Hmmm. Czuję się "wywołany do tablicy". Początek mojej przygody z elektroniką był dość burzliwy. Otóż w czasach, kiedy biegałem jeszcze do szkoły podstawowej, modne (jeśli można to tak określić) były tak zwane detektorki. Dla młodszych kolegów objaśnienie: detektorek, to nic innego jak słuchawka, a uściślając - wkładka słuchawkowa - od telefonu i dioda germanowa. Łącząc diodę równolegle z uzwojeniem słuchawki uzyskiwało się najprostszy odbiornik radiowy. Podłączając taki układ do jakiegoś większego metalowego przedmiotu (rynna, kaloryfer itp.) można było odbierać lokalną stację AM. Więc zbudowałem sobie taki detektorek no i słuchałem, aż któregoś dnia usłyszałem od jakiegoś kolegi, że silniejszy odbiór można uzyskać, podłączając detektorek do jednego bieguna instalacji elektrycznej w mieszkaniu. Kolega uprzedził mnie jednaj, żeby sprawdzić najpierw, który biegun w gniazdku jest zerem, czego miałem dokonać próbą ziemniakową (dosłownie). No ale niestety, nie miałem ziemniaka pod ręką, więc uznałem, że mam 50% szans na trafienie we właściwy biegun za pierwszym razem. Podłączyłem i faktycznie - odbiór był piękny. Detektorek grał głośno i bez zaników... do czasu. Zasłuchany i zadowolony z jakości odbioru oparłem się o lodówkę. W tym momencie dostałem takiego "strzała", że wylądowałem w zlewie, po drugiej stronie kuchni. I w tym momencie postanowiłem: muszę zrobić sobie radio, które nie będzie mnie kopać. Zacząłem kopać po literaturze i znalazłem. W "Horyzontach Techniki dla dzieci" (czy ktoś to jeszcze pamieta) znalazłem prosty schemat odbiornika na trzech tranzystorach. Pół roku zbierałem pieniądze, potem jeszcze kilka tygodni na dostawę tranzystorów (dostarczane były mniej wiecej raz na miesiąc, a jak przyjeżdżały, to kolejka taka sie ustawiała, jak - nie przymierzając - za karpiem przed Bożym Narodzeniem). Zdobyłem w końcu dwie sztuki TG-2 i jednego TG-50. Bez lutownicy i żadnych sensownych narzędzi "sklepałem" w pośpiechu "pająka". Oczywiście radio nie zadziałało i to była bezpośrednia przyczyna mojego zderzenia z elektroniką. A jeśli chodzi o literaturę, to w "moich" czasach była tylko jedna - pożądana, wymarzona i nieosiagalna - biblia młodego elektronika: "NOWOCZESNE ZABAWKI" Wojciechowskiego. To była końcówka lat 60-tych. Dzisiaj zaczynać przygodę z elektroniką - to bajka.