Witam. Jeśli nie ten dział proszę o przeniesienie.
W lutym br. sprzedałem auto 2002 r. Wszystko ładnie, pięknie, kupującemu się podobało. Ze 20x oglądał od jesieni ub. roku. Głowę zawracał że chce kupić, bo ma stalowe zawieszenie itp. bo zadbane i mu się ogólnie podoba. Dwa dni przed kupnem był z żoną jeszcze oglądać. Jazda próbna ponad 40 km (ok. 3 godz ich nie było). Po przyjeździe wszystko cacy ma moc, nie dymi, nie stuka nie puka. Padło słowo kupujemy że przyjadą za dwa dni. Przyjechali pisać umowę. Poinformowałem co zrobione/wymienione, papiery z części też dostali. Podoba się. Sprzedane. Na drugi dzień auto przerejestrował na siebie.
Po kilku dniach dzwoni że pojechał do Wawy i padła turbina, nie ma mocy i gaśnie. Oddał na jakiś warsztat w celu sprawdzenia. Warsztat wystawił jakieś kosmiczne ceny na kwotę bagatela 4500 zł za turbinę, pompowtrysk, czyszczenie dolotu i egr, filtry i inne pierdoły i domagał się zwrotu kasy i oddaje auto. Nie zgodziłem się. Po kilku dniach pismo od radcy prawnego że sprzedałem z wadami ukrytymi o czym nie miałem pojęcia i mam płacić za naprawy, albo droga sądowa, oczywiście też odmówiłem i poszedłem do swojego radcy. Autem z żoną jeździliśmy 3 lata, ojciec czasami też pożyczał. Nic się nie działo, nie dymił, ładnie silnik pracował, nie stukało nie pukało, ogólnie o auto dbałem. Za tydzień sprawa. Czego się spodziewać? Zaznaczę, że on ma ciężką nogę. Jako, że to znajomy z okolicy mam rozmowy z fejsa jak się chwalił że potrafi drifty robić pod marketem. Wszystkie te i inne dowody zostały dołączone do sprawy przez mojego radce.
W lutym br. sprzedałem auto 2002 r. Wszystko ładnie, pięknie, kupującemu się podobało. Ze 20x oglądał od jesieni ub. roku. Głowę zawracał że chce kupić, bo ma stalowe zawieszenie itp. bo zadbane i mu się ogólnie podoba. Dwa dni przed kupnem był z żoną jeszcze oglądać. Jazda próbna ponad 40 km (ok. 3 godz ich nie było). Po przyjeździe wszystko cacy ma moc, nie dymi, nie stuka nie puka. Padło słowo kupujemy że przyjadą za dwa dni. Przyjechali pisać umowę. Poinformowałem co zrobione/wymienione, papiery z części też dostali. Podoba się. Sprzedane. Na drugi dzień auto przerejestrował na siebie.
Po kilku dniach dzwoni że pojechał do Wawy i padła turbina, nie ma mocy i gaśnie. Oddał na jakiś warsztat w celu sprawdzenia. Warsztat wystawił jakieś kosmiczne ceny na kwotę bagatela 4500 zł za turbinę, pompowtrysk, czyszczenie dolotu i egr, filtry i inne pierdoły i domagał się zwrotu kasy i oddaje auto. Nie zgodziłem się. Po kilku dniach pismo od radcy prawnego że sprzedałem z wadami ukrytymi o czym nie miałem pojęcia i mam płacić za naprawy, albo droga sądowa, oczywiście też odmówiłem i poszedłem do swojego radcy. Autem z żoną jeździliśmy 3 lata, ojciec czasami też pożyczał. Nic się nie działo, nie dymił, ładnie silnik pracował, nie stukało nie pukało, ogólnie o auto dbałem. Za tydzień sprawa. Czego się spodziewać? Zaznaczę, że on ma ciężką nogę. Jako, że to znajomy z okolicy mam rozmowy z fejsa jak się chwalił że potrafi drifty robić pod marketem. Wszystkie te i inne dowody zostały dołączone do sprawy przez mojego radce.