Lina musi być dostosowana do przenoszenia obciążeń poprzecznych. To raz. Musi być atestowana.
Powierzchnia musi być gładka, by ułatwić ruch bloczka. Takie liny mogą być wykonane np. drutów o przekroju trapezowym. Lub z drutów okrągłych, ale z wypełnieniem między splotkami.
Jej wytrzymałość na zrywanie wzdłużne i poprzeczne, MUSI być większa niż maksymalne, przewidywane obciążenie. Niektórzy nawet zalecają mnożnik 5 razy więcej.
Maksymalne naprężenia wynikają z konstrukcji zjazdu i jego długości i nachylenia. Lina, która się sprawdzi na 20 metrowym zjeździe pod małym kątem, może trzasnąć na zjeździe nieco dłuższym. To są siły zmienne, ale do policzenia.
To tego trzeba uwzględnić naprężenia poprzeczne, na które lina musi być odporna.
Myślę jednak, że do niewielkiej tyrolki, pod niezbyt dużym kątem to spokojnie wystarczy lina z wytrzymałością między 55 a 100 kN siły zrywającej. No chyba, że będzie się na niej huśtały "słuszne chłopy" po 150 kg. Albo przewidujesz zjazd 200 metrów z deniwelacją 30 metrów. To już inna bajka.
Nie kieruj się zatem tylko grubością liny, ale jej dokładnymi parametrami.
A jeżeli tyrolka ma być komercyjna, to zapomnij w ogóle o samoróbce. Musisz mieć projekt zrobiony przez projektanta z odpowiednimi uprawnieniami, atestowany sprzęt, okresowo przeglądy i kontrolowany, a może nawet badany na obciążenia. Inaczej, jak sobie ktoś choćby palca przytnie, to cię PIP i reszta towarzystwa powiesi za klejnoty na najbliższej latarni, albo sam to zrobisz z desperacji, jak ci wszystko wyliczą.
Takie uroki świadczenia usług.
Ale nawet jeśli to tylko zjazd z balkonu na piętrze i 20 metrów - to lepiej sobie policz wytrzymałość. Jak choćby siłę potrzebną do zakotwienia liny. 100 kg masy, na długiej dźwigni to już nie jest bajka i można sobie nawet ścianę domu rozwalić. Ogólnie tyrolki to wbrew pozorom naprawdę ekstremalny sport i bardzo łatwo sobie krzywdę zrobić. To jeden z najbardziej urazowych sportów.