Przedstawiona poniżej stacja pojawiła się w jednej z dużych sieci handlowych już jakiś czas temu, ja otrzymałem ją: „używaną” z przeznaczeniem do PSZOK i to chyba najlepsze dla niej miejsce. W artykule dowiemy się, dlaczego tak uważam.
Pudełko charakterystyczne dla produktów tej firmy, niestety zawartość również — w zasadzie nie znalazłem jednej cechy, która mogłaby być pozytywna dla tej stacji...
Jest to poniekąd złom z samego założenia. Jednak po kolei:
Stacja ma wyłącznie regulację mocy (w dodatku zrobioną w najprostszy z możliwych sposobów). Zwykły regulator fazowy (czyli załączający napięcie na grzałkę w określonych momentach sinusoidy sieci), zrealizowany według schematu znanego jeszcze w latach 70. O tyle dobrze, że na wejściu zasilania został zastosowany prosty filtr zakłóceń (bo te są domeną tego typu regulatorów) — dławik bifilarny na rdzeniu ferrytowym i kondensator przeciwzakłóceniowy.
Plastikowa obudowa ze wgłębieniami na mikroskopijne szpulki cyny, miejscem na gąbeczkę do czyszczenia grota i sprężynowym uchwytem na lutownicę zawiera tę elektronikę, poza tym pusto. Na szczęście obudowa jest na tyle duża, że nie ma zbytniej tendencji do wywracania się...
Wspomniana gąbka do czyszczenia grotu przewidziana jest do położenia na aluminiowej: „miseczce”. Pomijam to, że nikt nie założył możliwości zamocowania tejże — a jest na tyle nieokazała, że równie płytkie wgłębienie na nią nie zapewnia ŻADNEGO zabezpieczenia ani przed wypadnięciem w czasie czyszczenia grotu, ani przed zachlapaniem wodą podczas jej zwilżania — sensu brak w takim rozwiązaniu. Dodatkowo, nawet gdyby przykleić: „miseczkę”, to podczas czyszczenia gąbka wypadałaby bez żadnego problemu.
Jedziemy dalej — sama kolba połączona jest ze stacją NA STAŁE. Nie ma więc żadnej możliwości wymiany jej na coś lepszego... Czemu: „lepszego”? To dlatego, że sama kolba jest zaprojektowana bez sensu — masywna plastikowa rączka co prawda umożliwia stabilny uchwyt, ale trudno się dziwić — kabel połączeniowy kolba-stacja jest tak sztywny, że inaczej nie dałoby się utrzymać jej w ręce. Niestety ze względu na nieelastyczny przewód (zresztą w izolacji nieodpornej na temperaturę) operowanie lutownicą jest... Hmmm... mało komfortowe. Po kilku minutach daje się to odczuć w ręku.
Ciekawostka — jakkolwiek kolba ma odgiętkę na wyprowadzeniu kabla, to jest ona równie sztywna, co sam przewód. Innymi słowy — nic nie daje. Co najwyżej WYGLĄDA...
Skoro już o kolbie mowa; grot wymienny jest... WKRĘCANY w grzałkę — gwint M4 o długości 5mm wydaje się mało przemyślany. Ostatecznie grzałka nagrzewa nieco większą część kolby niż te 5mm, więc przewodność cieplna już z założenia jest mocno ograniczona.
Zresztą same groty to kuriozum doprawdy...
I żeby powiększyć tę wadę — grot jest mosiężny...
Jeśli w ogóle ten kikut może nosić nazwę grota do lutownicy... Jak pisałem, można go wymienić, wykręcając (tu trzeba się posiłkować kombinerkami — ręką nie dokręci się go tak, by podczas pracy się nie obluzował. Poza tym nie ma szansy na ręczne dokonanie tego przy średnicy 4mm — zwłaszcza jak jest gorący...
Na marginesie — czas nagrzewania lutownicy do temperatury umożliwiającej stopienie na grocie cyny ołowiowej to ok. 7 minut.
Jak pisałem — grot jest wymienny i nawet producent w swojej nieskończonej dobroci zapewnił nam dodatkowy, w kształcie... końcówki wkrętaka??? Lub jak kto woli łopatki:
Z jego kształtu można się domyślić dla jakiej grupy docelowej ta: „stacja” jest dedykowana. Obawiam się jednak, że (tak jak i właściciel opisywanego egzemplarza) każdy, kto się na nią skusi, zaraz po pierwszej próbie jej użycia znajdzie dla niej bardziej odpowiednie miejsce przeznaczenia — PSZOK...
Do uwzględnionych powyżej właściwości należy dopisać bowiem ograniczoną temperaturę, jaką ta lutownica uzyskuje (na grocie rzecz jasna — rączka i grzałka są znacznie cieplejsze). Po 10 minutach od włączenia i ustawieniu maksimum, temperatura grota pozwoliła jedynie na stopienie na nim cyny ołowiowej. O jakimkolwiek lutowaniu (w dodatku takimi grotami) można było zapomnieć. Może to wada tej konkretnej jednostki — nie wiem, nie miałem możliwości sprawdzenia w innej. Jednak, biorąc pod uwagę mocowanie grota i jego materiał, nie spodziewałbym się odmiennego wyniku w odrębnych egzemplarzach.
Kolba skręcona z dwóch połówek czterema plastowkrętami (w tym dwa schowane pod nalepką), wewnątrz równie okazała, jak i stacja (do której za chwilę jeszcze wrócę):
Kolejna ciekawostka to sposób umieszczenia w metalowej rurce grzałki. Mimo najszczerszych starań i użycia siły nie dało się jej wysunąć. Potwierdza to założenie, że jest to produkt bez przyszłości — po użyciu albo od razu kosz, albo gdy spali się grzałka. Jako że o jej wymianie można zapomnieć.
Przy okazji obejrzenia wnętrza kolby można potwierdzić sposób sterowania temperaturą — nie występuje takowa, a jedyna opcja to regulowanie mocy wydzielanej na grzałce. To w przypadku stacji jest pomyłką. Nie ma bowiem żadnego sprzężenia zwrotnego podczas lutowania (o ile w ogóle by się dało) dużej powierzchni, temperatura spada (w wypadku takiej konstrukcji grota — drastycznie) i albo trzeba trzecią ręką kontrolować położenie gałki regulatora (bo drugą trzymamy lutowany przedmiot lub cynę przecież), albo na dzień dobry wyznaczyć maksymalną możliwą do ustawienia temperaturę — co z kolei powoduje zdecydowanie szybsze utlenianie się grota. Jest on bowiem pokryty jedynie cienką warstwą jakiegoś niklu, czy czegoś tego typu — nieodpornego na utlenianie się. Można to nawet zaobserwować na zdjęciu grota, który przepracował raptem niecałą godzinę!
Jeśli jesteśmy przy regulatorze, pozwolę sobie wskazać kolejny brak sensu w tym: „produkcie”, jakim miała być: „Stacja Lutownicza”.
Proszę się uważnie przyjrzeć płytce regulacji fazowej:
Jaki nonsens (kolejny w tym produkcie) widzimy?
Podpowiem: chodzi mi o złącza wlutowane w płytkę. Jaki cel przyświecał projektantowi w takim ułożeniu konektorów, że niemożliwa jest np. wymiana kabla sieciowego czy kolby bez konieczności rozłączania (a potem lutowania/zaciskania nowego konektora) dodatkowych przewodów? Nawet kabel sieciowy nie jest podłączony do jednej kostki, a do dwóch, bo konstruktor wymyślił sobie właśnie takie podpięcie.
Pozostałe przewody podobnie — nie ma w tym (przynajmniej dla mnie) żadnego logicznego wytłumaczenia... Może poza jednym — produkt nie jest przewidziany do jakiejkolwiek naprawy.
Podsumowując: artykuł nie powstał (wbrew tytułowi) jako ostrzeżenie, czego kupować nie należy, a do odznaczenia, na co trzeba zwracać uwagę przed realizacją transakcji. Takie okoliczności, jak sztywny kabel, brak możliwości odłączenia kolby, czy groty, które nie występują w żadnej innej lutownicy (a więc skazani jesteśmy na korzystanie z tych z kompletu dożywotnio (co nie będzie wcale długim czasem), lub ewentualnie próba dorobienia ich sobie we własnym zakresie — z pręta miedzianego nagwintowanego z jednej strony, ze sklepanego/opiłowanego z drugiej), świadczą o braku przewidywania czy wręcz utrudnianiu życia klientowi. Instalowanie w stacji lutowniczej regulatora fazowego z kolei obrazuje całkowity brak znajomości rzeczy. Nietrudno się domyślić, że w takim rozwiązaniu temperatura grota — element ważny dla każdego, kto kiedykolwiek lutował — nie będzie przewidywalna. Co bowiem komu z tego, że ustawił określoną jej wartość, skoro po kilku pierwszych lutach spadnie? Co, gdy mamy do wlutowania w duże pole masy jakiś element? Pojemność cieplna grota jest (w tym wypadku szczególnie!) na tyle niewielka, że już po pierwszych sekundach okazuje się, że lutownica: „klei się” nam do płytki. A o pracy można zapomnieć, bo najpierw należy lutownicę od lutowanego elementu odlutować...
Niestety, podobnych produktów (z regulacją napięcia/mocy, a nie stabilizacją temperatury) KILKA na rynku jest. Może dla kogoś, kto ma do spojenia ze sobą jeden mikry drucik z drugim — równie cienkim — takie coś się może przydać. Jednak nie dla kogokolwiek, kto chce lutować więcej — nawet dla amatora stawiającego pierwsze kroki w elektronice. Używanie takiej stacji może bowiem skutecznie odstręczyć adepta od zajmowania się tym hobby. Ewentualnie w najlepszym wypadku spowodować, że zbudowane urządzenie nie będzie działać z powodu zimnych lutów.
Owszem — sam pamiętam czasy, gdy innych lutownic na rynku nie było, a tylko duże, masywne kolby z grzałką 160W. Grot sięgał głęboko do jej wnętrza, w dodatku był miedziany i znacznie grubszy niż te 4mm... I nawet taka lutownica ma przewagę nad tą zaprezentowaną stacją w kilku punktach. Po pierwsze — masa grzałki i grota jest nieporównywalnie większa od opisywanej kolby, a więc i mniej drastyczny spadek temperatury wystąpi w ekstremalnych wypadkach. Po drugie brak ograniczenia termicznego wymusza niejako uzyskiwanie wyższej niż potrzeba temperatury grota, a ten jak wyżej — lepiej utrzymuje ciepło i dłużej da się nim lutować. Jedyne niebezpieczeństwo to przegrzanie druku i możliwość odklejenia ścieżek. Jednak mimo wszystko to mniejsze zło. Należy się po prostu nauczyć lutować szybciej (co nie znaczy gorzej).
Chciałbym poznać Wasze zdanie na ten temat. Czy wykorzystanie takich: „stacji” (bez kontroli temperatury) ma sens? A jeśli już, to w jakich zastosowaniach (poza lutowaniem rynien...
Dziękuję i pozdrawiam.
Fajne? Ranking DIY
