W dobie coraz większej miniaturyzacji komponentów elektronicznych okazuje się niezbędnym coś, co ułatwi operowanie nimi. Mamy do tego pęsety o ostrych końcówkach, ale jak złapać danym narzędziem element, który jest mniejszy od niemowlęcia mrówki? Komponent, który można porównać wielkością do ziarenka maku?
Przydałoby się coś w rodzaju lupy, to zrozumiałe. Tak samo oczywiste, jak to, że trudno trzymać jednocześnie szkło powiększające, pęsetę z elementem i lutownicę... Brak trzeciej ręki? Możemy temu zaradzić, zakładając daszek z lupą, o którym mowa w tym artykule.
Temat powstał, gdy w sklepiku elektrody pokazała się nieco inna wersja takiego: „daszka z lupą” — postanowiłem więc przedstawić posiadany przez siebie jako alternatywę.
Bohatera tego tematu nabyłem za jakieś śmieszne pieniądze, jakieś 10 lat temu, gdy zacząłem mieć problem ze wzrokiem (potem się okazało, że były to początki zaćmy sterydowej). Niby widziałem element, ale jakiś taki... mało wyraźny się wydawał.
Przechodząc przez miejscowy bazar, zauważyłem na jednym ze stoisk coś, co przykuło moją uwagę kolorowym pudełkiem, na którym uwidoczniony został osobnik z czymś w rodzaju tytułowego: „daszka z lupą”. Sprzedawca okazał się miłym gościem i pozwolił mi sprawdzić: „jak się to je”, czyli jak należy się posługiwać tym narzędziem. Mogłem też zweryfikować, jak wygląda obserwowany za pomocą tej lupy przedmiot (paluch mój...). To, co zobaczyłem, przerosło moje oczekiwania — linie papilarne przypominały wielki kanion z głazami gdzieniegdzie (drobinki piasku chyba?). Po krótkim targu (udało mi się ugrać parę złotych) wziąłem pudełko pod pachę i wróciłem do domu.
Opakowanie będące jednocześnie rodzajem etui na sprzęt na powierzchniach bocznych ma przykładowe zastosowania. Na tylnej ściance widnieje krótki opis używania oraz ostrzeżenie, by nie patrzeć w słońce, mając tę lupę na głowie. Bardzo ważna informacja, bo naprawdę skupienie w ognisku lup (są dwie obok siebie, rozstawione mniej więcej jak oczy — dzięki temu uzyskujemy obraz stereoskopowy — nad wyraz przydatny szczegół) istotnie może spowodować problem ze wzrokiem w danej sytuacji.
Na szczęście w warsztacie takie niebezpieczeństwo nie występuje raczej...
Wewnątrz opakowania jest specjalnie wyprofilowany plastik, który pozostawia daszek w jednej pozycji, uniemożliwiając jego przesuwanie się przy zamkniętym wieczku, oraz centralnie utrzymując pudełko zawierające komplet wymiennych soczewek o różnych ogniskowych (dających powiększenia od 1,2 do 3,5 raza... chociaż nie do końca, ale o tym potem). W małym zagłębieniu jest także kawałek plastikowej tulejki, dzięki której można (po jej wciśnięciu na żaróweczkę) wykręcić ją w razie potrzeby wymiany.
Tu od razu uwaga — żaróweczka 2,5V 0,2A i bateryjki ją zasilające (miejsce na nie w specjalnym uchwycie w daszku), a są to AAA, to niezbyt mądre połączenie. Przekonałem się o tym przy pierwszym użyciu...
Niezbyt, ponieważ spory prąd szybko wyczerpuje baterie, a światło z żaróweczki nie dość, że mocno zależne od napięcia, to w dodatku dosyć nieszczęśliwie dobrana soczewka żarówki powodowała, że oświetlany był fragment interesującego pola widzenia — w wypadku niewielkich powiększeń wyraźnie odznaczał krawędzie jasnej plamy od ciemniejszej reszty. Postanowiłem coś z tym zrobić i pierwszym pomysłem było wstawienie w miejsce żaróweczki białego LED'a z soczewką.
Efekt? Poza wielokrotnie dłuższym świeceniem o tyle lepiej, że plama światła nie była już taka mała i wyraźnie zarysowana, ale uzyskana jasność okazała się niewystarczająca. Próbowałem wymienić typową diodę na taką o większej jasności o większej soczewce, ale mimo poprawy szybko zrezygnowałem z takich kombinacji. Zdecydowanie lepsze okazało się doświetlenie pola roboczego drugą lampą nad biurkiem z żarówką o większej mocy... Żarówką... a raczej LED'ówką — trudno się przestawić z tym nazewnictwem...
Tak czy inaczej, od tamtego momentu aż do operacji zaćmy bohater tematu okazał się niezastąpioną: „protezą” pomagającą cokolwiek zobaczyć, a po zabiegu umożliwiając zdecydowaną poprawę przy pracy z elementami SMD, nawet w tych najmniejszych obudowach.
Zalety już podałem, a wady? Poza wspomnianą żarówką jest jedna ważniejsza (przynajmniej dla mnie). Otóż po dłuższym używaniu opaska daszka (a konkretnie plastik, z jakiego jest zrobiona) powoduje nieprzyjemne doznania ucisku. Być może spowodowane jest to brakiem dostępu powietrza do uciśniętej skóry. Fakt — występuje to po naprawdę dłuższym noszeniu — rzędu 20 minut i więcej, ale jednak. Oczywiście można zdejmować daszek i zakładać tylko w tych momentach, w których jest absolutnie niezbędny, ale chyba lepszym pomysłem byłoby obszycie tej plastikowej obręczy jakimś materiałem.
A zalety? Poza zdecydowanym polepszeniem komfortu związanego z powiększeniem, możliwość dobrania (poprzez założenie odpowiedniej soczewki) powiększenia — a co za tym idzie odległości, przy której obraz jest ostry. W przypadku korzystania z największych powiększeń odległość oko-obserwowany element skraca się do ok. 10 cm! W moim wypadku najlepsze efekty uzyskiwałem w opcji od 1,8 do 2,5. Wówczas ostrość osiągałem przy odległości ok. 20-30 cm, co jest już dosyć komfortowe (nie przeszkadza bliskość głowy z daszkiem wobec operowania pęsetą czy lutownicą).
Sam daszek wraz z soczewką można odchylić w górę, uzyskując normalną możliwość patrzenia, jednak należy się liczyć z tym, że po kilku takich operacjach poluzuje się śrubka blokująca. Daszek w takim wypadku będzie luźno opadał... To taka: „niedoróbka konstrukcyjna” — brak podkładki powoduje, że ruch paska przenosi się na śrubkę.
(Przynajmniej w moim egzemplarzu taki problem występuje — możliwe, że w innych jest ok.).
Soczewki są lokowane: „na wcisk” w specjalnych (odchylanych) zaczepach — mocowanie jest solidne i pewne, a mimo tych kilku lat używania nie: „wyłopotały się” do dziś. Odchylenie soczewki potrzebne jest do uzyskania jednorodnej ostrości w całym polu widzenia, więc warto sprawdzić, w jakim położeniu będzie najlepiej.
W ekstremalnych przypadkach można powiększenie znacząco wzmocnić (oczywiście kosztem zmniejszenia odległości do obiektu obserwowanego), zakładając DWIE soczewki. Producent przewidział taką możliwość, instalując na nie dwie pary zatrzasków. Oczywiście operowanie narzędziami jest wówczas utrudnione, a pole widzenia mniejsze, ale coś za coś...
Kilka szczegółów konstrukcyjnych:
Regulacja paska realizowana jest poprzez wycięcia w nim i specjalny klips. Po jego naciśnięciu ustawiamy wymagany obwód, a po zwolnieniu nacisku klips zatrzymuje pasek trwale w wybranej (otworkiem w pasku) pozycji.
Same soczewki są plastikowe (pleksi najprawdopodobniej), a więc niezbyt odporne na zarysowania czy chlapnięcie gorącą cyną. O ile sami nie podrapiemy powierzchni, to służyć mogą długo — moje do dziś są w idealnej kondycji. Należy (najlepiej) do czyszczenia używać specjalnych, zwilżonych chusteczek do okularów. Dopóki materiał jest mokry, jest wystarczająco delikatny, a alkohol (zapewne z jakimiś dodatkami), którym całość nasączono, idealnie zmywa wszelkie tłuste plamy (odciski palców np.). Oczywiście nie jest dobrym pomysłem trzymanie daszka z założonymi soczewkami na wierzchu (biurku/blacie warsztatowym) — najlepiej wyciągać przyrząd z pudełka tylko, gdy jest potrzebny.
Kilka ostatnich fotek miało pokazać możliwe do uzyskania powiększenia, ale... Nie oddają one perspektywy patrzenia bezpośrednio, a nie przez obiektyw aparatu. W rzeczywistości całość jest faktycznie wyraźnie lepiej widoczna i ostra, a zniekształcenia geometrii obserwowanego obrazu występują jedynie w największych powiększeniach (przy użyciu dwóch soczewek).
Niestety nie miałem pod ręką żadnej PCB z elementami SMD, pozostaje więc uwierzyć mi na słowo
Pozdrawiam.
Przydałoby się coś w rodzaju lupy, to zrozumiałe. Tak samo oczywiste, jak to, że trudno trzymać jednocześnie szkło powiększające, pęsetę z elementem i lutownicę... Brak trzeciej ręki? Możemy temu zaradzić, zakładając daszek z lupą, o którym mowa w tym artykule.
Temat powstał, gdy w sklepiku elektrody pokazała się nieco inna wersja takiego: „daszka z lupą” — postanowiłem więc przedstawić posiadany przez siebie jako alternatywę.
Bohatera tego tematu nabyłem za jakieś śmieszne pieniądze, jakieś 10 lat temu, gdy zacząłem mieć problem ze wzrokiem (potem się okazało, że były to początki zaćmy sterydowej). Niby widziałem element, ale jakiś taki... mało wyraźny się wydawał.
Przechodząc przez miejscowy bazar, zauważyłem na jednym ze stoisk coś, co przykuło moją uwagę kolorowym pudełkiem, na którym uwidoczniony został osobnik z czymś w rodzaju tytułowego: „daszka z lupą”. Sprzedawca okazał się miłym gościem i pozwolił mi sprawdzić: „jak się to je”, czyli jak należy się posługiwać tym narzędziem. Mogłem też zweryfikować, jak wygląda obserwowany za pomocą tej lupy przedmiot (paluch mój...). To, co zobaczyłem, przerosło moje oczekiwania — linie papilarne przypominały wielki kanion z głazami gdzieniegdzie (drobinki piasku chyba?). Po krótkim targu (udało mi się ugrać parę złotych) wziąłem pudełko pod pachę i wróciłem do domu.
Opakowanie będące jednocześnie rodzajem etui na sprzęt na powierzchniach bocznych ma przykładowe zastosowania. Na tylnej ściance widnieje krótki opis używania oraz ostrzeżenie, by nie patrzeć w słońce, mając tę lupę na głowie. Bardzo ważna informacja, bo naprawdę skupienie w ognisku lup (są dwie obok siebie, rozstawione mniej więcej jak oczy — dzięki temu uzyskujemy obraz stereoskopowy — nad wyraz przydatny szczegół) istotnie może spowodować problem ze wzrokiem w danej sytuacji.
Na szczęście w warsztacie takie niebezpieczeństwo nie występuje raczej...
Wewnątrz opakowania jest specjalnie wyprofilowany plastik, który pozostawia daszek w jednej pozycji, uniemożliwiając jego przesuwanie się przy zamkniętym wieczku, oraz centralnie utrzymując pudełko zawierające komplet wymiennych soczewek o różnych ogniskowych (dających powiększenia od 1,2 do 3,5 raza... chociaż nie do końca, ale o tym potem). W małym zagłębieniu jest także kawałek plastikowej tulejki, dzięki której można (po jej wciśnięciu na żaróweczkę) wykręcić ją w razie potrzeby wymiany.
Tu od razu uwaga — żaróweczka 2,5V 0,2A i bateryjki ją zasilające (miejsce na nie w specjalnym uchwycie w daszku), a są to AAA, to niezbyt mądre połączenie. Przekonałem się o tym przy pierwszym użyciu...
Niezbyt, ponieważ spory prąd szybko wyczerpuje baterie, a światło z żaróweczki nie dość, że mocno zależne od napięcia, to w dodatku dosyć nieszczęśliwie dobrana soczewka żarówki powodowała, że oświetlany był fragment interesującego pola widzenia — w wypadku niewielkich powiększeń wyraźnie odznaczał krawędzie jasnej plamy od ciemniejszej reszty. Postanowiłem coś z tym zrobić i pierwszym pomysłem było wstawienie w miejsce żaróweczki białego LED'a z soczewką.
Efekt? Poza wielokrotnie dłuższym świeceniem o tyle lepiej, że plama światła nie była już taka mała i wyraźnie zarysowana, ale uzyskana jasność okazała się niewystarczająca. Próbowałem wymienić typową diodę na taką o większej jasności o większej soczewce, ale mimo poprawy szybko zrezygnowałem z takich kombinacji. Zdecydowanie lepsze okazało się doświetlenie pola roboczego drugą lampą nad biurkiem z żarówką o większej mocy... Żarówką... a raczej LED'ówką — trudno się przestawić z tym nazewnictwem...
Tak czy inaczej, od tamtego momentu aż do operacji zaćmy bohater tematu okazał się niezastąpioną: „protezą” pomagającą cokolwiek zobaczyć, a po zabiegu umożliwiając zdecydowaną poprawę przy pracy z elementami SMD, nawet w tych najmniejszych obudowach.
Zalety już podałem, a wady? Poza wspomnianą żarówką jest jedna ważniejsza (przynajmniej dla mnie). Otóż po dłuższym używaniu opaska daszka (a konkretnie plastik, z jakiego jest zrobiona) powoduje nieprzyjemne doznania ucisku. Być może spowodowane jest to brakiem dostępu powietrza do uciśniętej skóry. Fakt — występuje to po naprawdę dłuższym noszeniu — rzędu 20 minut i więcej, ale jednak. Oczywiście można zdejmować daszek i zakładać tylko w tych momentach, w których jest absolutnie niezbędny, ale chyba lepszym pomysłem byłoby obszycie tej plastikowej obręczy jakimś materiałem.
A zalety? Poza zdecydowanym polepszeniem komfortu związanego z powiększeniem, możliwość dobrania (poprzez założenie odpowiedniej soczewki) powiększenia — a co za tym idzie odległości, przy której obraz jest ostry. W przypadku korzystania z największych powiększeń odległość oko-obserwowany element skraca się do ok. 10 cm! W moim wypadku najlepsze efekty uzyskiwałem w opcji od 1,8 do 2,5. Wówczas ostrość osiągałem przy odległości ok. 20-30 cm, co jest już dosyć komfortowe (nie przeszkadza bliskość głowy z daszkiem wobec operowania pęsetą czy lutownicą).
Sam daszek wraz z soczewką można odchylić w górę, uzyskując normalną możliwość patrzenia, jednak należy się liczyć z tym, że po kilku takich operacjach poluzuje się śrubka blokująca. Daszek w takim wypadku będzie luźno opadał... To taka: „niedoróbka konstrukcyjna” — brak podkładki powoduje, że ruch paska przenosi się na śrubkę.
(Przynajmniej w moim egzemplarzu taki problem występuje — możliwe, że w innych jest ok.).
Soczewki są lokowane: „na wcisk” w specjalnych (odchylanych) zaczepach — mocowanie jest solidne i pewne, a mimo tych kilku lat używania nie: „wyłopotały się” do dziś. Odchylenie soczewki potrzebne jest do uzyskania jednorodnej ostrości w całym polu widzenia, więc warto sprawdzić, w jakim położeniu będzie najlepiej.
W ekstremalnych przypadkach można powiększenie znacząco wzmocnić (oczywiście kosztem zmniejszenia odległości do obiektu obserwowanego), zakładając DWIE soczewki. Producent przewidział taką możliwość, instalując na nie dwie pary zatrzasków. Oczywiście operowanie narzędziami jest wówczas utrudnione, a pole widzenia mniejsze, ale coś za coś...
Kilka szczegółów konstrukcyjnych:
Regulacja paska realizowana jest poprzez wycięcia w nim i specjalny klips. Po jego naciśnięciu ustawiamy wymagany obwód, a po zwolnieniu nacisku klips zatrzymuje pasek trwale w wybranej (otworkiem w pasku) pozycji.
Same soczewki są plastikowe (pleksi najprawdopodobniej), a więc niezbyt odporne na zarysowania czy chlapnięcie gorącą cyną. O ile sami nie podrapiemy powierzchni, to służyć mogą długo — moje do dziś są w idealnej kondycji. Należy (najlepiej) do czyszczenia używać specjalnych, zwilżonych chusteczek do okularów. Dopóki materiał jest mokry, jest wystarczająco delikatny, a alkohol (zapewne z jakimiś dodatkami), którym całość nasączono, idealnie zmywa wszelkie tłuste plamy (odciski palców np.). Oczywiście nie jest dobrym pomysłem trzymanie daszka z założonymi soczewkami na wierzchu (biurku/blacie warsztatowym) — najlepiej wyciągać przyrząd z pudełka tylko, gdy jest potrzebny.
Kilka ostatnich fotek miało pokazać możliwe do uzyskania powiększenia, ale... Nie oddają one perspektywy patrzenia bezpośrednio, a nie przez obiektyw aparatu. W rzeczywistości całość jest faktycznie wyraźnie lepiej widoczna i ostra, a zniekształcenia geometrii obserwowanego obrazu występują jedynie w największych powiększeniach (przy użyciu dwóch soczewek).
Niestety nie miałem pod ręką żadnej PCB z elementami SMD, pozostaje więc uwierzyć mi na słowo
Pozdrawiam.
Fajne? Ranking DIY
