było łatwo określić, po ile jest chleb, a po ile krowa. Chciałeś coś kupić, dawałeś odpowiednią sumę w metalowych monetach.
    Było fajnie, działało... ale...

    No właśnie, zawsze jest ale... Pieniądz kruszcowy też miał wady. Największą było to, że sam był towarem. Rzadkim i pożądanym, ale towarem. Szybko zauważono, że tak naprawdę oceniamy monety po ich wybitej wartości. Ale ile są warte naprawdę? Niby władcy gwarantują nam wartość, ale musimy im wierzyć na słowo... Bo przecież metale da się mieszać. Jak doda się trochę mniej szlachetnego metalu – to nikt tego nie sprawdzi (Dlatego Archimedes dostał swoją fuchę z wanną).
    A przynajmniej nie tak łatwo. Ale i użytkownik może coś kombinować. Jeżeli monety są podobne... to może odjąć z kilku tyle, by nikt nie zauważył, aż nazbieram tak dużo, że zrobię sobie swoją monetę?

    Inną wadą jest to, że metale mają różną wartość, ale określoną. Nawet te najcenniejsze, są warte tylko skończoną ilość w towarach, a ilość metali jest ograniczona. Trudno z dnia na dzień wyjąć skądś sto ton złota.
    A to nas prowadzi do sytuacji, gdy na rynku są towary, za które nie ma czym zapłacić. A im więcej mamy danego metalu – tym jest mniej cenny.

    Kolejną wadą jest to, że taki pieniądz, który sam jest towarem, którego mamy ograniczoną ilość – nie pozwala nam się rozwijać. No bo jak produkować więcej towarów, świadczyć usługi, jeżeli nie ma kto nam za nie zapłacić? Nikt nie lubi pracować za darmo.

    Coś takiego spotkało Europę w epoce kolonizacji. Nagle otworzył się ogromny rynek, pełny cennych towarów, rzadkich, pożądanych, łatwych w produkcji... Pełny też nowego kruszcu, którego wartość nagle zaczęła spadać. To już wiemy: jak czegoś jest dużo, to traci na wartości.
    Wśród płaczu i lamentu bankrutów, okazało się, że monety z metali nie spełniają swojej roli jako pieniądz. Nie przy tak dużej, globalnej gospodarce.

    Po raz kolejny zadaliśmy sobie pytanie: „Czym jest pieniądz?”.
    Wtedy też zrozumieliśmy odpowiedź.

    „Pieniądz jest po to, że łatwiej nam się liczyło wartość i ilość towarów i usług”.

    Proste. Pieniążki są po to, żeby nam symbolicznie policzyć co mamy i ile.
    A skoro symbolicznie... to potrzebny nam symbol, a nie jakiś cenny towar.

    Tak powstał pieniądz papierowy, zwany (a jakże) pieniądzem symbolicznym.
    Tak naprawdę, to nic innego jak rozwinięcie instytucji weksli dłużnych - „zaświadcza się, że obywatel Henio, jest winien obywatelce Jadzi tyle i tyle, za usługi przez nią wyświadczone” (pewnie chodzi o pranie lub gotowanie – na pewno).

    A skoro pan Henio jest dłużny Jadzi, to może część tego zwrócić komuś, komu Jadzia jest winna.
    Proste – wystarczy to spisać na papierze...

    Papier. Tani, powszechny, prawie nic nie warty. Ale można na nim zapisać tyle ciekawych rzeczy... Na przykład – ten papier jest warty tyle co dom. Tylko... kto w to uwierzy? W sam papier nikt. Lecz jeżeli ktoś znany, mający autorytet nam to potwierdzi i uzna, że będzie to honorował? Tu już wygląda to lepiej.

    Tak mniej więcej zaczęły funkcjonować pieniądze papierowe. Tym kimś, kto ma autorytet jest nie kto inny jak sama władza. Król, książę, rząd... Władza poświadcza swoim autorytetem, że ten papierek jest warty tyle ile na nim pisze. Ona ten pieniądz wydaje i tylko ona gwarantuje jego wartość.

    Tylko zostaje nam jeden problem – ile jest warte to, co na nim pisze? Ile jest warty JEDEN pieniądz? Bo to czy tych pieniędzy jest jeden, sto czy milion tysięcy – to kwestia umowna. Napisać liczbę na papierze możemy dowolną. Ale ile ta liczba jest warta?

    Z czasem i pieniądz papierowy zaczął ujawniać swoje problemy. Z czasem i władza okazała się nie do końca uczciwa w swoich deklaracjach. Szczególnie, że papier drukuje się łatwo.
    Władzę zastąpiły banki, papier – impulsy w komputerze. Nadal jednak pozostało nam pytanie, dręczące każdego miłośnika bułki na śniadanie – ile warte są moje pieniądze. Nie ile wskazują cyferek – ile są warte te cyferki?

    Tu już nie mam gramów metalu. Nie zważę, nie sprawdzę składu monety. Mam pieniążek na papierku, albo impuls komputerowy na serwerze banku. Ile to jest warte? Ile bułek kupię za swój impuls, papierek, monetkę z szajsmetalu?

    Wracamy zatem, do naszej odpowiedzi – czym jest pieniądz? Czymś, co liczy ile mamy i jakich towarów i usług mamy na rynku. Ile kajzerek wypiekł mistrz Jan w swojej piekarni, ilu klientów ostrzygła pani Agatka (z przydługich włosów oczywiście), ile domów postawił deweloper, ile autostrad zbudował rząd i tak dalej i dalej i dalej.

    A zatem, my nie mamy w ręku realnie wartych skarbów. Mamy tylko kupony, mówiące nam jaka część tych wszystkich wytworzonych towarów i usług, należy się nam. Za nasz wkład.

    Wiemy już czym jest pieniądz.
    Teraz zastanówmy się, jak wyraża on swoją wartość.
    Pamiętamy – czego jest dużo, to jest tanie, czego jest mało to jest drogie.
    Ale rząd, władza czy bank – deklarują nam ile jest pieniędzy, Ile ich wytworzyli ile jest ich razem.
    To można sprawdzić. Ich liczba jest znana. Ale ich wartość?

    Ta zależy od ilości towarów i usług, które liczą. Jeśli mamy sto pieniążków i sto kajzerek – to jedna kajzerka kosztuje nas pieniążek. Pieniążek jest warty kajzerkę. Jeżeli mamy dziesięć tysięcy kajzerek, i nadal sto pieniążków, to za jednego pieniążka kupimy już sto kajzerek. Całkiem proste, prawda?

    Oczywiście możemy to skomplikować. Pieniążki pomnożyć w biliony, policzyć tysiące towarów i różnych wartościach, występujących w różnych ilościach. W końcu każdy wie, że lokomotywa nie jest warta kajzerki. Możemy doliczyć usługi, także transakcje finansowe. Wszystko co można policzyć, zmierzyć, zważyć – to tworzy nam rynek i dziwny, tajemniczy skrót PKB.

    PKB – Produkt Krajowy Brutto.
    To nic innego jak WSZYSTKO co nasz kraj wyprodukował (no dobrze, w bardzo dużym uproszczeniu). Każdy towar, każdą usługę, transakcję.
    Wszystko to jest warte pewną wartość. Jeżeli ilość posiadanych przez nas pieniędzy, podzielimy przez wartość naszego PKB, wyjdzie nam ile aktualnie jest wart nasz jeden pieniądz. Skoro wiemy, ile jest wart nasz jeden pieniądz, wiemy ile jest warta całość.

    Możesz to zresztą sprawdzić pod tajemniczym skrótem PKB per capita – czyli PKB na głowę. Ile wartości wyprodukowanego towaru przypada na mieszkańca kraju.

    Teraz wiemy też ile zapłacimy za nasze kajzerki na śniadanie.
    Wszystko jasne... Tylko czemu wczoraj były tańsze?

    No właśnie, czemu?
    Zrozumieliśmy już, co ustala wartość naszego pieniądza. Jest to wartość towarów i usług jakie powstały. Ta wartość się zmienia – cały czas produkujemy nowe wyroby, świadczymy usługi, ale też i je zużywamy. Proces ten zmienia wartość naszego pieniądza i możemy go nazwać... flacją.
    Co mądrzejsi pewnie zauważyli podobieństwo do słówka „flow”, czyli coś płynie...

    Wartość pieniądza jest zatem płynna. Może rosnąć, i mówimy o de-flacji, czyli pieniądza jest mniej niż wartość w towarze, zatem sam towar jest warty mniej, pieniądz więcej.
    Ale może i spadać, czyli więcej jest pieniądza niż towarów i mówimy o in-flacji. Wartość towarów rośnie, pieniądza zaś maleje.
    Ale wartość pieniądza może też maleć bardzo szybko. Jak pójdzie coś źle, to pojawi się nam hiper-in-flacja. Rekord należy do Zimbabwe, które borykało się z nią od 2006 do 2009 roku. W efekcie funkcjonowały takie banknoty:

    "Rzecz o pieniążku, bułce i prozie życia"

    Ale niewiele dało się za nie kupić.
    Polska też miała swój epizod z hiperinflacją w latach dwudziestych, ubiegłego wieku. W tym samym okresie cierpiały też Niemcy, gdzie ceny potrafiły rosnąć dwukrotnie co piętnaście godzin, a ich marka była warta tak mało, że za jednego funta płacono w bilionach marek.
    Nie jest to zatem przypadek tak egzotyczny jak się wydaje. Wystarczy mało fachowy polityk u władzy.

    Jeżeli towarów produkuje się mniej, są one mało warte, to i pieniądze tracą wartość. Potrzeba więcej pieniędzy, by kupić to samo. Ceny rosną.

    Ktoś mniej rozgarnięty, mógłby pomyśleć, że skoro pieniędzy jest mniej, to zróbmy ich więcej.
    Tak np. zrobiło sobie Zimbabwe. Tak pogrążyła się ostatnimi laty, Wenezuela. Ale jak wiemy – więcej pieniędzy na tym samym rynku, to mniej warte pieniądze. Jeżeli ktoś nadal myśli inaczej – powtórzy błąd i dodrukuje ich więcej. To jeszcze bardziej zmniejszy wartość. Zatem dodrukujmy więcej, więcej, więcej, więcej.... WIĘCEJ!!!!

    Efekt znamy z telewizji, niekiedy i z historii – ulice zaśmiecone banknotami, z wielomiliardowymi cyferkami, których nawet nie opłaca się podnosić jak upadną na ziemię. Ściany tapetowane pieniędzmi – bo są tańsze niż tapeta, a nawet niż papier, na którym je nadrukowano. Dzieci budujące dom do zabawy z wypłaty tatusia...

    Tak... to nie papierki w ręku są pieniądzem. Pieniądzem jest to, co wypracujesz, jak zjesz w pracy swoją kanapkę. Może to worek ziemniaków wykopany z pola, a może nowy samolot dla wojska, a może po prostu „task” dla korpo, czy ostrzyżona główka klienta...

    To nie rząd ci daje pieniądze. To ty je tworzysz i nadajesz im wartość.
    A teraz pomyśl, że ktoś dostaje pieniądze za to, że siedzi w domu i nic nie robi...
    Że w na dziesięć osób pracujących, jest sześć niepracujących...

    Pomyśl... co się dzieje wtedy z wartością twojego pieniążka, za który właśnie kupujesz bułkę do pracy.

    No dobrze... westchnij, weź tę bułkę, zapłać i leć do roboty... Jak się przyłożysz, to może jutro będzie taniej?

    "Rzecz o pieniążku, bułce i prozie życia"

    Cool! Ranking DIY
    Can you write similar article? Send message to me and you will get SD card 64GB.
    About Author
    Madrik
    moderator of Robotics
    Offline 
    Prawo Murphy'ego to jedyny wyjątek od prawa Murphy'ego. Zawsze działa.
    Has specialization in: elektryka, modelarstwo
    Madrik wrote 10016 posts with rating 606, helped 529 times. Live in city Warszawa. Been with us since 2007 year.
  • Eltrox Hurton
  • Eltrox Hurton
  • #3
    Cowboy zagrabie
    Level 29  
    Czy mogę ten tekst opublikować gdzieś indziej? np FB?
  • #4
    Marek_Skalski
    VIP Meritorious for electroda.pl
    @madrik Dzięki za ten materiał! Może dzięki Tobie więcej osób zrozumie co się dzieje na świecie (nie tylko w Polsce) i czym to grozi. Ciekawe czy zdecydujesz się na kolejny rozdział dotyczący emisji walut cyfrowych i opis jak duża to będzie zmiana dla świata? Rewolucja już się zaczęła.
  • #5
    Madrik
    moderator of Robotics
    Cowboy zagrabie wrote:
    Czy mogę ten tekst opublikować gdzieś indziej? np FB?


    Jeżeli podasz źródło - nie widzę problemu.
  • #6
    atom1477
    Level 43  
    Madrik wrote:
    Pieniądzem jest to, co wypracujesz, jak zjesz w pracy swoją kanapkę. Może to worek ziemniaków wykopany z pola, a może nowy samolot dla wojska, a może po prostu „task” dla korpo, czy ostrzyżona główka klienta...

    Nie, nie jest.
    Sam przecież piszesz:
    Madrik wrote:
    A zatem, my nie mamy w ręku realnie wartych skarbów. Mamy tylko kupony, mówiące nam jaka część tych wszystkich wytworzonych towarów i usług, należy się nam. Za nasz wkład.

    Wiemy już czym jest pieniądz.

    To co wyprodukujemy (np. worek ziemniaków) nadaje wartość pieniądzom.
    Ale to jeszcze nie są pieniądze.
    Pieniędzmi są "kupony".
  • #7
    jsalamon
    Level 2  
    @ madrik
    pominąłeś tylko jedną ważną rzecz - tzw "umowę społeczna" aktualnie obowiązującą, ustalającą wartość pieniądza, czyli przykładowego papierka.
    Owa umowa społeczna, aktualna dzisiaj powstała w lata 50 wieku XIX (1850) w celu utrzymania własności środków produkcji - fabryk, pól, czego tam jeszcze chcesz w rękach ówczesnych właścicieli.
    praca wykonywana prze biedaków miała być tak mało warta, aby Ci broń boże się nie wzbogacili i nie otworzyli własnego biznesu, konkurencyjnego do mojego, bo moje zyski spadną.
    Jest to aktualne do dzisiaj - via koncesje na intratne towary, np.: alkohol, czy tytoń. Możesz sobie posadzić tytoń, ale nie możesz sam go przerobić, a już na pewno nie sprzedać po przerobieniu.
    Po pierwsze spadłaby cena i tzw Państwo miałoby mniejsze zyski, no i ceny nie byłyby stabilne - tylko zależne od urodzaju...
    Podobnie jest w innych dziedzinach - typowe rolnictwo już się nie opłaca, musisz mieć dopłaty z Unii, bo oligopol "robaczków", "płazów" i innych kupców supermarketowych daje Ci tylko niską cenę na wyprodukowane przez Ciebie towary.
    A żeby je sprzedać na targowisku w mieście za wyższą cenę musisz stracić czas i inne walory.
    Tzw "wolny rynek" nie jest panaceum na wszystko.
    Potrzebne są pewne regulacje prawne tego rynku, bo nawet żywność jest już przedmiotem gier giełdowych.
    O ile cena akcji np. Tesli niewielu użytkowników interesuje, to cena zboża niestety także jest już grą giełdową i inwestycją.
    Podobnie cena mieszkań czy pracy - to nie jest cena ich wytworzenia, tylko umowy...
    pozdrawaim
  • #8
    atom1477
    Level 43  
    jsalamon: Nieprawda. To co opisałeś nie powstało w 1850 roku, i nie jest to wolny rynek.
    Albo inaczej. Może i pomysł powstał w tamtych latach (Marx, Engels), ale nigdzie na świecie nie został wprowadzony aż do lat '20 XX wieku (i został wprowadzony jako komunizm, a nie jako to co mamy teraz: korporacjonizm).
    To co opisałeś faktycznie występuje, ale dopiero dzisiaj. Tak od lat powiedzmy 1970 (w Polsce od wycofania ustawy Wilczka). I to co teraz występuje to nie żaden wolny rynek. To jest korporacjonizm.
    Wolny rynek to był właśnie w 1850 roku. I wcale nie blokował powstawania konkurencji. W tamtych czasach właśnie pojawiało się mnóstwo małych konkurencyjnych firm. Każdy mógł otworzyć mały zakład szewski, kowalski, teletechniczny, itp. Wynalazki powstawały w prywatnych domach. Zwykli ludzie mogli zostać wynalazcami i produkować swoje produkty.
    Nawet w Polsce pod zaborami tak było.
    Dopiero dzisiaj jest tak jak mówisz, że jest to ograniczane. No ale skoro jest to ograniczane, to nie można mówić że mamy wolny rynek.
    Więc to:
    jsalamon wrote:
    Tzw "wolny rynek" nie jest panaceum na wszystko.

    Nijak tutaj nie pasuje.
    Bo to nie wolny rynek nas zniewala.
    Zniewala nas korporacjonizm: bliski sąsiad socjalizmu/komunizmu.
  • #9
    jsalamon
    Level 2  
    Nie pisałem,że wolny rynek powstał w 1850, tylko że umowa społeczna aktualnie obowiązująca wtedy powstała.
    Ta umowa nazywa się ekonomia neoklasyczna.
    I zakłada jedną rzecz, która jest nie do osiągnięcia - istnienie konkurencji doskonałej.
    Jeśli występuje monopol lub oligopol - czyli grupa posiadająca np. środki produkcji - nie ma możliwości konkurencji, bo masz umowę wewnętrzną, że nie zapłacisz za coś więcej niż inni,. a jeśli spróbujesz, to Ci "pomożemy" zmienić branżę...
    Teraz nadal mamy ekonomię neoklasyczną z drobnymi modyfikacjami.
    I masz rację - łatwo założyć firmę coś wytwarzającą, czy naprawiającą - vide szewc, o którym wspomniałeś. tylko aktualnie szewc ma problem - nowe buty z chin kosztują tyle co naprawa starych. A to że te nowe buty wytrzymają tylko jeden sezon, już importera z Chin nie obchodzi. ma to wliczone w koszty.
    no i wytworzenie butów w Chinach zmienia wartość naszego pieniądza, który mógłby dostać szewc, a dostaje importer plus pośrednicy, i na końcu Chińczyk na miskę ryżu.
    Aaa i jeszcze zapomniałem wspomnieć o "wysoce produktywnych" bankowcach, którzy za swoje usługi pobierają wysokie prowizje, ustalane przez samych siebie
    I zgadzam się z tobą w 100%, że to korporacjonizm nas zniewala, natomiast to czy korpo jest bliskie socjalizmowi - to temat na oddzielną dyskusję
  • #11
    pikarel
    Level 34  
    Quote:
    (...) pomyśl, że ktoś dostaje pieniądze za to, że siedzi w domu i nic nie robi...
    Że w na dziesięć osób pracujących, jest sześć niepracujących..
    .

    Pomyśl... (...)

    Tak "pięknie tłumaczysz" zagadnienia, napisałeś artykuł- elaborat, dlaczego więc tego nie wytłumaczyłeś, tylko każesz "myśleć"?
    Napisz, kim jest - według Ciebie - te sześć (na dziesięć) osób niepracujących?
    I czy to dobrze? czy może źle?

    U mnie, kilkadziesiąt lat temu - ja miałem tak:
    żona w domu na bezpłatnym wychowawczym z piątką dzieci, czyli na siedem osób - tylko jedna pracowała
    (wtedy podobnie było w co trzeciej rodzinie, czyli przynajmniej trójka dzieci, kolega był w radzie parafii, stąd dokładne dane).

    Czy to Ci się nie podoba, @madrik?
    Duża rodzina?
    Czy może to zły trop?
    Wytłumacz mi i innym czytającym; co "poeta ma na myśli" w ostatnich czterech akapitach.
  • #12
    vodiczka
    Level 43  
    Nie wiem co ci odpowie madrik ale ja odpowiem tak: Nie podoba mi się gdy państwo rozdaje pieniądze w postaci np. 500+
    Państwo powinno stymulować rozwój gospodarczy tak aby realne dochody pracowników rosły.
    Aby każdy mógł utrzymać swoje dzieci bez wkładanej do kieszeni, finansowej pomocy państwa.
    Każdy powinien mieć tak duża rodzinę na jaką go stać. Jeżeli było cię stać (choćby przejściowo) by z jednej pensji utrzymać siedem osób
    to żyłeś w dobrych czasach. "To se ne vrati" gdy ktoś nie jest Obajtkiem lub Lewandowskim.
    Wiem, że przesadziłem, oni nawet siedemdziesięcioosobową rodzinę mogliby utrzymać. ;)
  • #13
    Włodzimierz Wojtiuk
    Level 32  
    vodiczka wrote:
    Państwo powinno stymulować rozwój gospodarczy


    Ja tam wolałbym żeby nie stymulowało, a 15 lat temu dopilnowało budowy płotu, dziki z ASF by nie przełaziły.
  • #14
    Urgon
    Editor
    AVE...

    Generalnie artykuł dobry i wartościowy. Tylko mam problem z puentą.

    Madrik wrote:

    To nie rząd ci daje pieniądze. To ty je tworzysz i nadajesz im wartość.

    Wartość pieniądza nie zależy ani od Ciebie, ani ode mnie, ani nawet od "ludu pracującego miast i wsi". Zależy od tego, co ustali bank centralny danego kraju i jak wyceni wartość pieniądza, a tym samym pracy czy towaru względem globalnego systemu finansowego. Wartość towarów i usług zaś zależy od popytu i podaży. Dlatego kolędy śpiewane przez kolejne gwiazdeczki muzyki pop są dodawane do czasopism po 3 złote, ale ceny oleju napędowego i benzyny rosną za każdym razem, gdy grupa OPEC decyduje się ograniczyć wydobycie, by te ceny sztucznie windować. Kiedyś owoce morza były jedzeniem dla biedoty, teraz kosztują więcej, niż wołowina.

    Madrik wrote:
    A teraz pomyśl, że ktoś dostaje pieniądze za to, że siedzi w domu i nic nie robi...
    Że w na dziesięć osób pracujących, jest sześć niepracujących...

    A ile osób niepracujących może podjąć pracę? Ilu niepracujących to emeryci, osoby niepełnosprawne albo ich opiekunowie? Ilu ludzi nie może pójść do pracy, bo nie mają dostępu do żłobków i przedszkoli?

    Jestem darmozjadem, pasożytem społecznym, którego utrzymujesz z podatków. Nie dla własnej wygody, tylko dlatego, że jestem niepełnosprawny. Moja żona też. I dzieci. Ostatnio nasza sytuacja finansowa się poprawiła, ale był taki miesiąc, że mieliśmy 30 złotych na kilka dni - gdyby nie zapasy kaszy i innych suchych produktów, to byłoby wtedy krucho. Ale zamiast bułek mieliśmy wtedy placki z kaszy gryczanej z dodatkiem kaszy gryczanej i nadziewane kaszą gryczaną. Nadwęglone, bo olej też się skończył...

    Madrik wrote:
    Pomyśl... co się dzieje wtedy z wartością twojego pieniążka, za który właśnie kupujesz bułkę do pracy.

    Nic, bo wartość pieniądza nie od tego zależy.

    Madrik wrote:
    No dobrze... westchnij, weź tę bułkę, zapłać i leć do roboty... Jak się przyłożysz, to może jutro będzie taniej?

    Nie będzie, bo nie od ilości pracy zależy cena bułki, tylko od cen towarów i usług, a te zależą od popytu i podaży, obciążeń podatkowych i stanu globalnej ekonomii...

    @Vodiczka

    Wiesz, dlaczego dzietność Polaków rośnie na zachodzie Europy? Bo praca jest wyżej ceniona, potrzeby rynku są duże, a państwo ułatwia w realny sposób życie, a nie w fikcyjny. Na co komu 500+, skoro nie ma miejsca w państwowych żłobkach czy przedszkolach, a prywatne są za drogie? Zwłaszcza że koszty życia z roku na rok rosną. Pensje też (wolniej), ale świadczenia to rosną mało, albo wcale. Koszt typowego koszyka zakupowego wzrósł o 30% w skali roku. W tym czasie moja renta urosła o 73 złote z groszami. W tym samym czasie rachunek za prąd wzrósł o przynajmniej 33%. Nam, pasożytom społecznym, z roku na rok jest gorzej...

    Aha, od renty płacę podatek dochodowy, który finansuje moją rentę - taki prawny absurd...
  • #15
    vodiczka
    Level 43  
    Włodzimierz Wojtiuk wrote:
    Ja tam wolałbym żeby nie stymulowało, a 15 lat temu dopilnowało budowy płotu, dziki z ASF by nie przełaziły.

    Nie mogłeś zadzwonić 15 lat temu do Mińska by pchnęli trochę uchodźców na naszą granicę :?: ;)

    Urgon wrote:
    Nam, pasożytom społecznym, z roku na rok jest gorzej...
    Skoro renta ci się należy to pasożytem nie jesteś. Prawdziwy pasożyt, żyjący na wyłudzonej a nie należnej pomocy finansowej państwa, najmniej odczuje skutki inflacji w przeciwieństwie do obywatela, który nie tylko wypracował emeryturę ale i nieco odłożył na starość.
    Urgon wrote:
    Aha, od renty płacę podatek dochodowy, który finansuje moją rentę - taki prawny absurd...
    Nie wiem jak z rentami ale od składek emerytalnych przelewanych do ZUS podatku nie płaciłem, więc nie uważam podatku od emerytury
    za prawny absurd.
  • #16
    pikarel
    Level 34  
    vodiczka wrote:
    Nie wiem co ci odpowie madrik ale ja odpowiem (...)

    Nie wiesz, co odpowie, a Ciebie nawet bym nie pytał - więc grzeczniej byłoby pomilczeć.
    Poza tym: czy ktoś nie ma dzieci, czy wychowuję ich 10 - nic nikomu do tego, zwłaszcza Tobie.
  • #17
    Urgon
    Editor
    AVE...

    Twoja składka nie jest opodatkowana, ale reszta Twoich zarobków już tak, podobnie jak wszystko, co kupujesz, lecz Twoje składki nie pokryją Twojej emerytury; nie dość, że średnia długość życia się stale wydłuża, to jeszcze rodzi się za mało ludzi, by finansować system za te 25-40 lat. Dlatego z roku na rok państwo będzie musiało dopłacać do systemu emerytalnego coraz więcej. Dodajmy też zwyczajną niekompetencję władzy i bezsensowne szastanie pieniędzmi na zbędne rzeczy i na kupowanie elektoratu zamiast na długofalowe rozwiązania prawne i ekonomiczne i mamy to, co mamy.

    Kiedyś był taki żart:
    - Dlaczego szczur ma cztery łapki?
    - ???
    - By zdążyć do śmietnika przed emerytem.
    Obawiam się, że to może przestać być żartem.

    Tutaj była długa lista zbędnych wydatków i niegospodarności naszego państwa, ale ją wywaliłem, bo po co innym ciśnienie podnosić...
  • #18
    mychaj
    Level 32  
    1.Dopóki system emerytalny nie zostanie zmieniony a nie reformowany po łebkach i złodziejsku, trzeba mieć nadzieję że nasze panie zechcą korzystać z 500+ i rodzić dzieci...
    2. Już dawno zarobione pieniążki nie są zależne od tego co i ile robię ... a już na pewno nie w makro skali.
  • #19
    vodiczka
    Level 43  
    pikarel wrote:
    Poza tym: czy ktoś nie ma dzieci, czy wychowuję ich 10 - nic nikomu do tego, zwłaszcza Tobie.

    Mnie nic do tego ile dzieci ma Pan Pikarel czy Pan PPXD.
    Uważam natomiast, że w trosce o dobro tychże dzieci należy mieć ich tyle by każdego przyodziać i wyżywić na poziomie wyższym
    niż minimum biologiczne.
  • #21
    vodiczka
    Level 43  
    Urgon wrote:
    Twoja składka nie jest opodatkowana, ale reszta Twoich zarobków już tak, podobnie jak wszystko, co kupujesz, lecz Twoje składki nie pokryją Twojej emerytury;

    Moje zarobki też nie pokryją mojej emerytury bo nie dorabiam do emerytury a gdy pracowałem nie pobierałem emerytury.
    Dokładanie z podatków do emerytur to tylko problem techniczny. Gdyby odpowiednio podnieść składki i obniżyć podatki wyszłoby na to samo. Były w ZUS lata gdy wpływy na fundusz emerytalny przewyższały bieżące wydatki.
  • #23
    Urgon
    Editor
    AVE...

    Dlatego właśnie 500+ nie podniosło znacząco dzietności w Polsce. Większość polskich rodzin planuje prokreację według dochodów i możliwości. Becikowe i różne "plusy" to za mało, by pokryć realne koszty posiadania i utrzymania dziecka. A głównym hamulcem jest brak żłobków i przedszkoli państwowych, dzięki którym rodzice mogą iść do pracy szybciej. Dzietność Polaków za granicą rośnie, bo tam stosunek wysokości pensji do kosztów nawet prywatnego żłobka czy przedszkola, albo opiekunki jest dużo lepszy. 500+, jak wiele innych programów socjalnych, jest przykładem rozdawania ryb zamiast wędek...
  • #24
    vodiczka
    Level 43  
    mychaj wrote:
    Ale system oparty jest o ilość,
    Ja nie o systemie a o nieodpowiedzialnych dzieciorobach rozmnażających się zgodnie z regułą "Bóg dał dziecko a państwo je wyżywi"
    Nie mam na myśli wsparcia w razie choroby, pożaru czy innych sytuacji nadzwyczajnych.
  • #26
    vodiczka
    Level 43  
    mychaj wrote:
    Nie - zabrakło by w innych miejscach,
    Popełniasz błąd logiczny - skoro pieniądze z podatków wspierają fundusz ZUS to tych pieniędzy już teraz brakuje w innych miejscach.
    Zamiana na składki tej części podatku, która obecnie płynie do ZUS nie spowoduje, że gdzie indziej zabraknie więcej niż obecnie brakuje.
  • #27
    mychaj
    Level 32  
    vodiczka wrote:
    Popełniasz błąd logiczny

    Nie - bo budżet, podatki itd. to pokój z kasą, dostępną dla rządu, ale ZUS to sejf w kącie tego pokoju i trzeba sposobu by się do niego dobrać.
    Dlatego odwali taką szopkę z 2 filarem i udało im się część wyciągnąć.
    Jak Kwinto z jednej półki.
  • #28
    atom1477
    Level 43  
    mychaj wrote:
    Nie - bo budżet, podatki itd. to pokój z kasą, dostępną dla rządu, ale ZUS to sejf w kącie tego pokoju i trzeba sposobu by się do niego dobrać.

    Nikt nie mówi o dobieraniu się do ZUSu. Mowa o tym aby nie trzeba było dopłacać do ZUSu, z normalnej kasy podatkowej.
  • #30
    Cowboy zagrabie
    Level 29  
    Cuż z tego że zwiększymy populację, jeżeli nie promujemy aktywności zawodowej, klasy która płaci składki, wnosi podatki do budżetu. Budujemy następne pokolenie któremu nie będzie się chciało pracować, lub będzie do tego niezdolne ze względu na stan zdrowia i zamiast dokładać do PKB będą pobierały renty.
    Nic dziwnego, że osób w wieku produkcyjnym jest w Polsce obecnie ok. 25 mln, a ludności aktywnej zawodowo jest ok. 17 mln i te 17 mln musi uciągnąć siebie oraz pozostałe 21mln. To tak jakby nieść na plecach drugiego człowieka cięższego od nas o 23%.
    Hmmm zbieg okoliczności? Podatek VAT od usług to również 23% :D