Najpewniejsze to będzie zmienić lokalizację. Najlepiej budując lub kupując swój dom z garażem.
Można też skrzyknąć pozostałych wynajmujących i sprawę przegadać z właścicielem tych garaży. Można mu jeszcze zasugerować, że jeżeli coś z tym nie zrobi, to będziecie zmuszeni zerwać umowę, a nic tak nie boli jak utrata stałych dochodów. Ale to musielibyście być jednomyślni.
Z ekologią? Co chcesz zgłosić? Że ktoś pod garażem naprawia auto? No, może gdyby były jakieś wycieki oleju czy innych płynów. Ale bez wyraźnych śladów takich wycieków to im możesz... Tu się posłużę klasyką:
Poza tym naślesz na nich służby. Jaką masz pewność, że w rewanżu nie powybijają Ci wszystkich zębów gdzieś w ciemnej bramie?
Policja, straż miejska. Panowie, dlaczego te auta tu stoją? Bo my przyjechali do kumpla.
I co służby mają zrobić? Tym bardziej na prywatnym terenie. Przecież to musiałby zgłosić właściciel. Właściciel nie zgłosi, bo oni mu płacą za wynajem garażu.
Poza tym czasami lepszym wyjściem jest się zakumplować. Iść pogadać o tym i o tamtym, o pogodzie i 4D Maryni. Nawet przyciąć głupa i podpytać czy nie wiedzą co to może być, że coś tam w Twoim aucie stuka/puka/piszczy, a jak patrzysz na nich to masz wrażenie, że to są goście, którzy znają się na rzeczy. Pochwalić jak pomogą. Może nawet kupić za to flaszkę.
Później mimochodem poprosić, żeby pozostawiali trochę więcej miejsca, aby można było dojechać do garaży.
Czasami taką metodą szybciej załatwisz jak szarpaniem się i wdawaniem w konflikty.
Ja swego czasu mieszkałem w bloku. Ale miejscowych obszczymurków traktowałem jak kumpli. Czasami poprosiłem o drobną pomoc w przeniesieniu sprzętu czy nawet bez okazji dawałem chłopakom flaszkę. Czasami napiłem się kielonka, aby im pokazać, ze jestem swój. Oczywiście szybko się wymigiwałem od dalszego picia, tłumacząc, że za pół godziny czy za godzinę będę musiał jechać autem. Zawsze jak chłopaki byli na podwórku to podszedłem, podałem rękę i się przywitałem.
Nierzadko pod blokiem stało moje auto zapakowane materiałami lub sprzętem za grubą kasę. Zdarzało się, że np. pozostawiłem kluczyki w bagażniku, a w bagażniku towaru na 20-50 tys zł (20 lat temu to było kupę kasy). Jak chłopaki widzieli, to wyciągali kluczyki i mi przynosili do domu. Jak zobaczyli, że ktoś się kręci koło auta lub nawet się oparł tylko o moje auto, to go gonili i mnie powiadamiali. Jak któremuś się potłukła butelka i zwróciłem uwagę, że ktoś się może pokaleczyć to było "szefie, przepraszamy, to już się więcej nie powtórzy" i faktycznie później jeden drugiego pilnował, aby nie pozostawiać po sobie obory.
Tak więc czasami po dobroci można o wiele więcej załatwić niż idąc na udry, ale trzeba umieć podejść psychologicznie. Pamiętaj, że agresja budzi agresję. Jak warczysz na nich, to oni tym samym będą się odpłacać.
Natomiast najlepszą metodą na agresję jest czasami udanie głupa i przyznanie racji.
Kiedyś wjeżdżałem na własną posesję. Zjechałem dość energicznie na wjazd pod kątem dość energicznie zatrzymując samochód przed bramą. Ale tył samochodu wystawał ok. pół metra na pasie ruchu. Zatrzymałem się, bo musiałem otworzyć ręcznie bramę.
Na ogonie siedział mi jakiś tuman, który nie zwrócił uwagi, że mam włączony prawy kierunkowskaz, że zamierzam skręcić w prawo na posesję. Może zasugerował się tym, że dom mój stoi blisko skrzyżowania z którego robiłem prawoskręt i myślał, że po opuszczeniu skrzyżowania nie wyłączył mi się kierunkowskaz. Jak tylko skręciliśmy ze skrzyżowania to on dodał gazu myśląc, że będę jechał dalej. Z przeciwka jechały samochody i nie mógł mnie wyprzedzić. W każdym bądź razie o mało mi nie przywalił w tył auta.
Wyskoczył do mnie z tekstem "co ty q... odpier..... debi.... jeb....?"
Wysiadłem flegmatycznie z auta i zaczynam "ja bardzo pana przepraszam, to moja wina, że pana naraziłem na niebezpieczeństwo, ale wie pan ja bym mimo wszystko chciał się dostać na własne podwórko, nie musząc nadrabiać kilometrów w celu zawrócenia, aby innych nie narażać". Gości zatkało, bo liczył na całkiem odwrotną reakcję. Być może, że wyskoczę do niego, zacznę go wyzywać, a może nawet wystartuję do rękoczynów.
Stanął jak wryty, przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Po chwili usłyszałem "nie no to ja pana bardzo przepraszam, bo się zagapiłem, a nie pomyślałem, że pan tutaj może mieszkać, myślałem, że pan pojedzie dalej".
Chwilę pogadaliśmy śmiejąc się, że o mało nie doszło w głupi sposób do stłuczki, a następnie podaliśmy sobie dłonie i każdy udał się w swoja stronę.