Od dłuższego czasu w USA i w UE trwa walka między serwisantami, właścicielami sprzętów wszelakich, a korporacjami sprzedającymi te sprzęty. Walka o prawo do naprawy tych sprzętów. Czołowym przykładem z USA jest producent sprzętu rolniczego John Deere, którego ciągniki i inne maszyny mają zabezpieczenia DRM uniemożliwiające wymianę czegokolwiek, co ma choćby gram elektroniki - nowy komponent musi być "zarejestrowany" w komputerze pokładowym. Wymiana samego komputera oznacza konieczność "rejestrowania" wszystkich części. Z tym walczą różne grupy walczące o prawa konsumentów czy firmy w rodzaju iFixIt.
Prezydent USA Joe Biden już jakiś czas temu wydał zarządzenie nakazujące uchwalenie ustaw o prawie do naprawy, działających na szczeblu stanowym. Kilka miesięcy temu taka ustawa została przegłosowana w stanie Nowy Jork, i właśnie została podpisana przez gubernator stanu, Kathy Hochul (Partia Demokratyczna). Ustawa narzuca producentom elektroniki dostarczanie narzędzi diagnostycznych, instrukcji serwisowych i części zamiennych konsumentom i serwisom naprawczym. I wszystko byłoby OK, gdyby nie drobny fakt, iż ustawa uchwalona została z licznymi zmianami zaproponowanymi przez grupy nacisku w rodzaju TechNETu, zrzeszającego takie korporacje, jak Apple, Amazon, Google, HP, Meta, Snap, General Motors, Toyota, etc. W praktyce wszyscy producenci lobbowali przeciwko tej ustawie, a że nie udało się tego powstrzymać, to wymusili szereg zmian.
I tak niektóre klasy produktów zostały wykluczone:
- sprzęt AGD;
- pojazdy zmotoryzowane;
- urządzenia medyczne;
- sprzęt offroadowy;
- wszystko sprzedawane w systemie B2B albo sprzedawane rządowi, co nie trafia do zwykłej dystrybucji.
W praktyce oznacza to, że na własną rękę nie da się naprawić ani pralki, ani samochodu, ani ciągnika, ni tej kosztownej pięcioosiowej frezarki CNC. Jestem w stanie zrozumieć wykluczenie sprzętu medycznego, bo nie chciałbym być pod respiratorem naprawionym przez pana Edzia, złotą rączkę co ma kanciapę w szpitalnej piwnicy między pralnią a kostnicą. Ale da się to załatwić inaczej, w formie certyfikacji takich serwisów i serwisantów.
Ale to jeszcze nie koniec, bo w ustawie są inne ciekawostki. Na przykład producenci mogą dostarczać całe moduły zamiast pojedynczych części, jeśli samodzielna wymiana tej części obarczona jest ryzykiem popełnienia błędu prowadzącego do obrażeń. Inaczej pisząc zamiast wymienić wadliwy wentylator w laptopie będzie można dostać całą płytę główną, bo wentylator może mieć ostre krawędzie, o które pechowy serwisant może się pokaleczyć. Dodatkowo prawo obejmuje tylko te produkty, które będą po raz pierwszy sprzedane w stanie Nowy Jork od 1 lipca 2023. Stwierdzenie "po raz pierwszy" jest tu istotne, bo tylko nowe "premiery" są objęte tym prawem. Spodziewam się dużego wysypu ajfonów i innego elektrośmiecia do 30 czerwca, by chronić dochody korporacji.
W praktyce prawo to jest bezużyteczne. Nie obejmuje produktów, z którymi jest największy problem, jak sprzęt rolniczy i samochody, a w pozostałych przypadkach pozwala obejść przepisy zmuszając do kupowania całych modułów, zamiast faktycznie uszkodzonych komponentów. Swoją szosą to kolejny przykład na to, że USA to kraj wolności, ale tylko dla korporacji, a niczym nieskrępowany kapitalizm prowadzi do równie dużych patologii, co niczym nie skrępowany socjalizm czy dziki totalitaryzm...
A jak to wygląda w UE?
Na europejskim poletku jest trochę odwrotnie: prawo do naprawy obejmuje duży sprzęt RTV/AGD. O ile w USA sprzęt AGD z Europy nie jest popularny, o tyle drobna elektronika, jak smartfony, laptopy czy aparaty cyfrowe, sprzedawana jest globalnie, więc także w UE będzie można te sprzęty naprawiać sprowadzając części i moduły z Ameryki. Kto ma rodzinę za oceanem, temu będzie łatwiej, bo koszty komercyjnej wysyłki są cokolwiek duże. Eksport części w drugą stronę raczej nie nastąpi, bo amerykanie mają swoje marki AGD i trzymają się ich tak kurczowo, jak amerykańskich samochodów.
W Polsce mamy dość długą i chlubną tradycję naprawy wadliwego sprzętu, często samodzielnej. Tradycja ta podupada na skutek nachalnych elektromarketów i rosnących kosztów części (tego unijna dyrektywa nie ogranicza), ale nadal prostsze usterki lepiej naprawić, niż kupić nowe urządzenie. Sama tradycja nie bierze się u nas ze szczególnego zmysłu ekologicznego (góry śmieci porzucone po lasach temu zaprzeczają), ale bardziej z wysokich cen i niskiej dostępności wszelkiego RTV i AGD w czasach komuny, i relatywnie wysokich cen względem dochodów w czasach demokratycznych.
Osobną kwestią pozostaje też dostępność fachowców od takich napraw - nie każdy ma ochotę, wiedzę bądź czas, by samemu naprawę przeprowadzić. Ja z fachowej pomocy skorzystałem w przypadku lodówki, bo z moim wzrokiem grzebanie przy chłodnicy wewnątrz zamrażarki groziło uszkodzeniem czegoś istotnego. Trochę się bałem, bo program Usterka pokazał swego czasu kilku wręcz psujów, ale fachowiec okazał się być fachowcem i żadnych problemów nie było. Pralki naprawiam sam, jak trzeba, ale instalacji gazowej nie zamierzam tykać - lokal prywatny to nie Komenda Główna Policji.
A Wy co sądzicie o tym prawie? Jak powinno wyglądać dobre prawo do naprawy? I co naprawiliście na przekór korporacjom, które chcą dalej wciskać nienaprawialny chłam? Podzielcie się w komentarzach
Prezydent USA Joe Biden już jakiś czas temu wydał zarządzenie nakazujące uchwalenie ustaw o prawie do naprawy, działających na szczeblu stanowym. Kilka miesięcy temu taka ustawa została przegłosowana w stanie Nowy Jork, i właśnie została podpisana przez gubernator stanu, Kathy Hochul (Partia Demokratyczna). Ustawa narzuca producentom elektroniki dostarczanie narzędzi diagnostycznych, instrukcji serwisowych i części zamiennych konsumentom i serwisom naprawczym. I wszystko byłoby OK, gdyby nie drobny fakt, iż ustawa uchwalona została z licznymi zmianami zaproponowanymi przez grupy nacisku w rodzaju TechNETu, zrzeszającego takie korporacje, jak Apple, Amazon, Google, HP, Meta, Snap, General Motors, Toyota, etc. W praktyce wszyscy producenci lobbowali przeciwko tej ustawie, a że nie udało się tego powstrzymać, to wymusili szereg zmian.
I tak niektóre klasy produktów zostały wykluczone:
- sprzęt AGD;
- pojazdy zmotoryzowane;
- urządzenia medyczne;
- sprzęt offroadowy;
- wszystko sprzedawane w systemie B2B albo sprzedawane rządowi, co nie trafia do zwykłej dystrybucji.
W praktyce oznacza to, że na własną rękę nie da się naprawić ani pralki, ani samochodu, ani ciągnika, ni tej kosztownej pięcioosiowej frezarki CNC. Jestem w stanie zrozumieć wykluczenie sprzętu medycznego, bo nie chciałbym być pod respiratorem naprawionym przez pana Edzia, złotą rączkę co ma kanciapę w szpitalnej piwnicy między pralnią a kostnicą. Ale da się to załatwić inaczej, w formie certyfikacji takich serwisów i serwisantów.
Ale to jeszcze nie koniec, bo w ustawie są inne ciekawostki. Na przykład producenci mogą dostarczać całe moduły zamiast pojedynczych części, jeśli samodzielna wymiana tej części obarczona jest ryzykiem popełnienia błędu prowadzącego do obrażeń. Inaczej pisząc zamiast wymienić wadliwy wentylator w laptopie będzie można dostać całą płytę główną, bo wentylator może mieć ostre krawędzie, o które pechowy serwisant może się pokaleczyć. Dodatkowo prawo obejmuje tylko te produkty, które będą po raz pierwszy sprzedane w stanie Nowy Jork od 1 lipca 2023. Stwierdzenie "po raz pierwszy" jest tu istotne, bo tylko nowe "premiery" są objęte tym prawem. Spodziewam się dużego wysypu ajfonów i innego elektrośmiecia do 30 czerwca, by chronić dochody korporacji.
W praktyce prawo to jest bezużyteczne. Nie obejmuje produktów, z którymi jest największy problem, jak sprzęt rolniczy i samochody, a w pozostałych przypadkach pozwala obejść przepisy zmuszając do kupowania całych modułów, zamiast faktycznie uszkodzonych komponentów. Swoją szosą to kolejny przykład na to, że USA to kraj wolności, ale tylko dla korporacji, a niczym nieskrępowany kapitalizm prowadzi do równie dużych patologii, co niczym nie skrępowany socjalizm czy dziki totalitaryzm...
A jak to wygląda w UE?
Na europejskim poletku jest trochę odwrotnie: prawo do naprawy obejmuje duży sprzęt RTV/AGD. O ile w USA sprzęt AGD z Europy nie jest popularny, o tyle drobna elektronika, jak smartfony, laptopy czy aparaty cyfrowe, sprzedawana jest globalnie, więc także w UE będzie można te sprzęty naprawiać sprowadzając części i moduły z Ameryki. Kto ma rodzinę za oceanem, temu będzie łatwiej, bo koszty komercyjnej wysyłki są cokolwiek duże. Eksport części w drugą stronę raczej nie nastąpi, bo amerykanie mają swoje marki AGD i trzymają się ich tak kurczowo, jak amerykańskich samochodów.
W Polsce mamy dość długą i chlubną tradycję naprawy wadliwego sprzętu, często samodzielnej. Tradycja ta podupada na skutek nachalnych elektromarketów i rosnących kosztów części (tego unijna dyrektywa nie ogranicza), ale nadal prostsze usterki lepiej naprawić, niż kupić nowe urządzenie. Sama tradycja nie bierze się u nas ze szczególnego zmysłu ekologicznego (góry śmieci porzucone po lasach temu zaprzeczają), ale bardziej z wysokich cen i niskiej dostępności wszelkiego RTV i AGD w czasach komuny, i relatywnie wysokich cen względem dochodów w czasach demokratycznych.
Osobną kwestią pozostaje też dostępność fachowców od takich napraw - nie każdy ma ochotę, wiedzę bądź czas, by samemu naprawę przeprowadzić. Ja z fachowej pomocy skorzystałem w przypadku lodówki, bo z moim wzrokiem grzebanie przy chłodnicy wewnątrz zamrażarki groziło uszkodzeniem czegoś istotnego. Trochę się bałem, bo program Usterka pokazał swego czasu kilku wręcz psujów, ale fachowiec okazał się być fachowcem i żadnych problemów nie było. Pralki naprawiam sam, jak trzeba, ale instalacji gazowej nie zamierzam tykać - lokal prywatny to nie Komenda Główna Policji.
A Wy co sądzicie o tym prawie? Jak powinno wyglądać dobre prawo do naprawy? I co naprawiliście na przekór korporacjom, które chcą dalej wciskać nienaprawialny chłam? Podzielcie się w komentarzach
Fajne? Ranking DIY
