Witam,
miałem taki problem, że ten kocioł grzewczy nie wykrywał płomienia - rozpalał ogień poprawnie, ale po rozpaleniu elektrody zapłonowe nadal wytwarzały łuk elektryczny a po kilku sekundach kocioł się wyłączał i pokazywał na wyświetlaczu brak płomienia.
Jako że to był piątek wieczór i nie chciałem marznąć przez cały weekend czekając na sewisanta, postanowiłem sprawdzić co tam się dzieje i zobaczyłem, że elektroda jonizacyjna odłączyła się od miedzianego kabelka doprowadzającego prąd.
Usunąłem więc tlenki z kabelka miedzianego żeby przywrócić przewodność (cały był czarny od tlenków), samą elektrodę przeczyściłem papierem ściernym od strony kabelka i od strony płomienia, po czym przylutowałem spowrotem lutem bezołowiowym kabelek do elektrody i włożyłem wszystko tak jak było poprzednio, ustawiając elektrodę w tej samej pozycji.
Po uruchomieniu wszystko działa super, nawet lepiej niż wcześniej, jednak ja nie jestem ekspertem od takich kotłów (serwis i tak zamówię niedługo, żeby przynajmniej przegląd zrobili tego kotła, bo dawno nie był sprawdzany), więc mam takie pytanie:
Czy dobrze zrobiłem, że przylutowałem tą elektrodę lutem bezołowiowym?
Ta elektroda rozgrzewa się do czerwoności, więc temperatura tam musi osiągać kilkaset stopni, wystarczająco żeby rozlutować ołowiowy, bezołowiowy pewnie też, chociaż odległość lutu od płomienia (jakieś 5-7 cm) trochę pomaga i choć jak narazie kocioł od kilku dni działa, to jednak nie wiem czy czasem nie powinno się tu stosować np. lutu twardego lub nawet spawu?
Ogólnie dziwi mnie, że do tej elektrody nie był zastosowany zwykły zacisk, wewnątrz uchwytu elektrody był zdecydowanie jakiś lut, choć nie wiem jaki bo nic z niego nie zostało.
miałem taki problem, że ten kocioł grzewczy nie wykrywał płomienia - rozpalał ogień poprawnie, ale po rozpaleniu elektrody zapłonowe nadal wytwarzały łuk elektryczny a po kilku sekundach kocioł się wyłączał i pokazywał na wyświetlaczu brak płomienia.
Jako że to był piątek wieczór i nie chciałem marznąć przez cały weekend czekając na sewisanta, postanowiłem sprawdzić co tam się dzieje i zobaczyłem, że elektroda jonizacyjna odłączyła się od miedzianego kabelka doprowadzającego prąd.
Usunąłem więc tlenki z kabelka miedzianego żeby przywrócić przewodność (cały był czarny od tlenków), samą elektrodę przeczyściłem papierem ściernym od strony kabelka i od strony płomienia, po czym przylutowałem spowrotem lutem bezołowiowym kabelek do elektrody i włożyłem wszystko tak jak było poprzednio, ustawiając elektrodę w tej samej pozycji.
Po uruchomieniu wszystko działa super, nawet lepiej niż wcześniej, jednak ja nie jestem ekspertem od takich kotłów (serwis i tak zamówię niedługo, żeby przynajmniej przegląd zrobili tego kotła, bo dawno nie był sprawdzany), więc mam takie pytanie:
Czy dobrze zrobiłem, że przylutowałem tą elektrodę lutem bezołowiowym?
Ta elektroda rozgrzewa się do czerwoności, więc temperatura tam musi osiągać kilkaset stopni, wystarczająco żeby rozlutować ołowiowy, bezołowiowy pewnie też, chociaż odległość lutu od płomienia (jakieś 5-7 cm) trochę pomaga i choć jak narazie kocioł od kilku dni działa, to jednak nie wiem czy czasem nie powinno się tu stosować np. lutu twardego lub nawet spawu?
Ogólnie dziwi mnie, że do tej elektrody nie był zastosowany zwykły zacisk, wewnątrz uchwytu elektrody był zdecydowanie jakiś lut, choć nie wiem jaki bo nic z niego nie zostało.