Słowa na pożegnanie
Pracownik pewnego ogrodu zoologicznego wyjeżdża z Sankt Petersburga po zwiedzeniu międzynarodowej wystawy ptaków. Na dworcu odprowadza go nowopoznana młoda osoba.
Pociąg rusza i nabiera prędkości; z okna wychyla się mężczyzna aby powiedzieć jeszcze kilka słów do odprowadzającej go damy.
„Bystro prijedu; priwiezu dla ciebie pticzku w podarok. Gołubuju, czto nrawiła.....”. Dalej zagłuszył łoskot odjeżdzającego pociągu.
Nieświadom wszystkich znaczeń wypowiadanych słów: mówi głośno, aby przekrzyczeć hałas ruszającego pociągu, używając polskich i rosyjskich słów, z miejscowym akcentem
Dziewczyna czerwienieje, a potem blednie. Ludzie na peronie zaczynają się śmiać. Zapewne jedni z pticzki*-prezentu, a inni z gołuboj**. Dziewczyna pochyla głowę jakby chciała schować twarz w ramionach.
Odchodzi, ze łzami w oczach szepcząc: „Sabakie pod chwost twoj prezent”.
* Potoczna nazwa jednej z chorób miłości.
** Potoczna nazwa dewiacji.
Po kilku miesiącach ponownie w Sankt Petersburgu.
Nie upłynęło nawet pół roku, gdy pojawiła się potrzeba ponownego oddelegowania, któregoś z pracownikówe tegoż ogrodu zoologicznego do sławnego miasta Sankt Petersburg. Pojawiła się możliwość zakupu egzotycznych ptaków bardzo rzadkiego gatunku. Jako osobę kompetentną, również znającą język rosyjski /z akcentu/ wytypowano naszego bohatera, jako znającego środowisko osób związanych z handlem egzotycznymi gatunkami ptaków.
Kupiwszy niebieskoupierzonego kanarka oraz malutką klatkę do jego przewozu, a także wikt podróżny dla siebie i ptaka: wyrusza w podróż do Sankt Petersburga. Wszakże obiecał dziewczynie, że przywiezie ptaka, którym była tak zafascynowana na wystawie. Przecież ich znajomość zaczęła się tam gdzie był eksponowany. A kolor piór ptaka przypominał mu jej piękne oczy.
Po przybyciu do sławnego miasta - pierwszym co chciał uczynić to zatelefonować do dziewczyny. Znalazłszy działający aparat telefoniczny postanowił zadzwonić i zaanonsować swe przybycie z obiecanym "padarkom".
Wybrał więc zapisany w notesie numer telefonu dziewczyny. Jednak nie zdążył się nawet do końca przedstawić gdy usłyszał groźnie brzmiącą odpowiedź: "Imiejetie li wy sowist' obraszczat'sia ka mnie" i słuchawka została rzucona z taką siłą, że aż w uchu zaczęło mu dokuczliwie dzwonić. Próby ponownego połączenia nie dawały rezultatów: czy to z powodu braku chęci na prowadzenie rozmowy, czy może telefon uległ uszkodzeniu w trakcie odkładania słuchawki. Ton wypowiedzi raczej nie wróżył możliwości spotkania.
Cóż więc zrobić z kanarkiem? Jego kondycja - po prawie dwudobowej podróży - nie wyglądała najlepiej.
Przemierza więc wzdłuż Newski Prospekt w poszukiwaniu stoiska z ptakami. Wreszcie zauważa tablicę z papugą i napisem „Zootowary”. Kanarek będzie uratowany – pomyślał.
Podchodzi więc do stoiska, odczekuje czas niezbędny do obsłużenia matki z dwójką dzieci, które nie mogły zdecydować się co kupić aby „kot sosieda nie ułowił” i zwraca się do pani obsługującej stanowisko: „izwienite dziewuszka u mnie jest’ pticzka , mogu pieriedat’ wam darom” – powiada z poprawnym rosyjskim akcentem.
Dziewczyna grożnie spojrzała odsuwając się od lady; zapewne w obawie przed niechcianą infekcją. Mamusia też - szybko ciągnąc swe pociechy za ręce- opuszcza okolice stoiska.
„Tagda idit’e k wraczu” szybko odpowiada. „Achrannik pozwoltie ka mnie” wzywa milicjantkę ochraniającą stoiska sprzedaży. „Kakoj to ozabocziennyj grażdanin pristał ka mnie i diełajet nieprilicznyje priedłożienija. Widno bolieźń użie na gołowu jemu proszła” - dodaje. Następnie coś cicho tłumaczy milicjantce.
Mężczyzna próbuje przerwać mówiąc: „ u mienia oczień krasnaja pticzka”, zapewne pomyliwszy ktasnaja z krasiwaja.
Ręka milicjantki błyskawicznie przenosi się na kaburę pistoletu a wzrok przemiata okolice pasa mężczyzny celem sprawdzenia czy przypadkiem „grażdanin” nie pomylił sklepu z gabinetem lekarskim i nie ma zamiaru pokazać stanu zaawansowania choroby.
„Pasport pażałujsta” zdecydowanie groźnym głosem wzywa go do wylegitymowania się osoba na straży porządku.
Sięgając do wewnętrznej kieszeni płaszcza po paszport upuszcza na ziemię klatkę z ledwo dyszącym w niej kanarkiem.
„Och kakaja krasiwaja kanarka” – zachwyca się ekspedientka.” Biednieńkaja zakrytaja w klietkie biez jedy”.
„Widiczki nada jej dat’ popit’” – dodaje milicjantka, a następnie znowu robi groźną minę nie zapominając, że pracuje w roli obrońcy majestatu prawa.
„Zapłatite sztraf za izdewatel’stwo nad żiwotnymi. Krome etogo obmanywali czto kanarka krasnaja, a ona gołubaja. A wietierinarnoje swieditel’stwo imiejetie?”
„Eto on Ili ana?” prubuje ustalić płeć ptaka sprzedawczyni.
„Eto samiec” – odpowiada mężczyzna uradowany, że sytuacja staje się mniej groźna i mija stres nią spowodowany.
„Tagda jemu nużna padrużka. Pasmatrite kakaja byłaby para.” – akspedientka pokazuje podobnego ptaka ze swojego stoiska.
„Ja sagłasien cztob on tu ostałsia” dodaje uradowany mężczyzna.
„Jemy potrzebny otdych poslie darogi” powiada pan zoolog zadowolony z rozwiązania problemu z kanarkiem.
Obie panie znów groźnie popatrzyły na niego, jednak milczeniem zastępując nasuwający się komentarz.
„Pażałujsta, cztob pticzka imieła czto kuszat’ – mówi kładąc na ladzie opakowanie z karmą dla kanarków.
„Nada gawarit’ małaja ptica! „ - zgodnie poprawiły go obie panie.
Widocznie tak nada pomyślał. U nas „ptaszek” też ma różne znaczenia.
Dodając świadectwo weterynaryjne do pożywienia ptaka otrzymuje w zamian swój polski paszport ze słowami: „Pasport wsiegda nada imet’ s saboj – inaczie można byt’ ariestowannym”. Zapomniawszy o sztrafie informuje pani milicjantka.
Kanarek zostaje więc na stoisku jak w hotelu aby przejść okres rekonwalescencji po męczącej podróży.
W tym momencie jedna z pań zreflektowała się mówiąc. „Żiesz jewo nada bydiet kormit’ nieizwiestno kak dołgo. Wy możietie sawsiem nie prijechat’. A on mużczina, i kuszat’ jemu nada bol’sze. Połagajetsia astawit’ dieńgi na pitanije, chatia by dwadcatik.”
Ponieważ w Rosji jest tak jak i w Stanach Zjednoczonych ta sama ważność waluty: nie było problemu z zapłaceniem za wyżywienie ptaką.
Po uregulowaniu należności wszyscy rozeszli się do swych zajęć zadowoleni z rozwiązanych problemów.
Do widzenia.
„Do swidanija, zachod’t’e, wsiegda budiem rady” zakończyło spotkanie.
Pragnę przeprosić czytelnikom za utrudnienia w zrozumieniu tekstu napisanego częściowo w języku rosyjskim a także języku używanym przez naszych obywateli na terenie Rosji.
Podobieństwo zawartych w nim faktów, miejsc, osób, sytuacji lub zdarzeń do rzeczywiście zaistniałych: może być tylko przypadkowe.
Został on wymyślony dla śmiechu oraz przypomnienia nam, że języków należy się uczyć.
Pracownik pewnego ogrodu zoologicznego wyjeżdża z Sankt Petersburga po zwiedzeniu międzynarodowej wystawy ptaków. Na dworcu odprowadza go nowopoznana młoda osoba.
Pociąg rusza i nabiera prędkości; z okna wychyla się mężczyzna aby powiedzieć jeszcze kilka słów do odprowadzającej go damy.
„Bystro prijedu; priwiezu dla ciebie pticzku w podarok. Gołubuju, czto nrawiła.....”. Dalej zagłuszył łoskot odjeżdzającego pociągu.
Nieświadom wszystkich znaczeń wypowiadanych słów: mówi głośno, aby przekrzyczeć hałas ruszającego pociągu, używając polskich i rosyjskich słów, z miejscowym akcentem
Dziewczyna czerwienieje, a potem blednie. Ludzie na peronie zaczynają się śmiać. Zapewne jedni z pticzki*-prezentu, a inni z gołuboj**. Dziewczyna pochyla głowę jakby chciała schować twarz w ramionach.
Odchodzi, ze łzami w oczach szepcząc: „Sabakie pod chwost twoj prezent”.
* Potoczna nazwa jednej z chorób miłości.
** Potoczna nazwa dewiacji.
Po kilku miesiącach ponownie w Sankt Petersburgu.
Nie upłynęło nawet pół roku, gdy pojawiła się potrzeba ponownego oddelegowania, któregoś z pracownikówe tegoż ogrodu zoologicznego do sławnego miasta Sankt Petersburg. Pojawiła się możliwość zakupu egzotycznych ptaków bardzo rzadkiego gatunku. Jako osobę kompetentną, również znającą język rosyjski /z akcentu/ wytypowano naszego bohatera, jako znającego środowisko osób związanych z handlem egzotycznymi gatunkami ptaków.
Kupiwszy niebieskoupierzonego kanarka oraz malutką klatkę do jego przewozu, a także wikt podróżny dla siebie i ptaka: wyrusza w podróż do Sankt Petersburga. Wszakże obiecał dziewczynie, że przywiezie ptaka, którym była tak zafascynowana na wystawie. Przecież ich znajomość zaczęła się tam gdzie był eksponowany. A kolor piór ptaka przypominał mu jej piękne oczy.
Po przybyciu do sławnego miasta - pierwszym co chciał uczynić to zatelefonować do dziewczyny. Znalazłszy działający aparat telefoniczny postanowił zadzwonić i zaanonsować swe przybycie z obiecanym "padarkom".
Wybrał więc zapisany w notesie numer telefonu dziewczyny. Jednak nie zdążył się nawet do końca przedstawić gdy usłyszał groźnie brzmiącą odpowiedź: "Imiejetie li wy sowist' obraszczat'sia ka mnie" i słuchawka została rzucona z taką siłą, że aż w uchu zaczęło mu dokuczliwie dzwonić. Próby ponownego połączenia nie dawały rezultatów: czy to z powodu braku chęci na prowadzenie rozmowy, czy może telefon uległ uszkodzeniu w trakcie odkładania słuchawki. Ton wypowiedzi raczej nie wróżył możliwości spotkania.
Cóż więc zrobić z kanarkiem? Jego kondycja - po prawie dwudobowej podróży - nie wyglądała najlepiej.
Przemierza więc wzdłuż Newski Prospekt w poszukiwaniu stoiska z ptakami. Wreszcie zauważa tablicę z papugą i napisem „Zootowary”. Kanarek będzie uratowany – pomyślał.
Podchodzi więc do stoiska, odczekuje czas niezbędny do obsłużenia matki z dwójką dzieci, które nie mogły zdecydować się co kupić aby „kot sosieda nie ułowił” i zwraca się do pani obsługującej stanowisko: „izwienite dziewuszka u mnie jest’ pticzka , mogu pieriedat’ wam darom” – powiada z poprawnym rosyjskim akcentem.
Dziewczyna grożnie spojrzała odsuwając się od lady; zapewne w obawie przed niechcianą infekcją. Mamusia też - szybko ciągnąc swe pociechy za ręce- opuszcza okolice stoiska.
„Tagda idit’e k wraczu” szybko odpowiada. „Achrannik pozwoltie ka mnie” wzywa milicjantkę ochraniającą stoiska sprzedaży. „Kakoj to ozabocziennyj grażdanin pristał ka mnie i diełajet nieprilicznyje priedłożienija. Widno bolieźń użie na gołowu jemu proszła” - dodaje. Następnie coś cicho tłumaczy milicjantce.
Mężczyzna próbuje przerwać mówiąc: „ u mienia oczień krasnaja pticzka”, zapewne pomyliwszy ktasnaja z krasiwaja.
Ręka milicjantki błyskawicznie przenosi się na kaburę pistoletu a wzrok przemiata okolice pasa mężczyzny celem sprawdzenia czy przypadkiem „grażdanin” nie pomylił sklepu z gabinetem lekarskim i nie ma zamiaru pokazać stanu zaawansowania choroby.
„Pasport pażałujsta” zdecydowanie groźnym głosem wzywa go do wylegitymowania się osoba na straży porządku.
Sięgając do wewnętrznej kieszeni płaszcza po paszport upuszcza na ziemię klatkę z ledwo dyszącym w niej kanarkiem.
„Och kakaja krasiwaja kanarka” – zachwyca się ekspedientka.” Biednieńkaja zakrytaja w klietkie biez jedy”.
„Widiczki nada jej dat’ popit’” – dodaje milicjantka, a następnie znowu robi groźną minę nie zapominając, że pracuje w roli obrońcy majestatu prawa.
„Zapłatite sztraf za izdewatel’stwo nad żiwotnymi. Krome etogo obmanywali czto kanarka krasnaja, a ona gołubaja. A wietierinarnoje swieditel’stwo imiejetie?”
„Eto on Ili ana?” prubuje ustalić płeć ptaka sprzedawczyni.
„Eto samiec” – odpowiada mężczyzna uradowany, że sytuacja staje się mniej groźna i mija stres nią spowodowany.
„Tagda jemu nużna padrużka. Pasmatrite kakaja byłaby para.” – akspedientka pokazuje podobnego ptaka ze swojego stoiska.
„Ja sagłasien cztob on tu ostałsia” dodaje uradowany mężczyzna.
„Jemy potrzebny otdych poslie darogi” powiada pan zoolog zadowolony z rozwiązania problemu z kanarkiem.
Obie panie znów groźnie popatrzyły na niego, jednak milczeniem zastępując nasuwający się komentarz.
„Pażałujsta, cztob pticzka imieła czto kuszat’ – mówi kładąc na ladzie opakowanie z karmą dla kanarków.
„Nada gawarit’ małaja ptica! „ - zgodnie poprawiły go obie panie.
Widocznie tak nada pomyślał. U nas „ptaszek” też ma różne znaczenia.
Dodając świadectwo weterynaryjne do pożywienia ptaka otrzymuje w zamian swój polski paszport ze słowami: „Pasport wsiegda nada imet’ s saboj – inaczie można byt’ ariestowannym”. Zapomniawszy o sztrafie informuje pani milicjantka.
Kanarek zostaje więc na stoisku jak w hotelu aby przejść okres rekonwalescencji po męczącej podróży.
W tym momencie jedna z pań zreflektowała się mówiąc. „Żiesz jewo nada bydiet kormit’ nieizwiestno kak dołgo. Wy możietie sawsiem nie prijechat’. A on mużczina, i kuszat’ jemu nada bol’sze. Połagajetsia astawit’ dieńgi na pitanije, chatia by dwadcatik.”
Ponieważ w Rosji jest tak jak i w Stanach Zjednoczonych ta sama ważność waluty: nie było problemu z zapłaceniem za wyżywienie ptaką.
Po uregulowaniu należności wszyscy rozeszli się do swych zajęć zadowoleni z rozwiązanych problemów.
Do widzenia.
„Do swidanija, zachod’t’e, wsiegda budiem rady” zakończyło spotkanie.
Pragnę przeprosić czytelnikom za utrudnienia w zrozumieniu tekstu napisanego częściowo w języku rosyjskim a także języku używanym przez naszych obywateli na terenie Rosji.
Podobieństwo zawartych w nim faktów, miejsc, osób, sytuacji lub zdarzeń do rzeczywiście zaistniałych: może być tylko przypadkowe.
Został on wymyślony dla śmiechu oraz przypomnienia nam, że języków należy się uczyć.