Elektroda.pl
Elektroda.pl
X
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

[Opowiadanie] Uwikłany - opowieść być może nawet prawdziwa.

Madrik 16 Jul 2022 16:24 303 4
Przewód Toplex
  • #1
    Madrik
    moderator of Robotics
    Uwikłany.

    [Opowiadanie] Uwikłany - opowieść być może nawet prawdziwa.


    Zaczęło się od telefonu. Nic w tym dziwnego, dziś większość złych wieści i zdarzeń w naszym życiu, zaczyna się od odebrania telefonu. Ciocia Grażynka nie żyje, Wujek Kazik przyjeżdża na święta z całą rodziną. Szef ma pomysł jak możemy produktywnie spędzić czas wolny… Czasem się zastanawiam, czy to znak czasów, czy zemsta Boga na ludzkości.

    U mnie był to klient. Konkretnie klientka. Miły, spokojny głos, z lekko wyczuwalnym akcentem. Nie wiem jakim, ale kojarzył mi się ze wschodem. Numer wzięła z Internetu, samotna kobieta potrzebuje pomocy, nie zna się na elektryce, a się popsuło. Nowe mieszkanie, te sprawy. Podałem swoje stawki, określiłem kiedy mam czas – klientka się zgodziła, podała adres. Osiedle Czechowice w Ursusie. Zwykła dzielnica. Domki jednorodzinne z ogródkami. Nic niezwykłego. Podała nazwisko, nieco egzotyczne – Rashid. Jamila Rashid. To tłumaczyło akcent, ale w dzisiejszych czasach już chyba bardziej egzotycznie poznać kogoś, kto się nazywa Jan Kowalski. Umówiliśmy się na dzień i godzinę.

    Dojechałem pod wskazany adres. Zwykły parterowy domek. Ogródek nieco zaniedbany. Wyciągnąłem wózek z gratami z bagażnika i skierowałem się ku tablicy starego domofonu. Uśmiechnąłem się pod nosem na widok antycznej techniki i bakelitowych przycisków. Ile to może mieć? Czterdzieści lat? I patrzcie, ciągle się trzyma i działa. Głośniczek zaskrzeczał, symulując dźwięk dzwonka.

    - Tak?
    - Dzień dobry, elektryk do pani Rashid. Byliśmy umówieni.
    - A tak. Zapraszam. Proszę się nie przejmować bałaganem.

    Zamek piknął zwalniając zasuwkę. Pchnąłem furtkę i wszedłem do ogrodu. Kilkanaście kroków przez zarośnięty ogródek i stanąłem pod drzwiami. Nacisnąłem przycisk dzwonka. Melodyjny, dwutonowy gong obwieścił moje przybycie. Pani domu otworzyła drzwi. Otworzyła mi kobieta, zupełnie średnia, czy jak to się dziś mówi pięć na dziesięć, ale solidne. No może sześć na dziesięć. Na pewno bym się zastanowił czy na pewno osiem na dziesięć. Brunetka, brązowe oczy, skóra o kolorycie lekkiej opalenizny. Miła twarz. Niby nic takiego, ale coś mi drgnęło na jej widok w duszy.

    Zaprosiła mnie do kuchni i wskazała problem.

    - Widzi pan? Te dwa gniazdka mi nie działają. A w kuchni są mi potrzebne. Nie znam się na tym. Może pan coś z tym zrobić.
    - Oczywiście. Sprawdzę co się stało.
    - Napije się pan herbaty? Może kawy?
    - Nie dziękuję – Tak zwykle odpowiadam. Klienci czasem proponują tak z grzeczności, ale mam zasadę by nie przyjmować poczęstunków. Dlatego zwykle tak właśnie odpowiadam. Nie mam pojęcia, czemu tym razem usta powiedziały coś zupełnie innego.
    - Ależ bardzo chętnie. Herbata może być.

    Pani Rashid. Jamila, odwróciła się i podeszła do czajnika, wzięła go ręki.
    - Muszę niestety nastawić go w salonie, tam działa gniazdko.
    Uśmiechnęła się lekko i wyszła z czajnikiem.
    Przez długą chwilę za nią patrzyłem. Z każdą sekundą podobała mi się coraz bardziej. Może to jej ruchy? Takie płynne i miękkie. Tancerka? Gimnastyczka? W sumie nie wiem kim jest. Otrząsnąłem się i zająłem się robotą. Jedno gniazdko, potem drugie. Były dobre, ale nie było w nich napięcia. To stara instalacja. Ponad gniazdkami puszki, ledwo widoczne przy samym suficie. Zachlapane farbą i tynkiem. Rozejrzałem się. Puszek widać więcej. Ta jest od gniazdka. To na pewno. Nad tamtym gniazdkiem nie ma puszki, więc przewód idzie z tej. Rozejrzałem się. Tamta puszka jest od oświetlenia. Jest nad wyłącznikiem. Zauważyłem trzecią. No tak. Lodówka. Gniazdko musi być za nią. Uchyliłem lodówkę. Światełko i szum agregatu upewniły mnie, że pracuje. Zatem zaglądamy do puszki. W kącie stała mała drabinka. Pożyczyłem bez pytania. Starannie odciąłem nożem farbę po obwodzie puszki. Puknąłem w denko. Cienki tynk pękł i udało się nawet nie naruszyć za mocno farby wokół puszki. A w środku oczywiście armagedon. Zasilanie z miedzi. Odejścia z aluminium. Wszystko skręcone kombinerkami tak, że pożal się boże. Kiepski styk, dwa metale, które się nie lubią. Nic dziwnego, że się grzało, grzało, aż się przegrzało. Aluminium poutleniane, tu przepalony przewód, izolacji w zasadzie już nie ma. Wszystko kruche i delikatne. Jak ja nie lubię starych instalacji…
    Z drugiej strony, wiadomo co robić. Nowe złączki, nowa izolacja z koszulek termokurczliwych. Dwadzieścia minut roboty. W sumie nieźle. Kasa będzie.
    Kiedy skończyłem Jamila przyszła - Kiedy przestała być „panią Rashid”? - Powiedziała, że herbata jest gotowa. Podziękowałem. Spakowałem graty i wszedłem do salonu. Sam pokój nie różnił się zbytnio od typowego mieszkania. Jedynym egzotycznym akcentem była dekoracja w arabskim stylu, na ścianie. Tablica w formie portalu zakończonego łukiem, a w nim wzorzysta mandala z zawiłych linii i geometrycznych wzorów. Wydała mi się dziwnie złożona, ale co ja wiem o arabskim wystroju wnętrz?

    Jamila podała herbatę w małych filiżankach. Na stole nie było cukru. Może lubi gorzką?
    Spróbowałem i omal nie wyplułem. Napój mnie zaskoczył. Był jednocześnie niesamowicie gorzki i mocny, a z drugiej strony tak przesączony cukrem, że aż mdlił. W ostatniej chwili, przed kompromitacją towarzyską, przypomniałem sobie, że muzułmanie lubią taki sposób picia herbaty. Przełknąłem poczęstunek i następny łyk już pociągnąłem mniejszy i ostrożniej. Nie smakowała mi ta wersja herbaty – wolę ekspresówkę z torebki o kolorze bursztynu, z dwoma łyżeczkami cukru – ale odrobina egzotyki nie zaszkodzi. Pamiętam, że rozmawialiśmy. O czym… nie wiem. Wydaje mi się, że wypiłem ze trzy, może cztery filiżanki tej bardzo mocnej i egzotycznej herbaty. Nie wiem o czym rozmawialiśmy. Nie pamiętam drogi do domu. Pamiętam za to ręce Jamili. Kształt jej uszu i oczu. Odcień tęczówek. Niemal każdy ruch długich, kruczoczarnych włosów. Pamiętam jej zapach.

    A potem… potem stoję w korku… dwa światła od domu, a jakiś baran na mnie trąbi, że już zielone…

    Nawet nie pamiętam, czy wziąłem pieniądze. Ale okazuje się, że wziąłem. Dodatkowe banknoty leżą sobie grzecznie w portfelu. Nie wystawiłem faktury? Faktycznie. Nie wystawiłem. Starzejesz się człowieku. A może… się zakochałem? E nie… Na pewno nie.

    Przyśniła mi się. Siedziałem w domu, piłem jakiś napój, kiedy weszła do pokoju, usiadła przy mnie i dotknęła mojej twarzy.

    - Jesteś taki silny. Będziemy razem przez długi czas. Będziemy razem…
    Budzik zniszczył świat w najciekawszym momencie.

    Cały dzień, czułem się zmęczony. W pracy byłem dziwnie drażliwy, jak nigdy. Rzecz, które normalnie ignorowałem, wydawały mi się dziwnie irytujące. Ciężko było się skupić. Kiedy wróciłem do domu, czułem, że jestem naprawdę zmęczony. Bardzo zmęczony. Choć nawet nie wiedziałem, co by mnie miało tak zmęczyć.
    - Muszę się przespać… Rano będzie lepiej.

    Przytulała się do mnie. Czułem jak jej zapach rozchodzi się po całym, domu. Nasze dłonie splątały się razem. Wargi zbliżyły do siebie…
    Nienawidzę budzika.

    Kolejne dni zlewały się w kalejdoskop zdarzeń. Budziłem się zmęczony i zły. Praca mnie coraz bardziej wkurzała. Coraz bardziej miałem ochotę wykreślić wszystkie zlecenia z kalendarza. Wracałem do domu zmęczony i niesamowicie głodny. Jadłem, robiłem najbardziej potrzebne rzeczy i tylko je. Czułem jak tracę siły i energię. Marzyłem o tym, żeby tylko pójść spać. Wtedy było pięknie. Przychodziła do mnie. Czuła i piękna. Byliśmy coraz bliżej siebie, coraz bardziej czule. Było wspaniale. A potem się budziłem. Przy akompaniamencie budzika, niestrudzenie niszczącego mój piękny, senny świat. Jedyne co mogło pomóc na moje zmęczenie, to coraz wcześniejsze pójście spać. I co z tego, że spałem już po dwanaście godzin? Byłem zmęczony, widocznie organizm potrzebował.

    - Źle wyglądasz – Miecio, stary znajomy, nie owijał w bawełnę.
    - Dużo pracowałem ostatnio. Zmęczony jestem. Może potrzebuję urlopu?
    - Wyglądasz na chorego, nie zmęczonego. Idź do lekarza. Dobra, słuchaj – „Ważniak” ma problem. Ta jego maszyneria się znowu popsuła. A chyba już tylko ty jeden z całym województwie ogarniasz tę prowizorkę.
    „Ważniak” był naszym starym klientem. Ważnym klientem. Ale ksywka była od jego sposobu bycia. Nie znałem nikogo z takim poczuciem własnej ważności. Nawet najsłynniejsi politycy mieli mniejsze ego. Z zalet było to, że płacił za robotę i to dobrze. Z drugiej strony potrafił być nieziemsko chytry i skąpy. Miał fabrykę, odziedziczoną po przodkach. Przynajmniej tak mówił. Produkował, jak to się mówi, tradycyjnymi metodami, różne duperelki pseudoludowe. Na pewno macie w domu coś z jego produkcji. Pewnie ma napis „Pamiątka z…”. to po z… dopisuje zawsze wg zamówienia. Potem wszyscy kupują jego drobiazgi nad morzem, w górach, na Mazurach, na Śląsku… Wszędzie. Ludowa sztuka z jednej sztancy. Taktycznie i tak wszystko opisywał jako „Made in EU”. Tak więc pewnie i w Paryżu jego dzieła nie raz, nie dwa, z wakacji przywieźliście jako pamiątki z Francji, z Belgii, z Anglii, z Niemiec, z Bułgarii i wielu, wielu innych miejsc.

    Miał maszynę do produkcji jakiś tam otwieraczy do butelek czy innych grzebieni. Gięło, cięło, wyginało blachę. Dawno temu miało to coś ręczny napęd, wymagający 30 czynności, ale już dawno ktoś dorobił do tego elektryczne silniki. I autorski system automatyki. Wszystko popakowane w skrzynki z tekstolitu, robione ręcznie. Przyciski z przed wojny z Jaruzelskim. Wielkie, ciężkie… i wiecznie się psuje. Ale pan „Ważniak”, jasno i dobitnie oświadczył, że on za „kompjutery” płacić nie będzie. O modernizacji nie chciał słyszeć. Schematów do tego czegoś nie było. Wszystko zawsze trzeba było robić metodą na ruskiego inżyniera. Przewód, po przewodzie – a gdzie idzie, a co może robić, a może lepiej nie ruszać?

    W każdym razie rozmowa z Mieciem, skończyła się tak, że wróciłem do domu zły, wkurzony, późno wieczorem, taskając ze sobą całą, ciężką skrzynkę rozdzielczą. Bardzo chciałem iść spać, ale uznałem, że jeszcze się chwilę zmuszę i pogrzebię, póki mam rozpęd. A potem spanko…

    Otworzyłem pudło i zacząłem grzebać. Wyjątkowo mi nie szło. Nie mogłem się skupić. Odpinałem, przewody, sprawdzałem, grzebałem. W końcu stwierdziłem, że dokoła mnie jest jeden wielki „B”. Jest już środek nocy, a ja wyciągnąłem ze skrzynki całą wiązkę kabli, przewodów, przycisków, przełączników, antycznych przekaźników i jakiejś przedpotopowej elektroniki w stylu „pijany pająk”.

    „Dość” – Tylko tyle pomyślałem. Koniec na dziś. Trzymam w ręku plątaninę kabli i nie mam co z nią zrobić. Jutro też jest dzień. Tylko jak to rzucę gdziekolwiek, to jutro tego nie rozplączę… Zerknąłem na zwisające z sufitu haki na rower. Roweru dawno nie miałem, ale haki zostały. Lubię jak problemy same się rozwiązują. Powiesiłem wiązkę kabli na hakach i walnąłem się na łóżko. W ubraniu. A kto mi zabroni. Ostatnie moje spojrzenie przed snem na zwisające kable… „Kto wie, może przyśni mi się rozwiązanie”…

    Wstałem z łóżka. Była noc. Po raz pierwszy nie śniła mi się Jamila. Pokój był skąpany w nierealnej niebieskiej poświacie. Nad moim łóżkiem wisiała wielka rybacka sieć. A w samym jej środku niczym mucha, szarpało się jakieś małe, chochlikowe straszydło. Ni to diabełek, ni to skrzat… Dziwne, ale wydawało mi się, że przeklina po arabsku. Westchnąłem i podszedłem do skrzyni na skarby, która na tysiącu nóżek wybiegła z pod szafy. Otworzyłem ją i wyjąłem pistolet na wodę i butelkę świecącej błękitem wody. Starannie włożyłem butelkę z wodą do magazynka, jak nabój do pistoletu. Wycelowałem w poczwarkę w siatce i powiedziałem „Sajonara Madmuazel!”. Pistolet wystrzelił z ogromnym hukiem, pryskając niebieskim confetti, a diabełek w siatce zaczął się dymić, i rozpuszczać, cały czas klnąc po arabsku, aż zniknął. Włożyłem pistolet do skrzynki, która posłusznie wbiegła z powrotem pod szafę, a ja wróciłem do łóżka.

    Obudziłem się… Dosłownie chwilę później zadzwonił znienawidzony budzik. Łał!… Obudziłem się przed budzikiem. O to co znaczy trening. O cholera. Ale miałem realistyczny sen. Wstałem z łóżka i … wdepnąłem w coś mokrego. Obok łóżka na podłodze stała kałuża wody. A obok leżała… butelka po święconej wodzie, kiczowata, plastikowa, obarczona nazwą jednego z miejsc pielgrzymek religijnych fanatyków, o przepraszam – głęboko wierzących. Kurczaki. Skąd się tu wzięła? Była w szufladzie kredensu. Dostałem ją kiedyś od babci. Babcia już dawno osobiście obcowała z zaświatami, ale przyniosła mi kiedyś na „nowe mieszkanie – żeby zło się go nie trzymało”. Przesądy, zabobony. Nie ważne. Dała to leżało. Jeść nie wołało. A pamiątka po babci była.

    Poszedłem po mopa. Posprzątałem. Dziwne, ale czułem się zaskakująco dobrze. Wyspałem się? Nieważne. Zjadłem śniadanie. Czas wrócić do roboty. Plątanina kabli wisiała, tam, gdzie ją zostawiłem. Dziwne – nie pamiętam, żeby była pokryta takim syfem. Coś oblepiało kable. Błoto? Stary olej? Smar? Nie wiem, ale śmierdziało nieziemsko. Skrzywiłem się. Sięgnąłem po spray z chemią. Mieszanina lotnych węglowodorów i innych świństw, zmyła nalot niemal bez śladu. Zacząłem skręcać cały ten bałagan. I muszę się pochwalić, że szło mi niesamowicie sprawnie. Szybko się domyśliłem, gdzie może być problem. Dawno mi tak dobrze nie szło. Wymieniłem podejrzane przewody, skręciłem, podłączyłem na próbę do zasilacza. Działa.

    Zaraz po południu byłem u „Ważniaka”. Podłączyłem ustrojstwo i zadziałało. „Ważniak” oczywiście pomądrzył się, jak to miał rację by „klasyki” nie wymieniać, tylko naprawić. Zapłacił i pojechałem.

    Następny klient był na Starym Mieście. Poszło szybko. Wracając coś mnie zatrzymało. Spojrzałem na jeden ze straganów. Niepozorna blondyneczka, na oko studentka, sprzedawała jakieś koronki rozpięte na drucianych ramkach. Nie wiem czemu podszedłem.

    - Dzień dobry.
    - Dzień dobry. Coś pana zainteresowało? Podać?
    - Przepraszam, ale co to jest?
    - „Łapacze snów” – stara indiańska tradycja. Łapią złe sny i zatrzymują złe duchy, które chciałby je przejąć.
    - A jakie złe duchy?
    - Dużo ich jest. Zmory, dybuki, upiory, sukkuby…
    - Sukkuby? A co to?
    - Żeńskie demony. Przychodzą do mężczyzn w snach i wysysają z nich siły i dusze.
    - Brzmi okropnie.
    - Bo jest. Kiedy demon wyssie siłę, zaczyna wysysać duszę. Ofiara popada w szaleństwo i rozpustę. Wszystko traci dla niej znaczenie, aż doprowadza się sama do zguby.
    - Prawie gotowy scenariusz na film. Widzi pani, jakie na nas, chłopów, czekają zagrożenia. Jak się mamy czuć bezpiecznie?
    - Na to polecam właśnie łapacza. Ochroni sny i ocali duszę. Poza tym, jeszcze prawdziwa miłość może odstraszyć demona. - Mrugnęła do mnie.
    - I taka siateczka ma zatrzymać takiego groźnego demona, co czyha na mą cnotę i duszę?
    - Taka nie. Na demona musi być wzmocniona, nietypowa, z wplecionymi różnorodnymi koralikami. O na przykład taka.
    - Koraliki zatrzymają demona?
    - Nie o koraliki chodzi. Raczej o chaos, zmylenie wzoru, zapętlone wzorce, zmylenie drogi do swojego umysłu. Takie tam... mistyczne sprawy.
    - Wygląda jak bardzo skuteczna pułapka. Po ile to cudo?
    - Ręcznie robione, ta na przykład jedynie sześćdziesiąt złotych.
    - Drogo…
    - Czy ocalenie duszy nie jest tego warte?
    - W sumie… A poproszę.

    Wracałem już do domu, bogatszy o koronkę ze sznurka i uboższy o sześćdziesiąt złotych. Ale coś tknęło. Pojechałem do Ursusa, pod pamiętny adres. Chciałem kogoś zobaczyć.

    Dom stał jak wcześniej, ale nie takim go zapamiętałem… Ogród zapuszczony jak wcześniej, ale dom… Rudera z oknami zabitymi deskami. Drzwi zamurowane… Wyglądał na opuszczony i to od lat.

    - Dzień dobry, szuka pan domu do kupienia?
    Odwróciłem się. Jakaś babcia z wózeczkiem.
    - Dzień dobry. Nie. Dostałem adres od klienta, ale nie wiem, czy się nie pomylił.
    - Możliwe. Wie pan, tu ciągle jacyś majstrzy przyjeżdżają. Wchodzą do ogródka, gapią się na te drzwi, a potem wracają. Niektórzy tu parę razy przyjeżdżali i upierali się, że tu jakaś ich klientka mieszka. A to przecież stary dom po Franczukach. Stara historia. Tu wszyscy pamiętają. Franczuk żonę zaciukał po pijaku, a potem się powiesił. Rodziny nie mieli i dom stoi. To dawno było, jeszcze w osiemdziesiątym piątym. Niektórzy mówią, że tu teraz straszy, ale nikt tu żadnych duchów nie widział. Ale ciągle ktoś adres mylił. A to ślusarz, a to stolarz, a to ekipa malarzy. W sumie nazwa ulicy podobna do kilku innych. Ale jakby pan domu szukał to tam, o pod siedemnastką, jest segment ładny do kupienia. Tanio. Mój sąsiad sprzedaje.
    - Dziękuję bardzo. Zadzwonię jeszcze raz do klienta i się upewnię, czy nie pomylił adresu. Do widzenia pani.
    - A do widzenia, do widzenia… Ech te młode, śpieszą się ciągle, porozmawiać już nie mają czasu…
    - Niestety taka praca. Jak będę znowu w okolicy, to zobaczę ten segment. Miłego dnia.
    - Wzajemnie, wzajemnie…
    Wróciłem do domu. Powiesiłem nad łóżkiem koronkę ze straganu.

    Dziwne, ale nie mogę sobie jej przypomnieć. Jak ona miała na imię? Janka? Jechowa? Jedlina? Nazwisko jakieś takie znajome… Raszyn? Jemioła Raszyn? Nie… jakoś inaczej. Jej twarz… Zniknęła. Nie mogę jej sobie przypomnieć… Wspomnienia uleciały. Coś mi się kojarzy, że to może być ważne. Ale czemu?

    Nie wiem. Idę spać, bo już późno. Może coś mi się przyśni…
  • Przewód Toplex
  • Przewód Toplex
  • #3
    kjoxa
    Level 13  
    Wow, dobre. Będzie kontynuacja? :-)
  • #4
    Maly
    Level 31  
    Nie pasuje mi tylko ta zapłata "za robotę", nie powinno jej być ;)
  • #5
    Mierzejewski46
    Level 35  
    Ciekawe, bardzo ciekawe.