Cena nadal jest żenująco niska. To zwyczajna niegodziwość ze strony władzy, że mogąc krzywdzić stosunkowo niedużą grupę ludzi kosztem zadowalania dużej części - opłaca się tak robić. Zakładanie stacji kontroli pojazdów nie ma ekonomicznego sensu. Pozostanie część z tych które są - utrzymują się głównie przy okazji jakichś warsztatów, gdzie diagności są przy okazji mechanikami i właścicielami nieruchomości, lub firm, gdzie jest sporo sprzętu, a całość działa bardziej siłą przyzwyczajenia.
To nie jest tak że wystarczy garaż z kanałem. Stację się buduje od podstaw. Zabudowa specjalnej ławy pomiarowej z wysoką precyzją odnośnie płaszczyzn posadzek, (co jest sprawdzane przy odbiorze technicznym i późniejszych kontrolach), wyciągów spalin, systemów wentylacji kanałów, wyposażenia - rolki, szarpaki, wibratory do amortyzatorów, analizatory spalin, dymomierze, urządzenia do kontroli świateł, przejrzystości szyb, nacisku na pedał hamulca, hak przyczepy, OBD, czujniki gazu, fonometry, akcelerometry, systemy komputerowe z oprogramowaniem i kupa innego sprzętu którego zwykle na przeglądzie się nie wyciąga, ale skp mieć musi, to przy aktualnych cenach koszt rzędu 300-500 tys. Oczywiście dodać należy sam koszt budynku, bram wjazdowych, stanowiska pomiaru hałasu, ogólnodostępnego sanitariatu (skp jest sklasyfikowana jako budynek użyteczności publicznej i musi spełniać w związku z tym różne wymogi) itd, itd. Sprzęt musi mieć aktualne homologacje, kalibracje, cechowania. Zwykle co najmniej raz w roku można się spodziewać kontroli, do tego co pięć lat jest dopuszczająca do użytku kontrola kompleksowa (w tym np. równości posadzek). Jeśli tego stacja nie przejdzie - nie będzie mogła działać. Do tego dochodzi comiesięczna składka na PISKP – coś koło 650zł, abonamenty oprogramowań, obsługi informatycznej, obsługi księgowo-kadrowej, media, szkolenia, badania dla pracowników itd.
Teraz pracownicy - nowe stacje muszą zatrudniać co najmniej dwóch diagnostów. Żeby stać się diagnostą należy mieć średnie wykształcenie branżowe samochodowe, lub techniczne wyższe, skończyć kurs (ok 2,5-3 tys zł - zajęcia teoretyczne i praktyczne) i zdać dwa państwowe egzaminy - teoretyczny i praktyczny (podejście kilkaset złotych). Egzaminy są trudne i nie wiem jak teraz, ale ostatnimi czasy były przeprowadzane jedynie w Warszawie. Trudność wynika z tego że nie ma rozróżnienia na diagnostę podstawowej i okręgowej stacji - zdaje się wersje max – wszelkie przepisy, ADR-y, ustawiania zbieżności w naczepach tirów itp. Wysokość wynagrodzenia diagnostów w mieście to ok 7-8 tys. brutto, czyli przy dwóch diagnostach dla pracodawcy koszt ok 20 tys na miesiąc. W końcu diagności osobiście (nie zatrudniający ich pracodawca) odpowiadają przed starostą swoimi uprawnieniami, a przed sądem odpowiedzialnością karną do 5 lat za potwierdzenie nieprawdy w dokumentach urzędowych. I nierzadko mają sprawy w sądach i to nie za zaoczne podbijanie przeglądów. Mój pracownik czeka na rozprawę - podbił przegląd w ciężarówce, którą dzień później zatrzymało ITD i znalazło uszkodzoną oponę. Sam kierowca uczciwie zeznał, że oponę uszkodził najprawdopodobniej przed chwilą na placu budowy - nic to nie dało, będzie sprawa w sądzie.
Do tego zwyczajne ludzkie poczucie odpowiedzialności że przeoczenie czegoś może kosztować czyjeś życie.
Czyli odliczając VAT i CIT z nowej ceny przeglądu pozostaje około stówy. Z prostej arytmetyki wynika że na same pensje pracowników należy miesięcznie obsłużyć 200 aut. Między bajki można wsadzić 4 auta na godzinę - 15 samochodów na dniówkę to dobry rezultat, a bywa że są 3.
Niektórzy negują sens obowiązkowych przeglądów. Generalnie ludzie zwykle dbają o auta i ich stan, ale jest niemała grupa kierowców, którzy będą jeździć dopóki koła nie odpadną, a każdy wydatek na auto które przecież jeszcze jeździ, traktują jak dopust Boży. Najbardziej przekupny diagnosta nie puści auta w którym wypada sworzeń wahacza albo wyłazi kord z opony, a każdy mógłby je spotkać na swej drodze.