Dziś chciałbym przedstawić dyspenser. Czyli inaczej dozownik do wszelkiego rodzaju topników w postaci pasty, oferowanych w strzykawkach o pojemności (najbardziej typowej chyba) 10ccm.
Zanim jednak go opiszę, chciałbym przypomnieć, po co właściwie stosuje się topniki tego rodzaju.
Pierwszorzędna jego zaleta to zmiana napięcia powierzchniowego spoiwa lutowniczego. Dzięki temu cyna (nieważne ołowiowa, czy ze srebrem, czy jakaś inna) pozbywa się naturalnej tendencji do łączenia się w jedną, dużą „kulkę” (kałużę raczej
) i przylega lepiej do pól lutowniczych i wyprowadzeń lutowanego elementu. Ponadto polepsza przewodnictwo cieplne, dzięki czemu sam proces lutowania jest szybszy, a więc mniej narażamy laminat na uszkodzenie, zbyt długo, traktując go wysoką temperaturą.
Oczywiście nie należy zapominać, że topnik ma również za zadanie usunięcie z lutowanych powierzchni tlenków, siarczków itp. zanieczyszczeń.
To wszystko musi znosić przy temperaturze powyżej 300°C, nie paląc się i zachowując swoje właściwości, o których wyżej...
Dobrze, jeśli przy tym jest obojętny dla laminatu i wyprowadzeń elementów — nie wywołuje ich korozji, jeśli nie uda się go usunąć całkowicie po pracy.
No właśnie — eliminacja topnika po użyciu powinna być w miarę łatwa do wykonania i nie powinna wymagać jakichś specjalnych (często żrących) specyfików. Najlepiej, jeśli rozpuszcza się w wodzie* lub IPA.
*Mała dygresja — WODA I ELEKTRONIKA?! No cóż... Dana ciecz jest dla elektroniki szkodliwa (bo potrafi spowodować szybsze procesy utleniania, wywołuje zwarcia itp.), ale tylko wtedy, gdy jest pozostawiona na płytce przez dłuższy czas. Ważne też, by płytka (czy samo urządzenie) nie była w żaden sposób zasilana — woda z zanieczyszczeniami to elektrolit, a dana ciecz i prąd... Sami wiecie, jak się zachowuje elektroda w czasie domowej elektrolizy... (wiecie? Jeśli nie, odsyłam do wyszukiwarki).
Tak więc dozwolone jest nawet mycie płytek w wodzie z detergentem (nie zapomnijmy tylko dokładnie go wypłukać po fakcie!), o ile sama kąpiel nie będzie trwać zbyt długo. A po jej zakończeniu płytka zostanie dokładnie oczyszczona z pozostałości zmytych osadów i ew. środków myjących. Dobrze, jeśli pomoże się w usunięciu tychże naleciałości miękkim pędzelkiem, a po wypłukaniu płytka zostanie w pełni wysuszona (albo w pobliżu kaloryfera, albo na słoneczku — można też pomóc sobie... suszarką do włosów).
Przyznam się, że bardzo często w ten sposób czyściłem płyty z urządzeń pracujących setki godzin w niezwykle „niezdrowych” warunkach (opary z kuchni, dym papierosowy, kurz...) przed naprawą.
(Zresztą nie tylko ja, jak się okazuje: https://www.youtube.com/watch?v=Tb4PjKRoNr8
). Zawsze to przyjemniej grzebać w czystym sprzęcie, prawda?
No dobrze, tyle przypomnienia, po co się stosuje topnik. A jakiego używać najlepiej? No cóż... Tu zdania są podzielone, jednak ja najczęściej stosuję do samego lutowania płytki kalafonię (skruszoną dla szybszego jej rozpuszczenia). Zalewamy ją IPA (najlepiej, bo to sprawdzony środek, który nie powoduje działań niepożądanych) i po uzyskaniu płynu konsystencji bardzo rzadkiego miodu, malujemy cienką warstwą płytkę.
Potem wystarczy wysuszyć ją dokładnie i tyle. Powstała cienka powłoka kalafonii zdecydowanie poprawia sam proces lutowania (nie potrzeba żadnych innych środków), a przy tym zabezpiecza warstwę miedzi przed śniedzeniem.
To przy pierwotnym lutowaniu elementów THT. A co, jeśli musimy przylutować SMD, w dodatku o dużej liczbie nóżek rozstawionych w małym rastrze? Tu już bez specjalistycznych topników raczej się nie obejdzie. Osobiście (z racji wieku i spartolonej operacji zaćmy) od SMD zmuszony jestem trzymać się z daleka, jednak czasem po prostu trzeba... Dlatego też po przejrzeniu wielu ofert zdecydowałem się na zakup chińskiego topnika (bo tanio i z recenzji wychodzi, że niezłej jakości), jak na zdjęciu:
Początkowo usiłowałem poradzić sobie z jego wyciskaniem dedykowanym tłoczkiem, ale szybko stwierdziłem, że przy niesprawnych rękach to nie dla mnie. Ilość topnika była przeważnie zbyt duża w stosunku do zamierzonej, a i operowanie strzykawką z tłoczkiem wystającym na max... Ogólnie nie było to zbyt wygodne.
Przeszukując oferty AliExpress'u, natknąłem się na bohatera tematu — dyspenser z dźwignią i dodatkowymi igłami (jedna była w komplecie ze strzykawką topnika). Od przybytku głowa nie boli, a i sam dyspenser w porównaniu do innych (a jest kilka — i prostszych/tańszych, i dużo droższych — „na wypasie”) wydawał się na tyle solidny i przy tym tani, że zamówiłem.
Przesyłka — jak zwykle — dotarła w niecałe dwa tygodnie. Wystarczyło tylko wyjąć z pudełka (na marginesie — sposób zapakowania to popis oszczędności; nie mieścił się pręt wyciskacza, więc... wycięto w opakowaniu otwór...
).
Na szczęście nic nie zostało uszkodzone i mogłem obejrzeć samą konstrukcję dozownika.
W realu wyglądała nawet solidniej niż na zdjęciach. Pozostało więc tylko założyć do niego strzykawkę z topnikiem, wsunąć pręt wyciskacza, kilkukrotnie nacisnąć dźwignię i... już. Topnik został wreszcie zdyscyplinowany i można było dokładnie kontrolować aplikowaną jego ilość.
Wbrew pozorom, utrzymanie w dłoni i obsługa dozownika jest wygodna i pewna (tego się najbardziej obawiałem). No i wreszcie ilość topnika była taka, jak chciałem, w dodatku zaaplikowana dokładnie w pożądane miejsce.
A co taki topnik daje w praktyce?
Bardzo wiele — lutowanie drobnych i gęsto rozmieszczonych wyprowadzeń procesora to przyjemność. Wystarczy wstępnie przylutować układ, by zachował odpowiednie położenie, nanieść na wyprowadzenia topnik i grotem typu „Minifala” przejechać po nich... Lut po kolei rozlewa się na padach, lutując wyprowadzenia i tylko czasem trzeba poprawić — gdy zbyt duża ilość cyny spowoduje zwarcie.
Niestety — nie dysponuję dokumentacją foto z moich prac, za co przepraszam. Jednak sam proces lutowania wyglądał dokładnie tak, jak np. w wykonaniu Daniela Rakowieckiego czy innych znakomitości internetowych. Naprawdę prosto.
Sam topnik nie dymi, nie śmierdzi nadmiernie (daje się spokojnie wytrzymać ten zapach), a po lutowaniu bardzo łatwo się zmywa IPA (pomagając sobie szczoteczką).
Czy było warto? Na pewno. Zarówno z zakupu samego topnika, jak i dyspensera jestem zadowolony i myślę, że dzięki niemu jeszcze uda mi się czegoś dokonać... bez wysiłku i precyzyjnie (w takim stopniu, w jakim oczy i zanikające mięśnie pozwolą...).
A czy Wy macie jakiś ulubiony tego typu środek?
Czy wyciskacie strzykawkę tłoczkiem, czy zdecydowaliście się na zakup „wyciskacza”? Jakiego?
Wasze doświadczenia będą mogły pomóc innym — mniej zaawansowanym w wyborze odpowiedniego narzędzia i specyfiku.
Pozdrawiam.
Zanim jednak go opiszę, chciałbym przypomnieć, po co właściwie stosuje się topniki tego rodzaju.
Pierwszorzędna jego zaleta to zmiana napięcia powierzchniowego spoiwa lutowniczego. Dzięki temu cyna (nieważne ołowiowa, czy ze srebrem, czy jakaś inna) pozbywa się naturalnej tendencji do łączenia się w jedną, dużą „kulkę” (kałużę raczej
Oczywiście nie należy zapominać, że topnik ma również za zadanie usunięcie z lutowanych powierzchni tlenków, siarczków itp. zanieczyszczeń.
To wszystko musi znosić przy temperaturze powyżej 300°C, nie paląc się i zachowując swoje właściwości, o których wyżej...
Dobrze, jeśli przy tym jest obojętny dla laminatu i wyprowadzeń elementów — nie wywołuje ich korozji, jeśli nie uda się go usunąć całkowicie po pracy.
No właśnie — eliminacja topnika po użyciu powinna być w miarę łatwa do wykonania i nie powinna wymagać jakichś specjalnych (często żrących) specyfików. Najlepiej, jeśli rozpuszcza się w wodzie* lub IPA.
*Mała dygresja — WODA I ELEKTRONIKA?! No cóż... Dana ciecz jest dla elektroniki szkodliwa (bo potrafi spowodować szybsze procesy utleniania, wywołuje zwarcia itp.), ale tylko wtedy, gdy jest pozostawiona na płytce przez dłuższy czas. Ważne też, by płytka (czy samo urządzenie) nie była w żaden sposób zasilana — woda z zanieczyszczeniami to elektrolit, a dana ciecz i prąd... Sami wiecie, jak się zachowuje elektroda w czasie domowej elektrolizy... (wiecie? Jeśli nie, odsyłam do wyszukiwarki).
Tak więc dozwolone jest nawet mycie płytek w wodzie z detergentem (nie zapomnijmy tylko dokładnie go wypłukać po fakcie!), o ile sama kąpiel nie będzie trwać zbyt długo. A po jej zakończeniu płytka zostanie dokładnie oczyszczona z pozostałości zmytych osadów i ew. środków myjących. Dobrze, jeśli pomoże się w usunięciu tychże naleciałości miękkim pędzelkiem, a po wypłukaniu płytka zostanie w pełni wysuszona (albo w pobliżu kaloryfera, albo na słoneczku — można też pomóc sobie... suszarką do włosów).
Przyznam się, że bardzo często w ten sposób czyściłem płyty z urządzeń pracujących setki godzin w niezwykle „niezdrowych” warunkach (opary z kuchni, dym papierosowy, kurz...) przed naprawą.
(Zresztą nie tylko ja, jak się okazuje: https://www.youtube.com/watch?v=Tb4PjKRoNr8
No dobrze, tyle przypomnienia, po co się stosuje topnik. A jakiego używać najlepiej? No cóż... Tu zdania są podzielone, jednak ja najczęściej stosuję do samego lutowania płytki kalafonię (skruszoną dla szybszego jej rozpuszczenia). Zalewamy ją IPA (najlepiej, bo to sprawdzony środek, który nie powoduje działań niepożądanych) i po uzyskaniu płynu konsystencji bardzo rzadkiego miodu, malujemy cienką warstwą płytkę.
Potem wystarczy wysuszyć ją dokładnie i tyle. Powstała cienka powłoka kalafonii zdecydowanie poprawia sam proces lutowania (nie potrzeba żadnych innych środków), a przy tym zabezpiecza warstwę miedzi przed śniedzeniem.
To przy pierwotnym lutowaniu elementów THT. A co, jeśli musimy przylutować SMD, w dodatku o dużej liczbie nóżek rozstawionych w małym rastrze? Tu już bez specjalistycznych topników raczej się nie obejdzie. Osobiście (z racji wieku i spartolonej operacji zaćmy) od SMD zmuszony jestem trzymać się z daleka, jednak czasem po prostu trzeba... Dlatego też po przejrzeniu wielu ofert zdecydowałem się na zakup chińskiego topnika (bo tanio i z recenzji wychodzi, że niezłej jakości), jak na zdjęciu:
Początkowo usiłowałem poradzić sobie z jego wyciskaniem dedykowanym tłoczkiem, ale szybko stwierdziłem, że przy niesprawnych rękach to nie dla mnie. Ilość topnika była przeważnie zbyt duża w stosunku do zamierzonej, a i operowanie strzykawką z tłoczkiem wystającym na max... Ogólnie nie było to zbyt wygodne.
Przeszukując oferty AliExpress'u, natknąłem się na bohatera tematu — dyspenser z dźwignią i dodatkowymi igłami (jedna była w komplecie ze strzykawką topnika). Od przybytku głowa nie boli, a i sam dyspenser w porównaniu do innych (a jest kilka — i prostszych/tańszych, i dużo droższych — „na wypasie”) wydawał się na tyle solidny i przy tym tani, że zamówiłem.
Przesyłka — jak zwykle — dotarła w niecałe dwa tygodnie. Wystarczyło tylko wyjąć z pudełka (na marginesie — sposób zapakowania to popis oszczędności; nie mieścił się pręt wyciskacza, więc... wycięto w opakowaniu otwór...
Na szczęście nic nie zostało uszkodzone i mogłem obejrzeć samą konstrukcję dozownika.
W realu wyglądała nawet solidniej niż na zdjęciach. Pozostało więc tylko założyć do niego strzykawkę z topnikiem, wsunąć pręt wyciskacza, kilkukrotnie nacisnąć dźwignię i... już. Topnik został wreszcie zdyscyplinowany i można było dokładnie kontrolować aplikowaną jego ilość.
Wbrew pozorom, utrzymanie w dłoni i obsługa dozownika jest wygodna i pewna (tego się najbardziej obawiałem). No i wreszcie ilość topnika była taka, jak chciałem, w dodatku zaaplikowana dokładnie w pożądane miejsce.
A co taki topnik daje w praktyce?
Bardzo wiele — lutowanie drobnych i gęsto rozmieszczonych wyprowadzeń procesora to przyjemność. Wystarczy wstępnie przylutować układ, by zachował odpowiednie położenie, nanieść na wyprowadzenia topnik i grotem typu „Minifala” przejechać po nich... Lut po kolei rozlewa się na padach, lutując wyprowadzenia i tylko czasem trzeba poprawić — gdy zbyt duża ilość cyny spowoduje zwarcie.
Niestety — nie dysponuję dokumentacją foto z moich prac, za co przepraszam. Jednak sam proces lutowania wyglądał dokładnie tak, jak np. w wykonaniu Daniela Rakowieckiego czy innych znakomitości internetowych. Naprawdę prosto.
Sam topnik nie dymi, nie śmierdzi nadmiernie (daje się spokojnie wytrzymać ten zapach), a po lutowaniu bardzo łatwo się zmywa IPA (pomagając sobie szczoteczką).
Czy było warto? Na pewno. Zarówno z zakupu samego topnika, jak i dyspensera jestem zadowolony i myślę, że dzięki niemu jeszcze uda mi się czegoś dokonać... bez wysiłku i precyzyjnie (w takim stopniu, w jakim oczy i zanikające mięśnie pozwolą...).
A czy Wy macie jakiś ulubiony tego typu środek?
Czy wyciskacie strzykawkę tłoczkiem, czy zdecydowaliście się na zakup „wyciskacza”? Jakiego?
Wasze doświadczenia będą mogły pomóc innym — mniej zaawansowanym w wyborze odpowiedniego narzędzia i specyfiku.
Pozdrawiam.
Fajne? Ranking DIY