Na dachu bloku, gdzie mieszkam, od lat znajduje się antena dla odbioru sygnałów od samolotów usytuowanych w powietrzu nad określonym obszarem. Te dane zawierają między innymi numer lotu, nazwę firmy lotniczej, model statku, jego kierunek, wysokość i prędkość oraz inne aspekty, niezbędne dla działania systemu ADS-B i MLAT.
Odbiornik przekazuje te informacje do serwerów służby FlightAware, która udostępnia je na swojej stronie internetowej. Dzięki temu każdy użytkownik może sprawdzić stan dowolnego statku powietrznego posiadającego odpowiedni nadajnik. Mój problem polega na tym, że prawie cała przestrzeń na północy jest zasłonięta łańcuchem gór, które mają wysokość od 900 do 1500 metrów i znajdują się w odległości 4 km. Nie pomagają też wysokie budynki wokół bloku.
Postanowiłem więc umieścić antenę z odbiornikiem na szczycie pobliskiej góry, którą widać z mojego balkonu na parterze. Widoczność po prostej jest dla mnie istotna, bo połączenie internetowe z odbiornikiem możliwe jest tylko z domu przez WiFi. I na tym polega główny problem. Wiadomo, że moc WiFi z antenami wszechkierunkowymi pozwala na połączenie w zasięgu tylko kilkudziesięciu metrów.
Pierwsze rozwiązanie, które wpadło mi do głowy — znów skorzystać z anten satelitarnych. A raczej z: „talerzy”, których nie używam już do odbioru telewizji. To dlatego, że mamy na osiedlu wspólną antenę. Moim zdaniem to pozwoli zwiększyć zakres domowej sieci WiFi aż do kilku km. Co potwierdza praktyka.
Zamiast konwertera po stronie domu stosuję zewnętrzną kartę WiFi-USB, którą zamocowałem w ognisku anteny za pomocą samodzielnego uchwytu. Blok odbioru ma antenę WiFi na obudowie, nie ma możliwości umieszczenia jej zamiast konwertera. Więc używam do połączenia kabla. Odbiornik zamontowałem z innej strony czaszy. Mam pewne wątpliwości co do wydajności anten na kartach WiFi i zastosowałem samodzielne dipole z polaryzacją poziomą z obu stron.
Poziomy kierunek anten satelitarnych ustalić było dość łatwo, bo z balkonu widzę szczyt góry, z góry zaś — dom. Co do kierunku pionowego, to należy pamiętać, że on się znajduje pod kątem do osi i należy go ustawić bardzo w dół. Z poziomu domu to mniej więcej odpowiada kątowi nisko znajdujących się satelitów. Antenę na górze zaś przewróciłem o 180 stopni. W ten sposób czasza będzie służyć jako dach na opady atmosferyczne. Chociaż to nie wystarczy. Dodatkowo umieściłem całość w pojemniku na żywność.
Pozostaje kwestia zasilania — na górze nie ma prądu. To jest prawie dziki szczyt. Najbardziej bliskie źródło prądu znajduje się pod nim w odległości 1 km. Jednak ta strona góry jest niemal pionowa. Musiałem skorzystać z powerbanka zasilanego panelem fotowoltaicznym. Odbiornik na bazie Raspberry Pi używa prawie 0,5A, więc pojemności wystarczy na kilka godzin. Niestety w nocy nie ma zasilania od paneli fotowoltaicznych, dlatego odbiornik się wyłącza. Teraz opracuję konstrukcję małego wiatraka, który ma zapewnić stałą pracę.
Kolejnym wyzwaniem było dotarcie do miejsca instalacji całego urządzenia. Jak wspominałem, szczyt góry znajduje się w odległości 4,5 km. Jednak z powodu prawie pionowej ściany nie da się wspinać na skróty. Tym bardziej nie ma nawet ścieżki. Miałem doświadczenie, kiedy dwa lata temu próbowałem zejść z tego szczytu. Ta wyprawa na odległość 500 m zajęła 4 godziny, dużo wysiłku i nie jest bezpieczna.
Jedyna droga jest wokół wschodniej części góry i ma 20 km. W tym ostatni 10-kilometrowy odcinek nie jest utwardzony. Jest naprawdę trudny nawet dla terenówek. Dlatego paralotniarze już dawno z uroków tej góry nie korzystają. Chociaż wiele lat temu próbowali zorganizować tutaj skoki. Dla mnie dany stan rzeczy jest raczej atutem. A to dlatego, że ostatecznie bardzo mało ludzi tam trafia, więc nie sądzę, że ktoś ukradnie urządzenie. Nawet Google nie poleca tej drogi, lecz proponuje pokonać ścianę góry skrótem, co stanowi wyczyn dostępny tylko dla osób doświadczonych.
Oczywiście, że to rozwiązanie pasuje nie tylko do połączenia odbiornika ADS-B i MLAT, ale w ogóle rzecz biorąc do zwiększenia zasięgu WiFi bez konieczności zakupu drogich przyrządów.
Odbiornik przekazuje te informacje do serwerów służby FlightAware, która udostępnia je na swojej stronie internetowej. Dzięki temu każdy użytkownik może sprawdzić stan dowolnego statku powietrznego posiadającego odpowiedni nadajnik. Mój problem polega na tym, że prawie cała przestrzeń na północy jest zasłonięta łańcuchem gór, które mają wysokość od 900 do 1500 metrów i znajdują się w odległości 4 km. Nie pomagają też wysokie budynki wokół bloku.
Postanowiłem więc umieścić antenę z odbiornikiem na szczycie pobliskiej góry, którą widać z mojego balkonu na parterze. Widoczność po prostej jest dla mnie istotna, bo połączenie internetowe z odbiornikiem możliwe jest tylko z domu przez WiFi. I na tym polega główny problem. Wiadomo, że moc WiFi z antenami wszechkierunkowymi pozwala na połączenie w zasięgu tylko kilkudziesięciu metrów.
Pierwsze rozwiązanie, które wpadło mi do głowy — znów skorzystać z anten satelitarnych. A raczej z: „talerzy”, których nie używam już do odbioru telewizji. To dlatego, że mamy na osiedlu wspólną antenę. Moim zdaniem to pozwoli zwiększyć zakres domowej sieci WiFi aż do kilku km. Co potwierdza praktyka.
Zamiast konwertera po stronie domu stosuję zewnętrzną kartę WiFi-USB, którą zamocowałem w ognisku anteny za pomocą samodzielnego uchwytu. Blok odbioru ma antenę WiFi na obudowie, nie ma możliwości umieszczenia jej zamiast konwertera. Więc używam do połączenia kabla. Odbiornik zamontowałem z innej strony czaszy. Mam pewne wątpliwości co do wydajności anten na kartach WiFi i zastosowałem samodzielne dipole z polaryzacją poziomą z obu stron.
Poziomy kierunek anten satelitarnych ustalić było dość łatwo, bo z balkonu widzę szczyt góry, z góry zaś — dom. Co do kierunku pionowego, to należy pamiętać, że on się znajduje pod kątem do osi i należy go ustawić bardzo w dół. Z poziomu domu to mniej więcej odpowiada kątowi nisko znajdujących się satelitów. Antenę na górze zaś przewróciłem o 180 stopni. W ten sposób czasza będzie służyć jako dach na opady atmosferyczne. Chociaż to nie wystarczy. Dodatkowo umieściłem całość w pojemniku na żywność.
Pozostaje kwestia zasilania — na górze nie ma prądu. To jest prawie dziki szczyt. Najbardziej bliskie źródło prądu znajduje się pod nim w odległości 1 km. Jednak ta strona góry jest niemal pionowa. Musiałem skorzystać z powerbanka zasilanego panelem fotowoltaicznym. Odbiornik na bazie Raspberry Pi używa prawie 0,5A, więc pojemności wystarczy na kilka godzin. Niestety w nocy nie ma zasilania od paneli fotowoltaicznych, dlatego odbiornik się wyłącza. Teraz opracuję konstrukcję małego wiatraka, który ma zapewnić stałą pracę.
Kolejnym wyzwaniem było dotarcie do miejsca instalacji całego urządzenia. Jak wspominałem, szczyt góry znajduje się w odległości 4,5 km. Jednak z powodu prawie pionowej ściany nie da się wspinać na skróty. Tym bardziej nie ma nawet ścieżki. Miałem doświadczenie, kiedy dwa lata temu próbowałem zejść z tego szczytu. Ta wyprawa na odległość 500 m zajęła 4 godziny, dużo wysiłku i nie jest bezpieczna.
Jedyna droga jest wokół wschodniej części góry i ma 20 km. W tym ostatni 10-kilometrowy odcinek nie jest utwardzony. Jest naprawdę trudny nawet dla terenówek. Dlatego paralotniarze już dawno z uroków tej góry nie korzystają. Chociaż wiele lat temu próbowali zorganizować tutaj skoki. Dla mnie dany stan rzeczy jest raczej atutem. A to dlatego, że ostatecznie bardzo mało ludzi tam trafia, więc nie sądzę, że ktoś ukradnie urządzenie. Nawet Google nie poleca tej drogi, lecz proponuje pokonać ścianę góry skrótem, co stanowi wyczyn dostępny tylko dla osób doświadczonych.
Oczywiście, że to rozwiązanie pasuje nie tylko do połączenia odbiornika ADS-B i MLAT, ale w ogóle rzecz biorąc do zwiększenia zasięgu WiFi bez konieczności zakupu drogich przyrządów.
Fajne? Ranking DIY