Po około trzech latach i zapisaniu 26TB danych padł mi dysk SSD OCZ Vector 256GB. Mawiali kup SSDka, niezawodne, niezniszczalne, będą chodzić latami - najwidoczniej miałem pecha. Poleciało mi trochę świeżych danych, których raczej nie odzyskam (co innego w przypadku talerzowców, na nich trzymam backupy). Jak doszło do awarii? Podpiąłem pendrive, zgrywałem zdjęcia na dysk, transfer spadł do 0, zaczęły się freezy, zwiecha systemu. Zrobiłem twardy reset, system odpalił się normalnie. Niepotrzebnie ponownie próbowałem zgrać dane na dysk, to samo, jednak system już nie wstał. W BIOSie raz był widziany, raz nie - aktualnie cały czas widoczny pod Windowsem, w Linuxie już nie. Padaka trafiła do ogarniętego kolegi, również nic. Obstawiamy, że padł kontroler, naprawa nieopłacalna. Podpinał też zewnętrzny interfejs. Macie jakieś pomysły?