Felieton ten powstał w ewidentnej opozycji do artykułu użytkownika Urgon, który można przeczytać tutaj:
https://www.elektroda.pl/rtvforum/topic3994322.html
Choć dzieli nas różnica wieku wynosząca zaledwie pięć lat, to jednak na szereg spraw patrzymy zupełnie inaczej. Czuję się przeto w obowiązku wdać się z użytkownikiem Urgon w polemikę.
Już w pierwszych wersach artykułu użytkownika Urgon przeczytałem:
„Często się słyszy, że kiedyś czasy były lepsze, że PRL nie był taki zły, a wielkie przedsiębiorstwa w rodzaju Unitry, Elwro, CEMI czy nawet FSO robiły wspaniałe rzeczy, tylko potem ten przebrzydły i zgniły Zachód raczył polski przemysł zniszczyć z zazdrości i w ramach zwalczania dobrego. Urodziłem się w roku 1986, i z epoki słusznie minionej nic nie pamiętam. Miałem, oczywiście, do czynienia ze sprzętem Unitry […]. Ale pamiętam też wyroby zachodnie, które w czasach mojego dzieciństwa zalały polski rynek spychając PRLowski chłam na śmietnik, nie tylko historii”.
Jednoznaczne stawianie sprawy, że czasy były lepsze lub gorsze, a polski przemysł elektroniczny produkował rzeczy wyłącznie wspaniałe lub wyłącznie chłam jest po prostu nieuczciwe, co poniżej spróbuję wykazać. Czasy były po prostu inne.
W pierwszym rzędzie, co zresztą mało znaczące, Adwersarz mój zdaje się nie do końca rozumieć, czym była Unitra. Dla tych, którzy nie wyłapali w czym pomyłka, wyjaśnić muszę, że Unitra była zjednoczeniem, a CEMI była tylko jedną z firm w tym wielkim zjednoczeniu.
Bywało tak, że prototypy były bardzo udane, ale ... zawierały dużo części zagranicznych, a więc wymagające wsadu dewizowego. Na etapie cięcia kosztów powstawały konstrukcje wdrażane do produkcji. Bywało, że po tych cięciach były toporne, wręcz koszmarne.
Przejdę teraz do spraw nieco większego kalibru. PRL-u, z całym obciążeniem represjami stalinowskimi, zależnością od ZSRR itd. nie da się wymazać, wygumkować. Był to też okres intensywnej elektryfikacji kraju, okres gdy do domów wkroczyła telewizja, a pod koniec PRL zaczęły wkraczać komputery. PRL po prostu był, ze wszystkimi jego negatywnymi i pozytywnymi konsekwencjami.
Kiedyś krążył taki króciutki dowcip:
-Czy wiecie co by było, gdyby nie Polska Rzeczpospolita Ludowa?
- Wszystko by było…
Zaś kilka lat temu w TVP można było obejrzeć filmik:
https://www.youtube.com/watch?v=XCiFbZ0RrSQ
Zarówno stanowisko z przytoczonego dowcipu, jak i stanowisko z tej „propagandowej reklamy” z dłuższego filmu pt. „pocztówki z republiki absurdu” (całość, równie absurdalna do obejrzenia tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=1e-hASNq6cw&t=688s ) są z gruntu rzeczy poważnie przerysowane i nieprawdziwe. Oba skrajne stanowiska de facto niepotrzebnie tylko podsycają niezdrowe emocje.
Nieżyjący już premier PRL, Mieczysław F. Rakowski apelował w roku 1990 przy wyprowadzaniu sztandaru PZPR do działaczy tej partii, aby nie znęcali się nad nią, bo jest to często znęcanie się nad swoim życiem.
Można sobie wysłuchać tego krótkiego apelu od 35 do 37 minuty materiału, o wdzięcznej nazwie "Ostatki":
https://www.youtube.com/watch?v=EHbbMAmYE1o
Wspomnianego wyżej premiera pamiętam dość dobrze ze schyłku PRL z telewizji. Było to chyba w 1988 r. w czwartki – wtedy miał w telewizji takie pogadanki. Do mnie jako sześciolatka jakoś to do mnie przemawiało i nie miało to nic wspólnego z polityką. Moje poglądy polityczne rychło znalazły się na antypodach tego, co był wyznawał Mieczysław F. Rakowski. Po prostu muszę przyznać, że Rakowski był po prostu dość dobrym mówcą.
Pozwolę sobie zatem na parafrazę w/w przemówienia tego komunistycznego premiera:
„Komunistyczna elektronika”, odegrała wielką historyczną rolę czy się to komuś podoba, czy nie, w życiu Narodu Polskiego, co więcej wrosła w jego świadomość, zwłaszcza jako wyroby „Unitry”.
Wiele złego powiedziano o „komunistycznej polskiej elektronice” ale ja sądzę, że godność i uczciwość ludzka powinna nas chronić od wydawania o niej sądów tylko negatywnych albo też wydawania jedynie sądów potępieńczych. Poczekajmy jeszcze, co powie historia o tej „komunistycznej elektronice”. Ja apeluję o to, by po prostu nie znęcać się nad „komunistyczną polską elektroniką”, bo jest to często także znęcanie się nad własnym życiem. Powstała taka dziwna sytuacja, że sami siebie nie lubimy, nie lubimy tej „komunistycznej elektroniki”. A jednak powinniśmy chodzić z podniesioną głową.
W przypadku mojego Adwersarza byłoby to w zasadzie znęcanie się nad swoim niemowlęctwem i początkiem dzieciństwa. W moim zaś przypadku byłoby to znęcanie się nad moim niemowlęctwem i wczesnym dzieciństwem. W przypadku starszych użytkowników zapewne znęcanie się nad młodością. Naprawdę nie ma to sensu.
Pierwsze lata powojenne, to czas, gdy przemysł elektroniczny w zasadzie nie istniał po zniszczeniach wojennych. A mimo to wydawany był miesięcznik „Radio” potem „Radioamator”, wreszcie „Radioamator i Krótkofalowiec”, przemianowany około 1980 r. na „Radioelektronik”. Gdy patrzę na nazwiska autorów z tamtych lat, w sporej części widzę, że byli to pracownicy ówczesnych instytutów. A ci mieli łatwy dostęp także do sprowadzanej do nas prasy zagranicznej, a w pewnym stopniu także do części. W ograniczonym zakresie o elektronice traktuje także „Młody Technik” czy „Horyzonty Techniki”. Przez cały okres PRL wydawano też sporo książek z dziedziny elektroniki. W początku lat 50. we wstępie zawsze obowiązkowo był jakiś akapit o genialności Lenina, Stalina i uczonych radzieckich, ale poza bardzo rzadkimi przypadkami dalszej treści książek nie można niczego zarzucić.
Gorzej niż kwestia literatury wyglądała kwestia podzespołów. W zasadzie przez cały PRL były bardzo duże problemy z częściami. Nie tylko były relatywnie kosztowne, ale też trudno dostępne. Widać to w rubrykach „listy do redakcji”, gdzie czytelnicy utyskują na niemożność ich nabycia i ceny. Zdarzały się też przypadki, gdy pretensje były kierowane wprost do redakcji: po co publikować schematy, których nijak nie da się zrealizować?
Sporo uwagi, też w zasadzie przez cały PRL poświęcano także jakości produkowanych podzespołów i sprzętu. Pojawiające się opisy między innymi w ramach rubryki „Przegląd schematów” często wytykały takie czy inne błędy i niedoróbki. Były też osobne artykuły opisujące takie czy inne doświadczenia z produkowanym w Polsce sprzętem i często nie były to „peany ku czci”. Sprzętu produkowano sporo, ale wciąż niewystarczająco, jakość często była zła. Także polska kronika filmowa nie omijała tych niewygodnych tematów. Oto przykład pierwszy z brzegu:
https://www.youtube.com/watch?v=UwvaNa0kegY&t=42s
Pomimo trudności zaopatrzenia rynku w części jednak sporo urządzeń amatorskich powstawało. Widać to po tematyce artykułów. Lata 50. i 60. to spora ilość sprzętu pomiarowego (często zamiast ustroju pomiarowego stosowano magiczne oko), odbiorników i nadajników radiowych, oczywiście głównie na pasma amatorskie. Nie ma się co dziwić: internetu nie było i posiadanie radiostacji amatorskiej było wtedy „oknem na świat”. W drugiej połowie lat 60. pojawiają się pierwsze artykuły dotyczące czegoś, co dziś nazwalibyśmy elektroniką użytkową. Pojawiają się układy zapłonowe do aut, fototelefony itp. Po 1970 r. dołączają do konstrukcji lampowych i tranzystorowych także konstrukcje oparte o układy scalone, początkowo małej skali integracji. Pod koniec lat 70. i w latach 80. dużo artykułów powstaje na bazie prasy zachodniej, a elektronika użytkowa i komputery stanowią lwią część treści. Nic dziwnego- pewna diaspora Polaków pracująca ówcześnie na zachodzie miała w jakiejś części możliwość wysyłać komponenty do kraju. Za Gierka powstała także pewna ilość firm polonijnych.
Nastały nowe czasy. Po 1989 r. komponenty i sprzęt stał się łatwo dostępny. Mało kto pamięta, że na początku lat 90. nasz sprzęt i nasze komponenty delikatnie rzecz ujmując, podatkowo i bankowo miewały pod górkę i z uczciwą konkurencją niekoniecznie miało to wiele wspólnego.
Aby to lepiej zrozumieć, można obejrzeć fragment od 2:18 do około 5:18:
https://www.youtube.com/watch?v=LTBxpsJCKeI&t=318s
Materiał powyższy dotyczy zresztą firmy, dla której sprawa skończyła się relatywnie dobrze: takim czy innym zrządzeniem losu w bardzo okrojonej formie dotrwała do dzisiejszego dnia, ale sporo determinacji wykazała też syndyk masy upadłościowej.
Zdarzały się jednakże i inne przypadki. Znam taki, gdy zagraniczny inwestor wykupił jakiś fragment firmy i po szeregu przekształceń w relatywnie niedługim czasie zamknął nie pozostawiając nic na miejscu. Dziwnym trafem wyroby produkowane przez ten zlikwidowany zakład były następnie rozwijane i produkowane (oczywiście już nie w Polsce), po czym korzystnie sprzedawane ( w tym do Polski).
Z jakością zagranicznego sprzętu, radośnie sprowadzanego bez cła bywało różnie. Ja z tego okresu pamiętam radiomagnetofon typu „jamnik” na dwie kasety. Miał niby umożliwiać przegranie z jednej kasety na drugą, nagrywanie audycji itd. Ten chłam, mimo ładnego wyglądu nie przetrwał dwóch lat. Jakość nagrań z podkładem prądu stałego i kasowanie magnesem trwałym była taka, że szybko w domu przeproszono się z poczciwą unitrowską „Martą”…
Tym niemniej, były to czasy, w których komponenty zagraniczne szeroko napłynęły i teoretycznie rzecz biorąc powinno nastąpić wspaniałe eldorado dla wszelkiej maści elektroniki amatorskiej. Początkowo tak rzeczywiście było, ale… Po co to wszystko robić, skoro wszystkie mierniki, radia itd. można mieć fabryczne? Od przynajmniej 10 lat widać raczej „zwijanie się” elektroniki amatorskiej, a nie jej jakiś szczególnie wielki rozkwit.
W sumie nie ma się co dziwić, bo stare przysłowie chińskie głosi, że przy pełnym brzuchu brak ochoty do nauki.
I chyba jest w tym dużo racji. Po co budować coś, co mogę kupić za jednego dolara? Nie ma to ekonomicznego uzasadnienia.
Jeśli nawet przyjąć za Urgonem, że kiedyś kupując wyroby Unitry wspieraliśmy komunistyczny reżim, to (jeśli nawet byłaby to prawda, w co szczerze wątpię) były to nasze krajowe produkty.
Dziś wspieramy inny reżim. I… jesteśmy szczęśliwi… Jak w przytaczanej już wyżej reklamie „pocztówek z republiki absurdu”…
Fajne? Ranking DIY
