W końcu dojrzałem do zakupu powerbanka do swojego "jabłuszka" - model telefonu określany jako "może być, ale bateria do d..." - w moim przypadku (korzystam z telefonu sporadycznie i bateria starcza na co najmniej 2-3 dni) aż tak źle nie było, by od razu osądzać tak ostro, niemniej jednak jakoś tak się ostatnio zdarzało, że meldował o niskim stanie baterii zawsze w najmniej korzystnym momencie. Po prostu zaczęło mnie to wkurzać, bo zawsze w takim wypadku musiałem coś innego odłączyć z gniazda, znaleźć odpowiedni kabelek i ładować, co trwało.
Będąc ostatnio z Żoną w rzeczonym Rossmanie po jakieś mydełka płyny, itp. pachnidła, zauważyłem na firmowym stojaku taki powerbank jak na zdjęciu poniżej.
Powiem tak - na początku miałem dość ostrożne podejście, bo ktoś wymyślił wstawienie do niego fotoogniwa. A jak wiadomo, ogniwo tej powierzchni NIE MA PRAWA poprawnie i sprawnie naładować akumulator Li-Ion - po prostu nie ta moc. Skusiła mnie jednak cena - 43,98 zł i (ZNÓW OSTROŻNIE) pojemność wewnętrznego akumulatora: BYŁO NAPISANE, że 5000mAh. Ochota na sprawdzenie oraz potrzeba dostępu do podręcznego źródła zasilania jednak przeważyła. Kupiłem.
W domku obejrzałem to cudo i... powiem tak - szatańskim pomysłem było wykonanie takiego czegoś w kolorze... (tu na pewno Kobiety miałyby więcej do powiedzenia) różowym kolorze. Całe szczęście różowiutka jak prosiaczek jest tylko obwoluta z gumy silikonowej mająca zabezpieczyć sprzęt przed uszkodzeniem w razie upadku (nie sprawdzałem, czy faktycznie działa), spód oraz (co oczywiste) przednia ściana jest czarna.
Na spodzie jest opis:
Potwierdzający informacje z pudełka i instrukcji obsługi.
Hmmm... No cóż. Trzeba sprawdzić. Na początek podłączyłem telefon i doładowałem go do oporu - na wyświetlaczu (cztery niebieskie kropeczki z LED) zniknęła jedna kropka i pozostały dwie. Następnie podłączyłem PB do ładowarki na czas potrzebny do naładowania "pod korek" - cztery niebieskie kropki zaczęły świecić nieprzerwanie (podczas ładowania ostatnia kropka poziomu miga), co zajęło ok. godziny - może ciut mniej.
Zostawiłem naładowany, czekając na informację z telefonu, że znów "niski poziom" i trzeba nakarmić robaka (bo jabłuszko musi mieć robaka jeżeli zdrowe
Czy tak jest w rzeczywistości - na odpowiedź musiałem poczekać około tygodnia. Da się. Po czwartym ładowaniu - gdy zniknęła ostatnia kropka telefon zameldował 98% pojemności baterii. Mniej więcej zgadza się z wyliczeniami na paluchach, ale... coś mi się nie zgadza z danymi telefonu!
Otóż wedle wszelkich oznak na niebie i ziemi oraz informacji na temat mojego iPhone'a model, jaki mam, czyli A1429 ma akumulator o pojemności 1400mAh, czyli teoretycznie cztery ładowania powinny wymagać co najmniej power-baka o pojemności 5600mAh. W zaokrągleniu, uwzględniając sprawność wychodzi prawie 6000mAh a mój PB ma zaledwie deklarowane 5000mAh. No, OK. Telefon nie był rozładowany całkowicie - zawsze zostawało parę procent, raz kilkanaście, więc może i faktycznie ma te 5000mAh - czyli nie jest źle jak na moje wymagania i... cenę.
Tak przy okazji w cenie dostajemy: powerbank, "kabelek minimum" (USB - mini USB) długości kilkunastu centymetrów (stąd "minimum") i latarkę... No może przesadziłem - w obudowie jest dodatkowo zainstalowana diodka biała robiąca za awaryjne oświetlenie zamka podczas szukania dziurki. Oczywiście do tego pudełko plus instrukcja. Jak za 44 zł - wydaje mi się, że warto.
Ogniwa słonecznego nie biorę pod uwagę z wiadomych względów. Ot - bajer.
Oczywiście sprawdziłem, czy faktycznie bajer, czy może jednak... Niestety; po całym dniu na słońcu (co nie do końca było zgodne z instrukcją - Chronić przed nadmiernym nagrzewaniem"), bez zmian - jak było dwie kropki, tak są. Na dokładniejsze pomiary nie miałem ani sprzętu ani ochoty. Ostatecznie, jeśli miałoby to ogniwo być przydatne, musiałoby co najmniej na jedno ładowanie telefonu starczyć... Przynajmniej tak myślę.
A co w środku? Nie za bardzo chciałem rozbebeszać nowiutki sprzęcik, ale nie byłbym sobą, gdybym chociaż nie spróbował:
W pierwszej kolejności należy "wydłubać z krótszych boczków obudowy silikonowy otok i odciągając go lekko paznokciem podważać zaczepy po obwodzie obudowy - łatwo, miło i przyjemnie.
Po chwili można było już delikatnie (żeby nie urwać przewodzików od panela fotoogniw) odchylić wierzch i zobaczyć, co następuje:
Polimerowa bateria w formie poduszki o nieznanej pojemności i symbolu (nie chciałem ryzykować odklejania - dość silnie przyklejona do spodu obudowy) i mała płyteczka.
Jak można się domyślać prócz gniazd USB zawierająca przetworniczkę ładowania i układ nadzorujący ładowanie wewnętrznego akumulatora, plus procek sterujący diodkami i LED-em latarki. Wszystko.
Zapomniałbym - LED w sumie jest pięć - cztery niebieskie, które - co już napisałem - wskazujące pojemność aktualną powerbanka (a raczej stopień naładowania) oraz dodatkowa zielona, która świeci, gdy fotoogniowo jest dostatecznie oświetlone - oczywiście w pełnym słońcu psu na budę taki wskaźnik, bo nie widać czy się świeci... Niemniej jednak czułe na oświetlenie jest - wystarczy światło lampki LED, by zaczęło się bździć na zielono - bździć, bo do pełnej jasności to jednak za mało.
Czy warto było kupić? W moim wypadku tak. Już kilka razy ratował mi skórę podczas spaceru (muszę mieć przy sobie telefon w razie "W" - jakbym się potknął, to leżę, a jak leżę, to sam nie wstanę - radości wieku i zaniku mięśni), gdy okazywało się, że prawie pusty telefon, a czekać aż się naładuje - za długo. A tak - do kieszeni telefon z podłączonym doń powerbankiem i wracając mam 100% baterii.
Co jeszcze? Jeden przycisk na froncie służący za włącznik wskaźnika naładowania, (jedno krótkie wciśnięcie) włącznik latarki (dwa krótkie wciśnięcia pod rząd) i klapka w silikonowej gumie chroniąca gniazda przed kurzem.
W razie, gdyby ktoś miał taki lub podobny (nie sądzę, by były firmowane tylko przez sieć Rossmana) radzę uważać podczas składania - o ile samo rozłożenie (pokonanie zatrzasków) jest trywialnie proste (nawet dla jednoręcznego jak ja), to podczas składania jest gorzej - nie dość, że trzeba uważać, by nie przyciąć przewodziku od fotoogniwa, to sama otoczka gumowa - jak to napięta guma - ma cały czas ochotę wcisnąć się w szczeliny i uniemożliwić zamknięcie. Jakby tego było mało, to osłona gniazd jest osobną częścią - wciśniętą w otwór otoka wystającym "szpindlem z grzybkiem " - osią obrotu klapki. Tenże "szpindel" musi wejść w otwór składanej obudowy - ma po pół otworu na każdej z połówek, więc sprawia to dodatkową trudność; nie można przyciąć "szpindla", a grzybek ma być wewnątrz złożonej obudowy. Zapewne małe zwinne chińskie rączki nie mają z tym problemów, ale jak ma się rękę normalnego rozmiaru i w dodatku nie do końca sprawną - jest ciekawie...
Fajne? Ranking DIY