Chciałbym napisać wam swoje przemyślenia.
Od jakiegoś czasu myślę nad jedną rzeczą. Jakie mamy szczęście, że mamy internet. Tak łatwo zdobywać dzięki temu wiedzę, niby takie oczywiste. Nie doceniałem tego faktu, bo internet już był za mojego życia. Przerażają mnie czasy, kiedy go nie było. Człowiek kończył szkołę i chciał się czegoś nauczyć, choćby podstaw elektryki i elektroniki, to co miał? Książki po 500 stron, gdzie najważniejsze informacje da się na 4 stronach zawrzeć – "Zasada Pareto". Trzeba umieć odsiać informacje zbędne od istotnych, a to się ma niestety, jak już człowiek coś umie. Może jakieś szkoły zawodowe dla dorosłych (sam zrobiłem teraz technika elektryka, bo z wykształcenia informatyk), ale tylko dla papieru, bo siali większy zamęt niż uczyli, a dało się zdecydowanie szybciej skończyć tę szkołę, ale wiadomo, kurs trwający 1,5 roku będzie droższy i więcej na nim zarobią. A dało się w 3 miesiące, tylko w weekendy. Kontynuując dalej – ludzi pracujących w zawodzie (chyba najgorsza opcja). Niepotrafiący wytłumaczyć prostych rzeczy, żadnych wzorów ani praw. Tylko przekazujący wiedzę dość abstrakcyjną, pomijając stojące za nią podstawy, które wszystko by wyjaśniły, przez co nauka była utrudniona. Zresztą, co to za nauka na nocnej zmianie w UR albo na budowie. Nie rozumiem, czemu to tak wyglądało, czy naprawdę ciężko było zrobić jakiś sensowny poradnik w tamtych czasach? Celowe ogłupianie społeczeństwa, bo jeszcze się okaże, że lekarzem można by było zostać po 2 latach, a elektrykiem po 4 miesiącach? Celowy spisek? Nie było nikogo takiego, kto by coś z tym zrobił w 40-milionowym kraju? Byłbym z ręką w nocniku, gdyby nie internet. Sporo ludzi może dzięki temu awansować, nawet jak nie pochodziło się z usytuowanej dobrze rodziny. Bo wiedza jest darmowa. Choćby programiści. Kiedyś to nie było takie częste. Raczej zostawało się w takim miejscu w hierarchii, w jakim była rodzina.
Od jakiegoś czasu myślę nad jedną rzeczą. Jakie mamy szczęście, że mamy internet. Tak łatwo zdobywać dzięki temu wiedzę, niby takie oczywiste. Nie doceniałem tego faktu, bo internet już był za mojego życia. Przerażają mnie czasy, kiedy go nie było. Człowiek kończył szkołę i chciał się czegoś nauczyć, choćby podstaw elektryki i elektroniki, to co miał? Książki po 500 stron, gdzie najważniejsze informacje da się na 4 stronach zawrzeć – "Zasada Pareto". Trzeba umieć odsiać informacje zbędne od istotnych, a to się ma niestety, jak już człowiek coś umie. Może jakieś szkoły zawodowe dla dorosłych (sam zrobiłem teraz technika elektryka, bo z wykształcenia informatyk), ale tylko dla papieru, bo siali większy zamęt niż uczyli, a dało się zdecydowanie szybciej skończyć tę szkołę, ale wiadomo, kurs trwający 1,5 roku będzie droższy i więcej na nim zarobią. A dało się w 3 miesiące, tylko w weekendy. Kontynuując dalej – ludzi pracujących w zawodzie (chyba najgorsza opcja). Niepotrafiący wytłumaczyć prostych rzeczy, żadnych wzorów ani praw. Tylko przekazujący wiedzę dość abstrakcyjną, pomijając stojące za nią podstawy, które wszystko by wyjaśniły, przez co nauka była utrudniona. Zresztą, co to za nauka na nocnej zmianie w UR albo na budowie. Nie rozumiem, czemu to tak wyglądało, czy naprawdę ciężko było zrobić jakiś sensowny poradnik w tamtych czasach? Celowe ogłupianie społeczeństwa, bo jeszcze się okaże, że lekarzem można by było zostać po 2 latach, a elektrykiem po 4 miesiącach? Celowy spisek? Nie było nikogo takiego, kto by coś z tym zrobił w 40-milionowym kraju? Byłbym z ręką w nocniku, gdyby nie internet. Sporo ludzi może dzięki temu awansować, nawet jak nie pochodziło się z usytuowanej dobrze rodziny. Bo wiedza jest darmowa. Choćby programiści. Kiedyś to nie było takie częste. Raczej zostawało się w takim miejscu w hierarchii, w jakim była rodzina.