Dawno, dawno temu, mniej więcej dwadzieścia lat temu, elektroniczne przyrządy pomiarowe już istniały.
Istniały też i mikroprocesory dedykowane do zadań specjalnych. Kiedy kondensatory właśnie zaczynały być robione byle jak, a Chiny opanowały właśnie światową produkcję wszelkiej elektroniki, powstał miernik o wdzięcznej i nic nie mówiącej nazwie ELC 131.
Właśnie wówczas zaistniała potrzeba, by móc sprawdzać elementy PRZED ich wmontowaniem do naprawianego sprzętu i za spore wówczas pieniądze zdecydowałem się na zakup powyżej wspomnianego mostka. Mostka - bo de facto jest to miernik zastępujący dawniej stosowane mostki (np. Wiena) dużo większe i zdecydowanie bardziej skomplikowane w obsłudze.
Przez wiele lat były to jedyne przyrządy pomiarowe umożliwiające pomiar elementów RCL z dużą dokładnością, ale ze względu na skomplikowane procedury pomiarowe i czas potrzebny do wykonania dokładnego pomiaru jednego elementu dość rzadko używane w serwisach (wiem coś o tym, bo sam używałem takiego jedynie w naprawdę "ekstremalnych" sytuacjach) - po prostu nie było czasu na "zabawę", a i same elementy dostępne na rynku były dużo lepszej jakości niż obecnie produkowane (niestety, taka prawda...).
Tak więc, gdy wreszcie mogłem sobie pozwolić na miernik dużo prostszy w obsłudze, a zapewniający równie dużą dokładność - zdecydowałem się na niego i po wysupłaniu z sakiewki sporej ilości PLNów stałem się szczęśliwym posiadaczem drugiego już miernika "cyfrowego" (pierwszym był i jest uniwersalny miernik DT390 - dziś porównywalny dokładnością pomiarów z niejednym "marketowym" jednak wtedy...
).
Dość szybko okazało się jednak, że nowy zakup jest wybitnie prądożerny - 6f22 (czyli 9 V bateryjka) wystarczała zaledwie na kilkadziesiąt minut! Baterie alkaiczne nieco poprawiały tę sytuację, jednak w dalszym ciągu eksploatacja mostka była... mało ekonomiczna. Sytuację zdecydowanie poprawiła możliwość podłączenia zewnętrznego zasilacza, co natychmiast zastosowałem i zapomniałem o problemie.
O ile sam miernik dziś jest już nostalgicznie traktowaną ciekawostką (mimo, że nadal w pełni sprawny i funkcjonalny), z racji pojawienia się wszelkiego rodzaju testerów (w tym również opisywanego już przeze mnie TC-1) postanowiłem, nie wnikając w szczegóły konstrukcyjne pokazać, "jak to drzewiej robione były mierniki".
Wykorzystując zestaw otrzymany w drodze wymiany punktowej w sklepiku Elektrody, rozkręciłem więc obudowę (po uprzednim zdjęciu stwardniałego już - najpewniej z powodu upływu czasu i przebywania w niezbyt komfortowych warunkach "Holstera") udało mi się rozpołowić obudowę i... tak powstały fotki, do których obejrzenia zapraszam.
Pierwsze wrażenie po zdjęciu tylnej części obudowy pozwoliło mi przypomnieć sobie, że kiedyś chowana tam była bateria - poza tym nic specjalnie ciekawego do oglądania:
Dopiero po odkręceniu widocznych kolejnych śrubek można było zachwycić się kunsztem projektanta tego cacka:
Jak widać - łatwo nie było zaprojektować miernik przy wykorzystaniu ówczesnej technologii. Dwie płytki dwustronne, ogromna ilość elementów, a wszystko spasowane idealnie tak, by zmieściło się w obudowie i nie wymagało przy tym "perswazji". Sama obudowa też mnie zachwyciła - solidny plastik, który mimo wielu lat używania (nie zawsze w białych rękawiczkach) nadal się trzyma (widywałem już obudowy z plastiku, który po kilkunastu latach zaczynał się rozsypywać - wiązania polimerowe przestawały istnieć i wszelkie wrażliwe na obciążenia miejsca po prostu ukruszały się, jakby były robione z... nawet nie szkła, a lodu), a w dodatku przemyślana tak, by w razie konieczności kilkukrotnego rozbierania (mój nie był nigdy naprawiany, a to rozkręcenie było jego pierwszym od wyprodukowania) żaden gwint się nie "wyłopotał" od wielokrotnego wkręcania weń plastowkrętów (prawie to samo co wkręty do drewna, jednak ponieważ "prawie" stanowi istotną różnicę; nie polecam traktować ich zamiennie) - tu zamiast plastowkrętów zastosowano śrubki metryczne i wtopione w słupki nagwintowane tulejki mosiężne - dziś stosowane jedynie czasem i to w sprzęcie z tej "wyższej" półki. [Na marginesie - nieco starszy od ELC 131 mój DT-390 również takowe posiada - znaczy można było...]
Bateria obok i wkrętak pokazują wielkość miernika - w porównaniu do np. TC-1 ELC jest około 3x większy.
A jak wygląda "ciemna strona" tych dwóch płytek oglądanych wcześniej? Jak pisałem - jestem pod wrażeniem tego projektu. A zwłaszcza porównując ten miernik do co niektórych mierniczków po 20 zł, gdzie wszystko załatwia jeden "kleks" plus kilka rezystorów i kondensatorów na jednorazowej płytce zamkniętej w obudowie z tandetnego plastiku... No po prostu nie ma porównania.
Nawet wyświetlacz został solidnie zamocowany w dopasowanej doń ramce PRZYKRĘCONEJ do płyty górnej PCB.
Widać jednak, że konstruktor nie miał łatwego zadania - ówczesne elementy dziś wystarczyłoby zastąpić jednym odpowiednio zaprojektowanym mikroprocesorem, wtedy wszystko trzeba było zrobić z dostępnych (i ekonomicznie uzasadnionych) komponentów. W zasadzie całość (poza jednym wyjątkiem) jest realizowana na prostych układach scalonych - LF 353 (dziś również dostępny i używany) wzmacniacz operacyjny, HEF 4053GT (de/multi plekser) i jedyny w całym mierniku "procesor" służący do sterowania wyświetlaczem.
Tak więc - ze strony komplikacji układowej miernik nie jest niczym niezwykłym, natomiast prezentuję go tu niejako w celu zwrócenia uwagi na drobne szczegóły mające na celu zwiększenie trwałości - przykładowo w całym układzie znajdujemy jedynie kilkanaście kondensatorów elektrolitycznych (na marginesie - wszystkie są w pełni sprawne), a większa część to albo kondensatory tantalowe, albo foliowe (jak wiadomo - zdecydowanie mniej podatne na upływ czasu). Reszta elementów to drobnica - i to zarówno w wykonaniu SMD, jak i THT (okres przejściowy w elektronice tak wyglądał - stosowano oba rodzaje obudów), tranzystory, rezystory (w większości do montażu przewlekanego i precyzyjne)…
Na dobrą sprawę elementy, z których i dziś można by w domowym zaciszu skonstruować kopię takiego miernika... Tylko po co? Wszak ogólnie dostępne testery są pod względem precyzji pomiaru co najmniej podobne, a przy okazji dają wiele więcej możliwości - chociażby pomiaru i identyfikacji mierzonych elementów typu triaki, tyrystory, a nawet diody Zenera. Przy okazji niejako umożliwiające również np. pomiar pojemności złącza diody...
No cóż, technika idzie naprzód, a w myśl sentencji "Kto stoi w miejscu, ten się cofa" można by wysnuć mylny wniosek, że tak archaiczne mierniki jak tytułowy ELC 131 można traktować jak zabytek muzealny. Nic bardziej mylnego, moim zdaniem! Inna sentencja powiada wszak, że należy uczyć się od najlepszych, że nie wolno ignorować ich doświadczeń i wiedzy...
Z tym stwierdzeniem pozwolę sobie pozostawić Koleżanki i Kolegów i zakończę ten (przegadany jak zwykle) temat.
Pozdrawiam.
Istniały też i mikroprocesory dedykowane do zadań specjalnych. Kiedy kondensatory właśnie zaczynały być robione byle jak, a Chiny opanowały właśnie światową produkcję wszelkiej elektroniki, powstał miernik o wdzięcznej i nic nie mówiącej nazwie ELC 131.
Właśnie wówczas zaistniała potrzeba, by móc sprawdzać elementy PRZED ich wmontowaniem do naprawianego sprzętu i za spore wówczas pieniądze zdecydowałem się na zakup powyżej wspomnianego mostka. Mostka - bo de facto jest to miernik zastępujący dawniej stosowane mostki (np. Wiena) dużo większe i zdecydowanie bardziej skomplikowane w obsłudze.
Przez wiele lat były to jedyne przyrządy pomiarowe umożliwiające pomiar elementów RCL z dużą dokładnością, ale ze względu na skomplikowane procedury pomiarowe i czas potrzebny do wykonania dokładnego pomiaru jednego elementu dość rzadko używane w serwisach (wiem coś o tym, bo sam używałem takiego jedynie w naprawdę "ekstremalnych" sytuacjach) - po prostu nie było czasu na "zabawę", a i same elementy dostępne na rynku były dużo lepszej jakości niż obecnie produkowane (niestety, taka prawda...).
Tak więc, gdy wreszcie mogłem sobie pozwolić na miernik dużo prostszy w obsłudze, a zapewniający równie dużą dokładność - zdecydowałem się na niego i po wysupłaniu z sakiewki sporej ilości PLNów stałem się szczęśliwym posiadaczem drugiego już miernika "cyfrowego" (pierwszym był i jest uniwersalny miernik DT390 - dziś porównywalny dokładnością pomiarów z niejednym "marketowym" jednak wtedy...
Dość szybko okazało się jednak, że nowy zakup jest wybitnie prądożerny - 6f22 (czyli 9 V bateryjka) wystarczała zaledwie na kilkadziesiąt minut! Baterie alkaiczne nieco poprawiały tę sytuację, jednak w dalszym ciągu eksploatacja mostka była... mało ekonomiczna. Sytuację zdecydowanie poprawiła możliwość podłączenia zewnętrznego zasilacza, co natychmiast zastosowałem i zapomniałem o problemie.
O ile sam miernik dziś jest już nostalgicznie traktowaną ciekawostką (mimo, że nadal w pełni sprawny i funkcjonalny), z racji pojawienia się wszelkiego rodzaju testerów (w tym również opisywanego już przeze mnie TC-1) postanowiłem, nie wnikając w szczegóły konstrukcyjne pokazać, "jak to drzewiej robione były mierniki".
Wykorzystując zestaw otrzymany w drodze wymiany punktowej w sklepiku Elektrody, rozkręciłem więc obudowę (po uprzednim zdjęciu stwardniałego już - najpewniej z powodu upływu czasu i przebywania w niezbyt komfortowych warunkach "Holstera") udało mi się rozpołowić obudowę i... tak powstały fotki, do których obejrzenia zapraszam.
Pierwsze wrażenie po zdjęciu tylnej części obudowy pozwoliło mi przypomnieć sobie, że kiedyś chowana tam była bateria - poza tym nic specjalnie ciekawego do oglądania:
Dopiero po odkręceniu widocznych kolejnych śrubek można było zachwycić się kunsztem projektanta tego cacka:
Jak widać - łatwo nie było zaprojektować miernik przy wykorzystaniu ówczesnej technologii. Dwie płytki dwustronne, ogromna ilość elementów, a wszystko spasowane idealnie tak, by zmieściło się w obudowie i nie wymagało przy tym "perswazji". Sama obudowa też mnie zachwyciła - solidny plastik, który mimo wielu lat używania (nie zawsze w białych rękawiczkach) nadal się trzyma (widywałem już obudowy z plastiku, który po kilkunastu latach zaczynał się rozsypywać - wiązania polimerowe przestawały istnieć i wszelkie wrażliwe na obciążenia miejsca po prostu ukruszały się, jakby były robione z... nawet nie szkła, a lodu), a w dodatku przemyślana tak, by w razie konieczności kilkukrotnego rozbierania (mój nie był nigdy naprawiany, a to rozkręcenie było jego pierwszym od wyprodukowania) żaden gwint się nie "wyłopotał" od wielokrotnego wkręcania weń plastowkrętów (prawie to samo co wkręty do drewna, jednak ponieważ "prawie" stanowi istotną różnicę; nie polecam traktować ich zamiennie) - tu zamiast plastowkrętów zastosowano śrubki metryczne i wtopione w słupki nagwintowane tulejki mosiężne - dziś stosowane jedynie czasem i to w sprzęcie z tej "wyższej" półki. [Na marginesie - nieco starszy od ELC 131 mój DT-390 również takowe posiada - znaczy można było...]
Bateria obok i wkrętak pokazują wielkość miernika - w porównaniu do np. TC-1 ELC jest około 3x większy.
A jak wygląda "ciemna strona" tych dwóch płytek oglądanych wcześniej? Jak pisałem - jestem pod wrażeniem tego projektu. A zwłaszcza porównując ten miernik do co niektórych mierniczków po 20 zł, gdzie wszystko załatwia jeden "kleks" plus kilka rezystorów i kondensatorów na jednorazowej płytce zamkniętej w obudowie z tandetnego plastiku... No po prostu nie ma porównania.
Nawet wyświetlacz został solidnie zamocowany w dopasowanej doń ramce PRZYKRĘCONEJ do płyty górnej PCB.
Widać jednak, że konstruktor nie miał łatwego zadania - ówczesne elementy dziś wystarczyłoby zastąpić jednym odpowiednio zaprojektowanym mikroprocesorem, wtedy wszystko trzeba było zrobić z dostępnych (i ekonomicznie uzasadnionych) komponentów. W zasadzie całość (poza jednym wyjątkiem) jest realizowana na prostych układach scalonych - LF 353 (dziś również dostępny i używany) wzmacniacz operacyjny, HEF 4053GT (de/multi plekser) i jedyny w całym mierniku "procesor" służący do sterowania wyświetlaczem.
Tak więc - ze strony komplikacji układowej miernik nie jest niczym niezwykłym, natomiast prezentuję go tu niejako w celu zwrócenia uwagi na drobne szczegóły mające na celu zwiększenie trwałości - przykładowo w całym układzie znajdujemy jedynie kilkanaście kondensatorów elektrolitycznych (na marginesie - wszystkie są w pełni sprawne), a większa część to albo kondensatory tantalowe, albo foliowe (jak wiadomo - zdecydowanie mniej podatne na upływ czasu). Reszta elementów to drobnica - i to zarówno w wykonaniu SMD, jak i THT (okres przejściowy w elektronice tak wyglądał - stosowano oba rodzaje obudów), tranzystory, rezystory (w większości do montażu przewlekanego i precyzyjne)…
Na dobrą sprawę elementy, z których i dziś można by w domowym zaciszu skonstruować kopię takiego miernika... Tylko po co? Wszak ogólnie dostępne testery są pod względem precyzji pomiaru co najmniej podobne, a przy okazji dają wiele więcej możliwości - chociażby pomiaru i identyfikacji mierzonych elementów typu triaki, tyrystory, a nawet diody Zenera. Przy okazji niejako umożliwiające również np. pomiar pojemności złącza diody...
Z tym stwierdzeniem pozwolę sobie pozostawić Koleżanki i Kolegów i zakończę ten (przegadany jak zwykle) temat.
Pozdrawiam.
Fajne? Ranking DIY
