Pewnie na podobne latarki jeszcze nieraz ktoś trafi, więc choć minęło półtora roku, to chyba warto coś napisać.
Mianowicie, urządzenia sprowadzane z Chin - w tym latarki - często są zrobione tak, że łatwo się psują - układ
nie jest bezpieczny pod takim względem, że usterka w działaniu jednego elementu powoduje spalenie całości.
Producent stara się ograniczyć koszt produkcji kosztem tego, że urządzenie psuje się bardzo szybko.
W szczególności, jeśli są wbudowane akumulatory, to nie ma żadnego układu sterującego ładowaniem,
ani tym bardziej zapobiegającemu nadmiernemu rozładowaniu - więc łatwo zniszczyć akumulator.
W tym przypadku akumulatory rozładowały się, przypuszczalnie na skutek długiego przechowywania (dobrze
zrobione akumulatory mogą leżeć nieładowane ze dwa lata, ale chińskie są zrobione byle jak, i dość szybko
się rozładowują); w tym stanie mają duży opór wewnętrzny, i ładowanie zasilaczem beztransformatorowym,
który nie ma ograniczenia napięcia, powoduje pojawienie się wysokiego napięcia, które je niszczy.
Jeśli akumulatory nie były długo przechowywane w stanie rozładowanym, to napięcie jest niższe, i udaje się
taki akumulator naładować, i on potem jakoś działa - ale sam niedawno kupiłem chyba 10 podobnych latarek,
udało się uruchomić dwie, pozostałe już się nie dały ładować. Większe szanse odratowania akumulatora daje
ładowanie z ograniczeniem napięcia do 2.25-2.30V/ogniwo (jeśli to jest akumulator kwasowy - w chińskich
latarkach najczęściej są właśnie takie), przez długi czas (liczony w tygodniach). Ale to sporo roboty... może
przy setce to ma sens, mi do tych dziesięciu nie chciało się montować układu zasilającego.
Drugi częsty problem, to sposób podłączania LED-ów w latarkach z LED-ami - brak ograniczenia prądu -
więc jak się dobrze naładuje, to przez krótki czas świecą jasno, a potem dużo słabiej, albo już wcale.