Za pół roku muszę podjąć ostateczną decyzję (wybór szkoły średniej). Ojciec stuka się w głowę i przeżyć nie może faktu, iż wstępnie wybrałem Technikum Elektroniczne o profilu elektornik/programista. Już dwa lata "spawa" mi klepki ale dopiero dzisiaj, gdy porozmawiałem ze swoją dziewczyną o dalekiej przyszłości chyba otworzyłem oczy.
Powiedziała mi, że z moim wykształceniem w przyszłości będzie mi ciężko konkurować z ludźmi w Europie a w Polsce dorobię się tego samego co moim rodzice, czyli garba, długów i nerwów. Wyjechać będzie trzeba (na szczęście stanie się to już w czerwcu) lecz po wyjeździe za granicę i tak sytuacja się nie zmieni. Chodzi o konkurencję w zawodzie, czyli mus konkurowania z absolwentami dobrych uczelni w Unii Europejskiej jak i ze świata. Gdy sobie poczytałem niegdyś o programie studenta (programisty) z Oxfordu i podobnych i porównałem to do uniwerków w Warszawie to mi się serce zatrzymało. Zero szans miałbym do takiego, zero, prawdziwe zero zwłaszcza że tam uczą się po kilka języków obcych, uczą się od podstaw czyli nawet Fortrana. Na dodatek studenciaki ze świata pracują na takim sprzęcie że ja to sobie na najbliższe 10lat mogę śnić o czymś co ma 128GB RAM. Dziewczyna moja ma rację, konkurować z nimi szans będzie zero, dlatego pozostanie człowiek na najniższym szczeblu na całe życie, dodatkowo przez całe życie będzie musiał non stop douczać się bo inaczej przyjdzie młodsza fala nowych absolwentów i po prostu ze stołka nas wysadzi.
Poważny dylemat mam od nowego roku
Kolejna sprawa to ten wszędobylny już w 85% przypadków nienaprawialny sprzęt.
Za 10lat pewnie będzie świat tak "zbrandowany", "zmanipulowany", "zakodowany", "zalicencjonowany" że nie będzie szans na współpracę "solo" ze sprzętem. Kim wtedy taki człowiek po studiach zostanie? Minie kolejne 10lat, przyjdą młodsi za mniejsze pieniądze i po robocie, prawda? Ojciec ma chyba świętą rację abym to odpuścił.
Powiedziała mi, że z moim wykształceniem w przyszłości będzie mi ciężko konkurować z ludźmi w Europie a w Polsce dorobię się tego samego co moim rodzice, czyli garba, długów i nerwów. Wyjechać będzie trzeba (na szczęście stanie się to już w czerwcu) lecz po wyjeździe za granicę i tak sytuacja się nie zmieni. Chodzi o konkurencję w zawodzie, czyli mus konkurowania z absolwentami dobrych uczelni w Unii Europejskiej jak i ze świata. Gdy sobie poczytałem niegdyś o programie studenta (programisty) z Oxfordu i podobnych i porównałem to do uniwerków w Warszawie to mi się serce zatrzymało. Zero szans miałbym do takiego, zero, prawdziwe zero zwłaszcza że tam uczą się po kilka języków obcych, uczą się od podstaw czyli nawet Fortrana. Na dodatek studenciaki ze świata pracują na takim sprzęcie że ja to sobie na najbliższe 10lat mogę śnić o czymś co ma 128GB RAM. Dziewczyna moja ma rację, konkurować z nimi szans będzie zero, dlatego pozostanie człowiek na najniższym szczeblu na całe życie, dodatkowo przez całe życie będzie musiał non stop douczać się bo inaczej przyjdzie młodsza fala nowych absolwentów i po prostu ze stołka nas wysadzi.
Poważny dylemat mam od nowego roku
Kolejna sprawa to ten wszędobylny już w 85% przypadków nienaprawialny sprzęt.
Za 10lat pewnie będzie świat tak "zbrandowany", "zmanipulowany", "zakodowany", "zalicencjonowany" że nie będzie szans na współpracę "solo" ze sprzętem. Kim wtedy taki człowiek po studiach zostanie? Minie kolejne 10lat, przyjdą młodsi za mniejsze pieniądze i po robocie, prawda? Ojciec ma chyba świętą rację abym to odpuścił.