Elektroda.pl
Elektroda.pl
X
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

Opowieści z krypty (elektronika)

Urgon 31 Oct 2022 08:17 3048 54
Altium Designer Computer Controls
  • Opowieści z krypty (elektronika)
    Był późny wieczór ostatniego dnia października. Stary Matiz, spod którego beżowego lakieru przebijały się wypryski rdzy w kolorze zakrzepłej krwi, zatrzymał się pod cmentarnym murem. Siąpił deszcz, a co druga latarnia na ulicy była wyłączona. Jedynym źródłem światła na cmentarzu były tysiące płonących zniczy. Między grobami przemykali nastoletni goci, oraz kilka dekad starsi złodzieje wiązanek. Po kilku sekundach szarpania się z upartymi drzwiami z samochodu wysiadła młoda dziewczyna, a za nią równie młody kierowca - drzwi od jego strony nie otwierały się wcale. Ona rozglądała się po ponurej okolicy, gdy on próbował zamknąć drzwi.
    - Czaruś, gdzieś ty mnie wywiózł - zapytała.
    - Chciałaś poznać moich znajomych, a tutaj jest zlot.
    - Gdzie? Na cmentarzu?
    - Oj, Aguś. Nie na cmentarzu, tylko obok. Chodź, bo
    się spóźnimy.
    Faktycznie, kilkanaście metrów dalej cmentarny mur nagle skręcał, a tuż za nim stał niski i długi budynek. Za budynkiem mur skręcał ponownie, a za nim cmentarz ciągnął się dalej. Agnieszka spytała szeptem:
    - Co to za miejsce?
    - Kiedyś to była sala weselna.
    - Tutaj? Jaja sobie ze mnie robisz.
    - Gdzież bym śmiał, kochanie. Serio, to była sala weselna. Tylko z piętnaście lat temu cmentarz został rozbudowany, a potem biznes po prostu umarł.
    Czarek zapukał do drzwi. Szczęknęły zasuwy, a drzwi uchyliły się z przeraźliwym skrzypnięciem. Stał w nich wysoki człowiek ubrany w czarny habit z naciągniętym na głowę kapturem. W lewym ręku trzymał kosę, w prawym terminal. Grobowym głosem powiedział:
    - Proszę kartę.
    Czarek wyjął z kieszeni kartę Elektrody, a strażnik wrót ją zeskanował, po czym odsunął się i skinął kosą. Weszli do środka, a drzwi za nimi zatrzasnęły się z ponurym hukiem. Wnętrze przypominało bardziej skład rupieci, niż salę weselną. Wzdłuż jednej ze ścian stało kilka metalowych regałów zastawionych elektroniką i kartonami. Przy narożniku frontowej ściany stał na podłodze stał laptop, a przed nim kucało dziwne stworzenie. Agnieszka przyjrzała mu się dokładniej, nie dowierzając swoim oczom. Skórę miało bladoszarą, było niskie i chude, ubrane w brudną przepaskę biodrową. Jego głowę porastały strąki zielonoszarych, brudnych włosów, ledwo zasłaniające spiczaste uszy. Stworzenie spojrzało na Agnieszkę, a jego twarz wykrzywiona była tak wielką nienawiścią i pogardą, że Agnieszka aż się cofnęła o krok. Wskazała na nie palcem i wyszeptała:
    - Co,,, Co to?
    - Nosiciel kosy odrzucił kaptur i odstawił kosę, po czym dodał nuż normalnym głosem:
    - To Trollus, nasz forumowy troll internetowy.
    Troll odwrócił się do laptopa i zaczął coś pisać, używał do tego zarówno dłoni, jak i stóp.
    - Nie karmcie go, to nic wam nie zrobi -`2 dorzucił człowiek. - Chodźcie za mną.
    Za regałami grupa brodatych starców ubranych w szare szaty układała kolumny ze starych magnetofonów, radioodbiorników i telewizorów. Na nich kładli kolumny głośnikowe. Na każdym sprzęcie było logo jednego producenta. Nie pytany przewodnik wyjaśnił:
    - To klub miłośników Unitry. Od lat pracują nad rytuałem, by wskrzesić ich ukochaną firmę. Jakby cię pytali, to mów, że nadal używasz Radmora albo oglądasz telewizję na Neptunie.
    Ruszyli dalej, mijając grupki ludzi rozmawiających ze sobą, czy grzebiących w różnych urządzeniach - byli to różni forumowicze. Koniec sali był odizolowany od reszty wielką stertą pudeł. Na każdym z nich ktoś napisał markerem "barachło". Przewodnik wskazał im wąski przesmyk, a sam ruszył z powrotem w stronę drzwi.
    - Kto to był? Nie przedstawił się.
    - Jeden z moderatorów - odpowiedział Czarek. - Chodź, on czeka na nas.
    - Kto?
    - Zobaczysz.
    Przestrzeń za kartonami była mroczna - oświetlało ją kilka elektronicznych zniczy stojących na dużym stole zawalonym książkami i czasopismami elektronicznymi. Za stołem, oparta o ścianę, stała trumna - model tradycyjny, jak ze starych filmów. Przed stołem czekały na nich dwa krzesła. Czarek i Agnieszka siedli, a wtedy trumna sama się otworzyła. W środku stał człowiek w zbyt ciasnym fraku. Przemówił głosem będącym marną podróbką Béli Lugosiego:
    - Jestem Urgon. Opowiem wam kilka historii. Ale najpierw...
    - Tak - zapytała Agnieszka. Urgon odpowiedział już normalnym głosem:
    - Możecie mnie stąd wyciągnąć? Wygląda na to, że się zaklinowałem.



    Lśnienie

    W okolicy, gdzie mieszkałem był zakład naprawiający telewizory i inny sprzęt RTV. Droga w jedną stronę zajmowała kilka minut. Zdarzało mi się tam chodzić (bez wiedzy matki) i pytać starszego pana naprawiającego głównie Rubiny i Neptuny, czy nie ma jakichś kawałków elektroniki na zbyciu, co bym sobie i pooglądał i lutowanie poćwiczył. Biorąc pod uwagę, że miałem wtedy 8-9 lat, to o elektronice nie wiedziałem jeszcze zbyt wiele. Pewnego popołudnia spotkało mnie wielkie szczęście - dostałem w prezencie dwa worki części. W jednym lampy próżniowe i nixie, w drugim zaś gigantyczną kolekcję rezystorów i kondensatorów produkcji polskiej z epok (słusznie) minionych.

    O tym, że coś jest nie tak, zorientowałem się na przed pierwszą klatką mojego bloku (mieszkaliśmy w ostatniej). Zrobiło mi się mokro w prawym bucie. Spojrzałem w dół i wtedy ujrzałem, że prawa noga od połowy łydki w dół jest czerwona. Jeden z rezystorów "wystawił nóżkę" przez siatkę i rozciął mi bok nogi. Gdy poczułem ból, zareagowałem gwałtownie, i siatka z impetem zderzyła się z moją nogą. Jakaś inna część wbiła mi się w piszczel. Ślad tego zdarzenia w formie wgłębienia w kości i skórze noszę do dzisiaj.


    Mucha

    Zdarzyło się to jak miałem bodaj 10 lat, czyli gdzieś w roku 1996. Pamiętam, było już lato, i szkolny reżim się chwilowo skończył. Znajomy rodziny pracował w fabryce FSO w Lublinie, gdy ta chyliła się już ku upadkowi. Znajomy ów wiedział, iż obaj z bratem interesujemy się elektroniką. Sprezentował więc nam radiostację znalezioną gdzieś wśród fabrycznych rupieci.

    Radiostacja składała się z dwóch części: sporej wielkości zasilacza i jeszcze większej części nadawczo-odbiorczej. W komplecie był też łączący obie części solidny kabel grubości węża ogrodowego oraz zwykła słuchawka telefoniczna z przyciskiem nadawania. Oczywiście po podłączeniu do prądu radiostacja nie działała. Postanowiliśmy więc ją otworzyć. Nie myśleliśmy nawet o jej naprawie - po co nam radiostacja na pasmo, z którego raczej radioamatorzy nie korzystają? Zwłaszcza, że nie mieliśmy licencji, ani szans na licencję.

    Zasilacz nie był zbyt ekscytujący. Jedyną, ekscytującą rzeczą były przekaźniki chyba telefoniczne w plastikowych podstawkach, trzymane na miejscu drucianą zapinką. Poza tymi przekaźnikami i wielkim transformatorem nie pamiętam nic na temat tego zasilacza. Za to radiostacja to coś zupełnie innego. Pamiętam to dokładnie.

    Radiostacja była zbudowana dla łatwego serwisowania. Wystarczy odkręcić kilka śrub i wysunąć front i konstrukcję nośną z reszty obudowy. W praktyce to wyglądało tak, że ja siedziałem na podłodze trzymając obudowę między udami i przytrzymując jeszcze rękoma, podczas gdy brat próbował wyciągnąć front i ramę. Całość była w środku przerdzewiała i stawiała opór. Gdy w końcu obudowa "puściła", rama wręcz wystrzeliła, a na mnie spadł deszcz rudopomarańczowej rdzy i dziesiątek, jeśli nie setek zasuszonych much.

    Radiostacja nie działała, bo przynajmniej połowa lamp próżniowych była rozhermetyzowana. Za to fajnym patentem było gniazdo na bodaj 16 rezonatorów kwarcowych trzymanych na miejscu przez kawałek blachy przykręcony dużym, metalowym pokrętłem.


    W stronę słońca

    Nie pamiętam, ile dokładnie miałem lat, chyba ze trzynaście. W Elektronice dla Wszystkich przeczytałem o konkursie na układ "w pająku". Mój brat uznał, że świetnym pomysłem byłby układ sygnalizatora temperatury z dwukolorową diodą LED, który był w którymś numerze EdW albo Elektroniki Praktycznej. Zebraliśmy części i brat zabrał się za montaż.

    Układ był piękny - wszystkie połączenia równe, wyprowadzenia gięte pod kątami prostymi, żadnych cynowych "smarków", mimo używania lutownicy transformatorowej. Po włączeniu do zasilania dioda LED zaświeciła się. Na biało, po czym wybuchła. Gdyby nie to, że mój brat miał okulary, to by uszkodził sobie oko - kawałek szkła odprysł od soczewki trafiony odłamkiem LEDa. Myślę, że budowanie sygnalizatora temperatury zasilanego napięciem sieciowym "w pająku" to nie był dobry pomysł...


    Wstrząsy

    Jakieś 10-12 lat temu miałem "fazę" na budowanie własnego zasilacza impulsowego na bazie IRS2153. Wiedziałem wtedy o zasilaczach dużo mniej, niż teraz. Tego wieczoru późną jesienią próbowałem sprawdzić i naprawić stary zasilacz ATX. Płytka drukowana była wyjęta z obudowy i ustawiona na radiatorze. Włączyłem zaslacz do prądu i sięgałem po multimetr leżący za obudową,, gdy musnąłem płytkę lewym przedramieniem. Oczywiście, że zrobiłem zwarcie po stronie pierwotnej i wywaliłem bezpiecznik od wszystkich gniazdek w mieszkaniu. Na szczęście automat. Odłączyłem zasilacz i włączyłem bezpiecznik. Pochylając się nad płytką czubkiem nosa dotknąłem jednego bieguna zespołu kondensatorów głównych, dolną wargą drugiego. W konsekwencji rozładowałem jakieś 680µF pod napięciem ponad 320V twarzą. Dałem sobie spokój z naprawą tego zasilacza.

    Zamiast kontynuować pracę z zasilaczem, wyjąłem swój prototyp przetwornicy na IRS2153. Prototyp składał się z dwóch płytek: jedna zawierała prostownik, bezpiecznik i filtry EMI oraz kondensatory strony pierwotnej. Trzy przewody łączyły ją z płytką zawierającą przetwornicę, tranzystory MOSFET, transformator i prostownik strony wtórnej z filtrem. Wymieniłem spalony tranzystor (wtedy nie wiedziałem, że winny jest źle obliczony i źle nawinięty transformator) i włączyłem przetwornicę do prądu. Mój błąd polegał też na tym, że nie włączałem jej przez żarówkę by ograniczyć prąd i uchronić tranzystory i sam układ IRS2153. Tranzystor wybuchł, a wraz z nim i scalak. Mocno zdenerwowany złapałem za płytkę przetwornicy by nią rzucić o ścianę. Płytkę zespołu prostownika i filtrów. Będącą wciąż pod napięciem...

    Dlatego na razie dałem sobie spokój z przetwornicami zasilanymi napięciem sieciowym.


    Koszmar z ulicy Wiązów

    To jest krótka historia sprzed pięciu lat, dedykowana posiadaczom ciasnych mieszkań i małych dzieci. Pracowałem właśnie nad płytką od bodaj zasilacza SN1534. Córka, mająca wtedy trochę ponad rok, patrzyła z uwagą, co tatuś robi. Niespodziewanie jednak złapała za kolbę lutowniczą. Ale nie za plastikową rękojeść, tylko za metalowy, gorący koniec. Nigdy bym nie pomyślał, że tak małe dziecko może krzyczeć tak głośno. Strach i adrenalina uderzyły mnie z gwałtownością wybuchającego kondensatora. Złapałem wypuszczoną przez Adę kolbę, zanim ta spadła na podłogę lub jej nogę i odłożyłem na podstawkę. Żona tymczasem ją trzymała i próbowała uspokoić. W ciągu dziesięciu minut znaleźliśmy się w przychodni oddalonej o piętnaście minut od nas. Na szczęście samo oparzenie nie było tak poważne, jak można się było spodziewać i wystarczyło częste smarowanie kremem na oparzenia ze środkiem znieczulającym.


    Oszukać przeznaczenie

    Pół roku po incydencie z lutownicą Ada przewróciła się i uderzyła głową o narożnik radzieckiego oscyloskopu. Oscyloskop był owinięty folią bąbelkową właśnie na wypadek takiego wypadku (oraz dlatego, że Ada raz już na niego nasiusiała), ale musiała wcześniej zerwać kawałek pianki z tego jednego narożnika. Ada była zapłakana i miała pół twarzy zalane krwią. Na szczęście sama rana okazała się być niewielkim, acz głębokim rozcięciem łuku brwiowego. Dlatego musieliśmy wzywać do pomocy rodzinę, by ją zabrać do szpitala w Warszawie (bo szpital w Garwolinie odmawia przyjmowania dzieci, chyba że się zażąda na piśmie, iż odmawiają przyjęcia, o czym wtedy nie wiedzieliśmy). W Warszawie byli naszym przybyciem zaskoczeni, bo jedyną, potrzebną czynnością było ogolenie brwi i wymiana opatrunku na "motylka" ściągającego ranę zamiast szwów. Po tym zdarzeniu okleiłem oscyloskop dodatkowymi pięcioma metrami folii bąbelkowej i połową rolki taśmy samoprzylepnej.


    Dziewiąta sesja

    Mniej-więcej w tym samym czasie pracowałem nad projektem klawiatury dotykowej 8x8 pól RGB wykorzystującej ideę pojemnościowego dzielnika napięcia. Moje umiejętności programistyczne w C nie były wtedy wybitne. Do tego uwierzyłem w to kłamstwo powtarzane przez wielu marnych programistów świata Open Source, że kod powinien być swoją własną dokumentacją. Z projektem był zasadniczo jeden problem - nie działał. Dlatego przerwałem nad nim pracę, dopóki się sam nie poduczę i nie rozwiążę problemów programowych.

    Problemy były dwa: komunikacja I2C, gdzie mój układ miał być "niewolnikiem" oraz funkcja kalibracyjna. Dokumentacja Microchip oraz inne źródła są pełne przykładów użycia tego protokołu, gdy mikrokontroler jest panem i władcą magistrali, ale przykładów, gdy mikrokontroler ma mieć rolę służalczą i podległą nie było zbyt wiele. Do tego miałem też plagę problemów sprzętowych, czyli marne kabelki przyłączeniowe. Nie miałem też cyfrowego oscyloskopu ani analizatora logicznego, by zobaczyć, co się dzieje na magistrali. Drugim problemem była funkcja kalibracji pól. Idea pomiaru opiera się na ładowaniu i rozładowywaniu pola dotykowego określonym prądem przez określony czas, a następnie pomiaru napięcia, jakie na nim będzie. Gdy pole jest dotykane, pojemność się zmienia, co wpływa na uzyskane wartości - większa pojemność w jednostce czasu i przy tej samej pojemności naładuje się do niższego napięcia, a potem rozładuje się też o mniej. Mikrokontroler dysponuje też szeregiem wbudowanych pojemności i wejściem dla pojemności zewnętrznej, by wszystkie pola dotykowe, niezależnie od wielkości i odległości miały podobną pojemność przełączaną "w locie". Ja te pola dodatkowo multipleksowałem przełącznikami analogowymi 1z8.

    Funkcja kalibracji tego ustrojstwa miała ustalić dla każdego przycisku pojemność, przy której nie następuje wykrycie dotyku przy ustalonych progach. W czasie kalibracji przyciski miały nie być dotykane, a zakończenie kalibracji dla każdego z nich miało być sygnalizowane zmianą koloru przynależnej do pola diody LED. Wartości kalibracyjne miały być potem zapisane by nie trzeba było tego powtarzać za każdym razem. Drobny problem: mikrokontroler nie ma pamięci EEPROM. Nie ma sprawy - zapiszę te wartości jako tablicę pod konkretnym adresem pamięci programu i po kalibracji użyję funkcję samoprogramowania by nadpisać wartości. Jak to zrobić? Oczywiście procedura jest dość skomplikowana, by przypadkiem sobie programu nie nadpisać, ale jakoś do tego doszedłem, i chyba kod nawet nadpisywał pamięć programu pod wskazanym adresem. Sam układ jednak uporczywie nie działał, więc w końcu się poddałem.

    Do pracy nad tym wróciłem ponad dwa lata później, jak moje zdolności programistyczne nieznacznie się polepszyły. Entuzjazm do pracy trwał do momentu otwarcia kodu źródłowego. Cytując Marlona Brando z filmu Czas apokalipsy:

    Groza… groza….

    Do projektu w końcu wrócę, i pewnie napiszę wszystko od nowa - będzie łatwiej. Bo tego, co tam napisałem, nie pojmuję. Za to nauczyłem się, by dokumentować komentarzami wszystkie swoje programy...


    Minikonkurs dla spostrzegawczych

    Kto napisze, skąd pochodzi i co przedstawia tytułowy obrazek, zgarnie 50 punktów.


    A was jakie spotkały historie, wpadki i wypadki? Napiszcie!
    About Author
    Urgon
    Editor
    Offline 
    Has specialization in: projektowanie pcb, tłumaczenie, mikrokontrolery PIC
    Urgon wrote 5851 posts with rating 1806, helped 195 times. Live in city Garwolin. Been with us since 2008 year.
  • Altium Designer Computer Controls
  • #2
    User removed account
    Level 1  
  • #3
    ArturAVS
    Moderator HP/Truck/Electric
    Zwarcie


    Pewnego letniego popołudnia, wróciwszy z pracy rozsiadłem się wraz z żoną aby przy kawie obejrzeć nasz ulubiony serial. Mój pierworodny bawił się w swoim pokoju korzystając z nowego zestawu klocków Lego. Cisza i spokój, tego potrzebowałem jako wytchnienia od działu UR w firmie w której pracowałem. Przypaliłem papierosa i wziąłem łyk kawy. Serial już się zaczynał. Żona przytuliła się do mego boku i wpatrzyliśmy się w TV Sony Wega. Nagle trzask oraz krótki błysk widoczny przez otwarte drzwi na korytarz. Telewizor zgasł i słyszę tylko śmiech syna z pokoju obok.

    Poderwałem się i wpadłem do pokoju Filipa pełen najgorszych obaw. Stał trzymając w rączce końcówkę przewodu sieciowego od prodiża ze zbitą końcówką porcelitową, dłoń była lekko okopcona co pewnie sprawiło mu radość. We mnie krew zawrzała widząc drugi koniec z wtyczką włożony do gniazdka w ścianie.

    - Filip! - Skąd masz ten kabel!?
    - Tato, babcia mi dała do zabawy.

    Zbladłem. W pierwszej chwili zamierzałem dać mu kilka solidnych klapsów, lecz żona mnie od tego odwiodła. Kilka godzin tłumaczyłem trzylatkowi że z prądem żartów nie ma. Wyżyłem się na teściowej która pod wieczór wróciła.



    Na krótko


    Jakiś rok po powyższych wydarzeniach zmieniłem branżę przechodząc do serwisu TIR, żona podjęła pracę i często zabierałem syna do firmy gdyż nie miałem go z kim zostawić. Pewnego sobotniego popołudnia podjechał do mnie znajomy cysterną do przewozu mleka. W zasadzie prosta robota, automatyka pompy odbierającej szwankowała. Steyr z zabudową. Nie chcąc blokować ciężarówką drogi wjechałem tyłem na swoje podwórko. Za "plecami" ciężarówki miałem budynek gospodarczy w którym mieszkał jeden z moich szwagrów. Po kilkudziesięciu minutach ogarnąłem naprawę i żona która akurat wyszła wyrzucić śmieci, zaproponowała kawę. Usiedliśmy we trójkę (wraz z kierowcą) na tarasie, przybiegł Filip.

    - Tato, mogę w ciężarówce posiedzieć?
    - Marcin (kierowca) mówi - A czemu nie?
    Wyjąłem z kieszeni kluczyki i położyłem na stole, uradowany Filip pobiegł wspiąć się do kabiny. Porozmawialiśmy sobie kilkanaście minut i nagle słychać uruchomiony silnik. Kluczyki leżą na stole! Biegiem wypadłem za dom i widzę że auto toczy się do tyłu (zostawiłem na wstecznym, nie zaciągając ręcznego). Drzwi kabiny były otwarte, więc sięgnąłem dłonią i wcisnąłem hamulec w podłogę. Silnik zgasł. Spojrzałem na syna;

    - Filip, jak go uruchomiłeś?
    - Tato, widziałem jak Ty w zakładzie "odpalasz na krótko"...



    Sytuacje autentyczne.
  • #4
    Kajox
    Level 17  
    Ja nigdy nie zapomnę naprawy "przetwornicy" AEG SW1500. Jak w większości przypadków poleciały tranzystory na stronie 12/320V. Wymienione zadowolony składam jak najszybciej by wytestować. Moduł sterujący stroną 12/230 i odpowiadająca za "sinus" był wpinany na listwę goldpin. Niestety wpiąłem go o jeden pin przestawiony w prawo. (Brak stabilizacji napięcia wyjściowego) Odpalam z zasilacza serwisowego, niby ok ale trochę duży pobór 2.5A i dziwny dźwięk bulgotających kondensatorów. Zdziwiony chciałem dotknąć tranzystorów od generowania napięcia wyjściowego nie biorąc pod uwagę, że jeśli są przykręcone na radiatorze tunelowym odizolowanym od siebie może być tam jakieś napięcie. Okazało się, że tak dotknąłem prawą ręką kciukiem i palcem wskazującym obejmując radiator do śrub mocujących tranzystor. Efekt porażenie 520VDC pracującej przetwornicy i piękne dwie wypalone dziurki na palcach. ;) Głupi ma szczęście, że to było porażenie palec palec u jednej dłoni a nie ręka ręka bo mógłbym tego nie napisać. Złe samopoczucie do wieczora. Minęły z 4 lata a pamiętam jak by to było wczoraj. Teraz już nic paluchami nie dotykam chyba, że w rękawiczce. Wolę termowizję.
  • #5
    Mobali
    Level 40  
    Urgon wrote:
    skąd pochodzi i co przedstawia tytułowy obrazek, zgarnie 50 punktów.
    The Ring [2002)? A na zdjęciu Naomi Wats (gra Rachel)? Na ekranie zaraz ukaże się "krąg"? To scena kopiowania kasety?
  • #6
    Urgon
    Editor
    AVE...

    Tak, The Ring. Tak, Rachel grana przez Naomi Watts. Nie, to nie jest scena kopiowania taśmy, i krąg się nie ukaże...
  • #7
    User removed account
    Level 1  
  • Altium Designer Computer Controls
  • #8
    Mobali
    Level 40  
    Urgon wrote:
    Nie, to nie jest scena kopiowania taśmy, i krąg się nie ukaże...
    No, to już dawno to było, więc pewnie pomyliłem sceny ;-)
  • #9
    CMS
    Administrator of HydePark
    W ponad dwudziestoletniej karierze zawodowej, popieściło mnie wielokrotnie, no cóż taka praca, ale jednego przypadku nie zapomnę...

    To była jakaś "mini wieża" czyli jeden klocek zawierający w sobie CD, Tuner radiowy, pseudo Equaliser z wyświetlaczem w postaci "skaczących słupków", podwójny magnetofon. Oraz jeśli mnie pamięć nie myli gramofon, ale głowy nie dam. I wszystko stylizowane, żeby od frontu wyglądało jak poustawiane jeden na drugim "segmenty"

    Zgłoszona usterka, to problem z odczytem płyt CD.
    Normalnie nie zabieram się za takie bzdety, ale wziąłem bo stały klient.
    Postawiłem na stole serwisowym, i włączyłem calem sprawdzenia czy to w ogóle się uruchamia. No niby działa, ale z pasków od magnetofonu przez lata uleciał cały czuk i zamieniły się w płynny kał. Nie wiem czy wiecie, ale żeby guma była dobra musi zawierać odpowiednia ilość "kałczuku", jak jest za mało "czuku" to guma jest gówniana że tak powiem. Ale do rzeczy, klienta nie interesował magnetofon, on chciał nowy laser.
    No więc odwróciłem tyłem to ustrojstwo, wykręciłem kilkanaście śrubek, żeby zdjąć obudowę, a następnie wymontowałem panel zawierający mechanizm CD, następnie złożyłem i dosięgnąłem grotem do płytki lasera, aby usunąć zworkę.
    No dobra, czas sprawdzić czy działa, jeszcze zanim się założy obudowę. No to odwracam frontem do siebie i...

    Zamarłem.
    Włosy mi się zjeżyły i poczułem zimny pot...
    Co takiego zobaczyłem?

    Otóż na wyświetlaczu equalisera wesoło skakały sobie słupki pokazując (lub nie) jak ładnie gra radio.

    Całą naprawę przeprowadziłem na włączonym i pracującym urządzeniu. Jak sobie to przypominam to aż mam ciarki na plecach.
    Co ciekawe, w tym przypadku ani mnie nie poraziło, ani nic nie uszkodziłem.
  • #10
    And!
    Admin of Design group
    Moją opowieść część osób już zna gdyż umieściłem ją w dziale opowiadania i powieści korzystając z okazji umieszczę ją także tutaj. Było to dawno a nadal pamiętam te wydarzenia, obrazy, dźwięki a nawet zapach tego miejsca.

    Wizyta u hipnotyzera

    Dawno temu gdy w Polsce występowały jeszcze zimy, miałem okazję naprawiać instalację dzwonkową w bardzo starym obiekcie.
    Posiadłość wyglądała jak niewielki dworek.
    Instalacja dzwonkowa działała tylko w niektórych pomieszczeniach.
    W dodatku była prowadzona bardzo podobnym przewodem jak telefoniczna (obiekt miał swoją prostą elektromechaniczną centralkę telefoniczną).
    Instalacja dzwonkowa mieszała się miejscami z telefoniczną co nie ułatwiało mi zadania.

    Ostatecznie usterkę zlokalizowałem w okolicach biblioteki.
    Niewielka biblioteka wyglądała jak rodem z Adamsów,
    zresztą dworek i brama wjazdowa też :)

    Uszkodzony kabel wraz z puszką znajdował się oczywiście za jednym z regałów z książkami.
    Regał był niesamowicie ciężki i trzeba było opróżnić go z części książek.
    Ostatecznie przestawiliśmy regał z pomocą właściciela
    nagle spadła na nas niewielka książeczka, której okładka początkowo mnie rozbawiła.

    Opowieści z krypty (elektronika)

    Ciekawa była reakcja właściciela, który rzucił się na książeczkę i stwierdził że zginęła mu kilkadziesiąt lat temu.

    Dokończyłem naprawę, i zrobiłem fotkę książeczce pod obserwacją starszego pana będącego jej właścicielem.
    Nawiasem mówiąc w instalacji dzwonkowej był bardzo stary fajny transformator dzwonkowy, na oko starszy dwa razy odemnie.

    Ponieważ do pociągu miałem jeszcze dwie godziny (w dodatku na dworze padał śnieg),
    zasiadłem w ciemnej i ciasnej bibliotece, w świetle niewielkiej lecz dość jasnej lampki obejrzałem książeczkę dokładniej.
    Wydana była w 1920r, widać było że przeszła przez wiele rąk.

    Napisana dość zabawnym językiem minionej epoki, zawierała opisy eksperymentów hipnotycznych.

    Jak widać hipnoza to wiedza tajemna,
    którą można zgłębiać podczas naprawy instalacji dzwonkowych ;)

    A może starszy pan sam uszkodził ten przewód, aby swą wiedzę spróbować mi przekazać :)
  • #11
    TechEkspert
    Editor
    Zawsze interesowała mnie technika, elektryka, elektronika, zawsze odkąd pamiętam. Z dzieciństwa równie dobrze pamiętam wizytę w zoo jak w różnych miejscach związanych z elektroniką, w miejscach w których właściwie nie powinnem mieć możliwości przebywać.

    Pierwsza wizyta na centrali telefonicznej
    Będąc dzieckiem w wieku podejrzewam przedszkolnym miałem okazję wejść do pomieszczeń miejskiej centrali telefonicznej. Teraz wiem, że była to centrala Strowgera. Gdy jesteście dziećmi i macie niewiele ponad metr wysokości wszystko wydaje się większe, tak też zapamiętałem rzędy stojaków, które wydawały ciągnąć się bez końca zarówno w poziomie jak i w pionie. Pamiętam pracę centrali, której nie rozumiałem. Zdawało mi się, że znajduję się wewnątrz żywego mechanizmu a wybieraki zdają się komunikować ze sobą. Stukanie i terkotanie dochodziło z różnych kierunków sterowane aktywnością abonentów a nawet zwykłym podniesieniem słuchawki w jednym z mieszkań, które obsługiwała centrala. Pamiętam żółte oświetlenie żarowe i co ciekawe porządek (pewnie wymuszał go regulamin obiektu).

    Od jednego z pracowników dostałem w prezencie przekaźnik telekomunikacyjny. Wtedy moim zasilaczem była bateria płaska 4.5V przekaźnik nie działał, być może był uszkodzony a być może napięcie baterii było zbyt niskie. Pamiętam swoją myśl, wiedziałem jak działa przekaźnik i nie mogłem znaleźć powodu dlaczego podarowany przekaźnik ma tyle odrębnych styków i tyle wyprowadzeń.

    Wizyta w elektrowozie
    To zwiedzanie nie podobało mi się, nic nie rozumiałem z połączeń, które widoczne były za siatką, nie znałem elementów takich jak duże styczniki. Było głośno a lokomotywa bez składu ruszała gwałtownie. Mechanik zaśmiał się, że kolejarza ze mnie nie będzie ale widząc moje zainteresowanie dostałem od niego "szpulkę" z drutem nawojowym, był to element jakiegoś elektromagnesu prawdopodobnie stycznika. Drut emaliowany przydał mi się wielokrotnie a szpulka wydawała się nie kończyć.

    Druga wizyta na centrali telefonicznej
    Nieco później w okresie gdy już mniej więcej wiedziałem jak działa tranzystor miałem okazję wejść do pomieszczeń nieco bardziej nowoczesnej centrali prawdopodobnie była to Pentaconta. W porównaniu z poprzednią wizytą tym razem miałem więcej do powiedzenia a właściwie zapytania. Nie wiele rozumiałem ale pamiętam swoją myśl, że nowe rozwiązania zastępują w całości poprzednie, ta centrala brzmiała, wyglądała a nawet pachniała inaczej niż ta Strowgera. Dla mnie przypominała bardziej wnętrze statku kosmicznego, być może oświetlenie jarzeniowe dawało ten sterylny efekt.

    Ponownie pracownicy zaskoczeni jak bardzo mnie to interesuje sprezentowali mi dwa zużyte telefony tarczowe RWT i jakieś losowe części. Jeden z elementów mimo, że nie był elementem elektronicznym pamiętam do dziś i nadal nie wiem co to mogło być. Nie wiem nawet czy był to element centrali. Był to plastikowy sztyft o przekroju kwadratu wielkości ołówka. W ten prostopadłościan wtopione były metalowe złączki wystające na sąsiadujących bokach. Te styki były ponumerowane. Podejrzewam, że to mogło służyć do połączeń owijanych lub ew. był to element łączący dwie płytki z odpowiednimi złączami.

    Wizyta w stacji trafo
    Widząc otwarte drzwi stacji transformatorowej i pracującego tam elektryka wpadłem na pomysł aby tam wejść i przyjrzeć się konstrukcji tego obiektu.
    Wszedłem do środka i powiedziałem "dzień dobry, czy to jest transformator?"
    Otrzymałem odpowiedź abym szybko wyszedł i nie wchodził tu więcej :) prawdopodobnie mocno zaskoczyłem pracującego tam człowieka, który najpewniej obecnie dawno już odpoczywa na emeryturze.

    Zanim opuściłem pomieszczenie, dobrze przyjrzałem się transformatorowi i wtedy wiedziałem jak działa transformator sieciowy, pamiętam swoją myśl "że ten transformator musi działać jakoś inaczej" zwyczajnie wielkość tego transformatora i dodatkowe elementy jak np. zbiornik oleju, wyprowadzenia 15kV i 380V nie mieściły się wtedy w mojej wyobraźni.

    Obserwowałem całość z zewnątrz i gdy pracownik ZE wyszedł zamykając drzwi na kłódkę zauważył, że faktycznie mnie to interesuje a moim celem nie było np. rzucenie w niego kamieniem albo coś w tym rodzaju. Chyba było mu głupio, że na mnie wyskoczył i z posiadanych szpargałów wyciągnął przepalony bezpiecznik mocy (taki do styków nożowych). Pamiętam, że po jego rozkręceniu wysypał się biały piasek oraz szczątki zwęglonych miedzianych taśm. Podejrzewam, że musiał być to BM 100A a może nawet 250A.

    Prezenty z ZURiT
    Przez pewien czas mieszkając blisko ZURiTu byłem tam uciążliwym bywalcem, dzieciakiem który pytał o tranzystory lub diody. Podobnie jak w pierwszym poście opisał to Urgon dostałem tam kiedyś gratis płytki z telewizorów. W większości były to brązowe laminaty z telewizorów lampowych wypełnione podstawkami lamp oraz rezystorami, kondensatorami i rezystorami dużej mocy, te nie były dla mnie zbytnio ciekawe. Jednak dostałem też kilka modułów telewizorów tranzystorowych oraz dużą płytkę "bazową" z zieloną soldermaską, na której wprawdzie większość elementów aktywnych była wylutowana (lub znajdowała się na wyjętych modułach) ale było tam sporo kondensatorów foliowych i wiele innych ciekawych elementów a sama płytka wyglądała ładnie w porównaniu z brudno-brązowymi lampowymi. Podejrzewam, że była to płytka odchylania ze zdemontowanymi modułami i tranzystorami/tyrystorami.


    Takie to przygody pamiętam,
    patrząc na to jak bardzo mnie interesowały takie tematy, zresztą jak wielu z nas,
    to gdyby trafić na odpowiednie ścieżki to pewnie pracowalibyśmy obecnie w NASA :)
  • #12
    User removed account
    Level 1  
  • #13
    TechEkspert
    Editor
    Tematy wysokościowe zawsze jeżyły mi włos na głowie i mroziły krew w żyłach,
    problem jest taki, że człowiek szybko się przyzwyczaja do pracy na wysokości. Dla mnie zawsze dobrym przypominaczem o ostrożności był upuszczony wkrętak, który podejrzanie długo spadał zanim uderzył o ziemię. Czas przelotu upuszczonego narzędzia przypominał o wysokości na jakiej się pracuje oraz, że warto nosić kask na hali...

    Osoby z poza branży często pytają mnie jak często zdarza mi się dotknięcie elementu pod napięciem. Prawda jest taka, że bardzo uważam i zdarza się to niezmiernie rzadko i niech tak zostanie. Pamiętam rażenie prądem przemiennym i odczucie 50Hz nie było to ani bezpieczne ani przyjemne. Podobnie jak prąd stały z kondensatora lampy błyskowej, który pozostawił na kilka tygodni dziurę w palcu.

    Trzeba uważać...
  • #14
    User removed account
    Level 1  
  • #15
    LEDówki
    Level 38  
    Praca na wysokości - wymiana lampy w hali. Przy wyłączniku wisi tabliczka, żeby nie włączać, bo praca na wysokości. Przychodzi ktoś, komu ciemno, odwiesza tabliczkę i włączna zasilanie lamp. W tym czasie prąd razi elektryka a ten spada z drabiny. Samo życie.
  • #16
    Urgon
    Editor
    AVE...

    Dla mnie praca na wysokości ograniczyła się do wieszania żyrandoli. Za pierwszym razem nie miałem drabiny, to użyłem stołu kuchennego. By zapobiec porażeniu, jakby któreś z dzieci wpadło na pomysł zapalenia światła, zawsze wyłączam stosowny bezpiecznik...
  • #17
    LEDówki
    Level 38  
    W zakładzie przemysłowym nie ma tak wysokich stołów, a i bezpiezniki nie są przedpokoju tylko gdzieś dalej. jest też dość kumatych osób, żeby jednak pójść i włączyć zasilanie mimo tabliczki z ostrzeżeniem. Cały czas takie zachowanie zalatuje tym, jak się zachowują Rosjanie (ignorancja, tumiwisizm, przepisy są dla innych a nie dla mnie, itp. Do tego chamstwo ma przykryć braki w wiedzy czy inne słabości.
  • #18
    User removed account
    Level 1  
  • #19
    LEDówki
    Level 38  
    No i jest różnica w tamtej i tej opowieści. W tamtej nikt bezpieczników nie wyciągał i nie zamykał nic na kłodkę. Może to błąd elektryka, który miał wymienić lampę, może takie były przepisy. Z Twojej opowieści wynika, że jednak da się odciąć dopływ prądu tak, żeby go żaden dureń nie przywrócił w czasie, gdy ktoś grzebie w instlacji.
  • #20
    User removed account
    Level 1  
  • #21
    karwo
    Level 26  
    Standardami pracy zarządza osoba która ma to w zakresie odpowiedzialności. Zdarzyło mi się odmówić wykonania polecenia że względu na zagrożenia - nie było premii za to i w rezultacie zmieniłem pracę (zacytuję "to nie były moje standardy" - elektrycy dostali polecenie usunięcia śniegu z namiotu przy pomocy narzędzi które sami sobie zorganizuja).
    Z czasów szkoły doskonale pamiętam jak nożyczkami do papieru ciełem przewód zasilający w przekonaniu że wtyczka jest wyjęta z gniazdka - jak był błysk i zgasło oświetlenie załapałem że wyjelem z gniazdka nie tą wtyczkę. Nożyczki nie nadawały się do dalszego używania, paluchu osmalone ale łachotania prądem nie poczułem:)
  • #22
    User removed account
    Level 1  
  • #23
    mgim
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Temat wysokościowy: Miałem takie zdarzenie zawodowe, że przez trochę ponad 10 lat "łaziłem" po wieżach i masztach Telefonii komórkowej (skończyłem, jak dobiłem do 60). Pewnego razu (sobota) wpada do mnie (Olsztyn) Kumpel blady jak ściana (obsługiwał i nadal obsługuje nadajniki). Jąkając się mówi, że padła antena w Miłkach - musi natychmiast wymienić (ma na to 12 godzin). Mówię mu - masz dwóch ludzi z kwitami (sam też mam) - w trójkę dacie radę. TAK, ale jeden bierze ślub a drugi jest świadkiem na tym ślubie - widzisz - ja też jestem w garniturze mówi. To nie jest wysoko - jedź, ze mną - we dwójkę damy radę, rzecze. To nie wysoko. Rzeczywiście "tylko" 280 metrów (zawieszenie anteny). Całość ma chyba 330 metrów. Mam jeszcze parę fotek z tego. Zrobiliśmy. Trochę inaczej niż BTS-y się "chodzi po tym".
    Przypadek "prądowy" Trafił mi się falownik - coś ok 50 kW do naprawy (głuchy). Rozładowałem kondensatory (M6 na zaciskach, zwarłem) - rozkręciłem - dobieram się do reszty i ....... jak mnie nie pierd..nie... Jeden z kondensatorów miał upaloną elektrodę - ale wewnątrz. Sprawność ręki wróciła chyba po dwóch latach, i to za sprawą Jacka (pozdrawiam) Neurologa z Ełku. Mówił, że gdybym oberwał w lewą rękę - to "rekwija Pace" (jak mawia moja Ciotka).
  • #24
    User removed account
    Level 1  
  • #25
    Urgon
    Editor
    AVE...

    Pół godziny temu doznałem lekkiego wstrząsu po tym, jak córka ścigając kota wspięła się na regał, na którym stoją jeszcze nierozpakowane pudła. Jedno z nich spadło. Zawierało oscyloskop za prawie 2 tysiące złotych. Na szczęście oscyloskop w ostatniej chwili przeżył...
  • #28
    User removed account
    Level 1  
  • #30
    User removed account
    Level 1