Elektroda.pl
Elektroda.pl
X

Search our partners

Find the latest content on electronic components. Datasheets.com
Elektroda.pl
Please add exception to AdBlock for elektroda.pl.
If you watch the ads, you support portal and users.

I nastanie koniec lata .

retrofood 20 Dec 2020 21:21 1134 12
  • #1
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    I nastanie koniec lata .

    Rankiem obudziłem się z nadzieją, że nasze problemy mamy już za sobą i teraz wrócą poprzednie, trochę szalone, ale też dość wesołe, beztroskie dni. Do końca wakacji pozostało niemal dwa tygodnie i chciałem jeszcze nacieszyć się obecnością Doroty. A wiszące nade mną, niczym miecz Damoklesa, pytanie, co będzie potem, starałem się odsuwać od siebie jak najdalej, wręcz wyrzucać z głowy tak długo, jak tylko się da.
    Jednak z upływem dnia, coraz bardziej zdumiony, odkrywałem, iż tamta beztroska nie wraca i nic już nie dzieje się tak samo jak wcześniej. Chociaż patrząc na wszystko z boku, tak pobieżnie, można było tego nie zauważyć.

    Wszystkie pozostałe dni lata, które spędziliśmy we dwoje z Dorotą, tylko na pozór przypominały jego pierwszą część. Bo ona była całkiem inna, a właściwie zachowywała się zupełnie inaczej. Jakby na feralnej dyskotece ktoś ją podmienił. I oddał mi inną osobę. Początkowo nie tak od razu zdałem sobie z tego sprawę. Najpierw sądziłem, że to chwilowe i przejdzie samo.
    Ale nie przechodziło i już nie przeszło.

    Lidka przed południem pojechała do domu, a my zostaliśmy sami. Kiedy przed gankiem zapytałem Dorotę co będziemy robić, wzruszyła tylko ramionami.
    - Nie wiem, nie mam ochoty na nic. Mam kaca moralnego i psychicznego.
    - A po czym moralnego? – próbowałem żartować. – Nawet ze mną nie kochałaś się już prawie dwie doby.
    - Wiem – oparła dłonie na mojej piersi, a potem przytuliła głowę. – Nie gniewaj się, ale jakoś... nie czuję się na siłach.
    - To może pojedziemy na wycieczkę, gdzieś dalej, odetchniemy innym powietrzem? – próbowałem ją rozruszać. Ale pokręciła głową przecząco.
    - Nigdzie nie pojadę. Jak chcesz, to jedź sam. Ja trochę poleżę, a potem przygotuję obiad.

    Pomijam już fakt, że wcale nie paliłem się do wyjazdu. Od powrotu z dyskoteki czułem gdzieś we wnętrzu jakąś awersję do siadania za kierownicą. Chciałem się jednak przełamać i sądziłem, że ona mi pomoże. A tu taki zonk! W dodatku, jeśli wcześniej mogłem zignorować fakt, iż rano nie biegaliśmy, bo nie chciała po prostu wstać i uznać jej zachowanie za chwilowy kaprys, to teraz wręcz zaniemówiłem. Tego jeszcze nie było! Przecież nawet na Lidki imieninach, gdy zostawiała mnie samego, najpierw dokładnie tłumaczyła, dlaczego uważa, że to konieczne.
    - Chcesz zostać sama? – zapytałem ją otwarcie.
    - Nie, nie chcę – jakby się zreflektowała i wtedy objęła mnie mocniej. – Wolałabym, żebyś tu został. Tylko że ja… czuję się jakaś taka rozbita…
    - Boli cię coś?
    - Nie, nic z tych rzeczy – zaprzeczyła szybko i zdecydowanie. – Na pewno nie jestem chora, tym nie musisz się martwić.
    - A mogę ci jakoś pomóc?
    - Nie wiem. Niczego nie wiem. Gdybym wiedziała, to próbowałabym pomóc sobie sama.
    - To o czym myślisz? Dorotko, czy ja ciebie czymś uraziłem?
    Zarzuciła mi ręce na szyję.
    - Nawet tak nie myśl! Jest wręcz przeciwnie. To ja czuję się…
    - Dorotko… – tuliłem ją do siebie. – Nie opowiadaj głupstw! Jesteś moim słoneczkiem i zawsze nim będziesz!
    W jakimś paroksyzmie uścisnęła mnie bardzo mocno, a potem zobaczyłem, że jej oczy się zaszkliły. Nagle wyrwała się z objęć i wbiegła do domu. Przez zaskoczenie straciłem kilka sekund, ale natychmiast pobiegłem za nią.
    Zastałem ją w sypialni. Leżała z głowę wciśniętą w poduszkę, a szlochy wstrząsały całym jej ciałem. Mimo wyraźnego oporu, odwróciłem ją twarzą ku sobie i mocno objąłem, podnosząc z pościeli, a wtedy oplotła mi szyję rękami i teraz jej łzy moczyły mi twarz. Jednak nie wyrywała się już i nie opierała. Przyciskałem ją do siebie i o nic nie pytałem, czekając aż się uspokoi.
    - Daj mi chusteczki – poprosiła nagle. Natychmiast spełniłem jej życzenie. Jeszcze spazmy wstrząsały jej ciałem, jeszcze łapała oddech, ale widziałem, że próbuje się opanować. Po chwili usiadła na łóżku. Oddychała już spokojnie.
    - Tomek, proszę cię, zostaw mnie samą. To nie potrwa długo. Przyjdę później. Sama przyjdę.
    Straszne podejrzenie przemknęło mi przez głowę i chyba odmalowało się na mojej twarzy, bo wtedy oparła głowę o moje ramię.
    - No nie… – próbowała się roześmiać. – Absolutnie nie mam zamiaru popełniać samobójstwa. Zapewniam cię! Na odwrót, ja chcę i muszę żyć. Nie obawiaj się. Przyjdę do ciebie. Naprawdę!
    Pocałowała mnie i patrząc w oczy, powtórzyła smutnym głosem. – Nie gniewaj się na mnie. Na pewno ugotuję nam dzisiaj obiad. Tylko potrzebuję chwili spokoju. Daj mi chociaż kilkanaście minut!

    Pocałowałem ją i wyszedłem. Co miałem robić? Co zrobić mogłem? Przecież musiałem jej zaufać, uwierzyć w jej zapewnienia. Bo gdyby planowała je złamać, to i tak by to zrobiła. Wcześniej albo później. Jednak najgorsze było to, że kompletnie nie rozumiałem jej zachowania. A właściwie to jego powodów. Skąd to wszystko? Przecież mówi, że nie ma do mnie żalu o dyskotekę, ani o nic innego, wręcz przeciwnie. Zresztą, wczoraj też tak twierdziła. A przecież poza tym, nic innego się nie wydarzyło. Nie próbowałem jej zdradzić, nie zostawiłem samej, nie skląłem… więc co się stało? Czy ja czegoś nie zauważyłem? A może Szwedzi jednak coś jej zrobili? Zatruli, albo co? Przecież od powrotu z dyskoteki zachowuje się zupełnie inaczej…
    A skoro nie rozumiałem powodów, to nie wiedziałem też, co zrobić mogę. Byłem zupełnie zdezorientowany i rozkojarzony. Nie wiedziałem gdzie idę, na co patrzę, co widzę i skąd to wszystko…

    Wróciła, kiedy siedziałem w kuchni przy stole i bezmyślnie patrzyłem przez okno. W całkiem odmienionej wizualizacji. Z dyskretnym, eleganckim makijażem na twarzy, ubrana starannie, pewnym krokiem podeszła do mnie i przykucnęła obok krzesła, opierając głowę na mojej piersi, A potem wyciągnęła ręce i schwyciła moją głowę, a nasze usta się połączyły. Pachniała tym swoim cudownym zapachem.
    - Przepraszam cię – mówiła, pomiędzy całusami. – Uwierz mi, że nie masz nic wspólnego z moimi humorami. I nie ma tu żadnej twojej winy.
    - Słoneczko, nie masz za co przepraszać. Ja się o nic nie gniewam. A wyglądasz cudownie!
    - Chodź do sypialni… – wyszeptała mi do ucha.
    - Dorotko, skarbie…
    Podniosłem się z krzesła i schwyciłem ją w ramiona. Poddała się moim uściskom, ale zaraz mruknęła niecierpliwie, dając mi do zrozumienia, że tracimy czas…
    Jej prowokujące zachowanie, połączone z zapachem sprawiło, że już w korytarzu mogłaby mnie schwycić za sterczącą męskość. Dwudniowa przerwa sprawiła w dodatku, że oczy niemal zachodziły mi mgłą… Już dawno nie pragnąłem jej aż tak mocno.
    A w sypialni jej ubranie niemal porwałem…

    Potem, już w kuchni, Dorota zajęła się przygotowaniem obiadu, tak jak wcześniej obiecywała. Wszystko było właściwie normalnie. Rozmawialiśmy swobodnie, pozwoliła mi obrać ziemniaki, żartowaliśmy cały czas…
    Jednak przez moją głowę co i raz przelatywały myśli o naszych wcześniejszych, bliskich chwilach w sypialni. Coś mi się tam nie zgadzało.
    Na bieżąco nie byłem wówczas w stanie niczego analizować. Zbyt mocno pragnąłem jej wdzięków. Domyślała się tego i zrobiła chyba wszystko, żebym na nic nie mógł się poskarżyć. Żeby mnie zadowolić. Więc byłem zadowolony!
    Ale teraz… coś wtedy było nie tak, ale nie wiedziałem co. To nie było nic konkretnego. Nie zauważyłem żadnej jej niechęci, żadnego wahania, żadnego oporu. A jednak…

    Miałem przecież niemało lat i sypiałem w życiu z wieloma kobietami. W różnych miejscach i sytuacjach. Ale nazwijmy to wszystko umownie sypialnią.
    Sypialnia, to jest takie miejsce, gdzie od dawna nie dawałem się oszukać. Wyczuwam tam wszystko, zupełnie nie wiedząc nawet na czym to polega. Podejrzewam, że to jest efekt cierpliwych nauk Anny, kiedy uczyła mnie odczytywania pragnień i oczekiwań kobiecego ciała. A przecież była bardzo cierpliwą nauczycielką. I teraz każda próba udawania bliskości, udawania orgazmu, różne teatralne gesty, raczej nie miały u mnie szans. Zawsze wiedziałem, kiedy jest to tylko udawanie.
    Z Dorotą dotychczas wszystko układało się niemal idealnie. Od samego początku, od chwili kiedy pierwszy raz znaleźliśmy się w sypialni we dwoje, byliśmy wobec siebie naturalni i szczerzy. I co najważniejsze, wiedzieliśmy o tym, niczego nie uzgadniając! To właśnie było to, jej cudowne, spontaniczne zachowanie, które mężczyzn potrafi rozpalić do białości! Za które warto dać się posiekać! Nie ukrywała przede mną swoich reakcji, czułem wtedy jej nastrój, jej podniecenie, jej emocje i tak samo ja, nie dusiłem w sobie ani nie ukrywałem przed nią niczego. Jakoś tak od razu wszystko się ułożyło. A to, co wymyślaliśmy w łóżku, albo było akceptowane bez zastrzeżeń, albo z mety przecinane. I później nie pozostawało żadnych niedomówień. Nigdy potem nie czułem jakiegoś niesmaku.
    Jednak teraz czegoś mi zabrakło… I nie wiedziałem czego.
    Nie od razu zrozumiałem o co chodzi. Bo późniejsze godziny i dni przyniosły mi cały szereg niespodzianek, tak, że w pewnym momencie zacząłem tracić już głowę. Wszystko było takie niby podobne, ale jednak zupełnie inne.

    Po obiedzie Dorota dała się namówić na wypad nad jezioro, jednak wcale nie miała ochoty na kąpiel. Rozłożyła sobie koc pod klonem i usiadła w cieniu, lekko opierając się plecami o pień drzewa. A mnie, ani nie przepędzała, ani nie zachęcała, bym dotrzymywał jej towarzystwa. Kiedy leżałem obok, swoim ulubionym gestem czesała palcami moje włosy. Tyle, że jej uśmiech był chwilami jakiś taki nienaturalny.
    A do jeziora chodziłem sam. Nie chciała nawet się zamoczyć.

    Następne dni nie przyniosły zmiany. Wprawdzie próbowała udowadniać mi, że wszystko jest jak dawniej; znowu rano biegaliśmy, wróciło też jej zainteresowanie pływaniem, ale nadal czułem, że to nie jest to. Dorota nie chciała robić zdjęć, nie zaglądała do laptopa, nie chciała tańczyć, nie chciała sauny… natomiast kosiła ze mną trawę, sprzątaliśmy też w budynku gospodarczym, a mimo to widziałem, że w sumie była jakoś taka apatyczna. Często też uciekała wzrokiem w nieokreśloną przestrzeń, a pytana co jej dolega, uśmiechała się tylko i zapewniała, że nic jej nie jest i czuje się całkowicie zdrowa. I niczego nadzwyczajnego nie potrzebuje.
    Może tak i było. Może była zdrowa. Ale dlaczego odmawiała pójścia ze mną do sklepu? Od czasu dyskoteki, z wyjątkiem biegania, nie wyszła poza teren działki. Nie dała się namówić na motocyklową wycieczkę, odmówiła wyjścia na zakupy, wszystko za bramą musiałem robić sam. Zajmowała się tylko codziennymi sprawami. Normalnie gotowała, prała, sprzątała na bieżąco, a pozostałe godziny spędzała najczęściej nad jeziorem. Czasem trochę popływała, ale leniwie, bez ikry, a potem długo przesiadywała na brzegu.
    Nie mogę powiedzieć, że myślami była nieobecna. Rozmawiała ze mną, na nic się nie skarżyła, czasem też żartowała… ale to wszystko było inne niż wcześniej!

    Przecież jeszcze nie tak dawno nie chciała pozostać beze mnie ani minuty. A teraz przeciwnie. Nie mówiła tego wyraźnie, jednak czasami delikatnie sugerowała, że wolałaby zostać sama. Żebym pozostawił ją w spokoju. Tak przynajmniej rozumiałem jej zachowanie. Co miałem o tym myśleć? Kiedy otwarcie o to pytałem, wszystkiemu zaprzeczała. Twierdziła, że moja bujna wyobraźnia płata mi figle.

    W łóżku natomiast, w następnych dniach, nie zauważyłem różnicy. Jeśli pominąć fakt, że przestała mnie prowokować w dzień i kochaliśmy się już tylko w sypialni, prawie wyłącznie z mojej inicjatywy. Ale jednak jej zaangażowanie było wtedy pełne. Nie czułem w nim żadnego fałszu ani udawania. I te chwile pozwalały mi zachować optymizm oraz wierzyć w jej zapewnienia, że wszystko jest w porządku.
    Chociaż i tutaj, już po akcie, była bardziej milcząca. Nie chciała wtedy rozmawiać jak dawniej, tylko tuliła się, leżąc w swojej ulubionej pozycji dziewczynki, z moją ręką obejmującą jej talię. Ale na późniejsze pieszczoty już nie pozwalała. Mruczała tylko z niechęcią i zabierała moją dłoń ze swojego biustu, kiedy próbowałem nim się bawić. Jakbym sprawiał jej ból, albo dłonie były dla niej jakieś obce, czy też niemiłe.
    Czułem, że pomiędzy nami szybko wyrasta mur niedomówień. I nie potrafię go ani rozbić, ani przeskoczyć. A on rośnie! Każdego dnia przybywa mu wysokości.

    Najdziwniejsze było to, że nie miałem zielonego pojęcia, co jest jego fundamentem. Bo gdyby zabrać fundament, to mur sam by się zawalił. Ale jak go odnaleźć? Co nim jest? Czyżby jednak dyskoteka? Ale dlaczego? Dorota powtarza, że nie ma do mnie najmniejszego żalu o cały ciąg wydarzeń. Sypia ze mną bez odrazy i wyjąwszy ten jeden, jedyny raz, tuż po całych wydarzeniach, kiedy wyczułem w łóżku jakiś daleki cień jej dyskomfortu, później to się już nie powtórzyło. Kochała się ze mną szczerze i naprawdę. Nie udawała. Więc o co chodzi? Co ją boli? Dlaczego w ciągu dnia coraz wyraźniej separuje się ode mnie? Nie fizycznie, bo niemal zawsze była albo ze mną, albo tuż obok... Jednak dostępu do jej skrytych myśli już nie miałem.
    Skrywała je przede mną i nie zamierzała nimi dzielić się tak jak dawniej. Cóż za paradoks! Dwa miesiące temu nie znaliśmy się zupełnie, ale wystarczyła niecała doba, żebyśmy znaleźli się w łóżku, ofiarowując sobie w ten sposób najwyższe wzajemne zaufanie. I rozmawialiśmy o wszystkim. A teraz wiedzieliśmy o sobie bardzo dużo, obydwoje deklarowaliśmy wobec siebie, że czujemy się razem bardzo dobrze, że nie ma żadnego powodu do nieporozumień, żadnych ukrytych pretensji albo żalu, a jednak....
    Te deklaracje niczego nie zmieniały w realnej rzeczywistości. Były puste. Dorota była niby ze mną, ale jednocześnie coraz bardziej obok…

    Tak, ja to już znałem. Znałem takie zachowanie i te reakcje. Tak wyglądało moje życie z Martą, kiedy wróciłem do Polski. Ale wtedy, na początku, nie miałem do niej pretensji, bo wiedziałem, że to ja jestem winny. To ja byłem powodem i przyczyną jej zachowania. Tyle, że ono potem już jej nie przeszło. Przeciwnie. Z czasem umocniło się i nabrało betonowego zabarwienia.
    W ciągu dnia rozmawialiśmy normalnie, sprawialiśmy wrażenie zwyczajnego małżeństwa, chociaż nie przepadaliśmy za sobą. Ale fason trzymaliśmy. Przed rodziną, znajomymi i całym otoczeniem. Ale kiedy wracaliśmy do domu i zostawaliśmy sami, Marta najczęściej zamykała przede mną drzwi swojej sypialni. Chociaż bywało, że nie protestowała, kiedy jednak te drzwi otwarłem i do niej przyszedłem.
    To były rzadkie dni. Poza tym w łóżku oddawała niewiele pieszczot. Wiedziałem, że jej uczucie do mnie przeminęło i traktuje mnie teraz całkowicie instrumentalnie. Mimo to od czasu do czasu przekraczałem tamte progi, bo co miałem zrobić? Pieprzone życie, mieszkasz z żoną, ale przespać się nie ma z kim …
    Na jakiś podryw może miałbym czas, jednak nie miałem ochoty. Wolałem się nie błaźnić. Bo co mógłbym zaoferować jakiejś kobiecie? Swoje bezrobocie? To już miałem z Martą…
    Może nawet, gdybym miał jej czym zaimponować, spojrzałaby na mnie inaczej. Ale jak miałem to zrobić? Wszelkie sukcesy życiowe były raczej poza mną. Te lata, które dają możliwość wspinania się po drabinie, odchodziły w niepamięć. Takie czasy u nas w kraju nastały. Tacy starzy jak ja, przestawali być potrzebni. Przestali się liczyć. Pieprzeni Szwedzi, którzy wykończyli firmę Mariusza i chyba ostatecznie pogrążyli też moją karierę. Teraz tak samo nie dawali o sobie zapomnieć. Co za cholerny naród! Dlaczego tak się na mnie uwziął? To przez nich Dorota zmieniła swoje podejście do mnie…

    Koniec naszego lata nastąpił znacznie szybciej niż się tego spodziewałem i zastał mnie wtedy, kiedy byłem na to zupełnie nieprzygotowany.
    To były jeszcze te dni, kiedy próbowałem rozgryzać ten mur, kiedy szukałem fundamentu na którym się opierał i kiedy wierzyłem, że mogę dać radę. Ale nie podołałem i wszystko się zawaliło. Mur wprawdzie zniknął, ale okazało się, że za nim, oprócz pustki, niczego już nie było. Nie pozostało mi nic, wyjąwszy trochę wspomnień.

    Było późne popołudnie. Pływałem wtedy w jeziorze, a kiedy wróciłem pod klon do Doroty, powiedziała mi, że właśnie rozmawiała z Lidką. Że jest w tej chwili sama w domu, państwo Segdowie są w ośrodku, więc mam dobrą okazję do zwrócenia jej motocykla. Bo nie będzie nam więcej potrzebny, skoro wycieczek już nie planujemy.
    Było mi trochę przykro, ale jakoś dałem się otumanić jej słowom. Do końca wakacji był jeszcze tydzień i sam zdawałem sobie sprawę, że nadchodzą dni, kiedy będziemy musieli porozmawiać tak od serca… Ciągle jednak odwlekałem ten moment. Łudziłem się, że to wszystko jakoś samo znajdzie rozwiązanie… oczywiście, korzystne dla mnie. Życie z nią było przecież takie cudowne!

    Ale teraz należało poddać się tym sugestiom. Zrobiłem to z żalem, bo polubiłem Lidki maszynę. Zresztą, od zawsze lubiłem jazdę motocyklem. W dodatku nasze wspólne wycieczki pozwoliły mi go poznać i poczuć niemal tak, jak żywy organizm, będący przedłużeniem moich rąk i nóg. Darzyłem go niemałym sentymentem.
    I chyba te myśli nie pozwoliły mi zastanowić się poważnie nad słowami Doroty. Nie zauważyłem, że dzwon trwogi zabrzmiał po raz pierwszy. Nie wiedziałem o tym i nawet się tego nie domyślałem…
    Nie zwróciłem również uwagi na to, że niemal świadomie wpychała mnie w objęcia Lidki. Dopiero później, kiedy analizowałem te godziny i ten dzień, przyszło mi to do głowy. Lidka sama… rodziców nie ma… O czym wtedy myślała?
    Nigdy się tego nie dowiedziałem.

    A wtedy posłusznie pojechałem do Lidki. Oddałem jej maszynę, dokumenty i usiedliśmy na chwilę w pokoju. Kiedy zacząłem opowiadać co się u nas dzieje – nie uwierzyła. Odpaliła toyotę i po paru minutach byliśmy w Pokrzywnie.

    c.d.n.

    Dodano po 3 [godziny] 22 [minuty]:

    Dorota najzwyczajniej nas wyśmiała. Odrzucała wszelkie moje zastrzeżenia, zresztą, nie ma co ukrywać, wizyta Lidki wyraźnie poprawiła jej nastrój. Pierwszy raz od tamtego dnia śmiała się serdecznie, była wesoła i porzuciła to swoje spoglądanie w przestrzeń. Zapewniała nas, że czuje się znakomicie i w końcu Lidka zaczęła na mnie spoglądać jak na panikarza. Czułem się głupio, bo żadnych materialnych dowodów na poparcie swoich przeczuć nie miałem. Liczyłem tylko na to, że Lidka nie da się zwieść i nie uwierzy w moją naiwność.
    Miałem rację. Nie uwierzyła. A co najmniej zaczęła się zastanawiać. Tylko co z tego? Nie mogła u nas zostać i po paru godzinach odjechała, tłumacząc się nawałem zaległych obowiązków. Na moje szczęście zapowiedziała się na jutro po obiedzie i obiecała, że zrobimy sobie fantastyczną imprezę, bo zostanie z nami do następnego dnia. Dlatego rozstaliśmy się z nią w bardzo optymistycznym nastroju. Przynajmniej ja.

    Reszta popołudnia upłynęła nam w zasadzie zwyczajnie. Nie tak jak dawniej, tylko tak jak od paru dni. Dorota chciała posiedzieć nad jeziorem, więc jej tam towarzyszyłem, a kiedy zapadł zmrok, wróciliśmy do salonu. O tańcach nawet nie wspomniałem, bo tak jak od kilku dni, włączyła telewizor i usiadła na sofie, jednocześnie przyzywając mnie do siebie.
    Oglądała program, ale nie wiem co wtedy myślała. Miałem wrażenie, że jest jej wszystko jedno na co patrzy. Mimo wszystko, ułożyłem się z głową na jej kolanach. Lubiła to. Przeczesywała wtedy palcami moje włosy, od czasu do czasu pochylała się, a wtedy całowaliśmy się i pieścili. Mógłbym tak leżeć i leżeć…
    Skąd miałem wiedzieć, że jest to nasz ostatni wieczór? Że jutro o tej porze będę wył jak pies do księżyca?

    Po którejś serii pocałunków, zaproponowała żebyśmy poszli spać. Nie ociągałem się, więc spokojnie odwiedziliśmy łazienkę a potem poszliśmy do łóżka. Wszystko przebiegało zwyczajnie, bez szaleństw. I tak jak dotąd, zaczęliśmy się pieścić przed snem.
    Ale dzisiaj to wszystko przebiegało nie tak, jak przez ostatnie kilka wieczorów. Dorota, po raz pierwszy od dnia dyskoteki, wyraźnie przejęła inicjatywę. Przestała być cichą myszką, poddającą się tylko i reagującą na moje zabiegi. Nieoczekiwanie postanowiła grać pierwsze skrzypce.
    Robiła to rewelacyjnie. Była jednocześnie i dziewicą, i kurtyzaną. Początkowo, gdzieś tam w zakątku głowy błysnęła mi myśl, takie bezgłośne pytanie, czy naprawdę jest to ta sama dziewczyna, która nie za bardzo wiedziała jak ma rozsunąć nogi, kiedy pierwszy raz poszliśmy do sypialni? Ale pojawiła się i przepadła. Na myśli nie było czasu. Pierwotny instynkt, tkwiący gdzieś w genach, zawładnął nami zupełnie. Pieściliśmy się tak zachłannie, jakby jutro świat miał już nie istnieć. Zresztą, jaki świat, o czym ja mówię. Byliśmy tylko my i to my byliśmy całym światem. Reszta nie miała znaczenia, nie liczyła się zupełnie. Poza nami nie istniało już nic… To my tworzyliśmy jeden organizm, bo nasze ciała przeniknęły się nawzajem. Pochłonąłem ją w całości, albo to ona pochłonęła mnie… sam już tego nie wiedziałem. Wiedziałem tylko, że zjednoczyliśmy się absolutnie.

    Tego nie da się opowiedzieć ani opisać. Nic więc dziwnego, że już po wszystkim, kiedy nasze oddechy trochę się uspokoiły, całowaliśmy się jak szaleni, dziękując sobie nawzajem za fantastyczny spektakl. To było niesamowite! W życiu się tak nie kochałem!
    Próbowałem jej o tym powiedzieć, ale tylko mruknęła z niezadowoleniem i przycisnęła swój palec do moich warg. Znowu nie chciała słów. Wolała, bym milczał. Więc zamilkłem. I tylko nasze ciała jeszcze długo trwały w pełnym oddania uścisku.

    Tym razem inaczej się nie dało. Musieliśmy jeszcze raz brać prysznic, oraz zmienić prześcieradło. I tu Dorota przez cały czas zachowywała się wobec mnie tak miło, tak czule, aż pomyślałem, że na szczęście wszystko rozeszło się po kościach. Bo była taka jak dawniej. Wesoła, rozmarzona i wręcz prowokująca. I nie robiła niczego wbrew mnie, tylko sama prosiła o współdziałanie. Chociażby przy zmianie prześcieradła. W dodatku znowu dumnie paradowała zupełnie nago…
    Było to o tyle interesujące, że od czasu dyskoteki zrobiła się jakoś dziwnie wstydliwa. Nie chciała rozebrać się nad jeziorem, a kiedy próbowałem pod klonem dobrać się ustami do jej piersi, to szybko mnie odpychała i od razu poprawiała stanik, jakby ktoś mógł nas zobaczyć. Wieczorem zaś, już w łóżku, zawsze prosiła, żebym zgasił światło. Zostawała nam wtedy tylko symboliczna lampka, przy świetle której można było bez problemów trafić do drzwi i niewiele więcej. Tyle światła dawała.
    Zupełnie nie rozumiałem jej zachowania, tym bardziej, że teraz oglądając ją w pełnej krasie, nie widziałem niczego, co mogłaby chcieć przede mną skrywać. Jej ciało było nadal kwintesencją urody, wdzięku i piękna. Wszystko miała na swoim miejscu, w odpowiedniej ilości oraz wielkości. Była po prostu śliczna. A dyskoteka wcale nie przyniosła jej żadnego szwanku na urodzie.

    Gdy wróciliśmy już do łóżka, wszystko działo się normalnie. Po kilku pocałunkach na dobranoc, ułożyła się obok mnie w swojej ulubionej pozycji. Takiej, jaką wybrała u mojego boku jeszcze na początku lata. I już jej nie zmieniła. Teraz też, wtuliła się plecami we mnie i tylko jej dłonie, dzisiaj wyjątkowo mocno ściskały moją rękę, obejmującą jej talię. Jakby nie chciała, żebym ją stamtąd zabrał…

    Ranek też zaczął się zwyczajnie. Przypilnowała abym zażył leki, potem pobiegaliśmy trochę, poszliśmy pod prysznic, a później wypiliśmy kawę i zjedliśmy skąpe śniadanie.
    Należało zrobić zakupy. Przecież na popołudnie zapowiedziała się Lidka. Nie wiadomo czy coś przywiezie.
    Ale Dorota znowu odmówiła wyjścia do sklepu.
    - Jedź sam – oznajmiła. – Wiesz równie dobrze jak ja, co można kupić. Ja nie mam ochoty nikogo oglądać.
    - Słoneczko, powiesz mi wreszcie co się stało? – zapytałem. Powrót jej fochów zaczynał mnie irytować.
    - Nic się nie stało – oświadczyła kategorycznie. – Już ci mówiłam. Nie chcę iść do sklepu i już. Po prostu. Nie lubię się tam pokazywać.
    Westchnąłem tylko i wyszedłem z domu.

    Pojechałem rowerem. Barbara wprawdzie była na rannej zmianie, ale trafiłem na spore oblężenie klientów i nie było mowy, aby porozmawiać o czymś innym, poza zakupami. Poprosiłem ją tylko, żeby dała mi coś na wieczornego grilla, doliczyłem ją do uczestników, żeby wiedziała o jakie ilości chodzi, z czego była wyraźnie zadowolona, potem wszystko wrzuciłem do siatek, zapłaciłem i wróciłem do domu.
    Doroty tam nie było. Trochę byłem zdziwiony, bo raczej pilnowała moich powrotów i zawsze starała się sprawdzać jakość towaru. Ale teraz musiałem poradzić sobie sam. Wypakowałem więc zakupy, powkładałem do lodówki i pojemników, a potem stanąłem nieco zdezorientowany. Należało jej poszukać. Mogła być w łazience, ale na wszelki wypadek, po drodze, zajrzałem do salonu.
    Siedziała nieruchomo na sofie i patrzyła w ścianę naprzeciwko. Nawet nie odwróciła głowy, gdy wszedłem i podchodziłem do niej.
    - Stało się coś? – zapytałem pełen niepokoju, bo jej zachowanie było całkowicie nienaturalne. Słyszała przecież, że wchodzę, ale nawet nie drgnęła i nie spojrzała w moją stronę. Dopiero po chwili odwróciła głowę, uśmiechnęła się niepewnie, po czym wstała i ujęła moją dłoń.
    - Chodź ze mną – powiedziała cicho i łagodnie.
    Zaprowadziła mnie do sypialni, a tam od razu zrzuciła bluzkę i rozpięła biustonosz.
    - Popieść mnie, proszę! – wyszeptała jakoś tak niepewnie, że nie wiedziałem co mam o tym wszystkim myśleć. Ale posłusznie ułożyłem ją na łóżku i zacząłem zabawę piersiami.

    To było zupełnie nie to, co wczoraj wieczór. Jakieś głupie myśli zawładnęły moją głową i nie umiałem skoncentrować się na tym co robię. Próbowałem się otrząsnąć, ale to nic nie dawało. Wiedziałem, że zachowuję się niczym automat, jak mechaniczna zabawka i po raz pierwszy, pieszcząc Dorotę, miałem problemy ze wzwodem. Wczorajszy wieczór był bardzo wyczerpujący, co teraz czułem w lędźwiach, ale raczej nie dlatego nie czułem podniecenia! I jeszcze ta świadomość, kiedy panicznie zdałem sobie z tego sprawę… Tylko pogorszyła sytuację. Moja męskość najnormalniej zwisała! I nie chciała się podnieść!
    Także rozpaczliwe, niepewne i nieskoordynowane próby zajęcia się jej ciałem dawały opłakany rezultat, aż w końcu się poddałem. Padłem na łóżko obok i znieruchomiałem. Było mi wstyd. Prosiła mnie o pieszczoty, a ja ją zawiodłem… Czułem się fatalnie. Zamknąłem oczy i leżałem nieruchomo.

    Po chwili wzięła… sprawę w swoje ręce. Jakby sprawdzała moje możliwości. Nie reagowałem. Bo co mogłem zrobić? Wiedziałem, że słów zachwytu raczej nie usłyszę…
    Ona jednak nie zrezygnowała. Pobawiła się trochę moją męskością, chociaż tak naprawdę, dzisiaj nie było czym, a kiedy zorientowała się, że to nie przynosi rezultatu, jej gorące usta zaczęły całować moje oczy. Leżałem bez ruchu, a ona powoli, z namysłem, jakby się delektując, całowała moje policzki, nos… i wreszcie nasze wargi się spotkały.
    To nie były zdawkowe pocałunki, jednak oczu nie otwierałem, bo nie chciałem spotkać jej spojrzenia. Bałem się, że jej wzrok będzie bardzo ironiczny.
    I nie wiem, jakie to jej spojrzenie było. Bo usta powędrowały niżej. Całowała moją szyję, piersi, pępek… aż wreszcie dotarła i niżej. Jednocześnie całe jej ciało przesuwało się, coraz bardziej zbliżając tułów do mojej twarzy. A kiedy otwarłem oczy…

    Znów świat odpłynął gdzieś w nieznane… i znowu to my byliśmy całym światem. A poza nami nie było niczego, a przynajmniej nic się nie liczyło.
    Kochałem ją i dawałem temu wyraz, chociaż znowu, gdy chciałem o tym mówić, położyła mi palec na ustach. Uznałem to za nową konwencję i nie protestowałem. Jeszcze wtedy świat był taki piękny!
    Grom z jasnego nieba strzelił zaraz później, kiedy wróciliśmy do sypialni, żeby się ubrać.

    Zbierałem z krzeseł i podłogi swoje części odzieży, nie zwracając uwagi na to, co zakłada na siebie. Poza tym przyszedłem już do siebie i moje myśli powędrowały w stronę planów na resztę dzisiejszego dnia. Chciałem jej opowiedzieć o tym, co przyniosłem ze sklepu i co można przygotować na dzisiejszy wieczór.
    - Wiesz, Barbara wcisnęła mi jakieś żeberka i coś z indyka na dzisiejszego grilla...
    - Tomek, proszę! Przestań! – usłyszałem wrzaskliwy protest. Spojrzałem na nią, zaskoczony. To nie był jej styl! Tak samo ton był niecodzienny. Nigdy tak nie zareagowała na jakiekolwiek moje słowa! A jeszcze teraz? Po tym jak dopiero byliśmy w łóżku?
    Jeszcze niczego nie rozumiałem.

    Stała przy szafie, już w bieliźnie a jej dłonie skrywały twarz.
    - Nie rozumiem... – powiedziałem, zaskoczony i zupełnie bezradny. – O co ci chodzi?.
    Opuściła ręce i zobaczyłem jej wzrok. Spłoszonego zająca. Serce mi niemal stanęło.
    - Tomek… – odezwała się już spokojnie i wolnym krokiem podeszła bliżej. – Usiądź! – powiedziała.
    Przysiedliśmy na krawędzi łóżka i zaraz usłyszałem wyrok.
    - Ja... wyjeżdżam. Wyjeżdżam dzisiaj. Muszę! Rozumiesz?

    W sypialni nie było tyle tlenu, żeby umożliwić mi oddychanie. Padłem do tyłu, na plecy, zamroczony jak po nokaucie. Dorota natychmiast mnie podniosła, poklepała po plecach i widząc, że jednak żyję, przytuliła do mnie swoją głowę.
    - Tomek, wybacz mi… Proszę!... Zrozum, ja muszę!...
    Nie płakała, ale dusiła w sobie łzy.
    - Dlaczego musisz?.. – zaskowyczałem resztką tchu.
    - Jutro wraca Kamil – padła prosta odpowiedź. – Kiedy byłeś w sklepie, miałam telefon od taty. Moja teściowa podniosła alarm. Tomek… ja naprawdę chciałam być z tobą jeszcze przez ten tydzień, do końca wakacji. Bo tylko tyle mogłam ci jeszcze ofiarować. Ale to się nie udało…

    Oszalałem. Przez pierwszą sekundę miałem w głowie tysiąc myśli, których realizacja umożliwiała nam dalsze wspólne życie, żeby w drugiej zorientować się że nie ma tam nic. Była tylko pustka. Niemożliwość. I znów za moment wszelkie możliwe kombinacje krystalizowały mi się pod czaszką i znowu wierzyłem, że wszystko jest możliwe, a zaraz potem następowała pełna dekompresja i do głowy dochodziła wiadomość, że to już koniec. Nic tego nie zmieni. Pełny kolaps. Przed chwilą kochaliśmy się ostatni raz w życiu. I więcej nie będzie. Nigdy. Myśli falowały mi w głowie, jednak po kilku cyklach ta druga wersja przeważyła i falowanie zaczęło się uspokajać. Byłem na tyle dorosły i doświadczony, żeby przestać się łudzić. Kiedyś, złudzenia kosztowały mnie zbyt wiele, odcierpiałem swoje i teraz byłem trochę uodporniony.
    Ale i tak nie rezygnowałem.
    - Dlaczego mówisz, że „tylko tyle”? – próbowałem ją jeszcze sprowokować.

    Mówiłem głupio, ale w duchu już się nie łudziłem. Miałem za dużo lat i zbyt wiele już przeszedłem. Po pierwszej chwili szoku, pomimo ogromnej goryczy, zaczynałem myśleć logicznie. I wiedziałem, że nie mam szans. Takie słowa nie padają przypadkiem, tym bardziej zaraz po tym, kiedy wychodzi się z łóżka. Dorota miała wszystko wyliczone i przemyślane. Mówiła prawdę. W dalszym jej życiu ja się już po prostu nie mieściłem.
    - A co byś chciał jeszcze? – zapytała niby zdziwiona, chociaż smutna.
    Intonacja jej głosu nie wskazywała jednak na bezczelność tych słów. Przeciwnie, brzmiały tak, jak jakieś pytanie, na które spodziewała się odpowiedzi. Być może nie zdawała sobie sprawy jak to zabrzmi. I jak ja mógłbym to odebrać. Miała też prawo nie całkiem siebie kontrolować. Dlatego puściłem je mimo uszu i pomimo obraźliwego wyrażenia, udałem, że niczego nie zauważyłem..
    - Dorotko, ja ciebie kocham! – objąłem ją i uścisnąłem. Najpierw nie broniła się, skłoniła ku mnie głowę, oddała kilka pocałunków, jednak zaraz wyswobodziła się z objęć. Ale nie odeszła, tylko nadal siedziała obok. I zaczęła mówić, a jej słowa już nie były płaczliwe, tylko siekły mnie, niczym listopadowy deszcz powiązany z jesiennym wiatrem.
    - Tomek, nie wiem czy pamiętasz, ale obiecywałam ci tylko to lato. I starałam się dotrzymać słowa. Dawałam ci wszystko co mogłam, to co umiałam i co potrafiłam. Jeśli oczekiwałeś więcej, to cię przepraszam, ale na więcej nie było mnie stać. Wiem też, jak wiele zawdzięczam tobie. Dużo, bardzo dużo. Więcej nawet niż myślisz. Dałeś mi więcej niż podejrzewasz. Ale to i tak nie zmienia całej sytuacji. Ty masz żonę, rodzinę, a ja mam męża i nadszedł czas rozstania. Dłużej nie możemy być razem.
    - Kocham cię! – zawołałem rozpaczliwie, bo przez chwilę znowu łudziłem się, że zostawi mi jakąś szansę.
    - Tomek, wybacz! – zawołała i wstała z łóżka. – Jesteśmy dorosłymi ludźmi. Wiem, że sprawiam ci przykrość, ale mnie też nie jest łatwo. Chyba nawet trudniej niż tobie. Możesz w to nie wierzyć, ale tak właśnie jest.

    Podeszła do szafy i zaczęła się ubierać. A mnie wtedy zmroziło. Czy jest taka twarda czy taka nieczuła? Niedawno lepiłem ją w łóżku niczym plastelinę… i poddawała się temu bez oporu, a nawet wręcz z radością… Która jej twarz jest prawdziwa?
    - Dorotko… a gdybym rozwiódł się z Martą…
    - Ani się waż! – zawołała i szybko wróciła, sadzając mnie znowu na łóżku. Usiadła obok i spojrzała w oczy.
    - Wiesz, ja ostatnio widzę w myślach twoją żonę, gdy mnie pyta, dlaczego zabrałam jej męża. I nigdy nie byłabym w stanie uwolnić się od tego obrazu. Dlatego porzuć swoje urojenia. Nigdy, przenigdy, to się już nie powtórzy. Dzisiaj kochaliśmy się ostatni raz. Chyba, że teraz chcesz jeszcze. Proszę bardzo. Jestem gotowa się rozebrać. Możesz robić ze mną co tylko zechcesz. Ale gdy wyjadę poza ten płot, to nie możesz liczyć na nic. Bo mam wielki dług wobec twojej żony i wiem że nigdy nie będę mogła go spłacić. Będę musiała żyć z jego świadomością. Dlatego proszę cię, nie szukaj mnie nigdy, nie dzwoń, nie pisz, nie nachodź, bo to nie ma sensu. Wiem, że znasz mój adres, numer telefonu i bez trudu mógłbyś mnie odnaleźć. Ale bardzo ciebie proszę i błagam, przez pamięć dla tych naszych wspólnie spędzonych dni, nie rób tego! Nie próbuj wdzierać się w mój los i w moje życie. Bo tylko je utrudnisz i skomplikujesz, sam niczego nie osiągając. Znasz mnie na tyle, żeby wiedzieć kiedy żartuję. A teraz nie żartuję. Było mi z tobą bardziej niż dobrze. I ja też dawałam ci tyle, ile mogłam. Nie skrywałam i nie żałowałam niczego. Ale więcej dać ci już nie mogę i twoją kochanką nigdy już nie będę. Nasze drogi po prostu się rozchodzą. Byłam twoją kometą, jak to kiedyś trafnie zauważyłeś, los sprawił że nasze życiowe drogi się przecięły, ale komety mają to do siebie że szybko przemijają. I bardzo rzadko wracają. Uznaj mnie zatem za kolejną kometę w swoim życiu. Pojawiła się, błysnęła i już jej nie ma. I nigdy nie wróci. A teraz pozwól mi się po prostu spakować. Dzisiaj muszę stąd wyjechać.

    c.d.n.
    Kamery 3D Time of Flight - zastosowania w przemyśle. Darmowe szkolenie 16.12.2021r. g. 10.00 Zarejestruj się
  • #2
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    Nikt nie czyta?


    *********************************************

    Jakbym dostał w pysk. Wstałem i po prostu wyszedłem. Gorączkowo zastanawiałem się czy obraziła mnie świadomie, czy tak jej po prostu wyszło w ferworze tego monologu. Ale po chwili doszła do mnie prawda, że to wszystko nie ma już najmniejszego znaczenia.

    Nie poszła za mną. A to oznaczało, że już jej nie interesowałem i nie zamierzała zastanawiać się nad znaczeniem swoich słów, ani nad tym co teraz zrobię ja. Jak zareaguję i co ze mną będzie dalej.
    Wpadłem wręcz do salonu i nerwowo schwyciłem butelkę. Nie traciłem czasu na szukanie szkła, tylko przyłożyłem szyjkę do ust. Ręce drżały mi strasznie i tych kilka szybkich, dużych łyków, w sytuacji gdy musiałem koncentrować się chociaż na tyle, by się nie pooblewać, nie przyniosło ulgi, chociaż na chwilę stłumiło myśli. Bo teraz z kolei musiałem walczyć o oddech. A kiedy wrócił, powtórzyłem zabieg.
    Alkohol dotarł już do krwi i lekko mnie znieczulił. Usiadłem bezsilnie na sofie. Tu, gdzie wczoraj wieczorem kładłem głowę na jej kolanach.

    Moja krew wrzała. Upokorzyła mnie i zlekceważyła doszczętnie. „Kolejną kometę”… I to ma być ta cudowna dziewczyna, którą tak kocham? Która była taka szczera i tak bezgranicznie mnie lubiła? A teraz bez mrugnięcia okiem potrafiła sprowadzić mnie do poziomu pierwszego lepszego przechodnia? Może jeszcze pojedzie teraz do Olafa i Svena? Może ma żal, że ją od tego oderwałem?
    Złapałem się za głowę. Moje myśli poleciały chyba za daleko. Ale chociaż próbowałem powściągnąć swoją gorycz, to i tak czułem teraz do niej wielki żal za te słowa. Podeptała moje uczucie i sprowadziła je do poziomu przelotnej nocy, spędzonej byle jak, byle gdzie i z byle kim. Tyle, że siebie potraktowała nie lepiej. Jakby się nagle obudziła i teraz gardziła sobą za to wszystko co ze mną robiła. Jakby wstydziła się tych dni, które spędziliśmy razem.
    Zabrałem ze sobą butelkę i wyszedłem z domu. Zamierzałem iść nad jezioro, ale kiedy przystanąłem przed domem, pomyślałem, że to nie ma sensu. Nic nie ma już sensu. Po co mam tam iść? Sypać sól na rany? Przecież tam wszystko będzie mi się kojarzyć. Ja tam chyba nigdy nie byłem sam. Zawsze byliśmy co najmniej we dwoje.

    Nie miałem nawet gdzie iść. Usiadłem na stopniu schodków. Kolejne kilka haustów z butelki już nie robiło mi różnicy. Piłem niemal automatycznie. Byłem zrezygnowany. Cały świat i tak się zawalił, więc było mi wszystko jedno.

    Kiedyś, po pierwszych łykach, świat wydawał mi się lepszy i wracała złudna, pijacka nadzieja. A teraz było na odwrót. Doświadczenie życiowe zrobiło swoje. Już pierwsze łyki pozbawiały mnie złudzeń. Zrozumiałem już dawno, że większość zdarzeń w życiu jest nieodwołalna. Nie da się cofnąć nawet słów. I teraz też ma to miejsce. Słowa Doroty nie miną. One się zmaterializują. I dla niej, od dziś, jestem już nikim. Dlatego nie ma sensu tego przedłużać o parę godzin. My już jesteśmy dla siebie obcymi ludźmi. Miała rację. Kometa przeleciała. Więc niech się pakuje i znika. Nie będę jej w tym przeszkadzał ani o nic nie będę prosił.

    Przyszła, kiedy butelkę opróżniłem w zupełności. Siedziałem bez ruchu i tępym, niewidzącym niczego wzrokiem, spoglądałem przed siebie. Nie wiem ile czasu upłynęło od chwili kiedy tu spocząłem, ale wydawało się, że bardzo długo. Słyszałem jak nadchodzi, jednak nie zrobiłem najmniejszego ruchu, ani nie wydałem głosu. Byłem nieruchomy jak pomnik. I tylko pusta butelka stojąca obok mojej nogi zaświadczała o tym, w jakim jestem stanie.
    W milczeniu usiadła obok, na stopniu. Widziałem, że na mnie patrzy, ale nawet nie drgnąłem. Moje oczy udawały, że spoglądają w głąb podwórka, tyle że mózg nie rejestrował niczego. Żadnego obrazu. W głowie nie miałem nic.
    - Tomek… – powiedziała cicho i łagodnie. – Mogę cię o coś prosić?
    - Możesz – odpowiedziałem, nie odwracając głowy.
    - Mógłbyś nie pić?
    Jej głos był łagodny i jakiś taki nieśmiały. Ale mnie już to nie interesowało. Nie miałem zamiaru jej słuchać. Tylko mnie rozdrażniła.
    - Mógłbym, ale nie chcę. Ty masz swoje chcenia, a ja mam swoje. I daruj, ale to ty sama zadeklarowałaś, że ja przestałem ciebie interesować. Więc zostaw mnie w spokoju. Nic ci do tego czy ja piję czy nie. To jest już tylko moja sprawa.
    - Przestań! – zawołała przysuwając się do mnie i obejmując rękami. Położyła głowę mi na ramieniu, ale nie reagowałem na to i nie zmieniłem pozycji. – Pozwól mi chociaż zachować dobre wspomnienia. Gdy wróciłeś ze sklepu, ja już wiedziałam, że muszę dzisiaj wyjechać, ale zmilczałam i starałam się jeszcze okazać jak bardzo jesteś dla mnie ważny.
    - Ważny? To dlaczego mnie obrażasz? Dlaczego chcesz mnie poniżyć? – warknąłem. – „Kolejna kometa w twoim życiu” – zacytowałem. – Jeśli chciałaś mnie zeszmacić, mogłaś zrobić to wcześniej. I nie łudzić mnie, że jesteś wyjątkowa. A wiedz, że jeśli poniżasz mnie i kobiety z którymi kiedyś sypiałem, to sama również postawiłaś się w ich rzędzie. I nie jesteś w niczym od nich lepsza. Bo ja je szanuję. A kiedy szedłem z nimi do łóżka, to nawet jeśli którejś nie kochałem, to przynajmniej ceniłem. Więc one nie zasługują na twoją pogardę.
    - Tomek! – zawołała, odsuwając się. – O czym ty mówisz? Co ja takiego zrobiłam? Ja nikim nie gardzę i nic takiego nie powiedziałam!
    - Ja przed tobą niczego nie ukrywałem. Opowiedziałem ci wszystko. Znasz moje życie lepiej niż moja żona. I taka spotkała mnie za to nagroda – tym razem odwróciłem głowę w jej kierunku i spojrzałem jej w oczy. – Za moją otwartość i szczerość, nagrodziłaś mnie wzgardą.
    - Jaką wzgardą, to nieprawda! – zawołała.
    - Więc dlaczego powiedziałaś „uznaj mnie zatem za kolejną kometę w swoim życiu”? – nie dałem jej dojść do słowa. – Za kogo ty mnie uważasz? Za poszukiwacza przygód? Jeśli tak uważasz, to dobrze, że wyjeżdżasz. I szkoda, że nie wiedziałem tego wcześniej. Mogłaś być bardziej szczera i mnie nie okłamywać.
    - Ja tak powiedziałam? Tomek, ja ciebie okłamywałam? Ty chyba zwariowałeś!
    Była zdumiona i zaskoczona, ale nic mnie to już nie obchodziło. Wstałem i wszedłem do domu, pozostawiając ją na schodach. Z barku w salonie zabrałem następną butelkę, ale tym razem wziąłem i kieliszki, po czym wróciłem na schodki.

    Siedziała, tak jak ją zostawiłem, z twarzą schowaną w dłoniach. Tym razem to ona nie zareagowała na mój powrót. Usiadłem na swoim poprzednim miejscu, napełniłem kieliszki i trąciłem ją w ramię.
    - Napij się ze mną. Chyba, że gardzisz już moim towarzystwem – prowokowałem złośliwie.
    Opuściła dłonie i popatrzyła mi w oczy. Smutno i głęboko.
    - Tomek! – zaczęła zdecydowanym głosem. Nie było w nim poprzedniej niepewności ani pokory. To była znowu pewna siebie Dorota. Twarda i zdecydowana. – Nie napiję się. I nie dlatego, że twoim towarzystwem gardzę, lecz z tego powodu, iż czuję awersję do alkoholu. Musiałabym zaraz zwymiotować. Chyba zauważyłeś, że nie wypiłam niczego od czasu dyskoteki. Dlatego wybacz, ale nie skorzystam z twojej propozycji. I to nie ma nic wspólnego z moim stosunkiem do ciebie, a tym bardziej z pogardą.
    - Trudno, jak chcesz – rzuciłem lekceważąco i opróżniłem swój kieliszek. Nie zareagowała.
    - A teraz druga sprawa – kontynuowała spokojnie i dobitnie swoją poprzednią wypowiedź. – Nie wiem czy mówisz prawdę, że ja taki zbitek słów wypowiedziałam, bo tego nie pamiętam. Byłam pod wpływem ogromnych emocji, tak samo jak i ty. Ale nawet jeśli tak się złożyło i tak się wyraziłam, to ani nie miałam zamiaru obrażać ciebie, ani twoich byłych partnerek, ani kogokolwiek. Zupełnie nie o tym myślałam. Myślałam wyłącznie o trzech osobach, czyli o tobie, twojej żonie i o sobie samej. A do twojej żony mam wielki szacunek i w żadnym wypadku, nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby ją obrażać. Pozostajemy więc my we dwoje. A ja powiedziałam ci wcześniej, że na zawsze pozostaniesz dla mnie kimś bardzo ważnym, kimś, kto ukształtował moje życie. Czy zatem chciałam ciebie obrazić?
    - Jakoś nie przeszkadza ci to potraktować mnie jak śmiecia, którego można po prostu wrzucić do plastykowego worka, żeby go później ktoś wywiózł.
    - Tomek! Bardzo cię proszę! Nie doszukuj się tego, czego nie było i czego nie ma, nie wmawiaj mi niestworzonych rzeczy. To, że musimy się rozstać, niech nie przesłania ci tego wszystkiego co pomiędzy nami było. I tego co nas łączyło. Wcale nie chcę ciebie obrazić, wręcz przeciwnie. A to, że prosiłam cię, abyś nie próbował mnie szukać i komplikować mojego losu, wcale nie wynika z braku szacunku. Na odwrót. Nie chcę dłużej wprowadzać zamieszania w twoje życie. Tak jak ci powiedziałam, nie potrafiłabym żyć ze świadomością tego, że kiedyś przede mną stanie twoja żona. Nie potrafiłabym się przed nią wytłumaczyć. Dlatego muszę od was odejść. Sam wiesz, bo też ci już o tym mówiłam, że ja jestem monogamiczna. Kiedy poszłam do łóżka z tobą, to wiedziałam, że nigdy więcej nie wrócę do Kamila. Tak samo ty, przez całe lato mogłeś być pewien, że nie przespałam się z nikim. Bo gdyby tak się stało, to już bym do ciebie nie powróciła. A przecież byłam z tobą aż do dzisiejszego poranka. I próbowałam ci to udowodnić. Mam nadzieję, że nie masz co do tego wątpliwości.
    - Nie mam – potwierdziłem. – Niczego nie mogę ci zarzucić. Oprócz tego, że omotałaś mnie doszczętnie. Przysłoniłaś cały świat, a teraz, ot tak, rzucasz hasło, że to wszystko było złudzeniem. Że było niczym. Przeminęło jak wiatr. A ja tak nie potrafię. Kocham ciebie i tylko ciebie. I nie będę w stanie o tobie zapomnieć. Czy tego chcesz czy nie. Więc jak mam teraz żyć?
    - Tomek… – znowu mnie objęła i rozpłakała się.

    Nie miałem serca z kamienia, więc odwróciłem się i też ją objąłem. Po chwili nasze usta się spotkały, ale zaraz z nimi uciekła.
    - Wybacz mi – szepnęła po chwili, jeszcze łkając. – Zapach alkoholu jest dla mnie nie do zniesienia, nie mogę…
    - Nie odpowiedziałaś mi na pytanie – zaatakowałem, puszczając mimo uszu problem z moim oddechem.
    Otarła dłonią łzy i spojrzała na mnie.
    - A czy ty pomyślałeś o tym jak ja mam teraz żyć? Uważasz, że dla mnie to wszystko było jak splunięcie? Że było nieważne? Że mogę o tym wszystkim zapomnieć?
    - Dorotko, wcale tak nie myślę…
    - Poczekaj, nie skończyłam. Jak mogę odpowiedzieć na twoje pytanie, skoro nie znam odpowiedzi na swoje? Na to, które sama sobie stawiam? Ja też nie wiem jak będę żyć. Przecież to lato pozostanie we mnie na zawsze. Ale za to wiem dobrze, że nie mogłabym żyć ze świadomością tego, iż twoja żona mnie przeklina. I muszę zrobić to co robię. Nie mam innego wyjścia. Po prostu muszę.
    Wstała i weszła do domu. A ja pozostałem na schodach.

    Siedziałem niemal bez ruchu. Tętno wróciło mi niemal do normy, a może nawet spadło poniżej. Nie miałem sił ani ochoty na cokolwiek. Nawet na wódkę. Gdzieś tam w głębokich zakamarkach mojego mózgu tliła się myśl, że przecież ma rację. Co ja mógłbym jej dać? Co zaoferować? Jakie życie miałaby ze mną? A kochanką, taką od czasu do czasu, też by nie była. Zresztą, jak i gdzie moglibyśmy się spotykać? Jak często? I tak naprawdę po co? W dodatku pieniądze mi się kończyły. Trzeba pomyśleć o tym jak samemu przeżyć. A moja córka Joasia też potrzebuje jeszcze wsparcia z naszej strony...
    A jednak próbowałem też gasić i odsuwać od siebie takie myśli. To będzie potem, a na razie jest pustka… Już nigdy nie będziemy kąpać się w jeziorze, nie będziemy się kochać, spać, wtuleni w siebie…

    Znowu wyszła na schodki i przystanęła w pobliżu. Nie odwróciłem się. Niespodziewanie położyła mi dłoń na ramieniu.
    - Chodź, zrobię ci kawy.
    Pochyliłem głowę na bok, wspierając policzek na jej dłoni. I poczułem jak drugą ręką przeczesuje mi włosy. A potem pochyliła się i pocałowała mnie w czoło.
    - Chodź, proszę…
    Dopiero wtedy spojrzałem na nią. Wzięła mnie za rękę i pomogła wstać. A potem zabrała kieliszki, obydwie butelki i poszła do kuchni. A ja powlokłem się za nią.
    Nastawiła ekspres, umyła kieliszki i wyrzuciła pustą butelkę do śmieci. Po chwili postawiła na stole dwie kawy.
    - Zrobić ci coś do jedzenia? – zapytała, zatrzymując się przy moim krześle. Pokręciłem głową przecząco. – Nie będę jadł.
    - Tomek, upijesz się. I tak już ci niewiele brakuje.
    - Wiem o tym. Ale ja chcę się upić.
    - To bez sensu. W niczym ci nie pomoże, a mnie zepsujesz te ostanie godziny...
    - Sama powiedziałaś, że to już nie ma znaczenia.
    - Niczego takiego nie mówiłam, ale nie będę się z tobą kłócić – odwróciła się i odeszła w stronę lodówki. – Gdybyś jednak zmienił zdanie, to przygotuję kilka kanapek.
    - Daruj sobie, miałaś się pakować.
    - Jestem już niemal spakowana.
    - A ekspres? Zapomniałaś o nim?
    - Nie zapomniałam. Zostawiam go tutaj.
    - Po co? Ja tu nigdy nie wrócę, najwyżej go ukradną.
    - Jeśli chcesz, daj go Lidce. Albo komu zechcesz. Ja go nie wezmę.
    - Przecież on jest twój.
    - Więc mogę z nim zrobić co zechcę. A chcę go zostawić.
    - Bez sensu.
    - Może i tak. A może nie. W każdym razie mnie nie jest potrzebny.

    Postawiła na stole tacę z kanapkami, talerzyki i herbatę. Dla siebie też. Usiadła na krześle obok i zaczęła jeść. – Zjedz chociaż trochę, proszę! – zachęcała.
    Na ten widok poczułem głód. Sięgnąłem po jedną i powoli, z grymasem zacząłem jeść. A kiedy poczułem w ustach ich smak, już nie grymasiłem. Były wyborne.
    Taca szybko okazała się pusta. – Dorobić jeszcze? – zapytała. Pokręciłem głową przecząco. – Nie, dziękuję. Wystarczy. Ale były bardzo smaczne.
    Wstała i pocałowała mnie w policzek, po czym uprzątnęła stół.
    - Może położysz się trochę? – zapytała łagodnie. – Chciałabym teraz przygotować coś na obiad.
    - Po co? Kto go będzie jadł?
    - Ja i ty. Zjemy go razem.
    Wzruszyłem ramionami. Byłem rzeczywiście lekko ociężały i senny. Kawa jeszcze nie działała, napełniony żołądek nie sprzyjał aktywności.
    - Pomóc ci? – zapytałem jednak zdawkowo.
    Wytarła ręce po czym pokręciła głową przecząco. – Nie, dziękuję. Dam sobie radę. Lepiej prześpij się trochę, chodź, zaprowadzę cię do sypialni.
    - Ja też dziękuję. I dam sobie radę sam! – wstałem od stołu. – Dziękuję za kawę i kanapki – rzuciłem jeszcze i wyszedłem z kuchni.

    Nie poszedłem do sypialni. Nie chciałem tam iść. Wolałem zdrzemnąć się w salonie. A żeby myśli nie kotłowały mi się w głowie, włączyłem telewizor. Niech zagłusza wszystko, dźwięki zza okna, moje myśli a nawet odgłosy z kuchni. Nie chciałem teraz myśleć o niczym. I nawet się nie rozebrałem. Tak jak byłem ubrany, ułożyłem się na sofie.
    Na wódkę nie miałem teraz miejsca w żołądku, Dorota swoim umiejętnym postępowaniem sprawiła, że do jej wyjazdu raczej się już nie upiję. Tyle, że gdy jej zabraknie… nie będzie nikogo, kto mógłby mnie powstrzymać. Zaczynałem się bać samego siebie…

    Czułem się trochę dziwnie. W jakimś rozdwojeniu. Dorota już nie była moja, ale miałem świadomość, że nadal jest jeszcze tuż obok. Niedaleko. Że gdybym zechciał, mogę ją zobaczyć, dotknąć, a nawet pocałować. I to łagodziło mi ból istnienia. Nie czułem takiej przeraźliwej pustki, którą już znałem. Wiedziałem, że ona później przyjdzie, przyjdzie na sto procent, ale jeszcze nie teraz. Teraz mogłem bezpiecznie zasnąć. Pewność, że nic się nie stanie podczas mojego snu, bardzo mi pomogła. Telewizor mruczał coś monotonnie, próbował mnie skusić, żebym to na nim skoncentrował swoją uwagę, ale nie dał rady i stosunkowo szybko zasnąłem. Tylko do tego był mi potrzebny.

    Obudziła mnie Dorota. Pochylała się nad sofą, gładząc delikatnie dłonią mój policzek. Usiadłem gwałtownie, bo spałem bardzo mocno. Nic mi się nie śniło, nie miałem koszmarów, ale nagle odczułem niepokój. Powoli wracała mi świadomość. Tego wszystkiego, co wydarzyło się przed południem.
    - Która godzina? – zapytałem z trudem. W ustach czułem niesmak, spierzchnięte wargi domagały się pielęgnacji, a język był sztywny jak kołek.
    - Już prawie trzecia. Przyjechała Lidka. Chcesz do łazienki? – zapytała łagodnie. Pokiwałem głową potakująco.
    - To idź. My jesteśmy w kuchni. Przyjdź potem do nas – poprosiła.
    Znowu skinąłem głową i wyszliśmy. Ona na prawo, w stronę kuchni, a ja na lewo.

    Miałem zamiar umyć zęby i zmoczyć twarz. Z takimi planami otworzyłem drzwi łazienki. Kiedy jednak wszedłem do środka i oczy zarejestrowały rzeczywistość, omal nie wpadłem do jacuzzi. Pustka wróciła. Ta sama, dobrze mi znana, pustka sprzed lat. Obezwładniająca i wyniszczająca. Pozbawiająca sił i chęci życia.

    Stałem na drżących nogach, trzymając się uchwytów kabiny prysznicowej i kręciłem głową dookoła. Na półeczkach nie było już żadnych kosmetyków Doroty. Szafek nie chciałem nawet otwierać. Tam na pewno także niczego nie było. Nie było szlafroka, ręczników, ani niczego, co mogłoby ją przypominać. Wszystko albo zabrała, albo wyrzuciła. Tylko jakiś malutki cień jej niezwykłego zapachu przypominał, że była tutaj realnie i to lato nie było snem. Przez jakiś czas była w tym miejscu rzeczywistością. Teraz już jedynie byłą rzeczywistością.

    c.d.n.

    Dodano po 8 [godziny] 7 [minuty]:

    Stan "po spożyciu", sam z siebie nie sprzyja nadmiernej aktywności fizycznej, a ja miałem teraz niemałego kaca. Mimo wszystko, zmusiłem się do wysiłku. Wymyłem usta, a potem się rozebrałem i wszedłem pod prysznic, chociaż wcale tego nie planowałem. I długo trzymałem głowę pod niezbyt ciepłym strumieniem wody. Nie chciało mi się stąd wychodzić…
    Płakałem, zwyczajnie płakałem, a potoki wody rozcieńczały łzy. Bo przecież się nie łudziłem. Doroty już tutaj nie było. Zostałem sam. I bałem się pustki. Tego, co wydarzyło się po rozstaniu z Leną.
    Może gdybym był silniejszy, gdybym bardziej w siebie wierzył, mógłbym przejść przez to niczym czołg. Było, minęło i ganz egal. Ale ja nie byłem silny. Nikt i nic nie dodawało mi otuchy. A będąc sam, byłem bezradny. Niczego wtedy nie potrafiłem. Znałem siebie i zdawałem sobie sprawę, że popłynę w stronę niebytu. Teraz to już tylko kwestia czasu. I nie wiadomo czy komuś z zewnątrz uda się odpowiednio wcześnie nacisnąć przycisk stopu. Ja sam nie będę w stanie tego zrobić. Reszta będzie dziełem przypadku.

    Drzwi łazienki otwarły się i pokazała się Lidka.
    - Cześć! – odezwała się. Pomachałem jej dłonią, bo wolałem się nie odzywać.
    - Przyszłam zobaczyć czy się nie rozpuściłeś – oznajmiła. – Kończ te ablucje i przychodź. Zupa stygnie!
    Odwróciła się na pięcie i wyszła, nie czekając na moją reakcję. Jakby była pewna, że się na wszystko zgodzę.

    Kogoś taki obrazek mógłby zdziwić, ale u nas jej zachowanie było normalne. Nie było zwyczaju zamykania się w łazience, nagość nie mogła jej zszokować, a zainteresowanie moim losem też było zrozumiałe. I nawet lepiej, że nie przyszła tu Dorota. Pomyślałem, że byłoby najlepiej, gdyby odjechała bez pożegnania…

    Wszedłem do sypialni po świeżą bieliznę i znowu szok! Znowu uderzenie jak reflektorem po oczach, jak obuchem w tył głowy. Tutaj Doroty również już nie było! Nie było niczego, co by ją przypominało! Puste półki… etażerka… nienagannie posłane łóżko… brak nawet jej neseserów. Czyli, kiedy spałem, zdążyły zanieść wszystko do samochodu. Pustka! Wielka pustka wdzierała się do mojej głowy. I zajmowała coraz więcej miejsca. Tak jak i wtedy…
    Zacisnąłem zęby, ubrałem się, chociaż nie wiem jak i poszedłem do kuchni.

    - Jak się czujesz? – powitała mnie Dorota. Obrzuciłem ją niechętnym spojrzeniem i usiadłem za stołem.
    - Po co pytasz? – spoglądałem tępo na blat stołu. Królował na nim dzbanek z kawą w otoczeniu filiżanek. – To nie ma żadnego znaczenia.
    - Dla mnie ma znaczenie – odezwała się Lidka. – Ja tutaj jutro przyjadę. I chcę cię widzieć w pełnej formie.
    - Możesz sobie darować – odparłem w jej kierunku. Spojrzała na mnie świdrująco, a potem przeniosła wzrok na Dorotę. Ta tedy bez słowa wyszła z kuchni. Zostaliśmy we dwoje. Lidka przysunęła swoje krzesło do mojego.
    - Posłuchaj mnie! Jestem gotowa zrobić dla ciebie dużo. Bardzo dużo. I nie zapomnę, że nie zawahałeś się zaryzykować dla mnie wszystkim, dla nas obydwóch, zresztą. W naszej obronie postawiłeś na szali swoje życie. Jestem więc twoją dozgonną dłużniczką i nigdy o tym nie zapomnę! Przypominam ci również, jak kiedyś określiłam, iż jestem teraz twoją sojuszniczką, chociaż na początku to wszystko między wami wcale mi się nie podobało. Zmieniłam jednak zdanie, a potem się w nim utwierdzałam. I teraz nadal jestem przekonana, że wy powinniście być razem. Tyle, że jest to wyłącznie moje zdanie, bo we wszystkim w tej sprawie jestem bezradna! Nie umiem, nie potrafię niczego zmienić w postępowaniu Doroty. I nie wiem jak ci pomóc. Rozmawiałam z nią o was, jednak bez rezultatu. Chciałabym, ale nie potrafię. I nie miej do mnie żalu, że to ja odwiozę ją dzisiaj do Warszawy. Muszę to zrobić. Ale jutro przyjadę do ciebie. I chciałabym, żebyśmy wtedy usiedli oraz zastanowili się co dalej. Będę próbowała ci pomóc. Ile tylko będę mogła. Możesz na mnie liczyć. Sztama? – wyciągnęła do mnie rękę, a ja ją ująłem.
    - Sztama! Lidka, nie mam do ciebie żadnych żalów ani pretensji. Wiem kim jesteś dla Doroty i rozumiem, że to ty ją stąd zabierzesz. Trudno, już pogodziłem się ze wszystkim. Nie mam pretensji o nic, ani do ciebie, ani do niej.
    - Mam nadzieję, że jutro, gdy przyjadę, będziesz w dobrej formie - zastrzegła.
    - Tego akuratnie nie mogę ci obiecać – pokręciłem głową.
    - Tomek, ja cię bardzo proszę! – zawołała.
    Na próżno i nie miałem zamiaru jej oszukiwać.
    - Nie, Lidka! – głos miałem zrezygnowany. – Zupełnie nie wiem co będzie jutro. Wiem tylko, że już nigdy, nikomu, niczego nie będę obiecywał! Powtarzam, nigdy! I niczego! Dorotka jest moją ostatnią miłością w życiu. Kocham ją i kochał będę. Nie chce mnie więcej widzieć – trudno. Będę kochał jej wspomnienie. Platonicznie, nie da się ukryć, ale nikogo innego nie chcę. Nie będę się jej narzucał, bo o to prosiła. Spełnię to życzenie. Ale jeśli nie mogę być z nią, to nie będę z nikim. Jeśli uważasz, że blefuję, to się mylisz. Przyjadę do ciebie za dwadzieścia lat, jeżeli jeszcze będę żył i wtedy pogadamy.
    - Nie pieprz, przyjedź za rok. Będziesz u mnie oczekiwanym i honorowym gościem.
    - Nie da rady – pokręciłem głową. – Ja nie przyjadę tu nigdy! Nigdy! A przynajmniej nie wcześniej niż za jakieś dwadzieścia lat.
    - Co ty pieprzysz, co to za jakieś terminy?

    Zamilkłem i siedziałem bez ruchu. Co ona mogła wiedzieć? Za krótko żyje i nawet gdybym próbował opowiedzieć jej o tym co mnie czeka, i tak niczego nie zrozumie.
    Dorota może by wiedziała. Jej mówiłem o wszystkim. Chociaż teraz i ona raczej by nie skojarzyła, gdyż rozmawialiśmy o tych sprawach dawno. Co najmniej miesiąc temu. Potem nie poruszaliśmy już podobnych tematów i nie wracaliśmy do dawnych moich zachowań. Nie było potrzeby. One ujawniały się jedynie w określonych warunkach, które dotąd nie miały szansy zaistnieć. Aż do dzisiaj.

    - Tomek, do cholery, już wytrzeźwiałeś, czy jeszcze nie?! – głos Lidki wyrwał mnie z rozmyślań. Zaraz też w drzwiach ukazała się Dorota.
    - Nie krzyczcie, bardzo was proszę – odezwała się spokojnie, wchodząc do kuchni. – Czy mogę już podawać obiad? – zapytała beznamiętnie.
    Opuściłem głowę. I aż zdrętwiałem. Ja się jej bałem! Cała moja pewność siebie gdzieś wyparowała. Ręce zaczęły mi drżeć. Uciekać! – kołatało mi w głowie. – Co ja tu robię?
    Zacisnąłem dłonie w pięści i próbowałem się opanować.
    - Co ci jest? – zapytała Dorota. Odruchowo spojrzałem na nią, ale niemal natychmiast uciekłem wzrokiem na stół.
    - Nic! – wystękałem, bo w ustach miałem zupełnie sucho. – Przepraszam – dodałem zrywając się z krzesła i kierując w stronę korytarza.
    - Tomek! – zawołała za mną Lidka, ale odmachnąłem jej dłonią i wyszedłem, zamykając drzwi za sobą.

    Niemal wbiegłem do salonu. Schwyciłem butelkę i prosto z szyjki pociągnąłem kilka łyków. Ciepło rozlało się po trzewiach, więc opuściłem rękę i łapałem oddech. Po kilkunastu sekundach zacząłem się uspokajać. Jeszcze raz kilka łyków i odstawiłem ją na miejsce. Na razie wystarczy. Zagrożenie chwilowo minęło.
    Będę musiał wyjechać stąd jak najszybciej – pomyślałem – bo inaczej się wykończę. Teraz właśnie to miejsce będzie mi najbardziej nienawistnym na świecie. Jeśli zostanę tu dłużej, na pewno nie przeżyję.
    Do salonu weszła Lidka.

    - Co się dzieje, możesz mi powiedzieć? – spoglądała z wyraźną troską. Pokręciłem głową.
    - Nic, już idę – skierowałem się w jej stronę. Wyszła więc a ja za nią. Po chwili siedzieliśmy na naszych miejscach przy kuchennym stole. Dorota podniosła się z krzesła i chciała nalać mi zupy. Ale zasłoniłem talerz dłonią.
    - Dziękuję, nie będę jadł – odezwałem się, całkiem spokojnym głosem.
    - Dlaczego?
    - Dziękuję, nie jestem głodny – wyjaśniłem.
    - Tomek, nie rób cyrku! – wtrąciła się Lidka. – Nie bój się, to nie jest zatrute.
    Odwróciłem się do niej. Patrzyła na mnie, a ja nie odwróciłem wzroku. – Gdybym wiedział, że jest zatrute, to zjadłbym wszystko sam i jeszcze wołał o dokładkę. Nie musiałabyś mnie do niczego namawiać – odpowiedziałem, nie mrugnąwszy nawet powieką.
    - Tomek!... – zawołała cicho Dorota, ale już nie słuchałem ani jej, ani Lidki. Znowu zerwałem się z krzesła, tym razem jednak wybiegłem na ganek. Usiadłem na stopniach i opuściłem głowę.
    Wracało. Wszystko wracało. Znowu będzie tylko ta obezwładniająca pustka… i te myśli, które nie pozwalają żyć…

    Nie miałem sił. Chciałem wódki, ale musiałbym wstać i pójść do salonu. A w tej chwili było to dla mnie zbyt trudne… Chciałem, żeby już odjechały, gdyż teraz przedłużają tylko moją męczarnię. Niech wreszcie klamka zapadnie i będę wiedział, że nie ma już nic… Przynajmniej nie będę się łudził…

    Lidka usiadła obok i objęła mnie ręką, mocno przyciskając do siebie. Ani się nie opierałem, ani też nie przytuliłem do niej. Byłem jak kłoda drewna.
    - Nie chciałam cię dotknąć, wybacz – powiedziała.
    Pokręciłem głową. – To nie to – wyszeptałem, z trudem łapiąc oddech. – Lidka… jak skończycie obiad, to jedźcie już. Bardzo cię proszę!
    - Rozumiem… – odpowiedziała po chwili. Jeszcze raz mnie uścisnęła, wstała i weszła do domu.

    Po kilku minutach usłyszałem ich ciche głosy i za niedługo obydwie stanęły na ganku. Podniosłem głowę do góry, napotykając spojrzenie Lidki. Wyciągała do mnie rękę. Ująłem ją, a wtedy pomogła mi wstać.
    Dorota stała obok, wpatrując się w ziemię i zaciskała wargi, połykając łzy. Ja nie miałem siły płakać. Patrzyłem tylko na nią wzrokiem zbitego psa.
    - Tomek, obiad jest gorący i dlatego wszystko pozostało na kuchence – tłumaczyła Lidka. – Jeśli nie będziesz teraz jadł, to później, gdy wystygnie, schowaj wszystko do lodówki, dobrze? Dobrze? – powtórzyła, bo nawet nie spojrzałem w jej stronę. Pokiwałem głową, potwierdzając, że usłyszałem jej słowa, po czym zrobiłem krok w stronę Doroty.
    Drżałem jak osika, jakby było mi zimno, a serce tłukło się w piersi, próbując wydostać się spod żeber na zewnątrz. Chciałem odezwać się, ale nie mogłem. Gardło miałem zablokowane. Jakiś kołek mi tam stanął i nie pozwalał nawet przełknąć śliny.
    Na trzęsących się nogach, udało mi się postąpić jeszcze krok i dotknąłem jej dłoni. Podniosła wtedy głowę, spojrzała z rozpaczą, a kiedy nasze oczy się spotkały, zarzuciła mi ręce na szyję, a ja objąłem ją i mocno do siebie przytuliłem. Wtedy rozpłakała się w głos. Staliśmy tak, w ciasnych objęciach i płakaliśmy obydwoje. Ona na cały głos, a ja bezgłośnie i bez szlochów. Tylko łzy leciały mi ciurkiem. A zamiast nóg, miałem w spodniach watę i ledwo stałem...

    Ona pierwsza próbowała przełamać bezwład. Pomimo płaczu, zaczęła całować mnie po całej twarzy, przeplatając pocałunki słowami.
    - Tomek… przebacz mi… ja muszę… ja nie mogę inaczej… daruj mi wszystko… ja ciebie nigdy nie zapomnę… ale nie mogę… nie mogę… nie mogę…!
    Na moment odzyskałem trochę sił. Podniosłem jej głowę do góry, ucałowałem te mokre oczy, nos, a potem wpiłem się w usta. Nie dbałem o to, że wcześniej nie chciała zapachu alkoholu. W głowie miałem już zaksięgowane, że całuję ją po raz ostatni w życiu. Więc niech wytrzyma. To absolutny koniec, może się przez chwilę poświęcić.
    Nie uciekała. Całowała tak, jak w chwilach naszych największych uniesień. Jak tylko ona potrafiła. Aż mi w głowie zaszumiało. Jednak po chwili znowu opuściła głowę, mimo że ręce wciąż obejmowały mnie ze wszystkich sił. Jakby rozpaczliwie czepiała się życia. Ale to była tylko chwila. Jej ręce nagle zwiotczały i chociaż głowa wciąż spoczywała na mojej piersi, zdałem sobie sprawę, że nasze pożegnanie już się dokonało. Ująłem jeszcze w dłonie jej podbródek, jeszcze raz ucałowałem czoło, oczy i usta. Poddawała się temu niemal bezwolnie, z zamkniętymi oczami i prawie mi nie pomagała. Chyba też osłabła. Już nie płakała, chociaż twarz wciąż miała mokrą i czułem słony smak na języku.
    Byłem teraz niemal spokojny. Na razie wszystko się we mnie wypaliło. Pozostawał tylko ból, ale on był jeszcze na razie do zniesienia. Ten prawdziwy, przyjdzie trochę później.
    Opuściliśmy ręce i spojrzeliśmy na siebie. W oczach miała bezbrzeżny smutek. Usta znowu zaczynała krzywić w podkówkę, ale na pomoc przyszła Lidka, która litościwie obydwojgu nam podała chusteczki. I ocierając twarze, musieliśmy przestać na siebie spoglądać. A kiedy starliśmy łzy i nasze oczy znowu się spotkały, stało się jasne, że nie ma do czego wracać. Wszystko się skończyło. Nieodwołalnie.

    Nie wiedziałem, że nawet torebki od dawna mają już w samochodzie i byłem trochę zaskoczony, kiedy Lidka podeszła do mnie, podając rękę.
    - Tomek, do jutra! Chcę cię widzieć w normalnym stanie!
    Jeszcze nie wierzyłem, że to już, kiedy Dorota zaraz potem, również wyciągnęła do mnie rękę.
    - To co chciałam ci powiedzieć, już powiedziałam. Nigdy cię nie zapomnę! I proszę, byś mi przebaczył. Wiele ci zawdzięczam, ale inaczej nie mogę zrobić. Przebacz mi, proszę cię jeszcze raz!
    Znowu zacisnęła usta, zabrała dłoń i uciekła ze wzrokiem. Po czym energicznie podeszła do samochodu, otwarła drzwi i nie czekając na moją odpowiedź, wsiadła do środka. Nawet nie zauważyłem, że Lidka zajęła już miejsce za kierownicą.
    Po chwili silnik zaskoczył, toyota ruszyła i wolno potoczyła się w stronę bramy. Widziałem, że Dorota siedzi z głową odwróconą do tyłu i patrzy na mnie. Ale nie zrobiliśmy żadnego ruchu. Nie pomachała mi dłonią, ani ja tego nie zrobiłem. Podszedłem tylko szybkim krokiem do bramy, a kiedy Lidka przyspieszyła, przystanąłem, by bez ruchu spoglądać jak moje szczęście odjeżdża w siną dal. Kiedy zaś auto wyjechawszy na asfalt, zniknęło z zasięgu mojego wzroku, usiadłem bez sił przy bramie.
    Moja gehenna dopiero się zaczynała.

    Nie mam pojęcia jak długo siedziałem przy słupie. Nie interesowało mnie nic. Byłem jak wypluta pestka, jak porzucona szmata, jak resztki z talerza, które ktoś wyrzucił do kosza. Bez żadnej chęci do życia, bezwładny i obojętny na wszystko. Nie płakałem. Siedziałem i tępo patrzyłem przed siebie, nie widząc niczego i niczego nie oczekując. Gdyby ktoś teraz chciał mnie zabić, to nawet nie wyciągnąłbym dłoni, żeby zasłonić się przed ciosem. Przyjąłbym to z ulgą. Może nawet poprosiłbym, żeby zrobił to szybko. Nie byłem w stanie nawet się podnieść. Mrówki kąsały moje nogi, bo zakłóciłem porządek ich życia, ale niemal tego nie czułem. I nie zmieniałem swojej pozycji. Niech chociaż one użyją. Czas przestał dla mnie istnieć, jednak w pewnym momencie wróciło dawne.

    Z zakamarków pamięci wpłynęła do czaszki wiadomość o tym, że jest coś, co przyniesie mi ulgę. I zapomnę. Zapomnę o wszystkim. O tym, że kolejny raz okazałem się za cienki. Zbyt słaby. Okazałem się nikim. Prężenie mięśni nikogo nie zwiodło. Bo niczego nikomu zaoferować nie mogę. Jestem cienkuszem. Nikim. Nie potrafię niczego. Kiedyś, miałem w swoim otoczeniu wielu znajomych, o których wyrażałem się ironicznie. Bo nie dorastali mi do pięt. A teraz to o nich pisują i brukowce, i poważne gazety. Natomiast ja siedzę pod bramą jak pies… Niepotrzebny, odrzucony, bez pracy, bez perspektyw, bez nadziei… Nikt nawet nie zauważy, gdyby zabrakło mnie na świecie. Takich się nie zauważa.

    Reszta poszła automatycznie. Wstałem i powlokłem się do domu. Wydobyłem z barku butelkę wódki, z lodówki karton soku, z suszarki zabrałem szklankę i poszedłem pod lipę. Wszędzie było cicho i spokojnie. Wprawdzie lipa już nie pachniała miodem, ale tu zawsze było tak przyjemnie… i tu, tak niedawno, kochałem się z Dorotą…
    Nie żałowałem sobie. I nie było mowy o kieliszkach, najmniejszą dawką było pół szklanki. Odrętwienie, w którym się znajdowałem, nie pozwoliło mi na kontrolowanie sytuacji. Więc nic dziwnego, że po którejś, kolejnej dawce, mój świat przestał istnieć.

    c.d.n.
  • #4
    750kV
    Level 31  
    retrofood wrote:
    Nikt nie czyta?

    Jak to nie czyta...? Moja żona (Kinga) czyta i jak się obudzi, to muszę jej przekazać, że jest ciąg dalszy. Będzie miała radochę. :-)
  • #5
    spec220
    Level 21  
    "Jolka, Jolka pamiętasz lato ze snu..."
    Czytają, czytają, a kochanki sprawdzają.... Zwłaszcza saldo konta w banku... XD (Żony czasem też sprawdzają, ale nie o wszystkich kartach kredytowych muszą wiedzieć, być upoważnione...)
  • #6
    ArturAVS
    Moderator of HydePark/Cars
    retrofood wrote:
    Nikt nie czyta?

    Czyta :D Ale za romansidłami nie przepadam, pierwszy tekst był lepszy (moim zdaniem) więcej akcji a mniej dywagacji bohaterów.
  • #7
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    - Panie Tomku, pan żyje? Panie Tomku… Boże…
    Do mózgu wdzierał mi się jakiś głos. Otwarłem lekko powieki i ujrzałem Barbarę. Przed chwilą starała się mnie podnosić, nie dała jednak rady. Dlatego teraz szarpała i tarmosiła ramię, próbując chociaż obudzić. Chyba zarejestrowała ruch moich gałek ocznych.
    - O Boże, pan żyje, a ja się tak bałam… panie Tomku, co się stało? Proszę wstać, pomogę panu…

    Zebrałem siły i ponownie starałem się unieść głowę, ale wciąż było to zbyt trudne, ponad moje możliwości. Pewnie dlatego, że podświadomie starałem się postępować z wielką ostrożnością, gdyż nie wiedziałem gdzie jestem. Dopiero kilka niezdarnych ruchów oczami podpowiedziało, że leżę na ziemi i pod stołem. Widziałem od dołu gruby blat oraz brzeg ławy. Widocznie z niej spadłem. I zasnąłem.
    Zacisnąłem powieki, próbując przypomnieć sobie dlaczego tu jestem, a tak w ogóle co to za stół? Co za ława? Gdzie? Tego widoku z niczym nie kojarzyłem. Pamięć zawodziła zupełnie, ale zaraz… Jest tutaj Barbara, a gdzie jest ONA?

    Wszystko stało się jasne, jakby elektryczny impuls naładował mi dysk pamięci. Nie ma, przecież wyjechała... Ciekawe tylko jak długo tutaj leżałem…
    - Panie Tomku, może się pan podnieść? – powtórzyła Barbara. Wyciągnąłem rękę w jej kierunku, a wtedy ją ujęła ją i pomogła wstać. W głowie mi się zakręciło, jednak rozejrzałam się dookoła. Zapadał wieczór.
    Siadłem ciężko na ławie i milczałem. Próbowałem ogarnąć myślami sytuację. Wiedziałem, że przed Barbarą się zbłaźniłem, ale to był drobiazg. Gorszym jest fakt, iż nie wiedziałem w którym momencie odpłynąłem. I kiedy zwaliłem się na ziemię. Nie pamiętałem niczego.
    - Dobrze się pan czuje? Może potrafiłabym jakoś panu pomóc?

    Nie chciałem napotkać tego opiekuńczego spojrzenia. Przecież jeszcze rano, zapraszałem ją na grilla. Pokręciłem więc tylko głową.
    - Przepraszam panią… – zacząłem z trudem. Suche usta nie ułatwiały mi mówienia.
    - Co się stało? Ja się tak przestraszyłam, gdy zobaczyłam, że pan leży nieruchomo pod stołem. Nie ma pani Doroty?

    Jakby mi wbiła szpilę. Po co wymieniła to imię? A już miałem nadzieję, że się wyzwolę… W butelce jeszcze trochę zostało... Wlałem resztki zawartości do szklanki i gwałtownie wypiłem połowę, krzywiąc się niemiłosiernie. Barbara nie zareagowała.
    - Nie ma! – oświadczyłem jej ponuro, kiedy oddech wrócił mi do normy. – Wyjechała.
    - A kiedy wróci?
    Pokręciłem głową. – Nie wróci... Nigdy! Nie rozumie pani?
    Dopiłem resztę wódki i opuściłem głowę, nie patrząc jej w oczy. Stała nieruchomo z opuszczonymi rękami.
    - Przepraszam panią – cedziłem powoli, podnosząc głowę – ale grilla dzisiaj też nie będzie. Wszystko się skończyło.
    Patrzyła na mnie przerażonym wzrokiem. Nie wierzyła.
    - Muszę iść do domu – wystękałem. – Butelka mi się opróżniła – wstałem z ławy. – Przepraszam panią.
    - Panie Tomku! – schwyciła mnie za koszulkę, próbując zatrzymać. – Niech pan nie pije, to nie ma sensu!
    Gwałtownym skrętem tułowia, wyrwałem koszulkę z jej dłoni. – Muszę, nie rozumie pani?
    - Wcale pan nie musi! – poszła za mną. – Posiedzę z panem, porozmawiamy i dojdzie pan do siebie.
    Pokręciłem głową przecząco. Niczego nie rozumiała.
    Nie zatrzymałem się na ganku, żeby sprawdzić czy idzie. Bez wahania poszedłem do salonu i wyjąłem z barku następną butelkę. Barbara weszła za mną. Przystanęła i patrzyła jak napełniam szklaneczkę, a potem ją opróżniam.
    Usiadłem na sofie. Kolana miałem brudne, koszulę w piasku, łokcie pewnie też. Ale nie chciało mi się pójść umyć. Brud nie miał znaczenia. Nic nie miało znaczenia. Barbara przysiadła obok i dotknęła mojej dłoni.
    - Panie Tomku, ja domyślałam się, że tak będzie. Pani Dorota jest po prostu jeszcze młoda! Za młoda dla pana – pogłaskała moją dłoń.

    Drażniła mnie. I głupim gadaniem, i samą obecnością. Podniosłem się nagle, zabrałem butelkę i poszedłem do kuchni. Ale kolejne wlewane w siebie łyki pozbawiły mnie siły. Położyłem łokcie na stole i oparłem na nich głowę. W uszach mi szumiało i chyba znowu zasypiałem, kiedy poczułem jak ktoś mnie podnosi. Ostatkiem świadomości zarejestrowałem, że Barbara wlecze mnie niemal do sypialni.
    Położyła na łóżku, rozebrała do slipek, a potem przyniosła mokry ręcznik i starała się obmyć. Z dużym doświadczeniem przewracała po łóżku, bo wcale nie miałem zamiaru pomagać jej w tych czynnościach. A w którymś momencie zwyczajnie zasnąłem.

    Obudziłem się ze sztywnym językiem w ustach. Gardło wyschło zupełnie, serce kołatało w żebrach, zaś ręce drżały. Za oknem był dzień, a w domu panowała cisza. Zerwałem się, zaniepokojony i natychmiast z powrotem opadłem na poduszkę. Zakręciło mi się w głowie, zaszumiało, a w skronie uderzył potężny impuls bólu. Głowa mi pękała i musiałem się uspokoić.
    Przypomniałem sobie, że Doroty nie ma i odruchowo spojrzałem na drugą stronę łóżka. Pościel była w nieładzie, jakby ktoś tam spał. Zacząłem przypominać sobie ostatnie wydarzenia. Czyżby Barbara spała tu ze mną? Czyżby to był już następny dzień?
    Wreszcie powoli usiadłem na łóżku. Na szafce obok łóżka stała oszroniona woda mineralna, słoik z kiszonymi ogórkami i mleko. A obok szklanka. Napiłem się wody, co przyniosło mi małą ulgę i spostrzegłem leżącą kartkę.
    - Panie Tomku, gdyby obudził się pan wcześniej, to przyjdę około ósmej. Błagam pana, niech pan już nie pije! Barbara.
    Spojrzałem na zegarek. Było pół do ósmej. Miałem mało czasu.

    Przełamując niechęć do czegokolwiek, pokonując cholerny ból w głowie, poszedłem do salonu. Tu wszystko było posprzątane. Ale w barku było jeszcze sporo alkoholi. Zabrałem kolejną butelkę i poszedłem do kuchni. Włożyłem ją do lodówki a wyjąłem tę zimną, którą wczoraj zabrała ze schodów Dorota. No i karton z sokiem grejpfrutowym.
    Dwa duże, bardzo mocne drinki przyniosły mi niemal natychmiastową ulgę. Wprawdzie tętno początkowo znacznie się podniosło, ale po kilku minutach przyszło uspokojenie. Zrobiłem kolejnego drinka i wyszedłem na ganek.
    Było pochmurno i chłodniej niż w ciągu ostatnich dni, co było dla mnie korzystne. W dzisiejszym dniu słońce mocno by mi przeszkadzało. Czułbym światłowstręt i nie mógłbym wychodzić z domu. Nie czułem też zimna, chociaż nadal byłem tylko w slipkach. Drinki zrobiły swoje.
    Usiadłem na schodkach i powoli sączyłem napój, patrząc bezmyślnie przed siebie. Próbowałem myśleć o tym, jak to będzie bez Doroty, jak ja będę mógł funkcjonować? Czy w ogóle jest to możliwe?
    Myśli rwały się i uciekały gdzieś w głąb świadomości. Z każdym łykiem, z każdym ułamkiem promila alkoholu we krwi, wzbierał gdzieś w trzewiach głuchy żal do losu. Że miota mną tak, od przypadku do przypadku, niczym bilą w jakiejś grze. I ciągle mi udowadnia, że jestem tylko pionkiem. Bezwładnym, bezmyślnym rekwizytem, którego wirtuozi używają kiedy chcą i kiedy jest im chwilowo potrzebny. A potem rekwizyt wędruje na półkę. Niech czeka na kolejne użycie. Oczywiście, jeśli ono w ogóle nastąpi. Bo pewnie po którymś występie, rekwizyt powędruje do śmieci. Już zupełnie nie będzie potrzebny.
    Spojrzałem w stronę jeziora. Wydeptaliśmy w tamtym kierunku sporą ścieżkę. Ale teraz przeszył mnie dreszcz na samo wspomnienie tej drogi. Kilkanaście dni temu tańczyła na niej i radośnie podskakiwała, kiedy powolutku szliśmy w stronę klonu, a ja raz za razem pstrykałem aparatem, próbując trafić na jakieś ciekawe ujęcie…

    Nagle krew uderzyła mi do głowy. Kurwa mać!!! Nie zostawiła nawet jednego zdjęcia! Nic, kompletnie nic!!! Nawet najmniejszej, najbardziej grzecznej i niepokaźnej fotografii! Absolutne zero!
    Wściekle i gwałtownie dopiłem resztę drinka, po czym wbiegłem do kuchni. Kolejna dawka wódki przeszła mi przez gardło bez soku. A potem usiadłem na krześle i bezsilnie złożyłem głowę na stole…
    O zdjęciach rozmawialiśmy przed dyskoteką. Nie pozwalała fotografować się moim aparatem, ale obiecała, że wybierzemy trochę zdjęć dla mnie. Z tych co robiłem jej aparatem. Tyle, że po dyskotece temat fotografii nie wrócił. I zapomniałem… A teraz nie mam nic! Ani jednego ujęcia! Nawet zegarmistrz jest bogatszy, bo zawieźliśmy mu dwa…
    Poddawałem się. Kolejne niepowodzenie, które mnie dobijało. Wszystko było przeciwko mnie! Nie miałem już ochoty walczyć. Wypiłem jeszcze jedną dawkę, zabrałem ze sobą resztkę w butelce i poszedłem do sypialni. Chciałem zamknąć oczy, zapomnieć i więcej się nie obudzić. Świat mnie nie chciał, więc nie zamierzałem mu się narzucać. Nie był mi już potrzebny…

    Barbara przyszła, zanim zasnąłem. Usłyszałem jej głos, kiedy na korytarzu głośno pytała gdzie jestem. Ale nie odezwałem się, a kiedy weszła do sypialni, nawet nie podniosłem głowy. Leżałem bez ruchu, chociaż oczy miałem otwarte. Przykucnęła przy krawędzi łóżka i nasze spojrzenia się spotkały.
    - O Boże… znowu to samo! Panie Tomku, pan się wykończy! – wołała rozpaczliwie.
    Wzruszyłem ramionami, chyba bardziej w myśli, niż w rzeczywistości. Mój ruch był tak mikry, że raczej niezauważalny. Jej problemy nie miały dla mnie znaczenia. Chciałem spać.
    - Czy pan naprawdę zwariował? – wołała z pasją. – Nie potrafi pan pogodzić się z rzeczywistością? A ja myślałam, że pan jest mężczyzną…
    Odwróciłem się do niej plecami. Nie chciałem jej słuchać. Głupia baba i tyle.
    A sen ogarnął mnie nagle...

    Po jakimś czasie mój mózg zarejestrował rozmowę i zdałem sobie sprawę, że nie jestem w sypialni sam. Usiadłem powoli na łóżku i otwarłem oczy.
    - O, jednak żyjesz! – usłyszałem ironiczny głos Lidki.
    Niczego nie rozumiałem. Skąd się tu wzięła? Mój wzrok, pomimo wielkiego szumu w głowie, zarejestrował też Barbarę siedzącą na pufie obok niej. Obydwie spoglądały w moją stronę.
    - Gdzie Dorotka? – zapytałem.
    - Dorota nie chce mieć nic wspólnego z takim pijakiem – oświadczyła Lidka. – Prosiłam cię, żebyś był w formie, kiedy przyjadę. Ale skoro tak do tego podchodzisz, to nie będzie nawet żadnych informacji o niej. Nie dowiesz się niczego. I jeszcze w dodatku dowiedziałam się, że obrażasz panią Basię. Zachowujesz się nieodpowiedzialnie, panie Tomaszu. Dlatego też postanowiłyśmy obydwie, że spróbujemy cię wychować. Od zaraz, żebyś w razie czegoś nie miał żadnych wątpliwości!
    Opadłem na łóżko. Niech sobie pieprzy co chce. Nie są mi potrzebne, ani jedna, ani druga. Skoro nie ma tu Doroty, reszta się nie liczy.
    - Długo tak nie poleżysz – usłyszałem znowu Lidkę. – I tak masz suchy przełyk. Proponuję, żebyś wszystkiemu poddał się dobrowolnie. Bo jak się będziesz opierał, to tylko ty na tym stracisz. My chcemy skrócić i złagodzić twoje męki. Jednak najpierw sam musisz chcieć się pozbierać. Wiem, że to nie jest łatwe. Dlatego pomożemy. Jednak my, z panią Basią, nie mamy nieograniczonego czasu do dyspozycji. I nie będziemy czekać w nieskończoność, aż wytrzeźwiejesz na tyle, żeby dało się z tobą porozmawiać. Więc jeśli naszą pomoc odrzucisz, to nie miej do nikogo żalu. Zaszkodzisz sobie sam, na własne życzenie. Ale, oczywiście, wybór należy do ciebie.
    - Nie męcz mnie – wysapałem, kurcząc się na łóżku. – Możesz jechać do domu. Nie będę wam zabierał czasu. Możecie się nie fatygować. Poradzę sobie.
    - Tak to właśnie wygląda, pani Lidko – usłyszałem Barbarę. – Nie chce rozmawiać i już.
    - Spokojnie, pan Tomek jeszcze nie wie, że sprawiłyśmy mu niespodziankę – usłyszałem jej stanowczy, oficjalny głos. – Jeszcze złagodnieje jak baranek. I to bardzo niedługo. A wtedy z nim pogadamy.
    Szalona myśl wdarła mi się do głowy i jak w malignie podniosłem się na łóżku.
    - Gdzie jest Dorotka? – zawołałem z nadzieją.
    - Uspokój się, Dorota jest w Warszawie – usłyszałem jej spokojną odpowiedź. – I na pewno nie pije. A nie jest jej łatwiej niż tobie. Ani trochę.
    Nadzieja rozwiała się jak dym…

    Opadłem na łóżko. One również zamilkły. Wiedziałem, że mnie obserwują, że ciekawią je moje reakcje, ale skoro wszystko okazało się złudzeniem… Nic mnie teraz nie interesowało.
    Zagryzłem wargi, bo chciało mi się płakać. A potem usiadłem na łóżku. Nie wiedziałem jak wyglądam, pewnie był to widok mało interesujący, jednak nie spuszczały ze mnie wzroku.
    - Masz na stoliku podręczny zestaw leczniczy – przemówiła Lidka. – Pani Basia ci przygotowała, chociaż nie wiem czym sobie zasłużyłeś. Ale możesz jej zaufać, dzisiaj też się nie otrujesz.
    Puściłem tę gadkę mimo uszu, chociaż zrozumiałem, że nawiązuje do wczorajszego obiadu, którego nie zjadłem. Ale na dyskusje nie miałem siły. Ręce mi drżały i potrzebowałem w tej chwili alkoholu, a nie lekarstw. Mimo wszystko zerknąłem na stolik. Było tam to samo, co i rankiem. Woda, mleko i ogórki.
    Kilka łyków wody niewiele pomogło, więc wstałem i skierowałem się ku drzwiom.
    - Tomek, umyj się, bo zaczynasz niemile pachnieć – usłyszałem za plecami głos Lidki. Odwróciłem się i spojrzałem na nie już w drzwiach. Nie ruszyły się ze swoich miejsc. Spoglądały jakoś tak obojętnie i bez emocji. Coś tu było nienormalnego. Tym niemniej gnany alkoholowym głodem, poszedłem do salonu. A kiedy otwarłem barek…
    Nie ustałem na nogach. Barek był pusty! Nie licząc kilku butelek bezalkoholowych napojów. Zniknęło wszystko!
    Siedziałem na podłodze i intensywnie myślałem, gdzie jeszcze mogę znaleźć coś do wypicia, kiedy obydwie weszły do salonu.
    - Możesz się nie wysilać! – Lidka nadal grała pierwsze skrzypce. – Zabrałam wszystko! I ze wszystkich miejsc! Nie ma niczego, ani tutaj, ani w saunie, ani nawet w piwniczce. I w sklepie też niczego ci nie sprzedadzą, nawet gdybyś poszedł tam w samych slipkach. Natomiast możesz coś zjeść. Pani Basia przyniosła ci fantastyczny kapuśniak, który odrobinę pomoże złagodzić te cierpienia. A wczorajszy obiad Doroty, tak samo był w tym stylu. Też chciała cię trochę osłonić. Nie skorzystałeś z tego, trudno. To był twój wybór. Ale teraz wyboru nie masz. Nie pozwolę na to, żebyś się tu wykończył.
    - Daj mi chociaż piwa – zajęczałem. – Bo rozwalę to wszystko na strzępy…
    - Pani Lidko, ja uważam, że jedno piwo można – usłyszałem Barbarę. – Taki gwałtowny spadek nie jest korzystny…
    - Dobrze, zaraz mu przyniosę. Tylko proszę też, żeby nie wychodził stąd dopóki nie wrócę.
    - To oczywiste – odpowiedziała Barbara. Lidka wyszła, a wtedy Barbara podeszła do mnie.
    - Panie Tomku, tak nie można. Musi pan dojść do normalności. Przed panem jeszcze całe życie. Jeśli pan zechce, to ja panu pomogę…
    Nie odpowiedziałem ani słowa. Bo tak naprawdę to i nie słuchałem. Poza tym powrót Lidki przerwał jej wynurzenia. Schwyciłem podaną mi, w miarę chłodną butelkę piwa i natychmiast otwarłem, po czym przyssałem się do szyjki. Po kilkunastu sekundach była pusta.
    - Pomogło? – krótko zapytała. Pokiwałem głową. Nie chciało mi się mówić.
    - Chodź do kuchni. Jadłeś coś od wczoraj?
    Tym razem pokręciłem głową przecząco. Dopiero teraz pomyślałem, że nie zadbałem też o leki. Wszystko było nieważne.
    - No to mamy kawałek problemu. Będziesz musiał przyzwyczajać się od nowa.
    Poszedłem za nimi.
    Jeszcze miałem nadzieję, że w lodówce zachowała się butelka, którą rano do niej włożyłem. Ale kiedy niby zwyczajnie, otwarłem drzwiczki, usłyszałem z tyłu głos Lidki.
    - Porzuć wszelkie nadzieje! Przetrząsnęłyśmy z panią Basią cały ten dom, a także jego otoczenie. Niczym najlepsze detektory alkoholu na świecie. I nie znajdziesz nigdzie ani grama. Szkoda twojego wysiłku. Lepiej zachowaj swoje siły na jutro, bo jutro stąd wyjeżdżasz.
    Zatrzymałem się w miejscu i spojrzałem w jej stronę pustym wzrokiem.
    - Tak, tak! Jutro wyjeżdżasz! – powtórzyła, patrząc mi w oczy. – Ani ja, ani pani Basia, nie mamy aż tyle czasu, żeby miesiącami zajmować się tutaj niemowlęciem o imieniu Tomek. My obydwie też mamy swoje życie i swoje własne problemy. Może nawet poważniejsze niż twój. I też brakuje nam czasu na ich rozwiązywanie. Dlatego wybacz, doprowadzimy cię do ładu w ekspresowym tempie, bo jakoś okazało się niespodziewanie, że obydwie ciebie lubimy. Ale weź się wreszcie w garść i pokaż, że jesteś facetem. Kobiety nie lubią mięczaków. Dorota też prosiła cię, żebyś nie pił. A ty nawet jej nie usłuchałeś. Nie byłaby szczęśliwa, gdyby się o tym dowiedziała…
    - Gdzie ona jest? – zapytałem drżącym głosem.
    - W domu. Przyleciał Kamil i teraz jest z nim. Tomek, przestań się łudzić! To wszystko jest już przeszłością. Ona do ciebie nie wróci. Tak jak ci zapowiedziała. I żadne twoje pijaństwa niczego nie zmienią. Ja wiem, że jestem teraz brutalna, ale nadszedł czas, żebyś spojrzał prawdzie w oczy. Lato się skończyło i nadszedł czas powrotów. Dla ciebie też. Czas powrócić do rzeczywistości. C’est la vie…

    Dodano po 56 [minuty]:

    Wręcz wybiegłem wręcz z kuchni i wdarłem się do sypialni. Nie chciałem jej widzieć ani słyszeć. Nie chciałem już nic. Pozbawiła mnie wszelkiej nadziei…
    Rzuciłem się na łóżko i okryłem kołdrą. Nie wiem przed kim, albo przed czym chciałem się skryć. Bo nie chciałem też nikogo widzieć. Wszyscy byli mi nienawistni…
    - Przestaniesz się wygłupiać? – usłyszałem głos wchodzącej Lidki.
    - Wyjdź! – rzuciłem krótko w odpowiedzi.
    - Jesteś tego pewien? – zapytała, zaskoczona.
    - Wyjdź, proszę cię! – powtórzyłem spokojnie.
    - Jak sobie życzysz – odwróciła się na pięcie i zamknęła za sobą drzwi. Wreszcie byłem sam i nikt mi nie przeszkadzał.
    Zaczynałem trzeźwieć, co nie sprzyjało logice myślenia, ale tu już nie było o czym myśleć. Lidka faktycznie nie pozostawiła mi złudzeń. Musiałem teraz tylko to wszystko przetrawić i pogodzić się z rezultatami. Nic tu po mnie. Lidka ma rację. Muszę wyjechać bo inaczej zwariuję. Albo zapiję się na śmierć…
    Postanowiłem nie sprzeciwiać się więcej jej poleceniom i poddać sugestiom, które wypowiada. Zdawałem sobie sprawę, że od wódki odseparowała mnie całkowicie. Szkoda trudu, żeby próbować coś znaleźć. Jeśli zaczęła taką akcję, to nie miałem z nią szans. Nie znajdę już ani kropli. I muszę się przemęczyć…

    Usłyszałem odgłos otwieranych drzwi. Po chwili ktoś zdarł ze mnie kołdrę.
    - Długo tak możesz? Wstań! – usłyszałem jej głos. Obydwie z Barbarą stały obok łóżka.
    - Po co? – burknąłem.
    - Wstawaj! Nie mamy czasu! Wstawaj i idź się umyć. Bo jeszcze trochę to nawet ściany przesiąkną twoim zapachem. A wtedy i przez miesiąc nie wywietrzę domu.
    Przesadzała, ale faktycznie, nie myłem się ani wczoraj, ani dzisiaj. Jednak w takim stanie niemal się nie pociłem, więc nie miało co śmierdzieć. Lidka sygnalizowała tylko, że Barbara wszystko jej opowiedziała o moim wczorajszym zachowaniu. Usiadłem na łóżku. W głowie mi szumiało, a w ustach miałem Saharę. Barbara podeszła i przykucnęła obok. W dłoni trzymała szklankę z jakimś płynem. Nawet nie zauważyłem skąd ją wzięła.
    - Panie Tomku, to rozpuszczone tabletki na zatrucie alkoholowe. Niech pan wypije.
    Z trudem, na kilka razy, przełknąłem zawartość, nieco oblewając się przy tym. Barbara odebrała pustą szklankę i ściereczką wytarła mi brodę.
    - Pomóc panu wstać? – zapytała ciepłym głosem. Pokręciłem głową przecząco. Tymczasem podeszła i Lidka.
    - Daj rękę – usłyszałem. Podniosła mnie z łóżka i jak dziecko zaprowadziła do łazienki.
    - Umyjesz się sam, czy mamy cię umyć?
    - Idź stąd – odpowiedziałem drżącym głosem.
    - To się myj. Tylko nie zamykaj drzwi. Nie bój się, nie będziemy cię podglądać, ale wolę wiedzieć, czy nie robisz czegoś głupiego.
    Wzruszyłem ramionami. Niech sobie podglądają. One mnie nie interesowały. Gorzej, że drżałem cały. Mięśnie mnie bolały, stawy nie chciały się zginać, ale uznałem, że sam sobie poradzę. Ostentacyjnie zdjąłem slipy, wrzuciłem je do kosza i pomaszerowałem pod prysznic.
    - Zaraz podrzucę ci tutaj czyste – usłyszałem jeszcze jej głos.
    Długo stałem w strumieniach wody, a kiedy umyłem się i wyszedłem z łazienki, czułem się lepiej. Lidka z Barbarą rozmawiały na korytarzu. Ujrzawszy mnie, zamilkły.
    - No widzisz, teraz jest znacznie lepiej – Lidka skomentowała moje pojawienie się. – A ogoliłeś się? Nie ogoliłeś… – odpowiedziała sobie sama. – Wracaj, pomogę ci – wyciągnęła do mnie rękę.
    - Nie, pani Lidko, ja to zrobię – wtrąciła Barbara. – Mam wprawę. Proszę iść z panem Tomkiem do kuchni, tam jest więcej światła.
    - Dobrze. To chodź do kuchni – spojrzała na mnie.

    Usiadłem przy stole, a wtedy Lidka zakrzątnęła się przy kuchence. Po chwili przyszła Barbara, z miską w jednej ręce i moimi przyborami do golenia w drugiej. Poprosiła, żebym odwrócił się twarzą do okna, napełniła miskę wodą, postawiła ją na stole a potem zręcznie pokryła mi twarz pianą, po czym spokojnymi, pewnymi ruchami, dokładnie mnie ogoliła. Rzeczywiście, robiła to niemal perfekcyjnie. Widząc zainteresowanie Lidki, wyjaśniła nie pytana.
    - Przez kilka lat goliłam ojca leżącego w łóżku. Nauczyłam się – uśmiechnęła się.
    - Dziękuję – powiedziałem, kiedy wycierała moją twarz ręcznikiem.
    - Jeszcze nie wszystko – odparła, smarując mi twarz balsamem po goleniu. Dłonie miała ciepłe i miękkie. Wszystko robiła bardzo delikatnie i z wielkim pietyzmem. Czuło się rękę fachowca. Po chwili zwróciła się do Lidki. – Może tak być?
    - Bardzo ładnie. Tomek zaczyna przybierać ludzką postać.
    Barbara wyniosła miskę, po czym wróciła i zebrała przybory, przy okazji wycierając stół. Wtedy Lidka postawiła przede mną dymiący talerz.
    - Jedz! – zachęciła. – To jest celowo rzadki kapuśniaczek od pani Basi. Na razie nie dam ci nic innego, dopiero kiedy twój organizm zaaprobuje to, wtedy spróbujemy zasilić cię czymś konkretniejszym.
    Radziłem sobie z trudem. Zupa wylewała mi się z łyżki, do ust donosiłem niewiele, w dodatku robiłem to tak, że omal sobie nią zębów nie powybijałem. Lidka udawała, że tego nie widzi. Nie patrzyła i tym razem nie komentowała. A Barbary nie było. Wreszcie jakoś udało się talerz opróżnić. Ale moje samopoczucie znacznie się pogorszyło.
    - Jak się czujesz? – Lidka zabrała pusty już talerz.
    - Dziękuję, strasznie… – wykrztusiłem.
    - To idź się połóż. Pani Basia chyba już skończyła.
    - Co skończyła?
    - Zmieniać pościel. Upaprałeś ją wczoraj niewąsko.
    Nie zauważyłem tego. Widocznie przyszedłem brudniejszy niż sądziłem. – Daj mi zimnej wody – poprosiłem.
    Wyjęła z lodówki butelkę z mineralną i po chwili postawiła przede mną napełnioną szklankę. – Dasz radę? – popatrzyła w oczy. Próbowałem skinąć głową, jednak wzięła szklankę i przystawiła mi do ust. – Pij!
    Zęby zadzwoniły o brzeg, więc upiwszy spory łyk, podniosłem rękę i resztę szklanki opróżniłem już sam. – Dziękuję! – wstałem i z trudem powlokłem się do sypialni. Barbara właśnie z niej wychodziła.
    - Idzie pan spać?
    Skinąłem głową. – Wodę i kwas panu zostawiłam. A jakby pan chciał mleka to przyniosę zimne.
    - Nie trzeba, dziękuję. Nic mi nie potrzeba – pokręciłem głową.
    Zwaliłem się na łóżko i zamknąłem oczy. Czułem się rzeczywiście źle. Kaca miałem okropnego. A teraz jeszcze do wspomnień z lata, doszły słowa Lidki… Przekręcałem się co chwilę, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Naciągałem kołdrę pod szyję, żeby po kilku sekundach skopać ją niemal na podłogę. I mimo tego, że chciało mi się spać, długo nie mogłem zasnąć.
    Na szczęście, jednak zmęczenie wzięło górę. Zasnąłem. Ale sen miałem niespokojny i płytki. Opanowały mnie koszmary nie z tej ziemi, bałem się, próbowałem uciekać, ale nie mogłem, nogi wrastały mi w ziemię…

    Obudziłem się zlany potem. W sypialni nie było nikogo. Nie wiedziałem jaki jest dzisiaj dzień, gdzie jestem i co tutaj robię. Intensywność objawów kaca wprawdzie spadła o połowę, ale nie przeminęła. Spojrzałem na zegar. Dochodziła siódma. Nie wiedziałem wprawdzie, czy jest rano, czy wieczór, ale przebrać się musiałem. No i umyć, oczywiście.
    Poszedłem do łazienki i z ulgą wszedłem pod prysznic. Bardzo długo stałem pod strumieniami wody. A gdy wróciłem do sypialni, Lidka już na mnie czekała.
    - Przyszłam cię obejrzeć, ale usłyszałam, że się moczysz, więc nie przeszkadzałam – zagaiła. – Jak się czujesz?
    Pokręciłem głową. – Jeszcze kiepsko. Ale jestem nieco głodny.
    - W takim razie zjedz coś, ale tylko trochę. Zachęcałabym cię do kąpieli w jeziorze, jednak nie z pełnym brzuchem. Co ty na to?
    - Boję się… nie pójdę tam...
    - Pójdę z tobą. Ale na razie chodźmy do kuchni.

    Usiadłem za stołem, a Lidka odgrzewała coś z lodówki.
    - Jest jeszcze ten kapuśniak?
    - Jest, chcesz?
    - Trochę.
    - To musisz poczekać aż się zagrzeje.
    - Poczekam. Lidka…
    - Słucham? – nie przerywała krzątaniny przy kuchence.
    - Powiedz co z Dorotką…
    Odwróciła się do mnie. – Tomek, ja naprawdę nic nie wiem. Odwiozłam ją do domu i tylko pomogłam wnieść bagaże do środka. Tam i tak nie miałybyśmy okazji porozmawiać, bo przecież byli jej teściowie. A dzisiaj miał przylecieć Kamil. Nie dzwoniła, a ja nie chcę jej przeszkadzać. I nie mam od niej żadnych nowych wiadomości.
    - Ale przecież rozmawiałyście przez drogę…
    - Owszem, rozmawiałyśmy. I to niemało – przerwała, bo przyniosła mi talerz z niewielką ilością kapuśniaku. – Tyle że niczego nowego mi nie powiedziała. Wszystko usłyszałeś bezpośrednio od niej. W każdym razie zdania nie zmieniła. I zapewniam cię, że gdybym była w stanie ci pomóc, to bym pomogła. Ale znam Dorotę nie od dziś, a i ty chyba już na tyle ją poznałeś, by wiedzieć co sądzić o jej słowach. Ona ich nie cofnie, przestań się łudzić. Wszystko ci wyjaśniła i wszystko powiedziała. A co zrobi dalej, tego nie wiem. Nie mam zielonego pojęcia. Ona chyba też jeszcze tego nie wie. Na razie ma kilka dni przed sobą na znalezienie pracy. I to wszystko.
    Siedziałem nieruchomo z opuszczoną głową. Nic tu po mnie. Muszę wyjechać…
    - Jedz… – podeszła i położyła dłoń na moim ramieniu. – Jej też nie jest łatwo. Niczego nie mówiła, ale wydaje mi się, że nie spodziewała się, jak bardzo odczuje rozstanie z tobą. Ale Dorota jest Dorotą. Swoich przekonań nie złamie nawet dla siebie. Ani dla ciebie. Zagryzie zęby i pójdzie naprzód jak czołg. Taka jest i tego nie zmienisz. Domyślam się tylko, że jeszcze długo z nikim do łóżka nie pójdzie.
    - W to, to ja akuratnie nie uwierzę – przerwałem jej z goryczą. – Sama mi kiedyś powiedziała, kiedy ją zapytałem skąd ma taką ochotę na seks i to jeszcze z takim facetem jak ja, że na co niby miała czekać? A młodych samców jest na pęczki. I żaden jej nie odmówi…
    - Durny jesteś – przebiła mnie, prawie krzycząc. – Ale złóżmy to na karb twojego żalu. Nie wiesz nawet co mówisz. Jedz! I nie pieprz bzdur!

    Moje słowa miały tę konsekwencję, że zupełnie zmieniła temat. I nie wracała już do Doroty. Po kapuśniaczku podała mi niewielką porcję kurczaka z ryżem, a kiedy zjadłem, usiadła obok.
    - Dasz radę trochę się pomoczyć? – zapytała z troską.
    - A gdzie jest Barbara? – zainteresowałem się nieoczekiwanie brakiem drugiej opiekunki.
    - Poszła do swojej pracy – Lidka rozłożyła ręce. – Niektórzy muszą pracować, żeby inni mogli pić! – dogryzła mi. – A co, stęskniłeś się za nią? Podobno spała dzisiaj z tobą...
    - Przestań pieprzyć! – rozdrażniła mnie. – Ty też ze mną spałaś, w dodatku nie jeden raz. I co z tego?
    - Ja nie spałam z tobą, tylko z wami! – roześmiała się. – Ale dobrze – spoważniała. – Przepraszam cię, chciałam tylko sprawdzić poziom twojej percepcji, a właściwie to raczej poziom twoich reakcji na określone bodźce. Ale wszystko wygląda normalnie. Wróćmy zatem do początków. Uważam, że woda ci pomoże. Proponuję więc, byśmy poszli do jeziora. Wprawdzie dzisiaj nie jest zbyt ciepło, ale zmuś się, a ja będę ci pomagła. Spróbujemy?
    Opuściłem głowę. Nie wiedziałem co mam odpowiedzieć.
    - Ok. Idę założyć kostium. Zaraz wrócę – zadecydowała i już jej nie było.

    Przyszła po kilku minutach i niemal siłą wygoniła mnie z kuchni. A potem schwyciła za rękę i zaciągnęła nad jezioro. Do wody.
    Zmierzchało już. I chyba to łagodziło moje odczuwanie miejsca. Mniej mi się wszystko kojarzyło a myśli nie odlatywały bez kontroli gdzieś daleko, w nieskończoną przestrzeń. Nie bałem się tak bardzo jak w dzień, że Dorota będzie wszechobecna w tym miejscu. Że wszystko będzie mi tutaj ją przypominać. Że wszystko będzie nią; te zmarszczone fale na powierzchni, oświetlone porannym słońcem… takie jak wtedy, gdy trzymaliśmy straż pod klonem. Te srebrzyste wiry, które wzbudzała, pływając tutaj jak szalona, podobna do wysmukłej ryby… te cudowne chwile, kiedy roześmiana, pozwalała całować swoje, wynurzające się z wody piersi… i tak mocno mnie wtedy obejmowała… Ta woda mnie wzywała... i obiecywała, że Dorotka jest tutaj… a kiedy się w niej zanurzę… zjednoczymy się naprawdę… i na zawsze…

    Lidka nie pozwoliła mi na samotność i na dłuższe rozmyślania. Nie dawała mi chwili spokoju. Chlapała mnie wodą, prowokowała aktywność, pływała dookoła, aż wreszcie, choćby dlatego żeby nie zmarznąć, też musiałem się ruszyć. Popływaliśmy obok siebie, posiedzieliśmy łapiąc oddech na płyciźnie, próbowaliśmy nawet żartować.
    Tematu Doroty nie było. Mówiła o pracy Romka, o swoich problemach z ośrodkiem, a ja odpowiadałem półsłówkami, sygnalizując, że wprawdzie słucham tego co mówi, ale jestem słuchaczem takim bardziej biernym. To jednak niezbyt jej przeszkadzało. Z ożywieniem przeplatała chwile aktywności ruchowej z opowiadaniami. Nie pozwalała mi na swobodne myślenie, na zamknięcie się w sobie. Pilnowała tego dokładnie. I przeszła niemal godzina, gdy poczułem, że woda wyssała ze mnie wszystko. Po pierwsze byłem głodny, a po drugie niemal już nie czułem syndromu dnia wczorajszego. Resztki kaca rozpuściły się w wodzie. Miałem dość jeziora.
    Wróciliśmy do domu biegiem, trzymając się za ręce. Było już niemal całkiem ciemno i od ganku, musieliśmy wszędzie zapalać światło. Do samej łazienki.

    A tam, zaraz po wejściu, Lidka bez skrępowania zrzuciła z siebie kostium i weszła pod prysznic. Nieco zdziwiony zrobiłem to samo. Zrzuciłem slipki i dołączyłem do niej. Było mi zimno i chciałem po prostu rozgrzać się pod ciepłą wodą. No i znaleźliśmy się w niemal takiej samej sytuacji, jak często miało to miejsce z Dorotą. Ale to „niemal” jednak znacznie się różniło. Lidka odsunęła się trochę, robiąc mi miejsce i to było wszystko.
    Obydwoje nie zwracaliśmy uwagi na swoją nagość. Jakby nas wobec siebie coś zaimpregnowało. Wytrzeźwiałem już przecież, ale nie czułem pożądania. Lidka była dla mnie bardziej takim obiektem artystycznym, a nie obiektem pożądania. Zgrabną, młodą dziewczyną. Bardzo sympatyczną i mającą wiele zalet. Jednak nie czułem żadnej pokusy, żeby skorzystać z sytuacji. Ona tak samo nie próbowała niczego. Wymieniliśmy parę zdań, zupełnie luźnych, takich kumpelskich i nic więcej. Zresztą, lejące się strumyki wody, nie sprzyjały rozmowie.
    Po kilku minutach uznała chyba, że opłukała się dokładnie i spokojnie wyszła zostawiając mnie samego, po czym wytarła ręcznikiem i zarzuciła szlafrok na gołe ciało.
    - Idę do kuchni, zrobię coś do jedzenia – oznajmiła głośno, przekrzykując szum wody i już jej nie było.

    Kiedy ciepło znowu wróciło w moje żyły, tym razem bez wódki, wytarłem się ręcznikiem i usiadłem na skraju jacuzzi. Nastrój miałem nieciekawy. Dorota ciągle zajmowała więcej niż dziewięćdziesiąt dziewięć procent moich myśli. Jak ja będę mógł z tym wszystkim normalnie funkcjonować? Przecież tego nie da się zapomnieć!
    Byłem niemal trzeźwy, wody jeziora zrobiły swoje, chociaż wciąż czułem się słaby i jednocześnie jakiś taki dziwnie bezwładny czy nawet bezwolny. Byłem głodny, ale nie miałem chęci na spotykanie się nawet z Lidką. Za bardzo przypominała mi chwile spędzone z Dorotą.

    Lidka nie dała mi jednak możliwości, ani czasu na rozpamiętywanie, bo weszła do łazienki i bezceremonialnie wypędziła do kuchni. Tam wreszcie zjadłem odgrzaną zupę Doroty, bardzo zresztą smaczną, a potem zjedliśmy resztę kurczaka. Tego samego, którego już wcześniej dała mi skosztować. Musiałem przyznać w duchu, że Dorota, pomimo niewątpliwie dużego napięcia, starała się wtedy ogromnie. Chciała chociaż na pożegnanie pokazać mi swój kunszt… I znowu ogarnęła mnie czułość, tęsknota i jakiś żal…
    Sentymentalne rozmyślania przerwało mi pojawienie się Barbary.

    Było mi głupio, bo momentalnie zdałem sobie sprawę, że obydwoje z Lidką jesteśmy w szlafrokach, a pod nimi nie mamy nic! Zupełnie nic! Bez Barbary nawet bym o tym nie pomyślał, ale teraz? W dodatku obydwa szlafroki były białe. Jak hotelowe. Jakby sugerowały, że jesteśmy parą. I Barbara może tak pomyśleć.
    - Zajrzałam jeszcze, żeby zapytać, czy nie jestem potrzebna – powiedziała nieśmiało, jakby się tłumacząc i weszła do kuchni. – Ale widzę, że pan Tomek wraca do zdrowia.
    - Pani Basiu, dobrze, że pani przyszła. Proszę usiąść! – Lidka przerwała jej energicznie. – Tomka wymoczyłam w jeziorze, jest znacznie odsolony, nie przypomina już bałtyckiego śledzia w beczce, ale to wszystko nie jest jeszcze zakończone. Jesteś może głodny? – rzuciła w moją stronę. Pokręciłem głową przecząco. A Lidka pokiwała wtedy potakująco, jakby ze zrozumieniem. Ale to nie było to.
    - Sama pani widzi, że mowa mu jeszcze nie wraca – skomentowała. – Widać, że uzależnienie od wody rozmownej wcale tak do końca nie minęło. Dlatego nawet na parę sekund nie wolno go spuścić z oczu. To bezradne dziecko, które na razie w każdej chwili może zrobić sobie krzywdę. A ja przecież potrzebuję czasem wyjść chociażby do toalety. Dlatego jeśli pani może, to proszę mi pomóc!
    - Ależ oczywiście! Swoje codzienne obowiązki na dzisiaj już zrealizowałam.
    - To proszę mnie zastąpić przez chwilę. Muszę się ubrać.

    Wyszła z kuchni. Barbara zaś spoglądała na mnie.
    - Mam nadzieję, że panu już lepiej. Bałam się o pana.
    - Lepiej… – pokiwałem głową. – Tylko nie wiem dla kogo – odpowiedziałem. Raczej niegrzecznie. – Ale dziękuję pani za pomoc. Może to właśnie pani obecność odwiodła mnie od innych głupstw… nie wiem. Niewiele z tego wszystkiego pamiętam.
    - Zdarza się – położyła dłoń na moim kolanie. – Zdarza się, że życie zaboli. Bardzo zaboli. Sama też to znam. Znam bardzo dobrze. Ale z panem to musiało się tak zakończyć…

    Dodano po 2 [godziny] 3 [minuty]:

    - Dlaczego pani tak mówi? – zawołałem z wyrzutem.
    - Panie Tomku, nie wspominałam o tym – mówiła cicho i spoglądała tak, jakby czegoś się wstydziła – bo nie chciałam wtrącać się w nie swoje sprawy. Ale pamiętam dobrze, jak w sklepie, zaraz na początku, zanim pana poznałam, ktoś powiedział o was: „Ciekawe tylko kto kogo zostawi na koniec tej zabawy”. A potem, kiedy pana poznałam i zorientowałam się jak bardzo zaangażował się pan w ten związek, nie miałam wątpliwości, że właśnie pan zostanie na lodzie. Nie wiedziałam tylko kiedy to nastąpi…
    Schowałem twarz w dłoniach. Jasne. Przed wszystkimi musiałem wyjść na starego durnia...
    - Pani Dorota jest jeszcze bardzo młoda – kontynuowała, dotykając mojego łokcia. – Jeszcze nie wie co w życiu naprawdę się liczy i nie potrafi tego docenić. Ja widziałam, jak pan na nią spoglądał. I jak robił pan wszystko co tylko zechciała. Był pan na każde jej skinienie. Boże, gdyby ktoś na mnie tak patrzył, to ja robiłabym dla niego wszystko! A nie odwrotnie... Ja bym nigdy pana tak nie zlekceważyła…
    Kręciłem głową, bo nie chciało mi się mówić, a nie zgadzałem się z jej słowami. Na moje szczęście, do kuchni wróciła Lidka i nie musiałem odpowiadać. Ubrana w dżinsy i bluzkę, w ręce trzymała butelkę z jakimś słodkim likierem. Moje spojrzenie w stronę tej ręki nie uszło jej uwagi.
    - Tomek, ty też się ubierz – zaproponowała. – Napijesz się? – dodała z ironią i podsunęła mi butelkę niemal pod nos. Ale nawet się nie uśmiechnąłem.
    - Idę do łóżka – odpowiedziałem. – Jestem jakiś taki słaby…
    - To idź. Nawet tak będzie lepiej. A my sobie posiedzimy z panią Basią.
    - Nie chciałabym państwu przeszkadzać – usłyszałem Barbarę.
    - Wcale pani nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Sama pani widzi, że z Tomka to dzisiaj towarzystwo żadne. A spać mi się nie chce. Kieliszeczek nam nie zaszkodzi, może znajdę też jeszcze jakiś kawałek ciasta w zamrażarce, a co! Jak szaleć to szaleć! Nam się też coś od życia należy!
    Skierowałem się do drzwi.
    - Zaraz tam przyjdę na chwilę – usłyszałem Lidkę. Przystanąłem i odwróciłem się.
    - Nie musisz, a nawet lepiej żebyś nie przychodziła. Nie bój się, nie będę ani pił, ani nawet szukał wódki. Chcę tylko spokoju.
    - W porządku, ale wybacz i tak zajrzę. Wolę to widzieć.
    Wzruszyłem ramionami. Niech robi co chce. Teraz już wszystko wytrzymam.

    W sypialni zrzuciłem szlafrok i schowałem się pod kołdrą. Byłem naprawdę słaby. Nawet nie chciało mi się myśleć o tym, co mówiła Barbara. Czułem, że swoimi słowami krzywdzi Dorotkę. To wcale tak nie było, że tylko ode mnie brała. Sama siebie też nie oszczędzała. I nie kłamała, kiedy powiedziała, że dawała mi wszystko co dać mogła. Owszem, robiłem to co chciała, ale ja tego także chciałem. Do niczego mnie nie zmuszała. A że była urodzonym przywódcą, więc wyglądało to tak, jak wyglądało.
    Tym razem nie wierciłem się. Leżałem spokojnie, niemal nieruchomo. Za jakiś czas usłyszałem, że przyszły obydwie.
    Lidka podeszła do samej krawędzi łóżka, a Barbara została raczej bliżej drzwi.
    - Śpisz? – usłyszałem cichy głos Lidki. Pokręciłem nieznacznie głową. – Wszystko w porządku? – zapytała jeszcze. Tym razem skinąłem potakująco. – To nie przeszkadzamy – oświadczyła i wyszły.

    Nie wiem kiedy zasnąłem, ale obudziła mnie jakaś krzątanina w sypialni i czyjaś obecność. Uniosłem głowę i zobaczyłem Lidkę. Siedziała na brzegu łóżka, po przeciwległej stronie i najwyraźniej szykowała się do spania. Była już przebrana, w kusej koszulce i coś tylko układała jeszcze na szafce. Zauważyła, że nie śpię, jednak nie zareagowała. Spokojnie wsunęła się pod kołdrę i przez chwilę próbowała znaleźć sobie najwygodniejsze miejsce do spania, po swojej zwykłej stronie.
    - Która godzina? Gdzie Barbara? – zapytałem.
    - Dochodzi północ. A Barbara poszła do domu. Nie chciała zostać. I jak? Wracasz do życia?
    - Wracam. Lidka, jutro chciałbym jechać do domu.
    Odwróciła się na bok i ręką podparła głowę, opierając łokieć na poduszce. – Pojedziesz, nie martw się. Niezbyt mi to odpowiada, bo miałam wrócić do domu, ale jak chcesz, to cię zawiozę.
    - Myślisz o Warszawie?
    - A o czym mam myśleć?
    - Nie, nie chcę do Warszawy. Zawieź mnie do Ełku. Odjadę stamtąd.
    - Masz pociąg bezpośredni?
    - Do końca wakacji mam. Poradzę sobie.
    - A o jakiej porze?
    - Niemal w samo południe. Tylko mam taki problem. Chciałbym, żebyś opróżniła lodówkę i zamrażarkę. Bo to wszystko się zepsuje
    Przysunęła się do mnie i położyła lewą dłoń na moim ramieniu. – Przestań, to nie jest problem. Już o tym myślałam i rozmawiałam z Barbarą. Zajmiemy się domem, oczywiście jeśli się zgadzasz. Wszystko będzie wyprane i posprzątane. Zresztą, nie ma tego aż tak dużo. Dorota większość załatwiła sama.
    - Miałem zawiadomić policję o swoim wyjeździe…
    - Zawiadomię, nie myśl o tym – niemal przytuliła głowę do mojej. – Jutro tylko musisz mi pokazać jak się opróżnia instalację z wody na zimę. Na razie nie można tego zrobić, bo czeka nas jeszcze dezynfekcja jacuzzi. Jeśli jej nie zrobić teraz, potem będzie ogromny smród.
    - Dziękuję ci – powiedziałem.
    - Drobiazg. Korzystałam z tego, więc ode mnie też coś ci się należy. Umówmy się, że ja już wszystko tu wezmę na siebie. Zresztą, będę korzystać z pomocy pani Basi. Obiecała mi nawet, że będzie obserwować, czy ktoś się w okolicy nie kręci.
    - Nawet nie mam jak wam się odwdzięczyć…
    - Oj, Tomek, Tomek! – uśmiechnęła się i objęła mnie ręką, przyciskając do siebie. Mój nos znalazł się pośrodku jej biustu. Po chwili zwolniła uścisk, odsunęła się nieco i spoważniała. Tym razem patrzyła mi w oczy, co wyraźnie widziałem w świetle nocnej lampki. – Umówmy się, że nie masz wobec mnie żadnych zobowiązań. Przeciwnie, to ja je mam wobec ciebie.
    - Ty? A niby skąd? I jakie? – roześmiałem się z goryczą. – Nie dokuczaj mi już – odwróciłem się na plecy. – Wytrzeźwiałem i wiem co robiłem.
    Gwałtownym ruchem ręki odwróciła mnie znowu na bok ku sobie i poczułem jak zakłada nogę na moje. Niemal cała przywarła do mnie i teraz jej twarz miałem tylko o kilkanaście centymetrów od swojej.
    - Ja nie zapomniałam dyskoteki i pamiętam co ci zawdzięczam – powiedziała poważnym tonem. A opinia komisarza mnie nie interesuje. On wie swoje, a ja swoje. Wiem co i jak ty myślałeś, oraz to co zrobiłeś. Dlatego możesz zawsze na mnie liczyć. Mogę się nawet z tobą przespać, jeśli to w czymś pomoże – roześmiała się.
    - Daj spokój, chyba nie mówisz tego poważnie.
    - Może i niepoważnie. – Poczułem jak jej dłoń powędrowała na mój pośladek. I zaraz mnie poklepała.
    Byłem całkiem nagi, po prysznicu nie ubrałem nawet bielizny, a wchodząc pod kołdrę, po prostu zdjąłem szlafrok i już. Nie spodziewałem się, że tutaj przyjdzie.
    I nie miałem żadnej ochoty na seks. Może nawet wtedy, gdy jeszcze była Dorota, bardziej podniecałaby mnie taka możliwość, ale teraz byłem zupełnie wyzerowany. Jedynie Dorota mogłaby uruchomić moją wyobraźnię. Ale Doroty już nie było…
    Lidka podciągnęła dłoń do góry, ale jej nie zabrała z mojego ciała, jednak żadnej innej aktywności nie przejawiała. Jej dłoń spoczywała nieruchomo na moim boku. Ja też się nie ruszałem. Nie chciało mi się nawet cofnąć.
    - Nawet ja sam nie jestem w stanie wyobrazić teraz siebie z inną kobietą – westchnąłem.
    - Nie szkodzi – zabrała rękę i odsunęła się trochę. – Przecież wiem, że nie jesteś niesprawny – rzuciła z wyraźnym uśmiechem, niby żart. – Ale chciałam jeszcze zwrócić ci uwagę na coś innego – gładko porzuciła ten temat.
    - Na co?
    - Pamiętam naszą rozmowę, kiedy tu przyjechaliśmy. I spróbuję wynająć od twojego szwagra ten dom. Więc sam chyba rozumiesz, że mnie samej też zależy, aby nie stracił swoich zalet. Dlatego też, w swoim własnym, przyszłym interesie, zadbam o niego. Jeśli tylko zostawisz mi klucze.
    - Przecież wiesz gdzie są klucze. I gdzie się je przechowuje.
    - I tak je zostawisz?
    - Tak zamierzałem. Nie wiem, czy Stefan przyjedzie tutaj w tym roku, ale mam nadzieję, że tak. A zresztą, trudno cokolwiek przewidywać.
    - W każdym razie o dom się nie martw. Zrobię tu porządek, chociaż nie jutro. Na razie będę musiała pojechać do domu, bo ojciec urwie mi głowę.
    - Dziękuję ci – podniosłem się na łokciu i pocałowałem ją w policzek. Nieoczekiwanie objęła moją głowę i przez chwilę mocno się przytulała.
    - Chciałabym ci pomóc – powiedziała jakoś tak dziwnie miękko, kiedy już nieco się odsunęła. – Naprawdę chciałabym, ale nie umiem. Pamiętaj, że zawsze możesz do mnie przyjechać. Zawsze twój widok mnie ucieszy. Jednak o Dorocie lepiej zapomnij. Będzie ci lżej w życiu. Ja ją znam. Coś sobie wbiła do głowy i koniec. Zdania nie zmieni nigdy. Nie masz na co liczyć. Przykro mi, że muszę to powiedzieć, ale uważam, że prawda, choćby gorzka, jest lepsza niż oszukiwanie. A ja nie chcę ciebie oszukiwać. Zresztą, ja zawsze mówię to co myślę, chociaż nie zawsze dobrze na tym wychodzę. Po prostu taka już jestem. I nie mam zamiaru się zmieniać.

    Znieruchomiałem. Niby wszystko to wiedziałem, ale kolejne potwierdzenie i tak odebrało mi te niewiele sił, które jeszcze miałem. Lidka uważnie mnie obserwowała.
    - Przynieść ci wody?
    Skinąłem głową. Bez słowa wstała i poszła do kuchni. Przyniosła butelkę i szklankę. A kiedy siedząc w łóżku, z ulgą opróżniłem połowę szklanki, pomogła mi się położyć, niczym obłożnie choremu, po czym znowu spoczęła obok.
    - Przyjedziesz w przyszłym roku? – zapytała. – Przyjedź! Może i Dorotę wtedy namówię…
    Leżałem bez ruchu i tylko moja głowa drgała na szyi w lewo i w prawo.
    - Ty nawet nie wiesz co mówisz…
    - Dlaczego? – nie rozumiała.
    - Dlatego, że ja nie przyjadę tutaj nigdy. Nie mam siły opowiadać ci o tym, zapytaj Dorotki. Ona wie wszystko. Niczego przed nią nie ukrywałem. Kiedy stąd wyjadę, to nikt i nic mnie nie zmusi, żeby tu wrócić.
    - Tomek, a o czym mówisz? – aż niemal usiadła.
    - Nie chcę do tego wracać, proszę! Jestem wykończony. Muszę stąd wyjechać i już. Ja się teraz tutaj duszę! I nigdy nie będę mógł powrócić do tych miejsc, gdzie byliśmy razem z Dorotką. A u ciebie też byliśmy, nie zapominaj o tym.
    - Nic z tego nie rozumiem – opadła na poduszkę, kiedy skończyłem.
    - To nieważne – rzuciłem jeszcze. – Nie ma już znaczenia. Tak właściwie, to dobrze, że dzisiaj tu przyszłaś. Ty jedna, a dokładniej twoja obecność, trochę łagodzi moje czarne myśli. Bo ty troszeczkę kojarzysz mi się z nią. I nie zostawiaj mnie samego, bo nawet na trzeźwo nie jestem pewien co mogę zrobić.
    - Nie zostawię, możesz spać spokojnie – przysunęła się do mnie. Objąłem ją i wcale się przed tym nie broniła.
    Ale nie było w tym seksualnego podtekstu. Nie czułem pożądania i zdałem sobie sprawę, że Lidka też o takich sprawach nie myśli. Ja widziałem w niej tylko bratnią duszę; jedyną osobę, która teraz jest w stanie mnie zrozumieć. A jej obecność była dla mnie kojąca. Teraz pewnie myślała o tym co jej powiedziałem. I chociaż nie wszystko wiedziała, to pewnie wyczuwała, że mówię prawdę. Niezbyt wesołą.
    - Będziesz mógł spać? – zapytała, unosząc nieco głowę.
    - Będę próbował. Ale śpij jeśli chcesz. Ja będę grzeczny i spokojny.
    - To śpijmy. Dobranoc! – odwróciła się i zaczęła układać na boku. Pochyliłem się i od tyłu, jeszcze raz ją pocałowałem. W policzek. – Dobranoc! – szepnąłem jeszcze do ucha. Odwróciła głowę a jej dłonie znowu objęły moją. I przyciągnęła moje usta do swoich. – Dobranoc! – powtórzyła, całując mnie. – I nie zapomnij, że jestem twoją dłużniczką. Zawsze możesz na mnie liczyć. A teraz już śpijmy.
    Zabrała dłonie, więc opadłem na poduszkę. Poleżałem przez chwilę nieruchomo, a potem sięgnąłem ręką do Lidki talii i przysunąłem ją nieco w swoją stronę. Poddała się temu, a ja leciutko oparłem głowę o jej plecy i znieruchomiałem. Leżała teraz niemal w ulubionej pozycji Dorotki, tak, jak najczęściej zasypialiśmy. I to mi pomogło. Niezadługo rzeczywiście zasnąłem.

    Rano, wszystko przebiegło już bardzo szybko. Bieganina, związana z pakowaniem i przygotowaniem do podróży powodowała, że nie czułem nawet upływu czasu. A jeszcze musiałem pokazać Lidce jak zabezpieczyć dom na zimę, no i po raz ostatni przeglądnąć wszystkie pomieszczenia. Dlatego przybycie Barbary trochę mnie zaskoczyło, bo okazało się, że jest już po dziesiątej.
    Przyniosła mi całą siatkę gotowych kanapek, sporo świeżych owoców i zaraz też dowiedziałem się, że jedzie z nami na dworzec. Jeszcze wczoraj dogadała się z Lidką. Obydwie kolejny raz zapewniły mnie, że wszystko pomyją, sprawdzą na spokojnie, posprzątają, no i byliśmy w zasadzie gotowi do drogi. Przypomniałem sobie też o naszej skarbonce na zakupy. Kiedy otwarłem puszkę, okazało się, że jest tam znacznie więcej pieniędzy, niż zostawiłem po mojej ostatniej wyprawie do sklepu. Widocznie Dorota dorzuciła tam przed swoim wyjazdem. Chciałem je oddać Lidce, ale nie wzięła. W ogóle nie chciała nawet słyszeć o jakichś rozliczeniach finansowych pomiędzy nami. Barbara zresztą też. Powiedziała tylko, że za wszystko już jej zapłaciłem. Pooglądałem jeszcze raz pokoje. W domu zostawał tylko neseser Lidki. Miała go zabrać później.
    A potem wyszliśmy z domu. Ostatni raz spojrzałem w stronę jeziora i poszedłem ostatni raz otworzyć bramę. Kiedy Lidka wyjechała na dróżkę, ostatni raz spojrzałem na dom, przymknąłem bramę i wsiadłem do toyoty. I już nie obejrzałem się za siebie.

    Pociąg był tutaj podstawiany, można więc będzie wejść wcześniej do wagonu, ale nie miałem biletu. Lidka wzięła ode mnie pieniądze i poszła do kasy, a my z Barbarą zostaliśmy przy bagażach na peronie.
    - Kiedy przyjedzie pan w nasze strony? – zapytała.
    - Nie wiem czy kiedykolwiek… - pokręciłem głową.
    - Ja się nie zgadzam – oświadczyła. – Pan jest mi coś winien! – spojrzała mi w oczy.
    Nie kontaktowałem. Nie rozumiałem co ma na myśli. – To proszę powiedzieć co, bo nie chciałbym zostawiać za sobą długów…
    Uśmiechała się nieśmiało. – Panie Tomku… pan mnie zapraszał na grilla...
    - No tak. Zgadza się. A wyszło tak, jak wyszło… – mruknąłem.
    Zamilkliśmy. Rozmowa pomiędzy nami stawała się coraz trudniejsza. Po chwili Lidka wróciła z biletem.
    - Tomek, wzięłam ci pierwszą klasę i to z miejscówką. Przynajmniej dojedziesz na miejsce w miarę wygodnie.
    - Może być, dziękuję – odpowiedziałem. Odszukaliśmy mój wagon i zająłem się wnoszeniem bagaży do przedziału. A kiedy wszystko było już na swoim miejscu, przysiedliśmy jeszcze na kanapie.
    - Cóż, przyszła pora podziękować wam za wszystko – przytuliłem Lidkę do siebie, bo usiadła obok. Ale lekko mnie odepchnęła i wstała.
    - Wstawaj! – wyciągnęła ręce. – Pocałuj mnie jak należy, a nie tak półgębkiem – chichotała. Nie było wyjścia, uściskaliśmy się serdecznie na stojąco. Ale kiedy już się wycałowaliśmy, to w naszych oczach śmiechu nie było.
    - Przyjedź! Postaraj się. Spróbuj się przełamać! – powiedziała cicho.
    - Nie wiem – odpowiedziałem ze skwaszoną miną i odwróciłem w stronę Barbary. Też wstała i czekała.
    Ją też objąłem i też wycałowaliśmy się. Miałem wrażenie, że nie było to zdawkowe pozegnanie.
    - Będę czekała na tego grilla… – szepnęła.
    - Jakiego grilla? – Lidka nie zrozumiała.
    - Pan Tomek zaprosił mnie przedwczoraj na grilla – wyjaśniła. – Ale jakoś wtedy nic z tego nie wyszło, więc muszę poczekać.
    - No, kochany! – Lidka odzyskiwała dobry humor. – Takich długów nie zostawia się za sobą. Musisz przyjechać! Nie masz wyjścia – pokpiwała. Ale nadal nie miałem nastroju.
    - Problem w tym, że to wszystko ma niewiele wspólnego z moim chceniem czy też niechceniem. Nie zależy od mojej woli.
    - Dlaczego? – zainteresowała się Barbara.
    - Żebym ja to wiedział…
    Przed drzwiami przedziału przystanął mężczyzna. Spojrzał na trzymany w ręce bilet, a potem na numer przedziału.
    - Dzień dobry – przywitał się.
    - Dzień dobry – mruknęliśmy. – Już wychodzimy! – dodała Lidka i odwróciła się do mnie. – No, musimy już wyjść. Jeszcze raz, trzymaj się i pamiętaj, że nadal jestem twoją dłużniczką!
    Jeszcze raz objęliśmy się, jeszcze raz pocałowali, a potem tak samo powtórzyliśmy wszystko z Barbarą. Po chwili otwarłem okno, a one przystanęły na peronie naprzeciwko.
    - Tomek, przyjedź, spróbuj się przełamać! – Lidka jeszcze próbowała mnie namawiać. – Panie Tomku, będę czekał! – Barbara też żartowała.
    Niby uśmiechałem się do nich, ale chyba kiepsko mi to wychodziło. Jakoś nie potrafiłem otrząsnąć się i pozbyć przygnębienia. Zawładnęło mną do szpiku kości. Czułem się fatalnie i ciśnienie mi rosło. Za chwilę to wszystko się skończy…

    Właściwie to poczułem ulgę, gdy pociąg ruszył. Jeszcze machaliśmy do siebie rękami, one malały, malały, aż w końcu znikły za zakrętem. Wagon mi je przesłonił. I w tej też chwili, lato dla mnie się skończyło. Ostatecznie i nieodwołalnie.
    Wracałem do domu.

    KONIEC

    Dalsze, późniejsze losy głównych bohaterów (i nie tylko) można znaleźć w opowiadaniu "Hotel LIMAN".
  • #8
    spec220
    Level 21  
    Może zbierze kolega jakąś ekipę i wrzuci ekranizację na YT ? Bo od czytania to tak trochę oczy bolą. (Zwłaszcza po sylwestrze.)
    Oprócz romansów fajne są też "kabarety".

    Jeden z lepszych kabaretów (jak dla mnie), to "Jeżyk dziś nie pije", albo "silna wola"
    Ostatnio wpadł mi w oko ten: (rozwala na stojąco)

    https://www.elektroda.pl/rtvforum/topic3762900.html
  • #9
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    spec220 wrote:
    Może zbierze kolega jakąś ekipę i wrzuci ekranizację na YT ? Bo od czytania to tak trochę oczy bolą.

    Ale tylko tych, którzy liter nie znają. Z czasem, gdy oczy do ich kształtu się przyzwyczają, ból przechodzi.

    PS. "Jeżyk" to jest imię, pisze się go jednak nieco inaczej. Czyli "Jerzyk". Od "Jerzy" albo Jurek.
  • #10
    rys57
    Moderator
    retrofood wrote:
    "Jeżyk" to jest imię, pisze się go jednak nieco inaczej.
    Może jednak nie imię, nazwa zwierzątka o inteligencji... takiej jaką ma. Sorry, ale nie dorosłem do poziomu, który wyżej wspomniane kabarety prezentują :)
  • #11
    reaven22
    Level 28  
    retrofood wrote:
    Dalsze, późniejsze losy głównych bohaterów (i nie tylko) można znaleźć w opowiadaniu "Hotel LIMAN".


    Tak głupio zapytam, bo chyba gdzieś mi umknął jakiś kawałek pomiędzy "Tamto lato - powieść prowokacyjna." a dyskoteką :) i nie mogę namierzyć ??
  • #12
    spec220
    Level 21  
    rys57 wrote:
    Sorry, ale nie dorosłem do poziomu, który wyżej wspomniane kabarety prezentują

    Czasem jest i tak, że trzeba się uniżyć. Zresztą to też i kwestia gustu oraz tego jak bardzo na serio traktujesz eter który ciebie otacza. :D
  • #13
    retrofood
    VIP Meritorious for electroda.pl
    reaven22 wrote:
    retrofood wrote:
    Dalsze, późniejsze losy głównych bohaterów (i nie tylko) można znaleźć w opowiadaniu "Hotel LIMAN".


    Tak głupio zapytam, bo chyba gdzieś mi umknął jakiś kawałek pomiędzy "Tamto lato - powieść prowokacyjna." a dyskoteką :) i nie mogę namierzyć ??

    Tutaj nie było to publikowane. I mam problemy, gdyż padł dysk na którym znajduje się tekst źródłowy. Jeśli jesteś mocno zainteresowany, to mi przykro, ale musisz poczekać. Może kiedyś znajdę czas na poskładanie tego do kupy.