Przedmiotem dzisiejszego demontażu będzie urządzenie do kasowania klasycznych pamięci typu EPROM za pomocą promieni UV.
O razu zaznaczam, iż urządzenie to zostało zakupione w dość znanym, polskim sklepie on-line, co będzie ważne w podsumowaniu. Urządzenie to można też nabyć na chińskich portalach aukcyjnych w podobnej cenie.
Być może w epoce pamięci kasowanych elektrycznie (EEPROM, Flash), czy pamięci EPROM jednorazowego programowania (OTP) jego znaczenie znacznie zmalało, ale mimo wszystko, klasyczne pamięci EPROM (z okienkiem) czy inne układy posiadające taką pamięć na pokładzie (np. starsze mikrokontrolery MCS-51) można dalej spotkać w amatorskich konstrukcjach. Urządzenie też przyda się przy przywracaniu do życia sprzętu retro, w których taka pamięć mogła już ulec degradacji i po prostu trzeba ją ponownie zaprogramować.
Widok ogólny.
Urządzenie przychodzi bez jakiegokolwiek firmowego opakowania. Jest zawinięte tylko w worek z folii bąbelkowej. Sklep oczywiście pakuje to do swojego pudełka na czas transportu.
Po rozpakowaniu ukazuje się nam nie duże plastikowe pudełko z wyprowadzonym z tyłu kablem zasilającym. I tu pierwszy kamyczek do ogródka: jak widać na zdjęciu mamy tu wtyczkę, która nie jest przeznaczona na rynek polski. W komplecie nie dostajemy nawet przejściówki, zatem by używać urządzenie trzeba, albo zaopatrzyć się w taką przejściówkę, albo wymienić przewód sieciowy (Co potem zrobiłem).
Na górze urządzenia znajdziemy: po prawej wyłącznik zasilania typu rocker, a po lewej pokrętło wyłącznika czasowego. Czasy jakie sugeruje opis są w minutach. Niestety nie jest to do końca prawdą, bo wartości pokazane na skali trzeba niestety pomnożyć x10. Z punktu widzenia kasowanych pamięci, użyteczny zakres pracy wyłącznika będzie w granicach 1...2 co przekłada się na czas od 10 do 20minut. Dłuższe czasy kasowania raczej nie są stosowane.
Od frontu zaś, znajdziemy wysuwaną szufladkę, gdzie umieszcza się kasowane pamięci. Może ona pomieścić ok. 7 układów 28pinowych. Z przodu szufladki mamy też otwór, którym można stwierdzić pracę lampy UV, po jej zamknięciu.
Pokaż kotku co masz w środku.
Czas odkręcić cztery wkręty, oraz zdjąć pokrętło wyłącznika czasowego i zobaczyć co urządzenie ma w środku.
Tuż nad szufladką znajdziemy lampę UV, nieznanego producenta, opisaną jako F4T5GL. Z informacji w sieci wynika, iż będzie to lampa UV o mocy 4W, generującą promienie UVC o długości fali 253.7nm. Lampa ta jest zasilania elektronicznym statecznikiem znajdującym się po lewej stronie.
Zasilanie sieciowe jest do niego doprowadzone przez górny wyłącznik oraz mechaniczny wyłącznik czasowy.
Rzućmy okiem na płytkę.
Laminat prawdopodobnie epoksydowo-szklany FR4. Samo lutowanie elementów poprawne. Szkoda tylko, że wszystkie przewody doprowadzone do płytki są lutowane od spodu, mimo iż płytka ma otwory na nie przeznaczone. Widocznie czas montażu jest zbyt cenny na przewlekanie przewodów.
Sam układ elektroniczny jest "klasyczny", oparty na dwóch tranzystorach MJE13001 i stosowany prawie w każdej świetlówce kompaktowej małej mocy.
Tryby pracy.
Wbrew pozorom urządzenie ma dwa tryby pracy, wybierane pokrętłem wyłącznika czasowego. Domyślnie jest on ustawiony na pozycję OFF, zatem w takiej pozycji lampa UV nie pracuje. I tu znów pewne niedopracowanie, bo wskazówka nie znajduje się dokładnie pod opisem i nie posiada wyraźnego znacznika, na którą stronę gałki patrzeć.
Jeśli przekręcimy pokrętło w lewo na pozycję opisaną jako ON, to możemy załączyć lampę, ale czas pracy nie będzie odmierzany.
Jeśli zaś zaczniemy kręcić w prawo to możemy ustawić czas pracy od 10 do ok. 60 minut.
Wielka szkoda, że wyłącznik czasowy nie ma "dzwonka", który by sygnalizował zakończenie odmierzania czasu.
Na zakończenie.
Urządzenie pomimo swojej prostoty robi co do niego należy. Skasowałem nim już kilka pamięci EPROM i z reguły ustawienie czasu na 15 minut wystarczyło do pełnego wykasowania wszystkich komórek.
Ponieważ podczas pracy następuje efekt ozonowania, warto urządzenie używać w pomieszczeniu dobrze wentylowanym, albo nawet uruchamiać go w pomieszczeniu gdzie aktualnie nie przebywamy.
A na koniec pozostawiam jeszcze jeden kamyczek, a w zasadzie spory głaz. Otóż urządzenie to, jak napisałem na początku kupiłem w polskim sklepie. Nikt tam nie przejął się tym, iż urządzenie nie ma dołączonej ani polskiej, ani anglo-chińskiej instrukcji użytkowania. Ba! Nawet nie ma jej na stronie sklepu do pobrania. Ponadto urządzenie nie ma nawet tabliczki znamionowej, która by określała, co to za urządzenie, kto to produkuje, na jakie jest napięcie i jaką pobiera moc - już nie wspominając o znaczku CE (jakikolwiek by on nie był) i klasy izolacji, czy ostrzeżeniu o szkodliwym dla zdrowia promieniowaniu UV.
Te braki byłyby w miarę spodziewane, gdybyśmy te urządzenie sprowadzili prywatnie z portalów aukcyjnych z dalekiego wschodu, ale nie w przypadku sklepu krajowego. A Wy co o tym myślicie?
Fajne? Ranking DIY