Z "pirotechnicznych" szaleństw pamiętam wyrzutnię zapałczaną, najlepiej ze sztormówką - wystarczyła jakaś listewka, lub węższa deseczka długości ok 15-20 cm, którą się w środku przewiercało, następnie pinezką mocowało się napiętą gumkę modelarską, ostatecznie "do majtek", tak by zasłaniając otwór, służyła jako cięciwa/napęd. Po czym w otwór, opierając o gumkę, z drugiej strony wkładało się zapałkę łepkiem w kierunku lotu. Dociskało się ją pudełkiem z zapałek tak, by draska opierała się o główkę zapałki, a następnie ją uwalniało przez odsunięcie pudełka i potarcie draską. Ciężkie sztormówki potrafiły daleko zalecieć. Dzisiejsze zapałki są tak marnej jakości, że wątpię w pomyślną realizację. Oczywiście celuloid był doskonałym materiałem na "świecę dymną". A czy ktoś strzelał z dwóch śrub połączonych (skręconych) nakrętką? Do rozmiaru m12 się udawało, ale większe ciężko się "detonowały"... przeważnie tylko wypalały.
Też przerabiałem klamerki do prania na "pistolet". Strzelało się zapałkami, albo połamanymi patykami od lizaków. Zresztą, te patyki od lizaków na początku ich produkcji były bardzo kruche, co pozwalało strzelać samymi patyczkami z klucza przez włożenie do dziurki na pęk i mocne naciśniecie - doprowadzając do pęknięcia patyka i energiczny, choć mało przewidywalny odlot odłamanego fragmentu. Później już się nie dało - patyczki się gięły, nie pękając.
Wszyscy znamy procę... czy to miotaną a'la Tierri Śmiałek, czy to z napędem gumowym. Gumowe zależnie od dostępności materiału, mogły być z widełek z gałęzi, lub gięte z solidnego drutu - te to czasem istny majstersztyk zdobniczy. Strzelało się albo kamykami, albo haczykami drucianymi.
Owoce czarnego bzu, to amunicja do dmuchawek na bazie jakiegoś selerowatego zielska. Przestrzegam przed barszczem Sosnowskiego!
Kto nie strzelał papierowymi kulkami przez rurkę z ołówka automatycznego?
Z bardziej bezpiecznych zabaw pamiętam śmigło na skorupce orzecha włoskiego, oraz wspomnianą tu indiańską golarkę,

czyli wirujący guzik na sznurku.
Ojciec potrafił zrobić gwizdek z młodej gałązki - nie znam gatunku krzewu.
Z drutu stalowego odpowiednio wygiętego, oraz namagnesowanego pierścienia z "ośką" robiło się wirującego, i wędrującego bez końca po drucie "bąka".
Z kulki stalowej i folii alu, robiło się "wędrujący wałek"... taka wańka-wstańka, w dodatku nawet zgnieciona, włożona do pudełka po zapałkach, po kilkukrotnym potrzepaniu pudełkiem, wańka wracała do prawie niezmienionej postaci... oczywiście do czasu

W moim mieście, we wczesnych latach 70-tych, gdzieniegdzie kanalizacja deszczowa była jeszcze naziemna - min. koło mojej szkoły... więc po deszczu zawody "żeglarskie"...
Co do latawców... nie robię ich, ale posiadam dwa małe miękkie - komorowe i jeden akrobacyjny - fajny, ale trudny i trochę niebezpieczny. Mimo nieuchronnie nadchodzącego szóstego krzyżyka, jak jest okazja (żona w humorze), to "latam".

Czy koledzy zauważyli, że spora, by nie rzec przeważająca - część zabaw opiera się na pirotechnice, lub innych "miotających" wynalazkach?
Zapewne i tak o czymś zapomniałem...